Karpie spieszące się na Wigilię

Kolejne wybory wygrane przez obecną ekipę rządzącą sprowokowały wielu ekonomistów i komentatorów życia publicznego do ponaglenia ludzi ze szczytów władzy do wdrożenia „koniecznych reform”. Owe konieczne reformy, argumentują publicyści, pozwolą uchronić Polskę przed losem krajów dotkniętych przez kryzys, takich jak Grecja czy Portugalia. Czy rzeczywiście?

„Modernizacyjne” i „reformatorskie” ruchy oczekiwane przez komentatorów zamykają się w enigmatycznej frazie „reforma finansów publicznych”. Pod ładnie brzmiącym sloganem skrywa się nic innego jak zamiar równoważenia przychodów i wydatków publicznych (zbilansowania) w celu zlikwidowania lub choćby znaczącego ograniczenia deficytu. Wzrost przychodów nie przykuwa przy tym szczególnej uwagi analityków, zawiedliby się więc np. obywatele oczekujący na zmianę uprzywilejowanej pozycji podatkowej zachodnich koncernów w naszym kraju. Ewentualnymi równoważącymi przychody powinni być natomiast, według nawołujących do reform, rolnicy z KRUS-u, co dałoby jedynie symboliczny wzrost wpływów do budżetu.

Tym samym śmielsze zmiany musiałyby być wprowadzone w sferze wydatków. Drastyczne cięcia miałyby rzekomo „uzdrowić” polską gospodarkę, uwalniając ją od niepotrzebnego balastu. Niestety, zwolennicy liberalnych zmian nie zauważają, iż ta teoria idzie wbrew doświadczeniom obecnego kryzysu. Drastyczne cięcia budżetowe w Grecji (dla lepszego równoważenia budżetu wspierane wyprzedażą majątku państwa) miały zmniejszyć deficyt, lecz przyniosły odwrotny efekt. Deficyt budżetowy w tym roku wzrasta1 wskutek malejących przychodów, będących efektem zmniejszenia wydatków, podobnie jak w roku ubiegłym2. Jednocześnie PKB brutto Grecji spadło w ciągu roku o ponad 7 procent3. Recepty neoliberalnych monetarystów na „grecką chorobę” jedynie pogarszają stan pacjenta.

Czy nawołujący do reform przedsiębiorcy z PKPP „Lewiatan” okażą się karpiami domagającymi się przyspieszenia Wigilii, podobnie jak wcześniej brytyjskie lobby przedsiębiorców CBI, twardo domagające się reform przed zeszłorocznymi wyborami4, dziś zaś głośno lamentujące z powodu opłakanych dla sektora prywatnego skutków zmniejszenia wydatków publicznych?5 Niekoniecznie. Do wystarczająco radykalnych reform, wbrew życzeniom karpi, może nie dojść. Zeszłoroczne wystąpienie sejmowe premiera, lekceważące neoliberalnych dogmatyków jako „doktrynerów, eksperymentatorów, wariatów”, może być zwiastunem wyuczonego doświadczeniem pragmatyzmu rządzących eks(?)-liberałów.

Efekt „zielonej wyspy”, rozumiany poprawnie jako uniknięcie znaczącego pogorszenia warunków życia dla większości Polaków, spowodowany był przede wszystkim utrzymaniem wysokiego poziomu inwestycji i wydatków, a dzięki temu stabilnej koniunktury wewnętrznej. Oczywiście, konserwatywna struktura kredytowa pozwoliła uniknąć szoków bankowych, które z tej przyczyny dotknęły kraje bałtyckie, zaś słaby złoty znacząco wsparł eksporterów. Jednak lekcją numer jeden z poprzednich lat jest uznanie prymatu wzrostu gospodarczego nad poziomem deficytu budżetowego. Najwyższy już czas, by tę lekcję odrobili „doktrynerzy, eksperymentatorzy, wariaci”. Karą za fetyszyzowanie licznika długu publicznego, ot, paradoks, może być los Grecji.

Mimo wszystko fakt, iż – jak zauważają niektórzy ekonomiści – „myśl neoliberalna nie wytrzymała konfrontacji z rzeczywistością”6, nie robi większego wrażenia na rodzimych promotorach „trudnych, lecz koniecznych” reform. Ich czas zatrzymał się na erze neoliberalnego konsensusu waszyngtońskiego, gdy nie do pomyślenia byłoby zatwierdzenie przez Narodowy Bank Szwajcarii sztywnego maksymalnego kursu franka do euro. Dlatego gdy rząd Niemiec wprowadza tymczasowy zakaz obrotu7 spekulacyjnymi papierami CDS, które nawet George Soros nazywa zbyt toksycznymi i działającymi na zasadzie kupna „polisy na czyjeś życie połączonej z licencją na zabijanie”8, polscy analitycy potulnie raportują, iż zgodnie z życzeniem grających CDS-ami patologicznych spekulantów „Polska idzie na dno”9, gdyż rynki pokazały jej „żółtą kartkę”. Podczas gdy włoski prokurator urządza kipisz w skompromitowanych kryminalnymi działaniami agencjach ratingowych10, a śledztwa w ich sprawie wszczynają nawet Amerykanie, w Polsce ze strachem mówi się o „groźbach” agencji Moody’s, chcącej wymusić „zdecydowane reformy”.11

Przypomnijmy, iż spektakl z atakowaniem długów suwerennych państw jest odwracaniem uwagi od prawdziwego sprawcy kryzysu, zorganizowanego kartelu12 wielkich instytucji finansowych. To one są prawdziwym epicentrum kryzysu, i to stworzona przez nie bańka pochodnych instrumentów finansowych jest powodem, dla którego system bankowy jest chory i zamiast wspomagać produktywne inwestycje realnej gospodarki domaga się od niej wyrzeczeń dla zaspokojenia długu wykreowanego przez toksyczne kontrakty. Nieprzypadkowo wielki Franklin Delano Roosevelt po dojściu do władzy w czasie Wielkiego Kryzysu odizolował za pomocą Glass-Steagall Act z 1933 r. zdrową bankowość tradycyjną od mnożącej zobowiązania bankowości inwestycyjnej. W 1936 r. prezydent poszedł jeszcze dalej i w Commodity Exchange Act drastycznymi regulacjami wyeliminował spekulację pochodnymi. Przed powrotem tych dwóch regulacji, oraz trzecią, czyli podatkiem od transakcji finansowych, drżą oligarchowie finansowi całego świata i w desperackim ruchu zrzucają winę za kryzys na „nierozsądnych pożyczających”, czyli zwykłych obywateli, mimo iż żadne państwo nie ma w swym skarbcu tyle toksycznego długu, co J.P. Morgan lub Bank of America.

