Rewolucja wyobraźni, rewolucja ignorancji

Rewolucja wyobraźni, rewolucja ignorancji

Gdy myślę o kryzysie opinii publicznej w Polsce, przychodzi mi do głowy m.in. taki istotny element. To „lewicowość gimbusów” i „liberalizm kuców”, czy ściślej – ich źródła. Otóż za negatywne zmiany wyobraźni społecznej – której płaszczyznami są nasz język, symbole i kody kulturowe, etyka oparta na współczuciu i zdolność do pogłębionej, bezinteresownej refleksji nad rzeczywistością – odpowiada także system edukacji. Owszem, utylitaryzm życia w świecie dążącym do hegemonii i apoteozy urynkowienia również nie jest bez znaczenia, jest jego tłem albo naczelną relacją. Ale gdy w publicznej, niedofinansowanej i zbiurokratyzowanej szkole umierają pospołu poezja i matematyka – bądźcie pewni, że totalizm spłaszczonych myśli i opinii oraz jego reprezentanci czyhają za progiem także na was. Jakie ów totalizm przybiera barwy, właściwe dla różnych grup społecznych i subkultur ideowych – to już nieco inna kwestia. Ale jednako obawiam się tych, którzy nie są w stanie dostrzec majestatu i delikatności fraz: „Stabat mater Dolorosa / iuxta crucem lacrimósa, / dum pendébat Fílius”, bo wszędzie widzą księży-pedofili, jak i tych, co wyzywają innych od komuchów, bo „arcypolskość” zbudowali na banałach o Polaku-katoliku, Polaku-neokonserwatyście czy Polaku-narodowcu jako wzorcu patriotyzmu i probierzu polskości.

Celowo użyłem powyżej określenia „kryzys opinii publicznej”, które jest szersze niźli „kryzys prasy/mediów”. Często dostrzegamy najpierw drobiazgi. Coraz bardziej fatalny jest język informacji, co pokazują choćby internetowe „nagłówki nie do ogarnięcia”. Podam tylko jeden przykład, na czasie, znaleziony w „Życiu Warszawy”: „Policja pobiła Wiplera, czy to on został pobity?”. Dodajmy do tego teksty, których nierzadko już się w redakcjach nie poprawia albo robi to pobieżnie, bo czekają setki innych zajęć, czasem coraz gorzej płatnych. Książki, także naukowe, również podręczniki, okraszone są coraz większą ilością błędów: od gramatycznych do merytorycznych przez stylistyczne. Wydaje się, że wydawcy i redakcje dochodzą do przekonania, że i tak tego nie spostrzeże czytelnik-komentator, który ledwo już zna poprawnie język ojczysty. Odbiorca, którego w dodatku w szkole wyuczyli czytać nie tyle ze zrozumieniem, co wedle narzuconych kluczy, niezbędnych do prawidłowego zdania matury. Tak hoduje się dzieci systemu.

Dodajmy do tego jeszcze bełkot i fałsz, prymitywizm codzienny, który ludzie – niezależnie od deklarowanych poglądów – chętnie sami finansują. I cóż, płacą za kolonizację własnych myśli więcej niż konsumenci w krajach Zachodu. A ich pieniądze i tak wędrują na ogół za granicę. Zabawię się słowami: kolonizacja naszych myśli to (neo)kolonialny majstersztyk. Właściciele stacji telewizyjnych jako punkt umowy powinni przedstawiać zapis: Szanowni Państwo – płacicie nam za to, że czynimy was głupszymi i bardziej uległymi wobec naszej wizji świata. I bardzo się cieszymy, że tak już pewnie zostanie, ku pożytkowi naszych udziałowców. Dziękujemy, że czas, który moglibyście Państwo poświęcić drugiemu człowiekowi, własnym myślom i uczuciom, inwestujecie w naszą działalność – wspieranie i umacnianie mentalnego niewolnictwa.

To dopiero początek kłopotów. Kiedyś sądziłem – to dość rozpowszechniony pogląd – że głównie nowe instrumenty medialnej komunikacji są odpowiedzialne za tę trywializację, pogłębianie się tendencji post-politycznych,  zanikanie kultury wyższej w przestrzeni publicznej. Ale rzecz przede wszystkim w nowej obyczajowości, bezkulturze, które wynikają także z demontażu edukacji. Bo nawet jeśli prawdą jest, że środki przekazu oferują towar coraz gorszej jakości, to problemem jest znaczny niedobór „kulturowych przeciwciał” w przestrzeni publicznej. Jeśli ludzie są od dziecka uczeni myślenia o świecie jak psy Pawłowa, na zasadzie reakcji na wdrukowane skojarzenia, narzucane stereotypy, to musi to prowadzić do coraz dalej idącego konformizmu myśli, przystosowania do popularnych wzorców. Powtórzę – jeśli pośród szkolnych murów giną poezja i matematyka, to bądźcie pewni, że znacząco osłabnie duch i ruch oporu wobec telewizyjnych obrazów i gadających głów. Co zostanie? Dyktatura symbolicznej przemocy, przyzwolenie na hegemonię każdego prymitywizmu – byle to był „nasz” prymitywizm.

To zjawisko świetnie koreluje z innym, czyli zgodą na czarno-biały obraz świata. To świat kieszonkowych, ponurych inkwizytorów i funkcjonariuszy myśli. Takimi wychodzą już ze szkoły, oduczani subtelności, wyrafinowania, humoru innego niż ten, który posiłkuje się dołączonym opisem: „śmiech/aplauz”. Świat musi być prosty, musi być łatwo wytłumaczalny, nic nie może wyrastać poza granice ideologicznie wyznaczonego „dobra” i „zła”. Nic i nikt nie może się wymykać poza horyzont spłaszczonych znaczeń, definicji otoczonych ideologicznymi zasiekami, strażniczymi wieżyczkami zbudowanymi ze słów.

A dodajmy do tego zmęczenie i konieczność przystosowania się do coraz mniej przyjaznej rzeczywistości, które dyktują milionom ludzi warunki egzystencji. Jednomyślność w bezmyślności jest jedną z ostatnich desek ratunku przed samotnością w tłumie. Daje jeszcze jakąś identyfikację z odpowiednio szeroką grupą współwyznawców tej lub innej bezmyśli. Pytacie, dlaczego w Polsce nie ma ruchu masowych protestów? Bo wielkie zwierzę społeczne nie chce żadnej rewolucji – chce odpoczynku, także od wyobraźni, która wiele kosztuje. Chce wytchnienia po godzinach, dniach, miesiącach, latach i dekadach zaciskania pięści, ust, a coraz częściej także pasa. Chce, żeby dać mu święty spokój. A przecież każdy bunt zaczyna się gdzieś między snem, marzeniem i wizją.

Gdy pastor King zawołał: I have a Dream!, to ukazywał świat zrodzony z niezgody, która obudziła się w jego sumieniu i wyobraźni. A jakie są nasze sny? Nie pamiętamy – jesteśmy zmęczeni. A jeśli pamiętamy, brak nam języka, w jaki je ująć – bo umierają słowa i symbole, którymi można było opowiadać sny. Bo znikają pomosty między marzeniem a rzeczywistością, skoro pospołu umierają poezja i logika. W kraju smutnych helotów ład społeczny wymaga podtrzymywania braku wyobraźni i podsycania deficytu wyobrażeń. A jeśli dziś podnoszą się głosy, że współczesna kultura jest nihilistyczna, to już trudniej spostrzec niektórym, że nie stoi za tym spisek gejów i feministek, lecz logika wielkich kapitalistycznych, transnarodowych koncernów medialnych, zarabiających na zapychaniu ludzkich głów coraz bardziej miałkim przekazem. Wystarczy przejrzeć program telewizyjny, by spostrzec, kto i jak faktycznie formuje współczesnego człowieka.

Oczywiście, wiele procesów nakłada się na siebie. To, co postrzegamy zmysłami – od głupoty zdań do brzydoty przestrzeni – to już tylko nieustanny jazgot sprzężeń zwrotnych. Upadek systemu edukacji wiąże się przecież z biernością społeczną wobec klasy politycznej, z triumfalizmem dużej części prawicy w momencie, gdy do władzy doszła AW„S”. Wprowadzono wówczas wielkie „reformy”, których fiasko po nieledwie kilkunastu latach oglądamy na własne oczy. Kolejnym problemem jest fundamentalna słabość i dziedzictwo postkomunistycznej lewicy, która stanowi część oligarchicznego porządku III RP, nie dawała zatem nigdy żadnej godnej zaufania alternatywy dla politycznej reprezentacji warstw posiadających. To wszystko wiąże się z kolei z uwarunkowaniami transformacji, z zakorzenianiem się nowych kalek ideologicznych jeszcze w latach 80., z przejściem od gospodarki planowego niedoboru do gospodarki hiperkonsumpcji, w której jednak praca i płaca okazują się towarem coraz bardziej deficytowym.

Wrócę jeszcze do kwestii wyobraźni społecznej, jej powolnego konania. Robocza teza brzmi następująco – w życiu publicznym mamy do czynienia z dwoma radykalizmami. Ten pierwszy jest radykalizmem wyobraźni, ma charakter afirmatywny. Drugi jest radykalizmem ignorancji, strachu i uprzedzeń. Opiera się na nihilizmie i negacji, niezdolnych poruszyć z posad bryłę świata – służy raczej wzmocnieniu najgorszych jego cech, łącznie ze zniewoleniem i przyzwoleniem na niesprawiedliwość. Jest resentymentem. W rzeczywistości społecznej, biorąc pod uwagę rozliczne jej uwarunkowania, te dwa radykalizmy nigdy nie występują w sposób absolutnie rozłączny. W przypadku społecznego dążenia do zmiany przenikają się one, tworząc nowe struktury i nowe zależności. Być może to było właśnie udziałem rewolucji pierwszej „Solidarności” i to też ukazuje metapolityczne przyczyny jej wyczerpywania, a także degeneracji jej elit, którą w pełnej krasie zobaczyliśmy już w III Rzeczpospolitej. Z kraju marzeń „Solidarność” przeszła w rzeczywistość, by w zetknięciu z jej materią przepoczwarzyć się we władzę posolidarnościowych i postkomunistycznych „równiejszych pośród równych”.

