przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 28 lipca 2014 | opinie
Polityka wspólnotowa i dążenie do osiągnięcia długofalowych celów rozwojowych wiążą się z kosztami, nie zawsze ponoszonymi w równym stopniu przez wszystkich obywateli. Przykładowo, ceny usług państwowej poczty z indywidualnego punktu widzenia mogą się zdawać niezrozumiałe czy wręcz niesprawiedliwe. Mieszkańcy miast dopłacają bowiem w cenie znaczka do utrzymania sieci placówek pocztowych na prowincji. Dopłacają za docieranie przez listonoszy w miejsca mało dostępne, rzadko odwiedzane.Jednak alternatywne scenariusze też mają swoją cenę. Ograniczony zasięg poczty czy rzadziej kursujące pociągi na „nierentownych” liniach nie tylko osłabiają więzi społeczne, ale także podkopują długofalowe perspektywy rozwojowe naszego kraju.
Ile tracimy, gdy po likwidacji połączenia kolejowego studia w większym mieście stają się dla młodego talentu zbyt dużym kosztem? Ostatecznie chytry płaci dwa razy, a cenowy wyścig na dno kończy się odbieraniem pism sądowych przy stoisku z wędzoną rybą. Scenariusz ten ma oczywiście swoich wygranych, ale nie są oni na tyle liczni, aby bez mrugnięcia okiem lekceważyć jego koszty.
Tymczasem są one lekceważone. „Dlaczego mam za to płacić?” – rozumuje wielu, widząc niesłychaną opresję w utrzymywaniu instytucji służących wspólnym celom. Okres transformacji jest bowiem, poza sukcesami i porażkami, ćwierćwieczem „focha” na wszystko, co wspólne, społeczne, wykraczające poza interes indywidualny i środowiskowy. Kowalski niespecjalnie lubi swoje państwo, nie jest z niego dumny, nie czuje się jego częścią, nie wierzy w swój wpływ na otaczającą go rzeczywistość.
Bój się zmiany na lepsze?
Podobne postawy nie szokują w kraju z taką historią, gdzie dowartościowanie wysokiej jakości instytucji nie ma jeszcze dość mocnych korzeni. Patologie w wielu z nich nie są wymysłem mediów i jednostkowymi anegdotami, a bylejakość usług publicznych często jest faktem. W wielu miejscach obywatel wciąż czuje się jak intruz, ktoś niepotrzebny i nieznaczący. Tam, gdzie zaufania nie nadszarpują lokalne układziki, często robi to obojętność i niekompetencja. Szacunek dla wartości, jaką jest dobro wspólne, nie jest powszechny, gdyż nie promieniuje od elit. Taki stan rzeczy szkodziłby więziom społecznym nawet gdyby ostatnie ćwierćwiecze było powszechnie postrzegane jako sukces. Dlatego państwo wciąż jest słabe, a mandat rządzących – kontestowany. Konsekwencją powyższej sytuacji jest przypisywanie złych intencji autorom niemal każdej inicjatywy płynącej „z góry”. Oczywiście są i tacy, którzy aktywnie sprzeciwiają się podobnemu oglądowi i stanowi rzeczywistości. Problem w tym, że owym wyjątkiem są zazwyczaj ci, którzy w odpowiedzi na opozycyjne wobec rządu narracje katastroficzne roztaczają symetrycznie emocjonalną obronę status quo. Obrona ta nie dotyczy jednak państwa jako takiego, a tylko konkretnej formacji rządzącej. Po odmianie koniunktury politycznej i zmianie warty na szczytach władzy dzisiejsi zwolennicy rządu prawdopodobnie z równą chęcią wejdą w role kontestatorów i malkontentów, niedowierzających w możliwość pozytywnej zmiany. Brak obrońców państwa jako wartości, dominuje natomiast podejrzliwość i fatalizm, pozwalający uciekać przed wyzwaniami i znajdować ulgę w micie niemożności.
Zgodnie z antypaństwowym dogmatem, zmiany na lepsze nie są możliwe. Drogówka, tak jak dwie dekady temu, zawsze przywita nas ordynarną sugestią korupcyjną. W urzędzie pani z okienka, powoli mieszając kawę, niechybnie postara się zrujnować nam dzień. W polityce zaś panowie w garniturach będą wyłącznie spiskować, jak „nachapać się” kosztem zwykłego, biednego człowieka. Jak może być inaczej?
Tym samym rozmowy ujawnione w ramach „afery taśmowej” mogą być widziane tylko w jednym świetle, takim do jakiego przywykliśmy i na jakie przyzwalaliśmy, np. wysłuchując połajanek o „złodziejskim ZUS-ie”. Czego tymczasem dowiedzieliby się z nagrań ci, którzy z chęcią piszą rozprawki o „aferze” nie wysłuchując nawet całych dwóch godzin i jedenastu minut rozmowy Belka – Sienkiewicz?
Fakty i mity
Po pierwsze tego, co powinno być oczywiste przed „aferą”. Pozytywne zmiany, jakkolwiek powolne i trudne, przeprowadzane przez ludzi z tej lub innej bajki, są możliwe. „Państwo istnieje teoretycznie” tylko dopóki poszczególne jego części nie zrozumieją, jaką jest wartością i jak wielki potencjał do ulepszania świata w nim drzemie.
Na samym początku rozmowy słyszymy o konieczności poszerzenia kompetencji NBP, który to postulat nie jest obcy czytelnikom tej kolumny. Podczas kryzysu finansowego ujawniło się z całą siłą, iż brak możliwości awaryjnego skupu obligacji przez bank centralny może w pewnych przypadkach zaowocować ograniczeniem suwerenności. Kraj niemający instrumentów obrony swojego długu podczas ataku spekulacyjnego staje się łatwym łupem dla finansjery, zmuszanym do drastycznych cięć oszczędnościowych i wyprzedaży majątku. Efektem jest de facto przejście pod kuratelę instytucji finansowych, aplikujących dość specyficzną terapię, która zdaje się nie mieć końca i nie poprawia stanu „pacjenta”.
W dalszej części taśmy słyszymy rozważania o tym, jak można spróbować zrepolonizować działający w Polsce bank, zarabiając na tym. Można pomyśleć, iż chodzi o wzbogacenie prywatnych kieszeni rozmówców, jednak na przekór fałszywym interpretacjom minister i prezes wyraźnie mówią, że chcą zarobić dla podatnika. Pomysły repolonizacji banków w czasach światowego kryzysu finansowego nie powinny budzić szczególnego zdziwienia czy kontrowersji. Gdyby nie wcześniejszy opór ideologiczny, do przejęcia WBK mogło zresztą dojść już kilka lat temu. Zupełnie niedawno zaś PKO BP przejął Nordeę.
W rozmowie słyszymy również kilka innych wątków, m.in. pochwałę brawurowej walki Viktora Orbána z instytucjami finansowymi (w tym OFE), uwagi o potrzebie wspólnych działań instytucji państwa przeciwko nadmiernym przywilejom wielkiego biznesu, propozycje skoordynowanych wysiłków przeciwko ksenofobii itp. Dla pełnego oglądu sytuacji każdy obywatel powinien przesłuchać całość podsłuchanej rozmowy. Moje osobiste zdanie o obu panach – pozytywne, choć nie entuzjastyczne – jest dokładnie takie samo jak przed „aferą”, lecz dla wielu zanurzonych w mitologicznych narracjach, przypisujących państwu i jego przedstawicielom wyłącznie złe intencje, zetknięcie się z tak autentyczną troską urzędników o interes publiczny może wywołać szok.
Cała ta sprawa przypomina również o wciąż toczącym się konflikcie mniejszych lub większych interesów z dobrem społecznym. Grupy oligarchiczne nie mogą znieść względnej samodzielności środowiska politycznego. Samosterowność i idący za nią potencjał do stanowienia o przyszłości państwa są uznawane za groźne same w sobie, nawet jeśli nie przekładają się na wielkie pozytywne zmiany. W interesie możnych jest więc państwo nie tyle liberalne czy nie-liberalne, przyjazne czy nieprzyjazne przedsiębiorczości, lecz po prostu słabe.
