Bankructwa krajów i przejmowanie fabryk

W 2001 roku gospodarka Argentyny implodowała. Rezerwy walutowe spadły prawie do zera, a ci, którzy jeszcze kupowali obligacje rządowe, oczekiwali odsetek w okolicach 40% rocznie. Każdego dnia zamykano kolejne zakłady pracy. Tam, gdzie firmy jeszcze istniały, raczej niespotykane było regularne wypłacanie wynagrodzeń w całości. Przyczyny tego stanu rzeczy są dla przeciętnego Polaka zadziwiająco znajome: argentyńskie peso przywiązano „na sztywno” do amerykańskiego dolara. Przy oczywistej różnicy stabilności gospodarek, argentyńskie banki i skarb państwa oferowały znacznie wyższe odsetki od kapitału. Wobec tego kapitał międzynarodowy mógł praktycznie bez ryzyka inwestować w argentyńskie instrumenty finansowe, a następnie wyprowadzić dowolną ilość środków z systemu bankowego.

Sztywny kurs walutowy rozwiązał prawie natychmiast sprawę ciągnącej się hiperinflacji poprzedniej waluty, ale dla większość obserwatorów było jasne, że tego rodzaju system nie może trwać wiecznie. W związku z tym małe i średnie przedsiębiorstwa oraz klasa średnia, która raczej nie uczestniczyła w spekulacji na wielką skalę, w miarę możliwości trzymali pieniądze na dolarowych kontach w Urugwaju.

Gdy w 1997 roku załamał się kurs tajlandzkiego bahta, fala dewaluacji, kryzysów bankowych i walutowych przelała się przez wiele krajów rozwijających się. W Polsce najbardziej widoczna była dewaluacja rubla i zanik popytu na rynku rosyjskim, ale w tym samym czasie nastąpił też kryzys walutowy w Brazylii. Gospodarki Argentyny i Brazylii, pomimo geograficznej bliskości, nie są zbyt mocno powiązane, jednak spekulanci walutowi uznali, że argentyński system walutowy też musi się zawalić. Argentyński rząd miał inne zdanie i próbował utrzymać sztywny kurs 1:1 peso do dolara. Aby było to możliwe, zarówno rząd, jak i banki potrzebowali dolarów. Kurs był pod rosnącą presją z powodu wyprowadzania przez wszystkich coraz większych sum z systemu bankowego. Kapitał skoncentrowany na bezpieczniejszych inwestycjach wyniósł się już wówczas z Argentyny. Pozostali spekulanci, będący w stanie akceptować wysokie ryzyko, oczekiwali odpowiednio wysokich zysków i natychmiast wyprowadzali je do bezpieczniejszych miejsc. Oprocentowanie lokat w bankach cały czas rosło, ale wszystkie środki z rynku trafiały do skarbu państwa – poprzez emisję także coraz wyżej oprocentowanych obligacji. W takich warunkach praktycznie zanikła akcja kredytowa. Niemożliwe do uzyskania stały się nie tylko kredyty konsumpcyjne, lecz także inwestycyjne i obrotowe dla przedsiębiorstw. Banki stale zwiększały nacisk na spłatę zobowiązań. W ten sposób pieniądz znikł z rynku. Gdy to się stało, realia świata spekulacji walutowych dotarły do klasy robotniczej. Ostatnią ostoją stabilności pozostała praca w skupach złomu oraz w ochronie co zamożniejszych członków społeczeństwa przed przestępczością. I w samej przestępczości, rzecz jasna.

Tu wypada przypomnieć analogię z Polską. Realizowany w Argentynie plan Menema był w zasadzie identyczny jak plan Balcerowicza. Zapewne dlatego, że miały wspólnego współautora – Jeffreya Sachsa. Różnica polegała jedynie na tym, że Polskę ominęła tak ciężka faza kryzysu, ponieważ nasze władze miały wystarczająco dużo mądrości, aby bardzo szybko odejść od reżimu sztywnego kursu walutowego. Dzięki temu plan Balcerowicza w pełnej postaci obowiązywał zaledwie dwa lata, a nie – jak w Argentynie – dwanaście.

Empresas recuperadas

Realny spadek poziomu życia był w Argentynie olbrzymi. Przy takiej długotrwałości i głębokości kryzysu problem dotykał każdego sektora gospodarki i każdego człowieka. Pomimo życia w jednych z najbardziej zasobnych w urodzajną ziemię krajów na świecie, ludzie nie mieli co jeść. Ani co robić. Całkiem liczni robotnicy po prostu przychodzili do swoich zakładów pracy. Czasem było tam coś do zrobienia, częściej nie. W tym miejscu rozpoczyna się historia empresas recuperadas, czyli dosłownie „odzyskanych przedsiębiorstw”. To wieloznaczność typowa dla języka hiszpańskiego, bo sformułowanie może oznaczać zarówno przedsiębiorstwo „odzyskane z rąk kapitału”, jak i „odzyskane dla gospodarki, przywrócone do życia”.

Kiedy pracownicy pojawiali się w przedsiębiorstwie, pomimo że nie było ani materiałów do produkcji, ani zbytu, ani pieniędzy na wypłaty, kluczowa stawała się reakcja pracodawców. Jeśli właściciele mieli jeszcze w ogóle jakiekolwiek pieniądze, najczęściej wypłacali odprawy, spłacali długi i zamykali firmę, czekając na lepsze czasy. Ale to były niezbyt częste przypadki. Znacznie częściej pracodawcy, zwłaszcza mali i średni, byli w sytuacji takiej samej jak ich pracownicy, czyli zastanawiali się, za co ich rodziny przeżyją następny miesiąc. W zależności od relacji międzyludzkich, wypracowywano (lub nie) metody wspólnego życia i pracy w takich warunkach. Przeważnie zatrudnieni godzili się na obniżki pensji czy skrócenie czasu pracy.

Znacznie ciekawsze były jednak pozostałe przypadki. Zgodnie z prawem firma powinna zwyczajnie ogłosić upadłość. Czasem jednak tego nie robiono, a właściciel po prostu znikał. Niekiedy sprzedawał, co mógł, i wyjeżdżał za granicę, czasem po prostu porzucał firmę, zdarzały się także przypadki samobójstw. Sytuacje, gdy kontakt z właścicielem lub zarządem nagle się urywał, a pracownicy przychodzili do pracy, w naturalny sposób prowadziły do przejęcia opuszczonej firmy. Robotnicy już bez właściciela starali się jakoś podtrzymać jej działanie. Oczywiście okazywało się, że wiedza, jaką posiada właściciel/zarząd, ma duże znaczenie, poza tym kontaktów handlowych nie można nawiązać na nowo w jeden dzień. Ale taka sytuacja szybko ukazała olbrzymią zaletę przedsiębiorstw zarządzanych przez pracowników: związek z lokalną społecznością. To z niej przecież wywodzą się pracownicy.

Olbrzymia część upadających firm zajmowała się wytwarzaniem dóbr trwałych, w związku z czym boleśnie odczuły załamanie rynku. Z rzeczy trwałych najłatwiej bowiem zrezygnować, a i wahania walutowe czynią konkurowanie z towarami importowanymi bardzo trudnym. Paradoksalnie jednak to, co było piętą achillesową w czasach kryzysu, mogło stać się zaletą przedsiębiorstw mocno związanych z lokalną społecznością. Sprzęt i maszyny z fachową obsługą oraz ludzie zdesperowani, aby przy ich użyciu wytworzyć cokolwiek, co nadawałoby się do sprzedaży, wystarczyły. Kontakty w lokalnym środowisku pomagały sprzedać produkty, na które był popyt w ciężkich czasach i na których wytwarzanie można było w krótkim czasie przestawić linie produkcyjne.

Dla zobrazowania sytuacji przytoczę anegdotyczny przykład – firmy zajmujące się wytwarzaniem wyrobów z metali mogły przestawić się na wytwarzanie krat do okien oraz drzwi pancernych. W czasach kryzysu były to przedmioty i usługi cieszące się popytem. Co ważne, klienci byli zawsze bardziej skłonni powierzyć lokalnej firmie wykonanie produktów i usług istotnych dla swojego bezpieczeństwa. Pierwsze zlecenia tego typu pozwalały na zgromadzenie jakiegoś kapitału obrotowego. Trzeba pamiętać, że firmy przejęte przez pracowników najczęściej nie miały już żadnych materiałów do produkcji, a oni sami też zazwyczaj nie mieli już nic, bo od miesięcy niewypłacane w całości pensje musiały zwyczajnie zostać wydane na przeżycie. Stąd elementem, który powtarza się w prawie każdej historii przetrwania zakładu zarządzanego przez pracowników, jest przychylność dostawców materiałów czy usług niezbędnych do produkcji. Wbrew pozorom, w takich warunkach ekonomicznych to firmom prowadzonym przez pracowników było łatwiej uzyskać surowce na kredyt, nawet jeśli dopiero rozpoczynały działalność. Dostawcy zupełnie rozsądnie oceniali pracowników prowadzących firmę jako znacznie bardziej zdeterminowanych, aby przetrwała ona nawet najgorsze czasy. Sam zetknąłem się z podobnymi firmami i podobnymi historiami, pracując w branży metalowej na południowych przedmieściach Buenos Aires.

Fabryka bez właścicieli

Spośród wielu (około 300) historii przedsiębiorstw przejętych przez pracowników w Argentynie w trakcie kryzysu 2001/2002 dość znana jest ta FaSinPat, czyli Fabrica sin Patrones, co można przetłumaczyć jako „fabryka bez właścicieli” lub „fabryka bez dyrektorów”.

Była to wytwórnia wyrobów ceramicznych w Neuquen. Miasto to jest stolicą prowincji Rio Negro, geograficznie stanowiącej część Patagonii, a precyzyjnie mówiąc, znajduje się w środku niczego. Stworzono je w latach 70. Inwestor wykorzystał czas, kiedy dyktatura wojskowa promowała „rozwój południa kraju”, i fabryka mogła zostać w całości zbudowana za dotacje i państwowe kredyty, a następnie funkcjonować w ten sposób, prowadząc kolejne inwestycje, przez następne 20 lat. Gdy w budżecie Argentyny oraz prowincji Rio Negro pojawił się dziura, dotacje zmniejszono, a fabryka straciła jakikolwiek sens ekonomiczny. Właściciel zniknął, pracownicy po prostu rozpoczęli produkcję i sprzedaż kafli i ceramiki sanitarnej. Zbudowano sieć dystrybucji, również na odległych i lukratywnych rynkach, jak Buenos Aires. Po dewaluacji i wprowadzeniu dotacji do kosztów energii (bardzo istotnych w produkcji ceramiki) fabryka po prostu stała się zyskowna. Wtedy wrócił właściciel i z pomocą policji usiłował ją odzyskać. Jednak opór pracowników, ich rodzin i sąsiadów uniemożliwił to, a policja w końcu odpuściła i skierowała „właściciela” na drogę sądową. Po wielu latach procesu w 2012 roku zapadł ostateczny wyrok stwierdzający, że pracownicy zajęli po prostu mienie opuszczone. Z takim wyrokiem można oczywiście dyskutować, ale dla krajowej ekonomii efekt był dość łatwo mierzalny. Zamiast nieudolnie zarządzanej firmy działa fabryka, która potrafi sama się finansować, wyrobić markę swoim produktom, a także ma perspektywy rozwoju.

Kwestie prawne

Zupełnie odrębnym problemem była legalizacja takiego stanu faktycznego. Pracownicy rozpoczynali pracę, korzystając z maszyn, znajdując zlecenie, kupując surowce i sprzedając wyroby – ale co dalej? Przecież pracowali w formalnie cudzym budynku, na cudzych maszynach, do których najczęściej nie mieli żadnych praw. Jeśli z właścicielem nie było żadnego kontaktu, to problem nie był aż tak duży. Znacznie poważniej sytuacja wyglądała, jeśli pracownicy zajmowali zakład, domagając się wypłaty zaległych wynagrodzeń, a pracodawca po prostu to ignorował, po czym, gdy zakład został uruchomiony, wzywał policję.

Od strony prawnej standardowym rozwiązaniem takich sytuacji było założenie przez pracowników spółdzielni pracy (cooperativa de trabajo). Jej forma prawna i regulacje są bardzo zbliżone do istniejących w Polsce. Następnie występowano o ogłoszenie upadłości, a kiedy syndyk przejmował zakład, przystępowano do jego dzierżawy i następnie licytacji majątku. W dość dysfunkcjonalnym i skorumpowanym systemie argentyńskim nie zawsze było to tak proste. Najczęściej konieczny był (i stosowano go) nacisk lokalnej społeczności, z blokadą zakładu włącznie.

Później, już w nowych realiach politycznych i ekonomicznych rządów Kirchnerów, do prawa upadłościowego wprowadzono regulację wprost nakazującą, aby na początku procedury upadłościowej sędzia wezwał pracowników do założenia spółdzielni pracy, która może otrzymać zakład w użytkowanie na czas procedury upadłościowej oraz oczywiście przystąpić do przetargu o nabycie majątku. Podstawowe ułatwienia dla przejmowania przez pracowników przedsiębiorstw w upadłości wprowadzono zaraz po załamaniu się systemu neoliberalnego, już w 2002 roku. Duża nowelizacja prawa upadłościowego z 2011 roku nie tylko usankcjonowała takie przekształcenia, ale zasadniczo nadal je promuje. Co istotne, w tych zmianach nie wprowadzono żadnych całkowicie nowych koncepcji prawnych. Wszystkie rozwiązania zostały sprawnie wpasowane w przepisy wywodzące się z wielkich kodyfikacji epoki napoleońskiej, na których, w dużym przybliżeniu, bazuje także polskie prawo.

Po pierwsze, pracowników uznano w postępowaniu za zainteresowanych i mających prawo znać sytuację finansową i majątkową upadłego przedsiębiorstwa. Nie jest to daleko idąca zmiana, bo i tak zazwyczaj pracownicy są wierzycielami upadłego zakładu. Sędzia na początku postępowania upadłościowego ma obowiązek poinformować o możliwości założenia spółdzielni pracy. To nadal w zupełności mieści się w regułach zachodnioeuropejskiej procedury sądowej.

Następnie syndyk, działający oczywiście pod nadzorem sądowym, ma obowiązek przygotować plan likwidacji i zaspokojenia wierzycieli. Dokładnie tak samo lub bardzo podobnie wygląda procedura upadłościowa w każdym cywilizowanym kraju. Dzisiejsze rozwiązania argentyńskie dodały tu ważny element, zresztą bardzo prosty: z szacunkowego planu zaspokojenia wierzycieli wynika, w jakim procencie zostaną zaspokojeni poszczególni z nich. Syndyk powinien tylko obliczyć i podać sędziemu kwotę, jaką musi zapłacić powołana spółdzielnia pracy, aby wierzyciele otrzymali tyle samo, ile w przypadku likwidacji firmy. Jeśli spółdzielnia założona przez pracowników wykaże zainteresowanie, a sędzia uzna ją za wiarygodną, to firma jest im po prostu przekazywana. Jako rozliczenie potrąca się wierzytelności pracownicze, a spółdzielnia ma obowiązek zapłaty kwoty, która wystarczy na zaspokojenie wierzycieli w takim stopniu, w jakim byliby zaspokojeni w wyniku likwidacji.

Zauważmy, że taka procedura nie narusza podstawowej zasady postępowania upadłościowego, czyli zaspokojenia wierzycieli jak najszybciej i w największym możliwym stopniu. Owszem, utrudnia życie niektórym podmiotom. Na pewno syndykowi, bo kiedy przedsiębiorstwo jest przekazywane w całości nowemu podmiotowi, to jego praca trwa znacznie krócej, a wynagrodzenie za to bardzo lukratywne zlecenie jest niższe. Przede wszystkim znika też sporo możliwości zawierania umów z zaprzyjaźnionymi podmiotami, czyli pospolitej, bezkarnej korupcji.

Pogłębienie kryzysu i droga wyjścia

W grudniu 2001 roku w Argentynie nastąpiło przesilenie kryzysu. 3 grudnia wprowadzono drastyczne limity wypłat z systemu bankowego w celu ratowania banków zdekapitalizowanych i pozbawionych walut wcześniej wydanych na utrzymanie sztywnego kursu peso. 19 grudnia wprowadzono stan wyjątkowy, a następnego dnia odbyły się w całym kraju demonstracje, podczas których policja zastrzeliła 9 osób na Plaza de Mayo przed siedzibą rządu i innych instytucji centralnych oraz 36 osób w innych miejscach kraju. Liczba rannych na samym Plaza de Mayo przekroczyła 200 osób. Tego samego dnia prezydent de la Rúa ustąpił ze stanowiska.

W ciągu miesiąca od tych wydarzeń nastąpiło zawieszenie spłaty zadłużenia oraz rezygnacja z kursu 1:1 dolara do peso. Później całkowicie porzucono sztywny kurs walutowy, co przywróciło równowagę pomiędzy cenami produkcji krajowej i importowanej. Po objęciu władzy przez nowo wybranego prezydenta Nestora Kirchnera wprowadzono model gospodarczy promujący wzrost przemysłowy. Z jednej strony uprawy soi bardzo mocno wypierały tradycyjną hodowlę i napędzały popyt na maszyny rolnicze, z drugiej – szybko spadające bezrobocie i transfery pieniężne dla klasy niższej (zasiłki na dzieci) napędzały konsumpcję. Wprowadzono masowe dopłaty do kosztów energii. Tania elektryczność i gaz podnosiły konkurencyjność krajowej produkcji, ale też poprawiały bilans gospodarstw domowych i stwarzały motywację do zakupu energochłonnych urządzeń (jak np. klimatyzatory).

Była to relatywnie nietypowa sytuacja rynkowa. Gwałtownie rosnąca konsumpcja ułatwiała start i akumulację kapitału każdej firmie, ale jednocześnie żadne inwestycje w wydajność energetyczną i modernizację nie obciążały budżetów przedsiębiorstw, bo modernizacja nie miała sensu ekonomicznego. Energia była dotowana i tania, a płace nadal relatywnie niskie, zresztą dopływ słabo wykwalifikowanych imigrantów z Paragwaju, Boliwii i Peru utrzymywał wynagrodzenia na niewysokim poziomie, przynajmniej w branżach nieuzwiązkowionych.

Te czynniki razem wzięte spowodowały falę popytu przemysłowego, potężny wzrost produkcji i konsumpcji. Oznaczało to, że opłacalne było uruchomienie wszystkich mocy wytwórczych. A jak pamiętamy, znaczna część empresas recuperadas to były niewielkie przedsiębiorstwa przemysłowe zajmujące się obróbką metali, produkcją ceramiki itp. Właśnie takie zyskały najbardziej na nowym ustroju gospodarczym wprowadzonym przez rząd Nestora Kirchnera, niezależnie od formy własności. Firmy przejęte przez pracowników zwykle były nie najlepiej zarządzane lub przestarzałe. Brakowało im kapitału, a modernizacja nie wchodziła w grę, zwłaszcza że często wzrost wydajności był niemożliwy, jeśli miał odbyć się kosztem redukcji miejsc pracy. Ale w Argentynie za rządów Kirchnerów te rzeczy nie miały większego znaczenia. Sytuacja rynkowa pozwalała na uruchomienie wszystkich dostępnych środków produkcji, a w sytuacji bardzo niskiego zadłużenia przedsiębiorstw (bo kredytowanie w trakcie kryzysu właściwie nie istniało) oraz braku kapitalisty zainteresowanego drenażem zysków – spółdzielnie pracy właściwie musiały dobrze działać. I działały.

W 2009 roku Argentyna wpadła na chwilę w recesję, ale nie to było problemem. Rząd, wówczas już Cristiny Kirchner, zdecydował się utrzymać model taniej energii i stymulowania produkcji przemysłowej. To prowadziło do wzrostu importu paliw, co przy spadku cen eksportowanych surowców pogorszyło bilans handlowy. Reakcją były kolejne utrudnienia importu oraz wymiany walut, aż do momentu, gdy powstał podziemny rynek wymiany i transferów walutowych. To bardzo utrudniło import, ale podtrzymywało wzrost i konsumpcję przemysłową. Model trwał, jednak z powodu braku modernizacji i ograniczonej konkurencji coraz bardziej oddalał się od standardów światowych. Teoretycznie istniały programy wspierania nauki i modernizacji przemysłu, ale w swej istocie modernizacja przemysłowa opiera się na spadku zużycia energii i zatrudnienia. Do żadnej z tych rzeczy nie było w Argentynie bodźców ekonomicznych, a dodatkowo ograniczanie zatrudnienia w spółdzielniach pracy było problematyczne.

Wtedy nadeszły wybory prezydenckie 2015 roku. Wygrał je Mauricio Macri, burmistrz Buenos Aires, dość ortodoksyjny neoliberał. Restrykcje walutowe i importowe zostały od razu zniesione w całości, ponadto urynkowiono ceny nośników energii, co oznaczało drastyczną podwyżkę. Wywołało to spowolnienie, czyli m.in. gwałtowny spadek produkcji przemysłowej, w tym stali i wyrobów stalowych, o ponad 20%. Taka polityka trwa dopiero rok. Jest jeszcze nieco za wcześnie, aby pokazać przekrojowy efekt nowego systemu gospodarczego, ale można się dość łatwo domyślić, że był to rok bardzo ciężki. Najprawdopodobniej z rynku wypadną firmy najmniej wydajne, a więc m.in. zarządzane przez pracowników. Znów padnie pytanie o poziom determinacji, ale z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że pod tym względem spółdzielnie będą ostatnimi podmiotami, które zaprzestaną działalności.

Jak to robią w Urugwaju?

W tym czasie gospodarka urugwajska teoretycznie nie miała takich problemów. Jak się okazało, znacznie większy kłopot stanowiło to, że olbrzymia część systemu bankowego Urugwaju była zależna od depozytów firm i obywateli Argentyny. Po prostu Urugwaj był traktowany jako stabilne miejsce przechowywania pieniędzy. Depozyty te oczywiście nie były składane w peso urugwajskim, lecz w walutach obcych, zazwyczaj w dolarach. Banki ani nie zadawały pytań o pochodzenie środków, ani w żadnym przypadku nie ujawniały danych o rachunkach, co było największym magnesem. Nie tak małe znaczenie miała też bliskość terytorialna: Urugwaj jest jedynym państwem, do którego można się dostać z Buenos Aires w rozsądnym czasie bez podróży lotniczej.

Podczas kryzysu argentyńskiego rozpoczął się odpływ tych środków, coraz szybszy w miarę pogłębiania się problemów. Są to kraje o podobnym poziomie zamożności, ale Argentyna ma dziś dwunastokrotnie większą populację, a proporcje ogólnej wielkości gospodarek są podobne. Jeśli zaledwie kilka procent argentyńskich depozytów było przechowywanych w urugwajskich bankach, to ze względu na skalę tych gospodarek wystarczyło to do wywołania ciężkiego kryzysu. I on nastąpił. Nawet po argentyńskim przesileniu środki z banków urugwajskich były wycofywane w celu inwestycji w Argentynie, ponieważ niezwykle atrakcyjne nieruchomości kosztowały symboliczne kwoty. Gdy kolejne kredyty banku centralnego nie prowadziły do przywrócenia wypłacalności (bo odpływ kapitału cały czas trwał), w końcu ogłoszono wakacje bankowe. Ale wówczas nie funkcjonował w Urugwaju żaden system gwarantowania depozytów bankowych, rząd także go nie stworzył, nawet w obliczu kryzysu. Strach o własne depozyty spowodował, że również Urugwajczycy masowo ruszyli wybierać pieniądze z banków. Wszystkie, co do jednego, lokalne banki prywatne upadły. Oczywiście w całej gospodarce zabrakło pieniędzy w obrocie oraz kredytu. Rząd miał niezwykle ograniczone możliwości pozyskania finansowania, kurs dolara wystrzelił w górę, bo każdy obawiał się o dalszy los waluty i gospodarki.

W takiej sytuacji rozpoczęły się demonstracje i rozruchy. Jedynie mądrości ówczesnego burmistrza Montevideo z ramienia opozycyjnej Partii Socjalistycznej Tabare Vasqueza można przypisać to, że kryzys ekonomiczny nie przekształcił się w polityczny. W Urugwaju nie odrzucono spłaty zadłużenia zagranicznego, nie istniał tak duży jak w Argentynie sektor przemysłowy i nie utrzymywał się tak długotrwały kryzys. Jednak wyjście z tej sytuacji okazało się relatywnie powolne. Nie zastosowano żadnych poważniejszych metod stymulowania gospodarki, rząd nowego prezydenta, wybranego w 2005 roku Tabare Vasqueza, skupił się na prowadzeniu odpowiedzialnej polityki i reformowaniu kraju. Dlatego sytuacja empresas recuperadas była przez większość tego okresu znacznie cięższa niż w Argentynie. Tania energia, kluczowa dla działania energochłonnych branż z przestarzałym parkiem maszynowym, nie była już dostępna.

Jednak w 2012 roku rząd Urugwaju powołał fundusz o nazwie FONDES, który bliski jest typowym funduszom venture capital. Realizuje on politykę rządową, dostarczając kapitału przedsięwzięciom zbyt ryzykownym czy po prostu niekredytowanym przez banki. Jego kapitał pochodzi z zysku państwowego Banco de la Republica Oriental de Uruguay. Obecnie ten fundusz celuje w dwa rodzaje firm, które dokapitalizowuje: to małe firmy z sektora wysokich technologii, które rozpoczynają ekspansję zagraniczną, oraz właśnie empresas recuperadas.

Fundusz nie jest przypadkowym efektem polityki sprzed lat. Został powołany przez rząd José Mujicy właśnie w celu wsparcia istniejących spółdzielni pracy. A wsparcie to nie było oderwanym i przypadkowym elementem polityki, lecz realizacją wizji gospodarki, w której firmy państwowe są odpowiedzialne za podstawowe działy ekonomii, takie, w których znacząca obecność spekulacyjnego kapitału może rozchwiać gospodarkę. Dalszą częścią tej wizji jest preferowanie spółdzielczości. Stąd też firmy istniejące jako spółdzielnie, zwłaszcza spółdzielnie pracy działające w oparciu o majątek odzyskany z upadłych firm prywatnych, mają tę dodatkową możliwość pozyskania kapitału. Co więcej, ma on charakter po części spekulacyjny, tj. nie oczekuje gwarancji zysku i zachowania środków.

Ciekawym przykładem działalności kooperatyw pracowniczych jest jedno z największych przedsiębiorstw kiedykolwiek przejętych przez pracowników. FUNSA to Fabrica Uruguaya de Neumaticos SA, czyli Urugwajska Fabryka Opon. Została ona założona na fali industrializacji w latach 30. jako fabryka wyrobów gumowych, przede wszystkim opon. Był to typowy wielki zakład pracy, ale powstał w kraju, w którym wielkich fabryk prawie nie było (i nadal nie ma). Historia fabryki obfitowała w „zwyczajne” wydarzenia, takie jak utrzymanie się jako najdłużej strajkujący zakład po zamachu stanu, aresztowania i długoletnie więzienia dla działaczy związkowych, aż po prywatyzację w latach 90. Inwestor, Titan International z USA, zobowiązał się do rozwoju produkcji, ale sam popadł w problemy finansowe. Następnie sieć dystrybucji została sprzedana przedstawicielom wielkich międzynarodowych firm oponiarskich, a sama fabryka, pozbawiona kapitału obrotowego i możliwości zbytu, upadła w 2002 roku.

