przez Mateusz Batelt | czwartek 11 kwietnia 2013 | opinie
Triumfalny pochód Facebooka trwa. Według oficjalnych statystyk już ponad miliard ludzi korzysta z tego portalu społecznościowego. Jak uczy historia Internetu, nic nie trwa jednak wiecznie. Kto dziś korzysta jeszcze z popularnego przed kilkoma laty serwisu Myspace czy Nasza Klasa? Co się stało z pionierem wśród polskich portali społecznościowych, którym było Grono.net? Być może, gdy ze sceny zejdzie Facebook, nastanie czas Diaspory.
Za pieniądze społeczności
W lutym 2010 r. Eben Moglen, profesor prawa na Uniwersytecie Columbia, podczas wykładu wygłoszonego w nowojorskim oddziale organizacji Internet Society określił scentralizowane serwisy społecznościowe mianem „szpiegowania za darmo”. To zainspirowało czterech studentów, żeby stworzyć rozwiązanie alternatywne wobec takich portali jak Facebook – zdecentralizowaną sieć społecznościową. Nazwali ją Diasporą.
Ilya Zhitomirskiy, Dan Grippi, Max Salzberg i Raphael Sofaer nie mieli jednak wystarczających funduszy, żeby zrealizować swój pomysł. Postanowili więc sięgnąć do kieszeni internautów. W tym celu 24 kwietnia 2010 r. rozpoczęli w serwisie Kickstarter kampanię mającą na celu pozyskanie odpowiednich środków finansowych.
Kickstarter to anglojęzyczna platforma służąca organizowaniu zbiórek pieniędzy na sfinansowanie różnych projektów (tzw. crowdfunding, czyli finansowanie społecznościowe). Pomysł jest prosty. Każdy internauta może zadeklarować dowolną kwotę – nawet niewielką – którą chce wesprzeć jakieś przedsięwzięcie. Pomysłodawca projektu ustala zaś, jaka kwota jest mu potrzebna na jego sfinalizowanie. W danym czasie (na przykład w miesiąc) cel finansowy musi zostać osiągnięty. Tylko wtedy pomysłodawca otrzymuje pieniądze od osób, które zdecydowały się dołożyć do puli. W przeciwnym wypadku kampania kończy się niepowodzeniem i projekt nie otrzymuje żadnego wsparcia.
Pomysłodawca na wstępie ustala, jakie „wynagrodzenie” otrzymają wpłacający. Przykładowo gdy przedmiotem zbiórki jest wydanie książki, może zaoferować, że każdy, kto zadeklarował kwotę w wysokości co najmniej 5 dolarów, otrzyma – gdy książka zostanie wreszcie wydana – jej elektroniczną wersję, co najmniej 20 dolarów – jej wersję papierową, co najmniej 1000 dolarów – zostanie wymieniony w książce jako współwydawca. Serwis Kickstarter, jako pośrednik w organizacji zbiórek, pilnuje, żeby pomysłodawca, którego kampania zakończy się sukcesem, wypełnił złożone zobowiązania.
Młodzi programiści zadeklarowali, że na stworzenie Diaspory potrzebują 10 tys. dolarów. Cel został osiągnięty już po kilkunastu dniach od rozpoczęcia zbiórki. Ostatecznie prawie 6,5 tys. osób przekazało na Diasporę ponad 200 tys. dolarów. Najwięcej było wpłat w przedziale od 25 do 50 dolarów. Cztery osoby wsparły projekt kwotą powyżej 2 tys. dolarów. Wśród „inwestorów” był nawet założyciel Facebooka Mark Zuckerberg. Twórcy odwdzięczyli się, przekazując darczyńcom różne gadżety związane z Diasporą, a najbardziej szczodrym internautom – komputery, na których mogli oni zainstalować własne wersje Diaspory.
W maju 2010 r. rozpoczęły się prace nad stworzeniem oprogramowania dla portalu, a pod koniec listopada tego samego roku pierwsza grupa użytkowników mogła już korzystać z nowej sieci społecznościowej.
Dla społeczności
Nazwa nie jest przypadkowa. Zgodnie z definicją z Wikipedii „diaspora to słowo pochodzenia greckiego, oznaczające rozproszenie członków danego narodu wśród innych narodów lub też wyznawców danej religii wśród wyznawców innej”. Istotą Diaspory jest właśnie rozproszenie – każdy, kto tylko chce i potrafi, może założyć serwer z własną wersją tego portalu społecznościowego. Ta swoista decentralizacja ważna jest z kilku powodów. Przede wszystkim gwarantuje prywatność i bezpieczeństwo danych – a są to dobra we współczesnym świecie coraz bardziej cenne i coraz częściej w rażący sposób naruszane.
Od strony technicznej owo rozproszenie możliwe jest dzięki temu, że serce Diaspory – oprogramowanie stworzone pierwotnie przez Ilyę, Dana, Maksa i Raphaela – opublikowane zostało na wolnej licencji AGPL, do czego twórcy zobowiązali się już podczas zbiórki pieniędzy w Kickstarterze. Dzięki „uwolnieniu” kodu źródłowego każdy zainteresowany może ściągnąć oprogramowanie za darmo z Internetu, korzystać z niego, rozpowszechniać je, a nawet współtworzyć.
Gdy zainstalujemy Diasporę na własnym serwerze, mamy pełną kontrolę nad danymi udostępnianymi za jej pośrednictwem – są one bowiem przechowywane tylko u nas. Wszystko, co umieszczamy na naszym profilu w Diasporze – zdjęcia, filmy, teksty – należy w dalszym ciągu do nas. To my decydujemy, w jaki sposób i komu treści te będą pokazywane. My pozostajemy ich właścicielami.
Korzystając z takich serwisów jak Facebook, musimy mieć świadomość, że dane, którymi się dzielimy z tym portalem, niekoniecznie należą tylko do nas. „Użytkownik – czytamy w regulaminie Facebooka – przyznaje nam niewyłączną, zbywalną, obejmującą prawo do udzielania sublicencji, bezpłatną, światową licencję zezwalającą na wykorzystanie wszelkich publikowanych przez siebie treści objętych prawem własności intelektualnej w ramach serwisu Facebook lub w związku z nim”. Nie powinniśmy się zatem dziwić, gdy pewnego dnia zobaczymy np. swoje zdjęcie w reklamie na jakiejś stronie internetowej.
W przypadku Diaspory nie tylko żadna firma nie będzie handlowała naszymi danymi – obojętnie czy za naszym przyzwoleniem, czy za naszymi plecami – ale też nikt w łatwy sposób ich nie wykradnie. Pomimo że duże portale społecznościowe wydają przypuszczalnie ogromne sumy na zabezpieczenie infrastruktury informatycznej, od czasu do czasu można usłyszeć o przypadkach włamań do kont użytkowników, i to na masową skalę. Ze względu na zdecentralizowany charakter Diaspory podobne sytuacje są w jej przypadku raczej niemożliwe.
Rozproszenie sieci ma jeszcze jedną zaletę. Dobrze wyjaśnili to sami twórcy Diaspory w jednym z wpisów na blogu z września 2011 r.: „Dzięki rozproszonej strukturze naszej sieci żadna wielka korporacja nigdy nie przejmie kontroli nad Diasporą. Diaspora nigdy nie sprzeda twojej wirtualnej tożsamości reklamodawcom, nikt nigdy nie narzuci ci swojego regulaminu i nie będziesz musiał(a) patrzeć za siebie, zanim coś powiesz”.
Jeśli nie mamy czasu lub nie potrafimy założyć własnego serwera Diaspory, możemy po prostu utworzyć profil na jednym z już istniejących. Decydując się na takie rozwiązanie, musimy pamiętać, że jest ono mniej bezpieczne, gdyż – tak samo jak w przypadku większości serwisów internetowych – nasze dane zapisywane są na obcym urządzeniu i ktoś może je podejrzeć. Pod adresem internetowym http://podupti.me znajduje się lista publicznych serwerów Diaspory wraz z ocenami wystawionymi im przez samych użytkowników. Serwery te często utrzymywane są z dobrowolnych składek. Niemiecki Geraspora publikuje nawet swego rodzaju sprawozdania finansowane, co ma zapewnić transparentność. Oficjalny serwer Diaspory prowadzony przez jej założycieli dostępny jest pod adresem http://joindiaspora.com.
Diaspora oferuje najbardziej przydatne funkcje znane z innych portali społecznościowych – tagi, bezpośrednie wiadomości do innych użytkowników, przycisk „Lubię to”. Jedną z ciekawszych opcji są tak zwane „Aspekty”, czyli grupy znajomych, które najprawdopodobniej były inspiracją dla „Kręgów”, obecnych w Google+. Rejestrując się na jednym z serwerów Diaspory (własnym lub prowadzonym przez kogoś innego), nasze konto tworzone jest tylko na nim. Mimo tego nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy komunikowali się z dowolnym użytkownikiem Diaspory, bez względu na to, gdzie się zarejestrował. Możliwe jest również powiązanie naszego profilu z Diaspory z kontami, które posiadamy w serwisach Facebook, Twitter czy Tumblr. W przyszłości dostępna będzie również możliwość przenosin profilu pomiędzy różnymi serwerami Diaspory.
W rękach społeczności
12 listopada 2011 r. Ilya Zhitomirskiy popełnił samobójstwo. Był to spory cios dla wszystkich zaangażowanych w projekt. Prace nad Diasporą zwolniły. Kwota 200 tys. dolarów zebrana na początku również szybko stopniała – choć jak wynika z opublikowanego sprawozdania finansowego, została wydana oszczędnie. Poza tym jeśli porównać tę sumę z nakładami finansowymi, które przeznaczane są na rozwój takich serwisów jak Facebook czy Google+, wydaje się ona śmiesznie mała.
