„Polska w budowie” systemu nierówności

Polityka nastawiona na redystrybucję służy nie tylko ubogim, ale w dłuższej perspektywie – przywołując hasło PO sprzed lat – sprawia, że żyje się lepiej wszystkim. Niestety z perspektywy czasu wiele wskazuje, że dla Platformy słowa te były sloganem w ówczesnej kampanii wyborczej, nie zaś hasłem otwierającym długookresowe poszukiwania sposobów budowania bardziej sprawiedliwego ładu społecznego.

Końcówka kadencji parlamentu skłania do podsumowań. Jedno z pytań brzmi: jak system polityczny wpływa na strukturę społeczną? Jak państwo swymi działaniami kształtuje relacje dochodowe między poszczególnymi warstwami?

Częściowej odpowiedzi udziela raport przygotowany przez Centrum Analiz Ekonomicznych. Pełna wersja dokumentu ukazała się 13 września. „Gazeta Wyborcza” dotarła wcześniej do zasadniczych obliczeń i wniosków. Jak czytamy w podtytule artykułu na ten temat: Państwo zamiast wspomagać najuboższych, wspiera ulgami podatkowymi najbogatszych (M. Bojanowski, „Ulgi nie pomogą najbiedniejszym”, „Gazeta Wyborcza”, 24 sierpnia 2011). Co składa się na tę ponurą diagnozę?

Z jednej strony, w 2007 r. (jeszcze pod koniec rządów PiS) podwyższono niemal 10-krotnie ulgę podatkową na dziecko. Nie przyniosło to żadnych korzyści rodzinom najmniej zamożnym. Tymi, którzy skorzystali z ulgi najwięcej, okazały się rodziny najbogatsze. Z drugiej strony, nastąpiło zmniejszenie liczby adresatów świadczeń rodzinnych, których wielkość nieznacznie wzrosła w ostatnich latach, ale próg pozostał na starym poziomie, więc wiele rodzin nie może już z nich korzystać.

Wspomniany raport zawiera dokładniejsze wyliczenia, kto i ile zyskał na zmianach. Ogólnie jednak można powiedzieć, że system podatkowo-zasiłkowy w tym względzie zaczął działać zgodnie z tak zwanym w naukach społecznych prawem św. Mateusza: „Albowiem temu, kto ma, będzie dane i obfitować będzie; a temu, kto nie ma, i to, co ma, będzie odjęte”.

Warto przy tym zauważyć mniej oczywiste aspekty problemu. Otóż sytuacja biednych pogarsza się podwójnie, a nawet potrójnie. Nie tylko dlatego, że państwo przeznacza na ich rzecz mniej pieniędzy, ale także z tego powodu, że rośnie dystans między nimi a bogatszymi, a więc subiektywny wymiar ubóstwa może się pogłębić. W badaniach prowadzonych w krajach rozwiniętych, do pomiaru ubóstwa i wykluczenia stosuje się nie tylko wskaźniki absolutne, ale także względne – określające pozycję materialną jednostki względem standardów danego społeczeństwa.

Pogorszenie sytuacji najsłabszych w wyniku omawianej polityki odbywa się w jeszcze jeden sposób. Wraz ze wzrostem dystansów osłabia się spójność społeczna, a ta jest ważnym czynnikiem ułatwiającym rozwiązywanie problemów, na których występowanie i skutki narażone są w większym stopniu osoby gorzej sytuowane.

Rozwój na nierównej drodze?

Widzimy więc, że władze przez ostatnie lata nie wykorzystały systemu podatkowo-zasiłkowego do łagodzenia nierówności społecznych, choć jest to jeden z głównych instrumentów do tego celu. Niestety, można odnieść wrażenie, iż obecna ekipa rządząca w ogóle sobie takiego celu nie stawia. W sztandarowym dokumencie strategicznym rządu „Polska 2030” proponuje się wizję rozwoju polaryzacyjno-dyfuzyjnego. Nie wnikając w szczegóły, można powiedzieć, że odrzuca on równość – o czym świadczy już sam pierwszy człon tej dość enigmatycznej nazwy – zarówno jako cel, jak i tym bardziej jako warunek rozwoju. Na kartach raportu kwestia wysokiego rozwarstwienia nie jest traktowana jako zasadnicze wyzwanie nawet w rozdziale „Spójność społeczna”, mimo że ogromne kontrasty społeczne jeśli nie uniemożliwiają, to z pewnością utrudniają osiągnięcie tej spójności.

Tymczasem nierówności są bardzo niepokojące i bez mechanizmów je ograniczających mogą do 2030 r. wzrosnąć. Dokonują się one już na poziomie pierwotnego podziału dochodu narodowego. Obserwujemy w ciągu kilkunastu lat rosnące rozwarstwienie płacowe. Jak podają, posiłkując się danymi GUS, autorzy raportu „Polska Praca 2010”: W 1993 roku różnica pomiędzy najwyższymi a najniższymi wynagrodzeniami sięgała 493%. Natomiast w 2008 roku była już półtora razy wyższa i osiągnęła 794,1% (Komisja Krajowa NSZZ Solidarność, „Polska praca 2010”, s. 27). Diagram ilustrujący trendy wskazuje, iż zróżnicowanie to sukcesywnie rosło przez całe półtora dekady objętej porównaniem. A to tylko różnice w zarobkach. Rozwarstwienie majątkowe jest znacznie głębsze.

Do pewnego stopnia różnice te można łagodzić już na poziomie płacowym, ale pole manewru władzy państwowej jest tu stosunkowo niewielkie. Znacznie łatwiej można różnice w zamożności zmniejszać poprzez politykę fiskalną i socjalną. A tego władza nie czyni lub robi to nieskutecznie. Chodzi przy tym nie tylko o niwelowanie rozwarstwienia, ale i o problem redystrybucji środków, które są nierówno rozdzielone.

Każdy podręcznik polityki gospodarczej wskazuje na redystrybucję jako jedną z zasadniczych funkcji polityki fiskalnej. Tymczasem w Polsce system podatkowy słabo realizuje to zadanie. Nie chodzi tylko o wspomnianą ulgę na dzieci, ale np. o proporcje przychodów, jakie budżet czerpie z poszczególnych rodzajów podatków. Kolejne rządy obniżają podatki czy to dla firm, czy dla najbogatszych obywateli, rekompensując to podniesieniem stawek VAT, który dotyka wszystkich, ale – w relacji do posiadanych zasobów – osoby niezamożne szczególnie dotkliwie. Dziwi to tym bardziej, że jeszcze przed podjęciem tej decyzji obecny rząd miał szanse zapoznać się z raportem Eurostatu, z którego wynikało, że w Polsce udział podatków pośrednich w całości opodatkowania jest jednym z najwyższych, podczas gdy udział bezpośrednich jednym z niższych w UE (patrz tutaj). Decyzja jest więc kuriozalna, tym bardziej, że podwyżka VAT ogranicza w przypadku osób uboższych konsumpcję, a ta mogłaby napędzić produkcję. Zwłaszcza w dobie zagrożenia recesją powinniśmy o tym pamiętać.