Nie jest tak, że rewolucje wyobraźni i ignorancji utożsamiają zawsze jedne i te same grupy społeczne albo że są one przywilejem lub przyrodzoną cechą jakiejś klasy namaszczonej przez dzieje. Inteligencja, robotnicy, prekariusze, klasa średnia – wszyscy noszą w sobie pierwiastki sprzyjające obu tym rewolucjom. Lumpenproletariacka pogarda dla kultury wyższej może iść ręka w rękę z przekonaniem intelektualistów, że są jedynymi depozytariuszami racji i dobra publicznego/wspólnego. Problem polega raczej na tym, że   gdy masy częściej jako jedyne narzędzie reakcji na doznawane zło mają rozpacz i przemoc fizyczną, to warstwy uprzywilejowane mogą korzystać z subtelnych narzędzi manipulacji społecznej, jaką dają pieniądz i gospodarka, kontrola nad przekazem treści czy możliwość kształtowania prawa i struktur instytucji publicznych. To rodzi fałszywe przekonanie, że właśnie warstwy wyższe są depozytariuszami myśli i wyobraźni, nawet gdy żyją uprzedzeniami i kierują się najciemniejszymi z popędów – strachem i nienawiścią wobec obcych. Rzadko jednak mamy wgląd w to, co się dzieje w pałacach aktualnych zwycięzców – widzimy z reguły tylko ulicę. Dlatego to ona wydaje się nam bardziej niebezpieczna, bo nie widzimy banksterów za biurkami i polityków na bankietach u oligarchów. Ale to ich wypielęgnowane białe dłonie są niebezpieczniejsze od pięści zaciskanych na ulicach.

Ostatecznie granice rewolucji wyobraźni i ignorancji przebiegają także w naszym wnętrzu, wytyczają linie pomiędzy myślami a postawami. Wielkie zwierzę społeczne żyje dziś w ciemności i karmione jest ciemnością. My, gdy chcemy zobaczyć piękno zdarzeń i myśli, liść trawy, skrawek nieba, krzywdę ludzką (nie pytając, czyją ona nosi twarz), troski świata, horyzonty nad sobą – musimy wyjść poza tę ciemność, poza spłaszczony świat. Inaczej na zawsze pozostaniemy w tym, co jest tu i teraz, zaskoczeni, że żadna ideologia, żaden szyld partyjny i środowiskowy, żadna wojna obyczajowa i (anty)religijna, największa dotacja i najsłuszniejsza racja nie pozwalają zmienić świata naprawdę na (trochę) lepszy.

Nie pozwólmy zamknąć wyobraźni w więzieniu. A reszta będzie nam dana.

Etos prawdziwej elity

Etos prawdziwej elity

Na ostatnim Festiwalu Obywatela, poświęconym oporowi społecznemu, miałem okazję uczestniczyć w kilku świetnych rozmowach. Zastanawialiśmy się między innymi nad dwiema sprawami: dlaczego w naszym kraju, mimo że wielu z nas mocno daje się we znaki liberalny porządek, tak mało ludzi gotowych jest nie tylko czynnie protestować i działać na rzecz zmian, ale nawet głośno mówić o własnej krzywdzie? I jak to możliwe, że wrażliwi społecznie katoliccy i laiccy polscy inteligenci obejmujący najważniejsze stanowiska w oficjalnych i nieoficjalnych (choćby czwartej) władzach III RP, tak łatwo zgodzili się na przebudowę Polski w duchu najbardziej antyspołecznej neoliberalnej ideologii („Nie ma społeczeństwa – są mężczyźni i kobiety”, mówiła tejże ideologii matka założycielka)? Odnajdywaliśmy tak wiele przyczyn, istotne zjawiska zwykle są skomplikowane, że nie sposób ich choćby wymienić w krótkim felietonie. Dlatego pozwolę sobie przedstawić własny pogląd na sprawę, który według mnie łączy oba problemy.

Zacznijmy od naszych inteligentów dokonujących transformacji. W najczęstszych – oczywiście nie na Festiwalu, ale słyszanych w ogóle w publicznej przestrzeni – próbach wyjaśnienia ich motywacji, widzę awers i rewers od dawna w polskiej tradycji obecnego i bardzo toksycznego przekonania. Owe wyjaśnienia mówią albo to, że nie mieli oni innego wyjścia, bo tylko bolesne i szokowe rynkowe reformy zaaplikowane przez rząd mogły uratować gospodarkę zrujnowaną przez komunistów, albo że nas po prostu zdradzili i sprzedali. Wspomniane przekonanie mówi, że to właśnie zakorzenione inteligenckie elity lepiej niż sam lud wiedzą, co jest dla ludu dobre, że posiadają niezwykle silny imperatyw działania dla dobra wspólnego, że istnieje coś takiego jak inteligencki etos, który nakazuje działać zawsze w interesie wszystkich, także tych, którzy sami działać w swoim interesie nie są w stanie. Czasami działania szlachetnych elit wymagają koniecznych ofiar, ale im większe te ofiary, tym większy tragizm osób podejmujących decyzje oraz ciężar, który biorą oni na swoje barki. W zasadzie więc im ofiary większe, tym większy powinien być podziw dla odważnych decyzji. Lub odwrotnie: ponieważ prawdziwe elity kierować się powinny wyłącznie szlachetnymi pobudkami, a takie zawsze przynoszą ludowi korzyść, to wszelka krzywda i niesprawiedliwość świadczą o tym, że elity sprzeniewierzyły się swojemu posłannictwu, najpewniej po prostu zdradziły lub okazały się elitami fałszywymi, podszywającymi się pod te prawdziwe.

Na początku transformacji zadziałała właśnie tak w Polsce żywotna legenda prospołecznych inteligenckich elit, zawsze kierujących się moralnym imperatywem. Elit, którym lud – z istoty swojej niezdolny do zrozumienia zawiłości gospodarki, polityki czy administrowania – powinien powierzyć władzę oraz własny los. Wtedy to nawet związki zawodowe rozpinały „parasol ochronny” nad reformami, które miały pozbawić ich członków pracy i środków utrzymania. A wiara ludzi w szlachetne intencje i proludowe nastawienie inteligenckich przywódców często skuteczniej niż policyjna pałka gasiła liczne, choć rozproszone protesty społeczne.

Polska inteligencja jest formacją poszlachecką i niezwykle mocno pielęgnuje szlachecką wizję świata. Jej samoświadomość konstytuują dwie wartości: demokratyzm i przekonanie o służebnej roli w społeczeństwie. Obie wartości zresztą sprzeczne, ale w specyficzny sposób godzone.

Inteligencki demokratyzm zakłada oczywiście równość wszystkich ludzi i świadomość, że własna uprzywilejowana pozycja nie dałaby się pogodzić z równością, gdyby nie to, że inteligencja jest klasą otwartą, do której dostęp mają wszyscy ci, którzy wyrwą się z ludowej ciemnoty i zacofania, a także, co niezwykle istotne, przyjmą inteligencki system wartości i sposób postrzegania świata. Do inteligencji więc każdy może i powinien dorosnąć, a że nie każdy dorasta, to jest oczywistym dowodem na to, że lud jednak jest ciemny i nieskory do oświecenia. Jest to dość prosta kalka demokratyzmu szlacheckiego, w którym jednak wyżej niż walory intelektualne cenione były militarne. W I RP żywe było przekonanie, że polska szlachta to po prostu ludzie najdzielniejsi i najszlachetniejsi, do których dostęp otwarty jest tym przedstawicielom ludu, którzy objawią dzielność i szlachetność w walce o wolność, tyle że niestety lud jest tak podły i tchórzliwy, iż wciąż jeszcze nie przeszedł przez szeroko otwarte wrota. Mickiewicz w tej rzekomej szlacheckiej inkluzywności, przetrąconej jakoby przez zaborców, widział dowód na to, że Polska była światową ojczyzną wolności:

„Król i mężowie rycerscy przyjmowali do braterstwa swego coraz więcej ludu; przyjmowali całe pułki i całe pokolenia. I stała się liczba braci wielka jako naród, i w żadnym narodzie nie było tylu ludzi wolnych i bracią nazywających się jako w Polsce. A na koniec król i rycerstwo dnia trzeciego maja umyślili wszystkich Polaków zrobić bracią, naprzód mieszczan, a potem włościan” („Księgi narodu polskiego”).

Przekonanie o służebnej roli i o moralnej powinności inteligencji wobec ludu wynikało oczywiście z poczucia winy potomków szlachty gnębiącej ten lud bez opamiętania. Ale także z odziedziczonego po protoplastach przekonania, że lud jest trwale niezdolny do samodzielnego bytu, pozbawiony własnych aspiracji, i że potrzebuje klasy dostarczającej wzorców zachowań i stylów życia tym nielicznym, którzy podejmują wysiłek awansu. Bo tak jak szlachcic w wieku XVII czy XVIII, tak polski inteligent w wieku XIX i XX siebie samego właśnie postrzegał jako miarę wszelkiego ludowego awansu i wyraziciela wszelkich szlachetnych ludzkich aspiracji. Był głęboko i szczerze przekonany, że w kraju tak ciemnym i zacofanym jak nasz musi istnieć klasa pielęgnująca wartości wysokie, które dziki i nieokrzesany lud z pewnością by zatracił, gdyby emancypował się według własnych pomysłów. Oczywiście najlepsi z inteligencji rzeczywiście gotowi byli do fantastycznych poświęceń i ofiarności dla ludu wtedy, gdy dotykała go obca przemoc. Jednocześnie jednak witano szyderstwem wszelkie objawy emancypacji niezgodnej z inteligenckim wzorcem: kiedy górnik zarabiał więcej niż naukowiec, rolnik, pozostając rolnikiem, stawiał murowany dom i kupował auto, na które nie było stać nauczyciela, robotnicze dzieci miały preferencje w przyjęciu na studia itp.