Dlatego wszyscy aspirujący do roli ekspertów doradzających rządom muszą zadać sobie pytanie: co jest „zbyt wielkie, by upaść”? Spekulacyjne banki – czy edukacja? Hedge-fundy – czy służba zdrowia? Kontrakty futures – czy policja? Przyszłość milionów ludzi nie powinna i nie może zostać złożona w ofierze bożkowi zrównoważonego budżetu przez kastę niekompetentnych kapłanów-neoliberałów. Społeczeństwo jest zbyt wielkie, by upaść.

Vox populi, vox Dei

Tytuł  jest nieco przewrotny. Można go wyrazić inaczej – gdy Pan Bóg chce kogoś pokarać, to mu rozum odbiera. Może nie rozum, bo w potocznym znaczeniu głosowanie na silniejszego jest rozumne i bezpieczne. Innym darem Ducha Świętego jest cnota męstwa.

Wybory do Senatu w miejskim okręgu Gdańsk-Sopot wykazały realną siłę polityczną  Platformy. Bogdan Borusewicz zebrał 32 tysiące podpisów poparcia i dostał 147 tys. głosów. Andrzej Gwiazda odpowiednio – 8,5 tys. i 62,6 tys., kilka procent więcej niż PiS na tym obszarze. To imponujące zwycięstwo Borusewicz osiągnął nie kiwając palcem w bucie. Społeczny komitet wspierający Gwiazdę ciężko harował kilka tygodni. Kampania była merytoryczna, nie emocjonalna, prowadzona na ulicach i w klubach osiedlowych, z elementami happeningu. Gdyby spontanicznie nie zgłosili się niezwykli ludzie, Gwiazda nie zdołałby poinformować mieszkańców, że kandyduje. Struktury PiS-u na Pomorzu zostały kilka miesięcy temu rozwiązane. Media papierowe i elektroniczne, prawicowe, lewicowe i nijakie, lokalne i ogólnopolskie, zachowały szlachetną apolityczność, nie podając absolutnie żadnych informacji. 

Jedynie tygodnik „Uważam Rze” opublikował wyważony artykuł o obu kandydatach. U Gwiazdy najbardziej denerwujące jest podobno, że zawsze ma rację. Autor obu kandydatom przypisał szlachetność, czy może szlacheckość, już nie pamiętam. Czego to ludzie nie wymyślą, żeby zachować obiektywizm! Ale dzięki i za to. Może ktoś przeczytał i dowiedział się, że Gwiazda jeszcze żyje.

Apolityczność jest teraz najwyższą cnotą obywatelską. Naród nie zajmuje się polityką, buduje stadiony. Dlaczego stadiony są apolityczne, a przychodnie lekarskie polityczne? Muszę się nad tym zastanowić. Bez wątpienia wybory są polityczne, więc nie mogliśmy wynajmować na spotkania lokali w szkołach, na uczelniach, w placówkach podległych Urzędowi Miasta i komercyjnych. Łatwiej było w klubach spółdzielni mieszkaniowych, choć nie zawsze. Platforma organizowała lekcje demokracji. Niestety, wszyscy wiedzą, że Gwiazda jest politykiem i przebieranie się w owczą skórę nie pomaga. 

Agora bardzo się skurczyła, o czym już pisałam w „Obywatelu”. Wiec uliczny trzeba zgłosić trzy dni wcześniej i modlić się o pogodę. Wiec zaatakowały bojówki Palikota i agenci Matrixu. Naszą tajną bronią byli szczudlarze na sprężynujących szczudłach. Pijani wysłannicy Belzebuba zobaczyli w nich wojsko szefa i pierzchali w popłochu. Wielokrotnie wzywana policja nie przyjeżdżała. Człowiek spotkany na spacerze w lesie mówił, że głosował na Palikota, ponieważ jest ateistą i boi się Kościoła. Może coś w tym jest, ale jak wszyscy wszystkiego będą się bali, to nie da się żyć. Udusimy się w dusznej atmosferze.

O głosujących na Platformę nie dowiedzieliśmy się niczego nowego. Nienawidzą  PiS-u i boją się, że Putin spuści na Polskę bombę (autentyczne), a obrażona Angela Merkel wyrzuci nas z Unii. Elity włożyły pokutny wór i niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Są też tacy, którzy popierają Platformę ze strachu przed zemstą. – „Podpisałabym panu Andrzejowi, ale po PESEL-u do mnie trafią”.

W czasie kampanii wyborczej telewizja była jeszcze bardziej niż poprzednio nudna, tendencyjna i agresywna. Teraz oglądam tylko „To był dzień  na świecie” w Polsat News i od czasu do czasu CNN, ponieważ na świecie dzieją się ciekawe rzeczy. Z CNN można się  dowiedzieć, że pętla długów na greckiej szyi zacisnęła się  po inwestycjach z okazji Olimpiady. To temat niewygodny dla Platformy, więc nikt o tym w polskich mediach nie wspomniał. Ciekawe, jakie będzie poparcie dla Platformy po Euro 2012, kiedy skończą się pieniądze, firmy zaczną bankrutować, a długi trzeba będzie spłacać.

Polacy, nie tylko elity władzy, są zdezorientowani i zaniepokojeni antysystemowym protestem. Stracili język przydatny do opisu świata. Przez wiele lat lewicą nazywali lobby rosyjskie, obrońców agentury i mniejszości seksualnych. Teraz mówią „lewacy” o antyglobalistach, obrońcach środowiska i związkach zawodowych. Inteligentna i wykształcona kobieta nie uwierzyła nam, że w kapitalizmie związki zawodowe działają też w przedsiębiorstwach prywatnych, nie tylko państwowych. Wszyscy obawiają się, że ten ruch zdominują anarchiści. Mój czarny scenariusz wynika z obaw przed opcją przeciwną – trockistami. To jedyna grupa, która stosując entryzm ma wszędzie wpływy, jest dobrze zorganizowana i wie, czego chce. Ich celem jest totalitaryzm, likwidacja demokracji, państw narodowych, religii, tradycji. W tak ukształtowanym globalnym społeczeństwie, centralne zarządzanie gospodarką światową będzie możliwe, co zawsze było celem marksistów. Ich cele są niebezpiecznie zgodne z celami elit władzy i biznesu. Wiele lat temu ostrzegaliśmy przed trockistami, nazywaliśmy ich lewą nogą globalizacji. 