A jednak Diaspora nie umarła. Jej interfejs przetłumaczony został na wiele języków świata. Oprogramowanie wciąż jest ulepszane przez szerokie grono wolontariuszy. Pojawiają się nowe funkcje. Choć trudno – ze względu na budowę sieci – przytoczyć dokładne statystyki, liczba jej użytkowników zdaje się rosnąć.
27 sierpnia 2012 r. twórcy Diaspory ogłosili na blogu, że zarządzanie projektem powierzone zostaje ogółowi użytkowników tej sieci. Nie oznacza to wcale, że młodzi programiści porzucili swoje dzieło – zdemokratyzowali jedynie proces podejmowania decyzji, co może zdynamizować rozwój Diaspory.
Jej los leży teraz w rękach społeczności użytkowników. Los Internetu – a ten ma w coraz większym stopniu przełożenie na pozostałe fragmenty rzeczywistości – zależy natomiast od nas wszystkich. Monopolizacja kanałów komunikacji stanowi poważne zagrożenie nie tylko dla naszych wirtualnych tożsamości. Pora zdać sobie z tego sprawę.
Diaspora to krok w dobrym kierunku. Nawet jeśli to nie ona pokona Facebooka i jemu podobnych (na horyzoncie już pojawiają się nowe inicjatywy, które mogą tego dokonać – patrz ramka), jej rola jako prekursora jest tu nie do przecenienia. Rozproszona, demokratyczna struktura to konieczny kierunek rozwoju mediów. W przeciwnym razie będziemy skazani na coraz bardziej scentralizowaną – a więc coraz bardziej podatną na cenzurę – komunikację oraz narastający deficyt prywatności. Już teraz korzystają z tego różnego rodzaju służby inwigilujące nas w imię źle pojętego bezpieczeństwa, a także podmioty komercyjne, które wciąż tylko kombinują, jak nam coś wepchnąć.
Mateusz Batelt
Pieniądze leżą… w Internecie
Finansowanie społecznościowe zdobywa popularność również w Polsce. Istnieje już kilka polskich portali internetowych pośredniczących w crowdfundingu:
Diaspora przetarła szlaki
Diaspora to nie jedyna rozproszona sieć społecznościowa. Oto kilka innych ciekawych przedsięwzięć mogących pomóc zdecentralizować internet:
przez Krzysztof Mroczkowski | środa 3 kwietnia 2013 | opinie
Wydana przez środowisko Zielonych książka „Gra o Europę” byłaby ważnym głosem w dyskusji o przyszłości Unii Europejskiej i naszego kraju. Byłaby, gdyby… taka dyskusja miała miejsce. Niestety krajowe debaty polityczne od dawna nie grzeszą merytoryką, również stanowiska w sprawach europejskich różnych partii ograniczają się do sloganów. Prosty podział na zwolenników dzisiejszego kształtu integracji oraz eurosceptyków nie jest wyłącznie polską specyfiką, lecz dotyka nawet Europarlament, dla którego potrzeba głębokiej refleksji nad ideą wspólnoty powinna być oczywista. Największy kryzys Starego Kontynentu od czasu wojny jedynie polaryzuje stanowiska, tworząc dwa coraz bardziej odległe bieguny opinii europejskiej.
„Gra o Europę”, będąca zbiorem tekstów i wywiadów różnych autorów o ekologicznych i prospołecznych poglądach, odbiega od tego schematu. Twórcy książki wskazują, że dotychczasowy model UE zawiera fatalne błędy systemowe, których podtrzymywanie zagrozi społeczeństwu nie tylko materialną degradacją, ale i niebezpiecznymi przemianami społeczno-politycznymi. Dlatego właśnie uważają, że Unia Europejska wymaga radykalnej naprawy. Już na wstępie przewodniczący „Zielonych” ukazują wielką skalę tego wyzwania, zapowiadając poważne zmierzenie się z krytyką pod adresem UE. Deficyt demokracji, bezrobocie, ksenofobia, niszczące działania finansjery – te wszystkie problemy zasługują na potraktowanie ich jako stanu wyjątkowego.
Odpowiedzią zielonych jest alterfederalizm, dążący do wzmocnienia więzi wspólnotowych, lecz – jak pisze Łukasz Moll – „na innych zasadach niż w ostatnich kilkunastu latach”. Aby uratować europejski projekt, Zieloni dokonują jego głębokiej krytyki, wskazując na kierunki koniecznych zmian.
W sferze politycznej Zieloni domagają się przewartościowania. Najwięcej na ten temat mówi ostatni tekst w książce, autorstwa Adama Ostolskiego. Jest tam wyrażone przekonanie o potrzebie nowego, oddolnie demokratycznego procesu politycznego. Inną ważną ideą autorów jest wskazanie na potrzebę solidarności, tak wewnątrzunijnej, jak też np. z imigrantami spoza UE. Byłaby to, jak symbolizuje okładka, „Europa mrówek” zamiast dzisiejszej „Europy mrówkojadów”, w której małe podmioty służą silniejszym. Oligarchiczne trendy federalizmu miałyby być zatrzymane poprzez takie działania jak regulacje rynków finansowych, większy budżet czy społeczna kontrola i odpowiedzialność Europejskiego Banku Centralnego za dobrobyt. Tu zresztą dochodzimy do kwestii ekonomii politycznej, która ma decydujące znaczenie dla przyszłości Europy.
Zieloni o gospodarce mówią dużo, często głosami dość uznanych ekonomistów, jak Dimitri Papadimitriou. To służy powadze książki i debacie, pozwalając czytelnikowi poznać różne (choć niekoniecznie bardzo się różniące) opinie komentatorów na temat kryzysu i sposobów jego przezwyciężania. Fakt koncentracji uwagi na kwestiach gospodarczych (zamiast np. mało płodnych programowo subkulturach protestu) mocno osadza marzenia Zielonych o lepszym jutrze w rzeczywistości, nadając im realniejszych kształtów. To zdecydowanie pożądane połączenie: sam optymistyczny idealizm z jednej strony, ani sam realistyczny pragmatyzm z drugiej nie są w stanie dokonać trwałych pozytywnych zmian – ten pierwszy zbyt szybko zatraca się, ten drugi zniechęca. Poza wszystkim, tak wyczerpujące potraktowanie tematu kryzysu jest po prostu potrzebne.
Gospodarka, bracie!
Mamy więc w „Grze…” dobrą, czasami bardzo dobrą analizę kryzysu, w jakim znajdują się gospodarki europejskie. Dla zrozumienia tego, co dzieje się w UE od ostatnich kilku lat, cofamy się o jeszcze dodatkowych kilkanaście – do traktatu z Maastricht. Ustalone w Maastricht kryteria konwergencyjne dla państw wchodzących w skład unii walutowej nie wzięły pod uwagę struktury (oraz kultury) gospodarczej różnych państw. Modelem były Niemcy, kraj historycznie paranoicznie podejrzliwy wobec perspektywy inflacji, o nowoczesnym przemyśle i tradycji porozumień pracowników i pracodawców w sprawie płac. Tymczasem inne kraje rozwijały się również nieźle, lecz w inny sposób, np. dewaluującym liry Włochom oprócz dobrobytu przybywało w szybkim tempie zer na banknotach. Początek lat 90. to jednak okres dominacji ideologii neoliberalnej, której jednym z filarów jest dogmat niezależnego banku centralnego, dbającego o stabilność cen. Próba koordynacji polityki pieniężnej dla różnych krajów okazała się być równie karkołomna, co powożenie zaprzęgiem z koniem, osłem i żyrafą.
Niektórzy autorzy sugerują – czasem nieśmiało, czasem dość otwarcie – potrzebę wyjścia niektórych państw ze strefy euro. Adam Ostolski przy tej okazji wysuwa postulat walut lokalnych, co przy komplementarności z walutą senioralną ma swoje zalety (i już się dzieje np. w Szwajcarii, w Bristolu itd.). Sporo miejsca poświęcono bankom i sektorowi finansowemu, słusznie upatrując w zmianie tej sfery jednego z kluczowych elementów programu odnowy. Postulowane jest m.in. wprowadzenie podatku od transakcji finansowych, ale też wiele innych, bardziej technicznych rozwiązań. Pascal Canfin sugeruje rozwiązania problemu zmniejszenia bazy aktywów (a zatem również aktywności kredytowej) banków prywatnych poprzez oszczędności na bankierach i akcjonariuszach banków, zaś Jean Lambert mówi o potrzebie dostosowania przemysłu do nowej ery. Brzmi obiecująco. Cała książka zaś warta jest przeczytania chociażby po to, aby dowiedzieć się jak powstała organizacja Finance Watch, której historia pokazuje pozytywny impuls klasy politycznej i przeczy defetyzmowi przeciwników próby zmiany rzeczywistości poprzez działania polityczne.
Krytyka neoliberalnego porządku jest w „Grze…” równoważona elementami programu pozytywnego. Zabójczej polityce „wyścigu na dno” poprzez zmniejszanie kosztów pracy Zieloni przeciwstawiają programy inwestycyjne, zmniejszanie nierówności i…ekologię.
Ekologicznie i ekonomicznie?
