Co z tą Konstytucją – część 2

Co z tą Konstytucją – część 2

Od kilku lat głośny jest temat zmian Konstytucji RP z 1997 r. W kilku tekstach zatem przeanalizuję jej artykuły z punktu widzenia zagadnień opisywanych przeze mnie w kwartalniku „Nowy Obywatel”, takich jak konkurencyjność gospodarki, zrównoważony rozwój, ochrona społeczeństwa przed negatywnymi konsekwencjami globalizacji, konieczne zmiany instytucjonalne, ochrona środowiska czy zmniejszanie nierówności społecznych. Dotychczas unikałem kwestii światopoglądowych i zamierzam się tego trzymać.

Konstytucja to temat nie tylko dla prawników. Język prawniczy powinien służyć do sformułowania w postaci aktów prawnych specyficznych celów interesu społecznego, publicznego i narodowego obywateli Polski. Natomiast moje sugestie to tylko skromna i niedoskonała wskazówka, w jakich punktach obecna Konstytucja się nie sprawdziła. Omówione kwestie nie wyczerpią wszystkich ważnych zagadnień, gdyż ograniczam rozważania do tematów, które znam ze swojego życia zawodowego.

Poniższy tekst jest poświęcony Rozdziałowi II Konstytucji (art. 30-56). Artykuły, których nie wspominam, nie wydają mi się kontrowersyjne. Pogrubioną czcionką dopisane są moje sugestie uzupełnienia tej ustawy. Zapewne wiele stwierdzeń powinno zostać przeanalizowanych przez prawników i innych specjalistów w celu możliwie precyzyjnego sformułowania.

Pierwszą część tych rozważań opublikowano tutaj: https://obywatel3.macmas.pl/2016/12/06/co-z-ta-konstytucja-czesc-1/

Rozdział II – Wolności, prawa i obowiązki człowieka i obywatela

Zasady ogólne (art. 30-56)

Art. 34

1. Obywatelstwo polskie nabywa się przez urodzenie z rodziców będących obywatelami polskimi. Inne przypadki nabycia obywatelstwa polskiego określa ustawa.

2. Obywatel polski nie może utracić obywatelstwa polskiego, chyba że sam się go zrzeknie.

3. Polskie prawo imigracyjne nie podlega uwspólnotowieniu.

Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia w Ełku, będące wodą na młyn skrajnej prawicy, niechętnie poruszam ten temat. Warto jednak myśleć dalej niż pojedynczy incydent. Kwestie humanitarne, tolerancja względem mniejszości narodowych czy religijnych, są ważnym elementem lewicowej tożsamości. Należy jednak obserwować realne skutki zmian demograficznych w Niemczech, Francji, Belgii czy Szwecji w sposób pozbawiony ideologicznego zacietrzewienia i wyciągać z nich wnioski. Właściwa ocena to nie bezrefleksyjne wspieranie „multikulti” czy hasła „Polska dla Polaków”, lecz ocena, jak te zmiany wpływają na takie kwestie jak np. demografia, rynek pracy, drobny handel, prawa kobiet, integralność kulturowa państwa, ale i kreatywna różnorodność społeczeństwa, klimat dla innowacyjności, integrowanie zagranicznych naukowców itd.

Sugerowane dodanie punktu 3. powinno być oczywiście dopasowane do prawa UE, do którego wypełniania zobowiązuje Polskę art. 9 Konstytucji RP. Takie podejście ostrożnościowe nie wyklucza etycznego postępowania. Warto sobie zdawać sprawę, że z postępującymi zmianami klimatycznymi problem masowych migracji i konfliktów zbrojnych będzie narastał.

Domyślam się, że wielu osobom nie podoba się takie pragmatyczne postawienie sprawy. Problem polega na tym, że jeśli lewica nie odniesie się mądrze do tej kwestii, poważnie traktując obawy społeczne, dyskurs zdominują narodowcy według biało-czarnego wzorca. I na tym wypłyną w wyborach, bo temat jest nośny. Obawy społeczne są realne i nic nie da rytualne zaklinanie rzeczywistości na wzór zachodniej lewicy liberalnej. Jej szlachetne przekonania w tym zakresie pryskają jak bańka mydlana w kolejnych wyborach w starciu z ksenofobicznymi nacjonalistami, jak UKIP Farage’a w Wielkiej Brytanii, Front Narodowy Le Pen we Francji, AfD w Niemczech czy PVV Wildersa w Holandii. Trump także został wybrany na fali ksenofobii i izolacjonizmu w USA. Warto również wiedzieć, że Rosja dokłada do tego pieca, po cichu finansując antyislamskie i nacjonalistyczne organizacje, świetnie wiedząc, że ten temat skłóca społeczeństwa.

Art. 49

1. Zapewnia się wolność i ochronę tajemnicy komunikowania się. Ich ograniczenie może nastąpić jedynie w przypadkach określonych w ustawie i w sposób w niej określony.

2. Władza publiczna chroni polskie społeczeństwo przed negatywnymi skutkami globalnych monopoli w usługach informatycznych.

3. Władza publiczna zapewnia bezpieczeństwo cyfrowe danych obywateli RP i strategicznej infrastruktury.

W dobie big data, rosnących globalnych monopoli amerykańskich firm informatycznych, jak Facebook, Microsoft, Apple, Google czy Amazon, powiększających się cyberzagrożeń, np. cyberwojen prowadzonych przez Rosję czy Chiny, lub globalnej cyberinwigilacji prowadzonej przez amerykańskie NSA, uzupełnienie art. 49 jest konieczne, aby wzmocnić cyberbezpieczeństwo Polski i Polaków. Zmiany tego artykułu powinny być bardzo dobrze przemyślane i odpowiadać wyzwaniom doby cyfrowej.

Art. 54

1. Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji.

2. Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane. Ustawa może wprowadzić obowiązek uprzedniego uzyskania koncesji na prowadzenie stacji radiowej lub telewizyjnej.

Ostatnio głośne są kwestie cenzury na Facebooku. Dotyczyły one nie tylko wydarzeń organizowanych przez narodowców, ale też przez społeczne organizacje, jak np. ta strona http://www.uslugipublicznemajaglos.pl/

Podobnym problemem są tzw. fake news (fałszywe informacje) np. na Facebooku, przez które kraje trzecie próbują wpłynąć na wyniki wyborów czy referendów. Obecnie problem ten próbują ugryźć Niemcy, zastanawiając się, jak pociągnąć Facebooka do odpowiedzialności za umożliwianie tej praktyki, niebezpiecznej dla demokracji.

Nie zaryzykuję sugerowania, jak Konstytucja mogłaby się odnieść do problemów fake news i manipulacji w mediach globalnych monopolistów. Jednak temat jest istotny.

Wolności i prawa polityczne

Art. 59

1. Zapewnia się wolność zrzeszania się w związkach zawodowych, organizacjach społeczno-zawodowych rolników oraz w organizacjach pracodawców.

2. Związki zawodowe oraz pracodawcy i ich organizacje mają prawo do rokowań, w szczególności w celu rozwiązywania sporów zbiorowych, oraz do zawierania układów zbiorowych pracy i innych porozumień.

3. Związkom zawodowym przysługuje prawo do organizowania strajków pracowniczych i innych form protestu w granicach określonych w ustawie. Ze względu na dobro publiczne ustawa może ograniczyć prowadzenie strajku lub zakazać go w odniesieniu do określonych kategorii pracowników lub w określonych dziedzinach.

4. Zakres wolności zrzeszania się w związkach zawodowych i organizacjach pracodawców oraz innych wolności związkowych może podlegać tylko takim ograniczeniom ustawowym, jakie są dopuszczalne przez wiążące Rzeczpospolitą Polską umowy międzynarodowe.

Paragraf 1. niby zapewnia wolność zrzeszania się w związkach zawodowych, ale w praktyce, jak wiadomo, nie do końca to funkcjonuje. Wydaje się wystarczający do surowego karania pracodawców, którzy szykanują pracowników chcących zrzeszyć się w związkach zawodowych. Niestety, rządzące partie nie przeciwdziałały nagminnemu łamaniu art. 59.

Warto też, wzorem Niemiec, zapewnić przedstawicielom pracowników obowiązkowe miejsce w radach nadzorczych. Odpowiedni zapis został zasugerowany w art. 24.

Kolejnym rozdziałem Konstytucji jest Wolności, prawa ekonomiczne, socjalne i kulturalne. Może warto dodać do tej listy także „obowiązki”.

Art. 64

1. Każdy ma prawo do własności, innych praw majątkowych oraz prawo dziedziczenia.

2. Własność, inne prawa majątkowe oraz prawo dziedziczenia podlegają równej dla wszystkich ochronie prawnej.

3. Własność może być ograniczona tylko w drodze ustawy i tylko w zakresie, w jakim nie narusza ona istoty prawa własności.

4. Sprawiedliwy, progresywny i powszechny podatek spadkowy jest ważnym elementem zasady sprawiedliwości społecznej.

Warto się zastanowić, czy obowiązek płacenia rozsądnego, sprawiedliwego i progresywnego podatku spadkowego nie powinien wynikać z Konstytucji RP. Jak odpowiednim prawniczym językiem ująć zakaz potencjalnego unikania go za pomocą przenoszenia własności na zarejestrowane np. w Luksemburgu czy Monako fundacje lub spółki? Stawia to bogatych Polaków ponad prawem i jest dyskryminujące wobec reszty obywateli. Jak ująć kwestię własności ziemi w rękach zagranicznych spółek, których właściciele nie są obywatelami Polski? To bardzo trudny temat, również pod względem prawnym, więc ta sugestia jest tylko niedoskonałym surowcem do obróbki.

Podatek spadkowy powinien mieć sporą kwotę wolną, pozwalającą na rozwój klasy średniej. Odziedziczenie zwykłego mieszkania czy działki to nie fortuna, lecz forma zabezpieczenia od wypadków losowych.

Natomiast bogaci Polacy uchylający się od obowiązku płacenia podatku spadkowego nie powinni doświadczać życzliwości państwa, wspierania ich interesów za granicą, preferowania, dotacji publicznych itp. Są prawa, są i obowiązki. Sama kwestia zapłaty podatku od odziedziczonych akcji powinna być jednak negocjowana z urzędami skarbowymi, aby nie miało to wpływu na działalność przedsiębiorstwa w przypadku firm rodzinnych.

Art. 65

1. Każdemu zapewnia się wolność wyboru i wykonywania zawodu oraz wyboru miejsca pracy. Wyjątki określa ustawa.

2. Obowiązek pracy może być nałożony tylko przez ustawę.

3. Stałe zatrudnianie dzieci do lat 16 jest zakazane. Formy i charakter dopuszczalnego zatrudniania określa ustawa.

4. Minimalną wysokość wynagrodzenia na godzinę za pracę lub sposób ustalania tej wysokości określa ustawa.

5. Władze publiczne prowadzą politykę zmierzającą do pełnego, produktywnego zatrudnienia poprzez realizowanie programów zwalczania bezrobocia, w tym organizowanie i wspieranie poradnictwa i szkolenia zawodowego oraz robót publicznych i prac interwencyjnych.

