Świńska sprawa

Podstawowa dziedzina polskiej gospodarki rolnej, tj. hodowla trzody chlewnej i bydła, od około 20 lat podlega ekspansji kapitału zagranicznego o charakterze kolonialnym. Do tej pory nie padło publicznie tak radykalne określenie, jednak poszczególne aspekty tego zjawiska są coraz częściej ujawniane i poddawane krytyce, np. podczas obrad Sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi czy też w artykułach w prasie specjalistycznej. Ekspansja ta odpowiada podręcznikowej definicji i jest bliska klasycznym wzorcom opisującym rozmaite wersje gospodarki kolonialnej. W przypadku polskiego sektora hodowli występują dwa podstawowe elementy konieczne do zaistnienia gospodarki typu kolonialnego:

1. wielki obcy kapitał

2. polityka państwa nastawiona na:

a) promocję tegoż kapitału i uzyskanie przez niego monopolistycznej pozycji na rynku kosztem rodzimych producentów,

b) maksymalną redukcję rodzimej hodowli,

c) degradację środowiska społecznego, tj. zniszczenie rodzinnej gospodarki wiejskiej.

Oryginalnym rysem polskiego modelu gospodarki kolonialnej w dziedzinie hodowli jest jego połowiczność i niekonsekwencja. Polski ustawodawca nie zdobył się tu na całkowite podporządkowanie ustawodawstwa podatkowego interesom wielkiego zagranicznego kapitału. Obie strony poprzestały na stosowaniu oszukańczej praktyki (fałszywe faktury), a więc na systemowym łamaniu przepisów podatkowych, bądź co bądź formalnie obowiązujących. Zatem można powiedzieć, że funkcjonowanie wielkiego sektora polskiej gospodarki oparte jest na systemowym łamaniu polskiego prawa podatkowego.

Mechanizm tej quasikolonialnej ekspansji obcego kapitału jest następujący: pod koniec XX wieku na terenie Polski nastąpiła inwazja amerykańskiego koncernu Smithfield Foods. Rozpoczęła się od wykupu, po radykalnie zaniżonych cenach, świeżo zmodernizowanych zakładów mięsnych Animex. Następnym etapem była budowa olbrzymich ferm tuczu przemysłowego na terenach popegeerowskich, w zasadzie eksterytorialnych i często nawet nierejestrowanych przez administrację wojewódzką (co wykazała kontrola NIK z 2006 r.). Towarzyszyły temu duże konflikty na tle nieliczenia się koncernu z przepisami ochrony środowiska i zatruwania okolicznych mieszkańców.

Głównym narzędziem ekspansji obcego kapitału w obszarze hodowli i eliminacji przez niego polskiej rodzimej gospodarki hodowlanej nie są jednak gigantyczne fermy tuczu przemysłowego, lecz wprowadzony ok. 2003-2004 roku system tuczu nakładczego (zwanego też tuczem kontraktowym). Polega on na tym, że do zbankrutowanego polskiego rolnika-hodowcy zgłasza się zagraniczna firma, która oferuje kredyt na rozbudowę chlewni. Następnie podpisywana jest umowa przewidująca dostarczanie do owej chlewni zakupionych zagranicą (najczęściej w Danii) warchlaków. Zadaniem polskiego hodowcy jest tucz warchlaków paszą dostarczoną przez zagraniczną firmę. Warchlaki i pasza są własnością tej zagranicznej firmy. Mimo iż pasza jest jej własnością, co zresztą precyzuje umowa, hodowca dokonuje fikcyjnego zakupu na podstawie fałszywej faktury wystawionej przez tę firmę. Jest ona podstawą do ubiegania się o nienależny zwrot VAT.

Zatem polskie państwo w dużym stopniu finansuje obcemu kapitałowi koszty osobowe hodowli w formie dodatkowego dochodu dla najętego polskiego hodowcy. Oprócz tego poszczególni uczestnicy obrad Sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi w grudniu 2015 r. wystąpili z twierdzeniem, że utuczone świnie, mimo iż są własnością zagranicznej firmy, w ubojniach są wystawiane jako własność polskiego hodowcy. Wynikałoby z tego, że ta operacja, wykorzystująca przepis zwalniający polskich rolników z PIT, służy omijaniu płatności podatku dochodowego przez wielki obcy kapitał.

Polski ustawodawca wyszedł naprzeciw interesom zagranicznych firm mięsno-hodowlanych. W 2004 r. w pośpiechu, tuż przed wstąpieniem do UE, przyjęto ustawę o podatku VAT, w której dla potrzeb zagranicznych firm zakwalifikowano usługi rolnicze, w tym tucz hodowlany, jako działalność rolniczą, wbrew postanowieniom istniejącej już ustawy o PIT. Ustawa o PIT zwolnienie rolników z podatku dochodowego ogranicza do działania wyłącznie na własny użytek, a więc wyklucza działania usługowe ze zwolnień od podatku dochodowego. Zatem od 2004 r. w interesie kapitału zagranicznego mamy potworka prawnego – współistnienie dwóch sprzecznych ze sobą ustaw, a nawet sprzecznych wykładni prawnych dotyczących zasad opodatkowania rolników.

Zatem, oprócz dopłat do produkcji na terenie własnego państwa, wielki kapitał otrzymuje unijne dopłaty rolnicze na terenie Polski, osobne premie preferujące wielkie gospodarstwa, premie eksportowe, i jeszcze nienależny zwrot VAT oraz prawdopodobnie zwolnienie z podatku dochodowego. Straty dla budżetu państwa z tytułu nienależnego zwrotu VAT w tuczu nakładczym trudno oszacować. Muszą być jednak olbrzymie.

W tej sytuacji polska hodowla nie ma żadnych szans konkurować z quasikolonialnym systemem, stworzonym przy współudziale polskiego państwa. Zwłaszcza że pojawiają się informacje o nękaniu i prześladowaniu skrajnie rygorystycznymi i zarazem absurdalnymi kontrolami (ok. 70 w ciągu roku!) wspólnotowych inicjatyw gospodarczych polskich rolników zrzeszających się w grupach producenckich.

Trzeba dodać, że nad całością przepływu stada i nad losem każdej pojedynczej sztuki sprawuje kontrolę Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Informacje o patologiach i przestępstwach podatkowych były za rządów Platformy Obywatelskiej dostarczane przez niektórych rolników miejscowym izbom skarbowym, a nawet wysyłane do Ministerstwa Finansów – bezskutecznie.

System tuczu nakładczego, będący podstawą systemu integracji pionowej (tj. sieć opiera się na własnej hodowli, własnych zakładach mięsnych i własnej dystrybucji) umożliwia obcemu kapitałowi dyktat cenowy i zmowę cenową (drastyczne zaniżanie cen) w punktach skupu, skutecznie eliminujące polską rozproszoną konkurencję. System ten jest prowadzony przez potężną grupę Animex (Animex, Morliny, Krakus, Yano i in.), przejętą w 2014 r. przez Chińczyków od Amerykanów. Grupa Sokołów to kapitał duński i fiński. Firma Poldanor – kapitał duński.

Innym czynnikiem, uderzającym wyjątkowo boleśnie w polską wieś, nie tylko w polską produkcję hodowlaną, lecz w ogół jej mieszkańców, jest zarzucenie przez poprzednie władze starań o sfinalizowanie prac nad ustawą normującą szkodliwe trujące wyziewy (tzw. ustawą odorową), spowodowane różnego rodzaju hodowlami (trzoda chlewna, hodowla drobiu, zwierząt futerkowych). Szczególnie dotkliwa i szkodliwa dla jakości życia na wsi jest przede wszystkim hodowla trzody chlewnej.

Z powodu braku rygorów określających i normujących jakość powietrza na wsi, Polska północna, a częściowo także środkowa, staje się ściekiem hodowlanym dla hodowli duńskiej, masowo przenoszonej na teren naszego kraju. Brak przepisów ochrony środowiska jest jeszcze jedną wydatną formą pomocy i wspierania zagranicznych firm, ponieważ zwalnia uczestników tuczu nakładczego z wydatków na te kwestie oraz z kłopotliwych działań o charakterze organizacyjnym.

