Uciekają, drepcząc w miejscu

Elity odwracają się od PO – można było ostatnio przeczytać na łamach niejednej gazety.

Po publicznych deklaracjach rozczarowania partią rządzącą, które padły z ust kilku celebrytów, przyszły wyniki sondaży, zgodnie z którymi największy spadek poparcia Platforma odnotowuje wśród „młodych, wykształconych, z dużych miast” („Gazeta Wyborcza”, 25.02) Krytyczny wobec (neo)liberalnej wizji polityki obserwator w pierwszej chwili chciałby zakrzyknąć: nareszcie!

Czyżby dotarło w końcu nad Wisłę przewartościowanie w światowej debacie ekonomicznej, związane m.in. z kryzysem finansowym, co w połączeniu z realnymi skutkami tego ostatniego, jakich doświadcza na własnej skórze duża część polskiego społeczeństwa, zaowocowało przełomem? Nic z tego: elity pozostały tam, gdzie były. Bardziej prawdopodobne jest to, nad czym ubolewa Sławomir Sierakowski: Zniechęcające i demoralizujące jest to, że gdy Michał Boni i Jan Krzysztof Bielecki zaczęli odchodzić od neoliberalnych rozwiązań, Platforma zaczęła tracić, nie będąc w stanie obronić się przed populistyczną krytyką Balcerowicza i obrońców nieudanych reform (wywiad dla „Polska The Times”, 18.02).

Niepopularna medialnie decyzja w sprawie OFE, a w jej następstwie konflikt na dość szerokim froncie z papieżem polskiego liberalizmu ekonomicznego, wpłynęły na skalę politycznego poparcia dla PO. To, że wbrew oczekiwaniom niektórych ugrupowanie to nie stało się w części kwestii „bardziej papieskie od papieża” chwali się mu, ale też nie przesadzajmy z tym odejściem od neoliberalizmu. Skala problemów budżetowych, z którymi mierzy się obecnie Tusk, w znacznej mierze jest wynikiem działań – i to względnie świeżych – w których PO miała swój udział, a których sensowności dotąd nie zakwestionowała, ani w praktyce, ani w retoryce.

Problemy na własne życzenie

Chodzi mi oczywiście o mit niskich podatków, który zmaterializował się za czasów PiS, ku aprobacie PO. Spowodowało to spadek przychodów budżetowych, co teraz próbuje się równoważyć zmniejszaniem wydatków. Oczywiście wydatków socjalnych, mimo że nakłady na zabezpieczenie społeczne w relacji do PKB są w Polsce na jednym z niższych poziomów w UE, więc nie ma powodu, by oszczędności szukać akurat w tej sferze (a jedynie sposobów na bardziej efektywne wykorzystanie tych środków). Mitu o rozdętym systemie wydatków socjalnych PO także nie odrzuciła; swoją drogą, to dopiero byłaby rewolucja, choć obiektywnie patrząc byłoby to tylko uznanie łatwo sprawdzalnego faktu. Także podatek CIT, zmniejszony za czasów jeszcze wcześniejszej ekipy rządzącej (SLD), został przez PO podtrzymany na niewysokim na tle UE poziomie.

Broniłbym dziś ekipy Tuska, gdyby ongiś głośno protestowała przeciwko zmniejszaniu podatków lub przynajmniej cicho wyartykułowała sprzeciw rękami swych przedstawicieli podczas sejmowego głosowania w tej sprawie. Ba, spojrzałbym życzliwiej na niezdarne łatanie budżetu przez rząd, gdyby ten uderzył się w pierś i powiedział, że nie należało wówczas zmniejszać przychodów publicznych. Niestety, nic z tych rzeczy nie ma miejsca. Obecne problemy premiera są zatem w dużej mierze na własne życzenie. Obniżenie podatków i składki rentowej nie było ekonomiczną koniecznością, ale świadomymi decyzjami politycznymi, z których konsekwencjami trzeba było się liczyć.

Z władzy ludowej nieraz kpiono, że odnosi sukcesy w rozwiązywaniu problemów, które sama wywołuje. Zdanie to pasuje także do elit nowego ustroju, które są równie nieudolne. PO obok rozwiązań sensownych podejmuje też działania mało rozsądne, jak podwyżka stawek VAT (uderzająca w niezamożnych, a dodatkowo mogąca spowolnić gospodarkę), drastyczne zmniejszenie wydatków na aktywną walkę z bezrobociem czy brak waloryzacji wysokości progów uprawniających do świadczeń rodzinnych i tych z pomocy społecznej, co generuje długofalowe koszty społeczne i ekonomiczne.

Zerwanie umowy czy z dogmatem?

Nawet głośna sprawa OFE nie czyni z Tuska polityka, który wyzwolił się ze ślepo przyjmowanych dogmatów i odważnie rzucił rękawicę wpływowemu finansowemu lobby. Po pierwsze dlatego, że propozycji zmian nie wiąże on ani jego zaplecze – w odróżnieniu od minister Jolanty Fedak – z zakwestionowaniem logiki istniejącego systemu. Podyktowane są one raczej bieżącymi trudnościami z dopinaniem budżetu i zmniejszaniem długu, do którego wielkości, jak wspomniałem, PO się wcześniej przyczyniła. Przekonująco brzmi stanowisko Prezydium OPZZ w sprawie zmian w systemie emerytalnym, w którym czytamy: bezpośrednią przyczyną proponowanych zmian jest zła kondycja finansów państwa oraz Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, do której doprowadziły rządy poprzez obniżenie podatków i składki rentowej, a nie chęć poprawy sytuacji przyszłych emerytów.

Po drugie, zaproponowane zmiany są mimo wszystko dość zachowawcze. Nie obejmują np. likwidacji obowiązkowego ubezpieczenia w OFE, a jedynie zmniejszenie składki (której wysokość ma z czasem znów wzrosnąć), w dodatku przewidują ulgi podatkowe dla oszczędzających dobrowolnie w prywatnych funduszach. Zarówno kapitałowe filary systemu emerytalnego, jak i administrowanie zgromadzonymi w nich środkami przez graczy rynków finansowych – pozostają nienaruszone. Propozycje te zakładają więc co najwyżej korektę systemu, zaś to, że funkcjonują w debacie publicznej jako rewolucyjne i wywołują jedną z najżywszych po ’89 r. dyskusji ekonomicznych, pokazuje jedynie, jak silnie budowany ład społeczny zakorzenił się w relacjach władzy (także tej czwartej) i myśleniu ludzi.

Przeciwnicy zmian w funkcjonowaniu OFE lubią powoływać się na niegdysiejszą „umowę społeczną”, która  rzekomo jest obecnie brutalnie zrywana. Przywołuje się w tym kontekście stanowisko Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych z 1997 r. Otóż jak przypomniała podczas niedawnej konferencji Jolanta Fedak, wokół tamtej umowy narosło wiele mitów. Pani minister podkreśliła, że nie zdefiniowano wówczas ani wielkości składki, ani wysokości prowizji dla funduszy, a ponadto w stanowisku napisane było, że nie wszystkie uwagi partnerów społecznych zostały uwzględnione przez stronę rządową.

Swoją drogą istnieją bardziej ewidentne, a niemal przemilczane przejawy negowania umów społecznych, jak ta w sprawie płacy minimalnej, której wysokość rząd ostatecznie ustanowił na niższym poziomie, niż uzgodniono to na forum Komisji Trójstronnej. Poza tym, nawet jeśli coś powstało ponad dekadę temu jako „społeczna umowa”, czy oznacza to, że musi trwać w niezmienionej postaci już wiecznie, niezależnie od zmieniających się okoliczności i potrzeb?

