przez dr Piotr Stankiewicz | wtorek 14 grudnia 2010 | opinie
Tocząca się w Polsce debata wokół żywności genetycznie modyfikowanej pomija fundamentalne kwestie wpływu biotechnologii rolniczej na kierunek rozwoju polskiego rolnictwa i obszarów wiejskich. W efekcie kluczowe decyzje zapadają za zamkniętymi drzwiami, poza demokratyczną debatą publiczną.
Od ponad pięciu lat trwa w Polsce spór o uprawę roślin genetycznie modyfikowanych (tzw. GMO) i wykorzystywanie biotechnologii w produkcji żywności. Jego odzwierciedleniem jest wciąż niejednoznaczny stan prawny, skutkujący prowizorycznością i tymczasowością rozwiązań. W Sejmie od kilku lat trwają prace nad kolejnym już rządowym projektem ustawy o GMO. Podobnie Unia Europejska wciąż szuka wyjścia z sytuacji, w jakiej znalazła się po zniesieniu w 2004 r. – w wyniku presji ze strony USA i Światowej Organizacji Handlu – tzw. moratorium na uprawę roślin genetycznie modyfikowanych. Wciąż nie jest przesądzone, czy państwa członkowskie powinny mieć prawo do samodzielnego decydowania o dopuszczalności upraw GMO na swoim terytorium.
Debacie o GMO ton nadają z jednej strony ekolodzy, z drugiej zaś osoby związane z przemysłem biotechnologicznym (zazwyczaj współpracujący z nim naukowcy). Dyskusje koncentrują się wokół jednego aspektu: potencjalnej szkodliwości dla zdrowia ludzkiego oraz środowiska. Ekolodzy i przeciwnicy GMO uważają, że mogą one powodować poważne konsekwencje zdrowotne i ekologiczne, podczas gdy ich zwolennicy twierdzą, że nie stanowią one zagrożenia.
Ta niekończąca się od lat dyskusja posiłkuje się pojawiającymi się co rusz nowymi wynikami badań, jednak sama w sobie wydaje się przypominać ślepą uliczkę. Biotechnologia należy do technologii obarczonych sporym potencjałem ryzyka, w przypadku których po prostu nie możemy z góry ustalić, czy są bezpieczne, czy nie.
Rozstrzygnięcie ex ante kwestii szkodliwości GMO przy pomocy badań naukowych wydaje się więc mało prawdopodobne. W tym kontekście spór o genetycznie modyfikowaną żywność w swoim obecnym kształcie jest w dużym stopniu sporem jałowym, a co gorsza, odwraca uwagę od innych problemów związanych z rozwojem biotechnologii.
Koncentrując się na próbach rozstrzygnięcia kwestii szkodliwości upraw i konsumpcji GMO, dominujący nurt debaty zupełnie pomija o wiele bardziej fundamentalne kwestie, dotyczące kierunku rozwoju polskiej wsi, pożądanego kształtu rolnictwa oraz wykorzystania tradycyjnych zasobów naszego kraju. Te problemy pozostają całkowicie nieobecne nie tylko w debacie publicznej, lecz także przy podejmowaniu decyzji politycznych i stanowieniu prawa.
Rewolucja tylnymi drzwiami
Jak podkreślają sami zwolennicy biotechnologii, jest to rewolucyjna technologia produkcji, otwierająca zupełnie nowe horyzonty przed rolnictwem: dzięki zastosowaniu odpowiednich modyfikacji, np. wprowadzeniu do genotypu rośliny genów odporności na szkodniki, pozwala produkować taniej, wydajniej, łatwiej i szybciej. Biotechnologia pozwala zbierać plony kilka razy do roku z tej samej uprawy, kilkakrotnie przyspieszyć wzrost zwierząt, uprawiać na nieurodzajnych glebach.
W tym kontekście biotechnologia rolnicza stanowi kolejny krok w rozwoju określonego modelu rolnictwa, typowego dla krajów Europy Zachodniej: uprzemysłowionego, wysokowydajnego, intensywnego, wielkoobszarowego, wyspecjalizowanego i stechnicyzowanego. Powstają w związku z tym pytania, czy łączące się ze stosowaniem biotechnologii rozwiązania są adekwatne do charakteru polskiego rolnictwa, które przecież zdecydowanie różni się od zachodniego – jest wyjątkowo rozdrobnione, ekstensywne, oparte na tradycyjnych, rodzinnych gospodarstwach rolnych. Jakie nieoczekiwane zmiany może przynieść zastosowanie technologii dopasowanej do innego typu gospodarki rolnej? Czy skutkiem będzie szybkie i bezproblemowe upodobnienie się polskiego rolnictwa do zachodniego, zgodnie z wzorem dominującym od lat 90. w transformacji polskiej gospodarki? A jeśli tak, to czy tego właśnie chcemy jako społeczeństwo? Podejmując decyzję o wykorzystywaniu biotechnologii w Polsce należy być świadomym, że jednocześnie podejmuje się decyzję o dalszym kierunku rozwoju polskiej wsi. W debacie publicznej o GMO nie powinno więc brakować namysłu nad tym, czy taka rewolucja w produkcji rolnej jest właściwa, pożądana, zgodna z celami rozwoju społecznego i wizją Polski.
Warto przywołać klasyczne ekonomiczne pojęcie „zależności od ścieżki”. Zastosowanie nowej, rewolucyjnej technologii produkcji może wprawdzie pchnąć polską wieś na nowe tory, ale jednocześnie zamknąć przed nią alternatywy rozwojowe, wynikające ze specyfiki naszego kraju; to właśnie owo rozdrobnione, ekstensywne rolnictwo, określane przez wykazujących syndromy myślenia postkolonialnego publicystów jako „zacofane”, może być też traktowane jako swoisty atut Polski. Warto pamiętać, że tak idealizowane kraje Europy Zachodniej patrzą dziś z zazdrością na naszą wieś, dostrzegając w niej to, co u siebie same zniszczyły w wyniku industrializacji rolnictwa i co bezskutecznie próbują odtworzyć, wspierając rolnictwo „ekologiczne”, „naturalne” itp. Być może warto zrobić użytek z „renty zapóźnienia” Polski i zamiast tylko próbować nadganiać i ślepo naśladować mityczny Zachód, uczyć się na jego błędach.
