przez Jarosław Górski | wtorek 20 sierpnia 2013 | opinie
Ludowe baśnie zawsze kłamią. Kłamią, bo kończą się w takim momencie, w którym bohaterowie tylko pozornie dają sobie radę ze swoimi problemami, a tak naprawdę dopiero wdeptują w prawdziwe kłopoty. Baśń kończy się, gdy Kopciuszek zwraca uwagę królewicza i wychodzi za niego za mąż. Albo kiedy szewczyk zabija smoka i w zamian dostaje za żonę królewnę i we władanie pół królestwa. Dalsze losy bohaterów baśń załatwia zdawkowym „i żyli długo i szczęśliwie”, chociaż ci, którzy baśnie swoim dzieciom opowiadają, sami raczej osobiście nie znają żadnego prostaczka, który by posiadł królewnę, i wiedzą, że królewicz może mieć czasem ochotę na jakiegoś kopciuszka, ale raczej nie będzie planował z nim długiego życia. Baśń obiecuje wspaniałą nagrodę za naśladowanie ukazywanych w niej postaw i zachowań. Oczywiście takiej nagrody niemal żaden realny naśladowca Kopciuszka czy szewczyka nie otrzymuje. Jest to dowodem na to, że stara się za słabo, że coś z nim jest nie tak.
Kiedy baśń zaczyna kłamać
Niedawno nasze media oraz blogosfera zachwycały się pomysłem Kariny Gos, która wymyśliła niebanalny sposób na zdobycie posady copywriterki. Sprawę opisał m.in. Michał Wąsowski z portalu NaTemat w entuzjastycznym tonie i pod wiele mówiącym tytułem „Młodzi, przestańcie narzekać na brak pracy. Weźcie przykład z Kariny i jej genialnej akcji na Foursquare”. Młodzi są roszczeniowi, bierni i nie umieją skonstruować CV – wynika z tekstu Wąsowskiego. Tymczasem przypadek Kariny Gos pokazuje, że „wystarczyło ruszyć głową, trochę popracować nad formą i praca w zasadzie sama do niej przyszła – młoda kobieta już po 18 dniach od rozpoczęcia akcji dostała propozycję od firmy VML, którą kieruje Michał Wolniak. VML to jedna z największych światowych agencji kreatywnych”.
Pani Karinie Gos tą drogą serdecznie gratuluję zdobycia posady, panu Michałowi Wolniakowi gratuluję zatrudnienia zdolnej pracownicy. Redaktorowi Wąsowskiemu gratuluję talentów opowiadacza baśni. Bo jego tekst jest niczym innym jak baśnią. Gdyby miał być tekstem dziennikarskim albo choćby poradnikiem poszukiwania pracy, moglibyśmy spodziewać się po nim odpowiedzi na takie, istotne chyba dla osób pragnących skorzystać z przykładu, pytania: Jakie były wcześniejsze profesjonalne doświadczenia pani Gos? Skąd brała ona środki na utrzymanie w czasie absorbującej akcji na Foursquare? Czy odbyła jakieś rozmowy z przyszłym pracodawcą, zanim podpisała z nim umowę? O co była pytana? Jakie umiejętności i kompetencje zainteresowały pracodawcę oprócz wrażenia wywołanego genialną akcją na Foursquare? Jakie warunki pracy zaproponował pracodawca? Jaki zaproponował typ umowy i jaką płacę? Czy pani Gos przyjęła warunki od razu, czy zaproponowała swoje? Czy będzie mogła się z tej pracy samodzielnie utrzymać? Jak się pracuje w firmie prezesa Wolniaka? Na czym polega praca? Czego pracownica będzie musiała się douczyć, aby utrzymać posadę? Czy pracownica i pracodawca są zadowoleni ze współpracy? No i oczywiście warto byłoby odczekać jakiś czas, aby zorientować się, czy pracownica utrzyma posadę, a pracodawca – pracownicę. Historia urwana w najciekawszym momencie nie ma żadnego waloru poznawczego, jest po prostu baśnią.
Opowieść o znakomitym pomyśle i sukcesie Kariny Gos jest oczywiście oparta na prawdziwej historii, ale zaczyna kłamać, gdy próbuje nawoływać innych do brania z niej przykładu; kiedy próbuje się bohaterkę przeciwstawiać tym, którzy pracy nie znaleźli. Wśród niezliczonych młodych ludzi szukających pracy z pewnością znajdą się i tacy, którym sukces (polegający – przypomnijmy – na samym otrzymaniu zatrudnienia, o dalszym ciągu oraz o wszelakich komplikacjach baśń powinna milczeć) zapewniło CV z dołączonym zdjęciem w bardzo skąpym bikini albo z nagim torsem kulturysty. I ci, którzy pracę uzyskali dzięki takiemu (przyznajmy, o wiele mniej wyrafinowanemu i eleganckiemu niż pani Gos) pomysłowi, również mogą odczuwać wielką chęć udzielenia już nie czytelnikom, ale przynajmniej znajomym porad i podzielenia się własnym doświadczeniem. A że pomysł w innym wypadku nie zadziała? Cóż, będzie to po prostu dowód na to, że nie wszyscy równie dobrze prezentują się w bikini lub z naprężonym nagim torsem. W każdym razie wyśmiewane przez korporacyjnych specjalistów od (przepraszam za wyrażenie) zarządzania zasobami ludzkimi zwyczaje aplikantów rozsyłających wzmacniane różnymi ekscentrycznymi pomysłami CV mogą mieć swoje racjonalne jądro, mogą właśnie wynikać z brania przykładu z kogoś, o którym ktoś słyszał, że kiedyś mu się udało.
Jak Wańka rozbawił cara
Artykuł o sukcesie młodej kreatywnej poszukiwaczki pracy wzmacnia ramka z opowieścią, jak to niegdyś staż uzyskała dzisiejsza zastępczyni redaktorki naczelnej „Przekroju”, Hanna Rydlewska: „Zachowałyśmy się dosyć bezczelnie, bo na recepcji powiedziałyśmy, że jesteśmy umówione z redaktor naczelną. Oczywiście nie byłyśmy. Zostałyśmy doprowadzone przed oblicze Zuzy Ziomeckiej, która na szczęście jest osobą otwartą na takie sytuacje. Zamiast pokazać nam drzwi, zadała kilka pytań. Rozmawiało nam się na tyle dobrze, że zaproponowała nam staż”. Ta historia oczywiście także jest baśnią, bo nie znamy ani jej dalszego ciągu, ani rewersu. Nie opublikujemy przecież o wiele liczniejszych opowieści o tym, jak podobne sposoby poszukiwania pracy skończyły się dla aplikantów zrzuceniem ze schodów lub przynajmniej obsobaczeniem przez szefów mniej otwartych na takie sytuacje. Nie dowiemy się też nigdy, czy obecne, wciąż dołujące wyniki sprzedaży „Przekroju” mają jakiś związek z tym, że jego naczelna dobiera sobie współpracowników na zasadzie otwartości na różne sytuacje.
Baśnie opowiadane przez panie Gos i Rydlewską mają jeden wspólny element, zresztą występujący bardzo często w podaniach ludowych przekazujących życiową mądrość feudalnej proweniencji. Aby osiągnąć sukces, należy po prostu spodobać się temu, kto z łaski swojej udziela dóbr i zaszczytów. Rzadko ma to związek z jakimiś wypracowanymi umiejętnościami, częściej z cechami przyrodzonymi, takimi jak uroda, śmiałość, spryt i przebiegłość. Kopciuszek musi się więc spodobać królewiczowi, głupi Wańka zostanie koniuszym, kiedy rozbawi znudzonego cara. W opowieściach o sukcesie pań Gos i Rydlewskiej ten element – spodobania się pracodawcy-suwerenowi – jest kluczowy, choć oczywiście może być nieprawdziwy. W cieniu pozostają takie kwestie jak rzeczywiste umiejętności obu pań, ich zdolność skupienia się na mało spektakularnej, codziennej pracy, doświadczenie, wykształcenie itp. Oczywiście każda z nich z pewnością te umiejętności posiada, ale w przedstawionych opowieściach rzucamy światło tylko na ten moment, w którym aplikant spodobał się władcy.
Nasze media pełne są narzekań, że uczniowie i studenci migają się od nauki, że młodzi pracownicy wymigują się od roboty, próbując jak najwięcej zwalić na innych, a przy okazji zrobić dobre wrażenie. Ale może takie postawy mają swoje racjonalne jądro i wynikają z płynącej między innymi z takich baśni ludowej mądrości mówiącej tyle, że w pracy nie sama praca jest najważniejsza, ale po pierwsze jej odpowiednio spektakularne zdobycie, a po drugie umiejętne zrobienie wrażenia na decydujących o jej udzieleniu ważnych osobach. Można tego dokonać uroczą bezczelnością, można pieczołowitym wydreptywaniem odpowiednich ścieżek i dokumentowaniem tego przy pomocy nowoczesnych aplikacji, byle spodobać się księciu, byle rozbawić znudzonego cara. Najważniejsze w życiu jest sprawianie dobrego wrażenia na tych, którzy udzielają łask: decydują o przyjęciu do pracy mającej status deficytowego dobra pracy, a także o kwocie płacy mającej status dobra jeszcze bardziej deficytowego. A najsmutniejsze jest to, że taka postawa ma również swoje racjonalno-irracjonalne jądro.