Budowa sprawnego państwa, służącego społecznym interesom, jest zadaniem trudnym, lecz nie niemożliwym. Wymaga walki z mitami i powolnego umacniania instytucji życia zbiorowego. Poddanie się mitologii niemocy jest skazywaniem się na porażkę bez podjęcia wyzwania. Nie tak wykuwały się cywilizacje.
przez Joanna Duda-Gwiazda | niedziela 20 lipca 2014 | opinie
Z takim hasłem pojawili się niegdyś działacze Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego na wiecu młodzieżówki liberałów. Mieli też inne hasła, np. „Więcej banków, mniej szpitali”. Dziennikarze pogubili się w sytuacji i pokazali ten wiec w telewizji. Długi czas uważałam hasła gdańskich anarchistów za najlepszą syntetyczną definicję nowego systemu, który rozwalcował Polskę po upadku marksizmu.
Dla komunistów ideologia wspólnej własności środków produkcji była tylko skutecznym narzędziem rządów jednej partii, dyktatury urzędników i posłuszeństwa Moskwie. Elity PRL bez żalu porzuciły wspólną własność na rzecz swojej prywatnej własności, a do posłuszeństwa wobec Moskwy w ramach pluralizmu dołożyły Berlin i Brukselę. Demokrację sprowadzono do przegłosowywania opozycji. Zamiast nieznanych sprawców działają teraz seryjni samobójcy. Procedury, na które powołują się aroganccy i niekompetentni urzędnicy, zastąpiły słowo „socjalizm”, rozstrzygające o prawomocności decyzji funkcjonariuszy PRL. System oparty na bezkarności władzy i strachu obywateli okazał się trwały. Nie wiem, co jeszcze musiałoby się wydarzyć – po Smoleńsku, po wielu skandalach i aferach, po ośmieszeniu ministra spraw wewnętrznych, który „szedł po kibiców”, a teraz tropi własnych agentów – aby obalić może nie system oparty na tradycjach PRL, bo to zadanie trudne, ale przynajmniej skompromitowany rząd.
O tak zwanej aferze taśmowej powiedziano już tyle w niezależnych mediach, że trudno dodać coś oryginalnego. Zwrócę tylko uwagę na trop, który zauważył Antoni Macierewicz. Jedynie prezydent Komorowski i jego ludzie nie ucierpieli. Prezydent patrzy na wszystko z dystansu i jest zatroskany jak dobry i mądry ojciec narodu.
Nad parlamentem unosi się duch prezydenta Wałęsy, najbardziej skutecznego polityka Polski i całego świata. Jego dewizą było: „pod przegraną się nie podpiszę”. Amerykański dziennikarz skomentował krótko: „to nie jest człowiek walki”, ale Polacy podziwiają taki talent polityczny. Wałęsa zawsze trafiał do obozu zwycięzców. Parlamentarzyści też chętnie porzuciliby obóz Tuska i przeszli do obozu Kaczyńskiego, gdyby wygrywał. „Kaczyński wciąż przegrywa” – lamentują ludzie rzekomo sympatyzujący z opozycją. Senator PO Jan Rulewski ostro potępiał bohaterów afery taśmowej, ale dręczony przez dziennikarkę Anitę Gargas pytaniem „dlaczego pan nie wystąpi z PO”, wreszcie wydusił: „pani żąda, abym popełnił polityczne samobójstwo”. Rozumując w ten sposób, będziemy czekać na zmianę władzy w Polsce do końca świata, a nawet dzień dłużej (cytuję Owsiaka). Panowie Tusk i Komorowski mają szanse pobić rekordy Putina i Łukaszenki.
Nie dołączę do obozu krytyków Kaczyńskiego, bo w tej sytuacji nie wypada. Napiszę tylko o najważniejszym błędzie PiS-u – rywalizacji działaczy o miejsca na listach do ostatniej chwili przed wyborami. Wtedy brakuje czasu na indywidualną kampanię, a wylansowanie nowych kandydatów jest niemożliwe. Nie jestem członkiem PiS-u, ale ta sprawa dotyczy mnie osobiście. Jeśli jeszcze raz prezydentem Gdańska zostanie Budyń albo jakiś jego koleżka, to popełnię czyn karalny. Nie wiem jeszcze jaki, ale coś wymyślę. W systemie liberalnym zalecana jest rywalizacja wewnątrz organizacji: partii politycznych, przedsiębiorstw, a nawet organizacji społecznych. Każdy sobie rzepkę skrobie. Pokusa motywowania ludzi indywidualnym sukcesem jest oczywista i nie jest to wynalazek liberałów. Marksiści też wierzyli w prześcignięcie kapitalistów przy pomocy współzawodnictwa pracy.
Moim zdaniem rywalizacja indywidualna sprawdza się tylko przy prostych pracach i pod warunkiem, że nie wymusza nadmiernego pośpiechu. W pracy dobrze zorganizowanej w ogóle nie musi być stosowana. Zadania trudne, nowe, interdyscyplinarne, wymagają współpracy zespołu ludzi, którzy znają się i mają do siebie zaufanie. Kultura pracy zespołowej musi być świadomie kształtowana przez kierownictwo, ponieważ ludzie mierni bywają sprytni i zręcznie podstawiają nogę zdolniejszym. Organizacja ponosi wówczas straty materialne, a szkody związane ze stratą zdolności do innowacji lub złą opinią mogą być nieodwracalne. Z książeczki „Jak zdobyć szklaną górę organizacji”, którą czytałam jeszcze w PRL, zapamiętałam smakowitą anegdotę. Menedżer, który miał uzdrowić podupadającą firmę, wpadł na pomysł wprowadzenia rywalizacji między działami. Otrzeźwił go stary Polonus: „w Polsce nazywamy to sikaniem do własnej zupy”.
Dlaczego Polacy nie otrzeźwieli po aferze taśmowej? Kibicują koalicji rządzącej albo opozycji tak, jakby to była wewnętrzna gra klasy politycznej, która nie dotyczy realnego życia. Pytani dają dziwaczne odpowiedzi. Zaczepił nas na ulicy mężczyzna, wygłosił kilkuminutowe przemówienie na temat marności rządów Tuska i zapytał Andrzeja, na kogo głosować. – „Na PiS, bo to jedyna realna opozycja”. – „Na Jarosława nie mogę, bo mnie oszukał”. – „Jak pana oszukał?”. – „Powiedział, że gdy Lech zostanie prezydentem, to on nie będzie premierem. Premierem został Marcinkiewicz. Ale potem Jarosław, oni się umówili”. Zastanawiałam się potem, czy ten człowiek kpił, czy próbował nas szczuć na PiS, czy czeka na idealną partię i idealną demokrację, czy czeka na twardziela, który wreszcie zaprowadzi porządek i rozpędzi wszystkich polityków. Kiedy trzeba dokonać wyboru i wrzucić kartkę do urny, prawda nie leży pośrodku, o czym próbują nas przekonać autorytety siedzące okrakiem na barykadzie.
Nie jestem psychologiem ale doszłam do wniosku, że Polacy są w stanie ciężkiej psychozy, jak dobre małżeństwo w trakcie rozwodu po haniebnej zdradzie.
A zaczęło się od tego, że Lech Wałęsa przypiął sobie do klapy marynarki wizerunek Marii z Jasnej Góry, a Kościół nie zaprotestował. Tylko nasz przyjaciel napisał litanię do Matki Bożej przyszpilonej do klapy.
przez Keith Payne | niedziela 13 lipca 2014 | opinie
Ciężko jest być szefem. Niedawno w „Wall Street Journal” ukazał się artykuł opisujący trudny los pewnego dyrektora generalnego (CEO), który co rano musiał zwlekać się z łóżka i przybierać buńczuczny wyraz twarzy. Czekał go długi dzień mówienia innym, co mają robić. Podobno sytuacja była tak trudna, że nie miał innego wyjścia niż rzucić pracę na rok, aby żeglować z rodziną po Oceanie Atlantyckim.
