przez Marcin Malinowski | wtorek 6 grudnia 2016 | opinie
Od kilku lat głośny jest temat zmian Konstytucji RP z 1997 r. W kilku tekstach zatem przeanalizuję jej artykuły z punktu widzenia zagadnień opisywanych przeze mnie w kwartalniku „Nowy Obywatel”, takich jak konkurencyjność gospodarki, zrównoważony rozwój, ochrona społeczeństwa przed negatywnymi konsekwencjami globalizacji, konieczne zmiany instytucjonalne, ochrona środowiska czy zmniejszanie nierówności społecznych. Dotychczas unikałem kwestii światopoglądowych i zamierzam się tego trzymać.
Konstytucja to temat nie tylko dla prawników. Język prawniczy powinien służyć do sformułowania w postaci aktów prawnych specyficznych celów interesu społecznego, publicznego i narodowego obywateli Polski. Natomiast moje sugestie to tylko skromna i niedoskonała wskazówka, w jakich punktach obecna Konstytucja się nie sprawdziła. Omówione kwestie nie wyczerpią wszystkich ważnych zagadnień, gdyż ograniczam rozważania do tematów, które znam ze swojego życia zawodowego.
Poniższy tekst jest poświęcony Rozdziałowi I Konstytucji (art. 1-29). Artykuły, których nie wspominam, nie wydają mi się kontrowersyjne. Pogrubioną czcionką dopisane są moje sugestie uzupełnienia tej ustawy. Zapewne wiele stwierdzeń powinno zostać przeanalizowanych przez prawników i innych specjalistów w celu możliwie precyzyjnego sformułowania.
Art. 2
1. Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.
Warto dopisać:
2. Sprawiedliwość społeczna jest urzeczywistniana poprzez sprawiedliwie progresywne opodatkowanie dochodów z kapitału i pracy oraz poprzez wystarczające wydatki publiczne na ważne cele społeczne. Załącznik I zawiera wskazówki w tym zakresie. Rząd corocznie raportuje przed Sejmem, w jaki sposób wdraża zalecenia z załącznika I.
Nie trzeba być przenikliwym, aby zauważyć, że przez ostatnie 27 lat nie urzeczywistniano zasad sprawiedliwości społecznej, co widzimy choćby patrząc na ciągle zmniejszający się udział pensji w PKB, malejące wydatki publiczne na służbę zdrowia i postępującą jej prywatyzację, przedkładanie prywatnej własności nad inne jej formy (takie jak spółdzielcza czy komunalna), nadużycia w ramach procesu reprywatyzacyjnego, niski udział wydatków socjalnych w PKB, regresywne podatki czy zniesienie podatku spadkowego, nie wspominając o uprzywilejowanej pozycji korporacji ponadnarodowych. Trudno tu winić Trybunał Konstytucyjny, gdyż zajmuje się on oceną pojedynczych aktów prawnych, a nie ich całościowym wpływem na sprawiedliwość społeczną. Brak również kryteriów oceny i właściwego zaplecza analitycznego.
Nie da się realizować sprawiedliwości społecznej przy małych nakładach na te cele, finansowanych przez podatki regresywne czy liniowe. Warto więc, aby nowa Konstytucja uściśliła tę kwestię, na przykład przez wprowadzenie aneksu ze wskaźnikami określającymi jej zalecenia:
1. Udział wydatków socjalnych w PKB: min. 22%, optymalnie >25% (obecnie jest około 18%, przy 20,8% w Czechach, 29,5% w Niemczech, 31,2% w Finlandii, 34,6% w Danii);
2. Udział pensji w PKB: minimum 50%, optymalnie >60%. Dlaczego? Wystarczy popatrzeć na poniższy diagram 1.
3. Udział publicznych wydatków na służbę zdrowia w PKB: min. 7%, optymalnie >8% (obecnie około 4,6%, podczas gdy w Czechach mamy 6,5%, w Finlandii 6,8%, w Niemczech 8,6%, w Danii 9,5%);
4. Udział wydatków publicznych na budownictwo komunalne i socjalne: minimum 1% (obecnie to około 0,09%, podczas gdy w Wielkiej Brytanii aż 1,5% PKB).

Diagram 1. Udział pensji w PKB w wybranych krajach.
Konstytucja mogłaby też nadmienić, że sprawiedliwość społeczna jest z punktu widzenia całokształtu dochodów finansowana z progresywnych podatków. Inaczej mówiąc, obecne regresywne podatki, liczone jako suma wszystkich obciążeń podatkowych dochodów i konsumpcji, powinny być niekonstytucyjne. Jak to ująć, żeby było jasne, że chodzi o podatki dochodowe pracy i kapitału, a w mniejszym stopniu o podatki pośrednie? Podobnie: jak ująć kwestię podatku spadkowego od dużych majątków czy podatku od sprzedaży np. nieruchomości, jak ma to miejsce w Belgii?
Rząd powinien corocznie raportować rozwój takich wskaźników w Sejmie, przedstawiając trend od 1990 r. poczynając. Uniemożliwi to neoliberalne ograniczone ocenianie gospodarki przez pryzmat wzrostu PKB, inflacji, deficytu budżetowego i długu publicznego. Z Konstytucji powinno też wynikać, jaka jest metodologia wyliczania tych wskaźników, aby partie nie mogły nimi manipulować, jak miało to miejsce w obliczaniu długu publicznego przy okazji OFE. Zapewne metodologia Eurostatu byłaby dobrym wyborem, co również ułatwiłoby porównania z innymi państwami w Europie.
Art. 5
1. Rzeczpospolita Polska strzeże niepodległości i nienaruszalności swojego terytorium, zapewnia wolności i prawa człowieka i obywatela oraz bezpieczeństwo obywateli, strzeże dziedzictwa narodowego oraz zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego i odpowiedzialnego rozwoju, w tym zrównoważonej i odpowiedzialnej konsumpcji, produkcji, zaopatrzenia oraz planowania przestrzennego.
2. Rzeczpospolita Polska kieruje się zasadą zrównoważonego i odpowiedzialnego zarządzania zasobami naturalnymi, strategiczną infrastrukturą transportową, energetyczną, informatyczną i komunalną (chodzi o wodociągi itp.), finansami publicznymi i systemem finansowo-bankowym.
Obecna zasada zrównoważonego rozwoju jest oczywiście słusznym celem, ale jakoś nie widać w Polsce właściwego jej wdrożenia. Spójrzmy np. na bezmyślną prywatyzację mienia publicznego, problemy demograficzne, oligopole zagranicznego kapitału w ważnych sektorach polskiej gospodarki, rosnące zadłużenie publiczne, zanieczyszczenie powietrza w miastach. Mówiąc inaczej, obecny rozwój Polski nie jest zrównoważony. Neoliberalna doktryna rozumie zrównoważony rozwój na swój sposób, dlatego Konstytucja powinna te zagadnienia uściślić
Warunkami koniecznymi dla zrównoważonego rozwoju są zrównoważona produkcja, konsumpcja, zarządzanie zasobami naturalnymi, planowanie przestrzenne, kontrola państwa nad systemem bankowym czy strategiczną infrastrukturą transportową, energetyczną, informatyczną, zaopatrzeniem itd. Konstytucja mogłaby też nawiązać do Zrównoważonych Celów Rozwojowych ONZ z 2015 r. (Sustainable Development Goals) czy Human Development Index. Istnieją także inne dokumenty stworzone przez międzynarodowe instytucje, których członkiem jest Polska, odnoszące się np. do kwestii praw korporacji i praw państw do wdrażania swoich polityk, np. te z OECD. Być może warto się do nich odnieść.
Co do ochrony środowiska, to oczywiście ważna jest też bioróżnorodność, dążenie do poprawy jakości wody, gleb czy powietrza. Jak to wyrazić w Konstytucji, aby Trybunał Konstytucyjny mógł uniemożliwić niszczenie przyrody komuś, kto np. nie wierzy w zmiany klimatyczne? Czy ustawa powinna bezpośrednio nawiązać do Konwencji o różnorodności biologicznej czy Konwencji Berneńskiej i Bońskiej? Jak Konstytucja mogłaby wymusić na władzach zajęcie się zanieczyszczeniem powietrza w miastach? Powinna wymienić referencyjne wskaźniki dla PM10, PM2.5, NO czy NO2, jak sugeruję w art. 2? To osobny, trudny, ale bardzo ważny temat. Zanieczyszczenie powietrza w miastach powoduje masowe schorzenia dróg oddechowych, powstawanie nowotworów i obciąża budżet publicznej służby zdrowia.
Art. 9
1. Rzeczpospolita Polska przestrzega wiążącego ją prawa międzynarodowego.
2. Rzeczpospolita Polska podpisuje zobowiązania międzynarodowe zgodne z zasadami zrównoważonego i odpowiedzialnego rozwoju oraz zgodnie z interesem publicznym, narodowym i społecznym.
O ile nie ma co polemizować z art. 9, o tyle warto się zastanowić, czy nie dodać paragrafu o tym, jakie zobowiązanie można podpisywać, zwłaszcza z punktu widzenia zasad zrównoważonego rozwoju, wpływu na wolność uprawiania polityki gospodarczej, uniemożliwienia potężnym korporacjom zdominowania Polski, kwestii arbitrażu itd. Jakie wnioski wyciągnąć z ACTA czy TTIP?
Art. 10
1. Ustrój Rzeczypospolitej Polskiej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej.
2. Władzę ustawodawczą sprawują Sejm i Senat, władzę wykonawczą Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej i Rada Ministrów, a władzę sądowniczą sądy i trybunały.
Paragraf 2 dotyka bardzo trudnego zagadnienia: czy system polityczny powinien być prezydencki, czy kanclerski, czy mieszany (jak obecnie)? Wynik wyborów prezydenckich w USA skłania mnie do preferowania systemu kanclerskiego. Mianowicie wybory parlamentarne dają większą szansę na reprezentatywność władzy wykonawczej, zmniejszając wykluczenie dużych grup społecznych. System mieszany moim zdaniem nie sprawdza się w takim zapalnym geopolitycznie obszarze, jak Polska. Podobnie jestem absolutnie przeciwko większościowej ordynacji wyborczej w wyborach do Sejmu. Proporcjonalne wybory są dużo bezpieczniejsze z punktu widzenia reprezentatywności różnorodnego społeczeństwa.
Art. 11
1. Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność tworzenia i działania partii politycznych. Partie polityczne zrzeszają na zasadach dobrowolności i równości obywateli polskich w celu wpływania metodami demokratycznymi na kształtowanie polityki państwa.
2. Finansowanie partii politycznych jest jawne.
3. Finansowanie partii politycznych jest dozwolone tylko przez polskich obywateli z dochodów opodatkowanych w Polsce.
4. Finansowanie partii politycznych promuje egalitarny charakter Rzeczpospolitej Polskiej.
Zwłaszcza paragraf 2 jest ważny z perspektywy unikania finansowego uzależnienia partii od zagranicznego czy polskiego kapitału. Wystarczy popatrzeć na skutki uzależnienia partii w USA czy Ukrainie od multimilionerów i korporacji. Rozwiązaniem jest konstytucyjne uniemożliwienie stworzenia systemu oligarchicznego. Warto też się zastanowić, jak konstytucyjnie wymusić na władzy, aby partie, które mają mniej niż 3% poparcia w wyborach do Sejmu, dostawały dofinansowanie. Obecne ograniczenie jest niedemokratyczne, gdyż odcina mniejsze ruchy od możliwości rozwoju. Próg 1% mógłby być właściwy.
