przez Jarosław Górski | piątek 12 lipca 2013 | opinie
Kwestii skrajnej prawicy, nacjonalizmu, faszyzmu, nazizmu, kwestii wściekłych szowinistycznych łysoli nie da się w Polsce rozwiązać, bo ci skrajni prawicowcy, nacjonaliści, faszyści, naziści, wściekli szowinistyczni łysole są Polsce potrzebni. A w każdym razie są potrzebni tym, którzy własne potrzeby utożsamiają z potrzebami Polski i w dodatku umieją dorobić do tego ideologię. Są potrzebni polskiemu filistrowi, polskiemu liberałowi.
1.
Sto z górą lat temu zaobserwowano istnienie pewnego typu umysłowego – a może także klasy społecznej – określanego jako filister. Polski filister miał najczęściej korzenie szlacheckie lub takie sobie przypisywał, od kilku pokoleń w miarę stabilną sytuację materialną, inteligenckie aspiracje, a często także zajęcia. Filister był zarówno konserwatystą, jak i postępowcem, to znaczy uznawał i szanował społeczne hierarchie, przyjmował pełną rewerencji i nieco uniżoną postawę wobec autorytetów, lubił swoje zamożne, spokojne życie, obawiał się społecznych wstrząsów, a w jego systemie wartości wysoką rolę odgrywały higiena, edukacja i nabywanie wiedzy, pewna delikatność obyczajów i form, nawet jeśli niezbyt udolnie naśladowana z zachowań wyższych sfer. Wyróżniającą cechą polskiego filistra było przeświadczenie o tym, że własne obyczaj, sposób zachowania, system wartości i przekonań są głęboko słuszne, a do tego niejako obiektywne. Mimo że wykształcony filister miał świadomość, iż systemy wartości i obyczaje są różne, a także zmieniają się w czasie, jednak swój obyczaj traktował jako ostateczny punkt dojścia takiego ewentualnego procesu.
Szacunek i cześć dla własnej moralności, a może także niechęć do nadmiernego a męczącego zgłębiania problemów tego świata, powodowały, że polski filister bardzo niechętnie przyjmował do wiadomości, iż przekonania i zachowania ludzi mogą być jakoś zależne od ich utrwalonych doświadczeń i związanego z nimi sposobu widzenia świata, od ich materialnego i społecznego statusu, od poczucia – lub jego braku – własnej wartości, twórczości i sprawczości. Ponieważ filister uważał oglądanie i ocenianie świata w złożonych kategoriach społecznych, ekonomicznych i historycznych za niebezpieczne dla własnego systemu wartości, rozwadniające czy może zbyt trudne, wobec tego oceniał świat w swoiście rozumianych kategoriach moralnych i reagował oburzeniem na wszelkie odstępstwa od swego moralnego wzorca. Aczkolwiek odstępstwa te były mu potrzebne jak powietrze, ponieważ utwierdzały go w przekonaniu, że jego własna uprzywilejowana pozycja w tym świecie wynika właśnie z tego, że to on reprezentuje wartości prawdziwe i słuszne.
Filister reagował więc miłym i krzepiącym świętym oburzeniem na wiadomości o tym, że chłop dziecko chore na krup wiezie do szeptuna, a nie do lekarza; że robotnik z każdą tygodniówką idzie do knajpy, po czym tłucze żonę i dzieci domagające się obiadu; że w żydowskim sklepie klient nie może się dogadać po polsku; że znów gdzieś tam wyrodna matka podrzuciła dziecko pod kościół. Filister zbierał takie informacje skrzętnie, bo potwierdzały one jego wizję świata, w której on sam – dzięki temu, że przecież tak gorliwie obserwował obyczaje wyższych sfer, śledził pojawiające się wciąż nowoczesne idee, a jednocześnie strzegł odwiecznych wartości – był miarą dla innych. Miał więc najświętsze prawo widzieć wokół siebie świat złożony z przyjaznych, a przynajmniej zrozumiałych jemu podobnych istot oraz z ciemnego chłopa, brutalnego robotnika, obcego i panoszącego się Żyda oraz w ogóle z motłochu pozbawionego moralności. A że filister był właśnie nowoczesny i higieniczny, lubił opisywać świat przy pomocy higienicznych pojęć. Dzielił się on znów na czyste osoby i brudne zbiorowości, w których chłop śmierdział gnojem, robotnik potem, Żyd czosnkiem, a wyrodna matka rozpustą.
Oczywiście wszelkie próby przedstawiania filistrowi propozycji zobaczenia świata w kategoriach innych niż w jego rozumieniu moralne musiały spalić na panewce. Filister nie chciał słuchać, że istniejące w wielkiej skali ciemnota, brutalność, obcość czy rozpusta to społeczne problemy, które można i powinno się rozwiązywać przy pomocy społecznych środków (choć zdaje się, nigdy nie rozwiąże się do końca). Że jeśli da się ludziom szansę na osiągnięcie względnej materialnej zamożności i wykształcenia, pozwoli im się doświadczyć w miarę trwałej pewności egzystencji i godności własnej, jeśli się człowiekowi pozwoli poczuć, że od jego starań i działań wiele zależy, czyli jeśli się człowiekowi da takie wyposażenie, które za zasługę dobrego urodzenia było dane filistrowi, to człowiek ten zacznie poszukiwać dla siebie łagodniejszych obyczajów, będzie miał jakąkolwiek motywację, żeby swoim bliskim i w ogóle światu zacząć okazywać czułość, a nie nienawiść. I może nawet zachce mu się myć po robocie, może zacznie szukać bardziej wyrafinowanych sposobów odpoczynku niż wódka, mordobicie czy rozpusta.
Takie rozumowanie było dla filistra nie do przyjęcia, było świadectwem naiwnego pięknoduchostwa lub złowrogiej ideologii, rozwadniało tylko moralną ocenę i służyło ukryciu faktu, że na świecie istnieje cywilizacja, której trzeba strzec, oraz dzikość, przed którą trzeba się chronić. Jedynym ratunkiem dla nielicznych przedstawicieli zbiorowości złych i dzikich z natury było bezkrytyczne przyjęcie systemu wartości filistra, zapomnienie o własnym indywidualnym i zbiorowym doświadczeniu, dochrapanie się jego materialnego statusu i stylu bycia, a więc całkowite wyzbycie się empatii i solidarności z miejscem, z którego wyszli.
2.
Dziś polski filister ma się całkiem dobrze i mimo że może należeć do zwalczających się politycznych obozów oraz wyznawać różne ideologie, jednego jest pewien: swojej moralnej i wszelkiej innej wyższości nad tłumem, którego istotą jest po prostu tłumność i którego nie wolno postrzegać inaczej niż w kategoriach zbiorowych. Dziś sam siebie nazywa liberałem, bo liberalizm to taka ideologia, która pozwala mu posiadać miłą świadomość, że swoją uprzywilejowaną pozycję zawdzięcza zaletom ducha i umysłu. Jedną ze spraw dzielących dzisiejszego prawicowego i lewicowego liberała jest jakoby stosunek do rozszerzającego się nacjonalistycznego i rasistowskiego ekstremizmu. Jednak prawicowy liberał nie postrzega tego zjawiska zasadniczo inaczej niż lewicowy.
Prawicowy liberał jest pewien, że jego wartości i poglądy na życie są słuszne, a indywidualna wartość niezwykle wysoka, i to predestynuje go do odgrywania wiodącej roli w narodzie. Niestety, na skutek ogólnego upadku cywilizacji zapanowała d…kracja (jak zwykł mawiać trochę trzymany na dystans, ale jednak mistrz i nauczyciel prawicowego filistra) i roli tej nie można odgrywać wprost, zajmując po prostu należne sobie stanowiska w społecznej hierarchii oraz – co tu dużo gadać – hierarchii władzy; trzeba udawać, że się ją współdzieli z motłochem. I wciąż walczyć z liberałem lewicowym, którego na pomieszanie dobrego i złego zwie się socjalistą. Który zawłaszczył narzędzia kontroli masy, a więc i stanowiska. I oto właśnie zjawia się masa, już zorganizowana, już działająca, spragniona własnej sprawczości i znaczenia. Masa, która jest na tyle tępa, że własną pogardę do niej można jej sprzedać jako troskę i zrozumienie. Masa, przed którą Zawisza może przedstawiać się jako mąż stanu, Ziemkiewicz jako intelektualista, a Poręba jako niezłomny autorytet moralny. Taką masę – wydaje się prawicowemu liberałowi uwielbiającemu politykowanie i uważającemu, że w d….kracji politykuje się nie z masami, ale przy użyciu masy – wystarczy dowartościować, trzeba więc zataić własną do niej pogardę, zagonić do urn, gdzie zagłosuje pod dyktando, postraszyć nią politycznych przeciwników, a później się ją weźmie za mordę, bo oczywiście wolność jest wartością najwyższą, ale przecież dotyczy to jednostek, nie masy. To, że przekonania, historyczna tradycja i działania masy są wstrętne, to prawicowego filistra nie obchodzi. Jednego nie obchodzi dlatego, że podziela część tych poglądów i metod działania, a innego dlatego, że w ogóle całą masę, wraz z jej poglądami i metodami działania, uważa za wstrętną, ale jednak niezbędną do tego, żeby nią prowadzić politykę. Bo prawicowy filister wie, że polityka to rzecz brudna, ale prawdziwy mężczyzna musi się czasem pobrudzić, aby ochronić przed brudem to, co najcenniejsze: swoje kobiety i dzieci.
