przez Jarosław Górski | wtorek 8 października 2013 | opinie
Niedawno odnowiłem umowę z operatorem telefonu komórkowego. Z żadną tam firmą-krzak, lecz należącą do wielkiej międzynarodowej korporacji, notowanej na giełdach całego świata. Ponieważ ostatnio dużo rozmawiam, z pomocą miłego i pomocnego konsultanta telefonicznego wybrałem zupełnie inne warunki niż do tej pory; miałem płacić nieco więcej, ale już nie martwić się, że przekroczę limity przydzielonych minut i każda dodatkowa będzie mnie słono kosztować. Pan konsultant polecił mi nowoczesny aparat i poradził, że jeśli będę chciał czasem skorzystać także ze starego, dobrze by było, gdybym kupił za jedyne 10 zł adapter karty SIM, bo nowa karta nie pasuje do starszych urządzeń. Dogadaliśmy się, podpisaliśmy umowę, a ponieważ akurat nie było w magazynie ani takiego aparatu, jaki sobie wybrałem, ani adaptera, przyniósł je kilka dni później kurier.
Po miesiącu dostałem rachunek do zapłacenia. Był on o kilkadziesiąt złotych wyższy, niż się spodziewałem. Ale pamiętałem, jak konsultant mówił, że do pierwszego rachunku zostaną dołączone wszelkie dotychczasowe zaległości, a poza tym nie miałem akurat czasu i głowy, żeby to wszystko sprawdzać, więc pocieszyłem się myślą, że właśnie pozbyłem się jakichś zadawnionych zobowiązań i od tej pory wszystko będzie, jak planowałem. Niestety, po miesiącu rachunek przyszedł znów o kilkadziesiąt złotych wyższy, niż oczekiwałem. O dziesięć złotych niższy co prawda, niż poprzedni, ale nie taki, na jaki się umawiałem. Zadzwoniłem na infolinię. I tam okazało się, że wszystko jest jak najbardziej w porządku. W tym miesiącu nie przekroczyłem limitu i zapłaciłem tyle, ile miałem zapłacić, miesiąc temu zapłaciłem dokładnie tyle samo, i jeszcze dziesięć złotych za adapter karty SIM.
No, tu już mną trochę zatrzęsło. Wziąłem do ręki umowę i przeczytałem tym razem konsultantce, miałem to czarno na białym, że przecież umawiałem się na niższą kwotę. Ale miła pani po drugiej stronie słuchawki poinformowała, że mój troskliwy operator zaopatrzył mnie nie tylko w te usługi, które były zapisane w umowie, ale także w kilka innych niezbędnych udoskonaleń, takich jak puszczanie osobom chcącym się ze mną połączyć muzyczki do słuchania czy esemesy z jakimiś ważnymi informacjami biznesowymi, pogodowymi i innymi (przychodziły, ale brałem je za uporczywy spam i od razu kasowałem). Poza tym okazało się, że połączenie internetowe po wyczerpaniu niewielkiego limitu darmowych megabajtów nie zwalnia prędkości, jak zapewniał mnie pan konsultant, ale zamienia się w drogi płatny pakiet. A że nowoczesne telefony łączą się z Internetem stale…
Długo trwało odkręcanie radosnej twórczości poprzedniego konsultanta i rezygnowanie z tych wszystkich dodatków. Oczywiście pieniędzy za dwa miesiące niekorzystania z niezamówionych usług nie dało się już odzyskać. Na koniec wygłupiłem się upierając, że żadnego adaptera karty SIM nie dostałem. Bo rzeczywiście, w przesyłce nie było zupełnie nic, co wyglądałoby na urządzenie o wartości 10 zł. Dopiero konsultantka uświadomiła mi, że ów tajemniczy adapter to kawalątek plastiku o wielkości może centymetr na półtora i wadze może ćwierć grama. Kosztuje to w budkach z telefonicznymi gadżetami kilkadziesiąt groszy, co i tak jest ceną sporo przesadzoną.
***
No i tak sobie siedzę wściekły. Bo przecież dałem się podejść jak dziecko, okazałem się frajerem, którego można strzelić na jakąś stówę, można wepchnąć mu za dziesięć złotych coś, co warte jest może z grosz, a za kolejne złotówki coś, co nie jest warte splunięcia (ta muzyczka chociażby czy esemesy z ogólnodostępnymi informacjami). I oczywiście zaczynam obwiniać siebie: że nie znam się na sprzęcie, że nie czytam dokładnie umów, które podpisuję, a jeszcze dokładniej tego, co w nich małym druczkiem. Że wykazuję się brakiem czujności, naiwnością, ufnością, mimo że przecież wiem doskonale, że kapitalizm to nic miłego, a przedsiębiorstwa są w nim po to, żeby generować zysk, a nie po to, żeby zaspokajać moje potrzeby. Przypominam sobie podobne przygody. Jak kiedyś za namową osoby zwanej doradcą bankowym skusiłem się na kredyt odnawialny o w miarę przyzwoitych odsetkach, które (co było napisane w umowie maleńkim druczkiem i w zadziwiającym miejscu) po kilku dniach stawały się lichwiarskie. Jak kupiłem komputer, który okazał się mieć zupełnie inne (oczywiście gorsze) parametry, niż twierdził sprzedawca i kartka informacyjna w renomowanym sklepie. Jak dałem się nabrać kilku pracodawcom, którzy potrzebowali mojej pracy natychmiast, mówili że nie ma czasu na sporządzanie umowy, no ale przecież polecił mnie wspólny znajomy… Jak dałem się oszukać innym pracodawcom, którzy obiecywali kwotę netto, a płacili brutto…
I jeszcze przypominam sobie przygody moich znajomych. Jeden, jak i ja prekariusz, dla fasonu nazywający się freelancerem, postanowił oszczędzać na starość i założył w banku dobrze oprocentowaną lokatę, która – znów maleńkim druczkiem – okazała się spekulacyjnym funduszem obłożonym zabójczymi prowizjami, które przez kilka lat zjadły trzy czwarte kwoty („Masz to jak w banku” – mówiło się kiedyś. Boże, kiedy to było?). Inny, wśród uśmiechów, z kawką i ciasteczkami, podpisał umowę na korzystny kredyt, który po doliczeniu wszystkich prowizji, ubezpieczeń i ubezpieczeń ubezpieczeń, okazał się zabójczy. Inni, wielu takich młodych, którzy uwierzyli stażodawcom, że jeśli zostaną na kolejne bezpłatne trzy miesiące, to później już na pewno otrzymają płatną umowę. Inni – starsi państwo – kupili grzejnik antyreumatyczny opracowany w kosmicznych laboratoriach NASA, a później zobaczyli taki sam w sklepie, dwudziestokrotnie tańszy.
A potem pokrzepiam się przypomnieniem sobie, że przecież już nie za każdym razem daję się nabrać, sfrajerzyć, zrobić w wała, w bambuko, że użyję tu tylko cenzuralnych określeń. Że już na wszelki wypadek nie daję sobie wcisnąć żadnych bankowych udogodnień i odrzucam wszelkie propozycje spotkań z doradcami, że czytam uważnie umowy (teraz zagapiłem się, wstyd mi), że wiem, że trzeba wszystko mieć na piśmie. Że aby nie czuć się jak ostatni frajer, na wszelki wypadek traktuję doradców, sprzedawców, konsultantów – a zwłaszcza ich przełożonych, wymyślających te wszystkie marketingowe sztuczki i cisnących podwładnych, aby za wszelką cenę wciskali ludziom różne niepotrzebne rzeczy, wyciskając w zamian ich pieniądze i ufność – z góry jak oszustów. Oczywiście takich oszustów, którzy w razie czego są kryci, mogą przecież pokazać umowę z trzydziestym siódmym punktem zapisanym maczkiem i powiedzieć: trzeba było czytać uważnie, trzeba było nie dać się zbajerować miłemu konsultantowi, trzeba było pilnować swoich interesów, trzeba było się znać na parametrach urządzeń, paragrafach prawa, stopach i procencie składanym, trzeba było wiedzieć, co to jest adapter karty SIM – frajerze! Jak ci artyści marketingu stojący niegdyś na Bazarze Różyckiego z trzema kartami i pokrzykujący: „Ja mam dwie ręce i nimi kręcę, a ty masz gały, żeby patrzały!”.
No ale potem myślę o kontaktach z potencjalnymi nowymi pracodawcami, którym nie mogę przecież z góry okazywać nieufności, żądać natychmiast precyzyjnych umów i zabezpieczać się na wszystkie strony, bo przecież w ten sposób przekreślałbym swoją szansę na pracę i zarobek. Więc także dla ratowania własnego samopoczucia zgadzam się na rozpoczęcie pracy przed podpisaniem umowy, ale tak na wszelki wypadek przygotowuję się gdzieś tam w głowie do tego, żeby w razie czego nie wyjść, przed sobą samym, na ostatniego frajera, móc powiedzieć sobie: wiedziałem, że to oszust, przejrzałem jego intencje i sztuczki, no ale co miałem robić? Oczywiście, lepiej później musieć przyznać, że się niesłusznie źle myślało o człowieku czy firmie, zwłaszcza że przecież myślało się dla siebie, nie zrobiło się im żadnej krzywdy, niż znowu wyjść na frajera i to permanentnego, takiego, co to go już tyle razy ograli w trzy karty, a który wciąż przystępuje do gry i wciąż głupi nie rozumie, że w to nie da się wygrać…
No ale w końcu myślę sobie, że te wszystkie reakcje obronne, nawet słuszne – to ciągłe profilaktyczne uważne czytanie umów, celowo konstruowanych tak, żeby nie dało się ich zrozumieć, to patrzenie na ręce urzędnikom bogatych banków, agentom wielkich firm ubezpieczeniowych, sprzedawcom w sieciach sklepów, odkładanie słuchawki, kiedy tylko zabrzmi w niej głos telemarketera – to są objawy jakiejś potężnej aberracji. Przecież porządny człowiek powinien ufać innym ludziom, niezależnie od tego, jaki zawód wykonują i w jakiej społecznej roli występują. Nie może być tak, że w obronie przed gangsterami zaczyna się patrzeć na świat jak gangster. Przecież tak właśnie być powinno, tak właśnie jest dobrze, kiedy wierzy się człowiekowi, gdy coś mówi. Przecież krzywdzimy wielu porządnych ludzi podejrzeniem, uprzedzeniem, oczekiwaniem od nich najgorszego, tym łapaniem się w ich towarzystwie za portfel; krzywdzimy nawet wtedy, gdy nie wychodzimy z tym na zewnątrz. Przecież te odruchy zaczynają rządzić naszym życiem, odzywają się w relacjach z innymi ludźmi, i to także tymi najbliższymi. W końcu nieufność rozlewa się po duszy czarnym cieniem, pokrywającym całą paletę barw naszych bliźnich.
