Eksperyment na zamożnym organizmie

Reakcje
na propozycję podniesienia płacy minimalnej pokazują, że rodzimy
biznes chciałby w Polsce nie drugiej Japonii, lecz Chin.

NSZZ
„Solidarność” przygotowuje obywatelski projekt ustawy
podnoszącej płacę minimalną. Pomysł związkowców polega na stałym
powiązaniu najniższych zarobków ze średnim wynagrodzeniem: miałyby
one wynosić połowę tej wartości. Rząd powinien się ucieszyć, w końcu
chce ograniczyć liczbę urzędników, a takie rozwiązanie pozwoli
zaoszczędzić na etatach osób odpowiedzialnych za coroczne negocjacje,
kończące się zawsze tym samym – jękami pracodawców, zmuszonych
podnieść robotnikom pensje o kilkadziesiąt złotych. Pracodawcy
oczywiście są przeciw.

Przekonują,
że na takiej zmianie stracą… najsłabiej uposażeni, jako że jej
konsekwencją będą podwyżki cen produktów i usług: „Będziemy
musieli więcej zapłacić robotnikom przy taśmie, więc wy więcej
zapłacicie za chleb i salceson”. Podobne argumenty najczęściej
wysuwają szefowie firm spożywczych, którzy chyba wiedzą, co mówią.
Ceny żywności już teraz są wysokie, dlatego ich ewentualne podwyżki
faktycznie najbardziej odbiją się na najmniej zarabiających, w tym na
pracownikach branży spożywczej. Jedynie przez przeoczenie nie
wspomniano, jaki udział mają pensje piekarzy czy mleczarzy w
finalnych cenach produktów, jakie natomiast ma w nich zysk
przedsiębiorców.

Pracodawcy
występują też w obronie trwale bezrobotnych, w końcu wyższe koszty
pracy oznaczają koniec ich marzeń o zatrudnieniu. Wreszcie, powoduje
nimi poczucie odpowiedzialności za kruche finanse państwa, na które
związki zawodowe chcą dokonać zamachu. Wszak wysokość wielu świadczeń
płynących z budżetu jest powiązana z płacą minimalną. Po tym
argumencie zapewne rząd, wzywający do zaciskania pasa, jeszcze raz
porachuje stosowne słupki i zdecyduje się podnieść VAT o kolejny
procent, aby ratować społeczeństwo.

Żeby
pokazać, jak bardzo nierozważne jest ustawowe podnoszenie najniższych
pensji, sięga się po autorytety ekonomiczne. Dr Zbigniew Markowski z
Gdańskiego Klubu Biznesu zauważa, że wzrost płacy minimalnej to
czysty populizm, a w gospodarce nie wydarzyło się nic, co by
wymuszało tak drastyczne kroki. Niewątpliwie ma rację! Więcej:
sytuacja aż się prosi, by niewykwalifikowanym robolom, co to do
szkoły mieli pod górkę, dokręcić śrubę – bezrobocie rośnie,
dlatego ci, którzy jeszcze mają gdzie tyrać, powinni okazywać
bezgraniczną wdzięczność, że pracodawca-biedaczek przymiera głodem,
aby ich utrzymać.

Ilekroć
słucham takich uczonych wywodów, ogarnia mnie pokusa przeprowadzenia
eksperymentu socjologicznego, polegającego na przeniesieniu
ekonomisty z wygodnego fotela za biurkiem np. do zamiatania ulic, za
najniższe wynagrodzenie. Ponieważ to eksperyment naukowy, stawiam
hipotezę: nastąpiłaby zasadnicza zmiana w myśleniu badanego naukowca.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że za chwilę zostanę oskarżony o
stalinowskie zapędy. Uprzedzając atak odpowiem, iż obiekt
eksperymentu zostałby przydzielony do średnio ciężkiej pracy
fizycznej (bądź co bądź nie mówimy o przerzucaniu łopatą węgla na
furmankę), którą wykonywałby w standardowym, zgodnym z przepisami
wymiarze (podczas gdy wielu pracowników fizycznych pracuje po 10-12
godzin dziennie, 6 dni w tygodniu). Nie dokonalibyśmy konfiskaty
majątku (jedynie zablokowali na czas eksperymentu konto
oszczędnościowe, by możliwie dokładnie oddać warunki funkcjonowania
fizoli),
nie odebralibyśmy rodziny ani przyjaciół, nie zakazali bywania w
modnych klubach czy wypadów do kina.

Koszty
pracy w Polsce należą do najniższych w UE, ale dla większości
ekonomistów i biznesmenów ciągle są za wysokie. Cóż, by móc dogonić
azjatyckie potęgi, sugeruję obniżenie pensji polskich pracowników do
równowartości kilku rupii czy juanów, zniesienie powszechnego
obowiązku edukacyjnego, systemu emerytalnego, ubezpieczeń zdrowotnych
i kilku innych komunistycznych fanaberii. Logika ekonomiczna jest
bowiem nieubłagana: to, że przyjęcie propozycji „Solidarności”
doprowadzi do podwyżek, bezrobocia i nędzy jest równie oczywiste jak
to, że Szwecja, Niemcy czy Francja są w istocie wyspami nędzy pośród
luksusów, w które opływa przeciętny mieszkaniec Indii czy Chin.