Mówienie o zerwaniu umowy jest więc przesadą. Jeśli coś zostało zerwane, a przynajmniej lekko naderwane, to dogmat o tym, że rynki zawsze wiedzą lepiej, a pieniądze zarządzane przez firmy prywatne są zawsze bezpieczniejsze niż te zarządzane przez organy publiczne. Niestety, w Polsce podawanie w wątpliwość owego dogmatu wciąż bywa postrzegane jako szarganie świętości. Działania którejkolwiek partii, które wychodzą temu problemowi naprzeciw, zasługują na poparcie, ale na mówienie, że Platforma Obywatelska odchodzi od neoliberalizmu, jest jeszcze znacznie za wcześnie. Podobnie jak na mówienie o tym, że polskie elity przejrzały na oczy.

Wolny rynek vs kapitalizm

Choć powszechnie traktowane jako synonimy, kapitalizm ma mało wspólnego z wolnym rynkiem. Rozróżnienie między nimi ma znaczenie nie tylko semantyczne, ale wręcz systemowe w skali gospodarki.

Wolny rynek i kapitalizm to tak naprawdę pojęcia wzajemnie się wykluczające, zaś na gruncie aksjologii różnice między nimi można przyrównać do różnic między demokracją a totalitaryzmem. Kapitalizm oznacza ni mniej ni więcej, tylko wręcz nieograniczoną akumulację kapitału, ze wszystkimi tego patologicznymi skutkami. Według skrajnych ideologów tego nurtu, nic nie powinno stać na przeszkodzie gromadzeniu pieniądza. W wersji najbardziej aberracyjnej mówi się nawet o tzw. anarchokapitalizmie, który oznacza pełną swobodę działalności gospodarczej, bez jakiejkolwiek kontroli ze strony państwa. Jedynym regulatorem ma być wyniesiony na ołtarze nieomylny rynek, na którym zwyciężają najsilniejsi. Takie podejście prowadzi wprost do darwinizmu społecznego, oznaczającego ekonomiczny faszyzm, wiodący do eksterminacji najsłabszych jednostek w sensie zarówno gospodarczym, jak i fizycznym.

Na drugim biegunie znajduje się wolny rynek, rozumiany jednak w znacznie szerszym ujęciu niż marksistowski schemat. Wolny rynek oznacza bowiem pełny i swobodny dostęp wszystkich podmiotów spełniających podstawowe warunki brzegowe, by uczestniczyć w grze rynkowej. Do warunków tych na wstępie trzeba zaliczyć zdolność do czynności prawnych, dostęp do niskooprocentowanego kredytu i gwarancji ochrony na początku działalności oraz niezagrożone przez znacznie silniejszych graczy funkcjonowanie w danej przestrzeni gospodarczej. W takim ujęciu, wolny rynek zdecydowanie różni się od libertariańskich wizji. By mógł istnieć i w pełni funkcjonować – rzeczą niezbędną są silne regulacje antykoncentracyjne oraz skuteczna kontrola państwa, nie dopuszczającego do nadmiernego rozrostu podmiotów osiągających swoją pozycję na skutek różnych manipulacji za pomocą kontrolowanego kapitału.

W Polsce niestety dominuje nieprzyjazne słabszym podmiotom darwinowskie podejście do gospodarki. Znajduje ono szczególny wyraz w Konstytucji RP w art. 20, 21 i 64, które niemalże do rangi świętości windują własność prywatną, kosztem innych form — społecznej i spółdzielczej. Tym samym stają się one podstawą rozwoju kapitalistycznego, którego beneficjentami nie są jednak przeważnie podmioty miejscowe, lecz zagraniczne, cieszące się silną pozycją na arenie międzynarodowej. Co gorsza, wspomniana asymetria zaczyna powoli przeważać w prawodawstwie Unii Europejskiej, znajdując wydźwięk m.in. w Karcie Praw Podstawowych, w art. 17. Z praktyki widać, że tzw. społeczna gospodarka rynkowa, mimo że literalnie zapisana w polskiej Konstytucji i mogąca być praktyczną emanacją wolnego rynku, jest tutaj sprowadzona do roli zasłony, nieudolnie maskującej brutalne realia ringu bokserskiego.

 

Na początku lat 90. przedsiębiorstwa państwowe rzucono na głębokie wody budowanej gospodarki kapitalistycznej. Nic dziwnego, że podmioty te, którym struktura nie pozwalała spełniać ich podstawowych funkcji w nowych warunkach, pozbawione restrukturyzacyjnej ochrony państwa – upadły. Odrzuciło ono wówczas fundamentalną zasadę wolnego rynku, zakładającą, że głównym zadaniem produkcyjnej działalności społecznej nie jest „tępy” wskaźnik czystego zysku, ale akumulacja nadmiaru siły roboczej. Ta zasada miała podstawowe znaczenie zwłaszcza w momencie zmiany ustroju, zaś jej zastosowanie pozwoliłoby uchronić olbrzymią część społeczeństwa przed szokiem spowodowanym neoliberalną transformacją. Właściwe wdrożenie tego podejścia, w postaci umiejętnego przekształcenia przedsiębiorstw i przekwalifikowania pracowników w celu przystosowania ich do działalności na wolnym rynku, zaowocowałoby awansem cywilizacyjnym całego kraju.

Niestety, dyktowane z zewnątrz kapitalistyczne reguły gry poskutkowały sprzedażą monopoli państwowych przedsiębiorstwom zagranicznym, które nie były zainteresowane utrzymywaniem konkurencyjnych przedsiębiorstw na terenie Polski. Efekty są widoczne do dzisiaj, zaś sam proces trwa w najlepsze, by wspomnieć choćby likwidację fabryki samochodów na warszawskim Żeraniu. Oddanie w ręce prywatne tego zakładu zaowocowało zwolnieniem kilkudziesięciu tysięcy ludzi na przestrzeni kilkunastu lat. Pozbawionych pracy wskutek nieodpowiedzialnych decyzji musiało, przynajmniej przez jakiś czas, utrzymywać państwo (czyli każdy z podatników), w formie zasiłków dla bezrobotnych lub masowo przyznawanych rent, nie licząc pozostałych kosztów, jak dodatkowe szkolenia z urzędów pracy czy zwiększone nakłady na bezpieczeństwo publiczne.

Kolejnym przykładem konsekwencji wdrażania kapitalizmu kosztem wolnego rynku jest tzw. proces gentryfikacji miast, tj. przekształcania stref mieszkalnych w strefy tylko dla zamożnych. Bynajmniej nie chodzi tutaj o efekt działań rewitalizacyjnych, jak remonty ulic i elewacji. Przewaga własności prywatnej nad komunalną skutkuje wzrostem czynszów lokali wynajmowanych np. na małe punkty usługowe. Tym samym słabsze podmioty, którymi są np. kioski z warzywami, restauracyjki czy puby, czyli miejsca często odwiedzane, zamieniane są na coraz droższe sklepy, butiki czy placówki bankowe. W efekcie – miasto umiera. Jednym z przykładów wspomnianego zjawiska jest powolna „śmierć cywilna” warszawskiego placu Wilsona, jednego z głównych placów historycznej dzielnicy Żoliborz, zawłaszczonego przez międzynarodowe banki. Doszło do tego, gdyż prywatni właściciele, dążący do maksymalizacji zysków z posiadanych lokali, znaleźli firmy zdolne do ponoszenia ponadnormatywnych opłat. Gdyby zastosować tutaj podejście wolnorynkowe, miasto wdrożyłoby program ochrony, który zapewniłby funkcjonowanie małych firm w tej przestrzeni.