Przypomina się tu dobrze opisana przez artystów słowa, historyków i socjologów, mentalność pańszczyźnianych i popańszczyźnianych chłopów, których utrwalone doświadczenia kazały im wciąż obawiać się krzywdy i oszustwa. Powodowało to chroniczną nieufność i niechęć do innych, ale także usprawiedliwiało własne nieuczciwości, popełniane nawet nie z chęci zysku, ale z potrzeby złagodzenia poczucia bycia ofiarą wykorzystania. W końcu skoro pan mógł bezkarnie gnać chłopa do roboty, podnosić normy, oszukiwać na obrachunku, a w wolnych chwilach gwałcić żonę i córkę, to kradzież drewna z pańskiego lasu zyskiwała walor terapeutyczny. Dziś, zachowawszy wszelkie proporcje, możemy zaobserwować podobne zjawiska w umysłach ludzi wolnych, choć przecież zależnych od jednostek i instytucji potężniejszych od siebie.
***
System, w którym przyszło nam żyć, a w którym zarabianie pieniędzy jest najwyższą cnotą najsilniejszych, jest trochę jak mityczna wróżka Kirke. Posiadł umiejętność – przynajmniej w pewnym stopniu – zamieniania ludzi w świnie. I naprawdę trzeba być mądrym jak Odyseusz, by obronić się przed takim czarem. Jeśli ktoś zna jakieś kontrzaklęcie, proszę, by mi je zdradził. Ja tymczasem mam tylko taki pomysł, by o tych czarach pamiętać, mówić głośno i także głośno mówić o tym, że dobrze jednak jest być marynarzem, a nie świnią.
I mam ponadto taką refleksję. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu właściciele fabryk na całym świecie, prywatni i państwowi, nie przejmowali się oczyszczaniem spalin ani ścieków. Po prostu zarabiali, brali pieniądze do kieszeni, a odchodami, których w tym procesie nie dało się uniknąć, obdzielali nas wszystkich. Zyski były prywatne lub państwowe, a koszty publiczne. W końcu jednak podtruwani ludzie zaczęli domagać się zakładania filtrów na kominy i upusty, słusznie przecież obawiając się o to, co wspólne i wszystkim nam niezbędne. No i w pewnym przynajmniej stopniu udało się fabrykantów zmusić – bo przecież nie uprosić – do myślenia o czystości powietrza, wody i ziemi. Może warto byłoby teraz pomyśleć o ekologii naszych umysłów i wzajemnych relacji i w końcu zacząć domagać się, aby to właśnie ci, którzy zarabiając niewyobrażalne pieniądze wypuszczają między nas swoje ścieki, masy moralnego brudu, który powstaje w tym procesie, zaczęli ponosić za to odpowiedzialność.
przez dr Rafał Bakalarczyk | poniedziałek 30 września 2013 | opinie
Przed paroma tygodniami Donald Tusk w rozmowie dla „Polityki” stwierdził, że czuje się trochę socjaldemokratą. Szybko zostało to podchwycone przez media, a także innych polityków PO, którzy wyrazili zaniepokojenie tą deklaracją. Niepotrzebnie, bowiem poglądy premiera, a przede wszystkim działania jego ministrów i kierowanej przez niego partii, mają z socjaldemokracją niewiele wspólnego.
Szef rządu rozwinął wspomnianą myśl w kolejnym wywiadzie: Przeszedłem długą drogę do dojrzałości. Zdążyłem się przekonać, że świat wytwarza całe pokłady ludzkiej krzywdy, a ludzie bez własnej winy nie mają niekiedy szans na przeżycie. Państwo musi takim ludziom pomagać. Co mają począć rodzice dzieci niepełnosprawnych, które wymagają opieki, bo nie widzą, bo zatrzymuje się im oddech, bo są sparaliżowane. Przecież nie mogą iść do pracy, bo są przez 24 godziny przy swoich dzieciach. Co tu pomoże liberalizm w wydaniu szkoły chicagowskiej! Trzeba znaleźć pieniądze, nałożyć na kogoś podatek i płacić tym ludziom, że są ze swoim dzieckiem, że dają dobro większe niż PKB. I tylko w tym sensie człowiek staje się socjaldemokratą, a nie ma to nic wspólnego z ideologią, tylko z wypełnianiem zwyczajnej ludzkiej powinności („Gazeta Wyborcza”, 5 lipca br.). Cieszy, że Donald Tusk coś zrozumiał, przechodząc drogę z pozycji dość egzotycznych i niebezpiecznych do nieco bardziej pragmatycznych. Dobrze, że wie już, iż PKB nie mierzy wszystkiego, a państwo musi interweniować w rozmaite sfery życia zbiorowego, do czego potrzebne są podatki. Nieco dziwi, że tak wytrawny polityk opanowanie wspomnianego elementarza uznaje za przejaw dojrzałości, ale cóż – należy życzyć dalszych, oby jak najszybszych postępów na drodze ku zrozumieniu rzeczywistości społecznej. Póki co, poglądy, a tym bardziej czyny szefa rządu z socjaldemokracją mają jednak niewiele wspólnego. Istotą modelu socjaldemokratycznego nie jest bowiem pomoc państwa w sytuacjach skrajnych, zapewniana obywatelom w każdym cywilizowanym kraju, także realizującym model liberalny czy chadecki. Jest nią systematyczne i kompleksowe asystowanie przez nie ludziom w różnych sytuacjach życiowych oraz systemowe dążenie do poszerzenia sfery bezpieczeństwa socjalnego, zwiększenia poziomu integracji społecznej i minimalizacji nierówności.
Przykład pomocy dla rodziców dzieci niepełnosprawnych brzmi w ustach premiera szczególnie niefortunnie. W czasie niedawnych protestów związkowych w Warszawie wspomniana grupa również wyszła na ulice, by opowiedzieć o tym, jak rząd w białych rękawiczkach dokonuje niemalże cichej eutanazji, zostawiając rodziny dotknięte niepełnosprawnością bez środków do życia. Dobitnym wyrazem braku wrażliwości koalicji rządzącej jest wysokość zasiłku pielęgnacyjnego na leczenie i rehabilitację, która od 8 lat wynosi zaledwie 153 zł miesięcznie. Z kolei świadczenie pielęgnacyjne dla opiekunów całkowicie rezygnujących z pracy zawodowej ze względu na wymagania długoterminowej opieki stanowi równowartość niewiele ponad połowy płacy minimalnej, też przecież niewygórowanej. Więcej o sytuacji wspomnianej grupy można usłyszeć od jej przedstawicielek.
Przy tak prowadzonej polityce nie jest niespodzianką, że 12% rodzin z niepełnosprawnym dzieckiem żyje na granicy minimum egzystencji, czyli na skraju biologicznego przetrwania. Pytanie, czy coś takiego jest możliwe w kraju rządzonym na socjaldemokratyczną modłę, ma charakter retoryczny.
Piszę ten tekst wracając z kolejnej dyskusji na kanwie książki „Socjaldemokratyczna polityka społeczna”, wydanej właśnie z intencją objaśnienia i doprecyzowania, co składa się na model socjaldemokratyczny, wokół którego narosło wiele nieporozumień. Przyjrzyjmy się pokrótce, jakie są podstawowe elementy tej perspektywy i w jakim stopniu pokrywa się z nimi polityka Donalda Tuska.
1. Progresywny i sprawiedliwy system podatkowy
W modelu socjaldemokratycznym dąży się do tego, by obciążenia podatkowe były uzależnione od możliwości finansowych poszczególnych płatników, przez co rozumie się system progresywny z dość wysokimi stawkami dla najlepiej uposażonych. Tymczasem PO, głosując ongiś ramię w ramię z PiS, jeszcze bardziej spłaszczyła już i tak płaski system podatkowy, likwidując górną stawkę (40%). Propozycje jej przywrócenia nie spotkały się z aprobatą partii rządzącej, wobec czego przepadły. Oprócz tego Platforma zwiększyła VAT, którego obecne stawki są dotkliwie odczuwane zwłaszcza przez gorzej sytuowane gospodarstwa domowe, wydające „na życie” ogromną część swych budżetów.
2. Świadome dążenie do zmniejszenia nierówności
Socjaldemokratyczne państwo aktywnie działa na rzecz minimalizacji rozwarstwienia społecznego. Służy temu odpowiednia polityka fiskalno-transferowa, jak i ta związana z kształtowaniem poziomu płac. Tymczasem za poprzedniej kadencji rządu Donalda Tuska, jak podaje Centrum Analiz Ekonomicznych, na reformach podatków oraz systemu zabezpieczenia społecznego zyskały głównie osoby o wyższych dochodach, stracili natomiast niezamożni. Przed ostatnimi wyborami wspomniany think tank oszacował ponadto, jak na sytuację poszczególnych grup dochodowych przełożyłaby się pełna realizacja programów poszczególnych partii. Ugrupowanie premiera znowu wypadło blado, w kategorii sprzyjania wyłącznie bogatym dając się wyprzedzić jedynie Ruchowi Palikota. I rzeczywiście, w obecnej kadencji nie widać wyraźnych posunięć koalicji rządowej w zakresie niwelowania nierówności, choć dane w tej materii są wręcz alarmujące.
3. Uniwersalny, a nie selektywny dostęp do świadczeń społecznych
W podejściu socjaldemokratycznym promuje się świadczenia skierowane nie tylko do najuboższych, ale obejmujące w różnym stopniu wszystkie grupy społeczne. Istnieją tu zarówno rozbudowane programy adresowane do ogółu obywateli (zwłaszcza w sferze publicznych usług edukacyjnych, zdrowotnych i opiekuńczych), jak i te dedykowane grupom w szczególnej sytuacji, jednak nawet w tym drugim przypadku kryterium dostępu rzadko jest bardzo niski dochód, a często wieloaspektowa diagnoza potrzeb (np. związanych z niepełnosprawnością). Polityka PO stoi w jawnej sprzeczności z tą filozofią. Progi dochodowe uprawniające do świadczeń socjalnych podniesiono nieznacznie i po długim czasie, utrzymano dostępność wielu programów jedynie dla najuboższych, a także postawiono przed najsłabszymi nowe progi – przykładem mogą być kryteria dla otrzymania wsparcia, które musi spełnić opiekun niesamodzielnej osoby dorosłej, rezygnujący z jej powodu z pracy zawodowej. W efekcie „reformy”, z której rząd obecnie próbuje się wycofać, kilkadziesiąt tysięcy ludzi straciło środki do życia, a także przestano za nich opłacać składki zdrowotne i emerytalno-rentowe, pogłębiając ich wielowymiarowe wykluczenie. Jest to całkowite odejście od zasady podążania za potrzebami i rzecz nie do pomyślenia w socjaldemokratycznym państwie, w którym dąży się do tego, by zabezpieczenie społeczne miało możliwie powszechny charakter. Nieco lepiej wyglądają działania rządu na polu poszerzania dostępu do instytucjonalnej opieki nad małymi dziećmi, ale i tu systemowi daleko jeszcze od uniwersalności, zwłaszcza w przypadku żłobków.