Działania władzy uderzają nie tylko w uboższych, ale pośrednio w całą zbiorowość. Albo powiedzmy inaczej: poprzez uderzenie w najsłabszych, uderzają w ogół społeczeństwa. Ta ostatnia konstrukcja wydaje się precyzyjniejsza i jednocześnie naprowadza na ogólniejszą zależność, którą warto wziąć sobie do serca. Chodzi o zależność między ogólnym dobrobytem (rozpatrywanym nie tylko ekonomicznie) a dobrobytem najsłabszych członków społeczeństwa. Najpoważniejszym argumentem „rozwojowym” przeciwko oszczędzaniu na systemowym wsparciu dla najuboższych jest to, że prowadzi zazwyczaj do nieodwracalnego ubytku w kapitale ludzkim, będącym jednym z motorów nowoczesnej gospodarki. Rodzi to koszty zdrowotne i koszty utraconych możliwości, jakich osoby pogrążone w biedzie nie są w stanie (z pożytkiem dla społeczeństwa) wykorzystać. Koszty generuje zresztą nie tylko bieda w wymiarze absolutnym, ale także względnym, o której tu mówimy. Wielkie przepaście prowadzą do społecznych konfliktów i zagrażają bezpieczeństwu.

I wędka, i ryba

Oczywiście pojawia się jeszcze kwestia tego, czy transfery socjalne – takie jak zasiłek rodzinny – to najlepszy sposób na wydobywanie rodzin z ubóstwa. Część osób skłonna jest argumentować, że ważniejsze są działania aktywizujące. Nie ryba, lecz wędka – przekonują. Sprawa jednak nie jest tak prosta. Świadczenia rodzinne to coś innego niż świadczenia przysługujące na mocy ustawy o pomocy społecznej. Te pierwsze mają zwiększyć dochody wśród rodzin mniej zamożnych, te drugie – wspomóc ludzi w trudnych sytuacjach. Nie zawsze rodzina, której powinien przysługiwać zasiłek rodzinny, jest dotknięta jakąś dysfunkcją. Nieraz po prostu nie ma dość pieniędzy, by finansować różne potrzeby umożliwiające jej pełne uczestnictwo w życiu społecznym.

Bieda często widziana jest przez pryzmat stereotypów, w których wódka leje się hektolitrami, a od kilku pokoleń nikt w rodzinie nie podejmował pracy. Tymczasem w post-transformacyjnej Polsce mamy równolegle do czynienia z nową biedą, np. niskopłatnych pracowników, ludzi na czasowych umowach, którzy nie mogą wziąć kredytu mieszkaniowego, za to mają na utrzymaniu dzieci, co generuje dodatkowe wydatki. Takim osobom bardziej niż wędka jest potrzebna ryba, dzięki której zmniejszy się luka między codziennymi potrzebami a możliwościami finansowymi. Co więcej, to właśnie niemożność dopięcia domowego budżetu może doprowadzić do sytuacji patologicznych. To, jak codzienne trudności materialne stają się zaczynem poważnych konfliktów międzyludzkich i głębokich patologii, nieraz prowadzących wręcz do tragedii, zilustrował w przejmujący sposób film „Plac Zbawiciela”.

Poza tym nawet tam, gdzie zjawiska patologiczne są głęboko utrwalone i potrzebna jest reintegracja społeczna i życiowa, nie należy rezygnować z instrumentów osłonowych w postaci transferów pieniężnych. Dlatego, że przezwyciężenie nieporadności życiowej, rodzinnej i zawodowej ma szanse się powieść dopiero tam, gdzie ludzie zaczynają dysponować własnymi środkami, których jest na tyle dużo, iż mogą przy ich pomocy zaspokoić choćby podstawowe potrzeby. Bez ryby mało komu starczy siły i wytrwałości, by uczyć się skutecznego korzystania z wędki. Potrzebne jest więc jedno i drugie. Aby starczyło na obydwa typy instrumentów, trzeba przeznaczać na to spore środki publiczne. To się jednak – patrząc wielowymiarowo i długookresowo – po prostu opłaca.

By żyło się lepiej. Wszystkim

Wiele społeczeństw, zwłaszcza skandynawskich, dawno już to zrozumiało i woli poprzez mechanizmy hojnej i silnie progresywnej polityki fiskalnej wydać więcej, ale dzięki temu cieszyć się życiem w bezpieczniejszym i zdrowszym społeczeństwie, przy okazji nie tracąc później publicznych i prywatnych środków na walkę z problemami wyrosłymi z biedy i nierówności.

Reasumując: polityka nastawiona na redystrybucję służy nie tylko ubogim, ale w dłuższej perspektywie – przywołując hasło PO sprzed lat – sprawia, że żyje się lepiej wszystkim. Niestety z perspektywy czasu wiele wskazuje, że dla Platformy słowa te były tylko sloganem ówczesnej kampanii wyborczej, nie zaś hasłem otwierającym długookresowe poszukiwania sposobów budowania bardziej sprawiedliwego ładu społecznego.

Kosmopolityczne społeczności lokalne

Dworzec kolejowy w Tangerze, godzina 19.30. W porze pierwszego ramadanowego posiłku zawieszono kursowanie jednego z pociągów. Koty z opustoszałego dworca są miłe, ale rozmowa z nimi bywa trudna, więc w poczuciu okcydentalnej więzi zbliżamy się do siebie, ja i dwoje Amerykanów. Rozmawiamy o walorach turystycznych południowej Hiszpanii.

Byliśmy na Costa del Sol. Tam jest tylu Anglików, to niesamowite! Kelnerki, które nas obsługiwały, w ogóle nie znały hiszpańskiego! – opowiadali rozczarowani mdłym smakiem prawdziwej hiszpańskiej Andaluzji. Tak, przypomniałam sobie bary z rybą i frytkami, angielskie nazwy agencji nieruchomości i pola golfowe. I fałszywe westchnienia „tak, wiem, że powinnam znać chociaż trochę hiszpański, mieszkam tutaj już siedem lat”. Brak integracji obudził moje żywe zainteresowanie, więc rozpoczynam opowieść.

Gdybyśmy grali w filmie animowanym, ja niechybnie znalazłabym się na środku hali dworcowej, na moją sylwetkę skierowany zostałby strumień reflektora, a na wiszący nieopodal ekran padłby strumień projektora. W dzisiejszym odcinku mamy zaszczyt państwu przedstawić marginalizowaną grupę imigrantów, których z braku lepszego określenia nazwę ekspatriantami, pomimo że to pojęcie-parasol nie brzmi najlepiej. Do odjazdu pociągu do Fezu zostało pół godziny, więc nie będę wdawała się w historyczne szczegóły. Wspomnę jedynie, że pojęcie to było często używane w odniesieniu do mieszkańców metropolii pracujących w byłych koloniach. Obecnie określani są w ten sposób również wysoko wykwalifikowani imigranci, zatrudniani przez międzynarodowe korporacje.

Co się państwu kojarzy z grupami obcokrajowców mieszkających na stałe za granicą? MULTIKULTURALIZM! Prawie dobrze, ale o dziwo, ludzie Zachodu mieszkający w byłych koloniach nie byli nigdy opisywani jako skomplikowany układ równań wielokulturowych, a integracja stanowiła problem nie tyle dla przybyszy, ile dla społeczeństwa przyjmującego. Tutaj padnie słowo „kosmopolityzm”, które w kontekście ekspansji kolonialnej było używane już w XIX w. Jak napisał Edward Said, brytyjscy politycy argumentujący za utrzymaniem kolonii wyjaśniali, że społeczeństwa podbite muszą się wyzbyć próżnego zaściankowego nacjonalizmu na rzecz kosmopolitycznej solidarności i z podziwu dla osiągnięć ludzkości wypracowanych przez Brytyjczyków uznać jedyne słuszne zwierzchnictwo.