Trzeba dodać, że umowa na prowadzenie tuczu nakładczego, zawarta między zagraniczną firmą a polskim hodowcą, obowiązkiem utylizacji ogromnych mas gnojowicy i ochrony środowiska obciąża wyłącznie polskiego hodowcę, który nie ma możliwości sprostania tym obowiązkom. Natomiast służby ochrony środowiska, niewyposażone przez ustawodawcę (celowo?) w skuteczne narzędzia prawne, chociażby w ograniczonym zakresie nie starają się dyscyplinować hodowców prowadzących tucz nakładczy i nie angażują się w ochronę środowiska.

System tuczu nakładczego może stać się ogromnym zagrożeniem dla polskiej własności ziemi z powodu uzależnienia od kredytów na budowę chlewni, zaciągniętych od zagranicznych firm mięsno-hodowlanych.

Zaniedbując rozliczenie i zdemaskowanie działań liberalnych władz, łamiących na olbrzymią skalę prawo finansowe w interesie obcego kapitału (i swoim własnym) w dążeniu do skolonizowania polskiej wsi przy udziale i pomocy tegoż kapitału, PiS rezygnuje ze swojego podstawowego atutu propagandowego. Warto by też postawić pytania: do jakiego modelu gospodarki rolnej dąży w rzeczywistości PiS, skoro tak bardzo nie spieszy mu się do położenia kresu neokolonialnemu procederowi w sektorze hodowli? I jak się ma ta inercja PiS do deklarowanej wierności konstytucyjnemu zapisowi o prymacie gospodarki rodzinnej w polskim rolnictwie?

Pańska Polska (w ciągłej budowie)

Droga Chaławy-Piotrowo, okolice wielkopolskiej Brodnicy, gdzie za neogotyckim kościołem mieści się pusty grób Józefa Wybickiego, wrzesień 2016 r. Droga – to brzmi dumnie. I już mocno na wyrost. Asfalt jest zryty i solidnie podniszczony na długich odcinkach. Tak wygląda mnóstwo lokalnych wąskich dróg w tej okolicy. Korzystają z nich nie tylko mieszkańcy coraz bardziej wyludnionych miejscowości, ale w znacznej mierze intensywnie użytkuje je także lokalny latyfundysta, właściciel sporej części dawnego PGR Manieczki. A zatem po tym dogorywającym asfalcie, położonym pewnie jeszcze w latach 60. XX wieku, przemieszczają się potężne ciągniki, siewniki, pługi zagonowe jednobelkowe, przyczepy ciężarowe, agregaty uprawowo-siewne, agregaty ścierniskowe podorywkowe, transportery do zbioru kapusty, brony talerzowe, rozrzutniki obornika, szuflo-krokodyle, zęby robocze, wały posiewne uprawowe, ładowacze czołowe i wiele, wiele innego sprzętu, o którym nie musimy nic wiedzieć, gdy w większym lub mniejszym mieście na straganie albo między sklepowymi półkami przebieramy między pieczywem, nabiałem, owocami, wędlinami, warzywami i dietami oferującymi lepsze życie, dobry metabolizm i prawidłowe wypróżnienie. Albo po prostu gwarantując sobie dalsze trwanie w ramach codziennej egzystencji.

Jest początek września, nigdzie się nie spieszę, obserwuję znój i odpoczynek wsi w czas babiego lata. W gieesie, który dawno przestał być gieesem, bo został sprywatyzowany i daje solidny dochód żyjącym z kilku takich sklepów właścicielom, ściskamy sobie ręce z lokalnym bywalcem, który patrzy na świat przez wielkie okulary z grubymi szkłami korekcyjnymi i chucha pogodnym piwnym śniadaniowym chuchem. Nigdzie się nie spieszy, zna wszystkie lokalne sprawki, żyje w symbiozie ze sprzedawczyniami i sklepowym zeszytem, a uśmiech ma tak życzliwy, że nawet czarne pieńki zębów w rozdziawionych ustach przekonują, iż żyjemy na najlepszym ze światów. I ma to potwierdzenie nawet w tym sklepiku. Niegdyś wszystkie towary oddzielały tam od klienta godne PRL-owskie lady: ta zwykła i ta chłodnicza. A za chlebem, gorącym, niekrojonym, sycącym i smacznym stać trzeba było w długiej kolejce – aż przywiozą, aż wydadzą, kto ile zamówił. Dziś w sklepie jest samoobsługa, chipsy o wielu nie-smakach i kapitalizm.

Wrzesień, polski wrzesień. Nie spadają bomby, nie nurkują Sztukasy – lichwiarze oferują pieniądze na publiczną, ponoć darmową szkołę. W całej okolicy jest dużo reklam chwilówek, jakieś lokalne firmy, do tego chyba Provident, jakaś szmata reklamowa Bociana na ceglanym pruskim murze zabudowań dawnego dworca kolejowego. Ludzie kupują za lichwę przyszłość swoich dzieci: dzieci chcą mieć nie tylko książki, chcą mieć buty i gadżety, są przystosowane do życia w realnym liberalizmie i jego konsumpcji, wiedzą, że prestiż buduje się na posiadaniu, że być to mieć, a kto sądzi inaczej, temu się stawia brzydkie pomniki, zaklina się go rondami, by nie wygrażał z zaświatów, i sprawa załatwiona. Zatem lichwa zabiera rodzicom ich marny zarobek, ich czas na sen i odpoczynek, ich ludzkie życie. By nawiązać do Szekspira: co odkroić od kości? Skąd wziąć funt ciała? Skąd dokąd do krwi ciąć żywe mięso? Ile kilogramów człowieka? Ile procent duszy? Jest piękne babie lato, lichwiarze oznaczyli okolicę, ludzie szukają pieniędzy – a przecież wiele rodzin i tak dostaje kasę od swoich bliskich, którzy wyjechali za granicę. A jednak nie wystarcza, bo zarabia się mało, bo dzieci chcą więcej, bo stare auto żre, a autobusy i pociąg prawie nie jeżdżą.

Na tej drodze wszystko widać. Rowerzyści w kufajkach, z pracy i do pracy. Kobiety z siatkami na rdzewiejących damkach. Dużo sprowadzonego z Niemiec szrotu. A raz po raz, najrzadziej, duże drogie samochody na bocznych, poniszczonych do cna publicznych drogach polskiej rzeczywistości. Wszystko, wszystko na wsi dobrze widać. Jak w miniaturze widać, jak rośnie pańska Polska, jaką nicością jest prowincjonalne państwo, jaki dystans dzieli tych, co odrywają karteczki od chwilówkowych ulotek od tych, co mieszkają w pobudowanych niedawno w okolicy naprawdę wielkich domach; widać, jaki dystans dzieli tych, co choćby u diabła kupią złotówkę, by oddać dwa złote, od menedżerów i prezesów, co bawią się czasem w dworkach odrestaurowanych jako hotele.

A że rodzime archetypy są oparte na magnacko-szlacheckiej mitologii, to pańska Polska w ciągłej budowie, z jej rozwarstwieniem, przyzwoleniem na cywilizacyjną atrofię rejonów, w których żyją ludzie eksploatowani przez bogatszych, właściwie nie dziwi. Przepoczwarzenie polskości, jakie się wydarza wskutek zderzenia realnego kapitalizmu ostatnich dekad z narodową obyczajowością, dość chyba jednak naskórkowo zmienioną przez realny socjalizm, nie pozostawia złudzeń: budujemy kraj oparty na silnej hierarchizacji powstałej w wyniku rozwarstwienia. O ile 500+ stanowi pewnego rodzaju korektę, czy może nawet wentyl bezpieczeństwa dla systemu pańskiej Polski, to daleko stąd jeszcze do zmiany samoświadomości społeczeństwa i jego wizji porządku społeczno-gospodarczego. Publicystycznym skrótem: dopóki Polki i Polacy nie odkryją na nowo pożytków płynących z egalitaryzmu i etatyzmu, dopóki będą się samozatruwać ksenofobią, to nie wydarzy się żadna dobra zmiana jako głęboki proces społeczny i państwowy. Chore jest także to, że znaczna część elit współczesnej Polski uwielbia własny dobrobyt, ale nienawidzi państwa, choć nie śmierdzą im pieniądze podatnika. Ba, im bardziej chwalą liberalizm, tym łatwiej w sytuacji politycznej koniunktury znajdują ścieżki do państwowych wodopojów.