Forbes potwierdza: „wielu CEO ma osobistych asystentów, którzy ustawiają im grafik, i muszą latać ze spotkania na spotkanie, ledwo znajdując chwilę, żeby skoczyć do łazienki”. Cóż za upokorzenie! Ale nawet gorsza niż wysiłek pęcherza jest konieczność wyrzucania ludzi z pracy: „Może wam się wydawać, że CEO podchodzi z dystansem do decyzji o tym, kogo zwolnić, ale w większości przypadków bylibyście jak najdalej od prawdy. Podejmowanie trudnych decyzji o ludziach wokół potrafi być bardzo bolesne”. Nabierzcie otuchy, wy, którzy straciliście pracę w czasach trudnych dla gospodarki. Przynajmniej nie musieliście nikogo wylać.
Tego typu głupstwa pisane są zwykle w oparciu o badanie z lat 50. poświęcone „zespołowi stresu menedżerskiego”. Badanie to przeprowadzono jednak nie na menedżerach, lecz na makakach. W swoim słynnym eksperymencie neurobiolog Joseph Brady poddał grupę małp serii elektrowstrząsów – zwierzęta rażono prądem co 20 sekund przez 6 godzin. Inna grupa – „małpi menedżerowie” – przechodziła tę samą procedurę, lecz miała możliwość powstrzymania porażeń poprzez przyciśnięcie dźwigni w każdym 20-sekundowym interwale. „Małpi menedżerowie” szybko nauczyli się powstrzymywać elektrowstrząsy naciskając dźwignie. Sytuacja wygląda paskudnie dla obu grup, ale zdecydowanie gorzej dla małp pozbawionych szansy uniknięcia bólu. A jednak to właśnie „małpi menedżerowie”, obdarzeni większą odpowiedzialnością i kontrolą, zaczęli umierać na wrzody żołądka. Wyniki eksperymentu zdawały się wskazywać, że odpowiedzialność za podejmowanie trudnych decyzji jest czymś tak stresującym, iż może powodować poważne zagrożenie dla zdrowia. Tak narodził się zespół stresu menedżerskiego.
Z małpim menedżerem wiążą się oczywiście dwa problemy: menedżer i małpa. Makaki to nie ludzie, a zarządzanie elektrowstrząsami to nie podejmowanie decyzji biznesowych. Stać nas na więcej.
Istnieją już setki prac badawczych poświęconych powiązaniom między stresem, zdrowiem i władzą. I praktycznie wszystkie pokazują coś wręcz odwrotnego niż przypadek małpich menedżerów. Biolog Robert Sapolsky prowadził np. badania na stadach pawianów w Afryce. Ich wyniki wskazują, że im niższa pozycja danego osobnika w hierarchii, tym większe prawdopodobieństwo, iż będzie on miał wysoki poziom hormonów stresu i choroby związane ze stresem. Za to „wysoko postawiony” samiec alfa, który może pokryć każdą samicę, jaką sobie wybierze i wyładować agresję na każdym samcu o gorszej od niego pozycji w stadzie, ma dużo niższy poziom stresu. Jeśli istnieją małpi kierownicy – to są to właśnie oni.
Ewolucyjni psychologowie mówią często o mózgu tak, jakby chodziło o scyzoryk szwajcarski ze specjalnym narzędziem „zaprojektowanym” przez ewolucję do rozwiązywania każdego ewolucyjnego problemu. Ale reakcja na stres to nie szwajcarski scyzoryk – to młot kowalski. Reakcja na stres to uniwersalny sygnał alarmowy, który w podobny sposób odpowiada na różne zagrożenia. Wyskakująca z zarośli hiena wywołuje w nas tego samego typu reakcje, co sala konferencyjna wypełniona zwierzchnikami oceniającymi naszą prezentację w Power Poincie. Mózg wyzwala hormony stresu, w tym adrenalinę i kortyzol, powodując przyspieszenie pulsu. Szybko wzrasta stężenie glukozy w organizmie, powodując przypływ energii, która kierowana jest do mięśni rąk i nóg. Wstrzymane zostają mniej istotne czynności organizmu, takie jak wzrost czy trawienie. Pomaga to w bieganiu czy walce wręcz, ale już niekoniecznie w przypominaniu sobie kawału, którym chcieliśmy zacząć wystąpienie.
Jeśli jesteś zebrą na sawannie i uciekasz przed hieną, to albo ten przypływ adrenaliny uratuje ci życie, albo zostaniesz zjedzona na śniadanie. Tak czy inaczej reakcja stresowa potrwa tylko kilka minut. Ludzie natomiast obdarzeni są zdolnością pamiętania każdego żartu spalonego w przeszłości i wyobrażania sobie podczas bezsennych nocy we wszystkich bolesnych szczegółach porażek, jakich mogą doznać w nadchodzących miesiącach. Kiedy reakcja stresowa trwa miesiącami, staje się toksyczna. Przyspieszone tętno zmienia się w chorobę serca, przypływ glukozy – w cukrzycę, a przeciążony system immunologiczny ulega infekcjom. Reakcja stresowa, która wyewoluowała, by chronić nasze życie, teraz mu zagraża.
Jak działa reakcja stresowa w kontekście hierarchii służbowej? W niedawnych badaniach prowadzonych przez psychologa Gary’ego Shermana i jego współpracowników pojawia się najprostszy z dotychczasowych test różnicy w poziomie stresu między liderami a podwładnymi. Uczeni zbadali etatowych pracowników ze świata biznesu i wojska, którzy przeszli przez zajęcia dla kadry kierowniczej w Harvard Business School. W pierwszym kroku zaklasyfikowali uczestników badania jako liderów lub nie-liderów. Liderzy zostali zdefiniowani jako ci, których praca wymaga zarządzania innymi ludźmi. W obu pomiarach niepokoju i poziomu kortyzolu liderzy wykazali wyraźnie niższe poziomy stresu niż nie-liderzy. Wyniki były takie same w biznesie i wojsku. Z przywództwem wiążą się przywileje.
Wyniki te współgrają z implikacjami wielkiego badania brytyjskich urzędników, które toczy się od lat 60. Brytyjska służba cywilna posiada niezwykle wyrafinowaną i drobiazgową hierarchię z wyraźnie określonym statusem poszczególnych stanowisk – od sekretarzy po asystentów. Wszyscy badani są zatrudnieni i wszyscy mają ubezpieczenia zdrowotne. Pomimo to lekarz Michael Marmot wykrył, że każdy krok w dół drabiny służbowej to zwiększona liczba problemów zdrowotnych na tle stresowym, w tym największego problemu zdrowotnego – śmierci.
Kiedy dyrektor albo generał narzeka na stres, musimy zwracać szczególną uwagę na to, co dokładnie mają na myśli. Mogą dostawać więcej e-maili niż są w stanie „przerobić”. Mogą pracować po godzinach. Ale w większości przypadków mają prawo odmówić i mogą decydować, kiedy i jak radzić sobie z wyzwaniami. Mają dużo więcej kontroli nad swoimi życiami niż sekretarka, która umawia im spotkania albo woźny, który sprząta ich biura.
Ludzie tak bardzo łakną kontroli nad swoim życiem, że kiedy jest ona ograniczona, są skłonni ją imitować. W badaniach psychologa Aarona Kaya i jego współpracowników ludzie, którzy czuli, że brakuje im kontroli, byli bardziej skłonni do żarliwej wiary w kontrolującego Boga. Wierzyli także w kontrolujący rząd, teorie spiskowe i różne zabobony. Ktoś musi mieć kontrolę. Brak kontroli skorelowany jest z wyższym ciśnieniem, obniżoną odpornością i chorobami stresopochodnymi. Kontrola to esencja władzy, a zarazem ogniwo łączące status ze stresem.
