Lobbing zamiast debaty

Lobbing zamiast debaty

W lipcu 2003 r., zamiast grillować w ogródkach lub spędzać urlop w słonecznej Hiszpanii, ponad tysiąc Brytyjczyków wzięło udział w sześciu debatach o charakterze okrągłego stołu, poświęconych tematyce GMO (genetycznie modyfikowanych organizmów). Jednocześnie w ciągu jednego tygodnia zorganizowanych zostało sześćset lokalnych i regionalnych spotkań, które miały pozwolić mieszkańcom Wielkiej Brytanii wyrobić sobie opinię na temat dopuszczalności żywności GMO w ich kraju. Debaty i spotkania odbyły się w ramach kampanii GM Nation?, przeprowadzonej na zlecenie rządu brytyjskiego w latach 2002-2004 przez komisję ds. środowiska i biotechnologii rolniczej.

W czasie, gdy Brytyjczycy prowadzili publiczną, ogólnokrajową debatę na temat dopuszczalności importu i upraw GMO – inna sprawa, że rząd brytyjski wbrew jej wynikom opowiedział się „za” GMO – w Polsce dopiero rozpoczynała się dyskusja na ten temat. Związane to było z przegraną Unii Europejskiej przed trybunałem Światowej Organizacji Handlu w 2003 r., który nakazał jej znieść zakaz importu nasion GMO, oraz ze zbliżającym się wejściem Polski do Wspólnoty, co oznaczało objęcie nas europejskimi regulacjami dotyczącymi biotechnologii rolniczej.

Rozpoczęta przed dziesięcioma laty dyskusja szybko przybrała charakter wzajemnego okładania się argumentami przez przeciwników upraw genetycznie modyfikowanych, wywodzących się głównie z ruchów ekologicznych, oraz ich zwolenników, reprezentujących najczęściej przemysł biotechnologiczny. Tzw. zwykli ludzie szybko poczuli się zagubieni w tej dyskusji, pełnej przeczących sobie wzajemnie treści, których prawdziwości nie są w stanie rozstrzygnąć; tym bardziej, że spór o GMO szybko skoncentrował się wokół kwestii potencjalnej szkodliwości uprawy i konsumpcji produktów inżynierii genetycznej dla środowiska naturalnego oraz zdrowia ludzi.

W tych dysputach w naturalny sposób najwięcej do powiedzenia mają naukowcy, szafujący wynikami badań i argumentami, których prawdziwości i rzetelności przeciętny Kowalski nie jest w stanie ocenić. Sytuację pogarsza fakt, że utytułowani naukowcy i eksperci z jednostek naukowych występują w tej debacie zarówno po jednej, jak i drugiej stronie. Nie można zdać się więc na „autorytet uczonych”, jak chciałoby wielu dziennikarzy, przedstawiających spór o GMO jako walkę organizacji ekologicznych z naukowcami.

O ile można zrozumieć, że w czasie, gdy rządy krajów „starej Unii” organizowały ogólnokrajowe debaty, mające na celu wypracowanie stanowiska względem GMO, u nas dyskusja dopiero się zaczynała i miała dość żywiołowy charakter, to zastanawia fakt, że po dziesięciu latach wciąż mamy do czynienia z tą samą sytuacją. W międzyczasie kilkakrotnie zmieniane było prawo dotyczące organizmów genetycznie modyfikowanych, a w Polsce wciąż brakuje rzetelnej, wyczerpującej debaty. Nic nie wskazuje na to, by ostatnie zmiany w polskim prawie, zwieńczone rozporządzeniami zakazującymi uprawy genetycznie modyfikowanej kukurydzy i ziemniaka, miały zakończyć spór (o czym świadczyć mogą chociażby różnice zdań w ocenie tych regulacji w środowisku przeciwników GMO). Przeprowadzenie wspomnianej debaty pozwoliłoby nie tylko na obniżenie temperatury sporu, dopuszczenie do głosu innych zainteresowanych niż tylko ekolodzy i biotechnolodzy, ale przede wszystkim na poddanie pod dyskusję kwestii do tej pory w dysputach nieobecnych.

Wspomniana wcześniej koncentracja na kwestii szkodliwości GMO dla zdrowia i środowiska skutkuje pomijaniem społecznych i ekonomicznych skutków wprowadzenia biotechnologii rolniczej do Polski. A wydaje się, że jest to jedna z podstawowych kwestii, które powinny być przedmiotem debaty, gdyż związana jest bezpośrednio z przyszłym modelem i kierunkami rozwoju polskiego rolnictwa oraz kształtem struktury agrarnej wsi.

Najbardziej prawdopodobną hipotezą tłumaczącą brak takiej debaty wydaje mi się być ta, która wskazuje na użyteczność takiej sytuacji dla lobby biotechnologicznego. Zgodnie ze starą zasadą, iż „w mętnej wodzie łatwiej ryby łowić”, sprowadzenie całego sporu w oczach opinii publicznej do kłótni ekologów z biotechnologami skutkuje postulatami, by decyzje w tej sferze pozostawić ekspertom. A więc: naukowcom, czyli… samym biotechnologom. Zakłada się przy tym naiwnie, że „niezależni i obiektywni” eksperci powiedzą nam, „jak jest naprawdę”. Nie dostrzega się, że wielu z tych ekspertów jest uwikłanych w sytuację konfliktu interesów; nie tylko z racji tego, że w naturalny sposób zależy im na rozwoju własnej dyscypliny, ale również ze względu na powiązania z korporacjami biotechnologicznymi.

Biotechnologia należy do najbardziej sprywatyzowanych dziedzin nauki. Badania z zakresu inżynierii genetycznej są bardzo drogie w realizacji i bez wsparcia ze strony firm i dużych koncernów w praktyce nie mogą być realizowane. Już w 1984 r. finansowanie rozwoju biotechnologii stanowiło 42% wszystkich wydatków amerykańskiego przemysłu na rozwój nauki. Badacze nauki, tacy jak Lily E. Kay, szacują, że przynajmniej 80% biologów molekularnych w Stanach Zjednoczonych posiada udziały w firmach biotechnologicznych. W efekcie trudno znaleźć naukowców, którzy nie mieliby powiązań z tym sektorem. To oczywiście nie przeszkadza im występować jako bezstronne autorytety w mediach i komisjach sejmowych lub rządowych, lobbując jednocześnie za GMO.

Wystarczy spojrzeć na przykład prof. Tomasza Twardowskiego, uznawanego przez media za jeden z największych autorytetów w dziedzinie organizmów modyfikowanych genetycznie. Ten zasłużony profesor z Instytutu Chemii Bioorganicznej Polskiej Akademii Nauk jest jednocześnie założycielem i wieloletnim prezesem Polskiej Federacji Biotechnologii, zrzeszającej m.in. polskie przedstawicielstwa największych światowych koncernów biotechnologicznych. Powstaje pytanie, czyje interesy reprezentował on przewodnicząc w latach 2006-2008 Komisji ds. GMO przy Ministerstwie Środowiska? Na marginesie warto zaznaczyć, że na całym świecie wiele uniwersytetów oraz czasopism naukowych (głównie medycznych) wprowadziło wymóg składania oświadczeń o konfliktach interesów, które pozwalają na ocenienie stopnia bezstronności danego profesora. U nas niestety wciąż jest to temat tabu, a w komisjach i podkomisjach działa wielu utytułowanych ekspertów, wykonujących de facto działalność lobbingową.