Koncepcji Zielonego Nowego Ładu, polegającej na inwestycjach wielkiej skali, m.in. w zielone technologie i źródła energii odnawialnej, poświęca się w USA i Europie coraz więcej uwagi. Ta idea pojawia się w kilku miejscach w książce, przedstawiana jako rozumny wyraz myślenia o przyszłości i wskazanie, że dobrobyt społeczny, w tym ten najbardziej podstawowy (materialny), nie stoi w sprzeczności z przejściem na „zieloną stronę mocy”, lecz jest z nią powiązany. Mam jednak wrażenie, iż ta kwestia nie została w książce jednoznacznie rozstrzygnięta.
Odważnemu stawianiu sprawy i mierzeniu się z przyczynami krytyki i niepokoju eurosceptyków powinno towarzyszyć podchodzenie z respektem do głosów zaniepokojonych o społeczno-gospodarczy wymiar wpływu przestawienia energetyki na zielone tory. Trzeba przyznać z uznaniem, iż Bartłomiej Kozek nie ignoruje tematu, mierząc się z argumentami zaniepokojonych. Jest zresztą charakterystyczne dla całej publikacji, że troska o wymiar społeczny nadchodzących wyzwań nie ustępuje tu aspektowi ekologicznemu. Bardzo znamienne, iż fragment: „odejście od filozofii wzrostu opartego na grabieżczej eksploatacji zasobów Ziemi na rzecz filozofii trwałego rozwoju” od razu nasuwa skojarzenia ze znakomitymi pracami Lesława Michnowskiego, prezesa Klubu Twórców Ekorozwoju, od lat nawołującego do ekospołecznej zmiany na rzecz trwałego rozwoju, sprzeciwiającego się polityce „zero wzrostu”. Filozofia ekomyślenia Kozka jest podobna, wskazuje on na potencjał kreacji nowoczesnego przemysłu w oparciu o nowe technologie.
Faktem jest, iż koszty uzyskania zielonej energii stale maleją i nie jest wykluczone, że za niedługi czas mogą stać się częścią nowego przełomu naukowo-technicznego. Jednak przekonanie, iż „transformacja ekologiczna daje szansę na spokojne, bezbolesne »wyciąganie górników na słońce« poprzez przekwalifikowanie ich do rozwijających się sektorów zielonej gospodarki” – wydaje się przesadnym optymizmem. Nawet jeżeli nowe zielone technologie rzeczywiście stają się coraz bardziej wydajne, nie oznacza to, że wszystkie działania spod znaku rozwoju tej dziedziny muszą być pozytywne dla Polski. Autorzy przyznali, iż dekadę temu dość naiwnie niektórzy z nas zawierzyli samoistnemu żywiołowi europejskiemu – Unia i wszystko z niej płynące zdawało się być koniecznością dziejową, postępem. Podobnie może być z naszym stosunkiem do „zielonej gospodarki”.
Niewątpliwie Polska jest daleko z tyłu, jeśli chodzi o przewagi konkurencyjne w zielonych technologiach. Niewątpliwie też dalsze ograniczanie pozwoleń emisyjnych (tzw. backloading) i wzrost ceny emisji umocniłoby gospodarki już dziś silniejsze od naszej. Jednocześnie polski stopień uzależnienia od technologii średnio-emisyjnych nie może być drastycznie zmniejszany bez pogorszenia konkurencyjności naszej gospodarki. Trudno jest więc nie zgodzić się z opinią ministra środowiska, iż dalsze drastyczne ograniczanie emisji jest po prostu dyskryminujące w stosunku do naszego kraju i jest rozwiązaniem, które polepsza gospodarczą pozycję państw bogatych.
Postulaty ekologiczne są z natury rzeczy postulatami troski zarówno o środowisko, jak i o człowieka – leżą w ich wspólnym interesie. Myślę, że byłoby wielką szkodą dla potrzebnego ruchu ekologicznego, gdyby skanalizował swe działania w hurraoptymistycznym lobbingu na rzecz zbyt szybkiego i niepoliczonego wdrożenia rozwiązań potencjalnie szkodzących dobrobytowi społecznemu. Tak jak z rozsądkiem powinniśmy umieć patrzeć na dobro, jakim jest (lub może być) Unia, tak też rozsądna polityka ekorozwoju powinna być umiejętnie wymierzona. W naszej historii zbyt długo liczyły się tylko „dobre intencje” – już czas mierzyć efekty.
I polonezem przechodzi w Europę…
Ważkie i ciekawe rozmowy to jedno, solidna porcja wnikliwej analizy stanu chorego pacjenta „Europa” to drugie, ale najbardziej przekonujące w „Grze o Europę” jest poczucie autentycznej współodpowiedzialności, która pozwala snuć wizje lepszej zmiany. Wizje czasami nieco idealistyczne, ale pozytywnie różniące się od stanu europejskiej „debaty” na krajowym i zagranicznym podwórku, gdzie formułki i deklaracje zastępują zadumę nad przyszłością.
Dla wielu autorów, co przebija z kart „Gry…”, Europa jest rzeczywiście wspólnym domem, większą ojczyzną, przekraczającą bariery krótkowzrocznych partykularyzmów. Chociaż trudno zgodzić się z poglądem, iż państwa narodowe są anachronizmem, to globalizujący się świat o tak niewykorzystanym potencjale i tak wielu wyzwaniach absolutnie wymaga początków myślenia globalnego. Jeżeli Europa rzeczywiście będzie słabła, powodem tego będzie niezdolność do posiadania ambicji, zrozumienia własnej roli jako promotora rozwoju swojego i innych, biedniejszych części świata. Właśnie ambicji pozytywnej zmiany brakuje najbardziej – ale nie na kartach tej książki. Toczy się gra o nową, lepszą Europę – a zatem o naszą przyszłość. Przypomnienie o tym przez Zielonych zmusza do myślenia.
Zachęcam do lektury. Co ważne, książkę można pobrać w wersji elektronicznej całkiem za darmo tutaj.
przez Jarosław Ogrodowski | niedziela 24 marca 2013 | opinie
Kilka dni temu Instytut Obywatelski opublikował raport dotyczący partycypacji społecznej w miastach. Najważniejszymi ze zdiagnozowanych problemów były praktyczne jedynowładztwo prezydentów miast, szczególnie tych wielkich, fasadowość demokratycznych procedur oraz iluzoryczna możliwość społecznej kontroli nad nimi. Dla osób zajmujących się kwestiami miejskimi nie jest to wszakże nic nowego – od lat spotykamy się i walczymy z różnym szczęściem z tym zjawiskiem, usiłując mu się przeciwstawić. Niestety źródła tej sytuacji mają naturę systemową i niełatwo ją zmienić.
Prezydent miasta ma wedle obecnie obowiązujących przepisów władzę zakrojoną niezwykle szeroko. Oficjalnie będąc jedynie wykonawcą tego, co postanawia ogół mieszkańców poprzez swoich przedstawicieli, czyli radnych, w praktyce jest pomysłodawcą i motorem przeróżnych inicjatyw i inwestycji, radzie miejskiej pozostawiając jedynie funkcję zatwierdzającą. Jest to tym łatwiejsze, im więcej jest radnych – często anonimowych i pojedynczo zupełnie bezsilnych. Głos jednego czy dwójki radnych nie znaczy niemal nic, szczególnie gdy za prezydentem stoi zdyscyplinowany klub lub koalicja go popierająca. Nawet jeśli ten pojedynczy radny niezgadzający się z prezydenckim pomysłem pochodzi z klubu sprawującego w mieście władzę, to jego pozycja nie jest wiele lepsza. Jedyne, co może zrobić, to usiłować lobbować kuluarowo wśród partyjnych kolegów, wciąż jednak mając przeciw sobie prezydenta znacznie lepiej osadzonego w środowisku oraz jego zauszników. Radny opozycyjny nie ma nawet tej możliwości, a co dopiero radny niezależny, bezpartyjny.
Prezydent wielkiego miasta jest praktycznie nieodwołalny i musi naprawdę bardzo się postarać, aby stracić stanowisko. Procedura odwoławcza jest trudna i bez posiadania wsparcia którejś z partii politycznych mieszkańcy nie mają co myśleć o jego odwołaniu, gdyż zwyczajnie nie będą w stanie podołać temu pod względem logistycznym. Ilość potrzebnych głosów idzie w dziesiątki i setki tysięcy, a czas jest krótki. Daje to prezydentom niezwykły komfort czteroletniej nieusuwalności, nieznany nawet premierom. Ta praktyczna „nieśmiertelność” ma swoje jasne i ciemne strony. Oczywiście zapewnia stabilność i pozwala przeprowadzać wieloletnie projekty bez oglądania się co chwila na możliwość odwołania i życia w rytmie nieustającej kampanii przedwyborczej, bez zwracania uwagi na słupki popularności. Jest to jednak zatruty nektar, bo łatwo zapomnieć o woli wyborców, licząc na to, że za 2-3 lata ludzie nie będą już pamiętać.
Prezydent miasta, uwolniony od bieżącej kontroli mieszkańców i ich przedstawicieli, którzy wedle nowych przepisów pozbawieni zostali nawet możliwości udzielania mu absolutorium, staje się bytem niezależnym i samowładnym. Wyposażony w niemal nieograniczony zakres kreowania miejskiej przestrzeni może działać praktycznie dowolnie, dbając jedynie o to, żeby od czasu do czasu większość radnych zagłosowała zgodnie z jego uznaniem. Tylko od jego dobrej woli i własnych przekonań zależy, czy będzie oświeconym autokratą, czy też bezwzględnym zamordystą, w białych lub mniej białych rękawiczkach, sprawującym w mieście władzę absolutną. Władza dana prezydentowi jest jak Jedyny Pierścień znany z trylogii Tolkiena „Władca Pierścieni” – kusi każdego i potrzeba ogromnej siły woli, aby ją od siebie odsunąć. Jeśli się jednak ją przyjmie, ulegnięcie jej staje się tylko kwestią czasu.
