Antysemityzm na przedwiośniu?

Antysemityzm na przedwiośniu?

Gdy przeszłe relacje polsko-żydowskie pojawiły się niedawno w debacie w związku z rocznicą powstania w getcie, przypomniał mi się opublikowany w „Krytyce Politycznej” artykuł Elizy Szybowicz. Autorka, inspirowana książką Jana Sowy, zachęca do nowego spojrzenia na polską literaturę i stwierdza, że „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego to utwór antysemicki. „Antysemityzm »Przedwiośnia« stał się niewybaczalny. Zapewne już niedługo tak samo niewybaczalna stanie się jego mizoginia. Czy w zamian przestanie razić wykorzystywany w powieści język sprawiedliwości społecznej?” – pyta Szybowicz w leadzie swego tekstu. Hmm…

Warto rozmawiać. O Żeromskim

Jako osoba uważająca antysemityzm za – niejednokrotnie niebezpieczny, a zawsze bezpodstawny – idiotyzm, a jednocześnie entuzjasta prozy Żeromskiego, w tym zwłaszcza ostatniej z jego powieści, uznałem, że warto się odnieść do owych zarzutów.

Po pierwsze dlatego, że podjęcie dyskusji daje mi pretekst, by przywrócić Żeromskiego na mapę polskich sporów ideowych i tożsamościowych. Autor ten, niemal nieobecny we współczesnych debatach ideowych, budzi o wiele mniejsze zainteresowanie zarówno po prawej, jak i lewej stronie niż np. Stanisław Brzozowski. Zadziwiające, że „żeromszczyzna” to dzisiaj synonim poczciwej literatury w starym stylu, którą można odstawić na półki lub we fragmentach dać do analizy maturzystom, a nie coś, co rozpala ideowe dyskusje i towarzyszy światopoglądowym wyborom współczesnych. Autor książek formacyjnych dla wielu pokoleń polskiej inteligencji okazuje się być martwy jako źródło inspiracji. Jest coś paradoksalnego w tym, że właśnie w państwie, w którym po 1989 r. zaistniała konieczność budowania wielu instytucji od nowa i mierzenia się z poważnymi problemami społecznymi, książka surowo bilansująca początki niepodległości i towarzyszące temu dylematy rozwojowe nie budzi dziś emocji. Wobec tego stanu rzeczy każdy pretekst, by zainicjować o tym rozmowę, jest dobry.

Po drugie, i może ważniejsze, sposób, w jaki zarzuty o antysemityzm sformułowano wobec „Przedwiośnia”, jest dość znamienny dla funkcjonowania tego pojęcia w dyskursie części środowisk i w takiej postaci wydaje się bardziej szkodzić, niż pomagać w mierzeniu się ze zjawiskiem rzeczywistego antysemityzmu. A przy okazji przyczynia się do nierzadko niesprawiedliwej delegitymizacji wielu poglądów, środowisk i postaci. Także tych nieżyjących, które same nie są w stanie się obronić. Źle by się stało, gdyby Żeromski wszedł w ich poczet.

Mało o mniejszościach

Podczas lektury wspomnianego felietonu zachodziłem w głowę, o co chodzi. „Przedwiośnie” czytałem dość dawno, ale wielokrotnie, w różnych fazach swego ideowego dojrzewania, poczynając od czasów gimnazjalnych – i ani razu rzekomy wątek antysemicki nie przykuł mojej uwagi. Czyżbym zatracił wrażliwość na te sprawy? A może zarzut o antysemityzm jest nieco naciągany? Przyjrzyjmy się, czego on dotyczy. Chodzi o fragment ostatniej części („Wiatr ze wschodu”), w którym to Cezary Baryka wchodzi do dzielnicy żydowskiej, przygląda się jej i rozmyśla nad tym, co widzi.

Sięgnąłem do książki. Ów fragment liczy raptem 4 strony. Jest to zaledwie statyczny opis, nie pojawia się tu żadna akcja, nie wyłaniają się bohaterowie. Przypięcie etykiety antysemickiego utworu całej powieści na podstawie w sumie marginalnego fragmentu wydaje się grubą przesadą. Wyraźnych wątków antysemickich – jak i kwestii żydowskiej w ogóle – próżno szukać na pozostałych kartach utworu.

Można zastanawiać się nad źródłami owej nikłej obecności zagadnienia, które było historycznie ważne i dodatkowo komplikowało podziały klasowe oraz rozwój narodowej tożsamości. Ale zauważmy, że Żeromski mało uwagi poświęca w swej ostatniej powieści nie tylko Żydom, ale także Ukraińcom, Białorusinom i innym mniejszościom, z których również utkana była struktura wieloetnicznego społeczeństwa w międzywojennej Polsce. Pod tym względem widać znaczny kontrast między tym, jak opisuje Żeromski ojczyznę, a drobiazgowym i sugestywnym przedstawieniem konfliktów etnicznych w przedrewolucyjnym Baku w pierwszej części książki. Gdy tylko młody Baryka przekracza granicę, problemy narodowościowe niejako zanikają, a na pierwszy plan wychodzą podziały społeczno-ekonomiczne i ideowe. Czy to przypadek, czy też skutek przeświadczenia autora, że kluczowa dla wyjścia odradzającej się Polski z „przedwiośnia” jest właśnie zmiana stosunków społecznych, w których grupami poszkodowanymi są mieszkańcy ziem polskich, wywodzący się z różnych nacji, a nie tylko rdzenni Polacy? Fragment, który stał się punktem wyjścia do oskarżeń o antysemityzm, może właśnie skłaniać do powyższej interpretacji.

Problemy bez (ostatecznego) rozwiązania

Co innego jednak zdaje się widzieć pani Szybowicz. I okazuje się, że nie jest w tym odosobniona. W jej artykule czytamy mocne słowa: „Najbardziej skandaliczną niekonsekwencją »Przedwiośnia«, przenikliwej powieści społecznej, jest sposób przedstawiania Żydów. Pisały już o tym Bożena Umińska i Maria Janion. Żydowska nędza nie została przez Żeromskiego zanalizowana, a przedstawiona jako fenomen zagadkowy i odrażający. Żydzi roją się i wiodą pasożytniczy żywot jak robactwo, są karykaturami ludzkich postaci. Zarazem najmizerniejsi i wszechpotężni w razie rewolucji mogą przejąć władzę. Dla Żydów nie ma miejsca w Polsce Baryki, Gajowca, Żeromskiego. Nie pomoże żadna reforma, żaden przeskok do szklanych domów. Kwestia żydowska domaga się rozwiązania i nie znajduje go. Trudno nie spytać za Umińską, czy krok dalej autor przychyliłby się do rozwiązania ostatecznego. Czytelnik Sowy dodatkowo zaduma się nad ironią faktu, że podczas gdy Żeromski każe Baryce na przedwiośniu państwowości obawiać się żydowskiego zamachu stanu, w rzeczywistości odzyskanie niepodległości uczczono w Polsce pogromami”.

Pomińmy trącące przesadą spekulacje o gotowości Żeromskiego do poparcia „ostatecznego rozwiązania”, co jest, znając życiorys pisarza, zarzutem tak głęboko niesprawiedliwym, że aż bolesnym, niezależnie od tego, czy uznamy, że prywatnie i jako pisarz żywił on, podobnie do wielu mu współczesnych, antysemickie uprzedzenia. Z pewnością widział on problematyczność kwestii żydowskiej – także w jej wymiarze socjalnym – oraz potencjalne konsekwencje tego stanu rzeczy, ale nie ma podstaw, by posądzać go o pokrewieństwo z najciemniejszymi koncepcjami, jakie wówczas istniały w owej sprawie. Przypięcie łatki antysemity, i to w tak ostrej postaci, raczej zamyka dyskusję z autorem i jego dziełem, zamiast otwierać ją na rozważania, skąd mogły się wziąć zilustrowane na kartach powieści niepokoje w tejże drażliwej kwestii.

Trzeba zastrzec, iż to, co prezentował Żeromski, było jednak czymś zgoła odmiennym od tego, co robili niektórzy inni ludzie pióra, niekiedy również zajmujący zasłużone miejsce w literackim panteonie. Wrzucenie wszystkich do jednego worka z napisem „antysemityzm” nie służy właściwemu, pogłębionemu rozpoznaniu stosunku polskiej inteligencji, także literackiej, do kwestii żydowskiej.

Baryka – nie Żeromski

W zacytowanych wyżej słowach Szybowicz uderza jeszcze jedna rzecz, która wydaje się ciążyć na odczytaniu całego dzieła Żeromskiego – tego i innych. Mianowicie zachodzi tu nieuprawnione utożsamianie odczuć, myśli i postaw bohatera z poglądami samego autora. Istotnie, na kartach powieści są fragmenty, w których Barykę napawa lękiem wizja potencjalnego przejęcia władzy przez żydowską część społeczeństwa, która jawi mu się jako tożsamościowo i społecznie wykorzeniona, a co za tym idzie – mająca predylekcje raczej do destrukcji aniżeli do budowania lepszej Polski. Warto jednak zauważyć, że ów lęk Baryka odnosił do wszelkich zmarginalizowanych grup społecznych. Dla przykładu podczas swego wystąpienia w trakcie komunistycznego wiecu bohater mówi: „Jeżeli tutejsza klasa robotnicza przeżarta jest nędzą i chorobami, jeśli ta klasa jest pozbawiona kultury, to jakimże sposobem i prawem ta właśnie klasa może rwać się do roli odrodzicielki tutejszego społeczeństwa? Takich argumentów nie należy używać. Należy raczej schować te fakty na dno, na sam spód dowodzeń, gdyż jest to właściwie argument przeciwko racjonalności uroszczeń komunizmu. Klasa przeżarta nędzą i chorobami może być tylko obiektem czyjejś akcji dobroczynnej, lecz w żadnym razie nie czynnikiem odradzającym. Chory dotknięty klęską braku kultury nie może przecie ani sam siebie, ani nikogo innego skutecznie leczyć. Tego chorego musi leczyć ktoś świadomy – lekarz”.

Gdyby pochylić się nad owym cytatem z równą surowością (i skłonnością do stawianiu równości między słowami Baryki a poglądami autora), co robią niektórzy wobec fragmentów dotyczących Żydów, można by uznać, że Żeromski to w istocie reakcjonista, przeciwny emancypacji robotników, a może wręcz pogardzający nimi i widzący dla nich ratunek jedynie w charytatywie lub leczeniu ich społecznych bolączek przez światłe elity. Tymczasem wiadomo przecież, że stosunek pisarza do tych spraw był o wiele mniej jednoznaczny, a jego serce było wyraźnie po stronie oddolnego, samorządnego organizowania się ludu (przy dostrzeżeniu jednoczesnej potrzeby budowania sprawnych instytucji państwowych).