Co to ma wspólnego z debatą publiczną? Otóż jej organizacja ma nie tylko charakter edukacyjny, jak chcieliby niektórzy dziennikarze, nawołujący do tego, by w formie kampanii informacyjnej eksperci „wytłumaczyli” Polakom, czym są GMO i „przekonali” ich do nieszkodliwości tej technologii. Debata oparta na modelu partycypacyjnym powinna umożliwiać realizację trzech celów. Pierwszym z nich jest włączenie innych zainteresowanych podmiotów w proces podejmowania decyzji, co w tym konkretnym przypadku umożliwiłoby uwzględnienie pomijanych do tej pory aspektów i konsekwencji uprawy GMO w Polsce, związanych z interesami, potrzebami i wartościami uczestników debaty. Po drugie, będące konsekwencją pierwszego, takie podejście powinno umożliwić wypracowanie lepszej jakościowo decyzji w porównaniu z sytuacją, gdy zapada ona bądź to w zaciszu gabinetów, bądź w atmosferze walki i przeciągania liny. Po trzecie wreszcie, jedno z podstawowych zadań partycypacji publicznej stanowi sprawowanie społecznej kontroli nad procesami decyzyjnymi: monitorowanie działalności grup interesów i prób wpływania przez nie na proces legislacyjny. Krótko mówiąc, debata publiczna oznacza dopuszczenie nowych podmiotów do procesu decyzyjnego, a w efekcie jego „rozszczelnienie”, wystawienie na światło dzienne i poddanie kontroli publicznej.

Czy można się zatem dziwić, że przez dziesięć lat nie doczekaliśmy się otwartej, publicznej debaty na temat GMO?

 

Starość w „chłodku”

Starość w „chłodku”

Pamiętacie scenę z „Przedwiośnia”, kiedy terminujący u okolicznego ekonoma Cezary Baryka, po pobycie w leniwym i pełnym intryg dworku w Nawłoci, napotyka w Chłodku grupę starych, zabiedzonych ludzi, wegetujących i marznących w nieogrzanej szopie? To doświadczenie było – podobnie jak wcześniej konfrontacja ojcowskiej wizji „szklanych domów” z obrazem biednej, przygranicznej wioski – kolejnym bolesnym przesileniem w dojrzewaniu społecznym głównego bohatera. Owe przedwiosenne „przesilenia” to szczególnie ważne momenty formacyjnej powieści. Niestety literacki obraz Chłodka wydaje się nie odbiegać od rzeczywistych obrazów również współczesnej Polski.

Podczas gdy jedni bawią się na warszawskich salonach czy w nobliwych kawiarniach, na marginesie polskich przemian żyje, a często wręcz wegetuje, wielu starszych, pozostawionych samych sobie ludzi. Znaleźli się oni poza sceną wielkich przemian, a ich problemy spychane są poza sferę tego, co widziane publicznie. Zimą części z nich – m.in. wskutek niewłaściwej bazy materialnej – grozi, dosłownie, wychłodzenie organizmu, nie mówiąc o niedoborze duchowego ciepła ze strony zewnętrznego otoczenia.

Samotne wyspy zimna

Zagrożenie zamarznięciem wśród ludzi starszych nie jest tylko polskim problemem. Jak szacuje brytyjska AGE UK, nawet 25 tysięcy seniorów w Wielkiej Brytanii może umrzeć tej zimy z powodu chłodu, co oznacza ryzyko 200 zgonów dziennie. Zgonów, którym przecież można zapobiec… Ponad 35% osób starszych w wielkiej Brytanii jest zaniepokojonych brakiem możliwości utrzymania odpowiedniej temperatury w swoich domach. Ponad połowa z nich za głównego towarzysza uważa telewizor, zwłaszcza zimą, gdy spora część seniorów nie jest w stanie samodzielnie wyjść z mieszkania. Taki siedzący tryb życia prowadzi do eskalacji różnych dolegliwości zdrowotnych – od zawału i udaru mózgu po depresję.

To dane i szacunki robione na Wyspach Brytyjskich, ale czyż w Polsce nie ma podobnych, a może nawet powszechniejszych zagrożeń? Problemy te występują również u nas, tyle że często się ich nie dostrzega, a gdy nawet otrzymujemy wiarygodne informacje na ten temat, bagatelizujemy wynikające z nich symptomy zagrożeń. Tegoroczny raport GUS „Jak się żyje osobom starszym w Polsce?” doczekał się krótkiej wzmianki w prasie. Miało to miejsce w tekście o tytule „Polski emeryt jest zadowolony z życia, żyje w dostatku” – mimo że z opracowania wynikało, że aż 27% emerytów jest zagrożonych którąś z postaci ubóstwa, miażdżąca większość nie uczestniczy niemal wcale w życiu społeczno-kulturalnym ani nie prowadzi zdrowej aktywności na zewnątrz, zaś dużą część czasu spędza przed telewizorem.

Raport poświęca niewiele uwagi sytuacji mieszkaniowej ludzi starszych, a ta – wbrew obiegowym opiniom i powierzchownie odczytywanym danym – nie jest wesoła. Rzeczywistość wielu osób starszych zamyka się w czterech ścianach własnych mieszkań – często zresztą niedostosowanych do potrzeb i możliwości tej grupy wiekowej. Zazwyczaj problem mieszkaniowy kojarzymy (częściowo zresztą słusznie) z trudną sytuacją ludzi młodych, nie mających odpowiednich kwot ani zdolności kredytowych. Jednak również w przypadku osób starszych sytuacja mieszkaniowa pozostawia wiele do życzenia – przy czym tu problemy są natury bardziej jakościowej niż ilościowej, związane z warunkami i kosztami życia niż z samym dostępem do mieszkań. Wiele osób starszych żyje bowiem samotnie, w mieszkaniach zbyt dużych względem własnych potrzeb i możliwości – zarówno finansowych (związanych z utrzymaniem i opłaceniem czynszu i rachunków), jak i fizycznych (związanych z prowadzeniem takiego gospodarstwa domowego). Ponoszone przez nich koszty stałe są bardzo duże i trudno im cokolwiek oszczędzić. Choć w gospodarstwach emeryckich relatywnie niewielki udział – w porównaniu z przeciętnymi gospodarstwami pracowniczymi – stanowi wyposażenie i użytkowanie mieszkań, to trzeba pamiętać, że osoby starsze po prostu często korzystają ze sprzętów, które są już bardzo przestarzałe i nienajlepszej jakości.

Ponadto mieszkania te są w większości przypadków niedostosowane do potrzeb osób o ograniczonej samodzielności (brakuje np. uchwytów, zlikwidowanych progów, przystosowanych urządzeń higienicznych etc.). Dla porównania np. w Szwecji w wielu gminach wprowadzono dostępne dla wszystkich osób w danym wieku (niezależnie od sytuacji rodzinnej, materialnej i zdrowotnej) usługi polegające na wkręcaniu żarówek, myciu okien czy zawieszaniu firanek, co pozwala starszym ludziom utrzymać jakość życia bez ryzyka upadku i kontuzji podczas tych czynności. Wszyscy też, nie tylko najubożsi, mogą wnioskować o dostosowanie mieszkań do potrzeb osób starszych. W Skandynawii projektowanie uniwersalne, a więc dostosowane do potrzeb wszystkich, realizuje się od dawna, jeszcze zanim koncepcja design for all została spopularyzowana w innych krajach europejskich. W Polsce istnieją możliwości dofinansowania przystosowania mieszkań, ale w praktyce okres oczekiwania bywa bardzo długi. A ludzie starsi często nie mają już tyle czasu…

Zasadniczym problemem seniorów w Polsce są jednak nie tyle mieszkania, co ich społeczne i infrastrukturalne otoczenie. Ludzie starsi często do późnych lat zostają we własnych lokalach, ale już niezupełnie we własnym środowisku. Część z nich rzadko wychodzi, bo nie ma jak (ze względu na niesamodzielność, brak asysty i strach przed upadkiem) lub nie ma gdzie (brak miejsc w pobliżu, gdzie nie czuliby się jak persona non grata). Zimą jest jeszcze ciężej, bowiem trudniej spędzać wolny czas choćby na ławeczce, poza tym śliska powierzchnia ulic przy zaburzeniach równowagi może skutkować upadkiem, który na stałe wyłączy ich z jakiegokolwiek życia. W domu często – ze względu na to, że żyją samotnie – nie ma się kto nimi zaopiekować. A nawet tam, gdzie dzielą mieszkanie z kimś innym, nie zawsze są otoczeni troską adekwatną do oczekiwań. Zdarza się, że także żyjąc z rodziną, osoba starsza cierpi na osamotnienie. Wobec tego szczególnie uzasadnione jest rozwijanie różnych kanałów integracji i partycypacji, z których osoby starsze mogłyby korzystać. Samotność staje się bardzo widocznym rysem polskiej starości.