W warunkach urugwajskich zajęcie fabryki i kontynuacja pracy nie wchodziły w grę. Zakład ogłosił upadłość, majątek przejął syndyk pod nadzorem sądowym. Rozpoczął on proces likwidacji, zaczynając od próby sprzedaży fabryki w całości. Pracownicy założyli spółdzielnię, która z rządowym wsparciem uzyskała kredyt w wysokości 1 mln dolarów. Udzielił go bank państwowy, ale nie zrobiłby tego bez wiarygodnego biznesplanu. Tę kwotę zaoferowano jako zapłatę za fabrykę. Była to jedyna oferta, w związku z czym została przyjęta, a spółdzielnia mogła wydzierżawić maszyny od syndyka. Szybko udało się uruchomić linię produkcji gumowych rękawiczek. W porównaniu z oponami była to niezbyt wielka produkcja, ale przywróciła fabrykę do życia. Po kilku miesiącach uruchomiono produkcję opon do pojazdów rolniczych, następnie do ciężarówek, w końcu zaczęto produkować najpopularniejsze rozmiary dla samochodów osobowych. Tak pozostało do dziś. Firma istnieje i cały czas działa w formie spółdzielni pracy. Zatrudnienie wynosi około 150 osób, w porównaniu z 3000 u szczytu produkcji i około 300 przed upadłością. Według ostatnich informacji większość zatrudnionych pracowała przy linii produkcji gumowych rękawiczek, które były eksportowane głównie do Wenezueli. Z racji obecnej sytuacji w tym kraju, eksport ów prawdopodobnie nie ma już miejsca.

Przy powstaniu FUNSY po prostu wykorzystano istniejące przepisy prawne, aby uratować przedsiębiorstwo, które było i jest ważne dla krajowej gospodarki. Warto wspomnieć, że polskie przepisy nie różniły się i nie różnią w zasadniczy sposób od urugwajskich. Każda z fabryk upadających wskutek sztywnego kursu walutowego wprowadzonego planem Balcerowicza mogła zamiast likwidacji zostać sprzedana przez syndyka spółdzielni założonej przez pracowników. Nie zawsze musiało się to kończyć sukcesem, ale brak wskazania takiej możliwości jest jedną z większych przewin ekipy dokonującej w Polsce transformacji.

Kolejna historia nie jest aż tak jednoznaczna, moim zdaniem zakład ten raczej upadnie niż przetrwa. To tkalnia specjalizująca się w tkaninach wełnianych. Położona w małej miejscowości, korzystała głównie z lokalnej wełny. Tekstylia wełniane są i zawsze były produktami raczej luksusowymi, a od wielu lat są wypierane przez tworzywa sztuczne. Na światowym rynku radzą sobie jedynie producenci dóbr luksusowych z utrwaloną marką – zazwyczaj firmy włoskie, hiszpańskie lub francuskie. Dla małej tkalni z Urugwaju to ciągła walka o przetrwanie. Podobne firmy w innych miejscach świata już w zasadzie zniknęły.

Cooperativa Textil Puerto Sauce otrzymała od FONDES 8,9 mln dolarów. Problem polega na tym, że środki te zostały zużyte raczej na utrzymanie działalności niż na inwestycje w nowocześniejsze maszyny czy w promowanie marki. Ale wsparcie rządowe na tym się nie kończy. Osobiście byłem na targach Expocannabis w Montevideo. Tak, jak najbardziej – na targach, na których wystawiały się firmy związane z uprawą konopi. Znalazło się też stoisko promujące tę tkalnię. O tyle interesujące, że nie było tam przedstawiciela spółdzielni, a stoisko było obsadzone przez pracownika Ministerstwa Przemysłu. Wsparcie targowe jest kolejnym sposobem ułatwiania działalności firmom popieranym przez politykę rządową. Tkalnia prezentowała łączoną tkaninę wełniano-konopną, na którą poszukuje klientów i rynku.

Rząd zapowiedział, że FONDES zainwestuje fundusze tylko jeśli istnieje realna perspektywa uzyskania przez firmę stałej rentowności. Razem z kapitałem zawsze oferuje się wsparcie techniczne, handlowe i zarządcze, ale jeśli firma nie będzie w stanie przedstawić realnej koncepcji dochodowej działalności w przyszłości, to nie uzyska finansowania. Oznacza to po prostu większy nacisk na samofinansowanie i zwiększanie kapitału FONDES, co oczywiście przyniesie korzyść całej gospodarce. Ta spółdzielnia jak na razie nie potrafi przedstawić takiego planu. Jej jedynym nowym projektem są tkaniny wełniano-konopne. Liczy na efekt promocji kraju jako marki, a Urugwaj jest kojarzony jako światowy lider regulacji i cywilizowania rynku uprawy i spożycia konopi.

Przykłady walki o swoje

Spółdzielnia Pracy Herramientas Union z Rosario w argentyńskiej prowincji Santa Fe powstała w czerwcu 2000 roku, gdy firma Domingo Lentini SA, istniejąca od 1950 roku, zakończyła działalność i pozostawiła pracowników bez zajęcia. W bankrutującym przedsiębiorstwie nie było już środków nawet na odprawy dla zwalnianych pracowników. Właściciel rozliczył się z nimi z zaległych pensji i odpraw, przekazując im maszyny z zamykanego zakładu. Zakład ten zajmował się produkcją narzędzi tnących, czyli frezów, tarcz i taśm do pił, noży do skrawania i innych podobnych narzędzi. Dokładnie taką samą działalnością zajęła się spółdzielnia. Początek wyglądał tak, że maszyny, które pracownicy uzyskali zamiast pensji i odpraw trzeba było gdzieś przewieźć, ustawić i rozpocząć produkcję. W ówczesnych ciężkich czasach nie brakowało wolnych przestrzeni fabrycznych, bez trudu udało się znaleźć odpowiednie miejsce i rozpocząć produkcję. Po dewaluacji i zakończeniu reżimu sztywnego kursu walutowego Rosario, gdzie mieściła się fabryka, stało się krajowym centrum przemysłu sojowego. Fabryki maszyn rolniczych rozpoczęły pracę pełną parą, ponieważ wszyscy potrzebowali narzędzi. Zakład był relatywnie niewielki, zatrudniał 12 osób, z których wszyscy odnaleźli się w nowej formule prawnej.

Z kolei Roby SA było przedsiębiorstwem zajmującym się produkcją kosmetyków, środków higieny osobistej oraz innych rodzajów produktów w aerozolach (farb, domowych środków owadobójczych etc.). Siedzibę miało w powiecie La Matanza w aglomeracji Buenos Aires. W 1998 roku rozpoczęły się poważne problemy, przez większość 1999 roku nie wypłacano pensji. W grudniu 1999 pracownicy zaczęli podejrzewać, że właściciel przygotowuje się do wywozu maszyn i narzędzi oraz tego, co pozostało z surowców i półfabrykatów. Za radą i z pomocą centrali związkowej pracownicy 7 stycznia 2000 roku zajęli firmę. Po prostu przebywali w niej, głównie pilnując sprzętu przed zniszczeniem lub wywiezieniem. Właściciel zniknął. Nie było w tym czasie żadnego kontaktu ani z nim, ani z żadnym członkiem zarządu spółki. Okupacja firmy przedłużała się na miesiące, w tym czasie oczywiście nikt nie otrzymywał żadnych pensji. Przetrwanie pracownikom i ich rodzinom zapewniła Cooperativa de Trabajo Frigorifico Yaguane (Spółdzielnia Pracy Chłodnia Yaguane) nieodpłatnie dostarczając mięso dla wszystkich.

W lutym 2000 roku formalnie założono spółdzielnię pracy, która po prostu rozpoczęła działalność w zajmowanym zakładzie. Do tego etapu dotrwało zaledwie 30 osób ze 120-osobowej załogi firmy i taka grupa rozpoczęła na nowo produkcję. Kapitał obrotowy w wysokości 25 tys. peso zapewnił powiat La Matanza. Następnie zatrudnienie wzrosło do 60 osób i pozostało na tym poziomie.

Midober SA było znaczącą firmą w gospodarce Urugwaju. Ówcześnie właściwie jedynym towarem eksportowym były produkty pastwiskowej hodowli zwierząt, a firma ta zajmowała się produkcją wyrobów skórzanych. Przy zatrudnieniu o wielkości 700 osób była jednym z najważniejszych przedsiębiorstw eksportowych w kraju. W 1997 roku zakład został zamknięty, co spowodowało konflikt z pracownikami. 1 lipca tego roku rozpoczął się strajk okupacyjny. Problemy i metody ich rozwiązania do tego miejsca wyglądały dokładnie jak w Polsce w czasie planu Balcerowicza. Jednak 10 września 1997 roku zmieniono formułę protestu na strajk produkcyjny (strajk czynny). Oznaczało to pracę, używanie fabryki i sprzętu w celu ochrony miejsc pracy i dochodów. W dalszej kolejności firma i tak ogłosiła upadłość, ale pracownikom nie udało się zakupić przedsiębiorstwa w toku postępowania upadłościowego. Maszyny i zorganizowaną część przedsiębiorstwa zakupiła grupa kapitalistów. Sprzęt wynajmuje pracownikom, którzy początkowo założyli spółkę akcyjną i rozpoczęli działalność pod nazwą Vicental SA, jednak po kilku latach zmienili zdanie i utworzyli spółdzielnię pracy o nazwie Urven.

W pierwszym okresie działalności, od 2002 do 2008 roku, firma nie miała technicznych ani rynkowych możliwości obróbki skór. Na zlecenie argentyńskiej firmy obrabiała odpady mięsa i skór, przygotowując półfabrykat do wyrobu żelatyny. Większość maszyn była zbyt przestarzała i zużyta, aby garbować skóry do jakości oczekiwanej przez rynek. Zatrudnienie w tym czasie wynosiło 60 osób. W 2008 roku rząd Urugwaju wynegocjował porozumienie z władzami Wenezueli, na mocy którego wyłożono w formie zaliczki na przyszłe dostawy towarów kilka milionów dolarów dla trzech urugwajskich spółdzielni pracy, które miały potem dostarczać towary na rynek Wenezueli. Jedną z nich była właśnie Urven, która otrzymała 800 tys. dolarów, FONDES dołożył następne 1,2 mln, za co zakupiono budynek i brakujące nowe maszyny. Obecnie firma wraca na rynek produkcji luksusowych skór, wenezuelska pożyczka została spłacona i w zakładzie panuje optymizm co do rozwoju sytuacji.

Ikona spółdzielczości

W trakcie dyktatury wojskowej w Argentynie istniał dość szeroki system dotowania i kredytowania inwestycji z funduszy publicznych. W warunkach rządów terroru i braku jakiejkolwiek kontroli fundusze te były dostępne jedynie dla osób o wystarczających koneksjach w strukturze władzy. Umożliwiały one dotowanie w nieskończoność takich firm, a także umarzanie kredytów i zobowiązań podatkowych. Na tej zasadzie Marcelo Iurkovich zbudował Hotel Bauen. Powstał on na piłkarskie mistrzostwa świata w 1978 roku niemal w całości z pożyczek państwowych, których nigdy nie spłacono. Od pierwotnego właściciela hotel w 1997 roku zakupiła firma Solari SA, która w toku dalszej działalności nie miała w zwyczaju płacić podatków, w związku z czym w lutym 2002 roku ogłoszono jej upadłość.

Co istotne, Solari SA nie zapłaciła pełnej kwoty zakupu, lecz zaledwie 4 z 12 milionów peso (równowartych dolarom USA). Następnie w toku postępowania upadłościowego poprzedni (?) właściciel zaproponował, że zwróci otrzymaną zaliczkę i odzyska nieruchomość. Sąd wydał na to zgodę, lecz kwota nie została nigdy przelana. W dalszym toku postępowania upadłościowego Iurkovich podnosił, że przedsiębiorstwo z hotelem zostało przeniesione na inną jego spółkę, wobec czego Solari SA nie mógł nabyć hotelu, a nieruchomość nie weszła do masy upadłościowej. W największym skrócie – do dziś nie wiadomo, kto jest właścicielem i jak uregulować tę sytuację. Kolejne procesy sądowe nadal trwają. Jedna z prób uregulowania sytuacji polegała na ustawowym wywłaszczeniu w celu prowadzenia działalności kulturalnej, a przy okazji hotelowej. Ustawa została uchwalona przez Kongres, ale w styczniu 2017 roku zawetował ją prezydent Mauricio Macri.

Przed upadłością spółki pracownicy prowadzili strajk okupacyjny. Po ogłoszeniu upadłości zdecydowali się założyć spółdzielnię – początkowo składała się z 35 osób – aby dalej prowadzić hotel. Nosi ona nazwę Cooperativa de Trabajo B.A.U.E.N. Ltda. Miejsce to stało się ikoną ruchu spółdzielczości pracowniczej, ponieważ sam hotel położony jest w centralnym punkcie Buenos Aires. Oprócz hotelu z 220 pokojami posiada też osiem sal konferencyjnych od 50 do 800 miejsc oraz salę teatralną na 350 miejsc ze stosownym sprzętem nagłośnieniowym i oświetleniowym. W warunkach ciężkiego kryzysu budynek był wyceniony na 12 mln dolarów, obecnie jego cena wynosiłaby co najmniej kilkaset milionów.

Zaraz po rozpoczęciu działalności przez spółdzielnię miały miejsce kolejne próby eksmisji, również z pomocą policji. Próby te były blokowane przez mobilizację mieszkańców, najczęściej przy wsparciu związków zawodowych. Podobne sytuacje miały miejsce w przypadku innych firm mających nieruchomości w Buenos Aires. W tym mieście to nieruchomość stanowiła wartość – pracownicy, maszyny czy baza klientów były nieistotnym dodatkiem. Stąd też w czasie problemów ekonomicznych presja na pozbycie się pracowników była znacznie większa niż np. w branży obróbki metali, w której wartość stanowiły maszyny i umiejętność ich obsługi, a nie nieruchomości – niewiele warte hale fabryczne na przedmieściach.

Spółdzielnia składa się obecnie ze 130 członków i jest dochodowa. Pomimo tego samodzielne uzyskanie własności budynku wykracza poza możliwości pracowników. Ta historia jeszcze się nie zakończyła.

Podsumowanie

Falę ruchu spółdzielczego w Argentynie i w Urugwaju wzbudziły neoliberalne eksperymenty walutowe, bardzo podobne do tych znanych z Polski. Przez kolejne lata lewicowe rządy wspierały powstawanie i funkcjonowanie spółdzielni pracy organizowanych na gruzach upadłych firm.

Pomimo tego, że ruch spółdzielczości pracowniczej stanowił istotną część zmian w gospodarce Argentyny w procesie odchodzenia od neoliberalnych dogmatów, to do dziś brakuje opracowań naukowych pokazujących mechanizmy i dokładną skalę tego zjawiska. Najniższe szacunki mówią o około 300 firmach tego typu, a najwyższe o około 3–4 tysiącach. Ale dokładne liczby są nieznane. W rejestrze handlowym Argentyny jest nieco ponad 16 tys. spółdzielni pracy. Nie wiadomo jednak, ile z nich jest aktywnych gospodarczo. Tym bardziej nie da się ustalić, ile z nich powstało na gruzach majątku prywatnych przedsiębiorstw, a ile zaczynało działalność w inny sposób. Zwłaszcza że przecież mogło być wiele sytuacji pośrednich, jak już jakiś czas działająca spółdzielnia, która zwiększyła swój majątek przez nabycie określonych aktywów lub całego przedsiębiorstwa w postępowaniu upadłościowym. Jest wiele sytuacji pośrednich, które wymykają się wszelkiej statystyce.

Każda z powyższych historii jest inna, ale we wszystkich powtórzyły się podobne elementy. W każdej historii przejęcia przedsiębiorstw przez pracowników kluczową rolę odgrywają wierzytelności pracowników wobec firmy. Od strony finansowej i prawnej mechanizm bardzo często był identyczny: pracownicy zakładali spółdzielnię, do której wkładem założycielskim były ich wierzytelności wobec pracodawcy. Spółdzielnia w ten sposób stawała się dużym, często dominującym wierzycielem upadającej firmy. To dawało duży wachlarz możliwości w negocjacjach z faktycznie niewypłacalnym właścicielem lub, już po ogłoszeniu upadłości, upadłości, pozwalało na skuteczne domaganie się praw w postępowaniu upadłościowym lub negocjowanie z syndykiem.

Aby jednak negocjować, musiała istnieć także druga strona. Mogła to być dotychczasowa firma, ale gdy już doszło do upadłości, decydujący głos w sprawie miał sąd upadłościowy lub syndyk. W warunkach argentyńskich o wyniku postępowania decydowało nastawienie sądu, a syndyk postrzegał spółdzielnie raczej jako zagrożenie. Sytuacje, kiedy w Argentynie negocjacje z syndykiem kończyły się sukcesem, były niezwykle rzadkie. W Urugwaju natomiast syndycy byli zwykle otwarci na propozycje zarówno dzierżawy przedsiębiorstwa, jak i jego zbycia.

Bez solidarności i zaufania wśród załogi zakładu prawdopodobnie żadna z powyższych historii nie zakończyłaby się pozytywnie. Nieco pomijanym, nie zawsze pamiętanym i bardzo skomplikowanym aspektem było wsparcie zewnętrzne – zaczynając od rodzin, które godziły się na ciężkie czasy i ryzyko prowadzenia firmy przez robotników, najczęściej nie tylko bez wystarczającego, ale i bez żadnego kapitału obrotowego. Ważne były też organizacje związkowe, w każdym przypadku służące pomocą prawną oraz mobilizacjami społecznymi w celu wywarcia presji na władze (co było potrzebne szczególnie w Argentynie, a w Urugwaju raczej nie miało miejsca).

Kolejna kwestia, niezwykle istotna, to wsparcie ze strony władz. Większość firm została przejęta na fali i wskutek kryzysu, który dotknął również budżety państwowe i lokalne. Nawet jeśli pojawiła się wola wsparcia, to kasy świeciły pustkami. Nie wszędzie jednak wyglądało to identycznie, bo w Argentynie władze lokalne często były w stanie choć minimalnie dokapitalizować firmę, na zasadzie porozumień ad hoc, bez ram instytucjonalnych. W Urugwaju w okresie kryzysu i aż do zakończenia kadencji neoliberalnych władz (2005) nie istniały żadne wsparcie ani pomoc dla firm zarządzanych przez pracowników. Po objęciu rządów przez lewicę pojawiło się instytucjonalne wsparcie, będące częścią polityki. Do tego służy FONDES, do tego służyły porozumienia z rządem Wenezueli. Spory udział w tym ma też ogólna kultura prawna, organizacyjna i polityczna, stojąca w Urugwaju na wyraźnie wyższym poziomie niż w Argentynie.

Na samym szczycie tych wymogów jest po prostu zaufanie w społeczeństwie. Bez umiejętności zorganizowania się, wiary w dobre intencje organizujących i umiejętności wzajemnego zaufania na dość szeroką skalę, nic by się nie dało zrobić. To zapewne jest część odpowiedzi na pytanie, dlaczego w Polsce początku lat 90., w bardzo podobnych realiach ekonomicznych, tak szeroki ruch spółdzielczy nie powstał.

Regulacje prawa upadłościowego w Argentynie uważam za warte uwagi jako wzór do naśladowania dla lewicowych ruchów politycznych, zwłaszcza że można je wprowadzić bez żadnych zmian ustrojowych i inwestycji. Urugwajski system ekonomiczny opiera się na firmach państwowych kontrolujących główne dziedziny gospodarki. Zawsze mogą one dostarczyć kapitału lub popytu firmom i branżom, których rozwój jest uznawany za ważny dla interesu społecznego. Działanie takiego projektu jest niezwykle mocno zależne od umiejętności sprawnego zdefiniowania przez elity polityczne długoterminowego interesu przemysłowego. To niekoniecznie możliwe w dzisiejszych polskich realiach.

Krzysztof Molenda

Ludzie bez głosu – rozmowa z dr. Piotrem Binderem

– Jest Pan autorem książki „Młodzi a bieda. Strategie radzenia sobie w doświadczeniu młodego pokolenia wsi pokołchozowych i popegeerowskich”. Skąd taka, a nie inna tematyka pracy?

Piotr Binder: Tematyka była reakcją na sposób, w jaki polska socjologia zajmuje się wsią – a robi to nieproporcjonalnie rzadko. Sama tematyka pegeerowska jest i była niszowa, w pewien sposób także to mnie do niej przyciągało. Wydawała mi się ważna z wielu powodów, przede wszystkim ze względu na los ludzi ze społeczności popegeerowskich. Punktem wyjścia była socjologia biedy, problematyka ubóstwa – to, jak ludzie sobie z tym radzą. Wydawało mi się, że jest to bijący po oczach przykład egzemplifikacji tego zagadnienia. Były też inne motywacje. Choćby to, w jaki sposób opisywano tych ludzi w literaturze przedmiotu. Ciekawostką jest, że PGR-y zostały przez socjologów „odkryte” dopiero po przełomie ustrojowym.

Jako młodego adepta socjologii drażniło mnie, że te społeczności pegeerowskie i popegeerowskie są tak schematycznie opisywane. Już na etapie pracy magisterskiej zajmowałem się tematyką wiejską i miałem wrażenie, że wielu dostępnym badaniom i analizom brakuje zakorzenienia w empirii albo że jest ono niewystarczające. Uważałem, że różnego rodzaju odważne tezy wymagają ponownej konfrontacji z rzeczywistością badawczą. Miałem przy tym świadomość, że ze względu na znaczne rozproszenie tych społeczności narzędzia ilościowe będą miały tutaj ograniczone zastosowanie, co zbliżało mnie do socjologii jakościowej. Ta orientacja metodologiczna oferuje możliwość uwzględnienia różnorodnych danych (od statystyk i danych urzędowych po wywiady i obserwacje). Dzięki temu wiemy znacznie więcej o badanych miejscach, ale też możliwość uogólnień jest mniejsza.

– Analizuje Pan choćby sposoby używania terminu „wyuczona bezradność”, do których zresztą bardzo krytycznie się Pan odnosi.

– To naprawdę ciekawa historia…

Na ostatnim Zjeździe Socjologicznym PTS w Gdańsku była nawet cała grupa poświęcona „wędrującym pojęciom”. „Wyuczona bezradność” to dobry przykład takiego terminu, który zupełnie niezasadnie został zaczerpnięty z innej dyscypliny, nie zoperacjonalizowano go należycie, a pomimo to po przełomie ustrojowym zrobił sporą karierę, funkcjonując raczej jako etykieta niż pojęcie naukowe. Inaczej niż w psychologii nie było żadnej socjologicznej teorii wyuczonej bezradności. Niestety, szczególnie w latach 90. chętnie odwoływano się do tego pojęcia, zwłaszcza w odniesieniu do społeczności zamieszkujących tereny, na których wcześniej funkcjonowały Państwowe Gospodarstwa Rolne. Miało to nierzadko luźny związek z empirią i niewiele wnosiło do dyskusji.

Podczas prac nad doktoratem spędziłem dużo czasu w Bibliotece Narodowej, starając się czytać wszystko, co ukazało się na ten temat. Zaobserwowałem następujący schemat: naukowcy, którzy rzeczywiście prowadzili badania terenowe, na etapie opisywania zgromadzonych danych wskazywali, że choć ludziom żyło się trudno, to często sobie radzili i byli kreatywni. Ale gdy przychodziło do wniosków końcowych, zaczynali powielać klisze utrwalone w literaturze i niejako ignorowali własne doświadczenia. Nie zamierzałem robić czegoś podobnego.

– Jeżeli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów?

– Jest niestety tak, że badacze i badaczki często nie lubią wniosków, które ich zaskakują. Trudno czasami iść pod prąd. Gdy przygotowywałem rozprawę i jej wydanie, była to tematyka niemal zapomniana. Badacze właściwie nie zajmują się takimi kwestiami jak młodzi z popegeerowskich wsi, to nie funkcjonuje ani jako temat w socjologii, ani jako grupa, którą się bada.

Owszem, od czasu do czasu ukazuje się jakaś książka i zaczynamy odkrywać coś, co po wielokroć było już opisywane, ale nie jest głośne. Florian Znaniecki zwracał na to uwagę – jeżeli komuś się wydaje, że dokonał wiekopomnych odkryć w socjologii, to znaczy, że słabo szukał w bibliotece. Rzecz w tym, że Znaniecki stwierdził to ponad sto lat temu, a jego maksyma wciąż zachowuje aktualność. Reportażystka Marta Szarejko napisała udaną książkę „Zaduch. Reportaże o obcości”, poświęconą młodym ludziom, którzy z szeroko rozumianej prowincji przeprowadzili się do Warszawy. Opisywała tam m.in. takie zjawiska jak awans społeczny czy wykorzenienie. To są kanoniczne tematy w polskiej socjologii, właściwie stanowią jej esencję. Po publikacji tej książki przez moment był to żywo dyskutowany temat, mówiono, że to zupełnie nowe spojrzenie na sprawę, bo wcześniej mówiliśmy o tych ludziach jedynie jako o „słoikach”. Nic z tych rzeczy!

Wspominam o „Zaduchu”, ponieważ ludzie, z którymi rozmawiałem na potrzeby mojej rozprawy, stanowią to samo pokolenie. Dorastali już na gruzach państwowej gospodarki rolnej i nie zostaną tam na stałe – nie ma tam dla nich i nie będzie przyszłości. Jeśli jeszcze nie wyjechali, to wkrótce wyjadą, a pozostaną naprawdę nieliczni. To przez krótkowzroczność widzimy jedynie „słoiki” – a zapominamy o zbiorowej biografii kolejnego pokolenia, opartej na szukaniu awansu społeczno-ekonomicznego.

– Na potrzeby swojej pracy prowadził Pan badania empiryczne. Proszę nakreślić: kiedy i gdzie?

– Moje badania miały charakter porównawczy. Interesował mnie bowiem jeszcze jeden problem: zderzenie rzeczywistości sprywatyzowanego i zlikwidowanego dawnego państwowego gospodarstwa rolnego w Polsce i w Rosji. Większość badań terenowych prowadziłem za naszą wschodnią granicą, w trzech regionach Rosji. Nie miałem zespołu badaczy, grant był skromny, więc musiałem odpowiednio skalibrować tę „badawczą przestrzeń empiryczną”. Po wielu konsultacjach z rosyjskimi kolegami zdecydowałem, że będą to trzy miejsca w europejskiej części Rosji. Po pierwsze, wieś Siewiernaja, na północ od Kostromy, położona na terenach nazywanych przez Rosjan nie-Czarnoziemem, po drugie wieś Centralnaja w obwiedzie lipieckim. I po trzecie: wieś Jużnaja, czyli żyzne rosyjskie południe na Kubaniu. U nas z kolei były to Grabowo i Borki położone na ziemiach północnych. W książce nie podawałem rzeczywistych nazw tych miejscowości, co wpisuje się w tradycje tego typu badań. W każdym razie był to jeden z powiatów przygranicznych na Warmii.

– A czas?

– Badania prowadziłem kilka lat temu, wracałem do tych miejscowości w różnych porach roku. Zmieniała się także sytuacja osób badanych, z którymi miałem kontakt. Przyznam zresztą, że na początku, w swojej naiwności, byłem przekonany, że uda mi się skoncentrować na losie tego dorastającego pokolenia, młodych dorosłych i tylko poprzez kontakt z nimi będę mógł zrozumieć i opisać ich sytuację. To była z mojej strony naiwność badawcza, szybko zweryfikowana podczas pierwszych rozmów.