Miał więc, powtórzmy, polski inteligent jedyny pomysł na ludową emancypację: najlepszy z ludu może zostać inteligentem. Oczywiście był to sposób nieco tylko mniej zakłamany niż szlachecki: najlepszy z ludu może zostać szlachcicem. Bo przecież nie może istnieć naród złożony z samej szlachty ani społeczeństwo samych inteligentów. No ale taki pomysł miał kilka zasadniczych zalet: pozwalał po pierwsze zachować uprzywilejowaną pozycję społeczną i gospodarczą przy jednoczesnym głoszeniu demokratycznych idei, po drugie zachować przekonanie o własnej wyższości przy jednoczesnym poczuciu służebności. Po trzecie – upośledzeni byli sami sobie winni, bo przecież nie dorośli, nie dali się nauczyć, nie wykazali się…

I tu powrócę do naszej transformacji ustrojowej. Nie sądzę, żeby nasi społecznie wrażliwi katoliccy i laiccy inteligenci promujący Balcerowicza i jego antyspołeczne pomysły mieli złe intencje. W konspiracyjne teorie wierzę tylko o tyle, że wielka polityka jest zawsze uprawiana w konspiracji. Myślę, że oni zadziałali ze szczerym – choć pokrętną szczerością – przekonaniem, że to, co robią, jest dla ludu dobre. Że oni przecież nie chcą dla siebie żadnych korzyści, a wszystko to, co umysły mało subtelne uważają za korzyści – a więc władza, wpływy, sława, doświadczanie usłużności i uniżenia innych – to w istocie służba i ofiara z własnego życia, których lud nie jest w stanie właściwie docenić.

Zrobili znów paradoksalnie: z jednej strony przeciwko utrwalonym sposobom działania własnej klasy, które dowiodły już nieprzystawalności do nowych czasów, z drugiej zaś zgodnie z własnym etosem i zgodnie z wyrobionymi przez stulecia wzorcami postępowania. Tak jak ich przodkowie postanowili przekształcić anachroniczną szlachtę, tak oni postanowili przekształcić anachroniczną peryferyjną inteligencję. I powołać nową elitę, nowoczesną i pozbawioną peryferyjnego charakteru, dynamiczną i zdolną do skutecznego działania nie tylko w naszym polskim grajdołku, ale i w całym, wciąż zmniejszającym się świecie. Elitę oczywiście demokratyczną i życzliwą bliźnim, która, gdy tylko nasyci własne materialne aspiracje, natychmiast odczuje potrzebę służebności wobec tych, którym się gorzej powiodło. Pamiętam pewnego wrażliwego społecznie redaktora, który mówił, że jesteśmy zbyt biedni na rozwiązania socjalne, a będzie można je wprowadzać dopiero wtedy, gdy kapitalizm nas wzbogaci. I oczywiście miała to być elita inkluzywna, do której będzie mógł wejść każdy, kto tylko wykaże się odpowiednimi zdolnościami. Bo przecież każdy może założyć własny biznes, dorównać, a nawet prześcignąć tych, którzy do tego wyścigu wystartowali szybciej i lepiej wyposażeni. Przecież to tylko kwestia indywidualnych zdolności…

I rzeczywiście, elity naszej nowej Polski od samego początku robiły bardzo dużo, aby pokazać, że otwierają na oścież rodakom wrota emancypacji. Pracownikom wielu likwidowanych zakładów wypłacano spore odprawy i zachęcano do założenia własnego biznesu. Jak grzyby po deszczu powstawały uczelniane wydziały, a później całe wyższe szkoły kształcące menedżerów. W szkołach kosztem inteligenckiej literatury czy historii wprowadzono lekcje przedsiębiorczości. Bezrobotnym oferowano kredyty na otwarcie własnego zakładu fryzjerskiego lub sklepu, które mogą wszak stać się zaczątkami globalnych sieci. Milionerzy zawsze chętnie udzielają wywiadów i porad, jak żyć, aby znaleźć się na ich miejscu.

I znów mamy tu historyczną kalkę. Jeżeli mimo tak usilnie wspomaganej inkluzywności nowej elity mamy w Polsce tak wielu przegranych, to ma być to dowód na to, że są oni sami sobie winni. Że nie pozwalają siebie uczyć, nie chcą się starać, nie są dość kreatywni czy uczciwi. Tyle że taka inkluzywność i taki wzorzec społecznego awansu znów są nieco zakłamane. Bo nie może istnieć społeczeństwo, w którym wszyscy będą biznesmenami, gospodarka, w której pracować będą sami menedżerowie, miasto, w którym zawsze brakuje fryzjerów i małych sklepów. Jednocześnie bardzo ostro piętnuje się, a nawet karze wszelkie próby dążenia do własnej podmiotowości, które odbiegają od elitarnego wzorca, jak np. domaganie się przez pracowników wyższych wynagrodzeń czy szanowania ich czasu wolnego, obrona przez lokatorów własnych mieszkań, próby społecznego kontrolowania władz.

O ile inteligencki styl życia i etos dość szybko zanikają wśród elit (choć w melanżu z etosem menedżera-profesjonalisty i unijnego biurokraty są pielęgnowane np. w ekskluzywnych środowiskach tzw. NGO’sów), o ile zanikają uprzywilejowana pozycja i wysoki status inteligenckich zawodów (choćby nauczycieli), to jednak mit inteligencji jako klasy, która powinna objąć przywództwo, wcale nie zanikł. Przekonanie Polaków, że to właśnie inteligenckie elity powinny realizować dziejową misję przewodzenia narodowi (społeczeństwu), daje się zauważyć także i dziś, i to po wszystkich stronach politycznych barykad. Jedni wyrażają je tęsknotą za władzą takich intelektualistów, rozważnych i pozbawionych innych niż wzniosłe motywacji, jak Mazowiecki, Kuroń czy Geremek, którzy z pewnością doprowadziliby ojczyznę do stanu rozkwitu, gdyby im populizm i warcholstwo rodaków nie przerwały misji. Inni przekonaniem, że prawdziwe polskie elity, jako najbardziej ofiarna klasa, zostały wymordowane w dziejowych zawieruchach, ostatnio w Katyniu, Auschwitz i w stalinowskich katowniach, a ich miejsce zajęli uzurpatorzy przywiezieni na sowieckich tankach, podstępni wychrzczeni Żydzi lub ćwierćinteligenci ze społecznego awansu i dlatego władza należy się jedynemu ocalałemu prawdziwemu żoliborskiemu inteligentowi. Tęsknoty te wynikają, jak sądzę, właśnie z głębokiego przekonania Polaków, że ich własne życiowe aspiracje i cele powinni formułować inni: ludzie, których Opatrzność i urodzenie predestynowały do takich zadań.

I oczywiście żadne historyczne doświadczenia nie są w stanie przekonać nas, że prospołeczne elity to oksymoron. Że elity właśnie dlatego są elitami, ponieważ mają więcej niż inni władzy, wiedzy, własności, zasobów. A mogą mieć ich więcej wyłącznie dzięki temu, że inni mają ich mniej. Nie ma elit prawdziwych i fałszywych, bo jeśli elita jest elitą, to jest nią w istocie. Polskie przekonanie o tym, że życie społecznie powinno być zhierarchizowane, a dbałość o dobrobyt i powodzenie każdego z nas powierzone odrębnej klasie, jest tak silnie zakorzenione, że z trudem przebija się do naszej świadomości prosta prawda, iż klasy społeczne oprócz powinności mają swoje interesy, które z reguły sprzeczne są z interesami innych klas. A legendy o powinnościach często służą właśnie realizowaniu interesów. Przekonanie to jest dla nas zresztą wygodne: zwalnia nas od myślenia oraz od działań dla naszego własnego dobra, skoro jak na pobudkę śpiących rycerzy spod Giewontu czekamy na prawdziwe elity, które się w końcu nami dobrze zajmą.

Z polskim biznesem polski lud?

Z polskim biznesem polski lud?

Zaogniająca się walka plemienna różnych środowisk tożsamościowych spotyka się z coraz wyraźniejszym rozczarowaniem komentatorów kibicujących prospołecznej zmianie politycznej. Krzysztof Posłajko i Marceli Sommer wypunktowali ten niepokojący trend, którego objawem jest pożegnanie się z rozumem wielu uprzednio pożytecznych środowisk krytycznych wobec panującego porządku politycznego, społecznego i gospodarczego. Nasilenie się zjawiska tożsamościowego sekciarstwa jest zwiastunem spełniania się najgorszych obaw: porzucenia wcześniej deklarowanej przez główną partię opozycyjną misji podjęcia trudnych, systemowych zmian, mających na celu ustanowienie porządku instytucjonalnego bardziej przejrzystego i przychylnego większości społeczeństwa.

Dlatego kolejna zmiana u szczytów władzy może się zakończyć kolejną przegraną szansą. Warto powtórzyć:

Obudzona nadzieja na zmiany i mesjanistyczny image największej partii opozycyjnej oznaczać mogą, w przypadku braku zmiany paradygmatów gospodarczych, zaaplikowanie krajowi niepotrzebnej dozy niestabilności. Brak poprawy warunków życia pauperyzowanego społeczeństwa może zmusić rzeczone środowisko do działań nieracjonalnych. Jedynym możliwym sposobem utrzymania mobilizacji politycznej swoich zwolenników, którym nie przybędzie „masła na chlebie” ani „kartofli na talerzu”, będzie zastąpienie populizmu ekonomicznego – kulturowym. Ten zaś jest niezwykle destabilizujący, utrwala irracjonalne podziały i oddala szanse na prowzrostową i prospołeczną zmianę paradygmatu gospodarczego.