Skoro jednak posiadanie kontroli chroni przed stresem, to dlaczego małpi przywódcy umierali na wrzody? Okazało się, że badanie zawierało fatalny błąd. Małpy nie były przypisane do przywódczej lub bezbronnej grupy w sposób losowy, co stanowi nieodzowny fundament każdego eksperymentu. Na przywódców „awansowane” były te małpy, które nauczyły się używać dźwigni do powstrzymywania elektrowstrząsów. Tymczasem szybko uczące się osobniki mogły zawdzięczać swój sukces temu, że szczególnie silnie odczuwały porażenia. A jeśli tak, to o ich losie przesądziło nie posiadanie kontroli, lecz nasilona reakcja stresowa na elektrowstrząsy. Jest w tym wszystkim lekcja – i nie chodzi tylko o metodę naukową. Jeśli starasz się kontrolować sytuację za wszelką cenę, bo przeraża cię, co może się stać, jeśli odpuścisz, to znak, że tak naprawdę wcale nie masz kontroli.
Keith Payne
tłum. Marceli Sommer
Artykuł ukazał się pierwotnie 24 września 2013 r. na stronie http://www.scientificamerican.com; przedruk za zgodą autora. Tytuł pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.
przez Wojciech Wytrych | niedziela 6 lipca 2014 | opinie
Czas, w którym przyszło nam żyć, jest straszny. Gdzie mamy wypatrywać pomocy? Skąd oczekiwać odsieczy? Czy możliwe jest wyzwolenie z tej opresji, tego zniewolenia, poprawienie swego losu? Oto prezentacja sposobów, praktyk, myków, którą znamy od zaklinaczy rzeczywistości, od tych, którzy nie dawali się gnębić, ale szukali sposobów wyzwolenia.
Bo przychodzi trudny czas, kiedy nie działają związki zawodowe, nie istnieje prawo pracy, a nawet w pobliżu nie gnieździ się żadna mafia, czyli jest maksymalna pustynia, dupa świata, kraina bez żadnych śladów pomocy socjalnej, czyli tu, gdzie jesteśmy lub za chwilę się znajdziemy. Bo przychodzi czas, kiedy jest gorzej i gorzej, i znikąd nie widać pomocy. I właśnie wtedy możemy pomóc sobie sami… Bezradni i bezbronni nie możemy stać bezczynnie. Czyż mamy dać się zarżnąć jak świnie? Ludzie próbują znaleźć sposoby obrony i je znajdują.
Oczywiście można dochodzić swoich praw w sądzie. Kiedy tylko mamy czas i pieniądze, można to robić – gdy brak nam pierwszego lub drugiego, wtedy lepiej nie ryzykować. Użycie magii wyrównuje różnice w majętności czy wykształceniu. Nie wszyscy są zdolni do używania magii. Ale są tacy, którzy mogą bronić się za jej pomocą w obliczu przewagi.
Szefowie wiedzą, czym jest prawo pracy i jak się je stosuje. Ale używają go tylko wybiórczo – gdy im jest to na rękę. Ścieżki naszego życia prowadzą w mrok. Cały czas jednak możemy wybierać – to nie Kołyma. Jeszcze nie. Można iść szlakiem Jimmy’ego Hoffy, ale to poddanie się władzy możnych i silnych, tyle że innych. Można też sięgnąć po siłę ze swego wnętrza.
Co można zrobić, aby dostać podwyżkę? Aby otrzymać urlop, kiedy chcemy? Aby nasz kierownik stracił stanowisko? Aby nie dostać wypowiedzenia? Aby przyznano nam premię? Aby dostawać najłatwiejsze zadania? Aby szef płacił pensję w terminie? Aby szef wreszcie kupił ubrania robocze? Aby szef wreszcie zaczął dostrzegać nasze osiągnięcia i przestał dostrzegać potknięcia? Aby spóźnienia uchodziły nam na sucho? Aby trudne zadania dawały się łatwo wykonać? Jak pozbyć się ze swojego otoczenia przykrego kolegi? Oto tuzin przykładów. Tuzin ścieżek.
Co zrobić, aby dostać podwyżkę? Sposoby są dwa. Można użyć guzika z ubrania kierownika. Guzik należy spalić, szczątki sproszkować i rozsypać wokoło jego biurka. Tak, aby nikt tego nie zauważył. Trzymając w drugiej dłoni monetę. I myśleć przy tym cały czas o różnicy między monetą a guzikiem, z naciskiem: moneta, nie guzik. Można też na tydzień przed każdą kolejną pensją nosić majtki założone na lewą stronę – ale tylko w pracy. Po pensji, niezależnie od efektu, majtki nosimy normalnie.
Co zrobić, by urlop dostać w tym terminie, który nam odpowiada, a nie w tym, który wygodny jest dla szefostwa? 13 minut po pełnej godzinie należy dotknąć szefa lub kierownika, który o tym decyduje, palcem trzymanym uprzednio w naszym odbycie. Powtarzać należy to przez trzy kolejne dni, bez znaczenia jednak jest, czy to ta sama godzina. Istotne jest 13 minut po pełnej godzinie, nie zaś to, czy to jest ta, czy inna. Skuteczność osiąga się przez dopełnienie trzydniowego cyklu.
Co zrobić, by upierdliwy kierownik stracił stanowisko? By przestał nami rządzić? Aby pozbawić go władzy nam nami, musimy posiadać na jego temat dużą wiedzę z dość specyficznych dziedzin. Będziemy bowiem potrzebowali krwi jego zwierzęcia. Może to być pies, ale lepsze są chomik, myszoskoczek, szynszyl. Największą zaś siłą odznacza się krew ptaków, poprzez proste nawiązanie do ich właściwości: ptaki odlatują. Jeżeli więc to możliwe, musimy zdobyć jego kanarka, papugę, a jeśli ma posesję na wsi i hoduje kury, może to być i kura. Ta jest najsilniejsza. Ptaka należy zarżnąć. Wyrwać mu pióra i umaczać we krwi. Dwanaście piór położyć wokoło siedziby firmy, w równych odstępach. Trzynaste pióro umaczane we krwi ptaka ukryć w jego biurku. Sześć piór umaczanych we krwi i sześć czystych wrzucić do sedesu, z którego korzysta w pracy, i spuścić. Jeżeli kierownik nie hoduje ptaka, lecz futerkowca lub albo gryzonia, zamiast piór należy użyć kępek sierści. Nie zawsze działa.
Co zrobić, aby nie dostać wypowiedzenia, gdy wielu je otrzymuje? Tu potrzebny jest długopis kierownika. Tym długopisem należy 33 razy napisać jego pełne imię i nazwisko na kartce. Kartkę potrzeć o genitalia, aby nimi pachniała. Długopis spalić i sproszkować. Ugotować ryż i ugnieść z niego kulki wielkości cząstki najmniejszego palca. Kulki ryżu wymieszać ze sproszkowanym długopisem, owinąć w podartą na kawałki kartkę z nazwiskiem kierownika i rzucić ptakom. Jeżeli w pobliżu jest akwen wodny, karmimy kaczki lub łabędzie, pilnując jednak, by nie pozostawiać niezjedzonych kulek. Nie wrzucamy ich do wody, lecz karmimy ptaki na brzegu. Pozostałe kulki zabieramy ze sobą. Jeżeli nie mamy w okolicy stawu lub jeziora, dajemy je gołębiom. Karmimy ptaki do momentu zjedzenia przez nie wszystkich kulek. Jeżeli ptaki szybko zjedzą wszystkie kulki, a groźba zwolnień cały czas krąży w firmie, powtarzamy zniszczenie długopisu. Do chwili zaprzestania zwolnień.
Co zrobić, by dostać premię? Znane są co najmniej trzy sposoby. Do pierwszego sposobu potrzebna jest chałwa waniliowa. Kawałkiem chałwy, a najwygodniejsza w użyciu jest taka w postaci batona, pocieramy szefa. Najlepiej po ciele, rękach, twarzy, karku, a jeśli to kobieta – po udach. Należy wykonać co najmniej trzy potarcia. Można też pocierać ubranie szefa, starając się wybierać części garderoby przylegające do ciała, jak mankiety czy kołnierzyki koszuli. Kiedy jednak pocieramy ubranie, ilość potarć musi być jak największa.