– Na czym polegała ta naiwność?

– Przekonałem się, że nie jest możliwy rzetelny opis tego, jak oni funkcjonują, jak radzą sobie z sytuacją, bez uwzględnienia perspektywy ich rodziców i dziadków – ludzi, którzy żyli w tych rodzinach i społecznościach, dźwigali ubóstwo wtedy, gdy było ono najbardziej dotkliwe. Często to właśnie tym starszym już dziś ludziom, którzy w latach 90. najczęściej byli opisywani jako bezradni i roszczeniowi (nie wspominając najbardziej dosadnych określeń), udało się sprostać sytuacji. Uratowali dzieciństwo swojego potomstwa, bo byli zaradni, bo sobie radzili. Nie odbywało się bez poświęceń, szczególnie w przypadku matek małych dzieci, które decydowały się na wyjazdy zagraniczne – koszty psychologiczne były ogromne. Te kobiety musiały przeboleć rozstanie z dziećmi, zorganizować tutaj opiekę nad nimi, całe logistyczne zaplecze, przygotować swój wyjazd, i to bez wcześniejszego doświadczeń długotrwałych wyjazdów czy kontaktów z innymi kulturami.

To wszystko pozwala uświadomić sobie, jak olbrzymia musiała być determinacja tych ludzi, żeby zapewnić ekonomiczne przetrwanie swoich rodzin, zapewnić im byt, opłacić podstawowe rachunki. Ci ludzie tego dokonywali w czasie, gdy wsparcie ze strony instytucji publicznych było mizerne. Pomoc instytucji centralnych była niewielka, samorządy właściwie dopiero się kształtowały. Raczkował też trzeci sektor, szczególnie na tych terenach Polski, które były zasiedlane po II wojnie światowej, na zachodzie i północy, to były bardzo słabo zakorzenione społeczności, pustynia instytucjonalna. A nawet jeśli tworzyły się inicjatywy pomocowe, ich możliwości były więcej niż ograniczone.

Poza tym Agencja Nieruchomości Rolnych (wówczas Agencja Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa) w jej pierwszym wydaniu była instytucją, która zajmowała się głównie sobą. Tak skonstruowano ustawę: instytucja miała sobie zapewnić finansowanie i skutecznie to robiła, lecz przez pierwsze dziesięć lat jej pomoc dla mieszkańców dawnych PGR-ów była bardzo ograniczona lub żadna. Z czasem dopiero pojawiły się stypendia, bilety miesięczne itp. Ale – powtarzam to często – w czasach, gdy pomoc była najpotrzebniejsza, zabrakło jej. Ludzie zostali pozostawieni sami sobie.

– Pamiętam z początku lat 90. charakterystyczny obrazek z moich popegeerowskich rodzinnych stron: młodzież i dorosłych podróżujących na rowerach za pracą w promieniu kilkunastu, kilkudziesięciu kilometrów. Działo się to w tym samym czasie, gdy bardzo mocno zmieniał się rynek pracy i gdy poważnie ograniczano transport publiczny. Myślę, że ten fenomen początków transformacji właściwie nie istnieje jako obraz zbiorowy w polskiej pamięci. Myślę, że takich przeoczonych rytuałów tamtych czasów jest więcej. To zbyt wstydliwe, a przy tym przeczy stereotypom o biernych, leniwych popegeerowskich masach.

– Często na seminariach wchodziłem w polemiki z moimi bardziej doświadczonymi koleżankami i kolegami, którzy prezentowali tezę, że Polki i Polacy są mało mobilni, a ci z Polski wiejskiej to już w ogóle, popegeerowska wieś to zaś zupełna stagnacja. To były po prostu stereotypy: roszczeniowość, bezczynne oczekiwanie na pomoc ze strony państwa, uzależnienie od socjalu itd. Niestety jest tak, że pewne przekazy głęboko się wryły w polską świadomość. Był ten nieszczęśliwy paradokument…

– „Arizona” Ewy Borzęckiej.

– Był to bardzo sugestywny obraz, który w społecznej wyobraźni mocno się zakorzenił i stał się fatalnym punktem odniesienia. W pewnym momencie chyba nawet zaczął funkcjonować jako pewien synonim tego typu społeczności.

– Zachowania autorki filmu budziły zastrzeżenia także w środowisku filmowym. Kupowała alkohol bohaterom swojego filmu: to nie tylko zachowanie nieetyczne, ale także noszące znamiona manipulacji rzeczywistością dla osiągnięcia konkretnego celu.

– Trzeba podkreślić, że te społeczności nie są wolne od wszelkich problemów. Pamiętam, że jeszcze przed publikacją swojej książki konsultowałem się z prof. Arkadiuszem Karwackim z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. On też pisał swoją rozprawę doktorską o tych społecznościach i zwrócił moją uwagę m.in. na to, że mało wspominam o problemie uzależnienia od alkoholu. Starałem się wyjaśnić, że skupiłem się na problemie radzenia sobie z ubóstwem. Rzeczywiście było tak, że jeżeli w rodzinach był wyraźny problem alkoholowy, to traktowałem go jako odrębne zagadnienie. Jednak społeczności, z którymi miałem kontakt, były albo bardzo nietypowe, albo daleko odbiegały od obrazu ukazanego w paradokumencie „Arizona”.

Stosunkowo dużo czasu spędziłem na wsi rosyjskiej. Gdy spotykałem się w trakcie seminariów ze swoimi kolegami i koleżankami, choćby po to, żeby omówić i przedyskutować wstępne wyniki prowadzonych przeze mnie badań, to zwykle towarzyszyły temu nieco ironiczne pytania o moje samopoczucie i zdrowie z sugestią że pewnie wymagało to ode mnie sporo wytrwałości, „bo w Rosji się pije”. Tymczasem nie zdarzyło mi się, żeby ktoś wpisywał się w ten schemat nachalnego i namolnego namawiania do wspólnego biesiadowania. Raz czy drugi ktoś – starając się mnie ugościć – sugerował, że można by się napić. Ale też z zupełnym zrozumienie przyjmowali odmowę. Raz jeszcze podkreślam, nie oznacza to, że problem alkoholowy nie istniał na popegeerowskiej czy pokołchozowej wsi, bądź co bądź są to problemy społeczne – ale rzecz w proporcjach.

– To słowo chyba jeszcze nie padło: „stygmatyzacja”. Mam wrażenie, że dobrze ono oddaje to, co uczyniono uboższym Polakom ze wsi popegeerowskiej w początkach lat 90. XX wieku.

– Nie chciałem zbyt łatwo odpowiadać jedną zbitką słowną na drugą, ale uważam, że termin „wymuszona zaradność” jest dobrą kontrą wobec „wyuczonej bezradności”. To pierwsze określenie jest zaczerpnięte z języka moich rozmówców: „Musieliśmy sobie radzić, ponieważ nie mieliśmy innego wyjścia, nie mieliśmy tego komfortu, żeby siedzieć i czekać na pomoc”.

Mówił pan o rowerowych podróżach – znaczna część ludzi z tych społeczności szukała dorywczej pracy choćby w okolicznych lasach. Las o różnych porach roku wiele oferuje. Ludzie chwytali się wszystkiego: od zbieractwa po drobne prace dorywcze. Zresztą niedaleko od miejsca moich badań – w Giżycku i jego okolicach – własne badania prowadził socjolog prof. Wojciech Łukowski z Uniwersytetu Warszawskiego. To teren przygraniczny. Ludzie żyli też z drobnego przemytu – przywozili, co się dało, z Obwodu Kaliningradzkiego. Na miejscu nie było pracy.

Najwięcej PGR-ów było na ziemiach północnych i zachodnich, ponieważ w tych miejscach najłatwiej było je utworzyć. Były to tereny przyłączone do Polski po wojnie, pod wieloma względami była to swoista pustynia. Tam, gdzie przeprowadzałem badania, wcześniej istniały pruskie, junkierskie majątki. Po przejściu frontu nie zostawało tam zupełnie nic, wszystko było zniszczone. Na tych terenach osiedlała się ludność napływowa, instytucjonalnie i strukturalnie panowały tu bardzo trudne warunki. Pierwsze pokolenie, urodzone tuż po wojnie, wspomina dotkliwą biedę. Choć mieli dach nad głową, to w domach brakowało podstawowych sprzętów, a przetrwanie zapewniał sprawny piec i przydomowa hodowla z uprawą. W dodatku, w odróżnieniu od popularnego wizerunku PGR-ów, było tam mnóstwo ciężkiej pracy fizycznej.

Jest taki schemat, podobny jak w przypadku stereotypów dotyczących braku mobilności, czyli niezrozumienie elementarnej specyfiki miejsca. A były one położone na głębokich peryferiach, bo taka była specyfika gospodarstw rolnych. To nie przypadek, przeciwnie – zamysł gospodarczy władz PRL. Nie budowano ich również w atrakcyjnych częściach np. Mazur, tam powstawały ośrodki wypoczynkowe choćby dla górników. Natomiast pegeerowskie zaplecze – chlewnie, obory – to były tereny położone głęboko na uboczu. Dopóki były one w jakikolwiek sposób skomunikowane, to dało się „być mobilnym”. Wraz z upadkiem PGR-ów połączenia zaczęto likwidować. Stąd np. dobre rady, że „ludzie powinni sobie znaleźć pracę gdzieś dalej” niezbyt korespondowały z rzeczywistością. Załóżmy, że w pobliżu jest powiatowe miasto, od obszaru popegeerowskiego położone w odległości dwudziestu kilku kilometrów. Łatwo sobie wyobrazić dzień człowieka z byłego pegeeru, który najpierw szuka pracy w tym powiatowym mieście, a później ją znajduje i próbuje codziennie dojeżdżać. Wariantów jest kilka: jeśli mamy komunikację publiczną, to problem niemal rozwiązany. Jeśli nie mamy, to czym dojedziemy? Jest początek lat 90. Czy mamy samochód? Jeśli mamy, to ile wydamy na paliwo? Jakie będą miesięczne koszty podróży? Jeśli nie mamy, co dalej? Czy stać nas na jego kupno? Czy ktoś nas będzie codziennie podwoził? Jak będziemy podróżować? Może częściowo piechotą albo rowerem? Ale doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny. W dodatku, to były i są rejony wysokiego bezrobocia, płace są niskie – czy zatem ewentualne zarobki będą się nam kalkulować z wydatkami na dojazdy? Pomijam już warunki pracy, na jakich ci ludzie mieli szanse być zatrudnieni – np. umowy o pracę były mrzonką pośród tych, którzy i które próbowali ratować swoje budżety w każdy możliwy sposób.

Z taką rzeczywistością mierzyli się ludzie z popegeerowskich wsi, które badałem. Oni naprawdę nie mogli się zniechęcić, usiąść w domu i oglądać telewizję – to była często ciężka walka o przetrwanie.

– Pytanie, na ile skuteczna.

– Wspomniałem już o drobnym przemycie. Ale dodajmy do tego emigrację zarobkową. Przecież ludzie z terenów popegeerowskich, choćby ze ściany wschodniej, byli w krajach unijnych znacznie wcześniej niż nasi pozostali rodacy – wyjeżdżali tam do pracy jeszcze przed 2004 rokiem.

– Gdy słucham Pana opowieści, przypomina mi się termin „menedżerki ubóstwa”, używany przez świętej pamięci prof. Elżbietę Tarkowską. Termin opisywał niesamowicie zaradne ubogie kobiety, które muszą wykarmić rodziny, zapewnić im byt, bazując na bardzo skromnych środkach. Gdy czytałem Pana książkę, miałem wrażenie, że jej bohaterowie również byli „menedżerami ubóstwa” – musieli podejmować szereg różnorakich decyzji, które pomogłyby im przetrwać. I chyba większości się udało, choć niektórzy i niektóre przypłacali to załamaniami psychicznymi, samobójstwami…

– Przez lata byłem seminarzystą zmarłej w ubiegłym roku Pani Profesor, miałem przyjemność i zaszczyt z nią współpracować. Pojęcie „menedżerki ubóstwa” jest celne i bardzo dobrze, że zostało ukute, ponieważ w wielu aspektach polskiej rzeczywistości społecznej rola kobiet była i wciąż bywa skutecznie pomijana albo sprowadzana jest do roli „usługowej”, co jest zupełną aberracją.

Co do „menedżerów ubóstwa” z popegeerowskich wsi, to mam przed oczyma rodziny, które poznałem w trakcie swoich badań. Tak, to byli ludzie skuteczni w zarządzaniu biedą – brak formalnych kompetencji nadrabiali determinacją i uporem. Szybko uczyli się nowych rzeczy, świat popegeerowski przeobrażał się błyskawicznie. Droga od pełnego zatrudnienia do wszechobecnego bezrobocia nie była wcale taka długa, dlatego też adaptacja musiała być szybka. Czasem zdarzało się, że przemiany własnościowe poszczególnych państwowych gospodarstwach rolnych były rozciągnięte w czasie i – trzeba tu dodać – na szczęście. Wówczas w obrębie rodzin i całych społeczności zatrudnienie tracono stopniowo. Zwalniani mogli szukać nowych możliwości, ale zwykle ktoś w rodzinie zachowywał zatrudnienie albo przynajmniej miał prawo do stałych świadczeń. Zwykle na początku rezygnowano z produkcji zwierzęcej, bo była energochłonna. Praca w cielętnikach, świniarniach, oborach itp. to było zajęcie kobiet. One pierwsze traciły pracę. Ale nie mogły siedzieć w domu z założonymi rękoma. Zarządzały tymi zasobami, które były w domu, i pozyskiwały nowe środki do życia. Zdarzało się jednak, że zmiany następowały szybko – zakład był przejmowany przez nową prywatną spółkę i np. skupiano się tylko na produkcji roślinnej, wykorzystując nowe maszyny. Wtedy ze starej załogi mogło w zakładzie zostać 10% ludzi albo i mniej: doświadczeni kombajniści, kilka osób z ochrony i z nadzoru. Okazało się, że rolnictwo można robić z garstką osób, że społeczności, które wyrosły „przy byłym PGR-ze”, są zupełnie zbędne. W takiej sytuacji ludzie budowali swoje życie na nowo: inspirowali się wzajemnie, informowali o możliwościach, ktoś pierwszy przecierał szlaki, dawał znać rodzinie, sąsiadom.

– Na przykład?

– Sławny jest przykład Starych Juch – to okolice Giżycka, ta ładna część Mazur. Znaczna część tamtejszej populacji pracuje obecnie w Islandii. Polacy są zresztą największą mniejszością na tej wyspie. W islandzkich dyskontach przy kasie można często wszystko załatwić w naszym języku, bo pracuje tam wiele Polek.

– Wróćmy do mieszkańców popegeerowskich wsi na ścianie wschodniej.

– Są to z jednej strony okolice głęboko zapomniane, kompletna prowincja, a z drugiej strony ludzie stamtąd masowo wyjeżdżali do pracy do Włoch, do Norwegii, do Islandii właśnie. Niemcy i Holandia to też częste kierunki emigracji zarobkowej. Powiem więcej: niezależnie od popegeerowskiego kontekstu warto sobie uzmysłowić, jak mobilne było pokolenie osób wówczas będących w wieku średnim. To naprawdę ma tak niewiele wspólnego ze sposobem, w jaki ci ludzie byli opisywani pod koniec lat 90., że aż trudno uwierzyć, iż doświadczeni badacze byli w stanie dojść do takich wniosków – tym bardziej, że już wówczas odbywały się wyjazdy zarobkowe, o których mówimy. To było i jest istotne również dlatego, że pokazywano warstwę ludności, która de facto pochodziła z obszarów wiejskich, ale całkowicie już oderwała się od rolnictwa.

– Swego czasu przeprowadzałem dla „Nowego Obywatela” wywiad z Sylwią Urbańską, autorką książki „Matka Polka na odległość. Z doświadczeń migracyjnych robotnic 1989–2010”. Wiele mówi o współczesnej Polsce to, że dość powszechne doświadczenie społeczne było niemal nieobecne w debacie publicznej. Mam wrażenie, że młodszemu pokoleniu badaczek i badaczy udało się z większą empatią spojrzeć na szeroko rozumianą klasę ludową, że dystans ułatwia im nieuprzedzone spojrzenie choćby na społeczności popegeerowskie z pierwszych lat transformacji.

– Znamy się z Sylwią, w podobnym czasie przygotowywaliśmy swoje rozprawy, rozmawialiśmy o sprawach, które dziś poruszamy w rozmowie. Myślę, że faktycznie kluczowa jest kwestia pokoleniowa. Może jestem więźniem tej optyki, ale wydaje mi się dość oczywiste, że spojrzenie młodszego pokolenia badaczy na pierwsze lata transformacji jest fundamentalnie różne od oglądu naszych nauczycieli akademickich. Różniliśmy się zarówno w podejściu do tematu, jak i w jego ocenach. Różniło nas również to, z jakimi pytaniami badawczymi chcieliśmy się mierzyć. Mamy całe pokolenie socjologów, których szczyt kariery przypadał na lata 90. XX wieku. To był cały nurt badań skoncentrowany na transformacji ustrojowej i jej konsekwencjach. Bilanse tego okresu na gruncie naszej dyscypliny są jednak trudne. W wielu obszarach udało się zainicjować systematyczne gromadzenie danych, rozwinęły się techniki badawcze, ale niestety nie stworzono żadnej teorii polskiej transformacji. Nie neguję wysiłku badaczy, którzy funkcjonowali w zupełnie innej rzeczywistości badawczej niż obecna (zmieniła się literatura, upowszechnił się internet), zaczynali w czasach, gdy studentów na pierwszym roku studiów uczono z „Elementarnych pojęć socjologii” Jana Szczepańskiego napisanych jeszcze w latach 60. XX wieku. Raz jeszcze podkreślam: nie winię badaczy, wskazuję tylko na różnicę pokoleniową, która rzutuje również na to, jak oceniamy przemiany po 1989 roku.

Trzeba pamiętać, że polskie środowisko socjologiczne jest duże: są w nim więc ludzie, których interesują poruszane tu przez nas tematy, są i bliżsi mainstreamowi.

– Co Pan w tym kontekście rozumie przez to pojęcie?

– Myślę o badaczkach i badaczach zainteresowanych powielaniem tematów podejmowanych najczęściej w literaturze zachodniej, niezależnie od tego, na ile wyraźnie zakorzenione są one w polskim kontekście. Nie mówię tego wartościująco: sam zdecydowałem się na tematykę niszową, ale nie oczekuję, że inni badacze będą postępowali podobnie. Gdy podejmowałem się swoich badań, miałem poczucie pewnego osamotnienia. Później odkryłem jednak, że są badacze i badaczki, którzy obserwują rzeczywistość w podobny sposób, podobnie o niej myślą. Notabene, także wspomniana prof. Tarkowska zajmowała się problematyką wiejską w kontekście ubóstwa, co więcej, osobiście uczestniczyła w badaniach terenowych, a to w przypadku badaczy z dużym dorobkiem naukowym nie jest już tak oczywiste.

– Mam pewną hipotezę roboczą: kolejne pokolenia żyjące na wsi wciąż doznawały różnych form strukturalnej opresji. Zostawiając zamierzchłą pańszczyźnianą przeszłość, widzimy wyraźnie, jak bardzo wciąż eksperymentowano na wsi, również tej pegeerowskiej. A później przyszła transformacja, która także była formą trudnego eksperymentu społecznego. Czy którakolwiek z upływających dekad była bezpieczna, spokojna dla tych społeczności?

– Skupiając się tylko na wsi pegeerowskiej można wnioskować, że okresem stabilizacji był przełom lat 70. i 80., gdy wciąż płynęły tam spore dotacje, inwestowano nie tylko w sprzęt, lecz także w infrastrukturę. To są czasy, które na popegeerowskiej wsi wspomina się jako okres, gdy była praca, były sklepy, można było pójść do lekarza, był klub, działała drużyna piłkarska. No i oczywiście szkoła. Do tego były stałe pensje i dodatki.

Co ciekawe – przynajmniej taka jest moja obserwacja – na gruncie socjologii często stawiany jest znak równości między tym najlepszy okresem funkcjonowania PGR-ów a pozostałymi latami – tak jakby zawsze tak tam było. Często również stosowało się łatwe przeciwstawienie: rolnik to ten, który ciężko haruje od zmierzchu do świtu przez cały rok, jest przywiązany do wartości, a w PGR-ach jest sielanka i pełne zatrudnienie, chodzi się do pracy od–do, jest urlop itd. Ale to wszystko wynika z niedoinformowania. Gdy ktoś zejdzie na ziemię z tych obłoków, to uświadomi sobie, że np. kobiety pracowały w cielętnikach, i to nie tylko od poniedziałku do piątku, lecz także w weekendy, w święta, we wszystkie pory roku. Co więcej, pracownicy PGR-ów mieli jeszcze swoje działki czy ogródki, zajmowali się też drobną hodowlą. A to także było czasochłonne – zatem z wyobrażonej rzekomej sielanki nieróbstwa naprawdę niewiele zostaje.

– Jakie są główne elementy transformacyjnej zmiany, która dokonywała się w badanych przez Pana okolicach? Zapewne i w tym przypadku znaczną rolę odgrywały sposoby urynkowienia przetwarzającej się rzeczywistości?

– Socjologowie będą tu udzielali różnych odpowiedzi. Najprościej można powiedzieć, że zmieniło się wszystko. Po pierwsze, zmieniło się otoczenie instytucjonalne ze wszystkimi tego konsekwencjami, ze zmianą reguł gry. Po drugie, była to ogromna zmiana kulturowa, która przyszła niejako z zewnątrz, ludzie nie mieli wyboru, musieli się dostosować. Przeobrażeniu uległ świat, w którym funkcjonowali, ale także świat wartości. Tego typu zmiana z kolei zawsze wymaga czasu. Wątek, który uważam za ważny, dotyczył tego, jak bardzo perspektywa młodych dorosłych ze wsi, którymi interesowałem się najbardziej, jest zbliżona do tego, co znamy z badań na temat młodzieży z miast. To nie jest tak, że ich świat jest zupełnie inny – on jest po prostu położony dalej. Arkadiusz Karwacki powiedział kiedyś, że ludzie z byłych PGR-ów urodzili się w złych miejscach na mapie. Geograficznie pod wieloma względami były one znaczniej mniej korzystne i wymagały od tych ludzi ogromnej determinacji, żeby w życiu wypracować to, co osiągnęli ich rówieśnicy i rówieśnice z miast. W miastach możliwości było zawsze więcej, mają one więcej do zaoferowania. Z tego rodzą się luki w kapitale kulturowym, które utrudniają awans społeczny. To są trudności, z którymi ci ludzie muszą się mierzyć.

– Może zatem lepiej mówić nie o „wyuczonej bezradności”, lecz o strukturalnej niemożności?

W różnych miejscach struktury społecznej ludzie dysponują różnymi możliwościami. Tym, co wydaje się w wielu przypadkach przemawiać za tym, że ludzie z terenów popegeerowskich są mimo wszystko skuteczni, jest fakt, że pomimo różnorakich deficytów możliwości są w stanie osiągać to, co osiągają ich rówieśnicy i rówieśnicy z innych miejsc.

– Pytanie, za jaką cenę osobistą…

– Prędzej czy później pojawi się też pytanie, czy to jest sprawiedliwe, czy nie. Wówczas musielibyśmy sobie również poradzić z pojęciem sprawiedliwości. Mnie osobiście jako socjologa intryguje, że to jedno z tych zagadnień, które są dobrze znane, a które od czasu do czasu odkrywamy (jak u Znanieckiego, o którym wspomniałem wcześniej). Na początku XXI wieku, może nawet wcześniej, prof. Barbara Fatyga prowadziła w Warszawie badania nad młodzieżą licealną i studiującą. Okazało się, że młodzież wielkomiejska odczuwa dyskomfort w kontaktach instytucjonalnych z rówieśnikami, którzy nie pochodzą z dużych ośrodków, ale przyjeżdżają, nazwijmy to umownie, z prowincji.

– Skąd ten dyskomfort?

– To hipoteza robocza: być może o wielu takich karierach myślimy jako o karierach po prostu, bez świadomości tego, że osoby, o których mowa, są z prowincji – bo one zachowują to dla siebie. Nie zapominajmy też o tym, że każdy awans społeczny łączy się z wykorzenieniem..

– Wiejskie czy prowincjonalne pochodzenie wciąż jest powodem wstydu?

– Młodzi, z którymi miałem kontakt jako badacz, podkreślali na przykład, że choć mieszkają na wsi, to nie mają nic wspólnego z rolnictwem. A gdy pytałem wprost, odpowiadali, że nie widzą powodu, by wstydzić się wiejskiego pochodzenia. Smutne było natomiast to, że mieli pełną świadomość tego, jak są postrzegani na zewnątrz. To w pełni wpisywało się w socjologiczne pojęcie jaźni odzwierciedlonej: wiedzieli dobrze, jak się ich widzi. Mówili: „wiem, że o nas się myśli, że my jesteśmy taka Arizona”.

– Co właściwie charakteryzuje życie młodych dorosłych na popegeerowskich terenach?

– Jeżeli pokusić się o opisanie sedna ich tamtejszej egzystencji, to postawiłbym na tymczasowość. Powiedziałbym wręcz, że oni tam jeszcze są. Miałem kontakt z ludźmi z miejscowości, w których prowadziłem badania, również po ich zakończeniu. Część tych miejscowości odwiedziłem także później. I wtedy okazywało się, że ci, którzy zapowiadali, że wyjadą, to właśnie robili. To bardzo smutne, ale powiem brutalnie: to są miejsca bez przyszłości. Czy one znikną? Administracyjnie nie muszą: w jakiejś drobnej formie niewielkich miejsc o ograniczonej liczbie pracowników pewnie przetrwają – w końcu produkcja żywności jest opłacalna, nauczyliśmy się funkcjonować w ramach wspólnej polityki rolnej. Okres ich rozkwitu to już tylko wspomnienie, bezpowrotnie miniony obraz przeszłości.

– Czym w takim razie jest ich „radzenie sobie” w tym świecie, który właściwie nie ma przyszłości?

– Ja skupiałem się na tym, jak młodzi radzą sobie z doświadczeniem ubóstwa, w jaki sposób starają się zostać na powierzchni. Przyglądałem się, jak wyglądają ich relacje z lokalnym instytucjami, jakiego rodzaju działalność zarobkową podejmują.

Wszystko zależało od tego, w jakim momencie cyklu ubóstwa znajdowali się moi rozmówcy. Jeżeli było to ubóstwo dotkliwe, skrajne, to łączyło się to z wieloma trudnymi kwestiami: byli to ludzie bardzo zdesperowani, skłonni do tego, żeby łamać prawo, czy też szerzej – normy społeczne. Jeżeli ktoś okrada sąsiada i zakłóca jego spokój, to narusza prawo oraz pewne zasady współżycia społecznego. Ale jeśli jest to po prostu matka, która w dramatyczny okolicznościach musi zdecydować, czy wyjechać za granicę, żeby zarobić na rodzinę, to narusza ważne społeczne normy, bo przecież „to matka powinna być z dzieckiem”. Problemem tych ludzi często było to, że doświadczali biedy powracającej – tak to przynajmniej z prof. Tarkowską nazywaliśmy. Oni potrafili skutecznie poprawić swój los, zacząć w miarę dobrze funkcjonować, osiągnąć stan, gdy już się nie trzeba martwić się, czy wystarczy na jedzenie i bieżące rachunki. Ale nierzadko wystarczyła choćby choroba, utrata źródła dochodu, wypadek losowy itp., a okazywało się, że nie ma żadnego zaplecza, które umożliwia bezpieczne przetrwanie trudnego okresu. I znów przychodziło znaczne pogorszenie sytuacji. Póki zdrowie dopisywało, mężczyźni i kobiety mogli pracować choćby za granicą, np. co trzy miesiące wyjeżdżając na zarobek. Ale gdy pojawiały się choroby, ci ludzie byli unieruchomieni.