Wiem, to, co powyżej, to znów dość ogólna konstrukcja. Tylko że to wszystko ma przełożenie na życie milionów konkretnych ludzi, na tak banalne życiorysy, że prawie nigdy ich nie widać. Przypominam sobie jak dwa, trzy lata temu, w rodzinnej wsi razem z sąsiadką wsiedliśmy do jednego z niewielu autobusów, który stamtąd wyjeżdżał. Sąsiadka jest po sześćdziesiątce, musiała coś załatwić w miejskim urzędzie oddalonym o kilkanaście kilometrów. Było około ósmej rano. Na miejscu byliśmy może pół godziny później. Autobus powrotny był po piętnastej. Spacerowałem po miasteczku, wpadłem do znajomych, do księgarni, wypiłem kawę, spacerowałem nad rzeką, poszedłem do lokalnej biblioteki z dostępem do internetu. Gdy wróciłem na dworzec autobusowy, sąsiadka już tam siedziała. Ponad sześćdziesięcioletnia kobieta spędziła na tym dworcu około pięciu godzin, czekając na powrotną komunikację. Na szczęście latem, na szczęście w bezpiecznej okolicy, na szczęście o własnych siłach. Dodam jeszcze, choć to niewiarygodne: tych parę lat temu komunikacja publiczna była tam nieco mniej zwinięta niż obecnie…

Oto miara cywilizacji, miara realiów w państwie, w którym elity a to bronią wartości, a to demokracji – ale w swoim egoizmie warstwy uprzywilejowanej już dawno odwróciły się najmniej przyzwoitym otworem ciała do sporej części Polski. I co najwyżej potrafią się między sobą licytować, kto bardziej winien, kto zorganizował te urocze zawody w zwijaniu ładu instytucjonalnego i infrastruktury publicznej w ich różnych wymiarach. Ale przecież łatwo sprawdzić, choćby w Wikipedii, kto rządził pańską Polską w poszczególnych latach; łatwo sprawdzić, kto kiedy w jakiej był partii, na jakie hasła się powoływał i jakie to skutki miało w praktyce; łatwo też sprawdzić, jak opisywali rodzimą rzeczywistość i jakie podsuwali recepty wpływowi redaktorzy, publicyści, osoby opiniotwórcze, przeróżne autorytety, specjaliści od katolickich wartości i od europejskich standardów demokratycznych.

Konsekwentnie pokazuję tylko pewien wycinek rodzimej rzeczywistości. A przecież należałoby to uzupełnić o wielkomiejską tragedię ludzką, związaną choćby z reprywatyzacją. Wszystkie te namiętności, podłość, obojętność, strach, zaszczucie, stresy wpędzające w chorobę, samobójstwa eksmitowanych, splendor władzy i pieniądza dla tych, którym wolno było w majestacie prawa krzywdzić słabych. Tym wszystkim czuć pańską Polskę – od zadaszeń, przez salony, po jej suteryny. Wiele można by również opowiadać o większych i mniejszych miasteczkach, w których także każdy dobrze już zna swoje miejsce w szeregu i wie, ile ma rąk do uściśnięcia, a ile dup do wycałowania, żeby dostać/utrzymać pracę. Nie spodziewam się fali powrotów do Polski, choć prezydent Duda – jak rozumiem, była to raczej głęboko zakamuflowana smutna ironia – mówił coś w Anglii o szansach, jakie dają młodym start upy. I nie chodzi wcale o PiS. Po prostu mało kto wróci do państwa, które co do zasady czyni z uboższych nawóz pod dobrobyt dość nielicznych. Niezależnie od tego, kto będzie rządził pańską Polską, żadnych realnie znaczących powrotów nie będzie: dopóki nie zacznie się odbudowa cywilizacji na szeroką skalę, dopóty emigracja będzie dramatyczną koniecznością – także dla tych, którzy w krajach, gdzie uciekają od realnej polskości wcielonej w III Rzeczpospolitą, najbardziej nienawidzą innych migrantów ekonomicznych.

Egalitaryzm i etatyzm – albo dalsze zdziczenie, które nie przestanie śmierdzieć bezwzględnością nielicznych i krzywdą znacznie liczniejszych, nawet pokropione kropidłem, nawet polukrowane wielkomiejską paplaniną o liberalnej demokracji. Egalitaryzm i dobrze pojęty etatyzm – albo przeklęta pańska Polska, jej wieczne sobkostwo, sobie-pańskość, „wzbogacone gburostwo” i wsobność.

Pełzająca dominacja algorytmów

Algorytmy zaczynają decydować o naszych losach. Jeżeli ich stosowanie ma przynieść postęp społeczny, musimy zdobyć się na ich krytyczną ocenę.

Słowo „algorytm” było do niedawna dla większości z nas jedynie elementem żargonu informatyków. Należało mu poświęcać tyle uwagi, ile poświęca się pojęciom z zakresu geologii lub lingwistyki – czyli bardzo niewiele. Dzisiaj rzecz wygląda inaczej: niemiecka wersja Google News (usługa umożliwiająca przeszukiwanie mediów internetowych) po wpisaniu hasła „algorytm” oferuje prawie 150 tysięcy wyników w serwisach informacyjnych – tytuły artykułów to na przykład: „Algorytm rozpozna kłamliwe e-maile”, „Przejrzystość: algorytm Amazona wprowadza klientów w błąd”, „Wskazówki dotyczące pisania listu motywacyjnego: sposób na przechytrzenie algorytmu”. Tytuły te dobrze ilustrują rolę, jaką algorytmy zaczęły od niedawna odgrywać w naszym życiu.

Algorytmy nie odczuwają głodu

Upraszczając, algorytmy to zadania do wykonania przez programy komputerowe. Definiują one, jakie czynności w jakiej kolejności wykonać. Jako takie nie są więc niczym nowym – pierwszy algorytm służący do programowania poprzednika dzisiejszych komputerów powstał już w XIX wieku. Obecnie coraz bardziej przenosimy swoje życie do cyfrowego świata, zabierając tam mnóstwo cyfrowych danych (tzw. big data) podatnych na analizę. To daje algorytmom nowe pole działania. Z takiej analizy coraz częściej wyciągane są konsekwencje dla naszego cyfrowego, a także rzeczywistego życia. Problematyka algorytmów zaczyna dotyczyć bezpośrednio każdego z nas.

Obecnie z algorytmów korzysta się na przykład w zarządzaniu zasobami ludzkimi. Szacuje się, że w Stanach Zjednoczonych ponad 70% CV w ogóle nie przechodzi przez ręce żywego rekrutera – są selekcjonowane przez algorytmy. Algorytmy decydują też o tym, co wyświetli nam się w internecie, obojętnie, czy chodzi o reklamę szytą na miarę użytkownika, czy o cenę produktu w sklepie Amazona, która jest różna – i można to udowodnić – dla różnych klientów. Zazwyczaj także decydują o tym, czy i na jakich warunkach otrzymamy pożyczkę albo jakie stawki ubezpieczeń zostaną nam zaoferowane. W Stanach Zjednoczonych algorytmów używa się również do przewidywania prawdopodobieństwa recydywy w odniesieniu do więźniów. To tylko kilka przykładów.

Podczas analizy big data korzysta się z algorytmów głównie ze względu na ilość danych, z którymi człowiek mógłby poradzić sobie jedynie z wielkim trudem lub których przetwarzanie leży całkiem poza jego możliwościami. Jednocześnie algorytmy mają służyć eliminacji tzw. czynnika ludzkiego – udowodniono na przykład, że sędziowie wydają surowsze wyroki, gdy są głodni, a rekruterzy nie wybierają kandydata do pracy wyłącznie na podstawie kompetencji aplikującego, lecz także na podstawie jego podobieństwa do nich samych. A ponieważ algorytmom głód raczej nie przesłoni prawidłowego wnioskowania, wierzymy w ich obiektywność i racjonalność.