Wsi spokojna, wsi wesoła?

Problem osamotnienia ludzi starszych kojarzymy głównie z miastem, ale czy słusznie? Okazuje się, że wbrew wygodnemu przeświadczeniu, według którego seniorzy mieszkający na wsi są otoczeni rodzinnym i sąsiedzkim ciepłem, właściwym bardziej tradycyjnym społecznościom wiejskim niż miejskim, realna sytuacja nie przedstawia się aż tak różowo. W raporcie „Z godnością w jesień życia” mit ów częściowo obala tekst Janiny Petelczyc, w którym autorka przywołuje odpowiednie statystyki. Okazuje się, że wiele osób starszych również na wsi żyje w gospodarstwach jednoosobowych. Zagrożenie samotnością jest związane z migracjami zarobkowymi młodego pokolenia. Wieś wyludnia się i starzeje. Ze względu na prowadzoną od lat i niestety wciąż kontynuowaną politykę likwidacji połączeń komunikacji zbiorowej między centrami rozwoju a peryferiami decyzje o szukaniu pracy poza miejscem zamieszkania, zazwyczaj w ośrodku miejskim, często wiążą się z przenosinami na stałe do tego miasta. Zamieszkujące wieś osoby sędziwe zostają wówczas bez szans na opiekę ze strony najbliższych. A oddalenie rodziny nie jest kompensowane dostępnością do różnych instytucji i usług zewnętrznych.

Co więcej, nawet tam, gdzie występuje potencjalna skłonność do zaopiekowania się sędziwym krewnym, państwo polskie nie okazuje się dość pomocne. Zgodnie z niedawno (7 grudnia) przyjętą przez Sejm nowelizacją ustawy o świadczeniach rodzinnych przedstawiciele gospodarstw rolniczych nie są uprawnieni do specjalnego zasiłku opiekuńczego (520 złotych), adresowanego w założeniach do osób, które nie podejmują zatrudnienia z tytułu oddania się opiece. Ograniczenia w możliwości zarobkowania, a także podwyższone koszty związane z opieką nie są wobec tego solidarnie rekompensowane gospodarstwom rolniczym ze środków publicznych.

Fatalnie wygląda też sytuacja mieszkaniowa, która znacznie ustępuje tej w mieście. Aż 25% gospodarstw wiejskich nie posiada samodzielnej łazienki i toalety (co dla osób starszych jest szczególnie krępujące), o łazienkach specjalnie dostosowanych do niepełnosprawnych nie wspominając. W mieście udział takich mieszkań wynosi „tylko” 5%. W dużej części mieszkań wiejskich seniorów brakuje instalacji wodociągowych i centralnego ogrzewania czy też gazu w sieci. Mieszkańcy owych domostw są zmuszeni do samodzielnego palenia w piecu lub przynoszenia wody ze studni, co dla osób w podeszłym wieku jest wielką uciążliwością, często ponad ich siły.

***

Wszystko to są wyzwania dla polityki zarówno lokalnej, jak i centralnej, wymagające synergii między działaniami podmiotów różnych szczebli. Jednak podniesienie dobrostanu najstarszych tylko częściowo może zostać dokonane przy pomocy twardej polityki. Stanowią one raczej pewne ramy, które trzeba wypełnić żywą treścią. A ta zależy od społeczności lokalnych, oddolnych inicjatyw i działań pojedynczych osób. Punktem wyjścia wydaje się zauważenie obecności (a także nieobecności) osób starszych w różnych kontekstach i – wspólnie z nimi – zaadresowanie ich potrzeb oraz wykorzystanie społecznego potencjału, który często się marnuje. Nie muszą to być wielkie sprawy. Wystarczy podejść do starszych, żyjących samotnie sąsiadów i zapytać, jak się czują, czy czegoś nie potrzebują, zaoferować pomoc w zakupach itp. W okresie zimowym takie – nie zawsze ujawnione i artykułowane – potrzeby ze strony seniorów mogą być szczególnie częste.

Takie pojedyncze gesty solidarności zawsze skracają dystans między ludźmi i oprócz tego, że są miłe same w sobie, mogą sprawić, iż w sytuacji kryzysowej osoba starsza będzie się mniej krygować przed samodzielnym zgłoszeniem się po pomoc.

Onegdaj zasłyszałem stwierdzenie, że miarą postępu społeczeństwa jest to, jak traktuje się osoby starsze. A można to rozszerzyć na wszystkie grupy nie mieszczące się w awangardzie przemian ani w enklawach dobrobytu i rozwoju, z pozoru nie pasujące do ich sformatowanego medialnie obrazu. Odmalowany w „Przedwiośniu” obraz Chłodka stanowi swoiste memento.

Pupcia cioci

Pupcia cioci

Gdyby ktoś organizował ranking najmniej prospołecznych kampanii społecznych, to zgłaszam – choć konkurencja mordercza – kandydaturę akcji już dobrze zadomowionej w przestrzeni publicznej: „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!”.

Jej organizatorom pomysł wydaje się prosty i oczywisty. Ponieważ Polacy czytają zatrważająco mało (co potwierdzają kolejne badania czytelnictwa, a także wyniki sprzedaży naszego rynku wydawniczego), a przy tym istnieje negatywny stereotyp osoby czytającej jako nieatrakcyjnego nudziarza, należy działać na rzecz czytelnictwa poprzez przełamanie tego stereotypu. „Kochamy książki – czytamy na stronie internetowej akcji – miłością prawie że fizyczną. Chcemy zachęcać do odkrywania czytania na nowo – tym razem w kontekście nieco erotycznym. Aby ludzie widzieli się w intymnym towarzystwie książek. Żeby stawały się one elementem ich wizerunku. Nie ma nic bardziej sexy niż fajna osoba w fajnym łóżku z odpowiednią lekturą. Dlatego też chcemy pokazać książkę w nowej odsłonie – jako atrybut seksualny, decydujący o naszej atrakcyjności”.

Perfumy i naftalina

Ha! Czytanie jako atrybut seksualny! Czyli coś analogicznego do wydatnego biustu lub szerokiej szczęki, wiotkiej lub mocnej sylwetki, aksamitnego głosu, powłóczystego spojrzenia, a może kompletu złotych kart kredytowych, sportowego samochodu czy wysokiego stanowiska? Pomysł wydaje się nowatorski, a także – trzymając się jego własnej terminologii – bardzo sexy. Jednak gdy przyjrzymy mu się trochę bliżej, a może kiedy nieco uważniej go powąchamy, zauważymy, że spod zapachu zmysłowych perfum wyraźnie zalatuje naftaliną.

Bo przecież z takim wyobrażeniem, że czytanie jest przede wszystkim (tak jak jest to akcentowane w akcji) elementem zewnętrznego wizerunku osoby i że w konsekwencji przyczynia się do jej reprodukcyjnego czy też erotycznego sukcesu, mieliśmy do czynienia już z dawien dawna. Również, dużo silniejszy niż zachęcający, negatywny przekaz kampanii, czyli zawstydzanie nieczytających, sugerowanie im, że niechęć do książek wyklucza ich społecznie i towarzysko, a co za tym idzie, czyni nieatrakcyjnymi seksualnie, ma tylko pozory świeżości.

Ileż to starsi czytelnicy (lub nie-czytelnicy), którym dorastać przyszło w czasach pozbawionych dzisiejszej frywolności, nasłuchali się za młodu od szlachetnych nauczycieli, wychowawców rodzinnych i instytucjonalnych, autorytetów telewizyjnych i papierowych, a przede wszystkim od niepoliczonych zastępów przeróżnych cioć, że czytanie jest bardzo ważne. Że człowiek kulturalny tym się od niekulturalnego odróżnia, iż czyta książki. Że to wstyd nie znać takiej czy innej lektury, którą wszyscy cywilizowani ludzie przeczytali – to wstyd nie móc w towarzystwie porozmawiać o Joyce’ie, Marquezie, Herbercie, nie umieć dorzucić do konwersacji skrzydlatego słowa, cytaciku, ulubionego powiedzonka powieściowego bohatera. Człowiek nieczytający to prostak, zwyczajny cham, z którego prostactwo wyjdzie prędzej czy później – ostrzegała niejedna ciocia, zatroskana o Józia, który wstyd rodzinie przynosił, wyraźnie przedkładając prymitywne ganianie z kolegami nad rozkosze lektury. Dla większej zachęty groziła ciocia (albo pan nauczyciel) palcem, że przecież takiego i takiej, co książek nie czytają, żadna porządna dziewczyna lub żaden porządny chłopak nie zechcą.

