przez Krzysztof Mroczkowski | środa 11 czerwca 2014 | opinie
Ćwierćwiecze polskiej transformacji, w przeciwieństwie do poprzednich rocznic, stało się przyczynkiem do krytycznej analizy polskiego status quo. Dziś, gdy „mleko się rozlało”, nie brakuje głosów rozważnej refleksji. Wszystkie te wspominkowo-krytyczne panele i dyskusje są jednak niewielką pociechą dla osób, które polska transformacja wyrzuciła za burtę. Nie wolno zapominać, że mieszkańcy obszarów chronicznie wysokiego bezrobocia i wykluczenia nie są jedynymi ofiarami przemian. Zaszczepiony dużej części społeczeństwa przerośnięty indywidualizm będzie przez długi czas obciążał zdolność do współpracy, tak ważną dla rozwoju szczęśliwego i zamożnego społeczeństwa.
Trudno o rzetelną gospodarczą ocenę ćwierćwiecza choćby dlatego, że temat dotyka sfery materialnych podstaw egzystencji wielkich rzesz ludzi. Apel o chłodną, nieemocjonalną analizę musi więc wywoływać reakcję sprzeciwu. Chłodna analiza jest bowiem przywilejem technokratów, rzadko dostępnym dla tych, których dotknęły wielkie osobiste nieszczęścia. A jednak na próbę takiej analizy warto się zdobyć. Nie, jak to dotychczas bywało, celem gloryfikacji „trudnych, ale koniecznych” przemian ani też sprowadzenia wszystkich niepowodzeń, przewin i patologii do kilku poręcznych nazwisk. Nasze rozczarowania i nasze osiągnięcia nabierają szerszego znaczenia dopiero po umieszczeniu ich w kontekście procesów, w których przyszło nam uczestniczyć.
Jak mierzyć transformację?
Sukces czy porażka? Najłatwiej byłoby powiedzieć: „Jak dla kogo”.
Bezrobocie, utrzymujące się na dwucyfrowym poziomie przez większość trwania III RP, wskazuje, że restrukturyzacja gospodarki wyznaczyła dużej części społeczeństwa miejsce poza rynkiem pracy. Wysokie bezrobocie powodowało w dodatku naturalną presję na hamowanie wzrostu płac. Kwestionowanie problemu bezrobocia, próba wyjaśniania go istnieniem szarej strefy i wyborami życiowymi („lenistwem”), oznacza zamykanie oczu na fakty. Dwa miliony Polaków żyją dziś w strefie ubóstwa i jest to wielki dramat zarówno osobisty, jak i całej wspólnoty.
Minione 25 lat to jednak także na pewno nie oszałamiający, ale jednak dość wysoki wzrost dochodu narodowego i poprawa poziomu życia wielu rodaków. Mimo to, powiedzieć, że „Polska w czasie transformacji wykonała pewien postęp, jednak nie wszyscy to odczuli” – to jak nic nie powiedzieć. Na dzisiejszy stan zamożności społeczeństwa warto popatrzeć z perspektywy historycznej. Wzrost gospodarczy ostatnich 25 lat pozwolił Polsce na relatywne „odrobienie strat” w stosunku do społeczeństw Europy Zachodniej. Nasze PKB w przeliczeniu na mieszkańca sięga dziś 60% zachodnioeuropejskiego, a więc jest na poziomie najwyższym od Złotego Wieku.

PKB na głowę Polski w relacji do Europy Zachodniej w latach 1500-1989. Poziom PKB na głowę Europy Zachodniej = 100. Źródło: M. Piątkowski, Poland’s New Golden Age: Shifting from Europe’s Periphery to Its Center.
Porównanie do Europy Zachodniej chyba najlepiej oddaje oczekiwania i ambicje Polaków wobec swego państwa. Bardzo często napotykamy na zestawienia polskiej służby zdrowia ze szwedzką, polskiego systemu podatkowego z irlandzkim czy polskiej polityki prorodzinnej z jej francuską odpowiedniczką. Takie podejście, w którym punktem odniesienia jest wysoka poprzeczka europejskich standardów socjalnych i prawnych, jest jak najbardziej właściwe. Nie będziemy w stanie stworzyć państwa choć trochę lepszego, jeżeli nie będziemy celować dużo, dużo wyżej. Jednocześnie jednak ani przez moment nie powinniśmy oszukiwać się, skąd przychodzimy i gdzie dziś jesteśmy.
Na tle krajów Europy Zachodniej Polska była przez większość swojej historii krajem zacofanym. Mimo niepozbawionych znaczenia osiągnięć w sferach kultury i nauki, sztuka dobrego rządzenia i odpowiedzialności za państwo nie przyjęła się wśród rodzimych elit. Przyjęty model społeczny był antyhumanistyczny, co powodowało, że nasz kraj był opóźniony w czerpaniu ze źródeł twórczej pracy upodmiotowionych obywateli. Dochód narodowy, czyli wszystkie dobra wytwarzane w kraju, w większym stopniu niż na Zachodzie składał się u nas ze zwykłego, fizycznego wyzysku siły roboczej i sprzedaży prostych zasobów ziemi. Nasze „nadganianie” nawet w najlepszych okresach – pod koniec XIX wieku oraz w II RP – przybliżało nas jedynie do kształtu społeczno-gospodarczego znanego z przeszłych dokonań krajów zachodnich. Zbyt rzadko byliśmy w awangardzie rozwoju nauk, zbyt rzadko po ciemku sami odkrywaliśmy przyszłość i zbyt często stąpaliśmy po cudzych śladach. Używając metafory hokejowej: mądre kraje nie podążają tam, gdzie krążek jest, lecz tam, gdzie będzie.
Nie znaczy to, że wysiłek – podjęty chociażby w trakcie międzywojennego interludium – był mały czy pozbawiony znaczenia. Nie był jednak wystarczający, aby osiągnąć poziom rozwoju społecznego i gospodarczego zbliżony do bogatego Zachodu. Okres PRL, mimo podjęcia pewnych wysiłków modernizacyjnych, takich jak walka z analfabetyzmem, promowanie urbanizacji i rozwój przemysłu, również nie zmniejszył dystansu w stosunku do krajów najbardziej rozwiniętych. Całkiem mocna polska myśl naukowa nie mogła stać się motorem rozwoju przy niewydolnym systemie gospodarczym i instytucjach promujących nie postawy obywatelskie, lecz lojalność wobec nomenklatury. Nie ulega wątpliwości, że w 1989 roku nie mieliśmy instytucji silnych i świadomych swej społecznej roli – ani nawet zakorzenionej pamięci takich instytucji, do której można by się odwołać.
Czy w kraju o tak słabej tradycji instytucjonalnej transformacja mogła się obyć bez patologii i nadużyć? Bartłomiej Radziejewski zauważył, jak wspólnym wysiłkiem wielu kolejnych rządów udało się (z wielką trudnością) oddalić próbę przejęcia PZU przez międzynarodowy koncern. To, że tego typu zdarzenia wciąż jeszcze są powodem do świętowania, a nie normą, pokazuje, jak wielki dystans dzieli nas od upragnionej zachodniej Europy. Mimo pewnej poprawy mechanizmy obrony społecznego interesu wciąż jeszcze przywodzą na myśl tradycję pospolitego ruszenia. W krajach, które z oligarchicznymi zakusami radziły sobie historycznie lepiej, upowszechnienie etosu państwowego spowolniło inwazję neoliberalizmu.