4. Uniezależnienie poziomu życia od pozycji na rynku pracy (tzw. dekomodyfikacja)
Socjaldemokracja dąży do tego, by czasowe lub trwałe znalezienie się poza rynkiem pracy nie ograniczało możliwości uczestnictwa w życiu społecznym i zaspokojenia podstawowych potrzeb. Co więcej, zakłada równoległe prowadzenie działań przywracających ludzi do aktywności zawodowej i pozazawodowej. Polski rząd nie idzie w tym kierunku, czego wyrazem jest jego polityka wobec bezrobocia. Zasiłek dla bezrobotnych jest niski w stosunku do wynagrodzeń w gospodarce narodowej, wypłacany przez krótki okres i warunkowany kryteriami, które bywają trudne do spełnienia (w rezultacie uprawnionych do jego pobierania jest zaledwie kilkanaście procent osób zarejestrowanych w urzędach pracy). W efekcie osoby, które tracą zatrudnienie, szybko popadają w stan ubóstwa i wykluczenia. Jednocześnie mało pieniędzy wydaje się na aktywne polityki rynku pracy, czego przejawem było zamrożenie ogromnych środków zgromadzonych w Funduszu Pracy. Na walkę z bezrobociem przeznacza się w Polsce Tuska najmniejszy odsetek PKB wśród wszystkich krajów Unii (liderem są skandynawskie państwa socjaldemokratyczne). Ponadto, przygotowany przez rząd projekt zmian w ustawie o instytucjach rynku pracy i promocji zatrudnienia przewiduje łatwiejszą niż dotąd drogę do wykreślania długotrwale bezrobotnych z rejestru, a tym samym pozbawiania ich ubezpieczenia zdrowotnego. Znów oddalamy się od socjaldemokratycznego ideału.
5. Równość szans bez względu na płeć
Dążenie do równości płci na rynku pracy, w życiu rodzinnym i systemie zabezpieczenia społecznego to ważny filar socjaldemokratycznej polityki. Jest wiele środków prowadzących do tego celu, ale do najważniejszych należy zaliczyć powszechność dostępu do usług opiekuńczych, pozwalających łączyć opiekę z pełnieniem innych ról, a także odpowiednia konstrukcja instytucji urlopów rodzicielskich, sprzyjająca partnerskiemu zaangażowaniu obojga rodziców. Poczynania rządu na tej osi wyglądają wprawdzie nieco lepiej niż na tych wspomnianych wyżej, jednak jego aktywność nie jest wystarczająco zdecydowana, przez co okazuje się wręcz przeciwskuteczna. Owszem, za rządów Tuska przyjęto ustawę żłobkową oraz zwiększono dostęp do edukacji przedszkolnej, co jest częścią socjaldemokratycznego kanonu. We wszystkich wskaźnikach objęcia najmłodszych instytucjonalną opieką nadal ciągniemy się jednak w europejskim ogonie. Po drugie, zmiany – np. jeśli chodzi o opiekę nad dziećmi do lat trzech – opierają się bardziej na tworzeniu regulacji sprzyjających prywatnej i samorządowej aktywności na tym polu niż na publicznych gwarancjach równych praw. Rozwój rynkowych usług opiekuńczych może też prowadzić do zróżnicowania jakości i do segregacji dzieci z rodzin o różnym pochodzeniu, podczas gdy ideą przyświecającą socjaldemokratycznej polityce jest integracja osób z różnych warstw i o różnym potencjale. Również zmiany w urlopach rodzicielskich, polegające na ich wydłużeniu przy jednoczesnym zmniejszeniu tzw. stopy zastąpienia, wydają się nieco za słabą zachętą, by także ojcowie angażowali się w opiekę nad potomstwem. Tymczasem, jak wskazuje Instytut Spraw Publicznych, im dłużej matki będą poza rynkiem pracy w porównaniu z mężczyznami, tym bardziej prawdopodobne, że pracodawcy nie będą skłonni zatrudniać kobiet w wieku rozrodczym. W efekcie nierówność płci może wzrosnąć, zamiast zmaleć.
6. Partycypacja i dialog społeczny
Ważnym elementem socjaldemokratycznej polityki społeczno-gospodarczej, a także jej historycznym podłożem było zawsze oparcie jej realizacji na konsultacjach i dialogu społecznym, z dużym udziałem przedstawicielstwa świata pracy. Na tym polu porażka obecnego rządu jest chyba najbardziej ewidentna i można byłoby o niej długo pisać. Za najlepszy komentarz do tego punktu niech posłużą wydarzenia, jakie miały miejsce między 10 a 14 września przed Sejmem, oraz ich szerszy kontekst.
***
Na wszystkich powyższych odcinkach rządy Platformy Obywatelskiej fundamentalnie odbiegają od tego, na czym opiera się socjaldemokratyczna wizja rozwoju społecznego. Pojedyncze kroki w słusznym kierunku, jak w sprawie OFE czy zwiększenia publicznych dotacji na edukację przedszkolną, niewiele tutaj zmieniają. I nie chodzi tu o wierne odzwierciedlenie wspomnianego modelu, który w warunkach ścierania się różnych koncepcji i interesów rzadko jest możliwy do realizacji w czystej postaci. Chodzi raczej o ogólny kierunek polityk publicznych, który zdaje się wciąż mieć w Polsce wektor przeciwny do socjaldemokratycznego.
przez David Graeber | poniedziałek 23 września 2013 | opinie

Ilustracja John Riordan
W 1930 r. John Maynard Keynes przewidywał, że do końca wieku technologia rozwinie się na tyle, że w krajach takich jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone nie będzie pracowało się więcej niż 15 godzin tygodniowo. Nie ma podstaw, aby uważać, że Keynes się mylił. Biorąc pod uwagę dostępne technologie, opisana sytuacja jest możliwa; nie ma jednak miejsca, wręcz przeciwnie – „usprawnienia” mają służyć temu, żebyśmy pracowali jeszcze dłużej. Aby to osiągnąć, powstająca w ten sposób praca do wykonania powinna być, i faktycznie jest, bez sensu. Ogromne rzesze ludzi, zarówno w Europie, jak i Ameryce Północnej, spędzają całe swoje pracownicze życie wykonując zadania, które, jak sami po cichu przyznają, nie muszą tak naprawdę być wykonane. Moralne i duchowe zniszczenia wywoływane przez taką pracę są większe, niż mogłoby się wydawać i, choć praktycznie nikt o tym głośno nie mówi, zostawiają bliznę na naszym zbiorowym jestestwie.
Dlaczego przewidziana przez Keynesa utopia – niecierpliwie wyczekiwana jeszcze w latach 60. – nie stała się rzeczywistością? Powszechnie przyjęta wersja jest taka, że nie wziął on pod uwagę ogromnego wzrostu siły konsumpcjonizmu. Mając możliwość wyboru pomiędzy mniejszą liczbą godzin pracy a większą liczbą przedmiotów i przyjemności, zgodnie wybraliśmy to drugie. To zgrabny moralitet, ale wystarczy chwila zastanowienia aby dojść do wniosku, że zawarty w nim obraz nie może być prawdziwy. Od lat 20. XX w. jesteśmy świadkami niewyczerpanej pomysłowości w tworzeniu nowych gałęzi gospodarki i przypisanych do nich etatów, lecz tylko nieliczne z nich mają cokolwiek wspólnego z produkcją czy dystrybucją sushi, iPhone’ów czy modnych butów.
Czym wobec tego są te nowe miejsca pracy? Niedawny raport porównujący zatrudnienie w USA pomiędzy 1910 a 2000 rokiem daje dość jasną odpowiedź na to pytanie (a zarazem na bliźniacze pytanie dotyczące Wielkiej Brytanii). Wraz z mijającym czasem liczba zatrudnionych w przemyśle, na roli, czy jako służba domowa, gwałtownie malała. W tym samym czasie liczba pracowników na stanowiskach specjalistycznych, menedżerskich, biurowych, sprzedażowych i usługowych wzrosła trzykrotnie, zwiększając swój udział z jednej czwartej do trzech czwartych całkowitego zatrudnienia. Innymi słowy, etaty produkcyjne, dokładnie tak jak przewidywano, zostały w dużym stopniu zastąpione pracą maszyn. Liczba tego rodzaju etatów nie stanowi już tak poważnego procentu w skali świata jak kiedyś, nawet jeśli uwzględnić eksploatowane ponad miarę masy w Indiach i Chinach.
Zamiast jednak dopuścić do tego, by czas pracy diametralnie się zmniejszył i uwolnił drzemiący w ludziach potencjał, umożliwiając im realizację własnych projektów, przyjemności, pomysłów i wizji, byliśmy świadkami rozdymania się nie tyle nawet sektora usług, co sektora administracyjnego, włącznie z powstawaniem coraz to nowych dziedzin gospodarki, jak usługi finansowe czy telemarketing, oraz bezprecedensową ekspansją branż takich jak prawo korporacyjne, zarządzanie edukacją, ochroną zdrowia oraz zasobami ludzkimi, public relations. Wspomniane wcześniej liczby nie uwzględniają wszystkich ludzi, których praca polega na zapewnieniu bezpieczeństwa, pomocy administracyjnej bądź technicznej dla wymienionych gałęzi gospodarki, tak samo jak całej masy zawodów pomocniczych (psi fryzjerzy, całonocni dostawcy pizzy), które istnieją tylko dlatego, że wszyscy inni są tak bardzo zajęci jakąś inną pracą.
To są właśnie zawody, które proponuję nazywać gówno wartymi.
Tak jakby ktoś wymyślał bezsensowne zadania tylko po to, aby każdy z nas miał się czym zająć. I właśnie tu pojawia się zagadka: oto ma miejsce dokładnie taka sytuacja, jaka w kapitalizmie nie powinna się wydarzyć. W niewydolnych krajach realnego socjalizmu, gdzie zatrudnienie traktowane było zarówno jako prawo, jak i święty obowiązek, system tworzył tak wiele etatów, jak tylko musiał (to dlatego w ZSRR potrzeba było trzech sprzedawców, aby sprzedać kawałek mięsa). Jest to jednak ten rodzaj problemu, który konkurencja rynkowa powinna była rozwiązać. Zgodnie z teorią ekonomii, ostatnią rzeczą, jaką nastawione na zysk przedsiębiorstwo będzie robić, jest wydawanie pieniędzy na pracowników, których tak naprawdę nie potrzebuje. A jednak, w jakiś dziwny sposób, dzieje się tak cały czas.
Gdy korporacje uruchamiają coraz to nowsze programy bezwzględnych i masowych zwolnień, dotykają one zawsze grupy, które faktycznie odpowiedzialne są za wytwarzanie, przemieszczanie, naprawianie czy choćby podtrzymywanie rzeczy w ruchu. Wskutek tajemniczej alchemii, której nikt nie potrafi przekonująco wytłumaczyć, w tym samym czasie rośnie liczba ludzi opłacanych jedynie za przekładanie papierów; coraz więcej tego typu zatrudnionych, podobnie jak w Związku Radzieckim, formalnie pracuje 40 czy nawet 50 godzin tygodniowo, jednak efektywny czas ich pracy równa się co najwyżej 15 godzinom, dokładnie tak, jak przepowiedział to Keynes. Resztę ich czasu pochłania natomiast uczęszczanie bądź organizowanie seminariów motywacyjnych, aktualizacja profili na Facebooku czy ściąganie seriali.