Konrad
Malec

Na dobry początek

Po fatalnym roku 2010, którego smutną puentą był paraliż kolei, trudno o optymizm w kwestii funkcjonowania państwa. Tym bardziej cieszą choćby pojedyncze zmiany na lepsze.

Za taką można uznać – przy pewnych zastrzeżeniach co do rozwiązań szczegółowych – zainicjowaną przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej tzw. ustawę żłobkową, czyli o opiece nad dziećmi do lat 3, którą Sejm przyjął 5 stycznia. Infrastruktura żłobkowa stanowi bowiem przykład ciągu paradoksów, jakie przez całe ostatnie półwiecze towarzyszyły przemianom społeczeństwa i państwa polskiego.

„Zdrowe” korzenie?

Podstawowa zmiana wprowadzana przez ustawę to utrata przez żłobki statusu zakładów opieki zdrowotnej i wyciągnięcie ich spod pieczy Ministerstwa Zdrowia. Dotychczasowe zapisy miały swój rodowód jeszcze w czasach wczesnego PRL-u (podobne rozwiązania wprowadzono wówczas w wielu ościennych „demoludach”). Władze ludowe jak diabeł święconej wody unikały kategoryzowania różnych zagadnień jako kwestii społecznych, stąd prawdopodobnie chęć połączenia żłobków z problematyką zdrowotną. Jak wynika z badań Danuty Graniewskiej z początku lat 70., matki na ogół pozytywnie wypowiadały się na temat opieki lekarskiej, choć nie brakowało również wypowiedzi negatywnych na temat żłobków, a powodowanych często zachorowalnością dziecka1. Bywały więc przypadki, że żłobki jako instytucje odpowiedzialne za zdrowie – paradoksalnie – sprzyjały rozprzestrzenianiu się chorób (do dziś zresztą jest to bolączką opieki instytucjonalnej nad małym dzieckiem). Jednakże przyporządkowanie żłobków resortowi zdrowia okazało się naprawdę zgubne dopiero po transformacji. Żłobki funkcjonujące jako zakłady opieki zdrowotnej do czasu wprowadzenia obecnej ustawy musiały spełniać bardzo wyśrubowane kryteria. Prowadziło to do wzrostu kosztów ich prowadzenia i zakładania, a także uciążliwości proceduralnych, co w efekcie spowodowało dramatycznie niską podaż tego typu placówek.

Obecna ustawa nie tylko wyciąga żłobki spod kurateli Ministerstwa Zdrowia, ale także zmienia kryteria, które trzeba spełnić, by założyć i prowadzić żłobek, np. opiekunowie nie muszą już posiadać uprawnień pielęgniarskich. Ponadto, mają być do żłobków wprowadzane elementy przygotowujące dzieci do edukacji przedszkolnej. Jest to krok w dobrym kierunku, choć szczegółowe rozwiązania określi rozporządzenie. Sprawa standardów nie jest do końca określona. Miejmy nadzieję, że łagodzenie kryteriów zostanie zrobione „z głową”.

Chichot ze żłobków

O ile powyższe informacje mówiły nieco o ideologii poprzedniego systemu, o tyle to, co działo się z infrastrukturą opieki nad małym dzieckiem po 1989 r. mówi sporo o ideologii systemu, który zaczęto wprowadzać po przełomie. Jego ważnym wyznacznikiem było stopniowe wycofywanie się państwa ze świadczenia wielu usług publicznych i przerzucanie odpowiedzialności i kosztów na samych obywateli. Zmiany w dostępności opieki żłobkowej i przedszkolnej doskonale to ilustrują. Cofnijmy się jednak najpierw do roku 1980 i słynnych 21 postulatów sierpniowych. Siedemnasty z nich mówił o tym, by zapewnić odpowiednią ilość miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących. Chichot historii polega na tym, że gdy nominalni reprezentanci „Solidarności” doszli do władzy, dostępność opieki żłobkowej i przedszkolnej zamiast rosnąć, zaczęła spadać. I to gwałtownie. Liczba żłobków w 1989 r. wynosiła 1553, w 1995 – 591, a w 2002 – zaledwie 382. W ostatnich latach spadek został zahamowany i w 2008 r. liczba ta wyniosła 392 – strasznie mało nawet w porównaniu z siermiężnymi latami osiemdziesiątymi.

Rezultatem owej tendencji jest to, że zaledwie 2% dzieci do lat 3 było do niedawna objętych opieką instytucjonalną. Oczywiście część osób nie korzysta z usług opiekuńczych z wyboru, gdyż np. samodzielnie lub dzięki pomocy ze strony dziadków mogą zapewnić dziecku opiekę w pierwszej fazie jego życia. Jednak z pewnością nie dotyczy to całych 98%, ponadto coraz silniej ujawniają się tendencje odchodzenia od rodzin wielopokoleniowych i w ogóle tradycyjnego modelu rodziny, dlatego zwiększone wsparcie publiczne tak czy inaczej będzie musiało wkroczyć. Dla porównania, według tego samego źródła2 na Węgrzech wskaźnik ten wyniósł 9%, na Litwie 19%, we Francji 25%, a w Holandii – 29%, nie mówiąc już o krajach o silnie zinstytucjonalizowanej opiece nad dzieckiem, jak Norwegia (61%), Szwecja (66%) i Dania (83%).