Również w nastawieniu Baryki podczas przechadzki po żydowskiej dzielnicy widać znamiona odrazy wobec tego, co tam ujrzał, ale nie oznacza to automatycznie, że ten sam stosunek do przedstawionego obrazu miał Żeromski. Główny bohater powieści znajduje się w fazie światopoglądowego dojrzewania, jego przemyślenia pełne są punktów zwrotnych i emocjonalnych uniesień pod wpływem tego, co widzi dookoła. Nawet w tak zasadniczej dla powieści kwestii jak ta, czy iść z ludem na barykady, czy mrówczą pracą budować instytucje wzorem Gajowca, Baryka nie ma do końca wyrobionego zdania. Już choćby to świadczy, że trudno widzieć w nim wzorzec osobowy, przy pomocy którego autor chciał przekonywać czytelników do własnego spojrzenia na rzeczywistość. Wręcz przeciwnie, Żeromski zdaje się traktować ze sporą rezerwą swych głównych bohaterów, nie ukazując ich jako krystalicznie czystych. Podobnie jest w przypadku Doktora Judyma z „Ludzi bezdomnych”, postaci znacznie mniej labilnej duchowo. On również podejmuje działania naznaczone tyleż poczuciem misji pomocy pokrzywdzonym, co dystansem do nich. I w tym przypadku trudno uznać, że autor utożsamia się z bohaterem, a tym bardziej stawia go za wzór. A przypomnijmy, że na łamach „Ludzi bezdomnych” aż roi się od fragmentów, w których główny bohater spogląda z pogardą na ulice nędzy. Czy idąc tokiem rozumowania niektórych współczesnych „recenzentów”, uznalibyśmy tamtą książkę za emblemat rasizmu społecznego wobec grup defaworyzowanych?

Opisać realistycznie i nie stygmatyzować

Łatwo w taki sposób dojść do absurdu. Ale problem jest o tyle poważny, że odnosi się do dylematu obecnego nie tylko w literaturze pięknej, ale także w publicystyce, świecie nauki czy w debacie publicznej: jak wiernie opisywać warunki życia grup słabszych i wykluczonych, jednocześnie nie konserwując poprzez język ich statusu jako odpychających, budzących złe skojarzenia wśród reszty. Fakt, że opisujemy, niekiedy sięgając po wręcz naturalistyczne środki wyrazu, społeczności głęboko zdegradowane, nie pomijając patologii, które owo wykluczenie rodzi, nie oznacza jednocześnie ani tego, że obwiniamy osoby dotknięte tymi problemami, ani że okazujemy im wzgardę. W tym sensie obrazy ulicy Ciepłej z „Ludzi bezdomnych” czy żydowskiej dzielnicy w „Przedwiośniu” nie muszą same przez się oznaczać negatywnego stosunku ich autora do opisanych grup, a mogą – i tak najpewniej było – wynikać z jego głębokiego poruszenia i poczucia bezsilności wobec upodlenia i degradacji, jakich te zbiorowości doświadczały. Jednocześnie – jeśli przekaz ma formować pewną wrażliwość na określone kwestie – warto problematyzować opisywane zagadnienia i dbać o to, by przedstawienie społecznego upodlenia i wykluczenia szło wyraźnie, choć niekoniecznie na łopatologiczną modłę, z opowiedzeniem się w obronie godności osób, których ono dotyczy. Żeromski wielokrotnie dawał temu wyraz. Być może we fragmencie dotyczącym dzielnicy żydowskiej nieco tego zabrakło.

Na przekór antysemitom

Ze wspomnianego fragmentu można jednak wyłowić znaczenia, które nie tylko pokazują narrację Żeromskiego w łagodniejszym świetle, ale pozwalają na krytyczny wgląd w rzeczywistość dwudziestolecia międzywojennego oraz mogą być wymowne również dziś.

Przedwojenny antysemityzm, zwłaszcza przed nastaniem „ciemnych” pod tym względem lat 30., nie był zasadniczo rodzajem rasizmu socjalnego, wymierzonego w grupy społecznie upośledzone, wykluczone (takiego, jaki dziś pojawia się w pewnych, wcale nie wąskich, kręgach wobec np. bezdomnych czy ludności romskiej). W większym stopniu odnosił się do tych posiadających: zasoby, wpływy, umiejętności, pozycję społeczną i kulturową. Nieraz ów resentyment odnosił się do warstw autentycznie „posiadających”, nieraz zaś towarzyszył konfliktowi wśród warstw niższych w społecznej hierarchii, rywalizujących ze sobą. Niektórzy dzisiejsi mainstreamowi zwolennicy reaktywacji tradycji endeckiej, jak Rafał Ziemkiewicz, dość karkołomnie próbują wybielać ją, powołując się na „poważny problem” natury ekonomicznej: zablokowanie dostępu do niektórych zawodów. Pomijając fakt, że mówienie o tym problemie bywa gołosłowne, a nawet jeśli by on istniał to nie stanowi to żadnego usprawiedliwienia dla getta ławkowego i tym podobnych pomysłów, warto zauważyć, że to, co opisuje na łamach „Przedwiośnia” Żeromski nie idzie w żadnej mierze w sukurs owej narracji, w której Żydzi to grupa zakulisowo trzymająca władzę i kontrolująca zasoby, w tym ekonomiczne. Wręcz przeciwnie – to, o czym czytamy w powieści, pokazuje zgoła odmienny obraz. Wbrew podsycanym przez antysemickie kręgi wyobrażeniom przedstawieni tam ludzie to nie wypasieni burżuje-fabrykanci ciemiężący polskiego robotnika. Ani chciwe liczykrupy na urzędniczych synekurach. Ani drobni rzemieślnicy wygryzający polską ludność na dorobku. Nie są to także robotnicy rywalizujący z polskimi o miejsca pracy w którymś z zakładów.

Czego dowiadujemy się z tego fragmentu „Przedwiośnia”? Ano tego, że w początkach niepodległości było wielu przedstawicieli mniejszości żydowskiej cierpiących potworną nędzę, degradującą ich w wymiarze ekonomicznym, społecznym i zwyczajnie ludzkim. Że żyli oni bez realnych możliwości poprawy swego losu, z pokolenia na pokolenie w warunkach urągających ludzkiej godności, w społecznym bagnie, z którego trudno było się wydostać. Że w przedwojennej Warszawie tworzyły się swoiste enklawy biedy i wykluczenia, a przynależność do mniejszości etnicznej w połączeniu z lichą kondycją ekonomiczną rodziła niebezpieczeństwo gettoizacji. Brak życiowych perspektyw zaś często prowadził do rezygnacji i tworzenia się kultury ubóstwa i bezradności. Wiele podobnych obrazów nędzy można zobaczyć współcześnie. Gdy czytałem Żeromskiego, przypominały mi się warszawskie Szmulki, gdzie przed dwoma laty niejednokrotnie bywałem. Można tam było spotkać choćby przetrawionych alkoholem i innymi społecznymi chorobami ludzi spędzających bezczynnie czas na wystawionych na obskurnym podwórzu krzesłach i pogrążających się w beznadziei. Lepiej udokumentowane i przeanalizowane obserwacje tego typu zjawisk płyną choćby z badań łódzkich socjologów ubóstwa, przeprowadzonych w tamtejszych enklawach biedy. Albo też z zakorzenionych w autobiograficznym doświadczeniu badaniach reprodukcji kultury wykluczenia na obszarach popegeerowskich, zebranych w książce „Błędne koło” Arkadiusza Karwackiego. To tyko pojedyncze przykłady czegoś znacznie szerszego i nie tracącego na aktualności. A może wręcz – patrząc na wzmagający się znów trend skrajnego ubóstwa – ulegającego pogłębieniu.

Żeromski nam współczesny

To, co dostrzegał Żeromski 90 lat temu, w ogólnej wymowie nie odbiega od tego, co można dostrzec w Polsce AD 2013. Choć często wypierane ze świadomości i zamykane w enklawach biedy lub na obszarach peryferyjnych, jednak dotkliwie wyziera z tych dziur w hurraoptymistycznym przekazie o polskiej modernizacji. Po części zostało to już opisane zarówno w formie reportażowej, jak i w ramach badań rodzimych antropologów i socjologów, z których establishment nie wyciąga systemowych wniosków.

Żeromski, także gdy pisze o warszawskich Żydach i nawet gdy w swym opisie nie jest całkiem wolny od uprzedzeń wobec tej zbiorowości, pokazuje nam fragment społecznej historii. Fragment ten nie tylko burzy manichejski obraz rzeczywistości, jaki malowali współcześni mu antysemici, ale także podstawia lustro, w którym możemy dostrzec grzechy naszej III Rzeczpospolitej, mającej jeszcze do odrobienia wiele zadań wobec różnych zmarginalizowanych grup – jeśli chodzi o ich społeczną integrację i włączenie, a także przywrócenie elementarnej godności.

Strajk generalny czy pakt społeczny?

Strajk generalny czy pakt społeczny?

„Emigruję z Polski do Anglii. Od 12 maja będę zmywała gary i podłogi w Londynie. Opuszczam nasz kraj z poczuciem częściowej klęski i wszystkomijedności” – napisała w przetaczającym się w mediach liście Sandra, choć podobne uczucia ma wielu młodych „niskozatrudnionych”. Niewiele jest rzeczy tak osłabiających ducha jak poczucie bezsilności. Nie jest to wyłącznie polski fenomen. Wiele krajów zmaga się z niszczącymi efektami polityki cięć oszczędnościowych. Polityki, która właśnie została ostatecznie ośmieszona.

Przez ostatnie kilka lat politycy i liderzy opinii w Europie i USA powoływali się na pracę „Growth in a Time of Debt”, opublikowaną przez dwójkę profesorów Harvardu: Kennetha Rogoffa i Carmen Reinhart. Nie sposób wymienić wszystkich oficjeli, od brytyjskiego kanclerza skarbu George’a Osborne’a po kandydata na wiceprezydenta USA Paula Ryana, dla których „Growth in a Time of Debt” stanowiło uzasadnienie dla drakońskich cięć oszczędnościowych, zabijających wzrost i zatrudnienie. Praca Reinhart i Rogoffa miała pokazywać korelację między poziomem długu publicznego a tempem wzrostu gospodarczego. Pomijając dość oczywiste spostrzeżenie, iż to nie wysoki dług powodował niski wzrost, lecz niskie tempo wzrostu powodowało narastanie długu, korelacja ta (wykres poniżej) stała się argumentem mającym poprzez autorytet naukowy znanych profesorów Harvardu wspierać dotkliwe cięcia.

Tempo wzrostu w różnych przedziałach długu do PKB. (za: Reinhart, Rogoff, 2009)

Tempo wzrostu w różnych przedziałach długu do PKB. (za: Reinhart, Rogoff, 2009)

Thomas Herndon, student ekonomii na Uniwersytecie Massachusetts w Amherst, postanowił wziąć to studium na tapetę w ramach przedmiotu, który nakazywał przetworzenie i replikację wyników już dostępnych dowolnych badań. Początkowo profesorowie nie chcieli pozwolić Herndonowi na wybranie tego badania. Nie z powodów politycznych – UMass Amherst to tradycyjnie niepoprawna politycznie („heterodoksyjna”) uczelnia – lecz dlatego, iż praca duetu Reinhart & Rogoff uznana została za banalnie prostą, nie używającą żadnych skomplikowanych metod obliczeniowych. W końcu jednak Herndonowi pozwolono na łatwe zaliczenie, polegające głównie na dodawaniu i dzieleniu sum z arkusza kalkulacyjnego Reinhart i Rogoffa. Gdyby nie odporność liberalnej ekonomii na rzeczywistość, można by wręcz stwierdzić, iż lenistwo studenta na zawsze zmieniło oblicze ekonomii. Bez wątpienia to, co zobaczył Herndon, było przełomem.

