przez Joanna Duda-Gwiazda | niedziela 24 lutego 2013 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Odnoszę wrażenie, że przybywa ludzi w kiepskiej kondycji psychicznej. Bez wyraźnego powodu osobistego są niespokojni, nawet zrozpaczeni. Mówią, że martwią się o Polskę, o to, czy przetrwa, o przyszłość młodzieży. Na ulicach, w tramwaju nie słychać śmiechu, swobodnych pogaduszek o zabawnych sytuacjach. Młodzież jest smutna, a im młodsze dzieci, tym gorzej. Nauczycielka ze szkoły podstawowej mówi, że dzieci „mają coś z głową”: Nie reagują na obraz i dźwięk, zderzają się z kolegami na korytarzu, nie odpowiadają na pytania. Podobno marihuana spowalnia i otumania, ale te dzieci nie są narkomanami.
Są to moje prywatne spostrzeżenia. Nie wiem, co na ten temat sądzą psychiatrzy i psychologowie. Szczęśliwe, przyjazne osoby zaludniają głównie reklamy i głupawe filmy. Spontaniczny entuzjazm wyraża się w podskakiwaniu na imprezach. Ceniona jest przebojowość, asertywność, skuteczność. Delikatny szantaż jest powszechny, nawet w rozmowach prywatnych lub dotyczących działalności publicznej. Wszyscy nauczyli się manipulować, co wielką sztuką nie jest, skoro nawet dzieci w przedszkolu to potrafią. Opinia, że ludzie honorowi nie uciekają się do manipulacji, należy do epoki dinozaurów. Amnezja jest zdumiewająca. Liczy się tu i teraz, ale przewidywanie przyszłości też nie jest mocną stroną osób nowoczesnych, nawet wykształconych, inteligentnych, z wielkich miast. Kryzys spowodował, że coraz więcej ludzi wraca do rzeczywistości, co z kolei powoduje przygnębienie, ponieważ zaczynają oni dostrzegać patologie i problemy, których wcześniej nie widzieli.
Można odnieść wrażenie, że wszyscy żyjemy w jakimś wymyślonym świecie. Wciąż nie mogę znaleźć wspólnego mianownika dla tak różnych i sprzecznych postaw i zachowań. Proste wytłumaczenie, że przyczyną jest komercjalizacja relacji i apoteoza indywidualnego egoizmu, nie wyjaśnia wszystkiego. Może przyczynkiem do zrozumienia stanu ducha Polaków będzie krótka historia polskiej transformacji, która zaczęła się od szoku i przerażenia 13 grudnia 1981 roku. „Szok i przerażenie” to nazwa amerykańskiej operacji w wojnie z Irakiem. Nie jest to nowy wynalazek. Z powodzeniem stosowali go Hitler, Stalin i wszyscy okrutni dyktatorzy.
Taktyka zwycięzców jest zawsze taka sama. Po wygraniu wojny i stłumieniu ognisk oporu zwycięzca okazuje pokonanym łaskawość. Wyciąga rękę do zgody: „Nie wracajmy do przeszłości, razem budujmy przyszłość”. Warunkiem jest akceptacja nowego porządku, a przede wszystkim respektowanie prawa do zachowania łupów wojennych. Zawsze zostają jacyś ostatni Mohikanie, ale można ich po cichu wykończyć. Następuje etap stabilizacji. Władzę obejmują kolaboranci reklamowani jako zbawcy narodu, którzy zakończyli krwawy konflikt. Polacy po umocowaniu nowej władzy przy pomocy Armii Czerwonej i NKWD odbudowali Warszawę, elektryfikowali wieś. Irakijczycy po przegranej wojnie odbudowują wodociągi, zbierają skorupy z rozbitego i ograbionego muzeum.
Odium zdrady, poczucie krzywdy jeszcze długo kołaczą się w świadomości zbiorowej, ale z upływem czasu pamięć się zaciera. Historię piszą zwycięzcy. Zaczyna się propaganda demokracji i państwa prawa. Surowo potępiane są przemoc, anarchia, roszczenia, resentymenty, nacjonalizm, emocje. Pokonani mają siedzieć cicho i nie wtrącać się do rządzenia krajem. Ten, kto wygrał, dowiódł, że jest mądrzejszy.
Wojnę jaruzelsko-polską formalnie i symbolicznie zakończyło porozumienie „okrągłego stołu” i wybór Jaruzelskiego na prezydenta. Parlamentarzyści reprezentujący zbuntowany naród fotografowali się ze swoim wodzem, kolaborantem Wałęsą, i okazywali zwycięskiemu generałowi szacunek należny prezydentowi. Był to klasyczny akt kapitulacji, ale wojna trwała nadal, nawet się nasiliła. Dopiero po „okrągłym stole” pod hasłem prywatyzacji odebrano ludziom miejsca pracy, a pod hasłem przebaczenia utajniono agenturę, aby nikt nie zakłócił konsumpcji łupów wojennych. Zawsze, jak w balladzie, chodzi o wór pierniczków, a pierniczków w gospodarce PRL, budowanej przez pracowitych, utalentowanych i dobrze wykształconych Polaków, nazbierało się sporo.
Naród podzielił się na beneficjentów kapitulacji i ludzi pracy, którym zniszczono jedyne źródło utrzymania i przy pomocy hiperinflacji odebrano oszczędności. Paradoksalnie antykomuniści przyczynili się do pacyfikacji świata pracy, potępiali każdą wzmiankę o osiągnięciach polskiej gospodarki w czasach PRL lub dobrych wyrobach polskiego przemysłu. Pamiętam takie powiedzenie: „Tam, gdzie komuch postawi stopę, nawet trawa nie rośnie”. Polskich robotników, inżynierów, rolników, rybaków, górników, kolejarzy, pielęgniarki i nauczycieli polska prawica oskarżyła o przywiązanie do marksizmu, czyli do państwa opiekuńczego, w najlepszym razie o lenistwo i zacofanie. Z kolei Kościół zalecał utajnienie agentury i bezwarunkowe przebaczenie zdrady. „Nie wracajmy do przeszłości, nie rozliczajmy” – słychać było ze wszystkich stron. Homo sovieticus – karcił nas ksiądz Tischner, dolina nicości – pisał Wildstein. Podobno interes gospodarki wymagał zniszczenia gospodarki komunistycznej i zwiększenia, a nie zmniejszenia wyzysku.
Już pole bitwy po wojnie jaruzelsko-polskiej było posprzątane, gdy historycy Cenckiewicz i Gontarczyk ujawnili kulisy współpracy Wałęsy z bezpieką, ksiądz Zaleski wywołał problem agentury w Kościele, a tzw. lista Wildsteina uświadomiła rozmiary problemu.
Opinię publiczną uspokoiło zapewnienie Episkopatu, że przeprowadzi lustrację. Wszystkie partie polityczne (z wyjątkiem SLD) wyraziły zgodę na opublikowanie akt bezpieki, uzgodniły dobry, prosty projekt, sejm przegłosował. Niewiele z tego wynikło, ponieważ PiS w ostatniej chwili się wycofał. Być może na decyzję PiS-u wpływ miało żądanie wpływowych kół świata zachodniego, aby zrezygnować z ujawniania agentury. Prawdopodobnie najcenniejsi agenci bloku komunistycznego już od dawna mają innych mocodawców. Wróciły oświadczenia lustracyjne, co wywołało wielką awanturę i jawny rokosz elit, ale w opinii publicznej kwestia lustracji została załatwiona.
Pozostał problem Wałęsy. Naród uwielbiający wodza poczuł się oszukany, nie mógł pogodzić się ze zdradą. Jakimś rozwiązaniem może być zakończenie konfliktu między Wałęsą i Wyszkowskim, ponieważ Krzysztofa stać na empatię wobec człowieka, który pobłądził. Naród odetchnie z ulgą. Jeśli Wyszkowski, pierwszy rycerz w walce o prawdę, przebaczył swemu prześladowcy, to my też odpuśćmy.
Kiedy władza, nie bez trudności i nie do końca, ale skutecznie uporała się ze zbuntowanym, nastąpił wypadek przy pracy – błąd propagandowy po katastrofie w Smoleńsku. Elity, nie wyłączając Wałęsy, jawnie demonstrowały radość, że prezydent kompromitujący Polskę zginął na własne życzenie. Komunistom też zdarzały się takie wpadki spowodowane zatruciem własną propagandą. Tego pęknięcia nie da się już zaklajstrować. Rząd posunął się za daleko w kłamstwach, lizusostwie wobec Putina, w arogancji wobec ludzi, którzy stawiają niewygodne pytania lub „za długo” pamiętają o ofiarach. Nieudolna agitka przygotowana przez National Geographic jako obiektywny głos z Zachodu tylko dolała oliwy do ognia. Oszołomy nie przestraszyły się ataków chuliganów, tajemniczych samobójstw, wojny z Rosją, represjonowania niezależnych dziennikarzy.