W przypadku byłych pracowników PGR-ów istotnym punktem był moment, w którym uzyskiwali prawo do stałych świadczeń, nabywali stały zasiłek przedemerytalny, renty, emerytury – jakikolwiek stały dochód. To bardzo dużo zmieniało w ich sytuacji.

– Ale młodsi nie mogli na to liczyć.

– W ich przypadku brak stabilności, brak możliwości uzyskania stałej pracy, stanowił ogromną barierę na drodze do dorosłości i samodzielności, do tego, żeby wyprowadzić się z domu od rodziców i zacząć samodzielnie funkcjonować. Nie mówiąc już o pozostałych sprawach życiowych i rodzinnych. Dlatego bardzo cenili sobie wszelką stałą pracę. Synonimem dobrej pracy było stałe zatrudnienie z umową o pracę. Na terenach przygranicznych wymarzony pracodawca to Straż Graniczna. Praca tam była postrzegana jako bardzo atrakcyjna: niedaleko od domu, dobre warunki oraz płaca. Bardzo korzystnie prezentowała się też perspektywa stosunkowo szybkiego uzyskania uprawnień emerytalnych. Część badanych podkreślała swoje oczekiwanie na kolejny nabór do Straży Granicznej. To, jak często podkreślano potrzebę stabilności zatrudnienia, uświadamia bardzo dobitnie, jak poważnym problemem jest niestabilność ich sytuacji życiowej.

– To, co Pan mówi, jest uderzające, szczególnie w porównaniu z całą masą bardzo przecież w Polsce popularnych sloganów zwolenników liberalizmu gospodarczego. Wskazuje Pan i na znaczną wagę stałej pracy, i na fakt, że czasem jedynym cywilizowanym pracodawcą okazuje się instytucja publiczna.

– To temat na dłuższą dyskusję o wizji państwa i tego, co może skutecznie rozwiązać rynek. Niezależnie od czyichkolwiek sympatii politycznych i ideowych, myślę, że poza zatwardziałymi liberałami stosunkowo niewielu uczestników debaty publicznej będzie doszukiwało się w wolnym rynku regulatora, który sam z siebie zdoła rozwiązać całą masę problemów społecznych. Nawet w krajach o stosunkowo liberalnych regułach gospodarczych za szereg zadań odpowiadają instytucje, w tym powołane do tego instytucje państwowe. Nie ma w tym nic dziwnego i nie oznacza to, że tam panuje socjalizm.

– Pierwsze lata transformacji wspominam jako z jednej strony stopniowe odcinanie moich rodzinnych okolic od różnorakiej infrastruktury publicznej, z drugiej – bardzo agresywny medialny atak na popegeerowską wieś. Czy Pana zdaniem przeanalizowano już antywiejską propagandę medialną z pierwszej połowy lat 90.? Troszkę się boję, że to pytanie retoryczne, że najkrótsza Pana odpowiedź będzie brzmiała: nie…

– Właściwie mnie pan wyręczył. Jako zjawisko – taka była moja obserwacja – te popegeerowskie społeczności zaczęły funkcjonować jako swego rodzaju kozioł ofiarny, łącznie z tym, że potrafiłem w publikacjach szanowanych socjologów przeczytać, iż te społeczności w pewnym sensie ponoszą zasłużoną karę za „tłuste lata” dobrobytu w PRL-u, kiedy była bieda, a komunistyczny reżim dopieszczał PGR-y, dokarmiał je i utrzymywał w luksusowych warunkach. Dziś brzmi to dość dziwacznie, zwłaszcza gdy zderzyć ten sąd z tym, co wiemy na temat pegeerowskich realiów.

Ale w latach 90. XX wieku te społeczności były opisywane również i takim językiem, jakim dziś nie wypadałoby opisywać żadnej grupy społecznej…

– Dlaczego?

– Skoro dziś nie możemy opisywać w tak deprecjonujący sposób żadnej grupy społecznej, którą dotykają różnorakie deficyty, to podobnie nie dałoby się tak mówić o tych społecznościach popegeerowskich – ponieważ na etapie recenzji czy wniosku grantowego zostałoby to zauważone i skrytykowane. To widoczna zmiana na lepsze – wówczas jednak taka stygmatyzacja była możliwa. I to w tekstach o charakterze naukowym.

– To, co Pan mówi, trochę psuje mój wizerunek polskiej socjologii.

– Jest taka cecha nie tyle dyscypliny, ile co części środowiska, o której czasami się zapomina. Socjologowie, zwłaszcza ci, którzy nadawali ton powojennej socjologii polskiej, rekrutowali się ze środowisk inteligenckich. Inteligencję charakteryzował określony etos, ale miała ona też swoje ograniczenia. Jednym z nich była tradycyjna niechęć do wsi jako takiej, nie mówiąc już o wsi pegeerowskiej postrzeganej jako produkt opresyjnego reżimu politycznego. To jednak tylko część problemu. Istotniejsze wydaje mi się to, że zdarzali się autorzy, którzy w jakiś sposób potrafili postawić znak równości między ludźmi tworzącymi te społeczności a ustrojem, który animował projekt rolnictwa państwowego. Zatem gdy reżim upadł, uznali, że mieszkańcy PGR-ów ponoszą zasłużoną karę. To było zupełnie nieuprawnione uproszczenie, ponieważ ci ludzie, szczególnie ze starszego pokolenia, zostali dwukrotnie, jeżeli nie oszukani, to poddani ogromnej życiowej próbie charakteru.

– Dwukrotnie? Mówi Pan o powstaniu i upadku PGR-ów?

– Tak, przecież system państwowych gospodarstw rolnych nie powstał z woli tych ludzi: oni nie zakładali tych przedsiębiorstw – to był potężny wysiłek ówczesnego państwa, żeby ten ideologiczny projekt zrealizować. Te społeczności zostały utworzone sztucznie, ci ludzie zostali w nie wtłoczeni – przecież bardzo różne były losy osób, które tam trafiały. Wiele z nich znalazło się tam z braku alternatywy, pochodzili z biednych, wielodzietnych chłopskich rodzin i chcieli po prostu usamodzielnić się, a w PGR-ze można było znaleźć pracę i lepsze lub gorsze mieszkanie. Dalej, często to byli przesiedleńcy, ludzie, którzy dosłownie padli ofiarą wielkiej historii i geopolityki. Kilka dekad później, znów bez woli tych społeczności, bez jakichkolwiek pytań, nad ich głowami zostały podjęte decyzje, że państwo się z tego projektu wycofuje. A ich pozostawiono samym sobie.

Jest też niestety tak – to stała cecha ubóstwa – że gdy go doświadczamy, zaczynamy być osamotnieni. Rodziny doświadczające ubóstwa zamykały się w sobie, bo bieda była wstydliwa, głęboko intymna, narażała na szwank poczucie godności tych rodzin – a przecież historycznie był to już moment, gdy choćby za sprawą mediów te rodziny mogły zobaczyć, jak świetnie powodzi się innym, to już nie był ten świat, w którym da się żyć zupełnie na uboczu i nie wiedzieć, czy innym jest dobrze, czy źle. Oni wiedzieli, że innym jest lepiej i to pogłębiało przeróżne negatywne emocje.

– Mówiliśmy o tym, że na poziomie naukowym pewien negatywny sposób opisu społeczności popegeerowskich dziś nie mógłby mieć miejsca. Czy Pana zdaniem – o ile śledzi Pan te kwestie w bardziej publicystycznym wydaniu – zmieniło się również medialne widzenie tego tematu?

– Moim zdaniem ten temat właściwie nie istnieje w mediach. Nie był ważny w socjologii, a tym bardziej nie funkcjonuje w debacie publicznej. Oczywiście ktoś sobie czasami, dość rzadko, przypomni o tych terenach, o ludziach stamtąd, ale trwa to krótką chwilę i kwestia gaśnie. Powiem więcej: na terenach pozamiejskich żyje ponad 40% populacji Polski. I te 40% ludności potrafi nam umykać w debacie publicznej! A co dopiero mówić o niegdysiejszych PGR-ach, rozsianych po prowincjonalnej Polsce. W dodatku mieszkańcy tych społeczności nigdy nie mieli żadnej reprezentacji, nie byli w stanie powalczyć o swój los w zorganizowany sposób, tak jak robiły to np. branżowe związki zawodowe. To byli typowi ludzie bez głosu.

– To, że popegeerowska wieś głosowała lub podobno głosowała na postkomunistów, było jeszcze jednym elementem wzbudzającym wobec niej niechęć szeroko rozumianej prawicy: to są ci, którzy chcą powrotu do PRL, a my przecież budujemy kapitalizm i wiemy, że najwspanialszy jest wolny rynek. Chyba nikt wtedy nie opowiadał tej historii tak, jak Pan to robi dzisiaj w naszej rozmowie.

– Nawet jeśli popegeerowska wieś faktycznie głosowałaby na SLD, to byłoby to zrozumiałe. Ludzie, którzy doświadczyli bardzo niekorzystnej dla siebie zmiany, będą bardziej skłonni głosować na tych, którzy – nawet tylko w warstwie retorycznej – upominają się o nich, zgłaszają chęć poprawy ich losu. Trudno oczekiwać, żeby przedstawiciele popegeerowskich społeczności głosowali na autorów niekorzystnych dla siebie przemian: Unię Demokratyczną czy Kongres Liberalno-Demokratyczny.

– Zapytam o podmiot z przeciwległego krańca spektrum ideowopolitycznego. Jak Pan postrzega rolę Kościoła w tych społecznościach popegeerowskich?

– Kościół po pierwsze funkcjonował jako instytucja, w czasie gdy wiele innych znikało lub się przeobrażało. Po drugie, stanowił źródło wsparcia. I to w najbardziej dosłowny sposób. W szczególnie trudnych okresach jednym z podstawowych źródeł wsparcia były paczki żywnościowe dystrybuowane przez parafie. Była to pomoc z Caritasu, która okazała się wyjątkowo skuteczna w momentach, gdy niedostatek był najbardziej dojmujący.

Trudno byłoby jednak powiedzieć, że Kościół odgrywał kluczową rolę. I to nie dlatego, że robił za mało, ale dlatego, że jedną z podstawowych cech skutecznego radzenia sobie z ubóstwem jest, mówiąc niezręcznym językiem technokratów, dywersyfikacja. Jest to wniosek nie tylko z moich badań. Była ona konieczna, bo bardzo rzadko jedno źródło pomocy skutecznie chroni przed biedą. Stąd konieczność łączenia różnych form wsparcia z chwytaniem się każdego dostępnego zajęcia zarobkowego. Skuteczni w wychodzeniu z ubóstwa byli ci, którzy faktycznie potrafili połączyć te różne formy działania. Szczególnie w pierwszej dekadzie polskich przemian te społeczności same siebie musiały uratować. Moim zdaniem zrobiły to skutecznie.

– Nikt im nie bije brawa…

– …to jest niestety tak, że przemyślanych strategii pomocowych wówczas nie było. Owszem, mieszkańcy społeczności popegeerowskich po utracie pracy otrzymywali jakieś odprawy, mieli przez jakiś czas zasiłki, ale z wielu względów, które już poruszyliśmy (charakterystyka regionów, położenie gospodarstw, brak zaplecza finansowego tych rodzin), trudno im było błyskawicznie przestawić się na inną branżę czy zmienić miejsce zamieszkania.

– Choć trzeba też dodać, że za odprawy mieszkańcy PGR-owskich wsi kupowali anteny satelitarne i odtwarzacze video.

– Nikt nie odmówi ludziom prawa do tego, aby podejmować – z jakiejś perspektywy – nieracjonalne decyzje. Czy tego rodzaju konsumpcja była zachowaniem racjonalnym? Z pewnością odpowiadała na jakieś potrzeby tych ludzi, na jakieś deficyty. Trzeba też pamiętać, że była to zupełnie nowa rzeczywistość, której oni wszyscy się uczyli. Mieli prawo do błędów, za które sami przecież płacili. Podkreślam: udźwignęli swój los, przecząc większości stereotypów, jakie panowały na ich temat. Co więcej: przecząc socjologicznym diagnozom na temat ich świata. Proszę pamiętać, że dość powszechnie pisano, że młode pokolenia będą powielały losy starszych, że to będą kolejne pokolenia żyjące na zasiłku. Mało kto chce pamiętać, jak nietrafne były te generalizacje.

– Tym bardziej, że część tych ludzi z młodszych pokoleń jest dziś na emigracji zarobkowej i nierzadko jeszcze przesyła pieniądze do Polski.

– Pan mówi o młodszych, a ja lubię powoływać się na taki oto przykład: pierwsze pokolenie, które wyrosło w PGR-ach, które później straciło tam pracę i przestawiło się na tory regularnych wyjazdów za granicę, zarabiało nie tylko na bieżącą konsumpcję. Ci ludzie z pegeerów wyremontowali swoje domy, później płacili za edukację swoich dzieci na niepublicznych uczelniach w wielkim mieście, a jeszcze później zaczęli spłacać kredyt swoich dzieci na mieszkanie w tymże dużym mieście. To byli ludzie, którzy pracowali niegdyś w PGR-ze: bez wielkiego kapitału kulturowego, bez wielkomiejskiego doświadczenia zawodowego. I to właśnie im w III RP doprawiono gębę.

– Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 24 lutego 2017 roku

Ekonomia nierówności dochodowych

Ekonomia nierówności dochodowych

W ciągu ostatnich kilkunastu lat fenomen nierówności dochodowych wdarł się na salony badań ekonomicznych. Kwestie podziału dochodu badane są już nie tylko w katedrach ekonomii keynesowskiej i marksistowskiej, lecz także w ramach jej tzw. głównego nurtu. Świadectw rosnącej popularności tego tematu jest wiele: od publikowanego przez ONZ wskaźnika IHDI (Inequality Adjusted Human Development Index), który sygnalizuje spowodowane przez nierówności straty w rozwoju społecznym, przez szereg raportów Banku Światowego, aż po sukces wydawniczy książki Thomasa Piketty’ego „Kapitał w XXI wieku”.

Co wynika z tych intensywnych badań? Co już wiemy na temat nierówności, a co wciąż pozostaje w sferze domysłów i intuicji?

Nierówności coraz mniejsze czy coraz większe?

Zacznijmy od spraw podstawowych: czy potrafimy zmierzyć, porównać i ocenić poziom nierówności między krajami i na przestrzeni poszczególnych lat? Popularność zagadnienia nierówności dochodowych przyczyniła się do znacznej poprawy sytuacji – mamy coraz więcej danych, w coraz większym stopniu porównywalnych i coraz łatwiej dostępnych. Dostępne informacje są także pozyskiwane dla większej liczby wskaźników, zbierane konkurencyjnymi metodami, dotyczą innych – nie tylko dochodowych – wymiarów nierówności.

Nie oznacza to niestety, że uniknęliśmy wszystkich problemów związanych z pomiarem nierówności – do tego jeszcze daleka droga. Po pierwsze, większość danych jest oparta na badaniach ankietowych, w których nie uczestniczą zarówno najbogatsi, jak i najbiedniejsi. W przypadku tych ostatnich przyczyna jest prozaiczna – osoby najbiedniejsze są często bezdomne, nie mają adresu i dlatego nie są typowane do udziału w ankietach. Najbogatsi natomiast częściej niż inni odmawiają udziału w badaniu. Przyczyn niechęci do dzielenia się informacjami na temat swoich dochodów jest wiele, tu jednak ważne jest jedynie to, że zdaniem praktyków badań ankietowych gospodarstwo z najbogatszego 1% rzadko uczestniczy w badaniach1. Jeżeli zaś w takich badaniach nie biorą udziału gospodarstwa najbiedniejsze i najbogatsze, to oczywiście wskaźnik nierówności dochodowych jest niedoszacowany. A co ważniejsze – nie ukazuje przeobrażeń w podziale dochodu wynikających właśnie z przeobrażeń sytuacji najbiedniejszych i najbogatszych. To duży problem, bo zmiany w dystrybucji dochodu w praktyce dotyczą przede wszystkim tych skrajnych grup dochodowych.

Po drugie – wciąż nie mamy, i zapewne mieć nigdy nie będziemy, doskonałej miary nierówności. Jak pisał Anthony B. Atkinson2, jeden z największych autorytetów naukowych w dziedzinie podziału dochodów, nierówności nie mogą być zmierzone bez wprowadzenia społecznych osądów. Miary nierówności nie są czysto „statystyczne” i zawierają w sobie ukryte sądy o wadze przypisywanej nierównościom w różnych punktach skali dochodowej.

Mimo tych trudności można zarysować problem poziomu nierówności dochodowych i trendu ich obecności w poszczególnych państwach. Jak to zwykle bywa, w polskiej debacie publicznej pełno jest anegdotycznych przykładów nierówności zarówno malejących, jak i rosnących – w zależności od potrzeby rozważającego tezę. Oczywiste jest, że zmiany w podziale dochodu występowały w różnych krajach z różnym natężeniem i w różnym kierunku. Pełny obraz nierówności wskazuje jednak, że wewnątrzpaństwowe nierówności dochodowe przeciętnie rosną (być może stąd też popularność tego tematu wśród ekonomistów?). Wzrost ten jest na tyle znaczący, że zdaniem Jamesa K. Galbraitha3 można go pojmować jako globalne wydarzenie makroekonomiczne. Ogarniająca cały świat presja wzrostu nierówności wiąże się jego zdaniem z globalizacją liberalizacji, kryzysami zadłużeniowymi i upadkiem komunizmu na początku lat 90. Dość popularnym wyjaśnieniem światowych tendencji antyegalitarnych jest także szybki postęp technologiczny, wypychający z rynku pracy tych, którzy za nim nie nadążają, a zarazem ponadproporcjonalnie nagradzający tych, którzy załapali się na jego falę4.

Wykres nr 1 pokazuje opisany wyżej proces. Przedstawione są na nim przeciętne nierówności dochodowe wyrażone współczynnikiem Giniego dla okresu 1970–1990 oraz 1990–2010. Im wyższy współczynnik Giniego, tym wyższe nierówności dochodowe. Może on przyjmować wartości od 0 (oznaczające doskonałą równość) do 1 (sytuacja, w której jedna osoba otrzymuje cały dochód narodowy). Państwa, które znajdują się powyżej linii nachylonej pod kątem 45 stopni, doświadczyły w analizowanym okresie wzrostu nierówności dochodowych. Państwa, które znajdują się pod nią, w latach 1990–2010 charakteryzowały się niższymi nierównościami niż w latach 1970–1990. Na wykresie zaobserwować można następujące fakty:

  • więcej obserwacji znajduje się ponad linią, a zatem w większości państw nierówności dochodowe wzrosły;
  • wzrost nierówności w niektórych przypadkach był drastyczny – szczególnie w Rosji (RUS), Chinach (CHN) i Paragwaju (PRY). Pomimo tego poziom ten jest kategorią relatywnie stałą w czasie – wszystkie obserwacje układają się w rosnącą funkcję liniową. Innymi słowy – pozycja kraju w światowym rankingu egalitaryzmu jest silnie uzależniona od poziomu nierówności w poprzednim okresie;
  • wzrost nierówności obserwowany był głównie tam, gdzie w latach 1970–1990 były one niewielkie. Ich spadek przede wszystkim występował w skrajnie nieegalitarnych gospodarkach (po prawej stronie wykresu);
  • wśród państw, w których nierówności dochodowe się zwiększyły, jest także Polska. Mimo to na tle państw świata jawi się ona jako gospodarka egalitarna. Lepszym punktem odniesienia są kraje o zbliżonym poziomie rozwoju gospodarczego, np. państwa należące do OECD. Wśród tych 34 gospodarek Polska znajduje się w okolicach połowy stawki – na 19. miejscu (w 2010 roku).

Wykres 1. Przeciętne nierówności dochodowe w latach 1970–1990 oraz w latach 1990–2010 w krajach świata

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych SWIID, http://fsolt.org/swiid/ (28.01.2016).

Bliższa analiza dostępnych danych wskazuje, że nierówności dochodowe od 1970 do 2010 roku spadały znacząco w krajach Afryki Subsaharyjskiej (przeciętny Gini dla tego regionu zmniejszył się z 0,5 do około 0,44) oraz na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej (zmiana z 0,43 na 0,34). Ich wzrost w największym stopniu obserwowaliśmy w państwach Europy Środkowo-Wschodniej i w Azji Centralnej, a także wśród państw wysoko rozwiniętych. W okresie 1990–2010 obserwowaliśmy dalsze wzrosty nierówności w 50% państw świata (w 39% – spadek, a w 11% brak wyraźnego trendu). Co istotniejsze, wzrost nierówności po 1990 roku zauważany był w państwach o dużej liczbie mieszkańców, których suma stanowi 70% badanej populacji. W krajach, w których podział dochodu był coraz bardziej egalitarny, zamieszkuje jedynie 25% światowej populacji5.

Co nie zaskakuje, w posocjalistycznych gospodarkach zwiększenie nierówności zbiega się w czasie z transformacją systemową. Dysproporcje dochodowe najszybciej rosły tam w okresie 1990–1995. Taki obraz dynamiki zmian nierówności pokrywa się ze zmianami, które obserwowaliśmy w Polsce, a więc z drastycznym wzrostem nierówności w latach 1990–1995 (wykres 2). Oprócz transformacji systemowej w Polsce poziom nierówności wynikał także w dużej mierze z cyklu koniunkturalnego i ze związanego z nim poziomu bezrobocia6. Od 2005 roku podział dochodu w naszym kraju zmienia się w niewielkim stopniu (możemy obserwować niewielki spadek, którego nie potwierdzają inne źródła danych).

Wykres 2. Nierówności dochodowe w Polsce w latach 1960–2013 w porównaniu do wybranych państw

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych SWIID, http://fsolt.org/swiid/ (28.01.2016).

Na podstawie danych zaprezentowanych na wykresie nr 1 można odnotować ogromne różnice w poziomie nierówności dochodowych między poszczególnymi państwami. Skąd się one biorą? Odpowiedź na to pytanie jest zaskakująco prosta i stanowi jedno z ciekawszych odkryć ekonomicznych w zakresie nierówności dochodowych. Otóż w swojej nowatorskiej pracy Palma udowodnił7, że różnice w nierównościach dochodowych między państwami biorą się z różnego udziału najbogatszych 10% i najbiedniejszych 40% w dochodzie narodowym. We wszystkich państwach, dowodzi Palma, osoby zaliczające się do V–IX grupy decylowej (a więc równo 50% społeczeństwa) zawsze są w stanie zagwarantować sobie 50% dochodu narodowego. Niezależnie od tego, czy badamy państwa afrykańskie, czy wysoko rozwinięte państwa europejskie, kraje mniej czy bardziej wolnorynkowe, ze słabym bądź silnym państwem, z historią komunistyczną lub kapitalistyczną, z dużą czy małą polityką redystrybucyjną – zawsze około 50% dochodu przypada tej grupie społecznej. Istotne różnice w dystrybucji dochodu pomiędzy państwami występują natomiast w udziale w dochodzie najbiedniejszych i najbogatszych. To te grupy i ich relatywna pozycja w społeczeństwie determinują poziom nierówności dochodowych.

W praktyce zatem dystrybucja dochodu narodowego rozgrywa się pomiędzy najbogatszymi 10% a najbiedniejszymi 40%. To, w jakim stopniu osobom tym udaje się zapewnić sobie udział w dochodzie narodowym, decyduje o zmianach w nierównościach dochodowych. Jak pokazuje wykres 1, w większości państw to najbogatszy decyl w minionym dwudziestoleciu zapewniał sobie coraz to większy kawałek tortu.

Czy i jak bardzo powinniśmy się tym przejmować? Jakie konsekwencje niosą za sobą rosnące nierówności dochodowe? Jakie są mechanizmy wpływu dysproporcji dochodowych na rozwój społeczno-ekonomiczny? To kolejne pytania, na które intensywnie poszukuje się odpowiedzi i na które przynajmniej częściowo udało się ją ekonomistom znaleźć. Choć kontrowersje i spory w tym zakresie wciąż się utrzymują, w ostatnich latach, co może zaskakiwać, wśród ekonomistów wychodzących z odmiennych pozycji światopoglądowych nastąpiło zbliżenie stanowisk na temat konsekwencji nierówności dochodowych. Zbliżenie to polega na powszechnym uznaniu wysokich nierówności dochodowych za barierę długookresowego rozwoju społeczno-gospodarczego oraz potencjalnego czynnika kryzysogennego zaburzającego równowagę między podażą a popytem. Dominację takich poglądów obserwujemy od późnych lat 90., kiedy to powstały obowiązujące do dziś koncepcje teoretyczne. Trend ten został wzmocniony późniejszym o dekadę kryzysem finansowym, którego głębokie przyczyny sięgają nierówności dochodowych.

Nierówności a kapitał w XXI wieku

W jaki sposób nierówności dochodowe hamują rozwój społeczno-gospodarczy? Kanałów oddziaływania jest kilka. Pierwszy z nich, wzbudzający najmniejsze kontrowersje, to kanał kapitału ludzkiego. Otóż w warunkach wysokich nierówności dochodowych inwestycje w kapitał ludzki (a zatem we wszystkie przymioty ludzkie, które ułatwiają produktywną pracę: wiedzę, umiejętności, zdrowie itd.) są dostępne tylko dla niewielkiej, zamożnej części społeczeństwa. Teoretycznie niewielkie zasoby ubogich rodzin mogą być wspierane przez pożyczki, dzięki którym również te grupy społeczne mogłyby inwestować w kapitał ludzki. Zauważmy jednak, że w praktyce niesprawność rynku pożyczkowego wyklucza z niego ubogich – wysokie koszty monitorowania oraz trudności zabezpieczenia kredytu na inwestycje w kapitał ludzki (cóż mogłoby być zabezpieczeniem takiej pożyczki?) sprawiają, że ta ścieżka inwestycyjna pozostaje dla większości niedostępna.

W warunkach wysokich nierówności dochodowych mamy zatem do czynienia z następującą sytuacją: nieliczni bogaci są w stanie inwestować ogromne sumy w swój kapitał ludzki, a liczni ubodzy pozostają słabo wykwalifikowanymi pracownikami. Efekt końcowy jest dla gospodarki niekorzystny: wysokie inwestycje bogatych nie są w stanie rekompensować braku tych inwestycji wśród ubogich. Wynika to ze specyfiki kapitału ludzkiego i jest dość oczywiste – zastanówmy się, jak wiele wiedzy i umiejętności jest w stanie zdobyć przeciętnie utalentowana osoba? Ze względu na ludzkie ograniczenia poznawcze większość z nas nie jest w stanie być jednocześnie sprawnym programistą, lekarzem i przy okazji księgowym, niezależnie od tego, jak wielkie środki finansowe włożylibyśmy w edukację. Zatem, pomimo wysokich możliwości finansowych bogatych osób, zasób kapitału ludzkiego w gospodarce będzie mniejszy niż w przypadku gospodarki o zbliżonym poziomie rozwoju, ale bardziej egalitarnej i tym samym umożliwiającej większej liczbie osób inwestycje w kapitał ludzki.