Dzisiejsza ciocia zauważyła już, że grożenie palcem nie posiada mocy sprawczej. A ponieważ zauważyła także, iż w dzisiejszych czasach w wielu kwestiach moc sprawczą miewa machanie pupcią, sama postanowiła swoją pupcią zamachać. Niestety nie wzięła pod uwagę takiej okoliczności, że pupcia ta, pośród być może pewnych zalet, posiada ten zasadniczy mankament, iż jest ewidentnie pupcią cioci. Że trzęsie się ta pupcia wśród niezliczonych innych pupć, które pupciami cioci ewidentnie nie są, i że na tle tych pupć wygląda jak wygląda.

Wizerunek i śmieszne koty

Zachęcanie do czytania przez zawstydzanie nieczytania ma w naszym kraju klasowy charakter i jest zakorzenione mocno od czasów, w których inteligencji bardzo zależało na tym, aby się odróżniać od nieinteligenckich mas dążących do awansu społecznego. Żywe jest do dziś, zwłaszcza wśród – mówię, bom smutny i sam pełen winy – nauczycieli polonistów, bezradnych wobec niechęci podopiecznych do książek. Nauczyciele owi z jednej strony poczuwają się do obowiązku krzewienia czytelnictwa, z drugiej pozostawieni zostali z tym zadaniem samym sobie. Jest to jednak, jak się boleśnie poloniści przekonują, sposób nie tylko nieskuteczny, ale wręcz przeciwskuteczny. A to dlatego, że zawstydzanie jest orężem, którego ciosy zadziwiająco łatwo można sparować i odwrócić przeciwko zadającemu. Józio zawstydzany przez ciocię za brak kultury łatwo odpowie wyobrażeniem wszelkiej ciociowatości jako zawstydzającej, a własnego dobrego samopoczucia szukać będzie wśród kolegów nieczytających, ale ganiających i – o zgrozo! – mówiących brzydkie słowa. Nieczytający, zachęcany do czytania erotycznym szantażem, przez chwilę taksującym wzrokiem spojrzy na szantażystów, na książkowych celebrytów w zmysłowych pozach promujących akcję, a potem stwierdzi, że erotyczne walory czytania są stanowczo przereklamowane.

Zachęcanie do czytania przez odwoływanie się do wizerunku również jest nieskuteczne czy wręcz przeciwskuteczne, a przede wszystkim oznacza stawianie sprawy na głowie. Być może rzeczywiście istnieją osoby, które czytają książki, aby dzięki temu poprawić swój publiczny wizerunek, ale jeśli tak jest, to nie rozumiem, dlaczego mielibyśmy wspierać ich w tym kampaniami społecznymi. I nie chodzi tylko o to, że taka motywacja jest nieszczera. Żyjemy w czasach, w których z jednej strony ludzie mają obsesję zewnętrznego wizerunku – tego, jak postrzegani są oni sami i ich społeczny status. Z drugiej strony jednak potrzeba kreowania takiego wizerunku wytworzyła całe mnóstwo mechanizmów, które (momentami dość iluzorycznie) pozwalają zbudować tenże wizerunek niejako na skróty. Mamy więc nie tylko wyspecjalizowane agencje i strategie marketingowe służące budowaniu prezencji osób publicznych, ale także mnóstwo czasami rozpaczliwych działań zwyczajnych ludzi, nękanych lękiem o to, jak są postrzegani.

Kampania społeczna „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!” odwołuje się do tego lęku i podsyca go, przez co – w maleńkim stopniu, wobec wielości podobnych bodźców – przyczynia się do budowania wśród obywateli atmosfery niesprzyjającej spokojnej lekturze i wyciąga z lamusa społeczny antagonizm między deklarującymi się jako miłośnicy czytania a tymi, którzy twierdzą, że nie jest im ono potrzebne. Ale przede wszystkim prowokuje do poszukiwania skrótowych remediów na ów lęk. Widocznym skutkiem kampanii jest rozmnożenie się zachwalających rozkosze czytelnictwa internetowych memów, łańcuszków, obrazków, filmików, złotych myśli, cytatów i statusów umieszczanych na profilach serwisów społecznościowych, rozsyłanych pocztą elektroniczną, wykorzystywanych jako awatary, osobiste motta, sygnały najpełniej komunikujące światu skomplikowaną i bogatą osobowość, a także społeczny status osób, które chcą być postrzegane jako czytające. Również facebookowy profil kampanii jest wymowny. Pełno tu takich memów, surrealistycznych obrazków z motywem książki, fotografii ciągnących się w nieskończoność bibliotecznych regałów, śmiesznych kotów zachęcających do czytania i kociaków prężących się na widok książki. Tylko że cały ten kicz będzie raczej zastępował czytanie, niż do niego zachęcał.

Ludzie dziś częściej komunikują się na portalach społecznościowych, niż spotykają, żeby pogadać, więc ze względów wizerunkowych bardziej opłaca się „polubić” fan club Franza Kafki lub Jonathana Littella tudzież pospamować ściany znajomych klimatyczną fotografią gigantycznego salonu pełnego książek, z dopiskiem „Ach, moje marzenie!”, niż tracić czas na lekturę, a tym bardziej wydawać pieniądze na książki. Jeśli czytanie to kwestia wizerunku, to o wiele prościej załatwić ten problem przy pomocy narzędzi wizerunkowych.

Dlaczego nie czytamy?

W żaden sposób nie chcę tu negować dobrych intencji organizatorów kampanii. Wiem jednak, że dobrymi intencjami wybrukowane jest piekło, a akcja promująca czytelnictwo nie może się udać, jeśli dzisiejszy katastrofalny jego stan nie zostanie poprawnie rozpoznany. Kluczowe jest tutaj pytanie: „dlaczego Polacy nie czytają?”. Twórcy kampanii odpowiadają na to: „Polacy nie czytają, bo zły jest społeczny wizerunek czytającego jako aseksualnego nudziarza, który lekturą rekompensuje sobie brak sukcesów w realnym życiu. Jeśli zmienimy ten wizerunek, pokażemy, że czytelnik to ktoś atrakcyjny, a zawstydzimy jako aseksualnych i nudnych tych, którzy nie czytają, Polacy zaczną czytać”. Nic bardziej błędnego. Jest dokładnie na odwrót. Wizerunek czytającego jest u nas fatalny, bo Polacy nie czytają. Nie czytają i muszą sobie to jakoś uzasadnić. Jeśli Polacy zaczną czytać, wizerunek czytającego się poprawi.

Oczywiście odpowiedź na pytanie „dlaczego Polacy nie czytają?” jest złożona i niełatwa. Ale duże znaczenie ma tutaj wyuczona bezradność czytelnicza. Polacy od maleńkości uczą się w szkole, że czytanie literatury to czynność żmudna, trudna i bezcelowa, skoro niedająca ani satysfakcji, ani zauważalnych korzyści. Przyczynia się do tego prezentowana przez decydentów oświatowych właśnie taka tradycyjna, klasowa wizja czytania jako wyznacznika społecznego statusu, do którego każdy powinien aspirować. Dziecko od samego początku edukacji dostaje więc zadania czytelnicze niby wdrażające je w polski inteligencki kod kulturalny, ale zupełnie przekraczające jego możliwości. I w dodatku niemal od samego początku edukacji literackie lektury, pisane często językiem, którego mały czytelnik nie jest w stanie zrozumieć, są zadawane do domu, co oznacza, że dziecko w zmaganiach z nimi jest zdane albo samo na siebie, albo handicapuje się takie dzieci, które mogą liczyć na kompetentną pomoc inteligenckich rodziców lub profesjonalną obsługę korepetytorów. Czy możemy sobie wyobrazić ośmiolatka, który samodzielnie i z przyjemnością przeczyta poniższy fragmencik?