Spotykam wielu ludzi udręczonych przez nonsensowne procedury i biurokrację wynikające z dyrektyw Unii. Są nawet tacy delikatni, którzy cierpią  słuchając zakłamanej drętwej unijnej nowomowy. Ja się dostosowałam. Nie mogę zapalić zapalniczki childrenproof, więc kupuję zapałki. Gorzej mają nauczyciele w małej szkole. Wymogi sanitarne obowiązujące przy wydawaniu gotowych posiłków pozbawiły ich pokoju nauczycielskiego.

Światełko w tunelu to Kabaret Dwójki. Tam rząd się boi, chowa pod stołem przed ostrzałem Macierewicza i Ziobry, emigruje do Peru. W razie prześladowań za obrazę majestatu państwa, rozbijam namiot, choć jeszcze nie wiem gdzie.

„Jak mówić, żeby eksperci nas słuchali”

W końcu lipca przemierzyłam Półwysep Iberyjski, aby w byłej królewskiej posiadłości dyskutować o kryzysie strefy euro.

Lasy piniowe w połączeniu z cynobrowymi plażami Zatoki Biskajskiej łagodziły żołądki podrażnione cateringiem i koiły nerwy zszargane kryzysem. Urwiste skaliste wybrzeża dostarczały znudzonej wykładami wyobraźni smakowitej, acz nieco makabrycznej pożywki. Słowem – wymarzona sceneria dla dyskusji o bezrobociu i tej, jak jej tam, zagrożonej europejskiej tożsamości, której coraz mniej posiada Europa Południowa. Bez dobrze prosperującej gospodarki nie ma co marzyć o przynależności do europejskiego kręgu kulturowego – orzekli dyskutanci zajadając czekoladki.

Południowoeuropejski parias, który pogrążał sferę euro i kilka tygodni wcześniej usiłował otruć ogórkami północnoeuropejskich podatników, był częstym tematem rozmów. Organizatorzy ubolewali nad niskim poziomem szkolnictwa: – Czy zgodzi się pan ze mną panie profesorze?Tak, cierpimy z powodu kryzysu demograficznego, należy sprowadzić do Europy więcej imigrantów – odpowiadał pan profesor, rzuciwszy uprzednio kilka żarcików. Młodzi są bez pracy, więc rynek trzeba uelastycznić. Z perspektywy kawy i ciasteczek, wysoki procent osób zatrudnionych na kontrakty tymczasowe w Hiszpanii był najwyraźniej nieistotnym detalem.

W Hiszpanii społeczeństwo obywatelskie jeszcze się nie rozwinęło – przekonywał inny prelegent. Ręka podniesiona do góry: czy nie sądzi pan, że hiszpańskie protesty mogą być jednak dowodem na nieprawdziwość wspomnianej tezy? Przypominam: w połowie maja 2011 r. na placach hiszpańskich miast zgromadziły się tłumy domagające się przywrócenia prawdziwej demokracji. Część protestujących zamieszkała na placach na stałe, organizując darmowe posiłki, kącik dla dzieci oraz biblioteki. Ci młodzi ludzie zajmujący place miast, którzy zbudowali małe miasteczka z kartonów, doskonale zaopatrzone w żywność i rozrywki kulturalne, są niedojrzali? Czym jest społeczeństwo obywatelskie w takim razie? Nie do końca mnie satysfakcjonuje odpowiedź: „społeczeństwo obywatelskie, to takie coś, czego nie ma w zacofanych krajach”. W potocznym rozumieniu, pojęcie to ma coś wspólnego z aktywizmem i zainteresowaniem dobrem wspólnym, a te zjawiska czasami występują poza Europą i Stanami Zjednoczonymi. Pozwolę sobie podać kilka przykładów:

Chile 2011 – studenci popierani przez większość społeczeństwa protestują przez kilka miesięcy przeciwko opłatom za edukację wyższą. Rząd niestrudzenie odpowiadał za pomocą policyjnych pałek, na początku października przez chwilę negocjował z liderami protestu. Pomimo brutalności policji, studenci wychodzą na ulicę, podobnie jak kilka lat wcześniej podczas „rewolucji pingwinów”.

Argentyna, 1976-1983. Władzę przejmuje junta wojskowa, która w brutalny sposób rozprawia się z przeciwnikami. Część działaczy lewicowych znika bez śladu. Marcelo Figueras w powieści „Kamczatka” opisał zatrzymanie adwokata broniącego praw człowieka: Singaglia padł pierwszy. Zabrano go samochodem bez tablic rejestracyjnych. Wyobrażam sobie, jak cierpiał z powodu szarpania go za świetnie wyprasowany garnitur i niemal słyszę, jak skarży się przede mną, pibe, co to za barbarzyństwo, po co tak, to niepotrzebne.

Dalszych losów fikcyjnego Singaglii i realnych porwanych przez policję można się domyślić czytając raporty argentyńskiej Komisji do Spraw Zaginionych, na które powołuje się Artur Domosławski w „Gorączce Latynoamerykańskiej”: …rażenie prądem najbardziej wrażliwych części ciała – genitaliów, ust, dziąseł, piersi; wprowadzanie do odbytu lub pochwy szerokiej rury, wpuszczanie do niej szczura i zamknięcie odwrotu, tak aby szczur szarpał wnętrzności; torturowanie dzieci w obecności rodziców (i na odwrót); wypalanie na skórze; polewanie skatowanego ciała osoloną wodą; gwałty; fikcyjne egzekucje.

