przez dr Rafał Bakalarczyk | poniedziałek 26 grudnia 2011 | opinie
Dobiega końca Europejski Rok Wolontariatu, ustanowiony przez Radę UE w celu propagowania aktywności obywatelskiej. Fakt ten wydaje się słabo obecny w mediach, co niestety pokazuje, że jeden z celów inicjatywy – podniesienie świadomości na temat znaczenia wolontariatu – nie został osiągnięty.
Pod tym względem wydaje się, że jest gorzej niż w roku poprzednim, który był Europejskim Rokiem Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem. Miało wówczas miejsce sporo debat i innych inicjatyw (jak np. publikacja raportu Social Watch: Ubóstwo i Wykluczenie Społeczne 2010), dzięki którym nastąpiła konsolidacja i integracja licznych środowisk działających zarówno w sferze socjalnej, jak i antydyskryminacyjnej. Nie przyniosło to wymiernych efektów politycznych – władze nie zrobiły nawet tak oczywistego kroku, jakim byłoby podniesienie kryteriów dochodowych, uprawniających do pomocy społecznej, nie mówiąc o bardziej dalekosiężnych przewartościowaniach w polityce społecznej. Same raporty, wydane społecznie, choć ciekawe diagnostycznie, również okazały się dość mało konkretne jeśli chodzi o rekomendacje. Zbudowanie płaszczyzny wymiany myśli, informacji i doświadczeń między szerokim wachlarzem środowisk, to jednak duży plus.
Rok wolontariatu nie spotkał się z równym rozgłosem, zwłaszcza wśród środowisk, które możemy określić jako opiniotwórcze. Być może nie jest to wina organizatorów, lecz charakteru samych zjawisk. Obszar biedy w Polsce jest ogromny, a sfera wolontariatu i działalności społecznej – relatywnie skromna. Bieda, choć często ukryta (a także niejako dodatkowo ukrywana przez część mediów głównego nurtu), jednak wychodzi na wierzch i straszy na każdym kroku. Natomiast wolontariat jest często niewidoczny, rozproszony w postaci wysiłków wielu pojedynczych osób. Nierzadko działają one w miejscach, w które niechętnie zaglądają kamery i mikrofony – w hospicjach, ośrodkach pomocowych, domach dziecka, zaniedbanych podwórkach czy mieszkaniach osób starszych lub niepełnosprawnych itp. Zwłaszcza słabo widoczny w przestrzeni publicznej jest tzw. wolontariat długoterminowy, który z punktu widzenia więziotwórczego i rozwojowego ma szczególne znaczenie.
Choć więc Rok Wolontariatu został – sądząc po efektach – nie najlepiej wykorzystany jeśli chodzi o uobecnienie tej tematyki w debacie publicznej, niekoniecznie musi być stracony. Pod auspicjami Departamentu Pożytku Publicznego Ministerstwa Polityki Społecznej ukazał się bowiem ciekawy raport o nazwie „Długofalowa polityka rozwoju wolontariatu w Polsce”.
Już sama nazwa przykuwa uwagę. Zwykliśmy myśleć o wolontariacie jako czymś oddolnym, spontanicznym i zasadniczo dalekim od tego, co polityczne w tradycyjnym sensie. Tytuł raportu sugeruje natomiast, iż wolontariat jest przedmiotem polityki publicznej, z wykorzystaniem jej instrumentów prawnych, informacyjnych i finansowych.
Nie ma sensu szczegółowe omawianie w tym miejscu całego opracowania. Warto natomiast zwrócić uwagę na trzy priorytety operacyjne: 1) rozwój kultury wolontariatu, 2) wzmacnianie organizatorów wolontariatu, 3) wzmacnianie polityk publicznych ukierunkowanych na rozwój wolontariatu. Każdemu z powyższych celów przyporządkowane są bardziej szczegółowe kierunki działań, a całość zwieńczono rekomendacjami.
Najmniej twardym działaniom podlega może pierwszy z celów – podniesienie kultury wolontariatu – choć i tu wyznaczono kierunki dla systemowych poczynań, w dużej mierze w sferze edukacji, zarówno formalnej, jak i niesformalizowanej. Jednocześnie ten cel wydaje się zasadniczy – bowiem kultura wolontariatu i oddolnej działalności społecznej wygląda w Polsce blado na tle innych krajów, jeśli weźmiemy pod uwagę różne wskaźniki. Nie pozostaje to bez związku z szerszymi przemianami systemu politycznego nie tylko w trakcie ostatnich dekad.
Najpierw PRL, już w początkach istnienia, zniszczył wiele społecznych struktur, które krzewiły kulturę działalności obywatelskiej. W dodatku sam skompromitował ideę wolontariatu za pomocą tzw. czynów społecznych. Następnie przyjęta w dobie transformacji, a z pewnymi modyfikacjami istniejąca do dziś ścieżka rozwoju neoliberalnego, raczej nie sprzyjała postawom prospołecznym. Wręcz przeciwnie – premiowała indywidualizm i wyścig po prywatny materialny sukces.
Błędy tego okresu są szczególnie warte uwypuklenia, albowiem ich przypomnienie wskazuje, że przyczyn niskiej aktywizacji społecznej nie możemy szukać tylko w słusznie minionym ustroju. Z dzisiejszej perspektywy ważniejsze jest to, co miało miejsce w okresie realnego kapitalizmu, bowiem ten okres się nie skończył, a na jego dotychczasowych błędach wciąż możemy się czegoś nauczyć. Pamiętajmy przy tym, że okres PRL choć z jednej strony zniszczył wiele struktur, to z drugiej mimowolnie przyczynił się do obudzenia drugoobiegowych struktur solidarności i zaangażowania na rzecz innych. Toteż w momencie wejścia społeczeństwa w okres transformacji istniał pewien potencjał rozwoju kultury wolontariatu i aktywności społecznej, który nie został wykorzystany, o czym świadczy niewielkie zaangażowanie społeczeństwa w tego typu działania.
Widzimy zatem, że skłonność do udziału w wolontariacie nie tylko może być przedmiotem i potencjalnym instrumentem określonej polityki, ale także pośrednim skutkiem wybranego modelu rozwoju społeczno-ekonomicznego. Oczywiście zależność ta zachodzi także w drugą stronę: upowszechnienie wolontariatu jest czynnikiem prorozwojowym. We wspominanym raporcie, stroniącym od ocen polityczno-ideowych, wskazuje się m.in. na jego rolę w procesie integracji społecznej.
Dość oczywisty jest związek wolontariatu z kapitałem społecznym, pozostającym u nas na niskim poziomie wedle rozmaitych kryteriów – zarówno gdy jako miarę przyjmiemy poziom zaufania, jak i jeśli spojrzymy na skalę działalności społecznej. Przypomniały mi się w tym momencie opowieści przyjaciela (którego zresztą poznałem pracując z nim jako wolontariusz), pamiętającego czasy głębokiego PRL. Wspominał o realizacji „czynów społecznych”, do których kierowały go zakłady pracy. Choć przyznawał, że był to „pic na wodę”, podkreślał zarazem, że sprzyjał integracji ludzi, którzy w pozazawodowej scenerii spotykali się, biesiadowali i lepiej poznawali przy tej okazji. Skoro więc nawet tak koślawa forma działalności społecznej, jaką praktykował PRL, przynosiła pozytywne skutki dla integracji społecznej, tym bardziej może je przynieść dobrze zorganizowany wolontariat autentyczny, w którym ludzie wezmą udział dobrowolnie, a same inicjatywy nie będą pozorne, lecz przyniosą faktyczne efekty.