Sto lat później, zdaniem części naukowców, kosmopolityzm jest postawą świadczącą o moralnej wyższości. Ulf Hannerz pisze, że prawdziwy kosmopolita to nowy typ podróżnika, otwartego na inne kultury, gromadzącego nowe doświadczenia. Skrajnie różny od masowego turysty, zainteresowanego wyłącznie ofertami typu „all inclusive” i od niemobilnego, staromodnie przywiązanego do własnej kultury lokalsa, „pozostawionego z tyłu procesów globalizacji”. Nowi, poszukujący autentyczności podróżnicy mieli być ideałami ludzi, skrojonymi na nowe, elastyczne czasy. Z takich właśnie elastycznych, otwartych i mobilnych jednostek, elegancko konsumujących inne kultury, miały się składać społeczności eskpatów. Tak przynajmniej wyglądały z perspektywy antropologicznego biurka w gabinecie prestiżowego amerykańskiego uniwersytetu. Badacze terenowi dochodzili do zgoła odmiennych wniosków. Pogarda i strach – charakteryzowali pokrótce postawę zagranicznych przybyszów wobec miejscowej ludności. Umiłowanie różnorodności ograniczało się głównie do konsumpcji dóbr materialnych; znajomości z autochtonami raczej unikano.

W latach 90. dostrzeżono również, że kosmopolityzm łatwo daje się przeliczyć na pieniądze. Różni w pracy, to się opłaca – obliczyli autorzy podręczników do marketingu. Rząd Singapuru zastosował to hasło w praktyce i, jak napisała Brenda Yeoh, wpisał oficjalnie kosmopolityzm do rządowych aktów i ustaw. Ta gościnność miała jednak swoje granice – z otwartością na południowoazjatyckich robotników niewykwalifikowanych nie należało przesadzać. Różnorodność i otwartość są wartościami wtedy i tylko wtedy, gdy łatwo można je przeliczyć na pieniądze, inne ich rodzaje nie są istotne. Pożądany typ różnorodności doprecyzował Richard Florida, który przedstawił prostą zależność: miasta z większą liczbą kreatywnych jednostek rozwijają się szybciej. Z kolei otwartość zdefiniował polski socjolog Paweł Kubicki, utożsamiając ją z bywaniem w modnych kawiarniach.

Co to ma wspólnego z Hiszpanią? Jeszcze kilkadziesiąt lat temu południowa część kraju należała do obszarów najuboższych i najbardziej ekonomicznie zacofanych, zamieszkanych głównie przez rybaków. W końcu lat 60. odkryto jednak jej potencjał – dzikie plaże i łagodny klimat. Turystyka miała być głównym motorem rozwoju dla ubogiej prowincji, nie znającej rewolucji przemysłowej. Jedynym mankamentem tej genialnej w swej prostocie koncepcji była zima: kilkanaście stopni powyżej zera i ulewne zimowe deszcze były mało atrakcyjne z punktu widzenia brytyjskich turystów. Lokalne władze zdecydowały się zatem na sprzedaż nieruchomości po obniżonej cenie: posiadanie letnich rezydencji miało zatrzymać Brytyjczyków na dłużej.

Oferta była kusząca. Jak to już kiedyś napisałam: Pakiet podstawowy obejmuje palmy, morze i skały. Dla bardziej wybrednych klientów mamy również energicznych lokalsów, którzy w nocy wychodzą na ulicę, a w dzień roznoszą jedzenie. Oferta ważna na Wyspach Brytyjskich i w Niemczech, których obywatele mają cudowne właściwości gospodarczego ożywiania podupadłych rejonów.

Niewątpliwie udało się przyciągnąć Brytyjczyków na dłużej. Antonio Aledo, profesor socjologii z uniwersytetu w Alicante, na początku każdego semestru polecał swoim studentom narysowanie imigranta. Źle – mawiał po otrzymaniu kilkunastu wizerunków mieszkańca Afryki Północnej – w naszym regionie najwięcej imigrantów pochodzi z Wysp Brytyjskich. Część z nich jest emerytami, inni są prywatnymi przedsiębiorcami, jeszcze inni pracują nielegalnie, wykonując najrozmaitsze prace: sprzątają, budują, pielęgnują. Zgrupowani w stowarzyszenia tworzą obieg usług i towarów niedostępny dla niezaradnych, niezorganizowanych i nieucywilizowanych Hiszpanów, którzy potrafią kulturalnych Brytyjczyków nieźle zirytować. Ale z drugiej strony są tacy uroczy i prorodzinni, to ludzie żyjący bliżej natury, z dala od restrykcyjnej brytyjskiej cywilizacji – mawiają wybierający Pakiet Rozszerzony Natura 2000 w wydaniu hiszpańskim. Oni nam zasoby naturalne, a my im trochę kultury i część pieniędzy spłynie… ta część, która wyjdzie poza Brytyjski Autarkiczny Okręg Gospodarczy ze zrównoważoną podażą i popytem.

W lokalnym obiegu jednakowoż transfery pieniężne uległy zwiększeniu głównie przez wzrost cen. Wysokie bezrobocie i korupcja pozostały bez zmian. Aledo ponadto sugerował, że brytyjscy obywatele nie byli również zbyt zagorzałymi przeciwnikami korupcji, pod warunkiem, iż praktykowano ją w Hiszpanii i w sektorze nieruchomości. Co więcej, goście z bardziej rozwiniętych krajów europejskich niekiedy w tych praktykach brali dość czynny udział, jak dowodzi historia największego w historii Hiszpanii skandalu korupcyjnego w popularnej wśród ekspatów Marbelli.

–  To bardzo ciekawa historia. Musimy chyba już iść na pociąg – usłyszałam od rozmówców.
– O której będziecie w Fezie?
– O drugiej w nocy. Wiesz, na szczęście ktoś z hotelu nas odbierze z dworca. Nie wiem, jak dalibyśmy sobie radę, gdybyśmy musieli jechać taksówką. Chyba jedziemy tym samym pociągiem, dokąd idziesz?
– Yyyy… to chyba pierwsza klasa.
– My mamy bilet na pierwszą klasę. Powiedzieli nam, że tylko tak jest bezpiecznie.

Rozumiałam. Zanim udaliśmy się do swoich wagonów, poleciłam wycieczkę do położonego nad Atlantykiem Asilah, gdzie można konsumować lokalną kulturę wspólnie z hiszpańskimi ekspatami z Madrytu, którzy wykupują budynki w centrum miasteczka. Słynące z murali Asilah przyciąga klasę kreatywną, która, jak napisał Florida, stanowi główną siłę napędową rozwoju i może kiedyś wciągnie lokalsów w swoje projekty, dlatego też należy ją zatrzymać, nawet jeśli miejscowymi niekiedy pogardza, wzorem cytowanej przez Juana Goytisolo hiszpańskiej damy, miłośniczki „Maroka i Arabów”:

Tak, to zacofany kraj, ale mi się podoba. Chociaż wielu mówi, że Maurowie różnią się bardzo od nas i że nie możesz im ufać, jeżeli ich trochę wychować (…). Proszę sobie wyobrazić, że w domu mam Mauryjkę z północy, która mówi po hiszpańsku. Biedna, nie wiedziała nic o naszej kuchni, ani o naszych zwyczajach i musiałam pokazać jej wszystko, jak gotować, prać w pralce, podawać do stołu…

Wyznanie to wywołało w hiszpańskim pisarzu mieszkającym w Maroku wspomnienia nie tak odległych czasów, gdy emigranci hiszpańscy na szwajcarskiej granicy przechodzili obowiązkową dezynfekcję. Poradniki poprawnych relacji z hiszpańską służbą pouczały wówczas, że: Hiszpan ogólnie nie narzeka i akceptuje swoje położenie z rezygnacją dziedziczoną po kulturze arabskiej. Nie próbuje również dyskutować i uzasadniać używając francuskiej logiki dedukcyjnej. W większości przypadków Hiszpan jej nie zrozumie, ale jest raczej intuicyjny. Szczęśliwie „Hiszpanowi” udało się nabyć nieco logiki dedukcyjnej, dzięki czemu może krzewić ją w Maroku, tak jak to czynią Anglicy na południu Hiszpanii.