Tymczasem na Placu Majowym gromadziły się matki, które szukały informacji o dzieciach uprowadzonych przez reżim. Ich przygotowanie teoretyczne było w większości przypadków znikome. – Byłam kobietą jedną z wielu, jeszcze jedną gospodynią domową. Kwestie ekonomiczne, sytuacja polityczna, były mi zupełnie obce – powie po latach kontrowersyjna Hebe de Bonafini, jedna z liderek ruchu. Nie miały transparentów, jedynym znakiem rozpoznawczym były białe chusty na głowach. Jak przyjdzie policja i powie „proszę się rozejść”, to weź mnie pod rękę i udawaj, że spacerujemy – mawiały. Kilka protestujących już wkrótce miało się dowiedzieć, jaki los spotkał ich dzieci – Azucena Villaflor została uprowadzona i zrzucona z samolotu do delty rzeki La Plata. My tu mamy mundial zorganizować i wojnę o Falklandy wygrać, a te histeryczki wszystko psują – powiedzieli generałowie dowodzeni przez Jorge Videlę, wysyłając na plac coraz to nowsze odziały policyjne. Po transformacji ustrojowej, stowarzyszenie Matek z Placu Majowego przekształciło się w prężnie działającą organizację z uniwersytetem ludowym i własną radiostacją, zarządzającą budową tanich osiedli.

Kostaryka 1982-2011. Na początku lat 80.: gdy kryzys ekonomiczny ograniczył możliwości zarobkowania, osiem kobiet założyło spółdzielnię, nieopodal parku narodowego, z dala od grantów i subwencji. Lokalni machos początkowo nieufnie odnosili się do inicjatywy, jednak z czasem przekonały ich zwiększone wpływy do budżetów części gospodarstw. Spółdzielnia dobrze prosperowała, oferując wyroby przede wszystkim turystom; członkinie własnoręcznie zbudowały gliniany dom, obok którego z czasem wyrosły sklep i kawiarnia. Od czasu do czasu spółdzielnię finansowo wspomagają byłe wolontariuszki. – Ja się nad nimi nie lituję, ja je podziwiam – powie mi później jedna z nich. – Wiele się nauczyłam w ciągu tych kilku tygodni. Radości ze wspólnej pracy. U nas się robi tylko projekt za projektem, piętnaście projektów.

Na zakończenie wróćmy do Hiszpanii 2011 – spektakularne obozowiska zostały zwinięte, jednak w wielu miastach nadal funkcjonują zgromadzenia ludowe, a przedstawiciele ruchu oburzonych protestują m.in. przeciwko nielegalnym eksmisjom, zamykaniu centrów kultury oraz bronią zwolnionych z pracy.

Podsumowując: jeżeli to nie jest aktywizm i troska o dobro wspólne, to co to jest? Jeżeli wszędzie poza wąsko rozumianą Europą ludzie są bierni, to kto protestuje przeciwko reżimom? Profesor odpowiada: nie wiem, z pewnością jednak nie można tego nazwać społeczeństwem obywatelskim. Pani chyba żartuje, rękodzieło miałoby stanowić element działań obywatelskich? To prawie jakby powiedzieć, że w Polsce koła gospodyń wiejskich tworzą część ruchu kobiecego. Sama pani widzi, że nie możemy podobnych sugestii traktować poważnie. Ruchy studenckie są fenomenem chwilowym i na pewno niedługo im się znudzi, ileż można wytrzymać bez grantów i dotacji? A poza tym w Hiszpanii mamy dobre organizacje pozarządowe, które przykładnie współpracują z samorządami i potem nauczają w Maroku dobrych hiszpańskich praktyk, otrzymując w zamian za to dobre hiszpańskie wynagrodzenia; ci, jak im tam, oburzeni, są zbyt radykalni, żeby władze lokalne mogły z nimi rozmawiać. Bez dobrych grantów nie może istnieć prawdziwe społeczeństwo obywatelskie, radość i duma krajów rozwiniętych i ich jedyny atrybut.

Odpowiadam: Matki z Placu Majowego miały dotacje od prezydenta Kirchenera? Profesor: Ależ one są tylko „dziarskimi staruszkami”, które mają własne radio i radykalne poglądy, to jeszcze gorsze niż uwikłanie współpracowników Hebe de Bonafini w skandal korupcyjny i zarzut defraudacji pieniędzy przeznaczonych na mieszkania socjalne. Takie bohaterskie ruchy to dobre na symbol, na emblemat na ekologiczną torbę, na – wzorem polskiej „Solidarności” – nazwę dla fabryki wyrobów cukierniczych, a nie do polityki. „Diagnozy Społecznej 2011” pani nie czytała? Nie wie pani, że polscy naukowcy stwierdzili, że aby być społeczeństwem obywatelskim, trzeba mieć liberalny światopogląd, akceptować różnice społeczne, chodzić często na wybory i głosować na partię rządzącą? Dobre organizacje winny być efektywne i konkurencyjne w walce o fundusze rządowe i sprawnie zarządzać grantami i projektami, z dala od polityki i z dala od heroizmu. Bez państwa przyjaznego dotacjom nie ma mowy o społeczeństwie obywatelskim. Poza dobrymi NGO’sami rozciąga się brudny świat terrorystów, płatnych agentów i niebezpiecznego populizmu, proszę mi wierzyć.

Podsumowując, społeczeństwo obywatelskie to wspierane przez państwo zrzeszenia, a masowe protesty mogą być w najlepszym razie nadrukami na koszulki. Ruch oburzonych odegra rolę w rozwoju Europy wtedy i tylko wtedy, jeśli trafi na rynek wyrobów cukierniczych. Dyskusja się przeciąga, zapraszam na kawę i ciasteczka marki „Indignados”, żarcik.

Ruch 99% wkracza na Wall Street

Ruch 99% wkracza na Wall Street

Ruch Occupy Wall Street (Przejmijmy Wall Street) to amerykańska część fali protestów, która ogarnęła wiele krajów świata w 2011 roku.

Wszystko zaczęło się, gdy kanadyjska organizacja Adbusters, zainspirowana egipską rewolucją i hiszpańskim ruchem indignados, rzuciła ideę rozpoczęcia podobnych masowych protestów w USA. Miały one stanowić wyraz sprzeciwu wobec ingerencji korporacji w politykę, hegemonii lobbystów, wirtualnej gospodarki zdominowanej przez sektor finansowy oraz bezkarności nieodpowiedzialnych bankierów i finansistów, którzy doprowadzili do kryzysu w 2008 r. i nie ponieśli z tego tytułu żadnych konsekwencji. 17 września protestujący mieli pojawić się w Nowym Jorku u samego źródła kryzysu – na Wall Street – i rozpocząć bezterminową pokojową okupację, rozstawiając namioty pod hasłem Yes, we camp (Tak, możemy obozować), stanowiącym parafrazę wyborczego sloganu Obamy Yes, we can. Inicjatywa została szybko podchwycona przez grupę US Day of Rage i coraz bardziej znaną ze spektakularnych akcji w Internecie nieformalną zbiorowość Anonymous.