Nawiązując do dygresji na temat „czynów społecznych”, warto przypomnieć o istniejącej w wielu krajach koncepcji i praktyce wolontariatu pracowniczego. O jego stanie i perspektywach w Polsce powstało już kilka opracowań (raporty dostępne są tutaj). Jeśli uznamy, że wolontariat jest jedną z dróg realizacji polityki społecznej, włączenie w to przedsiębiorstw może stać się znaczącym krokiem naprzód – wówczas sektor prywatny również partycypuje w osiąganiu celów publicznych i promowaniu działań społecznych.
Na koniec jeszcze jedna uwaga na temat związków wolontariatu z polityką publiczną. Otóż wolontariat może stanowić instrument kreowania polityczności w najgłębszym sensie. Stymuluje bowiem nieprzymuszone organizowanie się ludzi o różnych, partykularnych światopoglądach wokół konkretnych celów i działań. Tym samym tworzy wspólnotę. Sam, działając od lat w sferze wolontariatu, takie zjawisko mogę potwierdzić. Szczególnie ciepło wspominam współpracę wokół organizowania wolontariatu edukacyjnego dla defaworyzowanych dzieci w parafialnej salce z miejscowymi księżmi, z którymi – gdybyśmy przeszli do spraw ideologicznych – pewnie nie porozumiałbym się w większości spraw. Gdyby tego typu relacje były nawiązywane w szerszej skali, być może byłoby łatwiej o sytuację, w której ludzie mimo podziałów ideowych są w stanie wspólnie debatować i pracować nad rozwiązaniami problemów wspólnoty.
Niebawem rozpocznie się kolejny „rok tematyczny”. Tym razem będzie to Europejski Rok Aktywności Osób Starszych i Solidarności Międzypokoleniowej 2012 (więcej informacji tutaj). Warto spojrzeć nań także przez pryzmat doświadczeń i refleksji, jakie przyniosły dwa poprzednie lata, a więc z jednej strony przez pryzmat przeciwdziałania wykluczeniu, a z drugiej – właśnie możliwości wykorzystania wolontariatu. Jak pokazują różne badania, osoby starsze są grupą najsłabiej aktywną w sferze wolontariatu i aktywności obywatelskiej. Jednocześnie tkwi w nich duży potencjał, bowiem są to ludzie, którzy dysponują statystycznie większą ilością czasu oraz życiowym doświadczeniem. Upowszechnienie wolontariatu wśród seniorów byłoby znakomitym sposobem na przezwyciężenie ich wykluczenia społecznego, które przejawia się m.in. w osamotnieniu, bierności i poczuciu nieprzydatności. Jednocześnie wkrótce wzrośnie liczba najstarszej podgrupy seniorów, spośród których dużą część czeka ograniczona samodzielność. Wsparcie tych osób, a nieraz także opieka nad nimi, to sfera, w której wolontariat (także ten świadczony przez innych seniorów) może odegrać istotną rolę. Zainteresowanych taką tematyką można odesłać tutaj.
Warto więc na kolejne „lata tematyczne”, ustanowione przez Radę Unii Europejskiej, patrzeć nie w oderwaniu od siebie, lecz jako na powiązany łańcuch doświadczeń, dzięki którym problemy społeczne mogą zostać rozwiązane bardziej kompleksowo i sprawnie.
Rafał Bakalarczyk
przez Krzysztof Mroczkowski | wtorek 13 grudnia 2011 | opinie
„Wymagamy of…” – głos włoskiej minister spraw społecznych załamał się w trakcie przedstawiania planów brutalnych cięć świadczeń socjalnych. Elsa Fornero zaczęła łkać.
„Ofiar. Wymagamy ofiar” – dokończył z uśmiechem siedzący obok niej premier Mario Monti.
„Super Mario” jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Nigdy nie był przez Włochów wybrany w wyborach na żaden urząd, jednak jego kariera w banku inwestycyjnym Goldman Sachs i regularna obecność na nasiadówkach oligarchicznej grupy Bilderberg powoduje, iż cieszy się zaufaniem „rynków”. Podczas gdy inny niewybrany przez nikogo bankier Lucas Papademos mości się w fotelu premiera Grecji, zaś kolega z Goldman Sachs, Mario Draghi, obejmuje Europejski Bank Centralny, Monti bez większego sprzeciwu kogokolwiek składa ofiarę z przyszłości Włochów „rynkom”. Dzieje się to przy wciąż słyszalnych odgłosach wiwatów włoskiej lewicy, zadowolonej z odsunięcia Berlusconiego.
Przyszłość obywateli Republiki Włoskiej to oczywiście dla tamtejszej lewicy ważny temat, nie tak istotny jednak jak potrzeba emocjonalnej satysfakcji z udziału w udanej „kolorowej rewolucji” (bodajże fioletowej) przeciw Berlusconiemu. Od dłuższego czasu jej działalność to walka z interesami jednego miliardera (Berlusconiego) na rzecz interesów innego miliardera (De Benedetti). W kluczowych miesiącach, gdy niepokorny rząd Il Cavaliere nie chciał się poddać dyktatowi wielkich instytucji finansowych i jak nigdy potrzebny był ogólnonarodowy opór przeciw ich działaniom, włoska opozycja dołączyła do kampanii przeciw swemu premierowi. Tym samym dopełnia się to, czemu udało się zapobiec Berlusconiemu w latach dziewięćdziesiątych. Wtedy to detonacja skandalu P2 (tzw. akcja „Czyste Ręce”) miała za zadanie zmieść skorumpowany krajowy układ i zastąpić go nowym, zupełnie uległym wobec finansowej oligarchii. Dziś włoski system polityczny ostatecznie kapituluje przed Wall Street i City.
Europejska wojna finansowa
Przy ogólnoeuropejskim trendzie cięć i oszczędności nie powinno nas dziwić, iż wielu analityków przewiduje w przyszłym roku znaczące spowolnienie tempa wzrostu PKB, a nawet recesję. O ekonomicznej przeciwskuteczności działań oszczędnościowych, podejmowanych w celu zredukowania deficytu, przekonała się w ciągu ostatniego stulecia cała plejada politycznych nieudaczników. Od kanclerza Heinricha Bruenninga za czasów Republiki Weimarskiej po ex-gubernatora Schwarzeneggera i ex-premiera Papandreou.
Żaden z dzisiejszych przywódców nie jest w stanie przyznać, że Europa stoi w obliczu ataku pasożytów finansowych, dokonywanego przy pomocy powiązanych z nimi agencji ratingowych. Żaden nie kwestionuje legalności instrumentów pochodnych CDS, mających być ubezpieczeniem na wypadek niewypłacalności państw, wydawanych jednak para-legalnie, bez spełniania kryteriów zabezpieczeń, jakie powinien posiadać legalny ubezpieczyciel. To właśnie niesławne CDS-y są przyczyną, dla której wielu spekulantów życzy sobie niewypłacalności poszczególnych państw atakowanych przez S&P, Fitch oraz Moody’s.