Art. 12
1. Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność tworzenia i działania związków zawodowych, organizacji społeczno-zawodowych rolników, stowarzyszeń, ruchów obywatelskich, innych dobrowolnych zrzeszeń oraz fundacji.
2. Finansowanie powyższych organizacji jest jawne.
3. Finansowanie z zagranicznych źródeł nie może dominować polskiego sektora pozarządowego. Szczegóły reguluje ustawa.
4. Żaden darczyńca nie może być anonimowy.
To bardzo trudny temat, zwłaszcza jeśli chodzi o zagraniczne finansowanie, które może mieć potężny wpływ na wyniki wyborów. Jest np. tajemnicą poliszynela, że Federacja Rosyjska wspierała finansowo Front Narodowy we Francji czy Trumpa w wyborach prezydenckich. Podobnie jeden zagraniczny multimilioner czy korporacja mogą zainwestować miliony w siatkę fundacji i media, dzięki czemu zyskają zupełnie niedemokratyczny wpływ na polską politykę i osiągają własne cele, niemające demokratycznej legitymacji. Równocześnie organizacje społeczeństwa obywatelskiego starające się reprezentować polski interes, nie mogą znaleźć istotnego dofinansowania. Temat aktywności społeczeństwa obywatelskiego jest na tyle ważny dla polskiej demokracji, że powinna się do niego odnieść Konstytucja.
Art. 13
Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada, promuje lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, niezrównoważony rozwój, niesprawiedliwość społeczną, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa.
Ten artykuł jest słuszny. Czego mi tu brakuje, to ograniczenia działalności organizacji, które promują niezrównoważony rozwój czy de facto system neokolonialny, dewastujący naturę, lub przeciwstawiają się art. 2 Konstytucji mówiącemu o sprawiedliwości społecznej. To temat trudny do ugryzienia, ale bardzo ważny. Przecież doktryna neoliberalna promuje ubóstwo i jest niezgodna z konstytucyjną zasadą sprawiedliwości społecznej.
Art. 14
1. Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu.
2. Tylko polskim publicznym mediom wolno mieć większy niż 5-procentowy udział w całym polskim rynku medialnym i 10% w poszczególnych sektorach medialnych.
3. Udział w polskim rynku medialnym jest wyliczany przez zsumowany udział wszystkich powiązanych kapitałowo w Polsce i poza Polską spółek medialnych.
To niezwykle ważny i bardzo nieprecyzyjny artykuł. Gdy obserwujemy obecną strukturę mediów w Polsce, przypominamy sobie aferę Rywina związaną z kształtem rynku medialnego oraz analizujemy de facto otwartą wojnę między zagranicznym koncernem medialnym a polskim, nie przez każdego lubianym, ale jednak demokratycznie wybranym rządem. Leży w interesie społecznym i publicznym, aby Konstytucja uniemożliwiła przejęcie rynku medialnego przez zagraniczny kapitał oraz utrudniała tworzenie oligopoli lub monopoli przez prywatny, zwłaszcza zagraniczny, kapitał medialny. Inną kwestią jest to, jak zdefiniować sektory medialne, takie jak radio, telewizja, lokalna prasa, jakie są bezpieczne udziału w rynku? Jak wziąć pod uwagę internet?
Art. 20
1. Społeczna gospodarka rynkowa oparta na wolności działalności gospodarczej, własności prywatnej, spółdzielczej, społecznej i komunalnej oraz solidarności, dialogu i współpracy partnerów społecznych stanowi podstawę ustroju gospodarczego Rzeczypospolitej Polskiej.
2. Zasoby naturalne, będące własnością Rzeczpospolitej Polskiej, nie podlegają przekształceniom własnościowym. Interes społeczny i zrównoważona i odpowiedzialna eksploatacja, w szczególności wody pitnej, lasów i kopalin, mają priorytet przy wydawaniu licencji na ich eksploatację. Ich dzierżawę na ważne cele publiczne i społeczne reguluje osobna ustawa.
3. Strategiczna infrastruktura transportowa, energetyczna, informatyczna i komunalna znajduje się pod kontrolą Rzeczpospolitej Polskiej.
Gdy spojrzymy na diagram 1 czy na lata ignorowania Komisji Trójstronnej, raczej trudno mówić o solidarności czy o dialogu partnerów społecznych. Podobnie aktywne zwalczanie związków zawodowych przez kapitał trudno nazwać dialogiem. Tym samym art. 20. był przez ostatnie 27 lat gwałcony przez rządzące partie i przez Trybunał Konstytucyjny.
Widać także, iż własność prywatna jest wymieniona w Konstytucji, w przeciwieństwie do własności spółdzielczej, komunalnej czy państwowej. Konstytucja powinna wesprzeć rozwój własności spółdzielczej i komunalnej, gdyż pełnią one ważne funkcje społeczne. To natomiast oznacza zmniejszenie niektórych rynków zdominowanych przez prywatne firmy – czyli w efekcie ich opór.
Infrastruktura energetyczna, transportowa i telekomunikacyjna (w tym internet) mają strategiczne znaczenie i jako takie powinny podlegać ochronie konstytucyjnej, jak dzieje się np. w Niemczech. Tamtejsza Konstytucja w artykule 87e stwierdza, że koleje żelazne, wraz z opisem chronionych funkcji, są własnością państwa. Również inne strategiczne usługi, takie jak poczta, transport powietrzny i telekomunikacja, są chronione odpowiednio, w artykułach 87d i 87f. Tym samym skandaliczna i lekkomyślna prywatyzacja PKP Energetyka nie mogłaby się tam zdarzyć. Nie warto nawet wspominać o „prywatyzacji” Telekomunikacji Polskiej przez sprzedanie jej państwowej telekomunikacyjnej spółce francuskiej.
Zakaz przekształcenia własnościowego państwowych zasobów naturalnych byłby bardzo ważnym uzupełnieniem Konstytucji. Dlaczego? Wystarczy popatrzeć na przykład bankrutującej Grecji. Pomoc w spłacie długu publicznego jest uzależniona od prywatyzacji zasobów naturalnych i strategicznej infrastruktury. Powinno się konstytucyjnie uniemożliwić prywatyzację wody pitnej, ziemi rolnej, rzek, dróg czy portów – oraz zapewnić ich prospołeczne, zrównoważone i odpowiedzialne wykorzystanie w harmonii z ekosystemami.
Art. 22
1. Ograniczenie wolności działalności gospodarczej jest dopuszczalne tylko w drodze ustawy i tylko ze względu na ważny interes publiczny i społeczny oraz bezpieczeństwo ekonomiczne Rzeczpospolitej Polskiej.
2. Rzeczpospolita Polska wspiera konkurencyjność polskiej gospodarki oraz zrównoważony i odpowiedzialny rozwój gospodarki opartej na wiedzy.
3. Rzeczpospolita Polska współkształtuje polskie rynki, uniemożliwiając powstawanie prywatnych i prywatno-publicznych monopoli, oligopoli i zmów kartelowych.
4. W interesie społecznym i publicznym Rzeczpospolita Polska dąży do kontroli nad naturalnymi monopolami na szczeblach lokalnym, regionalnym i krajowym.
Warto sprecyzować kwestie związane z kartelami, monopolami, oligopolami czy dumpingiem. Globalne korporacje mają tak wielki efekt skali, że mogą przez lata dusić polską konkurencję dumpingowymi cenami i zajmować dominującą pozycję na rynku (np. Velux kontra Fakro na rynku okien dachowych).
Innym problemem jest to, że globalna korporacja może mieć w Polsce np. 5% globalnego dochodu, ale cała jej siła może być wykorzystywana do zdominowania polskiego rynku. Tym samym np. kary za nadużywanie dominującej pozycji, jeśli to prawnie możliwe, powinny być wyliczane od globalnego procenta obrotu całej korporacji, a nie tylko jej polskiej gałęzi. Innym problem są oligopole ukryte, np. wielkie globalne fundusze inwestycyjne kontrolują setki marek, które formalnie nie są od siebie w Polsce zależne, ale mają ogromny potencjał zdominowania rynków i zaistnienia zmów kartelowych. Warto spojrzeć na poniższy diagram:

Kolejna sprawa to oligopole w łańcuchach dostawczych, kontrolujące polskie małe i średnie firmy, np. w handlu detalicznym. To kluczowe zagadnienia dla mozolnego odkręcania neokolonialnej postaci polskiej ekonomii. Aby zrozumieć skalę ryzyka, warto poczytać np. o funduszu inwestycyjnym Blackrock i rzucić okiem na jego wpływy.

Czy wpływy w niemieckiej gospodarce:
Twitter: w styczniu 2013 – 80 mln dolarów.
Telekom: 3,34%
Thyssen-Krupp: 4,96%
Siemens: 5,01%
Deutsche Post: 5,01%
Warto też zdawać sobie sprawę, że BlackRock to nie wyjątek wśród funduszy inwestycyjnych. Roczny PKB Polski to zaledwie około 20% aktywów BlackRock.
Nie zrobiłem tego w art. 22, ale warto się zastanowić, czy nie dodać punktu, że jedna firma, fundusz, holding czy firmy powiązane kapitałowo mogą posiadać np. maksymalnie 1% polskiej gospodarki, 2% stu największych polskich przedsiębiorstw, 3% tysiąca największych polskich przedsiębiorstw. Zminimalizowałoby to ryzyko przejęcia kontroli przez globalnych gigantów zbyt dużej części polskiej gospodarki. To trudny temat do wyliczenia i sformułowania. Ale taka konstytucyjna podstawa prawa antymonopolowego, antykartelowego i antyoligopolowego byłaby na pewno w interesie społecznym i publicznym.
Art. 23
1. Podstawą ustroju rolnego państwa jest gospodarstwo rodzinne. Zasada ta nie narusza postanowień art. 21 i art. 22.
2. Władze publiczne wspierają rozwój rolnictwa ekologicznego, odpowiedzialnego i zrównoważonego oraz spółdzielczy handel takimi produktami rolnymi. Szczegóły określa ustawa.
To bardzo ważny artykuł, który powinien być podstawą uniemożliwienia spekulacji ziemią rolną i przejmowania rolnictwa przez wielki kapitał i cudzoziemców. Liczne wyspecjalizowane mniejsze i średnie gospodarstwa są podstawą polskiego bezpieczeństwa żywnościowego.
Problem wspierania produkcji zdrowej żywności w czasach ekspansji GMO, ogromnej ilości chemii w rolnictwie i braku efektywności wykorzystywania zasobów (np. zużycie wody na jednostkę produkcji czy emisja metanu) warty jest punktu w Konstytucji. Jesteśmy tym, co jemy. I dlaczego nie wesprzeć handlu spółdzielczego takimi ekologicznymi produktami?
Art. 24
1. Praca znajduje się pod ochroną Rzeczypospolitej Polskiej. Państwo sprawuje nadzór nad warunkami wykonywania pracy.
2. Kary za łamanie prawa pracy, w tym ograniczanie prawa do organizowanie się w związki zawodowe i rady pracownicze, są proporcjonalne do globalnego obrotu pracodawcy.
3. Przedstawiciele pracowników mają prawo do zasiadania w radzie nadzorczej przedsiębiorstw. Szczegółowe przepisy reguluje ustawa.
4. Rzeczpospolita Polska zapewnia urzędowi zajmującemu się kontrolą warunków pracy odpowiednie środki na skuteczne funkcjonowanie.