To bardzo ważny artykuł. Punkt 4 Konstytucji, mimo niedawno wprowadzonych rozwiązań ustawowych (które łatwo zmienić), powinien zostać uszczelniony wymogiem minimalnego zarobku godzinowego, niezależenie od sposobu zatrudnienia.

Art. 66

1. Każdy ma prawo do bezpiecznych i higienicznych warunków pracy. Sposób realizacji tego prawa oraz obowiązki pracodawcy określa ustawa.

2. Pracownik ma prawo do określonych w ustawie dni wolnych od pracy i corocznych płatnych urlopów;

3. Minimalny płatny urlop wynosi 20 dni roboczych rocznie.

4. Prawo do płatnego urlopu dotyczy również tymczasowego zatrudnienia lub zatrudniania w niepełnym wymiarze czasowym. Szczegóły określa ustawa.

5. Maksymalny czas pracy wynosi 35 godzin tygodniowo. Szczegóły i uzasadnione wyjątki określa ustawa.

Czy powoli nie nadchodzi czas na siedmiogodzinny dzień pracy? Myślę, że w większości przypadków to kwestia jej organizacji. Poza tym wykorzystywanie pracowników odbija się na kosztach służby zdrowia, za co pracodawcy już nie płacą. Odbija się to również na rodzinach czy wychowaniu dzieci, powodując ogromne koszty społeczne.

Warto też uchwycić patologie rynku pracy związane z pracą tymczasową, w niepełnym wymiarze i z urlopami płatnymi. Obecny rząd już się za to zabrał, ale kwestia ta powinna być dookreślona konstytucyjnie. Kwestia kontroli stosowania praw pracy została opisana w art. 24 w poprzedniej części tekstu.

Art. 67

1. Obywatel ma prawo do zabezpieczenia społecznego w razie niezdolności do pracy ze względu na chorobę lub inwalidztwo oraz po osiągnięciu wieku emerytalnego. Zakres i formy zabezpieczenia społecznego określa ustawa.

2. Obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli i nie mający innych środków utrzymania ma prawo do zabezpieczenia społecznego, którego zakres i formy określa ustawa.

Artykuł ten jest ściśle związany z art. 2 i pojęciem sprawiedliwości społecznej. W zasadzie neoliberalne państwo polskie abdykowało z tego obszaru. Warto przypomnieć, że w Polsce udział wydatków socjalnych w PKB wynosi (Eurostat) 18,1%, w Czechach 20,8%, w Niemczech 29,5%, w Finlandii 31,2%, a w Danii aż 34,6%. W opisie art. 2 zasugerowałem, że Konstytucja powinna precyzyjniej, choć niewiążąco, wskazać w załączniku, co rozumie przez „sprawiedliwość społeczną”. Jeden punkt powinien dotyczyć ubezpieczenia od bezrobocia i inwalidztwa i wskazywać minimalny odsetek PKB publicznych wydatków na art. 67.

Art. 68

1. Każdy ma prawo do ochrony zdrowia.

2. Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Warunki i zakres udzielania świadczeń określa ustawa.

3. Orientacyjny poziom wydatków publicznych na służbę zdrowia wynosi przynajmniej 7% PKB.

4. Władze publiczne są obowiązane do zapewnienia szczególnej opieki zdrowotnej, dzieciom, kobietom ciężarnym, osobom niepełnosprawnym i osobom w podeszłym wieku.

5. Władze publiczne są obowiązane do zwalczania chorób epidemicznych i zapobiegania negatywnym dla zdrowia skutkom degradacji środowiska.

6. Władze publiczne inwestują w edukację i zwiększanie świadomości społecznej z zakresu ochrony zdrowia i profilaktyki zdrowotnej.

7. Władze publiczne popierają rozwój kultury fizycznej, zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży.

8. Władze publiczne rozwijają instytucje publiczne z zakresu świadczenia usług medycznych, w tym stomatologicznych i farmaceutycznych.

9. Władze publiczne wspierają publiczne instytucje w badaniach, rozwoju i wdrażaniu leków. Celem jest minimalizacja cen i maksymalizacja dostępności leków.

10. Władze publiczne podpisują umowy o świadczenie usług medycznych z niepublicznymi przedsiębiorstwami w sposób uniemożliwiający tworzenie się lub utrzymanie karteli, monopoli i oligopoli.

Neoliberalna władza nagminnie łamała ten artykuł przez postępującą komercjalizację i prywatyzację służby zdrowia. W opisie art. 2 zasugerowałem, że Konstytucja powinna precyzyjniej, choć niewiążąco, wskazać w załączniku, co rozumie przez sprawiedliwość społeczną. Jeden z punktów powinien dotyczyć minimalnego odsetka PKB publicznych wydatków na służbę zdrowia. Obecnie w Polsce wynosi on zaledwie 4,6% PKB, a prywatne wydatki na służbę zdrowia wynoszą już 29,9% sumy prywatnych i publicznych wydatków na polską służbę zdrowia, i rosną. W Czechach to odpowiednio 6,5% i 15,2%, w Finlandii 6,8% i 24,6%, w Niemczech 8,6% i 23,7%, w Danii 9,5% i 14,5%. Widać więc, że Polska wydaje procentowo najmniej na publiczną służbę zdrowia, a Polacy wydają najwięcej na prywatne leczenie. Koszmar naszej służby zdrowia nie wynika więc ze złego zarządzania, lecz w pierwszej kolejności z braku dofinansowania. Prof. Balcerowiczowi i akolitom można pogratulować wykonania zadania przez promocję podatków de facto regresywnych i bezmyślną prywatyzację majątku publicznego. Komentarz jest zbędny, a temat kwalifikuje się do konstytucyjnej interwencji.

Powinien zostać określony minimalny orientacyjny udział publicznych wydatków na służbę zdrowia w PKB – i wynosić przynajmniej 7%, czyli niewiele więcej niż w Czechach. Taki poziom, biorąc pod uwagę rozważania dotyczące art. 67, może być sfinansowany tylko za pomocą progresywnych podatków i szczelnego systemu podatkowego, minimalizującego drenaż nieopodatkowanych zysków z Polski.

Państwo powinno corocznie raportować o wydatkach na służę zdrowia, co było omawiane w kontekście w kontekście art. 2.

Zapewne nie da się całkowicie zahamować prywatyzacji usług medycznych finansowanych ze środków publicznych. Natomiast warto zapewnić konkurencyjność na tym rynku, rozdrobnienie prywatnych wykonawców usług w celu utrzymania siły negocjacyjnej państwa, inwestowanie w zdolność publicznej służby zdrowia do leczenia Polaków, publiczną sprzedaż leków (np. w szpitalach) oraz inwestowanie publicznych środków w badania i rozwój leków, by zminimalizować ich cenę. Jak wiadomo, prywatne koncerny farmaceutyczne brutalnie narzucają w sytuacji monopolu niesamowite kwoty.

Do czego prowadzi prywatyzacja szpitali, widać w Niemczech na przykładzie firmy Asklepios, o czym w grudniu 2016 r. pisał „Der Spiegel”. Mówiąc krótko: bezwzględna maksymalizacja zysku, pacjent to koszt do minimalizacji, lekarz to zasób do wyciśnięcia. Przykładem polskiej patologii w tym zakresie jest Krosno Odrzańskie i Grupa Nowy Szpital. Na całym procesie komercjalizacji służby zdrowia, firmowanym przez ówczesną minister zdrowia Ewę Kopacz, NIK nie zostawił suchej nitki. Warto wzywać PO do tablicy i pytać, jakie wyciągnęli wnioski z próby prywatyzacji służby zdrowia. Że to potencjalnie dobry interes dla prywatnych właścicieli szpitali, widać na przykładzie niemieckiej firmy Asklepios. Niestety dla pacjentów to fatalny interes i warto, aby Konstytucja rozsądnie się do tego odniosła w duchu interesu społecznego, a nie w interesie takich firm, jak Grupa Nowy Szpital.

Punkt 5 art. 68 jest rozsądnie sformułowany, choć widać, że państwo łamie go nagminnie nie zwalczając zanieczyszczenia powietrza w miastach, co jest rosnącym koszmarem i obciążeniem finansowym dla służby zdrowia. Warto również zobowiązać władze publiczne do edukowania społeczeństwa i inwestowania w profilaktykę.

Polski „self-made man” zapomniał o rodzicach

Polski „self-made man” zapomniał o rodzicach

Jednym z większych przekleństw naszego kraju jest to, że zdecydowana większość tych, którym się udało coś osiągnąć (zarobić duże pieniądze, zdobyć rozpoznawalność albo zostać szanowanym autorytetem), jest święcie przekonanych, że wszystko to zawdzięczają głównie sobie. Gdyby dać wiarę tym przekonaniom, okazałoby się, że nasze szeroko rozumiane górne warstwy utkane są niemal z samych self-made manów, którzy do swoich sukcesów doszli wyłącznie własną ciężką pracą. A jeśli Polska lub inni Polacy mieli jakiś wpływ na ich drogę życiową, to głównie w postaci kłód niemiłosiernie rzucanych im pod nogi. Przedstawiciele naszych elit (artystycznych, sportowych, medialnych) są tak przekonani o własnej samowystarczalności, że gdyby mogli, to twierdziliby pewnie, że nawet przyszli na świat bez pomocy osób trzecich.

Taka postawa elit, które, jak wszędzie na świecie, nadają ton debacie publicznej, ma bardzo przykre konsekwencje dla naszej wspólnoty. Powoduje bowiem wykształcenie się u dużej części społeczeństwa awersji do osiągania wspólnotowych celów wspólnym wysiłkiem. Budowa silnej, dobrze dofinansowanej armii? Bez sensu, i tak się sami nie obronimy, w sytuacji zagrożenia każdy powinien sam zadbać o siebie i własnoręcznie brać nogi za pas. Redystrybucja? Hola hola, dlaczego część efektów mojej harówki ma iść na tych, którym się nie chciało? Uszczelnienie systemu podatkowego? No bez przesady, żeby jakiś urzędnik miał grzebać w moich dochodach!