Widziało, jak Zosia
Z kluczykami chodzi,
Jak liźnie śmietany,
Choć się to nie godzi…

Widziało, jak Kuba
Pługiem w polu orze,
Jak wołki pogania,
Żeby było zboże…

Widziało pod lasem,
Jak się pasą krowy,
Jak tam pokrzykuje
Nasz ciołeczek płowy…

To fragment wiersza „Co słonko widziało?” Marii Konopnickiej, lektury w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Dziecko, które utknie na pługu, na ciołeczku płowym, które nie zauważy związku między poganianiem wołków (o ile będzie wiedziało, co to są wołki – czy ktoś z Państwa widział kiedyś na własne oczy wołka?) a tym, że jest zboże, w końcu całość przeczyta, ale odbierze ją jako bełkot. Później będzie już tylko trudniej, tym trudniej, że każdej kolejnej lekturze towarzyszyć będzie wspomnienie coraz większej liczby poprzednich, którym nie dało się rady. A nauczyciel, choćby najbardziej uczniom oddany, nie może nad tekstem się zatrzymać, wyjaśnić wszystkich miejsc niezrozumiałych, pokazać mieszczuchom na obrazku, jak wygląda pług, bo musi zrealizować program, odpowiednie tematy wpisać w kratki dziennika – rozliczany jest przecież ze sprawozdawczości, a nie z tego, że pomógł coś komuś zrozumieć.

A później dochodzi szajba egzaminacyjna i wpajanie uczniom przekonania, że zrozumienie literatury polega na ujęciu jej w gotowe formułki, zgrabne streszczenia, nie budzące wątpliwości problematyzacje oraz interpretacje zgodne z kluczem. Tymczasem wartość młodzieńczej lektury na tym właśnie polega, że jest chaotyczna, żywiołowa, pozostawia w głowie mętlik, a czasem pustkę, mnóstwo kłębiących się pytań, których nie da się uchwycić, a tym bardziej znaleźć dla nich odpowiedzi. Więc w gimnazjum, w liceum kolejny komunikat: trzeba się trzymać jak najdalej od książki, bo tego nikt nie zrozumie, a jeśli zrozumie, to źle. Bardzo wielu uczniów kończy więc szkołę z idiosynkrazją czytelniczą, której w dorosłym życiu nie ma ani chęci, ani potrzeby przełamywać. Ci ludzie nie będą czytać. Z całą pewnością nie dla przyjemności, nie z potrzeby serca. Jeśli tylko będą mogli, będą próbowali uniknąć czytania większych tekstów fachowych.

A przecież można…

A przecież możemy sobie wyobrazić szkołę, w której czytanie jest nie tyle przykrym obowiązkiem, lecz świetnym sposobem spędzania czasu. Również dla tych dzieci, które nie mogą liczyć na pomoc rodziców, a cały wolny czas spędzają przed komputerem lub telewizorem nastawionym na idiotyczne programy. Szkołę, w której do czytania książek wdraża się ludzi bez gwałtu i rzucania na zbyt głęboką wodę. W której czyta się książki wspólnie i dużo rozmawia o tym, co się przeczytało. Rozmawia się, dopóki są chęci i potrzeba, a nie dopóki nie skończy się przeznaczona na to godzina. W której uczniowie mogą od czasu do czasu sami zaproponować lekturę. Szkołę, która u wybitnych pisarzy zamawia utwory pisane językiem dostępnym dla swoich wychowanków i opowiadające o sprawach, które mogą ich zainteresować (tak! bywało tak i w Polsce przedwojennej, i w powojennej!). Szkołę prowadzoną przez państwo, które na tyle ufa w patriotyzm i potrzebę pogłębiania narodowej tożsamości swoich obywateli, że uwierzy, iż prędzej czy później sami sięgną po naszą najwybitniejszą literaturę, nawet jeśli się ich do tego administracyjnie nie przymusi. Możemy wyobrazić sobie państwo, które nie boi się wykształcić czytelników, których duch dąży kędy chce, a nie ścieżką wystandaryzowaną i wytyczoną przez egzamin. Możemy wyobrazić sobie państwo, które wspiera także czytelnicze aspiracje ludzi dorosłych, w których nagle, choć dotąd tłamszone, wybujały duchowe potrzeby.

Przecież, w końcu, możemy wyobrazić sobie społeczeństwo, w którym z równą radością czyta każdy to, co lubi, każdy w swoim tempie i po swojemu rozumiejąc – uniwersytecka profesorka i kierowca autobusu, lekarz i kasjerka z hipermarketu. Czyta, bo lubi, a nie dlatego, że chce kogoś wypędzić z łóżka czy z towarzystwa.

Na co komu socjaliści?

Na co komu socjaliści?

Mamy za sobą 11-listopadowy marsz Polska Socjalna i 120. rocznicę powstania Polskiej Partii Socjalistycznej. Inicjatywa towarzyszek i towarzyszy z różnych środowisk okazała się przynajmniej medialnym, bo raczej nie frekwencyjnym sukcesem. Co całości inicjatywy nie odbiera ani ducha, ani celowości, ani wartości. Niczego też nie ujmuje zaangażowaniu wielu osób. A okrągła rocznica PPS? Chyba można stwierdzić, z ogromnym smutkiem i żalem, że ten sztandar nader skutecznie wyprowadzono, a wciąż straszy i widmowo powiewa inny, kojarzony z „płatnymi zdrajcami i pachołkami Rosji”, by zacytować klasyka.

Mamy zatem dwa wydarzenia, które zagościły choć na chwilę w świadomości przynajmniej niektórych czytelników „Nowego Obywatela”. O inicjatywie Polska Socjalna pisano w mediach „Marsz socjalistów” albo „marsz PPS-owców”. Marsz socjalistów: nie lewicy, „lewaków” czy antyfaszystów – socjalistów właśnie. To takie „archaiczne” i mało popularne słowo, zohydzane przez dziesięciolecia wspólnymi siłami wielu. I nagle zabrzmiała w nim jakaś ciepła, dobra nuta. Zaistniało jako symbol zacnych społecznych wartości, jako część dumnej i pięknej polskiej tradycji politycznej, rewolucyjnej, niepodległościowej. Wiele rzeczy godnych i zaszczytnych dało się słyszeć w określeniu „marsz PPS-owców”, formalnie nietrafnym, bo towarzysze i towarzyszki nie szli pod auspicjami dzisiejszej PPS. Natomiast że szli w zgodzie z jej historycznym duchem – jestem pewien.

Ale na bok wzruszenia. Kwestia najbardziej istotna brzmi: na co dziś komu socjaliści? Pomijając odpowiedzi dobrze znane, które możemy zwerbalizować na podstawie znajomości poglądów wyrażanych w sferze publicznej czy prywatnie, warto rzecz postawić jako problem osobisty. Nazwijmy to perspektywą zaangażowanego outsidera: każdy z nas, patrząc w lustro, może zadać sobie pytanie, ile procent socjalisty widzi w tym socjaliście, który gapi się na niego ze zwierciadełka. I na cholerę komukolwiek, w tym przede wszystkim społeczeństwu, jest z tym swoim socjalizmem potrzebny. Bardziej lirycznie nastawieni mogą zapytać za obywatelem poetą: „oglądaj co dzień w lustrze swoją błazeńską twarz. Powtarzaj: zostałem powołany, czyż nie było lepszych?”. Bardziej muzykalni mogą zadać pytanie za Różami Europy: „co nam powie zwierciadełko / Kiedy staniemy przed nim z rana / My studenci uniwersytetu / My robotnicy huty »Warszawa«”… Z tym zastrzeżeniem, że łatwiej dziś o socjalistów wśród studentów niż w gronie robotników.