Lewicowy liberał również jest pewien, że jego wartości i poglądy na życie są słuszne, a indywidualna wartość niezwykle wysoka, i to predestynuje go do odgrywania wiodącej, oczywiście służebnej – jak to definiuje inteligencki etos, na który filister chętnie się powołuje – roli w społeczeństwie. Jest feministą i kocha mniejszości, o których prawa gotów jest walczyć. Wie, że człowiek cywilizowany nie tylko używa widelczyka do ciasta i pija latte, ale także jest otwarty na inność i nie okazuje swojej wyższości, co w odniesieniu do masy jest naprawdę bardzo męczące. I oto nadchodzi ratunek: nacjonaliści, faszyści, naziole, łyse pały. I nagle można poluzować politpoprawnościowe zwieracze, bo przecież wobec takiej swołoczy nie obowiązują żadne zasady. Można w końcu zacząć głośno mówić o tym – nie tylko emocjonalnie, na wiecach i demonstracjach, ale także w rzetelnej publicystyce – jak się odwiecznie pojmuje świat: istniejemy my, pojedynczy i osobowi, cywilizowani i do cywilizacji predestynowani, oraz oni, nieosobowi i bezosobowi, do ucywilizowania niezdolni, których można opisywać wyłącznie w kategoriach zbiorowych i przyrodniczych. Bydło, motłoch, swołocz, masa, czemużby nie czerń? Bydło żądne krwi, złożone z czystej nienawiści i męskiej frustracji.
Wykształcony i czysty lewicowy liberał doda jeszcze nieco pojęć higienicznych i medycznych, ze szczególnym uwzględnieniem endokrynologii: ociekające potem i śliną, śmierdzące spermą, buchające testosteronem i adrenaliną. Zwały mięśni przewalające się masami. „Przyglądam się hordzie – pisze socjolożka Kinga Dunin. – Przede wszystkim jest szczęśliwa, nabuzowana adrenaliną i testosteronem. Zwycięska. Wywrzaskują swoją pogardę z sadystyczną satysfakcją, jaką sprawia im poniżanie i nienawiść”. „To czysta nienawiść – orzeka pisarz Ignacy Karpowicz, kiedy już dał sugestywny opis tłuszczy śmierdzącej spermą i ociekającej testosteronem. – Czysta nienawiść, ale margines, mówią niektórzy. O co tyle szumu, przecież nikogo nie zabili, mówią inni. Otóż nie. Taki margines się rozszerza niezauważalnie na całą stronę zeszytu. Najpierw jest małe, potem większe. Najpierw jest niechęć, potem Holocaust. Wszyscy, którzy nienawidzili w Orli, Krynkach czy Białymstoku powinni trafić za kratki. W resocjalizację nie wierzę. Nienawiść się nie resocjalizuje, tylko zapieka i wzrasta”. Cóż taki opis implikuje? Że ta nienawiść bierze się już nawet nie z ideologii, którą przyjmują z takich czy innych powodów sfrustrowani ludzie, ale wprost z ich natury, jest wydzielana przez ich organizmy tak jak płyny fizjologiczne i hormony. Nienawiść, która, skoro się pojawiła, może tylko wzrastać, a więc najmniejszy jej objaw znaczy tyle co zbrodnia, co Holokaust, bo zawsze do nich prowadzi.
Oczywiście biologiczno-zbiorowa wizja nazistowskiej nienawiści zwalnia od dociekania innych jej przyczyn, a nawet od razu dyskwalifikuje dążenia do takiego dociekania. Wszelkie próby wskazywania na to, że nienawiść i frustracja to nie jakieś biologiczne determinizmy, lecz problemy społeczne, którym sprzyjają obojętność wspólnoty na los jednostki, rozwarstwienie ekonomiczne czy utrwalone – choćby w szkole lub w staraniach o pracę – przekonanie o bezskuteczności własnych indywidualnych wysiłków i nieważności własnych indywidualnych aspiracji, traktowane będą jako w najlepszym razie pięknoduchostwo, w najgorszym natomiast jako akces do brunatnej zarazy. I nie ma żadnego tłumaczenia, że przyczyn zjawiska szuka się nie dla usprawiedliwiania podłych czynów, ale z przekonania, że brunatnej zarazie należy i można zapobiegać. Lepiej takich prób nie podejmować, bo po co się narażać na opinię obrońcy faszystów.
A poza tym frustracja traktowana jest w dyskursie naszego zadowolonego z siebie, sytego lewicowego liberała nie jako problem społeczny, któremu należy zapobiegać, ale jako obelga. Jeśli w liberalnej prasie pojawia się pogłębiony artykuł biograficzny o jakimś przeciwniku czy niezbyt gorliwym wielbicielu jej aktualnej linii, można być pewnym, że konkluzją i wyjaśnieniem jego wyboru, a jednocześnie podaną z satysfakcją obelgą, będzie frustracja bohatera. Dziś do modnych słów-kluczy lewicowego liberała, którymi się zbywa problemy społeczne i załatwia prywatne porachunki, dołącza również „resentyment”. Także o frustracji i resentymencie całych grup społecznych liberał mówi z satysfakcją jako o dowodzie własnej wyższości, nie doszukując się ani ich przyczyny, ani sposobów zapobiegania. Bo filister-liberał nie chce ani dociekać przyczyn, ani zapobiegać. Potrzebuje frustratów, żeby mógł wciąż mobilizować własne poczucie wyższości i uprzywilejowanego miejsca w społecznej hierarchii.
3.
Liberalna optyka – prawicowa czy lewicowa – jest dziś właściwie jedyną obecną w publicznym dyskursie. Problem prawicowego ekstremizmu będzie więc narastać, bo polski liberał potrzebuje społecznej frustracji. Nawet jeśli uda się coś zdziałać dzielnemu ministrowi, który już po nich idzie, będzie odrastać. Bo naziści potraktowani policją i represjami, zamknięci do więzienia, kiedyś z tego więzienia wyjdą. Teraz dopiero nabuzowani nienawiścią. I wyciągną wnioski. Skoro do tej pory, przez ponad dwadzieścia lat, w miarę nie niepokojeni zastraszali całe miasta – Olsztyn, Białystok, Wrocław – i skoro łamali nosy i żebra, cięli nożami twarze, glanowali, lżyli i podpalali, a wszystko to w miarę uchodziło na sucho, natomiast policyjne pokazowe represje rozpoczynają się po kilku akcjach polegających na wyciu i wrzaskach podczas wykładów ważnych profesorów i redaktorów, to będzie znaczyło, że trzeba na jakiś czas przestać widowiskowo burzyć spokój profesorów i redaktorów. I wrócić do mało spektakularnej pracy organicznej: łamania nosów i żeber, cięcia twarzy, glanowania, lżenia i podpalania. Naziści szybko nauczą się, że polski liberał jest uczulony na dyskomfort tych, których postrzega jako ważnych, oraz obojętny na los tych, których postrzega jako nieważnych. A wtedy niech bogowie mają nas, ich sąsiadów, w opiece!
A materiał na uzupełnianie nazistowskich kadr też będzie odrastać, jeśli obok policyjnych nie zaczniemy podejmować – i to w skali państwowej – społecznych środków walki ze społeczną frustracją, upokorzeniem, z wyuczonym przekonaniem o bezskuteczności jakichkolwiek środków komunikowania się ze światem poza brutalnymi oraz o nieważności wszelkich indywidualnych wysiłków. Ale jak przekonać do tego polskiego liberała, który chyba boi się stracić swój punkt odniesienia: nędzną sfrustrowaną hordę?
przez Krzysztof Mroczkowski | piątek 5 lipca 2013 | opinie
Czas kryzysu gospodarczego jest zawsze wielkim empirycznym testem hipotez o skuteczności rozmaitych doktryn gospodarczych. Dla badaczy dane ilościowe gromadzone podczas takich „eksperymentów” są bezcenne – pozwalają naświetlić wiele zależności i procesów. A jednak poleganie wyłącznie na empirii w świecie, który zawsze będzie pełen coraz to nowych znaków zapytania, wydaje się mieć coś z kalectwa. Oto właśnie polscy niewierni Tomasze, radykalni empiryści, postanowili sprawdzić na społeczeństwie swoją hipotezę roboczą. Brzmi ona tak: „Kraj staje się bogaty dzięki niskim kosztom pracy”.