Po przeliczaniu danych Reinhart i Rogoffa wyniki otrzymywane przez Herndona, szczególnie dla przedziału powyżej 90 procent długu do PKB, znacząco się różniły. Po jakimś czasie okazało się, iż obliczenia „gwiazd” ekonomii są pełne pomyłek. Pomijając nawet wpisywanie przez nich błędnej formuły w Excelu, okazało się, że dla grupy powyżej 90% profesorski duet pominął 1/4 badanych w innych przedziałach krajów. Również przypisywane im „wagi” były zadziwiające. Jeden rok bardzo wysokiego długu i spadku PKB Nowej Zelandii wpływał na rezultaty tak samo mocno jak kilkanaście lat bardzo wysokiego długu i dobrego wzrostu Wielkiej Brytanii. Po skorygowaniu „pomyłek” Reinhart i Rogoffa wyniki okazały się następujące:

Tempo wzrostu w różnych przedziałach długu do PKB. (za: Herndon na podstawie Reinhart, Rogoff, 2009)

Tempo wzrostu w różnych przedziałach długu do PKB. (za: Herndon na podstawie Reinhart, Rogoff, 2009)

Te szokujące dane pokazują, jak fałszywa była narracja wzywająca do zaciśnięcia zębów społeczeństwa Europy, połączona z ksenofobiczną narracją o „leniach” żyjących na kredyt, dzielącą nie tylko kontynent, ale również poszczególne narody. Dziś już nikt nie pamięta, że zarówno południe Włoch, jak i południe Belgii były znacznie bogatszymi i wydajniejszymi regionami od swych północnych odpowiedników do czasu utraty przemysłu, odpowiednio 120 i 40 lat temu. Byłoby piękną ironią, gdyby gwoździem do trumny tej narracji stał się leniwy Herndon!

Póki co jednak nabierający siły społeczny sprzeciw wobec ekonomicznych eksperymentów na ludziach nie potrafi złamać mocy potężnych rentierów finansowych. Nawet bez ideologicznej podpory ich wpływ na procesy polityczne, choć wyraźnie słabnący w ostatnich miesiącach, wciąż decyduje o kierunkach działań gospodarczych państw. Tradycyjne procesy polityczne nie przynoszą zmian oczekiwanych przez społeczeństwa. Obywatele Europy od lat protestują, lecz często z poczuciem bezsilności popadają w rezygnację. Wyznaczana przez oczekiwania rynków finansowych polityka rządów oraz brak wiary w ugrupowania opozycyjne powodują „wewnętrzną” lub zewnętrzną emigrację niezadowolonych.

Nie wolno jednak zapominać, że istnieje narzędzie nacisku społecznego, które jest w stanie istotnie wpłynąć na rzeczywistość. Jest to oczywiście strajk generalny. Ma on wiele potencjalnych zalet: decyzja jednej tylko „Solidarności” o nieograniczonym czasowo ogólnopolskim strajku może sprawić, iż cały kraj zauważy liczącą się siłę społeczną, reprezentującą niezgodę na stagnację, a wyrażającą opinie nie tylko związkowców, lecz także zatrudnionych na umowach śmieciowych, bezrobotnych i dużej części młodego pokolenia.

Taki ruch ze strony „Solidarności” wiąże się jednak również z negatywnymi konsekwencjami. W obliczu kłopotów Unii Europejskiej duża część społeczeństwa (szczególnie elektoratu partii rządzącej, a jest to kilkadziesiąt procent wyborców) ceni tę względną stabilność, którą cieszy się nasz kraj. Strajk generalny spowodowałby dla wielu obywateli olbrzymie utrudnienia, co w połączeniu z odpowiednim przekazem medialnym spowodowałoby alienację znacznej części społeczeństwa.

Strajk generalny, przynajmniej w takiej formule, jakiej można się spodziewać w obecnych realiach, byłby co najwyżej doświadczeniem tożsamościowym, pozwalającym na „policzenie się” stron, ale jednocześnie wytworzyłby podziały niekoniecznie wedle kryteriów interesów ekonomicznych. Istnieje możliwość zachowująca cień szansy na jakikolwiek trwalszy pozytywny wpływ niż tylko osłabienie rządu, co nie przełożyłoby się na żadną zmianę do października 2015 (jeżeli w ogóle). Jest nim propozycja pragmatycznego paktu społecznego, której wystosowanie, nawet przy odrzuceniu przez rząd, zachowałoby swoje skutki wykraczające poza jesień tego roku.

Jakie powinny być założenia paktu społecznego? Po pierwsze powolny odwrót od polityki cięć. Rządowe cięcia zdołały obniżyć poziomy deficytu do 3,9% oraz długu do ok. 52% PKB w zeszłym roku. Wszystko to oczywiście kosztem potrzebnego popytu, przy nieustających pohukiwaniach ekspertów i – o zgrozo! – aspirującej do władzy partii opozycyjnej o „zadłużaniu Polski”. Wykres Herndona daje pojęcie o potencjalnych „strasznych” skutkach wzrostu długu publicznego o kilka procent, a więc – żarty na bok.

Ograniczanie wydatków jest jedną z przyczyn zgaszonego zapłonu polskiej gospodarki po piłkarskich mistrzostwach Euro 2012. Cięcia deficytu w zeszłym roku oznaczają konieczność zwiększenia deficytu w roku bieżącym, przy niesprzyjającej koniunkturze światowej. Warto przypomnieć, że większe pole manewru w stymulowaniu gospodarki dałyby ministrowi finansów zmiany w restrykcyjnej ustawie o finansach publicznych, narzucające gorset „reguły wydatkowej” oraz ostrożnościowy próg zadłużenia w wysokości 55 procent.

Przy prawdopodobnym braku chęci rządu do bardziej znaczącego zwiększenia zadłużenia jedną z możliwości staje się wprowadzenie trzeciego progu podatkowego, opodatkowującego o pięć procent wyżej każdą kolejną złotówkę z rocznego dochodu osobistego powyżej 300 000 złotych. Warto zaznaczyć oczywiście, że przekonanie o dobroczynnym wpływie wysokich podatków jest równie błędne co ahistoryczne przekonanie, iż wysokie podatki oznaczają niski wzrost i standard życia. Jedynym ważnym wskaźnikiem jest siła nabywcza obywatela po opodatkowaniu, a ta może się zwiększyć przy wprowadzeniu powyższego rozwiązania pod bezwzględnym warunkiem, że każdy dodatkowy miliard będzie przeznaczony nie na zmniejszenie deficytu, lecz na krajowe inwestycje mnożnikowe, pobudzające efektywny popyt i żywotność gospodarki.

Te działania powinny być jedynie wstępem do „mapy drogowej” paktu społecznego, wyznaczającego daty korzystnych rozwiązań kwestii umów śmieciowych na korzyść pracownika – przesuniętych o np. dwa lata, lecz wdrażanych już w nieco innej rzeczywistości ekonomicznej. W zamian za czasowe odroczenie słusznych postulatów rząd zobowiązywałby się do sprawnego przeprowadzenia kilku koniecznych działań, m.in. Programu Rozwoju Przedsiębiorstw Ministerstwa Gospodarki (z którym implicite zgadzał się w swoim expose prof. Gliński) oraz zmian w rozdzielaniu funduszy, np. programu operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, co wsparłoby i przyspieszyło pozytywne zmiany strukturalne polskiej gospodarki. Powinno być to skorelowane z intensywnym rozwojem programu „Inwestycje Polskie” w synergii z nowymi środkami europejskimi od stycznia 2014, a także z niezwykle obiecującym programem modernizacji polskiej armii, będącym szansą dla polskiego przemysłu. Jednocześnie absolutnie kluczowe dla dobrobytu w długim okresie będzie przystosowanie strategiczne, postulowane w ostatnim raporcie Polskiego Lobby Przemysłowego, z takimi narzędziami jak centrum studiów strategicznych, mapa zasobów, wiedzy i technologii oraz długoletnie obligacje inwestycyjne.

Czy jest to propozycja do odrzucenia? Być może, lecz na pewno warto ją wysunąć w postaci konkretnego programu, zamiast liczyć na narastające oburzenie społeczne i niepewną zmianę polityki gospodarczej za 3 lata. Strajk generalny przeprowadzony pod ogólnikowymi postulatami mógłby zostać wykorzystany przez liberałów szermujących hasłami przeciwko rządowi „zadłużającemu Polaków”, skąd już tylko krok do żądania „koniecznych reform”. Przed takim przewrotnym wykorzystaniem frustracji obywateli nie zabezpieczą dobre chęci, tak jak potrzeba zmian nie zawsze idzie w parze z kompetencją programową opozycji. Byłoby wielką szkodą, gdyby „Solidarność”, świadoma swej siły, nie wykorzystała jej na rzecz realistycznej zmiany społecznej, rozmywając się w projektach tożsamościowych. Spokój za zobowiązanie do przyszłych prospołecznych zmian w prawie pracy i odważne wspieranie gospodarki przez państwo – czy można osiągnąć więcej?

Wielka lumpeninteligencka rewolucja liberalna  (rozważania z dziedziny psychopolityki)

Wielka lumpeninteligencka rewolucja liberalna (rozważania z dziedziny psychopolityki)

Tytułem wstępu: poniższy tekst nie rości sobie pretensji do bycia naukowym. Nie opieram się na badaniach, lecz wykorzystuję tu metodę mikroobserwacji socjologicznych, którą wypracowałem dzięki mojej Mamie. Zwróciła Ona moją uwagę, że jeśli jakieś zjawisko występuje w mikroskali – tzn. w naszym bezpośrednim otoczeniu – to prawdopodobnie jest powszechne. Dlatego (oczywiście po odsianiu przypadków jednostkowych i skonfrontowaniu autopsji z innymi dostępnymi źródłami) można pokusić się o uogólnienie na podstawie własnych obserwacji.

Punktem wyjścia niech będzie polski charakter narodowy. Odwołując się do tego pojęcia, demaskuję siebie jako „nacjonalistę”, bo nie dość, że postrzegam Polaków jako realną (a nie umowną) zbiorowość, to jeszcze przypisuję im pewne „esencjonalne” właściwości. Muszę jednak zastrzec, że mój esencjonalizm jest ograniczony: nie twierdzę ani że charakter narodowy jest niezmienny, ani też, że bez reszty determinuje każdą jednostkę przynależącą do danej zbiorowości. To po prostu średnia statystyczna zachowań, wynikająca ze zinternalizowanych poglądów i konwencjonalnych obyczajów.