Ta sama wymarzona Europa Zachodnia, co warto zauważyć, również pod wieloma względami „nie dorasta” do własnych obietnic. Uprzywilejowanie niektórych podmiotów w grze rynkowej na niekorzyść konsumenta doprowadziło do finansjeryzacji gospodarki i wzrostu nierówności. „Zachód”, nawet w oczach emigrujących z Polski, stopniowo traci swoje atuty. W warunkach hegemonii konsensusu waszyngtońskiego nawet kraje kojarzone z powszechnym dobrobytem straciły wiele ze swojego społecznego charakteru – stąd np. polski współczynnik Giniego niewiele się różni od unijnej średniej. W porównaniu do tak społecznie kosztownych transformacji jak rosyjska i ukraińska, wynik nasz jest wręcz więcej niż zadowalający. To, że naszych osiągnięć nie porównujemy z krajami postsowieckimi, świadczy o naszych wyobrażeniach o przynależności i wzmacnia wolę pozytywnych zmian. Tracimy przy tym jednak szerszą perspektywę: „Skąd przychodzimy” i „Dokąd zmierzamy”.
Można tę refleksję nazwać pesymistyczną, zadowalającą się małymi sukcesami i defetystycznie godzącą się na wielkie społeczne koszty – lecz nie takie jest jej założenie. Z celu, jakim jest zrównoważony rozwój społeczno-gospodarczy, nie można – i ze względów praktycznych nie warto – rezygnować. Na tle części otoczenia naszej historycznej wędrówki ostatnie 25 lat było sukcesem, ale to nie unieważnia wielkiej przepaści między słusznymi aspiracjami polskiego społeczeństwa a stanem rzeczywistym. Przepaść tę może zasypać jedynie żmudna obywatelska praca: nad stworzeniem sprawniejszych urzędów, mądrzejszych mediów, lepszych polityk lokalnych. A przede wszystkim praca nad zmianą systemu gospodarczego na promujący dobrobyt jak najszerszych rzesz obywateli.
Droga stąd do Europy
Jaki więc jest ten nasz system gospodarczy, w ramach którego możemy cieszyć się sukcesem, ale jednak ograniczonym? To system, w którym wzrost gospodarczy jest w znacznej mierze konsumowany przez właścicieli kapitału (często zagranicznego), przy ograniczonym wzroście płac (a zatem i poziomu życia) pracowników. Część komentatorów argumentuje, że taki system był w okresie naszej 25-latki mimo wszystko nie do uniknięcia. Jeżeli tak jest, a Polska w konsekwencji znalazła się w pułapce średniego dochodu (zbyt biedni, by konkurować produktami i zbyt bogaci, by konkurować siłą roboczą), odpowiedzią na przełamanie tego zastojowego trendu musi być wzmacnianie rodzimej siły kapitałowej, czyli wzrost oszczędności prywatnych, mądrzejsze zarządzanie i wzrost konkurencyjności przedsiębiorstw. To pozwoliłoby wyrównać niekorzystny bilans, spowodowany wypływaniem zysków z kapitału za granicę. Zwiększenie poziomu oszczędności Polaków (dzięki wyższym płacom) mogłoby być produktywnie wykorzystywane przez rodzimych przedsiębiorców. Fundusze odkładających na przyszłość Polaków poprzez system bankowy i rynek kapitałowy zasiliłyby polską gospodarkę, a stopy zwrotu z inwestycji zasilałyby z kolei oszczędzających pracowników.
Taki scenariusz wymaga jednak od państwa prowadzenia mądrej polityki gospodarczej. Od polskich przedsiębiorców – mądrego zarządzania, podejmowania kalkulowanego ryzyka oraz prowadzenia bardziej inkluzyjnej polityki opartej na kapitale ludzkim, czyli wykorzystującej najcenniejsze zasoby każdego kraju – ludzkie umysły. Czy możemy liczyć na taki postęp?
Polska jest państwem, które bardzo powoli, ale jednak dochodzi do pewnej instytucjonalnej dojrzałości, dzięki czemu zasady gry coraz rzadziej dopuszczają np. otwartą korupcję. Jako obywatele domagamy się wyższych standardów i – na przekór wyrokom naszej historii – wierzymy, że naszym przeznaczeniem jest miejsce w gronie najbardziej cywilizacyjnie rozwiniętych krajów świata. Mamy rację, ale czeka nas jeszcze wiele pracy.
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 4 czerwca 2014 | opinie
Dinozaur w naturze występuje w postaci szkieletu. Dinozaur, który choć ledwie żywy, łazi, gada, a nawet od czasu do czasu pisze felieton, jest formą względnie młodą. Jeśli żyje dostatecznie długo, co dinozaurom się zdarza, może doczekać się czasów, kiedy głoszone przez niego poglądy i idee, latami przemilczane i zwalczane, zaczną docierać do opinii publicznej. Niewielki z tego pożytek, ponieważ straty wynikające z chowania głowy w piasek i odkładania problemów na dogodniejsze czasy są nieodwracalne. Ale historia jeszcze się nie skończyła i zawsze jest jeszcze co ratować.
W okresie transformacji ustroju ludzie nie chcieli słuchać ostrzeżeń. Bez chwili zastanowienia pędzili za Wałęsą w nadziei, że jakoś to będzie. Polska wyprawa na księżyc: „Polecimy, a tam się rozejrzymy”. Z myśleniem życzeniowym nie dało się dyskutować. Kłamstwa, manipulacje, łamanie zasad – były widoczne gołym okiem, ale Polska beztrosko wchodziła we wszystkie pułapki, z których teraz trudno się wydostać.
Podam tylko jeden przykład. Nie wprowadziliśmy żadnych zabezpieczeń dla ochrony polskiej gospodarki. Polacy cieszyli się, że polska (czytaj: komunistyczna) gospodarka idzie w rozsypkę. Teraz zalewa nas portugalska stonka-Biedronka, wykańczając resztki polskiego drobnego handlu. Byliśmy w kwietniu w Oslo. Dowiedzieliśmy się, że w Norwegii tylko norweskie firmy mają prawo otwierać sklepy o dużej powierzchni.
Polaków w trudnych sytuacjach ratuje niezwykły talent do improwizacji. Niestety, Unia i rząd tresują nas w niesamodzielności. Po latach tresury moskiewskiej jest to fatalny zbieg okoliczności. Ludzi o mentalności dziada, tchórza i cwaniaka nie jest w Polsce więcej niż wśród innych nacji, ale chyba nigdzie nie są tak fetowani jako rozsądni, kulturalni, ba, nawet jako bohaterzy. Zdrada jest gloryfikowana, ponieważ jest skuteczna w karierze, pozwala wyeliminować przeciwników i konkurentów. Dopóki jest nagradzana, nic się w Polsce nie zmieni.
Teza, jakoby trzeba było wybierać między entuzjastycznym popieraniem każdego zła, kłamstwa i każdej okupacji a bezskuteczną straceńczą donkiszoterią, jest fałszywa. Wystarczy dbałość o własne sumienie, co w religijnym narodzie nie powinno być czymś nadzwyczajnym. Słyszałam ostatnio taką argumentację jakiegoś lobbysty rytualnego zabijania krów: Co z tego, że w Polsce będzie to zakazane, jeśli za naszymi granicami inni przejmą ten „rynek” i będą na tym zarabiać. Mamona to najważniejszy bożek naszych czasów.
Odbył się paradny pogrzeb Wojciecha Jaruzelskiego. Wielu Polaków służyło w Ludowym Wojsku Polskim, ale tylko nieliczni uczestniczyli w zabijaniu żołnierzy niepodległościowego podziemia. Teraz, kiedy wszystkie ważne fakty z życiorysu Jaruzelskiego, a także okoliczności wprowadzenia stanu wojennego, są już znane, „ludzie rozsądni” mówią: „musiał, bo nie zrobiłby kariery, ale ostatecznie zgodził się na okrągły stół”. Wynika z tego logiczny wniosek, że „okrągły stół” był planem moskiewskim, co zawsze podejrzewałam.
