przez Piotr Wójcik | poniedziałek 8 września 2014 | opinie
W debacie ekonomicznej często pojawiają się dwie tezy dotyczące opodatkowania. Według pierwszej z nich, wysokie podatki spowalniają wzrost gospodarczy. Natomiast według drugiej, kraje UE mające dużo wyższe podatki niż Polska, miały je niższe niż my obecnie, gdy były na dzisiejszym poziomie rozwoju naszego kraju. Obie tezy są co najmniej wątpliwe.
Do zmierzenia się z pierwszą z przytoczonych tez posłużyłem się zestawieniami dwóch wskaźników – procentowym rocznym przyrostem PKB oraz procentowym udziałem dochodów całości sektora finansów publicznych w PKB danego kraju. To właśnie ten wskaźnik w moim odczuciu pozwala najskuteczniej zweryfikować poziom fiskalizmu danego kraju, gdyż bierze pod uwagę wszystkie dochody publiczne, również lokalne, a także te, które oficjalnie podatkiem nie są nazwane, choć de facto powinny (czyli np. składki). W charakterze źródła posłużyłem się raportem OECD Factbook 2010, ponieważ pozwala on prześledzić kształtowanie się powyższych wskaźników w długim okresie czasu – od roku 1971 aż do 2008, czyli pierwszego roku obecnego kryzysu. W dwóch przypadkach brakujące dane uzupełniłem w oparciu o inne źródła – dane o wzroście PKB Wielkiej Brytanii z lat 1971-1980 zaczerpnąłem z zasobów Banku Anglii, natomiast poziom fiskalizmu Szwajcarii z lat 80. ze statystyk Międzynarodowego Funduszu Walutowego (Word Economic Outlook Database, April 2014). W obu przypadkach dane z kolejnych lat były ze sobą zbieżne, więc nie ma obaw, by manewr ten wpłynął na wynik obserwacji.
Na potrzeby porównania wybrałem kraje z „rdzenia” OECD (państwa-założyciele oraz te, które szybko dołączyły do organizacji), znajdujące się w roku 1970 na podobnym poziomie rozwoju (przynajmniej 3000 dolarów PKB per capita – przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej oraz cen bieżących), nie licząc „liliputów” (Luksemburg, Islandia). Następnie ustaliłem po 5 krajów, w których poziom dochodów publicznych w stosunku do PKB w latach 1971-2008 był najwyższy i najniższy. Powstały dwie grupy krajów dość typowych dla omawianego zjawiska – z jednej strony państwa skandynawskie i jeden reprezentant Beneluksu (Dania 52,78% PKB, Finlandia 49,69% PKB, Holandia 48,76% PKB, Norwegia 52,71% PKB i Szwecja 57,69% PKB), z drugiej państwa anglosaskie, jeden reprezentant Dalekiego Wschodu oraz zagłębie europejskiej bankowości (Australia 33,12% PKB, Japonia 30,24%, Szwajcaria 32,86%, USA 32,44% i Wielka Brytania 40,97%). Tu muszę wyjaśnić, że gdybym miał w pełni literalnie podejść do przedstawionych powyżej zasad, zamiast Wielkiej Brytanii musiałbym wziąć pod uwagę Włochy (39,54%), jednak byłoby to trochę niesprawiedliwe w stosunku do państw z niskimi podatkami. Włochy mają niższy wzrost w omawianym okresie niż UK, a ponadto trudno uznać Włochy za kraj niskich podatków, skoro od lat 90. poziom dochodów publicznych w tym kraju sięga czasem ponad 45% PKB, a na dosyć niskim poziomie fiskalizmu w całym obserwowanym okresie zaważyły lata 70. i 80.
Obie grupy krajów tworzą w zasadzie dwa zupełnie różne światy filozofii fiskalnej. W pierwszej grupie przeciętne roczne dochody sektora finansów publicznych w latach 1971-2008 wynosiły 52,33% PKB, natomiast wśród państw niskich podatków wynosiły one 33,93% PKB, czyli prawie 20 punktów procentowych mniej. Różnica jest ogromna, a więc wydawałoby się, że skoro wysokie podatki negatywnie wpływają na wzrost, to różnica w PKB także będzie znacząca. Tym bardziej, że mówimy o krajach na w miarę zbliżonym poziomie rozwoju (wiadomo, że na niskim poziomie dynamika wzrostu jest wysoka, a im bardziej kraj jest rozwinięty, tym osiąganie wysokiego wzrostu staje się trudniejsze). Tymczasem okazało się, że przeciętny roczny wzrost PKB w omawianym okresie w obu grupach państw był… identyczny. Wynosił on 2,64% PKB. Co ciekawe, najszybciej rozwijającym się krajem z tych 10 państw była Norwegia (3,37%), czyli kraj z grupy wysokich podatków, a najsłabiej Szwajcaria (1,62%), państwo niskich podatków. Oczywiście można dokonać pewnych zastrzeżeń i stwierdzić np., że Norwegii było łatwiej, gdyż jest zasobna w surowce energetyczne. Jest to prawda, ale przykładów państw, które takiej zasobności nie wykorzystały, jest mnóstwo (o zjawisku „przekleństwa zasobów naturalnych” pisał chociażby Marek Garbicz w znakomitym opracowaniu pt. „Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego”), a więc Norwegia, kraj wyjątkowo wysokich podatków, powinna niechybnie do takich państw dołączyć. A jednak wysokie podatki nie przeszkodziły Norwegii w efektywnym wykorzystaniu zasobów i osiąganiu na przestrzeni tak wielu lat poziomu wzrostu jak na kraj rozwinięty znakomitego. Zresztą w grupie państw niskich podatków także mamy kraje bardzo zasobne w surowce naturalne, które zresztą też osiągały w tym okresie bardzo dobry wzrost (druga Australia 3,28%, trzecie USA 3,07%), ale jednak od Norwegii niższy. Poza tym tuż za nimi, na 4. miejscu, plasuje się Finlandia (przeciętny roczny wzrost 2,92%) – kraj z wysokimi podatkami, bardzo ubogi w surowce energetyczne, a dodatkowo charakteryzujący się niekorzystnymi warunkami klimatycznymi i geograficznymi. Odnośnie do Szwajcarii można poczynić spostrzeżenie, że w pierwszym roku omawianego okresu była na najwyższym poziomie rozwoju, a więc osiągać wysoki wzrost miała najtrudniej. Ale Norwegia z końcem XXI wieku zrównała się ze Szwajcarią pod względem PKB per capita, w następnych latach wyraźnie ją prześcignęła, a jednak utrzymała wyższy wzrost (w latach 2000-2008 Norwegia przeciętnie osiągała roczny wzrost na poziomie 2,43%, a Szwajcaria 2,12%). Zresztą, co ciekawe, w latach 2000-2008 na czoło klasyfikacji wzrostu obok Australii (3,11% przeciętnego rocznego wzrostu) wysunęła się Finlandia (3,09%). A co jeszcze ciekawsze, na progu XXI wieku na ostatnie miejsce pod względem wzrostu w omawianych państwach znów trafił kraj z grupy państw o niskim poziomie fiskalizmu – tym razem była to Japonia (1,46% przeciętnego rocznego wzrostu PKB oraz dochody sektora finansów publicznych na poziomie 32,21% PKB), która, pomimo relatywnie niewielkich obciążeń, od lat 90. zmaga się z problemem rachitycznego wzrostu (w latach 90. 1,51%).
|
Przeciętny roczny wzrost PKB w latach 1971-2008 |
Przeciętny roczny poziom dochodów sektora finansów publicznych w latach 1971-2008 |
| Norwegia |
3,37% |
52,71% |
| Australia |
3,28% |
33,12% |
| USA |
3,07% |
32,44% |
| Finlandia |
2,92% |
49,69% |
| Japonia |
2,83% |
30,24% |
| Holandia |
2,66% |
48,76% |
| Wielka Byrytania |
2,40% |
40,97% |
| Szwecja |
2,15% |
57,69% |
| Dania |
2,12% |
52,78% |
| Szwajcaria |
1,62% |
32,86% |
| 5 krajów „niskich podatków” |
2,64% |
33,93% |
| 5 krajów „wysokich podatków” |
2,64% |
52,33% |
Równie ciekawe spostrzeżenia można wyciągnąć na podstawie obserwacji poszczególnych krajów. Szwajcaria w latach 90. zmagała się z niewysokim wzrostem PKB – przeciętnie 1,1%. Jakby tego było mało, w XXI wieku wyraźnie wzrósł tam poziom fiskalizmu (z 32,24% PKB do 34,46%). Jednak mimo podniesienia obciążeń, tempo wzrostu PKB zwiększyło się prawie dwukrotnie – w latach 2000-2008 do 2,12% średniego rocznego wzrostu. Podobne zjawisko, choć na mniejszą skalę (wzrost obciążeń skorelowany z przyspieszeniem tempa wzrostu PKB), wystąpiło w latach 90. w Australii i Danii. Zresztą dla całej grupy „krajów niskich podatków” najlepszy był okres lat 80. (notowały one przeciętny roczny wzrost 2,98%), w którym wyraźnie rosły również obciążenia (z 31,62% PKB w latach 70. do 34,18%). Odwrotne zjawisko zauważyłem w USA – w XXI wieku dochody sektora finansów publicznych spadły z 33,75% PKB do 33,08%, a wraz z nimi spadł przeciętny roczny wzrost gospodarczy (z 3,21% do 2,39%). Jeszcze inne prawidłowości wykazuje Wielka Brytania – najgorsze tempo wzrostu osiągała ona wtedy, gdy fiskalizm był najniższy, czyli w latach 90. Warto też zauważyć, że najwyższy poziom dochodów publicznych Wielka Brytania notowała w latach 80. a więc w okresie rządów… Margaret Thatcher. Ta kojarzona z liberalizacją i obniżkami podatków polityk w istocie jednak wcale nie ograniczyła fiskalizmu, a w pierwszym okresie rządów wręcz wyraźnie go zwiększyła i w roku 1982 dochody publiczne w UK wynosiły już ponad 45% PKB. W drugim okresie spadły, ale w ostatnim roku rządów były one na tym samym poziomie, co w pierwszym. Za „thatcheryzmu” podatki obniżono głównie najbogatszym, a środki z obciętych wydatków socjalnych nie zostały zaoszczędzone, lecz użyto ich na zwiększone środki bezpieczeństwa, niezbędne w związku z wybuchami społecznymi, spowodowanymi… obcięciem wydatków socjalnych. Trzeba przy tym zaznaczyć, że w tym okresie wzmożonego fiskalizmu Wielka Brytania notowała całkiem niezłe tempo wzrostu (przeciętnie 2,46%), czyli wyższe niż w okresie wcześniejszym, w którym fiskalizm był mniejszy.