Sposób drugi nie wiąże się z bezpośrednim kontaktem. Wystarczy, patrząc na szefa, trzymać kciuk lewej ręki w swoim odbycie. Jeżeli mamy luźne ubranie robocze, wystarczy w tym celu zrobić odpowiednio szeroką dziurę w lewej kieszeni spodni lub kombinezonu i przez nią wysuwać dłoń ku tyłowi w sprzyjającej sytuacji. Działa słabiej i nie zawsze.
Sposób trzeci polega na mruczeniu: „premia, premia”, gdy tylko szef jest blisko. Wymaga długiego i uporczywego stosowania. Może to trwać nawet pół roku.
Co zrobić, aby dostawać najłatwiejsze, najprostsze, najlepiej punktowane zadania? Mając następny dzień wolny, dokładnie planujemy menu spożywanych potraw. Wszystkie posiłki spożywane po pracy powinny zawierać orzechy, chleb, wędzone ryby i owoce tropikalne. Wystarczy jeden produkt, ale im więcej składników, tym pewniejsze działanie. Prócz tego pijemy różowe wino – aż do upicia się. Zrobioną kolejnego dnia kupę odkładamy aż do wyschnięcia na wiór. Kupę suszymy tylko w sposób naturalny, latem na słońcu, zimą ułożoną blisko grzejnika. Kupa ususzona w piekarniku, prodiżu czy mikrofalówce traci potrzebne właściwości. Kupę następnie proszkujemy. Proszek sypiemy pod swe stopy, kiedy kolejny raz przekraczamy próg firmy – ale robimy to już „na ziemi” firmy, nie wcześniej.
Co zrobić, aby szef płacił pensję w terminie i uczciwej wysokości? To trudne i pewnego sposobu nie ma. Pomaga tu trzykrotne okrążanie szefa z najmniejszymi palcami wsadzonymi w dziurki od nosa, prawej ręki w lewą dziurkę, lewej w prawą dziurkę. Szef nie musi nas widzieć, my jego tak. Powtarzać nie częściej niż co sześć dni.
Co zrobić, aby szef wreszcie kupił ubrania robocze? Dwie są metody, by do tego doprowadzić, obie mają związek z bielizną. Można pracować bez majtek, tak jednak, aby się to nie wydało. Pewniejszą metodą jest jednak praca w majtkach żony. Najpewniej jednak, choć o to jest trudno, pracować w majtkach żony szefa.
Co zrobić, aby szef zmienił optykę patrzenia na nas i zaczął dostrzegać głównie nasze osiągnięcia, a przestał zauważać potknięcia? Ilekroć zauważamy szefa, łapiemy się lewą ręką za prawe ucho, przekładając ją za karkiem. Ilekroć zaś szef zbliży się do nas na wyciągnięcie ręki, dotykamy go ręką, którą uprzednio trzymaliśmy swoje genitalia. Dwa chwycenia się za ucho i dwa dotknięcia powtórzone po trzynastokroć powinny dać spodziewany efekt.
Co zrobić, aby spóźnienia uchodziły nam na sucho? Wystarczy, ilekroć szef odwróci się do nas plecami, ukucnąć za nim trzykrotnie, gdy stoi odwrócony. On jednak nie może tego zauważyć. Skuteczność będzie większa, jeśli podeszwy naszych butów są umoczone w naszym moczu.
Co zrobić, aby trudne dla nas zadania stawały się łatwymi? Jeżeli polecenia wykonania otrzymujemy przez telefon, należy w trakcie ich wysłuchiwania starać się dotknąć czubka nosa językiem. Ściągnąć dolne części ubrania tak, by ukazać nagie podbrzusze. Po wysłuchaniu polecenia należy ubrać się ponownie. Jeżeli jednak otrzymujemy polecenie bezpośrednio, potrzebne nam będą tłuszcze. Łatwiejsze jest ich użycie w postaci stałej. Masłem, margaryną, wazeliną lub smalcem nacieramy się pomiędzy pośladkami i pod pachami. Pewniejsze, ale trudniejsze jest polanie sobie tam oleju maszynowego o niskiej krzepliwości.
No i co zrobić, by przykry kolega został od nas oddzielony, abyśmy nie musieli go spotykać i z nim współpracować? Palcami, którymi uprzednio dotykaliśmy swego odbytu i naprzemiennie swoich genitaliów, tak by zapachy były intensywne i niekuszące, dotykamy każdej rzeczy, która jego jest. Dobrze jest jeść potrawy skutkujące wzdęciami i kiedy one nadchodzą, puszczać wiatr stojąc lewym profilem do tego kolegi. Najlepiej, gdy w tej sytuacji stoimy twarzą ku północy. Działanie jest wzmocnione, jeśli jednocześnie wykonujemy wachlujące ruchy dłońmi w jego stronę. Nie zawsze działa.
Oto dwanaście ścieżek.
Magiczność pracownicza jednak nie zawsze jest skuteczna. Czynniki zewnętrzne, okoliczności, sytuacja – nie zawsze sprzyjają. Magia jednak niesie ze sobą niewielkie koszty, w sam raz dla pracowniczego portfela.
Ale pamiętać trzeba, że ta magia nie zawsze skutkuje również i dlatego, że szefowie i kierownicy też posługują się magią, aby nami kierować, władać i rządzić. Ich magia może być silniejsza od naszej. Ale poddać się i nie próbować walki byłoby absolutną sromotą.
przez Piotr Wójcik | niedziela 29 czerwca 2014 | opinie
Ciarki mnie przechodzą, gdy słyszę o „niezależnych” i „apolitycznych” instytucjach. Proszę sobie zatem wyobrazić moje odczucia, gdy w reakcji na sytuację, w której prezes jednej z instytucji ochoczo planował dymisję ministra naszego kraju, niektórzy komentatorzy zaczęli głosić postulat jeszcze większego uniezależnienia i odpolitycznienia tejże instytucji. Oczywiście w kraju, w którym kultura polityczna z kulturą ma tyle wspólnego, co wolny rynek z wolnością, pomysły ograniczania sfery oddziaływania polityki muszą spotykać się z poklaskiem. Wpadki naszych kiepskich polityków nie powinny jednak być argumentami przeciw polityce jako takiej. W czasach wchodzącej brutalnie we wszystkie obszary życia logiki rynkowej, w naszym interesie jako społeczeństwa leży obrona sfery politycznej, a nawet jej poszerzanie. Tymczasem niestety „polityka”, „polityczność”, „upolitycznienie” i inne pojęcia pokrewne uchodzą u nas za skompromitowane. Zupełnie niesłusznie.
Definicji polityki jest chyba tyle, ilu politologów. Ja posługuję się bardzo prostą, żeby nie powiedzieć prostacką: polityka to podejmowanie działań na rzecz – różnie pojmowanego – dobra wspólnego. Chwila – powiedziałby ktoś – a walka o „frukta”, rozdzielanie miejsc na listach, obsadzanie „swoimi” stanowisk w spółkach skarbu państwa? Odpowiadam: to wcale nie jest polityka – te zjawiska (którym należy stanowczo przeciwdziałać) jedynie jej towarzyszą. Gdy wypełniają ją i stają się jej treścią, wtedy wspólnota ma poważny problem. I ten problem niewątpliwie mają Polacy. Jednak najgłupsze, co można w takiej sytuacji zrobić, to odrzucić politykę tout court. Bo to oznaczałoby dla wspólnoty samorozbrojenie i oddanie się pod okupację kogoś dużo gorszego niż zepsuci politycy.
W sytuacji upolitycznienia sfery publicznej, również wtedy, gdy kultura polityczna jest na najniższym możliwym poziomie, troska o dobro wspólne istnieje zawsze, choćby jako nierealizowany, ale możliwy do pomyślenia potencjał. Tymczasem gdy sfera publiczna przestaje być domeną polityki, dobro wspólne znika nawet z teorii i potocznego języka. Na jego miejsce wchodzi zaś niepostrzeżenie – pod płaszczykiem tzw. efektywności – zwyczajny partykularny interes. Interes oczywiście głównie osób i grup znajdujących się blisko centrów decyzyjnych.