Problem niewystarczających inwestycji w kapitał ludzki jest niewątpliwie niwelowany w przypadku publicznie dotowanej edukacji na wszystkich szczeblach kształcenia. Nie oznacza to jednak, że w państwach, które ją zapewniają, nie występują problemy opisane powyżej. Przykład Polski pokazuje, że pomimo dużej dostępności publicznej oferty edukacyjnej, wciąż istnieją istotne ograniczenia zasobowe dla inwestycji w kapitał ludzki wśród uboższej części społeczeństwa. Świadczą o tym m.in. edukacyjne nierówności horyzontalne, polegające na niskim udziale uczniów pochodzących z ubogich rodzin w prestiżowych ścieżkach edukacyjnych na uczelniach o wysokiej jakości kształcenia. Badania w Polsce pokazują, że jednym z czynników determinujących dostęp do dobrego wykształcenia jest sytuacja materialna gospodarstwa domowego, która uniemożliwia części uczniów osiągających wysokie wyniki na maturze podjęcie nauki w prestiżowych ośrodkach8.

Zauważmy, że powyższy problem jest mniej dotkliwy w przypadku inwestycji w kapitał fizyczny. W tym przypadku wysokie inwestycje bogatej części społeczeństwa mogą rekompensować brak tych inwestycji wśród ubogich. Otwarte pozostaje pytanie, czy rzeczywiście jest tak w praktyce. Warto ponownie sięgnąć do przytoczonej wcześniej teorii G. Palmy. Wskazuje on, że aby sensownie odpowiedzieć na pytanie o koszty nierówności dochodowych, trzeba spojrzeć nie tylko na udział najbogatszych w dochodzie narodowym, lecz także na to, co ci bogaci z tym dochodem robią. Przypomnijmy koncepcję sprawiedliwości dystrybutywnej J. Rawlsa, zgodnie z którą nierówności dochodowe są usprawiedliwione, o ile służą poprawie losu najbiedniejszych. W niektórych krajach ta legitymizacja nierówności ma znacznie mniejsze podstawy niż w innych. Otóż okazuje się, że najbogatsze 10% społeczeństwa w skrajnie różny sposób dysponuje swoimi dochodami. W krajach Ameryki Południowej, jak przekonuje Palma, najbogatsi preferują posiadanie i następnie zjadanie jak największej części narodowego tortu: jest całkiem oczywiste, że południowoamerykańskie kapitalistyczne elity i ich krewni posiadają unikalne preferencje dla wystawnej, pompatycznej konsumpcji i dla akumulacji ruchomego kapitału niż dla akumulacji kapitału fizycznego9. Świadczy o tym relacja prywatnych inwestycji do udziału X decyla w dochodzie narodowym. W krajach Ameryki Południowej inwestycje wynoszą około 35% dochodu narodowego, podczas gdy w krajach azjatyckich ok. 70%10.

Kolejnym mechanizmem wpływu nierówności dochodowych na rozwój społeczno-gospodarczy jest kanał kapitału społecznego. Zauważa się tutaj, że relacje między ludźmi – to, w jaki sposób się do siebie odnoszą, jak często wchodzą w interakcje, jak bardzo sobie nawzajem ufają – wpływają na produktywność. Tym samym relacje te można traktować jako specyficzną formę kapitału. Kolejne prace pokazują, że wysokie nierówności dochodowe nie są sprzyjającym środowiskiem dla rozwoju kapitału społecznego. Uslaner i Brown sugerują11, że ludzie ufają sobie częściej, gdy łączą ich więzy „wspólnego losu” – gdy podzielają zbliżone przeżycia, problemy i fascynacje. W warunkach wysokich nierówności biedni i bogaci przeżywają zupełnie odmienne życia, często oddzielając się od siebie barierami fizycznymi, zamieszkując odmienne, nieprzenikające się strefy. Do tego dochodzić może wzajemna nieufność spowodowana percepcją nierówności. Jeżeli jednostki relatywnie ubogie postrzegają podział dochodu jako niesprawiedliwy i wynikający z nieuczciwego zachowania bogatych, to w naturalny sposób z dużą dozą ostrożności podchodzą do wszelakich interakcji z zamożniejszą częścią społeczeństwa i do elit społecznych. Jeżeli natomiast nierówności są postrzegane jako niesprawiedliwe i wynikające z nieuczciwych działań polityków czy niesprawnych instytucji państwowych, to możemy się spodziewać ogólnego spadku zaufania do klasy politycznej i instytucji państwa. Brakowi zaufania towarzyszy często wycofanie się z aktywnego życia obywatelskiego i politycznego.

Nierówności jako przyczyna kryzysu finansowego

Do łask głównego nurtu badań ekonomicznych w ostatnich latach powróciła także kwestia równowagi między popytem a podażą, która jest determinowana nierównościami dochodowymi. Warto odnotować, że badania w tym obszarze są w istocie powrotem do prac ekonomicznych z połowy XX wieku, m.in. do koncepcji wybitnego polskiego ekonomisty Michała Kaleckiego.

Jak nierówności dochodowe mają się do równowagi między popytem a podażą? Badania ekonomiczne podpowiadają, że osoby biedne mają wyższą skłonność do konsumpcji niż osoby bogate – a zatem, że większość swojego bieżącego dochodu wydają na bieżącą konsumpcję. Jednostki bogate natomiast znacznie większą część dochodu oszczędzają. Moglibyśmy postrzegać ten fenomen jako coś pozytywnego, bo przecież oszczędności są niezbędne do podjęcia inwestycji. Jednak, zgodnie z argumentacją wysuniętą po raz pierwszy przez ekonomię keynesowską, zauważa się, że inwestycje, choć potencjalnie możliwe (ze względu na występujące oszczędności), nie będą podejmowane, jeżeli przedsiębiorcy nie znajdą chętnych na zakup towarów i usług wytworzonych wskutek samych tych inwestycji. W takich warunkach nie istnieją zatem zachęty do inwestowania w realną gospodarkę.

Z dużym prawdopodobieństwem natomiast będziemy obserwować odpływ oszczędności w kierunku rynków finansowych, które kuszą wysokimi stopami zwrotu. Rynki finansowe kuszą tym bardziej, że w warunkach rosnących nierówności dochodowych coraz więcej osób zgłasza zapotrzebowanie na usługi finansowe. Relatywnie ubożejąca klasa średnia oraz niższa, aby utrzymać swój poziom konsumpcji, zaciągają coraz więcej kredytów konsumpcyjnych i tym samym zachęcają bogatą część społeczeństwa do lokowania nadwyżek na rynkach finansowych. Zauważmy, że mechanizm ten pozwala na powrót do równowagi między popytem a podażą, ale jednocześnie zwiększa wrażliwość systemu finansowego i naraża go na kryzysy, takie jak ten z 2008 roku. Zatem to właśnie nierówności dochodowe traktowane są jako strukturalna przyczyna kryzysu finansowego, a następnie gospodarczego. Wszystkie pozostałe wyjaśnienia, łącznie z błędami państwa, z niewłaściwymi regulacjami rynku finansowego, z mechanizmami (nie)działania instrumentów pochodnych czy z chciwością i nieodpowiedzialnością banków, są wyjaśnieniami ważnymi, ale o charakterze technicznym, wskazującymi raczej na iskrę zapalną, na bezpośrednią przyczynę wybuchu kryzysu, a nie na fundamentalne mechanizmy powstawania napięć i nierównowagi w systemie gospodarczym. Taka percepcja kryzysu z 2008 roku jest wyraźnie artykułowana przez coraz większą liczbę ekonomistów12.

Nierówności a motywacja

Często pojawiającym się wątkiem w dyskusji o nierównościach jest ich potencjalnie pozytywna rola informacyjna i motywacyjna. Przy założeniu, że udaje się znacznie obniżyć nierówności dochodowe i tym samym zniwelować ich negatywne konsekwencje, warto rozważyć, czy nie będzie się to wiązało z kosztami innego rodzaju. Przyznać przecież należy, że różnice w dochodach obserwowane w różnych zawodach, na różnych stanowiskach, związane z odmiennym doświadczeniem, wiedzą, wysiłkiem, zdolnościami czy priorytetami życiowymi, stanowią istotną część obserwowanych nierówności (wciąż jednak tylko część!). Różnice te to bodźce do podnoszenia własnych kompetencji, do ponoszenia ryzyka inwestycyjnego, do wysiłku związanego z przebranżowieniem czy z kształceniem swoich dzieci. W tym sensie nierówności są motorem postępu, szczególnie gdy doświadczamy istotnych zmian technologicznych, które wymagają porzucania dotychczasowych zajęć i poszukiwania umiejętności i wiedzy w sektorach wykorzystujących nowoczesną technologię. Kwestia ta często wykorzystywana jest w rozlicznych publicznych przepychankach na temat nierówności i przedstawiana jako antyegalitarny argument kończący dyskusję.

W dyskusjach tych niestety pomija się często kilka bardziej złożonych problemów. Po pierwsze, aby bodźce do działania były skuteczne, ludzie muszą być wyposażeni w narzędzia do realizacji tych działań. Możemy zatem wyobrazić sobie sytuację, gdy wysokie nierówności rzeczywiście zachęcają do aktywności, ale ze względu na ograniczenia materialne, czasowe i inne działanie to jest niemożliwe. Końcowym efektem będzie prawdopodobnie wzrost frustracji, a nie aktywności. Po drugie, warto się bliżej przyjrzeć zależności między nierównościami a bodźcami do wszelakiej aktywności. W najprostszym ujęciu – im nierówności będą mniejsze, tym i bodźce będą słabsze. Można jednak przypuszczać, że zależność między nierównościami a bodźcami aktywizującymi wcale nie jest liniowa. Choć obszar ten wciąż pozostaje w sferze domysłów i intuicji, możemy zauważyć, że mało prawdopodobnym jest, aby szybko rosnące płace korporacyjnych prezesów rzeczywiście stanowiły bodźce do aktywności dla całej reszty społeczeństwa. Istnieją liczne przykłady mikroekonomiczne, z których wynika, że najlepszy motywacyjny system bonusów pracowniczych w przedsiębiorstwach wcale nie polega na zapewnieniu wysokiej wygranej najlepszemu pracownikowi, wtedy bowiem tylko najlepsi z najlepszych wysoko oceniają swoje szanse otrzymania nagrody i tylko oni podnoszą poziom zaangażowania. Znacznie lepsze efekty przynosi natomiast „podział na ligi”, świetnie znany ze świata sportu, w którym wszyscy uczestnicy widzą szansę zdobycia dodatkowej nagrody. Analogicznie, choć z pewną dozą ostrożności, wnioskować można o makroekonomicznych nierównościach – prawdopodobnie po przekroczeniu pewnego poziomu dalsze ich wzrosty wcale nie przysparzają dodatkowych bodźców do działania ze względu na niską percepcję szans osiągnięcia sukcesu. Jednocześnie wzrost ten wzmagać będzie opisane wcześniej negatywne konsekwencje nierówności dochodowych.

Dodatkowo należy wspomnieć, że w praktyce mechanizm motywujący nierówności działa z jeszcze innego powodu w mniejszym zakresie, niż byśmy chcieli. Badania empiryczne wskazują, że decyzje o przekwalifikowaniu podejmują przede wszystkim osoby młode, podczas gdy starsze pokolenia cechują się niską mobilnością nawet wtedy, gdy przebranżowienie jest jedyną ucieczką od bezrobocia13. Tym samym pozytywne znaczenie nierówności dochodowych dla rozwoju jest minimalizowane przez przyzwyczajenia, ograniczenia poznawcze, niechęć do zmian, a często także przez brak czasu i zasobów, które są zresztą uwarunkowane również tymi nierównościami. Podręcznikowy mechanizm działa zatem w mniejszym stopniu niż wynikałoby to z modelowej analizy człowieka racjonalnego.

Jakub Bartak

Przypisy:

  1. N. Shaxson, J. Christensen, N. Mathiason, Inequality: You don’t know the half of it, Tax Justice Network, 2012.
  2. A.B. Atkinson, The economics of inequality, Clarendon Press, Oxford 1983, s. 47.
  3. J.K. Galbraith, Global inequality and global macroeconomic, „Journal of Policy Modeling” 2007, t. 29, nr 4.
  4. M.E. Dabla-Norris i in., Causes and consequences of income inequality: a global perspective, International Monetary Fund, 2015.
  5. United Nations, Inequality matters, 2013, s. 30.
  6. M. Brzeziński, Nierówności w Polsce na tle krajów Unii Europejskiej, http://coin.wne.uw.edu.pl/mbrzezinski/research/MB_KEP_2013.pdf (1.04.2016).
  7. J.G. Palma, Homogeneous Middles vs. Heterogeneous Tails, and the End of the ‘Inverted-U’: It’s All About the Share of the Rich, „Development and Change” 2011, t. 42, nr 1.
  8. K. Czarnecki, Uwarunkowania nierówności horyzontalnych w dostępie do szkolnictwa wyższego w Polsce, „Nauka i Szkolnictwo Wyższe” 2015, nr 1 (45), s. 183.
  9. J.G. Palma, op. cit., s. 34.
  10. Ibidem, s. 33.
  11. E.M. Uslaner, M. Brown, Inequality, trust, and civic engagement, „American Politics Research” 2005, t. 33, nr 6.
  12. J.P. Fitoussi, F. Saraceno, Europe: how deep is a crisis? Policy responses and structural factors behind diverging performances, „Journal of Globalization and Development” 2010, t. 1, nr 1; R. Ranciere, M. Kumhof, Inequality, leverage and crises, International Monetary Fund, 2010; E. Stockhammer, Rising inequality as a cause of the present crisis, „Cambridge Journal of Economics” 2015, t. 39, nr 3.
  13. A.C. Gielen, J.C. van Ours, Age-Specific Cyclical Effects in Job Reallocation and Labor Mobility, Institute for the Study of Labor (IZA), 2005.
Bogaci zasługują na wysokie podatki

Bogaci zasługują na wysokie podatki

Podatki nie cieszą się w Polsce zbytnim poważaniem. W każdej kampanii wyborczej do Sejmu pojawia się jakaś partia zapewniająca, że je obniży. Z kolei propozycja ich podwyżki, nawet jeśli dotyczy tylko najbogatszej części społeczeństwa, jest traktowana jako zło konieczne i symptom nieciekawej sytuacji ekonomicznej państwa. Od razu spotyka się też z gwałtownym sprzeciwem. Atakujecie najbardziej zaradnych członków społeczeństwa! Szykujecie powrót do czasów komunizmu! Państwo rabuje obywateli! Tego typu oskarżenia słychać za każdym razem, gdy w sferze publicznej pada propozycja podwyżki opodatkowania.

W wyścigu na obniżanie progów podatkowych (czy raczej na obietnice, że taki ruch zostanie wykonany) przodują partie stylizujące się na nowoczesne i „zachodnie”. Kiedyś niską stawkę podatku liniowego proponowała PO (słynne 3×15), dziś w jej ślady idzie Nowoczesna (3×16). Jest to o tyle ciekawe, że podatek liniowy obowiązuje raczej na wschód od Polski (np. w Rosji, Estonii i na Białorusi), na Zachodzie standardem są zaś podatki progresywne – i to zazwyczaj wyższe niż obowiązujące dziś w naszym kraju. Za progresywnymi oraz wysokimi stawkami podatkowymi przemawia jednak coś więcej niż prosty argument „tak jest na Zachodzie”, choć warto go przypomnieć, gdy rzekomo prozachodnie partie proponują „wschodnie” rozwiązania. Wielu ekonomistów i badaczy społecznych wyjaśnia, że istnieją liczne przesłanki o charakterze etycznym, ekonomicznym i socjologicznym, pokazujące, dlaczego zamożne osoby powinny płacić zdecydowanie wyższe podatki.

Kto rano wstaje…

Bogaci ludzie lubią mówić, że wszystko, co osiągnęli, zawdzięczają sobie – pracowitości, talentowi czy odwadze. Jan Kulczyk, krytykując pomysł nałożenia na najzamożniejszą część społeczeństwa wysokich podatków, utyskiwał, że byłby to atak na tych, którzy wcześniej wstają, więcej się uczą, więcej ryzykują. Gerard Depardieu po wprowadzeniu we Francji 75-procentowej stawki podatkowej dla bogaczy oskarżył tamtejszy rząd o nakładanie kary za sukces, talent i kreatywność. Za tymi narzekaniami kryje się w gruncie rzeczy filozoficzne przekonanie, że wszystkie najważniejsze składniki decydujące o naszym powodzeniu lub porażce znajdują się w nas, w poszczególnych jednostkach. Dlatego ktoś, kto odniósł sukces, nie ma żadnego obowiązku dzielić się nim z innymi za pośrednictwem podatków. A przynajmniej nie w znaczącym stopniu. Z kolei ludzie, którym się nie powiodło, nie mają podstaw, aby oczekiwać wsparcia ze strony państwa. Muszą bowiem ponieść konsekwencje swoich błędnych decyzji.

Ten skrajnie indywidualistyczny światopogląd nie ogranicza się tylko do najbogatszych przedstawicieli społeczeństwa. Przedostał się do niemal każdego zakamarka naszego języka. Jednym z wielu świadectw jego sukcesu jest zawrotna popularność słowa „przedsiębiorczość”. Nie ma wolności bez przedsiębiorczości, nie ma wolności bez ludzi przedsiębiorczych, nie ma wolności bez zaradności i bez pracowitości – mówił na Gali Pracodawców RP ówczesny prezydent Bronisław Komorowski. Przedsiębiorczość jest traktowana jako jedna z największych cnót współczesnego obywatela i niemal zawsze rozumie się ją jako coś, co człowiek nosi w sobie. Przedsiębiorczość mamy we krwi – głosi mem Nowoczesnej. Do wspierania przedsiębiorczości oraz do nauki zarządzania swoim życiem nawołuje też ksiądz Jacek Stryczek, znany ze Szlachetnej Paczki oraz z krytyki „katomarksizmu”.

Entuzjaści przedsiębiorczości mogą nie być pewni, czy się ją po prostu ma (we krwi), czy też trzeba się wyuczyć (np. kupując poradniki księdza Stryczka), wiedzą za to, że znajduje się ona w poszczególnych jednostkach. I ci, którzy mają jej najwięcej, powinni być stawiani za wzór jako współczesne odpowiedniki przodowników pracy. Największym wrogiem ludzi przedsiębiorczych jest w takiej wizji zawsze państwo. Prezydent Komorowski we wspomnianym przemówieniu dowodził, że po 1989 roku Polacy musieli nauczyć się, że nie można liczyć na państwo, a każdy obywatel powinien zostać kowalem swojego losu. Ludzie przedsiębiorczy, czytaj: ludzie, którzy odnieśli sukces, tak właśnie zdaniem byłego prezydenta zrobili. Ci, którym się nie powiodło, muszą zaś porzucić roszczeniową postawę, wziąć przykład z wielkich tego świata i zacząć pracować na własny sukces. Komorowski przekonywał, że ludzie mają obowiązek myślenia o własnym bezpieczeństwie, o własnym wysiłku, o własnej pracy, o własnej odwadze brania własnego losu we własne ręce. To obsesyjne powtarzanie słowa „własny” nie jest przypadkowe. Jest ono naturalną konsekwencją poglądu, że państwo to zbiór zatomizowanych jednostek, a każda z nich ma obowiązek dbać przede wszystkim o siebie.

Wiele osób zajmujących się na co dzień ekonomią i naukami społecznymi ma jednak poważne wątpliwości, czy taka indywidualistyczna wizja człowieka jest słuszna. Ha-Joon Chang, znany koreański ekonomista, twierdzi na przykład, że przedsiębiorczość nie jest cechą poszczególnych ludzi, lecz społeczeństw. Nawet tak wyjątkowe jednostki, jak Edison i Gates zdobyły swoją pozycję tylko dlatego, że wspierał ich cały szereg instytucji zbiorowych – pisze w „23 rzeczach, których nie mówią ci o kapitalizmie”. Do tych instytucji zalicza m.in.: infrastrukturę naukową, przepisy prawa handlowego, system edukacji (dzięki któremu ludzie tacy jak Gates i Edison mogą korzystać z wiedzy i umiejętności swoich pracowników) oraz prawa patentowe. Przedsiębiorczość staje się w krajach bogatych, nawet na poziomie firm, przedsięwzięciem wysoce zbiorowym – podsumowuje swoje wywody na ten temat Chang. Innymi słowy, nie ma przedsiębiorczości bez zbiorowości, nie ma ludzi przedsiębiorczych bez państwa tworzącego instytucje pozwalające jej kwitnąć i bez społeczeństwa nauczonego ze sobą współpracować, a nie tylko rywalizować.

Wystarczy chwila zastanowienia, aby uznać, że koreański ekonomista mówi o rzeczach oczywistych. Być może są one aż nazbyt oczywiste, dlatego tak łatwo umykają, gdy rozmawiamy o zasługach ludzi bogatych. A nie powinny. Choćby dlatego, że nie każdy ma równy dostęp do wymienionych udogodnień. Dorobienie się miliardów dolarów na firmie komputerowej dla kogoś, kto urodził się i żyje na Łotwie, a nie w Stanach Zjednoczonych, jest o wiele trudniejsze, niezależnie od umiejętności i wysiłków tej osoby. Zbyt szybko zapominamy, że drogi, którymi ludzie przedsiębiorczy wożą swoje produkty, nie spadły z nieba, lecz zostały ufundowane z podatków; że pracownicy, bez których ludzie przedsiębiorczy nie mogliby się obejść, w większości zdobyli wykształcenie w publicznych placówkach; że łatwiej sprzedawać produkowane dobra w społeczeństwie, które może sobie pozwolić na ich zakup, niż w społeczeństwie ludzi żyjących z miesiąca na miesiąc, od jednej umowy śmieciowej do następnej. Nie trzeba zresztą dokonywać porównań między państwami na różnym poziomie rozwoju, aby dostrzec, jak duża część przedsiębiorczości i zamożności bierze się nie z wybitnych jednostek, lecz z okoliczności, w których się poruszamy. Zazwyczaj wystarczy rozejrzeć się wokół.

Wybierz sobie rodziców

Nierówności w dostępie do zasobów społecznych istnieją nie tylko między poszczególnymi krajami czy regionami świata, lecz także wewnątrz rozwiniętych społeczeństw zachodnich. Joseph Stiglitz, zdobywca ekonomicznego odpowiednika Nobla, lubi powtarzać z ironią, że dzieci w USA mają przed sobą tylko jeden istotny wybór: jakich rodziców chcą mieć. Autor „Globalizacji” zauważa, że jakość wykształcenia młodych obywateli zależy w dużej mierze od zasobności portfelów ich matek i ojców. W jednej ze swoich książek przytacza statystyki, według których tylko 9% studentów elitarnych amerykańskich uczelni pochodzi z najuboższej połowy populacji – natomiast aż 74% stanowią przedstawiciele najbogatszej ćwierci społeczeństwa. Wskazuje także na dane świadczące o tym, że młodzi ludzie z biedniejszych rodzin mają statystycznie mniejsze szanse na ukończenie studiów wyższych, nawet gdy na wstępnych etapach nauki osiągają lepsze wyniki niż ich bogaci rówieśnicy.

Ale czy wykształcenie jest takie ważne? – spyta ktoś. Czy mało mamy przykładów bezrobotnych po studiach? Mimo że takie przykłady rzeczywiście istnieją i są bardzo efektowne, to znowu, statystycznie rzecz biorąc, a więc skupiając się na całości społeczeństwa, a nie na wybranych osobach – nie oddają relacji między wykształceniem a sytuacją zawodową. Richard Wilkinson i Kate Pickett, autorzy głośnego „Ducha równości” (w Polsce niestety słabo znanego), podają następujące dane dla USA: osoby chodzące do szkoły średniej, lecz kończące ją bez dyplomu, zarabiały tygodniowo przeciętnie 419 dolarów, z dyplomem – 595, po uzyskaniu licencjatu w college’u – 1039, z co najmniej tytułem magistra – ponad 1200.

Puenta jest prosta. Im jesteś bogatszy (albo raczej: im bogatsi są twoi rodzice), tym większe masz szanse na uzyskanie lepszego wykształcenia. Im lepsze masz wykształcenie, tym większe prawdopodobieństwo, że będziesz dobrze zarabiał. Warto dodać, że analizy statystyczne przeprowadzone w Polsce przez Instytut Badań Edukacyjnych także wskazują na istnienie zależności między pochodzeniem rodzinnym danej osoby a tym, jak najprawdopodobniej będzie wyglądała jej ścieżka edukacyjna. W Polsce osiągane wykształcenie zależy w znacznym stopniu od wykształcenia rodziców – piszą autorzy raportu. – Gdy przynajmniej jedno z rodziców skończyło wyższą uczelnię, to szanse uzyskania wykształcenia wyższego wynoszą 73%. Szanse te maleją, gdy rodzice nie mają wykształcenia wyższego. Dane zebrane przez IBE pokazują też, że osoby lepiej wykształcone mają mniejszy problem ze znalezieniem pracy. Wniosek jest podobny jak w przypadku badań z USA: na osiągnięcia dzieci i młodzieży w szkole, a następnie w pracy, duży wpływ ma to, z jakich rodzin pochodzą. Wygląda na to, że Stiglitz ma rację. Wybór rodziców jest istotny – oczywiście mamy tu do czynienia z czymś na wzór błędnego koła, ponieważ ci rodzice sami mieli utrudnione albo ułatwione możliwości odniesienia sukcesu.

Chang, Stiglitz, Wilkinson i Pickett dowodzą jednego: nikt nie ma prawa powiedzieć o sobie, że osiągnął sukces oraz bogactwo wyłącznie własną pracą. Tak, duża część ludzi, którym się udało, musiała na to zapracować. Ale to tylko połowa historii. Druga jest taka, że powiodło im się, gdyż na ich rzecz działały określone warunki społeczne. I – w wielu przypadkach – szczęście. Wpływem tego ostatniego na sukces zajął się ostatnio Robert H. Frank, profesor ekonomii z Cornell University, w książce „Success and Luck: Good Fortune and the Myth of Meritocracy”. Zauważa on, że żyjemy obecnie w czasach, gdy mała różnica w jakości wykonanej pracy może przełożyć się na ogromne różnice w wynagrodzeniu. Stało się tak głównie dlatego, że osoby uznawane za największych fachowców w danej dziedzinie mogą obsługiwać szersze rynki niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Ich wpływy oraz pensje uległy zatem zwiększeniu ze szkodą dla ludzi ocenianych jako odrobinę gorsi.

Co decyduje o byciu postrzeganym jako „ten najlepszy” lub „ten gorszy”? Wiele rzeczy oczywiście, ale jedną z nich są zwykłe zbiegi okoliczności. Zdaniem Franka w sytuacji, gdy społeczeństwo jest dobrze wykształcone, różnice między osobami rywalizującymi o najwyższe nagrody są tak małe, że szczęście staje się nieodłącznym elementem ich sukcesów. Ktoś spotkał odpowiednią osobę, która pomogła mu popchnąć karierę do przodu (Frank pisze, że tak właśnie zdarzyło się w jego przypadku). Ktoś inny miał wyjątkowo dobry dzień w czasie rozmowy o pracę i wyprzedził kontrkandydatkę mającą minimalnie gorszy dzień. Jeszcze inny trafił na dobry humor swojego szefa. Te „małe” zdarzenia przekładają się następnie na ogromne różnice w wynagrodzeniach między tymi, którzy mieli szczęście, a tymi, którym go zabrakło.