|
Przeciętny roczny wzrost PKB w latach 2000-2008 |
Przeciętny roczny poziom dochodów sektora finansów publicznych w latach 2000-2008 |
| Australia |
3,11% |
36,17% |
| Finlandia |
3,09% |
53,07% |
| Szwecja |
2,63% |
56,49% |
| Norwegia |
2,43% |
57,51% |
| Wielka Byrytania |
2,51% |
40,44% |
| USA |
2,39% |
33,08% |
| Holandia |
2,16% |
45,16% |
| Szwajcaria |
2,12% |
34,46% |
| Dania |
1,56% |
55,51% |
| Japonia |
1,46% |
32,21% |
| 5 krajów „niskich podatków” |
2,32% |
35,27% |
| 5 krajów „wysokich podatków” |
2,37% |
53,55% |
Do podobnych wniosków można dojść obserwując statystyki także innych gospodarek oraz innych okresów historycznych. Dani Rodrik w książce „Jedna ekonomia, wiele recept” wielokrotnie przytacza przykład krajów Ameryki Łacińskiej, którym polityka niskich podatków i liberalizacji gospodarki nie przyniosła spodziewanych efektów. Ha Joon Chang w „23 rzeczach, których nie mówią ci o kapitalizmie” zwraca uwagę na to, że w okresie powojennym wyżej opodatkowana zachodnia Europa rozwijała się szybciej niż USA. Oczywiście nie chciałbym być źle zrozumiany – daleki jestem od tezy, że wysokie podatki przyspieszają wzrost. Twierdzenie takie byłoby tak samo nieuprawnione jak teza, iż wysokie podatki wzrost wyhamowują. Wynika to z tej prostej przyczyny, że decydujący wpływ na rozwój ma nie wysokość podatków, lecz prorozwojowy porządek ekonomiczny, w którym funkcjonują skuteczne instytucje, sektor prywatny współpracuje z sektorem publicznym, system oświaty nie jest oderwany od realiów gospodarczych, a krajem nie wstrząsają niepokoje i patologie społeczne. Wysokie podatki mogą pomóc w osiągnięciu takiego stanu, ale nie muszą. Dobrze funkcjonujący porządek można zbudować także przy niewielkich obciążeniach fiskalnych – tak jak zrobiły to „azjatyckie tygrysy”, Korea Południowa czy Tajwan, w których wydatki socjalne prawie nie istnieją, a niewielkie rozwarstwienie (niezbędne dla harmonijnego wzrostu) zostało osiągnięte za pomocą innych środków.
|
Przeciętny roczny wzrost PKB w latach 1991-1999 |
Przeciętny roczny poziom dochodów sektora finansów publicznych w latach 1991-1999 |
| Australia |
3,69% |
34,55% |
| Norwegia |
3,58% |
54,09% |
| USA |
3,21% |
33,75% |
| Holandia |
3,20% |
48,95% |
| Dania |
2,41% |
55,70% |
| Wielka Brytania |
2,24% |
38,68% |
| Szwecja |
1,69% |
60,25% |
| Finlandia |
1,58% |
55,26% |
| Japonia |
1,51% |
32,04% |
| Szwajcaria |
1,10% |
32,24% |
| 5 krajów „niskich podatków” |
2,35% |
34,25% |
| 5 krajów „wysokich podatków” |
2,49% |
54,85% |
Faktem jest jednak, że duża część krajów z naszego kręgu cywilizacyjnego, czyli z Europy, sukces gospodarczy osiągnęła stosując wysokie obciążenia podatkowe. W moim odczuciu taka droga powinna być poważnie rozpatrywana w naszym kraju. Natomiast tezy, jakoby wysokie podatki same w sobie negatywnie wpływały na rozwój gospodarczy (jak stwierdził np. Paweł Dobrowolski w niedawnym filmie „Lewiatan” Fundacji Republikańskiej), wydają mi się jedynie ideologiczną próbą koloryzowania rzeczywistości i naginania jej do swoich przekonań.
Przejdźmy teraz do drugiej z tez, które przywołałem na początku tekstu. Zwolennicy socjaldemokratycznego modelu społeczno-gospodarczego twierdzą często, że w Polsce są niskie podatki. Powołują się przy tym na dane Eurostatu, wedle których dochody polskiego sektora finansów publicznych są wyraźnie niższe niż średnia UE. I rzeczywiście, wg Eurostatu w 2013 roku wynosiły one 37,5% PKB – przy średniej unijnej 45,7%. W 2012 roku wynosiły one 38,3% PKB (identyczną wielkość wskazuje OECD) – przy średniej UE 45,4%. Widać zatem, że dystans do europejskiej średniej jeszcze wzrósł. Zwolennicy liberalnego modelu odpowiadają na to, że te państwa z Europy, które obecnie mają dużo wyższe podatki niż Polska, miały dużo niższy fiskalizm, gdy były na obecnym poziomie rozwoju naszego kraju. Znów mógłbym przytoczyć słowa Pawła Dobrowolskiego z tego samego filmu. Teza ta nie ma jednak nic wspólnego z rzeczywistością.
Według OECD w 2012 roku PKB per capita Polski liczony na podstawie parytetu siły nabywczej osiągnął 22783 dolarów. Poziom dochodów sektora finansów publicznych osiągnął w tym czasie poziom 38,3% PKB. Niemcy podobny poziom PKB per capita (22 483 dol.) osiągnęły w roku 1995. Ich dochody publiczne sięgały wtedy 45,1% PKB. Holandii w roku 1996 (22 641 dol.) 47,5% PKB. Szwecji w roku 1996 aż 59,6% PKB. Finlandii w roku 1998 54,2% PKB. Francji w roku 1998 50,1% PKB. W zasadzie wszystkie kraje unijne, które obecnie mają dużo wyższe podatki niż Polska, miały je również w momencie, gdy ich poziom PKB per capita był na obecnym poziomie Polski.
|
Rok |
PKB per capita, wg parytetu siły nabywczej, dolary |
Poziom dochodów sektora finansów publicznych |
| Polska |
2012 |
22 783 |
38,30% |
| Niemcy |
1995 |
22 493 |
45,10% |
| Holandia |
1996 |
22 641 |
47,50% |
| Szwecja |
1996 |
22 632 |
59,60% |
| Finlandia |
1998 |
22 650 |
54,20% |
| Dania |
1995 |
22 993 |
56,20% |
| Francja |
1998 |
22 794 |
50,10% |
| Wielka Brytania |
1997 |
22 422 |
38,40% |
| Norwegia |
1994 |
22 296 |
54,00% |
| Austria |
1994 |
22 489 |
51,20% |
| Belgia |
1996 |
22 797 |
48,50% |
Ktoś mógłby zauważyć, że PKB per capita nie jest najlepszym wskaźnikiem do porównywania poziomu rozwoju gospodarczego państw, a zachodnia Europa w połowie lat 90. była na dużo wyższym poziomie rozwoju, niż obecnie Polska. Nawet jeśli zgodzilibyśmy się z tym twierdzeniem, to wciąż niewiele to zmienia – wymienione kraje podobny poziom fiskalizmu osiągały już w latach 70., czyli w pierwszej dekadzie, którą podaje OECD Factbook. Przykładowo Szwecja w latach 70. notowała przeciętny poziom dochodów sektora finansów publicznych na poziomie ok. 53 proc. PKB, Holandia 48 proc., Dania 46 proc. I tak dalej.
Jak widać, w ekonomicznej debacie publicznej w najlepsze funkcjonują tezy, których prawdziwość jest wątpliwa i zarazem stosunkowo łatwo weryfikowalna. Są one jednak powtarzane na tyle często i z tak dużym przekonaniem, że wydają się oczywiste i nikt nie zamierza ich falsyfikować. Oczywiście podatki nie są remedium na wszystko, lecz ich demonizowanie ani nas nie przybliża do stworzenia efektywnego porządku gospodarczego, ani nie podnosi poziomu debaty.
przez Krzysztof Wojciechowski | poniedziałek 1 września 2014 | opinie
Pewien dobry, acz uszczypliwy kaznodzieja głosił kiedyś nauki w jednym z żeńskich zgromadzeń zakonnych. A jako że bywał tam już wcześniej nie raz, jeno nauk nie głosił, to miał okazję przyjrzeć się bliżej funkcjonowaniu tego zbiorowiska. A był wnikliwym obserwatorem, potrafiącym zobaczyć wiele, więcej niż na pierwszy rzut oka widać oraz usłyszeć więcej niż tylko słowa. W oparciu o to swoje doświadczenia wygłosił naukę krótką, acz dosadną: „Drogie siostry! Odeszłyście ze świata, a świat nic na tym nie stracił. Przyszłyście do zakonu – a zakon nic na tym nie zyskał”.
Dziś każdy może napisać książkę. Gorzej jest z opublikowaniem jej, ale jeśli temat jest „chodliwy”, to znajdzie się możliwość druku. Błędem jest jednak twierdzenie, że każda książka jest ciekawa, ważna, pożyteczna, coś wnosząca do konkretnej dziedziny wiedzy. Niestety są książki, po których przeczytaniu człowiek dochodzi do podobnych wniosków, jakie zawarł w swej nauce wspomniany kaznodzieja. Otóż książki owe „gdyby nie powstały – świat nic by na tym nie stracił, a nawet jeśli się już ukazały – to świat nic na tym nie zyskał”. W najlepszym razie – zyskał niewiele.