Najbardziej bezczelnym argumentem usprawiedliwiającym pogrzeb państwowy jest powoływanie się na sądy, które Jaruzelskiego nie zdegradowały ani nie skazały. Nie mogły, ponieważ niepodległa RP zakonserwowała w Polsce wpływy Moskwy i miejscowych komunistów. Przyczynili się do tego politycy Zachodu, którzy sprzeciwiali się lustracji i dekomunizacji oraz jawnie popierali Jaruzelskiego jako gwaranta stabilizacji regionu. Stabilizacja okazała się nadzwyczajnie skuteczna. Putin zbezczelniał a Polska ugrzęzła w powszechnej niewydolności i korupcji.
Żyjemy w schizofrenicznym państwie opartym na fałszywych fundamentach, a naród jest głęboko podzielony. Zawodne okazują się próby zagłaskiwania różnic, przykrywania ich głupawą propagandą i likwidowania ognisk buntu przemocą. Na przemoc sądową w sprawie protestu wobec zaproszenia majora Baumana do Wrocławia internauci odpowiedzieli akcją „Wszystkich nas nie zamkniecie”.
Nasza rola wołających na puszczy jest skończona. Możemy już z czystym sumieniem pogrążyć się w słodkim lenistwie życia emerytów, ponieważ niezależni publicyści piszą sprawnie i szybko publikują to, co moglibyśmy napisać. Wróciły nasze diagnozy i pomysły. Nawet lemingi, o których pisaliśmy w styczniu 1994 roku, weszły już do języka potocznego.
Wałęsą nie ma sensu już się zajmować. Kompromituje się sam. Ci, którzy nadal kochają go i szanują, będą to czynić nadal, ponieważ akceptują zdradę.
Wyszło szydło z worka w wielu sprawach:
Joanna Duda-Gwiazda, czyli ja, została zdemaskowana jako socjalistka. Nie protestuję. Muszę tylko zaznaczyć, że nie mam nic wspólnego z Piotrem Ikonowiczem, socjalistą internacjonalistycznym. Ikonowicz został wykluczony z PPS-u za złamanie uchwały wykluczającej koalicję wyborczą z postkomunistami. Skończyło się tak, że PPS przestał istnieć, a Ikonowicz został szefem PPS-u, ale już „właściwego”. Podróbki polityczne nikogo w Polsce nie dziwią. ZSL, chłopska przybudówka do PZPR, wszedł w buty PSL. Teraz PSL składa wieńce pod pomnikiem Witosa i protestuje przeciwko sankcjom gospodarczym wymierzonym w Rosję. Na sankcje, którymi Putin dyscyplinuje Polskę, PSL odpowiada żądaniem wyrównania strat przez polski rząd albo Unię. Zasady dialektyki marksistowskiej PSL opanował perfekcyjnie.
Krzysztof Wyszkowski okazał się liberałem, Bogdan Borusewicz karierowiczem bez żadnych poglądów. Henia Krzywonos to bizneswoman i celebrytka utalentowana politycznie. Prawdopodobnie zasiądzie w parlamencie europejskim, ponieważ zwolni się miejsce po komisarzu Januszu Lewandowskim. Bogdan Lis i Andrzej Celiński to postkomuniści. Kornelowi Morawieckiemu marzy się zjednoczenie wszystkich Słowian. Mam nadzieję, że się nie doczeka, że Putin nie połknie ani Ukrainy, ani Polski.
Wyniki wyborów do europarlamentu pokazały, że między skrajnymi poglądami zachodzi symbioza. Partia Palikota przegrała, a Korwin-Mikke osiągnął sukces. Politolodzy odkryli koło Amalrika, o którym wiele lat temu pisaliśmy w „Poza Układem”.
Z punktu widzenia dinozaura wszystko idzie dobrze, ponieważ pierwszym warunkiem naprawy jest powrót ze świata propagandy do rzeczywistości. Czekam jeszcze na poważną dyskusję o światowych finansach i przyczynach kryzysu. Gdyby w takiej dyskusji pojawiło się zakazane, bo kojarzące się z marksizmem, słowo „wyzysk”, mogłabym spać spokojnie. Pewnie się nie doczekam, ponieważ poważni politycy dążą do rozwoju i pokonania konkurencji na światowych rynkach. Zwiększanie wyzysku wydaje się skutecznym sposobem. Skorumpowani politycy chcą po prostu więcej pieniędzy.
Z tymi cierpieniami w tytule może trochę przesadziłam. Ale pozostaje jeszcze cała sfera języka, pojęć i obyczajów związanych z postmodernizmem, postkulturą, postpaństwem, postedukacją i z niebezpieczną utopią zarządzania całą światową gospodarką z jednego stanowiska komputerowego, według jednie słusznego programu.
Więc się nie wycofuję. Jestem nieszczęsną gadziną zasługującą na współczucie lub przynajmniej na ochronę jako zabytek.
przez Piotr Wójcik | środa 28 maja 2014 | opinie
W cywilizowanych krajach przyjęło się, że państwo powinno wspierać grupy słabsze ekonomicznie. Ma to wielorakie uzasadnienie i aż trudno wymienić wszystkie argumenty przemawiające za takim kierunkiem działań. Przede wszystkim upośledzenie majątkowe niektórych obywateli zawsze odbija się na całym społeczeństwie. W efekcie cierpią na tym nawet ci, którym powodzi się doskonale. Ponadto, wbrew naiwnym teoriom „sytych i zadowolonych”, powodzenie życiowe wcale nie jest efektem wyłącznie talentu i ciężkiej pracy. Nie jest wielką zasługą (ani też winą, podkreślam) młodego przedsiębiorcy, że odziedziczył dobrze funkcjonującą firmę po rodzicach. Dobrze zapowiadający się młody naukowiec przypuszczalnie dużo mniej by osiągnął, gdyby nie zapobiegliwi rodzice, od najmłodszych lat dbający o jego gruntowne wykształcenie. Takiego wsparcia nie mógłby otrzymać już chłopak z ubogiej rodziny – i analogicznie, nie jest tylko jego winą, jeśli zakończy edukację na wcześniejszym etapie, a jego dostęp do dobrze płatnej pracy będzie ograniczony. M.in. dlatego, by kolejne przychodzące na świat osoby w możliwie najmniejszym stopniu musiały odczuwać na własnej skórze błędy lub nieszczęścia swych przodków państwo staje po stronie warstw upośledzonych. Ze świadomością, że szanse na starcie i tak nigdy nie będą idealnie równe.
Zdawałoby się, że w Polsce, a więc kraju, który od 10 lat jest częścią Zjednoczonej Europy, filozofia działania państwa powinna być podobna. Otóż nie jest. Pół biedy, gdyby nasze państwo traktowało „wygranych” i „przegranych” chociaż jednakowo. Niestety nawet to nie ma miejsca. W Polsce przyjęto rozwiązania ewidentnie wspierające tych, którzy są ekonomicznie dobrze sytuowani. Innymi słowy, warstwy o najwyższym statusie materialnym są dodatkowo uprzywilejowane przez państwo. Dotyczy to przede wszystkim polskiego systemu podatkowego, który, o zgrozo, ma charakter regresywny – a więc umożliwia najzamożniejszym płacenie proporcjonalnie niższych danin na rzecz swojej wspólnoty politycznej. Co nie przeszkadza im najgłośniej wymądrzać się o tym, jak ta wspólnota powinna wyglądać.