Wojna jaruzelsko-polska jeszcze się nie skończyła, kiedy kryzys uświadomił Polakom, że poleganie na dobrych radach rzekomo mądrzejszego Zachodu było naiwnością. Trzeba było reformować gospodarkę zgodnie z interesami polskiego państwa i polskich pracowników. Stało się inaczej, ponieważ w kluczowym okresie polskiej transformacji społeczeństwo akceptowało szokową terapię. Celem doktryny szoku jest ekspansja kapitalizmu korporacyjnego. Utopią jest oczekiwanie na wygaśnięcie konfliktów, pokój społeczny, poczucie bezpieczeństwa, dobrobyt.
W klasycznym wykonaniu terapia szokowa składa się z dwóch etapów. Celem pierwszego jest „biała kartka”, czyli wymazanie pamięci, złamanie psychiki człowieka i integralności tradycyjnego społeczeństwa. Na drugim etapie zapisuje się „białą kartkę”, czyli programuje nowego człowieka i posłuszne społeczeństwo. Eksperymenty prowadzone w USA zakończyły się totalną katastrofą. Tortury i lęk wymazują pamięć, ale na białej kartce nie udaje się już nic sensownego zapisać. Mimo to entuzjaści nowej utopii nie ustają w wysiłkach, ponieważ stosowanie doktryny szoku przynosi im konkretne, wymierne korzyści. Friedmaniści wykorzystują każdy kryzys lub naturalną katastrofę, aby opanować następne obszary. Kombinacja polityki przemocy fizycznej i ekonomicznej, manipulacji i szantażu zapewnia poziom lęku wystarczający do obezwładnienia społeczeństw. Kiedy poziom lęku opada, odbudowuje się solidarność, zaufanie, odradza się duch walki. W tym widzę nadzieję na przyszłość. Wojna jeszcze się nie skończyła.
przez Łukasz Stec | niedziela 17 lutego 2013 | opinie
Zawsze miałem problem z zakupem butów. Nie dlatego, że z moimi stopami było coś nie tak. Wręcz przeciwnie. Pamiętam jeszcze ze szkoły podstawowej, że jako jedna z dwóch osób w całej klasie nie miałem płaskostopia czy półpłaskostopia. Byłem w zdecydowanej mniejszości. Zauważyli to chyba producenci obuwia, którzy niemal wszystkie buty dostosowują obecnie do stóp z przynajmniej częściowym płaskostopiem, przez co to ja, posiadający zdrowe stopy, powinienem nosić wkładki ortopedyczne. Mam wrażenie, że sytuacja jest analogiczna do tego, jak w Polsce czują się osoby, które potrafiły właściwie odczytać pewne kody kulturowe.
Gdy przed dekadą w jednej ze stacji telewizyjnych pojawił się program Kuby Wojewódzkiego, zachowanie showmana wywoływało żywą dyskusję. Konwencja przyjęta w programie przez jednych była uznawana za wyraz upadku kultury mediów, dla innych stanowiła dowód wysokiej inteligencji prowadzącego, jeszcze inni uznawali ją za typową popkulturową wydmuszkę, postmodernistyczną zabawę, w której brać udział powinno się po uprzednim dodaniu cudzysłowu do wszystkiego, co zostanie powiedziane. Znamienne jest, że niemal w tym samym czasie w demokratycznych wyborach bardzo dobry wynik uzyskała Samoobrona, wprowadzając do debaty publicznej całkiem nowy dyskurs i nowy język, który z początku uznany został za przekroczenie pewnej granicy (Jerzy Buzek: „Nie będziemy rozmawiać na tym poziomie”).
Z czasem jednak ów poziom stał się standardem w politycznej debacie, a sama debata przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, gdyż środek jej ciężkości przeniósł się w stronę formy, a dokładniej w kierunku tego, co opisywała „Erystyka” Schopenhauera. Treść całkowicie zatraciła znaczenie na koszt formy – jak najbardziej przystępnej, efektownej i wulgarnej. Za normę uznana została również konwencja programów Wojewódzkiego – przez zdecydowaną większość społeczeństwa postrzegana nie jako popkulturowa gra, lecz jako wyraz inteligencji showmana, autentyczny, dominujący dyskurs, do którego należy dążyć, a przynajmniej się dostosować.
W okresie takich przemian wyrosły już dwa pokolenia (moje – 30-latków – i to o dekadę młodsze, nazywane „gimnazjalistami”), a starsze generacje również dały się wciągnąć w ten dyskurs. Postmodernistyczna zabawa nie została poddana żadnej dekonstrukcji i została uznana za fotografię rzeczywistości.
Kiedy w 2011 r. świat usłyszał krzyk młodych Oburzonych, w Polsce panowała cisza, a młodzi spoglądali na swoich zagranicznych rówieśników z pobłażaniem czy wręcz politowaniem. Sytuacja wydawała się zaskakująca, ponieważ ówczesne warunki życia demonstrujących Hiszpanów były lepsze od realiów egzystencji młodych Polaków nie znajdujących się w strefie kryzysu. Media tłumaczyły to często efektem upadku z wysokiego konia, jaki miał miejsce w zachodniej Europie, a czego nie doświadczyli Polacy. Tłumaczenie to zawiera najwyżej ziarno prawdy, co widać, gdy prześledzi się mapę ruchów Oburzonych 2011. Znajdują się na niej nie tylko kraje, w których z gospodarczego prosperity wykluła się recesja, ale i państwa, gdzie żadnego prosperity (szczególnie wśród młodych) nigdy nie było. Problem nie tkwi bowiem w ekonomii.
W psychologii pośród różnych rodzajów jaźni istnieje pojęcie jaźni odzwierciedlonej. Jest to własne wyobrażenie o tym, jak postrzegają nas inni. W dyskursie, o którym wspominałem, jest to rzecz niezwykle istotna, o ile nie najistotniejsza. Błędna dekonstrukcja dyskursu medialnego (chodzi tu nie tylko o przywołany dla przykładu program Kuby Wojewódzkiego, lecz o cały nurt programów rozrywkowych) wprowadza system zero-jedynkowy, w którym każdy musi przegrać albo wygrać, a o wygranej stanowi wyłącznie szeroko pojęty wizerunek, na który składają się różne elementy formy. Wchodząc w świat tych błędnie zinterpretowanych konwencji, najważniejszymi cechami stają się atrakcyjność towarzyska, powodzenie materialne, poczucie humoru, błędnie zinterpretowana asertywność (tzw. cięte riposty). Przyjmując konwencje popkulturowej gry za własny schemat myślenia, młodzi ludzie wpadli w pułapkę, w jakiej nie znajdują się ich zbuntowani rówieśnicy z innych krajów.
Młodzi Polacy – choć panuje wśród nich ogromne bezrobocie, a posiadający zatrudnienie otrzymują zwykle minimalne pensje na umowach śmieciowych – nie wyjdą protestować na ulice, nie zbuntują się i nie przyznają, że jest im źle. Nad realnym życiem górę wziął bowiem błędnie odczytany dyskurs popkulturowej zabawy, w której nie ma miejsca na walkę o swoje prawa ani na narzekanie czy po prostu realną ocenę sytuacji. Zbuntować można się co najwyżej przeciwko ACTA, bo tu się nie traci na wizerunku – stracić go można natomiast nie będąc na bieżąco z najnowszą ofertą popkulturową, dostępną na pirackich serwisach internetowych. Aby zbuntować się przeciwko wyzyskowi ze strony pracodawców, umowom śmieciowym czy podobnym bolączkom, należałoby najpierw publicznie określić swoją przynależność do osób niezadowolonych, posiadających problemy. We wspomnianym dyskursie zero-jedynkowym byłoby to określenie się mianem przegranych.
Pytanie postawione przez Ericha Fromma – „mieć czy być” – całkowicie przestało mieć znaczenie. I to nie dlatego, że młode pokolenia opowiedziały się za modusem posiadania. Stało się tak, gdyż stworzyły one własny modus: sprawiać wrażenie. Sprawiają wrażenie, że mają, i sprawiają wrażenie, że są.
przez Krzysztof Wołodźko | niedziela 10 lutego 2013 | opinie
Pośród wielu kluczy do zrozumienia polskiej współczesności całkiem nie od rzeczy wydaje się ten, który odnosi się do opowieści o Sarmacji, Rzeczpospolitej szlacheckiej. Tyle że w wersji mało sienkiewiczowskiej, zdecydowanie niesprzyjającej prawicowej, onirycznej mitologii, za to o wiele bliższej prawdzie o ciemnych stronach epoki „złotej wolności” szlacheckiej.