Takie przekonanie o własnej genialności mogłoby może i być uzasadnione, ale tylko w kraju, w którym panowałaby idealna równość szans, czyli wszyscy obywatele startowaliby z identycznego poziomu. A takie kraje nie istnieją. Polska, co gorsza, jest od tego ideału mocno oddalona. Na równość szans składa się wiele czynników. Najbardziej oczywistym z nich jest zamożność rodziny. Dziecko z rodziny bogatej ma od początku dużo łatwiej niż potomek ubogich Polaków, który od urodzenia ma pod górkę. Na studiach nie może się skupić na nauce, ale musi dorabiać w fast foodach, żeby stać go było na bilet autobusowy albo książki. Nie wyjedzie też na zagraniczny kurs językowy, a angielskiego poduczy się co najwyżej dzięki amerykańskim płytom hiphopowym. Innym czynnikiem, istotnym szczególnie w Polsce, gdzie prowincja jest wyraźnie poszkodowana pod względem infrastruktury czy dostępu do usług publicznych, jest miejsce zamieszkania. Chłopak z dużego miasta ma zdecydowanie bardziej komfortowe warunki do nauki, niż dziewczyna z niedużej gminy, wstająca codziennie o piątej, żeby 45 minut spędzić w busie do szkoły, który dowozi ją na miejsce godzinę za wcześnie – a innego nie ma.

Jednak najważniejszym i najbardziej niedocenianym czynnikiem jest kapitał kulturowy, jaki otrzymujemy od rodziców – który jest wyjątkowo nierówny i który nie jest naszą zasługą. Oczywiście wszyscy rodzice są wspaniali, bo dali nam życie i za sam ten fakt powinni mieć nasz dozgonny szacunek, nawet jeśli niektórzy potem nazbierali sobie sporo za uszami. Jednak ich możliwości wychowawcze są już bardzo różne – co często nie jest ich winą. Rodzice mający spore zdolności przekazywania wiedzy mogą już w domu nauczyć swoje pociechy wielu umiejętności, które reszta rówieśników posiądzie dopiero w pierwszych klasach podstawówki. Ich dzieci będą więc już na starcie kilka długości przed koleżankami i kolegami, którzy takiego szczęścia nie mieli. Przedsiębiorczy rodzice już od małego będą kształtować w swych potomkach smykałkę do biznesu i życiową zaradność. Dzieci osób działających w strukturach lub blisko struktur władzy dużo zręczniej będą się poruszać w kontaktach z instytucjami publicznymi. W przyszłości nie tylko nie dadzą im się stłamsić, ale też sprawniej wykorzystają je do swoich celów – na przykład starając się o grant dla swojej fundacji będą wiedzieć, jak napisać wniosek i gdzie się z nim najlepiej udać.

Przede wszystkim jednak dzieci z rodzin o wysokim kapitale kulturowym na co dzień chłoną ogromną dawkę wiedzy i umiejętności społecznych. Przypatrują się zachowaniom swoich rodziców w nietypowych sytuacjach, przed którymi stają osoby robiące karierę. Podczas spotkań rodzinnych czy towarzyskich słuchają barwnych opisów świata albo ważnych opowieści dot. historii naszego kraju. Żeby je poznać, nie będą musiały więc ślęczeć godzinami z nudną książką, lecz dowiedzą się o nich z pierwszej ręki. Przede wszystkim jednak od najmłodszych lat będą mimowolnie budować swoje sieci kontaktów. Osoby o wysokim kapitale kulturowym najczęściej mają w gronie towarzyskim podobnych sobie. A znajomość z nimi dla ich dzieci będzie miała znaczenie niebagatelne – pozwoli zdobyć staż w Brukseli, uzyskać inwestora dla swojej raczkującej firmy albo po prostu dostać dobrą pracę.

Kraje wysoko rozwinięte niwelują różnice w kapitale kulturowym i inne czynniki wpływające na nierówność szans za pomocą szerokiego dostępu do usług publicznych. Tworzą więc sieć placówek szkolnych w taki sposób, by każde dziecko miało pod nosem dobrą szkołę. Organizują darmowe zajęcia wyrównawcze, by dzieci z mniej wykształconych rodzin mogły bezpłatnie nadrobić swoje zapóźnienia. Zapewniają sieć transportu publicznego, by mieszkańcy prowincji nie musieli się godzinami telepać do celu. Umożliwiają w każdej gminie dostęp do placówek instytucji publicznych, żeby osoby z peryferii nie traciły czasu na załatwienie każdej sprawy. I, przede wszystkim, tworzą obiektywne i transparentne mechanizmy zatrudniania i awansów, by zdolni obywatele bez nieformalnych sieci kontaktów nie byli poszkodowani. Niestety w Polsce ten proces idzie jak po grudzie, czego dowodzi najnowszy „Transition Report 2016” Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, który analizował, jak wygląda nierówność szans w krajach postkomunistycznych.

EBOiR badał, w jaki sposób czynniki składające się na nierówność szans (wykształcenie rodziców, miejsce zamieszkania, płeć i członkostwo rodziców w partii komunistycznej) wpływają na wysokość dochodów i możliwości znalezienia pracy. Niestety nie wypadliśmy dobrze. Nierówność szans wpływa w Polsce ogółem na 38 proc. różnic w dochodach. Inaczej mówiąc, w momencie naszego przyjścia na świat nasze przyszłe zarobki w porównaniu do reszty rodaków są już wiadome w dobrze ponad jednej trzeciej. Na tle innych państw postkomunistycznych wypadamy przeciętnie – jednak na to tło składają się wszystkie kraje postkomunistyczne właśnie, czyli m.in. Kazachstan (42 proc.) czy Mołdawia (40 proc.). Trudno więc uznać ten przeciętny wynik za uspokajający. W Niemczech (które dodano do analizy niejako porównawczo) nierówność szans wpływa tylko na 25 proc. nierówności dochodowych, a wskaźnik w okolicach 20 proc. ma m.in. Serbia.

Najciekawsze jednak, jak poszczególne czynniki wpływają na nierówność szans. Polska odrobiła zadanie domowe z niwelowania nierówności z powodu płci: jej wpływ na nierówność szans jest w Polsce jednym z najniższych wśród wszystkich badanych krajów i, co ciekawe, jest dużo niższy niż w Niemczech. Niestety, pod względem dwóch innych czynników jesteśmy w czołówce – i oba są związane z kapitałem kulturowym właśnie. To przede wszystkim wykształcenie rodziców (co się przekłada na ich zdolność do przekazywania wiedzy), które odpowiada za prawie 60 proc. nierówności szans w Polsce. Jest to najwyższy wynik wśród badanych krajów. Drugi czynnik to członkostwo rodziców w byłej partii komunistycznej, które w Polsce i Estonii ma najbardziej istotne znaczenie wśród krajów naszego regionu (do których EBOiR zalicza kraje bałtyckie i Grupy Wyszehradzkiej) – zwiększa ono nadwiślańskie nierówności szans o kolejne 10 proc. Ten czynnik oczywiście wiąże się z jednym z elementów kapitału kulturowego, jaki opisałem wyżej – z budowaniem sieci kontaktów. Kapitał kulturowy rodziców, na który według raportu EBOiR składają się właśnie ich wykształcenie i ewentualne członkostwo w byłej partii komunistycznej (czyli sieci kontaktów), odpowiada w Polsce w sumie za 68 proc. nierówności szans. To wynik tak wysoki, że aż trafił na okładkę omawianego raportu.

O tym, jak wielkie znaczenie ma w Polsce kapitał kulturowy rodziców, przekonują także dane Eurostatu. Zaledwie ok. 8 proc. Polaków, których rodzice mają wykształcenie zawodowe lub podstawowe, zdobywa wyższe wykształcenie. To najgorszy wynik w UE – a osiągnęliśmy go wspólnie z Bułgarią, Chorwacją, Słowacją i Czechami. Odsetek absolwentów uczelni pochodzących z rodzin o niskim wykształceniu w Estonii i Szwecji jest trzy razy wyższy, a w Wielkiej Brytanii i Finlandii nawet cztery razy. Ktoś mógłby machnąć ręką i stwierdzić, że wykształcenie zdobyte na polskich uczelniach i tak jest niewiele warte – tylko że niewiele warte byłoby takie tłumaczenie. Według analizy opublikowanej przez „The Economist”, wśród krajów OECD tylko w USA i Irlandii wyższe wykształcenie przekłada się na zwiększenie zarobków bardziej niż w Polsce. Wśród krajów wysokiej równości szans (Skandynawia, Beneluks) ma ono nawet 2-3 razy mniejsze znaczenie dla osiąganych dochodów niż nad Wisłą.

Niestety polskie instytucje państwa „dobrobytu” (jakkolwiek w naszych warunkach komicznie to brzmi) zupełnie nie radzą sobie z zacieraniem różnic w kapitale kulturowym między obywatelami. To powoduje, że kapitał kulturowy rodziców jest jednym z najistotniejszych czynników powodzenia zawodowego nad Wisłą. Wielu z nas o równym starcie może więc zapomnieć. Szkoda, że nasi rodzimi „self-made mani” przemilczają, ile dostali od swych rodziców. I to, że wielu rodaków takich atutów nie miało.

Walka klas, wojna pokoleń

W czasach, gdy dorastałem i brałem lekcje z polskiej historii i literatury, jednym z częściej powracających konfliktów był – wydawało się, że odwieczny – spór starych z młodymi. Warszawskie salony krytycznoliterackie i młody Mickiewicz, czyli spór klasyków z romantykami, Aleksander Świętochowski, czyli „My i wy”. Do tego „Lalka” Prusa, czyli przewartościowanie i starość mitu romantycznego – od zawsze przegrany Rzecki, choć i przegrany Wokulski, z gorzkimi słowami na ustach: „oszukano mnie”. A później „Przedwiośnie” Żeromskiego, czyli Szymon Gajowiec kontra Cezary Baryka. Zwykle ten stereotyp powtarzał się w podobny sposób: rewolucyjni młodzi, reakcyjni starcy i pełne hipokryzji starsze damy. Mrożek w „Tangu” rozsadził ten mit, a historia III RP pokazała, że miał trafną intuicję: arcykonserwatywny i dobrze ułożony młodzian Artur stanął w opozycji do dogmatycznie zrewoltowanych rodziców.

Jeszcze w PRL-owskiej podstawówce z lat 80., jeszcze w liceum początków III Rzeczpospolitej, konflikt starych z młodymi był chyba nawet silniej eksponowany na lekcjach polskiego niż konflikty klasowe. Choć w jakiś sposób zawsze się z nimi przenikał, ponieważ to starsze pokolenia dysponowały kapitałem, możliwościami, obyciem i znajomościami w świecie, wiedzą konieczną do podejmowania trafniejszych decyzji i szybszego osiągania zamierzonych celów. A co mieli i mają młodzi? Rozwijane zdolności, urodę jako towar, naiwność, która czasem ułatwia nieoczekiwaną wygraną – cały ten niepewny pieniądz młodości. I jeszcze jedno: młodzi, z reguły zdrowsi, zdolniejsi do cięższej harówki, idą do przodu popychani witalnością szybko regenerującego się organizmu. Gorzej, gdy mniej ustawione i ustawieni życiowo spośród młodych zaczynają się wyczerpywać i męczyć, gdy pojawiają się problemy ze snem, psychiką, relacjami, szybkim wypaleniem nie tyle zawodowym, co po prostu życiowym tych łatwo zastępowalnych prekariuszy.