Daleki jestem od potępiania zachodniego modelu rozwoju rolnictwa, czy też apelowania o zachowanie polskiej wsi w niezmienionym kształcie; dyskutując o GMO trzeba jednak mieć na uwadze, że gra toczy się nie tylko o ewentualną szkodliwość genetycznie zmodyfikowanej kukurydzy, lecz także o kierunek rozwoju Polski. Nie ma jednej, z góry ustalonej i pozbawionej alternatywy ścieżki modernizacji, jednego kierunku rozwoju. Wybór „zacofanie czy nowoczesność” jest fałszywym dylematem. Rzecz nie w tym, czy polskie tradycyjne rolnictwo może się oprzeć zmianom, lecz czy można zaprojektować taki model rozwoju polskiej wsi, który będzie potrafił wykorzystać jej niedostrzegany potencjał; taki, w którym będzie miejsce zarówno na rodzinne gospodarstwa, jak i na intensywną produkcję rolną na dużą skalę. Wybór GMO zamyka możliwość alternatywnego zaprojektowania rozwoju i przesądza o podążaniu w stronę zachodniego modelu rolnictwa.
Eksperci od wszystkiego?
W dyskusji skoncentrowanej na kwestii szkodliwości GMO nie ma miejsca na postawienie powyższych problemów. W efekcie najważniejsze decyzje zapadają niejako mimochodem, z dala od demokratycznej debaty publicznej. Sprzyja temu postrzeganie GMO jako problemu „eksperckiego”, którym powinni zajmować się wyspecjalizowani naukowcy, zasiadający w fachowych komisjach, rządowych i parlamentarnych ciałach doradczych, instytutach badawczych itp. Problem jednak w tym, że w większości hołdują oni bardzo uproszczonemu sposobowi widzenia kwestii modernizacji, rozwoju i postępu. Z ich licznych wypowiedzi w obronie GMO przebija wyobrażenie postępu, którego nie da się zatrzymać, na którego kierunek nie mamy żadnego wpływu. Zgodnie z tym sposobem myślenia istnieje jedna ścieżka rozwoju, którą albo podążamy, albo zostajemy z tyłu. W ustach bezkrytycznych popleczników biotechnologii debata o GMO rysuje się jako spór cywilizacyjny dotyczący tego, czy będziemy się rozwijać jako kraj, czy pogłębiać nasze „zacofanie”.
Nie trzeba dodawać, że rozwój jest tutaj rozumiany jako bezwiedne naśladowanie Zachodu, a o żadnych alternatywach i podążaniu własną drogą nie może być mowy. Trudno obwiniać bioinżynierów czy ekspertów od chemii o mało wyrafinowane postrzeganie procesów społeczno-ekonomicznych. Nie można od nich oczekiwać, by znali się na wszystkim. Niestety jednak w sytuacji, gdy debata o GMO jest skoncentrowana na kwestii zagrożeń dla zdrowia i środowiska, a przez to zdominowana przez ekologów z jednej strony, a biotechnologów z drugiej, nie ma w niej miejsca na głosy autorytetów i ekspertów z dziedziny nauk społecznych czy ekonomii. Samozwańczy rzecznicy postępu, najlepiej znający się na mitochondriach i cytoplazmie, stają się jednocześnie tymi, którzy poza wszelką demokratyczną kontrolą współdecydują o tym, jak ma wyglądać kierunek rozwoju naszego kraju.
przez dr Rafał Bakalarczyk | czwartek 9 grudnia 2010 | opinie
Polityka prorodzinna ma być jednym z głównych obszarów zainteresowania nowo powstającej formacji Polska Jest Najważniejsza. Choć realia polskiego systemu politycznego raczej oduczyły wiary, że za deklaracjami będzie szła praktyka, sama ta zapowiedź jednak cieszy. Zwłaszcza, że liderka PJN właśnie zaangażowaniem w sprawy polityki rodzinnej zaskarbiła sobie sympatię wielu osób, także z odległych politycznie środowisk.
Kiedy więc z jej ust słyszymy, że właśnie ta sfera ma stanowić priorytet, brzmi to mimo wszystko dość autentycznie. Również obiecująco brzmią jej słowa, że polityka rodzinna powinna zostać wyprowadzona z wąsko rozumianej pomocy społecznej, a stać się kompleksowa i powiązana z wieloma innymi obszarami polityki społecznej, w tym z kwestią demograficzną. Również ta perspektywa w przypadku Joanny Kluzik-Rostkowskiej wydaje się czymś więcej niż doraźnie sklecone hasło, bowiem projekt programu polityki rodzinnej, który pod jej przewodnictwem stworzyło Prawo i Sprawiedliwość u schyłku swych rządów, zawierał kompleksowe rozwiązania, atrakcyjne nie tylko dla centrowego, ale także lewicowego odbiorcy.
Dobry program, ale nie zrealizowany
Z tym postępowym i pro-socjalnym programem był jednak jeden, zasadniczy problem. Mianowicie: w bardzo ograniczonym stopniu został wówczas zrealizowany. I do dziś jest zagadką, czy opracowanie go było głównie chwytem marketingowym mającym na finiszu uprawomocnić ówczesne rządy jako mimo wszystko „solidarne”, by móc następnie krytykować z tych pozycji kolejną władzę, czy też stała za tym autentyczna wola realizacji programu, co uniemożliwił wynik wyborów w 2007 r.
Nawet jednak pozostawiając kwestię intencji nierozstrzygniętą, nie zmienia to faktu, że programu niemal w ogóle nie zrealizowano, więc Kluzik-Rostkowska nie do końca jeszcze może sobie go wpisać w poczet praktycznych sukcesów. Natomiast faktyczną spuścizną w zakresie polityki rodzinnej jaką zostawiło po sobie PiS z koalicjantami, było przywrócenie zlikwidowanego przez SLD Funduszu Alimentacyjnego, wprowadzenie „becikowego” (to akurat wbrew PiS, a z inicjatywy LPR, która uzyskała w tej sprawie taktyczne poparcie PO) oraz istotne zwiększenie prorodzinnej ulgi w systemie podatkowym. Wcześniej miała ona marginalny wymiar, zaś pod koniec rządów PiS wzrosła kilkukrotnie, co uczyniło ją bardziej znaczącym instrumentem polityki rodzinnej, zarówno z perspektywy adresatów świadczeń, jak i budżetu. W ostatnim czasie pojawiła się próba jej likwidacji ze strony PO, ale na skutek nieprzychylnej reakcji opinii publicznej, do niczego takiego nie doszło. Duch myślenia Rostkowskiej w tej kwestii zwyciężył z duchem myślenia Rostowskiego.