Opisowi i – rzadziej – analizie charakteru narodowego Polaków poświęcono już wiele uwagi. Akcentowano (np. Edmund Lewandowski) takie cechy jak duma granicząca z pychą („albośmy to jacy tacy”), romantyczny idealizm („siły na zamiary!”), nietrwałość („słomiany ogień”), bałaganiarstwo („polnische Wirtschaft”), indywidualizm („musi to na Rusi”), egalitaryzm („szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”), wreszcie beztroskę w sprawach materialnych („zastaw się, a postaw się”). Ze swej strony zwrócę uwagę na paradoksalny związek polskiego indywidualizmu z konformizmem. Otóż wymóg poszanowania zdania każdej jednostki skutkował koniecznością jednomyślności, co z kolei oznaczało dążenie do konsensusu, a od praktyki „ucierania” zgody do nawyku „niewychylania się” jest już tylko krok. Szlachecką mentalność I Rzeczypospolitej ukształtował też snobizm, będący pochodną rozwarstwienia braci szlacheckiej: dla przeciętnego „pana brata” magnat był niedościgłym (choć czasem traktowanym z zawiścią) wzorem do naśladowania.

Taka wizja polskiego charakteru narodowego wymaga jednak rewizji z „marksistowskiego” punktu widzenia, gdyż ignoruje podziały klasowe. Gdy dokładniej wczytać się w opisy zachowań i obyczajów Polaków sprzed II wojny światowej, dostrzeżemy, że występowały wówczas co najmniej dwie polskie kultury i co za tym idzie – dwa typy psychiki: szlachecki oraz mniej widoczny chłopski. Chłopska mentalność stanowiła w pewnym sensie przeciwieństwo szlacheckiej. Romantycznemu idealizmowi przeciwstawiała przyziemny pragmatyzm („lepszy wróbel w garści”), niestałości – upór i zawziętość („chłop żywemu nie przepuści”), bohaterszczyźnie – spryt (jak ten Mazur, co śmierć oszukał), sobiepaństwu – „ducha gromadzkiego”. Kultury te nie pozostawały jednak hermetycznie odizolowane, gdyż od czasu uwłaszczenia szlacheckie wzory były przejmowane – zrazu nieśmiało i ukradkowo – przez wieś. Chłopi snobowali się na panów.

Na marginesie zwróćmy uwagę, że konformizm połączony ze snobizmem czyni z Polaków typ, który określić można jako wiecznie spóźnionych snobów. To znaczy są to ludzie, którzy nieustannie marzą, aby być światowi, nowocześni, up-to-date, ale za zmiennymi trendami nie nadążają. Rzekomy konserwatyzm Polaków to mit – to tylko postawa ludzi, którzy nie zauważyli, że moda się zmieniła. Przyczynę tej specyficznej ociężałości widzę w postszlacheckim zadufaniu, przekonaniu o własnej nieomylności. Gdy jednak taki osobnik dostrzeże, że prawdziwy Wzór-Do-Naśladowania jest gdzie indziej, na wyprzódki zmienia swe preferencje, dokonuje konwersji. Słowackiego „paw i papuga” doskonale oddaje tę cechę naszego charakteru.

Polskie społeczeństwo dogłębnie przeorała II wojna światowa, a potem odgórna rewolucja społeczna PRL. W nadwiślańskim „melting pot” ścierały się pierwiastki szlachecki i chłopski. Z jednej strony spod socjalistycznego pokostu przezierała wciąż żywa tradycja szlachetczyzny, na co zwracał uwagę w swej „Rzeczpospolitej Polaków” Edmund Osmańczyk. Z drugiej jednak strony już w latach 70. zaobserwowano zjawisko tzw. kurasiowszczyzny: otóż idolem widzów wojennego serialu „Polskie drogi” okazał się być nie szlachetny i romantyczny porucznik Niwiński, ale zapobiegliwy cwaniak sierżant Kuraś. Rewolucja „Solidarności” była jeszcze recydywą ducha szlacheckiego w jego najlepszych – idealistycznych, egalitarnych i wolnościowych – aspektach, jednak kapitalistyczna transformacja ustrojowa lat 90. odmiennie sformatowała nasz charakter narodowy.

Przemiana ta nie dokonała się szybko ani bezboleśnie. Początkowo miały miejsce chaotyczne zmagania, w szranki stanęły trzy typy Polaków: sieroty po PRL, liberalni „Europolacy” i neosarmaci, pielęgnujący tradycyjną polskość (opisywałem to przed kilkunastu laty w tekście „»Dusza polska« w procesie transformacji”). Typ pierwszy rychło został jednak zdradzony przez własnych przywódców, którzy dążyli do porozumienia za wszelką cenę z establishmentem skupionym wokół Agory; w rezultacie lata 90. zdominował konflikt między modernizatorskim i proeuropejskim liberalizmem o Janusowym obliczu Balcerowicza i Kwaśniewskiego a nacjonalpopulizmem wyrażanym przez „Solidarność” i Samoobronę. Obie formacje wyczerpały się u progu XXI stulecia. Z jednej strony stopniowa poprawa sytuacji życiowej szerokich mas rozładowuje populistyczną rebelię, z drugiej sojusz Agory i Belwederu rozbiła afera Rywina. Zwycięstwo PiS w 2005 roku było jeszcze triumfem Polski „starej”, która paradoksalnie łączyła zakorzenione w PRL grupy społeczne z narodowo-chrześcijańską ideologią antykomunistycznego oporu lat 80. Był to już jednak łabędzi śpiew etosu konserwatywno-wspólnotowego. Stymulowany przez wielkokapitałowe media protest przeciw Kaczyńskim (postrzeganym jako anachroniczni i autorytarni) był katalizatorem, który zaktywizował okrzepłą już klasę średnią i zapewnił hegemonię intelektualną Platformie Obywatelskiej. Ukształtował się nowy, liberalno-konserwatywny konsens ideowy, który selektywnie czerpiąc z obu antagonistycznych obozów (liberalizm ekonomiczny jednego oraz konserwatyzm obyczajowy drugiego), zdominował polskie życie intelektualne i polityczne. Ale i ten konsens okazał się tylko prowizorycznym stanem chwiejnej równowagi, który pęka na naszych oczach (pisałem o tym w tekstach „Erozja” oraz „Palikot, czyli populizm po polsku”).

Konwulsje te odzwierciedlają dużo głębszą przemianę mentalności i obyczajowości Polaków. Istotą owej przemiany jest synteza pewnych elementów mentalności chłopskiej i szlacheckiej. Z jednej strony „szlachecki” idealizm tudzież gnuśność ustąpiły „chłopskiej” zaradności i pragmatyzmowi, z drugiej – cechujący dawną wieś duch gromadzki uległ postszlacheckiemu indywidualizmowi. W kapitalizmie lepiej radzą sobie pazerni egoiści. W rezultacie indywidualizm – wcześniej moderowany skłonnością do poświęceń dla Dobra Wspólnego – zwyrodniał w socjaldarwinowski egoizm, a pragmatyzm – w zwyczajny cynizm. „Za darmo umarło” – rozbrzmiewa dziś od Bałtyku do Tatr. „Ważne, coby moja miseczka była pełna”. „Ręka zgina się ku sobie”. „Śmierć frajerom!”. Przeciętny Polak stał się stadnym egoistą przekonanym o swojej wyjątkowości. Trochę przypomina to sytuację z „Żywota Briana” Monty Pythona: Brian woła do tłumu: „Musicie być sobą! Każdy z was jest wyjątkowy!” – a tłum powtarza tępo: „Musimy być sobą. Każdy z nas jest wyjątkowy”.

Owe zmiany mentalnościowe i obyczajowe odzwierciedlają z kolei trzęsienie ziemi, jakie dotknęło strukturę społeczeństwa polskiego. Degradacji jednych towarzyszył awans społeczny drugich, obowiązująca była wszakże strategia przetrwania indywidualnego, w myśl hasła „ratuj się kto może!”. Nastąpił rozkład tradycyjnych grup społecznych, charakterystycznych dla społeczeństwa industrialnego – nie tylko w skali makro (wielkoprzemysłowa klasa robotnicza), ale też mikro (grupa sąsiedzka, a nawet rodzina nuklearna, będąca co najmniej od zaborów ostoją polskiego społeczeństwa). Erozji uległ związany z dotychczasowymi strukturami system wartości i oparta na katolicyzmie, a niedostosowana do nowych czasów obyczajowość. Miliony ludzi odnajdując się w nowych rolach społecznych – takich jak przedsiębiorca, migrant czy rozwodnik – spostrzegło, że nic ich nie wiąże z dotychczasowym środowiskiem, a czasem też z całą tradycyjną polskością.

W ten sposób docieramy do jeszcze jednej – bodaj najbardziej rewolucyjnej – przemiany psychospołecznej. Polskie społeczeństwo, jeszcze w latach 80. mobilizujące się pod sztandarem „jednakowych żołądków”, obecnie odchodzi od egalitaryzmu. Badania opinii publicznej rejestrują rosnące przyzwolenie dla nierówności społecznych. Sytuacja, w której „duży może więcej”, traktowana jest jako coś tak samo naturalnego jak prawo ciążenia. Jest to novum, gdyż od XVI wieku w umysłach Polaków królowała zasada równości. Rozpowszechniony kompleks niższości (chłopa wobec szlachcica, szaraka wobec magnata, Polaka wobec cudzoziemca) wytworzył oparty na zawiści mechanizm społecznej samokontroli, nazywany „polskim piekłem” (w myśl anegdoty, że tylko polski kocioł w piekle nie jest strzeżony, gdyż sami rodacy pilnują, by nikomu nie udało się zeń wydobyć). O ile jednak dotąd zawiść wyrażała się w dążeniu, by nikt nie był lepszy ode mnie – teraz każdy Polak chce być lepszy od drugiego. Rezultatem jest chaos i walka wszystkich ze wszystkimi.

Obnoszeniu się z poczuciem wyższości sprzyja fakt, że – bez względu na wszelkie zastrzeżenia krytyków transformacji – większość społeczeństwa odnotowała awans materialny i społeczny. Grupy zdegradowane zostały spacyfikowane i zdezintegrowane, a jako apatyczne i peryferyjne (jak emeryci, bezrobotni, pracownicy PGR) nie stanowią zagrożenia dla systemu ani nawet – będąc niewidocznymi – wyzwania dla panującej ideologii. Kompleks niższości jest jednak nierozłącznie sprzęgnięty ze swym rewersem w postaci kompleksu wyższości. Rozdęte ego nuworyszy musi znaleźć sobie Gorszego, by paść się poczuciem swej przewagi. Z tego rodzi się opisywana przez Jerzego Drewnowskiego mizoptochia. Chęć wywyższania się zdaje się być główną motywacją ideologicznego zaangażowania zarówno polskich lewicowców, jak i prawicowców. Oni nie czują się – i nie chcą się czuć! – solidarnymi ze swoim środowiskiem, swoją zbiorowością – ludem czy narodem. Oni chcą się czuć lepsi od swego otoczenia postrzeganego jako „roszczeniowy motłoch” bądź „moherowy ciemnogród”.