Taktykę obraną przez finansowych agresorów trudno określić inaczej niż mianem bezczelnej. Z jednej strony, przy wielkim PR-owskim wysiłku wykreowano narrację, wedle której kraje mocno zadłużone lub o dużym deficycie „same się proszą” o ukaranie przez rynki finansowe i o lichwiarskie warunki pożyczania pieniędzy. Efekt – grabież podstawowej infrastruktury pod zastaw długów – może być zatem przedstawiany jako kara za nieroztropne „rozdawnictwo”. Z drugiej jednak strony, rzeczywiste kierunki przeszłych i zapowiadanych wspólnych ataków agencji ratingowych i spekulantów mają bardzo małą korelację z poziomami długu lub deficytu do PKB.
Grecja została wybrana za cel ataku nie ze względu na poziom długu (wówczas pierwszym celem byłaby Japonia), lecz z uwagi na płytkość rynku i możliwość stosunkowo taniego wstrząśnięcia całą strefą euro. Włochy z kolei trzymają deficyt w ryzach, zaś dług, choć spory, nie powinien znacząco się powiększać. Niechęć do premiera Włoch, zaangażowanego z Rosjanami w projekt budowy rurociągu South Stream – zagrażającego hegemonii dolara jako waluty rozliczeniowej za surowce – miała zapewne większe znaczenie przy ataku na ten kraj.
Hipokryzja przeczenia przez „rynki” swym własnym rzekomym dogmatom została dobrze wypunktowana przez wicepremiera Pawlaka, zapowiadającego przedstawienie na forum europejskim propozycji anty-lichwiarskich dla rynku obligacji państw. W propozycjach Pawlaka oprocentowanie obligacji podlegałoby „sufitom” – maksymalnym kwotom, zmieniającym się w zależności od poziomu zadłużenia/deficytu państw. Tym samym wielkie instytucje byłyby zmuszone do podporządkowania się własnej zakłamanej teorii. Podobny nurt anty-spekulacyjny prezentuje coraz większe grono państw Unii Europejskiej, czego skutkiem jest rozbrat krajów kontynentu z Wielką Brytanią na ostatnim szczycie Rady Europejskiej. Kością niezgody w brukselskim sporze z Brytyjczykami był rysujący się na ciągle dość odległym horyzoncie podatek od transakcji finansowych, będący śmiertelnym zagrożeniem dla londyńskiego City.
Jednak nawet uwolnienie Europy i świata od pasożytów finansowych i służących im pseudonaukowych teorii zatrzyma co najwyżej regres w standardzie życia społeczeństw, podczas gdy wyzwania cywilizacyjne, tak w rodzimych stronach, jak i w innych częściach świata są ogromne. Podejście redystrybucyjne, podobnie jak neoliberalne, nie jest w stanie odpowiedzieć na te wyzwania w satysfakcjonujący sposób, tj. zaproponować sposobu na stałe zwiększanie bogactwa. W tym kontekście warto napisać o źródłach postępu.
Kilka słów o ekonomii
Podstawowym celem nauki ekonomii (aplikowanej w praktyce jako polityka gospodarcza) jest poprawa warunków życia ludzi („By żyło się lepiej”, jak napisał pewien klasyk). Ta poprawa historycznie objawiała się w tym, iż ta sama ilość pracy zapewniała jednostce coraz lepsze warunki: więcej i coraz lepszej jakości dóbr. Bogactwo tym samym objawia się fizycznie w postaci dóbr kapitałowych, a zatem coraz łatwiejsze tworzenie coraz większej ilości i lepszej jakości tych dóbr jest odzwierciedleniem prawidłowej polityki gospodarczej.
Ponieważ źródłem postępu, tj. tworzenia nadwyżki, nie jest ani „niewidzialna ręka”, ani trud robotnika, lecz dokonywanie i implementacja w procesie produkcji przełomów naukowo-technicznych, właśnie na tych dwóch aspektach winny się skoncentrować wysiłki rozwojowe społeczeństw. Pierwszy, dokonywanie przełomów, jest mniej uchwytny, lecz bardzo realny w efektach, a stanowi pokłosie odpowiedniej, szeroko rozumianej, edukacji oraz wysiłku badawczego. Drugi wiąże się z podejmowaniem inwestycji, z których zwroty pośrednie (infrastruktura) i bezpośrednie (przemysł) znacząco przewyższają koszt ich dokonania. Rezultatem takiej polityki jest wzrost mocy wytwórczej, wartości dodanej na głowę. Wzrost krajowej wytwórczości oznaczałby podwyższający się standard życia obywateli.
Wchodząc w czas światowych turbulencji warto mieć na uwadze nie tylko liczne i wielkie zagrożenia dla przyszłości cywilizacji, ale i wielkie szanse, które niekiedy udaje się uzyskać wyłącznie w tak turbulentnych czasach. Rozwój Afryki, pomniejszenie obszarów biedy, rozpowszechnienie badań naukowych i dobrodziejstw medycyny – to wszystko będzie nagrodą za odważne decyzje w trudnych czasach. Słyszycie nas, przywódcy Europy?
przez Agata Młodawska | niedziela 4 grudnia 2011 | opinie
Przewodniki turystyczne ze słowem „Andaluzja” w nazwie opisują krainę niezobowiązującego sączenia tinto de verano z widokiem na Alhambrę (Alcazabę, Alcazar), przegryzanego smażonymi dziesięcionogami przy dźwiękach flamenco. Wymarzone miejsce do sielskiego życia, którego uroki zachwalał Chris Stewart, były perkusista grupy Genesis, na łamach bestsellerowej powieści „Driving over Lemons. An optimist in Andalucia”.
Niektóre z andaluzyjskich krajobrazów wzbudzały zachwyt już 200 lat temu, gdy hrabia Jan Potocki podróżował przez Półwysep Iberyjski:
Widziałem ją [Granadę] całą: jej sześć miast i czterdzieści wiosek, kręte koryto Genilu, potoki spadające ze szczytów Alpuhary, cieniste gaje, altany, domy, ogrody i mnóstwo wiejskich folwarków. Zachwycony czarownym widokiem tylu przedmiotów razem nagromadzonych, wszystkie zmysły we wzrok zestrzeliłem („Rękopis znaleziony w Saragossie”).
Bohater powieści Potockiego nie ograniczył swoich hiszpańskich wojaży do wzgórz Granady. W górach Sierra La Mancha ujrzał zgoła odmienny krajobraz:
Wierzchołki gór, na które miałem zamiar wejść, były bardziej oddalone, niż mi się to na pierwszy rzut oka wydawało, i zaledwie po godzinie pochodu zdołałem się na nie dostać. Stanąwszy na szczycie, ujrzałem pod sobą dziką i pustą płaszczyznę, żadnego śladu ludzi, zwierząt lub jakiegoś zabudowania, żadnej drogi prócz tej, którą przyszedłem, i dokoła głuche milczenie. Przerwałem je wołaniem; echo mi tylko odpowiedziało w oddali.