Bo oczywiście gadanie o tym, że kapitalizm jest zawsze racjonalny, a ludzie zarządzający prywatnymi przedsiębiorstwami kierują się wyłącznie rachunkiem ekonomicznym, ma się nijak do rzeczywistości. Bardzo wielu pracodawców przypomina klientów restauracji, którzy skoro wydali na obiad pieniądze, nie mogą sobie odmówić poniżenia kelnera, mimo iż doskonale wiedzą, że on za to napluje im do zupy lub zamiesza kawusię palcem umoczonym w pewnej niewymownej czeluści. Potrzeba poczucia władzy, dominacji czy bycia świetnym gościem jest dla nich warta każdych pieniędzy i każdej straty. Jedni z nich będą tę potrzebę realizowali poniżając swoich pracowników, inni odbierając od nich pożądane zachowania. Wcale nierzadkie są takie, z ekonomicznego punktu widzenia irracjonalne, przypadki, kiedy właściciel lub zarządzający z sobie tylko znanych powodów prześladuje i w końcu pozbywa się pracownika przynoszącego firmie największe korzyści, a hołubi takiego, który co prawda niewiele robi, ale potrafi zaaranżować sytuację, na którą szef jest otwarty, sprawić, że poczuje się miło. I oczywiście bardzo wielu młodych (i nie tylko młodych) ludzi zdaje sobie z tego sprawę, a czytane w mediach baśnie jeszcze to przekonanie wzmacniają.
Praca i posada
To właśnie jest racjonalne, iż ludzie przekonani o tym, że pożądane skutki przynosi robienie wrażenia na pracodawcy, a nie sama praca, przestają przykładać się do pracy, a przykładają się do robienia wrażenia. Jeśli ktoś jest bez pracy przez wiele miesięcy albo też całymi latami stażuje i skacze od jednego dorywczego zajęcia do drugiego, nie ma możliwości doskonalenia się w pracy. Tym bardziej będzie on skłonny przypisywać swoje niepowodzenia temu, że robi nie dość dobre wrażenie, i tym bardziej będzie skłonny pracować nad tym wrażeniem. I jeśli usłyszy baśń, jak to Karina Gos zrobiła wrażenie na prezesie Wolniaku, opowieść w stosownym momencie urwaną i zakończoną domyślnym „i żyli długo i szczęśliwie”, zacznie raczej po swojemu naśladować „genialne akcje”, niż doskonalić inne umiejętności.
Można się domyślić, jakie społeczne skutki może przynieść albo już przynosi takie zjawisko. Wpojone przekonania i utrwalone podczas jałowych poszukiwań odruchy dadzą o sobie znać, kiedy posada już zostanie zdobyta. Oczywiście pracownik przekonany o tym, że wartość ma zdobycie i utrzymanie miejsca zatrudnienia, a nie sama praca, także będzie pracował, także wytworzy jakąś wartość dodaną, dzięki której zadowoli szefa-suwerena. Ale czy będzie twórczy, skłonny do doskonalenia efektów własnych działań, nawet gdy jego wizja przekracza wizję suwerena i kiedy twórczość niesie ryzyko wypadnięcia z łask? Czy technologiczne zapóźnienie naszego kraju, jego niska innowacyjność, wizualna brzydota i banalność, wtórność idei czy choćby – przepraszam prezesa Wolniaka, który jest tutaj skojarzeniodawcą, a nie adresatem przykładu – budzący zażenowanie poziom polskich reklam atakujących zewsząd każdego z nas – nie wynikają w jakimś stopniu z tego, że ludzie tak dużo troski, energii i wysiłku poświęcają zdobyciu i utrzymaniu zatrudnienia, a tak mało samej pracy?
Zakończona wezwaniem do naśladowania baśń o genialnym pomyśle młodej aplikantki niesie przede wszystkim takie przesłanie, że klęska w staraniach o pracę świadczy o niskiej osobistej jakości starającego się. O jego braku pożądanych cech takich jak kreatywność, odwaga, zdecydowanie i co tam jeszcze. Sugeruje, że osoba delikatna, o odmiennym niż proponowane poczuciu godności, która nie jest skłonna narazić się na śmieszność i zniewagę, na wyprowadzenie przez ochronę z biura naczelnej czy w końcu na tygodnie wydreptywania ścieżek i informowania o tym potencjalnych pracodawców, powinna się całkowicie i radykalnie zmienić. Nie ma tu nic do rzeczy fakt, że taka delikatna i godna osoba mogłaby być znakomitym pracownikiem. To nieważne, gdyż baśń mówiąca o poszukiwaniu pracy ceni posadę, a nie pracę.
Kwestia godności
Świetnie ujęła takie sugestie i oczekiwania w swoim emocjonalnym blogowym wpisie rówieśniczka Kariny Gos, Sandra Borowiecka: „Młodzi, zacznijcie trenować boks. Zapiszcie się na karate, czy inne sztuki walki. Stańcie się przebiegli jak Tommy Lee Jones w Ściganym. Sprawni Jak Chuck Norris, który nie szukałby pracy, bo to praca szukałaby jego. Bądźcie jak MacGyver, gotowi do otwierania drzwi biura szefa szpilką, do wskakiwania przez zamknięte okna, do czołgania się kanałami wentylacyjnymi. Musicie być kreatywni, czujni, szukać tam, gdzie inni nie szukają, przechodzić po ciałach tych co zdechli jak psy, leżąc na ulicach z lupami w dłoniach szukając tej jedynej, wyśnionej pracy. Bądźcie bezwzględni i czochrajcie szefa, gdy tylko nadarzy się okazja. Wrzućcie do internetu wszystko, co tylko możecie, zdjęcia majtek czystych i brudnych, swoich i czyichś. Proście o polubienia, o kliknięcia, o wyświetlenia. Pozbądźcie się złudzeń o doświadczeniu i wiedzy, zastąpcie je kreatywnością – tylko tak macie szanse, by zaistnieć na rynku pracy”.
Oczywiście sugerowanie ludziom poszukującym pracy całościowej zmiany samych siebie prowadzi wprost do pozbawienia ich godności, i to takiego, które oni sami uwewnętrznią. Człowiek pracujący lub starający się o pracę na mocy kontraktu z pracodawcą powierza mu jeden z najistotniejszych aspektów swojego życia: pracę. Ale nie powierza siebie. I na mocy kontraktu pozwala pracodawcy oceniać swoją pracę, ale nie siebie. To dla godności człowieka bardzo istotne, żeby wiedział, iż oceniana jest jego praca, względnie jego potencjał pracownika, ale nie on sam. Żeby mógł rozgraniczyć role, w których występuje: pracownika, który swoją pracę komuś sprzedaje, oraz siebie – osoby, której niezależnie od okoliczności nikomu nie wolno zmieniać, łamać, naginać.
A baśnie opowiadane przez redaktora Wąsowskiego i jego kolegów nastawione są na coś zgoła przeciwnego: takie złamanie przekonań i charakterów młodych ludzi, żeby rzeczywiście uwierzyli oni w to, że bezskuteczność starań zmierzających do zdobycia pracy świadczy o ich całościowo niskiej wartości. A ludzie o tym przekonani zgodzą się w końcu na każde warunki pracy, aby tylko uniknąć ostatecznego poniżenia, i jeszcze zaczną głosić peany na cześć pracodawcy. Tak jak kandydatka na Kopciuszka odrzucona przez kolejnych królewiczów wyjdzie w końcu za szewca-pijanicę, brutala i brudasa. I – mimo nienawiści – wobec sąsiadów zacznie go nazywać swoim księciem.
przez Jarosław Ogrodowski | niedziela 11 sierpnia 2013 | opinie
Jedną z moich ulubionych płyt jest „Time” grupy Electric Light Orchestra, wydana w roku 1981. To koncept-album opowiadający historię człowieka, który został przeniesiony do roku 2095 i próbuje odnaleźć się w tak zmienionej rzeczywistości. Okazuje się jednak, że przewidywania i wizje ukazane na tych nagraniach zmaterializowały się znacznie wcześniej i już teraz, w 2013, część z nich jest całkowicie realna.
Nasz podróżnik w czasie, wyrwany „ze starych dobrych lat 80.” (swoją drogą to zdanie bardzo dużo mówi o jego pozycji klasowej), tęskniąc za swoją ukochaną, ma w domu jej idealną cybernetyczną kopię. Oprócz tego, że dokładnie odwzorowuje ona wygląd osoby oraz stara się naśladować jej realne zachowanie, co wychodzi jej zresztą dość kiepsko, jest także… telefonem. Brzmi znajomo? Pewnie! Kto z nas nie ma w kieszeni podręcznej maszyny z Androidem, dostosowanej, przepraszam, spersonalizowanej pod siebie? Maszyny, która już dawno przestała być tylko telefonem, ale stała się czymś o wiele, wiele więcej?