Warto przypomnieć, że ta baśniowo-warcholska struktura była oparta na pańszczyźnie, praktycznym i symbolicznym zniewoleniu i upodleniu mnóstwa ludzi – chłopstwa. Podkreślam fakt, że były to byty ludzkie, osoby obdarzone sumieniem, godnością (dzieci Bożych) i paroma innymi atrybutami, bo zwykle sentymentalna i buńczuczna sarmacka sztuka opisu traktuje ich jak bezkształtną masę, z której raz po raz wyłania się gęba chama, którą tylko obśmiać, wypłazować i kopniakiem z wysokiego konia na powrót strącić w nicość. A w III RP – mimo całej zmienności form, odmiennych dekoracji, sposobów zniewolenia i obyczajów – na nowo odkrywamy i wdrażamy ten model rzeczywistości społeczno-gospodarczej: pańszczyznę, narastające rozwarstwienie, praktyczną samowolę i sobiepaństwo jednych przy czapkowaniu, bierności i wykluczeniu drugich. Mamy „nowe chłopstwo”, co prawda zamieszkujące także miasteczka i miasta (w pierwszym lub drugim pokoleniu), formalnie dziś równe wobec prawa, ale zdecydowanie nierówne wobec rządów pieniądza i bezprawia, mamy szlachtę zaściankową, możnych i wreszcie magnatów – dzisiejszą oligarchię, szarpiącą w swoją stronę wspólne sukno.
Istnieje zresztą interpretacja nieodległych polskich dziejów, bo dotycząca Polski Ludowej, wedle której obyczajowość szlachetczyzny – na zasadzie nie do końca uświadamianej mimikry – weszła w krwiobieg nowej rzeczywistości jako forma emancypacji czasów awansu społecznego. Oczywiście, przy założeniu, że wszystko to zostało przefiltrowane przez mity i zasady nowego społeczeństwa, w tym jego „nowo-starej inteligencji”, która przede wszystkim wzięła na swoje barki trud tworzenia i organizowania zarówno PRL-owskiej administracji, jak i stereotypów społecznych. I tak ponoć zwyczaj picia kawy przez Hestie biurowego ogniska, urzędniczki gotowe uchylić czyśćca petentowi, brał się jeszcze z obyczajów szlacheckich. Choć rzecz jasna, idea ta może się wydać dziwna: gdzie mickiewiczowski serwis do kawy, opisany w „Panu Tadeuszu”, a gdzie kawa po turecku ze szklanki? Gdzie Soplicowo, a gdzie Nowa Huta?
Czy jednak czasów PRL nie dotykał sentymentalnych wspomnień czar i duch sienkiewiczowskich fikcji – aż dziwnych w kraju, gdzie chciano uczyć myśleć naród „sowieckimi kolbami, bez alienacji”? Sienkiewicz w Polsce Ludowej wygrał w dziedzinie ducha, w trudnej do skolonizowania materii wyobrażeń społecznych, zarówno z Tadeuszem Krońskim, jak i ze Stanisławem Brzozowskim. Dzieci robotników i chłopów, inteligentów, badylarzy, cinkciarzy i taksówkarzy pospołu mówiły o Małym Rycerzu i śnił nam się Kmicic, Imć Onufry Zagłoba i wielkiej urody mości panny – nad Polską realną unosił się duch Rzeczpospolitej Nadrzeczywistej, nad granicami na Odrze i Bugu rozciągały się w snach inne, oniryczne, w poszumie husarskich piór znad kresowych stanic. W sercach Polska od morza do morza – gdy tutaj musiał narodowi wystarczyć kawałek Ziemi Odzyskanych i dłuższa linia brzegowa Bałtyku. I w całym tym miłym splendorze pamięci mocarstwowej tamta sarmacka przeszłość jawiła się świetlana i bezgrzeszna – w swym bezpiecznym, fantasmagorycznym, ludowo-inteligenckim antykomunizmie tak niewinna jak pierwsze kochanie. I właściwie trudno mieć o to pretensje, że źle robiona modernizacja kazała poranionym duszom, głowom i sumieniom otoczyć się tą otuliną sarmacką, tym kontuszowym idiotyzmem ku pokrzepieniu serc.
U początków III RP zaroiło się nam zresztą w Polsce od błękitnokrwistych postaci. Ostatecznie znalazły sobie one miejsce po zaściankach myśli i środowisk arystokratyczno-konserwatywno-monarchistycznych, zatem wiele tu o nich mówić nie trzeba. Duch sarmacki przyswoił nowe sposoby dla skutecznego odbierania i praktykowania pańszczyzny. „Kto bogatemu zabroni?” – ten młodzieżowy slogan, coraz częściej powtarzany, wiele mówi o tym, kto i w jaki sposób wyznacza dziś normy polskiej obyczajowości. I nie idzie tu jedynie o mody, kicze i podszyte złym gustem luksusy. „Kto bogatemu zabroni” – kraść, oszukiwać, z ostentacyjną wyższością odnosić się do uboższych i do tych, co mniej mogą. „Kto bogatemu zabroni” – podawać w wysokonakładowych tygodnikach opinii swój drobnomieszczański egoizm jako jedyne prawo społeczne, gospodarcze i polityczne. Kto zabroni bossom traktować pracowników jak nic nie warty motłoch? I kto zabroni bandyterce od zastraszania lokatorów uprawiać swój proceder? A prawo? Jego reprezentantów tak łatwo wciąż można kupić, nawet prawo można przecież kupić… nierządem Polska stoi, mości Panowie, hulaj dusza!
A we wszystkim ta pogardliwa nuta wyższości. Oto snobistyczna, „arystokratyczna” Polska, co ma nowe bale i atrakcje, służbę, swoich chamów oglądanych z wysokiego konia, folwarki, ganki, srebra rodowe naprędce patynowane, obyczaje i splendory. Ale już nawet miłosierdzia chrześcijańskiego w tym zwykle nie ma, tylko ślepy egoizm warstw wyższych, wrosły w Polskę realną i oniryczną, Polskę po transformacji i w Rzeczpospolitą Nadrzeczywistą. I jeden szlachetka czy magnat nosi się jak paniczyk francuski, a drugi sercem i pyskiem ciemnogrodzianin, jeden piewca nowej obyczajowości, w świecie bywały, z niejednego pieca francę jadł, drugi jeszcze nuci, by mu ojczyznę wolną Bóg wrócić raczył i z Biblii czerpie uzasadnienie dla swojego klasowego egoizmu. Ale jeden i drugi gdy chama zobaczą, gdy go w swoje ręce złapią, pod swoją władzę ekonomiczną, symboliczną, społeczną czy polityczną dostaną, to go tak przycisną, tak mu żyć nie dadzą, żeby sobie przypomniał jak jego przodkowie pańszczyznę odwalali i w czworakach żyć musieli w przyjaźni z kijem ekonoma. Ale czy z chamem można inaczej? Biedny to i głupi, biedny to pewnie złodziej i leń, biedny to niech tyra – nie ja go okradam, lecz państwo, nie ja mu grosze płacę – to państwo złotej wolności nie szanuje, wszystko zabiera. Veto, veto, veto – wyższe podatki dla bogatszych – veto, system zabezpieczeń społecznych – veto, dobro warstw niższych, duch równości – veto! Płacić chamstwu co do grosza i w terminie? Respektować nadgodziny? Dokładać się do wspólnego? Veto! – złodziejstwo to wszystko Mości Panowie, nie dajmy się złodziejstwu państwa, skamleniu ciemnoty pańszczyźnianej i socjalnej! Sobiepaństwo nasze prawem, ojczyzna to my, w prawie jesteśmy – pieniądza, statusu, przywilejów, towarzystw, koterii i układów. Vivat my, vivat nasza kieszeń, chamom precz…
Gdyby się przyjrzeć tym personom bliżej, gdyby im w poczet przodków zajrzeć, to byłaby to dla nich nierzadko mizeria i sromota. Ale w gruncie rzeczy tego się właśnie nie godzi czynić, bo ci przodkowie, co pewnie nieraz cierpieli pod butem „panów braci”, co byli za nawóz dla tych pięknych sarmackich baśni – co oni winni? Z ich życia w nędzy, w upodleniu i niemal na gnoju, w harówce i głodzie przednówka – nawet proch i pył się nie ostał. Jednak w twarz dzisiejszej szlachetczyźnie trzeba rzucić kpinę z ich póz, ich nowobogackiego prostactwa, rozkochania w sobie, sobiepaństwa podszytego tchórzem przed silniejszymi, ich dzisiejszego klientelizmu i familiarności – bo gdy mogą, to pieniądz i władzę chętnie przyjmą z rąk silniejszych od siebie i żadnej koligacji się nie powstydzą dla zysku.
Teza o feudalnym charakterze dzisiejszych polskich realiów nie jest nowa, ale chyba nikt nie rozpatrywał tej neosarmackości w odniesieniu do jej ekonomicznego uzasadnienia i motoru – obyczaju pańszczyźnianego. A przecież to właśnie coraz mocniej zaznacza się w naszym życiu społecznym i gospodarczym, wraz z nową obyczajowością, nowymi snobizmami i uprzedzeniami warstw bogatszych. Polska baśniowa i nadrzeczywista, z pozoru piękna i jako mit potrzebna – wraca na ziemię z ciężarem swoich najgorszych plag. Kmicic, Skrzetuski, Zagłoba i Wołodyjowski – szlachetkowie poczciwi, ojczyznę miłujący – ilu poddanych zdechło jak bydlęta w biedzie w ich majątkach? A ilu dzisiaj musi znosić nową pańszczyznę i nowych sobiepanków, ich arogancję, kretynizm, głupią mowę, w tym drukowaną i emitowaną w mediach? Ilu dzisiaj musi grzecznie potakiwać, gdy szlachetkowie załamują ręce, że ojczyzna jest biedna, umęczona i przegrana, bo ich złotej wolności nie szanuje, a ich sarmackiej swobodzie jeszcze stawia pozór sprzeciwu?
