przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 6 lutego 2012 | opinie
Koniec świata nastąpi w 2012 roku! Tak przynajmniej utrzymuje wiele publikacji internetowych, poświęconych ważkim zagadnieniom typu UFO, skarby templariuszy czy tajemnicze znaki odciśnięte w zbożu. Nasz los podobno jest już zapisany w kalendarzu Majów i nic nie możemy na to poradzić.
W realnym świecie również nie ma powodów do wiwatów. Ogólnoeuropejski trend cięć oszczędnościowych sieje nasiona, które wydadzą plon wysokiego bezrobocia, spadku aktywności gospodarczej, a w końcu niepokojów społecznych. Jakie żniwa zbiera tego typu polityka, przekonały się Niemcy w ciągu półtorej dekady po rządach „Kanclerza Głodu”, Heinricha Brüninga (1930-1932). W ciągu dwóch lat, stosując politykę cięć budżetowych i nieinterwencji, Brüning powiększył szeregi bezrobotnych z 3 do 5,5 miliona i przysporzył zwolenników NSDAP (wzrost z 6,4 miliona do niemal 14 milionów głosujących). Podobnie dziś, światowi przywódcy zdają się nie opierać proroctwom Majów i zgodnie pouczają społeczeństwa, że „lepiej to już było”. Nasz los podobno jest już przesądzony przez analityków agencji ratingowych i nic nie możemy na to poradzić.
Chociaż nie wszyscy przywódcy kibicują końcu świata, to jednak panuje wśród nich dość zgodna opinia o nieuchronności wyrzeczeń, jakich muszą ich zdaniem dokonać społeczeństwa. Polski rząd, jak wiadomo, w lot wychwytuje tendencje panujące na coraz bardziej dzikim tzw. Zachodzie. Poruszanie się w równym szeregu z europejskim konsensusem daje poczucie wpływu na kierunek, w jakim zmierza nasz kontynent, a przede wszystkim pozwala zejść z linii strzału potencjalnej krytyki.
Jeżeli jedno słowo najlepiej oddaje istotę polityki obecnego rządu, to jest nim pragmatyzm. Ukierunkowany na zachowanie stabilności władzy państwowej, pragmatyzm często zapomina o celach dobra społecznego, ale i nieraz dobrze im służy. Jest zatrważający, gdy może oznaczać akceptację dla powoli obniżającego się standardu życia całych rzesz obywateli, ale jest też pomocny, gdy za pomocą min i póz zapewnia stabilność waluty. Pragmatyk nieustannie kalkuluje i dostrzega szanse. Zupełnie bezprecedensowe wyrwanie funduszom finansowym dwudziestu kilku miliardów złotych rocznie (OFE), jest tym, co jeden z poprzednich rządów ogłosiłby gigantycznym zwycięstwem w walce z „układem”. Jakże znamienne, iż dokonał tego właśnie rząd pragmatyków (tak w dobrym, jak i złym znaczeniu tego słowa).
Dziś bodźcem dla poczynań rządu jest uzasadniony strach przed atakiem potężnych środowisk finansowych, posiadających wystarczająco dużo pieniężnych „armat”, by wystraszyć obrońców twierdz nawet większych od naszej. Co prawda suwerenne państwo może teoretycznie bronić się przed takim atakiem poprzez kontrole kapitałowe i wymiany, w praktyce jednak środowiska finansowe posiadają tak wielki arsenał niekonwencjonalnych środków nacisku, że na przywództwa polityczne różnych państw pada blady strach i gotowe poddać się bez walki. A przynajmniej do niedawna tak było.
Rośnie bowiem wśród urzędników państwowych administracji wielu państw europejskich presja na ukrócenie bezczelnych poczynań finansjery. Dla wielu osób ze starszego pokolenia państwowców nie do zniesienia jest degradacja znaczenia suwerennego państwa przez aroganckie agencje ratingowe i kartele spekulacyjne. Jest to trend, na który szczególnie warto zwrócić uwagę polskich władz. Cóż może być bardziej pragmatycznego, niż zastopowanie hegemonii finansowej oligarchii, której rezultatem musiałyby być dramatyczne zmiany ustrojowe, cywilizacyjne, społeczne i gospodarcze? Prezydent Sarkozy ogłosił, iż nawet w przypadku nieprzeforsowania przez całą UE mikro-podatku od transakcji finansowych, Republika Francuska wprowadzi to rozwiązanie. Sarkozy’ego wsparła kanclerz Merkel, zaś rywal Sarko w wyborach prezydenckich, François Hollande, zaczął domagać się separacji bankowości tradycyjnej od inwestycyjnej, co równie sprawnie zatopiłoby finansowych piratów.
Warto podkreślić, że te ruchy, wywołane przez patriotyczne środowiska europejskich urzędników, a popierane od Brukseli po Watykan, nie są już rozumiane jako próba „cywilizowania” tzw. rynków finansowych. Ich faktycznym celem, który tak przeraził przywódców Wielkiej Brytanii, jest unicestwienie oligarchii finansowej. Oligarchii zamierzającej dokonać likwidacji tradycyjnie rozumianej państwowości oraz tego, co Niemcy nazywają „prymatem polityki”, a zatem przynajmniej pośredniej kontroli społeczeństwa nad procesami, które go dotyczą. Wpływowy niemiecki eurodeputowany Elmar Brok (CDU) stwierdził, iż „ostatnie obniżki ratingów są atakiem wymierzonym w Europę” oraz że „pewne siły w świecie finansów prowadzą wojnę finansową przeciw Europie na rzecz interesów anglosaskich”. Dodał, że chcą one „zniszczyć eurostrefę, aby na tym zarobić”.
Niezlikwidowanie zagrożenia, jakim jest umacniająca się hegemonia finansjery, to nie tylko działanie nie-pragmatyczne, ale wręcz samobójcze. Stawką nie jest przetrwanie takiego lub innego układu politycznego, lecz uniknięcie chaosu. Bezpieczeństwo publiczne i ochrona prawna własności, nawet bardzo wpływowych osób, w warunkach rozkładu społecznego traci dotychczasową moc. Nie ma się co łudzić, dotyczy to także Polski. Jakiekolwiek próby ustabilizowania sytuacji bez likwidacji ekonomicznych przyczyn niestabilności, są skazane na niepowodzenie. Cybernetyczne programy, powszechnie używane do przewidywania trendów i zagrożeń, będą bezradne w obliczu powstawania nowych zjawisk. Sztuczne konflikty społeczne (jak np. „oszołomy” kontra „zdrajcy”), generowane w etnicznie jednorodnym społeczeństwie, nie przysłonią materialnej degradacji. Ruchy populistyczne zaś szybko wyradzają się, zgodnie z „zasadą Frankensteina”, przeciw swym twórcom.