Patrząc na diagram 1 można ocenić, że rządzące partie nie za bardzo się postarały. Zdecydowanie artykuł ten powinien być rozbudowany. Pracodawcy powinni się bać łamać kodeks pracy, a strach mogą spowodować tylko odpowiednie kary finansowe, proporcjonalne do globalnego obrotu. Czemu wielki fundusz inwestycyjny ma móc się chować za łańcuszkiem firm i inwestycji? Warto też wspomnieć, że w Niemczech przedstawiciele pracowników mają prawo do zasiadania w radzie nadzorczej. Państwowa Inspekcja Pracy była do tej pory chronicznie niedofinansowana i bezzębna. Jest to tak ważny instrument sprawiedliwości społecznej, że być może zasługuje na wzmiankę w Konstytucji.
Art. 26
1. Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej służą ochronie niepodległości państwa i niepodzielności jego terytorium oraz zapewnieniu bezpieczeństwa i nienaruszalności jego granic.
2. Siły Zbrojne zachowują neutralność w sprawach politycznych oraz podlegają cywilnej i demokratycznej kontroli.
3. Roczny budżet Sił Zbrojnych wynosi przynajmniej 2% PKB, a od 2025 2,5% PKB.
W polskiej sytuacji geopolitycznej armia musi być dofinansowana i chodzić jak w zegarku. Dlatego Konstytucja powinna gwarantować minimum wydatków na obronę.
Ciąg dalszy nastąpi.
przez Jarosław Tomasiewicz | czwartek 1 grudnia 2016 | opinie
Miało być o czymś innym. Ale w międzyczasie doszło do politycznego trzęsienia ziemi w skali globu: Donald Trump wygrał wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych.
Nie zaskoczyło mnie to. Żeby było jasne: nie należę do niezliczonych obecnie osób twierdzących, że „wiedziały”, iż Trump wygra, bo „od początku to było pewne”. Jedynym, który jasno i jednoznacznie przepowiadał zwycięstwo Trumpa był, jak pamiętam, Sławomir Sierakowski. Ja uważałem, że jest to możliwe i że szanse Trumpa wraz z upływem czasu rosną: informacje z wyciekających e-maili Demokratów stopniowo przesiąkały do opinii publicznej przez warstwę sensacyjnych newsów o kolejnych brzydkich postępkach Republikanina, analiza sondaży agregowanych przez RealClearPolitics wykazywała tendencję wzrostową popularności Trumpa. Należało też brać pod uwagę „nieśmiałych” trumpistów. Pamiętając wszakże powtarzane aż do „prawidłowego” skutku referenda w Danii i Irlandii, będąc świadom prawie nieograniczonych możliwości manipulacji medialnych i socjotechnicznych, wynik uważałem do końca za niepewny. Z drugiej strony referendum w sprawie Brexitu sugerowało, że wszystko jest możliwe.
I stało się. Kolejna – która już? – klęska lewicy (czy też raczej, jak to określa „Krytyka Polityczna”, „nieprawicy”). Na razie na „lewicy” przeważa wyparcie tego faktu. To nieprawda, że Clinton przegrała wybory, przecież dostała więcej głosów, winna jest ta zła, głupia, przestarzała ordynacja. Problem w tym, że ta sama ordynacja obowiązywała cztery i osiem lat temu, gdy wygrywał Obama. Nikomu wtedy nie przeszkadzała, a Demokraci w cuglach odnosili sukcesy. Ci, do których dotarło już, że przegrali, upierają się, że może i doszło do porażki, ale najważniejsze, że masy ludowe murem stoją za Demokratami: to bogacze zagłosowali na Trumpa! Ignorują przy tym fakt, że Trump po prostu odziedziczył większość elektoratu republikańskiego, który z natury jest zamożniejszy od Demokratów. Gdy jednak porównamy wyborców Trumpa z wyborcami choćby Romneya, dostrzeżemy wyraźny przypływ głosów plebejskich1.
I tu jest pies pogrzebany.
Podobno amerykańska „lewica” ubolewa, że zaniedbała białą klasę robotniczą na rzecz koalicji kobiet (de facto: feministek), mniejszości i milenialsów2. „Krytyka Polityczna” cytuje „New York Timesa” (Jedną z wielu lekcji niedawnych wyborów prezydenckich […] jest to, że należy skończyć z tożsamościowym liberalizmem), „Harvard Business Review” (Męska godność jest poważną sprawą dla mężczyzn z klasy pracującej, a oni nie czują, żeby dalej ją mieli. […] Płace białych mężczyzn z klasy pracującej zatrzymały się w latach 70. i dostały jeszcze cios pod postacią kryzysu z 2008 roku. […] A co proponują Demokraci? New York Times sugeruje, żeby mężczyźni po szkole średniej poszukali sobie pracy w sektorze różowych kołnierzyków) i innych (Pas Rdzy zbuntował się przeciwko neoliberalnej Nowej Ekonomii i wielokulturowemu społeczeństwu)3. Radykalna lewica woli powoływać się na World Socialist Web Site: Duże, uprzemysłowione stany, które zostały zdewastowane przez likwidacje fabryk […], które głosowały na Obamę w 2012 roku, przeszły teraz na stronę Partii Republikańskiej […]. Stało się to głównie dzięki głosom ludzi pracy, z których większość to akurat biali – wybrali oni Trumpa w swoim proteście przeciwko prokorporacyjnej i antyrobotniczej polityce, którą kontynuował i nasilił wręcz Obama4.
Niesamowite! Co za odkrycia! Więc Obama jednak nie był mesjaszem amerykańskiej i światowej lewicy, tylko reprezentantem korporacji? Więc istnieje coś takiego, jak biała (!) klasa robotnicza (!), i klasa ta ma świadomość marginalizacji? Więc lewicowości nie da się zredukować do „tęczowej koalicji” opartej na kwestiach kulturowych? Szok.
Tak się składa, że w czasach, kiedy jeszcze aktywnie zajmowałem się publicystyką (czyli 10-20 lat temu), z uporem maniaka wołałem na lewicowej puszczy: nie odrywać się od ludu, słuchać ludu, być z ludem na dobre i na złe. Starać się artykułować interesy większości, a nie mniejszości. Postrzegać rzeczywistość przez pryzmat interesów ekonomicznych, a nie ideologicznych zbieżności. Wystrzegać się jakiejkolwiek kolaboracji czy bodaj faktycznego pomocnictwa w stosunku do globalnego kapitału, nawet wtedy, gdy występuje pozorna zbieżność interesów, gdyż sojusze między nierównorzędnymi stronami kończą się z reguły wykorzystaniem słabszego partnera jako „pożytecznego idioty”5. Niestety, sytuacja przyśpieszającej globalizacji nie sprzyjała takiemu staroświeckiemu zrzędzeniu. Stałem pod prąd „strumienia historii”…
W tym momencie pojawia się konieczność poczynienia dygresji natury historycznej. Istotą lewicowości było kiedyś to, co dziś nazywa się „populizmem”: lewica wypowiadała się w imieniu ludu, starała się artykułować interesy zwykłych ludzi, próbowała reprezentować plebejską większość. Zarazem socjalizm rodził się w konfrontacji z nacjonalizmem i religią, które proponowały alternatywne wobec klasowej formuły solidarności i tym samym były instrumentami pacyfikowania proletariatu przez rodzime klasy panujące. W poprzedniej epoce kapitalizm zamykał się w zasadzie w ramach narodowych, dlatego narodowa solidarność była mu na rękę; opierał się na produkcji, więc sprzyjał ascetycznemu etosowi pracy i tradycyjnej moralności legitymizującej rodzinę nuklearną. Tymczasem w dobie globalizacji wyrosła w pełni kosmopolityczna burżuazja, ponadnarodowe koncerny, którym jakiekolwiek bariery polityczne i kulturowe na globalnym rynku utrudniają maksymalizację zysków. Nowy kapitalizm wymaga maksymalnej mobilności jednostki, dlatego chce usunąć wszystko, co to utrudnia, unieważnić struktury społeczne takie jak rodzina, sąsiedztwo, naród. Postindustrialny casino capitalism rozwija się dzięki nieograniczonej, rozpasanej, marnotrawnej konsumpcji, więc wszelkie etyczno-religijne ograniczenia i tabu stanowią dla niego zawadę. To wszystko sprawiło, że w latach 90. kapitalizm rozszedł się z nacjonalizmem i religią, kapitał odrzucił niepotrzebne mu już protezy.
Lewica tego nie zauważyła, a jeśli nawet – to źle zinterpretowała. Nie dostrzegła, że w nowych warunkach nacjonalizm i religia mogą być instrumentami mobilizowania ludu. Zamiast tego postanowiła wykorzystać koniunkturę do załatwienia starych porachunków z nacjonalistami i kościołami. O ile wcześniej uważała, że zniesienie kapitalizmu przyniesie pożądane zmiany kulturowe, to teraz – w obliczu ekonomicznej zapaści „systemu socjalistycznego” – uznała, że lepiej skoncentrować się właśnie na odcinku „nadbudowy”. Skoro nie można frontalnym atakiem obalić kapitalizmu, to trzeba pod jego osłoną przeforsować przemiany obyczajowe, a dopiero gdy przedpole zostanie oczyszczone – budować globalny socjalizm. Ponieważ nacjonalizm i religia stały się przeciwnikiem zarówno lewicy, jak i kapitalizmu, sukcesy na tym froncie były znaczące. Problem w tym, że te „zwycięstwa” przypominały bajkę o słoniu i mrówce idących przez most. Mrówka mówi do słonia: „Ale my tupiemy!”. Goszyści stanowili tylko pomocniczy oddział turbokapitalizmu pacyfikujący niedobitki reakcji. Co więcej, okazało się, że przemiany kulturowe bardziej wzmacniają kapitalizm niż lewicę – tyleż rozładowując opór niektórych peryferyjnych sektorów, co dezintegrując tradycyjną ludową bazę lewicy.
W ramach globalizacji klasa robotnicza została wyeksportowana z Zachodu na peryferie, jej resztki nie nadążały za „postępem”. Robotnicy stali się – jak prorokował to Marcuse czy Negri – passé. Niczym w kiepskim horrorze Duch Wieczny Rewolucjonista opuścił ten zewłok przenosząc się w bardziej atrakcyjne ciała. W praktyce najwierniejszym zapleczem przeistoczonej „lewicy” stali się zblazowani BoBo (bourgeois bohemian) i wystylizowani na „prekariuszy” hipsterzy. Pod wpływem nowego środowiska, preferującego wygodę i rozrywkę ponad wysiłek i poświęcenie, „lewica” zatraciła swą kolektywistyczną tożsamość stawiającą dobro zbiorowości ponad interes jednostki („Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą”… pamięta to ktoś jeszcze?). W to miejsce przetransplantowano liberalne ideały indywidualizmu i hedonizmu: dokonała się Wielka Podmiana. Dziś nowa lewica walczy w imię tych samych wartości, co kapitalistyczny establishment, zarzucając mu tylko niekonsekwencję i hipokryzję (to my jesteśmy prawdziwymi obrońcami jednostki!). Rozmieniła Wielką Utopię na drobne udogodnienia lub ekscentryczne fantasmagorie (obowiązkowo w ramach liberalnej narracji), przekształciła się w „Partię Umiarkowanego Postępu w Granicach Prawa” z frakcją „Ekscentrycznych Ekstremistów”.