Na przełomie stuleci, bezdrzewne pustkowia hiszpańskie przyciągały głównie koneserów, jak Potocki lub Washington Irving, autor „Opowieści z Alhambry”. Nic dziwnego – na półpustynnych terenach hiszpańskich w dzień grasowali nieokiełznani rozbójnicy. Nocami z ruin mauryjskich budowli wychodzili ich demoniczni mieszkańcy, którzy podstępnie kusili podróżnych obietnicami rozkoszy, a ze zwabionymi obchodzili się dość brutalnie:
Jedną ręką porwał mnie za gardło, drugą zaś wydarł to właśnie oko, które dotąd nie może się zagoić. W miejsce oka wsunął swój rozpalony język i zaczął mi lizać mózg tak, że ryczałem z boleści. Natenczas drugi wisielec, który schwycił mnie za lewą nogę, wziął się także do szponów. Naprzód zaczął mnie łechtać pod podeszwę nogi, za którą mnie trzymał, następnie piekielny potwór zdarł z niej skórę, powyciągał wszystkie nerwy, oczyścił ze krwi i jął przebierać po nich palcami jak gdyby po narzędziu muzycznym. Widząc jednak, że wcale nie wydaję przyjemnych dlań dźwięków, zapuścił szpony pod moje kolano, pozahaczał ścięgna na pazury i zaczął je skręcać, zupełnie jak gdyby nastrajał harfę. Na koniec jął grać na mojej nodze, z której utworzył rodzaj psalterionu. Słyszałem jego diabelski śmiech, a piekielne wycia towarzyszyły moim przeraźliwym krzykom.
Powyższy opis nie wyczerpywał listy andaluzyjskich koszmarów. Mieszkańców regionu prześladowały potwory znacznie groźniejsze niż podstępne duchy z „Rękopisu…”. Realnymi zjawami były głód i nędza, które – w odróżnieniu od pisarskich fantazji – nie znikały w dzień. Przeciwnie, pozostały w regionie na dobre kilkaset lat. Lata suszy, w trakcie których podstawowym składnikiem pożywienia były dziko rosnące pomarańcze, emigracja zarobkowa i analfabetyzm, były codziennością na południu do lat 60. XX wieku.
Dla Juana Goytisolo, Hiszpana z północy, zwiedzającego południe w latach 50., andaluzyjska prowincja Almeria, jest miejscem, gdzie „po raz pierwszy styka się z brutalną rzeczywistością Trzeciego Świata”: „niesprawiedliwością, rezygnacją i zinstytucjonalizowaną przemocą”. Jej najubożsi mieszkańcy żyją w nieludzkich warunkach w wilgotnych jaskiniach, z rachitycznymi, wygłodzonymi dziećmi, których fotografie spoczywają w hiszpańskich archiwach. W latach 90. sytuacja uległa pewnej poprawie, jednak „gospodarka zależna od uprzemysłowionych obszarów północy i dochodów z turystyki zagranicznej” nie jest w stanie rozładować wysokiego bezrobocia.
Poza miastem Almeria, rozwijają się inne gałęzie gospodarki. Jednym z nich jest rolnictwo szklarniowe. Rozległe plastikowe tunele poprzecinały hiszpańskie stepy i półpustynie. Nazywane po hiszpańsku invernaderos, miały odczarować andaluzyjską rzeczywistość i wypędzić z niej dawne demony na rzecz ekonomicznego postępu oraz generować zyski. W istocie, roczny zysk z przemysłu truskawkowego wynosi około 320 milionów euro. Czerwone złoto pociąga za sobą jednak pewne ofiary – ostrzegli Jeronimo Andreu i Lidia Jimenez, reporterzy dziennika „El Pais” („Las victimas de rojo oro” z 30.06.2010).
Rozwój gospodarczy wymaga poświęceń ze strony zatrudnionych w szklarniach imigrantek, pochodzących przede wszystkim z Maroka, Polski i Rumunii. Na mocy cichego porozumienia magnatów truskawkowych z lokalnymi władzami i urzędnikami, na farmach obowiązuje specyficzny kodeks pracy. Pracownice mają wybór – stosunek seksualny z właścicielem farmy (i/lub jego znajomymi) lub zakaz picia wody przez ośmiogodzinny dzień pracy. Inny wariant obejmuje zakaz wyjść do toalety. Możliwości jest nieskończenie wiele, a poza tym, jeżeli ktoś nie chce, nie musi przecież pracować. Może odejść w każdej chwili. Jedyne, co musi zrobić, to przejść na piechotę (okoliczna sieć transportu publicznego nie jest przesadnie gęsta) przez hiszpański step w 40-stopniowym upale, bez żadnego wsparcia ze strony mieszkańców.
Wniosek jest prosty – sugeruje Magdalena Grzebałowska z „Gazety Wyborczej” („Polki na saksach”, „Duży Format”, 16.02.2004) – ponieważ nie można mówić o przemocy, polskie imigrantki oddają się dobrowolnie pracy w przemyśle truskawkowo-erotycznym i czerpią z niego same korzyści. Dziennikarka przed paroma laty zwiedzała prowincję Huelva w poszukiwaniu Polek, które dobrowolnie porzuciły ognisko domowe na rzecz ognistych romansów ze śniadymi południowcami. Sprytnie ominęła podstępne sugestie organizacji La Strada i władz lokalnych i skierowała kroki prosto do mieszkania, w którym miała rzekomo być przetrzymywana Polka. Dzień dobry, czy przetrzymujecie może nielegalnie jakieś kobiety? Pani, tu nie ma żadnego burdelu, ona tu siedzi, bo chce – odpowiedział właściciel mieszkania. Proszę zapytać tej pani, ona potwierdzi. Chodź tutaj, pani chce cię spytać, czy jesteś tu przechowywana. Tak, to prawda, nikt mnie do niczego nie zmuszał – potwierdza Polka mieszkająca nielegalnie w Hiszpanii.
Jej słowa i osoba mają tu zresztą znaczenie drugorzędne. Jeżeli w reportażu są przywoływane wypowiedzi pracujących kobiet, to tylko po to, aby je zdyskredytować. Nie można wierzyć słowom kobiet z małych miejscowości, bo mają krzywe zęby, a truskawki zbierają w negliżu. Naiwna para dziennikarska z „El Pais” skojarzyła ten gest z 40-stostopniowym upałem, ale znacznie bardziej wiarygodną motywacją jest celowe prowokowanie potencjalnych gwałcicieli. Taką wersję potwierdzają polski proboszcz i konsul w Madrycie. Polki w Andaluzji w istocie wiodą niezmącone przymusem życie, zarabiając 30 euro dziennie (ok. 3,5 euro na godzinę) 15 kilometrów od brzegów Atlantyku, a przemocy w miasteczku nie widać, więc jej nie ma.
Można spokojnie kontynuować rozważania nad „migracjami rozpustnymi” typu „strawberry fields forever” jako nowym typem mobilności w ponowoczesnym świecie. Zagadnienia związane z przyczynami migracji wykraczają jednak poza ramy niniejszego tekstu. Dlatego pomijam kilka interesujących skądinąd kwestii. Nie zastanawiajmy się nad determinacją osób, które wyjeżdżają bez znajomości języka, aby pracować nielegalnie w bliżej nieznanym kraju. Nie zadawajmy trudnych pytań o możliwość realizacji zawodowej, jakie te kobiety miały w Polsce. Wykluczmy sytuację, w której praca w tak ciężkich warunkach może być jedyną możliwością zarabiania na życie, w dodatku wspieraną przez Urząd Pracy w Olsztynie. Pomińmy wstydliwym milczeniem związki przymusu ekonomicznego i seksualnego.