Czym tak naprawdę jest nasz smartfon, możemy się przekonać, gdy spróbujemy pozbawić go którejś z podstawowych funkcjonalności. Mój, zakupiony w sklepie, już miał w sobie zaszytą aplikację obsługującą Facebooka, a pierwszą rzeczą, o jaką zapytał po włączeniu i ustawieniu języka, była synchronizacja z kontem Gmail, oczywiście po to, aby uzyskać pełną funkcjonalność. Zrobiłem to i, no właśnie, co ja tak naprawdę zrobiłem?
Żeby się tego dowiedzieć, musimy sięgnąć do standardowych, bardzo długich formułek, których przeczytania (i zaakceptowania) wymaga od nas każda aplikacja przed zainstalowaniem. Jest tam lista uprawnień, które przyznajemy poszczególnym aplikacjom. Standardowo zarówno Facebook, jak i Gmail proszą o dostęp do danych o naszych kontaktach i o ich edycji. Możemy się oczywiście nie zgodzić, ale wtedy aplikacja nie będzie działała. Akceptujemy więc i cieszymy się ich używaniem, a jednym kliknięciem wysłaliśmy dwóm wielkim korporacjom całą listę naszych kontaktów. I nie tylko, bo te aplikacje bardzo często pytają również o naszą lokalizację.
Przenosząc się z telefonu na telefon, najbardziej nie lubiłem przyklepywania kontaktów. Jasne, mogłem je zapisać na karcie SIM, ale miała ona możliwość zapisywania danych o określonej liczbie znaków, co kończyło się w najlepszym razie urywaniem kawałków nazwisk lub imion albo, w gorszym przypadku, istnieniem np. trzech Przemków, pozbawionych nazwisk. Tymczasem Google wyszło temu naprzeciw – zaproponowało mi, abym każdemu kontaktowi e-mail przyporządkował telefon do danej osoby, a tak połączone kontakty trzymał w zewnętrznym miejscu, skąd będę mógł je pobrać w dowolnym momencie, np. zmieniając telefon. I faktycznie tak to działa – przesiadka z telefonu na telefon staje się łatwa i przyjemna, bo kontakty zasysa się jednym kliknięciem, a synchronizacja trwa kilka chwil. Oczywiście nic za darmo – tym zewnętrznym miejscem są serwery Google’a, który w ten sposób nie tylko otrzymuje dane o tym, z kim się kontaktuję, ale również natychmiastową informację, że określona osoba ma nowy numer telefonu albo jakiś inny, dodatkowy („dodaj numer do istniejącego kontaktu”, prawda?). Ale nawet jeśli tego nie zrobię, to i tak już sprzedałem swoich przyjaciół, znajomych i współpracowników, bo jak wspomniałem, aplikacja obsługująca Gmail już wcześniej poprosiła o dostęp do moich kontaktów.
Facebook nie pozostaje w tyle. Pierwszą rzeczą, o którą pyta aplikacja po zalogowaniu, jest synchronizacja istniejących kontaktów z tymi, które mamy na Facebooku. Niezależnie od podjętej decyzji nasze kontakty już i tak wylądowały na serwerach Marka Zuckerberga (patrz wyżej uwaga o uprawnieniach aplikacji), ale są nieposegregowane. Oczywiście, boty szybko zrobią z tym porządek, ale po co je zajmować, skoro użytkownik może zrobić to sam? Jedno kliknięcie i jego podręczna maszyna sama porówna imiona i nazwiska – i gotowe, wystarczy zaakceptować.
Prowadzi to do kilku ciekawych sytuacji. Pierwsza jest taka, że nagle w telefonie przybywa kontaktów. Nasi znajomi z Facebooka, których numeru nie mieliśmy, nagle objawiają się na naszej liście kontaktów telefonicznych – tylko dlatego, że podali własny numer na swoim profilu na Facebooku i udostępnili go znajomym. Następna jest taka, że nawet jeśli próbowaliśmy być na Facebooku anonimowi, to nasi znajomi i przyjaciele już tę anonimowość dawno unieważnili. Nieistotne, że na Facebooku nazywamy się np. Michał Orwell i mamy ponad sto lat, a naszą lokalizacją jest Katalonia. Facebook już doskonale wie, że naprawdę nazywamy się zupełnie inaczej. A co więcej, podzieli się tą wiedzą z następnymi osobami.
Dowiedziałem się o tym, jak zwykle, przypadkiem. Oto koleżanka z pracy dała mi swój numer telefonu. Po chwili telefon sam z siebie zaproponował mi połączenie jej kontaktu z kontaktem z Facebooka. I nic w tym dziwnego, gdyby nie to, że koleżanka ta nigdy nie podawała Facebookowi numeru telefonu, a na tym portalu występuje pod zupełnie innym imieniem i nazwiskiem. Zagadka wyjaśniła się niemal natychmiast – jej współlokatorka ma identyczny telefon jak mój i najprawdopodobniej sama połączyła oba kontakty. A jeśli nie ona, to ktoś inny spośród jej kilkuset znajomych.
Kolejną dawkę wiedzy nabyłem, gdy postanowiłem wylogować się z Facebooka na moim telefonie. Nagle okazało się, że dużej części kontaktów po prostu nie ma. To znaczy są – ale jako gołe numery telefonów – i musiałem zgadnąć, który z nich jest który. Przyznam, że spanikowałem i mojego humoru nie poprawiło nawet to, że po chwili telefon odzyskał pełną listę kontaktów (ach, synchronizacja z serwerami Google!) – w ten nieprzyjemny sposób uświadomiłem sobie, co by się stało, gdyby nagle coś przestało działać.
Jedną z najbardziej profetycznych piosenek na „Time” jest „Here is the news”, opowiadająca o futurystycznym świecie wypełnionym informacją napływającą z każdej strony. Oprócz tekstu pojawiają się w tle losowe komunikaty z przyszłości, w tym jeden mówiący, że kilku inżynierów zostało skazanych na banicję przez sąd komputerowy. Brzmi jak zły sen? Być może, ale ten sen już nam się śni. Nie tak dawno temu Google „zniknął” portal Skąpiec. Portal ten po prostu znikł z wyszukiwarki i tak naprawdę nikt nie wiedział dlaczego. Od tej decyzji nie było żadnej drogi odwoławczej i nie było nad nią żadnej kontroli. Co więcej, decyzję tę podjął zapewne bot.
Nie inaczej jest na Facebooku. Na pewno znamy kogoś, komu zawieszono konto. Na razie czasowo, ale kto wie, czy już za rogiem nie czeka na nas ban nieograniczony w czasie. Co się wtedy może stać, przekonałem się boleśnie na przykładzie mojego smartfona, pozbawionego nagle dużej części kontaktów. Gdybym, na swoje nieszczęście, dorobił się również bana od Google, miałbym problem dużo poważniejszy – nie dość, że prawdopodobnie nie wiedziałbym, czyj telefon jest czyj, to jeszcze nie miałbym dostępu do swoich wiadomości i poczty elektronicznej. Tak, ja przecież też już od dawna zżyłem się z Gmailem i już nie pamiętam, jak to jest używać poczty od innych dostawców. Co więcej, coraz częściej nie pamiętają tego również nasi pracodawcy, opierając firmową pocztę o technologię Google i jego serwery.
Wyobraźmy sobie więc, co się stanie, jeśli zostaniemy zablokowani przez Google’a. Prywatne kontakty jakoś jeszcze damy radę opanować, o ile umiemy ograniczyć się tylko do tych osób, które nie używają Gmaila i do których można zadzwonić. Nasze życie w sieci również ucierpi, bo coraz więcej portali i stron internetowych powierza komentarze albo Google’owi (np. Agora, każąca się logować do komentowania z konta na gazeta.pl, oczywiście opartego o Google’u), albo Facebookowi (np. należący do „Krytyki Politycznej” Dziennik Opinii). Jeszcze gorzej będzie z pracą – nie dość, że całkiem szybko stracimy swoją – nie mamy już dostępu do poczty w pracy, bo nasz pracodawca przeniósł ją na serwery Google’a – to w dodatku staniemy się praktycznie niezatrudnialni. Wysłanie zwykłego CV stanie się loterią, bo przecież nie wiemy, która poczta oparta jest o Gmail. Niezwykle szybko spadamy więc do kategorii pariasów i faktycznych banitów we własnym społeczeństwie.
Na szczęście jesteśmy mało ważni i nie dajemy ani Google’owi, ani Facebookowi powodów do banowania nas. Jesteśmy grzeczni, a jedyne, co może naruszać ich polityki, to wrzucenie od czasu do czasu zdjęcia z gołymi cyckami, albo i tego nie. Czy na pewno? Jak to wygląda w praktyce, możemy się przekonać, gdy raz na jakiś czas Internet obiega pełna oburzenia wiadomość o tym, że któryś z tych gigantów „sprzedał” jakiemuś rządowi dane dotyczące politycznych przeciwników. Albo że z którymś z rządów podpisał umowę, w której zobowiązuje się do cenzurowania tego, czego szukają i o czym piszą jego użytkownicy. Dopóki dotyczy to krajów tak dalekich jak Chiny czy państwa afrykańskie, czujemy się spokojni. Nas samych stara się bronić Unia Europejska, ale kto wie, jak długo będzie się to udawało i jak paskudne rzeczy w międzyczasie będą robiły nasze własne rządy.