Przynajmniej od kilkudziesięciu lat obserwujemy zawężanie zakresu polityki, co przejawia się na dwa sposoby. Po pierwsze, polityka i politycy mają coraz mniejszy wpływ na rzeczywistość. A więc pośrednio my wszyscy mamy mniejszy wpływ na rzeczywistość, gdyż to my tych polityków wybieramy i czasowo dajemy im mandat do rządzenia. I mówię tu o politykach wszystkich szczebli, także lokalnych. Decentralizacja władzy – postulat modny i często deklarowany – staje się jedynie przykrywką dla procederu „odbijania” sfery publicznej polityce. Zmniejszanie roli państwa odbywa się pod płaszczykiem przekazywania wspólnotom lokalnym coraz większej ilości kompetencji, jednak w istocie otrzymują one jedynie ochłapy, a prawdziwa władza wędruje nie w dół, lecz w górę. Przejmują ją instytucje zdominowane przez technokratów i ekspertów, kierujące się rzekomo obiektywnymi przesłankami, a tak naprawdę – interesami grup je kontrolujących, nie zawsze interesami wyrażanymi wprost.
Agencje ratingowe, fundusze inwestycyjne i inne podobne instytucje szantażują rządy samą możliwością reakcji („co na to powiedzą rynki finansowe?”). Dzięki temu uzyskują coraz większy nieformalny wpływ na władze w kolejnych krajach. Podświadomie odczuwana przez decydentów politycznych możliwość błyskawicznego przeniesienia kapitału inwestycyjnego w inne miejsce ogranicza suwerenność ich myślenia i decyzji, przez co suwerenny przestaje być także lud. Decyzje, w których politycy wciąż są naprawdę autonomiczni, mają coraz mniejsze, żeby nie powiedzieć drugorzędne znaczenie. Natomiast te najważniejsze, dotyczące standardów życia wspólnoty, oddawane są bez walki anonimowym „białym kołnierzykom”. Substytutem dawnej władzy stają się urastające do miary najważniejszych problemów wojenki światopoglądowe, które są jedynie desperackimi próbami odzyskania poczucia sprawczości – tak przez polityków, jak i społeczeństwo.
Po drugie, sfera polityki zawęża się wraz z pojawianiem się kolejnych dogmatów, niepodważalnych praw i standardów, które każda wspólnota polityczna musi spełniać, jeśli chce uchodzić za cywilizowaną (oczywiście liczących się już mocarstw te dogmaty nie dotyczą). Aksjomaty te dotykają wszystkich obszarów, choć oczywiście najwięcej ich jest w dziedzinie ekonomii, która dla „nowej władzy” jest najważniejsza. Mamy więc przykładowo wymóg dyscypliny budżetowej z jednej strony, a z drugiej postulat państwa neutralnego światopoglądowo. Kolejne aksjomaty można wymieniać jednym tchem: niska inflacja, zmniejszanie roli państwa w gospodarce, obniżanie podatków itd.
I nawet nie chodzi o to, że powyższe postulaty nie mają pewnych słusznych podstaw. Problem w tym, że wspólnota, która wybija się na niepodległość, tak naprawdę ma związane ręce, a przed sobą tylko jedną możliwą drogę rozwoju (co najwyżej w kilku nieodległych od siebie wariantach). A więc wspólnota taka, uzyskawszy niepodległość, wpada z zależności wyrażanej wprost w zależność wyrażaną domyślnie.
No dobrze, ale czy polityka w ogóle jest nam potrzebna? Skoro odchodzi do lamusa, to może jest to pożądany trend? Nic bardziej mylnego. Polityka to sama esencja wspólnoty. Jeśli tak ochoczo angażujemy się w wojenki obyczajowe czy personalne, to dzieje się tak właśnie dlatego, że jak tlenu łakniemy poczucia wspólnej sprawczości. Spór o sprawy wspólne łączy nas bardziej niż zwycięstwo piłkarskiej reprezentacji Polski czy medale olimpijskie dla „naszych”. Podmiotowość polityczna jest tym, co czyni z nas wspólnotę – gdy jej nie ma, brakuje również prawdziwego zwornika. Gdy zawężamy zakres polityki, zawężamy także zakres decyzyjności wspólnoty, a co za tym idzie – osłabiamy jej fundamenty. Nic przecież tak nie łączy, jak przeświadczenie o potrzebie (i możliwości) podjęcia wspólnie decyzji istotnych dla każdego z nas. Gdy tego zabraknie, gdy oddamy gros decyzji w ręce „apolitycznych” i „niezależnych” instytucji (nawet jeśli będą to instytucje krajowe), przestaniemy być wspólnotą, a staniemy się jedynie grupą ludzi zarządzanych przez te same podmioty.
Ciągle potępiane „upolitycznienie sfery publicznej” to także szeroki zakres kontroli społecznej. Nawet jeśli polityka wiąże się z wieloma patologiami, to jednocześnie daje nam mandat, by te patologie piętnować i domagać się ukarania winnych (czy ten mandat jest realizowany, to już inna kwestia). Faktem jest, że gdy nie spodobają się nam upublicznione nagrania rozmów paru ministrów, premier musi – co najmniej – gęsto się za nich tłumaczyć na konferencji prasowej. I drugorzędne jest to, że te tłumaczenia są dęte – już nasza w tym głowa, by wypracować takie mechanizmy kontroli i nacisku społecznego, żeby dęte tłumaczenia i mydlenie oczu maksymalnie ograniczyć. Najważniejsze jest to, że mamy w ogóle mandat do tego, by domagać się wyjaśnień, zmian itp. Natomiast rynkom finansowym lub międzynarodowym korporacjom możemy co najwyżej nagwizdać. Bo przecież, jeśli nam się nie podoba, zawsze możemy iść gdzie indziej. Tymczasem wolność konsumencka to fikcja – wie o tym każdy, kto próbował zmienić np. sieć kablową. Podmioty prywatne nigdy nie będą działać na rzecz dobra wspólnego, gdyż takiego celu nie stawiają sobie nawet w teorii. I nie ma w tym niczego złego. Zła i nienormalna jest dopiero sytuacja, w której oddajemy takim podmiotom część naszej sfery publicznej.
Gdy dopuszczamy w ogóle myśl, by rozstać się z politycznością, musimy brać pod uwagę, co stanowi dlań alternatywę. A ta jest co najmniej odpychająca. Na miejsca zwolnione przez wybieranych przez nas polityków już czekają zastępy technokratów. Technokracja jest w istocie gorsza niż najgorsza biurokracja. Biurokracja (w pejoratywnym rozumieniu tego pojęcia) jest zdegenerowaną i skrajnie zrutynizowaną formą realizowania polityki, a więc tak jak polityka, ma u swych źródeł (nawet jeśli dawno zapomnianych) dbałość o dobro wspólne. Tymczasem technokracja jest odczłowieczona już w swej idealnej i czystej formie. W przypadku biurokracji możemy chociaż liczyć na poprawę lub się jej domagać. W przypadku technokracji nie mamy ku temu żadnych podstaw. Żeby technokracja spojrzała na potrzeby ludzi, musiałaby przestać być technokracją. Ona kieruje się jedynie obiektywnymi przesłankami, wyrażanymi w formie przeróżnych celów inflacyjnych, stóp zwrotu z inwestycji, fluktuacji wzrostu itd. Społeczeństwo jest dla niej jedynie zbiorem statystyk i wykresów. Głodujące dziecko lub samotna matka to dla technokratów pojęcia zupełnie abstrakcyjne i jeśli nie da się ich przedstawić w formie analizy lub raportu, to znaczy, że nie istnieją. W urzędniku można chociaż spróbować wzbudzić litość lub przypomnieć, że służba cywilna nieprzypadkowo ma w nazwie „służbę”. W przypadku pracownika „niezależnej” instytucji nie ma na to szans. W istocie, najgorsze co może spotkać demokrację, to rząd techniczny.