Niektórzy obserwatorzy zaczęli jednak podważać to założenie. Często zapominamy bowiem, że algorytm został przez kogoś stworzony i że również ta osoba nie reprezentuje neutralnego lub obiektywnego punktu widzenia. Sposób, w jaki algorytm został zdefiniowany, musi więc nieuchronnie obejmować zniekształcenia poznawcze uwarunkowane subiektywnym odbiorem rzeczywistości przez tę osobę, a nawet powielać stereotypy. Typowym przykładem jest wpisanie w algorytm rzekomo obiektywnych kryteriów, takich jak osiągnięty poziom wykształcenia czy miejsce zamieszkania. Czy formalnie osiągnięty poziom wykształcenia rzeczywiście mówi cokolwiek o przydatności kandydata na dane stanowisko? Czy przez mechaniczną klasyfikację osób według powyższych kryteriów nie wykluczamy tych, które nie miały jednakowych warunków wyjściowych, jak cała reszta? Czy nie reprodukujemy ich wykluczenia społecznego?

Rasizm maszyn

Problem pojawia się także podczas selekcji danych, na którą może wpływać specyficzna wizja świata, co następnie rzutuje na wyniki analizy. Należy także liczyć się z faktem, że same dane zawierają zniekształcenia rzeczywistości lub wzory społeczne, których powielanie czy wzmacnianie nie leży w naszym interesie. Na przykład grupy wykluczone są w danych reprezentowane w mniejszym stopniu albo w sposób, który odpowiada ich dyskryminacji. Przykładem jest mniejszy udział kobiet na stanowiskach kierowniczych. Na takiej podstawie algorytmy nie powinny jednak ślepo formułować przewidywań i zaleceń co do przyszłości ani ukierunkowywać czyichś zachowań.

Konkretnych przykładów tego rodzaju kłopotów z algorytmami jest coraz więcej – do bardziej zabawnych należy próba zorganizowania konkursu piękności, którego celem było wyłonienie „obiektywnie” najpiękniejszego człowieka. Ludzie zostali zaproszeni do wysyłania swoich zdjęć, na podstawie których algorytm miał wybrać najpiękniejszą osobę. Zdjęcia przesłało jednak znacznie mniej osób o ciemnym kolorze skóry, przez co były o wiele słabiej reprezentowane wśród zwycięzców. Algorytm na podstawie niższej reprezentacji takich osób w danych wejściowych wywodził, że cechy charakterystyczne ich urody stanowią raczej negatywne odchylenie od powszechnie przyjętego wyobrażenia na temat piękna. Mniej zabawna jest natomiast sytuacja, kiedy kobietom w internecie wyświetla się mniej ogłoszeń o pracę na wyższych stanowiskach. Dzieje się tak, ponieważ algorytm z faktu, że są na takich stanowiskach mniej reprezentowane, wywodzi, iż kobietom nie przysługują stanowiska tego rodzaju. Dochodzi tym samym do reprodukowania istniejącego niesprawiedliwego porządku rzeczy. Do najbardziej drastycznych przykładów można zaliczyć wyniki krytycznej oceny algorytmu, którego celem było przewidywanie prawdopodobieństwa popełnienia recydywy przez więźniów w Stanach Zjednoczonych. Wynika z niej, że dla kryminalistów o ciemnym kolorze skóry istnieje dwukrotnie wyższe prawdopodobieństwo, iż ryzyko recydywy zostanie dla nich przewidziane błędnie, podczas gdy kryminalistom o białym kolorze skóry dwa razy częściej błędnie przypisuje się bezproblemowość.

Im powszechniej używa się algorytmów do analizy danych, tym częściej należy myśleć o możliwych pułapkach. Taką refleksję utrudnia jednak fakt, że nie zawsze możemy się w ogóle dowiedzieć, czy tego rodzaju analiza została w danym przypadku przeprowadzona. Odrzuceni kandydaci do pracy nigdy się nie dowiedzą, czy nie zostali wyselekcjonowani przez algorytm zawierający przesłanki o charakterze dyskryminacyjnym. Dokładna budowa algorytmów oraz dane, na których bazują, stanowią u większości programów i aplikacji ściśle strzeżoną tajemnicę handlową, a zatem bardzo trudno poddać je krytycznej ocenie. Jeśli jednak ma miejsce ich wykorzystywanie w usługach publicznych – jak choćby w przypadku wspomnianego algorytmu przewidującego recydywę – powinniśmy się domagać ujawnienia mechanizmu ich działania oraz odpowiednich danych.

Z całości można wyciągnąć jeszcze jeden wniosek: nie tylko w czeskiej debacie publicznej coraz częściej słyszymy o tym, że szybki postęp technologiczny pociąga za sobą coraz większe zapotrzebowanie na osoby z wykształceniem technicznym. Społeczne skutki niewłaściwego stosowania algorytmów są jednak dość dobrym przykładem na to, dlaczego w erze cyfrowej być może bardziej potrzebni będą ludzie z wykształceniem humanistycznym, zdolni do zwrócenia uwagi na podobne zagrożenia. Tylko właściwie ukierunkowany rozwój technologiczny możemy nazywać postępem. Od osób wykształconych czysto technicznie raczej trudno oczekiwać, że będą to ukierunkowanie korygować. Decydujące znaczenie dla przyszłości będzie mieć ścisła interdyscyplinarna współpraca dyscyplin humanistycznych i technicznych.

Tłumaczenie Krzysztof Kołek
Artykuł pierwotnie ukazał się na stronie A2larm.cz – w czeskim internetowym dzienniku związanym z pismem „A2”. Przedruk za zgodą autorki.

NGO-izacja społeczeństwa politycznego i segregacja ekonomiczna

Zaniepokojony hurraoptymistycznym tekstem Piotra Pacewicza oraz krytyką partii Razem za brak poparcia marszów KOD, doszedłem do wniosku, że obie wyrażone postawy wynikają ze wspólnej im niewiedzy na temat ekonomii politycznej segregacji we współczesnym świecie.

Ideologia społeczeństwa obywatelskiego służy idealizacji organizacji pozarządowych jako bardziej efektywnych i bardziej demokratycznych niż demonizowane instytucje państwa opiekuńczego i administracji publicznej. Żadne badania nie są w stanie potwierdzić tej demagogii. Promocja tzw. trzeciego sektora stanowi istotny, choć nie kluczowy element ataku ekonomicznej oligarchii na instytucje państwa opiekuńczego, wydatki społeczne, redystrybucję zasobów. Kluczowym elementem tego procesu jest zniszczenie progresywnego systemu podatkowego. NGO-izacja, czyli obejmowanie coraz większej liczby funkcji przez organizacje pozarządowe, jest tylko symptomem ekonomicznej dyskryminacji mas. Społeczeństwo obywatelskie jest ideologią NGO-izacji.

Powszechnie podzielana teza o pozytywnym wpływie trzeciego sektora na społeczeństwo jest nie do obronienia na gruncie empirycznym. Proste statystyki pokazują, że jest dokładnie odwrotnie, niż się powszechnie sądzi: im więcej jest organizacji pozarządowych1, tym więcej osób spędza część życia w więzieniach2, tym więcej osób żyje poniżej granicy ubóstwa3, tym niższy jest udział w PKB wydatków państwa na szkolnictwo i służbę zdrowia4, a nawet tym niższy staje się kapitał społeczny (sic!)5. I nie są to statystyki charakterystyczne tylko dla Polski, ale także dla wielu innych państw z grona zwanego demokratycznym, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Coś, co z perspektywy pojedynczej organizacji wygląda niezwykle chwalebnie i korzystnie, w wymiarze makroekonomicznym ma katastrofalne efekty. Pisząc bardziej dosłownie: im więcej grantów i projektów z Unii Europejskiej przerabiają polskie NGO-sy, tym trudniejsza jest sytuacja życiowa uboższej części społeczeństwa.

Organizacje pozarządowe przyczyniają się do depolityzacji społeczeństwa. Służy temu ich sposób funkcjonowania, oparty na publicznych grantach i dotacjach. Stanowi on mechanizm instytucjonalizacji ruchów politycznych (zwanych w konsekwencji „społecznymi”) w organizacje usługowe, zajmujące się łataniem dziur po niedofinansowanych instytucjach państwa opiekuńczego. Przy czym ideologiczne określanie ruchów politycznych mianem społeczeństwa obywatelskiego, a nie politycznego, służy li tylko legitymizacji ich NGO-izacji.