Niedouczenie – wróg demokracji

Niedouczenie – wróg demokracji

Niedouczenie stanowi pułapkę, z której trudno się wydostać. Przejawia się głównie niezdolnością połączenia poszczególnych wiadomości w żywą, dynamiczną całość, a zatem fragmentarycznością wiedzy. Jednocześnie staje na przeszkodzie uświadomieniu sobie własnych luk w wykształceniu.

Theodor W. Adorno zwraca uwagę na paradoks związany z tzw. demokratyzacją uniwersytetów. Demokratyzacja jest pseudodemokratyzacją, priorytetem jest bowiem to, by jak największa liczba osób uzyskała umiejętności i nawyki potrzebne współczesnej gospodarce. Ich całkowite wykształcenie nie jest istotne. Lecz właśnie wykształcenie, jako zdolność rozumienia świata w szerszych kontekstach oraz myślenia własną głową („Sapere aude”, jak powiada Kant, „Miej odwagę posługiwać się własnym rozumem”), zapewnia jednostce autonomię. Ideał demokracji zakłada, że obywatele będą przejawiać się jako osoby autonomiczne i aktywne politycznie, jako osoby pytające o własną sytuację oraz sytuację społeczeństwa. Jeżeli uniwersytety nie prowadzą ku autonomii i myśleniu krytycznemu, produkując apolityczne i konformistyczne jednostki, to podkopują samą demokrację. Adorno konkluduje, że tego rodzaju demokratyzacja uniwersytetów wywołuje własne przeciwieństwo, rozkład ideałów demokratycznych.

Diagnoza Adorna pochodzi z końca lat 50. minionego wieku, można jednak powiedzieć, że ujmuje tendencję, która od tamtej pory nasilała się, a w końcu przekształciła się we własną karykaturę. Dziś mamy bowiem do czynienia z sytuacją, gdy większość ludzi uważa się za osoby autonomiczne i wolne. Autonomię i wolność pojmuje jednak w sposób, który sprowadza się do przyjęcia znaków odrębności wyprodukowanych przez współczesną gospodarkę. Powstaje więc swego rodzaju konformistyczna autonomia. Możemy kupić pobyt w klasztorze indyjskim albo jakieś ekstremalne przeżycie w pakiecie. Element odmienności wpisany jest w sam towar: większość produktów ma sprawiać wrażenie, że w pewien sposób wykracza poza ustalone reguły, poza normę, ma prezentować się ekstrawagancko i oryginalnie. „Kup mnie, a będziesz sobą” – jest podstawą wielu sloganów reklamowych. Oryginalność, niepowtarzalność i autonomia produkowane są masowo.

Na tym polega główna zmiana od czasów, gdy pisał Adorno. Wówczas można było mówić o umasowieniu i konformizmie, ponieważ taką formę przybrała ówczesna produkcja gospodarcza. Dzisiejsza produkcja stwarza natomiast pozory wyjątkowości i autonomii. Dlatego też większość ludzi nie odczuwa, że demokracja traci oparcie, którym jest autonomia jednostki. Mamy więc do czynienia z dwoma rodzajami autonomii. Pierwsza, produkowana przemysłowo, to autonomia konformistyczna. Druga polega na myśleniu krytycznym. Pierwsza przesłania jednak tę drugą, odnosimy więc wrażenie, że możemy się bez niej obejść. Jesteśmy przecież autonomiczni, skoro mamy poczucie autonomii.

W ten sposób cała kwestia autonomii ulega rozmyciu. Po co starać się o autonomię, kiedy już nią dysponujemy? Poczucie autonomii zagradza drogę do osiągnięcia autonomii realnej znacznie mocniej niż bezpośredni konformizm. Albowiem bezpośredni konformizm może jeszcze wzbudzić uczucie wstydu i reakcję krytyczną.

Główną przeszkodę na drodze do autonomii Adorno widzi w niedouczeniu. Jest ono czymś różnym od braku wykształcenia. W niewykształconym społeczeństwie ludzie nie wstydzą się braku wykształcenia, co więcej, nawet się tym chwalą. Nadal  jednak spotykamy osoby, które pragną zdobyć wykształcenie. Czyha na nie pułapka: niedouczenie.

W tekście „Teoria niedouczenia” Adorno wspomina o wielu czynnikach, które pchają nas w stronę niedouczenia. Dwa podstawowe to brak czasu wolnego oraz ugrzęźnięcie w mechanicznym trybie pracy, który prowadzi do myślowego skostnienia. Nie chodzi nawet o pracę fizyczną, ale raczej o pracę, która wymaga powtarzania określonych schematów myślowych lub komunikacyjnych. Dzisiaj jest to np. praca konsultanta telefonicznego, dziennikarza lub polityka.

Czym charakteryzuje się niedouczenie? Przede wszystkim niezdolnością połączenia poszczególnych wiadomości w żywą, dynamiczną całość, a zatem fragmentarycznością wiedzy. Ta przeradza się w targowisko informacji. Choćbyśmy nawet przeczytali wszystkie dzieła Nietzschego, zdobyte wiadomości nie łączą się w spójną całość, my zaś nadal znamy jedynie kilka odrębnych, wzajemnie odseparowanych wątków. Nie potrafimy po prostu powiedzieć, do czego Nietzsche dążył, a jeśli nawet, to tylko w sposób schematyczny i jednostronny.

Kolejną cechą niedouczenia jest krótkotrwałość. Jeśli poszczególne wiadomości nie łączą się w większą całość, to stają się ulotne i jako takie niebawem wyparowują, nie zostawiając żadnych śladów. Jedne informacje znikają, a w ich miejsce wchodzi nowa treść. Nasza obecna wiedza szybko się rozpływa, pozostawiając najwyżej jakieś nieokreślone, ogólnikowe wrażenia.

Cechą niedouczenia jest wreszcie to, iż stoi na przeszkodzie uświadomieniu sobie luk w wykształceniu. Niedouczony człowiek nie ma świadomości własnych niedostatków, która mogłaby prowadzić go naprzód. Niedouczenie przejawia się jako narcystyczne zadowolenie. Ja wiem najlepiej i nikt nie będzie mnie pouczał.

Niedouczenie stanowi pułapkę, z której trudno się wydostać. Adorno zaznacza, że niedouczenie nie jest przedsionkiem wykształcenia, lecz jego śmiertelnym wrogiem. Nie pozostaje nam nic innego, jak tę pułapkę zauważyć i w nią nie wpaść. Niedouczenie nie jest gruntem dla autonomii, lecz właśnie – jedynie pułapką. Dla odbudowy demokracji, czy nawet podjęcia próby wprowadzenia demokratycznego socjalizmu, potrzeba autonomii realnej, a więc wykształcenia.

Michael Hauser

Przekład z języka czeskiego: Krzysztof Kołek

Tekst pierwotnie ukazał się w „Dzienniku Referendum” (http://denikreferendum.cz). Przedruk za zgodą autora.