Dlatego pragmatyzm i żywotne interesy społeczne to w tym przypadku jedno i to samo. Do tej pory polski rząd, ustami ministra Rostowskiego, zapowiadał, iż „przygląda się z boku” debacie na temat podatku od transakcji finansowych. Czas najwyższy zabrać głos i wziąć sprawy w swoje ręce, przy okazji zawstydzając Majów.
Krzysztof Mroczkowski
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 1 lutego 2012 | opinie
Jest coraz ciekawiej. System oparty na globalnej dyktaturze finansów trzeszczy w szwach. Na wszelki wypadek proponuję uchwalenie ustawy o przejmowaniu porzuconego mienia. W Ameryce Łacińskiej robotnicy musieli walczyć z wojskiem, aby wejść do opuszczonych fabryk w celu kontynuowania produkcji.
Możni tego świata wpadli w szaleństwo pacyfikowania Węgier. Chcą usunąć premiera Viktora Orbana i doprowadzić do przegranej rządzącej partii Fidesz. Poważane w świecie finansowym gazety i autorytety wylewają na głowę Orbana kubły pomyj. „The Economist” napisał, że Orban jest bezprzykładnie podły. Zarzuty są mętne i nieistotne. Powodem nie może być nowa konstytucja, w której nic zdrożnego nie ma. Fidesz wprowadził lub ma zamiar wprowadzić podatek liniowy. Jest to flagowy punkt programu twardej prawicy, troszczącej się o dochody bogatych. Pojawiły się okręgi większościowe, co też jest idée fixe prawicy, która nie chce dopuścić do parlamentu poglądów mniejszości. Orban nie jest zatem groźnym socjalistą, przebranym w owczą skórę prawicowca. Inny zarzut to przeniesienie korony króla Stefana do parlamentu. Korona to nie sierp i młot albo swastyka, nawet nie krzyż czy półksiężyc. Co komu przeszkadza korona?
Między wierszami daje się wyczytać prawdziwe powody ataku. Fidesz chce ograniczyć dochody nowej nomenklatury i możliwości wyprowadzania pieniędzy z kraju. Beneficjenci neoliberalizmu buntują się w imię demokracji i praw człowieka. Jak wiadomo, podstawowym prawem człowieka jest zarabianie pieniędzy na Węgrzech i płacenie podatków na Malcie. Oliwy do ognia dolewa zamiar rozliczenia okresu komunizmu. Partia komunistyczna, po cudownym nawróceniu na socjalizm i demokrację, podnosi larum. Sytuacja przypomina nagonkę na Kaczyńskich. Powinniśmy poprzeć Węgrów w imię suwerenności państw Europy Środkowo-Wschodniej. Mam nadzieję, że przywódcy Węgier nie wybierają się we wspólną podróż samolotem.
Nie mam wątpliwości, że katastrofa pod Smoleńskiem to był zamach. Nie kolekcjonowałam dowodów zamachu. Pilnie czytałam i słuchałam tego, co mieli nam do powiedzenia funkcjonariusze Polski, Rosji i autorytety uznawane przez media. Od pierwszych chwil po katastrofie opinię publiczną zalewała fala kłamstw, oszczerstw pod adresem ofiar i barbarzyńskie opinie o ludziach przejętych tragedią i pogrążonych w żałobie. Kto ma czyste sumienie, nie plecie byle czego w tak ważnej sprawie, nie niszczy dowodów, nie zaciera śladów, a także nie wpada w panikę, że ktoś publicznie zada proste i oczywiste pytanie: Czy to był zamach?
Jeśli odpuścimy sprawę Smoleńska, nie przetrwa ani naród, ani suwerenne państwo. Gdyby w podobnej katastrofie zginął prezydent Komorowski, miałabym takie samo zdanie. Nic nam nie pomoże naprawa finansów publicznych, koniec światowego kryzysu, ani umocnienie się Unii Europejskiej czy też jej rozpad. Będziemy pariasami, których nikt nie szanuje, każdy może im narzucić swoją wolę i wykorzystać we własnym interesie. Już bojówki niemieckie przyjeżdżają do Polski walczyć 11 listopada z „polskim nazizmem”.
Często słyszę opinię, że Polacy są już zmęczeni wracaniem do sprawy Smoleńska. „Prawdy i tak nie poznamy. Pamięć się zaciera, pojawiają się nowe ważne i trudne problemy, patrzmy w przyszłość”. Kapitulacja przed przemocą nie jest cechą wyróżniającą Polaków. Gdy Europie Zachodniej bezpośrednio zagrażał ZSRR, modne tam było powiedzenie „Lepiej być czerwonym niż martwym”. Jedno nie wyklucza drugiego, ale demokratyczny Zachód zachował wdzięczną pamięć o dobrym wujaszku Stalinie, który pokonał faszyzm i dał schronienie polskim Żydom-komunistom. Oprócz tego, w pamięci pozostały obozy koncentracyjne na terenie Polski. To dlatego nie możemy przebić się do opinii światowej z pamięcią o Katyniu, AK i Powstaniu Warszawskim. Żaden prezydent Stanów Zjednoczonych ani premier Wielkiej Brytanii nie przeprosił narodów Europy Środkowo-Wschodniej za Jałtę.
Stany Zjednoczone nie opuściły w zagrożeniu swoich europejskich sojuszników, którzy dla wygody, ze strachu i dla doraźnych korzyści flirtowali ze Związkiem Radzieckim. Ale Polska nie należy do Europy Zachodniej. O swoją przyszłość musimy zadbać sami. Polska zawsze stwarzała problemy. Nie oddała Niemcom „korytarza”, co wywołało wojnę światową, tak jak Węgry walczyła z komunizmem powodując napięcia międzynarodowe. Powstanie „Solidarności” groziło destabilizacją regionu i demoralizowało robotników na całym świecie. Mało brakowało, aby świat finansów i wielkie korporacje zostały pozbawione premii za upadek komunizmu. Niebezpieczeństwo udało się zażegnać. Stan wojenny zakończył się kapitulacją przy okrągłym stole. Interwencja Moskwy i Waszyngtonu umożliwiła Jaruzelskiemu objęcie stanowiska prezydenta niepodległej Polski.
Brak reakcji na żądanie rzetelnego wyjaśnienia tragedii w Smoleńsku jest racjonalny. Na nadziei na przedawnienie opierają swoje kalkulacje wszyscy przestępcy, a także nieudolne, totalitarne i autorytarne rządy. Wystarczy dostatecznie długo iść w zaparte, nie reagować na krytykę, uchylać się od odpowiedzialności, a sprawa się przedawni, rozmyje, zobojętnieje. Najpierw jest za wcześnie, żeby cokolwiek sądzić, czegoś się domagać. Więc nic się nie robi, tylko karci pokrzywdzonych za oskarżenia nie dowiedzione przed sądem, oszołomów za spiskowe teorie. Potem jest już za późno.