Coraz ostrzejsza, nieledwie rewolucyjna retoryka towarzyszy coraz mniejszemu zapałowi do pracy programowej, do poszukiwania odpowiedzi na najważniejsze pytania. A może inaczej: te pytania padają, lecz udzielane odpowiedzi pozostawiają wiele do życzenia.

Jaka jest najlepsza dla Polski ścieżka rozwoju? Jakimi narzędziami dokonywać potrzebnych zmian strukturalnych? Co zrobić, aby większa część dochodu narodowego służyła poprawie życia szerokich warstw społecznych? Jaka, w kontekście zmian demograficznych i problemu emigracji, powinna być optymalna polityka płacowa, chociażby w sferze budżetowej (np. wobec pracowników oświaty i nauki)? Kiedy opłaca się państwu wspierać rozwój imitacyjny, a kiedy innowacyjny? Jak powinna wyglądać polityka wobec zagranicznych podmiotów gospodarczych? Jakie powinny być reguły dyplomacji gospodarczej (czyli: jakim przedsiębiorstwom powinniśmy pomagać) i technologicznej?

Udzielane odpowiedzi z reguły zawierają mniej konkretów niż krótki artykuł w „Sprawach Nauki”. Środowiska prawicy z reguły uznają, iż kwestie te ulegną pozytywnemu rozwiązaniu poprzez zmianę „złego” rządu na rząd „dobry”. Szczególnie rozczarowująca jest postawa głównej partii opozycyjnej, dysponującej wielkimi środkami budżetowymi na działalność ekspercką oraz dużą i stabilną bazą społecznego poparcia, która nie wymaga podtrzymywania w zapale poprzez festiwal nieskoordynowanych obietnic, a z pewnością nie wycofałaby swojego poparcia z powodu przedstawienia realistycznego i odważnego programu zmian systemowych.

Oczywiście taka systemowa inercja nie jest niczym zaskakującym. „Jak wiele musi się zmienić, żeby wszystko zostało po staremu” – mówi mądre przysłowie. I faktycznie nietrudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym za kilka lat nikt poza bezproduktywnie rozbieganym warszawskim światkiem polityczno-medialnym nie zauważy jakiejkolwiek zmiany.

Wobec tej perspektywy środowiska obywatelskie nie są całkowicie bezbronne. Wrześniowe protesty związkowe pokazały bezpartyjną, masowo popieraną siłę społeczną, coraz śmielej wychodzącą od postulatów funkcjonalnych w stronę rozwiązań systemowych. Jest to kierunek jak najbardziej słuszny i powinien być kontynuowany. Stworzenie społecznie popieranego pozapartyjnego programu zmusiłoby środowiska polityczne do wytężonego wysiłku, pod groźbą utraty poparcia związków zawodowych oraz niewypowiedzianej sugestii bardziej bezpośredniego wejścia związkowców w życie polityczne.

Jeszcze inną strategię podsuwa lektura „Nowej Konfederacji”, niedawno powstałego internetowego pisma idei, którego autorzy (m.in. Rafał Matyja) odchodzą od prawicowej sztampy na rzecz opartego na szczerej diagnozie poszukiwania skutecznych dróg przełamania polskiego szklanego sufitu rozwoju. Bartłomiej Radziejewski sugeruje organiczną mobilizację sił gospodarczych, cytując Andrzeja Maśnicę:

Możliwe są dwie strategie odparcia, a co najmniej osłabienia presji wywieranych przez zewnętrzne światowe środowisko gospodarcze. Każda z nich dotyczy zbudowania i umocnienia, a ściślej konsolidacji zasobów, siły i władzy. Bądź to na zasadzie międzypaństwowych, najczęściej regionalnych, koalicji, bądź poprzez budowanie strategicznego aliansu pomiędzy państwem a biznesem na rynku krajowym.

Czy polski biznes byłby gotowy na podjęcie tego wyzwania? Środowiska przedsiębiorców w czasie transformacji często koncentrowały swoje działania na zwalczaniu wpływu państwa na gospodarkę, zupełnie nie rozumiejąc takich narzędzi poprawiania sprawności systemu gospodarczego jak chociażby układy zbiorowe. Problem niskiego popytu wewnętrznego dobitnie ukazał pułapkę takiego myślenia. Ale to tylko jedna strona medalu.

Faktem jest, iż od niedawna polskie środowiska biznesowe przechodzą przemianę, która przekształca ich postrzeganie funkcji państwa w gospodarce. Częściowo jest to wywołane faktem dużej skali działania niektórych polskich przedsiębiorstw (m.in. Fakro, KGHM, Asseco), dla których nasz rynek jest już zbyt mały, a których pozycja konkurencyjna za granicą zależy, jak się przekonują, od pomocy państwa. Nie chodzi tu tylko o konkretne instrumenty wsparcia, lecz także o wstawiennictwo polityczne, niezwykle istotne w odmiennych warunkach kulturowych wielu rynków wschodzących.

Innym istotnym czynnikiem są doświadczenia wielu polskich menedżerów i przedsiębiorców związane z obserwacjami praktyki działania zachodnich odpowiedników na styku państwo-biznes, gdzie zachodnie rządy odgrywają ważną, choć często nieformalną rolę we wspieraniu rodzimej gospodarki. Do legendy przeszedł telefon Angeli Merkel do szefa niemieckiego prywatnego banku, którego rezultatem było udzielenie przez ten bank kredytu zagrożonej (oczywiście prywatnej) niemieckiej firmie motoryzacyjnej. Wiele do myślenia dała polskiemu biznesowi postawa banków z kapitałem zagranicznym, których awersja do ryzyka wpędziła w czasie pierwszej fali kryzysu znaczną grupę polskich firm w kłopoty, podczas gdy polski bank elastycznie zmieniał warunki, wspierając zagrożone firmy, i znacząco zwiększył akcję kredytową, ratując „zieloną wyspę”.

Gdzie widać te zmiany? Na razie nie są zbyt widoczne – to początek procesu, którego ciąg dalszy jest niepewny, jednak jest faktem. Cykl ważnych dyskusji „Pulsu Biznesu” o patriotyzmie gospodarczym, zapoczątkowana tekstem Eryka Stankunowicza debata „Forbesa” o godnej płacy czy teksty w „Dzienniku Gazecie Prawnej” autorstwa Rafała Wosia, ubolewającego nad tym, że „Polak Polakowi liberałem”, są symptomem nieobecnej do tej pory coraz wyraźniejszej refleksji środowisk biznesowych nad stanem ładu społeczno-gospodarczego w naszym państwie.

W zglobalizowanej gospodarce polskie firmy mierzą się z silnymi podmiotami, także na rodzimym podwórku. Jeżeli w dzisiejszych warunkach ktokolwiek jest w stanie skutecznie wymuszać zmiany instytucjonalne zmieniające strukturę gospodarczą kraju z – umownie rzecz ujmując – podwykonawczej na nowoczesną, to jest to właśnie polski biznes. Potrzebuje on zmian i lepszej organizacji (np. izb przemysłowo-handlowych), ale ma spory potencjał, a jego interesy są zbieżne w większości z interesem przeważającej części społeczeństwa. Wielu, wskazując na praktykę transformacji, może wyrażać wątpliwości wobec tego poglądu, ale ostatnie lata, w tym pułapka niskiego popytu, niekoniecznie świadczą o konflikcie interesów, lecz często o niezrozumieniu własnych interesów przez biznes. Jedna rzecz powinna być poza sporem: lata korzystania z taniej siły roboczej jako przewagi konkurencyjnej na globalnym rynku mają się ku końcowi. Konieczne są zmiany.

A zatem: „z polskim biznesem polski lud!”? Takie podejście niestety byłoby patrzeniem przez różowe okulary. Interes ogólnospołeczny ma wiele aspektów, o których zapomina biznes dążący zawsze do zysku. Nie obędzie się bez mobilizacji środowisk obywatelskich, w tym związkowych i eksperckich, w wymuszaniu zmian, jakie są konieczne w obliczu postawionych wyżej pytań systemowych. Ale jak wiedzą już pracownicy kilku polskich dużych konkurencyjnych firm przemysłowych, droga do sukcesu wiedzie przez pełną szacunku współpracę i wypracowanie harmonii interesów: wydajnych i konkurencyjnych polskich firm zapewniających dobrze płatne, godne miejsca pracy.

Cała naprzód!

Polskość dla wielu jawi się jako problem. Oczywiście moglibyśmy uznać, że jest to ich problem, że nam nic do tego. To oni nie wiedzą, jak znakomitą mamy tradycję, jakich bohaterów narodowych, jaką wspaniałą kulturę wytworzyli Polacy na przestrzeni wieków. Sam nie odczuwam w żaden sposób mojej narodowości jako obciążenia, jednak wydaje się, że jeśli znaczna część społeczeństwa posiada problemy z własną tożsamością narodową, to siłą rzeczy mamy do czynienia z zagadnieniem, które należałoby jakoś rozwiązać.