Miłe ulice, ulice Miłe. Miasto Łódź

Nadal miasto ciąży sercom. Inaczej, gdy było miastem burżuazji i proletariatu, inaczej gdy wziął je „w opiekę” realny socjalizm, inaczej dziś właśnie, gdy realny neoliberalizm zapomniał o nim, jak zapomina o wszystkim, co nie przynosi mu natychmiast grosza. Jednak czy gniew i wielkość Łodzi umarły? Czy tylko czekają swego czasu?

Domy, domy, domy surowe, / trzypiętrowe, czteropiętrowe, / idą, suną, ciągną się prosto, / napęczniałe bólem i troską. / W każdym domu cuchnie podwórko, / w każdym domu jazgot i turkot, / błoto, wilgoć, zaduch, gruźlica – to Broniewski, „Ulica Miła” z tomu „Krzyk ostateczny”, wydanego w roku 1938.

Mroczna brama, stary pies, młoda dziewczyna, umalowana  wyzywająco lub nieudolnie, smród alkoholowego moczu, pełzający po murze liszaj, refleks światła, przypadkowy, groteskowy w tym ciemnym miejscu. Jakieś krzyki z głębi, wulgarne, ochrypłe, bełkotliwe. To już Łódź, tu i teraz.

To się nie skończyło, nędza i krzywda, beznadzieja. Polska codzienność niechciana, nie pokazywana w folderach turystycznych. Banalność szpetoty, banalność brudu, pozorów życia, zwykłość melancholii. Jeśli miejsca mogą chorować na depresję, nieuleczalną, śmiertelną, to właśnie trafiłem na jeden z jej przytułków. Niedaleko ulicy Piotrkowskiej, w centrum dużego miasta w środku Polski.

Uliczki łódzkie, pejzaże nieretuszowanej Polski. To nawet nie słynne Bałuty. Ot, uliczki i ulice jakich tu nie brak. Na każdej spożywczak, na każdej sklep z alkoholem, mnóstwo warzywniaków, knajpy, „chińskie” „restauracje”, budki z kebabami, pierogarnie, naleśnikarnie, bary z domowym jedzeniem. Łódź je i pije, pije i je. Je albo pije. A te sklepy wciąż takie zwykłe, nie naznaczone markami znanych sieci. Jakby ulice chciały zachować swoją niezależność, swoją tożsamość, jakby nie chciały być częścią globalnego świata, natrętnego ometkowywania. Za to należy się im niekłamany szacunek.

Tak, to jest świat nieretuszowany i nieprzedstawiony, by nawiązać do Zagajewskiego. Z jednej strony straszny, z perspektywą tnącą jak „rzeźnickim nożem po oczach”, świat, którego chciałoby się nie widzieć i nie słyszeć, gdy znane są inne krajobrazy, inne widoki (na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość). Świat budzący zawstydzenie moralistów i estetów, bez przytulnej prowincjonalności z seriali ku pokrzepieniu polskich serc, w rodzaju „Ksiądz Mateusz”. Ale ksiądz Mateusz piłby tu denaturat i zakąszał „Magnusem śliwkowym”. Albo, lekko przygarbiony, osłaniając ciałem Najświętszy Sakrament, wracałby rankiem ze szpitala do bezpiecznego azylu na plebanii.

I to jest jedna Łódź, turpistyczna. Jest też inna, pełna ostentacyjnie obnoszonego bogactwa, któremu pieniądz daje uskrzydlającą „wolność miliona”, gwarantującą wyższość wobec mniej szczęsnych finansowo ziomków. Zadbane kobiety kontra kobiety zniszczone. Mężczyźni sukcesu kontra mężczyźni zdeklasowani, „ludzie, którym się udało”, obładowani na zakupach w Manufakturze, Łodzi-Port, sklepach przy Piotrkowskiej – drogimi rzeczami, drogimi żonami i kochankami, najdroższymi dziećmi. Prowincjonalizm a rebours, prowincjonalizm dostatni, który wczesnym rankiem zrywa się na pociąg do Warszawy, tam dosypia i wraca późnym popołudniem, wieczorem, w nocy do swojego miasta. Który woli jednak TLK od pierwszej klasy InterCity.

Ale jest jeszcze jeden, znacznie bardziej interesujący niż to proste, zawarte wyżej przeciwstawienie, obraz. Ukazał go czeski reżyser Pavel Štingl w niedawno pokazanym przez TVP Kultura dokumencie „Bałuckie getto”. Opowiadana przez ocalałych z łódzkiego getta czeskich Żydów historia miejsca, ludzkich losów w czasach pogardy. Nałożona na nią druga narracja z dzisiejszych Bałut, cierpka, bolesna, bo znów wypełniona kalectwem fizycznym, moralnym, duchowym, przenika się z historią Szoach. Przypomina o wielowymiarowości Łodzi, tak dobrze znanej z „Ziemi Obiecanej”.

Historia Łodzi, sama w sobie, jest gorzką pigułką ludzkiego dnia i ludzkich dziejów, które są opowieścią o niezdarnych próbach dopłynięcia do szczęśliwych brzegów historii. Fascynujące jest w Łodzi i to, że na jej ulicach, tak umęczonych, mieszczą się dumnie siedziby zadbanych teatrów, choćby Jaracza czy Powszechnego. A obok nor ludzkich rozpościerają się piękne parki, mnóstwo przyjaznej zieleni, ścieżki pełne spacerujących, odpoczywających zwykłych ludzi. Fascynujące jest, że łódzkie uliczki, tak smutne czasem, zdobią piękne kamienice, jak przebłysk innej rzeczywistości. Że od przaśnych kawiarni do mojego ulubionego sklepu muzycznego „Ale Jazz!” na Pomorskiej jest kilka kroków. Że gdy oprowadzałem po Łodzi swojego pierwszego gościa, jego zdumienie budziło i świetne Muzeum Kinematografii, i przykry zapach miasta w spiekocie. Nie ma w tym przejściu od kultury i świeżości przyrody do banalnej szpetoty i przygnębiającej degeneracji żadnych punktów pośrednich, jest krok w ciemność lub jasność. To właśnie stanowi o niezwykłości Łodzi, jej magnetyzmie, tragizmie i wspaniałości.

Od swych początków to miasto jest dla jednych szczęśliwym, dla drugich bolesnym miastem bogactwa i wysokiej kultury, przepychu, piękna i zbytku, a z drugiej strony – cierpienia rzesz wegetujących w nędzy, grozy mordowanych (nie tylko) w getcie, desperacji i dumy kobiet-włókniarek, uczestniczek marszu głodowego latem 1981 roku, gdy ulicą Piotrkowską, z ówczesnej siedziby „Solidarności” (przy numerze 260) na Plac Wolności przeszło blisko 50 tys. ludzi. Miasto mężczyzn (bez) pracy, a może bardziej jeszcze: miasto kobiet (bez) pracy.

Nic też dziwnego, że właśnie Łodzi Broniewski poświęcił jeden ze swych najpiękniejszych, przepełnionych pasją wierszy:  Ciąży sercu troska i pieśń, / troskę w sercu ukryj i nieś, / pieśń jak kamień podnieś i rzuć. / W dymach czarnych budzi się Łódź. /…/ Z ognia i ze krwi robi się złoto, / w kasach pękatych skaczą papiery, / warczą warsztaty prędką robotą, / tuczą się Łodzią tłuste Scheiblery, / im – tylko radość z naszej niedoli, / nam – na ulicach końskie kopyta – / chmura gradowa ciągnie powoli, / stanie w piorunach Rzeczpospolita. / Ciąży sercu wola i moc, / rozpal iskrę, ciśnij ją w noc, / powiew gniewny wciągnij do płuc / jutro inna zbudzi się Łódź.