Technokracja jest czymś jeszcze – to śmierć wszelkiej idei. Tymczasem to właśnie idee popychają nas do działania. To przede wszystkim one popychały świat i historię do przodu. Owszem, nieraz zaprowadziły nas też na skraj przepaści, ale odciągnęły nas wtedy od niej inne idee. Gdy oddamy sferę publiczną technokratom, zabraknie idei, zabraknie więc wszelkiej głębszej myśli i humanizmu. Niechybnie staniemy znów na skraju przepaści – z tym że wtedy nie będzie miało nas już co od niej odciągnąć.
Najnowsza afera taśmowa i inne, przyszłe afery, które z pewnością jeszcze nie raz wyjdą na światło dzienne, nie powinny nas zrażać do polityki jako takiej. Wręcz przeciwnie, świadomość tego, jak wiele jeszcze jest do zrobienia w naszej wspólnocie, powinna nas motywować do działania. Nie oddawajmy decyzji politycznych „niezależnym instytucjom” i „apolitycznym ekspertom”, bo gdy to już zrobimy, odzyskanie sfery publicznej będzie nie lada problemem. Lepiej trzeźwo spojrzeć na polityków i ze zgrozą przypomnieć sobie, że sami jako wspólnota ich wybraliśmy. Wtedy szybciej dotrze do nas, że mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek kontrolować ich, naciskać, żądać. Zarówno premiera, jak i wójta kilkutysięcznej gminy. Z takim podejściem będziemy w stanie uzdrawiać politykę i przywracać jej prawdziwe znaczenie. A wtedy jasne stanie się, że w zdrowym państwie każdy organ decyzyjny – państwowy czy samorządowy – powinien być polityczny. Wyjątek stanowić powinny być organy kontrolne (NIK) oraz wymiar sprawiedliwości. Gdy jednak apolityczny charakter przypisuje się instytucji powołanej do prowadzenia polityki (np. pieniężnej), powinniśmy zacząć patrzeć na naszą demokrację z troską.
przez Jarosław Górski | niedziela 22 czerwca 2014 | opinie
Dobre dwadzieścia lat temu, jeszcze w trakcie studiów, zaczynałem pracę nauczyciela-polonisty w sympatycznej podstawówce. Uczyłem w siódmych i ósmych klasach, ale często zdarzało się, że musiałem zastąpić koleżankę lub kolegę w klasie młodszej. Trafiło mi się kiedyś pilne zastępstwo u maluchów, w – jeśli dobrze pamiętam – drugiej klasie. Ponieważ dowiedziałem się o nim tuż przed rozpoczęciem lekcji, nie było mowy o jakimś przygotowaniu tematu czy konspektu – musiałem improwizować. O czym rozmawiać z takimi dzieciakami? Chwyciłem podręcznik jednego z nich i po przekartkowaniu znalazłem znany mi od dziecka wierszyk (jeszcze się wtedy w podręcznikach uchował) Juliana Tuwima „Wszyscy dla wszystkich”:
Murarz domy buduje,
Krawiec szyje ubrania,
Ale gdzieżby co uszył,
Gdyby nie miał mieszkania?
A że wierszyk pamiętałem ze szkoły, przypomniałem sobie nagle lekcję, w której przy okazji jego lektury, sam uczestniczyłem jako maluch. Moja wychowawczyni prosiła kolejne dzieci, by powiedziały, jaki zawód wykonują rodzice, później opowiedziały trochę o ich pracy, a każde inne dziecko mogło się zgłosić wtedy, kiedy stwierdziły, że zawód jego rodzica jest w jakiś istotny sposób powiązany z zawodem rodzica poprzednika. Kiedy więc jeden z moich kolegów opowiedział, że jego mama pracuje w sklepie i sprzedaje ludziom chleb i mleko, zgłaszała się koleżanka, której tata pracował jako zaopatrzeniowiec i rozwoził do sklepów towary samochodem, po nim kolega, którego z kolei tata pracował w warsztacie samochodowym itp. Kiedy dzieciom zabrakło inwencji w odnajdywaniu takich powiązań, wychowawczyni pomagała. Ponieważ mój ojciec jako nauczyciel-resocjalizator prowadził wtedy pracownię szkutniczą dla chuliganów z Woli i czasem mnie do pracy zabierał, ja – pamiętam – zgłosiłem się po opowieści koleżanki, której mama pracowała jako leśnik (tak mi się skojarzyło: las-drewno-łódki) opowiadałem (może zbyt długo), jak dłutem i strugiem profiluje się wręgi, gotuje klej stolarski, szyje na maszynie żagle, woduje łódkę i wiele podobnych historii. Pamiętam, że wszyscy opowiadaliśmy dumni z naszych rodziców.
No i powtórzyłem tę lekcję już jako nauczyciel. Wyszła tak sobie, dzieci coś tam poopowiadały, ale jakoś niechętnie odnajdywały wzajemne zależności różnych zawodów. No cóż – wytłumaczyłem sobie – gdzież tam mnie, człowiekowi bez doświadczenia w pracy z maluchami i bez znajomości klasy naśladować własną wychowawczynię. A poza tym to już nie były te czasy, kiedy rodzice zabierali dzieci do pracy. Te czasy właśnie się niedawno skończyły.
Kilka dni później zostałem poproszony do gabinetu dyrektorki szkoły. Oprócz niej siedziała tam już nauczycielka, którą zastępowałem i szkolna pani pedagog (słowa „pedagożka” wtedy jeszcze nie używano). Okazało się, że zostałem wezwany na dywanik w sprawie lekcji, którą przeprowadziłem. Dzieci poskarżyły się rodzicom, a rodzice dzwonili do szkoły z pretensjami. No bo jakże tak można: wypytywać dzieci przy innych dzieciach, czym zajmują się ich rodzice? Czyżbym nie wiedział – usłyszałem – że do naszej szkoły chodzą nie tylko dzieci jakichś ważnych i zamożnych osób, ale że większość uczniów ma rodziców zwyczajnych: robotników, ekspedientki, pielęgniarki albo motorniczych tramwajów? Przecież są tu także dzieci rodziców bezrobotnych i „różnej społecznej patologii”. Czy ja się przez moment chociaż zastanowiłem, co będą czuły takie dzieci, kiedy każe się im opowiadać, czym zajmują się ich rodzice, a zwłaszcza kiedy same będą słuchać, że rodzice innych dzieci robią wspaniałe kariery, świetnie zarabiają, że po prostu są lepsi od ich własnych rodziców. Tłumaczyłem się, że przecież ani przez moment nie rozmawiałem z dziećmi o tym, ile ich rodzice zarabiają i jakie kariery robią, ale o tym, na czym polega ich praca i jaki jest z niej wspólny pożytek. Że przecież wiersz Tuwima wciąż jest w podręczniku, a jak rozmawiać o jego przesłaniu, nie odwołując się do doświadczeń małych czytelników? Na próżno. Wysłuchałem sporo o swoim braku delikatności, a trochę i o tym, że mógłbym nieco więcej słuchać starszych i lepiej rozumiejących świat koleżanek, a nieco mniej się sprzeczać.
Niedawno rozmawiałem z kolegą polonistą, który wciąż uczy w szkole podstawowej. Opowiadał, że on i jego koledzy mają absolutny zakaz rozmawiania z uczniami o tym, jak który z nich spędzał wakacje. Kiedyś, dawno temu, to właściwie była reguła, że na pierwszych lekcjach po wakacjach zadawało się wypracowanie na temat „Moja wakacyjna przygoda”. Dzieciaki mogły napisać o czymś miłym, jeszcze przez chwilę pożyć atmosferą wakacji. Później czytało się te wypracowania głośno, przy całej klasie. Dziś – nie wolno. Argument ten sam: trzeba uniknąć licytacji i zawstydzania biedniejszych dzieci przez bogatsze. Inna koleżanka opowiadała, że z podobnej racji nie zaleca się na lekcjach rozmów z dziećmi o samochodach, modzie, stylu życia. Pamiętamy odżywającą od czasu do czasu dyskusję o szkolnych mundurkach, dzięki którym jakoby w szkole skończy się wywyższanie jednych dzieci ponad drugie, przechwalanie się drogimi ubraniami itp.