W ten sposób dochodzimy do sedna: goszyści odnaleźli swe miejsc w Systemie. Status „Opozycji Jego Królewskiej Mości” okazał się całkiem wygodny. Większość lewicy mogła się grzać w słoneczku późnego kapitalizmu, pławić się w przychylności mediów, korzystać z grantów i dotacji, w razie potrzeby sięgać nawet po karzącą rękę burżuazyjnej sprawiedliwości w walce z przeciwnikami ideologicznymi6. W rezultacie „lewica” zrosła się z establishmentem tysięcznymi nićmi powiązań towarzyskich, ideowych, instytucjonalnych, finansowych. Żyje w symbiozie z wysokorozwiniętym kapitalizmem, nie wyobraża już sobie życia poza Systemem. Oczywiście zmiany w „postępowym” kierunku tak, jak najbardziej, ale – na Oświecenie! – nie próbujmy wywrócić łodzi, którą płyniemy, na ciemnych odmętach populizmu, fundamentalizmu, faszyzmu! I mamy do czynienia z żałosnym spektaklem, gdy zdezorientowani lewicowcy z mniejszym lub większym zapałem bronią status quo (Brexit) i solidaryzują się z establishmentem (Clinton) jako „mniejszym złem”, a prawicowcy stają na czele osieroconego ludu w walce o zmianę.
Dlatego niech wolno mi będzie to powiedzieć: nie płakałem po Clinton7. Wystarczy popatrzeć na wyborczą mapę USA, by zauważyć, że triumf Trumpa to bunt peryferii przeciw Centrum. Oczywiście to, że wygrał Trump nie oznacza, że wygrały peryferie. Taki naiwny nie jestem.
I muszę wyznać jeszcze jedno: tak naprawdę nie lubię mówić „A nie mówiłem?”. To gorzka satysfakcja. Nie sądzę, by Kassandra była uradowana spełnianiem się jej przepowiedni.
Przypisy
- Moją intuicję potwierdziła empiria: http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/stany-zjednoczone/20161115/lekcja-orbana-lekcja-trumpa
- http://www.tvn24.pl/ameryka-wybiera-wybory-prezydenckie-2016,145,m/trwaja-poszukiwania-przyczyn-porazki-clinton,691371.html
- http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/stany-zjednoczone/20161122/wscieklosc-prowincji-klasy-sredniej-czy-przesyt-politycznej-popr
- http://www.socjalizmteraz.pl/pl/Artykuly/?id=1042/Rasa,_klasa_i_wybor_Trumpa
- Aby nie być gołosłownym: Wyznania nonkonformisty (Mat’ Pariadka 8), Wokół nacjonalizmu (Magazyn Antyrządowy 24/25), Ideologie czy ludzie? (Inny Świat 15), Tezy o populizmie (Dyktatura.info), Jaki populizm? (Obywatel 6) i wiele innych temu podobnych populistycznych manifestów. A do pewnego lewicowego aktywisty pisałem we wrześniu 2005 r.: „mniej więcej (data symboliczna) od rewolty 1968 r. […] klasa robotnicza na Zachodzie zburżuazyjniała i rewolucyjna lewica utraciła swą tradycyjną bazę. Skoro dłużej nie można było trzymać się koncepcji większościowego bloku klas ludowych, lewica […] zaczęła zwracać się do rozmaitych niezadowolonych mniejszości, próbując sklecić z nich koalicję antysystemową. […] obecnie, w warunkach demontażu państwa opiekuńczego i pogłębiającego się rozwarstwienia społecznego […] pojawią się przesłanki do odbudowania większościowego bloku ludowego”.
- Na wszelki wypadek wyjaśniam, że nie opisuję tu współczesnej Polski, tylko wysokorozwinięte państwa Zachodu. Polska neolewica takiego statusu nie ma, ale za takim statusem tęskni, uważa, że należy jej się jak psu miska.
- Nie tylko ja – również nieposzlakowani lewicowcy jak https://jaroslawpietrzak.com/2016/11/24/trump-i-clinton-burzuazyjna-demokracja-umiera-brzydka-smiercia/ czy http://www.aljazeera.com/programmes/upfront/2016/11/zizek-electing-trump-shake-system-161116062713933.html=
przez Adam Ostolski | poniedziałek 28 listopada 2016 | opinie
Zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA to wydarzenie, które potrafili przewidzieć nieliczni, ale które każdy próbuje sobie jakoś wyjaśnić. Już następnego dnia internet wypełnił się komentarzami, których autorzy i autorki próbują odpowiedzieć na pytanie, jak do tego doszło i kto tak naprawdę wybrał ekscentrycznego miliardera na jedno z najważniejszych stanowisk politycznych na świecie. Udzielane na gorąco odpowiedzi często wpisują się w gotową narrację. To rewanż białych mężczyzn z klasy pracującej, broniących świata opartego na męskiej dominacji i pogardzie dla „kolorowych” – mówią jedni, pokazując na poparcie tych słów odpowiedni wykres. To wkurzeni biedni stracili cierpliwość do Demokratów i zagłosowali na Trumpa, uznawszy, że lepsza taka zmiana niż żadna – mówią inni, z innymi wykresami na podorędziu. Trumpa wybrali nie wykluczeni, lecz bogaci i uprzywilejowani – wskazują jeszcze inni, przywołując jeszcze inne dane. A może to amerykańska prowincja zbuntowała się przeciw wielkomiejskim elitom z ich tyranią „politycznej poprawności”? Oczywiście z taką oceną też można się spotkać – i tutaj znajdą się wykres lub tabelka na potwierdzenie.
Kłamstwa, wierutne kłamstwa i statystyka
Zważywszy na to, jak epokowym wydarzeniem wydaje się zwycięstwo Trumpa, zadziwiająco niewielu ludziom zaburza ono utrwalony obraz świata. A przecież, jak przestrzegał dawno temu Mark Twain, są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, wierutne kłamstwa i statystyka. W tym przypadku powyborcza statystyka używana jest często do okłamywania samych siebie. Tymczasem wygrana Trumpa to jeden z tych momentów, gdy naprawdę warto porzucić przywiązanie do utrwalonych narracji – czy to „pocieszających”, czy „przerażających” – i cierpliwie pochylić się nad danymi, aby bez uprzedzeń spróbować zrozumieć, co takiego się wydarzyło.
Poniżej przyglądam się temu, czego możemy dowiedzieć się o amerykańskich wyborach, analizując je w kategoriach relacji klasowych. Chciałbym podkreślić, że wnioski, które tu przedstawiam, mają charakter prowizoryczny, a ich pełne potwierdzenie lub odrzucenie wymagałoby uwzględnienia bardziej kompletnych danych. Odczytywanie procesów politycznych przez pryzmat stosunków klasowych nie oznacza ponadto, że wszystko „redukuje się” do klasy. Relacje klasowe zawsze odgrywają swoją rolę – i dlatego nie można ich ignorować – ale nigdy nie odgrywają jej w izolacji od innych podziałów (np. rasowych czy płciowych) lub instytucji regulujących polityczną artykulację zbiorowych interesów (jak scena partyjna czy system wyborczy). Odnotowuję te oczywistości, bo dotychczasowa dyskusja nie daje pewności, że dla wszystkich są one jasne.
W powyborczych komentarzach o „klasach społecznych” mówi się zaskakująco – jak na Polskę – często. Natomiast zaskakująco rzadko, zwłaszcza w kontekście tych wyborów, wspomina się o „klasie średniej”. Jednak na ogół nie jest to precyzyjny język analizy klasowej. „Klasa” najczęściej kojarzona bywa niezbyt precyzyjnie z „biedą” lub „wykluczeniem” bądź utożsamiana jest z „dochodem”.
Owszem, dochód to jeden z ważniejszych wyznaczników pozycji klasowej wyborców, a czasami jedyny, na temat którego mamy w miarę dokładne dane. Aby jednak zrozumieć, jak zróżnicowanie klasowe przekłada się na decyzje wyborcze, informacje o preferencjach osób z poszczególnych kategorii dochodowych trzeba powiązać z analizą w kategoriach walki klasowej. Analiza geografii zmian w stanowych regulacjach wyborczych czy poziom frekwencji w regionie dotkniętym dezindustrializacją mogą nam o klasowym znaczeniu tych wyborów powiedzieć więcej niż mechaniczne zliczanie głosów „biednych” i „bogatych”.
Gospodarka, głupcze?
Jeśli spojrzymy na rozkład głosów w poszczególnych kategoriach, widzimy, że wraz z zamożnością rosło prawdopodobieństwo oddania głosu na kandydata Republikanów. Biedni częściej głosowali na Clinton, a bogaci na Trumpa. Ta zależność utrzymuje się, jeśli uwzględnimy rasę: również wśród białych w przypadku najmniej zamożnych wyborców Clinton wygrywała z Trumpem. Co więcej, prawidłowość ta utrzymuje się także przy uwzględnieniu wykształcenia. Wielu komentatorów traktuje poziom wykształcenia jako wskaźnik pozycji klasowej, ale nie jest to do końca trafne. Owszem, wyborcy bez żadnego dyplomu częściej głosowali na Trumpa, zaś absolwenci college’ów na Clinton. Brak ukończonych studiów nie znaczy jednak, że mamy do czynienia z osobami biedniejszymi: wielu osobom w tej kategorii powodzi się nieźle, bo prowadzą własne biznesy i mają dobre dochody. Jeśli „złamiemy” poziom wykształcenia przez dochód, to okazuje się, że na każdym poziomie edukacji ludzie o wyższych dochodach częściej głosowali na Trumpa.
Zagadka wyjaśniona – zamożniejsi przegłosowali biednych? Nie do końca. Inny obraz odsłania się, gdy spojrzymy, jak zmieniło się poparcie dla kandydatów Demokratów i Republikanów od czasu poprzednich wyborów prezydenckich. Różnica ta (określana angielskim terminem „swing”) pozwala uwzględnić nie tylko rozkład wyborczego poparcia, lecz również jego dynamikę. Otóż, jak pokazują wykresy na stronie „New York Timesa”, swing na rzecz Trumpa wśród białych wyborców był minimalny – wyniósł ok. 1%. Znacznie wyraźniejszy był natomiast wśród wyborców latynoskich, afroamerykańskich i azjatyckich. Jeśli spojrzymy na kategorie dochodowe, okaże się, że biedni wprawdzie częściej głosowali na Clinton, ale w tej ostatniej grupie swing przechylał się na stronę Trumpa. Odwrotnie z bogatymi: częściej głosowali na Trumpa, ale swing był wyraźnie w stronę Clinton.
Co istotne, najprawdopodobniej chodzi tu nie tyle o przepływy głosów, ile o spadek frekwencji – za ten efekt odpowiada nie tyle zmiana preferencji głosujących z Demokratów na Republikanów, co rezygnacja części demokratycznego elektoratu z udziału w wyborach.
Wyglądałoby więc na to, że Trumpa pośrednio wybrali biedni nie-biali wyborcy. Nie dlatego, że na niego postawili, lecz dlatego, że nie stawili się gremialnie przy urnach, by wybrać Clinton.
Dlaczego tak się stało? Niektórym odpowiedź wyda się oczywista: „Jak taka antypatyczna, siedząca w kieszeni Wall Street, establishmentowa kandydatka jak Hillary Clinton mogłaby w ogóle kogoś do siebie przekonać?”. Słabości kandydatury Clinton są dobrze znane, ale to jednak w najlepszym razie tylko część wyjaśnienia.