Najubożsi nie odetchną z ulgą
Czy jednak wobec zachowania wspomnianego instrumentu można odetchnąć z (nomen omen) ulgą? Nie do końca, bowiem świadczenie to w obecnym kształcie prawnym i wysokości może budzić zastrzeżenia nie tylko ze względu na obciążenia budżetowe, ale także ze względów sprawiedliwościowych. Okazuje się, że osoby nie płacące podatku dochodowego lub osiągające minimalne dochody nie mogą sobie wspomnianej ulgi odliczyć, bo nie mają od czego. Wychodzi więc na to, że korzyści z istnienia tego instrumentu omijają najuboższe i najbardziej potrzebujące grupy, na co publicznie zwracała uwagę m.in. śp. Izabela Jaruga-Nowacka. Oczywiście sam fakt, że klasa średnia otrzymuje wsparcie od państwa nie jest problemem. Może to wszak sprzyjać decyzjom prokreacyjnym, zwłaszcza w grupach, które mają duże szanse na wychowanie w godnych warunkach dzieci, pozytywnie wpływając na strukturę demograficzną. Poza tym w tradycji polityki socjaldemokratycznej ważnym elementem było objęcie prawem do świadczeń społecznych także klasy średniej, co miało zapewnić trwałość instytucjom dobrobytu. Tyle że w klasycznej polityce socjaldemokratycznej świadczenia przysługiwały zarówno klasie średniej, jak i warstwom uboższym, a nie przy wyłączeniu tych ostatnich, jak to de facto dzieje się w przypadku ulgi prorodzinnej. Już podczas głosowań w sprawie zmian Joanna Kluzik-Rostkowska miała tego świadomość i opowiadała się m.in. za zmniejszeniem wysokości ulgi, co uczyniłoby ją bardziej inkluzyjną. Niestety, przeważyło wówczas stanowisko LPR i Prawicy RP.
Świadczenia nie tylko pieniężne
Ważniejsza jednak niż ulgi podatkowe i pieniężne świadczenia socjalne – nawet gdyby działały bardziej racjonalnie i sprawiedliwie niż obecnie – jest obecność świadczeń uniwersalnych, ale o charakterze usługowym, czyli np. żłobków, przedszkoli, poradni itp. Są one ważne nie tylko dlatego, że poprawiają jakość życia poszczególnych rodzin, ale też dlatego, że zwiększają spójność i integrację społeczną. Pamiętajmy, że nie chodzi wyłącznie o walkę z czysto materialnie ujmowanym ubóstwem, ale z szerszą kategorią wykluczenia społecznego, którego niskie dochody są zazwyczaj, choć nie zawsze, częścią składową. W programie Kluzik-Rostkowskiej i ten typ świadczeń znalazł poczesne miejsce. Co jednak ważniejsze, także stronie rządowej udzieliło się dążenie w kierunku upowszechniania edukacji i opieki przedszkolnej, w tym także na poziomie żłobka (vide: projekt Jolanty Fedak). Wydaje się, że pod tym względem Kluzik-Rostkowska jako liderka nowego ugrupowania, które może przekształcić się w partię, wkracza w inny kontekst niż to było jeszcze parę lat temu. Mało osób jest świadomych tej zmiany, gdyż działania w tej sferze rozgrywają się jakby na marginesie zasadniczych frontów walki politycznej. Wyzwaniem dla PJN, oprócz wejścia w merytoryczny spór z rządem wokół formuły wsparcia rodzin, powinno być odzyskanie tej sfery dla demokratycznej debaty publicznej i jej awansowanie w hierarchii priorytetów.
Przenieść do rangi priorytetu
Przywykliśmy, że dyskusja w tej materii toczy się raczej w komisjach sejmowych i w gabinetach ministerialnych, a nie w ramach otwartej debaty publicznej. Ale czy należy się na to godzić? Czy warunki życia polskich rodzin nie są właśnie kwestią, która w pierwszej kolejności powinna być poddana dyskusji? Niestety, dwie dekady III RP nie wytworzyły pozytywnej tradycji w tym względzie. Jedyna partia, która kwestię rodzin miała w swojej nazwie, czyli LPR, doprowadziła zaledwie do dość dyskusyjnego „becikowego”, zaś w politycznej retoryce troskę o rodzinę sprowadzała do obsesyjnej walki z rzekomo wszechobecną homo-propagandą. Inne zaś partie, w tym nominalnie chadeckie i socjaldemokratyczne, sprawę polityki rodzinnej marginalizowały, zarówno w politycznej debacie, jak i praktyce rządzenia.
Czy PJN pomoże odmienić ten polityczny obyczaj? Oby. Na razie mój optymizm jest raczej stonowany. Nie tylko dlatego, że sondaże dają wspomnianej formacji niewielkie poparcie (czasem wszak bycie „języczkiem u wagi” daje duże pole manewru w definiowaniu języka debaty publicznej), ale także dlatego, że na ugrupowanie to składa się nie tylko Kluzik-Rostkowska i osoby do niej ideowo podobne, ale także amorficzny zbiór PiS-owskich dysydentów, których łączy raczej stosunek do swojego niedawnego prezesa (lub raczej stosunek prezesa do nich), niż wspólny światopogląd. I nie chodzi tylko o podnoszony medialnie odmienny stosunek do in vitro, ale przede wszystkim o wizję polityki społeczno-gospodarczej. Na razie nie przesądzajmy jednak fiaska. Jeśli udałoby się przyspieszyć „przesuwanie” polityki społecznej w kierunku tego, co zawarte było we wspomnianym, zupełnie przyzwoitym programie polityki rodzinnej zaproponowanym przez PiS, byłby to spory sukces. Jeśli choć trochę udałoby się zmienić akcenty w debacie publicznej w kierunku większej obecności tematyki społecznej, byłby to sukces może skromniejszy i mniej wymierny – ale i o niego niewątpliwie warto zabiegać.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 1 grudnia 2010 | opinie
Okazuje się, że nie we wszystkim i niekoniecznie wtedy, gdy trzeba, jesteśmy „europejscy” i „nowocześni”.
Na kartach wydanej w 1913 r. książki „Kultura a natura” Jan Gwalbert Pawlikowski (1860-1939) tak pisał: W czasie niewoli jedną z sił najpotężniejszych, podtrzymujących tętno serca narodu, była miłość ojczystej ziemi. Miłości tej dawała głos nasza wielka poezja. U żadnego chyba narodu nie znalazła poezja tak głębokich i wzruszających tonów dla wyrażenia miłości oblicza ziemi rodzinnej, jak u nas. Z chwilą odzyskania wolności postanowiliśmy oblicze to uczcić przez ochronę jego ukochanych rysów. To było piękne i leżało na linii narodowej tradycji, wiązało przeszłość z przyszłością.
Tyle Pawlikowski, „prawnik, ekonomista, badacz i popularyzator twórczości Juliusza Słowackiego, polityk i społecznik”. Taternik, który jako pierwszy wszedł na Mnicha, współtwórca Ligi Ochrony Przyrody, Kawaler Orderu Polonia Restituta. Pokażcie mi polityka, który dziś tak mówi. Więcej: pokażcie mi dziś polityka, który tak czyni. „Najgorętsi patrioci” boją się dziś „eko-terrorystów” i ekologicznym terroryzmem jest dla nich cokolwiek więcej, niż podlewanie kwiatków na balkonie. Ale nie o tej kwestii chcę tu pisać.