Na tym się jednak nie kończy. Organizacje pozarządowe stanowią element pośredni w drodze do prywatyzacji usług publicznych – poprzez wprowadzanie ukrytych za konstrukcją „składek” opłat za dostarczane przez siebie usługi. To jednocześnie mechanizm unikania opodatkowania w postaci składek i darowizn. Nie bez powodu fundacje cieszą się niechlubną opinią pralni pieniędzy. W tej chwili, dzięki ustawie pozwalającej na zamianę szkół publicznych w społeczne, czyli zarządzane przez stowarzyszenia i fundacje, odbywa się masowa prywatyzacja szkolnictwa. Zatrudniani w tak sprywatyzowanych placówkach nauczyciele nie podlegają już opiece układu zbiorowego zwanego Kartą Nauczyciela. I nie ma żadnych gwarancji, że w przyszłości szkoły te nie zaczną pobierać opłat, wbrew temu, co napisał Pacewicz.

Wbrew powszechnym poglądom, organizacje pozarządowe nie zajmują się pomaganiem ludziom ubogim. Przytłaczająca większość z nich nastawiona jest na zaspokajanie pretensjonalnych aspiracji i stylu życia liberalnej klasy średniej. Tylko niewielki odsetek organizacji, i to głównie religijnych, wspiera ubogich. Organizacje te nie pomagają jednak w wyjściu z ubóstwa, lecz sprawiają, że ubóstwo staje się bardziej do zniesienia. Jest to zgodne z konserwatywną wizją świata, w której bieda jest naturalnym porządkiem rzeczy i służy jako tło działalności łaskawych i szlachetnych filantropów z klasy wyższej. Finansowane poprzez system regresywnych podatków organizacje pozarządowe są elementem systemu wyzysku pracowniczych klas ludowych. Wspieranie organizacji pozarządowych jest jak leczenie choroby przez wzmaganie jej symptomów.

Jesteśmy obecnie świadkami zorganizowanego działania liberalnych elit, skierowanego przeciw masom tzw. klas ludowych: działania nastawionego na ich wyalienowanie przez ograniczenie dostępu do szkolnictwa, opieki społecznej i zdrowotnej, oraz podporządkowanie przez pułapkę kredytowego zadłużenia. Społeczeństwo obywatelskie służy tu tylko jako ideologiczny parawan, figowy listek zasłaniający brak systemowego wsparcia, w istocie będąc koniem trojańskim neoliberalnej polityki cięć wydatków społecznych. To tylko pretensjonalne i narcystyczne mrzonki nowobogackiej klasy średniej. Organizacje pozarządowe nie są w istocie odpowiedzialne za powstały stan rzeczy, nie są czynnikiem sprawczym, ale zaledwie symptomem zachodzących procesów. Prawdziwa gra toczy się bowiem zupełnie gdzie indziej.

Istota problemu tkwi w tym, że trzeci sektor organizacji pozarządowych nie jest rzeczywistą alternatywą dla instytucji państwa opiekuńczego. Jedyną realną alternatywą dla państwa opiekuńczego jest państwo policyjne. Taki wniosek należy wysnuć z podanych wyżej statystyk zwiększających się populacji więźniów. I taki jest populistyczny ideał ekonomicznych liberałów (a właściwie kapitalistów), pokrętnie ukrywany za stwierdzeniami o państwie jako nocnym stróżu albo o państwie minimalnym. Gdy się obserwuje postępującą militaryzację państwa i rosnący aparat inwigilacji, jasnym się staje, że państwo policyjne liberałów wcale nie jest państwem minimalnym. Jego funkcją jest, jak twierdzą liberałowie, „ochrona własności prywatnej”, czyli utrzymywanie systemu ekonomicznej segregacji na klasy posiadające własność i klasy jej pozbawione. To przedstawiciele liberalnej klasy średniej chcą inwigilować i kontrolować beneficjentów opieki społecznej bardziej niż rząd PiS. Stworzenie systemu policyjnej represji służy utrzymaniu mechanizmów wyzysku bezpośredniego przez tzw. pracodawców i pośredniego za pomocą regresywnego systemu podatkowego. Sam system mandatów również może służyć wyzyskowi ekonomicznemu. Kryminalizacja biedy ostatecznie może nawet prowadzić do pozbawienia praw politycznych objętych nią obywateli, jak ma to miejsce w Stanach Zjednoczonych. Zakaz aborcji jest jednym z głównych narzędzi kryminalizacji ubóstwa.

To przeciwko tym mechanizmom głosowano w ostatnich wyborach. W przeciwieństwie do instytucji nadzoru, jakiekolwiek szerzej zakrojone programy społeczne możliwe są do sfinansowania wyłącznie za pomocą progresywnego systemu podatkowego. Obietnice poprawy i poluzowania reżimu fiskalnego znalazły się zarówno w postulatach PiS (program 500+ jako element progresji podatkowej w postaci tzw. podatku negatywnego, które to rozwiązanie postulowałem już w 2009 r.), jak i PO (likwidacja składek ZUS – najbardziej regresywnego podatku w Polsce). Wygrała bardziej zrozumiała i bezpośrednio wpływająca na życie przeciętnego obywatela opcja pierwsza, ale kłopot z drugą pozostał (plus klasyczny problem z warunkowym przyznawaniem 500+ na pierwsze dziecko, co powoduje wypychanie beneficjentek z rynku pracy).

Kształt struktury wydatków państwowych jest uzależniony od struktury przychodów. Obecnie problemem jest to, że miłościwie nam rządząca partia zdaje się nie rozumieć, w jaki sposób funkcjonuje bieżący system podatkowy, który ma sfinansować jej rzekomo socjalne tudzież narodowe obietnice. Świadczy o tym powierzenie stanowiska ministra finansów radykalnemu liberałowi ekonomicznemu i akolicie Janusza Korwin-Mikkego – wroga wszelkich podatków poza skrajnie regresywnymi pogłównymi. Niestety, frakcja skrajnych liberałów ekonomicznych o silnych powiązaniach zawodowych z sektorem bankowo-finansowym monopolizuje stanowiska gospodarcze i finansowe w każdym dotychczasowym rządzie początku transformacji ustrojowej. Ekonomiści są obecnie kształceni wyłącznie w ramach wąskiego neoliberalnego podejścia, a brakuje świadomości, że stanowiska gospodarcze mogą być obsadzone przez osoby o innym wykształceniu – np. historyków, politologów, filozofów czy socjologów ekonomicznych. Rządzący zdają się być ślepi na jakiekolwiek inne szkoły i podejścia ekonomiczne. A Polacy przez lata głosowali na ugrupowanie, które powinno prowadzić lewicową politykę, lecz tego nie robiło, zupełnie dyskredytując socjalną lewicowość.

Fakt, że stanowiące znacznie większe niebezpieczeństwo dla naszej demokracji korporacyjne porozumienia CETA i TTIP nie wywołują w Polsce podobnie masowych protestów, napawa grozą. Wynika to z partyjnie sterowanego charakteru afektywnej mobilizacji bieżących antyrządowych protestów. Występujące patetycznie na pochodach KOD i prezentujące się jako obrońcy społeczeństwa obywatelskiego i Trybunału Konstytucyjnego, partie Nowoczesna i PO są większym zagrożeniem dla demokracji niż PiS, ze względu na swe pełne hipokryzji programy ekonomiczne, których efektem może być tylko pogłębienie segregacji społecznej. Ekonomiczna dyskryminacja i oligarchizacja są największymi wrogami demokracji. Regresywny system podatkowy jest mechanizmem antydemokratycznym.

Obserwując pogardliwy stosunek przedstawicieli klasy średniej do ubóstwa nie można być zdziwionym, że to właśnie wśród nich najbardziej popularne są postawy nacjonalistyczne, eufemistycznie nazywane konserwatywnymi. To w „liberalnej” klasie średniej najbardziej rozpowszechnione są postawy nacjonalistyczne, szowinistyczne i ksenofobiczne, a w efekcie – postępują sukcesy wyborcze skrajnej prawicy. Prowadzący do podziałów liberalizm ekonomiczny idzie w parze z postawami nacjonalistycznymi. Neoliberalnych i nacjonalistycznych polityków łączy wiele, ale przede wszystkim wspólna polityka totalnego dyskredytowania lewicy i socjaldemokracji. Nie dziwne więc, że scenę polityczną zdominowały jedynie te dwa rodzaje partii. Z pogardy wynika strach przed ubogimi, który jest tym większy, im większy jest dystans ekonomiczny dzielący obie klasy. Poziom obawy klasy średniej przed degradacją warunkowany jest stopniem zubożenia i trudnymi warunkami bytowymi najuboższych. Na rekinów sukcesu, którym się powinie noga, zawsze czeka armia bezdomnych, którym nikt przecież nie jest skłonny pomóc.