Google i Facebook potrzebują do życia tego samego – sieci naszych kontaktów. Obie korporacje doskonale wiedzą, z kim się kontaktujemy, jak często i gdzie bywamy (geolokalizacja to kolejna z rzeczy, na które się zgodziliśmy, instalując aplikacje!). Obie wiedzą, gdzie właśnie zrobiliśmy zakupy (ach, ludzie „czekinujący” się na Foursquare czy po prostu mający automatyczne meldowanie się) i z kim właśnie siedzimy, jedząc pizzę wieczorem, choć żonie powiedzieliśmy pół godziny wcześniej, że zostaniemy dłużej w pracy i że ma się nas nie spodziewać wcześniej niż po północy. Dane o sobie i o tym, co robimy podajemy bardzo chętnie i najczęściej zupełnie bezwiednie obu gigantom na tacy. Nawet jeśli wybierzemy cyfrową banicję i będziemy uważać, że jesteśmy poza systemem, zrobią to za nas przyjaciele, znajomi i współpracownicy.
Nie możemy na to wiele poradzić, ale miejmy chociaż tego świadomość.
przez Maciej Piotrowski | poniedziałek 5 sierpnia 2013 | opinie
W centrum niemal każdej wsi na naszym Roztoczu stoi monumentalny kamienny krzyż, zwykle z nieczytelnym już napisem i wyzierającą spod warstwy wapna datą: 1848. Niewielu wie, jakie wydarzenie ten pomnik upamiętnia. Próżno szukać takiej informacji w szkolnych podręcznikach. A może ta zapomniana data powinna stać się nowym świętem narodowym?
„Biedni poddani dzień i noc na was pracują i dręczą się, a wy ich krew, siłę, pracę i trud wyssawszy i nagimi w oborze i komorze ich uczyniwszy, wyrwańców waszych i zauszników w falendysze i kerezje ubieracie. A nieszczęśni poddani wasi nawet dobrej, prostej siermięgi nie mają, ażeby nagość swoją przyodziać” – opisywał los chłopów pańszczyźnianych w I Rzeczpospolitej prawosławny polemista i pustelnik, Iwan Wyszeńskyj. Mimo to lubimy sobie wyobrażać przeszłość w sposób sielankowy: mały, biały dworek, wśród złotych zbóż. Tymczasem życie naszych przodków bardziej przypominało los czarnych niewolników z „Django” niż sentymentalnych bohaterów „Przeminęło z wiatrem”. Obowiązkiem przymusowej pracy była objęta większość mieszkańców Rzeczpospolitej. Od zniesienia pańszczyzny nie minęło aż tak wiele czasu – ludzi, którzy ją odrabiali w młodości, pamięta jeszcze nasz dziadek. Polskie niewolnictwo prawnie zlikwidowano dopiero w 1848 roku (w Monarchii Habsburskiej) i w 1864 (w Imperium Rosyjskim).
Mieszkańcy Roztocza upamiętniali to epokowe dla nich wydarzenie – „nadanie wolności” – jak sami pisali. Ubogie społeczności fundowały krzyże gromadzkie i pamiątkowe kaplice. W naszej wsi, w Gorajcu, Heorhij Wójtowicz zamówił u jednego z ludowych malarzy obraz. Widać na nim chłopów dziękujących Panu Jezusowi za wolność.
Żadna wojna, żadna niemal zmiana granic czy ustroju nie pozostawiła po sobie takiego śladu w miejscowym krajobrazie. Jednak to konstytucje i wojny – święta wyrwańców i zauszników – które niemal wcale nie zmieniały pozycji większości mieszkańców tych ziem, są dziś oficjalnie celebrowane, to o nich uczymy się na lekcjach historii. Obraz ufundowany przez Wójtowicza zaginął prawdopodobnie w latach 70. XX wieku. Najpewniej rozpadł się ze starości.
Dlaczego warto przypomnieć tę historię? Po pierwsze po prostu dlatego, że Polacy w ogromnej większości są potomkami dawnych chłopów pańszczyźnianych. Nasze plebejskie pochodzenie jest jednak wciąż często uznawane za powód do wstydu. Lęk przed „obciachem”, „wieśniactwem”, przed tym, co „niższe” i „gorsze”, ułatwia symboliczną identyfikację z dawnymi i nowymi „wyższymi sferami”. Kiedyś łykami i chamami gardziła szlachta; dziś gardzą nimi nowi mieszczanie. Także polska inteligencja (niezależnie od tego, czy deklaruje się jako „prawicowa” czy „lewicowa”) często reprodukuje mit głoszący, że chłopstwo zawsze było ciemne i konformistyczne – w przeciwieństwie do zawsze światłych i niepokornych inteligentów.
Sugeruje się czasem, że chłopi niczego sami nie wywalczyli i nie wypracowali, że dostawali wszystko bez wysiłku – najpierw od zaborców, potem od komunistów. Takie ujęcie nie uwzględnia nie tylko roli wystąpień chłopskich w zniesieniu pańszczyzny. Zdaje się również zapominać o dynamicznym i świetnie zorganizowanym chłopskim ruchu społecznym. Ruch ten pod koniec dwudziestolecia międzywojennego wydał stowarzyszenia młodzieży wiejskiej, które potrafiły odnieść się krytycznie do odziedziczonych wiejskich stosunków, budując zarazem dumę z bycia chłopem, „gospodarzem państwa”. To ruch ludowy zorganizował Wielki Strajk Chłopski, który upominał się o demokratyzację i aktywną politykę antykryzysową państwa.
Wydaje się, że polska inteligencja podejrzanie łatwo przyjmuję pozę „pochylającego się” nad maluczkimi oświeciciela lub samotnego powstańca, otoczonego przez dzikie chamstwo, niegodne jego ofiary. Dlatego 44 ofiary starć strajkujących chłopów z przedwojenną władzą nie znalazły jeszcze miejsca w panteonie narodowych męczenników.
Dziedzictwo pańszczyzny i szlachetczyzny ciąży nie tylko nad polską kulturą, lecz również – a może przede wszystkim – nad ekonomią. Nie chodzi tu tylko o historyczne analogie, ale także o struktury tzw. długiego trwania. Korzenie polskiej peryferyjności i niedorozwoju sięgają bowiem jeszcze czasów „złotego wieku” i „złotej wolności”. Niesamodzielna, nieinnowacyjna gospodarka, oparta na taniej lub bezpłatnej sile roboczej, wytwarzająca półprodukty i dobra nisko przetworzone (kiedyś zboże i dziegieć, dziś w najlepszym wypadku zmontowany sprzęt AGD) – to dziedzictwo szlacheckiej Rzeczpospolitej. Podobnie jak uległość państwa wobec prywaty oligarchów. Dlatego warto zrewidować mity. Nie tylko po to, by przypomnieć, kim byli nasi przodkowie, ale również aby zrozumieć, kim my dziś jesteśmy i kim możemy się stać.
„Dzień Swobody” przydałby się w kalendarzu nie tylko po to, żeby odsapnąć od codziennej harówki. Przypomnienie pańszczyzny i walki przeciw niej może być okazją do innego spojrzenia na całą naszą historię. Spojrzenia od dołu, z perspektywy zwykłych ludzi, nie z perspektywy elit władzy i pieniądza. Tak jak proponował wybitny polski humanista Witold Kula. Wybrał on na dziedzinę swych studiów dzieje społeczne i gospodarcze, ponieważ szukał „historii /…/ ludzi skromnych i nieznanych, których zbiorowa praca, ofiary, cierpienia, stworzyły świat takim, jaki jest. /…/ Przez długie wieki, za kurtyną barwnej zmienności dziejów politycznych, praca milionów ludzi dokonuje rzeczy wielkich” (W. Kula, Wokół historii, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 1988, s. 183). Na tej – niewolnej – pracy niezliczonych pokoleń wyrosła również nasza kultura.
Nie znaczy to jednak, że w geście moralnego oburzenia musimy teraz wyrzucić na śmietnik wszystkie jej wytwory, łącznie z takimi skarbami sarmackiego piśmiennictwa jak „Opis obyczajów” księdza Kitowicza. Wręcz przeciwnie. Możemy w końcu pójść po swoje i poczuć się pewnie – jak współgospodarze „gospodarstwa kultury polskiej” na swoim kawałku ziemi. Potraktowanie zwykłych ludzi nie jako biernego przedmiotu, ale jako aktywnego podmiotu narodowej historii, działa uwalniająco. A wyzwolenie z dzisiejszej kulturowej, politycznej i ekonomicznej pańszczyzny, zrzucenie z barków brzemienia wstydu – może nam w końcu pozwolić swobodnie odetchnąć. Dzięki temu Rzecz-pospolita mogłaby się w końcu stać tym, czym być powinna: dobrem wspólnym, a nie prywatną własnością dawnych i nowych panów.