Spojrzenie na stan amerykańskiej gospodarki będzie pomocne w zrozumieniu zniechęcenia demokratycznych wyborców. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda dobrze. Po wstrząsie 2008 roku udało się szybko przywrócić wzrost gospodarczy. Zręczne zabiegi Obamy uratowały przed krachem amerykański przemysł samochodowy. Ekspansywna polityka pieniężna Rezerwy Federalnej zmniejszyła ciężar nadmiernego zadłużenia gospodarstw domowych. Od 2011 roku, gdy bezrobocie osiągnęło szczytowy poziom, udało się stworzyć 12 milionów nowych miejsc pracy. Jednak uważniejsze spojrzenie ujawnia poważne rysy, które pojawiają się na tym obrazie. 85% wzrostu gospodarczego w latach 2009-2015 trafiło do kieszeni 1% najbogatszych, podczas gdy przytłaczająca większość Amerykanów i Amerykanek nie odczuła poprawy. Mediana dochodów amerykańskiego gospodarstwa domowego wyniosła w 2015 roku 56 516 dolarów – w porównaniu z 57 423 dol. w roku 2007. Od roku 2011 spadło bezrobocie, ale spadła też aktywność zawodowa – co oznacza, że rosnąca liczba osób traci jakąkolwiek nadzieję na znalezienie pracy. Ponad 43 miliony Amerykanów i Amerykanek zmuszonych jest do korzystania z bonów na żywność.
Niską mobilizację mniej zamożnych wyborczyń i wyborców w sprawie głosowania na Clinton można więc również tłumaczyć ogólnym rozczarowaniem spuścizną polityki gospodarczej czasów Obamy. I nie ma wielkiego znaczenia, że sam Obama niewiele tu zawinił, będąc przez sześć z ośmiu lat swej prezydentury zmuszony do współpracy z republikańską większością w Kongresie. Większością zajadle nieprzyjazną jakimkolwiek programom społecznym i dostatecznie zdeterminowaną, by zaryzykować niewypłacalność rządu federalnego, byle postawić na swoim. W przeciwieństwie do Billa Clintona, który aktywnie prowadził ramię w ramię z Republikanami antypracowniczą politykę – czego symbolem stała się osławiona ustawa Personal Responsibility Act (1996), która stworzyła całą kategorię „pracujących biednych” – Obama miał raczej dobre propozycje, przynajmniej w krajowej polityce gospodarczej. To Republikanie wykorzystywali swoje przewagi, by prowadzić w Waszyngtonie walkę klasową przeciw biednym. Tyle że z punktu widzenia ludzi, którzy w 2008 roku głosowali z nadzieją, a potem nie dostrzegli widocznej poprawy, wniosek może być taki, że wybór Demokraty na prezydenta niewiele zmienia.
Czy potencjalni wyborcy Clinton nie zmobilizowali się do głosowania dlatego, że im nie zależało, czy raczej dlatego, że nie mogli? Pewnych wskazówek może dostarczać mapa frekwencji wyborczej. Spadek frekwencji w takich bastionach Demokratów, jak Kalifornia, Maryland czy Waszyngton (który przyjął niedawno prawo ułatwiające udział w wyborach, więc teoretycznie frekwencja powinna być tu wyższa), sugerowałby, że wyborcy Clinton chętniej mobilizowali się tam, gdzie ich głos mógł zaważyć na wyniku niż tam, gdzie sytuacja zdawała się rozstrzygnięta.
Jednak w miejscach takich jak Ohio, Michigan czy Wisconsin – dotąd głosujących w wyborach prezydenckich na Demokratów, a tym razem nieoczekiwanie zdobytych przez Trumpa – demobilizacja wyborców niekoniecznie musiała być dobrowolna. W stanach tych, podobnie jak w „wahającej się” Karolinie Północnej czy na Florydzie, ale także w bezpiecznych republikańskich bastionach jak Teksas czy Arizona, w ostatnich latach zaostrzyło się zjawisko voter suppression – manipulacji prawem wyborczym w celu pozbawienia faktycznej możliwości głosowania określonych kategorii obywatelek i obywateli. Dlatego wyniku tegorocznych wyborów w USA nie sposób zrozumieć bez uwzględnienia klasowej geografii politycznej.
Pozycyjna i manewrowa wojna klas
Ostatecznie Trump wygrał dlatego, że oprócz tradycyjnie „wahających się” stanów zdobył również stany tradycyjnie demokratyczne, które miały stanowić „niebieski mur” gwarantujący Clinton zwycięstwo. Chodzi o Michigan, Wisconsin, Pensylwanię i inne stany tworzące obszar „pasa rdzy” („rust belt”), jak określa się region dotknięty przez dezindustrializację wskutek liberalnej polityki handlowej, której symbolem stało się porozumienie NAFTA – wynegocjowane przez Busha seniora, a wdrażane przez Billa Clintona. Zdobycie stanów wahających się i „pasa rdzy” stało się możliwe dzięki połączeniu przez Trumpa pozycyjnej i manewrowej walki klasowej.
W amerykańskim systemie wyborczym walka w wyborach prezydenckich toczy się o głosy elektorskie, które zdobywane są w poszczególnych stanach. Clinton zdobyła o ponad 2 miliony głosów więcej w głosowaniu powszechnym, lecz mimo to przegrała walkę o prezydenturę, ponieważ w decydujących stanach Trump zdobył od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy głosów więcej. Jak udało mu się to osiągnąć?
Wielu komentatorów zdumiewało się, że – szczególnie w ostatnich tygodniach kampanii – Trump skupiał uwagę na tradycyjnie demokratycznych stanach (po)przemysłowego Środkowego Zachodu, zamiast zgodnie z regułami sztuki intensyfikować obecność w stanach wahających się. Zarówno Trump, jak i Pence odwiedzali w kampanii wyborczej „pas rdzy” znacznie częściej niż Clinton i Kaine, a ponadto wychodzili poza większe ośrodki. Nie chodzi jednak tylko o to, że Trump dowartościował zapomniane regiony, lecz także o to, że do nich dopasował swój przekaz. Zwracając się w stronę protekcjonizmu, kandydat Republikanów zerwał z republikańską tradycją poparcia dla „wolnego handlu”. I to właśnie ta strategia przyniosła Trumpowi sukces. Jak sugerują analizy wyników na poziomie hrabstw, Trumpowi udało się przejąć demokratycznych wyborców w tych obszarach „pasa rdzy”, gdzie wciąż dominują stare przemysły. Okazał się skutecznym politycznym innowatorem, w konfrontacji „nowej” i „starej gospodarki” stawiając na tych, którymi prawie nikt się już nie interesował.
Nawet to jednak nie zagwarantowałoby Trumpowi zwycięstwa, gdyby nie prowadzona od dawna przez Republikanów pozycyjna walka klasowa nastawiona na wyeliminowanie z udziału w wyborach grup tradycyjnie głosujących na Demokratów. Zjawisko voter suppression przybrało na sile po orzeczeniu Sądu Najwyższego z czerwca 2013 roku (w sprawie Shelby kontra Holder). Sąd Najwyższy odesłał do lamusa kluczową część ustawy Voting Rights Act z 1965 roku, pozbawiając rząd federalny kontroli nad zmianami w stanowych regulacjach wyborczych. W efekcie nastąpił wysyp nowych regulacji, mających ograniczyć dostęp do urny afroamerykańskiej klasie ludowej. Zmniejszanie liczby lokali wyborczych, ograniczanie możliwości wcześniejszego głosowania, nowe wymogi dotyczące dowodów tożsamości, wykreślanie z rejestru tych wyborców, którzy ostatnio nie brali udziału w głosowaniu – to tylko kilka z najbardziej popularnych rozwiązań.
Zmiany w prawie wyborczym można oczywiście kwestionować na drodze sądowej, trwa to jednak dłużej i nie gwarantuje sukcesu. Tuż przed wyborami federalny sąd apelacyjny pozbawił mocy zmiany w prawie wyborczym w Karolinie Północnej. W orzeczeniu sędziowie stwierdzili, że zakwestionowane regulacje (m.in. skrócenie czasu na wcześniejsze głosowanie czy nowe wymogi dotyczące dokumentów tożsamości) „z chirurgiczną precyzją” wymierzone są w czarnych wyborców, a przy tym nie odpowiadają na żaden realny problem. Władze stanowe uzasadniały reformę prawa wyborczego potrzebą ochrony przed oszustwami wyborczymi, nie potrafiły jednak wskazać przypadków oszustw, które uzasadniałyby wprowadzane zmiany. Co ciekawe, w Północnej Karolinie znane są przypadki oszustw związanych z głosowaniem korespondencyjnym, jednak stan nie zamierzał ograniczyć możliwości takiego głosowania (korespondencyjnie częściej głosują biali). Wyrok sądu apelacyjnego nie został zresztą odrzucony przez Sąd Najwyższy jedynie dlatego, że chwilowo nie ma w nim republikańskiej większości i głosy sędziów rozłożyły się po równo (4 do 4).
Równie ciekawy był przypadek Ohio – „wahającego się” stanu w „pasie rdzy”. Władze stanowe postanowiły wykreślić z rejestru wyborców wszystkich, którzy nie głosowali od 2008 roku. Czystka objęła 200 tysięcy osób. Znowu w ostatniej niemal chwili sąd nakazał ponowne wpisanie tych osób do rejestru, a także umożliwienie oddania głosu tym, których nie zdążono już ponownie wpisać. Nie udało się natomiast przywrócić w drodze sądowej instytucji „złotego tygodnia” – kilkudniowego okresu, gdy można było tego samego dnia zarejestrować się w spisie wyborców i oddać wcześniejszy głos.
Zarówno Północna Karolina, jak i Ohio były w tegorocznych wyborach traktowane jako stany, o które toczy się walka. Jednak największy wpływ praktyki zniechęcania wyborców mogły mieć w tradycyjnie demokratycznym stanie Wisconsin. Początkowo informowano, że Trump wygrał w nim przewagą 27 tys. głosów (świeższe dane mówią o 22 tys.). Według szacunków stanowej komisji wyborczej, voter suppression mogło wyeliminować z udziału w wyborach nawet 41 tys. wyborców.
Zniechęcanie wyborców to oczywiście element międzypartyjnej rywalizacji – praktyki te mają na celu takie zniekształcenie reguł wyborczych, by zwiększyć szanse wyborcze Republikanów kosztem Demokratów. Rozpoznanie grup, które należy wykluczyć, by osiągnąć sukces, opiera się na kryteriach rasowych. Biali wyborcy chętniej głosują korespondencyjnie, czarni chętniej korzystają z możliwości wcześniejszego głosowania po niedzielnym nabożeństwie („souls to the polls”). Interpretacja tej polityki w kategoriach rasowych jest o tyle istotna, że to właśnie z tego względu manipulacje prawem wyborczym mogą być kwestionowane przez sądy. Jednak to, co pomaga wygrywać batalie prawne, niekoniecznie musi pomagać w walce politycznej. Zniechęcanie wyborców legitymizuje się pośrednio za pomocą rasizmu, ale jest również narzędziem polityki klasowej: uderza we frekwencję wyborczą w klasie ludowej (choć zdefiniowanej według kryteriów rasowych). Sprzeciw wobec tych manipulacji powinien nie tylko demaskować ledwie zawoalowany rasizm takich rozwiązań, lecz również ich głębszą klasową treść. Tylko ponowne opowiedzenie w języku klasowym o manipulacjach w prawie wyborczym pozwoliłoby przesunąć pole bitwy z polityki tożsamości na politykę równości.