Nie bez powodu odwołałem się do tolkienowskiego świata. Oto mamy wiceprezydenta Łodzi, Radosława Stępnia, który jeden z wymyślonych przez siebie projektów określa mianem „nowego Shire”. Projekt ten zakłada stworzenie na zachodzie miasta wielkiego, czterystuhektarowego kompleksu rekreacyjno-wypoczynkowego, w skład którego wejdą dzisiejsze ogród zoologiczny, ogród botaniczny, park na Zdrowiu i dawny wojskowy poligon na Brusie, zakupiony kosztem ponad 70 mln zł. Projekt ten wart jest 200 mln zł, z których większość ma pochodzić z Unii Europejskiej, ale samo miasto musi na niego przeznaczyć co najmniej 40 mln. Dzieje się to w sytuacji, gdy zdecydowana większość budynków komunalnych w centrum miasta jest w złym albo bardzo złym stanie technicznym, a mająca służyć mieszkańcom komunikacja miejska praktycznie dogorywa, pełniąc na wielu odcinkach już tylko funkcję socjalną. Mimo to łódzkie „Shire” posiada ogromną szansę na powstanie, bo nie ma siły zdolnej powstrzymać wiceprezydenta przed realizacją jego planu. Nie zrobią tego mieszkańcy, nie zrobią też tego radni, którzy dostaną gotowy projekt do przegłosowania. Mógłby to zrobić prezydent miasta, ale tego nie zrobi, bo gdyby był przeciwny, to pomysł nie doczekałby się ogłoszenia. W tej sytuacji szafarzem staje się ministerstwo rozwoju regionalnego, rozdzielające unijne fundusze – ale i tu mamy do czynienia bardziej z konkursem piękności i ważeniem sił różnych prezydentów miast niż z wsłuchiwaniem się w prawdziwe potrzeby obywateli.
W tej sytuacji mieszkańcy nie są w stanie wiele zdziałać. Mogą oczywiście wziąć udział w konsultacjach społecznych, pracowicie wypisując swoje uwagi w formularzach konsultacyjnych i mając nadzieję, że prezydent miasta się do nich pozytywnie ustosunkuje. Mogą też szukać szczęścia i osobiście dyskutować czy to z prezydentem, czy to z którymś z jego możnych – w cztery oczy lub na portalu społecznościowym, poprzez który paradoksalnie łatwiej jest dotrzeć do ważnej persony niż tradycyjnymi drogami. Mogą też się zorganizować i próbować wspólnie wpływać na sytuację w mieście, zgodnie z zasadą, że grupa może więcej. I faktycznie robią to.
Od pewnego czasu obserwujemy prawdziwą eksplozję tzw. ruchów miejskich. Ludzie w nich skupieni czują się gospodarzami swoich miast, czują się za nie odpowiedzialni i żyją ich życiem. Dają od siebie bardzo wiele, dzieląc się ideami, wiedzą (często ekspercką) i wolnym czasem – najczęściej bezpłatnie i z partyjno-politycznego punktu widzenia zupełnie bezinteresownie. Samoorganizują się w stowarzyszenia, fundacje lub nieformalne grupy, walcząc na co dzień z ograniczeniami, jakie stawia przed nimi ustawodawstwo dotyczące trzeciego sektora. Niekiedy działają w prawnej próżni, dopiero wykuwając nowe rozwiązania, czasem działają też poza prawem, walcząc np. z wszechobecną reklamą (niszczenie billboardów czy głośna ostatnio akcja oblania farbą witryn drogich sklepów w Warszawie) czy dopiero wymuszając legalizację jakichś zjawisk (akcja „Nielegalne przejście, które chciało być zebrą” w Łodzi lub również tamtejszy „Zebra bomber”).
Miejscy aktywiści nie są grupą jednorodną. Dzielą ich poglądy na temat samego działania, jak i na temat tego, jak osiągać cele. Jedni stoją całkowicie po stronie legalności działań, inni decydują się na miejską partyzantkę w szarej strefie. Jedni chcą osiągnąć swoje założenia, lobbując u polityków i pisząc projekty nowych praw, inni decydują się na powolną pracę u podstaw i poszerzanie własnej bazy. Podziały te idą nieraz w poprzek samych organizacji, doprowadzając do napięć i tarć, ale też i twórczej dyskusji, i wymiany myśli. Również temu celowi służy zwołany z inicjatywy stowarzyszenia My Poznaniacy Kongres Ruchów Miejskich, którego druga edycja zorganizowana w Łodzi zgromadziła ponad 200 aktywistów reprezentujących ponad 100 organizacji z całej Polski.
Tak dynamicznie rozwijające się stanowisko nie mogło ujść uwadze polityków, przynajmniej niektórych. Na razie przyglądają się im i starają analizować, również poprzez powiązane ze sobą organizacje i przybudówki, partyjne think-tanki i ośrodki myśli. Opisują swoim językiem ich środowisko, definiując je wedle własnych potrzeb i wyjmując z niego to, co dla nich wygodne. Pod tym względem wspomniana przeze mnie publikacja Instytutu Obywatelskiego i towarzyszący jej medialny oddźwięk są szczególnie cenne, ponieważ pokazują możliwe kierunki, jakie przed nimi stoją. W kolejce po miejskich aktywistów ustawiają się następne partie i środowiska, usiłując ich do siebie przyciągnąć i przekonać. Będziemy świadkami głośnych transferów i nieoczekiwanych nawróceń, odnajdzie się też wielu myślicieli, którzy już teraz ustawiają się w kolejce po tytuł pierwszego, który opisał ruchy miejskie, i którzy głośno będą krzyczeć, że to my, my, my jesteśmy ruchami miejskimi i to my mamy prawo do miasta, a nie wy.
Tymczasem prezydenci miast zauważyli ruchy miejskie już jakiś czas temu i starają się je kanalizować. Wchodzimy w to, uczestnicząc w konsultacjach społecznych i różnego rodzaju mniej lub bardziej formalnych spotkaniach i ciałach doradczych. Opiniujemy różne dokumenty i strategie, dając od siebie wiedzę i pomysły, które czasami bywają wykorzystywane. Inwestujemy czas i dostajemy na zachętę drobne ustępstwa, szczególnie tam, gdzie ani prezydent, ani żaden z jego mandarynów nie upatrzyli sobie prywatnego pola zainteresowania. Można nam ustąpić tam, gdzie w grę wchodzą dziesiątki czy setki tysięcy złotych, ale już nie tam, gdzie kwoty liczą się w dziesiątki i setki milionów. Można ustępować, a nawet współpracować w sferze kultury, można dać budżet obywatelski, stanowiący procent lub dwa w skali całego miejskiego planu finansowego, można rzucić milion czy dwa na ścieżki rowerowe, ale nie ma co marzyć o tym, żeby prezydent ustąpił tam, gdzie mamy do czynienia z kolejną śmiałą inwestycją – czy to będzie trasa, stadion czy nowy dworzec. Tutaj spotykamy się z żelazną pięścią, czasem tylko dla niepoznaki obleczoną rękawiczką. Nie mamy sił ani środków, aby się temu przeciwstawić, nie mamy też często możliwości, żeby przebić się z naszym przekazem do opinii publicznej. W obliczu nowej, wspaniałej inwestycji, za którą stoi wola prezydenta, wszystkie ustalenia tracą moc. Strategie, tak długo ucierane i konsultowane, stają się tylko świstkami papieru, z których treści złotouści prezydenccy rzecznicy potrafią wysnuć uzasadnienie wszystkiego, kłócąc się o kropki i przecinki. Nie trzeba ani analiz, ani studiów, zresztą zawsze można jakieś zamówić, a jeśli ich wyniki się nie spodobają, to można zerwać umowę (jak w Łodzi na studium systemu komunikacyjnego miasta) i rękami własnych ekspertów napisać kolejne.
Jednak miejscy aktywiści nie są jedynymi, którzy zabierają głos. Coraz częściej oczekiwania artykułuje także młoda miejska burżuazja, świadoma własnych praw i potrzeb – i głośno domagająca się realizacji swoich postulatów. Obie grupy łączy to, że uważają, iż mają prawo do miasta. Dzieli ich to, że według miejskich aktywistów przysługuje ono całej społeczności lokalnej, nowi mieszczanie zaś widzą przede wszystkim swoje prawo i korzyści. Ci pierwsi walczą o miasto jako jednorodny organizm, skupiając się na pożytku wszystkich jego mieszkańców, ci drudzy walczą głównie o siebie i swój klasowy interes. Osią podziału są empatia i społeczna świadomość, zdolność wyjścia poza swoją klasę społeczną i poza swoją grupę, umiejętność oceny, czy to, że „moja” przestrzeń stanie się dokładnie taka, jak sobie tego zażyczę, nie zaszkodzi miastu jako przestrzeni, w której żyją wszyscy jego mieszkańcy.