Ostatecznie, zaprezentowany przez nas model emigracji z ziemi polskiej do Hiszpanii jest na tyle spójny i klarowny, że rok później wykorzysta go w swoim eseju Maria Janion („Jeszcze Polska nie umarła”, „Krytyka Polityczna” nr 6, 2004), będącym krytyką polskiej szarej jednorodności. Autorka dostrzegła monolityczność występującą w wielu dziedzinach, płynnie przechodząc od geograficzno-klimatycznej (Jesień, zima, brud, błoto, brudy, niedomyte ciała okutane w jakieś szare szmaty… Właśnie mordercza pośredniość – ani wieczne lato, ani wieczna zima, lecz wszechpanujące błoto, którego obfitość zadziwiała cudzoziemskich podróżników po Polsce już w dawnych wiekach) do braku zróżnicowania kulturowego (Polska wbrew pobożnym życzeniom i zakłamanym zapewnieniom – nie jest krajem wielokulturowym. Jest ubogim i płaskim monolitem, przeważnie narodowo-katolickim. Dlatego tak męczy niektórych swoich obywateli. Można by było tutaj wytrzymać i bez słońca Południa, gdyby bardziej różnorodna, wyzwolona z obsesji kolonialnych i postkolonialnych, właśnie kolorowa byłaby nasza kultura). Konsekwencją postkolonialnego lęku przed obcymi mocarstwami ma być narodowy resentyment. A także niechęć do wszystkiego, co obce – zabójcza dla różnorodności.
Odpowiedzią na ten uciążliwy postkolonialny monolit jest „tęsknota za południem”, ta sama, która owładnęła Zygmuntem Korczyńskim i migrantkami zbierającymi w Hiszpanii truskawki. Janion cytuje Grzebałkowską: Za żadne skarby nie wróciłaby na stałe do Polski. Tu jest kimś. Zna już trochę hiszpański, chodzi wśród palm i pomarańczy, a zamiast gnoju z obory ma pod nogami chodnik. Postkolonialna płaska jednorodność zaciera różnice pomiędzy szlachcicem i migrantkami zarobkowymi. Wszyscy jesteśmy Polakami i jednakowo cierpimy z tego powodu. Szczęśliwie, w naszych farmach truskawkowych też się znajdzie paru imigrantów z Ukrainy, pracujących w warunkach zbliżonych do andaluzyjskich. Być może kiedyś nasza młoda demokracja dojrzeje do zróżnicowania hiszpańskiego i więcej nisko opłacanych imigrantów będzie rozpraszać polską melancholię.
Taka ścieżka rozwoju wzbogaci – miejmy nadzieję – tradycyjną kuchnię polską o nowe potrawy, a smutny i brzydki krajobraz stanie się tak różnorodny, jak hiszpańskie palmy i pomarańcze na tle kilometrów plastikowych szklarni.
Agata Młodawska
przez Joanna Duda-Gwiazda | czwartek 24 listopada 2011 | opinie
Polecam książkę Michaela Lewisa „WIELKI SZORT, mechanizm maszyny zagłady”. Tytuł pochodzi od „krótkiej sprzedaży”, czyli spekulacji za pożyczone pieniądze. Może trochę przekroczę limit 5400 znaków, który sobie sama narzuciłam, aby na końcu przynajmniej pobieżnie książkę omówić. Pisanie dłuższych tekstów do publikacji w Internecie nie ma sensu, ponieważ z własnego doświadczenia wiem, że ich przeczytanie odkłada się do najbliższej grypy, kiedy jest więcej wolnego czasu.
Różnie ludzie przygotowują się do walki z kryzysem. Zależnie od światopoglądu jedni podlizują się Platformie, drudzy organizują Krucjatę Różańcową. Są też maniacy tak przywiązani do swojej idee fixe, że niezależnie od kursu walut i wartości WIG 20 walczą z faszyzmem i krzyżem w miejscach publicznych. Nie grozi im degradacja ekonomiczna i społeczna, ponieważ ich działania są na rękę władzy. Skutecznie odwracają uwagę od realnych problemów i ułatwiają manipulowanie opinią publiczną. Cele globalistów i neobolszewików są zbieżne: likwidacja demokracji, suwerenności państw narodowych i kultury zakorzenionej w tradycji.
Gdy coś ważnego dzieje się w Polsce lub na świecie, w elektronice zaczynają działać chochliki. E-maile nie dochodzą, SMS-y są kasowane lub cenzurowane, ginie sygnał doprowadzony do komputera i telefonu stacjonarnego. Najgorsze jest to, że nigdy nie wiadomo, czy mamy do czynienia ze złośliwością rzeczy martwych, czy wywiadów. Teraz w walce z protestami i opozycją antysystemową decydenci wybiórczo ingerują w komunikację za pośrednictwem Internetu i telefonów komórkowych, ale może nastąpić pełna blokada. Dlatego wszystkim dobrze radzę: Kupcie zeszyt i zapiszcie w nim numery telefonów i adresy znajomych. Może się zdarzyć, że ani na manifę Wolne Konopie, ani na Marsz Pamięci o ofiarach Smoleńska nie będzie można się skrzyknąć.
Polacy traktują kryzys jak przejściowe zdarzenie zewnętrzne, niezasłużoną karę, bo przecież byliśmy pilnym uczniem, wszyscy nas chwalili za reformowanie kraju i dostosowanie do standardów światowych. Likwidując komunistyczny przemysł, zrobiliśmy wielki skok w epokę postindustrialną, gdzie źródłem dochodów są operacje finansowe i turystyka. Tylko wciąż za dużo mamy biednych, rolników i emerytów. Młodych też mamy za dużo, bo nie ma dla nich pracy. Natomiast dzieci mamy za mało. Nie wiem, jak rząd rozwiąże taką kwadraturę koła. Zielona wyspa dryfuje, ale wciąż jest zielona, a rząd jest dobrej myśli. Pojawiają się plotki o tratwach ratunkowych.
O tym, że jest to kryzys światowego systemu, nie ma z kim rozmawiać. Jako przyczyny kryzysu wymienia się nadmierną konsumpcję starszego pokolenia i rozbuchane państwo opiekuńcze. Nikt nie mówi o tym, że w epoce Reagana i Thatcher skończył się kapitalizm oparty na indywidualnej własności prywatnej, wolnym rynku i związkach zawodowych, które stabilizowały system.
Przypomnę tylko, że system korporacyjny polega na anonimowej, rozproszonej własności. Indywidualna własność prywatna, wymagająca odpowiedzialności za decyzje, przegrywa z potęgą polityczną i ekonomiczną wielkich korporacji, co jest przyczyną likwidacji klasy średniej. Obecnie klasę średnią stanowią głównie pracownicy najemni wielkich korporacji. W zarządach korporacji trwa karuzela stanowisk. Powstała nowa nomenklatura, analogiczna do komunistycznej.
W systemie finansowym, opartym na spekulacji i hazardzie, mantra o wolnym rynku doprowadziła do takich patologii, że wolny rynek wydaje się teraz przyczyną chaosu. Powstała nowa teoria wolnego rynku –chaotyka (to nie jest żart!).
Źródłem patologii jest wyłączenie banków i innych instytucji finansowych spod praw wolnego rynku. Za złe zarządzanie i błędne decyzje kredytowe bank nie ponosi odpowiedzialności. Kiedy bankrutuje stocznia, kopalnia, huta czy piekarnia, władzy politycznej nie wolno ingerować. Kiedy bankrutuje bank, można, a nawet musi się dofinansować go z budżetu. Wystarczy, że banki poniosły straty na złych kredytach, zewsząd słychać apele o solidarną zrzutkę.