Choć można dyskutować, czy zawsze kontakt z instytucją już od kolebki jest dla dziecka optymalny, warto tworzyć instytucje na wypadek sytuacji, gdy taka potrzeba faktycznie zaistnieje.

Społeczny rozwój od publicznej kolebki

Brak odpowiedniego publicznego wsparcia w zakresie opieki nad dzieckiem ma katastrofalne skutki, wykraczające nawet poza niezaspokojenie potrzeb opiekuńczych. Część kobiet, chcących mieć dzieci, może bowiem się na to nie zdecydować, a to grozi osłabieniem potencjału demograficznego i problemami społecznymi. Już teraz – mimo silnej w kulturze pozycji macierzyństwa – mamy bardzo niski wskaźnik dzietności, znacznie poniżej poziomu zastępowalności pokoleń. Z drugiej strony część kobiet, które mimo wszystko urodzą, może mieć dodatkowe trudności z powrotem na rynek pracy. Niski na tle krajów UE wskaźnik aktywności zawodowej kobiet również stanowi pewną barierę rozwoju. Pamiętajmy przy tym, że sformalizowana opieka nad dzieckiem może generować nowe miejsca pracy i to dla osób w trudnej sytuacji pod tym względem, jak kobiety w wieku 50+.

Ustawa zakłada, że obok żłobków będą mogły powstawać inne instytucje opieki, jak klubiki dziecięce, gdzie opieka będzie sprawowana do 5 godzin dziennie (takie placówki, które łatwiej założyć i prowadzić, mogą być przydatne zwłaszcza na obszarach wiejskich, gdzie też zapotrzebowanie na opiekę w większym wymiarze godzin jest mniejsze), opiekunowie rodzinni, a także legalnie pracujące nianie, za które ZUS będzie płacił składki na ubezpieczenie, co ma prowadzić do choćby częściowego wyprowadzenia z szarej strefy osób wykonujących tę profesję.

Widać więc wyraźnie, że znaczenie tej ustawy jest pierwszoplanowe z punktu widzenia rozwoju społeczeństwa jako całości, oraz dla jego słabszych członków. Można tu wręcz mówić o rewolucyjnej zmianie, przy czym wiele jej szczegółów i skutków jest jeszcze niedookreślonych. Na dobry początek zapowiada ona jednak pomyślne trendy.

Rafał Bakalarczyk

Przypisy:

1.  D. Graniewska, Żłobki i przedszkola w PRL, Wydawnictwo Związkowe CRZZ, Warszawa 1971.
2. EURYDICE, Wczesna edukacja i opieka nad dzieckiem w Europie: zmniejszanie nierówności społecznych i kulturowych, Warszawa 2009.

Polityka transferowa

Moje lewicowe serce raduje się z astronomicznych zarobków czołowych
piłkarzy. Smuci zaś na wieść o podwyżkach dla lekarzy ratujących ludziom
życie.

Rozgrywki toczące się na stadionach Madrytu czy Londynu, coraz silniej zglobalizowane i skomercjalizowane, są mi od lat doskonale obojętne. Obce jest mi jednak święte oburzenie na rzekomo niemoralną wysokość gaży ich głównych bohaterów. Nic mi do tego, ile decydują się płacić współczesnym gladiatorom właściciele klubów czy reklamodawcy. Jeśli tylko futboliści uczciwie płacą podatki, wzrost ich bogactwa nie odbywa się ze szkodą dla żadnej grupy społecznej. Gdy ma postać transferu środków od firm bukmacherskich, koncernów telekomunikacyjnych czy arabskich szejków na konta chłopaków z górniczego Knurowa, ubogich przedmieść Marsylii czy zniszczonego wojną Sarajewa (by wspomnieć parę rzeczywistych przykładów z ostatnich lat) – zyskuje wręcz charakter pożądanej redystrybucji.

Mimo wszystkich zmian, piłka nożna pozostaje jedną z najbardziej demokratycznych dziedzin gospodarki, gdzie awans społeczny jest częsty, a najwyższe szczyty osiągane wyłącznie dzięki sumiennej pracy. Co więcej, spełnia funkcję antycykliczną, jako że piłkarze rzadko są „ciułaczami”, a jeśli inwestują, to raczej w realną gospodarkę. A zatem kupujcie sobie kolejne auta, rodzicom – lepsze mieszkania, a kochankom – biżuterię, drogie (dosłownie!) gwiazdy. Dla dobra wspólnego!

Uważam jednocześnie, że lekarze zatrudnieni w sektorze publicznym nie powinni zarabiać szczególnie dużo. Owszem, zbyt niskie płace oznaczają zagrożenie korupcją oraz „wysysanie” medyków przez sektor prywatny czy placówki zagraniczne. Jednak powyżej pewnego progu, zapewniającego komfort własny i rodziny, wysokość płac ma kluczowe znaczenie wyłącznie dla jednostek zdemoralizowanych, a takie należy ze służb publicznych eliminować, zamiast do nich przyciągać. Nie chcę, by moje ubezpieczenie zdrowotne trafiało do kieszeni osób, którym tzw. godność nie pozwala, dajmy na to, operować za mniej niż dziesięciokrotność średniej krajowej. No i co będzie, jeśli w kluczowym momencie spóźni się przelew?