Progresywny system fiskalny, w którym bogatsi oddają państwu większą część dochodów niż gorzej sytuowani, jest najlepszym środkiem zmniejszania rozwarstwienia ekonomicznego. Rozwiązanie to opiera się na prostej konstatacji: odebranie dodatkowych 10% dochodu osobie bogatej niespecjalnie wpłynie na obniżenie jej standardu życia (jeśli w ogóle), za to pozostawienie tych 10% w kieszeni osoby ubogiej może wręcz uratować jej życie. W Polsce formalnie obowiązuje dwustopniowa progresja ze stawkami 18 i 32%. Jak widać, nawet na papierze jest ona bardzo płaska. W Europie Zachodniej najwyższa stawka podatkowa jest z reguły zdecydowanie wyższa. I nie mówię tu tylko o państwach skandynawskich, gdzie wynosi ona powyżej 50% (np. w Szwecji 56%), ale np. o państwach takich jak Włochy (45%), Niemcy (także 45%) czy Hiszpania (42%). Co gorsza, w Polsce owa progresja jest czystą fikcją, listkiem figowym dla rządzących, którzy znanym sobie sposobem mogą zawsze umyć ręce i stwierdzić, że nie mogą nic zrobić z rosnącym rozwarstwieniem społecznym. Tymczasem podatek dochodowy według stawki 32% płaci zaledwie… 2% podatników. Jako że próg dochodowy dla niej wynosi trochę ponad 7 tys. zł miesięcznie, od razu widać, że rzesze zamożnych obywateli omijają najwyższą stawkę szerokim łukiem. Najpopularniejszym z nich jest przechodzenie na 19-procentowy podatek liniowy dla przedsiębiorców. Z furtki tej korzysta ochoczo choćby przechodząca na samozatrudnienie rodzima klasa menedżerska, zarabiająca, lekko licząc, dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie (lub więcej, oczywiście). Zatrudnieni na stanowiskach kierowniczych rozliczają się tak, jak osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą, choć ich praca nie przypomina żadnej działalności gospodarczej. Nasza skala podatkowa jest więc w istocie trzystopniowa – 18% dla większości Polaków, 19% dla zarabiających powyżej ok. 85 tys. zł rocznie, no i 32% dla tej garstki dobrze wynagradzanych, którym przyzwoitość nie pozwala jawnie oszukiwać wspólnoty.
To jednak nie wszystko. Naszą formalną progresję podważa w praktyce kolejne rozwiązanie dogodne dla wybrańców. My, maluczcy, myślimy sobie, że składki ZUS płaci się od całości swych zarobków. Wolne żarty. Zapobiegliwa władza ustanowiła granicę oskładkowania na poziomie 112 tys. zł rocznego dochodu. Po przekroczeniu tej kwoty składki przestają być naliczane – jak rozumiem, żeby zbytnio naszych krezusów nie przeciążać. Jeszcze się, nie daj Bóg, obrażą i też przejdą na liniową skalę. Bo wspominanych wcześniej „samozatrudnionych w korpo” ta granica w ogóle nie dotyczy – oni rozliczają się z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych na zasadach przyjętych dla przedsiębiorców, czyli płacą ok. 1000 zł składki miesięcznie. A więc np. dyrektor samozatrudniony w banku, zarabiający 50 tys. zł miesięcznie, płaci składki na ubezpieczenie społeczne na poziomie… 2%. Tak, to nie pomyłka: dwóch procent.
Przejdźmy teraz do naprawdę grubych graczy – zarabiających nawet nie setki tysięcy, ale miliony złotych rocznie. Oni oczywiście nie zarabiają na swojej pracy (nie chcę przez to powiedzieć, że nie pracują), lecz czerpią zyski z kapitału. Czyli np. z gry na giełdzie, odsetek z lokat, inwestycji w nieruchomości i – przede wszystkim – z otrzymywanych dywidend, czyli przypadającej im części zysków spółek, których udziały posiadają. Ci milionerzy płacą tak zwany podatek od dochodów kapitałowych lub podatek od dywidend. Podatek oczywiście liniowy. I oczywiście niezbyt wysoki – stawki obu podatków wynoszą 19%. W tzw. cywilizowanym świecie podatek od dochodów kapitałowych jest z reguły większy – przykładowo, w Niemczech wynosi 25%, w państwach Skandynawii około 30%, nawet w liberalnej Irlandii ustanowiono 25-procentową stawkę. Tymczasem w Polsce milioner płaci podatek dochodowy według stawki o 1 pkt procentowy większej niż osoba pracująca za płacę minimalną. Z tą różnicą, że pracujący za „najniższą krajową” musi jeszcze zapłacić składki zusowskie, a bogacze, o których tu mowa, składek nie płacą, ponieważ dochody kapitałowe nie są obciążone składkami.
Podatek dochodowy od osób fizycznych w Polsce stanowi zaledwie kilka procent PKB. A więc jest on zaledwie dopełnieniem przychodów budżetowych. W państwach, którym sprawiedliwy porządek społeczny leży na sercu, budżet oparty jest przede wszystkim właśnie o PIT, gdyż, jak wspominałem, jest on najlepszym narzędziem ograniczania rozwarstwienia. Tymczasem Polska poszła w kierunku odwrotnym i oparła swoje dochody podatkowe o podatki pośrednie, przede wszystkim VAT. Według budżetu na rok 2014, wpływy z podatku VAT mają stanowić 47% przychodów budżetowych, a wszystkie podatki pośrednie (czyli np. akcyza) – 72%. Podatek PIT stanowi jedynie 18% wpływów podatkowych zaplanowanych na 2014 rok. Właśnie oparcie budżetu o VAT jest kolejnym elementem regresywnego charakteru polskiego systemu podatkowego. Podatek VAT obciąża bowiem proporcjonalnie w największym stopniu najbiedniejszych obywateli, ponieważ w zasadzie całe swoje dochody (nie licząc stałych opłat) przeznaczają oni na bieżącą konsumpcję – z tej prostej przyczyny, że na nic więcej im nie starcza. Inaczej mówiąc, ubodzy płacą VAT od największej części swego dochodu, podczas gdy zamożniejsi pieniądze odkładają, lokują na indywidualnych kontach emerytalnych, inwestują na rynkach kapitałowych, wydają zagranicą itd. Oparcie systemu na podatkach pośrednich jest więc kolejnym dowodem na to, że państwo polskie sprzyja dobrze sytuowanym, kosztem warstw słabszych.
Kolejne przyjęte w Polsce fatalne rozwiązanie dotyczy podatku od nieruchomości. Podatek od nieruchomości jest najprostszym sposobem opodatkowania majątku, gdyż domu czy działki nie da się wyprowadzić za granicę. Tyle że w Polsce podatek ten wymierza się nie od wartości nieruchomości, lecz od jej powierzchni. Prowadzi to do takich absurdów, że ktoś, kto ma stary, rozpadający się 300-metrowy dom w Katowicach na Janowie, zapłaci 201 zł podatku, zaś posiadacz pięknej, nowiutkiej 200-metrowej willi na katowickim Brynowie, będzie musiał przelać na konto katowickiego magistratu o 70 zł mniej. Jest to o tyle zastanawiające, że już „budowle” (wg prawa podatkowego różnią się od budynków m.in. tym, że nie są stale przywiązane do ziemi lub ich konstrukcja nie składa się z czterech ścian i dachu) opodatkowane są według ich wartości. A więc nie ma żadnych realnych przeszkód, żeby także budynki opodatkować według wartości. Niestety w Polsce fakt, że nie ma przeszkód dla zaistnienia jakiegoś dobrego rozwiązania, nie jest jeszcze wystarczającym argumentem za tym, by takie rozwiązanie wprowadzono.