A zatem: na co komu socjaliści? Zacznijmy od kwestii społecznej. Socjalizm to dziś przede wszystkim ruch kontestacji i próba przepracowania i przypomnienia tych tradycji lewicy, których celem było stworzenie bardziej sprawiedliwego, bezpieczniejszego i egalitarnego świata. Stary socjalizm był, owszem, nurtem politycznym, ustrojowym, ale silny jego komponent stanowiła także samoorganizacja i samopomoc społeczna: nie do przecenienia jest tu rola czy to związków zawodowych, czy spółdzielczości albo ruchu emancypacji kobiet. Niebagatelna jest różnorodna działalność przeciw wykluczeniu, biedzie i niesprawiedliwości, przeciw hegemonii kapitału, nacjonalizmu, militaryzmu. To wszystko odnajdziemy w tradycji Polskiej Partii Socjalistycznej.

Ale warto mieć również świadomość, że nurt socjaldemokratyczny, choć także znaczna część prawicy rozsądniejszej niż dzisiejsza, budowały wespół nowy porządek społeczno-polityczny w Europie po II wojnie światowej w tej jej części, którą nie zawładnęła Rosja Radziecka. Czy możliwy był nieco lepszy świat? Oczywiście, choć – jak się okazało – nie był on dany raz na zawsze. A lektura choćby „Źle ma się kraj” Tony’ego Judta pokazuje, w jakim stopniu wygenerował on nowe problemy społeczne i kulturowe, które skazały go na silny wewnętrzny kryzys. Gdy robotnik stał się mieszczaninem, gdy pokolenie dobrobytu znalazło dzięki poprawie warunków życia przestrzeń dla rozrywki, będącej dla ówczesnego społeczeństwa rewolucją, oraz dla rewolucji właśnie, która zaś okazała się rozrywką – stara socjaldemokracja odeszła w cień, a nowe żywioły szybko utorowały sobie drogę do ludzkich serc: miejsce bezpiecznego i statecznego dobrostanu szybko zajęła gorączkowa, radykalna chciwość hiperkonsumpcji.

Rzecz jasna polska perspektywa jest odmienna. Pomimo pewnych podobieństw do Zachodu, takich jak choćby stopniowe pojawianie się „społeczeństwa dobrobytu/konsumpcji” w PRL-owskich dekoracjach, nigdy nie wyszliśmy poza obręb rzeczywistości postkolonialnej, poza ramy społeczeństwa poddanego kontroli za pomocą licznych instrumentów: od milicyjnej pałki po wysokie bezrobocie, konsekwentne ograniczanie praw pracowniczych i kredyty do spłacenia. Społeczna, gospodarcza, a także aksjologiczna cena za małego fiata, M-2 ze ślepą kuchnią, wczasy w Bułgarii, darmowe przedszkola i „pełne zatrudnienie” była w Polsce Ludowej zdecydowanie za wysoka. A w III RP? Tutaj już nawet nie-socjaliści coraz częściej nie mają złudzeń: przejście z orbity radzieckiej do realiów neoliberalnego kapitalizmu, owszem, przyniosło wiele korzyści, z których pierwsza była taka, że „szlag trafił komunę”. Jednak okazało się szybko, że za dobrobyt też trzeba płacić – tyle że inaczej rozkładają się koszta w przypadku poszczególnych grup społecznych. Owszem, świat stał się bardziej kolorowy, choć z palety barw nie ubyło tych najciemniejszych – za dobrobyt po polsku płaci się coraz większą atrofią praw i możliwości uboższej, a nawet średnio zamożnej części społeczeństwa. A w obrębie infrastruktury społecznej zaznacza się coraz wyraźniej rozziew, który nie przeszkadza już tylko ślepym demagogom neoliberalizmu i wąskiej grupie beneficjentów systemu.

Dwie Polski? Naturalnie. Jedna podróżuje coraz bardziej zatłoczonymi kolejami, wyczekuje w coraz dłuższych „ogonkach” w szpitalach, za pieniądze ze śmieciowych umów kupuje coraz bardziej śmieciowe jedzenie i płaci (dobrowolnie!) za coraz bardziej śmieciową, komercyjną rozrywkę, ta druga ma do dyspozycji luksusowe samochody i prywatne kliniki albo znajomości w szpitalach publicznych czy ośrodkach rządowych (bo przecież koszta nie każdej operacji jest sens pokrywać z własnej kieszeni – bogaci wiedzą najlepiej, kiedy korzystać z usług państwa). Ma także wędliny o odpowiedniej zawartości mięsa w mięsie, filharmonie, teatry, albo własne „stajnie” celebrytów, jeśli nie gustuje w takich inteligenckich bzdurach jak opera, balet czy siedemnastowieczna angielska poezja metafizyczna. W końcu furda wiersze, ile kredytu miał John Donne? – to jest dopiero pytanie! – spodziewam się, że wciąż nieobce tutejszym nuworyszom.

To są te dwie Polski, o których zawsze powinni myśleć socjaliści: o pierwszej z troską, o drugiej bez taryfy ulgowej. Tu ważna uwaga: trzeba z całą pokorą przyznać, że dziś socjaliści powinni faktycznie dużo czasu poświęcić na myślenie, także o tym, jakie warunki trzeba spełnić, by myśl społeczno-gospodarcza, którą proponują, zaczęła się cieszyć poważniejszym odzewem. Niezależnie od tego, jak się objawi recepcja tej myśli, jaką formę przyjmie, kto ostatecznie okaże się jej reprezentantem na gruncie społecznym czy politycznym – to już w niewielkim stopniu zależy od nas. Historyczna sytuacja już się nie powtórzy. Możemy sycić się melodią i słowami „Czerwonego sztandaru”, ale w dawny nurt tej melodii i słów już nie wrócimy. I niewykluczone, że ci, co przyjdą po nas, za chwilę albo za lat wiele, znajdą własne słowa i pieśni, w których z trudem się rozpoznamy. Ale znów: oprócz słów jest jeszcze duch. I po nim da się rozpoznać, kto swój, a kto nie.

Poza kwestią społeczną jest jeszcze jeden czynnik, którego czasem się nie docenia. Nazwę go tutaj, z braku lepszego określenia, egzystencjalnym. Racja, socjaliści powinni myśleć przede wszystkim systemowo i strukturalnie, nie tracić z oczu wieloaspektowości realiów społecznych, ekonomicznych, a także historycznych. Socjalizm to nie czytanka z panieńskiego pokoju – nadmiar sentymentalizmu czyni z niego doktrynę niegroźną i mało brzemienną w treści. Powiedzmy jednak, że socjalizm bez etyki i bez odniesienia do człowieka, bez uznania faktu, że ma on prawo nie tylko do ładu społecznego, sprawnie funkcjonującej gospodarki itp., ale także do sumienia, do dobra i zła, do własnej intymności – łatwo może zamienić się jedynie w narzędzie manipulacji, indoktrynacji i wyjałowienia kultur, które przenika.

Mówiąc pewnym skrótem: owszem, człowiek ma prawo do ośmiu godzin pracy, ośmiu godzin odpoczynku i ośmiu godzin snu, należą mu się godziwa płaca, korzystanie z praw pracowniczych, dobrej służby zdrowia, sprawnej sieci komunikacji publicznej i kilku innych cudów, które pod tą szerokością geograficzną dziś są często niedostępne.Ale człowiek to także istota, która nawet mimo wszelkich ułatwień społecznych będzie pragnęła miłości, lękała się cierpienia, mierzyła się z własną i innych śmiertelnością.Człowiek milczy, krzyczy, płacze, śmieje się, nienawidzi, popełnia błędy, naprawia je, chce być wolny (albo poddaje się zniewoleniu), chce albo nie chce szukać Boga, chce ranić innych albo leczyć ich rany, chce pisać wiersze, być samotny, budować, niszczyć, patrzeć na księżyc albo tylko na stan konta, całować deszcz, kwiaty, drugiego człowieka, chce pytać: „cóż jest piękno?”. I wobec tego wszystkiego socjalizm także musi się odnaleźć, bez tej pychy i poczucia znajomości odpowiedzi na wszystkie pytania i kwestie – taką pychą socjalizm już zgrzeszył, z bardzo tragicznymi dla siebie i ludzi skutkami.