Skąd wziął się taki pogląd, trudno dociec. Setki lat historii gospodarczej wielu państw, w tym rozwiniętych, wskazują, że o bogactwie krajów i społeczeństw decyduje w pierwszym rzędzie rodzaj wykonywanej pracy. Innymi słowy: polepszająca się struktura gospodarcza i wartość wytwórcza roboczogodziny. Posiadanie zaawansowanych gałęzi produkcyjnych wpływa pozytywnie na całą gospodarkę, nawet jeśli zatrudniona jest w nich niewielka część obywateli. Te wysokopłatne miejsca pracy ustalają poziom standardu życia i konsumpcji również poza wysokowydajnym sektorem. Przykładowo świadczenie podobnych usług fryzjerskich w Berlinie i Kijowie pozwala na zasadniczo odmienny poziom życia osób zatrudnionych w tej branży. Dlaczego tak się dzieje? Dzięki posiadaniu przez Niemcy zaawansowanej struktury gospodarczej i pozytywnym efektom wysokiego parytetu płac i konsumpcji. To ważna lekcja dla drobnego biznesu – także polskiego.
Polskie organizacje przedsiębiorców skutecznie lobbowały za zmianami w prawie pracy pozwalającymi na elastyczne komenderowanie „zasobami ludzkimi”. Zderzając się z kłopotami koniunkturalnymi, wielu pracodawców winą za słabe wyniki postanowiło obarczyć rzekomo zbyt uprzywilejowaną pozycję pracowników. Warto to podkreślić: te poczynania nie są podyktowane wyłącznie chęcią ustalenia hegemonii zatrudniających nad zatrudnianymi. Wielu przedsiębiorców szczerze wierzy, że takie zmiany pomogą koniunkturze gospodarczej. Są w wielkim błędzie. Udział płac polskich pracowników w wartości dodanej w porównaniu do krajów o podobnej strukturze i poziomie rozwoju jest po prostu niski.
Dalsze obniżenie płac, które będzie niechybnym skutkiem ostatnich zmian w regulacjach czasu pracy, nie pomoże koniunkturze. Przeciwnie – zaszkodzi jej, doprowadzając do utrwalenia i pogłębienia trapiącej nas luki popytowej. Wtedy właśnie w całej ostrości ukaże się wskazany przez Charlesa Kindlebergera błąd kompozycji: dla pojedynczego przedsiębiorcy niższe płace pracowników to niższe koszty, ale w makroskali oznaczają one niższe wydatki konsumpcyjne zatrudnionych. A to szkodzi ogółowi prywatnych firm i nakręca spiralę recesji.
O tym, że recepta na polepszenie bytu rodaków nie leży w antagonizmie pracodawcy – pracownicy, już przekonywałem czytelników. Od niedawna być może wie to również Prezydent RP, który zaprosił prof. Jerzego Hausnera, aby ten publicznie omówił raport na temat konkurencyjności polskiej gospodarki. Kompetentni ekonomiści w jego zespole sprawili, że obok tradycyjnych narzekań na dolę polskich przedsiębiorców bardzo dobrze zdiagnozowana została istota problemu. Jest nią niska wartość dodana polskiej wytwórczości oraz konieczność celowej polityki sektorowej.
Raport wskazuje również, nie do końca słusznie, na niewielki poziom oszczędności jako przyczynę niskich inwestycji. Ten problem, podyktowany nieprawdziwym ekonomicznym równaniem S = I (oszczędności = inwestycje), jest mocno przesadzony. Nawet siedzący obok Hausnera profesor Jerzy Osiatyński zwykł mawiać (cytuję z pamięci): Jak większe oszczędności mogą oznaczać większe inwestycje? Jeżeli ludzie nie konsumują, nie wydają, lecz oszczędzają, to który przedsiębiorca będzie inwestował i rozwijał skalę działalności? To oczywiście uproszczenie, ale naprowadza nas ono na istotny wątek w dyskusjach o przyszłym kształcie ładu bankowego i finansowego.
Wbrew potocznemu mniemaniu pieniądze na kredyty dla kredytobiorców nie pochodzą z depozytów uprzednio złożonych w banku przez oszczędzających. Proces udzielania kredytu związany jest z emisją pieniądza. Pieniądz sam w sobie nie jest zasobem skończonym. Dlatego fiksacja na punkcie oszczędności oraz „skąpego” budżetu jest mocno przesadzona. Mówi się mniej więcej tak: „Jest deficyt, to znaczy nie ma pieniędzy. Gdybyśmy oszczędzali pieniądze [co oznacza zwykle: zabrali je szkołom czy szpitalom], to wtedy moglibyśmy je mieć! Bylibyśmy bogaci”. Tego typu myślenie niestety wciąż podświadomie występuje w potocznym rozumieniu procesów gospodarczych. Ale baza monetarna tworzona jest przez bank centralny na podstawie danych o wzroście PKB, inflacji itd. Do gospodarki pieniądz trafia jednak dopiero za pośrednictwem banków komercyjnych. To banki komercyjne mają największy wpływ na ilość środków w obiegu. Nawet polityka bardzo taniego pieniądza, stosowana przez światowe banki centralne, nie wywołała w czasie kryzysu większej inflacji, gdyż prawdziwym miejscem wpuszczania pieniądza do gospodarki są właśnie prywatne banki depozytowo-kredytowe.
Banki komercyjne nie tworzą jednak pieniądza na zawołanie, jak twierdzą niektórzy radykalni przeciwnicy prywatnej bankowości. W świecie banków depozytowo-kredytowych nie dochodzi do dowolnej kreacji pieniądza w wysokości wielokrotności depozytów – w takim przypadku banki rosłyby wykładniczo. Problem ze wzrostem aktywów (szczególnie derywatów) istnieje, ale jest to problem instytucji typu shadow banking („banków” inwestycyjnych, handlujących i tworzących instrumenty pochodne, hedge fundów itp.). Zdrowy system depozytowo-kredytowy, znany np. z powojennej Europy Zachodniej, nie generuje takich nierównowag. A zatem jak kreowany jest pieniądz? Pieniądz kreowany jest „z powietrza” w momencie zaciągania kredytu. Przywilej banków prywatnych jest znaczący, lecz nie tak nieograniczony, jak się to wydaje. Wielkość emisji kredytu jest bowiem wyznaczana realnymi zdolnościami kredytobiorcy do spłaty.
Oczywiście powyższy opis jest uproszczony, ale oddaje istotę rzeczy – przynajmniej na razie. Coraz częściej ze strony ekonomistów finansowych pojawiają się bowiem odważne propozycje zmiany systemu. Michael Kumhof z Międzynarodowego Funduszu Walutowego sugeruje odchodzenie od kreacji pieniądza przez banki prywatne, co jednak w dzisiejszych warunkach skutkowałoby potencjalnie mniejszą bazą akcji kredytowej. Lord Adair Turner, były brytyjski regulator finansowy, poważnie rozważa możliwość finansowania deficytu budżetowego „darmową” emisją pierwotną z banku centralnego, wskazując, iż w pewnym momencie nawet Milton Friedman postulował takie rozwiązanie. Ponawiane są również postulaty podatku od transakcji finansowych oraz rygorystycznej separacji banków depozytowo-kredytowych od inwestycyjnych. Niektóre propozycje mają więcej, inne mniej uzasadnienia, jednak debata na te tematy jest zaskakująco żywa pomimo torpedowania tematu reform przez wpływowe instytucje finansowe. Przypomina ona, że często istnieje więcej niż jedno dobre rozwiązanie, jeżeli tylko służą one nadrzędnemu celowi długotrwałego rozwoju.
Warto mieć to spostrzeżenie w pamięci, gdy z wyzwaniami kryzysu gospodarczego musi się zmierzyć polska polityka gospodarcza. W krótkim okresie krajowa gospodarka nie jest w stanie samodzielnie przyspieszyć przy obecnej polityce, bazującej na błędnym kole niskiego efektywnego popytu. To przyspieszenie może się dokonać w warunkach dekoniunktury wyłącznie dzięki państwowemu impulsowi wydatkowemu, który jednak staje się trudny z uwagi na presję zadłużenia. Poradzić sobie z tym problemem można na wiele sposobów.