Buszując w wirtualnej przestrzeni w poszukiwaniu materiałów polsko-ukraińskich natrafiłem na rzecz o bardzo interesującym tytule: „Symetria asymetryczna: badania terenowe stosunków polsko-ukraińskich”. Publikacja jeszcze ciepła (rok wydania 2014), dwóch autorów – Polak i Ukrainiec, ciekawa okładka i podtytuł. Czegóż więcej potrzeba miłośnikowi naszego pogranicza. Zacząłem szukać po księgarniach – nie bardzo się udało. Napisałem na Facebooku do współautora, Polaka. Odpisał i był tak dobry, że przysłał egzemplarz, nawet z dedykacją. Zagłębiłem się w lekturze mocno ponad 500-stronicowej pracy, mniej więcej pół na pół po polsku i ukraińsku. Założenie bardzo ciekawe: Polak jeździ po Polsce i pyta Polaków (jak się później okazało głównie jednak Ukraińców przesiedlonych w ramach akcji „Wisła”, albo takich, którzy do Polski przyjechali), co sądzą o Ukraińcach, a Ukrainiec jeździ po Ukrainie i pyta Ukraińców, co sądzą o Polakach (choć i tu często były to pytania do ukraińskich Polaków). Początek lekki jak ciasteczko do kawy. Później znacznie gorzej. Można powiedzieć, że brnąłem, wręcz grzęzłem w lekturze, jak przed laty w poleskich bagnach, starając się mimo wszystko dobrnąć do końca. Udało się, ale nie było łatwo.
Zazwyczaj unikam pisania o książkach kiepskich czy też o tych, które mi się nie podobały. I wcale nie dlatego, że o książkach (które tak kocham) jak o zmarłym – albo dobrze, albo wcale, ale dlatego, że szkoda czasu na pisanie o czymś słabym. Jednak „czasami człowiek musi, inaczej się udusi”. Musi, bo dusi go nagromadzona w książce negatywna energia połączona ze zwykłym nieuctwem, a wszystko to polane gęstym sosem uprzedzeń. A temu wszystkiemu nadaje się jeszcze miano „badań”.
Badania przy piwie
Książka rozpoczyna się od wrażeń pogranicznych – jakżeby inaczej, to tutaj wszak następują pierwsze kontakty polsko-ukraińskie. Jako mieszkaniec przygranicznego województwa znam z autopsji realia przejść granicznych, stąd początkowe strony książki przypominają mi własne spostrzeżenia z jednego z lubelskich przejść granicznych. Pomyślałem jednak, że ów lekki wstęp to tylko przygrywka, a dalej znajdę efekty badań. Jednak dziesiątki stronic mijają, a tu niewiele się zmienia. Wciąż te same treści, ten sam schemat: pogadajmy – ponarzekajmy – wypijmy piwo. A to, czego przy piwie się dowiemy – zapiszemy. I… już. Ot i całe badania terenowe.
Jako przyrodnik nie bardzo znam się na metodologii badań socjologicznych, bo chyba do takich wypadałoby zaliczyć opisywane „badania”, ani tym bardziej na sposobie ich prezentowania. Ale jeśli tak właśnie mają one wyglądać i tak ma wyglądać „monografia” będąca ich efektem, to nie wiedząc o tym popełniłem już kilkaset „artykułów naukowych” o treści podobnej jak omawiana książka. Też jeździłem po różnych ciekawych zakątkach Ukrainy, spotykałem się z ludźmi, pytałem ich o różne rzeczy, spisywałem i publikowałem. I do głowy mi nie przyszło, żeby to nazwać „badaniami”. Fakt, piwa nigdy z nikim nie piłem i może to jest ta „metodologiczna” nieprawidłowość, która nie pozwala nazwać mojej roboty „badaniami terenowymi”…
Skutki pedagogiki wstydu
To jednak nie „metodyka badawcza” jest tym, co najbardziej gotuje krew. Problemem kluczowym jest postawa polskiego współautora. Wyjdę zapewne na niewdzięcznika, bo będę krytykował człowieka, który przysłał mi książkę z dedykacją. Nie mogę jednak tego spokojnie czytać. Pół biedy, gdyby przyczyną poglądów p. Saturczaka były tylko uprzedzenia. Jest gorzej – to zwykłe nieuctwo. Człowiek, który ma tak ubogą wiedzę na temat wielu wcale nieprowincjonalnych miast swego kraju, nie powinien się w ogóle brać za pisanie. Najpierw czytanie – potem pisanie.
Takie miasta o kilkusetletniej historii jak Radom czy Kielce to zdaniem Saturczaka „miasta nic”. Kielce kojarzą mu się tylko z Liroyem. Lublin to wyłącznie napastliwi studenci KUL, czytający prawicowe pisemka, oraz grzeczne panienki z obrączkami na palcach – studentki KUL. To oni właśnie napastują pana Łukasza w pociągu z Przemyśla do Warszawy. Już prawie dwie dekady mieszkam w Lublinie i pracuję na KUL, a nie miałem okazji być napastowanym przez takich studentów. W każdym razie Radom – miasto nic, Lublin – napastliwi studenci, Kielce – Liroy. Nie przystoi mieć tak wąskiej wiedzy osobie, która bierze się za pisanie książek.
Ale to tylko preludium. Kolejnym „stopniem wtajemniczenia” jest książkowa, wzorcowa wręcz postawa absolwenta pedagogiki wstydu. Podczas lektury książki Saturczaka zacierać ręce z radości muszą reformatorzy polskiego systemu edukacji, redakcje niektórych opiniotwórczych gazet wmawiających nam (jako narodowi) nieustannie i wbrew prawdzie historycznej, a nawet zdrowemu rozsądkowi, genetyczny antysemityzm, ciągoty nacjonalistyczne i Bóg wie co jeszcze. Oto mamy „nowego człowieka” – o to właśnie nam chodzi. Drażni p. Łukasza w Szczecinie „wszechobecna polskość”, „kolonizowanie polskością”, cokolwiek by to miało znaczyć, a znaczy to nic innego, jak tylko to, że nazwy ulic są „zbyt” polskie i dumne. Bo jak to możliwe i kto do tego dopuścił, żeby ulice w Szczecinie nazywały się: Aleja Niepodległości, Aleja Wojska Polskiego, Bohaterów Warszawy, Szarych Szeregów. To skandal. Ale p. Łukasz szybko znajduje wytłumaczenie – to kolonizacja polska tego „miasta protezy na siłę i niesprawiedliwie włączonego do Polski”. Piramidy absurdu oraz kwintesencja pedagogiki wstydu i „plucia pod wiatr”. Co ciekawe, tej „kolonizacji polskością” jakoś nie zauważa (i wydaje się w ogóle je nie przeszkadzać) Ukrainka mieszkająca w Szczecinie. Ale ona pewnie jest „zacofana” i „nienowoczesna”, ją pewnie jeszcze uczyli być dumnym ze swego kraju, a przynajmniej bez wielkiej przyczyny nie pluć na niego. Pobędzie z nami, to się nauczy…
Ale i na tym jeszcze nie koniec. Pedagogikę wstydu niesie p. Łukasz niczym oświaty „kaganiec” (to dobre określenie) na wschód, starając się wmówić ukraińskiemu taksówkarzowi, że w Polsce są gorsze drogi niż na Ukrainie (sic!). To jest „poezja” i „klasyka”, to muszę przytoczyć:
„Rano Igor odwozi nas do Ałczewska. Jedziemy bocznymi drogami i choć Igor narzeka na ich stan, to przekonuję go, że w Polsce znacznie gorzej:
– Ale u was autostrady – rzuca.
– Ale poza autostradami chujnia – odpowiadam”.
Każdy, kto był w Ukrainie i jeździł tamtejszymi drogami (a raczej czymś, co się tak nazywa), wie, że mówienie, iż u nas są gorsze, to prawie bluźnierstwo. Miałem okazję dwa lata temu jeździć po zachodniej Ukrainie i po terenach rodzinnych p. Łukasza (przemyskie). Trzeba być schizofrenikiem, żeby takie rzeczy opowiadać. Nawet tak niegłówna droga jak ta z Kalwarii Pacławskiej do przejścia w Krościenku jest równa jak stół (choć wąska). A to, z czym spotykamy się za przejściem po ukraińskiej stronie, trudno nazwać drogą, chyba że po bombardowaniu. I nie chodzi tu o obrażanie Ukraińców, lecz o prawdę, zresztą oni sami wiedzą, jaka jest różnica, wystarczy ich spytać. Czytając te refleksje p. Łukasza niczym ponury żart brzmią wciąż powtarzające się opinie Ukraińców o Polakach, że Polacy to naród dumny ze swego kraju, ze swej historii. Oj, bracia Ukraińcy, nie jesteście na czasie, nie wiecie, czego się dziś w Polsce uczy.
Na koniec w dalekim ukraińskim Swierdłowsku p. Łukasz natrafił nawet na „ślady Polaków”, ale już ich nie poszukał, bo o cóż miałby ich zapytać: „Jak się żyje Polakom w najdalszym od ich ojczyzny mieście Ukrainy? Czy znają polski? Zacytują Rotę i hymn? Są katolikami i kochają polskiego papieża? Mają w domu wiersze Norwida i cyklicznie oglądają filmowe adaptacje Henryka Sienkiewicza kibicując mężnemu Kmicicowi?”. Słowem – nie ma o czym gadać. Nuda. Swoją drogą to ciekawy przykład „rzetelności” wspomnianych „badań terenowych”…
Czytając części książki napisane przez polskiego współautora czytelnik o wiele częściej dowiaduje się o jego aktualnym stanie ducha, wyspaniu lub nie, braku nastroju, kompleksach, uprzedzeniach i braku wiedzy, niż o tym, co miało być treścią książki, czyli co myślą Polacy w Polsce o Ukraińcach.
Ukrainiec – kiepski uczeń
Na tym tle ukraiński współautor wypada źle. Źle, to znaczy dobrze. Jeżdżąc po często wcale niecentralnych miejscowościach Ukrainy, nie marnuje czasu na opisywanie w rozbuchanej, masochistycznej formie, nie ukrywajmy, smutnej nieraz rzeczywistości swego kraju. Nie pławi się w narzekaniach na stan dróg czy „kolonizowanie ukraińskością”, nie napadają go np. studenci Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego. Aż dziw bierze, że jakoś się tego wszystkiego ustrzegł.