Wszystko to jednak piszę na wyrost, bo przecież socjalistów jest garstka, a myśl, którą piastujemy – zapomniana. Proszę zatem traktować ten felieton jak list do przyjaciół, towarzyszek i towarzyszy. List, który jest tylko drobnym przypisem i napomknieniem, ale także znakiem pewnej wspólnoty i toczonych w jej obrębie sporów. A reszta? „Co złe, to w gruzy się rozleci, co dobre, wiecznie będzie żyć!”…

Krzysztof Wołodźko

Wiatr zmian

Wiatr zmian

Wszystkie znaki na polskim i europejskim niebie wskazują, iż początek przyszłego roku będzie niestety okresem dalszego spowolnienia gospodarczego. Ze wszystkimi tego konsekwencjami społecznymi w postaci wzrostu bezrobocia i spadku siły nabywczej przeciętnego portfela. Rząd roztacza przed nami obraz nadchodzącej tuż-tuż wichury, przy sile której moc sprawcza naszych wysiłków jest niewielka. Mimo to, niczym kolarz czujący za plecami groźne podmuchy trąby powietrznej, decydenci obiecują wytężyć wszystkie siły, aby polska gospodarka uniknęła wpadnięcia w ciemny wir.

Zacznijmy od dobrych wieści: w miejsce kończących się środków z europejskiej perspektywy finansowej uruchomione zostaną nowe mechanizmy stymulacji inwestycyjnej. Ich głównym elementem ma być spółka „Inwestycje Polskie”. Podczas prezentacji tego pomysłu minister Budzanowski stwierdził, iż „jedna złotówka będzie mieć siłę kilku złotych”, zaś wydatki państwa nie zwiększą się.Z grzeszną przyjemnością obserwowałem zdumienie komentatorów – przyzwyczajonych do dogmatu wyrzeczeń budżetowych i „braku pieniędzy” – na wieść o możliwości dokonania wielkich wydatków inwestycyjnych bez konieczności powiększania deficytu, dzięki magii dźwigni finansowej z użyciem państwowego Banku Gospodarstwa Krajowego.

Konfuzja komentatorów wynika najpewniej stąd, iż pieniądz jest mylnie rozumiany jako swego rodzaju „dobro”, ograniczony towar, co przyczynia się do (nie tylko polskiej) hiperwrażliwości na poziom długu publicznego. W istocie pieniądz i inne środki płatnicze, takie jak obligacje, są tylko instrumentem i jako instrument mogą być wykorzystywane do celów uznanych za ważne. Paradoksem jest, że ta sama zadłużeniowa psychoza zmusza rządy państw do wykorzystywania ich jako narzędzia do osiągania dość mylnie zdefiniowanych celów – czyli zmniejszenia zadłużenia. Przykładem może być niedawne przekazanie przez Bank Anglii 35 mld funtów do Skarbu Wielkiej Brytanii na rzecz zmniejszenia deficytu. Podobny celmiał w tym roku transfer 8 mld zł zysku NBP do polskiego budżetu.

Sama propozycja rządu nie jest idealna, zaś dokonanie początkowego wkładu na „rozmnożenie” poprzez prywatyzację, mimo zapewnień o sprzedaży tylko niewielkich pakietów akcji w spółkach niestrategicznych, budzi zastrzeżenia. Takie rozwiązanie zapewnia co prawda neutralny stosunek do pomysłu ze strony apostołów wycofywania państwa z gospodarki, technicznie jednak byłoby do uniknięcia. Nie tylko poprzez niesprzedawanie akcji, lecz użycie ich pod zastaw dźwigni finansowej, ale także poprzez wykup emisji papierów inwestycyjnych przez bank centralny, co do niedawna było uważane przez kapłanów ekonomicznej ortodoksji za herezję. Mimo tych niedoskonałości użycie BGK i spółki celowej zmniejszy zależność finansowania rozwoju od prywatnych instytucji finansowych i odciąży budżet.

Przełamanie tabu jest niezwykle ważne, gdyż to właśnie od zastosowania takich mechanizmów będzie zależało wyjście z ogólnoeuropejskiego kryzysu. Potrzebny jest mechanizm kredytowy, pozwalający zmienić – strukturalnie i jakościowo – zacofane gospodarki o złym bilansie handlowym. Jak to zrobić?

Zdrowy, prorozwojowy system kredytowy powinien zależeć nie od np. poziomu oszczędności, lecz od potrzeb pożyczkowych, określanych przez przewidywany długookresowy, dynamiczny potencjał rozwojowy kraju. Priorytetem jest zatem zapewnienie właśnie takiego finansowania. Oznacza to skupowanie przez odpowiednie organy – np. Europejski Bank Inwestycyjny, zasilony arbitralną emisją pieniądza przez Europejski Bank Centralny – za najniższy możliwy procent kilkudziesięcioletnich obligacji emitowanych przez przedsiębiorstwa państwowe i samorządowe, dedykowanych wykonaniu projektów transformujących gospodarkę (pisałem o tym więcej w „Nowym Obywatelu).

Powołanie państwowej spółki wspierającej inwestycje przy wykorzystaniu Banku Gospodarstwa Krajowego i udzielanie kredytów „bez zysku”, co zapowiadają ministrowie, było rekomendacją marcowego raportu Polskiego Lobby Przemysłowego (można go pobrać tutaj), podobnie jak odpisy inwestycyjne i kredyty obrotowe. Dobrze się stało, że coraz mniej zostaje z dogmatu nieingerencji w procesy gospodarcze przez państwo. Stymulacja inwestycyjna powinna już w połowie roku spowodować ożywienie gospodarcze.

Niestety, póki co szansa może zostać wykorzystana tylko w małej części. Uciekając przed wichurą, rząd jedzie na monocyklu, zapominając o drugim kole, w średniej i długiej perspektywie równie ważnym jak impuls inwestycyjny. Konsolidacja fiskalna i „zwijanie państwa” na prowincji będą skutkowały wzmacnianiem tendencji kryzysowych. W krótkim okresie mniejsze wydatki z budżetu zmniejszą popyt krajowy. Przede wszystkim jednak cięcia są wyrazem niedocenienia fundamentu dobrobytu gospodarczego, jakim jest kondycja ogólnospołeczna.

Przykładem pierwszym z brzegu są zagrożenia demograficzne. Brak perspektyw rozwoju młodego pokolenia, szczególnie dotkliwy w mniejszych miejscowościach, oznacza odkładanie decyzji o założeniu rodziny, co jeszcze wzmacnia tendencję spadku liczby ludności. Nie jest to jednak, wbrew częstym sposobom prezentacji tematu, wyłącznie matematyczny problem spod znaku obaw „kto będzie pracował na nasze emerytury?”.

Kluczowa rola ludzkiej kreatywności w procesie rozwoju gospodarczego sprawia, że spadek ludności oznacza nieproporcjonalnie większy spadek bogactwa i potencjału twórczego. Jak wykazał harwardzki ekonomista prof. Michael Kremer na podstawie badań relacji wzrostu populacji i zmian technologicznych w okresie od 1 miliona lat p.n.e. do roku 1990, duża liczba ludności wzmaga proces rozwoju. Co więcej, zauważa Kremer, „badania empiryczne wskazują, iż historycznie między społecznościami bez żadnej możliwości technologicznego kontaktu te o większej początkowej liczbie ludności mają szybszą zmianę technologiczną i wzrost populacji”. Innymi słowy to człowiek jest prawdziwym gospodarczym bogactwem – tym większym, im większej społeczności stanowi część. Dlatego też wydatki na człowieka powinny być priorytetem nie tylko społecznym, ale i ekonomicznym.

Niezwykle ważne w tym kontekście są wydatki na oświatę i kulturę, wciąż mylnie uważane za niezyskowne. Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz stwierdził w ostatnim czasie, iż „nie jest tajemnicą silna korelacja między kulturą a innowacyjnością”. Wydaje się jednak, że do niedawna było wprost przeciwnie – włodarze państwa i wielu miast nie rozumieli tej zależności. Chyba możemy zatem mówić o procesie dorastania polskich elit.