Nowi mieszczanie są prezydentowi wygodni. Owszem, bywają irytujący i czasem kopią go po kostkach, ale są przecież systemowi. Działają w ramach systemu i nie pragną zmieniać jego zasad. Pragną drobnych zmian, sobie dogodnych, ale nie dążą do przemodelowania lub obalenia całej struktury. Są konserwatywni, pragną przede wszystkim porządku i spokoju, czystości i schludności. Chcą, aby ich miasto było dostatnie i normalne, wystrzegając się niepokoju i bałaganu. Sytuacja przez nich zastana całkowicie usprawiedliwia ich dążenia – w polskich miastach panuje nieporządek, brakuje planowania przestrzennego, każdą wolną powierzchnię zajmują wszechobecne reklamy, a na ulicach zdarzają się biedacy i żebracy. I właśnie kiedy z tymi ostatnimi przychodzi się nowym mieszczanom spotkać, najsilniej wychodzi zarysowany wyżej podział. Nowi mieszczanie nie czują z nimi żadnego związku, chcą się ich pozbyć. Chcą „odżulić” centrum, wyrzucając z niego ludzi ubogich, których nie stać na czynsz i opłaty. Nie chcą rewitalizacji, która oznacza długotrwałą pracę z mieszkającymi tu ludźmi – chcą remontu i odnowienia budynków oraz zasiedlenia ich „świetlistymi”, ludźmi podobnymi sobie, nieźle sytuowanymi i posiadającymi określony kapitał, tak pieniężny, jak i kulturowy.
Boją się jednak do tego przyznać, bo rewitalizacja i jej idee dość głęboko już zapuściły korzenie, a gentryfikacja jest niemodna i wstyd się do niej przyznać. Dlatego też nowy mieszczanin zasłania się obiektywnymi trudnościami i obowiązującym prawodawstwem, które nie zostawia wiele przestrzeni. Mówi z przekonaniem o rewitalizowaniu całych dzielnic, ale na co dzień pozwala na to, aby miasto dokonywało punktowych remontów, niemal zawsze wiążących się z wypchnięciem dotychczasowych mieszkańców do innych miejskich budynków i zastąpieniem ich ludźmi bogatszymi lub „kreatywnymi”. Mówi o zrównoważonym rozwoju, ale nie protestuje przeciwko otwarciu kolejnej galerii handlowej wypierającej małe sklepy czy osiedlowych handlarzy, których miejsca pracy określa pogardliwie „budami”. Nowy mieszczanin wystrzega się ideologii, przedstawiając siebie jako osobę rozsądną, daleką od polityki, ale w rzeczywistości jest głęboko zanurzony w neoliberalnej doktrynie obowiązującej w Polsce w ostatnim dwudziestoleciu.
W ten sposób powstaje specyficzna symbioza. Z jednej strony mamy oświeconego Prezydenta, wybieranego na kolejną już kadencję, doskonale umocowanego w miejskiej przestrzeni, przybierającego maskę Dobrego Cara, który przecież zawsze chce dobrze i który prowadzi poddanych ku świetlanej przyszłości. Od czasu do czasu przeszkadzają mu źli urzędnicy, których głowy raz na jakiś czas przyozdabiają szpalty gazet, gdy ich czas na dworze dobiega końca. Z drugiej strony stają Nowi Mieszczanie, pragnący spokoju i porządku, żeby było dostatnio, żeby były zamiecione chodniki, wyremontowane fasady budynków i żeby główna ulica miasta lśniła granitem i modnymi markami. Dobry Car daje Nowym Mieszczanom poczucie stabilności i spokoju, oni mu zaś oferują społeczną legitymację i możliwość działania zgodnie z zasadą „dziel i rządź”. Dzięki nim Dobry Car ma opozycję konstruktywną, którą może ustawić w kontrze do tej niekonstruktywnej, roszczeniowej, dążącej do zmiany status quo.
Ostatecznym efektem tej symbiozy jest to, że prawo do miasta przysługuje głównie tym, którzy już się na nim uwłaszczyli. To, co pozostało niezajęte, staje się polem walki i przepychanek, na którym zwyciężają najsilniejsi. Polityka miejska, rewitalizacja, zrównoważony rozwój i wszystkie te mądre słowa stają się wygodnymi wytrychami, za którymi daje się ukryć szerokie arterie, stadiony, parki rozrywki, handlowe galerie i wieżowce, bez wyjątku drenujące miejskie budżety w imię biznesowego podejścia prezydenta i jego świty.
I tak oto rzeczywiście budzimy się w Shire. Ale nie w tym wymarzonym i sielankowym, lecz w tym zniszczonym, zdewastowanym i obcym, w którym nic nie jest takie, jak byśmy chcieli.
przez Jarosław Górski | niedziela 17 marca 2013 | opinie
Jeden tam tylko jest porządny człowiek: prokurator; ale i ten, prawdę mówiąc, świnia.
Mikołaj Gogol
Nauczyciel to mój zawód. Nawet wielki zawód. Swego czasu, aby móc ten zawód wykonywać, zapisałem się na podyplomowe studia pedagogiczne. W środowisku nauczycielskim trwała akurat gorączka starania się o wprowadzone niedawno stopnie awansu zawodowego, więc spora część moich kolegów z tych studiów była zaaferowana zbieraniem dokumentacji potwierdzającej ich wysokie kwalifikacje profesjonalne i osobiste. Większość kuluarowych rozmów dotyczyła tego, jak zdobyć stosowne zaświadczenia, jakie dokumenty można dołączyć do teczek, jak czytać stosowne rozporządzenia i ustawy. Koledzy bardzo chętnie dzielili się doświadczeniami, konspektami zrealizowanych projektów i zajęć pozalekcyjnych, a także szczególnie twórczych cyklów lekcji, udzielali sobie rad, a nawet wymieniali się nie wiadomo skąd wziętymi, wypisanymi in blanco zaświadczeniami o udziale w fachowych warsztatach i kursach czy wysłuchaniu fachowych wykładów.
Pamiętam dyskusję wśród polonistów o tym, że gdy robi się z dzieciakami przedstawienie, warto przedłożyć dokumentację na papierze, a nie na płycie CD, której i tak nikt nie włoży do odtwarzacza, a w materiałach zajmuje wizualnie za mało miejsca. A w ogóle to lepiej zrobić jednak gazetkę niż przedstawienie, bo sama gazetka jest już dokumentem, który może zostać dołączony do papierów, i mniej z tym roboty. Pamiętam rozmowy matematyków o tym, że jest organizowany świetny konkurs, za udział w którym każdy uczestnik dostaje dyplom, więc jeśli zachęci się do udziału w konkursie całą klasę, to ma się całą teczkę dyplomów do skserowania i dołączenia do papierów. Pamiętam rozmowy o otwierających się fantastycznych możliwościach pozyskiwania grantów i dotacji dla różnych szkolnych przedsięwzięć i o tym, że wszelka „grantowa” aktywność jest bardzo dobrze widziana przez branżowe komisje. Pamiętam zazdrość, z jaką nauczyciele gimnazjalni i licealni spoglądali na koleżankę z młodszych klas podstawówki, która powiedziała uczniom, że dopiero wtedy będzie jej bardzo miło, gdy do zwyczajowych kwiatków na dzień nauczyciela dołączą własnoręcznie wykonane laurki, w których napiszą po kilka miłych słów i może jedno zdanko o tym, za co są swojej pani szczególnie wdzięczne. Dzieciaki wywiązały się na medal: cały plik pięknych laurek świadczących dobitnie o tym, że pani jest lubiana i że dobrze wykonuje swoją pracę, mógł zostać dołączony do prezentacji dorobku zawodowego.
No i chyba właśnie przy tych laurkach czara się przelała. Jak to? Więc szkolni poloniści już nie rozmawiają o literaturze, gdy spotkają kolegę po fachu, nie kłócą się o sens skrzydlatych wersów? Szkolni matematycy nie sięgają odruchowo po skrawki papieru, aby zapisać jakieś niestandardowe rozwiązanie zadania, o którym myśleli od kilku miesięcy? Nauczyciele młodszych klas nie planują nowych zabaw? A wszyscy oni chętniej niż o dzieciakach, ich kłopotach i kłopotach z nimi, o szkolnych rozmowach, wojnach i awanturach, rozmawiają o dokumentach? Wszystko jest postawione na głowie? Właśnie dokumenty, awanse, ewaluacje, standardy stają się istotą naszej pracy, osią i punktem odniesienia naszego myślenia o zawodowej i społecznej misji, którą przyszło nam pełnić? I że właśnie tym zaczynamy się w szkole zajmować, ucząc niejako przy okazji.
To nie tak, że właśnie wtedy zrozumiałem, iż szkoła, system edukacji, władze oświatowe, państwowe czy ktokolwiek inny (no właśnie, kto?) mąci w głowach porządnym ludziom, którzy przecież nie z żądzy zysku, prestiżu i władzy, ale najczęściej z przyjaźni dla bliźnich i świata wybrali trudny i niewdzięczny zawód. Nie, to przecież wiedziałem od dawna.
Teraz jednak jakbym stracił wiarę, że twórcy systemu demoralizują jego uczestników niechcący, przez pomyłkę, mając na względzie wartości wyższe i jakieś końcowe dobro, do którego nie da się dojść tak, aby się nie ubłocić, nie uświnić. Teraz, od tej opowieści o wyłudzonych laurkach, widzę to tak, że chodzi właśnie o to, żeby nas ubłocić, uświnić, a odległego celu po prostu nie ma, nikt go nie wyznaczył i nikt go nie widzi. I im więcej od tego czasu pojawia się następnych reform, im bardziej kolejni ministrowie edukacji udoskonalają system, tym bardziej potwierdzają się te przypuszczenia. Lekarstwem na wszelkie szkolne niedostatki ma być jeszcze większa standaryzacja, ścisła kontrola zarówno każdej nauczycielskiej aktywności (tu kłania się choćby niedawny pomysł minister Szumilas zmuszenia nauczycieli do wpisywania wszystkich zawodowych czynności do specjalnych zeszytów), jak i sposobów i treści nauczania (określana eufemistycznie i bałamutnie „ewaluacją”), uzależnienie programów i sposobów nauczania od egzaminów (a nie odwrotnie!) i oczywiście towarzysząca temu wszystkiemu gigantyczna sprawozdawczość – tony papierów i gigabajty danych.