Mam wrażenie, że przez dekady III Rzeczpospolitej spór starych z młodymi odszedł do lamusa wyobrażeń społecznych i kulturowej mitologii. Podobnie jak odniesienia do konfliktów i napięć klasowych – mniej lub bardziej bezkrytycznie nastawione do (od)budowy kapitalizmu elity rodzącej się III RP zadbały o to, żeby ich własna silna niechęć do instrumentarium pojęć i skojarzeń związanych z walką klas wyrugowała je ze społecznego imaginarium. To hipoteza robocza: ze względu na silne, realne i symboliczne, powiązanie konfliktu klasowego ze sporem pokoleniowym także mit walki starych i młodych musiał zostać usunięty sprzed oczu społeczeństwa. Chętnie wyjaśnię, w czym rzecz.

Warto obejrzeć kroniki filmowe z początków lat 90. Uderza w nich pewien szczegół: widzimy wciąż dobrze znanych nam z aktywności na niwie publicznej polityków i dziennikarzy: Tomasza Lisa, Piotra Semkę, Donalda Tuska, Jarosława Kaczyńskiego. Ale nie tylko ich, bo i Igora Jankego, i Marka Jurka, a szerzej patrząc: całe mnóstwo ludzi wówczas dość jeszcze młodych, których dziś znajdziemy na różnych polach skonfliktowanej polityczno-medialnej matrycy. To oni w znacznej mierze wciąż urządzają i opowiadają nasz świat: to roczniki demiurgów, władnych i  decyzyjnych. Gdzie przebiega linia graniczna między nimi a młodszymi? Gdzieś w okolicach ostatniego pokolenia opozycji czasów PRL: urodzeni w latach 60. XX w. to ci, którzy jeszcze jako studenci albo ludzie po trzydziestce robili bardzo szybkie, oszałamiające kariery w początkach III RP.

To właśnie starsze roczniki, których reprezentanci w odpowiednim czasie, miejscu i okolicznościach mogli skorzystać ze znakomitej transformacyjnej koniunktury i na dobre – oraz na długo – umościli się w strategicznych czy newralgicznych miejscach rodzimych struktur gospodarczych, medialnych, politycznych. I przez dekady wzmacniania więzi formalnych i nieformalnych stworzyli pewnego rodzaju sieć pokoleniowo-klasową, która z jednej strony pełni funkcje amortyzacyjne, z drugiej – selekcyjne. Od lat już słyszę od moich prawicowych, nieco młodszych kolegów, że bardzo trudno zająć im lepsze miejsca w różnorakich instytucjach, w tym medialnych, ponieważ to starsi bardzo dbają o to – szczególnie gdy po kolejnych falach kryzysów zaczęły kurczyć się zasoby – żeby młodsi wciąż wydreptywali przedpokoje. Oczywiście są wyjątki, ale gdzieś między rocznikami czterdziesto- a pięćdziesięciolatków przebiega wyraźna granica podziału klasowo-pokoleniowego. Jasne, ten obraz trzeba niuansować: taka elita nie stanowi jednorodnej grupy interesów. Właśnie dlatego choćby hiperwolnorynkowy (tylko na poziomie sloganów i sposobu traktowania uboższych i zatrudnianej przez siebie sezonowo siły najemnej) Wojciech Cejrowski dopiero po #dobrazmiana zawisł na Poczcie Polskiej na plakatach zachęcających do kupna jego książek w wyjątkowej pocztowej ofercie.

Jeśli trochę uważniej spojrzymy na dzisiejszych 40-latków i 40-latki, widać dotykające ich pokoleniowe przypadłości. Szkoła podstawowa: lata 80. XX wieku to socjalizacja w duchu ideologii, w którą nikt już na ogół nie wierzył, zatem za młodu odbieraliśmy lekcję społecznego cynizmu i hipokryzji. W praktyce uczono nas już – nie zawsze w domach, ale z reguły w otoczeniu środowiskowym – kultu „dorabiania się”. Na naszych dziecinno-nastoletnich oczach pokolenie rodziców z PZPR-owców, post-opozycji albo programowo apolitycznych zamieniało się w ludzi, którzy łączą walką o przetrwanie z ciułaniem i urządzaniem się. Czasem szło o przeżycie, a czasem o to, żeby w końcu nacieszyć się prestiżem i „luksusem” posiadania czegoś lepszego niż puste puszki po zachodnich piwach. Materializm teoretyczny w zawrotnym tempie transformował w praktyczny. Na akademiach ku czci coś tam jeszcze niekiedy pierniczono o Leninie, ale później nasi wychowawcy wyjeżdżali na szybki handel do wciąż podzielonych Niemiec i wracali stamtąd Oplami z tamtejszych złomowisk. I tylko ten szrot, i tylko nowa meblościanka, i tylko ten marmurkowy dżins się liczył. Myśmy to dobrze wiedzieli, widzieliśmy, że co innego nam mówią, a w co innego wierzą.

Gdy poszliśmy do liceum, Polska się już solidnie przepoczwarzała, więc na jedną nóżkę Bóg, honor i ojczyzna, na drugą Róbta Co Chceta, zespół IRA, piwo 10,5 i pierwsze shake’i w MacDonaldzie. Wmówiono nam, że jesteśmy pokoleniem bez właściwości: za młodzi na opozycjonistów, za starzy na pełnoprawne dzieci III RP, ale w sam raz, żeby wydawać kieszonkowe w amerykańskim fast foodzie. I tak już zostało. Socjalizowano nas w dwóch zupełnie różnych światach – i to niemal w tym samym czasie, bo przecież już w latach 80. XX w. PRL podskórnie oddychał nurtem tęsknoty za hiperkonsumpcją, purytański socjalizm à la Gomułka nie kręcił ani (chłopo)robotników, ani inteligencji pracującej, ani PZPR-owskiej nomenklatury. Głośno o tym nie wypada mówić, ale roczniki urodzone w latach 60. XX w. (jacy one i oni dzisiaj bywają pobożni!) słynęły z tego, co eufemistycznie nazywa się swobodą obyczajów.

Wracając do dzisiejszych czterdziestolatków: nie jesteśmy nawet dzieciakami czasów głośnej dziś epoki duchologii, bo w latach 90. szliśmy na studia. Dorosły świat był wówczas dobrze już obsadzony przez dekadę od nas starszych, i jeszcze starszych. Mam wrażenie, że właściwie nikomu nie byliśmy wtedy rocznikowo potrzebni – chyba że właśnie jako nastoletni konsumenci i, nieco później, już jako potencjalni kredytobiorcy i mięso armatnie partii politycznych i zasób na rynku pracy – do obsadzenia nieco niższych szczebli rzeczywistości. W „Gazecie Wyborczej” w pierwszej połowie lat 90. XX w. chyba pisano o nas jako „X generation” i opisywano jako „niezaangażowanych”, „bez idei”, „nie potrzebujących tożsamości”. Dziś myślę, że w ten sposób spisywano nas na straty albo pokazywano miejsce w szeregu: no bo przecież to oni, starsi, mieli idee, cholernie silne tożsamości (które dziś przechodzą już w fobie starych sytych kotów), bardzo się angażowali w sukces swoich stronnictw, no i oczywiście dochodzili do pieniędzy i stanowisk. A nieco później, gdy zaczęliśmy kończyć studia i wchodzić w dorosłość, tych pieniędzy i stanowisk było już jakby mniej. Choć owszem, Dorocie Masłowskiej w „Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną” udało się wykrzyczeć cały ten dziwny misz-masz świata wczesnej transformacji, który chłonęliśmy z nastoletnią ciekawością, niewiele mogąc w nim jeszcze samodzielnie zdziałać.

Dziś ludzie dekadę starsi to czasem dobrzy koledzy. Ale wtedy dzieliła nas przepaść. To właśnie ich – dziś tak można na to patrzeć – symbolizuje ułożony Artur z „Tanga” Mrożka. Choćby „Pampersi”: na ogół konserwatywni i liberalni gospodarczo, choć czasem post-anarchistyczni. Obecnie z produkcjami takimi jak „Fronda” z lat 90. chyba na prawicy uchodziliby za obrzydliwych lewaków, bo dzisiejsza toporna narodowa prawica nie zniosłaby nawet takich zabaw formą czy intelektualną prowokacją. No i wtedy, w latach 90., ktoś taki jak Cejrowski napieprzający kubkiem o stół w telewizji publicznej, to była spora atrakcja i szok kulturowy. Na szczęście, moim „Co z tym Kansas?” było własne dzieciństwo, więc nie dałem się nabrać na skserowany neokonserwatywny szwindel. Ale wielu to bawiło: co samo w sobie jest śmieszne, bo gdy Cejrowski głośno pomstował na to, że „lewactwo” uczy młodzież naciągać prezerwatywy na penisa, jego widownia z moich roczników właśnie po kryjomu uczyła się tej sztuki. Socjalizowanie do powszechnie akceptowanej hipokryzji – model arcypolski.

Dziś mam wrażenie, że pokolenie czterdziestolatków jest pokoleniem Zeliga: dostosowuje się do trendów, ponieważ nigdy nie wypracowało własnej idei, własnej silnej świadomości pokoleniowej. Nie przeżyliśmy nawet własnego konfliktu ze starymi: po prostu braliśmy to, co nam dawały różne koterie reprezentujące „starych”. Kooptacja była dla nas największym zaszczytem. Kiedyś chyba w większości byliśmy „jurkoowsiakowi” i chętnie czytaliśmy „Gazetę Wyborczą” (krzywiąc się na „mohery”, bo to nas czyniło takimi liberalnymi), dziś wielu odkryło w sobie arcypatriotów i neoendeków. Nazywa się to ładnie „zmądrzeniem”, ale według mnie to efekt Zeliga, reakcja przystosowawcza roczników, które za młodu puszczono samopas, przykładem uczono albo transformacyjnego cynizmu, albo kruchcianego fanatyzmu (a czasem jednego i drugiego na raz). Przegraliśmy jako pokolenie, ponieważ nie uświadomiliśmy sobie istnienia dwóch rebelii szczególnie ważnych w kontekście gwałtownych przepoczwarzeń ustrojowych: pokoleniowej i klasowej. Nie pozwolono nam ich sobie uświadomić. Na własnej skórze przekonujemy się do dziś, jak one łączą się ze sobą w porządku biograficzno-ekonomicznym.