Z tego punktu widzenia reakcje Demokratów na wynik wyborów mocno rozczarowują. Zarówno Hillary Clinton, jak i Bernie Sanders pogratulowali zwycięzcy, zamiast wytknąć, że wybory nie były do końca uczciwe i już od pierwszego dnia mobilizować własnych zwolenników do walki z jaskrawą niesprawiedliwością klasową. Równocześnie zaczęły oddolnie powstawać „ruchy kontroli wyborów”, zaś kandydatka Zielonych Jill Stein zebrała w ciągu paru dni kilka milionów dolarów na sfinansowanie wniosków o ponowne przeliczenie głosów w decydujących stanach – Wisconsin, Michigan i Pensylwanii. W przypadku Wisconsin sama zapowiedź kontroli sprawiła, że wynik Trumpa został skorygowany w dół o prawie 5 tys. przypisanych mu „omyłkowo” głosów. Przeliczanie głosów raczej nie wpłynie na ostateczny wynik wyborów, może jednak osłabić legitymację nowego prezydenta. „Ruchy kontroli wyborów” wskazują raczej na ryzyko błędów w głosowaniu elektronicznym i możliwą ingerencję rosyjskich hakerów niż na manipulacje prawem wyborczym w interesie klasy panującej. Ich wpływ na przyszły układ w wojnie klasowej pozostaje więc kwestią otwartą i zależy od dwóch czynników: gotowości lewicowych polityków głównego nurtu do trwalszego związania się z tymi inicjatywami oraz umiejętności powiązania (niebezpodstawnych) podejrzeń o ingerencję Putina ze sprzeciwem wobec polityki voter suppression. Dziś trudno powiedzieć, czy (przynajmniej niektórzy) Demokraci podejmą to wyzwanie.
Pod innym względem jednak strategia Demokratów wydaje się rozsądna. Zamiast wyczekiwać na porażkę Trumpa i odliczać dni do kolejnych wyborów w oczekiwaniu na rewanż, postanowili wspierać prezydenta w tych obszarach, gdzie odchodzi on od republikańskiej ortodoksji w stronę tradycyjnie lewicowego programu. Decyzja zapadła niemal pierwszego dnia po wyborach. W sprawach dotyczących praw kobiet i mniejszości czy ochrony środowiska Demokraci chcą być opozycją zdecydowaną i wyrazistą. Natomiast w kwestiach takich jak inwestycje w infrastrukturę, ulgi podatkowe na dziecko, płatne urlopy rodzicielskie czy rewizja porozumień handlowych może okazać się, że Trump będzie mógł prędzej liczyć na poparcie Demokratów niż Republikanów. Przynajmniej pod tym względem amerykańska opozycja jest mądrzejsza od polskiej.
przez Rafał Gdak | czwartek 24 listopada 2016 | opinie
Scena pierwsza. Podróż do małego świata
Sobota rano. Dowolna. Opisywany scenariusz powtarza się cyklicznie. Na zrujnowany plac dawnego Dworca Południowego PKS w Lublinie podjeżdża biały volkswagen. Wygląda równie dostojnie, jak hala dworcowa, w której zamiast poczekalni rozgościł się ciuchland i mała piekarenka. Bus ma zawieźć pasażerów na Roztocze. Już dawno nazwałem go „bydłowozem”, bo tylko takie skojarzenie przychodzi mi do głowy, gdy zajmuję miejsce na rozregulowanym fotelu, a potem podskakuję na każdym wyboju. Dość powiedzieć, że w zasadzie nie cierpię na chorobę lokomocyjną, ale podróż tym środkiem transportu potrafi przyprawić mnie o jej objawy. Dodajmy do tego szczyptę tłoku, szczególnie w okolicach większych świąt – i już mamy obraz nędzy i rozpaczy. Mamy pocztówkę z kraju, który cofnął się do połowy ubiegłego wieku. Przejazdy powinny być reklamowane sloganem: „Tylko my zabierzemy cię w podróż w czasie”.
Sama jazda bardziej przypomina doświadczenia z krajów byłego Związku Radzieckiego niż zachodnie standardy. To zresztą nie tylko wina taboru. O ile droga wojewódzka nr 835 jeszcze spełnia jakieś kryteria jakościowe (i jest właśnie modernizowana), to trudno o takich mówić, gdy w miejscowości Tarnawa Mała skręci się w lewo. Miejscowi się śmieją, że gdzieniegdzie wójt zwinął asfalt na zimę i zapomniał rozłożyć z powrotem.
Alternatywa? Kiepski wybór. Sporo busów jedzie do Biłgoraja. Można ewentualnie dojechać do Tarnawy i prosić rodzinę o podwózkę do docelowej miejscowości – oddalonej o 17 kilometrów. Jest jeszcze popołudniowy bus, zapewniający większy komfort podróży. PKS? Kiedyś jeździło kilka. Dziś to już tylko przeszłość.
Scena druga. Podróż do wielkiego świata
Człowiek, który nie jechał pociągiem „Gombrowicz” relacji Przemyśl – Szczecin Główny przez Lublin, Warszawę Centralną, Kutno, Poznań, nie poznał prawdziwego oblicza transportu kolejowego w Polsce. Sam jeżdżę od kilku lat fragmentem tej trasy z Lublina do Poznania i z powrotem. Powtarzalność, z jaką dopadają mnie w tym pociągu wszelkie patologie polskiego transportu publicznego, jest wręcz tragiczna. Zanim wsiądę, wiem, czego mogę się spodziewać.
Przykład pierwszy z brzegu. Koniec września tego roku. Jak zwykle pociąg wtacza się do Poznania od strony stacji Garbary, by następnie zmienić kierunek jazdy. Na peronie mrowie ludzi. Setki pasażerów, którzy nerwowo wypatrują swoich wagonów. Pociąg objęty jest całkowitą rezerwacją miejsc. Spora część ludzi wysiada w stolicy Wielkopolski, znacznie więcej jedzie do Warszawy. Kupienie biletu z miejscówką w dniu podróży jest mało prawdopodobne. Żeby siedzieć, trzeba go nabyć co najmniej kilka dni wcześniej. Co dostajemy w standardzie oprócz pełnego przedziału? Ostatnio była to niezamykająca się toaleta, kurz unoszący się przy byle dotknięciu firanki i warstwy brudu. Mówiąc bez ogródek: smród i ubóstwo.
Zaledwie kilka dni przed opisywaną podróżą jechałem pojazdem tego samego przewoźnika z Gdyni do Poznania. Klimatyzowany wagon z roletą zamiast śmierdzącej firanki, ekran prezentujący prędkość i temperaturę, sześć miejsc, choć to druga klasa. I ta cisza, bo wagon jest wyciszony do tego stopnia, że ledwo słychać charakterystyczny stukot kół o szyny. Inny świat. Cywilizacja. Czy to jeszcze Polska, zastanawiałem się moszcząc się na siedzeniu?
– Z koleją mam do czynienia każdego dnia. Mogę tylko potwierdzić. Co więcej, właśnie wracam pociągiem z Lublina… normą jest, że wschodnią ścianę obsługuje tabor trzeciej albo i gorszej kategorii… – tak opis podróży „Gombrowiczem” skomentował mój znajomy kolejarz. Bez dodatków potrawa bywa niesmaczna, dlatego na koniec dorzucę jeszcze słowo o czasie przejazdu. Rekord spóźnienia, którego doświadczyłem? 180 minut. Aby nie być gołosłownym, dodam, że ten sam pociąg „Gombrowicz” miał wczoraj w Poznaniu 120 minut opóźnienia. Zgodnie z rozkładem udało mi się dojechać w ostatnich sześciu latach może trzy razy. Oczywiście nie jeżdżę codziennie, ale kilka razy w roku. Rachunek prawdopodobieństwa wskazuje jednak, że nie są to odosobnione przypadki.
Gdy czasami opisuję na Facebooku swoje „przygody” z podróży, spotykam się z niedowierzającą reakcją znajomych z innych części Polski. „Ale przecież jest pendolino, darty, flirty”. Niestety, nie udało mi się załapać na te cuda techniki na trasach, które pokonuję.
Te, zaledwie dwie, choć niestety powtarzalne sceny, ogniskują w sobie obraz transportu publicznego na wschodzie Polski. Tutaj, jeżeli nie masz samochodu, jesteś skazany na przemieszczanie się w warunkach, które są nie tylko dalekie od komfortu, ale i od godności. Tak, nie żartuję. Mówię to z pełną stanowczością. Uważam, że jestem zmuszony podróżować w warunkach, które uwłaczają ludzkiej godności. W XXI wieku. W Polsce z autostradami, ze szklanymi domami górującymi nad stolicą.
przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 21 listopada 2016 | opinie
Każda zmiana władzy politycznej niesie ze sobą głębsze lub płytsze, lecz nieuchronne zmiany kadrowe w spółkach kontrolowanych przez Skarb Państwa. Kolejne ekipy rządzące starają się, by obsada stanowisk w tych przedsiębiorstwach odpowiadała ich zapatrywaniom co do profilu pożądanego menedżera i specjalisty. Część komentatorów dopatruje się w tym zwykłej chęci „obdarowania swoich”, inni wskazują na konieczność budowania lojalnego zaplecza dla zapewnienia sprawności wykonawczej. Faktem jest jednak, że przypadki, w których nominowani na nowe posady nie przeszli testu przydatności na podobnych stanowiskach w sektorze prywatnym, budzą powszechną niechęć, podzielaną również przez znaczną część zwolenników rządzącego od roku układu politycznego.
Zjawisko nie jest nowe. Obejmowanie stanowisk w państwowych firmach przez osoby o kompetencjach ograniczających się do obszaru polityki jest tradycją podtrzymywaną przez kolejne rządy. Pamiętne zdanie, że „Staszek chce się sprawdzić w biznesie”, było komentarzem do nominowania polityka z ministerialnym stażem na stanowisko prezesa dużego państwowego przedsiębiorstwa. Jednak stopień upolitycznienia firm nigdy nie był totalny. „Polityczni” menedżerowie swoje braki kompetencyjne uzupełniali kadrami menedżerów i specjalistów z doświadczeniem z sektora prywatnego. Często dochodził do tego proces nauki przez praktykę. To wszystko razem sprawiało, że nie można uznać ostatniego ćwierćwiecza funkcjonowania tego typu spółek za jednoznacznie stracone. Co więcej, da się wskazać wiele przykładów spółek kontrolowanych bezpośrednio lub pośrednio przez Skarb Państwa, które w III RP wykorzystały swoje szanse i przewagi, rosnąc i modernizując się – i nie pasowały do karykaturalnego wizerunku przedsiębiorstwa państwowego jako archaicznego skansenu.
Pomimo niealarmujących doświadczeń historycznych, dzisiejszy brak troski rządzących o jakość kadr w spółkach Skarbu Państwa powinien być powodem do zmartwienia. W perspektywie kilku lat symboliczne niezręczności rządzących, takie jak awansowanie kadr przysłowiowej „Apteki w Łomiankach” na wysokie funkcje w gospodarce, mogą stać się idiomem zastępującym dyskusję o aktywności państwa w gospodarce. W połączeniu z nieuchronnymi niepowodzeniami niektórych aspektów „planu Morawieckiego” powstać może zbitka pojęciowa ośmieszająca nie-neoliberalne podejście do polityki gospodarczej. PiS, zapewne wbrew swoim intencjom, może uczynić prowadzenie wieloaspektowej polityki gospodarczej w przyszłości znacznie trudniejszym.