W proces zwalczania wolnego rynku przez kapitalizm wpisywało się także dopuszczenie do budowy super- i hipermarketów w postaci galerii handlowych w centrach polskich miast. Skutkiem takiego podejścia stała się monopolizacja handlu kosztem miejscowych przedsiębiorców, którzy musieli zakończyć działalność nie tylko z powodu braku możliwości konkurencji cenowej, ale także fizycznej likwidacji ich dotychczasowych miejsc pracy wskutek wykupu lokali przez podmioty znacząco silniejsze.

Na przeciwległym biegunie znajduje się nader pozytywny przykład płynący z Europy Zachodniej. Wystarczy spacer po ulicach włoskich, belgijskich czy angielskich miast, by zauważyć, że dominują tam małe, rodzinne przedsiębiorstwa. Wielkie sklepy należące do międzynarodowych korporacji wyrzucane są poza nawias miejski, gdzie ich działalność nie szkodzi lokalnym konkurentom. W Polsce próbą zatrzymania kapitalistycznej ekspansji w celu odrodzenia wolnego rynku była ustawa o wielkopowierzchniowych obiektach handlowych, ostatecznie zniesiona w lipcu 2008 r. wskutek potężnego nacisku lobby korporacyjnego, wspieranego przez media liberalne, utrzymywane m.in. z reklam podmiotów wchodzących w skład tego lobby.

W opisywany trend wpisuje się także wspomniana na wstępie promocja własności prywatnej, wywyższanej ponad innymi jej formami. Do rangi aksjomatu wyniesiono twierdzenie, że jest to najdoskonalszy i niemalże jedyny możliwy sposób posiadania. Tym samym wycofano państwo i społeczeństwo z tej sfery, implicite czyniąc z nich wroga własności. To właśnie na tej kanwie polska spółdzielczość została potraktowana niczym zorganizowana grupa przestępcza, choć ogólna liczba nieprawidłowości w porównaniu do skali działalności jest w niej relatywnie niewielka. Te nieliczne przypadki, zwłaszcza na polu mieszkaniowym, są jednak nader często pokazywane w mediach prywatnych jako obraz patologii własności.

W podobny sposób traktowana jest bankowość spółdzielcza, która stała się obiektem nieustannych ataków ze strony międzynarodowych korporacji finansowych (często wspieranych przez państwo), dążących do stworzenia oligopolu w tej branży. W efekcie spółdzielczość nie jest przedmiotem edukacji obywatelskiej, nie istnieją państwowe formy jej promocji jako sprawdzonego sposobu walki z bezrobociem i wykluczeniem społecznym, a przede wszystkim – doskonałej formy wdrażania zasad zrównoważonego rozwoju. Jak fantastyczne efekty przynosi ta forma własności, widać na przykładzie Francji, a zwłaszcza Hiszpanii, która z niegdyś zacofanego kraju przeistoczyła się w jedną z podpór europejskiej wspólnoty.

Co warte podkreślenia, wolny rynek nie podnosi ekonomicznej konkurencji do rangi świętości. Wręcz przeciwnie – zakłada zgodną współpracę w celu osiągnięcia ceny, którą może zapłacić jak największa liczba osób, za towar lub usługę o własnościach najlepiej dopasowanych do potrzeb danej grupy (społeczności, narodu). Wymaga to swobodnej wymiany wiedzy, której zdobywanie finansowane jest przede wszystkim ze środków publicznych.

By ten cel mógł zostać zrealizowany, potrzebna jest właściwa edukacja, w ramach której akcent zostałby wyraźnie położony nie na „wyścig szczurów”, lecz na solidaryzm. W sposób znakomity system ten działa w państwach skandynawskich, w których olbrzymi nacisk kładzie się na pracę zespołową dzieci. Takie egalitarne podejście przynosi znakomite efekty, plasując zwłaszcza Finlandię w gronie najbogatszych państw świata. Ogromne znaczenie mają tutaj również nakłady na edukację. W Polsce sięgają one rocznie kwoty ok. 3 tys. USD na dziecko, podczas gdy średnia dla państw OECD wynosi 7 tys. USD, zaś w państwach skandynawskich wydatki na ten cel sięgają 9 tys. USD na ucznia. Nie dziwi zatem, że to właśnie w tych krajach skala korupcji jest najmniejsza, zaś ogólny poziom życia – niezwykle wysoki.

Niskie nakłady na edukację mają swoje uzasadnienie w kapitalizmie. Źle wykształconym społeczeństwem jest niezwykle łatwo manipulować, a tym samym stosować ekonomiczny wyzysk. I na odwrót: społeczeństwo dobrze wykształcone jest w pełni świadome swoich praw. Niezwykle łatwo tutaj wykazać korelację statystyczną. W krajach, w których odsetek osób dotkniętych tzw. wtórnym analfabetyzmem (w uproszczeniu – nieumiejętnością czytania ze zrozumieniem) jest najwyższy, nie ma wolnego rynku w przedstawianym ujęciu. Tam, gdzie jest najniższy, notowany jest najwyższy rozwój ekonomiczno-społeczno-polityczny. Mowa tutaj właśnie o Skandynawii, ale też o Holandii czy Szwajcarii. Czy zatem wolny rynek ma rację bytu w polskich warunkach?

Podstawą jego istnienia jest zmiana podejścia, a przede wszystkim radykalne wykluczenie neoliberalnego dyskursu. Dopóki będzie w Polsce dominowało kryterium najniższej ceny i prywatnej własności, dopóty kapitalizm, ze wszystkimi jego patologiami, będzie destrukcyjnie wpływał na społeczeństwo. Warto sobie uświadomić, że odrzucenie kapitalizmu tylko w jego najbardziej drastycznej formie może zaowocować nie tylko zmianą jakościową ogólnego poziomu życia, ale także zmianą pozycji międzynarodowej naszego kraju.

Stokłosa, JOW-y i smród

Powrót Henryka Stokłosy do Senatu i zmiany kodeksu wyborczego to nie „wypadki przy pracy”, lecz symptomy tendencji przybierających na sile co najmniej od trzydziestolecia.

W okręgu pilskim przeprowadzono wybory uzupełniające po tym, gdy tamtejszy senator przeniósł się na fotel prezydenta miasta. Przy frekwencji wynoszącej niewiele ponad 6%, wygrał je – dystansując kandydatów nominowanych przez czołowe partie polityczne – Henryk Stokłosa, przedsiębiorca od lat wymieniany w gronie 100 najbogatszych Polaków. Nie jest to bynajmniej jego parlamentarny debiut – swój pierwszy mandat zdobył w „kontraktowych” wyborach do Senatu z czerwca 1989 r., a następnie przez kolejnych 11 lat nieprzerwanie wygrywał w wyścigach o fotel senatora. Novum stanowi fakt, że obecny sukces wyborczy osiągnął w kilka lat po głośnym ściganiu go międzynarodowym listem gończym i pobycie w areszcie, z którego wyszedł jedynie dzięki wysokiemu poręczeniu majątkowemu i zastosowaniu szeregu środków zapobiegawczych. Nadal oskarżony jest o 21 przestępstw, w tym o korumpowanie urzędników państwowych różnych szczebli (z Ministerstwem Finansów włącznie) i wielomilionowe oszustwa podatkowe.