Przy okazji: chyba jedynym środowiskiem ideowym, jakie znam, które przynajmniej w swych początkach w znacznej mierze rekrutowało się z roczników końca lat 70., początku lat 80. jest właśnie „Obywatel”/„Nowy Obywatel”. Może za lat dziesięć albo piętnaście, da się zrobić o tym szereg długich wywiadów. Skoro rośnie nam czytelnictwo, przybywa prenumerat, to znaczy, że udało się nam pokazać coś ważnego z przemian współczesnej Polski.

Wrócę na koniec do mitów. Szymon Gajowiec tak mówił w rozmowie z Cezarym Baryką: to Edward Abramowski. Filozof i socjolog. Nowator, prekursor we wszystkich dziedzinach. Główną dziedziną jego pracy duchowej była psychologia. Syn swego czasu, socjalista rewolucyjny, obijający się o wszelkie szkopuły nauki Marksa, błąkający się wśród nich ze swoją miarą fenomenalizmu podmiotowego, stwarza wreszcie naukę własną bojkotu państwa za pomocą złączenia ludzi w związki, stowarzyszenia, kooperatywy. Usiłuje wytworzyć świat nowy i nieznany, który w jego pojmowaniu będzie wielkim, powszechnym ruchem etycznym, świat przewidywany, wymyślony. Ta wymarzona za czasów rosyjskich rewolucja społeczna i moralna poprowadziła go konsekwentnie na stanowisko teoretyka kooperatyzmu praktycznego. A jego pomysł zorganizowania ludzi w sposób antypaństwowy przywiódł go w praktyce, za panowania nad Polską caratu, do uznania Polski nie istniejącej jako realizacji jego pomysłu. […] Patrzę na jego kochany portret i powtarzam mu codziennie: śpij spokojnie, jasny duchu! Pracujemy dzień i noc, bez wytchnienia, szerzymy i spełniamy twe marzenia, tylko zgoła inaczej, wprost inaczej, w wolnym państwie polskim. Uczę się patrząc na to oblicze, na tego ducha, czego robić nie należy, ażeby dojść tam, gdzie on dojść pragnął, gdyż samo życie po tysiąc razy zaprzeczyło marzeniom tego społecznego mistyka.

Do nas, jako pokolenia, nikt tak pięknie nie mówił. I nikt nam tak dobrego świadectwa nie dawał. Karcono nas za to często w mediach, byśmy nie byli podobni do „homo sovieticusów” ze starszych pokoleń, do bezbożników „z liberalnego Zachodu”, do „moherowych beretów”. Wszystkim nas straszono. Do niczego poza wolnym rynkiem, kruchtą albo libertynizmem nie chciano przekonać. I właściwie staliśmy się sumą tych strachów i takiej socjalizacji.

Lewy do prawego?

Ryzyko ponownego przejęcia władzy w Polsce przez neoliberałów spod znaku PO, Nowoczesnej czy „Gazety Wyborczej” powinno polskim środowiskom propaństwowym i prospołecznym spędzać sen z powiek w stopniu nie mniejszym niż ryzyko zwiększenia wpływów politycznych przez nacjonalistów z ONR czy Młodzieży Wszechpolskiej. Rządowi PiS można zarzucić sporo. Warto jednak pamiętać, że partia ta ma solidną, demokratyczną legitymację 30-40% społeczeństwa i że PiS-owski konserwatywny antyneoliberalizm jest bardziej propaństwowy od antyspołecznego neoliberalizmu Nowoczesnej oraz izolacjonistycznego nacjonalizmu ONR.

Z obawą obserwujemy destabilizujący się świat. Wojny w Iraku, Syrii, Libii i na Ukrainie, zamachy terrorystyczne w Niemczech, Belgii czy Francji. Masowa imigracja do Europy. Brexit, Erdogan i Trump. Zbliżające się wybory we Francji, których wynik będzie miał kluczowy wpływ na przyszłość UE. Zmiany klimatyczne. Rosnące znaczenie potężnych globalnych korporacji, funduszy inwestycyjnych czy pojedynczych, bajecznie bogatych osób, walczących ramię w ramię o globalne przywileje w postaci odrębnego sądownictwa, niepłacenia podatków, dążących do przejmowania kontroli nad zasobami naturalnymi i dochodowymi rynkami. Wszystkie te procesy ulegają przyspieszeniu z powodu postępu technologicznego ułatwiającego globalną komunikację, czego symbolem jest m.in. Facebook.

Martwi płytkość debaty w Polsce. Martwi również systematyczny wzrost znaczenia nacjonalistów i wciąż spore znaczenie neoliberałów. Równocześnie nie dziwi dezorientacja społeczeństwa zarzucanego medialną papką pospołu przez rozgoryczone grupy odsuniętych od dostępu do żłobu neoliberalnych janczarów oligarchicznej globalizacji, zwycięzców ostatnich wyborów oraz uskrzydlonych internetową komunikacją i masowymi marszami nacjonalistów. Głos społecznej lewicy brzmi tu słabo i cicho. Oznacza to, że realny spór w Polsce toczy się między propaństwowymi konserwatystami, antyspołecznymi neoliberałami i preferującymi izolację nacjonalistami.

Warto stosować gradację oceny istniejących opcji politycznych: nacjonaliści i neoliberałowie to zagrożenie dla społeczeństwa. Jedni, bo chcą uciec przed globalizującym się światem w izolację i państwo narodowe. Nie rozumieją, że jeśli tak samo postąpią na przykład Niemcy – wróci stare. Dlatego nie widzą zalet UE, którą do pewnego stopnia pętają narodowe egoizmy i duchy przeszłości. Drudzy, podkarmiani przez zagranicznych sponsorów, zwyczajnie gardzą konserwatywnymi i biedniejszymi Polakami z prowincji, niedorastającymi do ich wysmakowanych, „nowoczesnych” standardów. Ślepo wierzą w ponadnarodową równość i braterstwo, bez refleksji, skąd bierze się np. negatywny bilans płatniczy Polski albo czemu Niemcy nie sprzedają zagranicznemu kapitałowi swoich banków i prasy.

Konserwatyści natomiast mają pełną demokratyczną legitymację konserwatywnych Polaków. Niekonserwatywni i prospołeczni Polacy powinni się z nimi zarówno spierać, jak i współpracować. Współpracować na przykład w kwestiach Planu Morawieckiego, społecznych inicjatyw rządu, jak 500+ czy Mieszkanie+. Spierać natomiast z fatalną polityką ochrony środowiska, kwestią relacji z UE czy prawa aborcyjnego. Roztropna polityka to umiejętność współpracy i niezgadzania się równocześnie.

Do powyższych wniosków można dojść patrząc przez pryzmat poniższych kryteriów, ważnych dla interesu społecznego.

Odpowiedzialność za skutki wdrażania ekonomicznej doktryny neoliberalnej, takie jak: niekorzystna prywatyzacja strategicznych sektorów gospodarki, fatalny stan usług publicznych, zadłużenie państwa, regresywne podatki czy malejący udział pensji w Produkcie Krajowym Brutto.

Rozumna i celowa polityka historyczna. Nie da się myśleć o przyszłości, nie rozumiejąc przeszłości. Tym samym przestępstwa komunistyczne z lat 1944-1989 na działaczach PPS oraz antysowiecka postawa PPS w czasach II RP powinny być ważnym elementem polityki historycznej lewicy społecznej. Może to mieć dwa efekty: demokratyzację obecnie przywłaszczonego przez prawicę dyskursu historycznego oraz nakreślenie wyraźnej bariery wobec środowisk wywodzących się z komunistycznych elit politycznych. Bariera ta jest ważna, ponieważ środowiska takie od lat aktywnie blokują otwartą dyskusję na temat odpowiedzialności za zbrodnie komunistyczne. Powoduje to liczne patologie. Na przykład celebrowanie lojalnych współpracowników radzieckich służb jako czcigodnych ojców-założycieli III RP czy niepozbawienie żadnego SB-eka emerytury za zbrodnie komunistyczne, które chyba popełniły się same.

Ochrona dobrego imienia Polski. Od Sejmu Niemego w 1717 r., z przerwą na dwadzieścia kilka lat, do 1989 r. Polska była państwem zależnym i kolonizowanym. Nie miała wpływu na politykę agresywnych państw np. w Kongo, na Ukrainie, w Polsce, Madagaskarze, Kenii, Namibii, Afryce Południowej czy Filipinach. Polska ponosi odpowiedzialność polityczną wyłącznie za lata 1919-1939 i 1990-2016.

Państwo świeckie i niewyznaniowe. Jednym z kluczowych pól konfliktu jest stosunek do prawa aborcyjnego. Dotychczas obszar ten był zdominowany przez prawicę. Nie wchodząc w etyczne i społeczne oceny samej aborcji, prawo do aborcji do 12. tygodnia powinno być oczywistym postulatem.

Respektowanie polskich norm kulturowych i społecznych. Polska jest krajem bardziej konserwatywnym niż na przykład Niemcy, Dania czy Szwecja. W konsekwencji bezrefleksyjne kopiowanie kwestii szczególnie wrażliwych kulturowo, jak np. LGBT czy agresywnego antyklerykalizmu, jest drogą do kontynuacji modelu, w którym lewica zamyka się w getcie 3-procentowego elektoratu złożonego z wielkomiejskiej inteligencji, a także oddawaniem politycznego pola neoliberałom, narodowcom i konserwatystom. Żeby wyjść z kręgu 3% poparcia, należy rozsądnie odpowiadać na potrzeby i lęki Polaków z mniejszych miejscowości. Co nie oznacza, że osoby homoseksualne nie powinny mieć solidnej ochrony prawnej, a Kościół Katolicki – być mniej szczodrze finansowy z budżetu państwa.

Stosunek do UE. UE nie jest idealna, ale jest lepsza od braku UE, gdyż gwarantuje pokój w Europie. Tym samym powoduje to ostry, konieczny konflikt ze środowiskami narodowców, dążącymi do rozbicia Unii i zachwycającymi się takimi pomyłkami politycznymi, jak Farage czy Le Pen. Polska lewica powinna wspierać UE wspólnotową, a nie międzyrządową, promowaną przez obecny rząd polski. Polska jest za słaba instytucjonalnie na skorzystanie z Unii międzyrządowej, którą siła rzeczy zdominują największe państwa europejskie w stopniu większym niż obecnie.