Warto wymienić kilka z nich, które pozwoliłyby zmniejszyć presję na budżet (oferując większe pole manewru dla wydatków) lub dać impuls inwestycyjny bez użytkowania budżetu. Rząd może dokonać zmiany w systemie emerytalnym, przenosząc część pieniędzy z OFE do ZUS, tym samym obniżając księgowy poziom długu. Innym rozwiązaniem jest skup przez NBP na rynku wtórnym obligacji denominowanych w walutach obcych z rezerwy walutowej (w konstytucji zabronione jest bezpośrednie finansowanie budżetu przez bank centralny). Kolejnym rozwiązaniem pozwalającym na pozabudżetowy impuls inwestycyjny mogłoby być powołanie konsorcjów projektowych przez spółki państwowe, samorządy i inne, celem dokonywania wieloletnich projektów rozwojowych. Emisja przez konsorcja wieloletnich niskooprocentowanych obligacji oraz skup obligacji przez NBP lub BGK pozwoliłyby uzyskać pozabudżetowe źródło finansowania. Możliwe są również zmiana ustawy o finansach publicznych z 2009 roku, zniesienie restrykcji nakładanych na wydatki po przekroczeniu progu 55% relacji długu do PKB oraz likwidacja „reguły wydatkowej”. Kolejną opcją jest zwiększenie skali Programu Inwestycje Polskie. Wreszcie – pożądane byłoby także wprowadzenie trzeciej stawki podatkowej (przynajmniej na czas kryzysu).
Powyższe propozycje mają zalety, choć także różne słabości. Należy jednak pamiętać, że daleko ważniejsze od skonstruowania systemu idealnego jest zaradzenie nagłej potrzebie przeciwdziałania wysokiemu bezrobociu. Bez impulsu inwestycyjnego będzie się ono utrzymywać na obecnym poziomie przez długi czas. Warto już dziś rozważać dostępne możliwości, naciskając jednocześnie na zniesienie niepotrzebnych i szkodliwych zmian w prawie pracy. Sytuacja nie jest bez wyjścia, chociaż czas goni. Pora na impuls inwestycyjny.
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | piątek 28 czerwca 2013 | opinie
„Człowiek miarą jest wszechrzeczy” – to dumne wyznanie antropocentryzmu przestaje być drogowskazem naszych czasów. Dziś Protagorasa zastępuje Nietzsche z jego rojeniami o nadczłowieczeństwie. To już nie tylko marzenia szalonego filozofa, nie tylko chałupnicze próby XIX-wiecznych eugeników i XX-wiecznych nazistów – obecnie za projektowanie i produkcję supermenów bierze się nauka z błogosławieństwem rządów i korporacji.
Cel jest – jak zawsze – szczytny: udoskonalenie człowieka. Któż nie chciałby być mądrzejszy, zdrowszy, piękniejszy? A jednak mnie, uznającego człowieka za jedyny praktyczny (bo weryfikowalny) punkt odniesienia, pomysły „przezwyciężania człowieczeństwa” poprzez modyfikacje genetyczne czy cyborgizację przerażają.
Mamy tu do czynienia z najskrajniejszym jak dotychczas projektem zmiany ludzkiej natury. Próby takie podejmowane były od dawna, dotychczas wszakże opierały się na lamarkistowskiej teorii o decydującej roli środowiska i przeświadczeniu o plastyczności ludzkiej natury. Mówiąc w skrócie: wierzono, że zmieniając otoczenie człowieka, zmieni się zasadniczo jego samego. Na ogół jednak te próby kończyły się fiaskiem. Skutki rzadko odpowiadały zamiarom. Inżynieria społeczna budzi więc uzasadnioną nieufność.
W tej sytuacji Poprawiacze Człowieka skapitulowali przed nieprzyjazną rzeczywistością, po cichu wycofując się z dogmatu o naturalnej dobroci ludzi. Postanowili pójść na skróty: po co zmieniać ustrój, kulturę, stosunki międzyludzkie – zmienimy człowieka. Zdecydowali się na „ucieczkę do przodu”, wspierając inżynierię społeczną inżynierią genetyczną. Postanowili połączyć Lamarcka z Darwinem, zasadę środowiska z zasadą genotypu, „ziemię” i „krew”. Ta synteza ma dać nam Człowieka Doskonałego.
Ale doskonałe jest wrogiem dobrego. Jak przypomina nam ludowa mądrość, dobrymi chęciami piekło wybrukowano. Projekt ten może być atrakcyjny dla ludzi, którzy za każdą cenę chcą uciec od samych siebie, problemem jest jednak właśnie ta – każda! – cena. Projekt transhumanistyczny jest najskrajniejszą formą uprzedmiotowienia człowieka, który okazuje się być nawet nie narzędziem, lecz tworzywem. Człowiek ma się wyrzec swej istoty, swego człowieczeństwa w imię… no właśnie – w imię czego? W imię jakich wartości? Kto miałby prawo narzucenia innym swojego wzoru? Jak miałby wyglądać nadczłowiek?
Kto decydowałby o kierunku transhumanistycznej ewolucji człowieka. Rodzice? Nietrudno sobie wyobrazić, że znaczna część (w Polsce pewnie większość) postanowiłaby, iż dzieci mają „umieć sobie radzić w życiu”, więc wszczepiłaby im gen „przebojowości”, tj. chamstwa, cynizmu, interesowności, egoizmu. Każdy sam, wedle swej fantazji? To doprowadziłoby do wykształcenia się wielu odmiennych – niekompatybilnych, być może wrogich – gatunków. Stanisław Lem w „Podróży XXI” Ijona Tichego opisuje w humorystyczny, acz wielce prawdopodobny sposób historię społeczeństwa sterującego swoją ewolucją biologiczną. To może państwo? Ale w myśl jakiej ideologii? W imię jakich wartości, wedle jakiego wzoru ludzkość miałaby być przekształcana? Chrześcijańskiego? Muzułmańskiego? Buddyjskiego? Faszystowskiego? Anarchistycznego? Komunistycznego? Liberalnego?
Transhumaniści lewicowi (daruję sobie dyskusję z neonazistami z Euvolution.com, śniącymi o aryjskim Homo galacticus) oczywiście mają nadzieję na stworzenie człowieka pasującego do ich wizji społeczeństwa egalitarnego. Jak to jednak osiągnąć? Czy równość totalna nie jest możliwa tylko przy jednakowości? Jeśli tak, to jest po prostu niecelowa. Społeczeństwo istnieje dlatego, że istnieje podział pracy; podział pracy wynika ze zróżnicowania ludzi. Jeśli zaś np. wyhoduje się istoty, które same siebie będą mogły zapładniać, to przestanie istnieć rodzina. Nie będzie nie tylko ludzi, ale i społeczeństwa oraz będącej jego wytworem kultury, tylko jakieś zbiorowisko monad. Równość jest ważną wartością, ale nie na tyle, żeby poświęcać dla niej swe niedoskonałe człowieczeństwo. Żadna wartość nie jest warta tego, by dla niej poświęcać inne wartości.
To jednak i tak puste rozważania. Lewica pozostaje w głębokim kryzysie, od trzech dekad znajduje się w defensywie i realnych szans na wdrożenie swego projektu nie ma. A to oznacza, że dominująca ideologia neoliberalna będzie kształtowała człowieka na wzór i podobieństwo swoje. Nietrudno się domyślić, że Człowiek Idealny ucieleśni się w postaci Idealnego Konsumenta albo Idealnego Robotnika, być może też Idealnego Żołnierza, Idealnego Błazna, Idealnej Prostytutki. Człowieczeństwo zostanie zredukowane do jednej z funkcji. Powstałoby społeczeństwo zróżnicowane na wzór termitiery. Tak wyglądałby świat, gdyby to w latach 30. istniały możliwości inżynierii genetycznej i ludzkość została uformowana według panujących wówczas ideałów.
Być może w jakimś idealnym społeczeństwie transhumanizm miałby sens. Teraz to jest bomba atomowa. Hodowanie ludzi daje każdej władzy w ręce najpotężniejszą broń, jaką można sobie wyobrazić. Po wydarzeniach w NRD w 1953 roku Bertolt Brecht napisał wiersz, który głosił, że naród zawiódł zaufanie rządu i rząd postanowił ten naród odwołać. Była to poetycka wizja rozśmieszająca swoją absurdalnością, ale inżynieria genetyczna pozwoli ją urzeczywistnić. Bo chyba nie ulega wątpliwości, że o kierunku ewolucji decydować będzie elita finansowa, klasa polityczna, „Grupa Trzymająca Władzę”.
Na pewno nie cała ludzkość dokonałaby jednoczesnego przekształcenia: część nie chciałaby, części może nie byłoby stać. Inżynieria genetyczna – jak każda nowość – byłaby początkowo dostępna tylko dla nielicznych, dla elity. Czy elita zechciałaby poczekać na resztę? Wątpliwe. Raczej zapewniłaby swojemu potomstwu status nadludzi. Co stałoby się wówczas z nieprzekształconą częścią ludzkości? Obawiam się, że spotkałby ją los Tasmańczyków wytępionych w XIX wieku. Nie sądzę, by nadludzie traktowali ludzi lepiej niż ludzie traktują się nawzajem.