Źródła problemu nie leżą w sferze ekonomii, lecz polityki i moralności. Klasa rządząca zorientowała się, że ludzie szczęśliwi, produktywni i mający masę wolnego czasu są dla niej śmiertelnym zagrożeniem (przypomnijcie sobie tylko, do czego doprowadziło zbliżenie się do takiego stanu rzeczy w latach 60. ubiegłego wieku). Z drugiej strony, poczucie, że praca jest wartością moralną samą w sobie i że każdy, kto nie chce przez większość czasu być podporządkowanym jakiemuś rodzajowi związanego z nią rygoru, nie zasługuje na cokolwiek – jest wyjątkowo dla owej klasy wygodne.
Gdy zastanawiałem się nad wyraźnie niekończącym się wzrostem liczby obowiązków administracyjnych w brytyjskiej edukacji wyższej, dotarło do mnie, że to może być jedna z urzeczywistnionych wersji piekła. Piekło jako zbiór jednostek, które spędzają większą część swojego czasu w pracy, na zadaniach, które ani lubią, ani są w nich dobre. Powiedzmy, że zostały zatrudnione, bo były świetnymi stolarzami, a po jakimś czasie odkryły, że oczekuje się od nich, aby przez większość czasu smażyły ryby. W dodatku zadanie, którym się zajmują, tak naprawdę nie musi być wykonywane – ostatecznie dość ograniczona liczba ryb musi zostać usmażona. Mimo to, wszyscy ci stolarze zostają tak mocno opętani przez podejrzenie, że niektórzy ich koledzy mogą spędzać trochę więcej czasu na stolarce, zamiast sumiennie obsmażać swój przydział, że zanim ktokolwiek się obejrzy, mamy warsztat wypełniony po brzegi źle przyrządzonymi rybami, ponieważ smażenie ryb to jedyne, czym wszyscy faktycznie się zajmują.
Sądzę, że to całkiem trafny opis dynamiki wartości moralnych w ramach współczesnej gospodarki.
* * *
Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że podobne opinie szybko napotkają obiekcje w rodzaju: A kim Ty niby jesteś, by mówić, które zawody czy miejsca pracy są naprawdę potrzebne? Co to w ogóle jest „potrzeba”? Jesteś profesorem antropologii kultury, to ma być potrzebny zawód? I z pewnością wielu czytelników tabloidów uzna etat, który zajmuję, za klasyczny przykład marnowania publicznych pieniędzy. I na pewnym poziomie będą to jak najbardziej trafne spostrzeżenia. Nie istnieje coś takiego, jak obiektywna miara społecznej przydatności.
Nigdy nie ośmieliłbym się powiedzieć komuś przekonanemu, że to, co robi, wnosi do świata istotną wartość, że tak naprawdę wcale tak nie jest. Ale co z ludźmi, którzy sami przekonani są o tym, że ich praca jest pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia? Nie tak dawno temu rozmawiałem z przyjacielem z czasów szkolnych, którego nie widziałem, odkąd skończyliśmy 12 lat. Byłem zdumiony dowiedziawszy się, że w międzyczasie został on wpierw poetą, a potem frontmanem rockowej kapeli. Słyszałem nawet kilkakrotnie jego piosenki w radio, nie mając świadomości, że śpiewa je ktoś, kogo znam. Facet był świetny, a do tego pomysłowy i oryginalny. Jego twórczość niewątpliwie wzbogacała i inspirowała wiele ludzkich istnień na całym świecie. Jednak po kilku gorzej sprzedających się albumach kontrakt został zerwany, a on sam, obciążony zobowiązaniami finansowymi i małym dzieckiem, dokonał jak sam to ujął, wyboru niemal domyślnego dla ludzi żyjących bez celu: zaczął studiować prawo. Dziś jest prawnikiem w jednej z czołowych nowojorskich firm i nie miał najmniejszych oporów, by oświadczyć mi, że uważa swoją pracę za kompletnie bez znaczenia, nie wnoszącą absolutnie niczego oraz że jego zawód tak naprawdę w ogóle nie powinien istnieć.
Jest wiele pytań, które można zadać w takiej sytuacji, zaczynając od tego, co mówi o naszym społeczeństwie fakt, że generuje ono wybitnie niskie zapotrzebowanie na utalentowanych poetów i muzyków, ale za to nieskończone na prawników korporacyjnych? (Odpowiedź: gdy 1% populacji rozporządza większością bogactwa, to co nazywamy „rynkiem” odzwierciedla to, co ów 1%, i nikt inny, uzna za potrzebne czy ważne.) Co więcej, pokazuje nam to, że większość ludzi wykonujących podobne prace jest świadoma ich bezsensowności. To by się zgadzało: nie jestem pewien, czy kiedykolwiek poznałem prawnika korporacyjnego, który nie uważałby swojej pracy za idiotyzm. To samo odnosi się praktycznie do wszystkich wspominanych wcześniej gałęzi gospodarki. Mamy całą klasę opłacanych specjalistów, którzy, jeśli spotkasz ich na przyjęciu i zwierzysz się z wykonywania jakiegoś zawodu, który może uchodzić za interesujący (jak antropolog kultury, dajmy na to) – nie będą chcieli powiedzieć nawet słowa o własnej pracy. Daj im trochę wypić, a dodatkowo zaczną wygłaszać tyrady na temat tego, jak głupi i bez sensu jest w istocie ich zawód.
Mamy tutaj do czynienia z przemocą psychologiczną o głębokich skutkach. Jak człowiek może w ogóle zacząć rozpatrywać kwestię swojej godności jako pracownika, skoro sam wie, że jego posada w ogóle nie powinna istnieć? Jak może nie stworzyć w sobie potężnego ładunku gniewu i rozgoryczenia? Swoisty geniusz naszego społeczeństwa polega między innymi na tym, że jego władcy zorientowali się, że owe negatywne emocje należy odpowiednio ukierunkować. Tak, jak miało to miejsce w przypadku smażących ryby stolarzy, najlepiej wycelować go w ludzi, którzy usiłują wykonywać faktycznie coś znaczącą pracę. Na przykład: panuje generalna zasada, że im bardziej, obiektywnie patrząc, jakaś praca jest pożyteczna dla ogółu, tym mniej należy za nią płacić. Obiektywna miara jest raczej trudna do określenia, lecz dość prostym sposobem na ustalenie, czy dana profesja jest pożyteczna, jest zadanie sobie pytania: co by się stało, gdyby wszyscy ludzie wykonujący dany zawód po prostu zniknęli? Mówcie co chcecie o pielęgniarkach, śmieciarzach czy mechanikach, ale jest sprawą oczywistą, że gdyby oni wszyscy nagle rozpłynęli się w powietrzu, skutki byłyby natychmiastowe i katastrofalne. Świat bez nauczycieli czy magazynierów miałby nie lada kłopoty i nawet bez pisarzy science fiction czy muzyków ska byłby zwyczajnie mniej wartościowym miejscem. Nie jest do końca jasne, jak bardzo ludzkość cierpiałaby w świecie, w którym przestaliby istnieć prezesi funduszy inwestycyjnych, lobbyści, spece od kreowania wizerunku, aktuariusze, telemarketerzy, komornicy czy radcy prawni (wielu podejrzewa, że stan rzecz znacząco by się wówczas poprawił). Mimo tego, nie licząc garstki wyjątków, jak lekarze – cieszący się dobrą opinią, a jednocześnie wysoko wynagradzani – wspomniana zasada ma się zaskakująco dobrze.
Jeszcze bardziej przewrotny wydaje się fakt, że w mniemaniu ogółu najwyraźniej wszystko jest tak, jak być powinno. To jeden z sekretów sukcesu prawicowego populizmu. Możecie to zobaczyć na własne oczy, kiedy tabloidy szczują społeczeństwo na pracowników metra za paraliż Londynu podczas negocjacji płacowych. Fakt, że pracownicy metra mogą sparaliżować miasto, pokazuje wyraźnie, jak bardzo ich praca jest ważna i potrzebna – i właśnie to tak bardzo denerwuje ludzi. Jeszcze wyraźniej widać to w USA, kiedy Republikanie osiągnęli znaczący sukces w upowszechnianiu niechęci wobec nauczycieli i pracowników fabryk motoryzacyjnych (zamiast, co znamienne, administracji oświatowej czy menedżerów przemysłu samochodowego, winnych problemom), jako posiadających rzekomo rozdęte przywileje i płace. To tak, jakby mówiono im: Ale wy uczycie dzieci! Albo robicie auta! Macie PRAWDZIWĄ pracę! I macie jeszcze czelność oczekiwać emerytur czy opieki zdrowotnej na poziomie klasy średniej?!
Jeśli ktoś będzie planował podział pracy idealnie podtrzymujący władzę kapitału finansowego, ciężko mu będzie wymyślić coś jeszcze lepszego. Prawdziwi pracownicy, którzy wytwarzają realne produkty i usługi, są bezlitośnie eksploatowani i uciskani. Reszta natomiast jest podzielona pomiędzy sterroryzowaną warstwę powszechnie wykpiwanych bezrobotnych oraz większą od niej grupę, która zasadniczo otrzymuje wynagrodzenie za nierobienie niczego – na stanowiskach zaprojektowanych w taki sposób, by zajmujące je osoby identyfikowały się z punktem widzenia i wartościami klasy rządzącej (menedżerów, administracji etc.), a zwłaszcza jej emanacji z sektora finansowego, jednocześnie czule pielęgnując niechęć wobec każdego, z którego pracy płyną jasne i niezaprzeczalne korzyści dla społeczeństwa. Oczywistym jest, że system nie został nigdy świadomie zaprojektowany, lecz ukształtował się w ciągu wieku licznych prób i błędów. I to jest jedyne wytłumaczenie, dlaczego – mimo dostępnych możliwości technologicznych – wszyscy nie pracujemy po 3-4 godziny dziennie.
David Graeber
tłum. Michał Michalski
Tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie STRIKE! (lato 2013). Z pełnymi wydaniami magazynu można się bezpłatnie zapoznać na jego stronie internetowej: http://www.strikemag.org/.
przez Krzysztof Wołodźko | sobota 14 września 2013 | opinie
III Rzeczpospolita cierpi na deficyt poważnych, kompleksowych analiz, dotyczących zarówno funkcjonowania instytucji, podejmowanych reform, jak i wyzwań społecznych. A przecież niemożliwa jest efektywna praktyka publiczna, której nie poprzedzają rzetelne diagnozy sytuacji, nie tylko odzwierciedlające stan rzeczy, ale zdolne opisać długofalowe skutki konkretnych działań lub zaniechań. Stąd cieszy, że powstają takie dokumenty jak przygotowany przez Instytut Spraw Publicznych raport „Poradnictwo Prawne i Obywatelskie w Polsce. Stan obecny i wizje przyszłości”. Stanowi on cenne źródło wiedzy o mało znanym i wcześniej słabo zbadanym fragmencie rzeczywistości.