Chciałbym w tym tekście – w szkicowy sposób – wskazać, skąd biorą się problemy z polskością oraz jak można się ich pozbyć. Proces ów powinien polegać na dojściu do momentu, w którym nasza tożsamość mogłaby być kształtowana przez nas samych, w zgodzie z naszymi potrzebami. Wymagałoby to odrzucenia pewnego sposobu debatowania o polskości. Przyjmuję tutaj perspektywę czysto teoretyczną, nie zajmując się w ogóle tzw. bazą. Jestem świadomy, że niektóre zagadnienia związane z tym, jak siebie postrzegamy, biorą się z pewnych faktów, które zasługują na miano obiektywnych. Dla czystości obrazu wolę jednak pozostać w sferze ideologii. Oznaczać to będzie, że rozwiązania tu proponowane będą zawsze niepełne. Jednak jasne jest, że nikt nigdy nie napisze tekstu, który ostatecznie i ze wszystkich perspektyw opisze dany problem. Warto czasem więc ograniczyć się do pewnego wycinka rzeczywistości, gdyż dzięki temu można zobaczyć pewne rzeczy wyraźniej.

Zacznijmy od ustaleń, które – choć niezbyt odkrywcze – pomogą nam wprowadzić do tekstu pewien porządek. Tożsamości powstają dzięki wychwyceniu różnicy (jest to – rzecz jasna – kwestia bardzo skomplikowana; warto by zastanowić się, co sprawia, że pewne różnice są pomijane, a inne brane pod uwagę) między definiującym się podmiotem a innymi. Gdyby – dla przykładu – wszyscy ludzie posiadali ten sam kolor skóry, to oczywiste jest, że nikt nie czyniłby z koloru skóry czynnika istotnego dla tożsamości. Oznacza to, że koniecznym warunkiem autoidentyfikacji jest spotkanie z innym. Co więcej, to właśnie kwestia tego, kim jest ów inny, jest zasadnicza dla procesu kształtowania tożsamości. Proces ten bowiem nie polega na możliwie najdokładniejszym opisie określanego bytu, ale na podaniu cech, które w danej chwili wydają się najistotniejsze. Poczucie istotności danej cechy lub jej braku zależy właśnie od tego, w jaki sposób postrzegamy innego – co nas najbardziej różni od niego.

Afrykańskie plemię sprzed kolonizacji, które miało kontakt tylko z ościennymi ludami, mogło wytwarzać własną tożsamość jedynie w oparciu o różnice zachodzące między nimi a sąsiadami. Natomiast po kolonizacji częścią ich tożsamości musiały stać się te cechy, które odróżniały ich od kolonizatorów. Jako wniosek możemy więc stwierdzić, że to, w jaki sposób postrzegamy samych siebie, zależy nie tylko od tego, jacy „obiektywnie” jesteśmy, ale również (a może przede wszystkim) od tego, z kim się porównujemy.

Zatem jeśli chcemy rozprawiać o polskości, musimy w pierwszym rzędzie rozpoznać naszego „innego” – punkt odniesienia, który pozwala nam określić siebie samych. Odpowiedź jest dość prosta: tym punktem odniesienia jest Zachód. Jednak zanim przejdziemy do omawiania stosunku wobec Zachodu, warto poświęcić kilka zdań Wschodowi. Jeszcze do niedawna polska tożsamość była również określana przez relację do Rosji. Mówiło się o Polsce jako o mieszaninie pierwiastków łacińskich i słowiańskich, swego rodzaju syntezie. Wskazywano na nasze niejasne położenie. Pytano: czy Polska jest wschodem Zachodu, czy zachodem Wschodu? Czasem taką sytuację afirmowano, twierdząc, że dzięki melanżowi różnych elementów powstała na naszych ziemiach nowa jakość, być może wręcz nowa cywilizacja. Innym razem krytykowano ten stan rzeczy, uznając, że prowadzi on jedynie do chaosu i w gruncie rzeczy uniemożliwia jasne samookreślenie.

Wydaje się jednak, że od upadku ZSRR Wschód przestał zajmować poważne miejsce w debatach tożsamościowych. Jest tak dlatego, gdyż wcześniej pełnił on rolę prawie wyłącznie negatywną. Polacy „od zawsze” uważali się za stojących cywilizacyjnie wyżej od swoich wschodnich sąsiadów. Wschód nigdy nie był potencjalnym punktem dojścia. Służył głównie temu, aby utwierdzić się w opowieści o wyjątkowych wartościach, które posiada nasz naród. Po 1989 roku Polacy całą uwagę skierowali na Zachód, gdyż główny powód definiowania się względem Wschodu – czyli polityczno-militarna dominacja Moskwy w naszym regionie – odchodził w niebyt.

Dominującą narracją Polski transformacyjnej było „doganianie Europy”. Za europejskie wartości, które mieliśmy przyswoić, a których to według ideologów rządzących medialnym przekazem nie posiadaliśmy, uznano wolny rynek (na nasze nieszczęście owa gonitwa za Europą rozpoczęła się, gdy rozkwitał tam neoliberalizm), demokrację, obywatelskość, tolerancję, przedsiębiorczość czy szacunek wobec prawa. Zachód jawił się jako niemal bajkowa kraina, gdzie coca-cola leje się z kranów, na ulicach zawsze jest czysto, a wszystkie konflikty rozwiązywane są zgodnie z Habermasowskim ideałem demokracji deliberatywnej. Tam raj – u nas nędza.

Jaką rolę odgrywała polskość w tej opowieści? Z grubsza rzecz biorąc, była ona balastem. Co prawda wskazywano czasem na dobre cechy Polaków. Przecież w sierpniu ‘80 dzięki światłemu przywództwu Tadeusza Mazowieckiego i Bronisława Geremka stoczniowcy gdańscy potrafili zachować się odpowiedzialnie i strajk zakończył się pokojowo. Również Okrągły Stół świadczył o tym, że z Polakami nie jest tak źle. Transformacja nie zakończyła się przecież krwawą masakrą komunistów, lecz wielkim narodowym pojednaniem. Lech Wałęsa i Wojciech Jaruzelski – człowiek z nadziei i człowiek honoru – mimo wszelkich różnic podali sobie ręce i zaprowadzili w Polsce demokrację.

Jednak samo hasło „doganiania Zachodu” jasno wskazywało, że naszemu społeczeństwu daleko jeszcze do ideału. Nie chodziło przecież jedynie o wskaźniki gospodarcze. Polacy nie różnili się od Niemców czy Anglików wyłącznie zarobkami. Problemem miały być szalejące ksenofobia, antysemityzm, postawy roszczeniowe, rozpowszechniona mentalność człowieka sowieckiego, niezaradność, umiłowanie w męczeństwie czy swego rodzaju antypaństwowość. Zatem mimo tego, że formalnie po 1989 r. nastała w Polsce demokracja, to w znacznej mierze polskość do niej nie dorosła. Polskość jako forma musiała zostać zmieniona (o ile nie: zniesiona), by kraj ten zaczął przypominać mityczny Zachód.

Dość szybko okazało się, że rodzimi okcydentaliści używają powyższej narracji jako formy sprawowania władzy. Europejskość stała się pałką, którą z większą lub mniejszą gracją okładano politycznych przeciwników. Reakcja była łatwa do przewidzenia. Szybko powstała kontropowieść, zgodnie z którą Zachód jest zagrożeniem dla polskości. Polacy wcale nie muszą się zmieniać, aby stawić czoła wyzwaniom współczesnego świata. Wręcz przeciwnie: muszą oni konserwować odwieczne cechy narodowe (umiłowanie wolności, bezgraniczny patriotyzm, katolicyzm etc.), żeby przetrwać. Problemem, z którym polskość powinna się zmierzyć, są wraże (wewnętrzne i zewnętrzne) siły. Wyplenienie różnych zakłóceń tożsamościowych sprawi, że będzie u nas sielsko / (jak choćby nad Zatoką Perską).

Te dwie opowieści dość szybko ukonstytuowały coś, co można nazwać współczesnym sporem o polskość. Spór ten – jak się wydaje – ma zasadniczy wpływ na polską politykę i od ponad 20 lat wyznacza główne linie podziału sceny politycznej. Czy uznajemy, że Polska – wspaniale – lecz trzeba po trochu / ją ucywilizować – niech klęczy na grochu? Czy raczej twierdzimy, że polskość jest formą prawie doskonałą, którą trzeba jedynie odrobinę oczyścić z niepotrzebnych naleciałości? (Oczywiście w czystej polityce obie postawy występują w formie złagodzonej).

Należy zauważyć, że oba stanowiska w sporze o polskość z pozoru traktują ją jako coś autonomicznego. To znaczy: obie strony twierdzą, że nasza tożsamość posiada pewne immanentne cechy, które są niezależne od tego, co wobec niej zewnętrzne. Oczywiście nie chodzi o to, że cechy te wzięły się z powietrza. Idzie raczej o to, że w sporze o polskość brakuje rozpoznania, iż to, jak sami siebie postrzegamy, oraz to, jak określamy naszą tożsamość – jest efektem tego, z kim się porównujemy. I okcydentaliści, i obrońcy tradycji sądzą, że polskość jest nam dana jako przedmiot badań, którego istotę można odkryć poprzez uważne przyglądanie się Polakom: ich zachowaniom, wzorcom postępowania, kulturze czy historii. Można nawet zaryzykować tezę, że obie strony w wielu punktach zasadniczo zgadzają się co do tego, czym jest polskość – różnice powstają dopiero wtedy, gdy przychodzi do jej oceny. Spór ten nie jest więc dyskusją nad tym, jaka jest istota naszej tożsamości. Jest raczej konfliktem o to, jak należy polskość wartościować.

Polskość zatem jest w tym sporze pewną stałą, czymś o określonej naturze, formą, którą można przyjąć lub odrzucić. My, Polacy, możemy o naszej tożsamości debatować, możemy się do niej odnosić, możemy ją oceniać, ale nie bardzo wiemy, jak ją kształtować. Skoro polskość jest już dana, to w jaki sposób mielibyśmy aktywnie wytwarzać narodowe wzorce? Z jednej strony można ją jedynie kontemplować, z drugiej po prostu odrzucić. Bynajmniej więc żadna z powyżej naszkicowanych wizji polskości nie może być narzędziem jakiejkolwiek zmiany. W obu przypadkach jest ona jedynie przedmiotem estetycznej lub etycznej oceny.