Bodaj najliczniejszą grupą subiektywnych (obiektywnie nie jest to tak jednoznaczne) beneficjentów Transformacji są „Młodzi Wykształceni z Wielkich Miast”, potocznie zwani „lemingami”. Jest to grupa specyficzna, którą w większym stopniu niźli status społeczny determinuje pewien kod kulturowy, błyskotliwie opisany przez Roberta Mazurka w „Alfabecie leminga”. To roczniki wyżu demograficznego, które objęła rewolucja edukacyjna (nigdy wcześniej tak duży odsetek młodzieży nie kończył studiów wyższych, nawet jeśli była to przysłowiowa Wyższa Szkoła Kroju i Szydełkowania) i których start życiowy przypadł na okres poakcesyjnej prosperity. Dyplom wyższej uczelni, praca w wielkim mieście albo w innym kraju – oznaczały dla nich awans społeczny, który traktowali jako potwierdzenie słuszności ideologii liberalnej. Podział kulturowy nałożył się na konflikt pokoleń. „Młodzi” wraz z wyższym standardem życia (a czasem tylko oczekując owego wyższego standardu!) przejmowali liberalne i kosmopolityczne wartości klasy średniej. W ten sposób udaje im się połączyć oba wymiary wyższości: socjalno-ekonomiczny i kulturowo-obyczajowy. Nawet jeśli faktycznie są niepewnymi jutra nisko opłacanymi prekariuszami – to pielęgnują w sobie wyniosłość wobec „roboli”; nawet jeśli jakość ich taśmowo produkowanych dyplomów pozostawia wiele do życzenia – to obnoszą się z wielkoświatową pogardą dla „zacofania i ciemnoty”. Faktyczne zróżnicowanie tej grupy zaowocowało wytworzeniem się wewnętrznej hierarchii: „lemingi” o rzeczywiście wysokim statusie społecznym odcinają się od aspirujących dopiero do tego statusu „słoików”. Wszyscy jednak kurczowo trzymają się drabiny społecznej, obawiając się, że z niej spadną – stąd bezwarunkowa lojalność wobec wyzyskującej ich korporacji. Wroga postrzegają tylko wśród gorszych od siebie, nigdy na wyższych szczeblach hierarchii, na które sami wszak mają nadzieję się wspiąć.

W szczególności dotyczy to coraz liczniejszego segmentu warstw średnich, złożonego z przedsiębiorców, w tym też z samozatrudniajacych się mikroprzedsiębiorców, których od prekariatu różni tylko stan świadomości. W praktyce samozatrudniający są wyzyskiwani na równi z pracownikami etatowymi. Rzecz jednak w tym, że sami drobni przedsiębiorcy za takowych się nie uważają. Hasło „Mam firmę!” w ich mniemaniu jest zaklęciem otwierającym drzwi do lepszego świata. Dla nich wrogiem nie jest wielki kapitał, z którym przegrywają na każdym kroku, nie są wrogiem oszukujące ich banki – wrogiem są pracownicy, bezrobotni, emeryci. Każdy, kto nie ma firmy, jest ich zdaniem nierobem i pasożytem. Nienawiść do zmitologizowanego „państwa” przyjmuje formy wręcz paranoiczne. Z furią odrzucając jakiekolwiek koncesje na rzecz Dobra Wspólnego (a nawet samo jego pojęcie!) radzi by oprzeć całe społeczeństwo na relacjach rynkowych.

Pozycja leminga, którą można porównać do pozycji szlachciury-hołysza uczepionego magnackiej klamki, sprawia, że lumpeninteligencja i lumpenburżuazja są ostoją panującego ładu społecznego. To polski paradoks, bo w Europie Zachodniej młoda miejska klasa średnia stanowi zaplecze ruchów lewicowo-libertarnych pokroju partii Zielonych. W Polsce jednak te warstwy nie poprą żadnej rewolucji czy bodaj rewolty, bo uważają siebie za beneficjentów systemu, a „moherową” biedotę za zagrożenie dla swej pozycji i stylu życia. Zwolennicy modernizacji są zarazem obrońcami status quo.

Rodzi to permanentną frustrację wśród młodej inteligenckiej lewicy, która wegetuje niezrozumiana na marginesie własnego środowiska. Przeciętny leming postrzega lewaka jako sympatycznego może, ale jednak dziwaka – takiego, co to przydaje się w walce z moherami, ale przesadza z egzotyką i nieżyciowością. Przeszczep nowolewicowych idei z zachodnich uniwersytetów nie przyjął się w polskiej młodej klasie średniej. Owszem, leming może na złość moherom obnosić się z tolerancją wobec gejów czy „Afroamerykanów”, ale zarazem nie cierpi muzułmanów (ba, islamofobię traktuje jako legitymację swej europejskości i laicyzmu!), nie trawi ekologów i nie rozumie feministek. Komiczną wręcz ilustrację ostatniego zjawiska stanowią internetowe komentarze pod newsami o feministycznych protestach przeciw seksizmowi – co drugi komentator uważa te inicjatywy za sprawkę pruderyjnych „katoli”. To samo tyczy się ostatniego odkrycia i najnowszej nadziei naszej hipster-lewicy – tzw. ruchów miejskich. Pomijając już, że jest to retrospektywna utopia, przypominająca ruralistów głoszących „Back to the Land” w I połowie XX wieku, abstrahując od faktu, że rosnąca mobilność utrudnia wytwarzanie się „lokalnego patriotyzmu” – w Polsce ruchy miejskie nie mają racji bytu. Tubylczy bywalcy IKEI i centrów ogrodniczych akceptują wielkie miasto takie, jakim jest – to ich Ziemia Obiecana.

…Powyższa diagnoza może budzić sprzeciw, jako obraz nazbyt pesymistyczny. Czy naprawdę winniśmy porzucić wszelką nadzieję? Oczywiście nie – nadzieja trwa dopóki żyjemy. Gdyby osiemdziesiąt lat temu ktoś napisał, że Polacy staną się zbiorowością przyziemnych groszorobów, uznane by to zostało za absurdalną fantazję. Proces przekształcania psychiki zbiorowej trwa permanentnie, więc wszystko jest możliwe. Panta rhei.

Koniec małego świata

Koniec małego świata

Każda szkoła to mały świat. Składają się na niego zamieszkujący go ludzie (uczniowie, nauczyciele, woźni i inni pracownicy) oraz widoczne, trwałe elementy przestrzeni, takie jak budynki, ich wyposażenie, a nawet przypadkowo przyniesione tam i pozostawione rzeczy. Szkoła, podobnie jak wszystkie znane nam światy, organizuje przestrzeń wokół siebie, wpływa na otoczenie w sposób subtelny i na pierwszy rzut oka niewidoczny, ale bardzo silny. Nie widzimy tego na co dzień – zapominamy o tym prostym fakcie, opuszczając jej mury. Nie zajmuje nas to, choć nawet wiele lat później wciąż jesteśmy w jej orbicie, nie do końca sobie to uświadamiając. Gdyby nie to oddziaływanie, nie byłoby sukcesu portalu Nasza Klasa, nie byłoby też gorących reakcji absolwentów na to, co dzieje się w ich szkołach po bardzo wielu latach. Czasem jednak szkoła znika, zostawiając po sobie dotkliwą pustkę.

Przez Polskę w ostatnim dwudziestoleciu przetoczyła się ogromna fala likwidacji szkół. Nikt nawet nie starał się policzyć, ile placówek zlikwidowano, zarówno fizycznie, jak i poprzez przekształcenia, szczególnie podczas osławionej reformy edukacji z czasów premiera Buzka. Tak zginęła moja podstawówka, najstarsza szkoła robotniczego Widzewa, wywodząca swoje dzieje jeszcze z czasów małej salki stworzonej przy fabryce przemysłowca Kunitzera. Tak zginęły też setki innych szkół, mniejszych lub większych, i za każdym z tych zniknięć kryły się te same, doskonale znane nam skutki – dalsza droga do szkoły, większe zagęszczenie dzieci w budynkach i klasach, zwiększenie liczby uczniów przypadających na jednego nauczyciela i w sposób lustrzany odpowiadające mu zmniejszenie ilości czasu, jaki pedagog może poświęcić jednemu dziecku. Ale nie tylko to – ginęła też tradycja, ciągłość przekazywana z rodziców na dzieci, oś, wokół której gromadziły się wspomnienia rodzinne i wspólnotowe. Nikt spośród rządzących nie próbował nawet zbadać, jak to się dla małych lokalnych wspólnot kończy, wolano zaufać tabelkom mówiącym, że dzięki likwidacjom wszystko się lepiej bilansuje i że po optymalizacji będzie lepiej.

Tymczasem okazało się, że nie wszystko wychodzi tak, jak powinno. Polskim dzieciom wciąż daleko jest do rówieśników z innych krajów Europy, choć w różnego rodzaju rankingach wypadają na ich tle całkiem nieźle. Dopiero gdy ktoś zapyta je o samopoczucie, okazuje się, że jest fatalne. Mimo względnie wysokiej pozycji w międzynarodowym programie oceny umiejętności uczniów PISA (piąte miejsce na 29 możliwych) polskie dzieci są na tle swoich rówieśników nieszczęśliwe, a poziom satysfakcji plasuje je na przedostatnim miejscu.

Z raportu UNICEF-u wyłania się obraz polskiego dziecka, które wbrew obiegowym opiniom o leniwych gimnazjalistach jest pracowite i chętne do nauki (jeden z najwyższych wśród badanych krajów współczynników kontynuacji nauki w szkołach wyższego szczebla), ale dana mu do rozwoju infrastruktura jest dalece niewystarczająca. Wrzucone do worka zbiorczej szkoły polskie dziecko jest samotne i wyalienowane w tłumie, często zagubione i mające poczucie pozostawienia samemu sobie. U nastolatków dochodzi też lęk przed przyszłością i niewiara w to, że ich sytuacja ulegnie poprawie. A jednak się uczą, bo edukacja wciąż jest postrzegana jako klucz do lepszej przyszłości.

Gdy my, pokolenie już starsze z punktu widzenia dzisiejszych uczniów, chodziliśmy do szkoły, podsuwano nam lektury, z których uczyliśmy się, że kiedyś było dzieciom źle. Cierpiały głód, ubóstwo i związany z nimi wstyd. Na domiar złego szkoła była najczęściej daleko, a nauczyciele – kiepsko opłacani i zbyt nieliczni, by móc zająć się wszystkimi dziećmi jak należy. Wkładając dziś naszym dzieciom te czytanki i lektury do tornistrów, pocieszamy się, że to przeszłość. Niestety, ta „przeszłość” powróciła i ma się doskonale.

Na początku tego roku gruchnęła wiadomość, że niemal 800 tys. dzieci może niedojadać, przychodząc do szkoły bez żadnego posiłku zjedzonego w domu. UNICEF donosi, że milion polskich dzieci żyje w ubóstwie, a kolejne 300 tys. nie ma dostępu do podstawowych dóbr, takich jak trzy posiłki dziennie czy dwie pary obuwia w roku. Te przerażające dane nie zrobiły jednak na rządzących zbyt wielkiego wrażenia, nie licząc skandalicznych wypowiedzi posła Niesiołowskiego o prawdziwym głodzie i jedzeniu szczawiu oraz posłanki Pitery przebąkującej o braku kultury jedzenia śniadań w Polsce.