W lokalnym dodatku do „Gazety Wyborczej” czytam: „Na górskim szlaku stanęła willa. Wybudują kolejne?”… Mowa o potężnym, zagrodzonym budynku mieszkalnym, z racji swej okazałości – bo przecież nie wpisanej w krajobraz urody – nazwanym willą, jaki stanął na Łysej Polanie, „jednym z najładniejszych miejsc w Parku Krajobrazowym Beskidu Małego”. Budynek powstał m.in. dlatego, że „w tym miejscu stał już kiedyś dom, tyle że była to drewniana chałupa pasująca do krajobrazu”. Nie ma drewnianej chałupy, ale że mamy postęp i dobrobyt, oraz coraz świętsze prawo (prywatnej) własności, to jest „willa”. Kłopotliwa, bo psuje widok.
Tyle że piękny widok to naprawdę nie jest żadna wartość. Przecież nawet poeta pisał w wierszu „Sylogizm prostacki”: Za darmo/ nie dostaniesz nic ładnego/ zachód słońca jest za darmo/ a więc nie jest piękny/ ale żeby rzygać w klozecie lokalu prima sorta/ trzeba zapłacić za wódkę/ ergo/ klozet w tancbudzie jest piękny/ a zachód słońca nie/ a ja wam powiem że bujda/ widziałem zachód słońca/ i wychodek w nocnym lokalu/ nie znajduję specjalnej różnicy. Sarkazm Bursy okazał się nadspodziewanie proroczy w III RP, mam więcej niż pewność, że przybyło nam zwolenników prostackich sylogizmów. I prostackich obyczajów. Nie mówię tu jedynie o nieumiejętności jedzenia nożem i widelcem.
Zresztą, kto by się przejmował ładnymi widokami, integralnością krajobrazów, relacją kultury i natury itp. eko-terrorystycznymi zagadnieniami i cnotami. Jak cię stać, to będziesz miał ładne widoki, a jak nie, to kup sobie pocztówkę, albo ustaw tapetę z zachodem słońca na wyświetlaczu komórki. Jeśli chcesz być człowiekiem nowoczesnym i Europejczykiem, to naprawdę, nie myśl za bardzo o tym spłachciu ziemi, nazywanym przyrodą (polską)… Ale zaraz, zaraz, czy aby na pewno? „Włosi i Francuzi chronią swoje górskie krajobrazy. Obowiązujące tam tzw. prawo górskie reguluje nie tylko sprawy związane z narciarstwem, ale dotyczy również projektowanych budynków” – czytamy w cytowanym artykule. To samo dotyczy wielu innych państw europejskich. A póki co gmina Wilkowice czeka na plan zagospodarowania przestrzennego.
Cóż, widać nie we wszystkim i niekoniecznie wtedy, gdy trzeba, jesteśmy „europejscy” i „nowocześni”. Widać i w świecie cenią tak staromodne wartości jak „miłość ziemi ojczystej”. Nam pozostaje szpetota polska. Bo nie tylko na dworcu w Kutnie bywa tak brudno i brzydko, że pękają oczy… Albo zaraz pękną. Bo wolność szpetotą się mierzy.
przez Joanna Duda-Gwiazda | niedziela 28 listopada 2010 | opinie
Uczeni europeiści utożsamiają społeczeństwo obywatelskie z organizacjami pozarządowymi i wolontariatem. Nic innego się nie liczy, nawet związki zawodowe.
Ciekawa jestem, czym były, zdaniem uczonych: bojkot angielskich towarów w Indiach, polskie państwo podziemne albo Pierwsza „Solidarność”. Odwoływanie się do historii jest niemodne, ale komercjalizacja i unifikacja jeszcze nie zdołały wyplenić bezinteresownej działalności dla wspólnego dobra. Niepoprawni Polacy wbrew regułom i teoriom nadal robią, co chcą, nie rejestrowani i nie kontrolowani. Działa sieć klubów „Gazety Polskiej”, obywatele bronią represjonowanych dziennikarzy i historyków, promują niepoprawne politycznie książki, organizują demonstracje, spotkania dyskusyjne i prelekcje, zbierają podpisy pod listami otwartymi i wnioskami o referendum, wspierają się w potrzebie, wymieniają poglądy i informacje.
Elity zamknięte w akademickich i politycznych gettach o tej działalności niewiele wiedzą, bo media są ślepe, a władza głucha. Jeśli coś dociera do opinii publicznej to w atmosferze skandalu, przedstawiane jako działanie anarchizujące życie publiczne i co najmniej nacjonalistyczne. Wystarczy przypomnieć reakcję na spontaniczną demonstrację patriotyzmu po tragedii smoleńskiej. Śledztwo obywatelskie jest potępiane i wyszydzane jako teorie spiskowe, a prośba do Amerykanów o wszczęcie śledztwa międzynarodowego to, zdaniem rządzących, zamach na autorytet i suwerenność polskiego państwa.
Oderwane od życia definicje i teorie uczonych można by bagatelizować, gdyby nie ich czytelny cel propagandowy. Rozwinięte społeczeństwo obywatelskie przedstawiane jest jako najwyższe stadium społecznego rozwoju, ponieważ ani władzy, ani systemowi neoliberalnemu organizacje pozarządowe nie zagrażają. Większość z nich nie jest niezależna. Wystarczy system finansowania i przydzielania lokali, aby promować grzecznych i eliminować krnąbrnych. Niektóre organizacje są wprost finansowane przez korporacje albo przez instytucje zewnętrzne.
Podręczniki zalecają, aby organizacje pozarządowe nie zajmowały się polityką i nie molestowały rządu. Ich zadaniem jest regulowanie stosunków między obywatelami. Idealnie byłoby, gdyby całe społeczeństwo zorganizowało się w celach charytatywnych, ponieważ państwo mogłoby pozbyć się obowiązków uciążliwych i obciążających budżet. Wzorcowe organizacje walczą z homofobią, ksenofobią, szowinizmem, nietolerancją, rasizmem, nacjonalizmem, antysemityzmem, faszyzmem, antyfeminizmem. Więcej grzechów nie pamiętam.
Teoretycznie mamy demokrację, ale politykę obywatele powinni pozostawić profesjonalistom, czyli zawodowym politykom. Od kontrolowania rządu jest opozycja parlamentarna. Pojęcie opozycji pozaparlamentarnej nie istnieje. Mamy tylko jedną partię opozycyjną atakowaną przez pozostałe tak, jakby była partią rządzącą. Kto miał wątpliwości, powinien przyjrzeć się koalicjom zawieranym w samorządach w celu odsunięcia PiS-u od podejmowania decyzji. Krytykowanie partii rządzącej jest z definicji niemożliwe, ponieważ jej jedynym celem jest obsadzanie stanowisk swoimi ludźmi. Partia bezideowa może składać obietnice, wycofywać lub zwyczajnie kłamać, byle skutecznie. PO jest wewnętrznie pusta, to atrapa. Nie da się krytykować plastikowej laleczki z pozytywką powtarzającą: zgoda, miłość, szczęście. Barbie jest najśliczniejsza.