Debaty o polskości w ich obecnej formie nie mogą nas w takim razie posunąć ani odrobinę do przodu, gdyż uprzednio zakładają, czym polskość jest. Po co są więc prowadzone? Może właśnie po to, aby uwolnić się od odpowiedzialności za zmiany? Łatwiej pójść na spektakl teatralny, a po jego zakończeniu wyrazić swoją opinię na temat obejrzanego przedstawienia, niż samemu wystąpić na scenie. Polacy nie chcą „występować”, nie chcą działać, wolą prowadzić spór, w którym wciąż powtarzają te same retoryczne gesty. Gdybym miał odpowiedzieć na pytanie, jaką funkcję pełni polskość w owych debatach, to powiedziałbym, że jest to jedynie przedmiot pozwalający na trwanie w sytuacji konfliktu. Jeśli tak jest, to jasno widać, że polskość nie może być dla nas narzędziem zmiany. Nie będzie ona służyła temu, aby naród ten wytworzył solidarną i inkluzywną wspólnotę, dzięki której Polakom będzie żyć się owocniej.

Zanim spróbujemy sobie powiedzieć, w jaki sposób moglibyśmy „zaprząc” polskość do tego rodzaju pracy, postawmy pomocnicze pytanie. Mianowicie – czy jeśli uznajemy, że polskość powinna służyć pewnemu celowi, a jednocześnie stwierdzamy, że tak się nie dzieje, to czy automatycznie nie zajmujemy pewnego stanowiska w opisywanym sporze? Czy nie implikuje to opowiedzenia się za tezą, że nasza obecna tożsamość jest w swej istocie bezużyteczna? Nie do końca, gdyż aby twierdzić, że pewne pojęcie mogłoby być bardziej użyteczne dla wzrastania społeczeństwa, nie potrzebujemy w ogóle go wyraźnie waloryzować. Co więcej, zdrowo jest założyć o każdej idei czy zjawisku społecznym, że wciąż istnieje pole do pracy nad nimi, że nie są (i nigdy nie będą) skończonymi dziełami. Zatem również o polskości możemy swobodnie sądzić, że należałoby uczynić ją bardziej użyteczną – i zarazem sądzić tak bez jednoczesnego spoglądania na nią z obrzydzeniem.

Jak więc sprawić, aby nasza tożsamość była dla społeczeństwa siłą, nie balastem? Przede wszystkim należałoby wyjść z bezużytecznej logiki sporu, która każe przyjmować polskość jako coś z góry danego, jako przedmiot pozbawiony wszelkiej dynamiki. Potrzebujemy przestać traktować naszą tożsamość jako coś, co podlega jedynie ocenie. Musimy mieć świadomość, że polskość jest czymś, co się raczej wydarza, niż po prostu jest. A sposób, w jaki się ona dzieje, jest zależny od naszej woli. Już samo myślenie o polskości w kategoriach narzędzia, które daje nam różne możliwości użycia, powinno działać terapeutycznie. Takie podejście ustawia nas bowiem w roli czynnych podmiotów, a nie jedynie obserwatorów, którzy mogą co najwyżej wyrazić podziw lub wzgardę. Aktywne kształtowanie tożsamości jest oczywiście procesem trudnym i długotrwałym, ale cóż nam pozostaje? W innym przypadku oddajemy te pojęcie – tak bardzo ważne dla kształtowania się wspólnoty – siłom, które mogą mieć interesy odmienne od naszych. Zamiast więc pytać o to, czym jest polskość, czy jest formą użyteczną, czy nie, zapytajmy: jakiej polskości byśmy chcieli?

Zanim jednak będziemy mogli szczerze zadawać tego rodzaju pytania, tj. zanim nasze pytania będą miały jakąkolwiek moc sprawczą, musimy zneutralizować spór o polskość w jego obecnej formie. Jak wcześniej stwierdzono, polskość jest obecnie definiowana przez odwołanie do Zachodu. Jest to w pewnym sensie jedyny możliwy wybór. Nie będziemy przecież określać się względem Orientu, Ameryki Łacińskiej czy Chin. Jasne jest, że to Zachód stanowi nasz punkt odniesienia. Warto jednak zauważyć, że w dotychczasowych debatach Europa Zachodnia przedstawiana jest zawsze jako swego rodzaju monolit. Jedni po prostu twierdzą, że we wszystkim powinniśmy Zachód naśladować, a inni uważają, że jest to siedlisko wszelkiego zła i „cywilizacji śmierci”. Oba obrazy są oczywiście dalekie od prawdy. Brak jakiegokolwiek zniuansowania zakłamuje również to, jak postrzegamy samych siebie. Jeśli porównujemy się do fałszywego obrazu, to automatycznie nasz własny obraz zostaje wypaczony. Gdybyśmy potrafili zobaczyć Zachód w sposób bardziej zbliżony do prawdy – razem z jego słabościami i zaletami, to myślenie o polskości nie byłoby ani przeżyciem traumatycznym, ani nadto ekstatycznym. Skupilibyśmy się raczej na zwykłych, codziennych cechach, które sprawiają, że różnimy się od Niemców, Francuzów czy Hiszpanów. Inaczej się odżywiamy, inaczej traktujemy gości, odnosimy się do siebie w inny sposób. Polskość nie musi być niczym dramatycznym. Zamiast szukać jednej wielkiej różnicy (np. Polacy żywią gorący popęd do śmierci, a na Zachodzie ludzie kultywują życie), lepiej i zdrowiej jest poszukać wielu małych różnic, które sprawiają, że nasz naród jest różny od narodów położonych na zachód od Odry.

W ten sposób wytworzona zostałaby polskość codzienna, która nie kazałaby nam dokonywać patetycznych deklaracji. Zresztą proces ów już się rozpoczął. Polacy po wstąpieniu do UE, dzięki ułatwieniom w przekraczaniu granic, mogli bez nabożnego lęku obserwować, jak naprawdę wygląda Zachód. Dość łatwo można było zobaczyć, że ten ideał wcale taki idealny nie jest. Powstała więc odrobinę dziwna sytuacja, w której obraz „innego” się rozsypał. Problemem jednak pozostaje to, że ciągle przyzwyczajeni jesteśmy do mówienia o polskości w kategoriach zbyt dramatycznych, aby przekuć owe spostrzeżenia na zmianę tego, jak postrzegamy siebie samych.

Oczyszczenie debat o polskości z momentów wskazujących na nieprzekraczalny rozdźwięk między nami a Zachodem pozbawiłoby głównego paliwa obie strony naszego sporu. Nasza tożsamość stałaby się czymś normalnym, niekłopotliwym, czymś, z czym nie trzeba się zmagać. Byłby to postęp w stosunku do tego, z czym spotykamy się obecnie, gdzie polskość jest jakimś metafizycznym piętnem, z którym można się albo pogodzić, albo je brutalnie odrzucić. Nie to powinno być jednak naszym punktem dojścia. Potrzebujemy polskości, która będzie przez nas aktywnie kształtowana. Potrzebujemy polskości, która jest marzeniem o lepszej przyszłości. Marzenia realizuje się poprzez ciężką pracę, jak jednak zmusić się do ciężkiej pracy, gdy nie mamy marzeń?

Walt Whitman we wstępie do „Źdźbeł trawy” stwierdził, że same Stany Zjednoczone są największym poematem. Wychwalał Amerykę jako krainę wolności, równości, obywatelskiej miłości. Czy wierzył w swoje słowa? Czy nie widział ogromu niesprawiedliwości, cierpienia i zwykłej biedy? Oczywiście, że widział. Trzeba by więc uznać, że jego pieśni o Stanach Zjednoczonych były raczej śpiewem o tym, czym Ameryka może i powinna się stać. Były to pieśni przyszłości, które wyznaczały zadanie obecnym i przyszłym pokoleniom. Takiej formy tożsamości potrzebujemy również i my. Polskość nie musi być jedynie patrzeniem w przeszłość. Polskość może być również tym, co kryje przed nami przyszłość.

Walka trwa. I ma sens

„Walka trwa!” – głosi hasło promujące IX edycję Festiwalu Obywatela, który odbył się w Łodzi w dniach 18-20 października. To dobry komentarz do sytuacji, w jakiej funkcjonują dziś przedstawiciele bardzo różnych prospołecznych sił w Polsce. Podziw budzi fakt, że działając zazwyczaj w trudnym – obojętnym czy wręcz wrogim – otoczeniu społecznym, kulturowym i politycznym znajdują siły, narzędzia i motywację do  aktywności. I przy swej różnorodności, która stanowi normalny element „żywiołu społecznego” nawet w ułomnych, ale demokratycznych ramach ustrojowych, potrafią korzystać z szans, jakie daje współpraca.

Pozwolę sobie najpierw na przedstawienie subiektywnie widzianego „festiwalowego krajobrazu”, by później przejść do bardziej publicystycznego szkicu. Festiwal Obywatela z roku na rok przyciąga coraz liczniejszych i bardziej zróżnicowanych gości. Strzałem w dziesiątkę okazał się pomysł, by z jednej strony zaprosić „anonimowych bohaterów” Polski prospołecznej, często lokalnej, a z drugiej – osoby szerzej znane z działalności politycznej, naukowej czy publicystycznej. To przełamało pewną barierę; o ile jeszcze w ubiegłym roku znaczna część goszczących na imprezie aktywistów była jedynie odbiorcami przekazywanych treści, o tyle teraz wielu z nich miało także możliwość współtworzyć program wydarzenia.