Wiele lat temu, gdy kończyłem szkołę podstawową, miarą ubóstwa dzieci była ich waga. Jako jeden z nielicznych uczniów w mojej klasie mogący liczyć na trzy pełne posiłki dziennie, uchodziłem za grubasa tylko dlatego, że miałem wagę taką, jaką powinno mieć dziecko w moim wieku. Były to czasy reform Leszka Balcerowicza i następnych, w wyniku których upadł w moim mieście niemal cały przemysł, a bezrobocie sięgnęło wskaźników nieznanych od czasów wielkiego kryzysu przełomu lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Dziś waga również doskonale wskazuje status materialny dziecka, choć w zupełnie inny sposób. Biednych ludzi nie stać na dobrą jakościowo żywność, a śmieciowe jedzenie z dyskontów i supermarketów jest bardzo tanie. I to znajduje swoje odzwierciedlenie w przywołanym już przeze mnie raporcie UNICEF-u, według którego właśnie w Polsce wystąpił najwyższy, 17-procentowy wzrost liczby dzieci cierpiących na nadwagę. Nie przeraźliwa chudość, ale otyłość stała się wyróżnikiem biedaka.

Mimo to zamykamy oczy i nie pamiętamy o czytankach z przeszłości, spiesząc się na autobus lub odwożąc dziecko do szkoły. No właśnie, odwożąc. Już zapomnieliśmy, że sami mieliśmy szkoły pod nosem, praktycznie na miejscu, na swojej ulicy lub na którejś z sąsiednich. Dzięki temu nasze podwórkowe przyjaźnie naturalnie przedłużały się w przyjaźnie szkolne, a wolny czas mogliśmy spędzać w otoczeniu znajomych z najbliższej okolicy. Dzisiaj jest inaczej. Nasze dzieci zmuszone są do dalekich podróży, doskonale konsumujących ten wolny czas, który mogłyby spędzić z przyjaciółmi. Często niemożliwe jest już wyjście na podwórko z kolegą z klasy, bo żeby to zrobić, nie wystarczy – jak kiedyś – zadzwonić domofonem w sąsiednim bloku czy przejść odległość kilku lub kilkunastu domów. Teraz trzeba dojechać daleko, często na drugi koniec miasta, co przekracza możliwości dzieci. Do tego podróżowanie jest kosztowne, a każdy grosz trzeba liczyć.

W minionych czasach, słusznie potępionych, rozumiano to wszystko doskonale. Budując nowe osiedla, planowano je tak, żeby na każde kilka ulic przypadała co najmniej jedna szkoła podstawowa, jedno przedszkole i jeden żłobek. Siatkę tę uzupełniano szkołami ponadpodstawowymi różnych typów, dając dzieciom możliwość nauki blisko domu. Rozumiano, że najlepszą drogą do odmiany znanych z przedwojennej literatury zaklętych rewirów jest edukacja i szeroki do niej dostęp. Blisko usytuowana szkoła była kluczowym elementem tej polityki i przynosiło to wymierne efekty.

Dziś nie korzystamy z tej lekcji. Budujemy nowe osiedla pozbawione niemal całkowicie szkolnej i przedszkolnej infrastruktury, a stare ogałacamy z tej, którą odziedziczyliśmy w spadku. Co i rusz słychać o kolejnych falach likwidacji szkół, za każdym razem tłumaczonych niżem demograficznym i wysokimi kosztami utrzymania. Decydenci nie zastanawiają się jednak i często nie mają świadomości, jaki naprawdę wpływ ma to na życie mieszkańców i samych dzieci, podnosząc ręce w zgodnym unisono partyjnej dyscypliny.

Oto mamy łódzki Księży Młyn, dawną robotniczą dzielnicę związaną z zakładami Scheiblera, a później Obrońców Pokoju. Istniała tu od XIX stulecia szkoła, ostatecznie zlikwidowana pod koniec pierwszej dekady obecnego wieku. Szkoła jedyna na terenie osiedla, niepowtarzalna i niezastępowalna. Wraz z nią odszedł też jedyny na osiedlu sklep, wokół którego koncentrowało się życie mieszkańców. Jego właścicielka założyła Klub Kobiet Księżego Młyna, w ramach którego – wraz z innymi chętnymi do działania przedstawicielkami płci żeńskiej – organizowała dla mieszkańców osiedla pikniki i festyny. Pozbawiony uczniowskiej klienteli sklep upadł, a wraz z nim jego właścicielka, zepchnięta w otchłań bezrobocia i pracy na czarno (byle do emerytury), oraz animowany siłą jej woli i energii Klub Kobiet. Dziś na Księżym Młynie toczy się rewitalizacja, ale nie ma już pikników ani festynów.

Weźmy inną łódzką dzielnicę. Stary Widzew i leżący tuż za torami Grembach – kolejne biedne, dawniej robotnicze obszary. Niegdyś każdy z nich miał po jednym przedszkolu, jednej podstawówce i jednej szkole ponadpodstawowej. W 1989 r. zlikwidowano jedno z dwóch przedszkoli, w 1999 – jedną z dwóch szkół podstawowych, tworząc w jej miejscu gimnazjum. W marcu bieżącego roku zlikwidowano obie szkoły ponadpodstawowe, zostawiając na miejscu już tylko jedną podstawówkę, jedno gimnazjum i jedno przedszkole. Likwidacje te nie obyły się bez konfliktów – miejscowe liceum miało być połączone z innym, którego uczniowie żywiołowo zaprotestowali przeciwko spodziewanej inwazji „dresiarzy”, jak pogardliwie określili swoich biedniejszych kolegów. Biedniejszych, ale wcale nie gorzej się uczących. Gdy sprawa ujrzała światło dzienne i przedostała się na łamy prasy, uczniów bogatszej placówki potępiono, ale ziarno niezgody zostało posiane, a wykluczające słowa zapadły głęboko w pamięć, budząc wstyd i frustrację.

Wraz z odchodzącą szkołą ponadpodstawową skończył się świat pewnej kobiety, która żyła w mieszkaniu znajdującym się w szkolnym budynku. Mieszkanie to zajmowała na mocy obietnicy kiedyś danej jej mężowi, który przez kilka dziesięcioleci pracował w szkole. W zamian za swoją pracę i wyrzeczenie się na przestrzeni lat godziwej pensji otrzymał on dla siebie i swojej rodziny dach nad głową. Nie był to przywilej ani nawet dar. Była to rekompensata choć w części wynagradzająca to, że za ciężką pracę człowiek ten otrzymywał niewielkie pieniądze, niewystarczające na znalezienie innego lokum. Obietnica ta obowiązywała nawet po jego śmierci. Została zerwana niedawno, a samotną wdowę, żyjącą z kilkusetzłotowej renty chorobowej, czeka przesiedlenie do lokalu socjalnego, najpewniej znajdującego się w złym stanie technicznym i pozbawionego podstawowych wygód. Przyrzeczenie dane jej mężowi okazało się nic niewarte, ale kto by się przejmował obietnicami danymi zwykłym ludziom, gdy należy dotrzymywać deklaracji złożonych sojusznikom z Ameryki i rynkom kapitałowym?

Likwidując szkoły, likwidujemy nie tylko budynki. Likwidujemy centra, wokół których grupują się lokalne społeczności, a ich zniknięcie pociąga za sobą cały łańcuch następujących po sobie wydarzeń i skutków, które nie zawsze potrafimy dostrzec. Wiele z tych społeczności jest słabych, zniszczonych długimi latami transformacji i permanentnego kryzysu, w którym żyją, a my zamiast pomagać, zabieramy im jedną z ostatnich szans na wydobycie się z biedy. Gdy słyszę o tym, że znika gimnazjum położone w samym środku zidentyfikowanej przez socjologów enklawy ubóstwa, trudno mi powstrzymać emocje, bo w tym samym czasie wydajemy setki milionów złotych na nowe drogi i stadiony, w moim mieście aż dwa. Chowając się za wielkimi inwestycjami, jeszcze bardziej zostawiamy dzieci z biednych dzielnic samym sobie, rzucając im pod nogi kolejne kłody. Najsilniejsze z nich przetrwają i pójdą dalej, niosąc w sobie wieczną krzywdę i urazę. Te słabsze zaś zapadną się w niemocy i już w swojej dzielnicy pozostaną. Dopóki jakaś iskra nie wyprowadzi ich na ulice, gdzie dadzą wreszcie wyraz temu, co myślą o okrutnym, darwinistycznym eksperymencie, który na nich przeprowadziliśmy. Nie chciałbym być wtedy w naszej skórze.

Korczak dla każdego! Albo dla nikogo

Korczak dla każdego! Albo dla nikogo

Dwa pozornie sprzeczne fakty w myśli i praktyce Janusza Korczaka:

  1. Nie miał żadnych złudzeń co do tego, czemu służy szkoła powszechna w nowoczesnym państwie. Dzieci spędza się do klas, sadza w ławkach i każe siedzieć grzecznie i po cichu przez 45 minut lekcji nie po to, aby efektywniej mogły nabywać przydatną im samym wiedzę, ale po to, by wytresować kapitalistom posłusznych robotników, a państwu biuralistów umiejących usiedzieć przy taśmie fabrycznej czy za biurkiem przez osiem (lub więcej) godzin, albo żołnierzy z poboru, niezadających zbędnych pytań i niekwestionujących obowiązujących hierarchii, w lot odgadujących życzenia przełożonego. Szkoła powinna wychowywać, ale czy ona może to czynić, gdzie idzie głównie o karność i o przygotowanie dzieci do przyszłej pracy fachowej? Szkoły zakładane przez państwo działają w interesie państwa i tych klas społecznych, które państwo uznaje za najwartościowsze: szlachty, inteligencji, kapitalistów. Są jeszcze placówki prywatne, o osobnym programie i procedurach, ale ich zadaniem jest także tresura, z tym że tych, którzy będą właśnie przełożonymi. Dzieci, którym szkoła od maleńkości łamie kręgosłupy, którym odbiera wrodzoną żywotność, potrzebę eksploracji i twórczości, cierpią. Tego cierpienia dawno przetrąceni już dorośli nie chcą widzieć, bagatelizują je czy po prostu negują. Reforma szkoły była jednym z najdonioślejszych postulatów Korczaka, a jego wypowiedzi zarówno artystyczne, jak i publicystyczne pełne są propozycji rozwiązań czyniących ze szkoły miejsce przyjazne dziecku, wspierające je w rozwoju i zmieniające świat na lepsze.
  2. Martwił się o wychowanków, dzieci z Domu sierot, które w drodze do szkoły były narażone na zaczepki chrześcijańskich rówieśników i dorosłych, niejednokrotnie bite, lżone i obrażane, okradane z przyborów szkolnych, własnych groszy i skarbów, drugiego śniadania. W latach 30. wypadki takie były coraz częstsze i coraz większe było na nie przyzwolenie, żydowskie dzieci obrywały także od kolegów szkolnych, bywało że i od nauczycieli, za swoją odrębność – nie tylko stroju, języka i rysów, ale także za sieroctwo. Jednocześnie polska szkoła powszechna w swoich metodach i celach różniła się od szkół zaborców może tym, że nie było w niej już oficjalnej chłosty, ale wciąż polegała na unieruchomieniu i ubezwłasnowolnieniu dziecięcego żywiołu.