Ale dzisiejsza Łódź jest inna. Pieśń rzucać tu jak kamień? Kamieniem ciska wyrostek w pociąg dojeżdżający na dworzec Łódź Fabryczna. Ale nadal miasto ciąży sercom. Inaczej, gdy było miastem burżuazji i proletariatu, inaczej gdy wziął je „w opiekę” realny socjalizm, inaczej dziś właśnie, gdy realny neoliberalizm zapomniał o nim, jak zapomina o wszystkim, co nie przynosi mu natychmiast grosza. Jednak czy jego gniew i wielkość umarły? Czy tylko czekają swego czasu? Czy krzyk miasta wsiąkł w mury, czy zagłusza go dana stosunkowo nielicznym sytość Manufaktury? Czy w nazwach ulic tego miasta, w aktywności jego mieszkańców, młodych ludzi, czy w krzątaninie codziennej, czy w licznych łódzkich sklepikach, czy w malutkich targowiskach, czy w strasznym niektórym egalitaryzmie ulic, na czele z Piotrkowską, nie kryje się prawdziwe życie, któremu, owszem, podcięto skrzydła, ale nie wyrwano go przecież z korzeniami.

Ulice Miłe miasta Łódź. Miłe sercom ulice Łodzi. Prawdziwe życie jest tu obecne.

Cała nadzieja w Islandii

Co łączy protestujących w Anglii, Hiszpanii, Francji, Izraelu czy USA? Bezsilność. Całe szczęście, że w obliczu światowego kryzysu nie wszystkie demokracje okazały się bezradne.

Trwająca od połowy maja „szopka” Ruchu Oburzonych przejadła się już hiszpańskim elitom politycznym. Gdy na początku zeszłego tygodnia młodzi próbowali ponownie dostać się na Puerta del Sol, MSW oraz władze Madrytu odgrodziły popularny plac szczelnym kordonem policyjnym. Gdy kilka dni później zdecydowali się na protest pod madrycką siedzibą MSW, uzbrojone policyjne oddziały zaatakowały demonstrujących. Jedyną reakcją na protesty, do jakiej był zdolny rząd premiera Zapatero, okazały się pałki policyjne.

Obywatele są z Ziemi, a politycy z Marsa

Inicjatywę Oburzonych oprotestowała niemal cała hiszpańska elita polityczna. Przedstawiciele burmistrza Madrytu ostro skrytykowali protesty, podkreślając, że w ich efekcie właściciele sklepów i restauracji stracili 60 mln euro. Manifestujących zrugali lider socjalistów Alfredo Perez Rubalcaba i cała prawicowa opozycja. Tymczasem rząd ponownie nabrał wody w usta.

Taka postawa elit nie dziwi. W końcu Oburzeni nie protestują przeciwko złym przepisom drogowym, zbyt małym ulgom podatkowym czy niedofinansowaniu lokalnego szpitala. Nie postulują fragmentarycznej zmiany rzeczywistości. Protestują, bo nie podoba się im to, jak się im żyje. Tylko tyle – i aż tyle. Ich ruch odżegnuje się od prostych kalek podziałów politycznych. Jest oddolny i jawnie alter- czy nawet antysystemowy. I właśnie dlatego uwiera, jak kamyk w bucie, całą scenę polityczną.

Racjonalnych, wydawałoby się, haseł, które na transparentach wypisują dziś buntujący się Francuzi, Hiszpanie, Amerykanie czy Brytyjczycy, nikt z establishmentu nie potraktował poważnie. W Hiszpanii nie zreformowano ordynacji wyborczej, w Wielkiej Brytanii podniesiono czesne w szkołach wyższych, wbrew przytłaczającej woli Amerykanów nie podniesiono podatków najbogatszym, a Francuzom nie udało się obronić dotychczasowego wieku emerytalnego.

Wszystkie te postulaty, mimo że cechowały się wielkim poparciem społecznym, nie zostały wprowadzone przez polityków. – „Nie reprezentujecie nas!” – słusznie więc powtarzają rozjuszeni młodzi.

Dziwny kryzys

Kryzys kompetencji ogarnął nie tylko polityków, ale i część elit intelektualnych. Te utraciły ostrość widzenia tak dalece, że głosicielem postulatów młodego pokolenia został przeszło 90-letni Stephane Hessel. Jak pisze w swoim eseju „Czas Oburzenia”: Ośmielają się nam mówić, że państwo nie może już podołać kosztom tych oczekiwań obywatelskich. Jakże może zabraknąć pieniędzy na trwałe utrzymanie zdobyczy socjalnych dzisiaj, kiedy produkcja bogactw tak znacznie wzrosła od czasu Wyzwolenia, od czasu, kiedy Europa była zrujnowana?

Społeczeństwa globalnej północy domagają się obciążenia kosztami kryzysu gospodarczego tych, którzy są za niego odpowiedzialni – sektora finansowego. Jednak w tej i w pozostałych sprawach już dawno straciły moc sprawczą. Dzisiejsze państwa demokratyczne karleją, stopniowo i niezauważalnie tracąc wpływy na rzecz kapitału transnarodowego.

Gdzieś obok tego wszystkiego, zasępieni politolodzy przebąkują o kryzysie demokracji. Co lepiej zorientowani ekonomiści dodają coś o kryzysie gospodarek kognitywnych. Poczciwi dziennikarze martwią się zdrowiem mieszkających w namiotach „zakręconych manifestantów”. Wszyscy są zaniepokojeni. Tylko nic z tego nie wynika.

Ile owiec w kredycie

Z postkryzysowego scenariusza niemocy wyłamała się tylko Islandia. Ten zamieszkały przez 300 tys. obywateli kraj był przed globalnym krachem jedną ze spekulacyjnych skarbonek finansowych. Islandia, która na kilka lat przed kryzysem sprywatyzowała sektor finansowy i znacząco zmniejszyła kontrolę krajowego nadzoru finansowego (FME), była wskazywana jako wzorowe miejsce do inwestycji.

Gospodarka, której podstawą dotąd było rybołówstwo, nagle stała się bankowym eldorado. Szacuje się, że w przedkryzysowym okresie na wyspie poza Islandczykami i 1,2 mln owiec znajdowało się co najmniej 600 tysięcy kont zagranicznych.

Gdy we wrześniu 2008 r. nastąpił krach gospodarczy, okazało się, że trzy największe sprywatyzowane banki islandzkie – Islandsbanki, Landsbanki i Kaupthing Bank – są zadłużone za granicą na ponad 40 mld euro. Dodajmy, że w rekordowym 2007 r. PKB Islandii wyniósł 8 mld euro.

Wskutek kryzysu kapitalizacja tamtejszej giełdy spadła o 90%. Łączne zadłużenie sektora prywatnego i publicznego ponad sześciokrotnie przekroczyło PKB wyspy. Inflacja skoczyła do ponad 14%, a islandzka korona straciła 35% wartości. Stopa bezrobocia wzrosła z 2% do 9%.

Mały kraj, wielka odwaga

Jednak reakcja islandzkich elit politycznych na kryzys finansowy okazała się nieortodoksyjna. Decydenci nie oglądali się na neoliberalne dogmaty i natychmiast uszczelnili i objęli ścisłym nadzorem cały sektor bankowy. Jeszcze w 2008 r. rząd dokonał renacjonalizacji Islandsbanki i Kaupthing Bank, a nadzór finansowy przejął kontrolę nad Landsbanki.