Środowisko dawnych „gdańskich liberałów” zaczyna rozumieć potrzebę – przynajmniej szczątkowej – aktywnej polityki państwa, zaś jeden z nich, szef wolnorynkowego think-tanku, w zdumiewająco trafny sposób pisze o społecznych zagrożeniach wynikających z kultury egoizmu, o potrzebie gospodarczej podmiotowości i nawołuje do „wielkiego przewartościowania” w oparciu o kulturę. Nie mamy już w tej perspektywie apologii dzikiej, zielonej wyspy, na której zaradni Robinsonowie podporządkowują się siłom natury. Rynek i konkurencyjność nie są już doktryną, lecz lekko zarysowanym jednym z instrumentów społeczeństwa.

A zatem coś się powoli kończy. Jeżeli nie prymat oligarchicznego, antycywilizacyjnego prądu zmian społeczno-gospodarczych, to na pewno dominacja ideologicznego fundamentu, na którym tenże prymat rozkwitnął. Chociaż wytarte slogany leseferyzmu tracą swój urok, to wciąż siłą inercji i egoizmu mają wielki wpływ na wektor zmian w naszym kraju. Nie wolno tego dłużej akceptować. Skoro diagnoza była błędna, pora odstawić leki.

Naród polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej

Naród polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej

W podręczniku dla drugiej klasy podano zgodny z konstytucją opis godła narodowego. Podręczniki są obecnie pisane na zasadzie „groch z kapustą”. Dla dzieci ciekawych, jak wygląda orzeł, informację podano dalej. Jest tam opis oraz rysunki orła przedniego i bielika. Czytamy: „Bielik orłem nie jest”. Nie jest, ponieważ jest jastrzębiem. Dlaczego znalazł się przy opisie godła? Od dłuższego czasu pojawia się w różnych miejscach informacja, że bielik lepiej pasuje do wizerunku na godle narodowym. Wprawdzie nikt jeszcze ptaka latającego z koroną na głowie nie widział, ale wszystko wyprostuje się w swoim czasie. Korona nie jest dobrze widziana w Unii Europejskiej. Przeniesienie korony króla Stefana do parlamentu węgierskiego zostało potraktowane jako zamach na demokrację. Ciekawa jestem, co zrobią inne państwa ze swoimi godłami. Orły czarne, a tym bardziej dwugłowe, do żadnego gatunku podobne nie są. Może najbardziej do kondora, sępa padlinożercy.

Obawiam się, że jastrząb, też ptak drapieżny, jest tylko formą przejściową w procesie reformowania polskiego godła. Z kręgów rządowych docierają plotki („Uważam Rze”), iż najstosowniejszym godłem dla Polski jest bocian, też ptak drapieżny, ale pożyteczny. Zżerając żaby, likwiduje źródło konfliktu, przyczynia się do pojednania narodu podzielonego na obrońców żabek (Gwiazdowie i ekolodzy) oraz Europejczyków – obrońców autostrad i innych postępowych inwestycji. Bocian wkłada  dzieci do kapusty, owinięte w becik. To duża oszczędność w budżecie na politykę prorodzinną.

Tyle emocjonujących rewelacji zapewnia nam ostatnio klasa polityczna z rządem na czele, że powinnam codziennie pisać komentarze. Na szczęście nie muszę, ponieważ opinia publiczna jest czujna, wyłapuje kłamstwa i afery. Ludzie się martwią, denerwują i… obojętnieją. Ile można bezsilnie się wściekać? Nasza znajoma znalazła prosty sposób na oszczędzanie nerwów i czasu. „Wolne moce przerobowe” poświęca na wyłapywanie zmian, które uderzają nas po kieszeni lub ograniczają prawa i demokrację, a kiedy problem rozpozna, obmyśla metody przeciwdziałania. Cały szum informacyjny odrzuca. Na pytanie „Co pani sądzi o szansach Sławomira Nowaka na ministerialną tekę”, odpowiedziała: „Sławomir Nowak? Nie znam”. Gdyby na rewelację, że Palikot proponuje zbieranie psich kupek w święto niepodległości, ludzie odpowiadali: „Palikot, a kto to jest? Nie znam” – możliwości manipulacji byłyby mniejsze.

Niestety Zbigniewa Brzezińskiego znam, a nawet znalazłam fragmenty jego wykładu dla naukowców polskich w Montrealu. „Pojęcie państwa narodowego w pełni suwerennego w ogóle się zdezaktualizowało – należy ono do epoki historycznej, która już nie istnieje. Sytuacja Polski jednak nie jest oczywiście współzależnością, ale zależnością. Charakteryzuje ją zależność od zewnętrznej potęgi…”. Za szczyt naszych aspiracji Brzeziński uważał większe otwarcie na Zachód. Zachowaliśmy ten tekst, ponieważ pochodzi z maja 1975 roku, gdy ZSRR i USA już planowały pierestrojkę.

Zasłuchanym w retorykę narodowców przypominam, że w polskiej tradycji historycznej, podobnie jak w amerykańskiej, naród polski są to polscy obywatele. Potwierdza to preambuła konstytucji.

Brzeziński nie jest pierwszym z brzegu Amerykaninem „born in Poland’ (urodzonym w Polsce). W Waszyngtonie pełni on rolę dyżurnego Polaka, który kiedy trzeba, poucza nas, co jest właściwe, a co nie. Tym razem chamstwo bluzgów przekroczyło wszelkie granice. Nazwałabym go Niesiołowskim prezydenta Obamy. Wyciągam z tego wnioski optymistyczne. Widocznie mamy szanse  pokonać „republikę okrągłego stołu” i ustanowić Rzeczpospolitą Polską. Tak sformułowany cel polityczny narodowców w pełni popieram. Mam nadzieję, że zrezygnują z absurdalnego i niemoralnego postulatu czystości etnicznej Polaków. Jeśliby do tego dodać kryterium wyznaniowe i skrupulatność w praktykach kościoła rzymskokatolickiego, a takie postulaty wciąż się pojawiają, to i puchary Adama Małysza należałoby oddać.

Niepokoi mnie renesans endecji. Marksizm, friedmanizm, Rosja, Niemcy, eksponowanie Małych Ojczyzn, tropienie ksenofobii, antysemityzmu, oskarżenia o brak tolerancji, demokracji, o homofobię, o zbrodnie wobec Żydów i Niemców w czasie II wojny światowej, wszystko to realnie zagraża polskiemu państwu. W tej sytuacji tylko tradycje romantyczne, rycerskie, insurekcyjne mogą nas uratować. Dobrze rozumiał to prezydent Lech Kaczyński.

Oglądałam ostatnio film w telewizji Planete pod tytułem „Klub pancernych” o organizowaniu młodzieży zafascynowanej serialem „Czterej pancerni i pies”. Dowiedziałam się o świetnej współpracy z milicją, telewizją, strażą pożarną. W ramach akcji „walka z ogniem” dzieci przeprowadzały tajne rewizje w piwnicach i na strychach, usuwały łatwopalne rupiecie i znajdowały poukrywane papiery. Tego nawet Pawka Morozow by nie wymyślił… Z klubami współpracowały ówczesne autorytety. Częstym gościem bywał Bronisław Geremek. On najlepiej potrafił przekazać młodzieży zasady etosu rycerskiego. Trudno się dziwić, że na bohatera walki z systemami totalitarnymi XX wieku Unia Europejska mianowała czołowego rycerza PRL. Rotmistrz Pilecki nie miał żadnych szans.

Skutecznym sposobem obrzydzania Polski jest utożsamianie państwa z rządem. Premier bije na alarm, podnosi się wrzawa wszystkich autorytetów – PiS atakuje państwo, ponieważ chce zmienić rząd. Król francuski Ludwik XIV powiedział do parlamentu „Państwo to ja”, a także „Naród mieści się w całości w osobie króla”. Ja w osobie Tuska się nie mieszczę, ponieważ uważam, że polskość to normalność.

Państwo stanowią wolni obywatele. W Art. 4 Konstytucji czytamy: Władza zwierzchnia w Rzeczpospolitej Polskiej należy do Narodu. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio. I tego się trzymajmy.

Joann Duda-Gwiazda