Wiejskość to nie tylko lajfstajl, gadżet, który można postawić na półce. Przywiązanie do korzeni oznacza przede wszystkim działanie na rzecz naszej lokalnej (wiejskiej lub miejskiej) społeczności. Bo peryferia można znaleźć w każdym zakątku kraju, również w Warszawie – wystarczy wychylić nos poza mury Nowego Wspaniałego Świata. Wystarczy zacząć od „małych” i konkretnych rzeczy: od tego, by nasza wspólnota miała dobry publiczny transport, świetlicę czy dom kultury. Choć niekoniecznie na rzeczach małych trzeba skończyć. Powstrzymanie infrastrukturalnej i cywilizacyjnej degradacji „Polski peryferyjnej” wymaga fundamentalnej rewizji priorytetów polityki państwa. Jeszcze nigdy nie udało się tego osiągnąć bez społecznej samoorganizacji i oddolnego nacisku. Przykład dali nam chłopi – jak zwyciężać mamy.
„Dzień Swobody” to zatem nie tylko święto dla historyków. W dniach odświętnych, w dniach pamięci – jak pisał Walter Benjamin – powraca pierwszy dzień wolności. Dlatego warto uczcić 165. rocznicę zniesienia pańszczyzny tak, jak robili to nasi przodkowie: tańcząc, pijąc i śpiewając. A także rozmawiając o naszej przeszłości i teraźniejszości.
Mateusz Piotrowski, Maciej Piotrowski
Stowarzyszenie „Folkowisko”
PS Między 12 a 14 lipca spotkaliśmy się w Gorajcu na festiwalu „Folkowisko” z poetami, socjologami i muzykami, z miejscowymi i przyjezdnymi, z ludźmi o różnych poglądach – by rozmawiać o tym dziwnym splocie państwa i chamstwa. O fascynującej i niejednoznacznej polsko-chłopskiej historii. I odsłoniliśmy nową wersję obrazu, który ponad 150 lat temu ufundował Heorhij Wójtowicz „Na pamiątkę zniesienia pańszczyzny 1848 roku”. Więcej informacji:
https://www.facebook.com/JestemZeWsi oraz
http://folkowisko.pl/festiwal.html
przez dr Rafał Bakalarczyk | środa 31 lipca 2013 | opinie
„Na głośne ostatnio w publicystyce politycznej pytanie, czy Polskę stać na państwo opiekuńcze, odpowiadam – Polski nie stać na rezygnację z państwa opiekuńczego” – takie słowa wypowiedział zmarły przed rokiem prof. Tadeusz Kowalik. Słowa te stały się mottem dla cyklu spotkań wokół książki „Socjaldemokratyczna Polityka Społeczna”, którą zadedykowano Profesorowi, będącemu inspiracją dla wielu dzisiejszych zwolenników budowania systemu dobrobytu przy znaczącym udziale państwa opiekuńczego.
Wspomniana publikacja za punkt wyjścia bierze wartości i cele, ale nie sposób pominąć – zwłaszcza w nieprzychylnym medialnym otoczeniu – ekonomicznego uzasadnienia dla wysiłków na rzecz rozwijania nad Wisłą państwa socjalnego, a zwłaszcza jego najbardziej dojrzałego, socjaldemokratycznego wariantu.
Państwo socjalne bywa wciąż rozpatrywane, nie tylko przez jego organicznych przeciwników, jako odziedziczony po minionym systemie balast, na który nie możemy sobie pozwolić. Szczególnie w czasie kryzysu. Czy nie czas zmienić to myślenie? Być może jest właśnie odwrotnie – nie tylko możemy i powinniśmy rozwijać politykę społeczną, także w dobie recesji, ale niewykluczone, że stanowi ona jeden z motorów przezwyciężenia kryzysu i wejścia na drogę rozwoju.
Nie jest przypadkiem, że w Europie z kryzysem radzą sobie względnie dobrze kraje skandynawskie, gdzie poziom opiekuńczości jest wysoki, a nie państwa śródziemnomorskie, w których poziom dobrobytu określa się jako jedynie elementarny (rudimentary welfare state). Casus nordycki jest wartym przemyślenia tropem, za którym podążanie rekomendował Polsce niedawno noblista Joseph Stiglitz. Jednak powołanie się na ów przykład może być o tyle nieprzekonujące, że tamtejsze instytucje dobrobytu były od lat tworzone na nieco innym fundamencie kulturowym i politycznym, a obecnie funkcjonują w kraju o innym poziomie rozwoju i ramach makroekonomicznych niż nasze. Dlatego warto pamiętać o skandynawskiej inspiracji, ale przywoływać ją w szerszym kontekście, ze wskazaniem na bardziej uniwersalne racje przemawiające za podążaniem nordyckim szlakiem rozwoju.
Otóż w najbardziej bezpośrednim wymiarze państwo interweniujące w stosunki gospodarczo-społeczne może przyczyniać się do wzrostu popytu (lub zahamowania jego spadku), a ten będzie nakręcać gospodarkę. Owo wzmacnianie popytu może się odbywać poprzez tworzenie miejsc pracy lub publiczne stymulowanie ich powstawania poza sektorem publicznym, ale także bezpośrednio przez transfery socjalne, które sprawią, że osoby znajdujące się tymczasowo poza rynkiem pracy nie znajdą się także poza rynkiem konsumpcji podstawowych dóbr i usług. Nie przypadkiem Brazylia weszła w fazę długotrwałego rozwoju właśnie dzięki wydobyciu z nędzy 20 milionów ludzi za pomocą państwowych świadczeń różnego rodzaju. Przykład Brazylii, która co prawda przeżywa tymczasowe trudności, ale – patrząc w długim horyzoncie czasowym – wykazuje tendencje rozwojowe, dowodzi, że nie tylko w wysoko rozwiniętej Skandynawii, ale także w krajach uboższych możliwy jest rozwój polityki społecznej, a nie jej zwijanie.
W Polsce głównym hamulcem wychodzenia z recesji – co przyznaje także Narodowy Bank Polski – jest właśnie bariera popytowa. Za nią stoją ubóstwo i bezrobocie, jak również niskie zarobki i niepewność ich utrzymania na coraz bardziej niestabilnym rynku pracy. Wysiłki państwa powinny zmierzać w kierunku przełamania owej bariery, a środkiem ku temu jest właśnie polityka społeczna.
Jeśli nawet przyjmiemy tezę, że od pewnego pułapu podnoszenie świadczeń może ograniczyć motywację do pracy, w Polsce jesteśmy dalecy od tego typu sytuacji. Mamy wciąż bardzo niskie i selektywne świadczenia z tytułu wystąpienia poszczególnych ryzyk socjalnych. Co więcej, ubóstwo jest także powszechne wśród osób pracujących, wobec czego świadczenia pieniężne, czy to rodzinne, czy z pomocy społecznej, są często niezbędne, aby podreperować budżety gospodarstw osób pracujących. W wielu przypadkach mogą stanowić niezbędne uzupełnienie dochodu z pracy, a nie jego „demotywującą” alternatywę.
Bardzo trudno jednak podnosić świadczenia czy płace w atmosferze „cięciobsesji”, by nawiązać do określenia, którym posługiwał się wspomniany Tadeusz Kowalik. Ten syndrom widoczny jest w myśleniu władzy w Polsce, ale także w innych krajach Europy. Bez zmiany paradygmatu w kierunku inwestycji publicznych i odejścia od fetyszyzowania takich pojęć jak dług i deficyt nie sposób rozwijać politykę społeczną, a tym samym mierzyć się z kryzysem. Można więc powiedzieć, że polityka społeczna sama warunkuje stosunki gospodarcze, z drugiej zaś strony jest zależna od polityki ekonomicznej.
Polityka społeczna widziana jako narzędzie walki z kryzysem to najbardziej bezpośredni, ale nie jedyny argument, jaki może stać za jej rozwojem. Prowzrostowy, a nawet prorozwojowy potencjał państwa dobrobytu to coś więcej niż doraźne wzmacnianie popytu. Przypomnijmy, że państwa dobrobytu to nie tylko transfery socjalne, ale także usługi publiczne – od edukacji, przez służbę zdrowia, po opiekę. Ów system instytucji widziany w całości i wewnętrznej złożoności dopiero pozwala dostrzec głębsze i długofalowe korzyści ekonomiczne płynące z rozbudowy sfery publicznego dobrobytu. Przystępnie i ze swadą na konkretnych przykładach ilustruje to w jednym z niedawnych artykułów Rafał Woś. Pokażmy pokrótce cztery zasadnicze grupy argumentów.
Po pierwsze – państwo dobrobytu umożliwia bardziej racjonalny rozkład środków w cyklu życia jednostki, pomiędzy różnymi jego fazami. Dzięki szczelnemu powszechnemu zabezpieczeniu społecznemu gromadzone są publicznie środki, tak by osoby, które dotknie jakieś z socjalnych ryzyk – np. starość, choroba czy niepełnosprawność – nadal mogły partycypować w rynku dóbr i usług i zaspokajać swoje potrzeby bytowe, co nota bene powinno być jednym z celów nadrzędnych ekonomii politycznej. Zrozumienie dla tych zasad sięga już drugiej połowy XIX wieku, natomiast dopiero wraz z rozwojem państwa opiekuńczego w okresie powojennym coraz silniej w systemach zabezpieczenia (w tym w największym jego segmencie – emerytalnym) wyraźne były wymiary solidarnościowy i redystrybucyjny. Chodzi więc nie tylko o rozkład środków między różnymi fazami życia jednostki, ale o przepływ między różnymi grupami ludzi: od tych, którzy nie doświadczają danego ryzyka, ku tym, którym się ono w danym czasie przytrafia, jak również od zamożniejszych do uboższych. Niestety w ostatnim czasie w Polsce system emerytalny coraz bardziej traci swoje solidarystyczne oblicze, a część osób wypada poza rynek usług i dóbr potrzebnych do godnego życia.