Nie jestem za tym, by sarmacką tradycję wyrzucać do śmietnika. Kto chce, niech z niej czerpie – w Rzeczpospolitej wielu tradycji można tolerować także i tę. Tkwią w niej elementy wartościowe i odwołujące się do tego, co w życiu społecznym bardzo się przydaje: bo i honor i dusze rogate, zawadiackie i majestat pięknych form i obyczajów są potrzebne. I przecież wiele się zmieniało w świecie szlachty – nie bez wpływu cierpień, których doświadczyła, zresztą zasłużenie. Ze szkoły dziejów, niczym w „Popiołach” Żeromskiego, po lekkomyślnych ojcach przychodzili nie raz cierpiący, wrażliwi (i przewrażliwieni) synowie. Po sobiepankach przychodzili Prometeusze: spętani, krwawiący kolejnymi powstaniami, zniewoleni, których czas przebiegał między apatią a paroksyzmami buntu.
Ale dziś? Dziś obok sarmackiego folkloru, epigonów szlacheckiej estetyki mamy tę złowrogą, neopańszczyźnianą myśl i praktykę, jakby w polskim charakterze narodowym (cokolwiek znaczy ta konstrukcja) tkwiła jakaś nieusuwalnie zła cecha, jakiś diabeł własny, arcypolski, w kontuszu i przy szabli, jakaś skaza ciężka. I powraca do nas Sarmacja, lecz nie jako ziemia szczęśliwa, godna pióra i lutni. A warto tu przypomnieć łacińskie powiedzenie, które nie zostawia złudzeń: „Clarum regnum Polonorumest coelum nobiliorum, paradisum iudeorum, et infernum rusticorum”. Piekło chłopów? Piekło warstw niższych? Na szczęście od „dobrodziejstw” feudalizmu dzielą nas wieki.
Ale czy dziś nie ma niewoli i upokorzeń? Czy panowie kosztem ludu nie bawią się w stolicy, po dworkach i pałacykach? Czy nie kręcą nosem na chamstwo i nie przeliczają (cudzej) swobody na złotówki i bardziej kosmopolityczne waluty? Czy w kasach ogniotrwałych nie trzymają tego, co wyłudzili i wzięli przemocą, realną i symboliczną, głosząc przy tym apologię złotej, własnej wolności? Tak, po wielokroć: tak. A co w odpowiedzi? Zwrotka ze starej pieśni: „A chociaż potężny niedoli jest gmach, / Niepokój wasz rośnie i wzmaga się strach, / Bo władzy nie macie skuć ducha w kajdany, / I wstyd, i gniew, i strach wam, tyrani!”. Tu kropka. I bunt.
przez Jarosław Górski | piątek 1 lutego 2013 | opinie
Rzeka paskudnych słów wylała się przy okazji sejmowego głosowania w sprawie związków partnerskich. A że paskudne ciągnie do paskudnego, z obu czy może raczej ze wszystkich stron sporu długo jeszcze bić będą krynice ohydy. Okazuje się, że jednym z najgłośniej besztanych posłów głosujących za odrzuceniem projektów ustawy jest John Godson. Dlaczego akurat on, skoro ani najbardziej nie angażował się w antyzwiązkową czy antymniejszościową propagandę, ani – w porównaniu z wieloma swoimi stronnikami w tej akurat sprawie – szczególnie nienawistnych mów nie wygłaszał. Ani on sam, ani jego ugrupowanie nie próbowało uczynić z niego twarzy antymniejszościowej krucjaty. Taką twarz uczynili z niego zwolennicy emancypacji mniejszości. Dlaczego? Bo poseł Godson jest Murzynem.
Wpływowy portal gazeta.pl opublikował list otwarty do parlamentarzysty, zatytułowany „Gdzie się podziała pańska empatia, pośle Godson”, od oburzonej czytelniczki, która na Godsona głosowała „z przekonaniem, a wręcz z radością”, a teraz srodze się na nim zawiodła. „Cieszyłam się – pisze czytelniczka – na myśl, że dzięki Pana obecności w polskim parlamencie zrobi się bardziej różnorodnie, że zyskamy nową i świeżą perspektywę. Czytając wywiady z Panem, byłam poruszona przypadkami nienawiści i pogardy, które w naszym kraju dotykały Pana i Pańską rodzinę. Sądziłam, że to doświadczenie bycia dyskryminowaną mniejszością musiało wywrzeć na Pana wpływ, że nauczyło Pana empatii”.
Czytelniczka przed wyborami nie zadała sobie jednak trudu, aby kandydata zapytać o jego poglądy w istotnej dla niej sprawie. Poglądy, których pastor Godson nigdy zresztą nie ukrywał. Dla wyborczyni było po prostu jasne, że Murzyn (osoba czarnoskóra, Afrykańczyk, Afropolak – nie wiem, jakich określeń autorka listu na swój użytek używa, bo zręcznie ich unika), jako członek uciskanej mniejszości, ma wobec innych uciskanych jakiś dług wdzięczności. Ma tudzież dług wdzięczności wobec pani wyborczyni, kierującej się w swoich wyborach intencjami tak szlachetnymi, że w głowie się jej nie mieści, iż ktokolwiek przyzwoity może mieć inne. Głosowanie na Murzyna prześladowanego za swój kolor skóry (innych powodów, dla których głosowała akurat na Godsona, czytelniczka nie podaje) to przecież akt wielkiej szlachetności, dowód liberalnych poglądów, braku uprzedzeń i w ogóle dobrego charakteru, ludzkich uczuć i empatii.
Cóż, autorce listu nie przyszło na myśl, że poseł Godson jest istotą nieco bardziej skomplikowaną i złożoną także z innych elementów niż czarna skóra i różne związane z nią wyobrażenia. Że jest dorosłym człowiekiem, który dokonuje samodzielnych wyborów życiowych i światopoglądowych. Wyborów, które mogą się czytelniczce wydać wstrętne, głupie, naiwne czy prostackie i dlatego warto je poznać, zanim odda się na tegoż człowieka swój głos. Popieranie kogoś wyłącznie ze względu na jego przynależność do mniejszości jest objawem protekcjonalności i lekceważenia – podobnie jak niegłosowanie na kogoś ze względu na jego przynależność do mniejszości.
Nie chcę już przywoływać popularnego w internecie obrazka, również niby apelującego do empatii posła Godsona, a tak jawnie rasistowskiego i prostackiego, że niewartego analiz. Jednak z takich tekstów i dołączonych do nich dziesiątków komentarzy wynika, że nasze wyobrażenia o emancypacji i asymilacji mniejszości bardzo często zakładają jakąś warunkowość. Dopuszczamy Murzyna do życia publicznego, ba, nawet afirmujemy go, oddając na niego głos niejako na kredyt, ale w zamian spodziewamy się, że afirmowany na każdym kroku będzie okazywał swoją wdzięczność i oczekiwaną postawę. Ale jeśli Murzyn zacznie głosić homofobiczne poglądy, to sądzony i karcony będzie nie z paragrafu „homofob”, lecz z paragrafu „Murzyn”.
Sprawa ma, jak sądzę, szerszy zasięg i bardzo często dotyczy wszelkich osób i grup aspirujących do emancypacji tudzież do dopuszczenia do tzw. głównego nurtu. Duża część naszych postępowych elit – i utożsamiającej się z nimi publiczności – z jednej strony jakoś czuje, że jej elitarność jest społecznie niesprawiedliwa i że działanie na rzecz emancypacji tak czy inaczej wykluczonych jest etycznym obowiązkiem. Z drugiej strony jednak ma poczucie, że dopuszczając emancypowanych do swojego kręgu, postępuje szczególnie przyzwoicie, więc czyni im dużą uprzejmość, za którą należy się od nich wdzięczność wyrażana oczekiwanymi zachowaniami. W naszym kraju szczególnie mocno zakorzenione jest przekonanie, że emancypacja polega na dźwiganiu przez szlachetne elity nieszlachetnego ludu na własny poziom. Że emancypuje się nie ktoś, ale kogoś. I poczucie bycia elitą, która tych nędzniejszych dźwiga na wyższy poziom, bycia oświecicielem nieoświeconych, jest bardzo istotną częścią tożsamości naszych wyższych sfer oraz mas, którzy choćby drobnego poczucia elitarności potrzebują. Postępowe elity bardzo kochają lud. Tak bardzo, że nie mogą się bez niego obejść. Z jednej strony więc dla ludu zrobią wszystko, z drugiej zaś przypilnują, żeby lud pozostał ludem.