Niedługo potem Islandczycy zaczęli domagać się usunięcia całego rządu. Od października 2008 do stycznia 2009 r. w Reykjavíku miały miejsce spontaniczne protesty, które z czasem przerodziły się w zamieszki. 21 stycznia limuzyna ociągającego się z ustąpieniem ze stanowiska premiera Geira Haarde został zaatakowana przez rozwścieczonych obywateli. Następnego dnia islandzka policja po raz pierwszy od 1949 r. w walkach z manifestantami użyła gazu łzawiącego. Wysiłek protestujących nie poszedł jednak na marne. Pod koniec miesiąca Haarde podał się do dymisji.

Islandia jako jedyny kraj na świecie wyciągnęła konsekwencje od współodpowiedzialnych za kryzys. Za sytuację gospodarczą zapłacił nie tylko Haarde, ale również wszyscy decydenci islandzkiego nadzoru finansowego. Podczas gdy w USA do dziś waszyngtońskie tuzy ekonomiczne zachowały stanowiska, cała dyrekcja islandzkiego nadzoru zwolniła się z pracy.

Gabinet nowej premier Johanny Sigurðardottir powołał komisję śledczą, która oskarżyła Haarde oraz trzech jego ministrów o niedopełnienie obowiązków urzędnika państwowego. W wyniku głosowania w parlamencie, sprawa byłego premiera trafiła do sądu.

Grube ryby za kratami

Na tym nie poprzestano. W 2009 r. islandzki establishment postanowił przeprowadzić wyczerpujące śledztwo, mające „zbadać potencjalne działania o charakterze kryminalnym, które miały miejsce w okresie przed krachem bankowym”. W tym celu przy prokuraturze generalnej powołano specjalny międzynarodowy zespół specjalistów ds. przestępczości bankowej. Na jego czele stanęła Eva Joly, francuska sędzina śledcza, która w przeszłości wsławiła się m.in. wykryciem afery korupcyjnej koncernu paliwowego Elf czy korupcji wśród pracowników banku Credit Lyonnais.

Śledztwo ma potrwać 2-3 lata, ale już przyniosło pierwsze rezultaty. Islandia, jako jedyny kraj, po kryzysie doprowadziła przed sądy szereg pracowników swojego sektora bankowego. Do tej pory aresztowano m.in. zarząd brytyjskiej spółki inwestycyjnej Rotch Group czy byłego prezesa banku Kaupthing. Prace zespołu Joly na tyle zaniepokoiły część islandzkiej elity, że szereg wpływowych przedsiębiorców zdecydowało się opuścić kraj – tak zrobili m.in. właściciele sieci sprzedaży detalicznej Baugur Group.

Jak by tego było mało, maleńka Islandia oparła się presji zagranicznych wierzycieli. Gdy w 2009 r. Wielka Brytania oraz Holandia domagały się zwrotu ok. 4 mld euro długu internetowego banku Incsave, Islandczycy powiedzieli „dość”. Zgoda rządu na warunki obu krajów oznaczałaby, że dług powstały w wyniku spekulacji pracowników jednego tylko islandzkiego banku, obciążyłby każdego obywatela wyspy na sumę ok. 12 tys. euro. Tak więc najpierw w 2010, a potem w 2011 r. prezydent Islandii Ólafur Ragnar Grímsson zawetował umowę dotyczącą spłaty należności i rozpisał w tej sprawie referenda. Nie trzeba chyba mówić, z jakim skutkiem.

Islandia chcąc nie chcąc stała się przykładem demokracji zdolnej odpowiedzieć na wyzwania zglobalizowanego świata. Nie obarczyła obywateli długami zaciągniętymi przez bankierów. Jako jedyna zastosowała procedury dalekiej interwencji państwowej w sektorze bankowym, sformułowała akty oskarżenia przeciwko tuzom finansjery. Jako jedyna potrafiła trafnie osądzić własne elity polityczne i wysłuchać postulatów protestujących ludzi.

Jak widać, da się. Spekulanci, drżyjcie. Oburzeni, oburzajcie się!

To nie „socjal” tworzy biedę

Choć statystyki pokazują zwykle fragment rzeczywistości, to ostatni raport GUS na temat ubóstwa w 2010 r. ukazał fragment bardzo istotny. Taki, którego nie widać na co dzień w mediach i o którym, jeśli tylko nas nie dotyczy, chętnie byśmy zapomnieli.

Przychodzi komentator do biednego

Za przytoczonymi liczbami kryją się głębokie dramaty, niewyrażalne statystycznie. Jednak również same liczby są wymowne. Do tego stopnia, że zwróciły na nie uwagę nawet liberalne media. Nie chodzi jednak tylko o to, aby przestano wypierać ze świadomości fakt głębokiej nędzy wokół nas. Ważne jest również, żebyśmy właściwie osadzili problem w kontekście polityki ekonomicznej i społecznej. A to mainstreamowe media robią często niewłaściwie. Dobrym przykładem jest komentarz Bartosza Marczuka pt. „To socjal jest przyczyną nędzy”, który po opublikowaniu raportu GUS zamieszczono w „Dzienniku Gazeta Prawna”.

Po lekturze tekstu Marczuka można odnieść wrażenie, że autor głęboko wczytał się w częste ostatnio komentarze na temat modelu norweskiego. Do tego stopnia, iż chyba wyobraził sobie, że my też jesteśmy „drugą Norwegią”, która rzeczywiście gwarantuje obywatelom hojny „socjal”, pozwalający im na względnie godne życie, nawet gdy znajdą się poza rynkiem pracy. Tyle, że nijak się to ma do Polski zarówno ze względu na nasz ogólny stan bogactwa (czyli to, co możemy dzielić), jak i realizowany od lat model redystrybucji (czyli to, jak dzielimy). Ten podział gwarantuje ubogim niewiele – co pokazał raport GUS.

Marczuk stawia tezę, że zbyt hojny i powszechny „socjal” odpowiada za to, iż część Polaków nie próbuje podjąć pracy i tym samym tkwi w stanie ubóstwa, przekazując je kolejnym pokoleniom. Choć dla każdego, kto wie, jaka jest wysokość świadczeń oraz jak restrykcyjne są kryteria ich przydziału, taka teza jest i śmieszna i irytująca, warto jednak się z nią zmierzyć. Jest to bowiem – zdaje się – pogląd dominujący w debacie publicznej o problemie ubóstwa i wykluczenia.

Ubodzy na zasiłku, ubodzy w pracy

Zacznijmy od – płynących z raportu – faktów. Choć ubóstwo istotnie jest szczególnie wysokie w rodzinach, które żyją głównie ze świadczeń, to jednak występuje nie tylko w nich. Znajdziemy je także wśród rodzin osób pracujących, zwłaszcza tam, gdzie główny dochód pochodzi z pracy najemnej na stanowisku robotniczym. Stopa ubóstwa ustawowego wyniosła tu aż 11%, zaś skrajnego ok. 8%. Warto dodać, że dane porównawcze Eurostatu wskazują, iż w Polsce pracujący biedni stanowią relatywnie dużą część ogółu pracujących. Oczywiście są to liczby znacznie mniejsze niż w przypadku rodzin, które żyją głównie z demonizowanego „socjalu’’, a więc ze świadczeń społecznych innych niż emerytury i renty (w tej kategorii stopa ubóstwa ustawowego wyniosła 36%, a skrajnego 30%). Pokazują jednak wystarczająco, że samo przejście z „socjalu” do aktywności zawodowej nie gwarantuje przezwyciężenia ubóstwa. Zresztą nie trzeba wczytywać się w raporty GUS, żeby to wiedzieć. Wystarczy sobie wyobrazić np. trzyosobową rodzinę robotnika pracującego za minimalną pensję. Dochód na głowę w takim gospodarstwie jest bardzo niski. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w rodzinach wielodzietnych.