Warto przypomnieć, kim byli nasi goście, na co dzień działający w swoich lokalnych wspólnotach, środowiskach pracy,  grupach (społecznego) interesu. Festiwal otworzyło naprawdę poruszające spotkanie z opiekunami osób niesamodzielnych, Elżbietą Karasińską ze Stowarzyszenia „Mam Przyszłość” i Marzeną Kaczmarek z ruchu Wykluczonych Opiekunów Dorosłych Osób Niepełnosprawnych. To wydarzenie bardzo boleśnie otwierało oczy na jawną niesprawiedliwość naszego państwa wobec najsłabszych, kompletną arogancję władzy wobec ich – skromnych przecież – potrzeb. Pokazywało również heroiczny wymiar osobistego życia ludzi opiekujących się latami niepełnosprawnymi dziećmi bądź schorowanymi, starszymi rodzicami, mierząc się równocześnie i z prywatnymi problemami, i z kłodami rzucanymi pod nogi przez instytucje publiczne.

Z pewnością jednymi z najbardziej wyrazistych gości Festiwalu byli działacze związków zawodowych: Jarosław Przęczek (Związek Zawodowy Meblarzy RP), Piotr Kret (Porozumienie Pracownicze), Michał Kukuła (NSZZ „Solidarność”) oraz Adam Olejnik (Międzyzakładowy Związek Zawodowy „Odkrywka”). Mówili nie tylko o swoich doświadczeniach związanych z obroną interesów pracowniczych w zakładach pracy, sądach i wobec decydentów. Wnieśli także wiele życia w imprezowo-towarzyskie rozmowy, pokazując przy tym znaczną wrażliwość na inne poza związkowymi tematy i sprawy, żywo dyskutując i deklarując (dalszą) współpracę nie tylko ze środowiskiem „Nowego Obywatela”, ale również przedstawicielami innych zaproszonych do Łodzi ruchów społecznych. Nie sposób przy tej okazji nie wspomnieć o reprezentantce środowiska pielęgniarek, a równocześnie działaczce Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, Małgorzacie Aulejtner, która z ogromną troską i pasją przedstawiła coraz trudniejszą sytuację „białego personelu” w czasie dyskusji ekspercko-społecznej z udziałem dr. Marka Balickiego. Z kolei lokalne komitety protestacyjne przeciwko szkodliwym inwestycjom reprezentowały na tegorocznym Festiwalu Obywatela trzy panie: Katarzyna Fereniec-Obszańska ze Stowarzyszenia Ochrony i Rozwoju Ziemi Nieborowskiej, Anna Ludwin-Właszczuk ze Stowarzyszenia „Aktywni dla Regionu” oraz Beata Ularowska z Międzygminnego Społecznego Komitetu Ochrony Środowiska”.

Festiwalowa różnorodność dała się zauważyć także w kuluarach, w czasie wieczornych imprez czy wreszcie w trakcie sobotniej wycieczki integracyjnej po Łodzi, którą poprowadził dr Maciej Kronenberg. Spotkali się i rozmawiali ze sobą ludzie różnych środowisk ideowych i politycznych. Wypada zacząć od dwójki najbardziej zasłużonych: jak niemal co roku byli z nami Joanna i Andrzej Gwiazdowie. Była także Jadwiga Chmielowska, niegdyś solidarnościowa działaczka opozycyjna, dziś skarbnik Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. W debatach poświęconych sprawom związków zawodowych uczestniczył nasz zeszłoroczny prelegent, Marek Lewandowski, rzecznik prasowy NSZZ „Solidarność”. Był z nami Adam Ostolski, szef polskich Zielonych. Był Tomasz Jankowski, rzecznik prasowy Samoobrony, oraz Maciej Łapski i Ewa Zdunek, animujący rodzący się ruch Polska Społeczna. Gościliśmy także przedstawicieli Polskiej Partii Socjalistycznej, na czele z Ewą Miszczuk z Wrocławia. Przyjechał również Cezary Miżejewski, jeden z liderów nieemigracyjnej PPS u progu transformacji ustrojowej, a dzisiaj działacz spółdzielczy.

Byli także publicyści internetowego pisma Nowe Peryferie, m.in. Aleksandra Bilewicz i Marceli Sommer, oraz trzyosobowa reprezentacja periodyku lewicy chrześcijańskiej, magazynu „Kontakt”, na czele z Mateuszem Luftem. Byli także z nami Barbara Bielawska z Partii Kobiet czy Rafał Bakalarczyk, ściśle współpracujący z opiekunami osób niepełnosprawnych felietonista „Nowego Obywatela”. Był Bartłomiej Kozek, publicysta „Zielonych Wiadomości”, jak również Bartosz Pilitowski, który zaprezentował kampanię na rzecz patriotyzmu konsumenckiego „Polski Ślad”.

Jako trzecią grupę gości należy wymienić osoby, które zaprosiliśmy do debat o bardziej eksperckim charakterze. Tutaj znaleźli się po pierwsze specjaliści od spraw związków zawodowych i zagadnień świata pracy, czyli dr Jan Czarzasty i dr Daniel Kiewra. Wprowadzenie do debaty społecznej/społecznikowskiej na temat problemów z tzw. koleją dużych prędkości wygłosił Karol Trammer, szef magazynu branżowego „Z Biegiem Szyn”. Dr hab. Rafał Chwedoruk oraz związani z naszą redakcją dr Jarosław Tomasiewicz i Jarosław Górski wzięli udział w debacie „Kiedy Polacy wyjdą na ulice? Warunki niezbędne dla zaistnienia skutecznego ruchu protestu”.

Na marginesie: tegoroczny Festiwal uświetnił koncert zespołu Hańba. Publiczność bawiła się naprawdę świetnie przy folkowo-punkrockowej muzyce i wyśpiewywanych do jej rytmu tekstach, wśród których nie zabrakło poezji Juliana Tuwima czy Władysława Broniewskiego. Mam nadzieję, że o tej kapeli będzie coraz głośniej, a „Nowy Obywatel” okaże się środowiskiem trendsetterskim nie tylko na gruncie tematyki społecznej.

IX Festiwal Obywatela stanowi zdecydowany dowód na to, jak mało wiemy o sobie nawzajem, jako społeczeństwo. To świat (medialnie) nieopisany, a przynajmniej nie w sposób, który dawałby rzetelną wiedzę o tym fragmencie rzeczywistości. To też utrudnia zrozumienie, co pozwala zwyciężać, a co przyczynia się do porażek w bardzo konkretnych i odmiennych warunkach, w jakich działają małe stowarzyszenia rodziców, bardzo różne od siebie organizacje związkowe, mniejsze partie polityczne czy środowiska „etosowych inteligentów”, na gruncie których być może kiedyś powstaną think tanki inne od tych uzależnionych od wielkiego kapitału i podporządkowanych dogmatom współczesnego kapitalizmu.

Zróżnicowana formuła ostatniego Festiwalu pozwoliła zidentyfikować zarówno środowiskowe uwarunkowania funkcjonowania wielu grup działających na rzecz sprawiedliwości społecznej, jak i wspólny dla nich kontekst systemowy, związany z praktyką polityczną, tendencjami gospodarczymi oraz cywilizacyjnymi i wynikającymi z nich „trendami myślowymi” itd. Na omawianych przykładach było dobrze widać, jak jałowy jest zdarzający się czasem spór: działać czy myśleć (pisać/mówić)? Te dwa fundamentalne – w wymiarze indywidualnym i społecznym – elementy muszą wzajemnie na siebie oddziaływać w ramach dynamicznej pracy „w czynie i myśli”.

Kilka festiwalowych debat pokazało, że o ile całokształt warunków, w jakich przychodzi działać środowiskom prospołecznym, można nazwać trudnym, o tyle wachlarz (nie)możliwości rozkłada się bardzo szeroko. Spośród wszystkich zaproszonych środowisk to opiekunowie osób niesamodzielnych są grupą najbardziej zmarginalizowaną, wypychaną poza margines jakichkolwiek dyskusji i lekceważoną przez reprezentantów państwa. Ich specyficzne osamotnienie, zależność od urzędniczej i politycznej łaski czy fakt, że jako część elektoratu nie stanowią żadnej grupy nacisku zdecydowanie nie poprawiają ich położenia. Tutaj samopomoc i samoorganizacja stanowią o „być albo nie być” lokalnych grup, próbujących wspólnie przebić się ze swoimi postulatami do mediów i rządzących. Walka czysto lokalna byłaby tu skazana na niepowodzenie, jako niewidzialna dla posłów i ministrów stanowiących i realizujących prawa.

Zupełnie inne problemy mają organizacje takie jak „Rodzice dla Szczecina” (na Festiwalu stowarzyszenie to reprezentowali Dorota Korczyńska i Radosław Majcher). Na ich przykładzie dobrze widać, jak zorganizowana grupa ludzi dysponujących pewnym kapitałem kulturowym (który pewnie pokrywa się z przynajmniej przeciętnym statusem materialnym) jest w stanie wpływać na politykę samorządu lokalnego, np. w sferze edukacji. A jednak nawet oni przyznają, że działalność, którą prowadzą, przypomina bardziej „gaszenie pożarów”, czyli jest formą reakcji na lokalne i systemowe czynniki wymuszające opór społeczny. Zarówno w przypadku stowarzyszeń oświatowych, jak i w sytuacji grup sprzeciwiających się budowie kolei dużych prędkości w swojej okolicy, aktywność obywatelska jest reakcją na doznawane zło. W tym sensie można przyznać rację „ojcom założycielom” klasycznego liberalizmu: wspólne dobro, ale także walka różnych grup interesu, rodzi się wówczas, gdy „suma egoizmów” łączy ludzi w ruchy (lokalnego) sprzeciwu.