I tak jak wierzący chrześcijanie chętnie będą widzieć wśród siebie nierządnice i złodziei, pod warunkiem, że ci w całości i bez powrotu przyjmą nową wiarę wraz z jej moralnymi i politycznymi implikacjami, a apostołom wdzięczni będą za skierowanie ich na dobrą drogę, tak postępowe elity dopuszczą do siebie, a nawet będą szczególnie hołubić aspirantów, pod warunkiem, że ci także przyjmą w całości ich wiarę i system wartości. No i z zastrzeżeniem, iż będą pamiętali, że są jednak ludem, który winien jest swoim dobrodziejom wdzięczność. Bo dobrodzieje lubią się czuć dobrodziejami i nie po to tyle łask ludowi świadczą, żeby ich tej drobnej satysfakcji pozbawiać.
przez Krzysztof Mroczkowski | czwartek 24 stycznia 2013 | opinie
150 lat temu wybuchło Powstanie Styczniowe, kolejna nieudana polska próba obalenia rządów zaborcy i zbudowania swojego państwa na nowo. Walki trwały rok i już wkrótce potem ostatecznie zniesiono pańszczyznę. Cały świat patrzył w tamtym czasie na zupełnie inną walkę, której skutkiem było formalne uznanie podmiotowości ludzkiego istnienia. Była to walka Stanów Zjednoczonych o nowoczesny model gospodarczy, w tym o celną taryfę protekcyjną, pod której sztandarami prezydent Lincoln wygrał wyborczą konkurencję ze zbuntowanymi latyfundystami z południa. Ci ostatni nie chcieli zrozumieć istoty rozwoju społeczno-gospodarczego, kurczowo trzymając się metody nieludzkiego wyzysku, jako źródła swego bogactwa, i zbrojnie sprzeciwiając północnym koncepcjom.
Tymczasem polskie powstanie już po roku wygasało. Powstańcy, od początku będąc bez szans, nie zdołali opanować na dłużej żadnego ważniejszego miasta. Bilans militarny był jedynie zapowiedzią katastrofy politycznej. Reduty polskości w strukturze instytucjonalnej kraju zostały utracone, Polska została skazana na rusycyzację i niebyt. W roku 1864 kwestia istnienia polskiej organizacji państwowej, wyrażającej w zbiorowym wysiłku impuls rozwojowy narodu, leżała już ostatecznie poza naszą kontrolą. Wielki trend twórczy końca XIX wieku nie przesłoni faktu, iż także pod względem gospodarczym nawet dość szybko rozwijające się ziemie polskie były peryferiami, co widoczne jest chociażby przy badaniu wpływu zagranicznego kapitału (niemieckiego, belgijskiego, angielskiego) na rozwój przemysłu i handlu w tamtym okresie.
Odzyskanie niepodległości w roku 1918 było więc swego rodzaju „cudem”. Co prawda geopolityczne przesilenia, które stworzyły to wykorzystane przez naszych przodków „okienko możliwości”, nie były przypadkowe, jednak to nie my o nich współdecydowaliśmy i znajdowały się one poza naszą kontrolą.
Dzieje upadku
Rozważania na temat „kto winien” klęsk Powstania Styczniowego lub Powstania Warszawskiego są niestety rozważaniami o czasach wyjątkowo niekorzystnego klimatu geopolitycznego, gdy pole manewru politycznego było jednocześnie polem minowym. Warto jednak zadać to pytanie w odniesieniu do czasów I Rzeczypospolitej (1572-1795), której przywódcy mieli w ręku niepodległe i w miarę przyzwoicie prosperujące państwo, lecz je stracili. Ten straszny, wstydliwy fakt jest nieco łagodzony przez wspomnienia ostatniej części tego okresu, kiedy to za niedolę dzielonego kraju można było winić trzy państwa rozbiorowe: Rosję, Prusy i Austrię. Spojrzenie jednak na ostatnie dwa, trzy wieki przed ostatecznym rozbiorem prowadzi do znacznie smutniejszych konkluzji. Państwo polskie padło przede wszystkim ofiarą rażącej krótkowzroczności swojej elity. W czasie gdy wiele krajów tworzyło przemysł, modernizowało się, zarzucało nieetyczne i przestarzałe praktyki feudalizmu, czyniące gospodarkę nieefektywną, a większość ludzi ubogimi – w Polsce panowało późne średniowiecze. W swoich „Przestrogach dla Polski” Stanisław Staszic napisał: „Polska dopiero w wieku XV, cała Europa wiek XVIII kończy”.
Zacofana struktura gospodarcza wynikała, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, z oligarchicznej struktury społeczno-politycznej. Zgodnie z oligarchicznym impulsem (choć już niekoniecznie interesem) kraj powoli ogarniała stagnacja mobilności społecznej; coraz mniejsza liczba ludzi cieszyła się współwładztwem nad coraz nędzniej wyglądającym „postawem sukna”.
Te procesy trwały wieki przed ostateczną utratą niepodległości, a zaczęły się jeszcze przed tym, gdy powstanie na przełomie XVI i XVII wieku słabiutkiego państwa Brandenburgia-Prusy zasiało ziarno śmiertelnego konfliktu geopolitycznego. Nie da się ich wyjaśnić, stawiając na pierwszym planie kwestie narodowościowe, jak to jest czasami infantylnie czynione w celu tłumaczenia intencji niektórych krajowych postaci historii nowoczesnej i najnowszej. Mimo że intencje sąsiadów Polski, co oczywiste, nie zawsze nam sprzyjały, a korupcja i sabotaż również miały miejsce. Niestety, najkrócej rzecz ujmując, w ostatnich trzech wiekach istnienia państwa polskiego zawiodły setki osób odpowiadających za jego kształt.
Rzeczpospolita upadła ze względu na śmiertelny, degenerujący się układ stosunków społeczno-gospodarczych w kraju. Było oczywiście wielu ludzi o szerokich horyzontach, niektórzy (jak A. Frycz Modrzewski) uzyskiwali nawet niewielki wpływ na myślenie klasy politycznej, to wszystko jednak nie wystarczyło. Upadek kraju postępował nieuchronnie aż do czasu rozbiorów, zaś do odzyskania niepodległości potrzebny był (w pewnym sensie) „cud”.
Nauka na własnych błędach
Ten „cud” sprawił, że mimo fatalnych geostrategicznych pozycji Polski dwudziestego wieku od blisko stulecia nieprzerwanie istnieje idea własnego państwa, wyrażającego rozwojowe ambicje naszej kultury językowej. Lata zależności od ZSRR również nie przekreśliły tej naturalnej potrzeby doskonalenia spraw społecznych, nauki, kultury, sfery dóbr publicznych. Gdy w 1990 r. rozpoczęła się na dobre transformacja gospodarcza, była ona okazją do w miarę samodzielnego kształtowania nowego porządku w oparciu o sprawdzone wzorce, takie jak niemiecka społeczna gospodarka rynkowa.
Swoboda manewru nie była jednak aż tak duża, zważywszy na panujący neoliberalny Konsensus Waszyngtoński i zależność od kredytodawców z okresu PRL. Szybko dały się we znaki presja inflacyjna, niski poziom kapitału Polaków podczas prywatyzacji, patologie związane z „pierwotną akumulacją kapitału” („Pierwszy milion trzeba ukraść”) i mało konkurencyjną (w porównaniu do np. Czech) strukturą gospodarki, powodującą szybki wzrost bezrobocia. Wspomniane ograniczenia w połączeniu z doktrynerską wiarą w możliwość „szokowej” zmiany gospodarki i społeczeństwa pociągnęły za sobą niepożądane konsekwencje społeczne (bezrobocie, rozwarstwienie) i gospodarcze (utrata niektórych gałęzi przemysłu, np. elektroniki).
Czynnikiem najbardziej istotnym dla dobrobytu Polaków jest struktura gospodarcza kraju. Niestety wydatki „na gospodarkę” były znacznie niższe niż we wspomnianych Czechach. Szczególnie jednak dotkliwy jest rozziew, gdy chodzi o wydatki na naukę, badania i rozwój. Szokująco niski poziom tych wydatków jest główną blokadą w przezwyciężaniu strukturalnego zapóźnienia naszego kraju.
Warto także pamiętać o niezwykle ważnej roli polityki pieniężnej, a zatem wpływającej na cenę kredytowania gospodarki. Czas transmisji decyzji Rady Polityki Pieniężnej w sprawie stóp procentowych to ok. 4-6 kwartałów. Fatalne decyzje Rady w 2000 roku przerodziły się w latach 2001-2002 w stagnację gospodarczą.
Co zrobić?
Dziś, w obliczu ryzyka kolejnego zastoju w gospodarce, potrzebne są działania z zakresu polityki pieniężnej, fiskalnej i strukturalnej, skutkujące trwałą poprawą warunków rozwojowych.
Pierwszym elementem powinny być prowzrostowe działania w zakresie polityki pieniężnej. W obliczu niskiej inflacji i zaufania inwestorów (których nie trzeba kusić nadmiernie wysokim procentem) potrzebne są większe cięcia stóp procentowych. Powolna i zbyt ostrożna polityka Rady w zeszłym roku sprawiła, iż koszt pieniądza i kurs polskiej złotówki nie działają pobudzająco na gospodarkę. Stopniowe cięcia w kierunku stopy referencyjnej na poziomie 3% procent wysłałyby pozytywny sygnał do mających nagromadzone niemałe środki pieniężne polskich przedsiębiorców, iż nadchodzi czas na podejmowanie nowych inwestycji, oraz zapewniłoby wzrost w roku 2014. Jednocześnie lekkie poluzowanie rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego dla banków pozwoliłoby na śmielszą akcję kredytową po niższym koszcie pożyczania pieniądza.