Ochrona środowiska, zmiany klimatyczne, bioróżnorodność i prawa zwierząt. Tu ponownie konieczny jest pewien szpagat. Z jednej strony proste kopiowanie szwedzkich czy duńskich Zielonych jest niemożliwe ze względów ekonomicznych i socjalnych, gdyż wyklucza polskie społeczności zależne od górnictwa oraz spycha sporą część obywateli w ubóstwo energetyczne. Zmiany klimatyczne zresztą nie biorą się raczej z polskiego węgla (brak efektu skali), lecz z węgla spalonego np. w Azji na potrzeby produkcji dóbr oraz usług konsumowanych przez zamożniejszych ludzi z całego świata, zwłaszcza z dużych, bogatych krajów, jak USA, Japonia, Niemcy, Arabia Saudyjska czy Francja. Z drugiej strony stosunek prawicy do zarządzania zasobami naturalnymi, obszarami Natura 2000, do przywilejów myśliwych, przemysłowej hodowli zwierząt, praw zwierząt itp., jest nieakceptowalny w XXI wieku.

Stosunek do sprawiedliwości społecznej. Podstawą sprawiedliwości społecznej jest odpowiednia ilość pieniędzy w budżecie: na publiczną służbę zdrowia, budownictwo komunalne, emerytury, renty, edukację, ubezpieczenie od bezrobocia itd. Tego się nie da sfinansować podatkami liniowymi. Stąd podatki powinny być rozsądnie progresywne, bez pomijania progresywnego podatku spadkowego.

Stosunek do armii. Oczywiście pacyfizm to piękna idea, ale Polska ma takie położenie geopolityczne, jakie ma, czyli podobne do Izraela, Finlandii czy Korei Południowej, a nie Danii, Holandii czy Luksemburga. Nakładem 2% PKB na armię to naprawdę minimum, a Obrona Terytorialna jest standardem w wielu krajach. To, że coś firmuje minister nielubiany na lewicy, nie oznacza, że jest to złe z zasady.

Kwestia uchodźców. To temat trudny etycznie. Polskie społeczeństwo i państwo nie są gotowe na masowe, niekontrolowane migracje i można albo ten fakt potępiać i tym samym marginalizować się względem elektoratu, albo mądrze się odnieść do tych lęków, np. sprzeciwiając się unijnemu uwspólnotowieniu kwestii imigracji, ale już nie idei pomocy przerażonym ludziom uciekającym przed wojnami. Jest wiele dróg, by pomóc potrzebującym, respektując obiekcje społeczeństwa. Warto też dobrze rozumieć polityczną odpowiedzialność za migracje, poczynając od wpływu na zmiany klimatyczne, przez wpływ kolonializmu kilku krajów na stabilność w obecnie zapalnych regionach świata i tym samych ich współczesną współodpowiedzialność, a kończąc na zidentyfikowaniu faktycznych prowodyrów wojennych.

Zdolność do wymanewrowania Polski z materializujących się konfliktów międzynarodowych, zwłaszcza związanych z Rosją. Art. 5 NATO, kraje bałtyckie i Przesmyk Suwalski są jednym z wiszących nad Polską mieczów Damoklesa. Należy publicznie dyskutować, czy w Polsce powinny stacjonować obce wojska i czy Polska powinna wysyłać swoich żołnierzy do krajów bałtyckich.

Istnieją na pewno inne liczne kryteria sensownej polityki, ale powyższe pozwalają ocenić, że wpływowe środowiska w Polsce ich nie spełniają. Brak dobrze przemyślanej odpowiedzi na problemy i lęki społeczne, udzielonej z respektem dla polskiej specyfiki kulturowej, zostawia potencjalne 10-20% społeczeństwa skrajnej prawicy, jak we Francji czy USA – ponieważ umie ona zarządzać lękami społecznymi. Kolejne 20% potencjalnych wyborców społecznej lewicy idzie w ręce periodycznie przefarbowujących się postsolidarnościowych lub postkomunistycznych neoliberałów. Warto? Może lepiej uznać, że społeczeństwa zmieniają się powoli, uszanować to – i tym samym postawić tamę odradzającym się w Polsce ruchom nacjonalistycznym i izolacjonistycznym oraz ograniczyć elektorat neoliberałów do świadomych neoliberałów? A przy okazji wykorzystać szansę na dialog i współpracę z częścią społeczeństwa pozbawioną reprezentacji politycznej?

Środowiska odpowiedzialne za skutki neoliberalnej polityki gospodarczo-społecznej w Polsce powinny pozostać przeszłością, natomiast narodowcy nie mogą stać się przyszłością.

Wiktorianie XXI wieku

Dziewiętnastowieczna burżuazja używała moralności do utwierdzania własnej dominacji klasowej – a dzisiejsze elity robią to nadal.

Słowo wiktorianin budzi skojarzenia ze staroświeckością: kobiety skrępowane gorsetami, ściśle określone role płciowe, pruderia okazywana w sprawach dotyczących seksu. W świecie, którym rządzą rażący konsumeryzm i autoekspresja, te dziewiętnastowieczne pojęcia samokontroli i samozaparcia wydają się beznadziejnie przestarzałe.

Jednak wiktoriański etos bynajmniej nie umarł. Żyje nadal i znajduje wyraz we współczesnym zachowaniu wyższej klasy średniej. Mimo że niektóre z jego aspektów stały się niemodne i odeszły w niebyt wraz z kamizelkami, pozostało przekonanie, że burżuazja posiada moralną przewagę nad innymi klasami.

Niedzielne przechadzki, wieczorne wykłady i cotygodniowe spotkania salonowe zostały zastąpione przez spinning w siłowniach, zdrową żywność i składanie wniosków o przyjęcie do college’u. Nie pozwólcie się jednak zmylić. Powyższe zjawiska mają do spełnienia tę samą rolę: przekształcenie przywilejów klasowych w indywidualne cnoty, a tym samym – podtrzymanie dominacji klasowej.

Wartości wiktoriańskie

Historyk Peter Gay używał słowa wiktorianin w szerokim rozumieniu – do opisu kultury wykształconych wyższych klas średnich Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych w dziewiętnastym stuleciu. Oczywiście, klasy te miały o wiele bardziej skomplikowane poglądy na temat seksu, płci i rodziny, niż może się nam wydawać.

Wiktorianie egzekwowali, trzeba to przyznać, surowy kodeks moralny, jednak rozmawiali o seksie na okrągło, co graniczyło niemal z obsesją. Jak zauważa Gay, bogate pary często pisały do siebie listy miłosne, których treść nawet u współczesnych czytelników wywołałaby wypieki. I pomimo stereotypu surowych, autorytarnych ojców, to w tym okresie szukać można źródeł współczesnych postaw w stosunku do dzieci. Prawdziwy mężczyzna nie tylko zarabiał na utrzymanie rodziny, ale też aktywnie interesował się emocjonalnym „dobrostanem” swojego potomstwa.

Mimo że dziewiętnastowieczne wyższe klasy średnie nie były tak pruderyjne i surowe, jak to sobie wyobrażamy, rzeczywiście przestrzegały ścisłych reguł zachowania. Zasady te odzwierciedlały zmieniające się struktury klasowe tego okresu, jak i chęć rosnącej w siłę burżuazji, by utwierdzić swoją moralną wyższość nad arystokracją. Orężem używanym do podważenia miejsca starej arystokracji w centrum życia politycznego, społecznego i kulturalnego, była cnota. Podczas gdy synowie arystokratów polowali i biesiadowali, synowie bankierów i prawników pracowali, zakładali rodziny i kształcili się.

Słowo-klucz tego okresu jest niemal nieprzetłumaczalne i brzmi Bildung, co oznacza edukację w formie doskonalenia się i ulepszania. To pojęcie, wyrażane w różnych językach i w różnych narodach, połączyło tę rosnącą klasę, podzieloną dotąd granicami. Samoulepszanie odróżniało jej przedstawicieli od dekadenckiego jednego procenta. Dla przykładu, słuchanie muzyki stało się kształcącym – a nie rozrywkowym – doświadczeniem. Osiemnastowieczna kameralna muzyka klasyczna funkcjonowała jako przyjemne tło na arystokratycznych wieczorkach. W halach koncertowych arystokraci obściskiwali się w lożach, poświęcając tylko zdawkową uwagę wykonawcom. Gdy z kolei rosnąca w siłę klasa kapitalistyczna zaczęła uczęszczać na koncerty, nie spędzała ich na pogawędkach: jej członkowie siedzieli bez ruchu i żądali ciszy, żeby móc skoncentrować się na muzyce. Niemieccy wiktorianie ukuli termin Sitzfleisch – obecnie oznaczający wytrwałość – do opisania kontroli nad mięśniami, niezbędnej do siedzenia zupełnie bez ruchu w czasie koncertu. Nawet kaszlnięcia i kichnięcia musiały być tłumione, żeby nie rozproszyć niczyjej uwagi i tym samym nie przeszkodzić w procesie samodoskonalenia.

Pogoń za Bildung przenikała też do życia codziennego. Bogate młode kobiety, które nie mogły liczyć na lepszą karierę niż ta żony i matki, uczyły się co najmniej jednego języka obcego oraz brały lekcje gry na pianinie i śpiewu. Mężczyźni często spędzali wieczory uczęszczając na wykłady lub biorąc udział w inicjatywach organizacji obywatelskich. Żeby jednak poświęcenie się opłaciło, ubogaceni w ten sposób wiktorianie musieli się z nim obnosić, sprawiając, że to, co różniło ich od biedniejszych i od bogatszych, stawało się dla wszystkich oczywiste.

Wydawali lwią część zarobków na elementy dekoracyjne domu, które demonstrowały jednocześnie zamożność, dobry gust i skromność. Wiedzieli, że odnieśli sukces, kiedy stać ich było na posiadanie salonu – pokoju przeznaczonego wyłącznie do przyjmowania gości, do którego domownicy nigdy nie wchodzili sami. W niedziele całą rodziną przechadzali się po parku. Co za tym idzie, w całej Europie i Stanach Zjednoczonych bogate rodziny walczyły o tworzenie coraz większej liczby nowych parków. Jednak zgodnie z ich wartościami, miejsca te nie miały być ogólnodostępne w dowolnym celu, lecz służyć za wybiegi, na których można było pochwalić się najlepszym niedzielnym ubiorem.

W Central Parku w Nowym Jorku, na przykład, obowiązywał zakaz deptania trawy i uprawiania sportu. Dzieci musiały przedstawić „zaświadczenie o dobrym zachowaniu” ze szkoły, żeby móc bawić się na placach zabaw. Sprzedaż piwa była w niedziele zakazana. Park ten nie miał służyć rekreacji klasy robotniczej, ale jej dyscyplinowaniu. Robotnicy uczyli się właściwego sposobu korzystania z terenu: spacerowania. Ów wczesny projekt Fredericka Law Olmsteda pełnił rolę ogromnego pomnika wiktoriańskiego rozumienia przyrody jako miejsca doskonalenia.