Politycy zajmują się sobą, na politykę nie mają czasu. Nie mają też pola manewru. Prowadzenie polityki w interesie narodu jest potępione jako nacjonalizm. Po wprowadzeniu neoliberalnych zasad i wejściu Polski do UE gospodarka znikła z pola widzenia. Politykę gospodarczą zastąpiła makroekonomia realizowana przez instytucje finansowe. Polityka zagraniczna jest zbędna, ponieważ żyjemy wśród przyjaciół. Polityka obronna to anachronizm, wystarczy wyszkolenie kolejnych zmian na misje zagraniczne.
Świeżym pomysłem na łatanie dziury w budżecie jest sięganie do kasy prywatnych towarzystw ubezpieczeniowych i państwowych lasów. Jaki jest kolor partii, która garnie kasę i prawą, i lewą ręką? Miałam nadzieję, że odpowiedź znajdę w Parlamencie Europejskim. PO i PSL są w bloku partii ludowych razem z chadekami. Kluby poselskie PE mają egzotyczne nazwy i opisane są tak mętnie, że nasze rodzime kameleony doskonale do nich pasują. Zorientowałam się tylko, że ludowa arka Noego maszeruje w pierwszym szeregu globalistów.
Ostatnio prezydent podkreślił przywiązanie do tradycji „okrągłego stołu”. Udekorował głównych aktorów Orderem Orła Białego, a generała Jaruzelskiego zaprosił na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. III RP wróciła do korzeni pod hasłem „nie wracajmy do historii, zgodnie maszerujmy do przodu”. Jeśli generał Jaruzelski to nie jest tył, lecz przód, to trzeba odkopać powielacze i co kto tam jeszcze ma zadołowane.
Nawet nie próbuję zgadnąć, co łączy europejskie kluby socjalistyczne. Bardzo możliwe, że tylko niechęć do Kościoła katolickiego i homofobów. Polską lewicę charakteryzuje szacunek dla elit PRL z agenturą na czele i zaufanie do Rosji, spadkobierczyni ojczyzny proletariatu.
Dziennikarz telewizyjny wyraził taką oto opinię: po opuszczeniu PiS-u przez posłów cywilizowanych, partia stoczy się na pozycje skrajnej prawicy, czyli Smoleńsk. Trzymając się tego języka i tej linii podziału PO stoczyła się na pozycje skrajnej lewicy powierzając śledztwo Rosji. Nie wróżę przyszłości tej polityce. Społeczeństwo obywatelskie prowadzi własne śledztwo. Chowanie głowy w piasek wobec światowego kryzysu ideologii neoliberalnej też długo już nie potrwa.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 11 listopada 2010 | opinie
Święto Niepodległości – czym jest? Rozpamiętywaniem dawnych cierpień, walki, pracy? Refleksją nad mizerią dnia dzisiejszego?
Znamy tę tezę, tak popularną w pierwszych latach wyzwolenia Polski – pisał w czasie międzywojnia PPS-owiec Adam Uziembło – że „wszyscy” wzięli udział w zdobywaniu wolności. Wszyscy – i ci, co tworzyli armię – siłę zbrojną narodu; i ci, co konspirowali dla niepodległości; i ci, co siedzieli na urzędach zaborców – bo przygotowywali kadry urzędnicze, niezbędne dla państwa; i ci, co służyli w policji rosyjskiej czy austriackiej; i ci, co byli w Legionach; i ci, co te Legiony zwalczali… Jednym słowem, wszyscy Polacy – wszyscy. Teza ta skwapliwie została przyjęta, zwłaszcza przez tych, którzy nic nie uczynili, oczywiście przede wszystkim dla uzyskania prawa do udziałów – że użyjemy słów Bogusława Radziwiłła z Potopu – w szarpaniu „postawu sukna”, jakim dla wszystkich wyzwolona ojczyzna się stała.
Społeczeństwo uwierzyło w to kłamstwo. Z wolna, im dalej w przeszłość odsuwają się czasy niewoli, które dla jednych były istotną gehenną, tułactwem, walką – dla innych „życiem o wiele łatwiejszym, spokojniejszym i dostatniejszym niż dziś” – tym łatwiej każdy urodzony przed wielką wojną zostaje pasowany na bojownika wolności. A jeżeli już komuś przydarzyło się założyć kawał straży pożarnej albo czytelenki – to staje się „nieugiętym żołnierzem”, co to „stał na posterunku”, co to „przez całe życie marzył…”. […] Kłamstwo oblało całą Polskę. I walka z nim jest bardzo trudna. […]
Ze względów praktycznych pożytek obalenia tego powszechnego zakłamania może być względny. Przecież na każde stanowisko znacznie odpowiedniejszy jest człowiek o odpowiednim przygotowaniu – niż zdarty w walce z caratem wykolejeniec. Głupstwem by było wypominanie inżynierowi, który świetnie buduje kolej czy port, że w czasach niewoli nie myślał o walce zbrojnej.
Ale sumienie narodowe, które się przez sztukę, literaturę objawia, musi być pod tym względem zupełnie świadome. Musi ono zajrzeć aż do dna duszy polskiej, musi ją przejrzeć do głębi – by wyplenić chwast nie w imię praktycznych korzyści czyichkolwiek, nie dla potępienia grupy czy odłamu, nie dla pognębienia ludzi, ale dlatego, byśmy mogli jasno i szczerze patrzeć w przeszłość, byśmy byli z jej rzeczywistością, nie z jakąś ckliwą legendą powiązani, byśmy nie stracili kontaktu z tradycją prawdziwą.
Tekst powyższy odnosi się do innych realiów, do innej niż dzisiejsza Polski i sytuacji historycznej. Jednak ze względu na swój „życiowy charakter”, na tę brutalną szczerość wobec rodaków, na jaką pozwala sobie Uziembło, na odrzucenie „ckliwej legendy” i postawienie jasno spraw polskich, zasługuje na pamięć. Bo i też radość ówczesnej niepodległości, tamtej, międzywojennej Polski, nie była radością pełną. I tym, co w miarę regularnie zaglądają choćby na Lewicowo.pl kwestii tych wyjaśniać od podstaw nie trzeba.