Pamiętajmy przy tym, że jeśli osoby, które obecnie żyją ze świadczeń pomocy społecznej, znajdą zatrudnienie, to z reguły mogą liczyć na kiepskie stanowiska, a więc na pracę niskopłatną, co wciąż nie pozwoli im wyjść z ubóstwa. Powiększą oni po prostu odsetek pracujących biednych (working poor).

Brak chętnych czy brak miejsc?

Liberalny oponent powie, że to i tak lepsze. Po pierwsze dlatego, że jednostka dzięki temu staje się produktywna, więc dokłada się do łącznej puli bogactwa, którą można następnie dzielić. Po drugie, bo oducza się ona bezradności i z czasem może znaleźć pracę gdzie indziej. To rozumowanie jednostkowo się sprawdza, ale traktowane jako panaceum zawodzi, gdyż omija kluczowy problem – brak pracy.

Marczuk zgodnie z dość powszechnym mniemaniem milcząco zakłada, że pracodawcy czekają z otwartymi ramionami na potencjalnych pracowników, lecz ci zamiast brać się do roboty, pławią się w lenistwie lub cwaniacko doją nieracjonalne w swej hojności państwo socjalne. Pogląd taki można wyczytać nie tylko z tego komentarza. Nie zauważa się natomiast, że jest wiele osób, które chcą pracować legalnie, ale nie mogą pracy znaleźć. Pokazują to wysokie wskaźniki bezrobocia. Oczywiście znam argument, że część z nich pracuje na czarno. Bywa to prawdą, ale też należy pamiętać, że owa praca na czarno ma często dorywczy charakter, również jest słabo płatna, nie daje zabezpieczenia i w każdej chwili może ulec przerwaniu – nie jest więc sposobem na przezwyciężenie ubóstwa i marginalizacji.

Niezależnie od tego, jest sporo osób, które zgłaszają się do urzędów pracy chcąc pracować, ale brakuje odpowiednich ofert. Obecnie jest ich jeszcze mniej niż wcześniej. Ten sam „Dziennik Gazeta Prawna”, który zamieścił komentarz Marczuka, informował ostatnio, że w bieżącym roku w urzędach pracy jest najmniej ofert od ośmiu lat! Wynika to nie tylko z recesji, ale także z drastycznego obcięcia przez rząd wydatków na Fundusz Pracy. W efekcie zabrakło środków na subsydiowane miejsca pracy, a także na szkolenia dla bezrobotnych.

Czy za to też obarczymy winą socjal lub tych, którzy z niego korzystają? Nie, to skutek określonych decyzji politycznych, choć te oczywiście nie były zawieszone w próżni, ale wynikły z uwarunkowań ekonomicznych.

Na kłopoty migracja?

Jeśli nie ma pracy na lokalnym rynku, red. Marczuk widzi proste wyjście: osoba bezrobotna może wyjechać do większego miasta lub za granicę. Niemcy szukają budowlańców. Jego zdaniem, wykluczeni wolą jednak czerpać z korzystnego dla nich „socjalu” niż ruszyć się z miejsca.

Moim zdaniem problem jest inny. Liberalni komentatorzy dość bezrefleksyjnie podchodzą do kwestii mobilności, także tej wewnątrzkrajowej. Nie uwzględniają dodatkowych ekonomicznych kosztów transportu i zamieszkania w większym mieście, a także społecznych i rodzinnych konsekwencji takich decyzji. Migracje zresztą prowadzić mogą do tego, że będzie więcej pracujących w centrach (także lokalnych) rozwoju, a na obrzeżach zostaną osoby starsze, dzieci i młodzież, zostawieni bez opieki, zwłaszcza, że na peryferiach infrastruktura opiekuńcza i kulturalna jest znacznie skromniejsza.

Jeszcze większe koszty dotyczą migracji zagranicznej. „Euro-sieroctwo” staje się problemem, którego skutki już niedługo dadzą się nam we znaki. Ponadto wiadomo, że – zwłaszcza w dobie globalnej dekoniunktury – za granicą nie na wszystkich czeka praca. Dla pracowników bez kwalifikacji i kompetencji miękkich (np. znajomości języka) niemiecki rynek wcale nie jest aż tak chłonny.

Łatwość, z jaką dziennikarze mainstreamowi podsuwają innym ścieżki migracyjne, zdradza też inną słabość myślenia liberalnego. Człowiek w tej wizji to „homo economicus”, który dokonuje kalkulacji zysków i strat tylko w ramach ekonomicznej racjonalności. Bagatelizuje się tu – na co słusznie zwracali uwagę komunitarianie – takie czynniki, jak zakorzenienie w danej społeczności i systemie norm oraz więzi.

Redaktor Marczuk w pewnym momencie pisze o rodzinnych, psychologicznych i społecznych skutkach… polskiego „socjalu”. Robi to tak: dzieci uczą się roszczeniowej postawy, nabierają przekonania, że można nie pracować, a jakoś się żyje. Szkoda, że owo „jakoś” nie zostało napisane w cudzysłowie. Wiadomo wszak, że tam, gdzie jest ubóstwo, zwłaszcza skrajne, często – przynajmniej w wymiarze materialnym – nie żyje się „jakoś”, lecz wegetuje w bylejakości, w niedożywieniu, wilgoci, w stresie i poczuciu niemocy. Często właśnie te towarzyszące ubóstwu okoliczności wyzwalają w ludziach frustrację, apatię, brak wiary w siebie i sprawiają, że członkowie takich rodzin nie są zdolni do podjęcia skutecznych działań, aby zmienić swą sytuację. Niekoniecznie stoi za tym owa roszczeniowa postawa.

Państwo skąpych świadczeń i nędznych płac

Problemem jest więc nie sam „socjal”, ale raczej bariery uniemożliwiające wyjście z niego. Trudno jednak uznać, by sam system wsparcia socjalnego działał właściwie. Zbyt duża wysokość świadczeń i łatwość ich otrzymywania to chyba ostatnie zarzuty, jakie można postawić polskiej polityce społecznej. Właściwie w tekście red. Marczuka „socjal” jest kategorią mało konkretną. Czy kryje się za nią częściowo uznaniowy, niski i selektywny zasiłek z pomocy społecznej? Czy świadczenie rodzinne – niewielkie i przysługujące rodzinom spod progu dochodowego, od dawna nie podnoszonego mimo wzrostu kosztów życia? Czy też zasiłek dla bezrobotnych – zaledwie kilkusetzłotowy, obudowany licznymi kryteriami dostępu i przysługujący przez krótki czas?

Państwo socjalne nie jest w Polsce zbyt hojne, jeśli miarą miałaby być dostępność i wysokość świadczeń pieniężnych. Zwłaszcza, jeśli uwzględnimy zakres podstawowych potrzeb (żywność, ubranie, opłaty za mieszkanie), które można zaspokoić dzięki tym świadczeniom. To, że ludzie pracują często za niewiele więcej niż mogliby dostać żyjąc na skromnym garnuszku państwa, mówi oczywiście o patologii – tyle że nie w sferze pomocy społecznej, lecz w gospodarce i stosunkach pracy.

Miarą dramatu Polski jest nie tylko to, iż praca jest często mniej opłacalna niż pozostanie na „socjalu”, ale i to, że praca ta nieraz jawi się jako tak nieatrakcyjna lub niedostępna, że przegrywa nawet z „socjalem”, który jest w Polsce, mówiąc kolokwialnie, dziadowski.