W polskim systemie podatkowym duże znaczenie ma rozbudowana sieć różnorakiego rodzaju ulg. Wydawałoby się, że to dobrze – w końcu ulgi pozwalają państwu skierować pomoc tam, gdzie jest to najbardziej potrzebne. Problem w tym, że z wielu ulg mogą skorzystać tylko ci, których na to stać. Mało tego: ci, którzy mogą sobie pozwolić na większy wydatek (czyli bogatsi), w większości przypadków dostaną większą ulgę. Przyjrzyjmy się kilku przykładom: odliczanie od podstawy opodatkowania wpłat na IKZE, czyli Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego. Oczywiście na taką ekstrawagancje mogą sobie w Polsce pozwolić tylko ludzie zamożni. A im więcej wpłacą, tym bardziej zmniejszą swój dochód przed opodatkowaniem (granica jest na poziomie ok. 4200 zł rocznej wpłaty). Ulga budowlana także jest zarezerwowana dla zamożnych – biedni przecież zazwyczaj nie budują. Na jej podstawie można otrzymać zwrot 65% VAT z przedstawionych faktur. Czyli im większa suma będzie na tych fakturach (co będzie wynikało oczywiście z budowy większego i droższego domu), tym większy będzie zwrot. Jak zatem widzimy, niektóre ulgi podatkowe nie tylko nie zmniejszają rozwarstwienia, ale wręcz je zwiększają.
Koronnym przykładem niesprawiedliwości polskiego systemu podatkowego jest zupełny brak opodatkowania spadków w ramach I grupy podatkowej, czyli w obrębie najbliższej rodziny. Podatek od spadków ma na celu to, żeby osoby, które miały szczęście urodzić się w zamożnych rodzinach – i przez to są już na starcie mocno uprzywilejowane – podzieliły się częścią swojej spuścizny ze wspólnotą, w obrębie której żyją także ci, którzy takiego szczęścia nie mieli. Oczywiście nie chodzi o to, żeby obciążać wnuczka, który otrzymał 50-metrowe mieszkanie po babci. Aby zabezpieczyć się przed takimi przypadkami wystarczy ustanowić kwotę wolną od podatku na całkiem wysokim poziomie: dajmy na to 500 tys. zł. W Polsce mamy jednak do czynienia z sytuacją bez mała patologiczną, w której wielomilionowe majątki mogą być dziedziczone bez zapłacenia nawet złotówki podatku. Takie rozwiązanie jest szczególnie skandaliczne kraju, w którym istotną grupę wśród najbogatszych stanowi uwłaszczona na publicznym majątku nomenklatura minionego reżimu i beneficjenci „złodziejskiej prywatyzacji” lat 90. Na kompletny absurd zakrawa fakt, że rozwiązanie takie – likwidację opodatkowania spadków – wprowadziło Prawo i Sprawiedliwość, a więc partia, która zarówno dekomunizację, jak i rozliczenie transformacyjnej korupcji trzyma na sztandarach.
Powyższy wywód, choć może się wydawać przytłaczająco pesymistyczny, ma jeden pozytywny wydźwięk. Okazuje się mianowicie, że dysponujemy szeroką paletą stosunkowo prostych posunięć, które mogłyby zmienić nasz porządek społeczny na bardziej sprawiedliwy. Są to np.: wprowadzenie czterostopniowego progresywnego podatku dochodowego (15%, 25%, 35%, 45%), który dotyczyłby zarówno pracowników, jak i osób prowadzących działalność gospodarczą; oskładkowanie przedsiębiorców proporcjonalnie do ich dochodów; podniesienie podatków od dochodów kapitałowych i dywidend oraz wprowadzenie ich silnej progresji. W zamian za to można by obniżyć stawkę VAT, co – razem z zaproponowaną zmianą w PIT (najniższa stawka zmniejszona do 15%) – odciążyłoby najuboższych. Należałoby się także zastanowić nad podwyższeniem kwoty wolnej od podatku dochodowego, która obecnie należy do najniższych w Europie. Dodatkowe ruchy to podatek od nieruchomości wymierzany od jej wartości, zmniejszenie roli ulg oraz opodatkowanie spadków w ramach I grupy podatkowej (ale z odpowiednio wysoką kwotą wolną).
W moim odczuciu powyższe działania realnie zmieniłyby polski porządek społeczny na bardziej sprawiedliwy. Pytanie tylko, czy znajdzie się siła polityczna, która na takie ruchy się zdecyduje. Niestety, przypuszczam, że wątpię.
przez Jarosław Stachowski | środa 21 maja 2014 | opinie
Polakom nie raz serwowano historie o cudach gospodarczych. Irlandzki, japoński, chiński – o tych słyszał prawie każdy. O cudzie holenderskim – prawie nikt.
W 1982 roku holenderskie związki zawodowe zgodziły się ograniczyć presję płacową w zamian za regulacje skłaniające pracowników do redukowania czasu pracy. Dekada funkcjonowania nowego prawa wystarczyła, by udział osób pracujących w „niepełnym” wymiarze godzin wzrósł z 19 do 27%, a bezrobocie spadło z 10 do 5%. Po ponad trzydziestu latach od zapoczątkowania zmian, holenderski rynek pracy wciąż ma się dobrze, a Holandia należy do państw o najniższym poziomie bezrobocia w Unii Europejskiej. Według Eurostat pod koniec 2013 roku było to 6,9% – dla porównania w Polsce 10,2%. Oprócz niskiego poziomu bezrobocia sukcesem jest też wysoki poziom zatrudnienia: 76,5% Holendrów w grupie wiekowej 20-64 miało pracę w 2013 roku. Wiele wskazuje na to, że właśnie skrócenie czasu pracy pomogło w osiągnięciu tego poziomu.
W Polsce nadmierna presja płacowa nie jest zagrożeniem. Związki zawodowe są u nas znacznie słabsze niż w Holandii, płace i warunki panujące na rynku dyktują w zasadzie jednostronnie pracodawcy. Wysoki poziom bezrobocia odbija się na poziomie płac, a jednocześnie skutecznie ogranicza szanse na poprawę pozycji negocjacyjnej polskich pracowników. Nasze płace należą do najniższych w Unii. Premier Donald Tusk niestrudzenie przekonuje, że za 7-9 lat zrównają się one ze średnią europejską. Niestety, w ostatnich pięciu latach średnia płaca rosła wolniej niż produktywność.
Sytuację gospodarczą Polski można określić jako „recesję wzrostu”. Oznacza to, iż mamy do czynienia ze wzrostem gospodarczym, ale jest on zbyt niski, żeby zrównoważyć wzrost produktywności. Wzrost produktywności nie równoważony przez wzrost gospodarczy wiąże się z kolei ze zwolnieniami pracowników. Aby zatrudnienie rosło, wzrost gospodarczy powinien przewyższać wzrost produktywności. Boom gospodarczy wpłynąłby na zmniejszenie liczby bezrobotnych, na ten jednak nie ma co liczyć. Zamiast boomu mieliśmy w ostatnich latach zahamowanie wzrostu płac i zwolnienia. Owoce poprawy produktywności nie trafiały do pracowników – ani w formie podwyżek, ani ograniczenia czasu pracy.
Polski rząd wydaje się czekać aż problem bezrobocia rozwiąże demografia: jeszcze tylko 6 lat i problem zniknie. Nikt przecież nie obiecywał, że niewidzialna ręka rynku będzie zwinna i szybka.
Inaczej niż Polska na recesję zareagowały Niemcy. Polityka dotowania pracowników przechodzących na krótszy tydzień pracy pozwoliła na utrzymanie wysokiego poziomu zatrudnienia, co było nie lada osiągnięciem w ogarniętej kryzysem Unii Europejskiej. Niemcy cieszą się także niskim poziomem bezrobocia wśród młodych. Zdaniem kanadyjskiej ekonomistki Juliet Schor, krótszy tydzień pracy jest niezbędnym elementem walki z bezrobociem młodych. W jej opinii problemu nie rozwiąże wzrost gospodarczy. Politycy nie mają zatem na co czekać.