Co „gorsza”, jedzie w teren przygotowany. Nie narzeka, że Kijów jest brudny i szary, a w dodatku jest stolicą (w domyśle: tej okropnej) ukraińskiej mentalności – jak to robi jego polski partner w odniesieniu do Warszawy, lecz pisze o 1000-letniej polskiej obecności w nim. Nie pisze o Czerkasach, że to jakieś miasto-nic. Co więcej, nawet w takich Czerkasach odnajduje i opisuje ślady polskości i to od czasów historycznych. Odnajduje je nawet w Odessie czy w zagubionym wśród wołyńskich lasów Dołbyszu. Słowem – pełny, polski w dodatku, „szowinizm, nacjonalizm, kolonizowanie i epatowanie polskością” itd., itd. Jakiż ten Leś Belej niepojętny, jaki nieeuropejski. I jeszcze w dodatku wynajduje jakichś takich Ukraińców co to w najgorszym przypadku mówią, że Polacy to normalny naród, jak Ukraińcy, i dobrzy, i źli, pretensji do nich nie mają. Ale większość to wręcz karygodni optymiści, którzy nie dość, że nie wspominają odwiecznych krzywd, za które nasi miejscowi „edukatorzy” mogliby nas chłostać, to jeszcze, nehidnyki, mówią, iż Polacy to dumny naród, że kochają swój kraj i szczycą się jego historią. Te „karygodne” zaniedbania ideologiczne musiał „nadrabiać” p. Saturczak, odszukując w Polsce odpowiednich rozmówców.
Styl części książki pisanej przez ukraińskiego współautora jest suchy, sprawozdawczy, nieemocjonalny, informacyjny – a ty, czytelniku, sam interpretuj przeczytane słowa. Nazywam to szacunkiem dla czytelnika, bo została tu zachowana zasada niezaangażowania emocjonalnego w przedmiot badań.
I to jest to, co w moich oczach „ratuje” książkę. Co nie zmienia faktu, że zamiast drukowania nic nie wnoszącej polskiej części można by wydać coś pożytecznego. Od lat już wisi w sieci doskonały, napisany z wielkim znawstwem i w zaciekawiającym stylu przewodnik „Kraków dla Ukraińca”, autorstwa kijowianina, przyrodnika, historyka i krajoznawcy, dr. Iwana Parnikozy. I mimo że jest to materiał absolutnie unikalny, pełen cennych wiadomości o ukraińskich śladach w Krakowie, bogato ilustrowany, oparty o gruntowne badania terenowe, to nikt ani w Polsce, ani w Ukrainie nie jest zainteresowany jego wydaniem. Smutno się robi, kiedy ma się tego świadomość, a czyta polską część opisywanej tu książki.

Łukasz Saturczak, Łeś Belej, Symetria asymetryczna: badania terenowe stosunków polsko-ukraińskich, „Tempora”, Kijów 2014.
przez Konrad Malec | poniedziałek 25 sierpnia 2014 | opinie
„Chłopu zawsze jest źle i chłop zawsze będzie narzekał” – z takim twierdzeniem spotykam się od lat i jest w nim sporo racji. Zresztą nie dotyczy to tylko chłopów. Narzekanie jest po prostu naszym hobby narodowym. Niestety ta cecha czy – jak chcieliby inni – wada, powoduje paradoksalnie, że często nie orientujemy się, jak źle jest naprawdę. Najpoważniejsze problemy rozpływają się nam i nikną w poczuciu ogólnej beznadziei.
Niedawno pojechałem w rodzinne odwiedziny na wieś. Jak to w takich przypadkach bywa, zostałem zapędzony do pracy. Tym razem przyszło mi zbierać wiśnie. Praca nudna i żmudna, do tego w wątpliwym towarzystwie chmar komarów, które tego roku wyjątkowo dopisały (wybaczcie, ale jako Polak i jednostka, którą dzieli „kilka” kroków od zamożności, mam w końcu prawo trochę ponarzekać!). Zaletą wykonywania prostych prac fizycznych jest relaks dla mózgu i możliwość wspominania, rozmyślania, marzenia itp. Uwolniwszy więc głowę od myślenia o deadline’ach, zainspirowany obserwowanymi scenami z życia wiejskiego, zacząłem przypominać sobie „Chłopów” Władysława Reymonta. Przychodziły mi jednak do głowy nie fragmenty o ciężkiej pracy, tylko takie jak poniższe:
– Wy macie gęsi, podpaście trochę, kupię na święta.
– Zaśbym tam sprzedawała, ostawiłam ino tyla, co na chowanie!
– Kupicie na wiosnę młode, mnie potrzeba podpasionych. Chcecie, to możecie brać na bórg wszystko, a zapłacicie gęsiami, policzymy się…
– Nie, gąsków nie przedam.
– Sprzedacie, jak krasulę zjecie, to nawet tanio sprzedacie.
To wyimek z rozmowy zubożałej Hanki z żydowskim karczmarzem. A teraz inny fragment:
Nie w jednej to już chałupie jeno raz w dzień warzyli jadło, a sól za jedyną okrasę mieli – to i coraz częściej ciągnęli do młynarza brać ten jaki korczyk na krwawy odrobek, bo zdzierus był srogi, a nikto gotowego grosza nie miał ni co wywieźć do miasteczka, drudzy zasie to i do Żyda do karczmy szli skamląc, bych ino na bórg dał tę szczyptę soli, jaką kwartę kaszy albo i ten chleba bochenek!
To oczywiście opis przednówka. I ostatni fragment:
– I dworów coraz mniej. Dawniej, kiedy się jeździło po snopkach czy z opłatkami, czy po kolędzie, czy też po spisie – to jak w dym do dworu – nie żałowali i zboża, i pieniędzy, i leguminy. A teraz, Boże zmiłuj się, każdy gospodarz się kurczy i jak ci da snopczynę żyta, to pewnie zjedzoną przez myszy, a jak tę ćwiartczynę owsa dostaniesz, to pewnie plew w nim więcej niźli ziarna. Niech żona powie, jakie mi to jajka dawali latoś za spis wielkanocny – więcej niż połowa była zbuków. Żeby człowiek nie miał tej trochy gruntu, toby jak dziad żebrać musiał – zakończył podsuwając Borynie tabakierkę.
– Juści, juści… – potakiwał Boryna, ale nie jego tumanić, wiedział ci on dobrze, że organista pieniądze ma i na procenta albo i na odrobek komornikom rozpożycza, to ino uśmiechał się na te wyrzekania i znowu spytał o Jasia…
To z kolei fragment rozmowy Macieja Boryny z organistą. A teraz uruchommy wyobraźnię (przy zbieraniu wiśni jest to dość łatwe, jeśli ktoś ma z tym problem, to zapraszam na zbiór owoców albo rąbanie drewna na opał) i stwórzmy scenę, której pisarz w powieści nie zawarł. Idzie biedny gospodarz czy komornik poboczem, gdy nagle drogę zajeżdża mu powóz z, dajmy na to, młynarzem. Chłop przestraszony odskakuje w tył, a młynarz nagabuje go, by przyszedł na odrobek. Chłopina wymawia się jak może, tłumacząc, że robotę ma na swoim polu i dziś nie może. Mam nadzieję że scena ta stanęła Wam przed oczami. A teraz wysilmy wyobraźnię jeszcze ciut bardziej: pobocze drogi zmieńmy na chodnik w średniej wielkości wsi czasów dzisiejszych, młynarza na współczesnego rolnika, który przy okazji ma sklepik, a powóz na samochód. Niemożliwe? Niestety, zupełnie prawdziwe!
Dla wyjaśnienia: zajeżdżający drogę sklepikarz to nie żaden krezus, latyfundysta. Po prostu miał więcej szczęścia, odziedziczył nieco ziemi, we właściwym czasie trochę dokupił, wszystkiego ma może z kilkanaście hektarów. Samochód naszego sklepikarza to także nic specjalnego – używany, kilkuletni, sprowadzony zza Odry. Ale facet ma łeb na karku i swego czasu założył też sklepik. Nic wielkiego, po prostu sklep spożywczy, jaki możemy spotkać w większości średnich i dużych wsi (w mniejszych zwykle nie ma już sklepów stacjonarnych, po prostu o określonej godzinie pojawia się „sklep” objazdowy z najpotrzebniejszymi produktami, na które dzień wcześniej trzeba się zapisać). Jego klientom często brakuje gotówki, a że nasz sklepikarz to człowiek życiowy, to daje im zakupy na zeszyt – czyli na kredyt albo za odrobek.
Dla dopełnienia opisu dodam, że mamy rok wyjątkowo nieudany dla uprawiających owoce. Ceny mocno spadły. O ile na malinach daje się jeszcze jako tako zarobić (na tyle dobrze, że nocami zdarzały się kradzieże z pól), to wiśnia stoi już słabo – na skupie maksymalnie złotówka za kilogram, zwykle mniej. O porzeczkach wspominały już nawet duże media, bo maksymalna cena ich skupu to 40 groszy. W efekcie tego owocu nie sprzedaje się prawie wcale, bo nawet za zbiór by się nie zwróciło, nie wspominając o pracach wykonywanych wcześniej, takich jak opryski, nawożenie itp.
Oczywiście różni „mędrcy” odpowiadają na to, że jednego roku nie zarobią, innego będą do przodu, ale i tak wąska specjalizacja w rolnictwie to przyszłość. Zapewne to racja, ale na pewno nie w przypadku małych gospodarstw. Dla nich brak zarobku w sezonie oznacza „branie na bórg” albo odrobek w kolejnym. Spłata długu (i procentu), to mniej w domowym budżecie i „problemy na przednówku” – albo jeszcze wcześniej. Odrabianie oznacza często brak własnego zbioru, zwłaszcza jeśli na domiar wszystkiego spadnie grad, co tego lata zdarza się dość często. I tym sposobem kraj położony w środku Europy, należący do UE i NATO, wraca do… XIX wieku!