Taki los spotkał lustrację i wszystkie nawet najbardziej głośne zbrodnie komunistyczne. Niczym zakończył się proces w sprawie Grudnia ‘70. Stos kłamstw i przemilczeń rośnie. Gdy prawdy nie da się już dłużej zakrzyczeć lub przemilczeć, winni stają w pierwszym szeregu jej obrońców. Na przykład Balcerowicz karci Polaków za zadłużenie kraju. Jakiś autorytet współczuł autorom stanu wojennego, że tak długo musieli czekać na wyrok sądu. Ale im się opłaciło. Jeśli w ciągu pięciu lat generał Kiszczak nie wywoła następnego stanu wojennego, nie pójdzie do więzienia.
Teraz oczekuję od Adama Michnika przeproszenia wszystkich, których oskarżał o wyznawanie spiskowych teorii.
Joanna Duda-Gwiazda
przez Piotr Kuligowski | czwartek 26 stycznia 2012 | opinie
Niedawno przez media przetoczyła się informacja o obniżeniu wiarygodności kredytowej Węgier do poziomu śmieciowego (BB+) przez agencję ratingową Standard&Poor’s. Kilka dni później portale ekonomiczne w alarmującym tonie donosiły o zwiększeniu wpływu tamtejszego rządu na bank centralny. Tragizmu sytuacji u naszych bratanków dopełniły materiały o odbywających się na Węgrzech protestach opozycji, spowodowanych jakoby łamaniem standardów demokratycznych przez rządzącą partię Fidesz. Cały ten zgiełk wzmocnił aplauz części polskiej lewicy. Strzelające korki od szampanów, otwieranych na salonowych kanapach z powodu poważnych tarapatów rządu Viktora Orbána, przypominają jednak salwę na część międzynarodowych instytucji finansowych. Trudno zatem wyzbyć się wrażenia, że beztroski raut skończy się poważną czkawką, a nawet bólem głowy.
Orbán nie jest oczywiście zbyt atrakcyjnym punktem odniesienia dla osób hołdujących wartościom lewicowym, czy szerzej – prospołecznym. Trudno jednak pozbyć się odczucia, że krytyka jego poczynań, dokonywana przez te właśnie środowiska, zdecydowanie chybia celu. Dla lewicy bowiem – co zauważył już Marks – istotne są przede wszystkim realia bytu. Te zaś nie są na Węgrzech doskonałe, ale nie są też tragiczne. Według prognozy Saxo Banku na rok 2012, wskaźniki naddunajskiej gospodarki nie prezentują się najgorzej na tle innych państw Europy Środkowej. Co prawda analitycy wieszczą dość wysoką inflację (4%), ale i relatywnie niewysokie bezrobocie. Jego wskaźnik wynieść ma 10,5%, przy np. 12,5% w Polsce i 13,5% na Słowacji.
Węgrzy nie muszą się specjalnie wstydzić także swej pozycji w innych rankingach. Przykładowo, wskaźnik Giniego, mierzący nierówności społeczne, w ciągu dwóch ostatnich dekad w ich kraju zmalał, podczas gdy choćby w Polsce odnotował wręcz skokowy wzrost. Oto bowiem indeks ów wynosi obecnie u Madziarów 27, co sytuuje ich kraj w pozycji zbliżonej do Szwecji i Finlandii. Kompan od szabli i szklanki wyprzedził nas również o jedną pozycję w rankingu HDI (Human Development Index), mierzącym wskaźnik rozwoju społecznego w oparciu m.in. o wysokość PKB, jakość i dostępność edukacji oraz opieki medycznej czy świadczone usługi socjalne.
Trudno oczywiście twierdzić, że pozytywne na tle sąsiadów makrowskaźniki to efekt kilkunastomiesięcznej polityki. Jednak obecne władze Węgier – za co należy im się niewątpliwie pochwała – dokonały nieliberalnych, acz z całą pewnością sprawiedliwych i słusznych posunięć, stymulujących egalitarny kurs. Należy do nich wprowadzony w 2010 r. podatek obrotowy. Płacą go – w wysokości 1% – firmy handlowe, energetyczne i telekomunikacyjne, które w ciągu 12 miesięcy osiągnęły ponad 2 mln euro obrotu. Regulacja ta przyniosła budżetowi 600 mln euro.
Innym mądrym posunięciem rządu Orbána było wprowadzenie tzw. podatku chipsowego. Obowiązuje on od 1 września 2011 r. i dotyczy produktów zawierających dużą ilość soli, węglowodanów lub kofeiny. Rozwiązanie to ma na celu poprawę nawyków żywieniowych społeczeństwa.
Wreszcie, last but not least, za wielkie osiągnięcie koalicji Fidesz-KDNP należy uznać upaństwowienie systemu emerytalnego. Szef węgierskiego rządu słusznie zauważył, że tylko państwo jest w stanie zapewnić obywatelom godziwe emerytury, a oddawanie gigantycznych pieniędzy milionów ludzi w ręce prywatnych spekulantów, to bezmyślna i osobliwa gra hazardowa. Osobliwa, ponieważ gracze, dążąc do zysków, ryzykują nie swoimi środkami finansowymi.
Naszkicowany obraz polityki ekonomicznej Fideszu byłby, pod względem osiągnięć, całkiem dobry jak na niespełna dwuletnie rządy. Burzą go jednak po prostu głupie posunięcia gabinetu Orbána. Do takich z całą pewnością należy przeforsowanie karania grzywną lub więzieniem osób skazanych za włóczęgostwo. W rozwiązaniu tym można oczywiście dostrzec próbę powściągnięcia wybryków koczowniczych grup romskich (stanowiących, co należy podkreślić, niewielką mniejszość populacji węgierskich Romów), które bywają uciążliwe dla społeczności, do których przybywają. Trudno jednak wyzbyć się wrażenia, że nad ową penalizacją bezdomności ciąży widmo foucaultowskiej metody „nadzorować i karać”, która zastąpić ma szerzej zakrojoną pracę socjalną.
Zrozumiały opór części węgierskich związkowców w czerwcu 2011 r. wzbudziła również polityka socjalna rządu Orbána w zakresie emerytur. Wtedy to parlament przyjął ustawę ograniczającą uprawnienia emerytalne policjantów, strażaków, celników i funkcjonariuszy straży granicznej. Grupom tym odebrano prawo przechodzenia na emeryturę po 25 latach pracy. Trudno wyjaśnić to posunięcie inaczej, niż jako poszukiwanie oszczędności kosztem osób nie zajmujących szczytów drabiny społecznej. Dyskusyjna jest kwestia, czy zrównanie wieku przechodzenia na emeryturę dla wszystkich obywateli nie byłoby aktem sprawiedliwości społecznej. Nawet gdyby jednak tak uznać, nieco bardziej dalekowzroczna władza obwarowałaby takie rozwiązanie systemem umożliwiającym przekwalifikowanie przedstawicielom tych grup zawodowych, w których istotne znaczenie pełni sprawność fizyczna i witalność. Jasne jest bowiem, że 50-letni policjant będzie na patrolu pośmiewiskiem dla potencjalnych przestępców – ale w równie niekomfortowej sytuacji znajdzie się jego rówieśnik np. dźwigający cegły na budowie.