W Polsce wskaźniki bezrobocia wśród młodych należą do najwyższych w Unii – w przypadku osób do 25. roku życia wynosi ono ponad 27%. Ich sytuację na rynku pracy opisuje zasada LIFO (last in, first out): młodzi pierwsi tracą na recesji i ostatni zyskują, gdy gospodarka się rozpędza. Obecnie są wielkimi przegranymi recesji.
Skrócenie czasu pracy może stać się skutecznym instrumentem w walce z recesją wzrostu. Może także przyczynić się do wzrostu produktywności i płacy oraz spadku poziomu bezrobocia. Ograniczenie czasu pracy skłoni podmioty gospodarcze do zwiększenia zatrudnienia, co przełoży się na wzrost presji płacowej. Stopniowo rosnące koszty pracy skłonią zaś przedsiębiorców do inwestowania w produktywność i innowacje. Niskie koszty pracy przestaną tym samym stanowić główny, jeśli nie jedyny polski konkurencyjny towar eksportowy.
Skracać jest z czego, bo jak pokazują badania CBOS, Polacy pracują średnio aż 46 godzin tygodniowo. Polski pracownik należy do najdłużej pracujących w Unii.
Jak zapewniają zwolennicy krótszego tygodnia pracy, pracownicy mogą na nim zyskać: lepsze samopoczucie, zdrowie, ograniczenie wypalenia zawodowego, poprawę relacji z otoczeniem i więcej energii na aktywny wypoczynek. Dlaczego więc ludzie sami nie decydują się pracować krócej? Chcą, ale nie mogą – tak streścić można wyniki badań Juliet Schor przeprowadzonych na kontynencie amerykańskim. Pracownicy zamiast podwyżki woleliby często krótszy tydzień pracy, prawo nie daje im jednak możliwości wyboru. Zostają więc w pracy dłużej niż by chcieli. Ci, którym udało się ograniczyć czas pracy, zwykle nie żałują: ponad 80% przebadanych przez Juliet Schor uważało, że ograniczenie czasu spędzanego w pracy przyniosło im większe zadowolenie z życia.
Pracownikom coraz trudniej wyrwać się z życia zawodowego, często poświęcają czas prywatny na pracę, choć nie zawsze robią to dobrowolnie. Często pracodawca wywiera na nich presję, np. przy pomocy technologicznej „smyczy”: telefonu lub e-maila. Niemiecka minister pracy Ursula von der Leyen postanowiła ukrócić ten proceder w kierowanym przez siebie resorcie. Jej zdaniem „technologia nie powinna kontrolować nas – to my powinniśmy kontrolować technologię”. W związku z tym wprowadziła reguły ograniczające korzystanie z komunikacji elektronicznej, która do pracy może być wykorzystywana przez pracowników ministerstwa tylko w godzinach służbowych.
Długi tydzień pracy często prowadzi do konsekwencji odwrotnych do zamierzonych, m.in. do spadku produktywności czy ograniczania innowacyjności. Jednym z pierwszych, który zwrócił uwagę na zbawienny wpływ krótszego czasu pracy na produktywność, był amerykański ekonomista Richard D. Wolf. Jego zdaniem, wydłużenie przeciętnego tygodnia zawodowego zaszkodziło zarówno gospodarce, jak i jakości życia obywateli, podczas gdy skrócenie przeciętnego tygodnia pracy przyczyniło się do wzrostu produktywności w Europie. Hiszpański Instytut Studiów Ekonomicznych zauważa podobną zależność w Grecji, Hiszpanii, Portugalii i we Włoszech, gdzie ludzie poświęcają więcej czasu na pracę niż w Niemczech czy Holandii, ale ich produktywność jest niższa.
Niemcy i Holandia wypadają lepiej nie tylko na tle tzw. państw PIGS. Porównanie z innymi gospodarkami, w których pracuje się więcej – Stanami Zjednoczonymi czy Wielką Brytanią – również przemawia na korzyść państw o krótszym tygodniu pracy.
Wpływowi krótszego tygodnia pracy na produktywność chce się przyjrzeć gmina Göteborg w Szwecji. W ramach eksperymentu pracownicy urzędów będą przebywać w miejscu zatrudnienia godzinę krócej niż zwykle. Zwolennicy eksperymentu liczą, że pracownicy wykonają w ciągu 6 godzin zajęcia, które zwykle zajmowały im 7 godzin.
Krótszy tydzień pracy mógłby zostać wprowadzony w polskich urzędach i firmach należących do skarbu państwa. Tam byłoby to stosunkowo najłatwiejsze do wprowadzenia. Rozwiązanie, które wypracowała Holandia, może stać się także udziałem innych krajów. Ubolewać należy, że inne państwa są powściągliwe w ograniczaniu czasu pracy. Polacy należą do najciężej pracujących w Unii Europejskiej, kiepsko u nas z produktywnością, bezrobocie jest wysokie, a młodzi wyjeżdżają za granicę. Skracając tydzień pracy możemy odmienić nasz los.
przez Wojciech Wytrych | środa 14 maja 2014 | opinie
Nowa moda. Jeszcze trzydzieści lat temu ludzie chcieli z getta uciekać, nie dać się tam zamknąć. Z czym się getto potocznie kojarzy? Żydzi i Soweto. Czyli jak się już tacy do naszego miasta dostaną, to trzeba ich odseparować w osobnej dzielnicy, z której nie jest łatwo się wydostać do dzielnicy sąsiedniej. Niech się tam kiszą we własnym sosie.
Ale świat się zmienia i to, co kiedyś miało wydźwięk negatywny, dziś jest celem trudnym do osiągnięcia. I tam gna nas ambicja. Tam chcemy być. Ale nie każdemu jest to dane. Bo ci, którzy są w środku, tak zmienili polaryzację swych ambicji, by uważać, że odseparowani są pozostający na zewnątrz. Administratorzy miast tym ambicjom przyklaskują i wspierają je, bo są dla nich korzystne. To, co dotychczas należało do psiego obowiązku władz opłacanych z naszych podatków, teraz ochoczo przejmują na swoje karki omamieni podatnicy. Władza ich olewa i nie realizuje swoich obowiązków. Nie zaspokaja żywotnych potrzeb, więc bierzemy sprawy we własne ręce, za własne pieniądze, choć płacimy za to, że władza powinna to zrobić, zorganizować. Ale nie robi tego z lenistwa, bo lepiej mieć trzech wiceprezydentów i sponsorować coś, czego sponsorować nie trzeba, a na to, co trzeba, nie zostaje funduszy. Albo – co gorsza – z wyrachowania, więc braki w obsłudze podatników są tak dotkliwe, że ci zdesperowani i sprowokowani (skrycie i przy pomocy półkłamstw) sami postanawiają to zrobić.
Trzeba też wziąć pod uwagę modę – to bzdura, że mając lat 70 (jak większość członków zarządów wspólnot mieszkaniowych na osiedlu komunalnym) nie ulega się jej. Może nie mają smartfonów i hipsterskich ciuchów, ale snobizm na mieszkanie w bezpiecznym bloku łechce ich ambicje – na stare lata dorobiliśmy się tego, że mieszkamy w ekskluzywnej dzielnicy, a jeśli nie dzielnicy, to chociaż bloku. I cóż z tego, że nie przenieśliśmy się nigdzie, a jedynie blok zmienił swój status lub choćby tylko wygląd? To ludzie prości i łatwo im zagrać na takich emocjach.
Więc czas na getto. Kiedyś ci w środku byli zamknięci. Dzisiaj ci w środku myślą, że to ci na zewnątrz są odcięci w bagnie problemów, a ci wewnątrz są od nich wolni. Getto jednak nie pozwala na to i sprowadza się do tego, że odseparowani nie mogą liczyć na pomoc z zewnątrz. Dotykają ich jednak zewnętrzne problemy. Na kilku poziomach odrzucili powiązania z zewnętrzem, więc ono nie czuje się z nimi związane. Muszą radzić sobie sami. Tymi kosztami nie obarczą wszystkich z okolicy, więc to nie zysk, lecz strata. Pewnie w psychice coś im kompensuje te kosztowne inicjatywy.