Istotną pozycję w jego dorobku biznesowym oraz kolekcji prokuratorskich zarzutów zajmuje też utylizacja padłych w czasie hodowli zwierząt oraz produkcja z nich mączki mięsno-kostnej. W należącym do Stokłosy „Farmutilu” odpady zwierzęce po prostu zakopywano na terenie zakładu i w pobliskim lesie, nieopodal ujęć wody pitnej, a podejrzewaną o wywoływanie „choroby wściekłych krów” mączkę wysypywano na pola. Firma inkasowała potem z budżetu zwrot 98% fikcyjnych kosztów utylizacji niebezpiecznych odpadów. Od czasu do czasu nakładano kary, po których zapłaceniu firma nadal robiła swoje, alarmujący urzędników i media lokalni społecznicy byli zastraszani, szykanowani i w końcu fizycznie atakowani, a ich dane osobowe w tajemniczy sposób „wyciekały” z policji do bezpośrednio zainteresowanego. Póki co, sprawa nie doczekała się finału, a mieszkańcy Śmiłowa i innych miejscowości w Pilskiem nadal są podtruwani…

Kariera gospodarcza „króla padliny” rozpoczęła się jeszcze w poprzednim systemie, w przedsiębiorstwach państwowych, by wraz z organizowaną przez ostatnią ekipę władzy PRL częściową liberalizacją przenieść się do „prywatnej inicjatywy”. Na styku biurokratycznie reglamentowanej i nieoficjalnej gospodarki tzw. realnego socjalizmu szybko zbił imponujący majątek, w czym przydatne były posiadane kontakty i informacje. Stokłosa-polityk objawił się natomiast dzięki kontraktowi Okrągłego Stołu, który obok rozdziału miejsc w Sejmie gwarantował wolne wybory do Senatu, przeprowadzone według ordynacji większościowej. Był wtedy jedynym zwycięskim kandydatem zarówno spoza strony partyjno-rządowej, jak i solidarnościowej, co w apologetycznej wizji transformacji miało stanowić dowód na charakteryzujący polskie przemiany już od 1989 r. pluralizm i „świeży powiew wolności”.

Jest truizmem, że w przypadku skazania Stokłosa straci mandat. Jeszcze większym truizmem jest ogłaszane przez medialnych ekspertów w aurze „odkrycia” spostrzeżenie, że biedna, zagrożona bezrobociem lub już bezrobotna część mieszkańców byłego województwa pilskiego traktuje przedsięwzięcia należące Stokłosy jako jedyne źródło środków koniecznych do przeżycia. Można się co prawda zastanawiać, dlaczego tysiące ludzi ze zrozumiałej kalkulacji materialnej wyciągnęło aż tak daleko idące wnioski polityczne, oraz czy jakiegoś wpływu na tę decyzję nie miało wieloletnie bombardowanie frazesami o przedsiębiorcach „dających innym pracę”. Nie od rzeczy byłoby też zapytać np. o aktywną politykę gospodarczą państwa, interweniującą dla większego zatrudnienia na lepszych warunkach, oraz o zasiłki i pomoc socjalną dla pozbawionych źródeł dochodu. Taka perspektywa ułatwiłaby nieco inne spojrzenie nie tylko na wybory w Pile, ale również wiarygodność komentujących je przedstawicieli medialnego i politycznego establishmentu. Burżuazja uwielbia karcić się własnymi dłońmi – te słowa wybitnego włoskiego reżysera Piera Paola Pasoliniego jak ulał pasują do tańca marionetek symulującego w tych warunkach demokrację i debatę publiczną. Obowiązkiem obserwatorów casusu Stokłosy jest w pierwszym rzędzie dopilnowanie, by został sprawiedliwie ukarany, w drugim zaś – uważne przyjrzenie się zasadom, które wprowadziły go do polityki. Problem jest bowiem znacznie szerszy.

Otóż z początkiem stycznia Sejm przyjął senackie poprawki do kodeksu wyborczego. Po wejściu ich w życie senatorowie w całej Polsce i radni gmin niezależnie od liczby mieszkańców (z wyjątkiem powiatów grodzkich) wybierani będą w jednomandatowych okręgach wyborczych, potocznie zwanych JOW-ami.

Trudno się dziwić popularności tego rozwiązania, biorąc pod uwagę wszystkie szkodliwe z punktu widzenia interesu ogólnospołecznego działania aparatów partyjnych z głównego nurtu polskiej polityki. Okręgi jednomandatowe można w tej sytuacji zachwalać chwytliwym hasłem „głosowania na ludzi, a nie listy partyjne”. To jednak demagogia – na skutek zmian w ordynacji dotychczasowe partie polityczne przecież nie znikają, nie zmieniają się także ich wewnętrzne mechanizmy wyłaniania kandydatur. Wymiernym efektem funkcjonowania okręgów jednomandatowych jest natomiast realne ograniczenie wyboru: wszystkie głosy oddane na kandydatów, którzy uplasują się za liderem z danego okręgu, idą na marne. Nawet jeśli wyborców kandydatów „mniejszościowych” jest faktycznie więcej – nie mają żadnej reprezentacji w wybieranym w ten sposób ciele. W praktyce procedura ta przynosi sukces najpopularniejszym w danym regionie partiom, w ich obrębie zaś – przedstawicielom najbardziej wpływowych frakcji i koterii.

Innym wariantem będą „niezależni” kandydaci pokroju Stokłosy, którzy będą w stanie pośrednio lub niemal dosłownie kupować swoich wyborców. Świadomi tych mechanizmów lobbyści na rzecz okręgów jednomandatowych dopuszczają się więc manipulacji podobnej do chwytu często stosowanego przy prezentacji informacji gospodarczych. Zgodnie z nim, o poziomie zarobków w kraju świadczyć ma zaprezentowana średnia arytmetyczna płac (licząc od adwokatów i menedżerów po nauczycieli i sprzedawczynie), zamiast miar opisujących środkowe wartości skali zarobków.

Zwolennicy JOW-ów przywołują wielowiekową tradycję funkcjonowania tej instytucji na Wyspach Brytyjskich i w Stanach Zjednoczonych. Rozumowanie to jest jednak ahistoryczne i abstrahuje od kontekstu społecznego początków parlamentaryzmu w obydwu anglosaskich kulturach politycznych. W średniowiecznej Anglii zalążkiem wybieranej systemem większościowym Izby Gmin były dość prężne samorządy mieszczan i rzemieślników, częstokroć też wspólne zarządzanie przez chłopów gromadzką ziemią na wsi; notabene już u schyłku średniowiecza ów parlament stał się areną wyłaniania „nowej arystokracji” – oligarchii budującej swój stan posiadania na grabieży majątku cechów i grodzeniu folwarków. Jeśli zaś chodzi o wzorzec zza oceanu, to jak wykazali Mary i Charles Beardowie w swym obszernym „Rozwoju cywilizacji amerykańskiej”, lokalne izby reprezentantów potrafiły dość sprawnie organizować życie poszczególnych kolonii, ale do postrzegania i koordynowania swoich działań w kategoriach ponadregionalnych potrafiła skłonić kolonistów tylko konieczność zdecydowanej walki z przedstawicielstwem Korony. Zresztą i w tych warunkach proces jednoczenia kolonii – na ogół egoistycznie, aż do obsesji broniących swej odrębności – trwał ponad stulecie…

W dobie globalizacji, atrofii szeroko rozumianej sfery publicznej i atomizacji społecznej, realnym zagrożeniem wydaje się proces prowadzący w przeciwnym kierunku, czyli postępująca regionalizacja, dezintegracja czy zgoła bałkanizacja średnich i mniejszych państw (w wariancie łagodniejszym: promocja kulturowego i środowiskowego separatyzmu za cenę postponowania dobra wspólnego), na czym zyskiwać mogą w pierwszym rzędzie gospodarcze i geopolityczne potęgi. Obecną ordynację zdecydowanie należałoby zmienić, ale w stronę gwarantującą większą reprezentatywność i pluralizm składu przedstawicielskiego (co byłoby możliwe przy zachowaniu zasady proporcjonalności i wielomandatowości, ale np. z wyeliminowaniem przeliczników i progów wyborczych oraz zmniejszeniem liczby podpisów wymaganej przy rejestracji komitetów i list), a także możliwość bieżącej kontroli jego pracy.