Pod znakiem zapytania prospołeczność rządów koalicji Fidesz-KDNP stawia także usztywnienie kursu franka szwajcarskiego, polegające na odroczeniu spłat rat kapitałowych. Posunięcie to z pozoru wygląda na rozsądne. Oto socjalny rząd pomaga biedakom, których nie było stać na horrendalnie drogie mieszkania i – skuszeni niskim oprocentowaniem kredytów w obcej walucie – dali się nabrać na bankowe sztuczki. Naiwność Węgrów w tej materii przybrała znaczne rozmiary: 60% gospodarstw domowych i firm spłaca obecnie taki właśnie kredyt. Fakty i logika podpowiadają jednak, że ubodzy nie zaciągają kredytów hipotecznych w ogóle. Działanie to przyniesie więc korzyść zarówno rodzinom „na dorobku”, którym niewątpliwie należy się wsparcie, jak i cwaniakom zadłużającym się, by kupować mieszkania i żyć z ich wynajmu. Stąd też rozsądniejszym pomysłem wydawałoby się ustanowienie możliwości wdrażania postępowania upadłościowego konsumentów. Nade wszystko zaś z prywatnymi deweloperami powinno konkurować państwo, budujące tanie mieszkania komunalne.
Lewica ma więc za co krytykować poczynania gabinetu Orbána od strony społecznej. W praktyce jednak jej publicyści wolą, w tonie typowym dla „Gazety Wyborczej”, grzmieć o łamaniu demokracji, wolności słowa i praw człowieka.
Oczywiście nowa konstytucja, która weszła w życie z początkiem tego roku, w wielu kwestiach budzi poważne wątpliwości. Choćby zmiana nazwy państwa z Republiki Węgierskiej na Węgry nasuwa pewne nieprzyjemne skojarzenia z sytuacją Republiki Francuskiej, przemianowanej na Państwo Francuskie przez tamtejszą kolaborancką prawicę w czasie II wojny światowej. Również zapis o ochronie życia poczętego jest wyraźnym, odgórnym przesunięciem wahadła na prawo w niekończącym się sporze pomiędzy liberalnymi i konserwatywnymi zapatrywaniami na kwestie obyczajowe. Są to jednak raczej sprawy drugorzędne. Trudno pochwalać sytuację, w której zgwałcona kobieta zmuszona jest do urodzenia dziecka. Istotniejsze jest jednak zadanie pytania o przyczynę gwałtu, a w szerszej perspektywie – o świadomość seksualną obywateli, dostępność antykoncepcji, osłonę socjalną dla rodzin etc. W pomijaniu tych zagadnień zadziwiająco zgodne są obie strony obyczajowego sporu.
Kuriozalne, że lewica, która tradycyjnie interesowała się przede wszystkim „twardą” ekonomią i socjologią, postulując rozwiązania systemowe i dalekowzroczną politykę społeczną, przeskoczyła obecnie w sferę „wolności formalnych”. Do pomyślenia jest groteskowa sytuacja, w której rząd jakiegoś kraju, zajmując podobną do gabinetu Orbána – a więc co najmniej chwiejną – postawę w sprawach socjalnych, zyskuje poklask lewicy za dodanie do nazwy państwa słowa „Ludowa” czy wpisanie do konstytucji ochrony małżeństw jednopłciowych.
Casus Węgier nie jest jednak li tylko jednym z wielu przykładów na niedołęstwo analityczne polskiej lewicy i jej rozkład ideowy. Ilustruje on bowiem nade wszystko nasilającą się, a bardzo niebezpieczną tendencję w światowej polityce, którą w 2004 r. brytyjski politolog Colin Crouch ochrzcił mianem postdemokracji. W jego ujęciu, termin ten ilustruje sytuację formalnego istnienia fasady demokracji w postaci swobód konstytucyjnych, wyborów parlamentarnych itp., z jednoczesnym przeniesieniem środka ciężkości w procesie decyzyjnym na międzynarodowe instytucje finansowe czy zarządy wielkich korporacji.
Państwa, postrzegane dotąd jako najskuteczniejszy instrument dokonywania dalekosiężnych przemian społecznych, przy rosnącym zadłużeniu zmuszone są działać nie pod dyktando suwerena, czyli ogółu obywateli, ale zgodnie z życzeniem agencji ratingowych, analityków giełdowych i bankierów. Tendencję tę ilustrują nie tylko losy Węgier. W iście postdemokratycznym stylu od władzy został odsunięty Silvio Berlusconi. Skorumpowanego magnata z premierowskiego fotela nie zrzuciła przecież rewolucja, ani masowe protesty czy strajk generalny, lecz giełda i agencje ratingowe, takie jak Standard&Poor’s czy Moody’s.
Globalny kryzys rysuje przed nami całkowitą zmianę perspektywy politycznej. Odtąd skuteczny nie będzie ten gabinet, którego działania spotkają się z aprobatą obywateli, lecz taki, który doprowadzi do zazielenienia giełdowych słupków. Politycy muszą więc zabiegać o dobre notowania w gremiach nie podlegających jakiejkolwiek demokratycznej weryfikacji, acz posiadających władzę większą, niż rząd pojedynczego kraju. Gdyby zaś przyszło im do głowy wychylenie przed szereg z nieco bardziej radykalną wizją, to analitycy Standard&Poor’s szybko temu zaradzą.
Sytuacja taka otwiera pole do poszukiwania filozoficznej, politycznej i instytucjonalnej formuły, która pozwoli na nowo uchwycić procesy decyzyjne w ręce społeczeństwa. Lewica ma ogromny, historyczny i teoretyczny potencjał do wypracowania takowej. Jednak obserwując jej ekscytację losami pogrążających się Węgier, należy mieć wątpliwość, czy wyzwolenie spod jarzma Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, bonzów giełdowych i szefów korporacji dokona się pod czerwonym sztandarem.
Piotr Kuligowski
przez Agata Młodawska | czwartek 19 stycznia 2012 | opinie
Południe Hiszpanii to wymarzone miejsce ucieczek od instytucji i infrastruktury. W położonym kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Almerii Las Negras można się rozkoszować szelestem ręcznie szytych ubrań z pobliskiego sklepu, popijać niezobowiązująco piwo, a wzrok skierować na białe żagle na tle morskiego ciemno-błękitu.
Półtoragodzinna wycieczka w pobliskie góry dostarcza jeszcze mocniejszych wrażeń. W opuszczonej rybackiej wiosce powstała prawdziwa anarchistyczna komuna. Można tu podziwiać domki złożone z kilku głazów i paneli słonecznych, popatrzeć na cień palmy nad ogrodem warzywnym i wrócić motorówką lub pieszo na łono białych domów, ręcznie szytych ubrań i olbrzymich kotów przeciskających się przez wąskie uliczki.