Kolejnym filarem powinna być polityka wzrostu wydatków budżetowych, niezbędna przy gasnącym popycie krajowym. Deficyt państwa znacząco zmalał od roku 2009, zbliżając się do restrykcyjnych kryteriów z Maastricht (3%). Jednocześnie niestety narzucona sobie przez rząd reguła wydatkowa nie pozwala przekraczać poziomu 55% długu publicznego do PKB, co zmusza ministra finansów do księgowej ekwilibrystyki. Reguła wydatkowa powinna zostać zniesiona, szczególnie że w porównaniu z wieloma krajami Unii polski poziom jest co najwyżej średni, w żadnym razie nie zagrażający stabilności, czego dowodzi rosnące zaufanie inwestorów do polskich obligacji.
Klimat do odważnej akcji wydatkowej i akcentowania wagi wzrostu gospodarczego jest znacznie lepszy niż w 2011 roku. Dziś agencje ratingowe, budzące dawniej strach, nie są już traktowane poważnie, zaś polityka cięć budżetowych spotyka się z coraz śmielszą krytyką.
Przyznanie się przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy do błędu w sprawie greckich cięć budżetowych jest niezwykle ważne z dwóch powodów. Po pierwsze oznacza ono uznanie, że – szczególnie w czasach kryzysu – wydatki państwa przynoszą znacznie więcej pożytku niż szkody; tzw. mnożnik jest większy niż jeden, co oznacza, iż każda złotówka wydana z budżetu przydaje w PKB kraju więcej niż jeden złoty. Po drugie do błędu przyznaje się organizacja, której działania zostawiły po sobie łzy na wszystkich kontynentach, ostatnio także w Europie. MFW była wspornikiem neoliberalnego Konsensusu Waszyngtońskiego. Chociaż ostatnia publikacja może być częściowo tłumaczona jako chęć wstrząśnięcia opinią publiczną i decydentami przez głównego ekonomistę MFW Oliviera Blancharda, nie zaś jako zmiana kursu samego Funduszu, to i tak efekt jest dość poważny i jeszcze wzmacnia trend wyraźniejszego akcentowania wagi wzrostu gospodarczego.
Tym samym osłabienie pędu do cięcia wydatków jest mniej ryzykowne oraz bardziej potrzebne także w polskim przypadku. Nawet prezes NBP przyznał w tym temacie w grudniu: „Skoro nie musimy się ścigać [w cięciach], to się nie ścigajmy. A nie musimy”. Niezwykle istotne będzie w tym kontekście również zachowanie odpowiedniego poziomu wydatków samorządów.
Ostatnim elementem planu naprawy jest użycie inwestycyjnego defibrylatora nakierowanego na strukturalne zmiany gospodarki. Jeden z jego elementów stanowi spółka Polskie Inwestycje Rozwojowe, która pierwszych inwestycji zamierza dokonywać w drugiej połowie roku, co może znacząco pomóc koniunkturze. Konieczny jest sprawny wybór projektów inwestycyjnych, spełniających warunki pracochłonności podczas procesu inwestycyjnego (dla odciążenia wysokiego bezrobocia) oraz przede wszystkim dających wysokie stopy zwrotu, choćby pośrednio (np. inwestycje w sieci przesyłowe i bloki energetyczne). Ważne będzie również wsparcie przedsiębiorstw tanim kredytem wytwórczym przez BGK.
Poprawa innowacyjności polskiej gospodarki powinna się odbywać nie tylko przez planowany fundusz Innowacje Polskie, lecz również za pomocą wykorzystania szansy na wielomiliardowy „motor inwestycyjny” dzięki starannej pracy przy przetargach dotyczących budowy tzw. tarczy jagiellońskiej (obrona powietrzna przeciwlotnicza i przeciwrakietowa). Polska myśl techniczna jest w stanie podołać dużej części tego wyzwania, co oznaczałoby wielki wzrost wysoko zaawansowanego przemysłu technicznego i precyzyjnego, a także rozwój ośrodków naukowo-badawczych, również na rzecz produkcji cywilnej.
Jednocześnie konieczne jest planowanie strategiczne, na wzór dawnego Rządowego Centrum Studiów Strategicznych, zdolne przewidywać zagrożenia, szanse i uboczne konsekwencje podejmowania różnych działań. Takie programowanie wizyjne jest konieczne w coraz bardziej skomplikowanym świecie, szczególnie w dobie gospodarki opartej na wiedzy. Planowanie strategiczne pozwoliłoby na bardziej harmonijny i dalekosiężny proces inwestycyjny i premiowanie rozwiązań dających najlepsze efekty w długim okresie.
Spoglądajmy zatem po nauki w przeszłość, ale pamiętajmy o dziś i o jutrze, aby w przyszłości nikt nie myślał o nas tego, co my mamy prawo myśleć o elitach I Rzeczypospolitej.
przez Tadeusz Markiewicz | środa 16 stycznia 2013 | opinie
„Gdyby na Ziemię przylecieli dzisiaj Marsjanie, obejrzeli programy informacyjne, przeczytali nasze gazety czy przyjrzeli się pracy ONZ, bez wątpienia byliby przekonani, że największym problemem ludzkości jest kraj wielkości stanu New Jersey” – dziwi się Dennis Prager, wykładowca uniwersytetu Stanforda oraz znany amerykański komentator polityczny.
O jaki kraj mu chodzi, wszyscy wiemy. Prager ma na myśli oczywiście Izrael. Gdzie leży maleńkie żydowskie państewko – wie prawie każdy europejski student. Izrael jest stałym „gościem” niemal wszystkich mediów na świecie. Regularnie pojawia się w raportach organizacji pozarządowych. Jest popularnym tematem protestów i akcji bojkotu. W takich krajach jak Francja sama nazwa Izrael jest w lewicowych środowiskach przyjmowana z irytacją.
Wszechobecny Izrael
Jednak gdybyśmy mogli oderwać się od codziennego szumu informacyjnego, zostawić nasze zasklepione, zunifikowane poglądy polityczne i choć na chwilę z dystansem spojrzeli na geopolityczną mapę globu, to okazałoby się, że zalew informacji na temat Izraela nie licuje z wagą problemu, jaki przedstawia on w skali światowej.
Weźmy na przykład kwestie praw człowieka. Niezależnie od tego, jakie mamy poglądy na temat izraelsko-palestyńskiego łamańca, zgodzić się należy, że kierujące się racjonalnym myśleniem media winny w pierwszej kolejności zajmować się regionami, w których prawa człowieka łamane są na największą skalę.
Podkreślmy: nie oznacza to, że redakcje nie powinny kłopotać się Izraelem. Wręcz przeciwnie. Jednak skoro opisując np. światowy kryzys, w pierwszej kolejności omawiają wydarzenia na giełdach najistotniejszych z perspektywy tegoż (Nowy Jork, Tokio czy Londyn), to czemu, zajmując się prawami człowieka, miałoby być inaczej? Najświętszą regułą doboru informacji jest przecież jej ważkość, a nie ideologiczny kontekst czy prywatne odczucia dziennikarzy.
Jednak gdy spojrzymy na ramówki serwisów informacyjnych, zobaczymy, że o ile w przypadku ekonomii jako tako obowiązują reguły dziennikarskiej grawitacji, o tyle zanikają one w materii praw człowieka i stosunków międzynarodowych. Tutaj jednym z medialnych beniaminków jest państwo żydowskie.
„Żaden naród w historii świata, włączając reżimy autorytarne czy totalitarne, nigdy nie był tak nieustępliwie, niesprawiedliwie i nieobiektywnie krytykowany i potępiany przez społeczność międzynarodową jak Izrael” – uważa znany amerykański jurysta oraz profesor uniwersytetu Harvarda, Alan Dershowitz.
Medialna rzeczywistość
Arytmetyka, fakty czy obiektywizm w ogóle w sprawie Izraela w mediach mają się nie najlepiej.
Mimo że w ciągu ostatniej dekady w konflikcie izraelsko-palestyńskim zginęło nie więcej niż pięć tysięcy osób (przytaczam tutaj nieweryfikowane statystyki strony palestyńskiej), jego medialna obecność przewyższa choćby konflikt w Darfurze, który pochłonął ponad 300 tys. ludzkich istnień. Na stronie Causes.com, będącej jednym z najpopularniejszych serwisów zrzeszających aktywistów z całego świata, znajdziemy ponad 5 tys. akcji związanych z konfliktem izraelsko-palestyńskim oraz 500 dotyczących Kurdów, czyli największego (25 mln osób) narodu bezpaństwowego.
„Ta obsesja na punkcie jedynej na Bliskim Wschodzie maleńkiej demokracji jest absolutnie irracjonalna” – kwituje Prager.