Dziś człowieczeństwo to jedyny pewny grunt, jedyny punkt odniesienia, jedyny wspólny mianownik. Wartości są zmienne, wtórne, względne. W sytuacji kryzysu humanistycznej Utopii, w sytuacji dogorywania religijnej Tradycji, ludzka natura z jej atawizmami to już naprawdę ostatni szaniec broniący świata przed zapędami inżynierii społecznej – wszystko jedno: totalitarnej czy wolnorynkowej.
Sprzeciw wobec transhumanizmu wynika więc z tych samych powodów co sprzeciw wobec totalitaryzmu. Wrogość do transhumanizmu ma też wspólny – humanistyczny – mianownik z antykapitalizmem: kapitalizm zdetronizował człowieka z pozycji wartości najwyższej, zastępując go zyskiem, transhumanizm natomiast człowieka zastępuje nadczłowiekiem.
Marzenie wszelkich totalitaryzmów – Nowy Człowiek – urzeczywistnić ma się jako człowiek GMO. Homo perfectus będzie gatunkiem odmiennym od naszego. Cieszyć się z tego mogą tylko mizantropi – tylko czy mizantropia jest do pogodzenia z lewicowością?
Na tym tle najmniej ważną jest obawa o niezaplanowane uboczne skutki nieudanych eksperymentów (jakieś epidemie, kalekie mutanty itp.)…
Oczywiście wobec tych wszystkich zastrzeżeń pozostaje jeszcze jeden, ostateczny argument – o nieuchronności transhumanistycznej ewolucji. Osobiście pozostaję sceptyczny wobec koncepcji zdeterminowanego jednokierunkowego „postępu”. Uważam to za wdrukowany w naszą świadomość Oświeceniowy schemat, któremu raz po raz zaprzeczają fakty. Nieuchronne nie znaczy dobre – wiele faktów, jak globalne ocieplenie czy wymieranie gatunków, wskazuje, że zmierzamy ku katastrofie, a ludzie Zachodu żyją wiarą w „postęp”. Poza tym dopóki coś się nie wydarzy, dopóty nieuchronność tego nie została dowiedziona.
…Lewica od dekad stoi w rozkroku, który staje się coraz bardziej bolesnym szpagatem. Ma dwa zobowiązania: iść z postępem oraz bronić słabszych. U fundamentów lewicowości leży przekonanie, że te dwa cele są tożsame lub zbieżne, albo przynajmniej niesprzeczne – że postęp pomaga słabszym. Tymczasem od początku Epoki Globalizacji zmiany idą w kierunku przeciwnym do lewicowych ideałów. W swej ostatniej książce Günther Wallraff pisze, że zaczynając pracę ponad czterdzieści lat temu, miał nadzieję, iż świat zmienia się na lepsze. Obecnie zauważa tendencję odwrotną – wzrost niesprawiedliwości i pogorszenie stosunków międzyludzkich. Mamy coraz mniej bezpieczeństwa, coraz mniej solidarności, coraz większe rozpiętości majątkowe. „Postęp” jest bezlitosny dla tych, którzy za nim nie nadążają. „Postęp” gnębi słabych.
Rozwój biotechnologii te podziały pogłębi. To już nie będzie walka klas, lecz walka odmiennych biologicznie gatunków. Słabsi przegrają. Wyginą. Na tym polega „postęp”.
Wszak tak nauczał Darwin. Tako rzecze Zaratustra.
przez Jarosław Ogrodowski | sobota 22 czerwca 2013 | opinie
108 lat temu, 22 czerwca 1905 roku, wybuchło coś, co nazwano później powstaniem łódzkim, a co stało się częścią wydarzeń w całej Polsce w ramach rewolucji 1905 r. W ciągu kilku dni stanęły niemal wszystkie łódzkie fabryki, a na ulicach pojawiły się barykady. Przyglądając się pożółkłym fotografiom i wycinkom z gazet z epoki, nie zastanawiamy się zbyt często, o co ci ludzie walczyli. Jest to dla nas kolejne wydarzenie z zamierzchłej historii, nieaktualne i pozbawione znaczenia. Nic bardziej mylnego.
Wśród żądań ówczesnych robotników znajdziemy takie jak ośmiogodzinny dzień pracy, równe płace dla kobiet i mężczyzn, ubezpieczenia zdrowotne i bezpłatną opiekę nad dziećmi. Wszystko, o co walczyli wtedy, brzmi niezwykle aktualnie także teraz, w dobie prekariatu i umów śmieciowych. Ilu z nas pracuje w nienormowanym czasie pracy, będąc pod telefonem/e-mailem praktycznie cały dzień? Ilu z nas posiada pełne ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne? Ilu z nas, jeśli już zdecydowaliśmy się na posiadanie dzieci, miało szczęście umieszczenia ich w miejskim przedszkolu, a nie musiało polegać na darmowej pracy babci?
Świadomość tego, że posiadamy prawa, jest niezwykle ważna. Prawo do pracy, prawo do godnej zapłaty za nią, prawo do ubezpieczeń społecznych, prawo do bezpłatnego leczenia i bezpłatnej nauki, prawo do posiadania dachu nad głową – to wszystko składa się na katalog najbardziej podstawowych praw, które nam przysługują, a o których coraz mniej z nas pamięta. Bezwiednie, godząc się na coraz gorsze warunki, zapominaliśmy o tych prawach. Aż wreszcie znaleźliśmy się niemal w tym samym miejscu co bojownicy roku 1905.
Ostatnie ćwierćwiecze to pole nieustającego rugowania tej świadomości z umysłów społeczeństwa. Każdy, kto upominał się o podstawowe prawa, lądował w szufladce z napisem „roszczeniowy”. Nowoczesnemu Polakowi roszczeniowość nie przystawała – nowoczesny Polak zajmował się pomnażaniem swojego kapitału i już za chwilę miał stać się nowym Carringtonem. Jasne było, że aby to osiągnąć, należy zaciskać zęby i przeć do przodu, kosztem swoim i innych, a wszelkie kłopoty i niedogodności napotykane na tej drodze miały być przejściowe.
W ten sposób zgodziliśmy się jako społeczeństwo na ciągłe wyrzeczenia i niedogodności. Wyszkoleni, że od tej pory wszystko znajduje się w rękach jednostki, oduczyliśmy się działań zbiorowych. Rozbici i zatomizowani staliśmy się łatwym celem, bo nikt już za nami nie stał. Co gorsza, przyjęliśmy panującą nowomowę – prawa stały się przywilejami, a upominanie się o nie postawą roszczeniową. Każdy, kto podnosił głos w swojej obronie, narażał się na ukamienowanie, jako ktoś, kto przeszkadza w biegu ku świetlanej przyszłości, a prawa, których bronił, należało mu w ogólnej opinii natychmiast odebrać, jako nienależne przywileje. W ten sposób napuszczano jedne grupy społeczne na inne, a podręcznikowym wręcz tego przykładem jest opublikowany niedawno w „Gazecie Wyborczej” list pracownika call center. Jego autor atakuje nauczyciela broniącego swoich praw, zamiast walczyć o takie same prawa dla siebie.
Niepostrzeżenie wyrosło całe nowe pokolenie – nie znające już innego języka i nie potrafiące działać wspólnie. Nawet postawieni pod ścianą prywatyzujemy nasze nieszczęścia i obwiniamy za nie głównie siebie, nie dostrzegając systemu stojącego za nimi. Nie wychodzimy na ulice, zamykając się z problemami w czterech ścianach. Nie mamy świadomości grupowej ani świadomości klasowej, odrzuconej jako niemodna i przestarzała.
Tymczasem poza naszymi granicami wrze. Protesty uliczne rozlały się jak Europa długa i szeroka – wszędzie tam, gdzie usiłowano zaaplikować ludziom drakońskie reformy, zmuszające do płacenia za nie swoje błędy. Grecja, Hiszpania, Szwecja, a ostatnio Turcja – zewsząd dochodzą głosy o kolejnych manifestacjach i starciach z policją. My pozostajemy na nie głusi, bo kto by sympatyzował z roszczeniowymi warchołami, którym się nie chce pracować?
Plac od wieków był najważniejszą przestrzenią w mieście. Agora, miejsce spotkań, na które każdy mógł przyjść i spotkać się z innymi. W obronie tego w Stambule polała się krew. Ludzie zaprotestowali przeciwko zniszczeniu i prywatyzacji przestrzeni wspólnej, upominając się również o pozostałe podstawowe prawa, których im odmawiano. Rewolucja na naszych oczach rozlała się na dziesiątki innych tureckich miast, napotykając brutalną reakcję rządu. Echa tych wydarzeń dotarły nawet do Polski, każąc postawić sobie pytanie, jak zachowalibyśmy się jako społeczeństwo w podobnej sytuacji?