17 września pojawiło się na Dolnym Manhattanie ok. 2000 osób, które ruszyły w kierunku Wall Street, wznosząc hasła wymierzone w wielką finansjerę i „the 1%” – ten jeden procent populacji USA, który posiada ponad jedną trzecią bogactwa kraju. Demonstranci wyposażeni w megafony, bębny i transparenty zastali ulicę zamkniętą i zabarykadowaną przez policję. Udali się zatem do położonego nieopodal Zuccotti Park, gdzie rozbili namioty i rozstawili centrum medialne, kuchnię i bibliotekę. W swoich komunikatach przywrócili parkowi dawną nazwę, czyli Liberty Plaza (Plac Wolności) i ogłosili powstanie Zgromadzenia Powszechnego Nowego Jorku.

Podobnie jak w Egipcie, Hiszpanii, Grecji i innych krajach, podstawową zasadą ruchu jest leaderless: nie ma przywódców ani rzeczników, ruch jest niemal całkowicie zdecentralizowany, nie pojawiają się nazwy żadnych organizacji. Wymiana informacji przebiega poziomo – przede wszystkim poprzez serwisy społecznościowe, takie jak Facebook czy Twitter; w ciągu pierwszych dni protestu nazywany był on #occupywallstreet od tagu na tym drugim serwisie.

Każdy, kto spróbowałby ustawić się w roli przywódcy, byłby narażony na ostracyzm. Okupacja Wall Street jest bowiem ważnym przejawem demokracji bezpośredniej w działaniu. Na Liberty Square codziennie odbywa się tzw. zgromadzenie powszechne (General Assembly), gdzie każdy ma prawo do krótkiej wypowiedzi, a decyzje wymagają konsensusu lub przeważającej większości podniesionych rąk. Każdy – nawet odwiedzające obozowisko popularne osoby, jak np. Michael Moore, Susan Sarandon czy zaangażowany politycznie raper Immortal Technique – musi czekać na swoją kolejkę.

Mogłoby się wydawać, że taki eksperyment w sferze radykalnej demokracji okaże się niezdolny do podejmowania decyzji, ale protestujący okazują się skuteczni i doskonale zorganizowani, co więcej, decentralizacja jest ich siłą. Przepływ informacji jest błyskawiczny, przemarsze przebiegają bez ekscesów, nie doszło do żadnego aktu przemocy czy wandalizmu. Nazwiska osób aresztowanych są błyskawicznie ustalane i podawane do wiadomości opinii publicznej, a praktycznie niemal przez 24 godziny na dobę można oglądać transmisję na żywo z przebiegu akcji – http://globalrevolution.tv/

Ponieważ policja nie wydała zezwolenia na rozstawienie systemu nagłośnienia, demonstranci przyjęli system „the people’s PA”: podczas zebrań każdy wypowiada się na głos, a zgromadzeni powtarzają, zdanie po zdaniu, jego wypowiedź. Kilkakrotnie można było zobaczyć, jak to rozwiązanie pozwala na uniknięcie kompromitacji czy prowokacji – gdy pojawiali się przemawiający, którzy próbowali opowiadać się za użyciem przemocy lub głosili egzotyczne teorie spiskowe o Iluminatach, powtarzanie wypowiedzi przez tłum stopniowo cichło aż do zupełnego milczenia, co było jasnym sygnałem mówiącym: „Nie reprezentujesz nas”.

Demokracja na Occupy Wall Street jest tak gruntowna, że organizatorzy nie wysunęli żadnych konkretnych żądań, stwierdzając, że lepiej będzie, jeśli uczestnicy sformułują i przegłosują je sami. I choć na początku przeciwnicy wypominali protestującym brak postulatów, ci odpowiadali hasłem „nasze postulaty to proces”.

Rzeczywiście, po dwóch tygodniach pojawiła się robocza wersja żądań, do której poprawki może zgłaszać każdy: albo zostaną przyjęte przez całą grupę, albo nie. Ten model, pozbawiony przywódców, jakichkolwiek władz centralnych i odgórnie przyjętych linii programowych, zainspirował ludzi w całych Stanach – w kolejnych wielkich miastach, począwszy od Chicago, Bostonu, Denver i Los Angeles, podjęto zlokalizowane zwykle w pobliżu lokalnych centrów finansowych solidarnościowe okupacje, które – często począwszy od garstki inicjatorów – z dnia na dzień rozrastają się w masowe ruchy. Po dwóch tygodniach organizatorzy szacują, że protesty już trwają (a w niektórych przypadkach mają się lada dzień rozpocząć) w kilkudziesięciu miastach pod hasłem Occupy Together. Uzyskali też poparcie niemal wszystkich związków zawodowych w USA, które postanowiły wspierać protestujących w miarę możliwości i zachęcają swoich członków do przyłączania się do ruchu.

Akcja spotyka się wyjątkowo brutalną reakcją policji, jakiej w USA nie widziano od dawna. W próby spacyfikowania protestu zaangażowano duże ilości policjantów i tajniaków. Wielokrotnie miały miejsce akty brutalnej przemocy fizycznej, włącznie z bezzasadnym używaniem pałek. Konfiskowano sprzęt filmowy, megafony i transparenty, dokonywano zatrzymań i aresztowań, niekiedy wręcz z groteskowych powodów, jak np. posiadanie maski Guya Fawkesa, która za sprawą popularnego filmu „V jak Vendetta” stała się na całym świecie symbolem ruchu oporu przeciwko tyranii oligarchicznych elit. Ósmego dnia protestu, 24 września, coraz liczniejsi demonstranci podjęli przemarsz ulicami Manhattanu. W pewnym momencie policjanci wyciągnęli długie siatki i zaczęli zamykać grupy demonstrantów w swego rodzaju „kotłach”. Dokonano ponad 80. aresztowań pod zarzutem „naruszenia porządku publicznego”, ale szczególne oburzenie wywołał incydent, który można obejrzeć na YouTube http://www.youtube.com/watch?v=moD2JnGTToA, gdzie dwójka młodych kobiet, nie stawiających oporu, została bez powodu spryskana gazem pieprzowym. Co więcej, dokonał tego policjant w „białej koszuli”, czyli na kierowniczym stanowisku, który został zidentyfikowany z imienia i nazwiska. Kolejny przemarsz, 1 października, w którym uczestniczyło około 5000 osób, przyniósł już aresztowania na bardzo dużą skalę – liczna grupa demonstrantów została przepuszczona przez policję na Brooklyn Bridge, po czym ponownie użyto siatek do ich schwytania. Tym razem NYPD aresztował ok. 700 osób. Jednak represje odnoszą jak dotąd skutek przeciwny do zamierzonego: dzięki wsparciu związków zawodowych, w środę 5 października na Foley Square zebrał się jeszcze większy tłum, według szacunków „The Guardian” – co najmniej 15 000 osób. Choć policja znów próbowała rozpędzać demonstrantów przy użyciu pałek i gazu pieprzowego, każdy akt brutalności jest nagrywany, nagłaśniany i jedynie zwiększa determinację protestujących.