Grodzimy się od reszty. Stawiamy własny śmietnik. To odważna jest decyzja. Na zagrodzonym trawniku możemy urządzić parking.
Jeden z wiceprezydentów Kielc wypowiedział się kiedyś w telewizji tak oto: błędem było oddawanie wspólnotom bloków po obrysie, oddamy im całe działki za złotówkę, ale niech one tym gospodarują.
Na plus (?) liczy się większa działka – zatem chyba więcej do podziału na właścicieli mieszkań. Nie wiem, choć możliwości kombinacji ze strony administracji są na tyle szerokie, że może się okazać, iż działka jednak nie należy do bloku, a blok ją jedynie na śmieciowej umowie użytkuje.
Minusem wyraźnym i domyślanym jest status części ogrodzonej. To, co dotychczas robiły służby miejskie lub czego zaniechały – to było ich. Teraz scedowane zostały obowiązki, ale już fundusze na ich obsługę – raczej nie. Do tej pory wspólnoty mieszkaniowe miały blok po obrysie, a trawniki między blokami były obsługiwane przez służby miejskie. A gdy blok dostanie działkę i ją ogrodzi, służby miejskie mogą sprawdzić, czy wspólnota zorganizowała koszenie dwa razy do roku na swój koszt. Do tej pory jeśli wiatr albo ludzie nanieśli śmieci, wzywało się służby miejskie, by zrobiły porządek. Teraz patrol Straży Miejskiej przejdzie obok i jeśli zauważy syf, to wystawi wspólnocie mandacik.
Widzę to tak, choć może się mylę: miasto ma z głowy koszty i obowiązki, czyli tanio zrzuca z siebie narastające dramatycznie problemy, wynikające z tego, że przez ostatnie 20 lat biernie przyglądało się postępującej dekapitalizacji osiedli komunalnych. I nagle z takiego zapuszczonego zakamarka, jakim jest np. kielecki Czarnów, robi się prawie ekskluzywne osiedle, z ogrodzonymi blokami z odnowioną elewacją. Nagle: jak tu jest ładnie! Ale ten śliczny młodzian w garniturze ma obsrane gacie i słomę w butach. Bloki wyglądają ślicznie z nową elewacją, lecz bebechy oczekują na gastrologa – instalacje mają po 40 lat, część bloków nie ma nawet zbiorczych wodomierzy.
Nagle wspólny dotąd śmietnik jest czyjąś własnością i już nie wyrzuca się śmieci tam, gdzie najbliżej, lecz do tego jeszcze nie zamkniętego na klucz. I malownicze dotąd osiedle przepoczwarzyło się. Chodnik, którym wracałem wieczorem z pracy, prześwietlony światłem padającym z latarni i przefiltrowanym przez gałęzie, kończy się na siatce – dotarłem do granicy jakiejś wspólnoty. Nie ma przejścia.
Ludzie żyjący tu od 40 lat dali się porwać niezdrowej idei – aż tak się nie lubią?! – oddzielenia się od podobnych nam, sąsiadów z bloku obok. Za własne pieniądze, za kredyt do spłacenia przez lat wiele. Do tego namówiły wspólnoty władze miasta.
Już nie jesteśmy wszyscy razem. Chodnik zagrodzony siatką, śmietnik na klucz, nowe pola konfliktów, ale antagonista jest z sąsiedniego bloku, a nie z Urzędu Miasta. Satanizm stosowany. Satanizm użytkowy.
Ludzie zamknięci w getcie, jak szczury stłoczone na małej powierzchni, zaczynają gryźć się wzajem. Agresja i frustracja zostają przekierowane do środka. Nie przeciw odpowiedzialnym za ten stan rzeczy, lecz przeciw zastępczym celom. Na przykład przeciw tobie.
przez Piotr Wójcik | wtorek 6 maja 2014 | opinie
Taka sytuacja: po skończonej kolacji wstajemy i sprzątamy po sobie. Gdy zbieram kubki, znajomy pyta: „państwo za ciebie tego nie zrobi?”. Niby tylko żart, a tak wiele mówi o współczesnych zwolennikach „wolności” i przeciwnikach „ograniczającego ją państwa”. W teoriach tzw. wolnościowców aktywna polityka państwa prowadzi niechybnie do rozleniwienia obywateli, którzy mając świadomość istnienia pomocy publicznej, całkowicie zdadzą się na nią i całymi dniami będą leżeć do góry brzuchem. Według nich, zwolennicy szerokiego zabezpieczenia społecznego chcą po prostu jak najwięcej czasu spędzać na kanapie z pilotem w dłoni, a drugą ręką w gaciach, niczym półgłówkowaty Al Bundy. Są też przekonani, że gdy tylko państwo odda pole obywatelom, ci wezmą sprawy w swoje ręce, co błyskawicznie uruchomi ich energię i wyzwoli społeczny dynamizm. Dzięki temu, że sami będziemy musieli zadbać o swoje sprawy, staniemy się bardziej samodzielni, innowacyjni, poszerzymy horyzonty, przekonamy się, jak wielkie mamy przestrzenie działania. Gdy tylko państwo ograniczy swą aktywność do kilku funkcji, odzyskamy wolność, staniemy się ludźmi w pełnym tego słowa znaczeniu. To koncepcja całkiem kusząca – ale tylko na pierwszy rzut oka. Im dalej w las, tym wyraźniej widoczne są luki takiego rozumowania.
Stoi za nim dosyć idiotyczna koncepcja człowieka, sprowadzająca homo sapiens do obrzydliwego stworzenia, które tylko czeka, by móc się wyłożyć na kanapie. Jednak przede wszystkim nawet pobieżne przyjrzenie się lumpen-wolnościowemu światopoglądowi ujawnia liczne absurdy logiczne. W jaki sposób mielibyśmy uwolnić gospodarczy dynamizm, ładując przeciętnemu obywatelowi na głowę te obowiązki, które wcześniej miał właśnie zdjęte z głowy? Skoro musiałby zużywać energię na każdą najdrobniejszą sprawę, która go dotyczy, to skąd wzięłyby się pokłady energii społecznej, rzekomo czekające na uwolnienie? Skoro cierpimy na brak kreatywności i aktywności społecznej, czy nie rozsądniej byłoby stworzyć obywatelom warunki do kreatywnego i społecznego współdziałania? Niezbywalnym elementem tych warunków jest system szeroko dostępnych usług publicznych, uwalniających jednostki od obowiązków niepotrzebnie zajmujących energię i czas, które przecież nie są nieskończone.
Brak silnego państwa i szeroko dostępnego zabezpieczenia społecznego nie prowadzi wcale do uwolnienia aktywności gospodarczej, a wręcz przeciwnie – do jej zahamowania. Obywatel, który ma świadomość, że może liczyć tylko na siebie, staje się dużo bardziej zachowawczy w decyzjach dotyczących własnej przyszłości. Trzeba być nie lada ryzykantem, żeby w sytuacji zerowego zabezpieczenia społecznego zechcieć np. rozwijać kompetencje w dopiero raczkującej dziedzinie, której długofalowy rozwój jest mocno niepewny. Lepiej zostać kolejnym prawnikiem lub pedagogiem. Przykładowo w 2003 roku w Korei Południowej, gdy po kryzysie z 1997 r. bardzo zliberalizowano rynek pracy, aż 80% uczniów najlepiej rokujących w dziedzinie nauk ścisłych zamierzało studiować medycynę. Po prostu zawód lekarza (wcale nie najlepiej wtedy płatny) gwarantował najbardziej stabilne zatrudnienie. Odpowiedź na pytanie o szanse i perspektywy rozwojowe rynku pracy składającego się z niemal samych lekarzy, jest chyba dość oczywista.