Powyższe rozważania to więcej niż spekulacje. Pokazał to niedawny przykład oddziału chirurgii zielonogórskiego Szpitala Wojewódzkiego, który w bieżącym miesiącu będzie przyjmował tylko najpilniejsze przypadki. Dotychczasowi specjaliści, zarabiający kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, odmówili bowiem przedłużenia kontraktów. Nieoficjalnie wiadomo, iż zażądali co najmniej 25 tys. zł, uzasadniając to faktem, że „w Barcelonie zarabia się dużo więcej”. Media milczą, czy w skład ich żądań wchodzi również podniesienie najwyższej stawki podatku dochodowego do 47% oraz płacy minimalnej do 738,5 euro, jak ma to miejsce w Hiszpanii. Dyrekcja placówki się nie ugięła i wiele wskazuje na to, że medycy przejadą się na swojej zachłanności. Problem ogólny jednak pozostaje.

Jeśli o mnie chodzi, niech lekarze zarabiają jak w Szwecji. Tylko niech najpierw sprawny sektor publiczny (a więc także nakłady na leczenie) oraz skala korupcji osiągną u nas porównywalny poziom, a oni sami zaczną równie uczciwie płacić równie wysokie podatki. Skoro już teraz chcą zarabiać jak w Barcelonie, proponuję nauczyć się grać w piłkę.

Proroctwa

Neoliberalizm miał być najwyższym stadium rozwoju ludzkości. Proroctwo o końcu historii nie potwierdziło się.  Teraz finansiści wykańczają system, który sami stworzyli.

Siła wielkich korporacji, fasadowa demokracja i osłabienie państw narodowych wydawały się gwarantem trwałości. Przymus ekonomiczny skutecznie tłumił odruchy buntu, co wyzwoliło niepohamowaną chciwość. Rządy pieniądza doprowadziły do kryzysu. Historia chichocze. Sprawdza się proroctwo I sekretarza PZPR, W. Gomułki, który twierdził, że burżuazja doprowadziła do upadku ustrój burżuazyjny, a rządy klasy robotniczej zostaną obalone przez robotników.

Historia nie wykazuje żadnych objawów wyczerpania. Agresorzy straszą, wybuchają konflikty graniczne i terytorialne, toczą się wojny ekonomiczne, surowcowe, plemienne i religijne. Nawet można odnieść wrażenie, że Historia szykuje nam powtórki. Władcy na Kremlu stosują te same wypróbowane chwyty, na które Zachodnia Europa i USA tak samo się nabierają.

Rosja dąży do odtworzenia swojego imperium, ale ideologia marksistowska odradza się nie w Rosji, tylko w Ameryce Łacińskiej. Jan Paweł II zlikwidował teologię wyzwolenia. „Solidarność” też została pokonana. Korporacjom nie zagraża już ani Chrystus z karabinem, ani związek zawodowy ostentacyjnie wyrzekający się przemocy. Tym razem sprawa jest poważniejsza.

Jedynie w polskich szkołach udało się zakończyć Historię. Nie tylko nie ma na nią czasu, ale, co gorsze, nie można jej uczyć. Prawda nie istnieje, fakty się nie liczą. Są tylko różne narracje. Narracje autorytetów są obowiązujące. Narracje osób „kontrowersyjnych” – podejrzane. Historię piszą zwycięzcy, przykrawając ją do potrzeb rządzących.

Słyszałam wypowiedź jakiegoś rządowego guru, że dzieci więcej nauczą się z opowieści rodziców i dziadków, niż od nauczyciela. Jeden chłopiec dowie się, że jego dziadek był partyzantem, drugi, że walczył z bandami. Chłopcy sami ustalą, który był bardziej bohaterski. Historia już przyznała rację temu z UB. Prawda bez sprawiedliwości rodzi frustrację i agresję.

Próba pisania historii bez faktów nie w pełni się powiodła. Następną linią obrony jest – „nie osądzajmy”. Nie należy osądzać Wałęsy, Jaruzelskiego, Kiszczaka, Michnika, Balcerowicza, Orszulika. Wszyscy byli realistami i skutecznymi politykami. Osądzanie drugiej strony też nie jest wskazane, ponieważ nie można powiedzieć, o co walczyła. Język zdecydowanie złagodniał. Oszołoma nazywa się teraz „kontrowersyjnym”.

Nie tylko nauczanie historii, cała szkoła jest zagrożona. Propozycja nowej reformy zmierza w tym samym kierunku, co wszystkie inne projekty rządu. Celem są oszczędności, zrzucenie odpowiedzialności z władzy centralnej i zachowanie posad dla swoich. Aby przekonać opinię publiczną, że nauczycielom trzeba dołożyć obowiązków i obniżyć zarobki, posłużono się kłamstwem. Według MEN nauczyciel dyplomowany zarabia 4502 zł. Podstawowe wynagrodzenie wynosi 2799 zł. Do tego dochodzi obligatoryjny dodatek za staż oraz uznaniowe dodatki przyznawane przez dyrektora i gminę. Sprawdziłam konkretny przykład. Wynagrodzenie nauczyciela o najwyższych kwalifikacjach, z długim stażem, dobrze ocenianego przez dyrektora i gminę, wynosi 3795,04 zł brutto. Skąd się wzięło 4502 zł?