Choć przeciwnicy chętnie odmalowują Occupy Together jako protest radykalnej lewicy albo znudzonej młodzieży z grona nowojorskich hipsterów, mamy tu do czynienia z bardzo reprezentatywnym przekrojem społeczeństwa – przeważają ludzie w wieku od 20 do 30 lat, ale jest też wiele osób starszych, a wśród nich dawni uczestnicy ruchu kontestacyjnego z lat 60. Nie ma mowy o podziałach ze względu na kolor skóry czy przynależność etniczną. Są przedstawiciele różnych wyznań i niewierzący. Obawiający się o swoją przyszłość reprezentanci klasy średniej protestują ramię w ramię z długotrwale bezrobotnymi, wykluczonymi społecznie mieszkańcami etnicznych gett, a także świeżo upieczonymi absolwentami college’ów wegetującymi w śmieciowej McPracy oraz opuszczonymi przez własne państwo wojskowymi weteranami i inwalidami. Również przekrój polityczny jest wyjątkowo szeroki. Na Liberty Plaza są liberałowie zawiedzeni brakiem wyrazistości Partii Demokratycznej, bardziej lewicowy ruch Progressives, zadeklarowani socjaliści, grupy anarchistyczne, a także sytuujący się przecież po zupełnie innej stronie politycznego spektrum libertarianie, którzy również sprzeciwiają się sfinansjeryzowanej gospodarce, spekulacyjnym fortunom, ekonomicznej dyktaturze całkowicie niedemokratycznej Rezerwy Federalnej oraz jawnej korupcji politycznej w postaci lobbyingu i systemu „obrotowych drzwi”.

Uczestnicy protestu i ludzie dołączający do tworzącego się ruchu zdają sobie sprawę z jednego – mogą się nawet bardzo różnić, ale czas na dyskusje o socjalnej czy wolnorynkowej gospodarce, roli religii w życiu społeczeństwa czy sprawach obyczajowych przyjdzie dopiero, gdy obalony zostanie dyktat elit Jednego Procenta i przywrócona zostanie prawdziwa demokracja – taka, jaką sami spontanicznie wprowadzają w życie.

A oto proponowana lista żądań do przedłożenia Kongresowi – ma ona jeszcze charakter otwarty i mogą się pojawić kolejne postulaty, a już istniejące mogą zostać dokładniej sprecyzowane.

1. Należy jak najszybciej przyjąć ustawę HR 1489, czyli „Ustawę o powrocie do rozsądnej bankowości” http://www.govtrack.us/congress/bill.xpd?bill=h112-1489. Przywraca ona wiele zasad Glass-Steagall Act z roku 1933, czyli ustawy zakazującej łączenia działalności komercyjnej banków z bankowością inwestycyjną. Ustawa ta została anulowana w roku 1999 przez Gramm-Leach-Bliley Act. Pozwoliło to bankom inwestycyjnym tworzyć i wprowadzać do obrotu derywaty oraz inne toksyczne aktywa i objąć tymi niebezpiecznymi praktykami bankowość komercyjną, przyjmującą i zabezpieczającą depozyty konsumentów. Większość ekonomistów uważa, że przyczyniło się to bezpośrednio do intensywności kryzysu finansowego, ponieważ pozwoliło bankom inwestycyjnym z Wall Street grać pieniędzmi swoich depozytariuszy, trzymanych w bankach komercyjnych będących w posiadaniu firm inwestycyjnych lub wręcz przez nie założonych.

2. Trzeba użyć całej władzy ustawodawczej Kongresu, by zobowiązać odpowiednie instytucje federalne do ścigania przestępców i oszustów z Wall Street, którzy swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem bezpośrednio przyczynili się do kryzysu finansowego roku 2008.

3. Należy przegłosować odpowiedni akt ustawodawczy, który uchyli decyzję Sądu Najwyższego w sprawie Citizens United, która de facto pozwoliła korporacjom wydawać tyle, ile chcą na kampanie polityków, co właściwie umożliwia im kupowanie wyborów. Należy również przywrócić media publiczne, które zapewniałyby kandydatom w wyborach równą, gwarantowaną ilość czasu podczas kampanii wyborczej, by mogli przedstawić swoje poglądy i racje.

4. Wprowadzić „podatek Buffetta”, by najbogatsi i korporacje uczciwie płacili podatki. Wyeliminować luki prawne, pozwalające korporacjom na unikanie podatków oraz zakazać ukrywania przychodów w rajach podatkowych. Należy położyć kres sytuacji, w której firmy takie jak General Electric nie płacą ani centa podatków za cały rok rozrachunkowy lub wręcz otrzymują zwrot.

5. Całkowicie zmienić zasady funkcjonowania Securities and Exchange Commission (SEC – Komisja Nadzoru Giełdy i Obrotu Papierami Wartościowymi), by rzeczywiście strzegła stabilności rynku, chroniąc interesy konsumentów i inwestorów. Komisja ta potrzebuje dobrych kadr i wysokiego budżetu, a obecnie jest katastrofalnie niedofinansowana i prowadzona przez ludzi z wewnętrznego kręgu Wall Street, którzy często ją opuszczają, by objąć lukratywne posady w korporacjach, których działalność mieli nadzorować.

6. Wprowadzić prawo ograniczające wpływ lobbystów i eliminujące praktykę, w której to lobbyści piszą ustawy i są one następnie w nadanej przez nich formie głosowane w Kongresie.