Taki obrót spraw byłby wielką szkodą, gdyż rządowa „Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” (SOR), pomimo niedoskonałości, dostrzega wagę potencjalnych korzyści z odgrywania przez państwo aktywnej roli w stymulowaniu procesów rozwojowych. Strategia wskazuje na istotny problem braku koordynacji aktorów sceny gospodarczej, diagnozuje istotne źródła potencjalnego wzrostu gospodarczego oraz oferuje szeroki wachlarz instrumentów stymulujących rozwój. Istotnym kamieniem milowym w polskiej debacie o polityce gospodarczej jest wyraźne sformułowanie chęci stymulowania prac sektorowych oraz horyzontalnych – produktowych. Innymi słowy, rząd w SOR uznaje, że bogacenie się krajów zależy nie tylko od polityki makroekonomicznej, lecz również od wsparcia na poziomie „meta”, czyli rozwijania konkretnych, coraz bardziej wiedzochłonnych sektorów, ale także na poziomie wręcz „mikro”, czyli konkurencyjności czołowych produktów eksportowych o globalnym zasięgu rynkowym.
To ujęcie rzeczywistości wsparte jest w SOR również postawieniem sobie przez rząd, poza celami makroekonomicznymi, konkretnych celów w zakresie sukcesu polskich branż i produktów. Mają być one osiągnięte za pomocą programów strategicznych oraz projektów flagowych. To cele często zbyt precyzyjne przy obecnej dynamice i stopniu skomplikowania niektórych rynków. Ta bardzo wysoko zawieszona poprzeczka może natomiast zmusić Ministerstwo Rozwoju do tworzenia bodźców organizujących usprawnienie koordynacji między polskimi instytucjami, sektorem finansów, spółkami Skarbu Państwa i sektorem prywatnych przedsiębiorstw.
Przy tych zaletach Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju nie trafia w sedno w swoim rozumieniu niezbędnych źródeł sukcesu gospodarczego Polski. Zbyt dużą wagę przypisuje oszczędnościom jako źródłu inwestycji oraz zadaniu mobilizowania zasobów kapitałowych jako kluczowym barierom, których przełamanie przyniesie wzrost. W istocie takie postawienie sprawy może prowadzić m.in. do chęci wzmocnienia sektora finansowego oszczędnościami Polaków, ale już niekoniecznie do wzmocnienia międzynarodowej pozycji konkurencyjnej Polski. Dzisiejszą barierą rozwoju gospodarczego nie jest bowiem brak oszczędności prywatnych i przedsiębiorstw, które mogłyby finansować inwestycje rozwojowe. Jest nią brak możliwości inwestycyjnych. Akumulacja kapitału jest istotnym czynnikiem rozwojowym, ale w tym momencie nie najistotniejszym.
Dla rozwoju Polski najbardziej decydującym, sprawczym czynnikiem jest i będzie w najbliższym czasie know-how (umiejętności, wiedza, wzorce), gdyż jego deficyt jest „trwalszy” niż brak kapitału do zainwestowania. Fundamentalna bariera to bowiem brak zdolności do organizowania przedsięwzięć o wyższej wartości dodanej – a brak ów wynika z niedostatków organizacji i zarządzania w polskich firmach. To w dużej mierze kwestie warunkowane kulturowo, zaś ich zmiana (czyli rozpowszechnienie dobrych wzorców, w tym postaw sumienności, uczciwości, aktywności) jest niełatwa. Obecny, patriarchalny i nieoparty na wiedzy model organizacji i zarządzania podmiotów polskiej gospodarki, jest największą przeszkodą w organizowaniu tych trudniejszych projektów. Projekty wprowadzające zmianę jakościową mają bowiem skalę, dynamikę i wymagania rynku, do których polskie życie gospodarcze nie przywykło.
Rola szybszego przyswajania wiedzy podczas procesów, które musimy przejść, aby osiągnąć wyznaczone cele, jest znacznie większa niż dotychczasowe wyzwania, zatem nie powinno dziwić, że, wbrew optymistycznym zapowiedziom rządu, instytucje międzynarodowe prognozują powolny spadek tempa wzrostu gospodarczego Polski. Nowemu wyzwaniu nie można podołać bez troski o wzrost umiejętności – zarówno indywidualnych, jak i przede wszystkim odnoszących się do pracy zbiorowej, organizacji i zarządzania. Polska musi się stać, mówiąc najbardziej generalnie, bardziej „wielkopolska”, opierając swoje nadzieje na przyszłość na sportowej rywalizacji z zachodnim rywalem. Rywalizacji na podstawie umiejętności indywidualnych i współdziałania, wytrwałości i rzetelności.
Waga zarządzania i organizacji tym bardziej jeszcze wzrasta, o im większej skali trudności przedsięwzięć mówimy. W przypadku niepodejmowanych do tej pory inicjatyw, trudniejszych, lecz generujących potencjalnie wyższą wartość dodaną, potrzebne umiejętności (od rzadkich kompetencji sektorowych, przez zaawansowane finansowanie projektowe, po nadzór i koordynację) są bardzo rzadkie i warto wręcz postawić otwarcie kwestię uzupełniania braków zachodnimi specjalistami. Tym bardziej martwi w niektórych przypadkach polityka kadrowa rządowego zaplecza, gdzie i tak rzadkie, trudno dostępne krajowe kompetencje, nie są komasowane przez kluczowe podmioty wyzwania SOR, jakimi są spółki Skarbu Państwa. Ich pozycja rynkowa, zgromadzone zasoby finansowe, możliwości oddziaływania są bardzo duże i mogłyby odegrać potencjalnie pozytywną rolę w realizowaniu planu Morawieckiego i w bieżącej pracy.
O kompromitację tych wysiłków jest dużo łatwiej, gdyż wyzwania są jakościowo trudniejsze. Te wyzwania wiążą się nie tylko z programami rozwojowymi SOR (choć te są dobrym przykładem), ale również z przyspieszającym tempem rozwoju gospodarek i nowymi modelami biznesowymi. Brak należytych starań o wzrost kompetencji kadry w tej sytuacji, wymagającej uwagi i wyobraźni, skończyć się może spektakularnymi wydarzeniami, w tym np. upadłością spółki Skarbu Państwa, brakiem przejścia do fazy wdrożenia projektu flagowego lub poważną porażką rynkową któregoś przedsięwzięcia.
Nie znaczy to, że niepowodzenie SOR zależeć będzie wyłącznie od polityki kadrowej. Już na starcie poprzeczka postawiona została przez Ministerstwo Rozwoju dość wysoko. Możliwe „wpadki” w zarządzaniu będą więc w pewnej mierze spowodowane wysokim poziomem trudności, lecz zła polityka kadrowa nada temu dodatkowy wymiar – niszczący zaufanie do możliwości pozytywnego wpływania przez państwo na procesy gospodarcze. Bez wątpienia część opiniotwórców o nastawieniu sceptycznym wobec obecności państwa w gospodarce wykorzysta tę okazję do wieszczenia klęski „projektu państwowego”. Największym przeciwnikiem Morawieckiego mogą się okazać jego właśni „sprzymierzeńcy”.
Można jednak projekty, instytucje i inicjatywy wychodzące z Ministerstwa Rozwoju potraktować jako istotne i przede wszystkim potrzebne ćwiczenie z zakresu koordynacji polityki gospodarczej. Ćwiczenie angażujące przez kilka lat zasoby i instytucje. Warto podejść do niego poważnie i zmobilizować wszystkie siły w celu dobrego wykonania projektowanych przedsięwzięć. Jednak SOR nie jest celem samym w sobie, a może stać się ważnym krokiem na drodze do zbudowania inteligentnego systemu wsparcia rozwoju i konkurencyjności kraju. Potencjalne nauki płynące z realizacji planu Morawieckiego – tak sukcesów, jak i porażek – są nie do przecenienia i warto nie marnować tej okazji do nauki poprzez zanegowanie całego dorobku obecnego rządu w obszarze gospodarki.
Koncepcja bardziej zaawansowanej aktywności państwa we wsparciu rozwoju gospodarczego jest bowiem kierunkiem nieuchronnym, jeżeli chcemy nadrobić dystans do krajów zaawansowanych, które takich instrumentów używały bądź używają. Fakt, że brakuje nam społecznej dojrzałości do wytworzenia instytucji i organizacji mogących w łatwy sposób sprostać temu zadaniu, nie oznacza, że nie powinniśmy się starać.
przez Piotr Wójcik | wtorek 15 listopada 2016 | opinie
Nie od dziś wiadomo, że polski dyskurs publiczny jest wyjątkowo zideologizowany i/lub upartyjniony. Jeśli ktoś jest prawicowcem, najczęściej przyjmuje prawicowość z całym dobrodziejstwem inwentarza, z urzędu broniąc wszystkich, nawet najgłupszych, prawicowych pomysłów. Gdy ktoś jest lewicowcem, zwykle nie zastanawia się, czy na pewno wszystkie postępowe postulaty są uzasadnione i odpowiadają polskim warunkom – są według niego uzasadnione, bo tak już ustalono gdzieś na Zachodzie, a jeśli polskie społeczeństwo krzywo na nie patrzy, to tym gorzej dla społeczeństwa. Nieszablonowe koncepcje są z gruntu uznawane za podejrzane, a komentatorzy i myśliciele wymykający się tradycyjnym podziałom – uważani za odszczepieńców i outsiderów. Jeśli nie jest się hard pisowcem lub bezkrytycznym platformersem, można zapomnieć o błyskotliwej karierze w jednej z tych partii – i mieć co najwyżej nadzieję na zostanie szeregowym posłem z szóstego miejsca na liście.
Przez długi czas podziały te nie przenosiły się bezpośrednio na debatę na temat stosunków międzynarodowych. Istniał nad Wisłą konsensus co do ogólnych kierunków polityki zagranicznej, takich jak integracja ze strukturami UE i NATO, a przy poszukiwaniu potencjalnych sojuszników za granicą mało komu przychodziło do głowy, żeby szczegółowo analizować ich poglądy na aborcję. Niestety, druga dekada XXI wieku przyniosła w tej materii wyraźną zmianę na gorsze. Ideologiczne podziały zaczęły być wprost przenoszone na dyskusje o polityce zagranicznej Polski, a ideologiczne argumenty – odgrywać w tej debacie pierwszorzędną rolę. Prym pod tym względem wiedzie prawa strona, która przez lata chciała uchodzić za pragmatyczną zwolenniczkę realpolitik, w odróżnieniu od lewicowych idealistów. Tymczasem od pewnego momentu zaczęła gremialnie kibicować niebezpiecznym dla polskiego interesu prorosyjskim politykom z zagranicy, takim jak Le Pen we Francji, Hofer w Austrii czy ugrupowanie Alternatywa dla Niemiec, tylko dlatego, że przyjmują bliską jej konserwatywną optykę. Zaczęła też fetować zdarzenia i procesy groźne dla Polski, takie jak Brexit czy dezintegracja UE, tylko dlatego, że przy okazji utarto nosa nielubianemu przez nią europejskiemu i krajowemu establishmentowi. Kulminację tego absurdalnego procesu przyniosło zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA.
Chłodna analiza postulatów, z którymi Trump szedł do władzy, odeszła w cień – ważniejsze, że przegrała kandydatka, która popiera aborcję do 9. miesiąca ciąży. Fakt, że nowym POTUS (President Of The United States) został kandydat jawnie prorosyjski oraz podważający bezwarunkowość Paktu Północnoatlantyckiego, będącego fundamentem polskiej architektury bezpieczeństwa, przestał mieć większe znaczenie – istotniejsze, że „liberalne elity” dostały po głowie. Tak, jakby szczęście lub nieszczęście CNN albo „New York Timesa” miało dla Polski większą wagę niż zgodnie działające NATO.