Po wyczerpującej wycieczce proponujemy relaks przy lekturze tekstów o kooperatywie wiejskiej, gdzie, jak napisał portal kapitalizm.org, „udało się zrobić komunizm”. Mieszkańcy Marinaledy (ok. 100 km na wschód od Sewilli) okupowali leżące odłogiem ziemię książęce tak długo, aż oddano im całe 1200 hektarów. Na zajętych terenach uprawia się m.in. karczochy, paprykę i brokuły, każdy mieszkaniec ma zapewnioną pracę w spółdzielni, półdarmowe mieszkania z materiałów dostarczonych przez andaluzyjski samorząd (ściślej mówiąc, trzeba przy ich budowie pracować przez 450 dni, ale kto by traktował wymianę barterowa jako jedną z form obrotu rynkowego) i wynagrodzenie w wysokości 1126 euro miesięcznie.
To tyle, jeżeli chodzi o fakty, ciąg dalszy można sobie bez trudu wyobrazić. Wersja prawicowa: anachroniczny pomysł z „minionej epoki” (z której? – zapytałby dociekliwy czytelnik? Rządów generała Franco?), Marinaleda musi odejść. Wersja lewicowa: olbrzymie zdjęcia burmistrzowskiej arafatki z włodarzem miasta w tle, wskazane śródtytuły ¡No pasarán! względnie ¡El pueblo unido, jamás será vencido! Co wybierasz: patetyczne okrzyki czy paternalistyczne poklepywanie po plecach? Innej drogi nie ma.
Za przykład może posłużyć historia Jerome’a Mintza, amerykańskiego antropologa, który w 1963 r. osiedlił się w miejscowości Casas Viejas. Miejscowym wydawał się sympatycznym, acz nieco dziwnym człowiekiem – zadawał mnóstwo pytań. „Nie wiem”, „Nie było mnie wtedy w domu”, „Nie pamiętam, jak się nazywali” – takie początkowo uzyskiwał odpowiedzi. Rekonstrukcja tragicznych wydarzeń z 1933 roku, kiedy to wojsko dowodzone przez porucznika Rioja spaliło żywcem miejscowych przywódców libertariańsko-komunistycznego powstania, zajęła mu 3 lata. „Grałem wtedy w piłkę w pobliżu…”, „Brat był wśród zatrzymanych”, „Czuć było zapach spalonego mięsa”.
W końcu doszło do wyznania: „Pamiętam to jak dzisiaj. Słuchaj, powiem ci w końcu jak było naprawdę, byłem jednym z przywódców ruchu”. Wszystkie te historie Mintz umieści w wydanej w 1983 książce „The anarchists of Casas Viejas”. Towarzyszyć im będą suche zeznania wojskowych, zaczerpnięte z oficjalnej dokumentacji zdarzeń: („Byliśmy zmęczeni po 48 godzinach marszu, przyszedł rozkaz szybkiego stłumienia zdarzeń”) i odniesienia do sięgającej drugiej połowy XIX wieku historii anarchizmu w nieznającej rewolucji przemysłowej południowej Hiszpanii, „gdzie Bakunin był bardziej popularny niż Marks”.
Zdarzenia z roku 1933 były początkiem tragedii. Wkrótce miała wybuchnąć wojna, wobec której część mieszkańców dokona szybkich wyliczeń opartych o rachunek prawdopodobieństwa. Częste będą efektowne transgresje – miejscowy nauczyciel, zdeklarowany socjalista, krótko po wkroczeniu wojsk Franco nosi koszulę z symbolem Falangi. Część mieszkańców Casas Viejas pójdzie w ślady nauczyciela, część pójdzie za Republiką. Część pójdzie po śmierć, inni zmuszeni zostaną do grzebania zwłok sąsiadów. „Ojciec potem nie mógł jeść przez 8 dni” – wspomina jeden z rozmówców Mintza. Szczegółowa dokumentacja jest pozbawiona patosu i paternalistycznych uwag.
Opis detaliczny do bólu – oceni Rachel Patrick Conover, recenzentka „Cultural Analysis”. Większość zainteresowanych wydarzeniami w regionie nie pokusiła się o rozmowę z mieszkańcami. Ten błąd popełnił m.in. marksistowski historyk Eric Hobsbawm, który w oparciu o niesprawdzone informacje z niezaangażowanego w ruch 70-latka uczynił „charyzmatycznego lidera”, dopasowując fakty do przyjętych uprzednio założeń teoretycznych.
Uczestniczący w wydarzeniach czynnik ludzki jest dla nich zbyt nieprzewidywalny i zbyt kosztowny – wygodniej jest pisać rewolucyjne poematy z daleka od prozy rewolucyjnej rzeczywistości i codziennych „kooperatywowych” sporów o celowość wydania wspólnych pieniędzy na lekarza, z którego nie wszyscy będą korzystali z jednakową częstotliwością. Dobrzy oburzeni to teoretyczni oburzeni – tacy nie kłócą się, nie mają wad, nie mówią brzydko, śpiewają w jednym chórze i dobrze wychodzą na fotografiach w sepii. Lepiej trzymać się od protestujących z daleka, niezależnie od tego, czy okupują szkołę, czy idą w manifestacji. Zrobić zdjęcia z bezpiecznej odległości, przerobić na komiks i umieścić w dymkach frazesy o wzniosłych ideałach. Tak będzie też korzystniej – fakty mówią same za siebie. Po marksiście Hobsbawmie i innych teoretykach ruchów anarchistycznych został rozgłos, po Mintzu skrawki informacji w internecie i 23 kilogramy dokumentacji (obejmującej nagrania, notatki i filmy).
O nieprzystawalności pomysłów Mintza do rzeczywistości świadczyć może próba zmierzenia ich dzisiejszymi kryteriami konkursów dla młodych naukowców. Jako organizatorom, zależy nam na wysokiej jakości produkcji, dlatego też starannie selekcjonujemy rozpoczynających karierę. Mile widziane osoby w wieku do 35 lat, posiadające publikacje w uznanych periodykach naukowych lub autorstwo monografii anglojęzycznej. Projekt nie musi mieć bezpośredniego znaczenia praktycznego, ale mile widziane, jeżeli autor napisze, jakie znaczenie wyniki będą miały dla rozwoju nauki i biznesu, władz lokalnych i rozwoju przedsiębiorczości. Suszyć, skruszyć, zmielić, zważyć, niech pomysły mienią się osobomiesiącami.