Warto też poważnie zastanowić się nad sensownością utrzymywania Izby Wyższej polskiego parlamentu, w jej obecnej formule. Jak wykazała praktyka, wbrew zapowiedziom i deklaracjom sprzed ponad dwudziestu lat Senat częściej dodatkowo pogarsza, niż koryguje stanowione prawo (działo się tak np. z ostatnimi projektami regulacji rynku medialnego). W żadnym wypadku natomiast nie można się zgodzić na wchodzenie z deszczu obecnego partyjnego oligopolu pod rynnę monopolizacji i niemal całkowitej blokady dla jakichkolwiek oddolnych inicjatyw politycznych.

Na przykładzie zwycięskiego w „większościowej” procedurze wyborczej Stokłosy oraz legionu jego następców, czekających na swoją kolej w przypadku dalszego pomyślnego forsowania JOW-ów, widać doskonale, jak zazębiają się polskie, a w pewnym sensie również międzynarodowe dylematy i dramaty: odgórne instalowanie pozornie „wolnościowych” instytucji, częściowa ciągłość elit poprzedniego i obecnego ustroju, podział łupów między PZPR, Komitety Obywatelskie i indywidualnych biznes-gangsterów jako akt założycielski polskiej demokracji, bieda odbierana z pocałowaniem ręki jako rozsądna alternatywa wobec całkowitej nędzy, hipokryzja albo bezczelność korporacyjno-liberalnych autorytetów na pełen etat i neokonserwatywno-libertariańska „opozycja” z jej prostackimi lekarstwami jeszcze gorszymi od chorób. W tym wszystkim czuć coś ze smrodu z „Farmutilu”.

Za murem normalności

Jednym z aspektów wykluczenia społecznego jest sposób traktowania przez społeczeństwo osób chorych psychicznie. Boleśnie przypomniały o tym niedawne wydarzenia w Starogardzie.

Świat za murem normalności pozostaje wstydliwie i głęboko ukryty w świadomości społecznej. Pomijając okazjonalne kampanie społeczne temat ten nie zajmuje mediów, nie odbywają się debaty publiczne dotykające tej kwestii – bo i po co, skoro „normalni ludzie” mają własne problemy. Choroba psychiczna, upośledzenie psychofizyczne wciąż w wielu przypadkach stygmatyzuje i wypycha poza nawias życia, nie mniej niż ubóstwo czy trwałe bezrobocie. To jedno. A drugie: chorzy zamknięci w zakładach zdani są na łaskę i niełaskę panujących tam warunków i obyczajów, niejednokrotnie wciąż urągających godności osoby ludzkiej. Mury wokół psychicznie chorych zbudowane są nie tylko z cegieł, ale także z obojętności „zwykłych ludzi” i ich niechęci wobec choroby, z karygodnych praktyk personelu medycznego oraz z oszczędzania na pacjentach przez instytucje publiczne.

W grudniu 2010 r. rzecznik praw dziecka przeprowadził kontrolę na Oddziale Psychiatrii Sądowej szpitala w Starogardzie Gdańskim, będącą reakcją na anonimowy list opisujący brutalne traktowanie przebywających tam nieletnich. W jej wyniku ustalono: Niższy personel, czyli niektórzy pielęgniarze, salowe i pielęgniarki, nie tylko zmniejszali racje żywnościowe dzieciom, ale też zjadali ich szpitalne posiłki, spożywali również żywność należącą do pacjentów. Pielęgniarze np. usypywali tzw. ścieżki z cukru pudru i detergentów pacjentowi uzależnionemu od narkotyków z komentarzem „wciągnij sobie”, na polecenie ordynatora oddziału zmuszano pacjentów do chodzenia na zebrania społeczności i zajęcia szkolne w slipkach na głowie. Dzieciom aplikowano zastrzyki z soli fizjologicznej oraz haloperidolu, jako sposób na zdyscyplinowanie, wyprowadzano boso na mróz i śnieg przed budynek szpitala. Niższy personel broni się, twierdząc, że realizował jedynie polecenia ordynatora. Nastoletniego pacjenta zapinano w pasy, ponieważ nie chciał brać udziału we wspólnym śpiewie…

Jakimi słowami określić zachowanie ludzi, których pieczy oddano chore psychicznie dzieci? Zobojętnienie? Zdziczenie? Wypalenie zawodowe? Brak sumienia i przyzwoitości? Poczucie bezkarności w kontakcie z ludźmi zdanymi na ich łaskę i niełaskę? Pogarda? Złość? To wszystko możliwe. Ale też przykład Starogardu nie jest odosobniony. Samo zagadnienie nie jest bynajmniej nowe, tyle że rzadko poruszane. Przecież chorzy psychicznie nie wyjdą protestować na ulice, nie staną pod Sejmem, nie mają swoich lobbystów. Nie zaoferują nikomu „wyjazdów szkoleniowych” do ciepłych krajów. Zamknięci w świecie choroby, odgrodzeni od rzeczywistego świata, zdani są na cudzą wolę, dobrą i złą.

W 2004 r. „Newsweek” opublikował artykuł pt. „Szpitale chore psychicznie”. Czytamy tam: W ubiegłym roku zespół ochrony zdrowia rzecznika praw obywatelskich przeprowadził kontrolę ośmiu szpitali (w Starogardzie Gdańskim, Drewnicy k. Warszawy, w Gostyninie, Stroniu Śląskim, Lubiążu k. Legnicy, Toszku k. Gliwic, Suwałkach i Pruszkowie). We wszystkich środki przymusu były traktowane jako „normalna procedura lecznicza” zamiast ostateczność. Ale przemoc fizyczna i psychiczna wobec chorych nie zaczęła się przecież w III RP, problem ten istniał już w PRL, praktycznie poza jakąkolwiek kontrolą społeczną. W demokratycznej Polsce szpitale psychiatryczne to wciąż zamknięte przed ludzkimi oczyma „rewiry”, a wstyd rodzin, lęk przed losem chorych, stygmatyzacja i poczucie bezradności (nieszczęsny problem kondycji społeczeństwa obywatelskiego!) powodują, że pacjentom pozostaje liczyć na anonimowe donosy osób, które poruszy sumienie.

Jean Vanier, założyciel chrześcijańskiej wspólnoty Arka, pisał w książce „Każda osoba jest historią świętą”: W 1964 roku, kiedy powstawała Arka, ciągle jeszcze bardzo wiele osób z upośledzeniami umysłowymi żyło zamkniętych w swoich domach przez rodziców. Sąsiedzi nie wiedzieli o ich istnieniu. Kiedyś, w pewnym gospodarstwie, spotkałem młodego mężczyznę związanego łańcuchami w garażu! Wiele z tych osób zamknięto w domach opieki, szpitalach psychiatrycznych, w brudnych i zaniedbanych przytułkach. W niektórych szpitalach znajdowały się ponure sale, gdzie upychano wszystkich tych ludzi razem i traktowano jak rośliny. Odczucie, że nie musimy sobie zaprzątać głowy problemami, które nas bezpośrednio nie dotyczą, powoduje, iż nie zastanawiamy się, w jakiej mierze opisana sytuacja odnosi się do dzisiejszych polskich realiów. Ludzie wykluczeni przez choroby, starość, zniedołężnienie czy nędzę, zamknięci w swoich ciałach bądź środowiskach jak w pułapkach, zepchnięci na margines społeczeństwa jako „nieproduktywni”; ludzie, którzy dla dość prymitywnie pojmowanej „ekonomii społecznej” istnieją jedynie jako „nie zwracający się wydatek” – nigdy nie znajdą zbyt wielu orędowników.