System neoliberalny nie jest wynikiem naturalnej ewolucji systemu kapitalistycznego. Punkt po punkcie można prześledzić zmiany w prawie, które doprowadziły do obecnej sytuacji. Jest na ten temat bogata literatura również w języku polskim. Niestety, antyglobaliści w Polsce mają złą prasę i te publikacje czytane są w wąskich kręgach. Z wyjątkiem redaktorów „Obywatela”, nikt nie interesował się diagnozami antyglobalistów. Już prezydent Kwaśniewski mówił, że antyglobaliści są globalistami, ponieważ posługują się Internetem. Teraz komentatorzy też opowiadają różne głupstwa, bo nie wiedzą, o czym mówią i wszyscy czekają niecierpliwie, kiedy wreszcie władza zrobi porządek z protestami w Europie i ruchem „Okupuj Wall Street”. Opozycja antysystemowa wywołuje wrogość sytemu, jego klientów i lęk milczącej większości. Nie inaczej było po powstaniu Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. PiS trochę na wyrost nazwano partią antysystemową i jak sądzę, jest to istotna przyczyna zabobonnego lęku przed tą formacją.
Teraz zainteresowanie finansami, ekonomią, gospodarką jest większe, ale obawiam się, że świat powierzy naprawę systemu tym, którzy do kryzysu doprowadzili, czyli profesjonalistom.
Książka „Wielki short” analizuje przyczyny kryzysu wywołanego złymi kredytami hipotecznymi i opisuje jego przebieg. Dobrze udokumentowana jest teza, że zawodowcom ze świata finansów brakuje nie tylko zasad moralnych, ale po prostu kompetencji zawodowych. To, co było oczywiste dla każdego Amerykanina, że ceny domów nie mogą rosnąć w nieskończoność, a kredyty zaciągane przez ubogich emigrantów nigdy nie zostaną spłacone, nie budziło niepokoju profesjonalistów dopóki można było dobrze zarabiać i różnymi machinacjami utrzymać pozory bezpiecznego biznesu. Pierwotnych przyczyn kryzysu należy szukać w epoce Reagana, gdy korporacjom i różnym instytucjom finansowym przyznano prawo emitowania obligacji, czyli papierów dłużnych. Obfite i łatwo dostępne źródło finansowania wywołało euforię i burzliwy rozwój. Rynek przyzwyczajony do gwarantowanych obligacji państwowych kupował śmieciowe obligacje hipoteczne. Agencje ratingowe nadawały im najwyższe noty, ponieważ były to obligacje „zdywersyfikowane”, czyli wszystkie dokładnie wymieszane. Rynek obligacji nie był nadzorowany tak, jak rynek akcji. Kiedy system zaczął się sypać, nikt nie wiedział, co się dzieje i kto jeszcze utonie.
Ciekawostką jest, że pierwszą książkę, pt. „Poker kłamców”, autor napisał ku przestrodze studentów. Miał nadzieję zniechęcić ambitną młodzież do niszczącej kultury pieniądza. Utonął w stertach listów i e-maili: „Już wiemy jak robić karierę na Wall Street. Prosimy o więcej wskazówek”.
Joanna Duda-Gwiazda
przez Karol Trammer | piątek 18 listopada 2011 | opinie
Po każdym większym zgromadzeniu publicznym zwykle pojawiają się kontrowersje co do działań policji. Pojawiły się one również po zorganizowanych 11 listopada w Warszawie wydarzeniach z okazji Święta Niepodległości.
W Internecie krążą nagrania pokazujące policjanta w cywilu, który zatrzymuje człowieka uderzając go pięścią w głowę, następnie spryskując gazem, kilkakrotnie kopiąc w twarz, a potem kopie w głowę (http://www.youtube.com/watch?v=iEJn3SvnQlY). Inne nagranie przedstawia grupę umundurowanych policjantów w kaskach, z pałkami i tarczami, którzy wielokrotnie pałują człowieka z biało-czerwoną flagą – nie stawiającego oporu, lecz w obliczu działań policjantów próbującego się zatrzymać i stanąć pod ścianą budynku (http://www.youtube.com/watch?v=GtmT-QNL164).
Mimo iż działania policjantów zwykle wywołują kontrowersje, a ich czyny coraz lepiej dokumentowane są przez oddolnie działających obywateli-dziennikarzy, upowszechniających swoje materiały w serwisach internetowych, trudno się doczekać choćby krytycznej oceny ich działań przez przełożonych z komend wojewódzkich, komendy głównej czy rządu nadzorującego policję. Wręcz przeciwnie – zwykle nawet w obliczu poważnych kontrowersji słyszymy pochwały, że stróże prawa zachowali się profesjonalnie. A jednocześnie oglądamy amatorskie nagrania zaświadczające o bezprawnym działaniu policji. Bezprawnym, bo prawo w żadnej sytuacji nie zezwala policji na korzystanie ze środka przymusu bezpośredniego w postaci kopania w głowę.
Problem bezprawnych działań policji, a następnie ich zamiatania pod dywan, wynika między innymi z tego, że w czasie operacji licznych oddziałów policji w konfrontacji z tłumem, policjanci faktycznie są całkowicie anonimowi. Ich twarze ukryte są pod kaskami, a jedyny identyfikator na mundurze, to napis „policja”. Druga sprawa to obecność podczas zabezpieczania manifestacji policjantów w cywilu (ewentualnie tylko w odblaskowych kamizelkach), wyposażonych w pałki i gaz. Taka sytuacja powoduje, że podczas chaosu walk ulicznych nikt nie może być pewien, czy właśnie został pobity przez policjanta, czy przez uczestnika kontrmanifestacji. Trudno – ewentualnie poza problemami policji w wyposażeniu – wskazać konkretny powód, dla którego policjanci kierowani do stosowania środków przymusu bezpośredniego podczas manifestacji powinni działać w cywilu.
Po ostatnich działaniach policji w Warszawie trudno nawet dojść, z której komendy wojewódzkiej byli konkretni policjanci – wydarzenia zabezpieczane były przez garnizony policyjne z różnych części Polski. Policjanci ukryci w pełni maskujących mundurach, działający w dużych grupach, czują się całkowicie anonimowo. To może – szczególnie w chwilach nagłego przypływu stresu – skłaniać ich do działań bezprawnych. Aby zapobiec problemowi całkowitej anonimowości policjantów w czasie chaosu ulicznych manifestacji, warto skorzystać z wzorców stosowanych przez policję czeską.
W Republice Czeskiej policjanci ze specjalnych jednostek porządkowych (Speciální pořádková jednotka), wykorzystywanych podczas ulicznych manifestacji, noszą na umundurowaniu – oprócz wyraźnych napisów „Policie” – duże naszywki z numerami służbowymi. Dzięki temu przy ewentualnych naruszeniach prawa przez policjantów można dojść – np. na podstawie nagrań z kamer monitoringu lub materiałów filmowych autorstwa przechodniów czy uczestników – który konkretnie policjant dopuścił się bezprawnych działań. Trudno bowiem tworzyć poważny materiał dowodowy przeciwko konkretnemu policjantowi na podstawie nagrań przedstawiających czarną sylwetkę z białym kaskiem na głowie, wyposażonym w przyciemnioną zasłonę z plexi. Tymczasem widoczny numer służbowy od razu wskazywałby konkretnego człowieka.