Dlatego też z ubolewaniem zmuszeni byliśmy odrzucić wniosek pana Jerome’a Mintza, który nie posiadając publikacji w uznanych periodykach, postanowił zainteresować się problematyką ruchu anarchosyndykalistycznego w Hiszpanii. Zbyt długi był czas realizacji projektu: trzy lata badań w terenie. Autor nie sprecyzował, kiedy uzyska pierwszy wywiad, nie umiał określić, ile czasu zajmie mu zdobycie zaufania mieszkańców Casas Viejas, nie wycenił wartości tego etapu, nie przeliczył na odpowiednią walutę. Przedstawione wyniki badań są niejasne, nie da się na ich podstawie opracować praktycznych wskazówek dla samorządu lokalnego i przedsiębiorców. Zbyt bliskie relacje badacza z obiektem badania grożą utratą obiektywizmu i uzyskaniem niemierzalnych wyników. Klasyfikacja wniosku: niezakwalifikowany do finansowania.
Przeszedł za to projekt opracowujący badania marketingowe dla czterogwiazdkowego hotelu o nazwie „Utopia”, który stoi obecnie w Casas Viejas w miejscu spalonej chaty. Uzasadnienie: projekt w ciekawy i innowacyjny sposób przedstawia projekt zbadania postaw konsumenckich wobec pakietu „weekend w Utopii plus pobyt na polu golfowym”.
Agata Młodawska
przez Karol Trammer | piątek 13 stycznia 2012 | opinie
Media – zajęte informowaniem, że nowy rozkład wszedł życie „zgodnie z planem” i ruch pociągów odbywa się „bez zakłóceń” – zapomniały dodać, iż zmiana rozkładu oznaczała całkowitą likwidację pociągów regionalnych na 257 kilometrach linii kolejowych.
Wieczór 11 grudnia 2011 r., dzień wejścia w życie nowego rozkładu jazdy pociągów. Prowadząca główne wydanie „Wiadomości” TVP Małgorzata Wyszyńska stwierdza: „Może trudno w to uwierzyć, ale tym razem zmiana rozkładu jazdy kolei nie sprawiła praktycznie żadnych problemów”.
Słowa dziennikarki szybko potwierdzili przypadkowi pasażerowie. „Bez problemu”, „żadnych problemów i żadnych zastrzeżeń” – przede wszystkim takie wypowiedzi na temat nowego rozkładu jazdy przebiły się w sondzie „Wiadomości” przeprowadzonej na dworcu Poznań Główny.
Pozytywny obraz zmiany rozkładu jazdy zaprezentowały nie tylko media publiczne. „Chaosu na kolei nie było” i „pasażerowie bez problemów odnaleźli się w nowej kolejowej rzeczywistości” – donosiło Radio Zet, a „Rzeczpospolita” pisała, że przy zmianie rozkładu „nie było chaosu i paniki”, a „sytuację monitorował specjalny zespół powołany przez ministra transportu”.
Bez zakłóceń
To, że przekaz medialny na temat ostatniej zmiany rozkładu jazdy pociągów był wyjątkowo pozytywny, potwierdza Instytut Monitorowania Mediów, który zbadał 494 materiały zawierające frazę „nowy rozkład PKP”, jakie ukazały się w ciągu pierwszych 36 godz. obowiązywania rozkładu jazdy pociągów 2011/2012. Jak wynika z badania instytutu, media – opisując zmianę rozkładu – zasadniczo używały stwierdzeń „bez utrudnień”, „zgodnie z planem” oraz „bez problemów”. Najczęściej – bo aż 176 razy – w analizowanych materiałach medialnych padła fraza „bez zakłóceń”.
Co istotne, stwierdzenia „bez zakłóceń” – które bardzo szybko opanowało media – jako pierwszy użył Sławomir Nowak, minister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej. Nowak – umieszczając w niedzielny poranek na swoim profilu w portalu społecznościowym Twitter wpis „Pierwsze 6 godz. nowego rozkładu jazdy bez zakłóceń” – nadał ton przekazom medialnym.
Jak czytamy w raporcie Instytutu Monitorowania Mediów, „minister Nowak był tego dnia gwiazdą PKP – pojawił się w 40% przekazów na temat zmiany rozkładu jazdy, z czego w 70% przypadków zacytowano jego wypowiedzi właśnie z Twittera”.
Nie odnotowano istotnych utrudnień
Równolegle z dużą skutecznością zadziałały służby prasowe Grupy PKP, które przez cały pierwszy dzień obowiązywania nowego rozkładu jazdy regularnie rozsyłały do mediów e-maile informujące o sytuacji na sieci kolejowej.
Z otrzymywanych co 2-3 godz. e-maili dziennikarze „obsługujący” zmianę rozkładu jazdy dowiadywali się, że „dyspozytura Główna Centrum Zarządzania Ruchem Kolejowym nie odnotowała istotnych utrudnień”, „nad sprawnym wprowadzeniem rozkładu jazdy czuwa Zespół Monitorujący Grupy PKP”, a „95% wszystkich pociągów kursujących dzisiaj w Polsce dojechało do celu zgodnie z planem”.
Pierwszego dnia obowiązywania nowego rozkładu jazdy uruchomiono 3113 pociągów pasażerskich. 95-procentowa punktualność oznacza więc, że 156 pociągów dotarło do stacji docelowych z opóźnieniem. Tymczasem z komunikatów rozsyłanych przez służby prasowe Grupy PKP można było dowiedzieć się o zaledwie czterech zakłóceniach w ruchu. Nawiasem mówiąc, w wydawanym przez spółki Grupy PKP tygodniku „Kurier Kolejowy” w tekście „Nowy rozkład jazdy zgodnie z planem” napisano o „pojedynczych incydentach”.
Jednym z pojedynczych incydentów było 70-minutowe opóźnienie pociągu EuroNight „Jan Kiepura” z Amsterdamu. W komunikacie natychmiast jednak zapewniono, że „w Poznaniu pociąg zmniejszył opóźnienie do 40 minut” i dodano jeszcze, iż „opóźnienie to nie ma związku z wprowadzeniem nowego rozkładu jazdy, ani działaniem kolei na terenie Polski”.
Zgodnie z planem
Poranny wpis ministra Sławomira Nowaka w portalu Twitter oraz komunikaty służb prasowych Grupy PKP naprowadziły dziennikarzy na patrzenie na zmianę rozkładu jazdy poprzez pryzmat opóźnień i innych zakłóceń w ruchu pociągów. W efekcie media – zajęte relacjonowaniem, że nowy rozkład wszedł życie „zgodnie z planem” i ruch pociągów odbywa się „bez zakłóceń” – co najwyżej prześlizgiwały się po temacie zmian w ofercie przewozowej: zmieniającej się sieci połączeń i zmieniających się czasach przejazdu.
Nie sposób więc było dowiedzieć się z mediów, że na wielu trasach wciąż wydłużają się czasy podróżowania koleją. Przykładowo, wraz z wejściem w życie nowego rozkładu czas przejazdu z Przemyśla do Szczecina wydłużył się o ponad dwie godziny (z 14 godz. 23 min. do 16 godz. 27 min.)!