Od tej pory za nauczycielskie pensje będą odpowiadać samorządy. Subwencja oświatowa pokrywa tylko 40 do 60% kosztów funkcjonowania szkół. Negocjacje pensji będą oznaczać głównie jej zmniejszenie oraz podnoszenie pensum. Kuratoria zostaną zlikwidowane. W województwach powstaną departamenty i regionalne ośrodki jakości edukacji, w powiatach Centra Rozwoju Szkoły. O awansie nauczycieli będą decydować dyrektor i rodzice, a audyt szkół będzie zlecany firmom zewnętrznym. W każdej szkole zostanie powołany moderator, organizator i mentor. Już teraz biurokracja – wdrażanie procedur, pisanie planów i sprawozdań – pochłania ogromną ilość czasu nauczycieli i dyrektorów. Po reformie uczenie i wychowanie będzie zbędnym dodatkiem do obowiązków.

Reformy PO to majstersztyk. Pod pozorem większej samodzielności nauczyciele tracą oparcie w służbach resortu, a równocześnie popadają w zależność od rodziców, dyrektorów, radnych gminy, urzędników województwa i całej sfory ekspertów, kontrolerów jakości edukacji i specjalistów od audytów. System będzie droższy, ale to już nie jest zmartwienie ministerstwa. Szkoła musi wygospodarować pieniądze na zewnętrznych ekspertów.

Niektórzy podejrzewają szatański plan ogłupiania polskiej młodzieży. Przypuszczam, że przyczyny są prozaiczne. Rząd cały czas kombinuje, jak pozbyć się obowiązków nudnych, żmudnych i ryzykownych politycznie.

Nie przesadzajmy z oskarżaniem szkoły o ogłupianie młodzieży. To nie jest wina szkoły, że maluchy nie chcą słuchać bajeczek. Chcą oglądać pościgi, wrzaski, wybuchy i szaleć. Od nauczycieli wymaga się, żeby dzieci się nie nudziły, żeby wiedza była przekazywana w formie łatwej i atrakcyjnej.

Masowa kultura i masowa informacja produkują w głowach kartoflankę. Zalewają nas nieistotne informacje, powierzchowne opinie, agresywne reklamy i zwyczajne brednie. Ambitniejsi podejrzewają, że nie mogą zrozumieć świata, ponieważ za mało wiedzą, za wolno się poruszają, są za mało aktywni. Jeszcze szybciej przełączają kanały w telewizorze, strony w Internecie, odbierają i wysyłają setki maili i SMS-ów. Mniej ambitni rezygnują, oglądają atrakcyjne programy i czekają, aż los się do nich uśmiechnie, wygrają samochód albo casting.

Przeczytałam w „Rzeczpospolitej”, że mózg naszego gatunku kurczy się. Uczeni nie wiedzą, dlaczego; pocieszają się, że chociaż mózg jest mniejszy, sprawniej działa. Pesymiści obawiają się, że już w nieodległej przyszłości ludzie nie będą w stanie zrozumieć tekstu, sformułować wypowiedzi, liczyć. Nastąpią rządy idiokracji.

Obawiam się, że to proroctwo się spełnia. Nie można bezkarnie atakować mózgu chaotycznymi bodźcami i zaniechać używania go do myślenia.

Joanna Duda-Gwiazda

Realny liberalizm

Podwyżki podatków – w tym VAT-u – nie stoją w sprzeczności z doktryną liberalizmu gospodarczego. Są jej perwersyjną kwintesencją.

Pewien popularny zespół muzyczny śpiewa, że „Nic nie boli tak, jak życie”. Nas owo życie zaboli już w najbliższych dniach, za sprawą podwyżki stawek podatku VAT na żywność, odzież, paliwo, część usług, książki itp. Sprawa była wielokrotnie komentowana w mediach, więc o szczegółach podwyżki pisać nie chcę. Wspomnieć warto jedynie o tym, że najbardziej uderzy ona w niezamożnych. Większość Polaków to, wedle wszelkich sondaży, osoby, które nie posiadają oszczędności ani aktywów generujących istotne dodatkowe dochody, przeznaczający niemal całe zarobki na finansowanie bieżących potrzeb konsumpcyjnych. Będą teraz płacili więcej za niemal każdy towar bądź usługę. Będą więc biedniejsi.

Nie jest to informacja bez znaczenia w całej, większej niż podwyżka VAT-u, układance. Wśród wielu komentarzy krytycznych wobec tej decyzji, znaczną część zajmują opinie, które rozliczają rząd PO – partii deklaratywnie liberalnej gospodarczo – ze „zdrady ideałów”. W uproszczeniu, ich treść sprowadza się do stwierdzenia: „Jako liberałowie powinniście obniżać podatki, wy zaś je podwyższyliście”. Takie opinie to przejaw liberalizmu „romantycznego”.