A jednak inny świat jest możliwy. A przynajmniej: możliwe jest budowanie innych światów, innych realiów, takich systemów wartości, które ocalają godność słabych i pomagają im żyć w społeczeństwie. Jednym z takich miejsc jest krakowski Pensjonat „U Pana Cogito”. W 2007 r. napisałem reportaż o tym niezwykłym przedsięwzięciu, dającym pracę ludziom dotkniętym kryzysami i chorobami psychicznymi. Agnieszka Lewonowska-Banach, kierownik Pensjonatu, mówiła wtedy: Nasza działalność mieści się w ramach gospodarki społecznej, o której wiele się dyskutuje, ale trudniej ją praktykować. […] Gospodarka społeczna to profesjonalna działalność gospodarcza, z której zysk przeznaczany jest na cele społeczne, przy dużym udziale osób, na rzecz których podejmuje się starania. Naszym zadaniem jest włączanie osób po kryzysach psychicznych w pełnoprawne życie rodzinne, społeczne. Praca, jak w przypadku każdego z nas, pozwala im godniej, lepiej żyć, zmienić swój status. Z tym wiąże się terapeutyczna rola pracy, wykonywanej codziennie, regularnie: nasi pracownicy mają po co wstać, umyć się, odpowiednio ubrać, elegancko wyglądać; są w kontakcie z innymi, nie są skazani na cztery ściany domu, czyjąś litość, rentę. Trzeba pamiętać, że bardzo często ludzie chorzy psychicznie nie tylko chowają się w domach, ale są w nich chowani przed oczyma świata; boją się wszelkich wyzwań i są w tym strachu utwierdzani.

Choroba psychiczna, podobnie jak starość, bieda, kalectwo czy „złe pochodzenie”, nie muszą być zatem, ostatecznie, przyczyną wykluczenia. Możliwe, że są raczej pretekstem do niego, łatwą wymówką dla naszej obojętności, dla lenistwa i krótkowzroczności elit politycznych, dla płycizny debat publicznych. Łatwiej jest przecież przemilczeć i zapomnieć, zgodzić się na cudzą tragedię, byle działa się poza naszym wzrokiem, pozornie bez konsekwencji dla naszego życia. Ale jeśli „normalność normalnych” ma być murem dla innych, to będzie ostatecznie jedynie żałosną podłostką. I wyrzutem sumienia. I lękiem przed przyszłością: dobra, którego odmówimy swoim bliźnim i nam z pewnością prędzej czy później odmówią…

Krzysztof Wołodźko

Archipelag Indesit

Wymiar sprawiedliwości przykłada różne miary do zabijających dla zysku.

Ktoś zabija dla pieniędzy. Przed sądem wykazuje skruchę, zarzeka się, że nie chciał odebrać życia. Dowody wskazują, że oskarżony rzeczywiście liczył się jedynie z pomniejszymi obrażeniami u swojej ofiary. Sąd wydaje wyrok skazujący: dwa i pół roku więzienia, w zawieszeniu na pięć lat – za czyjąś śmierć. Czy tak powinna wyglądać sprawiedliwość?

Załóżmy, że sprawcą jest kieszonkowiec ze złej dzielnicy. Usiłował wyciągnąć portfel z kieszeni „klienta”. Ten się zorientował, doszło do szamotaniny, ofiara niefortunnie upadła. Po wyroku w zawieszeniu moglibyśmy się spodziewać społecznego oburzenia. A jeśli człowiek zostanie zabity przy użyciu maszyny, którą obsługuje – na skutek niesprawnego systemu zabezpieczeń? System nie działał, bo był rozłączony, a sytuacja została wymuszona przez szefów fabryki, którym zależało na jak najszybszej produkcji.

W obu przypadkach zysk jest motywacją do łamania prawa, w obu doszło do śmierci człowieka. Złodziej nigdy wcześniej nikogo nawet nie pobił, tymczasem w fabryce już wcześniej dochodziło do groźnych wypadków.

W czwartek ogłoszono wyrok w sprawie śmierci Tomasza Jochana, młodego robotnika z łódzkiej fabryki koncernu Indesit (o tym wypadku obszernie pisałem w „Obywatelu” 6/2006 (32)). Po pięciu latach dochodzenia i sprawy sądowej, dyrektorzy i kierownicy usłyszeli wyroki od roku do dwóch i pół roku więzienia w zawieszeniu. W uzasadnieniu stwierdzono, że śmiertelny wypadek był efektem zaniedbań w dziedzinie bezpieczeństwa i higieny pracy. Sędzia podkreśliła, że młodzi oskarżeni ponieśli już wystarczającą karę w postaci zasiadania na ławie oskarżonych. Wyraziła też przekonanie, że więcej nie dopuszczą się podobnych czynów.

Odpuszczenie win jest piękne i szlachetne, resocjalizacja działa lepiej niż więzienie. Po drodze powinien się jednak pojawić rzeczywisty żal za zbrodnię i podjęcie próby naprawy wyrządzonego zła. Tymczasem po śmierci Tomka jeszcze długo w fabryce wszystko działało tak, jak wcześniej. Zabezpieczenia były odłączone, a pracowników zmuszano do przebywania w miejscach, gdzie groziła im utrata życia. Drogi przeciwpożarowe zastawione wyprodukowanym sprzętem. Dla lepszej precyzji, kobiety zmuszano do pracy bez rękawiczek, przez co ostre elementy kaleczyły im dłonie.

Sytuacja uległa zmianie dopiero wówczas, gdy stało się jasne, że winni staną przed sądem. Zapewne w tym momencie pojawiły się również „wyrzuty sumienia”. Czy rzezimieszek wykazujący prawdziwą skruchę za nieumyślną zbrodnię mógłby liczyć na podobnie łagodne potraktowanie przez sąd?

Konrad Malec

Moja rusofilofobia

Na złość babci – tj. USA i prawicy – wiele osób z lewicy gotowych jest odmrozić sobie uszy. To znaczy wielbić Rosję.

Wyobraźmy sobie taki scenariusz. Państwowy koncern naftowy w średnio znaczącym kraju Ameryki Południowej (nazwijmy go X) zamierza kupić udziały w rafinerii sąsiedniego, jeszcze mniejszego kraju (Y). W ten sposób chce zmniejszyć zależność od dostaw ropy bezpośrednio z USA. Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych podejmuje w odpowiedzi działania mające na celu zablokowanie dostaw amerykańskiej ropy do rafinerii w kraju Y. Zamierza zdestabilizować jej funkcjonowanie, żeby zniechęcić koncern z kraju X do zakupu tak niepewnego przedsiębiorstwa. Wiceprezydent USA czyni tak, aby oba kraje utrzymać w zależności od swego państwa.

Idźmy w naszej historyjce dalej. Oto informacje o całej operacji wydostają się z zacisznych gabinetów Białego Domu. Huczą o niej media w kraju X. Jaka jest reakcja opinii publicznej? Pomińmy liberałów, dla których biznes jest biznes, a suwerenność to przeżytek. Zostawmy też proamerykańską prawicę. Co robi latynoska lewica?