Po drugie – zabezpieczenie przed biedą, wykluczeniem czy brakiem możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb to nie tylko podtrzymanie rynku, ale także ograniczenie kosztów, które koniec końców i tak publicznie trzeba będzie ponieść. Wykluczenie społeczne ogranicza potencjał konsumencki, ale także możliwości jednostki w zakresie wytwarzania dóbr materialnych i kulturalnych oraz pełnienia ról społecznych. W dłuższej perspektywie osoby głęboko i długotrwale wykluczone stają się coraz mniej zdolne do wykonywania różnych czynności społecznie użytecznych i ekonomicznie produktywnych. A często wręcz wymagają dodatkowych nakładów zdrowotnych i socjalnych z uwagi na skutki swego wykluczenia. Państwo opiekuńcze chroniąc przed wykluczeniem, chroni się przed kosztami, jakie musiałoby z czasem ponieść.
Należy jednak zachować ostrożność w posługiwaniu się argumentem ekonomicznym w uzasadnianiu wsparcia dla osób wykluczonych. Nie zawsze możemy znaleźć dla niego proste ekonomiczne wytłumaczenie, natomiast i bez niego publiczna pomoc osobom w trudnej sytuacji życiowej jest wskazana.
Po trzecie – obok działań o charakterze bytowym, ważnym filarem państwa opiekuńczego (zwłaszcza socjaldemokratycznego) są rozmaite usługi opiekuńcze, socjalne i edukacyjne. Ich znaczenie, choć często ekonomicznie niedoszacowane, wydaje się najbardziej istotne z ekonomicznego punktu widzenia. Na przykład w przypadku ludzi opiekujących się osobami niesamodzielnymi możemy dzięki pomocy instytucjonalnej odblokować ich potencjał zawodowy i społeczny, którego bez tego zewnętrznego wsparcia nie mogą wykorzystać. Jeśli chcemy ich aktywizować zawodowo, musimy rozbudować żłobki i przedszkola, instytucje opieki długoterminowej (w tym także dziennej) oraz usługi środowiskowe. Wówczas praca przynajmniej w niepełnym wymiarze może stać się dla nich możliwa (choć nie w każdym przypadku), a to pozwala uniknąć całkowitego, długotrwałego wypadnięcia poza rynek pracy, na który później trudno wrócić. Poza tym uwspólnotowienie powinności opiekuńczych to również sposób na odciążenie opiekunów domowych, którzy dzięki temu będą mogli świadczyć wsparcie dłużej, a także mniejszym kosztem zdrowotnym i psychicznym.
Po czwarte – wspomniane usługi, a jeszcze bardziej te związane z edukacją, zdrowiem i podnoszeniem kwalifikacji zawodowych, to sposób na podniesienie i podtrzymywanie potencjału ludzkiego, co stanowi cenny zasób w społeczeństwie kognitywnym, wymagającym elastyczności i innowacyjności. Sam poziom bezpieczeństwa socjalnego zresztą też temu służy. Innowacje wiążą się z ludzką kreatywnością, gotowością do zachowań niestandardowych i próbowania rzeczy nowych, a do tego przydatne jest zabezpieczenie na wypadek, gdyby podczas eksperymentowania noga się powinęła. Rzecz w tym, że gdy ludziom nie zapewni się siatki bezpieczeństwa, niekoniecznie będą skłonni ryzykować, w obawie przed upadkiem. A nawet jeśli spróbują, a się nie powiedzie, mogą kolejnej szansy nie mieć, gdy siatka bezpieczeństwa jest słaba lub dziurawa. W tym sensie bezpieczeństwo sprzyja innowacyjności i kreatywności, a nie ją hamuje. E. Byrd w swych publikacjach o charakterze porównawczym znajduje dla owych zależności także empiryczne potwierdzenie.
Ponadto współczesna innowacyjność – mimo indywidualizacji życia społecznego – wymaga jednak współpracy, zaufania i miękkich kompetencji. Instytucje publiczne integrujące ludzi o różnych cechach społecznych wykształcają już na etapie przedszkolnym te umiejętności, walnie przyczyniając się do budowania społeczeństwa wiedzy. Nie przypadkiem to właśnie skandynawskie państwa dobrobytu wiodą prym w rankingach innowacyjności gospodarczej.
Powyższy zbiór argumentów ukazuje, jak wiele czynników rozwoju może zostać zaprzepaszczonych, jeśli sfera usług publicznych i świadczeń socjalnych będzie podlegała nieubłaganej logice cięć i oszczędności. Państwo opiekuńcze zdaje się bronić ekonomicznie nie tylko z punktu widzenia pobudzania wzrostu, ale także dostarcza czynników rozwoju społeczno-gospodarczego. Obranie jednak ścieżki ku budowie państwa opiekuńczego/socjalnego/dobrobytu nie usuwa dylematów względem tego, który z jego wariantów byłby najkorzystniejszy i który ma największe szanse zostać zrealizowanym w istniejących warunkach. Nie zwalnia też z ciągłego wysiłku krytycznego i przyglądania się powołanym instytucjom oraz – w razie konieczności – modyfikowania ich.
Dobrze byłoby, gdybyśmy nie musieli już dyskutować, czy w ogóle potrzebne jest nam państwo opiekuńcze, którego racje bytu wydają się bezsprzeczne, ale o tym, jak uczynić je najsprawniejszym i najbardziej wydolnym w realizacji przypisanych mu celów.
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 26 lipca 2013 | opinie
Na początek dłuższy cytat z „Gazety Wyborczej” (17.06.2013 r.). Tak pisze były kurator Szczecińskiego Okręgu Szkolnego, dr inż. Zbigniew Szyroki, w liście „Jak odwrócić załamanie demograficzne w Polsce”: „W 2012 r. mamy 750 tys. 900 zarabiających netto powyżej 5 tys. zł i 10 mln ludzi biednych i niepotrzebnych; niewidocznych – jakby ich nie było. A brak pracy to nie tylko bieda i wykluczenie społeczne, ale i zanik poczucia wartości, kreatywności, zdolności do konkurencji. I to na ogół jest dziedziczne. Zgodnie z przysłowiem »jabłko pada niedaleko od jabłoni«.
Ta cieniutka warstewka »pięciotysięczników« zapewni swoim dzieciom wszystko – dobre mieszkania, jedzenie, lekarza, dentystę, wczasy, basen, kort, naukę języków obcych, korepetycje, dodatkowe zajęcia pozalekcyjne – wszystko, czego dusza zapragnie, w tym firmowe ciuchy. Stać ich też na szkoły prywatne, gdzie będą wyrastać wśród swoich.
A co mogą bezrobotni, biedni, wykluczeni? Nic! Ich dzieci chodzą głodne do szkoły. A jak wynika z badań – głód powoduje nawet powolniejszy rozwój mózgu. Nieraz nawet nie są w stanie zrozumieć, czego nauczyciel od nich chce. A jest ich milion, a może i więcej.
Problem bezrobocia, biedy, w konsekwencji wykluczenia znikł z dyskusji publicznej. Nie ma go w prasie i w telewizji. Głównie w telewizji – gdzie mamy na okrągło celebrytów i tych, którzy uważają się za polityków. /…/ Jak padły PGR-y /…/ i setki tysięcy ludzi prawie z dnia na dzień znalazło się w »czarnej dziurze« biedy i bezsensu życia, to w telewizji problem sprowadzano do »wina marki wino« i pijaństwa”.
Nie są to przecież kwestie nowe, ale podane lapidarnie dają wgląd w ściśle ze sobą związane problemy III Rzeczpospolitej. Nie ma złudzeń: jest gorzka prawda o państwie stworzonym dla bogatych i wpływowych, kosztem mas. To państwo nie ma już żadnego etosu, żadnej miary dobra poza pragmatyczną władzą pieniądza. Udało się nam bardzo szybko w nadwiślańskim mikroklimacie wyhodować ten byt, znalazł bardzo podatną glebę i gorliwych ogrodników, a wzrost stymulowała ideologia traktująca wartość rynkową jednostki i społeczeństw jako nadrzędną, jako usprawiedliwienie każdego grupowego i pojedynczego łajdactwa, jako apologię wyzysku. I jeśli pójdzie tak dalej, doczekamy społeczeństwa kastowego o bardzo skrupulatnie zablokowanych ścieżkach awansu, z instytucjami wszelkiej możliwej proweniencji podporządkowanymi interesom właścicieli III RP i z prawem o charakterze stricte klasowym w kwestiach newralgicznych dla systemu.