Gdzieś na przecięciu „świata lokalnego” i „struktur makro” umiejscowione są terenowe i zakładowe struktury związków zawodowych, a także poszczególne grupy pracowników bardziej wrażliwych na politykę (a)społeczną państwa, jak pielęgniarki. Tutaj częściej istnieje możliwość uzyskania wsparcia, ze strony branżowych instytucji czy wymiaru sprawiedliwości; większe są także możliwości skutecznego wywierania presji za pośrednictwem ogólnokrajowych mediów głównego nurtu, dzięki wyrazistszej w nich obecności. Nie zawsze to działa, ale stwarza aktywności publicznej dodatkowe perspektywy, tym bardziej że nieco liczniejsze grupy zawodowe oraz struktury związkowe wciąż stanowią dla klasy politycznej punkt odniesienia, nawet jeśli ma to charakter koniunkturalny.

Nie da się ukryć, że mniejsze, pozaparlamentarne ugrupowania o różnych odcieniach lewicowości będą zainteresowane bliższym poznaniem środowisk związkowych/pracowniczych i uzyskaniem ich sympatii, szczególnie teraz, po Ogólnopolskich Dniach Protestu. Wielką niewiadomą stanowi jednak to – a przynajmniej trudno było wysnuć jednoznaczne wnioski z festiwalowej debaty eksperckiej – czy same związki są zdolne zarówno do długofalowej współpracy, jak i do rozbudowy zaplecza intelektualnego i medialnego. Tu zresztą warto zauważyć, że dyskusja o służbie zdrowia w pełni potwierdziła podejrzenia, że również w obrębie instytucji publicznych nie prowadzi się żadnej przemyślanej polityki społecznej – chyba że uznać za nią politykę dewastacji państwa przez klasę rządzącą.

W ubiegłym roku po Festiwalu zwracałem uwagę przede wszystkim na jego obywatelski charakter. Tym razem położyłem nacisk na kwestię powiązań między systemowymi a lokalnymi uwarunkowaniami działalności na rzecz bardziej egalitarnego, sprawiedliwego i przyjaznego ludziom społeczeństwa i państwa. Jednak w znacznej mierze tegoroczna myśl przewodnia nawiązuje do ubiegłorocznej, gdy hasłem wywoławczym było „Odzyskajmy demokrację!”. Bo przecież trwa także walka o kształt polskiej demokracji. Nie jako pustego słowa, z którego szydzą zarówno oligarchowie, jak i co bardziej autorytarni prawicowcy. Trwa walka o demokrację, w której będzie liczył się człowiek, jego wspólnota, a także jego sumienie i jego prawo do wolności od wszechwładzy polityków i pieniądza. I nawet jeśli jest to batalia, w której „cel jest niczym, ruch wszystkim”, także ma ona sens. Na Festiwalu Obywatela widziałem ludzi, którzy w to wierzą i dlatego uczestniczą w obywatelskiej „wojnie partyzanckiej”, toczonej zarówno w obrębie systemu III RP, jak i poza nim.

Mam wybór

Mam wybór

Nie wszyscy pilnie czytają magazyny i biuletyny historyczne. Ja też tylko je przeglądam, ponieważ dzieje „okrągłego stołu” są z przyczyn politycznych starannie omijane przez wszystkich historyków. Dlatego pozwolę sobie zwrócić uwagę na sensacyjny artykuł z miesięcznika „W Sieci Historii”.

Po przegranej przez Polskę II wojnie światowej polscy lotnicy, bohaterowie bitwy o Anglię, byli bezdomni i zostali skutecznie usunięci z kart historii. Archiwalia dotyczące polskich pilotów utajnili Anglicy, ale dzięki Pakistańczykom pamięć o bohaterach nie zaginie. Islamska Republika Pakistanu po uzyskaniu niepodległości miała jednego pilota, dwóch oficerów i 20 żołnierzy. Twórca państwa ściągnął z Londynu grupę polskich pilotów, którzy wyszkolili kadrę i zorganizowali lotnictwo. Były wśród nich kobiety, między innymi Zofia, żona marszałka Pakistanu Władysława Turowicza. Teraz kobiety z Pakistanu pilotujące samoloty bojowe mają w NATO opinię najbardziej brawurowych. Na trop tej fascynującej historii wpadła polska himalaistka Anna Pietraszek. Pierwszy wywiad z Zofią Turowicz nagrała w 2004 r. Pani Anna po 30 latach badań zrealizowała godzinny film dokumentalny dla TVP, który wywołał poruszenie w Pakistanie. Niestety TVP nie zgodziła się na jego emisję w Polsce.

Już pisałam, że cała walka o prawa kobiet wydaje mi się bezsensowna. Kobiety traktowane są jak kulawe kaczuszki, którym trzeba przyprawić prawną protezkę, aby mogły człapać. A co z tymi, które chcą fruwać? Może wypadałoby przynajmniej je pokazać, zamiast powtarzać w kółko: „chcę mieć wybór” – czyli nieograniczone prawo do aborcji, do małżeństwa z koleżanką i adoptowania dzieci, do sprowadzania narkotyków dla pieska i tzw. sponsoringu. O propagandzie drugiej, prawicowej strony, tym razem nie napiszę. Nadstawianie dwóch policzków w jednym felietonie byłoby przesadą.

Napiszę o wykluczonych, o których nie ma kto się upomnieć. Proszę uprzejmie czytelników, aby w najbliższych wyborach do parlamentu oddali głosy przynajmniej na kilka osób reprezentujących blokersów oraz miejscowości, gdzie nie ma komunikacji publicznej, chodników, przejść dla pieszych, a nawet poboczy. Byłoby też wskazane, aby znalazł się choć jeden poseł nie posiadający samochodu.

Blokersi i piesi traktowani są jak gatunki wymarłe, ponieważ w środowiskach „ludzi na poziomie” nie występują. Uchwalając ustawę śmieciową, posłowie mieli przed oczyma domek, a przed nim kubły. Nie widzieli wysokich bloków, gdzie są zsypy na śmieci z jedną rurą. Małe dobre szkoły zamierają, jeśli położone są przy szosie bez chodników i poboczy. Rodzice tych szkół wybrać nie mogą. Wybudowanie chodnika niewiele pomaga, ponieważ natychmiast wprowadzają się tam rowery i parkują samochody.

Wskazana byłaby też reprezentacja e-wykluczonych. Znam wsie w Małopolsce i na Podkarpaciu, gdzie zasięgu Internetu bezprzewodowego i komórki trzeba szukać na górce, na studni, za stodołą, albo wędrować kilometrami. Do tej pory myślałam, że białe plamy na mapie wszelkiej komunikacji obejmują Bieszczady i wyludniony Beskid Niski. Okazuje się, że dotyczy to także Gorców. W bardzo długiej dolinie Ochotnicy drogą przez Przełęcz Knurowską nie jeżdżą żadne autobusy. Są jeszcze przystanki, ale prywatna firma z Nowego Targu zbankrutowała.

Uzależnieni od samochodu, Internetu i komórki nie mają świadomości, że ich wolność (jak powiedział Hegel, a za nim towarzysz Lenin) polega na zrozumieniu konieczności. Nie dostrzegają, że już od dawna funkcjonują według schematu, którego nie wybierali. Wielodniowe wędrówki przez góry są już niemodne i utrudnione. Szlaki turystyczne dla pieszych zanikają w terenie, nie ma pieniędzy na ich odnawianie. Nawet na czerwonym, głównym szlaku beskidzkim znaki są zatarte i nie ma żadnych drogowskazów. W ich miejsce pojawiło się wiele informacji o ścieżkach edukacyjnych i nowych szlakach dla koni, rowerów lub amatorów oscypków.

Turyści przyjeżdżają własnym samochodem, wchodzą do schroniska, wypijają piwo reklamowane jako napój chłodzący i schodzą tą samą drogą. Kto chciałby ambitnie zejść innym szlakiem, nie ma autobusu, którym mógłby wrócić do samochodu. Przy tym modelu uprawiania turystyki i wypoczynku wspaniałe pałace wybudowane dla gości przy szosie w Ochotnicy stoją puste. Spacery po szosie są niebezpieczne. Spacery po polach i łąkach są naruszeniem prawa, ponieważ to tereny prywatne. Jedyne prawo obywatelskie, które przyswoili sobie mieszkańcy III RP, to prawo własności. „Na terenie mojej posiadłości mogę robić, co mi się podoba”. W II RP szlaki turystyczne były chronione prawem. W PRL to prawo przetrwało. Teraz zmienia się bieg szlaków, ponieważ jakiś oligarcha kupił górę, dolinę albo jezioro. Jedyną przestrzenią otwartą dla wędrowca są lasy państwowe.

Uniwersalnym lekarstwem na likwidację całej infrastruktury niezbędnej do życia (sklepy, szkoły, urzędy, poczta, nawet komisariaty) ma być według decydentów Internet. Proszę zatem uprzejmie wyborców o głosowanie na ludzi, którzy czytają książki i nie siedzą bez przerwy w Internecie. Może oni zauważą, że ktoś, kto nie ma komputera, e-konta i drukarki, albo brak mu umiejętności posługiwania się tymi narzędziami, też jest obywatelem Polski i nie powinien być dyskryminowany. Trzeba zapewnić mu jakieś możliwości kupienia biletu, kontaktu z urzędem, lekarzem, szkołą.

Wszystkie poradniki dla starszych ludzi, którzy chcą nauczyć się korzystania z komputera, kończy rada „zapytaj wnuczka”. Zazwyczaj e-wnuczek utożsamia komputer z Internetem, więc nauczy babcię ćwierkać na Twitterze lub oglądać filmiki na YouTube. Obserwowałam zdumiewające efekty walki z e-wykluczeniem. Gmina rozdaje komputery biednym objętym opieką społeczną. Babcia szpieguje na Facebooku młodsze pokolenie. Dżentelmen zainteresowany głównie piciem wódki teraz z powodzeniem surfuje po portalach randkowych w poszukiwaniu kobiety, która utrzyma go i posprząta zagnojone obejście.

Obserwowanie życia na prowincji pozwala oderwać się od schizofrenicznego świata mediów i wrócić do rzeczywistości.