A dziś? Cóż, dziś też pewnie miłują Polskę ci, co kochali ją, gdy byli w SB, ORMO, PRON, Zjednoczeniu Patriotycznym „Grunwald”; co w ZMS zdobywali pierwsze szlify politycznego obycia; co się „życiowego pragmatyzmu” i „liczenia z realiami” uczyli jeszcze w PRL. Zresztą, obecnie ta „święta miłość kochanej ojczyzny” nie jest tak istotną kartą przetargową. Umęczone słowo „patriotyzm” wielu sobie odpuściło, bo życie, praca, płaca, kariera, kredyt jeden i drugi, obowiązki rodzinne i towarzyskie… Tymczasem „Jeszcze Polska”, „papież-Polak”, „Solidarność”, „ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”, te trumny, co niby nami rządzą, a cholera wie, czyje – cóż, może to i ładne, może wzrusza, ale nieżyciowe przecież i jeść nie da ani dachu nad głową nie zapewni. Zresztą gdy patrzeć na gorzkie żale specjalistów od załamywania rąk nad „umęczoną ojczyzną”, co sami jeszcze rozmieniają ją na drobne z fachowością „zawodowych patriotów”, dziwić się trudno, że od „ojczyzny” takiej, ckliwej i rozmemłanej, fałszem i biznesikami podszytej, bardziej podobnej fantasmagorii niż krwi i ciału, ludzie odchodzą i o niej zapominają. Bo ile można słuchać o tych nieszczęściach, o krzywdach nieprzetrawionych, gdy nic, kompletnie nic – poza niemocą lub prywatą – z tego nie wynika? A z drugiej strony, ile można patrzeć na te obojętne, pewne siebie gęby, spoglądające wokół lekceważąco albo cwanie, bo się swojego już dochapały i nic więcej im nie trzeba, żadnego obowiązku, żadnej tożsamości, skoro w domu i w zagrodzie dostatek. „Mnie”, „moje”, „dla mnie” – to ich codzienny pacierz, modlitwa nieustająca.
A przecież trzeba pamiętać, trzeba w tej bieli i czerwieni widzieć i krew przelaną w pracy i w walce, i biel straszliwą, co się otwierała przed zesłańcami, gdy rąbali „z tymi co zostali w śniegach pnie zmarznięte na kamień”, tę biel, która jest znakiem czystości idei i pragnień, jakich dziś powszechnie się już nie rozumie i nie szanuje. Bo przeszło tamto wszystko i została raz jeszcze, w nowej odsłonie „radość z odzyskanego śmietnika” i złośliwie czasem powtarzane: „chcieliście Polski, no to ją macie”… No i mamy Polskę, choć znów jakby nie do końca tę wymarzoną, inną od tamtej, której pod powstańczym i wojennym niebem nucili nasi przodkowie swoje tęskne pieśni. Mamy Polskę chyba bardziej z „Poematu dla dorosłych”, niż z „Pierwszej Brygady”, bardziej Polskę pogrobowców Piaseckiego, niż synów i córek Dmowskiego, bardziej Polskę po Bierucie i Kiszczaku, niż Daszyńskim czy Pużaku. Polskę od lokalnych podróbek „Chicago Boys”, nie od Eugeniusza Kwiatkowskiego. Ale cóż, przecież i ona jest nasza i wyrzec się jej nie sposób, bo jest taka, a nie inna. Trzeba z nią żyć pod jednym dachem, pośród jej bieli i czerwieni, choć biel przybrudzona, a czerwień wyblakła. W inne ciało i krew, w inne kości, w inne niż nasze myśli – już jej nie odziejemy. I tylko o to można pytać, czy warto.
Tak, mimo wszystko, warto.
przez Remigiusz Okraska | niedziela 7 listopada 2010 | opinie
Jeśli Piotr Duda spełni obietnice, „Solidarność” stanie się normalnym związkiem zawodowym. Zajmie się pracownikami, nie prawicą.
Zakończony niedawno XXV zjazd delegatów NSZZ „Solidarność” przyniósł raczej nieoczekiwane zwycięstwo Piotra Dudy w starciu o stanowisko lidera Związku. Pozycja jego rywala, Janusza Śniadka, wydawała się dość mocna, w czasie poprzedniej kadencji nie popełnił większych błędów, można też mówić o stosunkowo dobrej kondycji „Solidarności”. Pozostaje ona nie tylko związkiem największym, ale i jedynym dynamicznym. Dość licznie powstają nowe komisje zakładowe – i to często w prywatnych firmach – ale i działania ogólnopolskie nabrały nowej jakości, zgodnej z duchem czasu, czego przykładami są kampanie społeczne „Czy IKEA jest OK?” (prawa pracowników ochrony z firm zewnętrznych) i „UśmiechniętaKasjerka.pl” (warunki pracy w sieciach handlowych). Gdy OPZZ wydaje się pogrążony w biurokracji i marazmie, a związki małe, jak „Sierpień ’80”, spalają się w bezproduktywnym „radykalizmie” i niszowym politykierstwie, „Solidarność” jako jedyna wydaje się mieć przynajmniej zalążki pomysłu na działanie skuteczne. Skuteczne, czyli zdolne pomóc pracownikom konkretnych branż, jak i zainteresować opinię publiczną problemami grup zawodowych czy wręcz całego świata pracy.
Oczywiście pewne rzeczy można zapewne było zrobić lepiej, ale w kontekście stale malejącego uzwiązkowienia, przy wciąż istniejącej chamskiej nagonce liberalnych mediów na związki zawodowe, przy trwającym od kilku lat kryzysie gospodarczym – kadencję Janusza Śniadka można uznać za całkiem udaną. Stąd też zwycięstwo Piotra Dudy jest nieco nieoczekiwane, aczkolwiek być może zwiastuje ono bardzo pozytywną tendencję. Wydaje się, że Śniadek padł ofiarą procesu, który lapidarnie opisuje powiedzonko o rewolucji pożerającej własne dzieci. Przed laty, przejmując fotel lidera po Marianie Krzaklewskim, zapoczątkował proces częściowego odpolitycznienia „Solidarności” i skoncentrowania się na tym, czemu związki zawodowe służyć z definicji powinny – na obronie interesów swoich członków i dbałości o jak najlepsze warunki dla ogółu pracowników najemnych.
Nie był jednak Śniadek w tej postawie konsekwentny, a niedawne wybory przegrał z kandydatem, który o zwycięstwo ubiegał się pod hasłami znacznie silniejszego niż dotychczas zerwania z zajmowaniem się przeszłością, „etosem” i polityką. W zamian zapowiedział skoncentrowanie się na teraźniejszości: na rozwiązywaniu bieżących problemów pracowników najemnych, na stworzeniu takiego związku, który będzie atrakcyjny dla młodszych pokoleń, a także na zmianach struktury organizacyjnej „Solidarności”, aby była lepiej dostosowana do wyzwań, jakie stwarza dynamiczna i niełatwa sytuacja współczesnego rynku pracy. Słuchając deklaracji Piotra Dudy, aż chciałoby się powiedzieć: nareszcie.