Moralność fitnessu

Chociaż nie widujemy już w nich mężczyzn w cylindrach i kobiet w sukniach, paradujących co niedziela z dziećmi, parki pozostają wciąż miejscami prezentacji cnoty i dyscypliny: współczesna kultura fitnessu idealnie wprowadza w życie dziewiętnastowieczny etos ulepszania. Wiktorianie słynęli z niechęci do wysiłku fizycznego – który pozostawiali proletariatowi – i uznawali dodatkowe kilogramy za oznakę przynależności do swojej klasy i przysługującego jej poważania. Fitness i sport zaczęły przenikać do życia klas średnich w dwudziestym wieku, a obecnie pełnią taką samą funkcję, jaką wcześniej przechadzki.

Po raz pierwszy dotarło to do mnie dziewięć lat temu. Mieszkałem w Grand Rapids w stanie Michigan i lubiłem przejażdżki rowerowe. Był to sposób na eksplorację nieznanych mi miejsc. Pewnego dnia postanowiłem odwiedzić East Grand Rapids, bardzo zamożną dzielnicę, ponieważ mieli tam ścieżkę rowerową prowadzącą dookoła jeziora Reeds. Gdy już tam dotarłem, od razu zauważyłem, że jestem jedyną osobą, która nie ma na sobie ubioru sportowego. Nie znaczy to, że wszyscy uprawiali sport – większość ludzi przechadzała się tak, jak ich poprzednicy – ale byli ubrani, jakby wybierali się na siłownię. Inni rowerzyści mieli na sobie obcisłe stroje ze spandexu, jak gdyby czekali na linii startu Tour de France. Te ubrania wysyłały wiadomość: „Nie myśl sobie, że idziemy lub jedziemy rowerem, żeby dokądś dotrzeć. My uprawiamy sport”. Zamożni rezydenci East Grand Rapids przekształcili przechadzkę po parku w fitnessowy reżim; ich stroje sportowo-rekreacyjne ogłaszały, że to działanie ma na celu samodoskonalenie.

Obecne trendy aktywności fizycznej, takie jak hot joga, spin i CrossFit, demonstrują poświęcenie się samozaparciu i samodyscyplinie, wartościom chwalonym przez wiktorian. Bieganie maratonów stało się najlepszym dowodem ich wyznawania: biegacze mogą publikować zdjęcia w mediach społecznościowych, żeby udowodnić wszystkim, iż torturowali swoje ciała w wysoce cnotliwy – i wcale nie perwersyjny – sposób.

Te postawy przejawiają się także w życiu codziennym. Sklepy sieci Trader Joe’s i Whole Foods [amerykańskie sklepy ze zdrową i importowaną żywnością – przyp. tłum.], są wypełnione ludźmi w strojach sportowych, bez śladów potu. Taki ubiór opisuje ich posiadacza jako kogoś, kto dba o swoje ciało, nawet jeśli akurat nie oddaje się aktywności fizycznej. Dresy do jogi i buty do biegania ukazują cnotę tak wyraźnie, jak ukazywały ją gorsety dziewiętnastowiecznych żon. Bycie w formie jest teraz wyrazem przynależności klasowej, która przesyca kulturę fitnessu i jedzenia. Ponieważ kalorie potaniały, otyłość ze znaku zamożności stała się znakiem upadku moralnego. W dzisiejszych czasach bycie chorowitym jest postrzegane jako przejaw zachłanności biedoty, podobnie jak w dziewiętnastym wieku postrzegane były zwyczaje seksualne klasy robotniczej.

Poglądy te stanowią mocny przekaz, że niższe klasy nie umieją się kontrolować, więc dostają dokładnie to, na co zasługują. Nie ma w takim razie potrzeby wprowadzać wyższych pensji ani dofinansowywać opieki zdrowotnej. Biedni przecież i tak zmarnują je na papierosy i cheeseburgery.

Zarówno wtedy, jak i teraz, te domniemane różnice zdrowotne ukazywały zjawisko obrzydzenia ciałami klasy robotniczej. W „Drodze na molo w Wigan” George Orwell pisał o swoim dzieciństwie przypadającym na schyłek epoki wiktoriańskiej, twierdząc, że nauczono go, iż „w ciele robotnika jest coś lekko odpychającego”. W czasach Orwella, mydło – a nie kondycja fizyczna – wiązało się z tym podziałem; wpojono mu przekonanie, że, jego własnymi słowami, „niższe klasy śmierdzą”.

W dzisiejszych czasach wyrazy przerażenia różnicami klasowymi znajdujemy w internecie, na stronach takich jak „People of Walmart”. Zamiast czuć odrazę do „brudasów”, współcześni wiktorianie mdleją na widok „żarłoków”. Mimo że dziewiętnastowieczna burżuazja postrzegała korpulentną sylwetkę nie jako powód do wstydu, ale przyjemną oznakę zamożności, jej duchowi spadkobiercy maja obsesję na punkcie zdrowego jedzenia. W ciągu ostatnich 15 lat żywność organiczna z niszowego zjawiska przeistoczyła się w coś niezbędnego do przeżycia.

Przyjrzyjmy się ruchowi bezglutenowemu – tym, którzy z wyboru eliminują gluten ze swojej diety, nie zaś chorym na celiakię, którym nie wolno go spożywać. Kilka lat temu żartowałem, że znalezienie kogoś na diecie bezglutenowej w moim rolniczym miasteczku w stanie Nebraska byłoby wyczynem podobnym do znalezienia dzieł zebranych Piotra Kropotkina w lokalnej bibliotece. Dziś żywność „bezglutenową” można znaleźć na półce niemal każdego okolicznego supermarketu. Ta dyscyplina żywieniowa jest formą cnotliwego samozaparcia, które napełniłoby wiktorian dumą. Gdyby tylko moi dziadkowie mogli dożyć momentu, w którym zrozumieliby, że uprawianie własnych ziemniaków i ogórków czyni z nich klasę wyższą, a nie kmiotów…

Wojny mamusiek i podania do college’u

Podobna dynamika zatruwa dziś życie rodzinne. Tak jak ich przodkowie, dzisiejsze wyższe klasy średnie przykładają wielką wagę do rodziny. Chociaż dziewiętnastowieczny autorytaryzm osłabł, w tym właśnie wieku zaczęto postrzegać dzieciństwo jako odrębny, szczególny okres życia. Rodzice działali zgodnie z tym przekonaniem, urządzając w domach pokoje dziecinne. Metody wychowawcze z każdym rokiem stają się coraz bardziej uciążliwe, wymagając od rodziców ekstremalnej dyscypliny i samozaparcia. Tytuł wydanej ostatnio książki „Sama radość, żadnej zabawy” [All joy and no fun] – brzmiałby jak muzyka dla uszu wiktorian. Czy jest coś bardziej frywolnego i mniej kształcącego niż zabawa? Nie ma na nią miejsca we współczesnym rodzicielstwie, z wszystkimi jego wymogami. Matki muszą karmić piersią przez dłuższy niż kiedyś czas, kupować dzieciom wyłącznie żywność organiczną i ograniczyć do zera czas spędzany przez maluchy przed ekranem. Potknięcia oznaczają porażkę. Ukazuje to prawdopodobnie najoczywistsze powiązanie między wartościami wiktoriańskimi dawniej i dziś: w obu przypadkach ograniczają one kobiety i umacniają hierarchię płciową.

Nie jest przypadkowe, że te nowe oczekiwania wymagają pieniędzy i czasu. Pracująca matka, która stara się utrzymać rodzinę z kilku prac w sektorze usług, będzie miała mniej okazji do odciągnięcia mleka z piersi niż kobieta pracująca w biurze (nie wspominając o różnicach w urlopach macierzyńskich między pracownicami fizycznymi a pracownicami biur). Moralistyczne imperatywy wiązane dziś z karmieniem piersią sprawiają, że kobiety z klasy robotniczej – które rzadziej karmią w taki sposób – są osądzane jako gorsze moralnie. Co więcej, w publicznych debatach związanych z ograniczeniami w karmieniu piersią rzadko podnosi się żądania lepszego dostępu do tego rodzaju karmienia przez matki z tej klasy.

Wygórowane oczekiwania wobec rodziców nie kończą się wraz z okresem niemowlęctwa. Małe dzieci zachęca się do udziału w zajęciach w kosztownych klubach sportowych, a rodzice rezygnują z czasu wolnego, żeby je w tym wspierać. Takie aktywności wymagają czasu i pieniędzy, dwóch zasobów, których brakuje ludziom z klasy robotniczej. Rozpowszechnienie zajęć zorganizowanych jest rodzajem ulepszania: czas dziecka zostaje całkowicie poddany zjawisku Bildung. Natomiast zdolność do zapewnienia dzieciom takich możliwości jest przedstawiana jako wyraz moralnej wyższości rodziny, nie zaś jej sytuacji ekonomicznej. Tak jak wiktoriańskie kobiety musiały uczyć się grać na pianinie i mówić po włosku – demonstrując wyrafinowanie niedostępne dla innych warstw społecznych – tak współczesne dzieci grają w piłkę nożną, uczą się mandaryńskiego i odbywają wolontariat w okolicznych organizacjach charytatywnych.

Jednak uwieńczeniem współczesnej pogoni za Bildung jest zdecydowanie proces składania podań do college’u. Nie ma dziewiętnastowiecznego odpowiednika tego niedorzecznego nowego rytuału, mimo że Dickens mógłby napisać świetną satyrę na jego przyrodzony absurd: miliony zachowują się tak, jakby system mocno oparty na uprzywilejowaniu był naprawdę rodzajem merytokracji i jakby wartość człowieka mogła być oceniona na podstawie szkoły, do której został przyjęty. Większość Amerykanów, którzy wybierają się do college’u, składa podania tylko do kilku szkół. Natomiast dzieci z wyższych klas chodzą na standaryzowane zajęcia przygotowujące do egzaminów, pracują jako stażyści lub podróżują w czasie wakacji letnich, żeby zdobyć materiał do esejów wstępnych. Często składają podania do kilku szkół na raz, wszystko po to, żeby zmaksymalizować szanse dostania się do tej o najlepszej reputacji. Rodzice – niezależnie od zdolności intelektualnych swoich dzieci – mogą następnie spocząć w przekonaniu, że ulepione są z lepszej gliny niż plebs wybierający się na dofinansowywane uniwersytety stanowe.

Bildung dla wszystkich!

Dzisiejsza klasa średnia podtrzymuje iluzję merytokratycznego społeczeństwa, tak jak robili to wiktorianie. Taka wizja rzeczywistości pozwala im na umocnienie swojej pozycji ekonomicznej za plecami robotników, których uczy się, że problemy zdrowotne i beznadziejne perspektywy zawodowe są ich indywidualną winą, nie dysfunkcjami systemowymi.