Warto na wstępie omówić to, jak autorzy rozumieją terminy „poradnictwo prawne” i „poradnictwo obywatelskie” (PPiO). Samo poradnictwo dotyczy z reguły darmowego udzielania informacji i porad na temat rozwiązywania problemów związanych ze skomplikowaną i niejasną (także z powodu niskiej edukacji obywatelskiej) materią polskiego prawa i/lub relacjami z administracją publiczną. Termin „poradnictwo prawne” odnosi się do zagadnień związanych z treścią prawa, a niekiedy także z jego interpretacją. Z kolei „poradnictwo obywatelskie” obejmuje szerokie spektrum spraw dotyczących relacji między obywatelami a instytucjami administracji publicznej oraz innymi podmiotami posiadającymi osobowość prawną.
Podmiotami świadczącymi jedną lub obie formy poradnictwa są m.in. instytucje publiczne, uniwersyteckie poradnie prawne, organizacje pozarządowe, Kościoły i związki wyznaniowe. Przede wszystkim są to ośrodki pomocy społecznej (OPS) i powiatowe centra pomocy społecznej (PCPS). Następnie biura poselskie i senatorskie, związki zawodowe, Zakład Ubezpieczeń Społecznych, Państwowa Inspekcja Pracy, organizacje pozarządowe i społeczne, rzecznicy praw konsumentów, Kluby Federacji Konsumentów, Studenckie Poradnie Prawne, Biura Porad Obywatelskich. Łącznie liczba sięga 4417 jednostek. PPiO w dwóch trzecich wszystkich przypadków prowadzą instytucje publiczne. Większość wymienionych podmiotów publicznych rozpoczęło działalność jeszcze w latach 90., a niepubliczne – w następnej dekadzie. Porad udzielają w nich prawnicy i/lub osoby do tego przygotowane, choć nie posiadające wykształcenia prawniczego.
Badania i analizy na potrzeby omawianego raportu dotyczą trzech głównych kwestii: świadczeniodawców usług poradniczych, potencjalnych i rzeczywistych odbiorców pomocy oraz instytucjonalnego otoczenia poradnictwa. Badanie objęło usługodawców publicznych, niepublicznych oraz ekspertów. Obecnie poradnictwo prawne i obywatelskie „opiera się przede wszystkim na organizacjach pozarządowych (wśród których ważną rolę odgrywają Biura Porad Obywatelskich), Studenckich Poradniach Prawnych i instytucjach pomocy społecznej”. Świadczenie poradnictwa, jego zakres i skala zależą najczęściej od możliwości finansowych, organizacyjnych i kadrowych poszczególnych podmiotów.
Niedofinansowanie lub brak systemowego finansowania poszczególnych organizacji stanowią znaczną bolączkę, która w następstwie generuje wiele funkcjonalnych problemów w ramach tego obszaru działalności publicznej. Znamienne, że jednym ze źródeł finansowania tej działalności są środki unijne. Nierzadko tego typu usługi nie są głównym celem działań poszczególnych instytucji. Powoduje to, że nie dysponujemy dziś w skali kraju spójnym systemem PPiO, co w konsekwencji prowadzi choćby do braku oceny skuteczności i jakości świadczonych usług (do chlubnych wyjątków należy poradnictwo Zakładu Ubezpieczeń Społecznych) oraz rzadko występującej oceny długofalowej wartości udzielonych porad. Utrudnia to rozumienie i propagowanie tego typu działań.
Raport zwraca szczególną uwagę na bariery ograniczające rozwój bezpłatnej pomocy prawnej, czego efektem jest doraźność podejmowanych działań i nierzadko prowizorycznych charakter ich struktury organizacyjnej. Już tylko to w znacznym stopniu odzwierciedla specyfikę szerzej rozumianej polityki społecznej w III Rzeczpospolitej. Tymczasem, jak podkreślają autorzy, w wielu państwach poradnictwo prawne i obywatelskie jest jednym z ważniejszych instrumentów budowania oddolnej aktywności społecznej i wzmacniania podmiotowości obywateli. To z kolei prowadzi do zmniejszania obciążeń związanych ze wsparciem osób w trudnej sytuacji życiowej przez państwo i samorządy terytorialne. Wprost potwierdza to tezę, z której w Polsce na ogół nikt nie wyciąga poważnych konsekwencji, że profilaktyka społeczna, w każdym wymiarze, choć wiąże się z nakładami, zapobiega o wiele poważniejszym skutkom zaniedbań i zaniechań, za które długofalowo przychodzi płacić – także materialnie i zazwyczaj sporo. Równocześnie, jak czytamy w opracowaniu, „niska świadomość prawna i niskie kompetencje prawne w społeczeństwie polskim wynikają z dziedzictwa komunistycznego, w którym prawo pozostawało po prostu drugorzędnym instrumentem regulacji porządku społecznego. Jednocześnie istotnym zagrożeniem jest dystans, jaki zachowują w stosunku do poradnictwa prawnego przedstawiciele młodego pokolenia. Wynikać on może ze słabszego przygotowania do aktywności prawnej (co prowadzi do jej unikania), związanego ze spadającym poziomem osiągnięć edukacyjnych na wszystkich poziomach kształcenia”.
Doraźność jest znakiem charakterystycznym aktualnego stanu rzeczy, pogłębiającym deficyty życia obywatelskiego. Małe„zainteresowanie poradnictwem wynika przede wszystkim z niskiego poziomu świadomości prawnej Polaków oraz z niewielkiej oferty bezpłatnych usług poradniczych”. Tymczasem, zdaniem autorów, właśnie PPiO, także ze względu na swoją darmowość, może być znakomitym instrumentem walki z wykluczeniem społecznym, choćby poprzez elementarną edukację prawną i obywatelską. Warto zwrócić uwagę, że „większość Polaków (77%) w ostatnich pięciu latach nie odczuwała potrzeby korzystania z pomocy prawnej i z niej nie korzystała. Prawie co piąty obywatel taką potrzebę odczuwał i skorzystał z pomocy prawnej, a jedynie 4% Polaków, choć odczuwało potrzebę wsparcia, takiej sformalizowanej pomocy z różnych względów nie szukało”.
Spójrzmy na społeczny, a nie stricte prawny rys działalności PPiO. Ankietowani z reguły zwracają uwagę, że poradnictwo obywatelskie jest elementem socjalizacji, poprzez budowanie świadomości relacji obywatela i instytucji publicznych. Kształtowanie takich postaw jest wartością, która wykracza poza wskazywanie aspektów formalnych reguł prawnych, ukazuje bardziej podmiotowe czy wręcz ludzkie oblicze relacji jednostki/petenta/klienta z urzędnikami czy strukturami instytucjonalnymi: „bardziej odwołuje się do etyki, do zasad współżycia społecznego”. Instytucje zajmujące się PPiO, nawet przy obecnym wysokim poziomie doraźności, pełnią rolę nie do przecenienia. Starają się uzmysłowić obywatelom, że są równorzędnymi uczestnikami życia publicznego. Autorzy raportu podkreślają, że szczególnie widać to w takich aspektach poradnictwa jak zagadnienia związane z prawem pracy.
Jakie dziedziny najczęściej wskazywane są jako główny obszar działalności PPiO? Z badań wynika, że są to prawo rodzinne, kwestie związane ze świadczeniami pomocy społecznej, z pracą i bezrobociem, ubezpieczeniami zdrowotnymi i społecznymi oraz pokrewnymi, prawem spadkowym. Z kolei najrzadziej udzielana jest pomoc (co ściśle koreluje z niskim zapotrzebowaniem) w zakresie prawa karnego, konsumenckiego oraz praw uchodźców i cudzoziemców.
Ponieważ instytucjami w największym stopniu (pod względem ilościowym) zajmującymi się PPiO są ośrodki pomocy społecznej, warto zwrócić uwagę, kto w tym względzie jest ich najczęstszym klientem. Otóż są to kobiety, zwykle w wieku od 30 do 50 lat. Sugestia autorów raportu wskazuje, że mamy tu do czynienia z osobami silnie zagrożonymi wykluczeniem społecznym, o niskich dochodach, często z rodzin patologicznych (przemoc domowa, mąż osadzony w zakładzie karnym). Do ośrodków pomocy społecznej zwracają się także najczęściej o pomoc prawną i obywatelską osoby eksmitowane „lub zadłużone wskutek wzięcia lichwiarskiej pożyczki bądź nabycia towaru na raty (szczególnie osoby starsze, częściej w ten sposób oszukiwane)”. Zwraca uwagę, powtarzający się jak leitmotiv opracowania, niski stan świadomości prawnej i nieumiejętność postępowania w sytuacji zagrożenia trudną sytuacją prawno-administracyjną. Wychodząc poza samą literę raportu, można mówić wręcz o pewnego rodzaju lęku jako sytuacji społecznej, która towarzyszy ludziom wykluczonym lub zagrożonym wykluczeniem w zetknięciu z porządkiem instytucjonalnym/prawnym państwa i podmiotów rynkowych.
W przypadku większości instytucji publicznych PPiO ściśle wiąże się ze specyfiką ich działalności, stąd np. ośrodki pomocy społecznej udzielają tego typu wsparcia w mniejszej skali lub zakresie tematycznym niż „dedykowane” Biura Porad Obywatelskich. Z kolei w instytucjach niepublicznych głównym kryterium często okazuje się kwestia (braku) dofinansowania. Całościowo wpływa to nie tylko na jakość bezpośrednio świadczonej usługi, ale choćby na zdolność do jej ewaluacji przez placówki/instytucje: „jedynie połowa wszystkich instytucji obserwuje dalszy przebieg sprawy po udzielonej poradzie, a aż dwie trzecie ogółu instytucji nie sprawdza, w jakim stopniu udzielona porada przyczyniła się do rozwiązania problemu danej osoby. Instytucje, które sprawdzają skuteczność w rozwiązaniu problemu, robią to głównie poprzez rozmowy z klientami, ale również przez monitorowanie sprawy, kontrolę (wizytę) lub za pomocą ankiety. Niestety, jedynie 11% ogółu instytucji podejmuje takie działania, przy czym częściej deklarowały je instytucje niepubliczne”. W efekcie niedowład związany z tymi kwestiami skutkuje „w większości przypadków niezdolnością do oszacowania zakresu pracy, jaką wykonało określone biuro, a co za tym idzie, jednostkowych kosztów porady. Brak monitoringu i kontroli utrudnia badanie ich jakości. Brak ewaluacji wewnętrznej utrudnia oszacowanie efektywności, skuteczności i oddziaływania porad”.