Zamiast wprowadzania zmian ograniczających wolność zgromadzeń publicznych, niezbędne są nowe przepisy odnośnie do umundurowania i identyfikacji konkretnych policjantów. Także po to, by czarne owce w czarnych mundurach nie niszczyły wizerunku policjantów, którzy swoją niewdzięczną i niebezpieczną służbę podczas ulicznych walk wykonują zgodnie z prawem.
Karol Trammer
przez dr Rafał Bakalarczyk | piątek 11 listopada 2011 | opinie
Na zabetonowanie polskiej sceny politycznej narzeka wielu. Zazwyczaj jednak w tych utyskiwaniach nie sięga się do społecznych korzeni zjawiska, lecz zatrzymuje na parlamentarnej powierzchni.
W istocie głównym problemem jest nie to, że scena partyjna pozostaje zamknięta na nowe formacje czy nawet na nowe osobowości w formacjach już istniejących. Znacznie gorsze jest to, iż układ polityczny zdaje się być zamknięty na nowe wyzwania i narastające problemy, które wykluwają się obecnie i ukażą w całej okazałości już niebawem. Wzrastające rozwarstwienie dochodowe, rosnąca i coraz bardziej samoświadoma warstwa prekariatu, szybki przyrost liczby osób wymagających opieki ze względu na podeszły wiek – to tylko kilka zjawisk, które mogą rozsadzić społeczny ład. Niestety ani polityczny kartel czterech partii, ani „anty-establishmentowy” Ruch Poparcia Palikota nie stawiają tych zagadnień w centrum uwagi.
Podmiotowo wobec wyzwań
Dla przykładu, rząd Tuska dopiero wtedy pochylił się nad mizernym wsparciem dla osób zajmujących się niepełnosprawnymi krewnymi, gdy protestowali oni przed Kancelarią Premiera. A i tak nie wiadomo, jakie konkretne zmiany to przyniesie. Tymczasem nieunikniony wzrost popytu na usługi opiekuńcze – przy niewielkim zaangażowaniu w to władz publicznych – wykluczy z możliwości efektywnego uczestnictwa w rynku pracy mnóstwo osób (które przejmą opiekę nad bliskimi). A co więcej – w sposób trwały zmniejszy ich kapitał społeczny i zdrowotny oraz kompetencje zawodowe. Podobnie jest w przypadku pozostałych zasygnalizowanych problemów.
Czy państwo polskie powinno tylko reagować na już ewidentnie zaistniałe i wyartykułowane problemy, czy samo – oczywiście po konsultacjach z partnerami społecznymi – identyfikować je zanim narosną oraz proponować rozwiązania systemowe i przekonywać do tych rozwiązań kolejne grupy? W pewnych kręgach sporo mówi się o podmiotowości polskiego państwa. Być może z ową podmiotowością mielibyśmy do czynienia właśnie wówczas, gdyby walczące o władzę i jej utrzymanie partie prezentowały wizje rozwoju i w sposób refleksyjny oraz elastyczny próbowały je realizować. Ruchy „uliczne” czy inne formy społecznego nacisku bywają pożyteczne, ale trzeba mieć świadomość, że nie wszystkie grupy będące w trudnej sytuacji, potrafią się zorganizować odpowiednio sprawnie i w porę. Jeśli władza publiczna nie okaże się podmiotowa i nie upomni się o nie, czeka je degradacja, co odbije się na całej strukturze społecznej.
Widać to na przykładzie problemu prekariatu. Rosnąca liczba osób pozostających na marginesie rynku pracy, bez żadnej stabilności, skazana na życie z dnia na dzień, przyniesie w przyszłości gigantyczny kryzys systemu zabezpieczenia społecznego. Zdewastuje też strukturę demograficzną – obecna sytuacja hamująco działa na świadome decyzje prokreacyjne. Polskie życie polityczne przez długi czas ignorowało to zjawisko. O prekariacie (choć już niekoniecznie o jego dalekosiężnych konsekwencjach) politycy zaczęli mówić dopiero, gdy sprawa „wyszła na ulice”. Nie tylko polskie, ale i zagraniczne. Na krótko przed wyborami opublikowano rządowy raport „Młodzi 2011”, w którym dostrzeżono problem „umów śmieciowych”, a wówczas media głównego nurtu zatrąbiły: „Boni mówi prekariat!”.
Cóż, lepiej późno niż wcale, ale pokazuje to, jak bardzo myślenie władzy nie nadąża za przemianami społecznymi. W raporcie „Polska 2030”, gdy mowa o zasadniczych wyzwaniach rozwojowych w pespektywie dwóch najbliższych dekad, ten motyw jest pomijany, zaś o uelastycznieniu rynku pracy mówi się wyłącznie w superlatywach i postuluje przyspieszenie tego procesu. Być może i w raporcie o młodych pominięto by ten problem, gdyby rządowi doradcy nie uświadomili sobie, że jego omówieniem można kupić sobie poparcie młodego pokolenia. To właśnie ono skutków prekaryzacji doświadcza najmocniej już dzisiaj, a jeszcze mocniej odczuje je w obliczu choroby czy starości, pozostając wówczas bez zabezpieczenia.
Nierówny grunt pod kryzys
Politycy w końcu wspominający o prekariacie nie odkrywają żadnej Ameryki. Tymczasem najwyższy czas, by odkryli i przemyśleli prawdziwą Amerykę, a zwłaszcza tę jej część, która – pod nazwą Ruchu 99% – prostuje przeciwko drastycznej polaryzacji społeczeństwa. Póki co rząd jednak kwestie nierówności bagatelizuje, choć – według raportu OECD z 2011 r. – Polska osiągnęła najwyższy wśród krajów rozwiniętych współczynnik Giniego, jeśli chodzi o dochody przed opodatkowaniem i transferami. Jesteśmy też na czwartym miejscu od końca (za nami tylko Chile, Meksyk i Turcja) pod względem nierówności w dochodzie do dyspozycji. [1]
Jest to o tyle ważne, że poniekąd to nierówności leżą u podstaw obecnego kryzysu finansowego i gospodarczego na świecie. Jakiś czas temu podczas dyskusji z cyklu „Kapitalizm – Armagedon na co dzień?” ekonomiści Piotr Kuczyński i prof. Jerzy Osiatyński zgodzili się, że praprzyczyną kryzysu były właśnie rosnące nierówności i deprywacja najuboższych. Spowodowały one bowiem, że część osób w coraz bardziej spolaryzowanych ekonomicznie społeczeństwach konsumpcyjnych nie była w stanie zaspokajać swych potrzeb na godziwym poziomie, wobec czego – aby uniknąć konfliktu społecznego – politycy deregulowali system finansowy.
Pozwalało to na krótką metę zaspokoić potrzeby dzięki mechanizmowi kredytowemu, który jednak musiał się w końcu zawalić. Pacyfikowało to społeczne niezadowolenie, choć w dłuższej perspektywie jedynie zwiększyło nierówności, nie mówiąc o perturbacjach ekonomicznych. Konsumpcję można było oczywiście próbować wzmacniać w inny sposób, np. inwestując w tworzenie miejsc pracy na wzór keynesowski, ale ta doktryna popadła w ostatnich dekadach w niełaskę ekonomicznych gremiów i mainstreamowych mediów. Kryzys, który nadszedł, dopiero pokazał, że niesłusznie.