Zamiast zaszczytnej alienacji, elitom zamkniętym w grodzonych osiedlach klasowej segregacji potrzebna jest nauka racjonalnej empatii. Jak pisał Tocqueville, „dobrze pojętego interesu”, a nie konkurencji, oraz praca u podstaw demokratycznego systemu, a nie na jego wyimaginowanych szczytach. Stawiam w tym miejscu postulat i tezę, że u podstaw prawdziwie demokratycznego systemu politycznego znajduje się przede wszystkim progresywny system podatkowy. Między ekonomią a demokracją zachodzą ścisłe związki, a głównym zwornikiem pomiędzy nimi jest system podatkowy.

Jednym z rozwiązań łączących bezpośrednio progresję podatkową z prawami politycznymi byłoby finansowanie przez państwo wypłat wyborczych za udział obywateli w wyborach (zamiast karania za brak uczestnictwa, jak w niektórych krajach) – byłaby to forma płacy za sprawowanie „urzędu państwowego wyborcy”, odwołując się do platońskiej terminologii. Rozumiana również jako forma nagrody, nawet symbolicznie skromna wypłata wyborcza, umożliwiłaby aktywizację głosujących, którzy nie widzą związków korzyści ekonomicznych z partycypacją polityczną. Z drugiej strony, wprowadzenie górnego limitu wydatków partyjnych na kampanie wyborcze ustanowiłoby barierę dla korporacyjnego lobbingu, zwłaszcza zagranicznego. Rozwiązania te poszerzyłyby bazę wyborczą i ograniczyły wpływy oligarchii na proces wyborczy.

Ostatnie wybory polityczne mas oraz mowa nienawiści przedstawicieli klasy średniej pod adresem beneficjentów programu 500+ wydają się wskazywać, że polityczna linia podziału na prawicę i lewicę ma charakter tylko estetyczny. Prawdziwe, „określające świadomość” interesy ekonomiczne rozgrywają się pomiędzy neoliberałami z ich ekonomicznym szowinizmem, a socjaldemokratami dążącymi do regulacji kapitalistycznego rynku w celu poprawy sytuacji życiowej wykluczonych i dyskryminowanych. Piramida potrzeb Maslowa nie zdezaktualizowała się jeszcze i należy pamiętać o kolejności ich zaspokajania. To właśnie teraz, gdy do głosu doszły masy, z całą rażącą wyobcowane elity estetyką konieczności istnienia, a z drugiej strony, gdy elity uciekły się do obrony swych wartości w emocjonalnych zachowaniach masowych, znaleźliśmy się na drodze ku prawdziwej, a nie fasadowej demokracji. Dopiero teraz możliwa stała się dyskusja nad prawdziwymi źródłami i podstawami demokracji. To nie społeczeństwo obywatelskie, ale świadome swych interesów, podziałów klasowych, sytuacji społeczno-ekonomicznej oraz możliwych rozwiązań i kompromisów społeczeństwo polityczne jest warunkiem istnienia prawdziwej demokracji.

Nowoczesne demokracje wywalczone były w politycznej walce mas robotniczych, pracowniczych i ludowych równolegle z nowoczesnymi rozwiązaniami opiekuńczymi, czyli prawami socjalnymi. Nowoczesne demokracje, w prawdziwym rozumieniu tego słowa, powstały jako państwa socjaldemokratyczne, a nie liberalne demokracje. Innymi słowy, pełna demokracja została osiągnięta tylko w tych państwach, które wprowadziły rozwinięte programy socjalne. Podobnie, żadne państwo, które osiągnęło wysoki poziom rozwoju gospodarczego i politycznego, nie osiągnęło tego bez szeroko zakrojonych programów socjalnej redystrybucji. Odwrót od państwa opiekuńczego i progresywnego systemu podatkowego to odwrót od demokracji w kierunku ekonomicznej i politycznej oligarchii wyalienowanej z życia mas i alienującej masy ze społeczeństwa politycznego. Regresywny system podatkowy blokuje bowiem ścieżki awansu. Tylko ekonomiczne wsparcie awansu społecznego klas niższych może zapobiec demograficznemu wymarciu klasy średniej, bowiem dominujący wśród niej model prokreacji nie pozwala na odtwarzanie się. Klasa średnia wywodzi się z awansu klas niższych. Awans ten odbywał się głównie za sprawą rzeszy stanowisk urzędniczych, a nie przedsiębiorczości.

Chciałbym w tym miejscu wyrazić stanowisko, że prawdziwa demokracja jest dopiero wtedy, gdy te „ciemne” i „barbarzyńskie” masy ludowe zaczynają decydować o polityce i kształcie społeczeństwa politycznego. Problemem nowobogackiej klasy średniej jest to, że w sposób wręcz pasożytniczy zbyt wiele dochodów przeznaczyła na budowę swych prywatnych majątków, a zbyt mało na szeroką edukację i oświatę tego ludu, niemożliwe bez jednoczesnej poprawy jego warunków życiowych. Transformacja ustrojowa przyniosła systematyczne obniżanie wydatków na publiczny system edukacyjny, prowadząc do edukacyjnej segregacji. Rezultatem tego procesu jest rosnąca obawa przed „ciemnym ludem”, prowadząca liberalną klasę średnią do jego dalszej dyskryminacji i postępującej segregacji. Przerwanie tego błędnego koła możliwe jest za pomocą rozwiniętej i powszechnej oświaty i edukacji, ale w tym celu należałoby zwiększyć nakłady na publiczne szkolnictwo i rozwój zawodowy.

Jedynym skutecznym sposobem, by to osiągnąć, jest ustanowienie prawdziwie demokratycznego progresywnego systemu podatkowego opartego przede wszystkim na podatkach majątkowych, a nie tylko dochodowych. Podatki powinni płacić bogaci, a nie biedni. To możemy przeczytać w Biblii i tak pisali Adam Smith i John S. Mill – autentyczni chrześcijanie i liberałowie byli zwolennikami progresji fiskalnej. Pierwotnie słowo „liberalny” znaczyło hojny, łaskawy. Stworzenie prawdziwie demokratycznego społeczeństwa politycznego jest możliwe nie poprzez budowę fantasmagorycznego społeczeństwa obywatelskiego, ale przez odpowiednie opodatkowanie ludzi bogatych, ich majątków i korporacji, tak, aby można było sfinansować w pełni obywatelskie wychowanie i wykształcenie najuboższych nawet wyborców. Bez progresywnego systemu podatkowego każde szerzej zakrojone działanie rozwojowe jest skazane na porażkę. Szczególnie pilne jest obecnie stworzenie progresywnego podatku majątkowego, co w obliczu postępującej reprywatyzacji i refeudalizacji należy uznać za dziejową konieczność.

Przypisy:

  1. http://wiadomosci.ngo.pl/wiadomosc/1313619.html
  2. http://isws.ms.gov.pl/pl/baza-statystyczna/publikacje/download,2779,5.html
  3. https://pl.wikipedia.org/wiki/Ub%C3%B3stwo_w_Polsce
  4. http://stats.oecd.org/Index.aspx?QueryId=4549
  5. Robert Putnam „Bowling Alone: America’s Declining Social Capital” 2000, http://ks.mkidn.gov.pl/media/download_gallery/20130520SRKS_na_stronie_internetowej.pdf

Notatki z krainy ksenofobii

Przechodziłem dziś obok lokalu gastronomicznego, w którym sprzedawany jest döner kebab. Moją uwagę przyciągnęła informacja w dolnym rogu witryny. „Polska firma rodzinna” – głosił napis. Uśmiechnąłem się półgębkiem, bo dotarło do mnie, że mam do czynienia z kwintesencją tego, co można nazwać narodowym wzmożeniem.