Jej media małe i duże, papierowe i elektroniczne, nie posiadają się ze złości. Setki artykułów i komentarzy wyrażają oburzenie wobec działań władz USA. Dużo mówi się o suwerenności, drobiazgowo przypomina kolonializm oraz zbrodnie z czasów, gdy Biały Dom popierał wojskowe junty i krwawych dyktatorów ciemiężących lud. Palone są kukły z podobizną wiceprezydenta USA, lewicowo-populistyczni politycy krzyczą „Yankee go home!”, a wtórują im wielotysięczne tłumy. Lider protestujących, zaproszony do popularnego programu telewizyjnego – prowadzi go señora Monica Oyeynick, wnuczka imigranta z Moraw – oświadcza kilkumilionowej widowni: „Jestem antyamerykański i jestem z tego dumny”.

Czy to zdarzyło się naprawdę, pytasz mnie od rana – śpiewał Muniek Staszczyk w piosence o rzeźniku-kanibalu. Owszem, zdarzyło. Za kraj X podstaw Polskę, za Y – Litwę. Za USA – Rosję, za proamerykańskie junty wojskowe – zależne od ZSRR reżimy policyjno-wojskowe w demoludach. Wiceprezydent USA to wicepremier Rosji, Igor Sieczin. Miejsce i czas akcji: litewska rafineria Możejki, którą chciał kupić PKN Orlen latem 2006 r. od skonfliktowanego z Kremlem właściciela rosyjskiego koncernu Jukos. Wówczas to Sieczin miał polecić wstrzymanie dostaw ropy do owej fabryki, jako pretekst podając awarię ropociągu. Planowano też wstrzymać dostawy ropy na Litwę drogą morską, jednak władze tego kraju podobno zagroziły odwetem w postaci blokady trasy kolejowej z Rosji do Kaliningradu. W taki sposób zamierzano zniechęcić Orlen do sfinalizowania transakcji. Ot, kolejny epizod w traktowaniu przez Rosję surowców energetycznych jako bata na kraje znajdujące się do niedawna w jej strefie wpływów.

Ostatecznie Orlen kupił Możejki, a całą sprawę znamy z przecieków ujawnionych przez WikiLeaks. To samo WikiLeaks, które na całym świecie środowiska krytyczne wobec establishmentu uznały za świetne źródło informacji o knowaniach rządu USA. Za oazę na pustyni korporacyjnych mediów. Za głos wolności, zwalczany zaciekle przez możnych tego świata. Czy polska lewica – wzorem Latynosów – zaprotestowała przeciwko działaniom Rosji, czy oburzyła się na ingerencję w nasze sprawy, na aktywność zmierzającą do ograniczenia suwerenności dwóch niewielkich krajów? Czy sprawom rozgrywającym się w Polsce i na sąsiedniej Litwie poświęciła choć procent uwagi dedykowanej np. sankcjom ekonomicznym USA wobec odległej Kuby? Skądże, w ogóle jej to nie interesuje, a tym bardziej nie skłania do protestów. Spróbuj o tym napomknąć w lewicowym towarzystwie – natychmiast otrzymasz łatkę rusofoba, który zaczadzony prawicową propagandą wszędzie węszy kremlowskie spiski. Jak wiadomo, kremlowskich spisków nie ma – są tylko spiski CIA.

Nie mówię tu bynajmniej o „lewicy” postkomunistycznej. O nie, od tych pań i panów nie oczekuję niczego innego niż tego, co oni sami lub ich poprzednicy robili całe życie. To znaczy lizania wschodnich butów. Ten typ tak ma. Przed wojną brał z Kremla pieniądze, po wojnie brał stamtąd rozkazy, a pieniądze raczej wysyłał. To nieodłączna część jego tożsamości – nie zawsze nabywana chętnie, czasem wymuszona realiami ustrojowymi i geopolitycznymi, ale zawsze bazująca na niskich pobudkach. Oni już tacy po prostu są i nie zmienią się do śmierci – szkoda zachodu na roztrząsanie oczywistości. Sęk w tym, że w Polsce bardzo nasilone są postawy serwilistyczne wobec Rosji również w tej części lewicy, która z PZPR-em czy PRL-em nie miała wiele wspólnego, a nawet mieć nie mogła, bo jest na to zbyt młoda.

Ta lewica – rozmaite grupki młodzieżowe, gazety, portale internetowe, pojedyncze osoby – jest w najlepszym razie obojętna na wszystko, co robi Rosja, zazwyczaj jednak jej przychylna. Za to bardzo niechętna wobec tego, co określa mianem rusofobii, czyli wszelkiego krytycyzmu wobec poczynań kremlowskich władz. Nie mówię tu o krytyce prawicowej wizji „antyrosyjskości”, co byłoby zrozumiałe. Ona nie dopuszcza żadnej krytyki poczynań Rosji, a wręcz jest filokremlowska. Krytycyzm wobec naszego wschodniego sąsiada to dla niej synonim prawicowości czy wręcz interesownych powiązań z USA, a raczej z CIA.

Co gorsza, tego rodzaju trend narasta. Gdy kilkanaście lat temu stawiałem pierwsze kroki w środowiskach radykalnej lewicy, nie było tam żadnych prorosyjskich sentymentów i złudzeń. Nawet osoby odwołujące się do idealizowanych sowieckich doświadczeń – do „dobrego” Lenina w kontrze do „złego” Stalina – potępiały nie tylko współczesny rosyjski ultraliberalizm, ale również zamordyzm i ekspansjonizm tamtejszej władzy. Na organizowanej przez trockistów katowickiej imprezie „Guevariada” (nazwa od „Che” Guevary) anarchista Marek Kurzyniec opowiadał o widzianych osobiście okrucieństwach i zbrodniach wobec Czeczenów, a rosyjski związkowiec przedstawiał tragiczne położenie strajkujących górników, ofiar rządowych represji – i nikt nie bredził, że są rusofobami czy agentami CIA. Protestom przeciwko imperializmowi amerykańskiemu i łamaniu praw człowieka w krajach Zachodu, towarzyszyły równie ostre formy sprzeciwu wobec tego, co wyprawia Rosja. Dziś nie pozostał po tym niemal ślad – chyba jedynie polscy anarchiści (szczególnie poznańscy) nie zaczęli idealizować jednego reżimu w opozycji do drugiego.

Gdyby lewicę rusofilską zapytać o inspiracje ustrojowe i polityczne, wskazałaby głównie kraje Ameryki Południowej: Chávez, Morales, Chiapas, w najgorszym razie castrowska Kuba, w najlepszym zaś Brazylia ex-prezydenta Luli. Antyamerykanizm, walka z neokolonializmem, guerille i obywatelskie ruchy protestu, sprzeciw wobec szwadronów śmierci i wojskowych junt, regionalne bloki mające pomóc słabym krajom przezwyciężyć jankeską hegemonię. Ci sami ludzie, którzy są tak uczuleni na regionalną dominację Stanów Zjednoczonych i ich ingerencje w krajach Latynoameryki, nie dopuszczają myśli, że zasada podejrzliwości i krytycyzmu powinna dotyczyć wszelkich analogicznych sytuacji na całym globie. Rosja – wbrew doświadczeniom historii, jej obecnej polityce zagranicznej i realiom wewnętrznym – traktowana jest przez nich zgoła inaczej, niż USA. Nie tylko z wielką wyrozumiałością, ale wręcz jako podmiot, którego należy bronić za wszelką cenę, jakąkolwiek jego krytykę traktując w kategoriach fobii, histerii czy sprzedajności.