Każda ideologia ma co najmniej dwa warianty. Pierwszy to sielankowa wizja, której wprowadzenie w życie zwiastować ma początek nowej, lepszej epoki dla wszystkich, co najwyżej z wyjątkiem grup uznanych za wrogie („nie zasłużyli” na „lepszy świat”). Nie godzi się ona na kompromisy, a rzeczywistość postrzega przez pryzmat teoretycznych deklaracji. Każda ideologia, nawet najbardziej zbrodnicza, miała swoich „romantyków”, którzy krytykowali realny reżim za „zdradę ideałów”, a przynajmniej za częściowe odejście od pryncypiów, drobiazgowo wyliczając, że w tej i tej kwestii „nie tak przecież miało być”. Nazizm miał swoich „romantyków” w postaci braci Strasserów, którzy zarzucali Führerowi, że poszedł na kompromis z wielkim „plutokratycznym” kapitałem, a „aryjskim” robotnikom nie dał tyle, ile obiecywał. „Romantykami” komunizmu byli Trocki oraz „starzy bolszewicy” zamordowani w ramach czystek, zarzucający Stalinowi, że odszedł od „dziedzictwa Lenina”, zdradził sprawę Światowej Rewolucji, lekceważył rady robotnicze (sowiety) itd. Dziesiątki lat po upadku III Rzeszy i ZSRR ukazują się strasserowskie i trockistowskie gazetki, których autorzy przekonują, że „prawdziwego” nazizmu i komunizmu nie było nigdy (lub jedynie bardzo krótko), były tylko „błędy i wypaczenia”, które nie przekreślają „wspaniałości” samej doktryny i konieczności dążeń do jej „autentycznej” realizacji.

Z tego względu wszelkie nurty polityczne należy oceniać nie wedle deklaracji, lecz z punktu widzenia realnych wcieleń. Nawet te, które są mi bliskie, oceniam właśnie tak – program socjalistyczny czy socjaldemokratyczny jest dla mnie znacznie mniej ważny, niż jego realne wcielenia, np. w krajach skandynawskich, z ich ogromnymi zdobyczami, ale także słabościami, „wypaczeniami”, nierozwiązanymi problemami i niedotrzymanymi obietnicami. To nie praktycy są źli – to w samej ideologii coś było nie tak: czegoś nie wzięto pod uwagę, coś pochopnie zlekceważono, coś obiecano na wyrost.

Swoich „romantyków” ma też liberalizm gospodarczy. Gdy liberalni realiści podnoszą podatki, czytelnicy „Najwyższego Czasu!” pomstują na ich zaprzaństwo, nazywają łże-liberałami lub pseudoliberałami. Dokładnie tak, jak bracia Strasserowie i Trocki chłostali Hitlera i Stalina bezpłodnym słowem. Pragmatycy jednak niczego nie zdradzili. Widać to w kontekście podwyżki VAT-u doskonale, gdy przypomnimy sobie, jak jeszcze kilkadziesiąt lat temu postrzegano orędowników leseferyzmu. Otóż gdy sięgniemy po stare, kanoniczne teksty programowe czy publicystyczne nie tylko socjalistów, ale także np. chadeków, wówczas dowiemy się, że liberalizm, który dziś stroi się w piórka idealistycznej walki z „uciskiem podatkowym” czy „wszechwładzą państwa”, traktowano po prostu jako doktrynę i ruch służące obronie przywilejów warstw posiadających. Takie było i jest sedno praktyki liberalizmu gospodarczego.

Podatki, owszem, chciano obniżać, ale głównie tym, którzy mieli najwięcej do stracenia na prospołecznym systemie fiskalnym. Tylko wyjątkowo naiwni mogą wierzyć, że liberalne stronnictwa polityczne kiedykolwiek poważnie przejmowały się stawkami podatkowymi takich „prywatnych przedsiębiorców”, jak sklepikarz czy szewc. „Pazerność rządu” zwalczana jest przez nich wtedy, gdy państwo sięga do kieszeni największych firm, wielkich biznesowych „rodów” i grup interesu. Wrzask liberałów-realistów słychać wtedy, gdy pojawia się ryzyko podwyższenia górnych stawek podatku dochodowego. Milczą zaś oni lub jedynie półgębkiem – dla uwiarygodnienia się – protestują, gdy rosną stawki najniższe. Ile razy słyszeliście z ich ust propozycję, żeby np. znacznie obniżyć podatek dochodowy nie bogatym, lecz najuboższym? Tzw. kwoty wolne od opodatkowania były zwiększane w większości krajów europejskich nie przez liberałów, lecz przez formacje socjaldemokratyczne lub chadeckie. Uznawały one, że jeśli ktoś nie powinien płacić podatków, to ci, którzy ledwo wiążą koniec z końcem, nie zaś ci, którzy ulgi podatkowe wykorzystują w teorii na „nowe inwestycje” i „tworzenie miejsc pracy”, zaś w praktyce na nowe jachty, większe wille i coraz bardziej egzotyczne wojaże.

Kolejnym mitem związanym z liberalizmem jest przekonanie, że dąży on do okiełznania tego, co Jankesi nazywają Big Government, czyli wielkim rządem. W rzeczywistości liberalni pragmatycy nigdy w dziejach nie „zmniejszyli” znacząco żadnego państwa. Realny liberalizm nie polega na ograniczaniu funkcji państwa i istotnym zmniejszaniu wydatków budżetowych. Jego celem jest jedynie zmiana kierunków działań państwa – tak, aby mniej wydawało ono na zaspokajanie potrzeb szerokich rzesz społecznych, zaś więcej środków i wysiłków poświęcało temu, co zwiększy profity bogatej garstki. Propaganda mówiąca o „zmniejszaniu marnotrawstwa” czy o „odebraniu biurokratom władzy nad obywatelami” to lep na łatwowiernych. W praktyce zmniejsza się budżetowe dotacje do szkół czy szpitali, aby więcej środków przeznaczyć na wspieranie wielkiego biznesu – czy to wprost, np. za pomocą dotacji do bankrutujących banków, czy pośrednio, prowadząc militarne podboje, aby przemysłowa oligarchia miała zapewnione tanie surowce i nowe rynki zbytu. Tam, gdzie przeciętny obywatel zostaje pozbawiony wsparcia – sam musi walczyć jako konsument z nadużyciami biznesu, jako pracownik z łamaniem przepisów lub nie ma ochrony ze strony niedofinansowanej policji – tam całe zastępy urzędników czekają na byle skinienie możnowładców, którym trzeba zbudować infrastrukturę niezbędną do prowadzenia biznesu, powołać specjalne strefy ekonomiczne, zmienić przepisy tak, aby nie przeszkadzały w zarabianiu forsy itd., itp.