Frank opisuje symulację rywalizacji rynkowej ze 100 tysiącami uczestników, w której zwycięstwo w 98% zależy od talentu i włożonego wysiłku, a w 2% od szczęścia. W każdej z tych kategorii przyznawano jednostkom biorącym udział w zmaganiach losowy wynik na skali od 0 do 100. Następnie zaś sprawdzano, kto zwycięży. Okazało się, że wśród wygranych średni wynik szczęścia wynosił aż 90,23. Dodatkowo 78,1% zwycięzców nie posiadało najwyższego wyniku w kategorii talent i wysiłki. Innymi słowy, szczęście odgrywało ważną rolę w determinowaniu ostatecznych rezultatów – pomimo tego, że odpowiadało za nie tylko w 2%. Dlaczego? Dwa czynniki wpływają na taki stan rzeczy – tłumaczy Frank. Po pierwsze, ze względu na to, że szczęście z samej istoty jest czymś przypadkowym, najbardziej uzdolnione osoby mają taką samą szansę na posiadanie go jak pozostali. Po drugie, przy dużej liczbie uczestników rywalizacji wielu z nich będzie znajdowało się blisko najwyższego poziomu umiejętności, a dodatkowo kilku uzyska wysoki wynik w kategorii „szczęście”. W takiej sytuacji prawie zawsze znajdzie się ktoś, kto jest niemal tak samo uzdolniony jak najlepsza z rywalizujących osób, ale ma znacznie więcej szczęścia. Tak więc nawet kiedy szczęście odpowiada tylko w minimalnym stopniu za sukces, zwycięzca rywalizacji, w której bierze udział duża liczba uczestników, rzadko będzie najzdolniejszy, za to często znajdzie się w grupie największych szczęściarzy.

Okazuje się zatem, że nawet jeśli pominiemy takie kwestie jak nierówny dostęp do edukacji czy innych zasobów społecznych, to najwięksi wygrani rynkowych zmagań i tak powinni z ostrożnością wysuwać twierdzenia, że wszystko zawdzięczają sobie i swojej ciężkiej pracy. Gdy zaś uwzględnimy wszystkie wspomniane czynniki zewnętrze wpływające na nasz sukces, staje się jasne, że ci, którym powiodło się najbardziej, powinni czuć się w moralnym obowiązku, aby dzielić się swoim majątkiem z resztą społeczeństwa. A już na pewno taki obowiązek powinien być prawną częścią struktury nowoczesnego państwa.

Podatki dobre dla gospodarki i dla społeczeństwa

Względy etyczne i zwykłe poczucie sprawiedliwości to niejedyne argumenty na rzecz wyższych stawek podatkowych dla najbogatszych. Istnieją także powody społeczno-ekonomiczne. Mówiąc najprościej, większe podatki mogą oznaczać zarówno wydajniejszą gospodarkę, jak i szczęśliwsze, lepiej funkcjonujące społeczeństwo.

Wspomniany Frank napisał wraz z Philipem Cookiem w połowie lat 90. książkę pt. „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko”. Jej teza była prosta: obserwujemy znaczące rozpowszechnienie się rynków dla zwycięzców, to znaczy rynków, na których rywalizuje bardzo wiele osób, choć tylko niewielka ich część może się uważać za prawdziwych wygranych. Ta garstka zarabia zazwyczaj bajońskie sumy. Obrazowym przykładem tego zjawiska jest zawód aktorski w USA. Mała grupa największych gwiazd zarabia krocie, ale cała masa osób próbujących szczęścia w tej profesji nie jest w stanie się nawet z niej utrzymać. Dlatego próbują dorabiać na utrzymanie w branżach takich jak gastronomia i taksówkarstwo.

Zdaniem Franka i Cooka mechanizm „zwycięzca bierze wszystko” przeniósł się na inne, „zwyczajniejsze” prace: od handlu, przez stomatologię, po prawo. I stanowi nie lada problem dla gospodarki. Z dwóch powodów. Po pierwsze, ogromne zarobki, jakimi cieszą się wygrani, przyciągają na rynki dla zwycięzców rzesze uzdolnionych i dobrze wykształconych ludzi. A to źle, ponieważ potencjał większość z nich się zmarnuje. Niezależnie od tego, jak wielu wybitnych specjalistów będzie brało udział w zmaganiach, wygra tylko kilku, czasem dzięki zwykłemu łutowi szczęścia. Po drugie, rywalizacja na tych rynkach prowadzi do marnotrawnego „wyścigu zbrojeń”. Ludzie robią wszystko, aby zwyciężyć, bo stawka jest wysoka, ale z perspektywy gospodarki i społeczeństwa jako całości ich inwestycje bywają średnio korzystne. Kłopot polega na tym, że podczas gdy ze społecznego punktu widzenia chcemy, aby inwestycje były prowadzone na podstawie ich wpływu na wartość ostatecznego produktu, z perspektywy pojedynczego uczestnika liczy się przede wszystkim to, jak zwiększają jego szanse na zwycięstwo – piszą autorzy książki.

Gdzie leży rozwiązanie tych problemów? Raczej nie w mechanizmach wolnorynkowych. Nie możemy oczekiwać, że niewidzialna ręka zaradzi ekonomicznym i społecznym dolegliwościom wywoływanym przez rynki dla zwycięzców – piszą Frank i Cook. – Przeciwnie, jako że siły prowadzące do powstania tych rynków są coraz większe, najprawdopodobniejszym scenariuszem jest to, że nasze problemy staną się jeszcze gorsze, jeśli je zaniedbamy. Zresztą, jak wynika z innych fragmentów „Społeczeństwa, w którym zwycięzca bierze wszystko”, to właśnie wolny rynek, w połączeniu z rozwojem technicznym i postępującą globalizacją, wytworzył rynki dla zwycięzców z ich wszystkimi negatywnymi konsekwencjami.

Gdzie należy zatem szukać ratunku? Autorzy omawianej książki wskazują dwa rozwiązania. Pomocne są odgórne regulacje rządowe w niektórych sferach życia gospodarczego. Na przykład wprowadzenie ustawowych dni wolnych od pracy sprawia, że nie zarzynamy się od rana do wieczora siedem dni w tygodniu w celu prześcignięcia innych uczestników rywalizacji. A nadmierna liczba godzin spędzanych w pracy jest problemem zarówno w USA, jak i w Polsce. Dane z 2015 roku wskazują, że spośród krajów Unii Europejskiej należących do OECD wyprzedzają nas pod tym względem tylko… Grecy. Jednak podstawowym sposobem na rozwiązanie problemów generowanych przez rynki dla zwycięzców są zdaniem Franka i Cooka wysokie, progresywne podatki. Jak twierdzą, najlepiej byłoby w ten sposób opodatkować konsumpcję, ale przyznają, że także wprowadzenie dużej progresji w podatkach dochodowych byłoby korzystne. Tak czy inaczej pozytywny efekt tych zmian miałby polegać na tym, że po prostu zmniejszyłyby one atrakcyjność najwyższych wynagrodzeń, a tym samym zredukowały zarówno problem przepełnienia rynków dla zwycięzców, jak i wyścigu zbrojeń. W konsekwencji gospodarka funkcjonowałaby lepiej. To jest właśnie główne przesłanie książki Franka i Cooka. Podwyższając podatki, nie tylko podejmujemy decyzję słuszną z etycznego punktu widzenia, ale także poprawiamy ekonomiczny stan naszych społeczeństw. Autorzy twierdzą, że znany argument „albo mamy wydajną gospodarkę, albo dbamy o zmniejszanie nierówności – nie da się mieć jednego i drugiego”, jest wydumany w świetle obowiązującej wiedzy na temat funkcjonowania mechanizmów wolnorynkowych w krajach rozwiniętych.

Podobnie myśli Stiglitz. W swoich ostatnich publikacjach często podkreśla, że problemy amerykańskiej, a w konsekwencji światowej gospodarki polegają na tym, że zbyt duża ilość pieniędzy idzie do kieszeni najbogatszych. Klasa średnia i niższa mają to do siebie, że większość dochodów wydają na podstawowe, namacalne dobra, jak jedzenie, mieszkania, meble i tym podobne, napędzając tym samym popyt. Z kolei bogacze dużą część pieniędzy trzymają na kontach. Dlatego gdy w wyniku obniżenia podatków większa część korzyści z wzrostu PKB jest kierowana w ich stronę, zostają zakłócone prawa popytu i podaży, do których tak lubią odwoływać się wolnorynkowi ekonomiści. Transferowanie pieniędzy od najuboższych do najbogatszych osłabia konsumpcję – pisze Stiglitz – ponieważ jednostki o wyższych dochodach przeznaczają na nią mniejszą część swoich dochodów niż jednostki o niższym dochodzie (bogaci oszczędzają od 15 do 25 procent swojego dochodu, podczas gdy ubodzy wydają cały).

Oczywiście powstaje pytanie, czy pomysł napędzania gospodarki poprzez zwiększanie konsumpcji jest dobrym rozwiązaniem w dobie globalnego ocieplenia oraz różnorakich problemów ekologicznych. Z pewnością potrzebna jest nam także refleksja nad tym, jak ta konsumpcja ma wyglądać. Zresztą Stiglitz ma tego pełną świadomość. Rzecz po prostu w tym, że amerykański ekonomista pokazuje, iż niskie podatki dla najbogatszych nie muszą automatycznie przekładać się na poprawę sytuacji ekonomicznej danego kraju, a wręcz przeciwnie. Tym samym podważa słynną teorię skapywania, która sprowadza się do zasady „stwórzcie bogatym cieplarniane warunki, a oni dzięki temu, że będą mieli szansę wzbogacić się jeszcze bardziej, rozruszają całą gospodarkę i pomogą reszcie społeczeństwa”. Jak mówi Stiglitz, z tej teorii sprawdziła się tylko jedna rzecz: bogaci rzeczywiście stali się jeszcze bogatsi w wyniku neoliberalnych reform, które polegały m.in. na obniżaniu podatków dla najzamożniejszych obywateli. Cała reszta opowieści o powszechnym bogaceniu się nie znajduje zaś potwierdzania w dostępnych danych.

O ogólnych korzyściach płynących dla społeczeństwa z polityki na rzecz równości piszą także Wilkinson i Pickett. Po przeanalizowaniu setek danych z publikacji ONZ zauważyli, że choć do pewnego poziomu dobrostan społeczeństwa (zdrowie, poczucie szczęścia, zaufanie) zależy od rozwoju gospodarczego, to w przypadku krajów zamożnych liczy się już nie to, który z nich ma większe PKB, lecz panujący w danym państwie stopień nierówności. Im mniejszy, tym lepiej. Dla wszystkich, nie tylko dla najuboższych. Z badań niewątpliwie wynika – zauważają Pickett i Wilkinson w „Duchu równości” – że każda dodatkowa doza równości przynosi istotne korzyści nawet ludziom z najwyższych kategorii zawodowych oraz najzamożniejszej czy najlepiej wykształconej jednej trzeciej populacji. Dzieje się tak m.in. dlatego, że życie w społeczeństwie o niewielkich nierównościach wiąże się z mniejszym stresem – nawet jeśli komuś powinie się noga, nie musi się obawiać trwałego bezrobocia czy biedy. Istnieją także mniejsze napięcia klasowe, a więcej ludzi ma możliwość świadomego i aktywnego uczestnictwa w życiu publicznym. Wszystko to składa się na co prawda wciąż niedoskonałe, ale z pewnością lepsze społeczeństwo w porównaniu z tymi, w których istnieje ogromna przepaść majątkowa między ludźmi. Dlatego państwa z rozbudowaną pomocą socjalną i wysokimi, progresywnymi podatkami, jak np. Dania i Szwecja, przewodzą na liście krajów, w których żyje się najlepiej.

Argument Wilkinsona i Pickett, że nie sam wzrost PKB jest ważny, ale to, jak w danym społeczeństwie są dzielone płynące z niego zyski, powinien dawać do myślenia szczególnie dziś. Wspominanie wcześniej problemy z globalnym ociepleniem sprawiają, że szukanie „dobrobytu bez wzrostu” – by odwołać się do tytułu książki Tima Jacksona recenzowanej w jednym z poprzednich numerów „Nowego Obywatela” – wydaje się pilnym zadaniem. Szczególnie jeśli ten wzrost sprzyja głównie bogatym (patrz: Stiglitz), a sposób, w jaki jest obecnie osiągany, wiąże się z marnotrawstwem środków oraz energii (patrz: Frank i Cook).

Poza neoliberalne mantry

Dyskusja o podatkach zbyt często sprowadza się do powtarzania wyuczonych formułek. Obniżmy podatki i uwolnijmy energię ludzi. Nie karzmy za sukces. Dajmy bogatym spokój. Ewentualnie: jeśli będziemy ich denerwować, to uciekną z kraju. Tak naprawdę jednak nie ma ani etycznych, ani społecznych, ani nawet ekonomicznych dowodów na to, że dobre podatki to niskie podatki. Wręcz przeciwnie. Jeśli chcemy porządnego państwa, porządnego społeczeństwa, porządnej polityki, to nie możemy pozwolić sobie na to, aby grupa i tak mających się już całkiem nieźle osób znajdowała się pod specjalną ochroną neoliberalnych przesądów oraz ogólnego poczucia ich wyjątkowości, a także bezkarności.

Spoglądanie na liczbę zmiennych, które trzeba wziąć pod uwagę przy projektowaniu sensownego systemu podatkowego, może onieśmielać. Nie powinniśmy jednak zapominać, że choć opracowanie szczegółów stanowi zadanie dla specjalistów, to sam wybór ogólnego kształtu tego systemu jest sprawą polityczną. Nie tylko w takim sensie, że odpowiadają za niego partie polityczne. Chodzi o bardziej podstawowe rozumienie polityki – rozumienie, o które upominał się m.in. Tony Judt, brytyjski historyk, w swojej głośnej książce „Źle ma się kraj” i o którym często zapominamy. Polityka w państwie demokratycznym to przestrzeń pozwalająca obywatelkom i obywatelom zdecydować, w jakiego rodzaju społeczeństwie chcą żyć – jakie idee mają stać u jego podstaw. Na końcu łańcuszka bardziej lub mniej skomplikowanych danych, liczb i wykresów dotyczących podatków nie stoją niewzruszone prawa natury, lecz ludzkie decyzje o tym, czy lepsze jest społeczeństwo, w którym garstka zwycięzców bierze niemal wszystko, czy może takie, które nikogo nie zostawia na lodzie i nie skazuje na porażkę już na starcie. Obecnie duża część z nas przegrywa. Nie chodzi tylko o klasę niższą. Nawet przedstawiciele klasy średniej, którym jako tako się powodzi, osiągają względny dobrobyt za wysoką cenę nieustannego przepracowania, stresu i poczucia braku stabilności. Czy to jest społeczeństwo naszych marzeń?

Nie istnieje uniwersalna i optymalna stawka podatkowa dla najbogatszych. Także rodzaj podatków – dochodowe, konsumpcyjne, majątkowe, od luksusu – jest kwestią do namysłu i do negocjacji. Trudno o rozwiązania sprawdzające się zawsze i wszędzie. W tej kwestii warto wsłuchiwać się w głosy ekonomistów, szczególnie tych, dla których punktem dojścia nie jest zwiększenie tego czy innego wskaźnika gospodarczego, lecz poprawa sytuacji ludzi (co nam po wzroście PKB, jeśli dla większości osób jego najbardziej namacalnym efektem jest niszczenie środowiska?). Pierwszy krok musi być jednak krokiem politycznym. Aby go wykonać, trzeba przebić się przez jeden z największych mitów neoliberalnego społeczeństwa – że próba wysokiego opodatkowania najzamożniejszych osób nie ma sensu. Ma. Dla dobra nas wszystkich.

Tomasz Markiewka

Bibliografia:

  • Chang H.-J., 23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie, tłum. B. Szelewa, Warszawa 2013.
  • Frank R., Cook P., The Winner-Take-All Society: Why the Few at the Top Get So Much More Than the Rest of us, New York 1995.
  • Frank R., Success and Luck. Good Fortune and the Myth of Meritocracy, Princeton 2016.
  • Jackson T., Dobrobyt bez wzrostu, tłum. M. Polakowski, Toruń 2015.
  • Judt T., Źle ma się kraj. Rozmowa o naszych współczesnych bolączkach, tłum. P. Lipszyc, Wołowiec 2011.
  • Raport o stanie Edukacji 2010, red. M. Federowicz, M. Sitek, Warszawa 2011.
  • Stiglitz J., Cena nierówności. W jaki sposób dzisiejsze podziały zagrażają naszej przyszłości?, tłum. R. Mitoraj, Warszawa 2015.
  • Stiglitz J., The Great Divide. Unequal Societies and What We Can Do About Them, New York 2015.
  • Wilkinson R., Pickett K., Duch równości. Tam, gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej, tłum. P. Listwan, Warszawa 2011.
Koniec postępowego neoliberalizmu

Koniec postępowego neoliberalizmu

Wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA to jeden z elementów serii dramatycznych wydarzeń politycznych, które potraktowane zbiorczo świadczą o załamaniu się neoliberalnej hegemonii.

W grupie tych aktów nieposłuszeństwa znajdują się: Wielka Brytania głosująca za Brexitem, odrzucenie reformy Renziego przez Włochów1, kampania Berniego Sandersa, który walczył o nominację Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich, czy wzrost poparcia dla Frontu Narodowego we Francji. Chociaż różnią się one pod względem ideologii i optyki, te wyborcze akty buntu mają wspólny cel: wszystkie oznaczają odrzucenie korporacyjnej globalizacji, neoliberalizmu i establishmentu politycznego, który je promował. W każdej z tych sytuacji wyborcy mówią „nie!” śmiercionośnej kombinacji kryzysu gospodarczego, wolnego handlu, grabieżczych kredytów i niestabilnej, kiepsko płatnej pracy – a to właśnie takie połączenie charakteryzuje dzisiejszy kapitalizm oparty na finansjeryzacji. Ich głosy są odpowiedzią na strukturalny kryzys takiej formy kapitalizmu, co po raz pierwszy ukazało się w pełnej krasie w 2008 roku, gdy światowy porządek finansowy był bliski załamania.

Do niedawna główną odpowiedzią na kryzys były protesty społeczne – niewątpliwie żywe i dramatyczne, ale w dużej mierze krótkotrwałe i efemeryczne. Z drugiej strony, systemy polityczne wydawały się na to dość odporne, ponieważ nadal były kontrolowane przez działaczy partyjnych i elity, przynajmniej w dzierżących władzę państwach kapitalistycznych, takich jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Niemcy. Obecnie jednak wyborcze fale uderzeniowe rozchodzą się po całym świecie i są odczuwalne także w cytadelach globalnej finansjery. Ci, którzy głosowali na Trumpa, tak samo jak głosujący za Brexitem oraz przeciwko włoskim reformom, powstali przeciwko swoim politycznym elitom. Zagrali na nosie establishmentowi partyjnemu, odtrącili system, który podkopywał ich warunki życia przez ostatnie trzydzieści lat. To, że tak postąpili, nie jest niespodzianką – zaskakuje raczej fakt, że zajęło im to tak wiele czasu.

Tak czy inaczej, zwycięstwo Trumpa nie jest jedynie rewoltą przeciwko globalnemu kapitalizmowi. Jego wyborcy odrzucili nie po prostu neoliberalizm, lecz neoliberalizm postępowy, progresywny. Dla niektórych może to brzmieć jak oksymoron, ale to prawdziwy, choć perwersyjny, sojusz, którego uchwycenie jest kluczem do zrozumienia wyniku wyborów w USA, a być może także zmian zachodzących w innych częściach świata.

W swojej amerykańskiej formie postępowy neoliberalizm jest połączeniem głównych prądów obowiązujących w nowych ruchach społecznych (feminizmu, antyrasizmu, wielokulturowości, praw osób LGBTQ) z „odwiecznymi”, opartymi na usługach sektorami biznesu z najwyższej półki (Wall Street, Silicon Valley, Hollywood). W tym związku siły postępu zostały skutecznie połączone z siłami kognitywnego kapitalizmu2, szczególnie na polu finansjeryzacji. Chociaż wydarzyło się to bezwiednie, pierwsza z tych formuł użyczyła drugiej swojej charyzmy. Wizje upozowane na idealne i nowoczesne „lubią” różnorodność i popierają wzmocnienie pozycji pewnych grup. W zasadzie mogłoby to służyć różnym celom, jednak obecnie ozdabiają one ohydną twarz polityki, która zniszczyła przemysł i konstrukt dawniej określany mianem „życia klasy średniej”.

Postępowy neoliberalizm rozwijał się w Stanach Zjednoczonych w ciągu ostatnich trzech dziesięcioleci, a usankcjonował go wybór Billa Clintona na prezydenta w 1992 roku. Clinton był głównym twórcą i inżynierem ideologii „Nowych Demokratów”, a Tony Blair stanowił jego odpowiednik w „nowej” Partii Pracy. W miejsce społeczeństwa powstałego na fali Nowego Ładu, w którym miejska klasa średnia i społeczność afroamerykańska przenikały się ze zbiorowością uzwiązkowionych robotników przemysłowych, wykuł on nowy sojusz – przedsiębiorców, mieszkańców bogatych przedmieść, nowych ruchów społecznych i osób młodych. Wszystkie z tych grup głosiły postępowe, nowoczesne poglądy i uwzględniały w nich różnorodność, wielokulturowość i prawa kobiet.

Chociaż prezentowano i popierano tak postępowe idee, to jednocześnie administracja Clintona zalecała się do Wall Street. Po przekazaniu gospodarki w ręce Goldman Sachs zderegulowała system bankowości i wynegocjowała szereg umów o wolnym handlu, które przyspieszyły deindustrializację. Po drodze porzucono stary przemysłowy region zwany Pasem Rdzy (Rust Belt), gdyż nie wytrzymał tempa – kiedyś stanowił twierdzę Nowego Ładu, dziś dostarcza wyborców Donaldowi Trumpowi. Okolica ta, wraz z nowszymi centrami przemysłu na Południu, otrzymała mocny cios, podczas gdy w ciągu ostatnich dwudziestu lat galopująca finansjeryzacja odsłaniała swoje oblicze. Polityka Clintona, kontynuowana przez jego następców, łącznie z Barackiem Obamą, pogorszyła warunki życia całej klasy robotniczej, ale szczególnie tej jej części, która była zatrudniona w produkcji przemysłowej. W skrócie – clintonizm jest w dużej mierze odpowiedzialny za osłabienie związków zawodowych, spadek płacy realnej, rosnącą prekaryzację pracy oraz zastąpienie odchodzącej w przeszłość family wage3 przez nowy model rodziny, w którym na jej utrzymanie muszą zarabiać dwie osoby.

Jak sugeruje ostatni punkt, atak na bezpieczeństwo socjalne został tu pokryty cienką warstewką forniru emancypacyjnej charyzmy pożyczonej od nowych ruchów społecznych. Mijały lata i przemysł coraz bardziej kulał, a kraj wrzał od wszechobecnych sformułowań w rodzaju „różnorodność”, „pozytywne wzmocnienie” i „brak dyskryminacji”. Terminy te, identyfikujące postęp raczej z merytokracją niż z równością, sprowadziły „emancypację” do rozwoju wąskiej elity „uzdolnionych” kobiet, mniejszości i gejów – pnących się po drabinie hierarchii korporacyjnej i uczestniczących w grze, w której zwycięzca bierze wszystko, zamiast obalać przyczyny własnej opresji. To liberalno-indywidualistyczne rozumienie „postępu” stopniowo zastąpiło bardziej kosztowne, niehierarchiczne, równościowe, wrażliwe na tożsamość klasową, antykapitalistyczne rozumienie emancypacji, jakie rozkwitło w latach 60. i 70. Gdy zanikła Nowa Lewica, jej strukturalna krytyka społeczeństwa kapitalistycznego zbladła, a charakterystyczny dla USA liberalno-indywidualistyczny zestaw przekonań utwierdził się w swej sile i niepostrzeżenie doprowadził do kurczenia się aspiracji „postępowców” i samozwańczych lewicowców. Zbieg okoliczności, jakim był fakt, że podczas tej ewolucji sposobu myślenia nastąpił rozkwit neoliberalizmu, przypieczętował tę umowę. Partie nastawione na liberalizację gospodarki kapitalistycznej znalazły świetnego partnera w merytokratycznym, korporacyjnym feminizmie, skoncentrowanym na leaning in4 oraz „przebijaniu szklanego sufitu”.

Skutkiem tego aliansu był „postępowy neoliberalizm”, który połączył popłuczyny po ideach emancypacyjnych ze śmiercionośną finansjeryzacją gospodarki. To właśnie tę mieszankę wyborcy Trumpa odrzucili w całości. W grupie tych, którzy zostali pozostawieni własnemu losowi, wyróżniali się oczywiście robotnicy przemysłowi, ale także menedżerowie i biznesmeni niskiego szczebla oraz wszyscy, którzy żyli z przemysłu w Pasie Rdzy i na Południu, łącznie z wiejskimi populacjami zniszczonymi przez narkotyki i bezrobocie. Tym społecznościom zadano dwie rany, łącząc krzywdę deindustrializacji ze zniewagą nowoczesnego moralizmu, który rutynowo obsadził ich w roli zacofanych obyczajowo. Odrzucając globalizację, wyborcy Trumpa odtrącili jednocześnie utożsamiany z nią liberalny kosmopolityzm. Dla niektórych z nich – choć oczywiście nie dla wszystkich – był to pierwszy krok na drodze obwiniania za swoje pogarszające się warunki życia poprawności politycznej, ludzi o kolorze skóry innym niż biały, imigrantów i muzułmanów. W ich oczach feministki i Wall Street to jedna szajka, a doskonale uosabia ją Hillary Clinton.

Brak jakiejkolwiek prawdziwej lewicy sprawił, że taka zbitka stała się w ogóle możliwa. Oprócz czasowych, krótkotrwałych wybuchów nieposłuszeństwa, takich jak np. Occupy Wall Street, w Stanach Zjednoczonych od kilku dziesięcioleci nie ma śladu po lewicy. Nie ma tam również żadnej całościowej lewicowej narracji, która byłaby w stanie powiązać uzasadniony gniew wyborców Trumpa z krytyką finansjeryzacji z jednej strony oraz z antyrasistowską, nieseksistowską, niehierarchiczną wizją emancypacji z drugiej. Co równie dramatyczne i smutne, potencjalne więzi świata pracy z nowymi ruchami społecznymi zostały pozostawione na pastwę losu i obumarły. Rozdzielone, te niezastąpione bieguny lewicy zdolnej do realnej zmiany społecznej usytuowały się daleko od siebie w oczekiwaniu, że zostaną ze sobą skonfrontowane jako przeciwstawne.