Każda władza doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak groźna jest duża publiczna przestrzeń położona w sercu miasta. Takie miejsce szybko może się stać ogniskiem protestu, jak np. kijowski Chreszczatyk w 2004 czy plac Tahrir w Kairze. Dlatego władze chętnie odbierają społeczeństwu te obszary, oddając je w zarząd prywatnym inwestorom czy kierując na nie ruch samochodowy. W moim rodzinnym mieście jeszcze w latach 70. zeszłego wieku w ten sposób zniszczono główną arenę robotniczych wieców, jaką był Wodny Rynek. Ten największy plac Łodzi był od końca XIX stulecia widownią wieców, masówek oraz bitew z wojskiem i policją. To tam spotykali się wszyscy, którzy pragnęli zmiany, i to tam szli, aby to pragnienie zamanifestować. Dziś w jego miejscu biegnie wielopasmowa arteria, a smutne resztki placu zajmuje martwy parking. Nie lepszy los spotkał inne dawne rynki mojego miasta – Bałucki, Zielony czy Górny zostały oddane we władanie kupcom, którzy zabudowali je halami.
My jednak nie broniliśmy przestrzeni wspólnych. Nauczeni, że wspólne oznacza tyle co niczyje, nie przejęliśmy się, gdy wspólne nagle stało się czyjeś. Nie odczuliśmy straty, a ci nieliczni, którzy odczuli, spotykali się z pełnymi politowania puknięciami w głowę. W obronie Bałuckiego Rynku nie padł żaden kamień, a drzew w Ogrodzie Krasińskich bronili nieliczni. Żadne z tych miejsc nie stało się zarzewiem protestu, iskrą, która wyzwoliłaby powszechny ludzki gniew.
Mimo to klimat się zmienia. Coraz więcej osób zauważa, że razem można więcej. Coraz więcej osób gotowych jest wykonywać codzienną pracę u podstaw i odzyskiwać przestrzeń dla całej społeczności, a nie tylko dla siebie. Na razie są to małe, kilkudziesięcioosobowe grupki, słabe i izolowane, ale z każdym dniem jest ich więcej. Uczą się identyfikować swoje problemy i odnajdywać ich przyczyny. Uczą się też spoglądać za płot i zauważać, że problemy różnych grup bardzo często mają takie samo podłoże. Na ulicach dużych polskich miast pojawiają się demonstracje solidarności z protestującymi w innych częściach świata. Walczący o dach nad głową lokatorzy prywatnych kamienic otrzymują wsparcie od środowisk anarchistycznych. Mniejszości seksualne wpisały na sztandary Parady Równości żądania godnej pracy i płacy. Ludzie ze, zdawałoby się, zupełnie sobie obcych grup społecznych zaczynają współpracować i walczyć ramię w ramię.
Być może nie doczekamy się swojego placu Taksim i być może w obronie kolejnej zawłaszczanej wspólnej przestrzeni nie padnie żaden strzał. Jednak mam przeświadczenie, że do przesilenia zostało już niewiele czasu. Bądźmy gotowi, bo walka, która się wtedy rozegra, będzie walką o nasze prawa.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 10 czerwca 2013 | opinie
Sceny z dzieciństwa, pewnie na siebie nałożone. Dworzec PKP w Poznaniu, charakterystyczne drewniane, długie ławki w poczekalni, późna godzina, czarno-biały telewizor wysoko na stojaku. Byle jakie żółtawe światło niezbyt ostro maluje scenerię. Druga połowa lat osiemdziesiątych. Zmęczeni ludzie, robotnicy, inteligencja, „niebieskie ptaki” Polski Ludowej, niektóre twarze prawie jak z „Korkociągu” Marka Piwowskiego. Czekam z Rodzicami na pociąg. Telewizor migocze jedynie słusznym śnieżeniem, partia czuwa i troszczy się, ludzie siedzą, przygaszeni, cisi. Mężczyzna oddaje mocz w rogu sali. – Nie patrz, synku – słyszę. Ale patrzę, patrzę, bo już kształtują się nawyki i matryca postrzegania rzeczywistości, kształtuje się zmysł wychwytujący turpizm, zaczyna obserwacja ojczystych cieni. Dobrze rozumiem frazę: „Czy byłeś kiedyś w Kutnie na dworcu w nocy: / Jest tak brudno i brzydko, że pękają oczy”. I to był w dużej mierze PRL, nieprzefiltrowany przez bareizmy, socjal-resentymenty, propagandę postkomunizmu – niemartyrologiczny, cwaniacko-oślizgło-beznadziejny, zepchnięty do ogólnonarodowej podświadomości jako historyczna trauma i wstyd.
2013 rok, wiosna, dworzec PKP w Poznaniu, a właściwie dwa dworce: stary i nowy. Już po 22.00. Na zewnątrz nagła burza. Nie ma gdzie usiąść – na starym dworcu Straż Ochrony Kolei przegania ludzi z niewielkiej poczekalni, chyba cudem ocalałej obok małej kawiarenki. Zielony kolor ścian, niewygodne krzesła, kilka stolików. Poczekalnie, takie z prawdziwego zdarzenia, zlikwidowano na starym dworcu, a na nowym nie ma ich wcale. Są sieciowe kawiarnie, automaty z koncernowymi słodyczami i napojami. Zatem podróżni stoją, siedzą na walizkach w dworcowym hallu, jak intruzi, jak ludzie niepotrzebni. Bo nie ma przestrzeni publicznej na dworcach urządzonych wedle logiki realnego liberalizmu. Bo prawie nie ma przestrzeni publicznej w kraju realnego liberalizmu.
Myślę czasem, skąd to, ta dzisiejsza niechęć i niezrozumienie rzeczy wspólnych. I jedna myśl świta mi w głowie, gdy tak nakładam na siebie te obrazy – dziecięce i współczesne. Że to wszystko z choroby, z choroby wstydu i nieumiejętności, choroby ucieczki i niezadowolenia, z choroby bezradności i zobojętnienia – uciekliśmy od przestrzeni publicznej, wspólnej, jednoczącej. Zbiegliśmy w te wszystkie wsobności i odosobnienia, w strategie indywidualnego przetrwania, popychani kolanem, kuksańcami, marchewką, złudzeniem, sukcesem, gniewem, nadzieją – żeby już nie siedzieć w żółtomglistym świetle PRL-owskiej poczekalni. Wyrwaliśmy się ku światłu neonów i reklam, sycącym wzrok barwom opakowań batoników, proszków do prania, wyrwaliśmy się z piekiełka zapuszczonej przestrzeni publicznej do lepszego świata. Zatrzasnęliśmy drzwi za brudem, od którego pękały oczy, i za ciepłem przaśnych, ale wspólnych miejsc. Nie pytaliśmy – pytać nie było kogo – co właściwie urządzimy sobie w zamian.
Mamy zatem swój kraj. Wypasione bryki stoją na światłach, pada gwałtowny deszcz, drogi są dziurawe, nawet te wielkomiejskie. Wypasione bryki niemal jak amfibie, w tych dziurach zalanych zbełtaną deszczówką, która spływa niemrawo pod ziemię, rynsztokami. Mamy wypasione bryki i dziurawe drogi, mamy rosnący dobrobyt i rosnące ubóstwo oraz niedofinansowanie infrastruktury publicznej. Nasi dziadkowie i rodzice już dawno zostawili na złomie maluchy, sprowadzili sobie zachodnie auta z niemieckich złomowisk. Albo kupili coś na kredyt, albo za gotówkę – bo przecież dobrodziejstwo transformacji, przejście ze świata Gorzej-Być-Nie-Może do świata realnego liberalizmu, wielu jednak się opłacało.