To już się dzieje, przyspiesza drezyna historii (na lokomotywę nas nie stać), napędzana siłą woli politycznej zdeterminowanej władzy. Ustawy antypracownicze, ustawy antyzwiązkowe, niemal każdy protest obywatelski traktowany jako przejaw buntu, medialna kasta na straży wyobrażeń społecznych. Wszystko robione oczywiście tak, by oczy młodych, wykształconych prekariuszy wywodzących się z mniejszych i większych miast i z polskiej wsi kierowały się wciąż na kibolskie bazgroły na murach. Trzeba rzecz widzieć we właściwym świetle: możesz być dobrym obywatelem liberalnej demokracji w wersji dla Polaków, w końcu ci się uda, bo przecież myjesz zęby, masz aspiracje, dyplom, odpowiednie nastawienie do świata i wynajmujesz pokój ze stałym dostępem do Internetu. Walcz o nowy wspaniały świat, jeśli tak lubisz, przyklaśniemy też twojej walce z faszyzmem – bylebyś nie walczył z nami i z realnym liberalizmem. Bo chyba nie chcesz być jak tamci, schowani w cieniu, więc nie do końca zdefiniowani, ale z pewnością nieprzystosowani i aspołeczni.
Poza tym łatwiej policzyć rzucających się w oczy, wygolonych na łyso facetów, szukających dla siebie ścieżek awansu choćby w ramach kibicowskich subkultur, niż zdiagnozować koszty społeczne strukturalnego bezrobocia. Strach przed młodym mężczyzną, który może dać w mordę, jest bardziej namacalny i łatwiej go pokazać w telewizji niż lęki kobiety, która nie ma z czego ugotować obiadu dla dzieci i wie, że za progiem dorosłości nie czeka ich żadna obiecująca przyszłość, że ich świat będzie taki, jaki jej. Osiłek wykrzykujący swoją niechęć i pogardę w sali pełnej ludzi, których uważa za reprezentantów „antypolskiego establishmentu”, da się ująć w efektowny kadr i mocny, publicystyczny komentarz. Ale pobladły na twarzy mężczyzna w średnim wieku, wpatrzony w ścianę i niezapłacone rachunki – to żaden temat. To jeszcze jeden nieudacznik w rejestrze niewykorzystanych zasobów ludzkich, mniej ciekawy od skinów, nieżyjącej Madzi, uboju rytualnego, niemieckiej polityki historycznej. Co prawda tych nieudaczników trochę by się zebrało, ale w „normalnej gospodarce” – powiedzą światli ekonomiści i tłumek pożytecznych idiotów – tak to już jest z nieudacznikami, zatem pracuj i módl się, albo pracuj, zadłużaj się i konsumuj, albo wynoś się ludziom sprzed oczu.
III RP: kraj, którym rządzi Platforma Oligarchii. W sytuacji zagrożenia kryzysem władza niedwuznacznie już pokazuje, że działa na korzyść wąskiej elity finansowej i grubych ryb transformacji. Pewnie po części działa też ze strachu przed analitykami transnarodowych instytucji finansowych, którzy pilnie śledzą bilans zysków i strat, jakie przynosi im ojczyzna „Solidarności” i taniej siły roboczej. Z werbalnego czy faktycznego szacunku dla robotniczego zrywu niewiele już zostało. Za to stary zwyczaj korzystania ze wschodnich Europejczyków jako parobków ma się niezgorzej. III RP: kraj zastraszanych i ośmieszanych związkowców i central związkowych, przez lata zbyt dobrze żyjących z ustanowionego przy okazji transformacji status quo. Dziś, siłą rzeczy, musimy bronić związków zawodowych, z nieśmiałą nadzieją, że pójdą wreszcie po rozum do głowy i bez względu na wszystko będą wreszcie strzec dobra pracowników. Kwestia związków zawodowych być może stanie się symbolem społecznego przebudzenia polskiej lewicy i wszystkich antyneoliberalnych sił w Polsce. A być może pokaże młodym, wykształconym prekariuszom drogę do odkrycia swojej, niezbyt skłaniającej do optymizmu, tożsamości.
To zresztą rzecz interesująca: pamiętacie medialne obrazy singla z lat 90.? To był jeszcze nie leming, a japiszon – self-made man, ambitny, przebojowy, dlatego samotny. Przynajmniej tak to wyglądało w mediach. A dziś? Single, wiecznie niepewni swojej pracy i zarobków, w dodatku przytłoczeni propagandą hiperkonsumpcji, nawykli do tego, że w przestrzeni publicznej wartość osoby określa się wedle mieć, a nie być. Niezwiązani z nikim na stałe nie dlatego, że robią błyskotliwą karierę w korporacjach, ale ponieważ brak im stałości, jaką daje tych kilka swoich mebli, zakotwiczonych na własnej podłodze. Wiecznie na walizkach na przykład dlatego, że zachowali na tyle smutnej przytomności umysłu i poczucia niezależności, że nie chcą wziąć kredytu na mieszkanie. Albo dlatego, że nie mogą otrzymać tego kredytu, bo przecież elastyczne formy zatrudnienia są tak wspaniale wolnościowe, tak sympatycznie antysocjalistyczne i niechybnie stymulują gospodarkę. Co prawda liberalni konserwatyści prawią prekariuszom o wartościach i wspaniałości rodziny, ale biedni trzydziestoletni wciąż są na brzegu stabilnego życia, bo ci sami liberalni konserwatyści głoszą apoteozę rynku, który zawsze ma rację.
Prekariusze miast, miasteczek i wsi żyją zatem od jednej umowy cywilnoprawnej do drugiej w wynajętych pokojach i mieszkaniach albo wciąż siedzą kątem u rodziców, zdani na ich łaskę i niełaskę, ich kaprysy, rozczarowania i wypominania. A czasem pakują walizki i wyjeżdżają za chlebem. Mają dość praktycznych skutków płynnej ponowoczesności, którą tak zachwycają się w teorii, bo chcieliby choć trochę stać się konserwatystami: nawet w wolnym związku, nawet ze świeckim ślubem, ale wreszcie na dobre pod wspólnym dachem, z dzieckiem czy dwojgiem dzieci, z najmniejszym nawet oknem z widokiem na przyszłość i z przedszkolem na następnej ulicy.
Ale w kraju dla bogatych płynna nowoczesność podchodzi prekariuszom aż pod gardło, aż po oczy, czasem ich zalewa. Do tego w miarę postępów realnego liberalizmu zaostrza się walka klas: przybywa paszkwili na socjalizm, socjal, rozdawnictwo, związki zawodowe i złe państwo. Pisane są one tym pewniejszą ręką, że z coraz większym poczuciem bezkarności, cynizmem bądź głupotą oligarchia, jej najemnicy i mentalni zakładnicy mogą na naszych oczach uprawiać realny liberalizm. I tym bardziej przybywa płynnej nowoczesności, im goręcej lewica oddaje się zwalczaniu skutków, nie przyczyn zjawisk zachodzących w kraju. A biedny, starzejący się powoli prekariusz? Cóż, długo jeszcze będzie na to wszystko patrzył zza cudzego okna, a gdy już na śmierć przestraszy się faszyzmu, żadna karetka nie podjedzie, by go ratować – cięcia budżetowe wymagają ofiar, śmierć frajerom. I zostanie sam, umierając na zawał, a gdy go znajdą, skwitują jego truchło jak życie pegeerowców w latach 90.: nieudacznik, pewnie pijak i cholerny roszczeniowiec. A nad grobem zachlupią mu żałobnie fale płynnej nowoczesności… Taka to elegia na śmierć prekariusza.
przez Joanna Duda-Gwiazda | niedziela 21 lipca 2013 | opinie
Ulubioną rozrywką rosyjskich czynowników jest rechotanie z ludzi daremnie poszukujących szczątków swoich bliskich, wrzuconych gdzieś do bezimiennego dołu. Jeszcze lepszy ubaw zapewniają uroczystości nad grobem, w którym leży jakieś inne ciało. Na cmentarzu w Zakopanem w grobie Witkacego miała być pochowana młoda dziewczyna. Można popłakać się ze śmiechu.
W odzwyczajaniu nas od szacunku dla zmarłych rosyjskie i polskie władze, działając ramię w ramię (to ulubiona fraza pani Kopacz), ostro nas przećwiczyły. Jeśli Janusz i Piotr Walentynowicze nie mieli halucynacji, to w powtórnym pochówku w Gdańsku znowu złożono do grobu niewłaściwą osobę.
Te i inne wybitne osiągnięcia polskiej prokuratury i polskiej medycyny sądowej są pretekstem do politycznych ataków na PiS. Miejmy nadzieję, że już niedługo mainstreamowe media spłyną do ścieku i będzie można spokojnie zastanowić się, co robić.
Pytanie, gdzie znikło ciało Ani Walentynowicz, może zdenerwować Rosję i zachodnich sojuszników, którym Polacy ciągle destabilizują sytuację mimo potulnego rządu. A poza tym – co za różnica, gdzie zwłoki leżą? Postępowi ludzie dawno już porzucili katolickie gusła, zabobony i emocje związane z ciałem człowieka. O wystawie eksponatów wykonanych z ludzkich zwłok kulturalne osoby mówią: kontrowersyjna.