Państwa nie jest wcale mniej – jest go tyle samo, a bywa, że nawet więcej. Tyle że nie dla nas, szaraczków, lecz dla nich, „inwestorów”, „prywatnych przedsiębiorców”, „biznesmenów roku” etc. Gdy liberalni pragmatycy zajmują się „upraszczaniem przepisów”, to można być pewnym, że ułatwią zatruwanie środowiska, usuwanie lokatorów z cennych lokalizacji lub dewastację zabytków, nie zaś zaskarżanie koncernów farmaceutycznych za zniszczenie naszego zdrowia lub „dewelopera” i prawnika, którzy wywłaszczyli nas z ziemi, na której stanie centrum handlowe. Nawet takie ikony liberalizmu gospodarczego, jak Reagan czy Thatcher, nie dokonały znaczącego ograniczenia funkcji i wydatków państwa. Pieniądze zaoszczędzone na zasiłkach dla bezrobotnych czy dotacjach do publicznego szkolnictwa trafiły do budowniczych autostrad czy prywatnego sektora militarnego. Środki, których nie otrzymały „nierentowne kopalnie”, wpłynęły na konta koncernów zajmujących się poszukiwaniami gazu na Morzu Północnym.

To samo dotyczy nie tylko ogółu podatników, ale nawet tej warstwy, którą liberałowie często wycierają sobie gęby, mianowicie drobnych firm prywatnych. Jeśli porównać budżetowe wsparcie dla wielkich korporacji z tym, co otrzymują niewielkie firemki, albo jeśli zestawić wysokość ulg podatkowych dla „magnatów przemysłowych” z tym, co zostaje w kieszeniach właściciela sklepu, apteki czy punktu naprawy parasoli, to liberalny czar pryska nawet z punktu widzenia „prywatnych przedsiębiorców”. To samo widać jeszcze lepiej, gdy rozmaite liberalne rządy upraszczają procedury np. eksploatacji ropy naftowej czy sprzedaży prądu, za to śrubują normy dla produkcji tradycyjnych wyrobów spożywczych. Na tych pierwszych biznesach zarabiają od pokoleń te same rody najbogatszych, zaś te drugie to konkurencja dla koncernów spożywczych. Gdyby przyjrzeć się np. lobbingowi na rzecz rozwiązań sanitarnych dla sektora spożywczego czy ferm hodowlanych, wówczas okaże się, że znakomita większość „socjalizmu”, czyli regulacji prawnych, jest pochodną nacisków wielkiego prywatnego biznesu, który wykańcza drobną konkurencję i zdrowie konsumentów, nie zaś knowań „lewaków” czy „biurokratów”. Nic zatem dziwnego, że np. w USA realne dochody klasy średniej spadały – zamiast rosnąć – w czasach rządów Reagana czy obu Bushów. Wzrosła za to liczba miliarderów i ubogich.

To, że liberalni pragmatycy nie rozmontowali nigdy i nigdzie „wielkiego rządu”, wynika w dużej mierze właśnie z tego, że ów rząd i jego budżet są nader przydatnymi narzędziami wspierania finansowej oligarchii. Wynika też jednak z tego, że pragmatycy nie są tak naiwni i kiepsko wykształceni, jak romantycy. Ci ostatni, co uderza przy bliższym zetknięciu się z takimi środowiskami, niezwykle rzadko dysponują choć podstawową wiedzą o procesach społecznych. To nie przypadek, że wśród zagorzałych propagandystów i wyznawców „prawdziwego liberalizmu” niemal nie uświadczy się socjologów, adeptów polityki społecznej czy planistów przestrzennych, lecz dominują tam ekonomiści-teoretycy (bo już nie ekonomiści badający realne ustroje i rozwiązania oraz ich skutki) lub absolwenci filozofii, politologii czy historii idei. Nie wiedzą oni tego, co wiedzą liberalni pragmatycy lub ich doradcy – że nowoczesne społeczeństwo nie może mieć oparcia w książkowym modelu „państwa minimum”. Tylko czytelnicy „Najwyższego Czasu!” mogą sobie roić, że masowe społeczeństwo, nie bazujące już na – dawno rozbitych przez dynamiczny kapitalizm – „naturalnych wspólnotach”, można ponownie oprzeć na rodzinach, kręgach sąsiedzkich, filantropii i dobrowolności. Upadek nowoczesnego państwa nie zaowocowałby sielanką spod znaku szczęśliwych wielodzietnych rodzin, opiekujących się rodzicami na starość i zgodnie żyjących wraz z innymi w przyjaznych społecznościach. Przyniósłby natomiast bezlitosną walkę wszystkich ze wszystkimi, w której to walce byłyby miliony ofiar, z łajzowatymi UPR-owskimi teoretykami na czele. Z tego też względu nawet Thatcher czy Reagan nie rozmontowali całkowicie pomocowych struktur państwa, lecz przenieśli część ich budżetów do kieszeni biznesu, czego skutkiem nie był bynajmniej renesans rodzin i „odpowiedzialnego polegania na własnych siłach”, lecz eskalacja patologii społecznych i wzrost liczebności „podklasy”.