Ale gdy trzeba było ciągnąć ku sobie, gryźć, drapać, ustawiać się, rozpychać – to w kurzu bitewnym Wielkiej Wojny Przepoczwarzenia Ustrojowego nie widać było za dobrze, jak znika przestrzeń publiczna. I – prawdę mówiąc – kto się dorobił, nie widział potrzeby, by za nią płakać. Bo na co dworzec kolejowy szczęśliwemu posiadaczowi sprawnego samochodu, sprowadzonego z Niemiec? Wreszcie można było się odseparować, wyłączyć z ogółu, który kojarzył się bardziej z kolejką niż z przygaszoną „Solidarnością”, wyjść z tej śmierdzącej poczekalni. Nareszcie można było zjeść batonika, popić słodkim napojem z plastiku, zmienić szarawy proszek „Ixi” na taki pachnący, z granulkami, wyremontować kuchnię, łazienkę, zacząć żyć, konsumować, być i tyć. O, błogosławiona wsobności życia w III Rzeczpospolitej! O, święta obojętności wobec śmierdzącej ojczyzny! Zróbmy sobie inną! No to zrobiliśmy…
Wiem, brzydko piszę. Wypadałoby trochę socjalistycznej litości dla Polski Ludowej i nieco prawicowego, mało zobowiązującego wzruszenia nad umęczoną ojczyzną. Kłopot w tym, że tak się nie da. Bo z ziemi peerelowskiej do trzeciopospolitej przeszliśmy jednak dość obrzydliwie, choć może trudno było inaczej. A skąd ta obrzydliwość? Bo tę Polskę nisko wyceniliśmy i szybko rozparcelowaliśmy, nie daliśmy sobie i jej większych szans, żeby coś wspólnego dla wszystkich z niej ocalić – fizycznie, nie nadrealnie. Przetransferowaliśmy tę Polskę do własnych kieszeni i ona tam teraz cicho pobrzękuje judaszowym groszem. I gdy się dobrze wsłuchać, słychać ją zarówno z kieszeni starych esbeków, jak i prawdziwych Polaków. I z kieszeni małomiasteczkowego urzędnika, i z portfela zasłużonych dla budowania społeczeństwa obywatelskiego. A o czym ta Polska brzęczy, o czym kwili? Kto wie, może o tym, że jej tam wygodniej i lepiej niż w peerelowskiej poczekalni. Bo przecież, powiedzmy to jasno, ona w ciągu stuleci chyba do tego przywykła, że trafia z kieszeni do kieszeni, a zakładam, że źle się jednak czuła w żółtym poblasku peerelowskiej poczekalni, pełnej ludzi, którzy przestali już wierzyć megafonom. A może i tam było jej nie najgorzej? Gdy parowała ciepłą strużką uryny na dworcowej poczekalni, gdy wzlatywała pod niebo robociarskimi modlitwami pod stoczniową bramą, gdy siedziała w szkolnej stołówce, przełykając szpinak i kożuch od mleka oraz drobiła fluoryzowanymi zębami cienko krojoną kiełbasę. Nie wiem, Polska jest małomówna, zamknięta w sobie jak latami poniewierana kobieta.
Oczywiście, teraz jest ładniej i niekiedy całkiem sensownie. To duży plus. Do tego mamy demokrację, czyli hegemonię zapętleń polityczno-biznesowo-medialnych. Mamy pluralizm środków masowego przekazu, czyli dużo propagandy plus nisze dla kontestatorów. Mamy wreszcie uznanie dla prywatnej własności, czyli społeczeństwo szybko organizujące się w systemie rosnącego rozwarstwienia ekonomiczno-kulturowego. Mamy ciepłą wodę w kranach, marsze niepodległości, marsze szmat i grupy rekonstrukcyjne. Mamy IPN, wycieczki do Egiptu, ołtarze na Boże Ciało tuż przy „Biedronce”, mamy też awangardę postępu, wielką księgę cipek, Janusza Palikota, giełdę i Jeremiego Mordasewicza. Mamy Dzień Żołnierzy Wyklętych, zwęglone szczątki Jolanty Brzeskiej, „Pocztówkę z wakacji”, tanie kondomy „Conamore”, spór o in vitro, Amber Gold, rotmistrza Pileckiego, rok Tuwima, ogólnopolskie nieustające zawody całowania w dupę w ramach ścieżki (jakiejkolwiek) kariery zawodowej. Do tego mamy prasę codzienną i niecodzienne wydarzenia muzyczne, jak koncertowo spieprzone Ursynalia 2013. Jest kolorowo, jest dużo tematów na newsa, z których większość nie dotyczy tego, co powinna.
Dawno temu w miasteczku Śrem (a może był to Czempiń?) istniała knajpa „Kosmos”. Tam odlatywano naprawdę daleko, dalej niż Gagarin i Hermaszewski, fruwano na smugach smrodu znad szynkwasu, w oparach piwnej piany ściekającej po brzegach kufli z grubego szkła. Tam przeciętni obywatele Polski Ludowej śnili swój sen kolorowy, sen malowany. Czy byłeś kiedyś w knajpie „Kosmos”, w miasteczku, nocą? Brzydko było, pękały oczy, marynarki, szczęki, serca kobiet i mężczyzn, kurewek i taksówkarzy, badylarzy i inteligentów. Aż zamknęli „Kosmos”. I zajaśniała jutrzenka swobody. I wyszli, i zatrzasnęli drzwi. Zobaczyli, że zaraz będzie lepiej.
I jest lepiej, bracia rodacy. Naprawdę jest lepiej, siostry. Wygraliśmy, dla nas wygrali oni. Mamy urocze knajpki, estetyczne kubeczki z aromatyczną kawą, kolorowe drinki, młodzież hipsterską i tolerancyjną, chillouty – bo wyciszenia nam czasem trzeba, gdy już brak sił w zawodach w całowaniu w dupę. Tamci, te niedobitki z „Kosmosu”, z poczekalni, ze śnieżącego telewizora, to już nazwiska na nagrobkach, renciści i emeryci, zasłużeni politycy, zasobni biznesmeni, autorytety (a)moralne. I czy to ich wina, że nic więcej nie wiedzieli, że mogli tylko wyjść z „Kosmosu”, z poczekalni, z gmachu KC PZPR, zleźć ze styropianu, że mogli się sfrajerzyć lub wycwanić, trzecie nie było na ogół dane? Co oni winni, że mogli tylko uwierzyć, że będzie jak na Zachodzie, gdy się bary piwne zastąpi fast foodami, gdy się wyprzeda Polskę Ludową w ramach wielkiej, posezonowej, historycznej i geopolitycznej obniżki cen?
Chciałbym okłamać czytelnika, że czasem śni mi się ta peerelowska poczekalnia dworcowa, żółto-śmierdząca, że śni mi się katalog twarzy stamtąd. A we śnie gra nowoczesny telewizor i szarzy ludzie oglądają „Must be the music”. I mówią do mnie ze smutną miłością: „o taką Polskę dla Ciebie walczymy!”. Ale wcale mi się to nie śni. Może widzę we snach co innego: dwoje kochanków, szepczą do siebie – zróbmy sobie Polskę… Ale budzę się i czytam, że jednak demograficzny niż. I chce mi się śmiać, i wzruszyć ramionami, i krzyczeć. I zostać, i wyjechać.
przez Jarosław Górski | poniedziałek 3 czerwca 2013 | opinie
Minęły już 24 lata od pamiętnego czwartego czerwca, od dnia, którego, jak powiedziała w słynnej telewizyjnej migawce Joanna Szczepkowska, „skończył się w Polsce komunizm”. Czy uproszczenie świetnej aktorki było dopuszczalne, czy zbyt daleko idące, można dyskutować; można, powinno i dyskutuje się także o tym, czy pierwsze częściowo wolne wybory były rzeczywiście zwycięstwem demokratycznej opozycji. Faktem jest jednak, że 4 czerwca 1989 roku stał się pewną cezurą dzielącą w naszych głowach czasy Peerelu i niepodległej Polski. Obalenie niesprawiedliwego i siłą narzuconego ustroju, odzyskanie przez naród własnego państwa, a przez społeczeństwo możliwości samostanowienia z pewnością warto czcić państwowym świętem. A że proces przemiany był długi i skomplikowany, żadna Bastylia nie padła, żaden charyzmatyczny wódz nie przyjechał z wygnania, to elity proponują nam świętowanie dnia wyborów, co prawda demokratycznych tylko w 1/3, ale jednak będących znakiem nowego. I w tym roku święto ma być radosne, a w dodatku ma się wówczas odbyć zwieńczenie akcji społecznej mającej na celu przełamanie wizerunku Polaka-zrzędy, o wiecznie skwaszonej minie, niedostrzegającego wokół siebie pozytywów i wciąż mającego do kogoś pretensje. W całej Polsce zapowiadają się radosne festyny i pochody.