Winny jest jeden
Jeszcze gorzej sprawa ma się na arenie międzynarodowej. Nawet pobieżna analiza prac ONZ dobitnie pokazuje podwójne standardy, jakimi kieruje się ta organizacja. Rekordzistką jest Komisja Praw Człowieka (KPC) ONZ, która przez niektórych dyplomatów nazywana jest maszynką do oskarżania Izraela.
Od czasu założenia jej w 1946 roku KPC spędziła więcej czasu debatując w sprawie państwa żydowskiego niż na temat jakiegokolwiek innego kraju.
Podczas gdy w okresie od 2006 do 2010 roku delegaci KPC uchwalili 20 rezolucji potępiających państwo żydowskie, Koreę Północną skarcili raz. W 2012 r. ONZ było wyjątkowo zapracowane – Izrael zdołało ukarać 19 razy. Niestety na zbrodniczy reżim syryjski – którego to działalność w tym czasie pochłonęła życie co najmniej 40 tys. osób – najwyraźniej nie starczyło czasu, gdyż pod jego adresem dyplomaci wystosowali tylko jedną rezolucję.
W 2002 roku Lawrence Summers, ówczesny prezydent uniwersytetu Harvarda, wygłosił znane przemówienie dotyczące zjawiska narastającego antysemityzmu w środowiskach akademickich. Działalność ONZ ocenił wtedy jako „zjadliwą”.
„Sponsorowana przez Organizację Narodów Zjednoczonych Światowa Konferencja Przeciwko Rasizmowi[z 2001 roku]– podczas gdy zupełnie pominęła kwestie łamania praw człowieka w Chinach, Rwandzie lub jakimkolwiek kraju arabskim – wydarzenia w Izraelu kwitowała terminami »czystka etniczna« czy »zbrodnia przeciwko ludzkości«” – tłumaczył.
Dziwny bojkot
W ciągu ostatnich kilkunastu lat obserwuje się drastyczny wzrost inicjatyw nawołujących do bojkotu Izraela. I tym razem podwójne standardy organizatorów tego typu projektów/idei widać jak na dłoni.
W tej sprawie wielokrotnie wypowiadał się m.in. Summers. Kilka lat temu na spotkaniu w Memorial Church na uniwersytecie Harvarda podkreślał, że podczas gdy „setki europejskich pracowników akademickich apelują o zaprzestanie wspierania izraelskich naukowców, uniwersytetów i placówek badawczych, nie obserwujemy tego typu ruchów pod adresem jakiegokolwiek innego kraju”.
Ta sytuacja – gdy ponownie postaramy się o obiektywizm – razi. Przypomnijmy jedynie, że Izrael od lat zajmuje miejsca w ścisłej czołówce rankingów oceniających poziom demokracji czy edukacji akademickiej. W tegorocznym prestiżowym Democracy Ranking nie tylko zdeklasował wszystkie państwa arabskie, ale – zajmując 21. pozycję – wyprzedził również takie kraje jak Polska (nr 30) czy Włochy (nr 29).
Izraelski Sąd Najwyższy od lat jest uznawany za jeden z kilku najlepszych tego typu organów nadzorczych świata. Raji Sourani, założyciel oraz dyrektor Palestinian Center for Human Rights in Gaza, znany ze swoich niezwykle ostrych opinii na temat państwa żydowskiego, podkreśla, że jest „ciągle zaskakiwany wysokimi standardami izraelskiego systemu sprawiedliwości”.
Nie zmienia to jednak faktu, że dla wielu środowisk akademickich to Izrael – a nie Arabia Saudyjska (kobiety oficjalnie obywatelem drugiej kategorii), Kolumbia (masowe zabójstwa obrońców praw człowieka) czy Erytrea (ostatnie miejsce na Ziemi w rankingu wolności prasy organizacji Reporterzy Bez Granic) – jest jedynym celem zmasowanych akcji nawołujących do bojkotu.
LGBT zniesmaczone Tel Awiwem
Kolejną grupą, która w sposób zastanawiający koncentruje się na krytyce Izraela, zdaje się być część środowisk mniejszości seksualnych (LGBT). Kiedy w 2011 r. Tel Awiw otrzymał przyznawany przez organizacje turystyczne tytuł „Gejowskiej stolicy świata”, w kręgach LGBT pojawiły się jednak głosy oburzenia. Kraj przedstawiano jako nagminnego łamacza praw osób o odmiennej orientacji seksualnej, całkowicie pomijając przy tym rzeczywistość.
Podkreślmy, że państwo żydowskie jest i było jednym z prekursorów równouprawnienia środowisk LGBT. Już w 1963 r. izraelska prokuratura krajowa ogłosiła, że nie będzie prowadziła żadnych spraw wymierzonych w prawa homoseksualistów. W 1994 r. zalegalizowano konkubinaty tej samej płci. W 2008 r. Sąd Najwyższy umożliwił małżeństwom homoseksualnym adopcję dzieci. Ponadto Izrael ma najwyższy na świecie poziom poparcia dla małżeństw jednopłciowych.
– „Izrael jest dzisiaj jednym z nielicznych krajów na świecie, który gwarantuje gejom i lesbijkom równe prawa w niemal wszystkich dziedzinach życia” – konstatują autorzy „Completely Queer: The Gay and Lesbian Encyclopedia”.
Te fakty zdają się nie mieć jednak żadnego wpływu na działaczy LGBT. Podczas niemal każdej większej europejskiej manifestacji możemy zobaczyć grupy aktywistów maszerujących pod hasłami „Queers for Palestine”. To hasło winno wprawiać w konsternację osoby o jakiejkolwiek wiedzy na temat sytuacji osób LGBT na Bliskim Wschodzie.
Nie wdając się w drastyczne opisy tego, jak na terenach Autonomii Palestyńskiej władze, a często sąsiedzi, obchodzą się z osobami LGBT, powiedzmy jedynie, że w Izraelu obecnie ukrywają się tysiące tego typu palestyńskich uciekinierów. Uciekając przed szykanami, torturami czy chcąc bronić dobrego imienia rodziny, znajdują schronienie właśnie na terenie państwa żydowskiego.
W prawie każdej większej aglomeracji zlewają się oni z lokalnym bujnym środowiskiem LGBT i tworzą własny emigracyjny mikrokosmos. Jedną z takich półoficjalnych komun widziałem niedawno w Hajfie, trzecim co do wielkości mieście Izraela. Na Rehov Galgal, jednej z tamtejszych uliczek przyportowych, jak grzyby po deszczu wyrastają kawiarnie, bary i restauracje „LGBT Friendly”.
Histeryczna historia
Kolejnym zastanawiającym podwójnym standardem, zarezerwowanym jedynie dla konfliktu żydowsko-palestyńskiego, jest rola historii w narracji mediów czy naukowców. Dominujący dyskurs jest po prostu ahistoryczny.
Podczas gdy Izrael prezentowany jest jako regionalny agresor, konkwistador, który przybył do brzegów Palestyny nagle i z jasnym planem podporządkowania sobie tamtejszej ludności „tubylczej”, Palestyńczycy są przedstawiani wyłącznie jako niewinny, pragnący pokoju naród.
W tym scenariuszu sporo jest jednak nieścisłości. Po pierwsze stawiając znak równości między przybywającymi do Palestyny syjonistami (ten zwrot, nawiasem mówiąc, wśród warszawskiej lewicy zaczyna być używany jako dyskredytujący epitet) a konkwistadorami Cortesa, wyrządzamy tym pierwszym ogromną niesprawiedliwość.
Hiszpańscy wojacy obracając w ruinę azteckie imperium oraz eksterminując tamtejszą ludność, byli zwyczajnymi najeźdźcami. Reprezentowali europejskie imperium, którego jedynym interesem w Ameryce Południowej było znalezienie wszystkiego, co przedstawia większą wartość. Następnie upakowanie tego na statki i przewiezienie do ojczyzny.
Wstrętni syjoniści
Ruch syjonistyczny nie miał na celu działań łupieżczych. Był atrakcyjny głównie dla prześladowanej w Europie od setek lat żydowskiej biedoty, która w Palestynie upatrywała szansy na lepszą przyszłość. Nadzieją na powrót do historycznej ojczyzny narodu wybranego.
Ta „historyczność” jest tutaj kluczowa. Gdy konkwistadorzy czy koloniści podbijali terytoria im obce, Żydzi przyjeżdżali do Palestyny, krainy, z którą kulturowo związani byli od tysiącleci. Co więcej, na miejscu spotykali nie tylko palestyńskich Arabów, ale także Żydów.
Na terenach dzisiejszego Izraela, w takich miastach jak Hebron czy choćby Jerozolima, przez wieki uchowały się przecież społeczności żydowskie. Jedyny okres, w którym dyskryminowani i regularnie przepędzani jerozolimscy Żydzi opuścili całkowicie swe „święte miasto”, to momenty na krótko po zburzeniu Drugiej Świątyni przez Rzymian oraz w trakcie krucjat.