7. Wprowadzić prawo dotyczące tzw. obrotowych drzwi, czyli zjawiska przechodzenia byłych urzędników administracji rządowej do pracy w firmach prowadzących działalność w branżach i sektorach rynku, których zasady działania urzędnicy ci poprzednio regulowali.

8. Zlikwidować zasadę traktowania korporacji jako „osoby”. 14 Poprawka do Konstytucji, wprowadzona w roku 1868, miała z założenia gwarantować prawa Afroamerykanom, czyli byłym czarnym niewolnikom, uznając, że „żaden stan nie może pozbawić kogoś życia, wolności lub mienia bez prawidłowego wymiaru sprawiedliwości ani odmówić komukolwiek na swoim obszarze równej ochrony prawa”. Prawnicy działający w imieniu korporacji chcieli zapewnić swoim mocodawcom więcej władzy. Właśnie dlatego arbitralnie przyznano korporacjom identyczny status. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że między 1890 a 1910 rokiem przed sądami znalazło się 307 spraw dotyczących 14 Poprawki. 288 z nich zostało wysuniętych przez korporacje, a zaledwie 19 przez Afroamerykanów. Należy pamiętać, że 600 tysięcy osób zginęło, by przyjąć i zagwarantować te prawa, a następnie odebrano je ludziom i przekazano kapitałowi. Czas to naprawić.

Całość opracował i listę żądań protestujących przetłumaczył Krzysztof J. Adamski

Day 14 Occupy Wall Street September 30 2011 Shankbone 43
The Corporatist State 2011 Shankbone
Occupy Wall st. Day 20
6215889003_7c2e60b542_o.jpg

Problem nie tylko młodych

Polskie media nie potrafią samodzielnie zauważyć trudnych problemów, więc stosują kalki ze swoich zachodnich odpowiedników. Ostatnio roni się w nich krokodyle łzy nad młodzieżą pracującą na tzw. umowach śmieciowych.

No, może nie wszyscy rozczulają się nad młodymi na umowach o dzieło, na czas określony czy wymuszonym samozatrudnieniu. Niektórzy dostrzegają plusy tego rodzaju „elastyczności”, przekonując, że pozwala zdobyć doświadczenie zawodowe i że jest lepsza niż praca na czarno. Oczywiście skrzętnie pomijają takie kwestie jak brak możliwości zaciągnięcia kredytu na mieszkanie. A jeśli zwraca się im uwagę na ciemne strony aktualnej sytuacji na rynku pracy, to szybko kwitują je stwierdzeniem, że świat się zmienia, że tak jest rzekomo w całej Europie itp.

Choć żaden z medialnych mędrków nie ma podobnego problemu, to znają oni najlepszą metodę na jego rozwiązanie: jest nią pomoc rodzinna uzupełniona tradycyjnym polskim kombinatorstwem. O dziwo, muszę im przyznać rację. Od 10 lat nie mam szczęścia do umów na czas nieokreślony, a moja żona nigdy takiej nie miała. Mieszkanie udało nam się zdobyć tak, jak zalecali „specjaliści”, czyli dzięki znajomościom i rodzinie. Byśmy mogli normalnie pracować, niezbędna była pomoc babci w opiece nad dzieckiem. O żłobkach w moim mieście można tylko pomarzyć, a przedszkole jest otwarte tylko 10 godzin, co przy szczęściu, jakie spotkało moją małżonkę – pracuje 8 godzin dziennie – jest i tak zbyt krótkim czasem, gdyż dojazd z drugiego końca miasta zajmuje ponad dwie.

Jestem jeszcze młody i mam możliwość korzystania z pomocy bliskich. Pokolenie moich dzieci może nie mieć tyle szczęścia. Nim rozwinę tę myśl, pozwolę sobie odwołać się do guru polskich speców od gospodarki i stosunków społecznych. Niedawno miałem okazję wysłuchać samego Leszka Balcerowicza, który w jednej ze stacji radiowych w prosty sposób wyjaśnił genezę protestów hiszpańskiej młodzieży. Nie ma ona pracy, bo starzy związkowcy zatrudnieni są na umowach, które uniemożliwiają ich zwolnienie. O Polsce nie wspomniał, za to wielu jego apologetów wskazuje na ten sam problem w naszych firmach „państwowych” (tj. należących do Skarbu Państwa bądź samorządów).

Kilka lat temu pracowałem w zakładzie komunalnym. Odziedziczył on po poprzednim systemie wiele patologii, jak przerost kadry „umysłowej” (w firmie, której głównymi zadaniami były sprzątanie, brukowanie i rozbiórki, pracownicy fizyczni stanowili zaledwie połowę zatrudnionych) czy kumoterstwo. Kapitalizm dodał do tego znaczący rozdźwięk między płacami „góry” i „dołu”. Już wówczas niemal wszyscy robotnicy pracowali na umowach na czas określony, a kiedy zgodnie z prawem przychodziła pora na stałą umowę, odsyłano nas do urzędu pracy. W każdej chwili można było nas zwolnić, z dwutygodniowym wypowiedzeniem, o czym kierownicy do znudzenia nam przypominali: „w tej brygadzie pracy może być pewna tylko jedna osoba”.

Niedawno spotkałem się z kolegami i dowiedziałem się, że nowe standardy obowiązują także w moim dawnym zakładzie. Pracownikom, którym kończą się umowy, proponuje się nowe – w formie zlecenia. Tym, którym w czasach niedawnego boomu na pracowników fizycznych zaproponowano umowy kilkuletnie, obecnie się je wypowiada i również zmusza do przejścia na zlecenia. „Smarkaczy” świeżo po szkołach, do których według medialnej kalki ogranicza się cały problem, jest niewielu. Za to odsetek osób po 50. roku życia jest znaczący.

Protesty młodych ludzi, o których donoszą media, dotyczą krajów znacznie bogatszych niż Polska. Nawet w nich przyznaje się, że na horyzoncie widnieją poważne problemy, m.in. demograficzne. Nasz kraj jest ciągle „zieloną wyspą”, jednak grupa szczęśliwych posiadaczy emerytur wypracowanych w minionym ustroju topnieje, zaś przyszli staruszkowie będą mieli głodowe świadczenia, jeśli w ogóle je uzyskają, pomoc rodzinna zatem nie będzie możliwa. Zapewne wówczas rząd, w imię utrzymania zieleni na wyspie, wezwie sędziwych obywateli do patriotycznego czynu polegającego na szybkim zgonie.