Jest to oczywiście sprzeczne z całą historią polskiej lewicy niekomunistycznej, większościowej aż do około roku 1944. Czy to PPS, czy pomniejsze środowiska polskiej lewicy były zawsze krytyczne wobec rosyjskiego despotyzmu i wszelkich ingerencji Kremla w życie innych krajów i narodów. Miało to uzasadnienie w ekspansywnej polityce rosyjskiej w regionie – czy były to rozbiory Polski, czy wielowiekowe tłumienie dążeń emancypacyjnych grup etnicznych i narodów wchodzących w skład wschodniego imperium. Miało też uzasadnienie w polityce wewnętrznej Rosji, opierającej się na knucie, nahajce i tajnej policji. Co więcej, nie chodziło tylko o rosyjskie władze. Choć znaczna część polskiej lewicy starannie rozróżniała między Rosjanami a ich władzą, tych pierwszych traktując jako „współbraci w ucisku i niewoli”, nierzadkie były też głosy krytyczne wobec mentalności tamtejszego społeczeństwa, które zamordystyczne rządy wielbiło i legitymizowało, niekoniecznie tęskniąc do lewicowych ideałów, jak wolność, ludowładztwo i równość w stosunkach między krajami.

Niechęć i podejrzliwość lewicy wobec władz Rosji nie uległa zmianie w międzywojniu, gdy carat zastąpiony został Komitetem Centralnym. Doświadczenia PRL-u trudno uznać za skłaniające do zmiany takiego stanowiska. Nawet jeśli odrzucimy dość dziecinną prawicową wizję historii, w której jest miejsce tylko na sowiecki zamordyzm, nie ma natomiast na takie czynniki sprawcze powstania PRL, jak wcześniejsza wojna rozpętana przez nazistów czy wypięcie się na nas w Jałcie przez zachodnich sojuszników, to w zgodzie z historycznymi ideałami lewicy PRL jest nie do obrony. Państwo policyjne, brak podstawowych swobód obywatelskich, tłumienie protestów przy pomocy czołgów, uzależnienie polityczne i ekonomiczne od ZSRR – trudno uznać za zgodne z etosem lewicy.

Nawet gdyby – co mocno dyskusyjne – potraktować siermiężny realsocjalistyczny socjal jako realizację lewicowych projektów, to przecież nie samym socjalem lewica żyje. Przykładowo, argentyński peronizm, który znacznie poszerzył zakres świadczeń socjalnych, lewica przeważnie traktuje jako quasi-faszyzm, w najlepszym razie udzielając mu bardzo krytycznego poparcia. A przecież Peron nie jeździł – inaczej niż Bierut do Moskwy – po wytyczne do Waszyngtonu.

Zostawmy jednak przeszłość. Można by dzisiejszą sympatię wobec Rosji zrozumieć, gdyby stała za nią jakaś obietnica. Ot, na przykład prospołeczny projekt ustrojowy. Tymczasem Rosja jest od niego odległa nie mniej niż Stany Zjednoczone, a wręcz znacznie bardziej. Niski podatek liniowy stymuluje, już wcześniej spore, rozwarstwienie społeczeństwa. Zwykły, dość dziki kapitalizm, świadczenia społeczne relatywnie niższe niż w dowolnym kraju Zachodu, władza umywająca ręce od cywilizowania stosunków pracy. Co z tego, że nieco wyższy niż gdzie indziej jest udział własności państwowej, skoro w żadnej mierze nie służy ona społeczeństwu, lecz garstce oligarchów? Gdy Norwegia ze sprzedaży ropy i gazu tworzy swoisty państwowy fundusz emerytalny dla ogółu obywateli oraz finansuje rozległą nowoczesną sferę publiczną, to rosyjskie surowce finansują tamtejszy militaryzm oraz futra kochanek wąskiej kliki „biznesmenów” z KGB rodem.

Szkoda nawet wspominać o masakrach w Czeczenii. Albo o brutalnych represjach wobec wszelkiej opozycji – nie tylko tej prozachodniej i ultraliberalnej, ale o pacyfikowaniu działalności wielu grup lewicowych, o brutalnym rozbijaniu protestów obywatelskich, o „nieznanych sprawcach” bijących i mordujących aktywistów społecznych czy ekologicznych. Gdyby podobne rzeczy działy się w Polsce, cała ta filorosyjska lewica, która dziś organizuje „kampanie solidarności” z każdym zatrzymanym na kilka godzin przez policję po demonstracji i z każdą ofiarą 400-złotowej grzywny, uznałaby, że żyje w państwie totalitarnym, albo… nie istniałaby w ogóle, bo resorty siłowe skutecznie wybiłyby jej to z głowy.

Jest jeszcze jedna domniemana przyczyna, a raczej alibi dla prorosyjskości młodej, niepostkomunistycznej lewicy. To domorosłe analizy geopolityczne, które znajdują w Rosji przeciwwagę dla światowej hegemonii USA. Jednak wspomniana koncepcja jest zarówno jałowa, jak i szkodliwa. Jałowa dlatego, że współczesna Rosja nie jest zdolna konkurować z USA w globalnym układzie sił. Gdyby szukać tego rodzaju przeciwwagi, wyrachowanie podpowiadałoby raczej Pekin niż Moskwę. Jednak – na szczęście – Chiny nie są na lewicy modne, a wręcz można je krytykować bez ryzyka oskarżeń o bycie agentem CIA lub sinofobem. Szkodliwa zaś dlatego, iż „stawka na Rosję”, nawet gdyby była realna, w naszej części kontynentu oznaczać będzie jedynie tyle, że „zapośredniczoną” – z racji odległości – uległość wobec Waszyngtonu zastąpi bezpośrednia i wymiernie dotkliwa zależność od Kremla.

Czym zatem to wszystko wyjaśnić? Oprócz naiwności wchodzi w grę czynnik, do którego owa „lewica na lewo od SLD” za nic w świecie się nie przyzna, bo przyznałaby się do własnej słabości. A polega ona na zapaści intelektualnej, przejawiającej się w nieumiejętności zaproponowania alternatywy programowej. W efekcie, lewica ta staje się lewicą reaktywną. Nie pyta i nie myśli o tym, co jest dobre i słuszne, nie rozstrzyga spraw z punktu widzenia historycznego etosu swojej formacji. Obserwuje jedynie, co robi i głosi prawica – i zajmuje stanowisko dokładnie odwrotne. Ponieważ polska prawica jest krytyczna wobec Rosji, bezmyślna lewica uważa, że jej obowiązkiem i wyznacznikiem lewicowości jest bezkrytyczna filorosyjskość. Gdy lewica latynoamerykańska zastanawia się, co jest dobre dla jej społeczeństw, nasza lewica potrafi jedynie myśleć, jak zrobić prawicy na złość.

I robi, tyle że przy okazji stawia na głowie cały swój system wartości. Nawet jeśli prawica popełnia w ramach filoamerykanizmu grzech akceptacji wielu wątpliwych poczynań USA, to lewica czyni to samo, akceptując haniebne poczynania Rosji, mimowolnie składając hołd wartościom owej prawicy. Pozostaje jedynie przypomnieć słowa lewicowca George’a Orwella z jego felietonu dedykowanego lewicowym filosowieckim dziennikarzom i intelektualistom brytyjskim: Nie wyobrażajcie sobie, że przez całe lata można uprawiać służalczą propagandę na rzecz radzieckiego lub też jakiegokolwiek innego reżimu, a potem powrócić nagle do intelektualnej przyzwoitości. Raz się skurwisz – kurwą zostaniesz.