Nie ma nic przeciwko polskim firmom rodzinnym, pod warunkiem, że zapewniają pracownikom godziwe warunki, odprowadzają składki i płacą podatki. Mój ironiczny uśmieszek wywołał ten nasz rodzimy paradoks, że knajpę sprzedającą dania kuchni tureckiej chrzci się polską etykietą. To zresztą przykład dość skromny. Zwłaszcza gdy porównamy go ze słynnymi „polskimi hot dogami Husaria”. Zdjęcia wózka, z którego sprzedawano te patriotyczne bułki z parówką, były kilka miesięcy temu hitem internetu.

Ale dość żartowania. Wbrew pozorom problem jest bardziej złożony i poważny. Nie chodzi rzecz jasna o nalepkę przy szyldzie lokalu gastronomicznego czy Januszów biznesu, którzy koniunkturalnie wykorzystują symbole narodowe do nabijania własnej kabzy i sprzedają pościel z godłem Polski czy chcą wprowadzić na rynek napój energetyczny „Żołnierze Wyklęci”.

Pod koniec września Prokuratura Okręgowa w Białymstoku umorzyła postępowanie w sprawie kazania wygłoszonego w kwietniu przez ks. Jacka Międlara. Młody kapłan podczas mszy w katedrze białostockiej mówił przez blisko pół godziny m.in. o „zwykłym tchórzostwie, zwykłej żydowskiej pasywności, która wkrada się w grupy społeczne na całym świecie”. Zdaniem prokuratury, zakonnik odwoływał się do treści historycznych, a zatem nie nawoływał tym samym do nienawiści. Sam Międlar wystąpił w ostatnich dniach września ze zgromadzenia Księży Misjonarzy, czyniąc polskiemu Kościołowi przysługę. Obie sprawy zbiegły się w czasie. Ksiądz wyraził radość z decyzji organów ścigania, wrzucając na Twittera zdjęcie z 1937 r. Przedstawiało narodowców pozdrawiających się
„salutem rzymskim”. Opatrzył je komentarzem: „Białostockie postępowanie umorzone! Zero tolerancji dla »żydowskiego tchórzostwa«. Salut!”. Na udostępnionej fotografii widać oskarżonych w procesie uczestników tzw. wyprawy myślenickiej. W czerwcu 1936 r. bojówki pod dowództwem Adama Doboszyńskiego opanowały na kilka godzin małopolskie miasto. Doszło wówczas do wystąpień antysemickich, niszczono żydowskie sklepy i próbowano podpalić synagogę.

Przypadek ks. Międlara to sprawa ostatnio najgłośniejsza. Ważniejsze niż wypowiedzi zbuntowanego kapłana są incydenty o podłożu rasistowskim i ksenofobicznym. Atak na Rumunkę w Łomży, pobicie profesora, który rozmawiał ze swoim niemieckim kolegą w języku Goethego, wyzwiska pod adresem ciemnoskórego chłopca w Przemyślu czy pod adresem Azjatek podróżujących warszawskim metrem – to tylko kilka ujawnionych przykładów na to, jak w naszym kraju niebezpiecznie przesuwają się granice. Śmiem jednak wątpić, że społeczeństwo zaczyna dryfować w kierunku nacjonalizmu. Istota problemu tkwi gdzie indziej. Jest nią odgórne przyzwolenie czy może raczej tworzenie klimatu, który daje zwykłym rasistom, ksenofobom, ale też środowiskom nacjonalistycznym poczucie, że mogą nie tylko głosić swoje poglądy, lecz także bezkarnie wprowadzać je w życie.

Owo przyzwolenie nie zostało i nie zostanie wyartykułowane wprost, ale wystarczy czytać między wierszami, by je dostrzec. Przykład? Minister Mariusz Błaszczak broniący partyjnej koleżanki i jej córki po tym, jak obie próbowały zablokować gdański Marsz Równości, a młodsza z kobiet wdała się w przepychankę z policją. Szef MSWiA tłumaczył, że przekazał komendantowi głównemu policji, że nie akceptuje zachowania mundurowych. Zlecił też kontrolę i sprawdzenie, czy nie doszło do przekroczenia przez nich uprawnień. Jej wyniki były pozytywne dla funkcjonariuszy. Kilka dni później córka radnej została skazana przez sąd za wykroczenie przeciw porządkowi publicznemu podczas innego protestu, przeciwko czytaniu sztuki „Golgota Picnic”.

Inny przykład? Wypowiedź tego samego ministra w sprawie pobicia Polaków w Wielkiej Brytanii. Brytyjczycy są sfrustrowani napływem imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Ale ze względu na wspomniane zasady politycznej poprawności nie mogą swojej frustracji wyładowywać na tych ludziach, więc okazują ją wobec Polaków, którzy są chrześcijanami, kulturowo tożsamymi Brytyjczykom – mówił szef MSWiA w wywiadzie dla „Naszego Dziennika”. Trudno interpretować te słowa inaczej, jak w ten sposób, że Brytyjczycy wybrali po prostu niewłaściwie i dlatego dostało się Polakom.

Można też wymienić sprawy niższego szczebla. Jedną z nich było zaangażowanie radnego związanego z ugrupowaniem Kukiz ‘15 w organizację koncertu m.in. zespołu Nordica, którego członkowie nie kryją rasistowskich poglądów. Z kolei wojewoda łódzki tłumaczył w marcu dziennikarzom, że patrole ONR na ulicach Łodzi to przejaw „obywatelskiej odpowiedzialności za nasze bezpieczeństwo, za pomyślność społeczeństwa”. ONR-owcy mieli tym samym dać dowód myślenia „w kategoriach odwagi”.

Artykuł 13. Konstytucji mówi o zakazie istnienia partii i ugrupowań odwołujących się do nazizmu, faszyzmu i komunizmu. Niestety, klimat jest taki, że prędzej Stefan Okrzeja zostanie uznany za twórcę Czeka, a Ludwik Waryński za Nadieżdę Krupską, niż doczekamy się potępienia nacjonalizmu, ksenofobii i rasizmu przez obecną władzę. I rzeczywiście prędzej znikną z polskich miast ulice 1 maja czy Komuny Paryskiej, niż nacjonalistom spadnie włos z głowy. Ci ostatni świetnie to wyczuwają, dlatego są coraz bardziej pewni siebie.

Balon wolności i demokracji

W Stanach Zjednoczonych wiele osób uznaje, że wolność i demokracja są nierozerwalnie powiązane z kapitalizmem. W swojej książce „Kapitalizm i wolność” Milton Friedman posunął się nawet tak daleko, że zaczął udowadniać, iż kapitalizm jest koniecznym warunkiem istnienia ich obu.

Jest z pewnością prawdą, że pojawienie się i rozprzestrzenienie kapitalizmu przyczyniło się w olbrzymim stopniu do poszerzenia zakresu wolności jednostek, a także ostatecznie doprowadziło do upowszechnienia starań o bardziej demokratyczne formy organizacji politycznej. Zatem twierdzenie, że kapitalizm w sposób zasadniczy blokuje wolność i demokrację może dla wielu brzmieć dziwnie.

Założenie, że kapitalizm ogranicza rozwój tych wartości, nie oznacza, że w każdym przypadku był on im przeciwstawny – a raczej tyle, że poprzez działanie swoich najbardziej podstawowych procesów, kapitalizm generuje znaczące deficyty wolności i demokracji, którym później nie potrafi zaradzić. Co prawda przyczynił się do pojawienia się pewnych ograniczonych form wolności i demokracji, jednocześnie jednak blokuje ich głębszy rozwój.

U podstaw tych wartości leży idea samostanowienia: przekonanie, że ludzie powinni mieć możliwość decydowania o warunkach swojego życia w jak najwyższym możliwym stopniu. Gdy działanie danej osoby wpływa tylko na nią samą, powinna móc angażować się w nie bez konieczności pytania kogokolwiek o zgodę. To jest wolność. Ale kiedy to działanie ma wpływ na życie innych, wtedy oni także powinni mieć coś do powiedzenia w tej sprawie. To jest demokracja. W obu przypadkach najważniejszą kwestią jest utrzymanie jak największej kontroli nad kształtem własnego życia.