Ale przecież awersja do ryzyka przejawiałaby się również w innych sferach. Pracownik stałby się mniej skory do innowacji lub brania większej odpowiedzialności (np. poprzez awans), skoro mogłoby to się dla niego skończyć zwolnieniem. Również zmiana pracy na bardziej wymagającą nie jawiłaby się w takich okolicznościach jako ekscytujące wyzwanie – przywodziłaby raczej na myśl widmo wylądowania na bruku, jeśli jednak nie wyjdzie. Racjonalną strategią w liberalnym raju jest zatem tkwienie na posadzie żałosnej, ale pewnej.
Nieprawdą jest również, że wysokie wydatki socjalne negatywnie wpływają na osiągi makroekonomiczne. Przykładowo, okres po II wojnie światowej, kiedy na całym niemal Zachodzie funkcjonowało państwo opiekuńcze, był zarazem okresem dynamicznego rozwoju. Większy dynamizm cechował zresztą ówczesną Europę niż USA, choć ta pierwsza tradycyjnie na wydatki socjalne przeznaczała dużo więcej. W latach 1950-1987 średni wzrost gospodarczy Niemiec wyniósł 3,8%, Szwecji 2,7%, Holandii 2,5%, natomiast USA – 1,9%. Tymczasem w roku 1980 wydatki socjalne w relacji do PKB kształtowały się na takich oto poziomach: Niemcy 23% PKB, Szwecja 28%, Holandia 24%, a USA 13%.
Na ograniczeniu aktywności państwa oraz braku zabezpieczenia socjalnobytowego cierpi także społeczeństwo obywatelskie. Dla prawidłowego funkcjonowania sektora pozarządowego niezbędny jest sprawny, dysponujący szerokimi kompetencjami sektor rządowy. Ludzie zmuszeni do ciągłej troski o byt raczej nie znajdą czasu i chęci, by zająć się pro bono sprawami publicznymi. Za to obywatele mający zapewnione stabilne środki do życia i dysponujący odpowiednią ilością wolnego czasu (gdyż instytucje państwa zdjęły z nich pewną ilość obowiązków) mogą z czystym sumieniem poświęcić się działalności społecznej, artystycznej czy politycznej. Wpływ państwa i samorządu na trzeci sektor ma także aspekt wymierny. Jak podaje GUS, w 2012 roku aż 52% przychodów organizacji pożytku publicznego pochodziło ze środków publicznych, a tylko 20% ze składek lub darowizn podmiotów prywatnych (pozostałe 28% stanowiły tzw. przychody rynkowe, czyli np. odpłatna działalność statutowa). Jak widać, sektor prywatny nie garnie się do łożenia na rozwój społeczeństwa obywatelskiego.
Kolejna niezwykle ważna rola państwa związana jest z redystrybucją bogactwa. Na obecnym etapie rozwoju Polski sprawna redystrybucja jest niezbędna dla poprawy warunków życia. Jak udowodnili Kate Pickett i Richard Wilkinson, standard życia w danym kraju rośnie wraz ze średnim dochodem, aż do poziomu mniej więcej 20 tys. dolarów na osobę. Po przekroczeniu tego poziomu zamożności standard życia staje się skorelowany głównie ze stopniem równości ekonomicznej – jest tym wyższy, im niższy jest poziom rozwarstwienia społecznego – zaś średni dochód staje się czynnikiem zupełnie drugorzędnym. Według danych MFW, Polska w 2012 roku osiągnęła PKB w wysokości 20592 dolarów na osobę. Pickett i Wilkinson oparli swoje badania na indeksie, który uwzględnia wskaźniki występowania patologii oraz pozytywnych zjawisk społecznych i zdrowotnych. I okazało się, że w badanej grupie państw z PKB powyżej 20 tys. dolarów na osobę, USA, pomimo najwyższego przeciętnego dochodu (wraz z Norwegią), wypadały zdecydowanie najgorzej! Nie trzeba chyba dodawać, że charakteryzowały się one także zdecydowanie największym rozwarstwieniem. Co więcej, widać było wyraźną prawidłowość, wskazującą, że państwa zmagające się z większymi nierównościami ekonomicznymi osiągały gorszy wynik według wskazanego indeksu. Dodajmy, że wyższy standard życia w społeczeństwach cechujących się względną spójnością społeczną dotyczył wszystkich – także najbogatszych, którzy w najwyższym stopniu obciążeni byli redystrybucją. Jak widać, na obecnym etapie rozwoju naszego kraju, to właśnie sprawna redystrybucja może być jednym z najistotniejszych narzędzi poprawy naszego standardu życia. A taką redystrybucję zapewnić może tylko państwo.
W spocie wyborczym Polski Razem Jarosław Gowin opowiada o wymarzonej Polsce, w której politycy spierają się o to, jak obniżyć podatki. Trudno wybaczyć krakowskiemu intelektualiście tak prostacki sposób myślenia, nawet jeśli jest to tylko wyborcza propaganda. Należy zauważyć powszechne wśród konserwatywnych liberałów przekonanie, według którego niższe podatki zawsze pozytywnie wpływają na portfele obywateli. Tymczasem nie trzeba być orłem z matematyki, by zorientować się, że niższe podatki to także mniej usług publicznych. A zatem więcej trzeba będzie płacić z własnej kieszeni za ich prywatne odpowiedniki. Doskonale wiedzą o tym Szwedzi, którzy m.in. za obniżanie podatków prawdopodobnie w najbliższych wyborach pokażą czerwoną kartkę rządowi Frederika Reinfeldta. Wiedzą to także Amerykanie, którzy muszą zmagać się z koszmarem prywatnej służby zdrowia. Aż 46% upadłości konsumenckich w USA jest spowodowanych koniecznością poniesienia kosztów świadczeń medycznych; 15% Amerykanów w ogóle nie jest objętych opieką medyczną, ponieważ nie stać ich na prywatne ubezpieczenie. Ci zaś, których stać i tak nie mają się z czego cieszyć. Prywatna służba zdrowia w USA funkcjonuje tak, że pomimo ogromnych nakładów (8,5 tys. dolarów na osobę – dla porównania, w Polsce jest to 1,45 tys. dolarów) przeciętna długość życia w niektórych południowych stanach jest niższa niż w Algierii czy Bangladeszu, a śmiertelność niemowląt wyższa niż w Polsce (gdzie funkcjonuje chronicznie niedoinwestowana publiczna służba zdrowia).
Obniżka podatków odbija się zresztą nie tylko na jakości usług publicznych, ale także na ich ilości. Im mniejsze będzie państwo, o tym więcej rzeczy będziemy musieli zadbać sami. Co oczywiście odbije się na mniejszej ilości dostępnego czasu i energii, które moglibyśmy wykorzystać choćby na próbę rozkręcenia własnego biznesu po godzinach lub realizację nietypowego zlecenia. Ograniczenie usług publicznych może przełożyć się zatem na niższy poziom aktywności zarobkowej. Słowem: ostatecznie rzecz biorąc, obniżka podatków może odbić się negatywnie, a nie pozytywnie na naszych domowych budżetach.
Zdroworozsądkowy Polak powinien marzyć o Polsce, w której politycy spierają się nie o to, jak obniżyć podatki, ale o to, jak poprawić jakość usług publicznych. Nie chcemy rozwoju zabezpieczeń społecznych po to, żeby całymi dniami leżeć do góry brzuchem. Chcemy aktywnego państwa po to, by móc się skupić na tym, do czego jesteśmy jako ludzie predestynowani: na byciu obywatelami.