Raport socjologiczny

PO rzuciło na rynek kiełbasę wyborczą i przedstawiło program poprawy sytuacji młodego pokolenia. Kiełbasa, jak to kiełbasa: składa się głównie z wody i wypełniaczy.

Na miesiąc przed wyborami zespół kierowany przez Michała Boniego przedstawił raport „Młodzi 2011”. Dokument ma być odpowiedzią na trudną sytuację młodego pokolenia Polaków. W zależności od naszych sympatii politycznych, publikacja Boniego może być różnie odbierana. Niechętni PO będą wytykali, że opracowanie ujrzało światło dzienne w przeddzień wyborów i jest elementem kampanii wyborczej. Sympatycy słusznie będą argumentować, że warto docenić inicjatywę rządu, który zajął się tak ważkim tematem.

A sprawa jest paląca. Polska jest w niechlubnej unijnej czołówce, jeżeli chodzi o odsetek młodych (18-34 lata) zatrudnionych na umowy śmieciowe. Przegania nas obecnie już tylko Portugalia i Hiszpania. Co więcej, ci, którzy mają pracę, powinni czuć się wygranymi. Obecnie bowiem już co drugi bezrobotny Polak należy do tej grupy wiekowej. Na to wszystko nakładają się obcięte przez PO programy stypendialne, brak funkcjonalnego systemu kredytów studenckich czy kulejący program wspieranych przez państwo kredytów mieszkaniowych Rodzina na Swoim.

Numerki, cyferki

Raport zespołu doradców rady ministrów rodził więc duże nadzieje. Miał spełnić pożyteczną rolę w trwającej debacie o sytuacji absolwentów uczelni. I co najważniejsze, zaprezentować konkretne rozwiązania, mające poprawić stan rzeczy. O ile pierwszy cel autorów najpewniej się powiedzie, o tyle co do drugiego można mieć wątpliwości.

Dokument stworzony przez „intelektualne zaplecze Platformy” rozczarowuje. I to mimo iż posiada właściwie bezcenną wartość informacyjną. Zawiera kompleksowe dane dotyczące młodego pokolenia. Są tu statystyki niemal na każdy temat: od preferencji mieszkaniowych po badania dotyczące wrażliwości obywatelskiej. Całość zajmuje aż 426 strony formatu A-4.

Niestety raport pełen jest także analiz porażających trafnością. Najlepiej można je prześledzić w specjalnej prezentacji zespołu doradców (patrz tutaj). Eksperci na przykład na postawione w prezentacji na stronie 25 pytanie „W czym tkwi siła i rozwojowy potencjał młodych?”, na stronie 26 odpowiadają, że „w ich młodości i energii życiowej”. Doradcom Michała Boniego zdarza się też cytowanie Michała Boniego. Dzięki dokumentowi możemy się np. dowiedzieć, że minister uważa, iż „nie można mówić o młodych bez mówienia o przyszłości i nie można mówić o przyszłości bez mówienia o młodych”.

Mamy więc mądrości rodem z amerykańskich poradników psychologicznych, za to w opracowaniu brakuje niestety konkretów. Zgromadzone dane statystyczne wyglądają raczej jak zaplecze przyszłego raportu ekspertów, a nie jak sam raport. W tekście próżno szukać skonkretyzowanych propozycji reform.

Mowa trawa

Są za to rekomendacje. Większość mglista i nieprecyzyjna. Na szczęście jednego możemy być pewni. Przeprowadzone przez zespół analizy nie poszły w las i na ich podstawie zalecono przeprowadzenie kolejnych analiz. Moja ulubiona: „Dokonać analizy możliwości większego skupienia wsparcia na rzecz wzrostu dzietności poprzez ulgi podatkowe w większej skali na dzieci – od trzeciego w rodzinie”.

Wątpliwości budzą również rekomendacje najczęściej komentowane przez media. Chodzi m.in. o propozycję tymczasowego zatrudnienia studentów i absolwentów w samorządach. Miałoby to służyć zdobyciu praktyki zawodowej. Zamiast więc zaproponować rozwiązania długofalowo zmniejszające bezrobocie, wymyślono, że administracja może pełnić funkcję agencji pracy tymczasowej. Zatrudni wszystkich studentów na chwilę, co by się nie nudzili i zdobyli doświadczenie. Tym samym terminujący (w powiatowym urzędzie pracy?) malarze, poloniści i historycy w mig znajdą etaty.

Nie od dziś przecież wiemy, że pracodawcy stawiają młodym duże wymagania dotyczące doświadczenia zawodowego nie dlatego, że w kraju jest wysokie bezrobocie i na każde stanowisko aplikuje wiele osób. Jak zapewniają przedstawiciele takich instytucji jak Business Centre Club czy Lewiatan, rynek jest głodny i byłby w stanie wchłonąć każdą ilość „wykwalifikowanych specjalistów”. Tych dotąd po prostu brakowało. Jednak od czego są samorządy?! Zaraz wezmą naszych nieopierzonych absolwentów w obroty i zrobią z nich rozchwytywanych bankierów.

Cud miód

Jak by tego było mało, zespół planuje rozwiązać także polski problem mieszkaniowy. Przyszłość jest jasna – dzięki analizom powstaną opracowania, w wyniku których wprowadzi się plany, by rząd, niczym bracia Golcowie, z developerskiego kretowiska zrobił San Francisco.

Jak? To proste. Po pierwsze, dzięki „nowemu programowi” pojawi się „lepsza oferta mieszkań na wynajem”. Po drugie, rząd rozwiąże wreszcie jakże wstydliwy dla Polski problem niewykorzystywanych mieszkań socjalnych i wprowadzi studenckie „programy” „uzyskiwania mieszkań z puli budownictwa socjalnego”. C’est genial!

Najnowszy dokument zespołu doradców premiera rozczarowuje. Tym bardziej, że na jego potrzeby wykonano tytaniczną pracę badawczą. Szkoda, że za nią nie poszły odważne wnioski. No chyba, że za takie uznamy np. drugą rekomendację raportu: „W rozwiązywaniu różnych problemów i podejmowaniu wyzwań powinniśmy stawiać na młodych”.