Pora na sakramentalne: „A bo na wsiach to piją! Gdyby nie pili, to by mieli”. Prawda, wielu pije. Ale w tym miejscu pozwolę sobie zacytować Karola Konińskiego, krytyka literackiego, prozaika i myśliciela społecznego:
– Nie dam nic, na pewno na wódkę chcecie.
– Macie ode mnie na wódkę.
– Pan demoralizuje człowieka.
– A czy Pan nigdy wódki nie pije? Ja też piję wódkę, my wszyscy pijemy wódkę, wszyscy, którzy ciepło mieszkamy i dobrze się odżywiamy i tylko biedny, który marznie i głoduje ma się popisywać abstynencją.
Oczywiście środki przeznaczane na alkohol mogłyby pokryć inne potrzeby. Co jednak robić w sytuacji, gdy nie ma żadnej nadziei? Wódka czy wino nie uwolnią od problemów, ale pozwalają choć na chwilę o nich zapomnieć. A nadzieja? Jaką nadzieję mają mieć mieszkańcy wsi, i to takich, które wcale nie są dziurami zabitymi dechami? W miastach pracownikami, a coraz częściej również bezrobotnymi czy ludźmi, którzy w inny sposób znaleźli się na marginesie społeczeństwa, interesują się związki zawodowe, stowarzyszenia i instytucje pomocowe. Na wsi w najlepszym razie jest Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej i Caritas, do których zwykle trzeba dojechać. Organizacje pozarządowe? Czasem się zdarzają, ale często, jak w innej znanej mi miejscowości, są to po prostu sprytne firmy, wyciągające środki publiczne pod przykrywką stowarzyszenia czy fundacji. Mieszkańcy w najlepszym razie wiedzą o ich istnieniu, ale ze świecą szukać śladów ich rzeczywistej społecznej działalności. Dawniej w takich miejscach działał ruch ludowy, np. Związek Młodzieży Wiejskiej „Wici”. Dziś ich miejsce wypełnia społeczna próżnia, a partia nominalnie ludowa nie robi nic, by poprawić byt mieszkańców wsi czy małych miasteczek. Organizacje i akcje społeczne w stylu „Jestem ze wsi”, choć szlachetne i ciekawe programowo, mają niszowy charakter i ograniczony wpływ na rzeczywistość. Zanim (o ile w ogóle) rozwiną się one w masowy ruch, minie wiele lat. Tyle że nie wiadomo, czy wówczas będą jeszcze miały dla kogo działać.
Już dziś w większości wsi można spotkać prawie wyłącznie ludzi starszych. Ostatnio poznałem wieś, gdzie zostało tylko jedno, bardzo wiekowe, małżeństwo, a reszta mieszkańców uciekła. W okolicy, w której zbierałem wiśnie, położna (dorabiająca emerytka) narzeka, że młode kobiety, które nie wyjechały, nie chcą rodzić. Na wspomnianym wcześniej skupie widziałem same niemal osoby w wieku powyżej 60 lat! Wśród nich była tylko jedna rodzina z osobami młodszymi. Mieli mniej więcej tyle wiśni, co ja. Zapewne zbierali je cały dzień (zbierałem w towarzystwie 4 innych osób, z podobnym rezultatem). Za to, co przywieźli, otrzymali ok. 300 zł, i to bynajmniej nie do podziału na owe 5 osób, bo z tej kwoty trzeba opłacić paliwo, środki ochrony roślin, nawozy, podatki gruntowe, składki na KRUS itp.
Oczywiście w „sezonie wiśniowym” przyjadą jeszcze kilka razy, może nawet 10. Daje to jakieś 3 tys. zł w lipcu, może część w sierpniu. Zapewne nie samymi wiśniami żyją, ale przyjdą zimowe miesiące i wówczas przychodów nie będzie. Ktoś powie: niech pracują w pobliskim mieście. Temu komuś odpowiem, by po owych okolicznych miastach się rozejrzał. Tam też panuje społeczna próżnia i bezrobocie. Zapewne zaraz usłyszę, że mogą się przeprowadzić do większego miasta. Wszystko pięknie, tylko za co tam zamieszkają? Czy znajdą pracę też niepewne, wszak w wielu metropoliach też jej brakuje. Czy będą mieli wsparcie rodziny?
Można by mnożyć trudności bez końca, ale najpewniej liberałowie i tak znajdą na nie tysiąc recept, których sami nie będą musieli wcielać w życie.
przez Wojciech Wytrych | poniedziałek 18 sierpnia 2014 | opinie
Zaczęło się w Mafeking. Stamtąd wywodzą swoje korzenie. Rdzeniem idei jest to, by ktoś zrobił coś, czego nikt rozsądny, dorosły, zrobić nie chce – z różnych powodów:
- bo za to nie płacą
- bo to niebezpieczne
- bo po prostu nikt nie chce tego robić, skoro atawizmy, rozsądek, rachunek ekonomiczny i rachunek sumienia, wszystkie one razem lub z osobna mówią o tym: nie.
Ta idea brzmi: niech ktoś zrobi to za nas, a jeśli się da, to niech jeszcze za to zapłaci, a gdy zrobi, to wymyślimy mu coś kolejnego. Decydenci przemocą lub przy pomocy podstępnej ideologii, religii, albo czegoś działającego podobnie, od niepamiętnych czasów w celu obniżenia kosztów własnych starają się nas do tego namówić, przekonać, zmusić. Za prekursora uznaje się generała Baden-Powella, który w czasie oblężenia Mafeking wykorzystał zindoktrynowanych nieletnich do wykonania zadań, jakich rozsądni dorośli nie chcieli się podejmować. Dziś zmuszanie i zachęcanie nieletnich do takich działań zaowocowałoby w najlepszym wypadku wyrokami w zawieszeniu. Wówczas również istniały prawa, ale nie istniały organy kontrolne i nadzorujące, więc pilnowano jego przestrzegania jedynie okazjonalnie. Nie wszędzie i nie zawsze granice dorosłości były określone i sztywno przestrzegane. U źródeł skautingu leży posłużenie się dziećmi w wykonywaniu działań łącznikowych w chwili, gdy żołnierze, biorąc pod uwagę wysokość strat przy ich realizacji, odmawiali wykonywania. Gówniarz zrobi to, by wykazać, że jest lepszy od żołnierza – abstrahując od tego, że żołnierz kierował się rozsądkiem, zaś dzieciaka motywowała chora ambicja. To jest uznawany przez wielu punkt założycielski.
Dwa dominujące nurty tej idei to organizacje wzorowane na skautingu oraz wolontariat. Odtąd niewolnicy, którzy dla nas pracują, będą to robić bez kosztów z naszej strony – a my wymyślimy system nic nie wartej punktacji, żeby ich motywować. I na dodatek taka forma aktywności będzie popularna, wielu sąsiadów będzie się tym zajmować. Moda.
Jesteśmy światli i liberalni, ale promujemy wykonywanie pracy za darmo. Niewolnictwo z krytyką niewolnictwa, więc nazwy nic nie znaczą. Albo znaczą coś całkiem innego niż się wydaje.
Pół biedy, jeśli to naprawdę są ochotnicy. Gorzej, gdy dostaje się punkty rekrutacyjne do liceum – masz albo nie – bo wtedy trzeba, a przynajmniej wypadałoby. Sprawie dodaje pikanterii, że poza metropoliami taką działalność doceniają i korzystają z niej dość nieliczne grupy. Uprzedzam: wszelkie skojarzenia z mafią są chybione. Bo to może być szpital, Dom Pomocy Społecznej, szkoła. To może być cokolwiek. Ale odbiorcy tego typu usług – „niech pan pojedzie dalej ze 3 kilometry, oni tam chyba takich szukają” – to m.in. różne instytucje, nierzadko jednostki budżetowe. Muszą coś zrobić, ale w ten sprytny sposób obniżają koszty. Bo wiele tego rodzaju usług dostają darmo.
Do młodych kieruje się ofertę – praktyki i szkolenia, które mają być pierwszym progiem inicjacyjnym. Atrakcyjne wyzwanie. Wielu nowych znajomych. Obietnica, że gdy oni sami staną się już sprawniejsi, to pokierują ruchem lub pomogą w punktach medycznych, no i nauczą się działać w zespole.
W 1939 r. to harcerze utrzymywali pozycje, gdy wojsko się wycofywało. To harcerze zadali olbrzymie straty nacierającym Niemcom w Katowicach, Rosjanom w Grodnie, Ukraińcom we Lwowie itd. To harcerze są znani z powstania warszawskiego. Ale sami się tam pchali, to była ich własna, oddolna inicjatywa. Wszędzie, gdzie się pojawiali, pchali się na pierwszą linię – byle bliżej śmierci? – takie cywilne wojsko. Tam, gdzie są, bywają widoczni, chociażby podczas kwesty na cmentarzu, przy świętach państwowych, albo przy pakowaniu zakupów w markecie za punkty. Udowadniają, że służą Polsce. Było wielu bohaterskich harcerzy, ich były najsłynniejsze i najbardziej spektakularne akcje – ale nie czuli się wykorzystani. Byli dumni.
W PRL traktowano ich niemal jak służbę, zabierano ich na różne akcje do pomocy. W szkołach promowano harcerstwo. To się zresztą zmienia, bo walka o eurogranty skacze z zagadnienia na zagadnienie. Skauting słabnie, bo wymaga dotacji – jeśli ma przyciągać, to musi być nowoczesny. Środki, narzędzia, miejsca – za to trzeba płacić. A z wolontariatu się tylko wyciąga. Orlęta AK, harcerze – do którejkolwiek z tych organizacji twoja latorośl chciałaby należeć, do ciebie należy pokrycie kosztów umundurowania czy transportu, jeśli gdzieś będą ją wywozić. Natomiast zyski z wykorzystania tych młodocianych ideowców wyciągną dorośli, pełnoletni. To oni zostaną docenieni, uhonorowani za zorganizowanie i udostępnienie tej taniej siły roboczej. Jest jeszcze jeden aspekt wspólny tych wszystkich umundurowanych grup: hierarchia, a wraz z nią polecenia, które trudno odróżnić od rozkazów. Odmowa wykonania rozkazu/polecenia jest niemal równoznaczna z wykluczeniem z organizacyjnego kręgu. A kiedy jest się wewnątrz, nie widzi się tego, że to tresura, nie nauka samodzielności.