Podwyżki VAT-u doskonale wpisują się w realny liberalizm. Państwo nowoczesne jest ze swej natury państwem kosztownym – może być nieco tańsze, lecz całkiem tanie nie będzie nigdy. Można je finansować dwojako – albo z wyższego obciążenia podatkowego bogatych, albo z podniesienia „haraczu”, który płacą wszyscy, w tym najubożsi. Gdy rządzą liberałowie, czyli stronnictwo dbające o interesy bogatszych warstw społecznych, wybiera się to drugie rozwiązanie. Wybór liberałów nie oznacza zatem zmniejszania podatków, a wręcz może oznaczać – co właśnie widzimy – ich podwyższanie. Wzrost stawek VAT-u nie jest zdradą ideałów liberalizmu gospodarczego. Jest ich konsekwencją.

Remigiusz Okraska

Więcej „Obywatela”, obywatele!

Rok „Obywatela” i jego czytelników toczy się nieco innymi kolejami, niźli rok konsumentów pierwszych stron gazet, zaprzyjaźnionych z władzą telewizji, popularnych serwisów informacyjnych.

W „Obywatelu” przez ten rok czytaliście inne teksty aniżeli „jedynie słuszne”, którymi raczą swoich odbiorców sformatowane na jedno kopyto tygodniki opinii. I sami wiecie najlepiej, co z tego, co przeczytaliście, przemyśleliście, w czym współuczestniczyliście – było dla Was ważne i najważniejsze.

Koniec roku 2010, przed nami nowy czas do wypełnienia. Sami też wiecie najlepiej, co w Waszym życiu osobistym, zawodowym, co w społecznych zaangażowaniach było dobre, porządnie zrobione. Może to, czym żyliście, nie było godne okładek kolorowych pism. Pewnie nie zapraszano Was do telewizji śniadaniowych, gdyście pracowali, marzyli, snuli plany. Może skrzętnie podsumowujecie swój rok 2010, a może jak gdyby nigdy nic idziecie dalej, bo już gonią następne terminy, plany, zadania. Czytacie „Obywatela”, jesteście obywatelami, działacie; nie siedzicie z założonymi rękoma czekając, aż ktoś za Was uczyni świat nieco innym, nieco lepszym.

Czego Wam wszystkim życzyć? Przecież jesteśmy tak różni. Różne doświadczenia życiowe, przebogate światopoglądy, koncepcje polityczne, społeczne i gospodarcze. A jednak razem czytamy „Obywatela”, razem go współtworzymy. Dlaczego? I tu odpowiedzi będą rozmaite. Anarchiści, etatyści, lewacy, prawicowcy, wierni różnych wyznań chrześcijańskich i religii, agnostycy, ateiści, społecznicy, naukowcy, działacze polityczni, studenci, matki, żony, a pewnie i kochanki, przykładni ojcowie i niebieskie ptaki, entuzjaści i malkontenci, miłośnicy piw z niszowych browarów, niuchacze tabaki i palacze fajki, feministki i „męskie szowinistyczne świnie”, domatorzy i wagabundy, biznesmeni i urzędnicy państwowi, lekkoduchy-artyści i zwykli zjadacze chleba – wszyscy mieliśmy w mijającym roku swoje powody, by sięgać po „Obywatela”, by go wspierać.

Jesteśmy obywatelami. Szukamy sposobów, motywów, ludzi wespół z którymi zrealizujemy idee i koncepcje znane nam z „Obywatela”. Tak, czas obywateli płynie inaczej niż czas mainstreamowych mediów, rządząc się często innymi prawami. Nie znaczy to, że sprawy Polski są dla nas nieistotne. Inna jest perspektywa, nierzadko poruszają nas inne zagadnienia. Ale przecież tutaj żyje większość z nas, a pozostali – wracają myślami.

Ideą naczelną „Obywatela” jest dobro wspólne. Tworzymy zatem, często się nie znając, pewien rodzaj wspólnoty. „Obywatel”, w mniejszym lub większym stopniu, jest częścią naszej tożsamości, albo przynajmniej źródłem wiedzy, które uznajemy za rzetelne, warte poznania. A przecież – różnimy się. Nawet jeśli większość z nas uznaje się za ludzi lewicy, to przecież nie maszerujemy w karnym szeregu, w rytm i pod dyktando werbli. Jesteśmy raczej partyzantami wielkiej, niekończącej się konspiracji obywatelskiej. I obyśmy chcieli, mogli walczyć dalej: niekoniecznie na plażach, lądowiskach, polach i ulicach, na wzgórzach… I co najistotniejsze: obyśmy nigdy się nie poddali.

Tego Wam wszystkim w 2011 roku szczerze życzę: sił, zdrowia, szczęścia i okazji do obywatelskiego knucia i konspirowania… Więcej obywatela w obywatelach, obywatele! Więcej „Obywatela”! 

Krzysztof Wołodźko