Kierunek Palestyna
Izraelscy Żydzi w lewicowej narracji pojawili się w Palestynie właściwie w jednym momencie. Przybyli do brzegów nagle, doskonale znając sytuację tamtejszej ludności arabskiej. Następnie przemocą odbili „żyzne” terytoria od rdzennych mieszkańców i ustanowili państwo żydowskie.
Ta wersja ignoruje fakt, że okresowa żydowska imigracja do Izraela trwała od zawsze. Ruch syjonistyczny zapoczątkował sukcesywnie rosnące fale emigracyjne już w XIX wieku. Żydzi jadąc do Palestyny, wyruszali do jednego z najbiedniejszych i najmniej rozwiniętych zakątków Bliskiego Wschodu. Populacja na tym terenie od wieków była niewielka oraz bardzo chwiejna. Starozakonni nie jechali do „złotonośnego raju”, jak Hiszpanie, czy do żyznych prerii, jak osadnicy przybyli do Ameryki Północnej.
Jechali do kamienistych wzgórz Galilei i pustynnych terenów Negewu. Nie wybrali tego miejsca ot tak sobie, bo im było wygodnie.
Palestyna – wybór czy konieczność?
Traktująca o powstaniu Izraela lewicowa narracja wyprana jest także z tego, co nazywam ludzką perspektywą. Pozbawiona jest przyczynowo-skutkowej logiki historycznej. Pamiętać należy, że Żydzi – w odróżnieniu od europejskich najeźdźców – najczęściej opuszczali swoje domostwa nie dla czegoś, ale przed czymś. Uciekali przed biedą, dyskryminacją, pogromami. Jechali do Palestyny, bo musieli. Jechali, bo nie chciała ich Europa, bo nie wpuszczały ich Stany Zjednoczone, bo nie mieli się gdzie podziać.
Europa jednak nie chce o tym pamiętać. Nigdy nie przyjęła do wiadomości swojej odpowiedzialności za powstanie Izraela. A przecież ostatecznym impulsem konstytuującym projekt państwa żydowskiego były dogasające piece krematoryjne Auschwitz czy Mauthausen. To – do dziś nurtująca antropologów, socjologów i historyków – wroga postawa wielu Europejczyków wobec żydowskich sąsiadów dobitnie pokazała prawdziwe oblicze antysemityzmu. Antysemityzmu, pod którego podwaliny przez setki lat z wytrwałością godną lepszej sprawy kładli katoliccy, protestanccy i prawosławni duchowni.
Dziś czy wczoraj?
Mówiąc o żydowskich osadnikach, ocenia się ich z perspektywy ahistorycznej także dlatego, że wielokrotnie decyzje o przybyciu do Palestyny analizujemy z dzisiejszego punktu widzenia. Intelektualne elity patrzą na syjonistów nie z perspektywy powojennych obozów dla europejskich uchodźców, lecz zza przedzielonej murem bezpieczeństwa Wschodniej Jerozolimy AD 2012.
Ta postawa, często wyrastająca ze słusznych przesłanek, ma niestety niewiele wspólnego z faktami historycznymi. Jest szkodliwym i nieuprawnionym skrótem myślowym, w którym brakuje najprostszych faktów.
Choćby tego, że przedwojenni i powojenni imigranci, jadąc do Palestyny, nigdy nie słyszeli o Palestyńczykach. Historycznym faktem jest przecież, że to jeden z kilku najmłodszych narodów świata.
Warto nadmienić, że do 1967 r. liderzy palestyńscy nie domagali się własnego państwa, ale chcieli być zaanektowani przez sąsiednie kraje arabskie. To wraz z rosnącą liczbą Żydów wprost proporcjonalnie rosła palestyńska świadomość narodowa.
Te fakty oczywiście nie muszą zmienić naszych obecnych poglądów na wydarzenia w regionie. Niemniej bez nich ocena ruchu syjonistycznego jest tyleż błędna, co kłamliwa. Brak tego typu argumentów historycznych w medialnych debatach na temat syjonizmu pokazuje jedynie uprzedzenie, z jakim traktuje się Izrael.
Krótka pamięć
Lewicowa ahistoryczność najskrajniej przejawia się jednak w kwestii samego konfliktu palestyńsko-izraelskiego. Tutaj też na pozór wszystko wydaje się proste. Żydzi w 1948 r. pozbawili Palestyńczyków kraju. Wygrali szereg wojen ze wspierającymi naród palestyński państwami ościennymi, po czym rozłożyli leżaki na telawiwskiej plaży.
Zapomina się całkowicie o tym, że od proklamowania Izraela jego obywatele stoczyli serię wojen z sąsiadami, których stawką było przetrwanie. Dla Żydów wojna o niepodległość z 1948 roku, wojna sześciodniowa z 1967 roku czy wojna Jom Kippur z 1973 roku – wszystkie były walką o utrzymanie państwa żydowskiego. Ze strony arabskiej były nieudaną próbą ludobójczą oraz zwykłą agresją terytorialną.
Zaznaczmy, że podczas gdy we wszystkich tych starciach armia Izraela swoje działania toczyła przeciwko wojskom nieprzyjaciela, to armie arabskie przeprowadzały akcje wymierzone także przeciw ludności cywilnej. Kiedy jawnym hasłem wojsk Egiptu, Libanu, Syrii, Iraku czy Jordanu było „wyrzucenie” wszystkich Żydów z regionu Lewantu, celem Izraelczyków była obrona kraju.
Wybiórcza retoryka
Nie chcąc dostrzec tych wszystkich faktów, lewica obarcza Izrael całą winą za obecną sytuację Palestyńczyków.
Zapomina przy tym, że historia palestyńskiej walki o niepodległość to przede wszystkim historia zmarnowanych szans na niepodległość. Jak mawiał wybitny izraelski dyplomata Abba Eban: „Palestyńczycy nigdy nie zmarnowali okazji, by zmarnować okazję”.
Trudno temu przeczyć. Palestyńczycy od 1937 roku (komisja Peela) do dziś regularnie odrzucają wszelkie propozycje, które umożliwiłyby im uzyskanie własnej ojczyzny. Ostatnio zrobili tak w 2008 r., gdy otrzymali najhojniejszą od początku istnienia Izraela ofertę pokojową. Wedle jej autora, premiera Ehuda Olmerta, przejęliby kontrolę nad niemal całością terytorium Zachodniego Brzegu, całą Strefą Gazy oraz nad Wschodnią Jerozolimą.
I tym razem strona palestyńska odrzuciła propozycję. Wadą planu w oczach arabskiej ulicy oraz elit politycznych był fakt, że uprawomocniał on nie tylko Palestynę, ale i państwo żydowskie. Czyli „syjonistyczny czyrak”, który do dziś na dobre nie zadomowił się w arabskich rachunkach geopolitycznych.
Jednak na przekór faktom historycznym media w swoich analizach dotyczących konfliktu bliskowschodniego są zaskakująco jednostronne. Solidaryzując się ze słabszą stroną sporu, zupełnie nie dostrzegają, że Palestyńczycy od pół wieku tkwią w politycznej matni na własne życzenie.
Regularnie powtarzane sondaże od lat pokazują, że Arabowie nie chcą mieć Izraela za sąsiada. Dlatego właśnie nie prowadzili i nie prowadzą z nim prawdziwych negocjacji pokojowych. Grudniowy sondaż Arab World Research and Development z siedzibą w Ramallah po raz kolejny ujawnił radykalną wizję polityczną Palestyńczyków: spośród 1200 respondentów mieszkających w Gazie oraz na Zachodnim Brzegu 87,7% poparło walkę zbrojną z Izraelem.
Intelektualne lumbago
Na szczęście ta sytuacja ma również swoje jasne strony. Lewica – coraz śmielsza w jednostronnych analizach, powierzchownych ocenach i płytkich obserwacjach – po prostu bawi. Gargantuiczne brednie gonią tutaj kłamstwa ścigane przez nieścisłości, którym po piętach depczą lapsusy i niedopatrzenia.
Jeden z moich znajomych był niedawno na spotkaniu z Ewą Jasiewicz, znaną polsko-brytyjską działaczką propalestyńską. Opowiadał, że sala z rosnącym zainteresowaniem słuchała rewelacji na temat trwającej na Zachodnim Brzegu „czystki etnicznej”, prowadzonej przez izraelskich „żołdaków”. Ochoczo przyklaskiwała porównaniom izraelskiego muru bezpieczeństwa, wymierzonego w palestyńskich terrorystów, do muru oddzielającego Żydów stłoczonych w getcie warszawskim.
W pewnym momencie atmosfera na sali jednak jakby oklapła. Stało się tak po tym, gdy Jasiewicz przekonywała, że 5 milionów Palestyńczyków mieszkających w sąsiadujących z Izraelem krajach arabskich ma prawo powrotu na tereny państwa żydowskiego. „Każdy człowiek powinien móc wrócić do miejsca, w którym mieszkali jego przodkowie” – podkreślała zaaferowana aktywistka.
Zanim zorientowała się, że tego typu propozycja wygłoszona w… Szczecinie, w którym miało miejsce spotkanie, nie jest najlepszym pomysłem, sprawa palestyńska utraciła kilku bezkrytycznie nastawionych zwolenników.