Trudno było w mediach znaleźć informację, że wraz z wejściem nowego rozkładu jazdy do długiej listy kurortów pozbawionych połączenia kolejowego (m.in. Busko-Zdrój, Duszniki-Zdrój, Karpacz, Kudowa-Zdrój, Lądek-Zdrój, Mikołajki, Mrągowo, Polanica-Zdrój, Połczyn-Zdrój, Świeradów-Zdrój) dołączyły kolejne dwa miasta: Ciechocinek i Darłowo.
Ostatnia zmiana rozkładu jazdy oznaczała likwidację pociągów regionalnych na 257 km linii kolejowych. To dokładnie jedna czwarta poziomu największej w historii polskiej kolei fali zawieszeń z kwietnia 2000 r., kiedy pociągi wycofano z 1028 km linii kolejowych.
W grudniu 2011 r., wraz z wejściem nowego rozkładu jazdy, pociągi regionalne zniknęły z następujących odcinków: Sławno – Darłowo, Ciechocinek – Aleksandrów Kujawski, Inowrocław – Babiak, Jarocin – Kąkolewo, Leszno – Głogów, Tarnowskie Góry – Zawadzkie i Lwówek Śląski – Zebrzydowa. Ponadto zlikwidowany został ruch na kolejowym przejściu granicznym Czeremcha – Vysokolitovsk na granicy polsko-białoruskiej. Telewizja, radio i prasa wszystko to jednak przemilczały.
Spokojne przejście
Z okazji wejścia w życie nowego rozkładu jazdy media zaserwowały opinii publicznej dzień dobrych wiadomości. Dziennikarze – czerpiąc z komunikatów prasowych Grupy PKP i wpisów ministra w internecie – skupiali się na tym, że kolej kursuje zgodnie z rozkładem jazdy, jednocześnie nie wspominając, że na wielu trasach pociągi jeżdżą coraz wolniej albo… wcale. Niespodziewanie jednym głosem przemówiły różne media: telewizja publiczna („Zmiana rozkładu jazdy kolei nie sprawiła praktycznie żadnych problemów”), często krytyczny wobec rządu dziennik „Rzeczpospolita” („Zmiana rozkładu PKP bez chaosu i opóźnień”), jak i wydawany przez spółki Grupy PKP „Kurier Kolejowy” („Nowy rozkład jazdy zgodnie z planem”).
Tę optymistyczną jednomyślność mediów docenił minister Sławomir Nowak, przekazując dziennikarzom słowa uznania: „Dziękuję mediom za pomoc w informowaniu ludzi o zmianach w rozkładzie jazdy. Spokojne przejście przez zmianę to norma, a nie nadzwyczajna sytuacja” – napisał minister transportu na portalu Twitter, gdy pierwszy dzień obowiązywania nowego rozkładu jazdy dobiegał końca.
Karol Trammer
Tekst pierwotnie ukazał się w dwumiesięczniku „Z Biegiem Szyn”, nr 57, styczeń-luty 2012; http://www.zbs.net.pl
Warning: Undefined array key "extension" in /home/klient.dhosting.pl/macmas/obywatel3.macmas.pl/public_html/wp-content/themes/Divi/epanel/custom_functions.php on line 1479
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 6 stycznia 2012 | opinie
Nigdy nie zapomnę materiału telewizyjnego, przygotowanego przez jedną z wiodących prywatnych stacji, gdy otwarto słynny już peron we Włoszczowej. Szczególnie utkwiła mi w głowie scena, gdy zapytano o zdanie mieszkańców. Dziwnym trafem, jako grupę reprezentatywną wybrano kilku panów zmęczonych życiem, słabo mówiących w ojczystym języku i wyraźnie podlanych alkoholem. Było to jak mrugnięcie okiem do odbiorcy: patrzcie, dla takich osobników marnuje się pieniądze podatnika.
W zmasakrowanym przez bogoojczyźniane deklamacje wierszu „Przesłanie Pana Cogito” poeta zapisał gwałtowne słowa: „niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda / dla szpiclów katów tchórzy – oni wygrają”. Przyznam, że do katalogu tych nieprzyjemnych person dodałbym jeszcze – przykładowo – wykonawców i zamawiających wzmiankowany wyżej materiał „informacyjny”. I całe rzesze im podobnych pomagierów, piewców i pożytecznych idiotów w służbie realnego liberalizmu.
To są rzeczy powszechnie znane, ale warto o nich czasem przypomnieć: jeśli chcecie poczytać lub obejrzeć film o losach ofiar transformacji, np. z popegeerowskiej wsi, dostaniecie z reguły w zestawie obskurny sklep, a przed nim paru leniwych i roszczeniowych pijaków, płaczących rzęsiście za Gierkiem (nie wiedzą, że w dobrym tonie jest płakać ewentualnie po Wilczku). Będą to typy budzące politowanie i praktycznie pozbawione cech osobowościowych. Nawet ustawieni na pierwszym planie byli chłoporobotnicy, czyli „pańszczyźniani”, muszą sprawiać wrażenie statystów (uwielbiam, gdy słowo „pańszczyźniani” z uroczą kon-liberalną wyższością wymawiają czytelnicy i epigoni redaktora Ziemkiewicza, każdy jak wiadomo pan z panów i magnat z magnatów).
Bo, w gruncie rzeczy, w porządku ideologicznym i społeczno-ekonomicznym III RP nieudane dzieci transformacji są wyłącznie szarą masą, nawozem pod nowy, wspaniały świat. Gdzie drwa rąbią, wióry lecą, konieczne koszta transformacji, itd., itp.; liczy się ekonomia, elastyczność, e-zdolności, ewentualnie znajomości. Może te ostatnie najbardziej. A jakimi znajomościami może dysponować były pracownik PGR, z organizmem zniszczonym wieloletnią harówką dla Polski Ludowej? Teraz nieszczęsny w wójcie swojej gminy ledwie rozpozna dawnego towarzysza sekretarza, który kocha(ł) tamtą i tę Polskę: miłością trochę może szorstką, w pewnych kręgach nazywaną brzydko pieprzeniem. Jakie znajomości może mieć były szeregowy członek „Solidarności”, dziś pechowo rencista? Pod baldachimem obnoszą proboszcza dawni partyjniacy i lokalni „liderzy opozycji”, on stoi w kościele daleko z tyłu. No i dobrze, przynajmniej jest jak w Ewangelii. Jakie znajomości może mieć szwaczka z Łodzi, zatrudniana „z łaski” na czarno, samotnie wychowująca dwójkę, trójkę dzieci? Pech, ma tylko podniszczone mieszkanie w zabiedzonej kamienicy, a w nim kolorowy telewizor. Na szczęście są jeszcze polskie seriale. Kochamy polskie seriale – to dzisiejsze opium dla ludu.