A ja, zamiast kiwać sobie wesołym balonikiem, w przeddzień czerwcowego święta czytam świadectwo Ryszarda Kapuścińskiego z czasów sierpniowych strajków z 1980 roku. Strajków, które zapoczątkowały ciąg zdarzeń prowadzących do 4 czerwca 1989 roku:
„Do lokalu Komitetu Strajkowego stoczni gdyńskiej przyszło pięć kobiet z miejscowej spółdzielni rzemieślniczej. Byłem świadkiem tej sceny. Przyszły, aby przyłączyć się do strajku. Nie chciały podwyżek, nie domagały się nowego przedszkola. One zdecydowały się strajkować przeciw swojemu prezesowi, który był chamem. Wszelkie próby nauczenia go grzeczności i szacunku do nich – kobiet i matek – kończyły się fatalnie, kończyły się szykanami i prześladowaniami. Wszelkie odwołania do wyższych czynników nie przyniosły nic – prezes był dobry, ponieważ zapewniał wykonanie planu. A one dłużej nie mogą tego znieść. One przecież mają swoją godność. Wobec doniosłości postulatów stoczniowych, motyw strajku tych pięciu kobiet zdawał się być drugorzędnym. Ileż u nas rozjuszonego chamstwa! Ale młodzi stoczniowcy, którzy wysłuchiwali tej skargi, odnieśli się do niej z największą powagą. Oni też walczyli przeciw rozpanoszeniu biurokracji, przeciw pogardzie, przeciw »róbcie a nie gadajcie«, przeciw nieruchomej i obojętnej twarzy w okienku, która mówi »nie!«. Kto stara się sprowadzić ruch Wybrzeża do spraw płacowo-bytowych, ten niczego nie zrozumiał. Bowiem naczelnym motywem tych wystąpień była godność człowieka, było dążenie stworzenia nowych stosunków między ludźmi, w każdym miejscu i na wszystkich szczeblach, była zasada wzajemnego szacunku obowiązująca każdego bez wyjątku, zasada według której podwładny jest jednocześnie partnerem” („Lapidarium”, Warszawa 1990, s. 31, podkreślenie moje – J.G.).
Kapuściński trafił w sedno. Podłość tamtego ustroju polegała na tym właśnie, że nie dawał ludziom szans na zachowanie godności. Pracownice pozbawiane godności przez prezesa-chama musiały to akceptować, aby nie wystawić się na represje, nie stracić pracy, nie skazać na nędzę swoich dzieci. Robotnicy stoczni doskonale rozumieli, jak poniżające są nie same wyzwiska czy chamskie odzywki, ale to, że dla jakiegoś przyziemnego dobra należy znosić je w milczeniu, może nawet udawać, że bierze się je za dobry żart, a szefa ma nie za prostaka, lecz za równego chłopa, który umie postępować z ludźmi. „Róbcie a nie gadajcie!”, „to ja jestem od myślenia!”, „nie podoba się, to won!” – to była istota stosunków między przełożonymi a podwładnymi.
Człowiek spędzający w pracy bardzo istotną część czasu traktował ją przez to jako boży dopust, jako daninę, którą z własnego życia, z przyrodzonej godności musi złożyć, aby utrzymać się na powierzchni.
Tego przekonania, że jest się nikim, nabywało się przecież nie tylko w pracy: już od małego, w szkole, w której należało uczyć się odtąd-dotąd, bez zbędnych pytań i bez własnych wniosków; u lekarza specjalisty, do którego odczekać trzeba było czasami w wielomiesięcznej kolejce, a który badając człowieka, zwracał się do niego tak, jakby wydawał polecenia; w urzędzie, gdzie człowiek był zasypywany dziesiątkami bezsensownych formularzy, ankiet, załączników i opłat skarbowych, odsyłany od okienka do okienka, zanim udało mu się załatwić jakąś sprawę; w rozmowie z milicjantem, który – zwłaszcza młodego człowieka, za którym nie stał nikt ważny – mógł zwymyślać, znieważyć, pobić, zamknąć w areszcie, oskarżyć fałszywie; w ciągłej krzątaninie i pogoni za pieniędzmi, których mimo starań, mimo wykańczającej pracy i bolesnego zaciskania zębów przy kolejnych chamskich odzywkach prezesa wciąż było za mało, wciąż najwyżej na styk. Zostawały marzenia, że kiedyś będzie więcej, że można będzie sprawić sobie takie marne pocieszacze, aby tylko zapomnieć o upodleniu: „telewizor, meble, mały fiat…”.
A na wszelkie swoje skargi słyszał taką oto odpowiedź, że przecież odczuć subiektywnych nie można traktować tak poważnie jak obiektywnych kryteriów ujętych w statystykach: rosnącego tonażu wydobycia miedzi i spustu surówki, wykonanych prefabrykatów betonowych do budowy nowych stadionów i dróg, zwodowanych rudowęglowców. Że narzekanie to piasek w tryby, woda na młyn, a w ogóle to nasza paskudna narodowa cecha, której powinniśmy się wstydzić. I że w ogóle powinniśmy wziąć pod uwagę, że obiektywnych procesów historii nie da się w żaden sposób zatrzymać ani ominąć, a kto tego nie chce zrozumieć, jest wrogiem albo żałosnym frustratem. I to wszystko przekładało się w końcu na nieznośną samoświadomość człowieka, przekonanego, że skoro zewsząd dostaje sygnały świadczące o tym, że jest nikim, że jest nieważny, że nic od niego nie zależy, to może rzeczywiście jest on nikim. A praktyka dnia codziennego pokazywała, że jeśli chce się zostać chociaż trochę bardziej kimś, to trzeba w swoim działaniu zacząć brać pod uwagę prawa dziejowej konieczności: czasem szepnąć szefowi, o czym rozmawiają koledzy na papierosie, zapisać się do odpowiedniej organizacji, wyszarpać dla siebie stanowisko, na którym będzie można innym dawać do zrozumienia, jak mało są ważni…
I chyba warto dziś, przy okazji czerwcowego święta, przypomnieć tę lawinę, która ruszyła w sierpniu 1980 roku. Przypomnieć ludziom, którzy zewsząd słyszą, że są nieważni, bezwartościowi, że ich zdanie się nie liczy, a wpływ na ich życie ma kto inny. Już od małego, w szkole, w której należy uczyć się odtąd-dotąd, bez zbędnych pytań i bez własnych wniosków; u lekarza specjalisty, do którego odczekać trzeba czasami w wielomiesięcznej kolejce, a który badając człowieka, zwraca się do niego tak, jakby wydawał polecenia; w urzędzie, gdy człowiek jest zasypywany dziesiątkami bezsensownych formularzy, ankiet, załączników i opłat skarbowych, odsyłany od okienka do okienka, zanim uda mu się załatwić jakąś sprawę; w rozmowie z policjantem, który – zwłaszcza młodego człowieka, za którym nie stoi nikt ważny – może zwymyślać, znieważyć, pobić, zamknąć w areszcie, oskarżyć fałszywie; w ciągłej krzątaninie i pogoni za pieniędzmi, których mimo starań, mimo wykańczającej pracy i bolesnego zaciskania zębów przy kolejnych chamskich odzywkach prezesa, wciąż jest za mało, wciąż najwyżej na styk. Zostają marzenia, że kiedyś będzie więcej, że można będzie sprawić sobie takie marne pocieszacze, aby tylko zapomnieć o upodleniu… O! jeśli chodzi o marzenia, to postęp jest niewiarygodny: willa z basenem, sportowy samochód – taki, że mózg staje, i w ogóle, i w ogóle…
A na wszelkie swoje skargi słyszy odpowiedź, że przecież odczuć subiektywnych nie można traktować tak poważnie jak obiektywnych kryteriów ujętych w statystykach: rosnącego PKB, kilometrów autostrad, wspaniałych stadionów, szybujących pod niebo wieżowców i średniej płacy. Że narzekanie to relikt poprzedniego ustroju, objaw roszczeniowej postawy, a w ogóle to nasza paskudna narodowa cecha, której powinniśmy się wstydzić. I że w ogóle powinniśmy wziąć pod uwagę, że obiektywnych praw rynku nie da się w żaden sposób zatrzymać ani ominąć, a kto tego nie chce zrozumieć, jest wrogiem albo żałosnym frustratem. I to wszystko przekłada się w końcu na nieznośną samoświadomość człowieka, przekonanego, że skoro zewsząd dostaje sygnały świadczące o tym, że jest nikim, że jest nieważny, że nic od niego nie zależy, to może rzeczywiście jest on nikim. A praktyka dnia codziennego pokazuje, że jeśli chce się stać chociaż trochę bardziej kimś, to musi w swoim działaniu zacząć brać pod uwagę prawo rynku: czasem szepnąć szefowi, o czym rozmawiają koledzy na papierosie,przestać być wyzyskiwanym, a zacząć samemu wyzyskiwać, wyszarpać dla siebie takie życiowe miejsce, z którego będzie można innym dawać do zrozumienia, jak mało są ważni…
Niech więc czerwcowe święto będzie czasem radości z podjęcia przez Polaków udanej próby obalenia podłego ustroju i okazją do przypomnienia, że„naczelnym motywem wystąpień [które do tego doprowadziły – J.G.] była godność człowieka, było dążenie stworzenia nowych stosunków między ludźmi, w każdym miejscu i na wszystkich szczeblach, była zasada wzajemnego szacunku obowiązująca każdego bez wyjątku, zasada według której podwładny jest jednocześnie partnerem”.