A jednak Korczak, mimo wahań i zwątpień, nie organizował osobnej szkoły dla swoich wychowanków (poza niekonsekwentnymi epizodami tworzenia miejscowego, w Domu sierot, nauczania dzieci z młodszych klas). Nie tworzył awangardowego, przyjaznego dzieciom instytutu naukowego, dla którego przecież znalazłyby się na Krochmalnej i miejsce, i środki, i entuzjastyczni nauczyciele. Wszystkie dzieci realizowały obowiązek szkolny, chodząc do szkół powszechnych, często oddalonych spory kawał od Krochmalnej, często przechodząc przez ulice i dzielnice, do których matki z dobrych domów zakazywały swoim dzieciom nawet zaglądać.

I taki był, jak można sądzić, zamysł Korczaka: skoro dzieciom przyszło żyć w mieście i kraju, gdzie przechodniowi łatwo oberwać po głowie, a jeszcze łatwiej zostać zelżonym, gdzie Żydowi, choćby wychowywanemu na polskiego patriotę, nie dadzą zapomnieć, że jest pogardzanym obcym, gdzie człowiek upośledzony, choćby sieroctwem, może się spodziewać od bliźnich raczej szyderstwa niż dobrego słowa, to muszą nauczyć się w takim kraju żyć i działać. Radzenia sobie w takich „ulicznych” sytuacjach nie nauczy ich żadna mądra pogadanka, ale właśnie doświadczenie, choćby zdobyte kosztem łez czy podbitego oka. Dziecko samo musi umieć rozpoznać, czy w konkretnej sytuacji bardziej korzystne będzie odcięcie się napastnikowi, ucieczka albo ominięcie podejrzanej grupki szerokim łukiem, próba nawiązania dialogu, rozładowania sytuacji żartem, czy może głośne wzywanie pomocy. Ale jeszcze jedna rzecz była tu istotna. Korczak dbał o to, by dzieci z Domu sierot, mimo że doświadczały szczególnego systemu wychowawczego, nie czuły się z tego powodu odrębne: ani gorsze, ani, co równie ważne, lepsze czy jakkolwiek inne od tych ludzi, którzy nie mieli takiego pecha lub takiej szansy.

Tak jak wychowawcy dbali o to, by społeczne upośledzenie wychowanków nie stało się powodem ich uwewnętrznionego poczucia niższości, tak samo ważne było to, aby ich dobre samopoczucie nigdy i pod żadnym pozorem nie wynikało z ich poczucia wyższości czy bycia elitą. Doniosłość korczakowskiego systemu wychowawczego polegała między innymi na tym, że wbrew polskiej inteligenckiej tradycji nie uważał on, że najpierw trzeba wykształcić elity (nawet takie jak „etycy” jednego z mistrzów Korczaka, Abramowskiego), aby te dopiero zajęły się poprawianiem rzeczywistości. Wychowanie uczestników równego społeczeństwa miało się odbywać tu i teraz, na takim „materiale”, jaki jest i jaki najbardziej wychowawczego trudu potrzebuje, a nie traktowane kadrowo i w nieskończoność odwlekane w czasie. Wychowankowie to ludzie, którzy bez żadnego pośrednictwa wchodzą w interakcje z rzeczywistością. Świat poza Krochmalną miał być i był tak samo ich światem, jak i ten wewnątrz, i z ludźmi z tego świata należało umieć się porozumiewać. Korczak wciąż musiał utrzymywać bardzo trudny balans między prawem dziecka do śmierci, do prawdziwego doświadczania świata takiego, jaki jest, a potrzebą zapewnienia wychowankowi fizycznego i emocjonalnego bezpieczeństwa, uchronienia go przed bezmyślnością i okrucieństwem środowiska, do którego i będzie musiało, i powinno prędzej czy później wrócić. Zdawał sobie sprawę, że separowanie dzieci od zła świata, z którego pochodzą i z którym prędzej czy później będą musiały się mierzyć, będzie w ostatecznym rozrachunku działaniem na ich szkodę, a także działaniem na szkodę świata.

Do korczakowskich metod wychowawczych przyznają się dziś przede wszystkim szkoły prywatne i tzw. społeczne. Cokolwiek mówią o nich foldery reklamowe, są to szkoły elitarne, a uczniowie są selekcjonowani według klucza finansowego i towarzyskiego, czasami dla przyzwoitości darowuje się w nich miejsca uczniom z upośledzonych grup: uchodźcom, niepełnosprawnym itp. Zakładane były od końca lat osiemdziesiątych jako alternatywa dla „komunistycznych molochów”, szkół państwowych, w których panował autorytaryzm, zamordyzm i glajszacht, gdzie o prawach dziecka nikt nie słyszał, a podmiotowości uczniów nikt nie uznawał, gdzie bycie innym, bardziej wrażliwym, bardziej niepokornym skazywało dziecko na szykany ze strony nauczycieli i kolegów. Alternatywa dla wstrętnych molochów: miejsca, w których z uczniami się rozmawia, w których słucha się ich racji i którym stawia się zadania adekwatne do ich indywidualnych zdolności, możliwości i zainteresowań. I, co bardzo często podkreślają zarówno uczniowie tych szkół, jak i ich rodzice, ratunek dla wrażliwego dziecka przed panującą w szkołach publicznych przemocą, przed koniecznością podporządkowania się obyczajom dziecięcego motłochu, nad którym przeciążeni i negatywnie selekcjonowani nauczyciele nie są w stanie zapanować.

Rodzicom trudno się dziwić. Chcą dla swoich dzieci jak najlepiej, a izolowanie ich od zła uważają za święty obowiązek. Najlepiej oczywiście izolować dzieci od świata w szkole działającej w duchu korczakowskim, a więc nie tylko takiej, w której uznaje się jego podmiotowość i ludzką godność, ale bardzo często wręcz kontynuującej takie instytucje, podpatrzone w Domu sierot, jak sąd, do którego można pozwać także nauczycieli, gazeta, w której można pisać, co się chce, samorząd o dużych kompetencjach. A nawet idzie się dalej (ale wciąż w korczakowskim duchu): pozwala się dziecku mazać po ścianach własnej klasy, wychodzić z lekcji w dowolnym momencie, odmawiać wykonania zadania, jeśli nie widzi sensu jego realizacji itp.

Tyle że sam fakt chronienia dziecka przed złem tego świata w taki sposób, że się je od tego zła izoluje, jest bardzo nie w korczakowskim duchu. Przypomnijmy, że Korczak uważał, iż dziecko wychowuje się, uczy sposobów radzenia sobie z życiowymi trudnościami, ale także lepiej się czuje i pełniej żyje, kiedy przebywa w grupie rówieśniczej, a nie wśród najbardziej choćby troskliwych i kochających dorosłych. Jednak czego uczyć się może dziecko umieszczone w grupie rówieśników selekcjonowanych? Tego, że świat normalny, taki, jaki powinien być, składa się właśnie z takich ludzi: sympatycznych, najczęściej przystojnych, porządnie ubranych i mieszkających w ładnych mieszkaniach, słuchających fajnej muzyki, a czasem także z miłych przedstawicieli upośledzonych mniejszości, których szkoła, jej uczniowie i ich rodzice traktują zupełnie tak samo jak wszystkich innych i bardzo pilnują się, aby nigdy nie okazać im własnej wyższości. Z ludzi, którzy oczywiście różnią się stanem posiadania czy zainteresowaniami, ale w gruncie rzeczy podobnych sobie, rozpoznających się nawzajem na pierwszy rzut oka. Z ludzi, którzy mogą się lubić bądź nie lubić, ale jednak mających poczucie przynależności do świata takiego, jaki powinien być.

Owszem, wiadomo, że gdzieś tam na zewnątrz są inni ludzie, czasami także mili i ładni, ale jednak inni. Inni, co się jakoś wyczuwa, a poza tym groźni i nieprzewidywalni – trzeba się przecież od nich izolować, co jest kosztowne i nieraz wymaga wyrzeczeń kochających rodzin. Oczywiście TAMCI inni wcale nie muszą być winni temu, że są tacy, jacy są, często są po prostu pokrzywdzeni przez los, potrzebują pomocy i przyzwoici ludzie ze świata takiego, jakim powinien być, pomagają im, działają dla nich, zostają wolontariuszami i zakładają organizacje pożytku publicznego, a nawet odwiedzają siedziby i miejsca gromadzenia się TAMTYCH. Ale w sumie niewiele to daje. TAMCI, mimo że tyle się dla nich robi, wciąż pozostają groźni i nieprzewidywalni, no bo przecież wciąż się trzeba od nich izolować.

Oczywiście sarkazm i przejaskrawienie już ode mnie pochodzą, a nie od Korczaka, a jednak sądzę, że praktyczne pomysły pedagoga i (zwłaszcza) myśliciela oraz innowatora społecznego, którego podziwiam, pozbawione oryginalnego kontekstu, a umieszczone w zupełnie innym, zamieniają się czasami we własną karykaturę. Bo oto w dzisiejszej Polsce mamy realnie do czynienia z sytuacją bardzo ostrego podziału. Mamy system edukacji powszechnej, wiecznie niedofinansowany, pozbywający się kolejnych kompetencji i, choćby z racji finansowych oszczędności, traktujący uczniów w sposób daleki od podmiotowości (nauczyciel, któremu dane było odczuć różnicę między pracą z dziesięcioosobową a trzydziestopięcioosobową grupą, wie, o czym mówię). Mamy edukację powszechną, która może niezbyt skutecznie uczy historii czy chemii, ale bardzo skutecznie wpaja wychowankowi przekonanie o tym, że jego opinia lub wola są nieistotne, a najważniejszym życiowym zadaniem jest się do systemu przystosować, ulec mu, być posłusznym. I mamy edukację społeczną lub prywatną, z której duża część odwołuje się do korczakowskiej myśli i praktyki, a więc wpaja uczestnikowi głębokie poczucie własnej odrębności, godności, podmiotowości. Ale wpaja także przekonanie o wyjątkowości i odrębności jej beneficjentów, wzmacniane wręcz przez ideologie mówiące o konieczności społecznego działania na rzecz TAMTYCH. System nasz kształci więc masy składające się z jednostek z wpojonym przekonaniem o braku własnej podmiotowości i sprawczości oraz elity swobodne, pewne siebie, twórcze.