Natomiast duża część respondentów pozytywnie ocenia skuteczność udzielonych im porad prawnych: „ponad trzy czwarte zadeklarowało, że ich problem(-y) udało się rozwiązać całkowicie (67%) lub częściowo (9%). Respondenci byli zadowoleni z otrzymania pomocy – 90% wyraziło zdecydowane lub umiarkowane zadowolenie”. Warto jednak zwrócić uwagę,iż niektórzy beneficjenci przyznają, że porady te nie dorównują jakością poradom świadczonym przez prawników odpłatnie. Przy czym pojawiały się postawy gotowości uiszczenia skromnej opłaty za uzyskaną pomoc.
Ważną kwestię stanowi także dostępność usług w skali kraju. Przeprowadzane badania wskazują, że instytucje poradnictwa pokrywają kraj stosunkowo gęstą siecią placówek, a w układzie wojewódzkim sieć PPiO jest rozwinięta proporcjonalnie do liczby ludności. Znaczny wpływ ma na to obecność podmiotów pomocy społecznej na poziomie gminy i powiatu (nie wszystkie jednak świadczą pomoc związaną z PPiO). W takim przypadku „ewentualne trudności w dotarciu do usług nie wynikają z dużych odległości, ale słabego skomunikowania niektórych peryferyjnie położonych obszarów oraz zróżnicowania zakresu i jakości świadczonych usług”.
Problemy finansowe, które stanowią fundamentalny problem dla instytucji zajmujących się PPiO, wpływają wprost na trudności lokalowe i materialne. Wsparcie udzielane jest najczęściej przez samorządy, ale zwykle bywa niewystarczające. Na przykład brak lokum wiąże się nie tylko z ograniczeniem czasowego zakresu udzielania porad, ale ma znaczenie także dla psychicznego komfortu beneficjentów: ich poczucia intymności, dyskrecji, bezpieczeństwa. Wpływa na to również brak stałych wpływów dla organizacji świadczących PPiO. Oznacza on niemożność ciągłej, instytucjonalnej platformy współpracy, m.in. ze względu na rotacyjność doradców prawnych. Charakterystyczna jest tu wypowiedź jednej z pracownic: „niestety, nie wiem, czy uda się nam przetrwać. […]Czekamy teraz na jakiś konkurs, w którym mogłybyśmy złożyć projekt na poradnictwo. Jeśli takowy będzie, to będziemy startować. […]Na razie do końca roku te pieniądze z miasta muszą nam wystarczyć. A co będzie dalej, nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Ciężko snuć jakieś dalekosiężne plany”.
Część bolączek wynika z trudności, które wiążą się ze słabościami państwa. Do takich należy zaliczyć nienajlepsze instytucjonalne powiązanie poradnictwa z wymiarem sprawiedliwości. Współpraca jest w tym przypadku pasywna (głównie za sprawą podmiotów sądowych), czyli sprowadza się do działań wymuszonych przez szczególne problemy beneficjentów, a cechuje je krótkotrwałość i prowizoryczność. Wśród pozostałych problemów autorzy raportu wymieniają słabą informację i popularyzację działalności poradniczej, co wiąże się z wykluczeniem prawnym, czyli np. nieświadomością obywateli co do istnienia takich placówek. Wreszcie, wśród minusów należy wymienić niewystarczające wsparcie merytoryczne i organizacyjne ze strony środowisk prawniczych. To najbardziej dotyka przedstawicieli uniwersyteckich poradni prawnych.
Skupmy się teraz na systemowych, pozytywnych stronach funkcjonowania PPiO. Wśród nich autorzy opracowania wskazują kadry. W 59 proc. przebadanych placówek porad udzielają osoby, które ukończyły studia prawnicze. Autorzy podkreślają także kompetencje i umiejętności interpersonalne oraz szerokie instytucjonalne know how pracowników socjalnych, przydatne szczególnie na gruncie poradnictwa obywatelskiego. Inną kwestią jest stosunkowo duża rozpoznawalność wśród potencjalnych beneficjentów tego typu placówek. Jednak, jak podkreślają badacze, wynika ona raczej z przepływu informacji na poziomie „poczty pantoflowej”, nie z promocyjnych wysiłków instytucji.
Polski model PPiO wykształcił się samoczynnie, bez strategii państwa. Okazuje się, że nawet w tej sytuacji zapewnia on komplementarność. Instytucje publiczne świadczą PPiO jako formę pomocy społecznej oraz jako informację. W określonych sytuacjach jednak, jak w przypadku PIP-u, jako interwencje na drodze administracyjno-prawnej.Z kolei „organizacje pozarządowe uzupełniają PPiO o oddziaływanie miękkie, czyli pracę z beneficjentem realizowaną w imię określonych wartości uniwersalnych, oraz o poradnictwo specjalistyczne, jak np. przypadki związane z przemocą domową, uzależnieniami itd.”.
Raport omawia też szanse i zagrożenia związane z funkcjonowaniem PPiO. Wśród tych pierwszych wymienia zainteresowanie obywateli korzystaniem z usług poradniczych, a także dostrzeganą potrzebę rozwoju takiej działalności przez instytucje niepubliczne i publiczne oraz zrozumienie potrzeby systemowych regulacji ze strony administracji rządowej. Interesującym symptomem jest fakt, że beneficjenci PPiO, dostrzegając zwyczajowe niedofinansowanie tego typu instytucji, traktują to jako element uwiarygadniający: postrzegają te organizacje „jako działające filantropijne, społecznie, obywatelsko, dobroczynnie”, co przyczynia się niekiedy do zmiany nastawienia z pasywnego na aktywny, współuczestniczący.Autorzy badania zaznaczają jednak wyraźnie, że „w żadnym wypadku nie jest to argument za ograniczonym finansowaniem poradnictwa”.
Ponadto wśród szans PPiO wymienione są rozwijające się standardy poradnictwa. „Określone kategorie biur, takie jak np. Biura Porad Obywatelskich czy Studenckie Poradnie Prawne, powołały federacje, w których ramach określone są standardy dla wszystkich biur danej kategorii. Istniejące w tym zakresie dobre praktyki mogą i powinny być podstawą standaryzacji poradnictwa dla szerszego modelu działania w przyszłości”. Rozwojowi PPiO sprzyjają równocześnie – choć ta kwestia może się wydać wielu nieoczywista – „popularne w polskim społeczeństwie postawy koncyliacyjne, których wyrazem jest dążenie w sytuacji konfliktu do obopólnej zgody, nawet kosztem częściowej rezygnacji ze swoich roszczeń”. Stąd autorzy raportu uważają, że przedsądowa pomoc prawna, obejmująca mediację i arbitraż, odpowiednio wspierana i promowana także przez sam wymiar sprawiedliwości, może stać się w przyszłości ważnym obszarem działania instytucji tego typu.
Jednak niestety istnieją również poważne zagrożenia dla rozwoju poradnictwa. Jako pierwsze wskazać należy brak spójnej polityki państwa oraz wspomnianą już niestabilność ich finansowania. Problematyczny jest także brak klarownych podstaw prawnych, co powoduje kłopoty w relacjach z komercyjnym rynkiem usług prawniczych i wymiarem sprawiedliwości. Tym bardziej, że grozi nam dalszy wzrost złożoności materii prawa, co opłaca się w komercyjnym poradnictwie, ale stanowi zdecydowane utrudnienie dla PPiO: wymagać on będzie bowiem większego nakładu pracy i rosnących kompetencji ze strony usługodawców.
Powyższa możliwość ściśle wiąże się z rotacyjnością doradców. W tym względzie problem dotyczy przede wszystkim odpływu wykwalifikowanych kadr, co zawsze jest dużą stratą dla poszczególnych jednostek PPiO i niekiedy wymusza konieczność pozyskania zaufania usługobiorców od nowa. Duże zapotrzebowanie na pomoc prawną to znaczna szansa na komercyjny zarobek dla nieuczciwych usługodawców, czyli osób świadczących pomoc, ale nieprzygotowanych do tego i nieponoszących odpowiedzialności za jakość swoich usług. Zdaniem autorów raportu„zagrożenie to ma charakter bezpośredni w postaci odpływu beneficjentów oraz pośredni w postaci efektu negatywnego uogólnienia”.
Część wciąż aktualnych czynników negatywnych wynika nie tyle z przyczyn ekonomicznych czy systemowych, ale raczej z wysokich kosztów psychologicznych podejmowania działań prawnych. Są to m.in. wstyd i obawa przed wyciąganiem na światło dzienne np. trudnych spraw rodzinnych. Problemem jest też to, że czasem sięganie po tego typu poradnictwo, szczególnie obywatelskie, nie ma na celu efektywnego rozwiązywania problemów, ale prowadzenie sporów sąsiedzkich czy rodzinnych: „instrumentalne wykorzystywanie poradnictwa prawnego przez beneficjentów oddala je od wartości przyświecających poradnictwu obywatelskiemu i jego misji dydaktycznej, którą to drugie poradnictwo ma ze sobą nieść”.
W ostatniej części raportu jego twórcy przedstawiają rekomendacje dotyczące rozwoju PPiO. Przede wszystkim postulują stworzenie powszechnego dostępu do tego rodzaju usługi (na gruncie informacji, porady prawnej i obywatelskiej), co umożliwiłoby wypełnienie niedoborów świadomości, wiedzy i potrzeb na gruncie prawnym i obywatelskim, zapobiegając powstawaniu problemów związanych z prawem i/lub pomagając je rozwiązywać. Rozwiązania powinny zmierzać do opracowania podstawowych elementów funkcjonowania PPiO, jednolitych dla wszystkich obywateli. Dotyczy to m.in. określenia specyfiki instytucji, ich struktury oraz obszaru odpowiedzialności poszczególnych uczestników systemu, a także zakresu i kryteriów dostępu do usług. Zadaniem systemu byłoby integrowanie wielorakich typów i form świadczenia usług, dziś rozproszonych i podzielonych. Pozwoliłoby to uporządkować obecną sytuację, zapewnić stałe finansowanie działalności, zwłaszcza usługodawców niepublicznych: „zagwarantowanie stałego wsparcia finansowego jest warunkiem niezbędnym do osiągnięcia ciągłości, trwałości i wysokiej jakości usług poradniczych”.
Pośród innych rekomendowanych działań wskazano konieczność określenia, kto powinien mieć prawo do bezpłatnego korzystania z PPiO.„Z jednej strony – piszą autorzy raportu – biorąc pod uwagę względy sprawiedliwości społecznej i równość wszystkich obywateli wobec prawa, prawo do korzystania z PPiO powinien mieć każdy obywatel. Z drugiej strony, względy praktyczne, w szczególności finansowe, skłaniają ku stwierdzeniu, że poradnictwo powinno być bezpłatnie dostępne dla tych osób, które nie są w stanie – z różnych powodów – skorzystać z pomocy odpłatnej”. W tej sytuacji należałoby ich zdaniem zapewnić wszystkim obywatelom bezpłatny dostęp do informacji prawnej, przy równoczesnym ograniczeniu korzystania z porad i innych usług dodatkowych do określonych grup osób.