Te wszystkie lekarstwa mają narkotyczne działanie. Z jednej strony znieczulają wszystkich uczestników edukacyjnego życia, pozwalają odwrócić uwagę od bólu wynikającego z faktu, że nikt nie ma pomysłu na to, albo – tym gorzej – nikt nie chce otwarcie powiedzieć, czemu obowiązkowa szkoła w naszym kraju ma służyć, jakiego chce wychować absolwenta, jakie społeczne więzi chce i powinna budować i z jakimi zagrożeniami się mierzyć. Z drugiej strony stają się centrum myślenia i wyobraźni pacjentów, którzy nie są w stanie myśleć o niczym innym niż o lekarstwie. Wszystkie więc głębokie motywacje do podjęcia nauczycielskiego zawodu: wychowawcza czy przywódcza pasja, zamiłowanie do wykładanego przedmiotu, potrzeba tworzenia i pogłębiania relacji czy choćby chęć wykonywania pracy, której efektów daje się doświadczyć, stają się drugorzędne, a w końcu wręcz zamierają. Ich miejsce zajmuje wieczne zaaferowanie dokumentacją, statystykami, fetyszyzm rubryk, planów i punktów, zbieractwo papierów.
Oczywiście nauczyciele miewają z takiej narkotycznej kuracji wiele korzyści. Praca z młodymi ludźmi, obcowanie z każdym z nich z osobna i z wieloma w masie, jest niezwykle obciążająca psychicznie, tym bardziej, że młodzież miewa jeszcze rodziców. Jeśli nauczyciel oddzieli się od swoich uczniów standardami, jeśli informacji zwrotnej o swojej pracy szuka w statystykach i dokumentacji, a nie w relacjach, może nieco łagodzić te obciążenia. A jednak wielu, bardzo wielu odbiera ten biurokratyczny system jako narzucony i upokarzający, jako gwałt na własnych dobrych intencjach i szlachetnych motywacjach. Dążność władz oświatowych do wszechobecnej standaryzacji i kontroli wynika przecież z nieufności, z przekonania o niskim morale nauczycieli, ich złym przygotowaniu do zawodu i skłonności do wymigiwania się od pracy. Ale cóż, pracować trzeba, nie można wiecznie kontestować systemu, w którym tkwi się po uszy, i który zresztą nauczył się kontestatorów pozbywać. Pracować trzeba, trzeba się przystosować. Oczywiście zdarzają się wśród nauczycieli wybitne jednostki, potrafiące z jednej strony uniknąć skorumpowania przez system, a z drugiej wiecznej frustracji, ale czy edukacja niepodległego europejskiego państwa całkiem przyzwoitej wielkości może opierać się na wybitnych jednostkach?
Sprawa korumpowania, demoralizowania ludzi wykonujących ważne społeczne funkcje przez nadmiernie kontrolujący i nieufny system ma, jak sądzę, zasięg szerszy niż edukacja. Nie tak dawno Polską wstrząsnęła sprawa dwuletniej Dominiki, której dyżurny lekarz pogotowia odmówił pomocy, mimo objawów ewidentnie wskazujących na zagrożenie życia. Dziewczynka zmarła, a na lekarza posypały się gromy. Czy słusznie właśnie na niego? W końcu przeszedł on już wieloletnią tresurę, która wyrabia w lekarzach odruch obliczania, czy koszt wykonanej przez niego usługi medycznej (tak właśnie: usługa, nie pomoc choremu człowiekowi!) nie przekroczy kwoty refundacji. Czy można się dziwić, że od lat konsekwentnie i bezwzględnie kształtowana dusza księgowego stłumiła ludzki odruch przerażenia, że człowiek może umrzeć bez pomocy? Czy można dziwić się, że wielu wspaniałych, pełnych empatii i energii społeczników przemienia się w, za przeproszeniem, menedżerów, widzących problemy społeczne wyłącznie tam, gdzie są jakieś pieniądze do wyciągnięcia? Czy można dziwić się naukowcom porzucającym pasjonujące, ale ryzykowne obszary badań, na rzecz takich, które może nie popchną świata do przodu, lecz z których da się łatwo stworzyć publikacje niezbędne do zawodowego awansu? Czy można dziwić się policjantom rozliczanym ze śledczych sukcesów, że starają się zniechęcić poszkodowanych do składania zeznań, gdy widzą, że poszukiwania sprawcy nie będą łatwe? No i czy można się dziwić, że w tym naszym polskim miasteczku mało jakoś porządnych prokuratorów?
No ale czy byłby w ogóle możliwy taki system, który zakładałby, że skoro ludzie podejmują jakąś działalność, wykonują społecznie pożyteczny, choć nie zawsze finansowo czy prestiżowo doceniany zawód, to mają dobre intencje? Że człowiek może odnajdywać w swojej pracy radość? Że nie porzuci ważnej i mającej sens roboty, gdy tylko nadzorca się odwróci? Czy możliwy jest taki system, który będzie zakładał, że w miasteczku naszym niejeden prokurator jest porządny i że wcale on zresztą nie jest świnią? Czy możliwe byłoby w konstruowaniu systemu założenie, że człowiek właśnie świnią się staje, kiedy jest traktowany jak świnia, a jeśli z niego świni nie robić, wcale się świnią nie okaże? Co by szkodziło kiedyś spróbować…
przez Andrzej Gwiazda | piątek 8 marca 2013 | opinie
Analiza Projektu ustawy o udziale zagranicznych funkcjonariuszy lub pracowników we wspólnych operacjach lub wspólnych działaniach ratowniczych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej.
Dnia 18.01.2013 r. Donald Tusk skierował do sejmu projekt ustawy, która pozwala szefowi ABW w „trakcie zgromadzeń, imprez masowych … oraz innych poważnych zdarzeń” wezwać do Polski uzbrojone w broń palną oraz „środki i urządzenia przymusu bezpośredniego” spec-służby z dowolnego kraju (również spoza UE).
Analogicznie: Komendanci Policji, Straży Granicznej i Straży Pożarnej mogą wezwać odpowiednie formacje z państw obcych.
Projekt tej szokującej ustawy obarczony jest trzema poważnymi manipulacjami:
1. Kłamliwym powołaniem się na prawo UE.
2. Arbitralną decyzją: „przeprowadzanie konsultacji społecznych jest niecelowe”.
3. Pomieszaniem skrajnie odmiennych materii, jak otwarcie granic RP dla działalności spec-służb państw obcych z uregulowaniem współpracy w dziedzinie ratownictwa.
Ad 1. Projekt ustawy (druk nr 1066) pt. „O udziale zagranicznych funkcjonariuszy lub pracowników we wspólnych operacjach lub wspólnych działaniach ratowniczych na terytorium RP” ma podkreślony podtytuł:
„Projekt ustawy ma na celu wykonanie prawa Unii Europejskiej”.
Jest to świadome kłamstwo, bowiem w uzasadnieniu załączonym do projektu czytamy:
Ustawa jest konieczna, gdyż w „…aktach prawnych UE … brak przepisów, które pozwalałyby na jednoczesny udział funkcjonariuszy państw spoza UE”.
„Celem ustawy jest umożliwienie funkcjonariuszom … państw trzecich (nie będących członkami UE) udziału we wspólnych operacjach na terenie RP … w trakcie zgromadzeń, imprez masowych … oraz innych poważnych zdarzeń”.
Uzasadnienie powołuje się na decyzję Rady nr 615 art. 17, który brzmi: „W celu intensyfikacji współpracy … państwa członkowskie mogą … wprowadzić … wspólne operacje…”.
Traktat UE art. 73.: „Państwa Członkowskie mogą organizować między sobą i na swoją odpowiedzialność uznane przez nie za stosowne formy współpracy … między służbami ich administracji odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo narodowe”.
A zatem prawo UE nie nakazuje, a tylko pozwala państwom członkowskim, na zasadach podanych w decyzji Rady nr 615 i 617, na współpracę „… między ich służbami … odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo narodowe”. Prawo UE pozwala państwom członkowskim na zawieranie umów dwustronnych z państwami spoza UE, ale nie może takich umów wymagać, gdyż ma zastosowanie wyłącznie na terenie UE.
Użycie terminu „wykonanie prawa” fałszywie sugeruje, jakoby prawo UE wymagało przyjęcia projektowanej ustawy.
Ad 2. W uzasadnieniu zaznaczono: „… w trybie ustawy o działalności lobbingowej … z uwagi … że dotyczy ona głównie służb podległych MSW, przeprowadzanie konsultacji społecznych jest niecelowe”. Ponieważ ustawa dotyczy głównie uczestników zgromadzeń i masowych imprez, uznano, że lepiej społeczeństwa o zdanie nie pytać.
Ad 3. Cechy jawnej manipulacji ma umieszczenie w jednej ustawie tak odrębnych przedmiotów, jak wezwanie obcych spec-służb – w tym specjalnych jednostek interwencyjnych – w przypadku zgromadzeń, oraz regulacji ponadpaństwowych działań ratowniczych w wypadkach i katastrofach. Każdy artykuł projektu zawiera mantrę „wspólne działania ratownicze”, lecz przepisów regulujących czy ułatwiających działania ratownicze projekt w ogóle nie zawiera. Tak więc „wspólne działania ratownicze” są listkiem figowym, mającym przykryć istotne cele autorów projektu: Otwarcie Polski dla działania służb innych państw.