„Solidarność” jest specyficznym przypadkiem organizacji, która swojej historii zawdzięcza chyba tyle samo atutów, co i „kul u nogi”. Wywodząc własną przeszłość ze szlachetnego masowego ruchu zrodzonego w sierpniu roku 1980, może przedstawiać się w pięknych barwach, o co trudno zarówno w przypadku OPZZ-u, powołanego w stanie wojennym, jak i w przypadku związków niewielkich, które są – zazwyczaj słusznie – kojarzone z ambicjami i prywatnymi interesami rozmaitych watażków. Dawnym wydarzeniom zawdzięcza też „Solidarność” bardziej wymierny atut, jakim jest zwarta struktura Związku, podzielonego na regiony, nie zaś na branże – jest jednolitą całością, nie zaś zlepkiem sfederowanych podmiotów, jak OPZZ czy Forum Związków Zawodowych.
Ten medal ma jednak również drugą stronę. Historia „Solidarności” zawiera wiele poważnych błędów czy poczynań wątpliwych moralnie. Nawet okres „mityczny”, dotyczący czasów opozycji antykomunistycznej, nie jest wcale taki piękny, jak przedstawiają to liderzy Związku przy okazji rocznicowych obchodów. „Solidarność” została bowiem u schyłku „komuny” reaktywowana w oparciu o pewien „mord symboliczny”, jakim było odtworzenie władz i struktur w oparciu o pretorianów Wałęsy, przy lekceważeniu ostatniej legalnej i posiadającej powszechny mandat władzy Związku, czyli Komisji Krajowej wybranej przed stanem wojennym. Dlatego w nowy ustrój „Solidarność” wkroczyła bez sporej części historycznych liderów, jak choćby Andrzej Gwiazda czy Marian Jurczyk.
Ale chyba nie to jest najgorsze. Przede wszystkim specyficzna przeszłość „Solidarności”, jako tyleż związku zawodowego, co ruchu społecznego, sprawiła, że przez lata – nierzadko aż do dziś – w jej łonie funkcjonowało mnóstwo osób, które były zapewne szczerymi antykomunistami i wiernymi adeptami etosu „styropianowego”, natomiast ani trochę nie były działaczami związkowymi i wyznawcami etosu obrony pracowników. Na „etos Sierpnia” mogą się powoływać nie tylko skrajni liberałowie, jak Balcerowicz, Tusk czy Lewandowski, których na szczęście z „Solidarnością” nikt nie kojarzy już od dawna. O wiele dłużej byli z nią kojarzeni ludzie, których z każdego normalnego związku zawodowego powinno się wyrzucić na zbity pysk i jeszcze mocno kopnąć na pożegnanie.
Lista takich postaci jest długa, mnie szczególnie zapadł w pamięć niejaki Marek Kempski, swego czasu przewodniczący Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. Facet ten, stojący na czele regionalnej struktury, w której niemałą część bazy członkowskiej stanowią górnicy, zapisał się w historii światowego absurdu tym, że w mediach wychwalał politykę Margaret Thatcher wobec ich brytyjskich kolegów. Polityka owa polegała na likwidacji w ciągu zaledwie kilku lat ponad 120 tysięcy miejsc pracy w górnictwie, a ostatecznie na całkowitej likwidacji tej branży w Anglii. Tacy ludzie jak Kempski są właśnie spadkiem „Solidarności” z czasów, gdy mniej była związkiem zawodowym, bardziej zaś ruchem antykomunistycznym. Było ich przez lata w Związku sporo, choć powinni być raczej w UPR-ze.
To właśnie uwikłanie Związku w przeszłość sprawiło, że popełniał on kolosalne błędy. Najpierw rozłożył słynny „parasol ochronny” nad „naszym rządem” w pierwszych, kluczowych latach transformacji ustrojowej. Efektem było nie tylko bezrobocie i likwidacja wielu zakładów pracy (czyli podkopywanie własnej bazy członkowskiej), ale także łatka związku zawodowego, który nie broni pracowników, lecz sprzyja antypracowniczym posunięciom władzy i pracodawców. Przede wszystkim jednak taka postawa oznaczała zgodę na neoliberalny model przeobrażeń ustrojowych – i to w czasie, gdy istniały jeszcze szanse, aby wybrać alternatywną ścieżkę.
Gdy „Solidarność” w końcu wypowiedziała posłuszeństwo „naszemu rządowi”, uczyniła to nie tyle w imię obrony interesów pracowniczych, co w ramach zwrotu w prawo. Walczyła nie tyle z Balcerowiczem, co z Suchocką, nie tyle o prawa pracowników i prospołeczny model gospodarczy, lecz o zakaz aborcji, przeprowadzenie lustracji i z urojonym spiskiem elit przeciwko Kościołowi, narodowi, wartościom chrześcijańskim itp. Zamiast być skuteczną reprezentacją interesów pracowniczych – stała się główną siłą w obozie antykomunistycznej prawicy.
Nie chodzi bynajmniej o to, że organizacje pracowników nie powinny angażować się w politykę – mrzonką jest wizja apolitycznych związków zawodowych. Jednak zaangażowania takie powinny dotyczyć problematyki pracowniczej i społeczno-gospodarczej. Nie ma nic złego w tym, że „Solidarność” ze swoją przeszłością i tradycją jest związkiem chadeckim, że odwołuje się do wartości chrześcijańskich czy antykomunizmu. Staje się to problemem wtedy, gdy sprawy obyczajowo-kulturowe czy dotyczące przeszłości są główną i/lub najbardziej wyrazistą, medialną sferą działania związku oraz swoistą osią jego orientacji wobec bieżących wydarzeń. Związek, który urządza manifestacje przeciwko aborcji, którego liderzy zajmują się „intronizacją Chrystusa Króla” i zapisami o „wartościach chrześcijańskich” w Konstytucji, a jednocześnie bardzo niemrawo walczy o ochronę miejsc pracy, o standardy socjalne i o prospołeczne oblicze reform – to groteska. Związek, który atakuje rząd za „postkomunizm”, nawet gdy postkomunista Grzegorz Kołodko podejmował decyzje bardzo rozsądne na tle poprzedników-„etosiarzy”, a jednocześnie wspiera polityków antykomunistycznych, choć są skrajnymi liberałami – to absurd.
Związek zawodowy ma zrzeszać możliwie wielu pracowników i dbać o ich prawa, nie zaś narzucać im poglądy na kwestię aborcji albo nakłaniać do emocjonowania się teczkami SB. Jeśli jacyś członkowie związku – choćby nawet znaczna ich większość – chcą się zajmować tego rodzaju zagadnieniami, to istnieje cała paleta dostępnych struktur poza nim: partie polityczne, stowarzyszenia, ruchy społeczne itp. Ktoś powie: każdy może zmienić związek na taki, jaki mu odpowiada. Po pierwsze, nie w każdym zakładzie są dwa związki, po drugie tak się też stało: z „Solidarności” odchodzili nie tylko ludzie jej „lewego skrzydła” (było ich niemało, bo Związek przed rokiem 1989 wcale nie był – wbrew dzisiejszym mitom – ideologicznym monolitem spod znaku prawicy), ale także wielu „centrystów” czy po prostu osoby krytyczne wobec tak daleko posuniętych uwikłań politycznych. Nie zawsze mogły iść do konkurencji, bo nie trzeba być prawicowcem, żeby nie móc się przełamać do wstąpienia do OPZZ. Stąd też wiele osób w ogóle „wypadło” z działalności związkowej – jeśli dziś uzwiązkowienie w Polsce obejmuje zaledwie 7-8% pracowników, to oprócz wielu przyczyn strukturalnych inną jest to, że ich macierzysty, a zarazem największy w kraju związek zajmował się nie tym, czym powinien.