Ale harcerstwo i podobne organizacje nadają się do wykorzystania tylko incydentalnie, akcyjnie. Na dłuższych „dystansach” używa się wolontariuszy.
Hospicja, DPS-y, Caritas. Wszędzie tam wypadałoby użyć psychologa czy terapeuty, by zaradzić problemom podopiecznych, ale ich zatrudnianie kosztuje. Wolontariusz, który wysłucha żalów i zadziała jak odgromnik, rozładuje napięcie – nic nie kosztuje. Co więcej, taki wolontariusz wykona gratis czynności, do których wypadałoby zaangażować wykwalifikowany i opłacany personel. Skoro już umierający, wymagający opieki, są usunięci na taki ledwo widoczny na co dzień margines, poza horyzont, nie leżą na trotuarach – abyśmy mogli zająć się zarabianiem na siebie i wypracowywaniem zysku dla naszych nadzorców – to ktoś musi się tym zająć. Czy będziemy musieli mu za to płacić? Im wszystkim? Czy tylko niektórym, a resztę namówimy, by zrobili to za darmo i na dodatek z radością. Przecież wynaleziono wolontariat!
Taki wolontariat potrafi dokonywać wielkich rzeczy. Akcja Owsiaka to absolutnie zjawiskowa historia. Nie jestem zwolennikiem celów Owsiaka – „zastąpimy państwo w finansowaniu służby zdrowia” – bo to działa na państwo demoralizująco, skłania do lekceważenia nas, ale zaangażowanie i efekty organizatorów tych działań budzą mój podziw. Przyjmując krótką perspektywę czasową widzimy WOŚP jako supersłodką historię. Tyle sprzętu! W pewnym momencie konkurencji puściły nerwy. Biskup Ryczan powiedział, że w akcji Owsiaka silny jest element satanistyczny. Szatan potrafi być taki podstępny i czasem robi dobre rzeczy. Dziś jednak akcje kościelne i Owsiak są niemal równie popularni, rynek okazał się niesamowicie głęboki.
Tak, wolontariusze robią wiele rzeczy pożądanych społecznie. I ja to robiłem – zbierałem podpisy, sprzątałem, sadziłem drzewa. Tak, mogę to zrobić: gdy nie warto czekać na państwo lub samorząd – i gdy tego chcę. Ale nie wtedy, gdy jestem do tego zmuszony. Często słyszę, że wolontariusz wysłany gdzieś tam, zdobędzie praktykę w pracy – bo tu pracy nie ma i nie ma jak zdobyć praktyki. Tuż obok są tak zwane staże, w ramach których młodzi i starzy wykonują te same prace, co zwykli pracownicy, tyle że za 500 zł miesięcznie. Podobnie działają takie wypożyczalnie niewolników jak Centra Integracji Społecznej, w których też za przepracowanie miesiąca dostaje się demoralizującą i demotywującą pensję. Ta moda na wolontariat w sytuacjach, w których występować powinni etatowi pracownicy, świadczy nie o tym, że chcemy bezinteresownie działać dla innych, lecz o tym, że przed nami jest bezmiar czasu, zero możliwości zarobku, a brak chęci na popadnięcie w niszę notorycznego klienta opieki społecznej. Wolontariuszem zostaje się, by nie zostać streetworkerem stojącym przed osiedlowym monopolowym, wyrywaczem torebek, grabieżcą, a jednocześnie nie ma się możliwości podjęcia pracy. Co więcej, tam, gdzie dotąd czymś zajmował się opodatkowany, oskładkowany pracownik, teraz jego rolę może przejąć wolontariusz. I taki pracodawca – najczęściej dyrektor jednostki budżetowej – zjeżdża z kosztami w ten sposób, że zwalnia pracowników, a ich miejsce zajmują wolontariusze. O tym jednak cicho sza! Ale już o tej inwazji dobrowolnych niewolników i o tym, jak wiele oni czynią, robi się głośno. Są konkursy, w których nagrody dostają przygarniający wielu wolontariuszy, w sposób wyczynowy korzystający z darmowej pracy.
Jestem pracownikiem. Za wiele wykonywanych przeze mnie czynności – nie ujętych w umowie o pracę – nie dostaję pieniędzy. Wolontariat wciska się tu i tam, w moje i w wasze życie. Kiedy chcę coś zrobić gratis dla innych – robię to chętnie. Kiedy muszę to zrobić, aby mój szef więcej zarobił, wszystko się we mnie gotuje. To też jest wolontariat, ten mroczny, satanistyczny. Im bardziej rozpowszechnia się idea darmowej pracy, tym bardziej boję się o swoją przyszłość. Bo ci, którzy wymyślają takie akcje, mają co jeść i gdzie spać. Natomiast wykonawcy, zamiast zarobić swoją krwawicą na życie, sfinansują czyjąś – nie swoją – frajdę. Aby mieć siłę do zrobienia tego, trzeba co pewien czas jeść, a jedzenie nie bierze się znikąd, trzeba płacić. Tymczasem za pot i zmęczenie wolontariuszy ktoś w świetle kamer odbierze nagrodę jako dobroczyńca.
przez Piotr Wójcik | poniedziałek 11 sierpnia 2014 | opinie
Czym różni się Polska od przeciętnego państwa postkolonialnego? U nas przez większą część roku jest zimno i ponuro, a tam z reguły ciepło i całkiem słonecznie, o ile akurat nie ma pory deszczowej. Nasze rozpadające się slumsy tylko straszą (chociażby enklawy biedy na Śląsku), tamtejsze nierzadko zapierają dech w piersiach (np. malowniczo położone brazylijskie fawele). Tamtejsi piłkarze z reguły potrafią czynić z piłką cuda, nasi to co najwyżej rzetelni wyrobnicy, a i o tej rzetelności zapominają, gdy przychodzi im założyć reprezentacyjny trykot. Jak widać różnic między Polską, a postkolonialnymi państwami z Ameryki Południowej czy Afryki jest całkiem sporo, ale nie wszystkie na naszą korzyść. Zresztą czy naprawdę trzeba wchodzić w szczegóły, by postawić tezę, że łatwiej znosi się biedę w Rio de Janeiro albo Marrakeszu niż w Bytomiu czy Świętochłowicach?
Gdy z poziomu rozważań geograficzno-klimatycznych zejdziemy na kwestie ekonomiczno-społeczne, dostrzeżemy, że nasz kraj wykazuje mnóstwo cech typowych dla terytorium postkolonialnego. A raczej neokolonialnego, bo quasi-kolonialne mechanizmy są tu sprawą jak najbardziej aktualną, a nie tylko odbiciem przeszłego zniewolenia. Żyjemy w kraju, w którym to nie społeczeństwu ma być dobrze, ale zagranicznym inwestorom oraz rodzimej elicie kompradorskiej, które wspólnie wyciskają tubylców jak cytrynę. Wspólnie, podkreślam, bo ważne, żeby pamiętać, iż współczesny kolonializm opiera się w równym stopniu na wyzysku przychodzącym z zewnątrz, co i tym wewnętrznym. Harmonia i współpraca podmiotów zagranicznych z częścią rodzimych jest niezbędnym warunkiem rozkwitu tego modelu.
Według Eurostatu, PKB na głowę mieszkańca wynosi w Polsce 68 proc. średniej UE. Inaczej mówiąc, rocznie produkujemy już ponad 2/3 tego, co w przeciętnym kraju UE, takim jak Włochy (98 proc. średniej) czy Hiszpania (95 proc.). Bardzo zbliżyliśmy się do Grecji (75 proc. średniej). Cieszyć się jednak nie ma z czego, gdyż owoce tej produkcji, w odróżnieniu od powyższych krajów, nie zasilają wcale portfela zwykłego Polaka. Pomimo że produkujemy już ponad 2/3 tego, co Włoch czy Hiszpan i prawie tyle, co Grek, wartość majątku zgromadzonego przez przeciętnego obywatela naszego kraju stanowi… 10 proc. majątku Włocha, 20 proc. Hiszpana i 25 proc. Greka (według Global Wealth Databook 2013, o którym pisałem również w felietonie dla portalu jagiellonski24.pl). To zresztą nic dziwnego – na terytoriach neokolonialnych bogacenie się rdzennej ludności tubylczej jest ostatnie na liście priorytetów, o ile w ogóle się na niej znajduje. Jeśli kogoś wciąż nie przekonuje odniesienie teorii neokolonialnej do Polski, to wskażę jeszcze jedno smaczne porównanie – otóż, pod względem wartości majątku przeciętnego obywatela, Polsce najbliżej jest do… Libanu. A więc byłej francuskiej kolonii, która w ostatnim półwieczu doświadczyła długiej i brutalnej wojny domowej, okupacji części swojego terytorium oraz szeregu bombardowań ze strony Izraela.