Stąd propozycje trzech rodzajów wyróżnienia: (1) kryteria sytuacji materialnej osoby i (lub) jej rodziny zgłaszającej się po pomoc (np. określony pułap dochodów); (2) kryteria wykluczenia społecznego (znajdowanie się w trudnej sytuacji życiowej związanej np. z niepełnosprawnością, bezrobociem, bezdomnością, itp.); (3) kryteria związane z rodzajem sprawy (katalog rodzajów spraw, w których udzielana jest pomoc bezpłatna, z reguły odpowiadający największemu zapotrzebowaniu społecznemu).
Ostatecznie celem PPiO w większym niż obecnie stopniu winna być rola prewencyjna, a zatem zapobieganie powstawaniu lub zaostrzaniu się problemów związanych ze stosowaniem prawa. W obecnych realiach nacisk położony jest na porady, a nie na informacje uświadamiające różne problemy, np. skutki zaciągnięcia lichwiarskiego kredytu. Konkluzja autorów jest prosta: „możliwość uzyskania w odpowiednim czasie kompetentnej informacji prawnej może zapobiegać indywidualnym problemom obywateli. Funkcję prewencyjną PPiO można wzmocnić, uwzględniając ten efekt pracy PPiO jako zamierzony i obligatoryjny dla wszystkich usługodawców”.Twórcy raportu nie poprzestają na tej kwestii. Zwracają uwagę, że już dziś potrzebujemy poszerzenia, wzmocnienia i podniesienia jakości edukacji prawnej i obywatelskiej na gruncie szkolnictwa. To jednak, można dodać z sarkazmem, wiązałoby się z przewartościowaniem całego systemu edukacji, który znów musiałby uczyć myślenia, nie zaś reprodukowania odgórnie narzuconych wzorców postaw i opinii.
Ostateczny wniosek z raportu jest tyle oczywisty, co obrazoburczy dla miłośników utowarowienia całej rzeczywistości społeczno-gospodarczej:„korzystanie z przyszłego systemu PPiO powinno być bezpłatne”. Za bezpłatnością systemu przemawia niska jakość polskiego prawa („skomplikowane, rozległe, często zmieniające się, niezrozumiałe”), a także niska świadomość prawna obywateli.
Sprawnie działający system PPiO powinien łączyć w sobie organizacje publiczne i niepubliczne w trosce o dobro obywateli. Zintegrowane, przejrzyście funkcjonujące, partnerskie instytucje byłyby o wiele bardziej efektywne. Jest to kwestia z pozoru oczywista, ale w gruncie rzeczy stawia mocno pytanie o jakość życia publicznego w Polsce i wzajemne odniesienie „państwa administracji” i społeczeństwa obywatelskiego. Prawidłowo funkcjonujące PPiO mogłoby być punktem odniesienia dla wielu instytucji publicznych i pozarządowych. Przecież takie bolączki jak doraźność, uzależnienie od grantów, brak przejrzystych reguł współpracy kładą się dziś niezaprzeczalnie cieniem nad państwem i zdecydowanie utrudniają zwykłym obywatelom odnalezienie się w polskiej rzeczywistości, a wręcz wypychają ich na jej margines. Szansa na dobrze zorganizowaną przestrzeń poradnictwa byłaby zatem szansą dla społeczeństwa, najważniejszego, a tak często zapomnianego aktora życia publicznego.
Krzysztof Wołodźko
„Poradnictwo Prawne i Obywatelskie w Polsce. Stan obecny i wizje przyszłości”, red. Arkadiusz Peisert, Tomasz Schimanek, Marcin Waszak, Agata Winiarska, Instytut Spraw Publicznych, Warszawa 2013.
Raport jest dostępny w Sieci.
przez Krzysztof Mroczkowski | piątek 6 września 2013 | opinie
Ulice Warszawy wkrótce zapełnią się protestującymi związkowcami, wyrażającymi oburzenie wobec najnowszych zmian w prawie pracy. Oczywiście są to zmiany pogarszające pozycję zatrudnionych. Stanowisko związków jest zrozumiałe: mimo czarnej propagandy, przedstawiającej je jako szkodliwe, takie organizacje na całym świecie mają obowiązek bronić interesów pracowników najemnych. Warto się jednak przyjrzeć także argumentom oponentów (głównie pracodawców), twierdzących, że to sztywny czas pracy i przywileje związkowe stworzyły dużą część problemów z konkurencyjnością niektórych państw „starej” Europy. Jak jest naprawdę?
W niektórych krajach (np. Hiszpanii) prawne uregulowania zatrudnienia rzeczywiście były dość restrykcyjne, mocno chroniąc już zatrudnionych, przy równoczesnym przyzwoleniu na narastanie problemu bezrobocia. Jednak bliższe przyjrzenie się sprawie wskazuje, że myli się symptom ze źródłem problemu, bezrefleksyjnie promując uelastycznienie prawa pracy jako remedium. W istocie problem bezrobocia, praktycznie nie występujący w powojennym złotym ćwierćwieczu Europy, był efektem zadyszki konkurencyjnej, w którą zaczęły wpadać niektóre kraje w ostatnich dekadach ubiegłego wieku. Owa zadyszka z kolei jest w dużej mierze efektem wycofania się tych państw z dokonywania przemian strukturalnych, choćby w tak pośredni sposób jak poprzez wydatki badawczo-rozwojowe. Do tego dołączyło zjawisko globalizacji i wolnego handlu, wprowadzającego element presji „równania w dół” w kwestii kosztów pracy, często dokonując dużych strat w ważnych, lecz nie wytrzymujących światowej konkurencji sektorach gospodarek. To osuwanie się pozycji konkurencyjnej było (jak w Hiszpanii) często osładzane stabilnymi warunkami zatrudnienia.
Wielu zwolenników dalszej liberalizacji prawa pracy stwierdziłoby, że niezależnie od tego, co jest przyczyną, a co symptomem, w dzisiejszych warunkach uelastycznienie wpłynęłoby korzystnie na gospodarkę. Jednym z argumentów na poparcie tej tezy ma być rzekomo pozytywny wpływ deregulacji na zatrudnienie. Poparty jest on mocą wykresu popytu, podaży i płacy minimalnej, gdzie płaca minimalna (lub inne regulacje) niepotrzebnie skazuje część chcących pracować na gorszych warunkach na brak zatrudnienia. Ten prosty argument nie ma jednak oparcia w faktach, co zostało wykazane na ogromnej liczbie analiz (jeden z przykładów tutaj). Okazuje się, iż podwyżka płac nie ma statystycznie istotnego wpływu na poziom zatrudnienia.
Skoro jednak podwyżki płac nie mają wpływu na zatrudnienie, to czy nie jest tak, że ich efektem jest wyłącznie wyższa inflacja? A może faktycznie presja na obniżenie kosztów płacowych jest w dłuższej perspektywie finansowo korzystna? Nasze krajowe warunki dają pewne wskazówki co do odpowiedzi.
W Polsce zmagamy się z problemem bardzo dużej luki popytowej. To oznacza, że spora część różnicy między potencjalnym a rzeczywistym PKB wynika z braku efektywnego popytu. Upraszczając: dobra wiadomość jest taka, iż wzrost gospodarczy i poziom zatrudnienia w naszym kraju mogłyby się bardzo odczuwalnie polepszyć nawet bez czasochłonnych strukturalnych inwestycji technologicznych (chociaż to one w długim okresie są głównym motorem rozwoju). Niewykorzystanie dostępnego potencjału wytwórczego jest wynikiem słabej siły nabywczej, której znaczącą częścią składową jest kulejąca konsumpcja prywatna. Płytkie kieszenie Polaków oznaczają niską aktywność gospodarczą. Obniżanie kosztów płacowych w skali makro będzie więc wpływać niekorzystnie w mikroskali warzywniaka, punktu kserograficznego czy zakładu fryzjerskiego. Jak to ujął szef „Solidarności”: „Kto będzie kupował te wasze towary?”.
Tu dochodzimy do sedna sprawy, czyli źródła rozumowania i oczekiwań niektórych organizacji przedsiębiorców. Dla większości przedsiębiorców jakiekolwiek pozytywne efekty elastyczności zatrudnienia oraz obniżki płac będą przeciwważone utratą siły nabywczej w gospodarce. Jednak część ekspertów liczy mimo to na sukces. Czyj sukces? Przede wszystkim eksporterów i spółek o dużych powiązaniach transgranicznych. Warto pamiętać, że eksport jest rzeczywiście bardzo istotny. Na pierwszy rzut oka wydaje się, iż firmy eksportujące to maleńki ułamek wszystkich polskich przedsiębiorstw. Jednak ich udział w krajowej gospodarce jest dość duży i ważny, są to bowiem często najbardziej konkurencyjne, najwydajniejsze jej części. Czy można zatem wzbogacić kraj w długim okresie czasu kosztem wyrzeczeń w standardzie życia? Ci, którzy są do tego przekonani, często powołują się na przykład Niemiec.
Choć w niemieckim przypadku zachwala się pozytywny wpływ zmniejszenia kosztów płacowych (będących spuścizną rządów G. Schrödera), to warto wyciągnąć z tego przykładu kilka nauk. Po pierwsze niemiecka gospodarka należy do, powiedzielibyśmy, innej kategorii wagowej. Jej siła nie opiera się na niskich kosztach pracy (Polska ma je niższe), ale na wciąż silnej przedneoliberalnej tradycji bazowania na nowoczesnej wytwórczości przemysłowej. Po drugie Niemcy korzystają na gigantycznych nierównościach płatniczych w strefie euro, gdzie wspólna waluta bardzo utrudniła odzyskanie konkurencyjności krajom Południa.
Zyski niemieckich gigantów przekładają się na olbrzymie rezerwy, które nie są (poprzez płace) wykorzystywane do wzmocnienia konsumpcji wewnętrznej. Siłą rzeczy te rezerwy znajdują ujście w niemieckich papierach dłużnych (tzw. bundach). Niektóre aukcje bundów kończyły się ich sprzedażą po ujemnej stopie procentowej: kupujący obligacje życzą sobie oddania im po kilku latach mniejszej sumy niż ta, którą wydali na posiadanie bezpiecznych papierów dłużnych. To pokazuje, iż powinny istnieć pewne granice antyzadłużeniowej histerii, której niestety poddają się również Niemcy. Po ewentualnym wygraniu wyborów w tym miesiącu kanclerz Merkel zapowiada starania o ograniczenie deficytu do zera przy podtrzymaniu polityki depresji płac. To może zwiastować kłopoty nie tylko dla Niemiec, ale także dla Polski, wciąż bardzo zależnej od zachodniego partnera.