Ale tym razem chcę napisać o pani Ewie Walentynowicz z domu Andryka, która też zmagała się z problemem ukrytych zwłok. Najpierw kilka słów o jej bracie, Władysławie Andryce, pseudonim „Burza”. Należał do AK i WiN. W 1947 r. został aresztowany i skazany na długi pobyt w więzieniu. Miał wtedy 19 lat. Po dwóch latach objęła go amnestia i poszedł do pracy. Został przodownikiem i w nagrodę otrzymał książeczkę oszczędnościową podpisaną przez Bieruta. Nagrodę przeznaczył na cele podziemnej organizacji Młode Pokolenie Walczy. Zadenuncjowany przez zdrajcę we własnych szeregach uciekł z Gdańska do Gorzowa Wielkopolskiego. Sądząc z aktu zgonu, zginął 16.08.1950 r. Bezpieka dopadła go w kinie Capitol. Podczas ucieczki zastrzelił go funkcjonariusz UB Jan Dłużyk przez drzwi ubikacji. Władysław został pochowanypod nazwiskiem Handryła, bez daty urodzenia, na cmentarzu, ale w nieustalonym miejscu.
Historia pani Ewy kojarzy mi się z Antygoną. Przez wiele lat celem jej życia było odnalezienie grobu brata, przywrócenie mu dobrego imienia i godny pogrzeb z honorami należnymi żołnierzowi. Pani Ewa nieustannie jeździła do Gorzowa. Odszukała grabarza, który przypomniał sobie, w którym miejscu w nocy w tamtym czasie kogoś zakopywano. Pani Ewa uzyskała zgodę prokuratora na ekshumację i opłaciła identyfikację. Podejrzenia się potwierdziły. Szczątki przywódcy organizacji Młode Pokolenie Walczy przyjechały do Gdańska i 28 czerwca 1996 roku odbył się niezwykły, wzruszający pogrzeb na cmentarzu w Oliwie. Były poczty sztandarowe organizacji kombatanckich, rodzina, przyjaciele, koledzy. Grała orkiestra wojskowa z Morskiego Oddziału Straży Granicznej. Kompania Honorowa Wojsk Obrony Terytorialnej „Niebieskie Berety” pożegnała młodego żołnierza salwami. Andrzej Gwiazda sam niósł małą trumienkę, bardzo lekką, zawierającą trochę suchych kości.
Śledztwo, które pani Ewa zaczęła w PRL, od 1990 roku prowadziła już jawnie. Niestety nikt nie wierzył, że w III RP prawda i sprawiedliwość mogą zwyciężyć. Mąż pani Ewy był zdecydowanie przeciwny angażowaniu się w niebezpieczną i kosztowną walkę z bezpieką. Nawet szwagierka, Ania Walentynowicz, nie pokładała nadziei w skuteczność wysiłków pani Ewy. Szczerze mówiąc, też nie wierzyliśmy, ale staraliśmy się podtrzymywać ją na duchu i publikowaliśmy w „Poza Układem” informacje o sprawie.
A pani Ewa wytrwale szukała świadków, zdrajców, kolegów brata, eliminowała fałszywe tropy, ustalała okoliczności. Z zawodu maszynistka, prowadziła dochodzenie krok po kroku jak profesjonalny śledczy. Kiedy podejrzenia wokół Jana Dłużyka zaczęły się zagęszczać, prokurator nie mógł go przesłuchać, ponieważ okazało się, że starszy pan jest bardzo chorowity. Przypadek lub raczej palec boży sprawił, że w szpitalu na sąsiednim łóżku leżał prokurator. Dzielny pogromca bandytów opowiadał, że w pościgu w kinie Capitol wywichnął sobie palec i wystąpił o dodatek do emerytury za uszczerbek na zdrowiu. Jan Dłużyk stanął przed sądem i został skazany na 10 lat więzienia. Pewnie nie będzie siedział, ale wyrok skazujący jest w Ubekistanie i tak niebywałym sukcesem.
Pani Ewa doprowadziła jeszcze do unieważnienia wyroku skazującego Władysława z 1947 roku i przyczyniła się do tego, że prezydent Kaczyński w 2009 roku odznaczył go Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Bezpieka na wiele sposobów prześladowała i dręczyła rodzinę Władysława. Po wojnie była taka koncepcja, aby młodzi patrioci poszli do MO, gdzie, jak wydawało się, mogli skuteczniej chronić Polaków. Dla Kurasia, pseudonim „Ogień”, skończyło się to śmiercią, dla Adama, brata Władysława – więzieniem. Cytuję, co na podstawie relacji rodziny napisaliśmy w 1990 roku w kwietniowym numerze „Poza Układem”: „Już po zamordowaniu Władysława 23.10.1950 Adam Andryka został aresztowany i skazany na dwa lata więzienia za to, że nie doniósł na brata. W śledztwie Adam był bity przez naczelnika Wydziału Specjalnego Kalamona oraz jego zastępców Różańskiego, Krzempka i innych”. Wówczas opublikowaliśmy również kuriozalny akt oskarżenia, ale niekompletny. Dolna część kartki, gdzie były pieczątki i podpisy, została oddarta. Adam już nie żyje. Pani Ewa bardzo się ucieszyła, że Adama uważamy za bohatera, nie za kolaboranta.
Kiedy Władysław już nie żył, bezpieka sugerowała, że został aresztowany, a nawet że uciekł za granicę. Do makabrycznych żartów w stylu rosyjskim można zaliczyć prowokację wobec najmłodszego brata, Mieczysława. Cytuję relację rodziny: „Na obozie pracy SP (Służba Polsce) otrzymał paczkę z zagranicznymi specjałami i papierosami, rzekomo od brata Władysława, który uciekł za granicę. Mietek specjały zjadł, luksusowe papierosy wypalił, a do współpracy z obcym wywiadem nie przyznał się”. Hufiec zbiorowo potępił Mietka, wyrzucił z SP i zaczęły się kłopoty z pracą, ze szkołą. Mieczysław Andryka już też nie żyje.
Chcieliśmy, aby przynajmniej pani Ewa doczekała się publicznego uznania dla wyjątkowego i skutecznego zaangażowania w dochodzenie do prawdy i sprawiedliwości. Jednak pomysł, aby zgłosić panią Ewę do konkursu nagrody „Kustosz Pamięci Narodowej”, nie przyniósł rezultatów. Gdański Oddział IPN miał już swojego kandydata: fotografa Bogusława Nieznalskiego. Magda Czachor, pracownica IPN, opracowała i wysłała wniosek podpisany przez kilka osób. Niestety został on odrzucony. Wniosków obywatelskich IPN otrzymuje bardzo dużo, przeglądane są pobieżnie i nie mają większych szans w konkurencji z wnioskami zasłużonych instytucji lub dotyczącymi osób, których działalność jest powszechnie znana.
Nie krytykuję decyzji Kapituły tej nagrody. Rola każdej kapituły jest zawsze niewdzięczna, ponieważ porównanie niewymiernych osiągnięć i zasług jest trudne i zawsze budzi wątpliwości. Hasło „Precz z komuną”, albo nawet dłuższe „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”, można napisać na płocie. Ale historia pani Ewy wymaga opisania w dłuższym tekście i poza wąskim kręgiem przyjaciół nie jest znana nawet w Gdańsku. Mieliśmy tylko małe, niszowe pismo „Poza Układem”.
Teraz z pozoru jest dużo lepiej. Są niezależne media, ale odnoszę wrażenie, że rosyjska kwalifikacja „wrag sowieckogo naroda” wciąż obowiązuje, chociaż w złagodzonej formie. Jakie szanse ma pani Ewa w porównaniu z „towarzyszką panienką”, czyli córką Jaruzelskiego? Rafał Ziemkiewicz przeprowadził z nią długi, wnikliwy, przyjacielski wywiad, opublikowany w niezależnym tygodniku „Do rzeczy” na pięciu stronach. Wypytywanie dzieci dyktatorów i zbrodniarzy o to, co sądzą o swoim ojcu, jest głęboko niemoralne. Córka nie może ojca wyprzeć się i go potępić, powiedzieć „to jest zbrodniarz, który ma krew na rękach”. Nie może też zbrodni pochwalić, aby się nie skompromitować. Opowiada więc jakieś banały, że tatuś był troskliwy i nie pił wódki. Publiczność kocha wzruszające obrazki z życia wyższych sfer.
Nawet na przesłuchaniu w komunistycznym śledztwie teoretycznie przysługiwało prawo odmowy odpowiedzi, jeśli pytanie dotyczyło bliskich. Każdy sędzia ma prawo wyłączyć się ze sprawy, każdy dziennikarz może uchylić się od zabierania głosu w sprawie lustracji, jeśli staje wobec konfliktu sumienia.
Dzielę włos na czworo, a powód wydaje się oczywisty. Była już cała seria filmów, wywiadów, powieści, które przedstawiały różnych agentów, zdrajców, katów w białych i czarnych rękawiczkach jako ofiary systemu, porządnych ludzi, dobrych patriotów, którzy trochę inaczej rozumieli swoje obowiązki wobec Ojczyzny niż żołnierze wyklęci, ale też mieli dylematy moralne. Teraz przyszedł czas na lansowanie drugiego pokolenia.