Oczywiście ćwiczenia fizyczne, jedzenie żywności organicznej i zachęcanie dzieci do pożytecznego spędzania wolnego czasu nie są same w sobie złe. Jednak stają się oznakami burżuazyjnych wartości, kiedy używa się ich do utwierdzenia wyższości jednych klas nad innymi lub do usprawiedliwiania nierówności społecznych. Było to tak samo obrzydliwe w dziewiętnastym wieku, jak obrzydliwe jest teraz.

Powinny nas obchodzić nasze zdrowie, żywienie i wykształcenie. Jednak zamiast postrzegać je jako sposoby na wsparcie dominacji klasowej, należałoby ulepszać je dla wszystkich po równo. Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby energia poświęcana na pomoc w dostaniu się do prestiżowych college’ów przeciętnym dzieciom z klas wyższych została przekierowana na uczynienie wykształcenia bardziej dostępnym i tańszym dla każdego. Wyobraźcie sobie sytuację, w której dostęp do zdrowej żywności dla wszystkich stałby się większym priorytetem, niż uzyskiwanie pożądanego statusu społecznego przez kupowanie najbardziej „pełnych zalet” produktów. Krótko mówiąc, wyobraźcie sobie świat, w którym dominowałyby wartości socjalistyczne, a nie wiktoriańskie.

tłumaczenie Kamila Zubala
Tekst ukazał się w internetowej wersji magazynu „Jacobin” w październiku 2016 r.

Kogo obawiać się bardziej: Trumpa czy Greya?

Kandydatura Donalda Trumpa, jego wypowiedzi w trakcie kampanii prezydenckiej oraz ostateczne zwycięstwo (wciąż in spe, pamiętajmy o specyfice amerykańskiego systemu wyborczego) wywoływały w Polsce bardzo mieszane uczucia. Stopień ich pomieszania był i jest w sporej mierze zależny od pozycji na scenie politycznej. O ile dla centrum i lewicy Trump pozostaje postacią raczej jednoznacznie negatywną, o tyle główny nurt prawicy niepokoi się dwuznacznymi deklaracjami przyszłego prezydenta w sprawach polityki zagranicznej oraz powiązaniami personalnymi samego Trumpa i jego środowiska. Pokłada jednak jednocześnie pewne nadzieje w zapowiadanym odejściu od liberalno-lewicowych pryncypiów w sferze światopoglądowej oraz widocznym konflikcie elekta z większością środowisk opiniotwórczych, postrzeganym przez prawicę jako zbliżony do sytuacji, w jakiej znajduje się nieprzerwanie polski obóz władzy. Ten drugi obszar pozostaje oczywiście istotny: nie sposób nie zauważyć, że podmiotem bieżącej polityki jest konkretna Polska z konkretnymi władzami, a ich sukcesy i porażki, wiążące się również ze stosunkami na poziomie soft, przekładają się na bieżącą i przyszłą sytuację całego kraju i społeczeństwa.

Istotniejszy jednak pozostaje poziom hard. Oczywisty niepokój budzi tu polemizowanie przez Donalda Trumpa z postanowieniami artykułu 5. Traktatu Północnoatlantyckiego, pojawiające się w wypowiedziach ogólne tendencje izolacjonistyczne oraz pozytywne oceny prezydentów Putina i Erdogana. O ile powiązania samego Trumpa z kapitałem rosyjskim trudno uznać za dostatecznie udowodnione, o tyle przyszły doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, generał Michael T. Flynn, na pewno bywał gościem Władimira Putina i komentatorem rosyjskiej telewizji, a jego przyszły zastępca K. T. MacFarland głosił, że rosyjskiemu przywódcy należałoby przyznać Nagrodę Nobla. Z drugiej strony, na szefa Departamentu Obrony został wyznaczony generał James Mattis, zwolennik znaczącej roli NATO i zaangażowania w Europie, krytyk polityki resetu i ostatnich ekspansywnych działań Rosji. Ponadto w ekipie Trumpa można znaleźć kilku znaczących przedstawicieli obozu neokonserwatywnego, takich jak John Bolton i James Woolsey, wskazywanych jako potencjalni kandydaci do objęcia wysokich stanowisk. Wydaje się zatem, że próby wyciągania daleko idących wniosków z personaliów pozostają na obecnym etapie wróżeniem z fusów (oraz kampanijnych deklaracji), a uczciwość intelektualna nakazuje pamiętać, że obraz środowiska Trumpa pozostaje niejednorodny i nie należy entuzjazmować się Mattisem zapominając o Flynnie – ale i vice versa.

W kwestii kampanijnych deklaracji trzeba w jednym Trumpowi przyznać rację: Europa wydaje na obronność zdecydowanie za mało. Tyle że adresatami tych uwag nie powinny być akurat kraje bałtyckie, które zaczęły na swoją miarę intensywnie zbroić się w następstwie kryzysu krymskiego, znacznie zwiększając wydatki na przestrzeni ostatnich kilku lat. Jednak stałe cięcia, dokonywane w budżetach obronnych krajów starej UE nieprzerwanie od końca Zimnej Wojny, które zaczęto w jakiejś mierze korygować dopiero teraz, spowodowały militarne skarlenie tej organizacji i odbiły się bardzo negatywnie na unijnych programach zbrojeniowych. Przykładem niech będzie budowa wielozadaniowych samolotów bojowych V generacji: służą one od początku XXI wieku w Stanach Zjednoczonych, prototypy latają w Rosji i Chinach, programy budowy, samodzielnie lub w kooperacji, prowadzą Japonia, Korea Południowa i Indie. Europa, z wyjątkiem krajów uczestniczących w budowie F-35, pozostaje na poziomie generacji IV. Trzy programy zostały z uwagi na cięcia znacznie ograniczone i opóźnione w stosunku do zamierzeń, a zbudowania następcy najbliżej wydaje się być… Szwecja, dysponująca przecież najmniejszymi możliwościami. Ponadto brak sojuszniczego programu pomocy sprzętowej, analogicznego do stosowanego niegdyś w stosunku do Grecji i Turcji, przyczynił się do powstania swoistej próżni militarnej na południowej flance NATO. Słabe gospodarki Rumunii, Bułgarii i Chorwacji nie były w stanie zapewnić odpowiedniego finansowania obronności, co obecnie, w obliczu politycznej wolty erdoganowskiej Turcji, staje się sporym problemem.

Wracając do generaliów, należy oczekiwać, że zasadniczym wyzwaniem dla Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, zarówno obiektywnie, jak i subiektywnie, pozostanie nieustanny wzrost potęgi Chin. Wymusi on kontynuowanie polityki zwrotu ku Pacyfikowi i przenoszenie tam punktu ciężkości potęgi wojskowej USA. Administracja Obamy pozostawi następcy niejako na odchodne problem Filipin i prezydenta Dutertego, którego działania mogą zagrozić odtworzeniu baz amerykańskich w tym kraju, zaś jego deklaracje dotyczące przesunięcia punktu ciężkości polityki zagranicznej ze stosunków z Waszyngtonem na Moskwę i Pekin muszą budzić konsternację, a w perspektywie skłaniać do jakichś działań. Wydaje się, że całokształt polityki Stanów Zjednoczonych nie będzie zależał od nastawienia samego prezydenta, lecz stanowił, jak dotychczas, wyraz rozumienia narodowego interesu przez kręgi wojskowe, gospodarcze oraz służby specjalne. Warto przytoczyć anegdotę dotyczącą prezydenta Obamy, który zamierzał wycofać wojska z Afganistanu. Ostatecznie musiał jednak dokonać wyboru między dwiema koncepcjami będącymi emanacją poglądów wspomnianych kręgów: wysłać więcej wojsk czy wysłać jeszcze więcej wojsk. Czyni to gwałtowne przesunięcia mało prawdopodobnymi, a nawet jeżeli wystąpią, nie będą wyrazem widzimisię, lecz przewartościowań w obrębie amerykańskich elit.

Oczywiście takie przewartościowania są możliwe. Warto przywołać w tym miejscu opublikowany przez Zbigniewa Brzezińskiego w dwumiesięczniku „The American Interest” artykuł „Toward a Global Realignment”, w którym autor stwierdza, że koszty unilateralizmu przerastają możliwości Stanów Zjednoczonych. Postuluje zawarcie globalnego kompromisu z Chinami oraz Rosją w celu stworzenia architektury wspólnego zarządzania światem. Ewentualne zmiany będą miały oczywiście ogromny wpływ na sytuację Polski, niemniej, powtórzmy, osoba Donalda Trumpa nie wydaje się bynajmniej dla ich zajścia pierwszoplanowa. Kreatorzy naszej polityki zagranicznej muszą jednak bezwzględnie pamiętać o możliwej chwiejności polityki amerykańskiej, rywalizacji między wyrażającymi różne stanowiska w najważniejszych sprawach frakcjami w elicie władzy – i zachowywać szczególną ostrożność.

W kontekście tego ostatniego warto przeanalizować niedawną dymisję Roberta Greya, piastującego od końca września 2016 r. stanowisko podsekretarza stanu odpowiedzialnego za dyplomację ekonomiczną oraz politykę amerykańską i azjatycką, dziedziny par excellence kluczowe. Nieoficjalnym powodem, potwierdzonym tak przez wiarygodne źródła, jak i przez zupełnie niewiarygodne tłumaczenia ministra Waszczykowskiego, było zatajenie przezeń wcześniejszej współpracy z amerykańskimi służbami specjalnymi (jeżeli nie wręcz bycia ich kadrowym pracownikiem). Sytuacja ta wydaje się być w dwójnasób trudna do pojęcia. Po pierwsze, nawet pobieżna znajomość przebiegu kariery Roberta Greya nasuwała podejrzenie występowania związków dyskwalifikujących na takim – i jakimkolwiek innym w polskich władzach – stanowisku. Trudno zatem uwierzyć, że nie przeprowadzono odpowiedniej lustracji. Po drugie – odkrycie współpracownika lub pracownika zagranicznych służb w resorcie powinno wstrząsnąć ich kierownictwem, doprowadzając do dymisji co najmniej samego ministra Waszczykowskiego. W obecnej sytuacji można mieć uzasadnione podejrzenie, że polska dyplomacja będzie traktowana z dużym przymrużeniem oka i straciła dla istotnych zagranicznych partnerów (tak przyjaznych, jak i nieprzyjaznych) wiarygodność na długi czas. A nie da się uciec od konstatacji, że przy położeniu Polski wymagana jest w tej dziedzinie najwyższa sprawność. Dobrzy dyplomaci mogą wszak walnie przyczynić się do ograniczenia zagrożeń. Natomiast źli lub realizujący obce interesy – doprowadzić do katastrofy lub uniemożliwić jej uniknięcie. Wydaje się zatem, że bardziej niż ewentualnych problemów, które może nieść ze sobą prezydentura Donalda Trumpa, powinniśmy bać się dziwacznych porządków panujących na własnym podwórku.