Czy Polak okazał się mądry po szkodzie? Skądże. Rząd nie ruszył fundamentalnego problemu nierówności społecznych. Gorzej – jak wynika z raportu Centrum Analiz Ekonomicznych, partie rządzące w ostatniej dekadzie (nie tylko ostatnia z nich) poprzez swoją politykę podatkowo-transferową przyczyniły się do dalszego wzrostu nierówności. Obniżanie CIT, zniesienie górnej stawki podatkowej, zmniejszenie składki rentowej, zniesienie podatku spadkowego, utrzymanie ulgi rodzinnej (faworyzującej najbogatszych, a wykluczającej z dostępu najuboższych) oraz brak waloryzowania przez lata kwot dochodów uprawniających do korzystania ze świadczeń rodzinnych i pomocy społecznej – to tylko niektóre z działań, które podejmowały partie będące u władzy: od SLD, przez PIS, po PO.
Toteż jeśli partie i komentatorzy mówią o konieczności wychodzenia z kryzysu (nawet kosztem cięć w wydatkach publicznych), to powinno sięgnąć się do instrumentów kształtujących strukturę społeczną. Obecny kryzys nie jest przejściową chorobą, której świat nabawił się przypadkiem i w krótkim czasie może z niej wyleczyć, oddziałując tylko na skutki. To raczej objaw przewlekłej choroby, która trapi świat od dłuższego czasu, a rosnące nierówności są niewątpliwie jednym z głównym czynników ryzyka mogących ją pogłębić.
W przypadku młodych oburzonych, głównym problemem nie jest nawet popadanie w kredytową pułapkę, lecz to, że w swojej sytuacji życiowej i zawodowej nie mają szans nawet na kredyt. Co więc mają? Chciałoby się rzec – nic (do stracenia) prócz kajdan, które zmuszają ich do wykonywania zajęć coraz mniej stabilnych i gorzej płatnych oraz dalekich od posiadanych kwalifikacji i aspiracji. Rodzi się ogromny potencjał buntu, który może wybuchnąć, gdy ludzie ci przedwcześnie ulegną wypaleniu i nie będą już w stanie wykonywać nawet „śmieciowej” pracy.
Palikot, czyli backlash dla prekariatu
Procesy te bardzo wyraźnie rysują się na horyzoncie nieodległej przyszłości i wydawałoby się, że już teraz powinny być wyartykułowane w sferze politycznej. Jeśli nie przez dominujące partie, to przez ruch z zewnątrz, który powinien cieszyć się wysokim poparciem. Tymczasem, jak się okazało, jedynym ruchem antyestablishmentowym, którego poparcie poszybowało niedawno w górę, okazał się Ruch Poparcia Palikota. Formacja wyrazista w sferze obyczajowej, ale nie bardzo w sferze gospodarczej.
W okresie przedwyborczym Centrum Analiz Ekonomicznych próbowało oszacować skutki zapowiadanych programów poszczególnych partii. Wynikało z tego, że mglisty program RPP jest w porównaniu z innymi najkorzystniejszy dla najbogatszych warstw, a najmniej korzystny dla uboższych. [2] Ostatnio wprawdzie środowisko Palikota puszcza oko do socjaldemokratycznego wyborcy, ale widać w tym brak całościowej, wcześniej przygotowanej wizji. Co więcej, wśród parlamentarzystów, którzy dostali się do parlamentu z tejże listy, przeważają drobni przedsiębiorcy. Niekoniecznie zatem muszą być w pierwszym szeregu tych, którzy chcieliby rozwiązywać wspomniane problemy społeczne.
Jeśli Palikot przeora debatę publiczną, to tylko na osi kulturowej. Choć i tu można się zastanawiać, czy będzie to efekt głęboko przemyślanej wizji, czy jedynie wczytanie się w już istniejące trendy społeczne. Tak czy inaczej, w najbliższych latach, jeśli nie wybuchnie oddolny ruch kontestacji, możemy się spodziewać, że debata polityczna będzie w ogromnej mierze koncentrowała się na tematach obyczajowych – jak zresztą przez minione 20 lat, przy czym teraz w jeszcze brutalniejszej postaci. Im więcej będzie tu emocji, tym mniej miejsca prawdopodobnie pozostanie na sprawy społeczno-ekonomiczne.
Co ciekawe, dotychczas ruchy wyraziste w sferze kulturowej przekraczały próg parlamentarny raczej gdy wywodziły się z prawej strony. Nieraz swe poparcie zawdzięczały umiejętnemu przełożeniu frustracji ekonomiczno-społecznych na gniew kulturowy oraz anty-establishmentowy (Amerykanie określają to zjawisko mianem backlash). Teraz podobny fenomen powstał nie tyle z lewej, co z liberalnej, antyklerykalnej strony. Może mieć to głębsze ekonomiczne źródła, które powinny być sygnałem alarmowym. Okazuje się bowiem, że obecnie frustracja społeczna i ekonomiczna poszerza swój zakres także o klasy średnie, przynajmniej w sensie kulturowym. W gniewie są nie tylko biedni, niewykształceni, ze środowisk peryferyjnych, którzy znaleźli się za burtą rozwoju społeczno-ekonomicznego.
Dołączyli do nich także młodzi z dużych miast, którzy inwestowali w swoje wykształcenie, ale nie mają jak go zdyskontować na rynku pracy, nie posiadają też szans na godziwe życie, obiecywane im w Polsce doby transformacji. Jak czytamy w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, co dziesiąty bezrobotny ma wykształcenie wyższe. Co więcej, w tej grupie dynamika wzrostu bezrobocia jest szczególnie wysoka. W ostatnim roku liczba bezrobotnych z dyplomem wyższych uczelni wzrosła o 11,6% – szybciej niż to miało miejsce wśród osób z niższym wykształceniem. [3] Dla części z nich Palikot, choć nie proponuje realnej alternatywy, jest światopoglądowo bliski, a to, że proponuje proste, wyraziste hasła jako odpowiedź na złożone problemy, jedynie przysparza mu popularności. Nie odpowiada im narodowo-katolicki populizm, więc wybierają populizm liberalny.
Zjawiska te zatem można odczytywać jako rozlewanie się frustracji na kolejne warstwy społeczne, zaś popularność Ruchu Poparcia Palikota jako znak trendów nie tylko kulturowych, ale także społeczno-ekonomicznych. Wątpliwe jednak, by mógł on się przyczynić do owych trendów odwrócenia. Jest to więc doraźna „przykrywka” realnych problemów, które – nierozwiązane – będą narastać pod powierzchnią systemu politycznego.
Jeśli chcemy uniknąć dryfu rozwojowego, a także buntu społecznego czy politycznego, potrzebny jest program całościowego zmierzenia się z cywilizacyjnymi wyzwaniami, jak wspomniane nierówności, demografia i prekariat. Tymczasem im dalej jesteśmy od ostatniej kampanii, tym mniej w debacie politycznej miejsca na problemy społeczne. Warto mieć jednak świadomość, że może to okazać się cisza przed burzą. Przed burzą oburzonych.
Rafał Bakalarczyk
Przypisy:
1. http://www.oecd.org/dataoecd/32/20/47723414.pdf, s.11
2. http://lewica.pl/?id=25269
3. J. K. Kowalski, Wysoko kształceni bezrobotni, DGP, 7 listopada 2011.