Oczywiście zawsze można postawić starą, wytartą i zwyczajnie nudną już tezę, że za naszą nędzną kondycję odpowiadają lata „komuny”, podczas której Polacy nie mogli się bogacić. Takie tłumaczenie ma jednak słabe punkty. Pierwszy to przykłady krajów, które mają na swoim koncie podobne doświadczenia historyczne. Czeskie PKB per capita wynosi 80 proc. średniej UE. Czyli polskie PKB na głowę to ok. 85 proc. czeskiego. Za to majątek przeciętnego Polaka stanowi tylko 55 proc. majątku Czecha. Gdzie uciekło 30 punktów procentowych? Chyba nie zabrała ich „komuna”? Tłumaczenie latami PRL-u złej sytuacji tubylców znad Wisły, tak bardzo odstającej od reszty mieszkańców UE, ma jeszcze jedną zasadniczą wadę. Otóż według tej argumentacji Polacy są tacy biedni, gdyż w latach 1945-1989 mieli zablokowaną możliwość gromadzenia majątku. Za takim postawieniem sprawy stoi założenie, że w roku 1989 ruszaliśmy od zera, a nad Wisłą mieliśmy wtedy klepisko nieruszone pracą ludzką. A to przecież nieprawda. PRL pozostawił po sobie całkiem sporo majątku państwowego – czyli wspólnego, wytworzonego pracą całego społeczeństwa. Nikt nie kazał nam rozdysponować go w taki sposób, że zwykły Polak nic z tego nie miał i rzeczywiście musiał w 1989 roku zaczynać niemal od zera.
| Kraj |
Przeciętny majątek zgromadzony na głowę (w USD) |
| Włochy |
195 925 |
| Niemcy |
157 882 |
| Hiszpania |
99 214 |
| Grecja |
83 442 |
| Portugalia |
71 193 |
| Słowenia |
52 039 |
| Czechy |
36 201 |
| Estonia |
26 562 |
| Liban |
20 918 |
| Polska |
20 803 |
Na majątkowe dysproporcje składa się wiele przyczyn. Na pewno jedną z nich jest kwestia wyceny składników majątku – chociażby nieruchomości, których ceny na zachodzie Europy są znacząco wyższe niż w Polsce. Ale nie tłumaczy to aż takich przepaści. Głównym powodem zaistniałego stanu rzeczy jest neokolonialny model rozwoju, przyjęty w Polsce z równym udziałem naszych elit i zagranicznych „życzliwych” doradców – model, w którym zwykli obywatele są ostatnimi w kolejce beneficjentami wzrostu gospodarczego, jeśli w ogóle nimi są. „Owoce przemian”, z których korzystali przeciętni Polacy, były już tylko ogryzkami. Wielki wpływ na to miała oczywiście prywatyzacja, w ramach której nasza własność wspólna rozeszła się po cenach czasem niewiele większych niż obecne osobiste majątki zachodnich Europejczyków. To m.in. dlatego musieliśmy po 1989 r. „zaczynać od nowa”.
Co dzieje się z owocami niewątpliwie całkiem niezłego wzrostu gospodarczego, jakiego Polska doświadcza w ostatnich latach? Gdzie one trafiają, skoro nie do portfeli polskich gospodarstw domowych? Odpowiedź jest prosta – przede wszystkim na rachunki przedsiębiorstw, zarówno zagranicznych, jak i polskich. Konta firm działających w Polsce puchną wręcz od pieniędzy, a ich stopy oszczędności biją rekordy i znajdują się obecnie na poziomach najwyższych w historii. To oczywiście samo w sobie nie musi być złe. Problem w tym, że w naszym kraju bogacenie się przedsiębiorców nie wiąże się z poprawą sytuacji bytowej pozostałych obywateli. Można to wyczytać z jednego z okresowych raportów NBP (nt. sytuacji polskich gospodarstw domowych), ale kto by tam czytał analizy banku centralnego? Jako że mnie zdarzyło się przeczytać, uprzejmie donoszę, że ogólna stopa oszczędności w naszym kraju w IV kwartale 2013 r. wyniosła 17,3 proc. PKB, z czego oszczędności przedsiębiorstw to… 16 proc. PKB! Jest to sytuacja w zasadzie niespotykana. Jednak najbardziej druzgocący jest trend – jeszcze w 2012 relacja ta wynosiła 13,2 proc. PKB do 5,11 proc. W ostatnim czasie nastąpił więc drenaż osobistych oszczędności Polaków na wyjątkową skalę, któremu towarzyszył znaczny przyrost oszczędności przedsiębiorstw. Nie od dziś wiadomo, że kryzys nie musi być złą wiadomością dla niektórych przedsiębiorców – jest on przecież znakomitym alibi do cięcia realnych kosztów pracy.
W Polsce warunki wyjątkowo sprzyjają takim posunięciom. Kolejnym świadectwem tego, gdzie trafiają zyski z gospodarki, jest porównanie produktywności pracy do jej godzinowych kosztów, których zdecydowaną większość stanowią płace brutto. Tam, gdzie majątki osobiste są znaczące, tam wysokie są również płace – w innym razie ludzi nie byłoby stać na systematyczną rozbudowę swojej własności. Oczywiście przedsiębiorcy także tworzą gospodarstwa domowe, a więc ich finanse odbijają się na statystykach majątku gospodarstw domowych. W krajach rozwiniętych (a takim pod względem struktury zatrudnienia mimo wszystko jesteśmy) przedsiębiorcy stanowią jednak zdecydowaną mniejszość siły roboczej, zaś większość stanowią pracownicy. Sytuacja, w której płaca za pracę ma się nijak do produktywności, musi więc przekładać się na stan posiadania Polaków w ogóle. A jak wygląda stosunek płac i produktywności w Polsce na tle omawianych wcześniej państw? Produktywność Włocha według OECD to 37,2 dolarów na godzinę, a Polaka 22,7. Czyli nasza produktywność to jakieś 2/3 produktywności Włocha. Mogłoby się zatem wydawać, że godzinowy koszt polskiej pracy (a w koszcie pracy płaca stanowi zdecydowaną większość) powinien wynosić – przynajmniej w jakimś przybliżeniu – 2/3 kosztu pracy włoskiej. Tymczasem, według Eurostatu, godzinowy koszt pracy we Włoszech wynosi 28 euro, a w Polsce zaledwie 7,6 euro, czyli niemal 4 razy mniej. A więc zamiast 66 proc. mamy 25. Produktywność Hiszpana (42 dolary na godzinę) jest dwa razy wyższa niż Polaka, a godzinowy koszt jego pracy trzy razy wyższy (21,1 euro). Produktywność Polaka jest o 18 proc. niższa niż Czecha, ale koszt pracy mniejszy o 26 proc. Jednak prawdziwie druzgocące są dane pokazujące relację między wzrostem produktywności a wzrostem płac. W latach 2001-2012 produktywność Polaków rosła średniorocznie o 3,3 proc., Włochów o 0,004 proc., Hiszpanów o 1,4 proc., a Czechów o 2,8 proc. Ale już pod względem kosztów pracy trend wyglądał zupełnie inaczej. Jednostkowy koszt pracy w Polsce rósł w tym okresie średniorocznie o 0,9 proc., we Włoszech o 2,4 proc., w Hiszpanii o 1,75 proc., a w Czechach o 1,8 proc. Jak widać opłaca się w Polsce zatrudniać – szkoda że pracować już dużo mniej. A gromadzić osobistego majątku w takich warunkach po prostu nie sposób.

Zresztą wysuwanie przez polskich przedsiębiorców i ich rzeczników tezy o niskiej produktywności jako głównej przyczynie niskich płac jest cokolwiek bałamutne. Abstrahując od faktu, że płace Polaków są nieadekwatnie niskie właśnie w stosunku do ich produktywności, to przecież niska produktywność nie wynika wcale z lenistwa polskich pracowników. Wręcz przeciwnie, Polacy są jednym z najbardziej zapracowanych narodów Europy, a nawet świata. Wśród państw OECD, pod względem przepracowanych godzin w roku, Polacy lokują się na 5 miejscu (1929 godzin). Konkurujemy m.in. z Koreańczykami (2163 – 2 miejsce). Nawet Japończycy (1745 godzin), o których obiegowa opinia mówi przecież, że spędzają w pracy cały dzień, są pod tym względem daleko za Polakami. A takim Hiszpanom zaledwie 1666 godzin pracy w roku wystarczy, by utrzymywać nad nami olbrzymią przewagę majątkową. Niska produktywność nie wynika też z braku kompetencji Polaków – przecież za granicą pracodawcy są nimi często zachwyceni. Niska produktywność Polaków spowodowana jest głównie tym, że pracują oni w firmach zacofanych względem Zachodu. W firmach, które, co pokazują niezależnie od siebie różne statystyki, nie inwestują i nie chcą inwestować w innowacje i rozwój – pod względem nakładów na nie jesteśmy w ogonie Europy. A więc przedsiębiorcy, tłumaczący niskie płace niską produktywnością, de facto przerzucają na pracowników odpowiedzialność za negatywne konsekwencje własnych słabości.
Pieniędzy w Polsce wcale tak bardzo nie brakuje – po prostu w ramach przyjętego modelu rozwojowego zostały one rozdzielone w kompletnym oderwaniu od zasług. Spowodowało to trudny do przełamania klincz. Jedną z przyczyn, dla których polskie firmy nie inwestują swoich pokaźnych oszczędności, jest obawa przed niskim popytem na ich produkty i usługi (co wprost pokazuje niedawna analiza NBP dotycząca rynku pracy). Ale bariera popytowa wynika przecież właśnie z neokolonialnej polityki płacowej firm działających w Polsce. Piłka jest po ich stronie. Wydaje się, że inwestycje polskich przedsiębiorstw w tzw. kapitał ludzki to najlepszy sposób na wyjście polskiej gospodarki z neokolonialnego impasu.
Są na to trzy sposoby: zwiększenie zatrudnienia, podwyżki płac i inwestowanie w rozwój kompetencji pracowników. I wszystkie trzy w Polsce szwankują – bezrobocie jest wysokie (12 proc.), płace koszmarnie niskie, a pod względem szkoleń zawodowych nasze firmy są, uwaga, na ostatnim miejscu w UE – według Eurostatu w tej konkurencji wyprzedziły nas już nawet Bułgaria i Rumunia, które z reguły były dotąd za nami. Jeśli przedsiębiorcy działający w Polsce „chomikują” swe zyski w obawie przed brakiem popytu, niech odważą się sięgnąć do swych kies, by zainwestować w pracowników. Zwróci im się to szybciej niż mogliby przypuszczać – w końcu więcej Polaków będzie wówczas stać na ich towary. Przecież, jak słusznie zauważył Henry Ford, samochody nie kupią samochodów.
przez Jarosław Górski | poniedziałek 4 sierpnia 2014 | opinie
Czy pamiętają państwo Feliksa Siemienasa? Był to jeden z bohaterów polskiej transformacji początków lat 90. Dorobił się ogromnej fortuny, nosił garnitury od najlepszych krawców i jeździł limuzyną marki Rolls-Royce. Barwna postać, gawędziarz, dowcipniś – dziennikarze bardzo chętnie przeprowadzali z nim wywiady, w gazetach ukazywały się kolorowe zdjęcia i jego samego, i dowodów jego zamożności, takich jak limuzyna czy willa w rozmiarze średniej wielkości pałacu, a najcelniejsze sentencje biznesmena wytłuszczano i wrzucano na pierwsze strony. Spośród złotych myśli biznesmena zapadła mi w pamięć (na długo, jak widać!) jedna. Kiedy pytano Siemienasa, jak dorobił się wielkiego majątku, odpowiadał: „W Polsce jest tylko jeden niezawodny sposób na zarobienie grubej gotówki: kupić działkę jako rolną, a sprzedać jako budowlaną”.