Apogeum uwikłania w kwestie z przeszłości i zarazem w skręt w prawo przypadło na okres rządów Akcji Wyborczej Solidarność. Wówczas to w znacznej mierze dzięki strukturom i finansom związku zawodowego, w parlamencie największą grupę stanowili religijni antykomuniści ze styropianową przeszłością. Co z tego mieli pracownicy najemni? Ogromny skok bezrobocia, spadek poziomu życia, prywatyzacyjne szaleństwo, dewastację ważnych branż (likwidacja wielu kopalń) i chybione „cztery reformy”, z których przynajmniej jedna – systemu emerytalnego – jest dla ludzi pracy i ich zabezpieczenia na starość po prostu szkodliwa. Co z tego miał Związek? Wylewane nań – w znacznej mierze zasłużenie – kubły pomyj, fatalny wizerunek, odpływ członków i utratę zaufania pracowników, dewastację części „bazy” (nie ma silnych związków zawodowych bez istnienia przedsiębiorstw i wysokiego poziomu zatrudnienia) oraz alergiczne reakcje na słowo „Solidarność” ze strony wielu osób.
Na szczęście przyszło opamiętanie. Krzaklewskiego, którego nazwisko w dziejach związków zawodowych powinno być symbolem hańby i obłędu, zastąpił na stanowisku lidera „Solidarności” Janusz Śniadek. Ten z kolei powinien w przyszłości otrzymać medal za to, że w ostatniej chwili uratował Związek przed całkowitym blamażem – zatrzymał i odwrócił negatywne trendy. Osiem lat jego władzy oznaczało powrót do zasadniczych zadań związków zawodowych. Jeśli dziś Piotr Duda wydaje się lepszy niż Śniadek, to nie dlatego, że ten drugi był zły, lecz ponieważ był za mało dobry. Czy to ze względu na poglądy, czy z uwagi na istniejący układ sił w Związku, Śniadek zrobił wiele, ale nie wszystko, co zrobić należało.
Wciąż za dużo było „etosu”, wspominków, święcenia sztandarów, mszy za ojczyznę, a przede wszystkim – takiego uwikłania w politykę, które nie było wyznaczane przez interesy społeczne, lecz przez stosunek do przeszłości czy „wartości chrześcijańskich” albo przez orientację wobec podziałów w łonie „obozu posierpniowego”. „Solidarność” podczas kadencji Janusza Śniadka zbyt słabo wyzwoliła się z błędów popełnionych po roku 1989. Zamiast być prospołeczna – choćby w duchu nauki społecznej Kościoła – była przede wszystkim prawicowa, co prowadziło do aliansów z prawicą mniej lub bardziej liberalną. Zamiast wspierać ugrupowania, które podejmują działania korzystne dla pracowników najemnych, Związek wspierał tych, którzy mocniej akcentowali antykomunizm – jakby w epoce globalizacji i szalejącego neoliberalizmu problemem był jakiś komunizm. Przykładowo, „Solidarność” była niezwykle oburzona – i słusznie – gdy za rządów PO doprowadzono do upadku polskich stoczni, tyle że niestety była znacznie mniej oburzona, gdy wcześniejszy rząd PiS-u nie robił nic, aby owemu upadkowi zapobiec. Co więcej, w miarę zaostrzania się sporu politycznego, Związek coraz wyraźniej stawał po stronie PiS-u, co groziło popadnięciem w te same jałowe i szkodliwe koleiny, które znamy z czasów AWS-u.
O ile jeszcze w roku 2005 można było z pozycji prospołecznych popierać kampanię wyborczą PiS-u i Lecha Kaczyńskiego, na serio, zdawałoby się, głoszących hasło „Polski solidarnej” przeciwko koncepcjom i interesom liberałów z PO, o tyle w roku 2010 nie ma to już żadnego sensu. „Polska solidarna” okazała się wabikiem na naiwnych, bo w praktyce PiS był solidarny wyłącznie z bogatymi (którym znacząco obniżono podatki), co nie powinno dziwić, gdy „twarzami” tego, pożal się Boże, solidaryzmu stali się Zyta Gilowska i Paweł Poncyljusz. Dziś natomiast PiS nawet nie udaje już, że chciałby realizować politykę gospodarczą i społeczną znacząco różną od tej w wydaniu PO, z tą może różnicą, że prywatyzację „złodziejską” ma zastąpić „uczciwa”, choć i to nie jest pewne. Sednem politycznego sporu staje się cały ten zestaw, który świetnie znamy z czasów AWS – walka z „Układem”, niekończące się spory o lustrację, „ochrona życia” i wyścigi w tym, kto bardziej czapkuje biskupom. Tymczasem związek zawodowy powinien być zainteresowany np. tym, aby instytucjonalnie ograniczyć wyzysk pracowników, nie zaś wiarą w bajeczki, że biznesmen, który nie współpracował z SB, będzie ich z natury rzeczy wyzyskiwał mniej niż ten, któremu w rozkręceniu biznesu pomagali faceci z WSI.
Nie mam nic przeciwko temu, żeby „Solidarność” była związkiem chadeckim, żeby pamiętała o swej antykomunistycznej przeszłości i żeby ze swego „sierpniowego” etosu była dumna. Ale nie to jest sednem związku zawodowego – jest nim skuteczna obrona pracowników najemnych i walka o taki model gospodarki, który sprzyja zarówno im, jak i innym, jeszcze słabszym grupom społecznym (np. bezrobotnym) w starciu z interesami Kapitału. Deklaracje Piotra Dudy złożone podczas wyborczej batalii i po jej zakończeniu, a także uchwały programowe przyjęte przez XXV Krajowy Zjazd Delegatów – m.in. krytyczne wobec liberalnego „uelastyczniania” zasad pracy, deklarujące solidarność z bezrobotnymi, postulujące globalizację solidarności i ochronę interesów ludzi pracy na forum europejskim, akcentujące konieczność „ekspansji” Związku w nowych, „trudnych” sektorach (np. wielkie sieci handlowe i firmy usługowe) – dają nadzieję na to, że „Solidarność” wkroczy na nową drogę. Na drogę, którą powinna podążać od roku 1989. Drogę solidarności – tej przez małe „es”, autentycznej solidarności słabszych i wyzyskiwanych.