W rzeczywistości niemal każdy wybór dokonywany przez poszczególne osoby będzie miał jakiś wpływ na innych. Niemożliwe jest, by każdy, kogo ma dotyczyć konkretna decyzja, był w stanie się do niej odnieść, a i każdy system opierający się na tak szerokiej partycypacji społecznej nakładałby na ludzi obowiązki niemożliwe do zrealizowania. Potrzeba nam zatem zestawu reguł pozwalających odróżnić kwestię wolności od kwestii demokracji. W naszym społeczeństwie takie rozróżnienie przeprowadzane jest zazwyczaj na zasadzie określenia granicy między sferą prywatną a publiczną.

W rozdziale między prywatnym a publicznym nie ma nic naturalnego ani spontanicznego: jest tworzony i podtrzymywany przez procesy społeczne. Sposoby, na jakie te procesy działają, są złożone i często się je kwestionuje. Państwo energicznie narzuca nam granice pomiędzy prywatnym a publicznym, jednocześnie utrzymując w mocy inne granice jako normy społeczne – a jeszcze inne pozostawiając na pastwę losu, by rozpłynęły się w niebycie. Często granica prywatne/publiczne jest rozmyta. W społeczeństwie w pełni demokratycznym poddaje się ją zatem ogólnej dyskusji. Kapitalizm jednak konstruuje granicę między tymi sferami w sposób, który krępuje prawdziwą wolność jednostki i zmniejsza zakres funkcjonowania wyraźnej siły demokracji.

Dzieje się to na pięć sposobów łatwych do uchwycenia.

1. Wybór „pracuj albo głoduj” to nie wolność

Kapitalizm jest oparty na prywatnej akumulacji bogactwa i dążeniu do zysku poprzez działania rynku. Rezultatem tych „prywatnych” aktywności są przyrodzone kapitalizmowi nierówności ekonomiczne, tworzące kolejne niesprawiedliwości na polu, jak nazywa to filozof Philippe van Parijs, „wolności rzeczywistej”.

Cokolwiek rozumiemy pod pojęciem wolności, musi ono implikować możliwość powiedzenia „nie”. Bogata osoba może swobodnie zadecydować o tym, by nie podejmować jakiejś pracy najemnej, natomiast osoba bez środków do życia nie posiada takiej łatwości decyzji. Ale wartość wolności sięga głębiej. To także możliwość aktywnego wpływania na własne plany życiowe – to móc wybrać nie tylko odpowiedź, ale i samo pytanie. Na przykład dzieci dobrze sytuowanych rodziców mogą podjąć bezpłatne staże, inwestując czas w rozwój swoich karier zawodowych. Dzieci rodziców gorzej sytuowanych nie mają takiej możliwości.

Kapitalizm w tym sensie pozbawia wielu ludzi „wolności rzeczywistej”. Bieda pośród dostatku istnieje dlatego, że występuje bezpośrednia zależność pomiędzy dostępem do zasobów materialnych a dostępem do zasobów niezbędnych dla samostanowienia.

2. Kapitalista decyduje

Sposób, w jaki kapitalizm rysuje granicę między sferą publiczną a prywatną, wyklucza duże grupy ludzi z demokratycznej kontroli nad decyzjami kluczowymi dla ich życia. Prawdopodobnie najbardziej podstawowym prawem związanym z prywatną własnością kapitału jest prawo do inwestowania lub wycofywania się z inwestycji jedynie ze względu na własny interes. Decyzja korporacji o przeniesieniu produkcji z jednego miejsca w drugie jest jednak „kwestią prywatną”, pomimo że ma znaczący wpływ na życie ludzkie w obu miejscach. Nawet jeśli ktoś upiera się, że koncentracja władzy w prywatnych rękach jest niezbędna dla efektywnej alokacji zasobów, to wyłączenie tego typu decyzji spod demokratycznej kontroli jednoznacznie zmniejsza zdolność do samostanowienia wszystkich poza właścicielami kapitału.

3. Tyrania od dziewiątej do siedemnastej

Przedsiębiorstwom kapitalistycznym pozwala się organizować się na podobieństwo dyktatur. Podstawą władzy właściciela firmy jest prawo do mówienia pracownikom, co mają robić. To podwalina umowy zatrudnienia: starający się o pracę zgadza się wykonywać polecenia w zamian za konkretną płacę.

Oczywiście pracodawca może przyznać pracownikom sporą dozę autonomii; w pewnych sytuacjach staje się to nawet sposobem na zwiększenie zysków. Ale taka autonomia jest dawana i odbierana zgodnie z wolą pracodawcy. Żadna silna koncepcja samostanowienia nie obejmuje pozwolenia na uzależnienie autonomii od preferencji elit.

Obrońca kapitalizmu może odpowiedzieć, że pracownik, któremu nie odpowiadają rządy szefa, może zawsze odejść z pracy. Jednak pracownicy są z definicji ludźmi bez zabezpieczonych stałych środków do życia i w takim przypadku będą musieli zacząć szukać nowego zatrudnienia, a z racji tego, że dostępne są głównie miejsca pracy w kapitalistycznych firmach, nadal będą poddani dyktatowi szefów.

4. Rządy państw służą przede wszystkim interesom prywatnych przedsiębiorców

Prywatna kontrola nad najważniejszymi decyzjami inwestycyjnymi stwarza ciągłą presję na władze publiczne, by wprowadzały przepisy faworyzujące interesy kapitalistów. Groźba wycofania inwestycji i mobilność kapitału zawsze przewijają się tle dyskusji o polityce publicznej – z tego powodu politycy, bez względu na orientację ideologiczną, są przymuszeni do podtrzymywania „dobrego klimatu dla biznesu”. Wartości demokratyczne pozostają pustosłowiem tak długo, jak długo jedna klasa obywateli ma pierwszeństwo przed innymi.

5. Elity kontrolują system polityczny

I na koniec: bogaci ludzie mają większy niż inni dostęp do władzy politycznej. Tak się sprawa przedstawia we wszystkich demokracjach kapitalistycznych, aczkolwiek nierówność w dostępie do władzy politycznej związana ze stanem posiadania, jest w niektórych krajach większa niż w innych. Konkretne mechanizmy umożliwiające większy wpływ są zróżnicowane: to np. wsparcie finansowe kampanii politycznych, finansowanie lobbystów, udział w elitach towarzyskich różnego rodzaju, a także bezpośrednie łapówki i inne formy korupcji.

W Stanach Zjednoczonych nie tylko bogate jednostki, ale także kapitalistyczne korporacje nie napotykają żadnych znaczących ograniczeń przy angażowaniu prywatnych środków do politycznych celów. Ten zróżnicowany dostęp do władzy politycznej podważa podstawowe założenia demokracji.

To typowe skutki działania kapitalizmu jako systemu gospodarczego. Nie znaczy to, że w społeczeństwach kapitalistycznych nie mogą być one czasami złagodzone. W różnych czasach i różnych miejscach stosowano wiele dróg wyrównywania strat spowodowanych zniekształcaniem wolności i demokracji przez kapitalizm.

Publiczne ograniczenia mogą zostać nałożone na prywatne inwestycje w taki sposób, by rozluźnić sztywną granicę między prywatnym a wspólnym. Silny sektor publiczny i aktywne państwowe inwestycje mogą osłabić groźbę mobilności kapitału. Ograniczenia w korzystaniu z prywatnych środków w kampaniach wyborczych i publiczne finansowanie tych kampanii potrafiłyby zmniejszyć uprzywilejowany dostęp bogatych do władzy politycznej. Prawo pracy może wzmocnić kolektywną siłę pracowników zarówno na scenie politycznej, jak i w miejscu pracy. Cała gama polityk społecznych może zwiększyć wolność rzeczywistą tych, którzy nie mają dostępu do prywatnego bogactwa. I temu podobne.

Gdy panują sprzyjające warunki polityczne, wówczas antydemokratyczne i ograniczające wolność cechy kapitalizmu mogą zostać złagodzone, ale nie można ich wyeliminować. Ujarzmianie kapitalizmu w taki sposób było głównym celem strategii postulowanych przez socjalistów działających w ramach kapitalistycznego porządku na całym świecie. Ale jeśli wolność i demokracja mają zostać w pełni urzeczywistnione, kapitalizmu nie można tylko ujarzmić. Trzeba go przezwyciężyć.

Tłumaczył Filip Gaweł
Współpraca językowa Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się w „Jacobin Magazine” w kwietniu 2014 r.