Medialna kariera pana Feliksa zbiegła się akurat w czasie z prorynkową kampanią medialną mającą na celu przekucie postkomunistycznego roszczeniowego społeczeństwa w zbiór nowoczesnych prorynkowych jednostek. Przekonywano więc publiczność, że bogactwo narodów bierze się z zaradności i przedsiębiorczości jednostek, które motywowane żądzą zysku i bogactwa porywają się na twórcze przedsięwzięcia i społecznie pożyteczną działalność, organizują świat na nowo, wymyślają usprawnienia, dzięki którym potrzeby bliźnich są zaspokajane, a świat staje się coraz zasobniejszy i żyje się na nim lepiej. Czytałem więc pochwały przedsiębiorczości i zdrowej chciwości oraz wynurzenia człowieka obdarzonego tymi cechami i nic nie rozumiałem. W jaki sposób spekulacje ziemią (czy w ogóle jakiekolwiek spekulacje) mogą przyczynić się do postępu lub zaspokojenia ludzkich potrzeb?
Oczywiście rozumiałem (i rozumiem), że są ludzie, którzy potrzebują działek budowlanych tam, gdzie do dyspozycji są tylko działki rolne. Rozumiałem, że powinno się im umożliwić negocjacje z odpowiednimi urzędami decydującymi o przeznaczeniu i klasyfikacji ziemi. Czy jednak wprowadzenie między potrzebujących a urząd takiego Feliksa Siemienasa (i jemu podobnych przedsiębiorczych jednostek) nie jest marnotrawstwem, czy nie powoduje zupełnie niepotrzebnego zubożenia i interesantów, i instytucji dobra wspólnego? Jakie dzięki takiej działalności powstają wartości, jakie wynalazki czy idee? Czy świat może stać się choćby odrobinę lepszy, bardziej przyjazny, piękniejszy, a jakakolwiek zbiorowość (naród chociażby) bogatsza dzięki temu, że Feliks Siemienas kupi działki rolne, a sprzeda budowlane?
Przez jakiś czas śledziłem uważnie popularne w tamtych latach rankingi i zestawienia najzamożniejszych Polaków. Interesowało mnie, jak w praktyce działa ta zasada, o której tyle mówili publicyści, uczeni i ekonomiści, a która – jeśli jej nie przeszkadzać – przynieść miała naszej umęczonej ojczyźnie bogactwo i szczęście. W jaki sposób chciwość (lub choćby chęć wzbogacenia się) i przedsiębiorczość jednostek miała się przekładać na powszechny dobrobyt i postęp. Owszem, widziałem i takie przypadki, które mogły mnie przekonać, że przedsiębiorcy zaspokajali ludzkie potrzeby: ktoś tam robił wędliny, ktoś miał fabrykę mebli, ktoś wydawał czasopisma – w każdym razie powstawało coś konkretnego, bez czego ludziom rzeczywiście żyłoby się chyba trochę gorzej. Rzadko jednak udawało mi się znaleźć wśród bogacących się biznesmenów ludzi, którzy stworzyli, upowszechnili czy wdrożyli do działania coś oryginalnego, jakieś idee, usprawnienia, produkty, których do tej pory nie było, a które posuwałyby świat do przodu i jakoś przyczyniały się do większego zadowolenia z życia.
Im więcej takich zestawień sobie po amatorsku analizowałem, tym silniejsze miałem wrażenie, że składają się one z postaci, które – trzymajmy się tej metafory – kupują działki rolne, a sprzedają budowlane. W żaden sposób nie byłem i wciąż nie jestem w stanie pojąć, jaka może być korzyść dla wspólnego dobra chociażby z tego, że jakiś sprzedawca samochodów – podajmy taki fajny przykład sprzed lat – zakolegował się z decydentami i kiedy policja wymieniała polonezy i żuki na auta zachodnie, sprzedał jej mnóstwo volkswagenów drożej niż kosztowały one w jego salonach. Czy dzięki jego przedsiębiorczości policja jeździ lepszymi samochodami? A gdyby nie on, to co, nie jeździłaby? Jaka byłaby szkoda dla policji, gdyby kupiła samochody taniej?
A dziś? Kto mi wyjaśni, jak przyczynia się do dobra wspólnego taki, powiedzmy, miliarder, pan Leszek Czarnecki, twórca Getin Banku i Open Finance? Instytucje te znane są ze sprzedawania produktów finansowych (takich jak polisolokaty) przez entuzjastycznych doradców finansowych, którzy zapominają wspomnieć klientom o takich drobiazgach, jak gigantyczne opłaty likwidacyjne czy odwołując się do ekonomicznej ezoteryki namawiają na finansowanie ich z kredytu. UOKiK nałożył za te praktyki na Getin Bank drobną karę finansową, lecz niewielka to pociecha dla pokrzywdzonych, którzy pikietują oddziały banków i nachodzą wszystkich świętych w nadziei na odzyskanie choć części „zainwestowanych” kapitałów.
Co do tego, że motywem powołania i istnienia tych instytucji jest – zgodnie z teoriami klasyków ekonomii – chciwość, nie mam najmniejszej wątpliwości, zwłaszcza kiedy słucham i czytam niekończące się świadectwa ich klientów. Lecz kto mi wyjaśni, w jaki sposób przyczyniają się one do powszechnego dobra i bogactwa narodu? Czy nie jest przypadkiem tak, że warunkiem istnienia i prosperowania takich instytucji – a więc i bogactwa jej właścicieli – jest niski poziom cywilizacyjny społeczności, w której działa? Czyli np. załamanie systemu opieki emerytalnej, brak zaufania do pomocy państwa i rodziny oraz powszechny strach przed nędzą na starość; zapaść wymiaru sprawiedliwości; niski poziom edukacji i wiedzy prawnej oraz finansowej; niski poziom wiedzy o manipulacjach psychologicznych; wiara w możliwość działania mechanizmów finansowych typu „pożyczę na 12%, na polisie zarobię 20% i będę 7% do przodu. A skoro instytucja może prosperować najlepiej w środowisku zacofanym, dlaczego miałaby być zainteresowana jego rozwojem, postępem, którego owoce dostępne będą dla wszystkich? Czy dla własnego dobra nie powinna raczej dołożyć wszelkich starań, aby żaden postęp w tej społeczności się nie dokonywał?
Albo – różnica skali ogromna, ale przykład smakowity – jak się do dobra wspólnego i do bogactwa narodów przyłożył niejaki Kamil Cebulski? W wielu mediach przedstawiany jest on dziś jako wzór do naśladowania dla młodych ludzi, niegdyś nastoletni milioner, dziś założyciel uczelni będącej kuźnią kadr polskiego biznesu, wpajającej studentom ducha przedsiębiorczości i organizator warsztatów z przedsiębiorczości dla licealistów i gimnazjalistów. Kamil Cebulski pierwszego miliona dorobił się, kiedy dostęp do internetu był drogi. Wpadł mianowicie na genialny pomysł: nagrywał strony internetowe na płyty i sprzedawał po 29,90. Tak jest! Dziś w naszym kraju przedsiębiorczości uczy i podstawy przyszłego postępu wykuwa facet, który internet nagrywał na płyty i sprzedawał.
A słynny ostatnio Marek Falenta, który zanim wpadł na bardziej ekstrawaganckie sposoby pomnażania pieniędzy, dorobił się (podobno) pół miliarda, handlując długami szpitali? Znów mam wrażenie, że teoria niewidzialnej ręki rynku działa jakby połowicznie: widzę tu oczywiście chciwość i przedsiębiorczość, ale nie mogę zrozumieć, w jaki sposób przekładają się one na „bogactwo narodów”, które ma być przesłanką dla stwierdzenia, że „chciwość jest dobra”. Ostatnio przeczytałem, że pan Falenta obraził się na rodaków i na państwo za niedostateczny entuzjazm okazany jego kreatywnym i niekonwencjonalnym metodom prowadzenia interesów. Zapowiedział, że przejdzie na biznesową emeryturę, a ludzie, którzy u niego pracowali, pójdą na zasiłek.
No i sam nie wiem, czy to źle, czy może jednak dobrze. Obiegowa prawda mówi, że to, iż przedsiębiorca zatrudnia ludzi, jest dla społeczeństwa korzyścią niezaprzeczalną. A ja bym jednak chciał, żeby mi ktoś udowodnił, obliczył na papierze lub w pamięci komputera, że społeczny bilans korzyści i strat rzeczywiście jest dodatni. Bo nie jestem wcale pewien, czy jako społeczeństwo wyszlibyśmy na tym gorzej, gdybyśmy pracownikom wysłanych na emeryturę panów Siemienasa, Czarneckiego, Falenty, Cebulskiego i jeszcze wielu podobnych pań i panów zaczęli płacić zasiłek w wysokości ostatniego wynagrodzenia za to tylko, że nie będą robić tego, co robili do tej pory. Niech siedzą w domu i oglądają seriale, niech grają w gry komputerowe albo uprawiają turystykę, tylko niech nie sprzedają działek budowlanych, nie handlują długami, niech nie manipulują kursami akcji, niech nie obsługują dziwnych policyjnych zakupów, niech nie wciskają ludziom polisolokat. Niech nie uczą przedsiębiorczości poprzez opiewanie korzyści, jakie może przynieść sprzedawanie internetu na płytach. Może właśnie społeczeństwo wyszłoby lepiej na tym, gdyby w miarę wcześnie wyszukiwało takich panów (i panie), zrzucało się na ich wille z basenami, rolls-royce’y, rolexy i jachty. Niech się opalają, piją drinki z palemką, jedzą bliny z kawiorem, byleby nic nie robili. Niech mi to ktoś obliczy czarno na białym!