Jakkolwiek wspieranie eksportu jest potrzebne, to powinno się ono odbywać przy użyciu nieistniejącego w naszym kraju, a bardzo potrzebnego banku eksportowego, nie zaś poprzez redukcję kosztów płac. W tym momencie z dużym prawdopodobieństwem można przewidzieć, iż skutki decyzji antypracowniczych będą gospodarczo negatywne. Jakiekolwiek ewentualne zdobycze konkurencyjne będą odbywały się kosztem nie tylko popytu wewnętrznego, lecz także długoterminowego pogorszenia potencjału ludzkiego w kraju (emigracja). Historyczna zmiana stosunków społecznych, na czele ze zniesieniem 8-godzinnego dnia pracy, odbywa się zatem nawet bez dobrej wymówki.
Zniesienie praw przysługujących pracownikom od stulecia może przyprawić o ból głowy i atak pesymizmu. Pamiętajmy jednak, że żyjemy w czasach wielkiego kryzysowego przyspieszenia, gdy zmiany, które normalnie potrzebują dekady lub więcej, dokonują się w ciągu kilku lat. To samo najprawdopodobniej będzie czekać dogmat obniżania płacowych kosztów pracy. Po kilku dekadach leseferystycznego naporu ten – i wiele innych – neoliberalny pogląd sforsował bramy i zatyka flagi na kolejnych elementach ładu instytucjonalnego w Europie. Możliwe stały się dickensowska dyscyplina finansowa oraz prywatyzacja wielu usług publicznych, tak samo jak możliwe stały się antypracownicze przepisy w kwestii zatrudnienia.
Jednocześnie jednak napiera wraz z kryzysem kolejna fala, znosząca jedno po drugim dopiero co okrzepłe neoliberalne tabu. Dzieje się tak również w naszym kraju, gdzie jeszcze niedawno wołanie o zmianę nierozsądnej ustawy o finansach publicznych było głosem na pustyni, podobnie jak apele o powołanie państwowej korporacji inwestycyjnej. Kilka tygodni temu pierwsze szczeliny pojawiły się w kolejnym fundamencie ortodoksji, gdy prezes NBP zapowiedział możliwość ewentualnego skupu państwowych obligacji. Teoretycznie zabronione jest finansowanie deficytu przez bank centralny, lecz zakup obligacji pod oficjalnym pretekstem stabilizacji rynku mógłby „przejść”. Chyba największą zdobyczą kryzysu może stać się przekonanie o tym, że państwo nie musi być ani minimalne, ani omnipotentne, lecz może być bardzo użyteczne we wspieraniu rozwoju.
W szeroko komentowanej ostatnio książce „The Entrepreneurial State” Mariana Mazzucato podaje wiele przykładów obrazujących, jak dużo zawdzięczamy inteligentnemu, nieinwazyjnemu wsparciu państwa dla procesów gospodarczych w sektorze prywatnym. Przykładem uzyskiwania korzyści z tej pomocy jest firma Apple. Internet i GPS stały się możliwe dzięki programom obronnym w USA, podobnie jak komendy głosowe, podczas gdy wspierane przez państwo instytucje naukowe stworzyły język HTML i ekrany dotykowe. I chociaż smartfony i komputery nie mają na sobie państwowego godła, a zarabiają na nich prywatni przedsiębiorcy, to korzyści odnosi całe społeczeństwo – co jest wystarczającym powodem dla państwowej aktywności. Wydaje się, iż czas, kiedy zostanie to zrozumiane, jest bliski – tak jak koniec neoliberalizmu.
A zatem jest szansa, aby wyjść z doświadczenia kryzysowego w lepszym stanie. Antypracownicze zmiany mogą być odwrócone, gdyż presja na rządy będzie rosła w miarę, jak nieudana polityka „zwijania państw” będzie zbierała w Europie zasłużone cięgi. Niezgoda społeczeństw na smutny „koniec historii” i szkody wyrządzone przez kryzys musi się w końcu przełożyć na polityczną i gospodarczą zmianę.
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 28 sierpnia 2013 | opinie
Do informacji powracających każdego lata, w rodzaju „potwór z Loch Ness”, dziennikarze zaliczyli awantury o dopuszczalność uboju rytualnego. Wszyscy już na ten temat pisali z każdej możliwej strony, więc nie ma sensu powtarzać.
Ale, jak zawsze, pojawiły się dylematy: empatia dla ludzi czy empatia dla zwierząt, rozwój gospodarczy czy ochrona środowiska. To wdzięczny temat dla prawicowych publicystów i polityków, ponieważ daje okazję, aby zdecydowanie odciąć się od wszelkiego lewactwa, czyli żabek, piesków, kwiatków, i twardo stanąć po stronie ludzi i gospodarki. Popularny publicysta katolicki Tomasz Terlikowski sugerował, że kto współczuje krowom, ten akceptuje eutanazję ludzi. Mieliśmy zatem pełny kanon tradycyjnych wartości prawicy. A na koniec skuteczność polityczna. PSL zagroził Kaczyńskiemu, że utraci głosy wsi.
Spór o ubój rytualny jest klasycznym przykładem obrony interesów wąskich grup biznesowych, które dla zysku dowolnie i bez skrupułów żonglują faktami, wartościami i emocjami. Nie pochodzę ze wsi, ale w ciężkich czasach ludzie w mieście kupowali u chłopa świnię. Nie pamiętam, aby ktokolwiek mówił, że jakiś rzeźnik zabijał zwierzę bez skutecznego ogłuszenia. O jakich chłopach mówi PSL? Gdzie i kiedy polscy rolnicy zabijali wierzgające zwierzęta?
Rodzice tłumaczyli mi, że jeśli lubię jeść mięso, muszę pogodzić się z zabijaniem zwierząt, ale bez cierpienia i stresu. Panowała opinia, że mięso zwierząt hodowanych w złych warunkach i zestresowanych jest mniej smaczne. Żywienie naszego wilka kartoflami z odrobiną omasty wynikało z biedy, nie z zasad ekologii. Biedny pies próbował polować na barany, ale wściekli górale gonili nas z kłonicami. Psu zawsze udawało się umknąć z pola widzenia. Wegetarianizm nie jest dobrym sposobem na rozwiązanie problemu cierpień zwierząt.
Powoływanie się na wartości chrześcijańskie uważam za nadużycie. Okrucieństwo wobec zwierząt nie przekłada się na miłość do ludzi i do Boga, pana wszelkiego stworzenia. Kto nie ma serca dla zwierząt, nie ma go też dla ludzi. Bywa i tak, że człowiek samotny, wykluczony i poraniony traci zaufanie do ludzi i szuka przyjaciół wśród zwierząt. Nie jest to powód, aby się z niego naigrywać i go potępiać.
Pytanie, czy bardziej kochacie ludzi czy żabki, nie ma żadnego sensu. Porównywać można wielkości mierzalne, np. wyniki sportowe, wyniki głosowania, ilość zgromadzonych pieniędzy. Teraz rankingi wkroczyły we wszystkie dziedziny życia, ponieważ są wygodne dla urzędników, biznesmenów i ideologów. Przeciwnicy demokracji, zwolennicy neoliberalizmu, a także konserwatyści tęskniący do społeczeństwa klasowego chcieliby cały świat, wszystkich ludzi, państwa i narody, idee i poglądy ułożyć według wartościującej hierarchii. Tak łatwiej ludźmi manipulować i bezpieczniej można ich wyzyskiwać.
Panuje moda na ogłaszanie najważniejszej dla Polski sprawy, taki marketing polityczny skierowany do wyborców, dla których tekst na Twitterze jest już za długi. Hasło „wolne konopie” przyniosło sukces Palikotowi. Ale przeważnie redukowanie poglądów do jednego lub kilku haseł ma jeszcze ukryty cel ideologiczny lub polityczny.
Prymas Glemp chciał oszczędzić władzy i zbuntowanemu społeczeństwu zbędnej jego zdaniem walki, więc od pierwszych chwil po wprowadzeniu stanu wojennego powtarzał „życie jest najważniejsze”. Nie jest to prawda, choć brzmi przekonująco. Nie szukając daleko, są jeszcze Bóg, Honor, Ojczyzna. Nie można z tradycji Kościoła wykreślić świętych męczenników, ale udało się osłabić kult księdza Jerzego Popiełuszki, jako zbyt zaangażowanego politycznie.
Najważniejsza jest modlitwa – mówią katolicy, którzy nie chcą uczestniczyć w marszach 10. dnia każdego miesiąca, ponieważ mają one charakter polityczny. Nie ma powodu, aby temu zaprzeczać.
Teraz ze wszystkich stron słyszę, że najważniejsza jest rodzina. Jeśli rodzina będzie silna, kochająca się i wielodzietna, naród będzie rozwijał się pomyślnie. Anglicy taki zabieg propagandowy nazywają stawianiem wozu przed koniem. Jeśli społeczeństwo będzie słabe, zatomizowane, a państwo źle rządzone, rodzina nie ma większych szans. Żadne apele nie pomogą. Hasło „rodzina jest najważniejsza” nie kojarzy mi się dobrze. Przez cały okres komuny aż do teraz słyszę: „ja nie mogę się narażać, ja mam żonę i dzieci”.
Byliśmy niedawno w Czarnogórze i Albanii. Komunistom udało się dość skutecznie osłabić wszystkie religie, również islam, który teraz odbudowuje się dzięki wsparciu z zewnątrz. Natomiast tradycja zemsty rodowej przetrwała niemal nienaruszona. Więzi rodzinne, plemienne są pierwotne i trudno je wykorzenić. Rodzina to również nepotyzm, także mafia, np. sycylijska Cosa Nostra. W Polsce mafię utworzyły służby specjalne, pewnie to też rodzaj rodziny, w każdym razie prawo zemsty za zdradę działa tu bez przeszkód.
Natomiast niepokoi mnie, kiedy ludzie mówią, że rodzice kochający swoje dzieci zapewnią im wykształcenie, opiekę lekarską, wychowanie sportowe, wypoczynek, może jeszcze kupią mieszkanie. Rodzina zaopiekuje się seniorami, którym nie są potrzebne żadne emerytury. Wszystkie te funkcje rodzina spełni lepiej niż państwo – zapewniają moi rozmówcy – pod warunkiem, że państwo nie będzie grabić rodzin podatkami i zmuszać do ubezpieczeń. „To niesprawiedliwe, że muszę płacić wyższe podatki, żeby ktoś mógł posłać swoje dzieci na studia”.
Państwo opiekuńcze i prawa pracownicze atakowane są ze wszystkich stron, choć już niewiele praw i zasad wywalczonych ciężką i długą walką pozostało. Najgroźniejsze dla neoliberalnego porządku świata słowo „solidarność” zmieniło sens. Dla solidarności z Ameryką wzięliśmy udział w wojnach w Iraku i Afganistanie. Dla solidarności ze strefą euro ponosimy straty. Dla solidarnego wspierania światowego systemu finansowego rekompensujemy straty banków.
Dopiero teraz jest w pełni widoczne, jak niebezpieczna dla friedmanizmu była pierwsza „Solidarność”.