Przynajmniej do momentu, gdy Bernie Sanders przeprowadził niezapomnianą kampanię podczas prawyborów i walczył, nakłaniany przez ruch społeczny Black Lives Matter, by te bieguny zjednoczyć. Rewolucja Sandersa miała na celu wysadzenie w powietrze miłościwie panujących zdroworozsądkowych założeń neoliberalizmu – i była demokratycznym odpowiednikiem rewolucji Trumpa, która rozegrała się na drugim końcu osi. Nawet jeśli Trump przewrócił do góry nogami grupę Republikanów, to właśnie Bernie był o włos od pokonania namaszczonej przez Obamę spadkobierczyni, której aparatczycy kontrolowali relacje władzy na każdym poziomie w Partii Demokratycznej. Sanders i Trump zmobilizowali do głosowania na siebie ogromną większość amerykańskich wyborców. Ale to właśnie reakcyjny populizm Trumpa okazał się zwycięski. Kandydat ten z łatwością wyprzedził rywali z Partii Republikańskiej, nawet tych, którzy mieli „plecy” w postaci wielkich darczyńców czy przywódców partyjnych. Rewolucja Sandersa była za to skutecznie kontrolowana przez dalece mniej demokratycznych, wbrew nazwie, Demokratów. Do czasu głównych wyborów lewicowa alternatywa została zduszona. Pozostawał wybór Hobsona5, czyli reakcyjny populizm lub progresywny neoliberalizm. Gdy tak zwana lewica zwarła szeregi i wystawiła Hillary Clinton, kości zostały rzucone.

Od tego momentu lewica powinna takich wyborów unikać i odrzucać je. Zamiast akceptować warunki przedstawione nam przez klasę polityczną, a przeciwstawiające emancypację bezpieczeństwu socjalnemu, powinniśmy pracować nad ich przedefiniowaniem, korzystając z ogromnego społecznego gniewu i obrzydzenia wobec obecnego porządku. Zamiast okopywać się na pozycjach wzmacniających związek finansjeryzacji z emancypacją, należy budować nowy alians emancypacji i bezpieczeństwa socjalnego przeciw finansjeryzacji. W tego rodzaju inicjatywie, jaką chciał stworzyć Sanders, emancypacja nie oznacza dywersyfikacji hierarchii, lecz raczej jej obalenie. A dobrobyt to nie podnoszenie zysków czy wzrost wartości udziałów i akcji, lecz materialny wstęp do dobrego życia dla całej społeczności. Takie połączenie pozostaje w obecnym stanie rzeczy jedyną moralną, zwycięską odpowiedzią.

Nie uronię ani jednej łzy nad klęską postępowego neoliberalizmu. Z pewnością jest się czego bać w sytuacji rządów rasistowskiej, antyimigranckiej i antyekologicznej administracji Trumpa. Ale nie powinniśmy opłakiwać ani implozji neoliberalnej hegemonii, ani solidnego lania, jakie wyborcy sprawili żelaznej pięści clintonizmu, który trzymał w garści Partię Demokratyczną. Triumf Trumpa był oznaką porażki sojuszu emancypacji ze światem finansjeryzacji. Jednak jego prezydentura nie oferuje rozwiązania obecnej trudnej sytuacji, nie obiecuje nowego porządku ani bezpiecznej hegemonii. Doświadczymy raczej bezkrólewia, otwartej, niestabilnej sytuacji, w której serca i umysły są wystawione na grabież. Taki stan rzeczy oznacza nie tylko niebezpieczeństwo, ale i szansę – na budowę nowej lewicy.

Czy tak się wydarzy? Zależeć to będzie w pewnej mierze od rachunku sumienia, którego powinni dokonać „postępowcy” niedawno gromadzący się wokół idei clintonizmu. Musieliby oni porzucić uspokajający, lecz fałszywy mit, że przegrali ze „stekiem żałosnych bzdur” i ich wyznawcami (rasistami, mizoginami, islamofobami i homofobami), którym pomagało FBI oraz Władimir Putin. Powinni się przyznać, że spoczywa na nich wina za poddanie sprawy bezpieczeństwa socjalnego, bytu materialnego i godności klasy robotniczej w zamian za fałszywe poczucie emancypacji i różnorodności opartej na merytokracji.

Będą musieli głęboko się zastanowić, w jaki sposób możemy zmienić gospodarkę polityczną sfinansjeryzowanego kapitalizmu, przypomnieć sobie ulubiony zwrot Sandersa – „demokratyczny socjalizm” – i odkryć jego znaczenie w XXI wieku. Przede wszystkim zaś będą musieli odwołać się do mas wyborców Trumpa, ludzi, którzy nie są ani rasistami, ani oddanymi zwolennikami prawicy, lecz ofiarami fałszywego systemu. Powinno się ich pozyskać dla antyliberalnej wizji odnowionej lewicy.

To wszystko nie oznacza wyciszenia naglących wątpliwości dotyczących rasizmu i dyskryminacji kobiet – oznacza za to konieczność pokazania, jak te bardzo zakorzenione w naszym społeczeństwie typy opresji znajdują na obecnym etapie rozwoju kapitalizmu nowe środki ekspresji i nowy grunt. Obalając fałszywe, zerojedynkowe myślenie, które zdominowało kampanię wyborczą, powinniśmy umieć przeprowadzić analogię pomiędzy krzywdami, jakie wycierpieli ludzie o kolorze skóry innymi niż biały oraz kobiety, a krzywdami wielu z wyborców Trumpa. Tym sposobem odnowiona lewica mogłaby położyć fundamenty pod nową, silną koalicję oddaną walce o dobro nas wszystkich.

Nancy Fraser

Tłumaczenie Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu czasopisma „Dissent Magazine” 2 stycznia 2017 r.

Przypisy tłumaczki:

  1. Miała ona znosić tzw. doskonałą dwuizbowość, czyli jednakowe uprawnienia dla senatu i izby deputowanych. Zgodnie z tą reformą senat miałby stracić część uprawnień, na przykład prawo do głosowania ws. wotum zaufania dla rządu. Szybko jednak atmosfera wokół referendum na temat reformy przerodziła się w głosowanie za rządem Renziego lub przeciwko niemu.
  2. Reprezentowanego przez takie sektory, jak usługi dla biznesu, rozwinięte technologie, usługi finansowe, media, przemysł kulturalny.
  3. Pensji w wysokości wystarczającej na utrzymanie całej rodziny.
  4. Nawiązanie do tytułu feministycznego manifestu, książki Sheryl Sandberg „Lean in” z 2010 roku; autorka była jedną z dyrektorek operacyjnych firmy Facebook.
  5. Ang. Hobson’s choice – sytuacja fałszywego wyboru, w której oferowana jest tylko jedna możliwość lub rezygnacja z tej możliwości.
Co z tą Ameryką? – rozmowa z Thomasem Frankiem

Co z tą Ameryką? – rozmowa z Thomasem Frankiem

– W swojej książce „Co z tym Kansas? Czyli jak konserwatyści zdobyli serce Ameryki” pochyla się Pan nad zjawiskiem tzw. backlashu – konserwatywnej fali zalewającej Stany Zjednoczone na przełomie poprzedniego i obecnego wieku. Czym ten ówczesny backlashowy konserwatyzm wyróżniał się na tle innych nurtów konserwatywnej polityki?

Thomas Frank: Kluczowa różnica polega na tym, że zamiast występować z pozycji „prawowitych właścicieli społeczeństwa”, konserwatyzm backlashu kreuje się na wyraziciela i obrońcę interesów wściekłych, uciskanych zwykłych ludzi, zniesmaczonych ekscesami wszechobecnego rozbuchanego liberalizmu.

Oczywiście tak rozumiany backlash nie narodził się w latach 90. Ten model uprawiania polityki – poprzez odwołanie się do „zwykłego człowieka” i przeciwstawienie go zdemoralizowanym elitom – ma w amerykańskiej polityce ostatniego stulecia długą tradycję. Zresztą nie tylko w amerykańskiej i nie tylko w dwudziestowiecznej. Ale w tym sensie, w którym używam tego pojęcia, backlash pojawia się w Stanach po raz pierwszy w późnych latach 60. – w dekadzie, która pod bardzo wieloma względami stanowi początek naszej ery politycznej.

W tamtym okresie backlash był przede wszystkim reakcją na antyrasistowski ruch praw obywatelskich i jego zdobycze w postaci reform znoszących segregację rasową. W ruchu tym prym wiedli politycy pokroju George’a Wallace’a – Demokraty i prominentnego zwolennika segregacji, wieloletniego gubernatora Alabamy w latach 60., 70. i 80., kilkukrotnego kandydata na prezydenta USA. Przedstawiciele tej formacji stanowili wówczas poważną siłę w amerykańskiej polityce, zdobyli też liczne przyczółki we władzach lokalnych i rozmaitych urzędach w całym kraju.

Nawiasem mówiąc: Donald Trump jest świadomym imitatorem wielu polityków tamtej epoki, zwłaszcza Richarda Nixona, który również był jednym z liderów backlashu. W retoryce Trumpa nie brakuje także nawiązań do Ronalda Reagana, który również wchodził do polityki na fali ruchu sprzeciwu wobec liberalizmu lat 60.

– Głównym punktem odniesienia dla tego pierwszego backlashu były więc reformy rasowe. A co było źródłem i wyróżnikiem konserwatywnej reakcji w latach 90.?

– Motywem przewodnim backlashu lat 90. była wielka fala wojen kulturowych. To wtedy centralną częścią życia politycznego stały się konflikty o modlitwy w szkołach, nauczanie teorii ewolucji czy prawo aborcyjne. Dla wielu ludzi kwestie te pozostają kluczowe do dzisiaj, choć moim zdaniem w późniejszych latach prawica poniosła na tym kulturowym froncie spore straty.

Równolegle w latach 90. coraz wyraźniej widoczne stają się dramatyczne konsekwencje reform gospodarczych Reagana dla amerykańskiego świata pracy. Życie amerykańskich robotników, ich środowisko, wszystkie najbardziej uprzemysłowione części kraju zamieniają się w pobojowisko.

– W „Co z tym Kansas?” stawia Pan tezę, że konserwatywna radykalizacja kulturowa lat 90., jeśli przyjrzeć się jej bliżej, jest ściśle związana z tym właśnie doświadczeniem i ma w gruncie rzeczy klasowy charakter.

– Zgadza się. Przy czym ta klasowa natura wojen kulturowych stanowiła pewne tabu, nie odnoszono się do niej wprost. Mówiono za to o „zwykłych ludziach” i ich „prostych, tradycyjnych wartościach”, a po drugiej stronie barykady – o liberalnych elitach. W amerykańskiej tradycji populistycznej to zawsze był podstawowy schemat – centralnym motywem jest konflikt pomiędzy ludem a elitą. I ta elita jest zwykle definiowana w sposób dosyć mglisty.

Przedstawiciele konserwatywnego backlashu lat 90. mówią więc o elicie liberalnej, ale jest niejasne, co mają tak naprawdę na myśli, a formułowane przez nich definicje są dalece niespójne. W ostatnim rozdziale „Co z tym Kansas?” staram się znaleźć możliwie najlepsze przybliżenie tego, co mają na myśli, i dochodzę do wniosku, że najważniejszym punktem odniesienia jest dla nich klasa specjalistów – nauczyciele, pracownicy uczelni, pracownicy socjalni, menedżerowie itd. Ta konkluzja jest zarazem fundamentem mojej kolejnej książki – „Listen, Liberal”. Ale ideolodzy i politycy backlashu nigdy wprost tego nie przyznają, nie przedstawiają definicji wroga.

– W polskim życiu politycznym ostatnich dekad też pojawiały się formacje spokrewnione z amerykańskim backlashem czy wręcz go imitujące. Aby pozyskać robotników musiały one jednak zawsze – przynajmniej do pewnego stopnia – prezentować się jako progresywne w sferze społeczno-gospodarczej. To pod tym względem chyba najtrudniej z polskiej perspektywy zrozumieć zjawisko, które opisuje Pan na przykładzie Kansas, gdzie ruch konserwatywny opierający się na „niebieskich kołnierzykach” przyjmuje za swój deregulacyjno-rynkowy program Republikanów. Jak to się dzieje? Jak biały robotnik w amerykańskim Midweście staje się wyborcą Reagana, George’a W. Busha czy Donalda Trumpa?

– To proste – przede wszystkim politycy w rodzaju wyżej wymienionych mówią do tego wyborcy i komunikują się z nim zupełnie innym językiem niż robią to Michael Dukakis, Al Gore czy Hillary Clinton. Kandydaci Partii Demokratycznej w czasach, o których mówimy, byli bez wyjątku pozbawionymi charyzmy technokratami, przedstawicielami „lepszego świata” ludzi wysoko wykształconych. Jawienie się jako osoby ekstremalnie kompetentne, kandydaci, za którymi stoi bezkonkurencyjne doświadczenie, było dla nich niemal punktem honoru.

Z drugiej strony, dawna potęga liberalizmu1 w Ameryce wynikała z faktu, że był on autentycznym ruchem ludowym. Zorganizowani pracownicy i farmerzy mieli swoje miejsce w życiu każdej amerykańskiej społeczności. Tutejszy liberalizm był częścią życia zwykłych ludzi, był wpleciony w demokratyczną podszewkę kraju. W latach 90. XX wieku liberalizm był już jednak czymś zupełnie innym – jawił się jako obca filozofia, narzucana z góry przez garstkę ludzi uważających się za moralnie lepszych. Już nie był czymś, co jest zakorzenione w konkretnej społeczności, w małym miasteczku czy na przedmieściu, nie było go już nawet w części dużych miast. Jako szersza oddolna formacja po prostu zniknął, a jednocześnie, w tym samym czasie, tego rodzaju rolę zaczął odgrywać konserwatyzm. Stał się wszechobecny: słychać go w każdej stacji radiowej, w izbach handlowych… Biznes ma swoje organizacje w każdym mieście i miasteczku w Ameryce, a robotnicy – już nie. Rozbijanie ruchu związkowego zaczyna się w latach 70. i 80., a jest tak skuteczne, że na początku lat 90. liberalizm jako zjawisko oddolne już w tych miejscach nie istnieje.

W miastach wysoko uprzemysłowionych, takich jak Wichita w stanie Kansas, liberalizm był dawniej ideą, która znakomicie odpowiadała na codzienne potrzeby człowieka jako uczestnika życia gospodarczego. Dziś to już tylko słowo, które możemy usłyszeć z ust polityka występującego w telewizji. To samo dotyczy innych miejsc – np. wschodniego sąsiada Kansas, Missouri. Demokraci byli tam dominującym ugrupowaniem aż do lat 90. Wynikało to po części z południowego dziedzictwa Konfederacji2, ale także z żywych tam tradycji postępowego populizmu. Wiejskie hrabstwa Missouri często wybierały Demokratów jeszcze do okolic roku 2000, ale od 2012 roku są konsekwentnie republikańskie. W ostatnich wyborach Trump wygrał w Missouri przewagą ponad pół miliona głosów, a Republikanie objęli sześć z ośmiu miejsc w Izbie Reprezentantów.

– Na ile Trump wpisuje się w historię backlashu? Czy to kolejny odcinek tej samej historii, którą opisał Pan w „Co z tym Kansas”?

– Trump jest zupełnie inny niż republikańscy politycy lat 90. Jego kampania wyborcza zajmowała się kwestiami gospodarczymi w sposób bardzo otwarty, nie bał się mówić o interesach klasy pracującej.

– Dlaczego tak się stało? Czy wojny kulturowe okazały się na dłuższą metę niewystarczającym narzędziem mobilizowania poparcia społecznego?

– Było to związane z konsekwencjami wielkiej recesji, która dotknęła USA po 2008 roku. Kiedy gospodarka amerykańska załamała się za sprawą machlojek na rynku mieszkaniowym i w finansach, reguły gry uległy zmianie i wiele „zdobyczy” backlashu zostało unieważnionych. Ludzi przestały obchodzić wojny kulturowe, sprawy ekonomiczne znów stały się najważniejsze. Tylko że konflikty dotyczące tej sfery nie były już tym samym, co kiedyś – zaczęły być ujmowane w tych samych kategoriach, co wojny kulturowe: zwykli ludzie kontra szemrane elity.

– Wydaje się jednak, że jakaś ciągłość pomiędzy backlashem a Trumpem jest, choćby w tym sensie, że Trump wpisał się w szerszy proces „przejmowania” robotniczych społeczności na rzecz Republikanów. W ostatnich wyborach wygrał w kolejnych „tradycyjnie prodemokratycznych” stanach, w tym w tzw. Pasie Rdzy (Rust Belt).

– Proces utraty przez Demokratów dominującej pozycji w dawnych regionach przemysłowych trwa już od dawna, ale dopiero teraz uruchomiły się wszystkie dzwonki alarmowe. Jeśli ktoś traktował sprawę poważnie już wcześniej, mógł obserwować, jak proces ten obejmuje coraz to kolejne obszary Wielkich Równin: Nebraskę, obie Dakoty… Gdy ku Republikanom zwróciła się Północna Dakota, byłem w szoku – to zawsze był bardzo liberalny stan, w latach 30. miał nawet własną lokalną partię socjalistyczną, a teraz on też wkroczył na konserwatywną ścieżkę.

Innym przykładem tego samego zjawiska jest Zachodnia Wirginia – tradycyjnie mocno robotniczy stan z wysokim poziomem uzwiązkowienia. Jeszcze w 1988 roku Zachodnia Wirginia wybrała Michaela Dukakisa – demokratycznego oponenta George’a Busha seniora. Ale od tego czasu stała się głęboko konserwatywna. Dwa albo trzy lata temu „Washington Post” opublikował kilka artykułów o tym, jak zmienia się ten stan, ale wtedy było już po wszystkim – Wirginia była już tak naprawdę po drugiej stronie politycznej barykady. Liberalni publicyści nie mogli w to uwierzyć.

Wreszcie, Trump zwyciężył w stanach Ohio i Iowa oraz w większości obwodów „Pasa Rdzy”. To były nieznaczne zwycięstwa dla Republikanów w sensie liczby głosów, ale stanowiły ukoronowanie długoletniego procesu stopniowego „konserwatywnienia” dawnych rejonów przemysłowych USA.

Fascynujące jest dla mnie to, że ani Demokraci, ani też obóz liberalno-postępowego nie podejmują prób, żeby coś z tym zrobić. Co wybory liberałowie zdają się mówić sobie po prostu, że i tak nie mogą zrobić nic innego niż czekać aż zmieni się struktura demograficzna społeczeństwa. Ewentualnie – wymyślają przeróżne argumenty, aby udawać, że mogą sobie pozwolić na zignorowanie całego zjawiska albo że tak naprawdę nic się nie dzieje.

– A dzieje się? Czy nie mają racji ci, którzy twierdzą, że teza o tym, iż Trumpa wybrali biali robotnicy, jest co najmniej przesadzona? Może – jak przekonują – decydujące dla wyniku wyborów były inne czynniki – np. kwestie rasowe, głosy mieszkańców białych zamożnych przedmieść albo wysoka absencja wyborcza wśród różnych grup stanowiących tradycyjne zaplecze Partii Demokratycznej. Słowem – raczej słabość kandydatury Clinton niż siła Trumpa.

– Te wszystkie czynniki są wzajemnie powiązane. Jedna grupa nie idzie zagłosować równie licznie jak zazwyczaj, inna idzie do urn masowo. Zwycięstwo Trumpa było nieznaczne, nie wygrał jeśli chodzi o liczbę głosów zdobytych w całym kraju i tak dalej. Więc można rozłożyć ręce i powiedzieć: nic nie dało się zrobić. Albo można też przyznać, że coś jednak się stało, że ta zmiana trwa od dłuższego czasu.

Trump wygrał w wielu stanach, w których „nie powinien” wygrać, które były uznawane za tradycyjnie prodemokratyczne. Co więcej, podejmowane przez Trumpa starania o głosy białej klasy robotniczej, były naprawdę znaną sprawą, to ta część elektoratu była głównym adresatem jego kampanii. Ale – oczywiście – o jego zwycięstwie nie zadecydowali tylko biali robotnicy. Fakt, że wielu Czarnych czy Latynosów z warstw robotniczych nie poszło do urn, też miał olbrzymie znaczenie. Nie przemawiała do nich kandydatura Hillary Clinton – w sposób, w jaki wcześniej przemawiała choćby kandydatura Baracka Obamy. Wielu było wciąż wkurzonych na to, co robił jej mąż jako prezydent.

W tych wyborach zdecydowanie kluczowe były kwestie klasowe, ale wśród znacznej części Demokratów, zwłaszcza tych będących częścią establishmentu, istnieje silna potrzeba, żeby zamieść ten fakt pod dywan. Jeśli partia lewicy straciła lub traci głosy robotnicze, oznacza to, że musi tym ludziom coś zaoferować, w jakiś sposób się zmienić. Tymczasem, prawdę mówiąc, Partia Demokratyczna nie wydaje się zainteresowana taką odmianą. Mogłoby to być dla niej kosztowne, oznaczać utratę poparcia zamożnych elit, które obecnie zapewniają jej finansowanie.

Nawiasem mówiąc, kampania Hillary przebiła kampanię Trumpa pod względem zebranych pieniędzy i wydatków mniej więcej dwukrotnie. Nie uwzględniam tu darmowej obecności Trumpa w mediach – a pokazywali go w telewizji cały czas – ale pod względem zebranych środków i wydatków na kampanię Clinton wyprzedziła go o parę długości, co nigdy wcześniej nie zdarzyło się w takim stopniu. Demokratom zdarzało się bardzo rzadko wyprzedzić Republikanów w tej konkurencji – ta sztuka udała się Obamie w 2008 roku i Clintonowi w 1996 – ale zawsze tylko niewielką przewagą. Tymczasem w przypadku Hillary i Trumpa to był dosłownie nokaut – uzbierała bez porównania więcej pieniędzy.

Tydzień przed wyborami byłem na Florydzie. Mówimy o stanie, który od lat jest jednym z najbardziej nieprzewidywalnych pod względem wyników, kluczowym „stanem niezdecydowanym” (swing state), jednym z najważniejszych dla wygranej w całym kraju. W telewizji cały czas wyświetlane były klipy wyborcze Hillary i różnych lokalnych kandydatów (do Senatu, do Izby Reprezentantów), ale nie wydaje mi się, żebym widział przez cały czas, kiedy tam byłem, jakikolwiek klip Trumpa – choćby jeden. Jeśli chodzi o płatną reklamę, był w tej kampanii w zasadzie nieobecny. Nadrabiał oczywiście ciągłą obecnością we wszelkiej maści programach informacyjnych i publicystycznych, ale tu z kolei zwykle pokazywano go w jak najgorszym świetle, w aurze oskarżeń o faszyzm czy rasizm.

– Jak tłumaczy Pan tę relatywną finansową słabość kampanii Trumpa w kontekście faktu, że zwyciężył wśród najzamożniejszych wyborców?

– Owszem, wygrał wśród najwięcej zarabiających – kandydaci Republikanów mają w tej grupie przewagę od dekad. Ale finansowanie polityki to w USA domena specyficznej, wąskiej grupy ludzi. Jeśli spojrzy się na grono republikańskich miliarderów, którzy zwykle biorą w tej grze udział, nietrudno zauważyć, że zdecydowana większość z nich nie przepadała za Donaldem Trumpem. Podejrzewam, że przekonają się do niego do czasu kolejnych wyborów, ale faktem jest, że w 2016 roku nie okazali mu publicznie poparcia.

– Jednocześnie jednak rzeczą, którą dość konsekwentnie pokazywały sondaże, była przewaga Hillary w grupach najmniej zarabiających. I nie brakowało na lewicy głosów traktujących ten fakt jako wymówkę, mówiących: spójrzcie, biedni wciąż głosują na Demokratów, więc wszystko jest w porządku. To był też kolejny argument na rzecz tezy, że przekonanie o tym, iż lewica porzuciła klasę pracującą, jest co najmniej przesadzone, a przyczyn porażki Clinton należy szukać gdzie indziej.

– To prawda, że ludzie najbiedniejsi relatywnie częściej głosowali na Clinton. Ale przede wszystkim trzeba tu zaznaczyć, że klasa pracująca to nie jest to samo, co ludzie ubodzy. Za główny wyznacznik przynależności klasowej uznaje się zwykle zawód. Znaczna część ludzi o najniższych dochodach to studenci, emeryci, niepełnosprawni i bezrobotni. W tych grupach Demokraci prawie zawsze dominowali. W kategoriach socjologicznych klasa pracująca jest dziś raczej częścią klasy średniej, nie jest tą samą grupą, co biedni.

– Podczas listopadowego wieczoru wyborczego rzeczą szczególnie uderzający był dla mnie absolutny szok, jaki wywołały wśród komentatorów wyniki wyborów. Przecież nie chodzi tylko o to, że zawiodły badania opinii społecznej – mamy raczej do czynienia z sytuacją, w której eksperci przegapili ogromną, trwającą wiele dekad zmianę socjopolityczną.

– I jestem pewien, że za cztery czy osiem lat będzie znowu wielki szok – tak samo było przecież w roku 2000 i 2004, kiedy wygrywał George W. Bush. Demokratyczny establishment niczego się nie nauczył. Pamiętam, że w 2004 roku reakcje były niemal identyczne – medialni celebryci zapowiadający, że jeśli Bush zostanie wybrany na kolejną kadencję, wyprowadzą się do Polski albo coś w tym rodzaju. Oczywiście nikt tych zapowiedzi nie spełnił, ale zawsze jest wielkie zaskoczenie, szok, nie mogą uwierzyć w to, co się stało.

Myślę, że wynika to w dużej mierze z tego, że wiele z tych osób – gwiazd medialnych, komentatorów itp. – nie zna osobiście nikogo, kto głosowałby na Republikanów. Weźmy dla przykładu moje okolice: niewielkie miasto Bethesda w stanie Maryland, bardzo zamożne i bardzo z siebie zadowolone. Mieszka tu wielu bogatych liberałów, w tym postaci znane z mediów, dziennikarze „New York Timesa”, CNN itd. Kiedy ludzie tacy jak oni wyobrażają sobie wyborcę Trumpa czy wyborcę konserwatywnego w ogóle, to myślą o nim z niewypowiedzianą moralną pogardą.

– Czyli ostatecznie okazuje się, że w przekonaniu zwolenników backlashu jakoby liberalne elity były grupą obcą i wrogo wobec nich nastawioną, jest jakieś ziarno prawdy.

– Tak, ta pogarda elity wobec „nieokrzesanych mas” bywa bardzo realna. Trzeba jednak postawić sobie pytanie, o jaką elitę nam tak naprawdę chodzi, bo w USA liberalizm stał się pojęciowym workiem bez dna. Jak już wspomniałem, wydaje mi się, że chodzi przede wszystkim o specjalistów. Nie wiem, ile to już razy podczas rozmowy z ludźmi o pozycji społecznej podobnej do mojej – nieźle sytuowanymi Demokratami – spotykałem się z tym charakterystycznym snobizmem wobec wyborców Trumpa jako czegoś ze swojej istoty „niższego” w hierarchii bytów niż oni sami.

Oczywiście tymi, którzy pociągają za sznurki w Partii Republikańskiej i kształtują jej program, są ludzie pokroju braci Koch3, przedstawiciele „jednego procenta”, ludzie najściślejszej elity. Ale jednocześnie, w mentalności liberalnego specjalisty wciąż mamy wyobrażenie, że Republikanie to jacyś „mniejsi ludzie”, prowincjonalni, niewykształceni, rasistowscy kretyni.

– Wydaje się, że elita kulturowa jest w USA zarazem bardziej znienawidzona przez niższe warstwy społeczne i sama bardziej ich nienawidzi niż ma to miejsce w przypadku zdecydowanie bardziej wpływowych elit ekonomicznych. Dlaczego tak jest?