A właśnie, co do „koniecznych kosztów transformacji”: dziwnym trafem ponieśli je nie architekci owego procesu, lecz rzesze kobiet i mężczyzn (na kogo wypadnie, na tego bęc!). Otóż te rzesze muszą być szare, sformatowane, niezbyt widoczne i nie nazbyt wyraziste, bo gdyby ci ludzie mieli swoje twarze, własne życiorysy, ludzkie przeżycia, aspiracje, tęsknoty, dramaty i namiętności – rozerwaliby linię i melodię transformacyjnej kołysanki; mantry, usypiającej społeczne sumienie. To muszą być „nierobotni popegeerowcy”, zniszczeni ludzie z Włoszczowej, w domyśle śmierdzące lenie i nieroby, życiowe niedojdy i patałachy – zupełnie inny gatunek człowieka, niż biznesmeni o szerokich karkach (mdliło mnie na ich widok w latach 90.), panowie publicyści kręcący nosami na miejską komunikację („Boże, jak tam śmierdzi!” – bo śmierdzi im ta masa człekokształtna, albo polakopodobna, albo nieeuropejska), pretensjonalne damulki od charytatywy-recydywy i synkowie i córuchny beneficjentów transformacji, po rodzicach dziedziczący zwykle pogardę do państwa i zdolność żerowania na nim – da się przecież jeszcze coś wydoić z tej wychudłej krowy mlecznej rasy biało-czerwonej, nazywanej Polską.
I jak ma mnie nie opuszczać moja siostra pogarda, gdy na co dzień i od święta widzę to rozpanoszone towarzystwo, bucowate i zadowolone z siebie, przekonujące (nie tylko) z wiodących gazet i telewizji, że najlepszym remedium na nędzę prywatyzacji jest jeszcze więcej prywatyzacji, że liczy się jedynie osobista korzyść i sukces, albo że lewicowość jest akceptowalna, gdy kolorowa i bez jaj, a Polska to i owszem, ale pod warunkiem, że w pakiecie weźmiesz „Solidarność”, lecz z Akcji Wyborczej, wolny rynek, miłość do Margaret Thatcher i uroczy slogan przyjemniaczków tnących gałąź, na której siedzą: „Donald, gdzie są niskie podatki, koleżko?”. Jak to gdzie są? Tam, gdzie być powinny, czyli w kieszeni bossów, u których robicie za pożytecznych idiotów.
Jak ma mnie opuścić moja siostra pogarda, gdy jedyną odpowiedzią na skrzek rzeczywistości jest bicie w bogoojczyźniane tam-tamy (prędzej niebo spadnie nam na głowę, niż zmienią Polskę na lepsze ronda i ulice Jana Pawła II i „Solidarności”), albo „tout va bien”, wyśpiewywane przez medialnych dandysów za odpowiednio gruby szmal. Jak nie odczuwać pogardy wobec powszechnych praktyk budowania coraz wyższych murów milczenia wokół wszystkiego, co wypada poza obraz Polski, sformatowanej pod interesy oligarchów i polityków?
Przed świętami do furtki zadzwonił mężczyzna w średnim wieku. Zapytał o złom, zostawił wizytówkę: „Zbyszek. Wywóz ZŁOMU, sprzątanie piwnic i strychów”. Wysoki, solidnie zbudowany mężczyzna. Pomyślałem, jak dobrze byłoby opisać jego historię i filozofię życia. Czy zbieraniem złomu zarabia na rodzinę? Na chleb i mleko dla dzieci? Na alkohol i papierosy? Na jedno i drugie? Gdzie mieszka? Ile zarabia? Na co wydaje pieniądze? Czy jeździ na wakacje? Jaki ma zawód wyuczony? Kim jest?
Oczywiście, pana Zbyszka nikt nie zaprosi na galę small biznesu. Podobnie wałbrzyskich biedaszybników. A to przecież tacy właśnie ludzie radzą sobie jak potrafią w polskiej rzeczywistości, wypychani na margines, oficjalnie nieobecni. Bo nie pasują ani do współczesnej propagandy sukcesu, ani do „stylu życia”, wedle którego nawet ubogi absolwent prywatnej uczelni, z taką sobie znajomością języka obcego, powinien starać się o pracę – bo ja wiem – marketingowca, pracownika mediów, handlowca. I w tanim garniturze, oblepiony potem i wymuszoną przebojowością sprzedawać ludziom polisy na życie, albo na godny pogrzeb. I patrzeć z góry na pana Zbyszka, taszczącego z kolegą z czyjejś piwnicy stary, zakamieniony i zardzewiały bojler.
W najgorszym razie taki absolwent prywatnej uczelni może podawać frytki w MacDonaldzie, tam zaczynając karierę od „pucybuta do milionera”. A jeśli pechowo nie zostanie milionerem? To załapie się może na zarobki w okolicach dwóch tysięcy z hakiem i szczęśliwy założy rodzinę. Albo wyjedzie lub zasili szereg „niewidzialnych Polaków”. Wtedy jego dzieci będą dostawać „szlachetną paczkę” na Boże Narodzenie i oglądać w telewizji tłustego Santa Clausa z reklamy wiodącego napoju gazowanego: jowialnego i dobrodusznego jak wszystkie dobrodziejstwa realnego liberalizmu razem wzięte. I będą klaskać w łapki Santa Clausowi, nie wiedząc, że robią to ku czci potwora. Tak to już bywa nie tylko w horrorach. A może któregoś pięknego dnia, gdy już nasz absolwent lekko posiwieje, podejdzie na ulicy do podstarzałego już pana Zbyszka i zapyta, czy nie mógłby mu pomóc pchać wózka ze złomem. Bo PKB, owszem, wciąż rośnie, ale akurat jego nie stać na lekarstwa dla żony, która właśnie ciężko zachorowała, z pewnością wskutek programowego nieróbstwa i objadania się cukierkami, jak to zwykle wedle liberałów chorują ludzie biedni.
Oczywiście, ktoś powie, że całą tę historię wyssałem sobie z palca. Cóż, nie da się ukryć, że prawdziwy jest tylko pan Zbyszek i jego wizytówka w moim portfelu. Bo przecież – w rzeczywistości – PKB rośnie, ten milion, co wyjechał na emigrację zarobkową, to tylko tak dla hecy, rozwarstwienie wcale nie wzrasta, biednych nie widać w galeriach handlowych (a jeśli już to są to pijacy, a każdy pijak to menel i złodziej), ani na zamkniętych osiedlach, a pani zza lady w spożywczaku zawsze jest uśmiechnięta. Któraś już z rzędu pani: bo uśmiech zostaje, zmieniają się tylko jego – że tak to nazwę – nosicielki. Cóż, takie czasy, nic nie poradzimy, że ładny uśmiech ważniejszy dziś od człowieka.
A gdy tak mnie męczy moja siostra pogarda i ten uśmiech realnego liberalizmu, biorę do ręki wizytówkę pana Zbyszka i mimo wszystko raźniej robi mi się na duszy. Bo ta wizytówka jest jak kawałek rzeczywistości, rozsadzający śpiewną transformacyjną kołysankę.
Krzysztof Wołodźko