I tak to biedny Korczak stał się patronem systemu tworzącego głębokie mentalne podstawy utrwalającego się społecznego podziału. No ale przecież nie będę apelował do twórców, nauczycieli i społeczności szkół społecznych, żeby przestali czerpać z dorobku i intencji Korczaka, które w swojej praktyce, chcą czy nie chcą, muszą wykoślawić. Zresztą nazwiska Korczaka używam tu bardziej jako symbolu pewnych wychowawczych wartości: szacunku dla woli i godności wychowanka, zrozumienia jego odrębności, personalnej relacji wychowanków z wychowawcami, unikania narzucania gwałtem pożądanej wiedzy czy postaw, równości. Widzę tylko, że przecież ów niesprawiedliwy podział został w dużej mierze zaprojektowany i z uporem godnym lepszej sprawy jest podtrzymywany przy życiu przez tych samych ludzi, którzy zakładali szkoły w duchu niezgody na szkolny glajszacht i zamordyzm, na szkołę zmuszającą do zapamiętywania informacji, a nie skłaniającą do myślenia, do refleksji nad światem. Wspomnijmy choćby jedną z czołowych twórczyń reformy edukacji w rządzie Buzka, Irenę Dzierzgowską, współtwórczynię słynnego warszawskiego liceum na Bednarskiej, czy niedawną minister edukacji Katarzynę Hall, współtwórczynię i długoletnią dyrektorkę Gdańskiego Liceum Autonomicznego. I apeli nie wygłaszając, wyrażę tylko zdumienie: dlaczego ludzie ze środowisk szkół społecznych, skoro ich szkoły działają świetnie, wypuszczają mądrych, miłych i ładnych, radzących sobie w życiu absolwentów, nie zrobią wszystkiego – gdy tylko mogą – aby wszystkie szkoły przypominały ich szkoły, a cały system edukacyjny opierał się na takiej wizji wychowanka, jak system stworzonych przez nich placówek? Czemu nie wołają: Korczak dla każdego! (Albo dla nikogo?) Bo tak jakoś wygląda, jakby wierzyli, że ludzie się fundamentalnie różnią: ci, którzy chodzą do ich szkół, powinni być traktowani podmiotowo, a pozostałych trzeba brać za mordę i/lub obdarzać szlachetną działalnością społeczną.

Lewica Smoleńskiem silna?

Lewica Smoleńskiem silna?

Gdzieś na kartach „Lalki” opisana jest scena, w której pannę Izabelę Łęcką odwiedza dwóch dandysów z arystokracji. Młodzieńcy chwalą się, że na przyjęciu jedli kaszę tatarczaną z wykwintnej zastawy. Są zachwyceni, że dane im było uczestniczyć w tak ekscentrycznym posiłku. Czyżby w modnych ostatnio dyskusjach o „lewicy smoleńskiej” pobrzmiewały podobne – co do natury rzeczy – snobizm i moda?

Dyskusja o „lewicy smoleńskiej” toczy się głównie w niewielkich kręgach ideowo-środowiskowych. Warto więc pokrótce przypomnieć kilka istotnych tekstów dotyczących tego określenia i wiążących się z nim dyskusji i interpretacji. Bodaj najważniejszy jest artykuł kilku redaktorów Nowych Peryferii: „Smoleńsk, k…!”. Istotna jest również publicystyka Agaty Czarnackiej, która rozpropagowała określenie i z całym zaangażowaniem podtrzymuje debaty na ten temat. Polecam jej artykuł „Lewica smoleńska”, o tyle znamienny, że w krąg tego efemerycznego zjawiska wpada nawet „Nowy Obywatel”, a także lewicujące środowisko katolickie z pisma „Kontakt”. To wszystko nieźle pokazuje definicyjny galimatias. Warto także przeczytać artykuł Katarzyny Kądzieli „Pytam o Smoleńsk…” – to właściwie najmocniejszy tekst, który można by uznać za samookreślenie, nie zaś opis „lewicy smoleńskiej”. Z kolei krytycznie do zjawiska odniosła się Hanna Gill-Piątek w felietonie „Biało-czerwoną wprowadzić”. W dyskusji o lewicy smoleńskiej dość łatwo zatem określić – na podstawie lektury ww. publicystyki – kto używa tego terminu. Ale o wiele trudniej znaleźć środowiska, które identyfikowałyby się z taką nazwą. To także pokazuje, z jak nieczytelnym fenomenem mamy do czynienia.

Można odnieść wrażenie, że lewica w Polsce uwielbia przeskakiwać ze skrajności w skrajność. Jeszcze niedawno poza obyczajowymi hasłami niewiele więcej dostawaliśmy w ramach głównej lewicowej narracji. Natomiast dziś głowy i pióra aż huczą od Smoleńska. To, co przed chwilą budziło jednoznaczne potępienie i nieledwie wykluczało z małego, lewicowego światka, nagle staje się całkiem nieźle widzianym ekscentryzmem. Jakby goszystom brakowało już innych podniet i postanowili znaleźć sobie nową modę lub pięć minut sławy na publicystycznych salonach, dzięki uruchomieniu „smoleńskiej narracji”, której ujęcie budzi ciekawość także na prawicy.

Przejaskrawiam? Być może. Ale ciekaw jestem, kiedy lewica zajmie się wreszcie, z poczucia przyzwoitości i w imię własnych zobowiązań i tradycji, czymś innym. Na przykład na poważnie podejmie problemy społeczno-gospodarcze i debaty o nich. Podkreślam – na poważnie, czyli bez traktowania ich jako kwiatka do kożucha, jako oboczności czy wątku bez większych konsekwencji dla postaw i własnych założeń ideowych. Bo póki co, jak się wydaje, moda okołosmoleńska przypomina kolejny sposób na ucieczkę od tematów, które niegdyś bardzo interesowały naszych lewicowych przodków.

Nie piszę tego, żeby deprecjonować znaczenie Smoleńska. Nie jestem zwolennikiem ekonomii funkcjonującej poza rzeczywistością społeczną czy kulturową. Interesuje mnie lewicowość także w odniesieniu do patriotyzmu czy religii. Doceniam również fakt, że redaktorzy Nowych Peryferii bardzo rzetelnie potraktowali temat „smoleński” we właściwym dla swojego portalu kluczu postkolonialnej i peryferyjnej dyskusji o polskiej specyfice (geo)politycznej. Nie mam jednak pewności, co dalej. Czy nie budujemy kolejnej trampoliny ku nadrzeczywistości? Czy znów nie zapominamy, że mamy bardzo konkretne zobowiązania wobec polskiego społeczeństwa i tych grup, które powinny być punktem odniesienia dla lewicy? Zobowiązania te dotyczą – brzydko mówiąc – bazy. I nie idzie o patos, ale o bardzo prozaiczne uznanie choćby faktu, że fundamentalny podział na prawicę i lewicę dotyczył konkurencyjnych ideologii i sposobów rozumienia polityczności i ekonomii. Odnosił się również do sporu koncepcji egalitarnych z hierarchicznymi/wykluczającymi, do innego zdefiniowania znaczenia pracy i praw świata pracy, jego odniesienia do beneficjentów kapitalizmu, a zatem klasy średniej, burżuazji i oligarchii.

W moich rodzinnych stronach nie ma już połączeń kolejowych, komunikacja autobusowa też prawie nie występuje. Wiem, że wracam do tych kwestii dość obsesyjnie, ale to jest kawałek (zapomnianej) Polski, z którego wyrastam. To świat niemal zupełnie zepchnięty na margines przez triumfalizm ideologii i ideologów realnego liberalizmu. Wobec kogo odczuwać mam etyczne zobowiązanie lewicowca, jeśli nie wobec miejsc spustoszonych modelem polskiej transformacji? A antyspołeczne przemiany wciąż postępują, sprawnie hierarchizując przestrzeń wedle logiki bogactwa, przywilejów i wpływów. Poza tym młodzi mają problemy ze znalezieniem stałej pracy i określeniem sensownych, długofalowych planów życiowych. Grozi im wieczna prowizorka, praktyczna realizacja neoliberalnej gadaniny o wolności: żyj, wegetuj, prostytuuj się za grosze albo emigruj. Żyj i zgrzytaj zębami – na jawie lub we śnie. Żyj z wdrukowanymi w łepetynę wolnorynkowymi kalkami, choć właśnie przejeżdża ciebie i twoje otoczenie społeczne walec żelaznych, neoliberalnych konieczności, które uczynią cię albo frajerem, albo tępym, amoralnym cwaniakiem, albo nieco dziwacznym typem skrajnego indywidualisty, tęskniącego za wartościami i „porządnym społeczeństwem”.

Nieustannie otrzymujemy sygnały o kolejnych formach demontażu prospołecznych funkcji państwa na poziomie centralnym i lokalnym. Mamy za sobą reformę emerytalną, a przed sobą jej skutki społeczne. Mamy zapowiedzi dalszej dewastacji prawa pracy. Platforma Obywatelska nie odpuszcza – jako partia beneficjentów transformacji posiada bardzo silne zaplecze medialne i wciąż dość duże poparcie elektoratu. Bezkarność PO wzmacnia także fakt, że właściwie jej przeciwnicy o sprawach społeczno-gospodarczych myślą często bardzo podobnie. Tyle że ci drudzy wierzą, że Tusk to obecnie socjalista, bo panicznie szuka pieniędzy także w kieszeniach części swych uboższych wyborców. Oni sami zaś daliby Polsce „prawdziwy wolny rynek”. Pytanie, skąd by go wzięli, uważam za otwarte. Zapewne z czytanek drukowanych w „Najwyższym Czasie”, albo wypożyczyliby go z ambasady USA. W końcu nikt się tak nie zna na wolnym rynku jak Amerykanie, co najdobitniej pokazały niedawne wojny o ropę.

To, co robi rządząca partia, powinno być zatem dzień w dzień na ustach lewicy. Ale na lewicy zaczęliśmy teraz kolejną paplaninę – na temat kaszy tatarczanej. Wyobrażam sobie, jak lekko, łatwo i przyjemnie będą się wzajem przekomarzać publicyści lewicy kawiorowej z „lewicą smoleńską”. Mogę się oczywiście mylić, ale pouczanie albo pochylanie się nad tą drugą może pomóc specjalistom od zarządzania ideami znów odwrócić uwagę publiki od wspomnianych już arcybanalnych, lecz niezmiernie ważnych kwestii bazy. I ponownie okaże się, że zamiast dyskusji o meritum, nawet w kontekście tak drażliwych zagadnień jak „lewica a patriotyzm”, mamy kolejną modę, następną zasłonę dymną rozsnutą nad rzeczywistością.

Tak, Smoleńsk jest tematem ważnym (geo)politycznie. Warto także w jego kontekście umieć czytać dzisiejsze problemy społeczne i polityczne. Ale moda na „lud smoleński” przypomina nieco paternalistyczne iluzje znanej z XIX wieku chłopomanii. Ta zaś kończyła się albo kompromitacją, albo (wzajemnymi) rozczarowaniami. Historyczny sukces PPS i innych formacji autentycznej lewicy wynikał z klasowego rozpoznania potrzeb i perspektyw mas. W tym sensie „lewica smoleńska” odrobiła co najwyżej część lekcji – określiła się wobec symbolicznego (i realnego) politycznego sporu. Ale lewicę w Polsce odzyskamy dopiero wówczas, gdy ta w pełni świadomie wyniesie na swe sztandary hasła sprawiedliwości społecznej w najbardziej elementarnym sensie troski o realia społeczno-gospodarcze i o jakość państwa. Musimy także pytać o aktywność obywatelską. Powiem w skrócie: zostawmy prawicy miesięcznice, nie szydząc z nich. Ale sami propagujmy spółdzielczość, uczciwą działalność pozarządową, wspierajmy – na ile potrafimy – „tematyczne” ruchy społeczne itp. Dopóki tego nie będzie – także „lewica smoleńska” będzie kawiarnianym snobizmem, zabawką doktorantów, publicystów i hipsterskiej lewicy, szukających nowych podniet dla swoich podniebień.