Przedmiot projektu ustawy obejmuje bowiem trzy niezwiązane ze sobą dziedziny:
a. Międzypaństwowej współpracy i pomocy w dziedzinie ratownictwa.
b. Międzypaństwowej współpracy w zwalczaniu przestępczości.
c. Międzypaństwowej współpracy służb specjalnych „w trakcie zgromadzeń”.
Ad. a. Wspólne akcje ratownicze służą interesom każdego obywatela, czyli ogółu. Ponieważ nie zagrażają ani indywidualnym, ani grupowym interesom, nie budzą politycznych kontrowersji, uzyskają więc polityczną i społeczną akceptację.
Ad. b. Współpraca w zwalczaniu przestępczości, również ma służyć interesom większości, lecz jest wymierzona przeciwko mniejszości. Nie może więc zyskać stuprocentowego poparcia. Istotnym składnikiem zwalczania przestępczości jest użycie przemocy, a więc broni palnej i środków pirotechnicznych oraz innych, niesprecyzowanych „środków przymusu bezpośredniego”. W skład tych „środków” wchodzą dzisiaj nie tylko znane nam pałki, armatki wodne, gazy łzawiące i areszty, ale również paralizatory, kule gumowe, gazy oślepiające i parzące oraz nieznane nam jeszcze wynalazki z arsenałów policyjnych. Użycie na terenie Polski takich „środków” przez służby innych państw grozi poważnymi skutkami społecznymi i politycznymi.
Ad. c. Według art. 3.2.1 projektu, w związku z art. 2.1.b, szefowie ABW i BOR oraz Komendanci Policji, Straży Granicznej i Straży Pożarnej mogą bezpośrednio wezwać do Polski odpowiednie służby „w związku ze zgromadzeniami, imprezami masowymi lub podobnymi wydarzeniami…” oraz służby państw nie będących członkami UE. W pozostałych przypadkach, zgodnie decyzją Rady nr 615, obowiązuje droga pośrednia przez punkt kontaktowy. Oczywiście w stosunku do uczestników zgromadzeń będą stosowane wszystkie „środki przymusu” wymienione wyżej.
Ułatwienia wezwania obcych służb „w związku ze zgromadzeniami, imprezami masowymi lub podobnymi wydarzeniami…” sugerują, że głównym celem projektowanej ustawy jest stworzenie międzynarodowej ekipy do pacyfikacji wystąpień i żądań społecznych. Dlatego próbowano ukryć sens i cel projektu ustawy.
Na uwagę zasługuje zamiar powierzenia wezwań obcych służb urzędnikom niskiego szczebla. To ma pozwolić rządowi w razie zdecydowanego sprzeciwu społeczeństwa ratować pozycję przez zwalenie winy na urzędnika oraz jego dymisję.
Traktat UE art. 67 p 3.: „Unia dokłada starań … zapobiegających przestępczości, rasizmowi i ksenofobii…”. UE stawia ksenofobię na równi z przestępczością. Ksenofobia to nieufność lub niechęć w stosunku do obcych. Teraz UE wraz polskim premierem zamierzają leczyć nas z ksenofobii za pomocą obcych służb wyposażonych w „środki przymusu bezpośredniego”.
Powyższe przepisy znów dotyczą wszystkich obywateli. Nikt bowiem nie może przewidzieć, w jakim „zgromadzeniu” weźmie udział on lub jego bliscy. Lecz jeszcze mamy wpływ na to, kto w czasie tych zgromadzeń będzie nas pałował i jakiej narodowości funkcjonariusze będą do nas strzelać. Możemy nie dopuścić do uchwalenia tej ustawy przez sejm.
Moim zdaniem tak skonstruowany projekt musi być odrzucony bez dyskusji, z żądaniem przedstawienia odrębnych projektów trzech ustaw:
1. Ustawy o międzypaństwowej współpracy w sprawach ratownictwa.
2. Ustawy o międzypaństwowej współpracy w zwalczaniu przestępczości.
3. Ustawy o międzypaństwowej operacyjnej współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa.
Ad 1. Ustawa o ratownictwie nie napotka trudności politycznych ani sprzeciwów społecznych. Jest łatwa do opracowania i uchwalenia.
Ad 2. Ustawa o międzypaństwowej współpracy w zwalczaniu przestępczości może zawierać przepisy o działaniu na terenie RP policji, a więc formacji zbrojnych obcych państw. Jej uchwalenie musi więc być poprzedzone ogólnospołeczną dyskusją oraz wnikliwym opracowaniem.
Ad 3. Ustawa o międzypaństwowej operacyjnej współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa jest aktem czysto politycznym. Ustawa taka tworzy nowe prawo otwierające spec-służbom państw obcych możliwość operacyjnego działania na terenie RP. Projekt takiej ustawy, przed poddaniem jej pod społeczną dyskusję, wymaga mocnego i przekonującego uzasadnienia jej pożytku oraz przedstawienia środków prawnych i operacyjnych, zapobiegających możliwości jej wykorzystania przeciwko akcjom społecznym, a tym samym na szkodę Polski. Uważam, że taka ustawa wymaga referendum.
Andrzej Gwiazda
Gdańsk, 06.03.2013 r.
przez dr Rafał Bakalarczyk | niedziela 3 marca 2013 | opinie
Rok Janusza Korczaka za nami, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zakończyła zbiórkę i przestała grać, a sytuacja chorych dzieci wciąż pozostaje mizerna i niepewna. Zwłaszcza tych najsłabszych, wymagających długotrwałego leczenia w specjalistycznych placówkach.
Ośrodki te są zadłużone i zawczasu nie podjęto kroków, aby temu problemowi zaradzić. Polskie Towarzystwo Pediatryczne w swym oświadczeniu zasugerowało zwiększenie nakładów na opiekę pediatryczną, wyższą wycenę świadczeń w tym zakresie i wprowadzenie referencyjności świadczeń pediatrycznych. W oświadczeniu tym wskazane są też przyczyny zadłużenia rosnącego z każdym rokiem. Oprócz wspomnianego niedoszacowania przez NFZ kosztów tego typu opieki należą do nich również same mechanizmy alokacji i tak skromnych środków, które – jak czytamy – pozostają rozproszone pomiędzy liczne niewielkie jednostki, zaś niekiedy konieczne „nadwykonania” nie znajdują odpowiedniej zapłaty lub znajdują ją jedynie w niepełnym wymiarze. Już to zwięzłe oświadczenie wskazuje na systemowy wymiar problemu, wciąż bagatelizowanego przez ministerstwo (na czele którego nota bene stoi pediatra z wykształcenia). Zmiany zachodzą w tym względzie zbyt wolno.
Minister Zdrowia swego czasu zapowiadał, że od 2013 r. zwiększy się wycena procedur pediatrycznych. Być może pozwoliłoby to na oddłużenie większości z działających dziś 22 szpitali dziecięcych, których dalsze funkcjonowanie jest zagrożone. Na przełomie listopada i grudnia doszło do spotkania z udziałem przedstawicieli placówek i NFZ, podczas którego poinformowano, że dopiero trwają badania pozwalające na nowo oszacować rzeczywisty koszt procedur pediatrycznych, za którymi ewentualnie będzie mogła iść zmiana finansowania. Proces owego przeszacowywania jest w toku, więc na zmianę wyceny świadczeń będzie trzeba jeszcze poczekać. Towarzyszy temu proceduralny bałagan, a rodzicom przewlekle chorych dzieci zafundowano przedłużający się stan niepewności.
System niewrażliwy na wiek
W ubiegłym roku głośna była sprawa Centrum Zdrowia Dziecka, które poddano ministerialnej kontroli – niedawno opublikowany raport wykazał szereg nieprawidłowości i błędów w zarządzaniu. Pozwoliło to Ministrowi oznajmić, że błędy wystąpiły na poziomie zarządzania placówką. Taki wniosek jest jednak o tyle wygodny, co groźny – gdyż zdaje się zwalniać z szukania strukturalnych źródeł problemu. Istnieją przesłanki wskazujące, że coś szwankuje w systemie, skoro nie tylko Centrum Zdrowia Dziecka boryka się z poważnymi trudnościami finansowymi.
Byli też tacy, dla których przypadek Centrum Zdrowia Dziecka stanowił koronny dowód na to, że system nie działa dobrze. Jednak taki punkt widzenia – jeśli wnioski wyciągalibyśmy na podstawie tego tylko przypadku – również byłby nieuprawniony. Trudna sytuacja poszczególnych placówek niekoniecznie dowodzi niesprawności systemu. Choć w tym wypadku poniekąd tak jest.
Jedną z wielu słabości polskiej służby zdrowia jest jej niewrażliwość na specyfikę i zmienność potrzeb związanych z trwaniem cyklu życia. Pokazuje to zarówno dotychczasowa wycena geriatrii, jak i pediatrii. Twórcy systemu nie dostrzegają, że zarówno najmłodsi, jak i najstarsi pacjenci wymagają specyficznego podejścia, które wykracza poza czynności stricte medyczne, a obejmuje także uwzględnienie szczególnych potrzeb i ograniczonych możliwości związanych z wiekiem. Na przykład wielochorobowość w przypadku osób starszych powoduje, że sporządzając diagnozę, a także podejmując decyzję w sprawie terapii, nie można koncentrować się na niesprawności jednego organu czy funkcji organizmu, lecz trzeba widzieć to w szerszym kontekście sprawności danej osoby, jej innych, obecnych i przeszłych schorzeń. Również czas rekonwalescencji w przypadku – zasadniczo słabszych – starszych osób jest dłuższy, choćby podczas zrastania się kości po złamaniach.