– Myślę, że wynika to w dużej mierze z widoczności. Specjaliści to grupa, z którą masz do czynienia na co dzień – to pański lekarz, to osoba, która siedzi za biurkiem, gdy chce pan uzyskać jakąś usługę publiczną, to bibliotekarz – nie mówiąc już o tym, że pełno ich we wszystkich mediach. Widzi ich pan codziennie na ekranie telewizora. To „korpus oficerski życia codziennego”, jak nazwałem ich w „Listen, Liberal”. Oni są majorami, kapitanami i pułkownikami, a pan – szeregowcem albo kapralem. Spotykamy ich każdego dnia, a oni mówią nam, co mamy ze sobą robić.

Tymczasem ludzi „jednego procenta” nie widzimy w zasadzie nigdy. Mieszkają w jakichś wielkich grodzonych posiadłościach, do których nie mamy wstępu, nie znamy ich, nie wiemy, jak wyglądają, kim na dobrą sprawę są.

– Rozumiem, że do pewnego stopnia obwinianie bardziej widocznych specjalistów za degradację społeczno-ekonomiczną klasy pracującej jest klasycznym mechanizmem „fałszywej świadomości” i pomija rzeczywistych sprawców i beneficjentów tej zmiany. Ale może ten sentyment dotyka też pewnego realnego problemu? Pewien polski polityk konserwatywny mówił w podobnym kontekście o „dystrybucji szacunku społecznego”.

– Dobre określenie, bardzo mi się podoba. Na pewno mamy tu realny problem na poziomie jednostek, czego świadectwem jest wspomniana już pogarda. W każdym porządku społecznym, który jest zhierarchizowany, jeśli ludzie wyższych warstw gardzą tymi, którzy są niżej od nich, oznacza to, że mamy problem. A kiedy ci, którzy są wyżej, są w dodatku skupieni w jednej partii politycznej i nominują na swoją kandydatkę kogoś takiego jak Hillary Clinton… Żeby była jasność, sam głosowałem na nią i uważam, że miała rację w wielu kwestiach. Byłaby przyzwoitym prezydentem. Ale jednocześnie jest polityczką, która – w swoim sposobie bycia, mówienia i w tym, co mówi – wyraża postawy charakterystyczne dla swojej klasy w sposób całkowicie jednoznaczny. Na przykład gdy w czasie kampanii wyborczej określiła wyborców swojego oponenta mianem ludzi godnych pożałowania (deplorables) i oskarżyła ich, gremialnie, o najniższe motywy: rasizm, fanatyzm itp. To wszystko razem jest jak przepis na wywołanie resentymentu i bardzo ułatwia przeciwnikom grę na tym resentymencie, a jednocześnie bardzo utrudnia przekraczanie tych społecznych uwarunkowań.

W tych wyborach chodziło o klasy – czy się to komuś podoba, czy nie. Klasowe krzywdy i żale oraz gniew wymierzony w elity były w kampanii wszechobecne. Oczywiście trzeba do tego dodać liczne aspekty ironiczne całej sytuacji, np. fakt, że Trump jest miliarderem. Nie da się też powiedzieć, żeby cechował go jakiś szczególnie plebejski styl bycia.

Innym przykładem ironii tych wyborów jest fakt, że pod względem linii politycznej Hillary byłaby w oczywisty sposób lepszym prezydentem dla klasy pracującej, tyle tylko, że nikt jej nie wierzył. Kluczowymi tematami kampanii były wolny handel i imigracja, przy czym co do handlu Hillary ciągle powtarzała, że zgadza się z Trumpem. Ale nikt jej nie uwierzył.

– Tylko ze względu na język, jakim mówiła?

– Również dlatego, że jest z rodziny Clintonów. Obie partie nominowały najbardziej niepopularnych kandydatów na prezydenta w historii, więc wśród ich elektoratów niewiele było idealizmu. Chociaż nie, muszę się z tego wycofać: było mnóstwo idealizmu po stronie Hillary, płynącego każdego dnia kampanii z łamów „New York Timesa” i „Washington Post”. Kochali ją tam tak, jak jeszcze nigdy media nie kochały żadnego kandydata za mojej pamięci. W obozie konserwatystów nie widziało się żadnego idealizmu, jeśli chodzi o ocenę Trumpa. Pojawiały się tam co najwyżej argumenty typu: facet jest w końcu naszym kandydatem, musimy na niego zagłosować, żeby powstrzymać Clinton.

– Ale jednocześnie to Trump skuteczniej zmobilizował elektorat republikański niż Clinton demokratyczny.

– To prawda. Hillary jest naprawdę niepopularna, miała na koncie skandale, nie jest też kimś inspirującym w sposób, w jaki inspirujący był choćby Obama. Można krytykować Obamę, ile się chce – sam jestem w stosunku do niego głęboko krytyczny – ale z pewnością jest on sympatyczną postacią i potrafi być inspirujący nawet dla tych, którzy się z nim nie zgadzają. Tymczasem Clinton niesie na plecach cały negatywny bagaż prezydentury Obamy, ale nie ma jego uroku. Kolejnym obciążeniem jest dla niej jej mąż – oczywiście skojarzenie z nim niosło też dla Hillary pewne korzyści, bo lata, gdy był w Białym Domu, były dostatnie, ale jednocześnie wszyscy pamiętają mu NAFTA (Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu) i inne umowy handlowe, które przyczyniły się do pogorszenia sytuacji pracowników przemysłu, deregulację bankowości czy choćby realizowaną przez niego politykę masowego zamykania w zakładach karnych, w praktyce sprowadzającą się do obław na przeważnie czarnych obywateli i wtrącania ich do więzień za minimalne naruszenia prawa. Sam przysięgałem po tym, jak de facto zlikwidował system opieki społecznej w 1996 roku – kolejne wielkie „zwycięstwo” rodu Clintonów – że nigdy już nie zagłosuję na kogoś, kto nosi to nazwisko. Ostatecznie zrobiłem to, poszedłem zagłosować na Hillary, ale z pewnością nie odczuwałem w związku z tym satysfakcji.

Głównym powodem, dla którego uzyskała nominację partyjną, było to, że „przyszła jej kolej”. Establishment Demokratów nie powiedział tego wprost, ale było to dość oczywiste. Sposób, w jaki spacyfikowali wysiłki jej konkurenta w wyścigu o nominację, Berniego Sandersa, pokazał w jasny sposób ich oczekiwanie, że będą mogli po prostu wybrać kolejnego prezydenta, i w związku z tym nie podejrzewali, że ich kandydatka będzie musiała być dla kogoś przekonująca. Sanders byłby, nawiasem mówiąc. Ale nie, oni wybrali Clinton.

– Tymczasem wyborcy chcieli zmiany – może Demokraci nie spodziewali się tego, że czynnik ten okaże się dla wyników wyborów tak kluczowy – w znacznie większym stopniu niż w poprzednich?

– Ale to nie jest do końca prawda. Dla wielu to wybory 2008 roku były wyborami wielkiej zmiany. Zwycięstwo Baracka Obamy rozbudziło wielkie oczekiwania wobec jego prezydentury. Jako kandydat był niezwykle porywający, miał świetne przemówienia, wydawało się, że rozumie dokładnie, co doprowadziło do załamania finansowego. Sam myślałem, że będzie Franklinem Rooseveltem mojego pokolenia. Ale później zawiódł pokładane w nim nadzieje.

Proszę sobie wyobrazić: wydaje nam się, że jesteśmy w przełomowym dla całego świata momencie, już czujemy, jak przesuwają się płyty tektoniczne, spodziewamy się, że lada chwila czeka nas głęboka reforma systemu ekonomicznego, po czym przychodzi Obama, obejmuje urząd i niczego specjalnie nie zmienia. Wprowadza natomiast do Białego Domu ludzi, których pamiętamy z administracji Billa Clintona.

Jedyną rzeczywiście znaczącą rzeczą, jakiej dokonał, było Obamacare, ale umówmy się, nie był to oszałamiający sukces. W tamtym momencie ludzie naprawdę chcieli dobrego publicznego programu opieki zdrowotnej w Ameryce, ale on im go nie dał. Zamiast tego wprowadził to połowiczne rozwiązanie, dobre pod pewnymi względami, ale strasznie skomplikowane i naprawdę źle skonstruowane pod innymi. Obamacare przysparza bólu głowy nawet tym, którym pomogło – znam wielu ludzi, którzy uzyskali dzięki niemu ubezpieczenie zdrowotne, a jednocześnie nie są z niego zadowoleni. Nie jest to popularny program. Mamy więc wybory wielkiej zmiany w 2008 roku, ale zmiana nigdy nie nadchodzi. I właśnie to rozczarowanie umożliwiło pojawienie się kogoś takiego jak Trump. Pod pewnymi względami za jego zwycięstwem stoją te same emocje i potrzeby, za sprawą których wygrał Obama, tyle że skwaśniałe, bo przez osiem lat trzymane były w soli i occie. I tak oto zamiast nadziei doszła do głosu desperacja.

– Tylko czy Obama mógł zrobić coś więcej? Przecież jego propozycje przez znaczną część tych lat były naprawdę mocno ograniczane przez republikańską większość w Kongresie.

– Oczywiście do pewnego stopnia to prawda – od momentu przejęcia Kongresu przez Republikanów w 2011 roku byli oni w stanie powstrzymać uchwalenie właściwie jakiejkolwiek poważnej reformy. Ale miał ponad trzy lata, kiedy mógł zrobić, co chciał, gdyby tylko dobrze to rozegrał. Gdyby był naprawdę sprawny, to mógł powstrzymać przejęcie Kongresu przez Republikanów. A ponadto jest też mnóstwo rzeczy, które mógł zrobić bez aprobaty Kongresu. Prezydentura jest w USA bardzo potężnym urzędem. Trump z pewnością nam to udowodni.

Pytanie brzmi raczej: czy przyczyną porażki Obamy był brak doświadczenia, czy woli – sam skłaniam się do tej drugiej odpowiedzi. Nawet jeśli sam nie wiedział, jak załatwia się sprawy w Waszyngtonie, miał w swojej ekipie ludzi, którzy wiedzieli. W pewnym momencie zacząłem pisać artykuły o wszystkich rzeczach, które Obama mógłby przeprowadzić samodzielnie, nawet bez poparcia Kongresu. I były to sprawy naprawdę dużego kalibru. Mógł chociażby – tak jak zapowiadał to w kampanii wyborczej w 2008 roku – renegocjować NAFTA i inne porozumienia na rzecz wolnego handlu. Ale kiedy został wybrany, zmienił zdanie. Mógł ukarać ludzi z Wall Street odpowiedzialnych za kryzys 2008 roku. Mógł zacząć egzekwować przepisy antymonopolowe, mógł dobrać się do skóry Google’owi – tak jak, do pewnego stopnia, zrobiono to w Unii Europejskiej – Amazonowi, Wal-Martowi. Nie zrobił żadnej z tych rzeczy i to był jego wybór.

– Mimo wszystko w 2008 roku motywacje do głosowania na Obamę mogły być różne – jego charyzma i urok osobisty, pomysły na rozwiązanie kryzysu finansowego, sprzeciw wobec polityki Busha, kwestie rasowe. Tymczasem w przypadku Trumpa sondaże pokazują wyraźnie, że był on uważany przez większość za gorszego kandydata niż Clinton w zasadzie we wszystkich kategoriach z wyjątkiem jednej: „kandydat zmiany”.

– I myślę, że do niej doprowadzi! Niekoniecznie będzie to dobra zmiana, ale jakaś na pewno. W czasie, kiedy prowadzimy tę rozmowę, nie ma go jeszcze nawet w Białym Domu, a już doprowadził do tego, że pewna firma – nazywa się Carrier – która planowała likwidację swojej fabryki w Indianie i przeniesienie tamtejszych miejsc pracy do Meksyku, cofnęła swoją decyzję. Ta sprawa stała się jednym z centralnych tematów kampanii Trumpa, odnosił się do niej na każdym swoim wiecu, groził Carrierowi, zapowiadał, że uderzy w nich specjalnie zaprojektowanymi cłami i – niech mnie licho – w końcu się ugięli, stwierdzili: no dobra, nie przenosimy fabryki. Wymagało to ostatecznie obietnic ulg podatkowych, ale udało się – mimo że nie jest jeszcze prezydentem. Trudno nie pomyśleć po czymś takim: gdzie był Obama przez wszystkie te lata? Gdyby dokonał czegoś takiego, być może Hillary zostałaby wybrana.

– Wielu lewicowych komentatorów przekonuje, że Trump nie będzie realizował tych pozytywnych zmian, jakie zapowiadał w kampanii. Nazwiska przedstawionych dotąd członków jego przyszłego gabinetu i ich powiązania z największymi amerykańskimi korporacjami wydają się potwierdzać te diagnozy. Mam tu na myśli choćby nominowanego na szefa Krajowej Rady Gospodarczej (National Economic Council) byłego prezesa zarządu Goldman Sachs Gary’ego Cohna, przyszłego sekretarza stanu Rexa Tillersona – do niedawna prezesa Exxon Mobil, sekretarza skarbu Stevena Mnuchina (kolejny byłego członek zarządu Goldman Sachs) czy w końcu synowca Trumpa, magnata rynku nieruchomości Jareda Kushnera, który ma zostać doradcą nowego prezydenta do spraw handlu. „Obrotowe drzwi” między polityką a wielkim biznesem zdają się w administracji Trumpa funkcjonować w najlepsze.

– Owszem, ci ludzie będą fatalnymi urzędnikami i nie mają nic wspólnego z tym, co Trump obiecywał. Wielu z nich to typowi przedstawiciele republikańskiego establishmentu, ludzie, których znamy z administracji Busha. Elaine Chao – kandydatka Trumpa na sekretarz transportu – to kolejny przykład tej samej tendencji. Kierowała Departamentem Pracy w najgorszym okresie prezydentury Busha juniora, a teraz wróciła. Z tego nie może wyniknąć nic dobrego. Wielu spośród nominowanych w sposób otwarty i aktywny sprzeciwia się misji urzędów, którymi mają kierować, a jeden z nich nawoływał wręcz do jego likwidacji.

– Dość uderzający – zwłaszcza jeśli ma się w pamięci rolę wojen kulturowych w amerykańskiej polityce – wydaje się też fakt, że Trump nie wydaje się szczególnie konserwatywną figurą w sensie kulturowym.

– Zdecydowanie nią nie jest.

– Czy to oznacza, że zwycięstwo Trumpa – jak sugerował Pan wcześniej – wpisuje się w trwający od 2008 roku trend wygaszania roli konfliktów kulturowych w polityce? Czy raczej stanowi początek konfliktu kulturowego w nowym kształcie, w którym elementy tradycyjnego konserwatyzmu mieszają się z estetyką i językiem internetowej kontrkultury?

– A może – dodałbym – jest to po prostu hipokryzja i wszystkie te wartości rodzinne nigdy się tak naprawdę nie liczyły? Zawsze miałem wrażenie, że konserwatyzm kulturowy w amerykańskiej polityce jest trochę takim oszustwem i pojawienie się Trumpa zdaje się to potwierdzać. Zabawne jest też to, że Hillary Clinton w żaden sposób nie pomogła jej osobista postawa w kwestiach obyczajowych, np. fakt, że jest wierzącą metodystką, czy to, że pozostała wierna swojemu mężowi pomimo okropnego sposobu, w jaki ją potraktował. To aż dziwne, że nie wynikły z tego dla niej żadne korzyści czy choćby współczucie ze strony elektoratu „tradycyjnych wartości”. Zamiast tego wyborcy ci zagłosowali gremialnie na Donalda Trumpa, który był żonaty trzykrotnie i otacza się króliczkami Playboya, nie mówiąc już o tym okropnym nagraniu, na którym mówi, że obmacywanie kobiet jest prawem osoby sławnej. Coś potwornego. Sztab Clinton robił, co mógł, żeby zrobić z tego aferę, a jednak wyborcy konserwatywni zdołali w jakiś sposób przymknąć na to oko.

To prowadzi nas z kolei do pytania: co tak naprawdę jest dla wyborców Trumpa ważne? Moim zdaniem są to wciąż kwestie klasowe, a do tego zawiedzione nadzieje na zmianę i desperacja.

– Wspomniał Pan, że większość mediów nie znosiła Trumpa i pokazywała go w najgorszym możliwym świetle. Czy mogło mu to, paradoksalnie, pomóc, zwiększając jego wiarygodność jako kandydata antyestablishmentowego, kogoś obcego elitom medialno-showbiznesowym?

– Zdecydowanie tak.

– Powiedział Pan też, że rywal Clinton w prawyborach Partii Demokratycznej, Bernie Sanders, mógł być bardziej atrakcyjnym kandydatem dla wielu wyborców z klasy robotniczej, którzy ostatecznie zagłosowali na Trumpa albo wcale nie poszli na wybory. Na to, że miał większe niż Hillary szanse na zwycięstwo w wyborach powszechnych, wskazywało też wiele sondaży. Biorąc pod uwagę wszelkie jego potencjalne słabości jako kandydata – wiek, pochodzenie społeczne, etniczne i regionalne, przynależność do „kosmopolitycznej elity ze wschodniego wybrzeża”, przyjętą przez niego etykietkę socjalisty itp. – myśli Pan, że to faktycznie było możliwe? Czy należy to raczej traktować jako sympatyczną iluzję lewicowych komentatorów?

– Myślę, że to naprawdę mogło się udać. Przede wszystkim dlatego, że jego kandydatura mogła być atrakcyjna dla tej grupy, która umożliwiła Trumpowi zwycięstwo – białej klasy robotniczej – a jednocześnie był on w stanie wykorzystać przeciw rywalowi wszystkie jego słabości, jak rasizm czy afery. W przeciwieństwie do Clinton, Bernie nie miał na koncie żadnych afer, ma wśród opinii publicznej wizerunek kogoś w rodzaju ukochanego dziadka, nie ma wokół siebie toksycznej aury, jaką roztacza Trump. Czym innym jest głosowanie na Trumpa w przekonaniu, że nie masz innego wyboru, a czym innym wybranie go jako „większego dobra”.

Jedynym rzeczywistym problemem Sandersa były ograniczone możliwości finansowania kampanii – banki z Wall Street i inni sponsorzy Hillary Clinton nie byliby zwolennikami jego kandydatury.

Wspomniał pan o tym, że Bernie lubi określać się mianem socjalisty. To prawda, że ta etykietka jest w Stanach uznawana za kłopotliwą, ale to chyba nie jest już tak istotne jak kiedyś. A najśmieszniejsze, że on wcale nie jest socjalistą – to Demokrata ze „starej szkoły” Franklina Roosevelta i Harry’ego Trumana. W czasach, kiedy dorastał, ktoś taki jak on znajdowałby się w partyjnym centrum.

Pod wszystkimi innymi względami był lepszym kandydatem niż Hillary i gdyby go wystawiono, mógłby wygrać. Trzeba tu jednak zastrzec, że poważne szanse na zwycięstwo z Trumpem miałby niemal każdy inny kandydat. Choćby wiceprezydent w administracji Obamy, Joe Biden – naprawdę dobry populistyczny mówca, potrafiący mówić do robotniczego elektoratu jego językiem. Ale Demokraci nie chcieli iść w tym kierunku, chcieli Hillary, kochali ją. Partyjny establishment uważał, że była idealna w każdym calu. Byli pewni, że wygra dla nich i prezydenturę, i Senat – a nie zrealizowała żadnego z tych celów.

Wielu republikańskich kandydatów na senatorów podjęło wysiłki, żeby zdystansować się od Trumpa ze względu na otaczające go kontrowersje. Kandydaci Demokratów nie podejmowali podobnych prób, większość z nich udzieliła Hillary pełnego poparcia, uważali, że wszystko jest z jej kandydaturą w porządku. I zapłacili za to.

– A może wybrali Clinton świadomi jej słabości, bo woleli przegrać niż zmienić się jako partia?

– Kandydatura Hillary była w oczywisty sposób ryzykowna ze względu na wszystkie afery, z którymi była kojarzona. Skandal wokół e-maili wyszedł na jaw jeszcze zanim zaczęły się prawybory, bardzo wcześnie pojawiły się też pierwsze wątpliwości dotyczące działalności i finansowania Fundacji Clintonów. Ale Demokraci zignorowali te sprawy, wydawało im się to nieistotne.

Myślę, że założyli po prostu od początku, że ostatecznie wygra z Trumpem cokolwiek by się stało. Jestem w stanie zrozumieć to założenie, bo też tak mi się wydawało – dopiero pod sam koniec kampanii zacząłem mieć wątpliwości. A wydawało mi się tak, ponieważ uwierzyłem w tezę powtarzaną przez Demokratów przez lata: że będą wygrywać w zasadzie każde wybory ze względu na kierunek zmian demograficznych w kraju. Na poparcie tej tezy mieli liczby i byli bardzo pewni swego. I myślę, że to był prawdziwy powód, dla którego uznali, że mogą nominować, kogo tylko chcą, a ta osoba zostanie prezydentem.

– Szanse Sandersa na wygraną, jeśli rzeczywiste, to chyba kolejne świadectwo zmian, jakie zaszły w Stanach od czasu, kiedy napisał Pan „Co z tym Kansas?”. W perspektywie politycznej ery backlashu jego zwycięstwo – jako jednoznacznego zwolennika pro-choice, poszerzania praw LGBT, legalizacji marihuany itp. – wydaje się czymś niemal nie do pomyślenia.

– Do pewnego stopnia się zgadzam – w kategoriach backlashu Sanders, jako Demokrata ze stereotypowo liberalnego stanu Vermont, który zalegalizował małżeństwa homoseksualne, inwestuje w zieloną energię itp., a przy okazji ktoś, kto wywodzi się z ruchu obrony praw obywatelskich lat 60., zostałby automatycznie zaszufladkowany jako część liberalnej elity. Ale jednocześnie Sanders ma też aurę człowieka bardzo staromodnego. Na przykład nigdy nie zobaczysz go bez garnituru i krawatu. Nie przypomina Donalda Trumpa z jego upodobaniem do świata showbiznesu, króliczków Playboya itp. Pod wieloma względami mógłby być atrakcyjnym wyborem dla konserwatywnych wyborców.

– Ostatnia porażka wyborcza zwiększa szanse na zmiany w Partii Demokratycznej?

– Powątpiewam w to. Będą pewnie nominować innych, bardziej inspirujących polityków w typie Obamy, ale nie sądzę, żeby zmienili się głębiej, w sferze realnych działań. W tej chwili pomiędzy Demokratami toczy się wojna domowa o dalszy kierunek rozwoju partii. Wszyscy zdają sobie sprawę z tego, co się stało, z faktu, że muszą coś zrobić, żeby powstrzymać odpływ głosów robotniczych, ale sponsorzy, ugrupowania i ludzie, którzy stoją na czele partii, nie chcą iść w tym kierunku. Nie wiem, co tak naprawdę się stanie. Byłoby nadzwyczajnie, gdyby ludzie tacy jak Sanders czy Elizabeth Warren wyszli z tego konfliktu górą. Pewnie jest to hipotetycznie możliwe, wszystko może się zdarzyć – to jedna z rzeczy, które pokazał nam Trump.

– A może zmiana przyjdzie od dołu? Dostrzega Pan jakieś perspektywy ożywienia w najbliższych latach np. ruchu związkowego? Może szansą na poprawienie siły przetargowej świata pracy może okazać się zapowiadany przez Trumpa powrót produkcji przemysłowej do USA?

– Nie jest to coś, czemu się bliżej przyglądałem, ale generalnie nie widzę takich sygnałów. Sytuacja związków zawodowych jest dramatyczna: politycznie są „uwiązane” do Partii Demokratycznej, a Republikanie niczego im nie oferują. Trump mógłby teoretycznie zaproponować im jakiegoś rodzaju „otwarcie”, ale żaden z liderów związkowych nie zaryzykowałby, nie poszedłby z nim rozmawiać, nie podjąłby próby negocjacji. Wszyscy obawiają się w dodatku, że ograniczenia praw związkowych pracowników sektora publicznego może dokonać Sąd Najwyższy.

– Zwycięstwo Trumpa wpisuje się w cały ciąg wydarzeń politycznych o globalnym zasięgu – mam na myśli Brexit, a także proces wzmacniania się i krystalizowania czegoś na kształt międzynarodowego frontu prawicowych populizmów w Europie i nie tylko.

– To prawda, ale ta ponadnarodowa zbieżność nie dotyczy tylko antyglobalistycznej prawicy. Warto popatrzeć w podobnej perspektywie na to, co wydarzyło się z partiami i ruchami społecznymi lewicy na całym świecie. „Listen, Liberal” to książka poświęcona przypadkowi Partii Demokratycznej w USA i temu, jak utraciła ona swoją rację bytu, poczucie celu i tożsamość. Ale wydaje mi się, że podobny proces dotknął całego świata zachodniego. Lewicowe partie w Europie też pogubiły się i nie wiedzą, po co istnieją. Mamy problem, który dotyka całego świata, ale jego rozwiązanie wymaga też pochylenia się nad sytuacją w każdym z jego małych zakątków.

– Dziękuję za rozmowę.

Styczeń – luty 2017 roku

Przypisy:

  1. W USA pojęcie liberalizmu – w przeciwieństwie np. do Polski – ma konotacje (centro)lewicowe; to doktryna odwołująca się nie tylko do ideału wolności czy też emancypacji jednostki, lecz także do równości wszystkich obywateli, zarówno wobec prawa, jak i jako podmiotów ekonomicznych. Liberalizm w rozumieniu amerykańskim to także szeroka formacja społeczna, która – historycznie rzecz biorąc – ukształtowała się jako zaplecze Rooseveltowskiego Nowego Ładu i obejmowała zarówno progresywnych intelektualistów czy polityków, jak i np. ruch związkowy czy spółdzielczy; w tym sensie liberałowie stanowią odpowiednik europejskiej socjaldemokracji.
  2. Partia Republikańska powstała w 1854 roku jako ugrupowanie sprzeciwiające się niewolnictwu, dominujące w szczególności w północnej części USA; republikański prezydent Abraham Lincoln stał na czele stanów północnych w czasie wojny secesyjnej. Partia Demokratyczna była z kolei silnie związana z wielkimi właścicielami ziemskimi na Południu i po secesji w większości opowiedziała się za pokojową strategią wobec Konfederacji. Po wojnie Demokraci, którzy reprezentowali w kwestiach rasowych agendę konserwatywną, byli w związku z tym naturalnymi beneficjentami niechęci mieszkańców południowych stanów do Partii Republikańskiej i zdominowali tamtejsze życie polityczne. Nawet w okresie późniejszym, kiedy za sprawą m.in. demokratycznych prezydentów Franklina D. Roosevelta, Harry’ego Trumana, Johna F. Kennedy’ego i wreszcie Lyndona B. Johnsona, który podpisał w 1964 roku znoszący segregację rasową Civil Rights Act, Demokraci stopniowo włączali prawa obywatelskie Czarnych do swojej krajowej agendy, w południowych stanach partia wciąż zdominowana była przez konserwatystów i białych suprematystów. Missouri było jednym ze stanów niewolniczych, ale w czasie wojny secesyjnej funkcjonowały w nim równolegle rząd prounijny i prokonfederacki.
  3. Właściciele wielonarodowej korporacji Koch Industries, której siedziba mieści się w Wichicie w stanie Kansas, a zarazem sponsorzy organizacji konserwatywnych, backlashowych i libertariańskich, a także polityków „antyestablishmentowego” skrzydła Republikanów.