Tymczasem z punktu widzenia interesu naszej wspólnoty politycznej Donald Trump był najgorszym z kandydatów na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Największym obecnym zagrożeniem polskiego bezpieczeństwa jest agresywna polityka Moskwy. Do czego zdolna jest Rosja Putina, mogliśmy się przekonać po aneksji Krymu, zupełnej destabilizacji jednego z bardziej rozwiniętych terytoriów Ukrainy, jakim był Donbas, a przede wszystkim po rzezi ludności cywilnej w syryjskim Aleppo, przeprowadzonej byle tylko utrzymać przy władzy wygodnego Baszara al-Asada.
Najważniejszym strategicznym celem Polski jest obecnie dokończenie włączania terytorium naszego kraju w infrastrukturę zachodniej sieci bezpieczeństwa. Czyli skończenie z sytuacją, gdy nasz kraj jest w NATO członkiem drugiej kategorii. To oczywiście zupełnie nie na rękę Rosji. Podejmowanie działań w tym kierunku spowoduje bez wątpienia napięcia na linii NATO-Rosja. Trudno oczekiwać, że taką linię przyjmie POTUS, który nie tylko wypowiada się o Putinie ciepło, ale nawet wykorzystał rosyjskie ataki hakerów w kampanii wyborczej w USA – zdarzenie zupełnie bez precedensu. Trudno oczekiwać, że wbrew interesom Putina zacznie działać polityk, który co rusz zapewnia, że się z nim „dogada”, chwali się otrzymanym od niego „pięknym listem” oraz zdradza niezdrową fascynację rosyjskim przywódcą i powtarza, że tamten jest „prawdziwym, silnym liderem”. Który w pierwszych etapach kampanii otoczył się takimi ludźmi, jak związany z Gazpromem Carter Page oraz były doradca Janukowycza Paul Manafort.
Oczywiście możemy być pewni, że Trump potrafiłby się rzeczywiście dogadać z Putinem. Jednak będzie to czysto biznesowa transakcja – „coś za coś”. Trump nie jest szalony, jak twierdzą niektórzy komentatorzy. To cyniczny biznesmen, który może bez mrugnięcia okiem przehandlować marzenia Europy Środkowo-Wschodniej o większej obecności NATO na wschodniej flance, za ustępstwa Rosji w regionach bardziej interesujących USA – np. na Bliskim albo Dalekim Wschodzie.
Polscy zwolennicy Trumpa podkreślają, że administracja Demokratów, której Clinton byłaby kontynuatorką, jest winna „resetu z Rosją” oraz anulowania planów zainstalowania tarczy antyrakietowej m.in. w Polsce. Zapominają jednak, że „reset z Rosją” miał miejsce jeszcze przed inwazją na Ukrainę. Od tamtej pory kurs USA wobec Rosji wyraźnie się zaostrzył, czego przykładem jest chociażby ostatni szczyt NATO i decyzja o rozmieszczeniu w naszym regionie 4 rotacyjnych brygad. Oraz amerykańskie sankcje na Rosję, które Moskwie bardziej odbijają się bokiem, niż sankcje UE. Oczywiście chcielibyśmy zapewne nieco więcej niż rotacyjne brygady, ale możemy być raczej pewni, że od Trumpa nie uzyskalibyśmy nawet tego.
Kolejnym niebezpiecznym wątkiem w narracji Trumpa jest podważanie bezwarunkowej solidarności w ramach NATO. Mowa była nie tylko o możliwym braku pomocy dla sojuszników, którzy nie wypełniają swoich zobowiązań (chodzi głównie o wydatki na armię na poziomie 2 proc. PKB), ale nawet o konieczności „płacenia więcej” za amerykańskie zaangażowanie. Takie biznesowe podejście to zabójstwo każdego sojuszu. Możemy sobie wyobrazić sytuację, w której zaatakowany członek NATO najpierw musi wynegocjować odpowiednią cenę za pomoc USA, zanim otrzyma wsparcie z tej strony. Bezwarunkowość zaangażowania całego sojuszu w konflikt z jednym z członków jest najważniejszym argumentem przeciw inwazji na najsłabszych uczestników. W sytuacji, gdy ta bezwarunkowość jest podważana przez najsilniejszego z sojuszników, straszak przestaje działać.
Oczywiście można bagatelizować powyższe uwagi, twierdząc, że to tylko słowa wypowiadane w kampanii, by zdobyć głosy wyborców. Tyle że pierwsze doniesienia pokazują, iż prorosyjskość Trumpa nie jest wydumana, a jego tezy dotyczące NATO znajdują zrozumienie w najbliższym otoczeniu, które będzie tworzyć jego gabinet. Prawdopodobnym Sekretarzem Obrony lub Doradcą ds. Bezpieczeństwa Narodowego (istotna funkcja, którą w gabinecie Cartera pełnił Brzeziński) jest emerytowany generał Michael Flynn. Jego związki z Rosją są więcej niż dwuznaczne. Jest regularnym analitykiem… stacji telewizyjnej Russia Today, czyli anglojęzycznej tuby propagandowej Kremla. Już po inwazji na Ukrainę pojawił się m.in. na uroczystym obiedzie z okazji 10-lecia RT, gdzie siedział przy jednym stole z samym Putinem. Michael Crowley z „Politico” stwierdził wręcz, że Flynn „darzy Rosję uczuciem”. Sekretarzem Stanu będzie prawdopodobnie Newt Gingrich, który w jednym z wywiadów powtórzył tezy Trumpa podważające bezwarunkową solidarność w ramach NATO, a Estonię nazwał… przedmieściami Petersburga, o które Rosja nie zaryzykuje wojny nuklearnej. Sprowadzanie suwerennego państwa do przedmieść byłej rosyjskiej stolicy, która leży 160 km od granic Estonii, doskonale obrazuje sposób myślenia otoczenia Trumpa o wschodniej flance NATO.
Niektórzy amerykaniści zwracają uwagę, że w polityce zagranicznej Trump zainspirowany jest Richardem Nixonem. Dla państw naszego regionu musi to być dzwonek alarmowy. Nixon stawiał na powrót do koncepcji „koncertu mocarstw”, w której na temat porządku światowego ponad głowami maluczkich będzie negocjować pięć głównych sił globalnych – USA, ZSRR, Chiny, Europa i Japonia. W ramach tej polityki Nixon doprowadził zarówno do odwilży z Chinami, jak i z ZSRR. Oczywiście jesteśmy członkiem UE, a więc jednego z tych mocarstw w koncepcji Nixona, jednak w sytuacji postępującej dezintegracji Unii, której zresztą ochoczo przyklaskują polscy zwolennicy Trumpa, łatwo sobie można wyobrazić, że Europę w tym zestawieniu zastąpi najbliższy europejski sojusznik USA i najsilniejszy gracz na kontynencie, czyli Niemcy. Perspektywa ustalania swoich interesów przez USA, Niemcy i Rosję ponad głowami mniejszych państw naszego regionu musi jeżyć włos na głowie, nie zaś być powodem do fety.
Polscy zwolennicy Trumpa robią sobie nadzieje, że nowy POTUS, zgodnie ze obietnicą, doprowadzi do zniesienia wiz dla Polaków. Wydają się one jednak płonne. Zdecydowanie najważniejszym argumentem dla wyborców Trumpa za tym, by udać się do urn, był sprzeciw wobec imigracji (było to ważne aż dla 64 proc. jego zwolenników). Trudno przypuszczać, że Trump podejmie działania, które będą nie do przyjęcia dla 2/3 głosujących.
Niepoważne wydają się także nadzieje na zmianę gospodarczego paradygmatu rządzącego światem oraz poskromienie globalnych elit biznesowych. Twierdzenie, że Trump był kandydatem antyestablishmentowym, jest zupełnie niepoważne. To właśnie on wygrał w czterech najwyższych grupach dochodowych, nawet wśród osób zarabiających ćwierć miliona dolarów rocznie lub więcej. Tymczasem w najniższych grupach dochodowych dostał od Clinton lanie. Najlepszym dowodem na to, że elity biznesowe nie muszą się Trumpa obawiać, była reakcja giełdy nowojorskiej po wyborach, której indeksy zanotowały grubo ponad jednoprocentowe wzrosty – Dow Jones wzrósł nawet o 1,5 proc. Inaczej mówiąc, po wyborze Trumpa na Wall Street zapanował entuzjazm. Nic dziwnego, skoro zapowiedział on m.in. obniżkę podatku korporacyjnego z 35 proc. na 15 proc., co ma według niego skłonić firmy w USA do zatrudniania ludzi, choć firmy te już teraz mają zakumulowane rekordowe ilości kapitału, a więc nic nie stoi na przeszkodzie, by zwiększały zatrudnienie. Nie robią tego chociażby dlatego, że łatwiejszy zarobek mogą uzyskiwać dzięki inwestycjom na zderegulowanych rynkach finansowych w USA. Tymczasem trudno mieć nadzieję, że były spekulant na rynku nieruchomości zamachnie się akurat na tę świętość.
Jedyne czego możemy oczekiwać, to zwiększenia barier handlowych, czego efektem może być np. odejście od koncepcji TTIP. Jednak umowy handlowe to nie całość otoczenia gospodarczego. Jeśli USA rzeczywiście znacznie obniżą podatki korporacyjne, to tylko przyspieszą „wyścig do dna” państw na całym świecie, które już teraz ścigają się w przyciąganiu kapitału preferencyjnymi stawkami podatkowymi. Pogłębi to tylko negatywne tendencje w globalnej gospodarce. Gdyby USA stały się czymś na kształt gigantycznego raju podatkowego, co w czasach rządów Trumpa jest całkiem możliwe, to o skutecznej walce z optymalizacją podatkową moglibyśmy zapomnieć na lata.
Bez wątpienia niektóre diagnozy Trumpa były celne. Globalny zliberalizowany handel oraz przepływ kapitału doprowadziły do stagnacji płac i pogorszenia się sytuacji mas pracujących Amerykanów. Jednak recepty, które stawia Trump, są najgorszymi z możliwych. Rozwiązaniem problemów zliberalizowanej światowej gospodarki nie jest zahamowanie integracji politycznej krajów Zachodu w połączeniu z jeszcze większymi preferencjami podatkowymi dla amerykańskich korporacji. A wprowadzanie antyimigranckich rozwiązań tylko jeszcze zwiększy napięcia wewnątrz społeczeństw.
W zwycięstwie Trumpa najgorsza jest jednak feta, jaka ma miejsce w Polsce. Tania satysfakcja z rzekomego „dokopania establishmentowi” (a w rzeczywistości tylko części liberalnego establishmentu polityczno-medialnego) przesłania interesy naszego kraju, które w wyniku wyboru Trumpa mogą ucierpieć. Silna wspólnota bez wątpienia przetrwałaby Trumpa, Brexit, Le Pen, Hofera i Alternatywę dla Niemiec razem wzięte. Jednak wspólnota, w której debata o polityce zagranicznej jest zdominowana nie przez argumenty dotyczące dobra państwa, lecz przez ideologiczne spory, bez wątpienia poniesie porażkę. I to nie w efekcie takiego a nie innego wyniku wyborów w USA, lecz z powodu samej siebie.