Tymczasem opieka geriatryczna jest wyceniana słabo, w efekcie czego nie ma finansowej motywacji dla tworzenia oddziałów geriatrycznych w szpitalach. Przekłada się to także na znikomą liczbę geriatrów względem ilości potrzebujących. Sytuacja dzieci wygląda podobnie – w ich przypadku również wycena świadczeń powinna uwzględniać dodatkowe, okołomedyczne czynniki, które nie występują lub są znacznie mniejsze w przypadku pacjentów w sile wieku.
Dlaczego leczenie dzieci jest droższe?
Dzieje się tak z kilku powodów. Mówiąc hasłowo, po pierwsze dzieci wymagają zatrudnienia większej ilości personelu – potrzeba więcej pielęgniarek i dodatkowo pielęgniarek dziecięcych. Po drugie większe są wydatki na żywienie dzieci, które potrzebują innej diety niż dorośli. Po trzecie droższa jest diagnostyka, gdyż dziecko wymaga często dodatkowych badań, których nie trzeba już wykonywać u dorosłych pacjentów. Po czwarte dodatkowy koszt stanowi pobyt na oddziałach pediatrycznych rodziców. Po piąte placówka jest często zmuszona do zakupu większej ilości sprzętu, bowiem dzieci bardzo małe potrzebują innej aparatury niż te starsze – potrzeby w toku rozwoju dziecka zmieniają się bardzo dynamicznie.
Wskazane wyżej czynniki przemawiają za podwyższoną wyceną świadczeń medycznych względem dzieci. Biorąc pod uwagę obecną sytuację, bez zwiększenia nakładów oraz świadczeń zdrowotnych udzielanych na oddziałach pediatrycznych przyszłe losy szpitali dziecięcych są bardzo niepewne. A to może doprowadzić do dalszego pogorszenia sytuacji rodzin z ciężko chorymi dziećmi.
I kogo to obchodzi?
Jak ciężka jest sytuacja takich rodzin, można było swego czasu przeczytać w tygodniku „Przegląd” w artykule Elżbiety Turlej pod znamiennym tytułem „Mam chore dziecko. I kogo to obchodzi?”. Z przytoczonych tam historii wyłania się obraz rodzin, które czeka gehenna użerania się z procedurami biurokratycznymi, nie dający gwarancji powodzenia wysiłek zbierania środków za pośrednictwem fundacji i pieniędzy z 1% podatku oraz ogromne własne wydatki.
W wyjątkowo trudnej sytuacji zdają się być pacjenci cierpiący na choroby rzadkie, których leczenie jest szczególnie drogie, a często nieobjęte programami refundacji – w Polsce ten problem dotyczy kilkunastu procent pacjentów, z czego trzy czwarte stanowią właśnie dzieci. Przerzucenie kosztów leczenia na rodziny jest dla nich tym dotkliwsze, że długotrwała choroba przewlekła i towarzysząca temu niesamodzielność dziecka często bywają powodem rezygnacji choćby jednego (a nieraz jedynego) rodzica z zatrudnienia i przejścia na świadczenie pielęgnacyjne, które w chwili obecnej wynosi 620 zł (po 100-złotowej podwyżce z utrzymującego się przez lata poziomu 520 zł). Krótko mówiąc, choroba przewlekła czy niepełnosprawność dziecka często skazują rodziny na ubóstwo, w warunkach którego tym bardziej trudne jest pokrywanie kosztów leczenia z własnej kieszeni.
Lepiej chronić – zdrowotnie i socjalnie
W świetle powyższego szczególnie istotne jest, aby w ramach publicznych środków zapewnić jak najszerszy zakres świadczeń zdrowotnych dla najmłodszych – osób, które nie ponoszą odpowiedzialności za stan swego zdrowia. Motywują zresztą czy wręcz zobowiązują do tego zapisy konstytucyjne. Artykuł 68 Ustawy Zasadniczej stanowi, że „władze publiczne są zobowiązane do zapewnienia szczególnej opieki zdrowotnej dzieciom, kobietom ciężarnym, osobom niepełnosprawnym i osobom w podeszłym wieku”.
Warto wspomnieć, że zapewnienie tej opieki zależy nie tylko od sposobu funkcjonowania służby zdrowia, ale także od czynników leżących poza nią, a mieszczących się w domenie zdrowia publicznego. Jednym z nich jest bieda. Według prognoz resortu pracy w tym roku aż 1/3 dzieci przyjdzie na świat w warunkach biedy. Ubóstwo to czynnik, który ogranicza potencjał rozwojowy, w tym zdrowotny, młodego pokolenia. Zwłaszcza gdy mamy do czynienia z ubóstwem skrajnym, które oznacza zagrożenie dla biologicznego przetrwania jednostki. W świetle danych GUS w takich warunkach żyją ponad 2 mln osób, zwłaszcza w rodzinach wielodzietnych. Ubóstwu towarzyszą niegodne warunki mieszkaniowe, skutkujące poważnymi chorobami. Nie da się walczyć z tym wyłącznie przy pomocy instrumentów polityki zdrowotnej; problem wymaga szerszej, społecznej strategii.
Pod zbyt krótką kołderką
Wyższa wycena świadczeń z zakresu pediatrii przez NFZ nie wystarcza, choć jest krokiem koniecznym. Ponadto trzeba mieć świadomość, że przydział większych środków na leczenie dzieci z funduszu zdrowia bez zwiększenia ich łącznych zasobów oznacza uszczuplenie środków na leczenie innych grup, o których potrzebach zdrowotnych również nie powinniśmy zapominać. Jednym z zasadniczych problemów polskiej służby zdrowia jest przecież ogólne niedofinansowanie, a nie tylko niedofinansowanie pediatrii. Kołderka, która ma pokryć podstawowe potrzeby obywateli, jest za krótka. Jeśli podciągniemy ją, żeby przykryć stopy, odkryjemy głowę. Jeśli będziemy chcieli okryć głowę, stopy zmarzną.
Od lat kolejne raporty porównawcze donoszą, że nakłady publiczne na opiekę zdrowotną w relacji do PKB ustępują europejskim standardom o kilka punktów procentowych. Specjalistka od ekonomii zdrowia, prof. Stanisława Golinowska, twierdzi, że składka zdrowotna jest ustalona na zbyt niskim poziomie. To wielce prawdopodobne, choć pamiętajmy, że niedofinansowanie sektora zdrowotnego w Polsce to nie tylko skutek ustawionych na zbyt niskim poziomie składek, z których zasila się NFZ. Ważniejsze wydają się inne czynniki, które – zwłaszcza w systemie głównie ubezpieczeniowym (finansowanym ze składek), a nie zaopatrzeniowym (finansowanym z podatków) – zdają się nasilać. Wysokie bezrobocie i niski poziom zatrudnienia skutkują tym, że maleją wpływy ze składek pochodzących ze stosunku pracy. Nawet jeśli realna skala pracujących w gospodarce narodowej jest wyższa, niż wynika to ze statystyk zatrudnienia (ze względu na pracę „na czarno”), to nie przekłada się to na wpływy do funduszu zdrowia. Praca w szarej strefie jest bowiem nieoskładkowana. Mamy też w Polsce do czynienia z rosnącą liczbą „umów śmieciowych”, w tym umów o dzieło (z których, w odróżnieniu od umowy-zlecenia, nie odprowadza się składek zdrowotnych). Bardzo niskie są również składki odprowadzane od osób przebywających na świadczeniu pielęgnacyjnym. W dodatku odnotowujemy spadek wynagrodzeń w gospodarce narodowej (w tym zamrożenie płac w budżetówce), a wielkość składki zależy proporcjonalnie od wysokości płacy. Ostatni z czynników, który może odgrywać w przyszłości coraz większą rolę, to spadek ludności w wieku produkcyjnym.
Dzieci – ofiary desolidaryzacji
Wiele ze wspomnianych czynników można i należy ograniczyć poprzez interwencję publiczną, jednak ich całościowa rekonstrukcja pokazuje, że chroniczny brak środków na opiekę zdrowotną to nie tylko – choć oczywiście także – skutek niewłaściwych decyzji decydentów, jeśli chodzi o podział publicznego „tortu”. To także konsekwencja tego, jak kształtują się stosunki społeczne, szczególnie stosunki pracy. Omijając kodeks pracy czy ustalając płace na jak najniższym poziomie dla pracowników, powinniśmy pamiętać, że na drugim końcu łańcucha zależności zabraknie środków na leczenie chorego dziecka. Choć może brzmieć to nieco populistycznie, to właśnie z takim mechanizmem, tyle że w skali makro, mamy do czynienia. Warto więc ugryźć się w język przed wygłoszeniem peanów na temat uelastycznienia rynku pracy czy utyskiwaniem na rzekomo zbyt wysokie koszty pracy. Pozapłacowe koszty, które przekazuje się do ZUS-u, nie są bezproduktywnym nawisem na wynagrodzeniu, lecz środkami odkładanymi na zabezpieczenie społeczne tych, których dotknie ryzyko socjalne, np. związane z utratą zdrowia.
Miniony rok, upamiętniający spuściznę „Starego Doktora”, to dobry pretekst, by publicznie przypomnieć o potrzebach najmłodszych i najsłabszych. Środki na leczenie dzieci i innych osób w potrzebie to sprawa wspólnotowa, obejmująca nas wszystkich. Pozytywne gesty solidarności, jakich dokonujemy w dzień Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, nie są w stanie zrekompensować procesów desolidaryzacji. A skutki tego – jak zwykle – ponoszą najsłabsi.