Wciąż budzą w nas oburzenie takie sytuacje, jak choćby segregacja dzieci na szkolnych stołówkach – dla biednych tylko zupa i ziemniaki, dla bogatych także mięso, garnirunek, deser i kompocik. Słyszałem o takim rozwiązaniu tego problemu, że aby biedniejsze dzieci nie czuły się gorsze, jadały obiady na innych przerwach niż bogatsze. Czasem, choć coraz rzadziej, oburzenie budzą wycieczki i zielone szkoły tylko dla niektórych, albo maturalne i gimnazjalne bale rujnujące uboższych rodziców niechcących dopuścić do tego, żeby ich dzieci poczuły się gorzej.
Ale może warto zadać pytanie, jaki jest ukryty, głębszy sens takich prorównościowych działań i postaw. Czy dzieci, z którymi w szkole nie będzie się – wspólnie, przy całej klasie – rozmawiać o tym, jaką pracę wykonują ich rodzice, jaka jest społeczna i finansowa sytuacja ich rodzin, będą w jakikolwiek sposób i przed czymkolwiek chronione? Przecież one – już pierwszoklasiści, już przedszkolaki – rozmawiają ze sobą i doskonale wiedzą, kim są i co robią rodzice kolegów, wiedzą też, może bez szczegółów, którzy zarabiają więcej, a którzy mniej, znają siłę swoich pieniędzy i pieniędzy w ogóle. I będą to wiedziały, będą się tym ekscytować i licytować, pewnie i z takiej przyczyny, że wyczują coś ekscytującego w temacie, na jaki z dziećmi nie rozmawia się głośno i oficjalnie.
Skoro z dziećmi, aby ich nie zawstydzać, nie wolno rozmawiać o tym, jaki zawód wykonują ich rodzice, to znaczy, i dla dzieci też to jest czytelne, że istnieją zawody zawstydzające. Że istnieją zawstydzające, choć przecież legalne sposoby zarabiania na chleb i istnieją takie, których się wstydzić nie trzeba. Zawstydzające to te, które przynoszą mizerny dochód, zaś dumnym można być z takich, które przynoszą dochód wielki. I nie wolno mówić o tym, podobno aby nie zniechęcać młodych ludzi do wysiłków i starań, że przecież często takie zawody i sposoby pozyskiwania środków do życia, które choć mają ogromną społeczną doniosłość, są fatalnie wynagradzane, a takie, których społeczną doniosłość wskazać trudno, bywają źródłem gigantycznych fortun. Że choćby pielęgniarki, listonosze, woźni szkolni, sklepowi sprzedawcy i sprzedawczynie czy robotnice i robotnicy w wielu fabrykach, choć żyją uczciwie i przykładają się do swojej pracy zarabiają grosze i wraz ze swoimi rodzinami żyją na pograniczu nędzy, a – powiedzmy – politycy wygrywający kilkadziesiąt razy z rzędu w ruletkę albo bankowcy namawiający swoich klientów na rujnujące polisolokaty mogą się cieszyć niebosiężnymi dochodami i takimże statusem. Biednyś – wstydź się! Oczywiście zrobimy wszystko, żeby oszczędzić ci wstydu, ale im więcej będzie tych starań, tym bardziej będziesz widział, jak zawstydzająca jest twoja bieda. Będziesz widział, że dla twojego dobra o pewnych twoich sprawach i kłopotach nie mówi się i nie pozwala mówić innym, zamiata się je głęboko pod dywan, a że pod dywanem one – choć już niewidziane – mają jeszcze lepsze warunki rozwoju, że buzują tam, tętnią, wzrastają, że domagają się ujścia, tym bardziej trzeba je jeszcze upchnąć kolanem. Przekaz taki: biednyś – wstydź się! – zapada głęboko w umysł i serce jako pewnik, jedna z uniwersalnych kategorii oglądu świata.
Warto by tutaj zastanowić się, czy zadaniem wychowawców jest kreować pozornie bezpieczne sztuczne środowisko dla swoich wychowanków, czy też raczej pomagać zrozumieć to istniejące rzeczywiście, nawet gdy wydaje się ono ogromnie skomplikowane i niesprawiedliwe. Przecież żyjemy w kraju o gigantycznych różnicach społecznych – dlaczego miałyby one być niewidzialne akurat w szkole i dla dzieci? Czy zamiast unikać z dziećmi niebezpiecznej i bolesnej rozmowy o modnych ciuchach – bo jeden ma lepsze i zmienia codziennie, a drugi ma dobre, markowe, ale tylko jedną zmianę, którą nosi, aż nie zedrze – nie byłoby lepiej właśnie z nimi o nich porozmawiać i wraz z nimi powiedzieć głośno: jedni mają ubrania droższe, inni tańsze, jedni mają rodziców bogatszych, inni biedniejszych, tak wygląda świat, w jakim żyjemy? Przecież tak wygląda. Może nie?
Czy to byłoby źle, gdyby zamiast zabraniać dzieciakom przechwalania się takim czy innym wyznacznikiem dziecięcego statusu, dać im jasny i oficjalny – bo płynący od autorytetu państwowej szkoły – komunikat: w szkole jest tak, jak w całym naszym kraju, są bogatsi, którzy na różne rzeczy mogą sobie pozwolić, i biedniejsi, którzy muszą obejść się smakiem. Czy to sprawiedliwe? Nie, ale tak jest. Nie jest tak?
Dlaczego nie masz? Dlaczego jesz w stołówce tylko zupę, nie jeździsz na wycieczki, nie masz takich rzeczy, jakie mają inni? Bo jesteś biedny. Taki właśnie jest świat, w którym żyjesz: są w nim ludzie bardzo bogaci, bogaci, tacy średni, biedni i bardzo biedni. Skoro świat jest właśnie taki, bieda musiała na kogoś trafić, trafiła na ciebie. Bo masz matkę pielęgniarkę, ojca woźnego w szkole, bo rodzice nie mogą znaleźć pracy, bo ojciec odszedł i nie chce płacić na dzieci, bo – i tak może być – rodzice nie starają się dostatecznie. Jesteś biedny, to nie masz, jasna sprawa. Jaka w tym twoja wina? Żadna. Czy rodzice są winni? Różnie może być. Jaka zasługa tych twoich kolegów, którzy mają? Żadna. Jaka zasługa ich rodziców? Różnie może być. Zazdrościsz? Pewnie, nie masz, to zazdrościsz. Ale wstydzić się nie ma czego. Jesteś z rodziny bogatej lub biednej, wiedz o tym, tak jak wiesz, że masz na imię Krzyś czy Kasia, jesteś dziewczynką lub chłopcem, masz lat osiem lub dziesięć, jesteś Polakiem, chodzisz do szkoły.
Czy to by było źle, gdyby człowiek, potem już dorastający i zupełnie dorosły, posiadał już umiejętność powiedzenia sobie: nie mam tego czy tamtego, co mają inni, bo jestem od nich biedniejszy? Czy to wstyd? Ależ skąd. Żyję w świecie i kraju, w którym są bogatsi i biedniejsi, tych biedniejszych jest więcej – trafiło na mnie. Nie mam, to zazdroszczę, chciałbym mieć to, czego nie mam, ale żaden wstyd nie mieć. Mimo takich i takich starań, a i z powodu takich i takich zaniechań, jestem biedny. Nie muszę się wstydzić, więc i nie muszę sobie wyobrażać siebie jako bogatego, wyobrażać, że kiedyś tam odegram się na tych, którzy widzieli moją biedę i mój wstyd. Nie jestem bogaczem in spe, nie wzbogacę się natychmiast, kiedy ktoś tam kogoś tam pogoni, kiedy każdy będzie mógł już bez przeszkód myśleć tylko o sobie. W świecie, w którym żyję, ktoś musi być biedny, dlaczego nie ja? To oczywiście niesprawiedliwe, ale ten świat taki jest, i dopóki taki będzie, będzie niesprawiedliwy. Inna kwestia, czy taki być musi. Mówi się, że zamożność bierze się z ciężkiej pracy i starań. Staram się, pracuję ciężko, ale – różnie może być. Różnie może być.