Niezgoda buduje. Historyczne meandry polskich mobilizacji

W ciągu kilku ostatnich lat polskie życie polityczne zdaje się w coraz większym stopniu kształtowane przez mobilizacje uliczne. Kontrast z pierwszą dekadą XXI wieku, kiedy jedynie najlepiej zorganizowane grupy zawodowe były zdolne do wyprowadzania na ulice po kilka czy kilkanaście tysięcy osób, jest wyraźny. Media mniej więcej co kilka miesięcy ogłaszają, iż w danym mieście odbyła się „pierwsza” albo „największa” manifestacja od 1989 roku. Wydawałoby się więc, że żyjemy w okresie wzrostu aktywności obywatelskiej, która będzie powodować wzmożenie tendencji demokratyzacyjnych. Taki wniosek jest jednak błędny – w wielu zdestabilizowanych częściach świata demokracja jest w odwrocie, zyskują natomiast trendy autorytarne. Tendencja ta do pewnego stopnia unaocznia napięcie, z jakim wiąże się mobilizacja polityczna.

Uczestnictwo w wydarzeniach takich jak uliczne przemarsze czy demonstracje jest oczywiście formą domagania się widzialności i reprezentacji w sferze politycznej. Jednocześnie w pewnych warunkach roszczenia ruchów społecznych mogą być przechwytywane przez siły polityczne, które popierają ich postulaty jedynie deklaratywnie, w praktyce zaś wpisują je w walkę o szersze, często symboliczne cele. Ernesto Laclau tego typu działanie traktuje jako cechę swoistą wszelkich ruchów populistycznych, sugerując zresztą, że trudno byłoby wyobrazić sobie jakąkolwiek partię czy ruch polityczny bez tego nadrzędnego dla nich wymiaru symbolicznego czy emocjonalnego1. Rzecz jasna, te ogólne kategorie znajdują inny wyraz w określonych kontekstach, akumulując doświadczenia i określone sploty koniunktur w ramach rozwoju historycznego.

W polskim kontekście mobilizacja jako taka była do pewnego stopnia wpisana w samą logikę funkcjonowania systemu Rzeczpospolitej szlacheckiej. Nie brakowało tu jednak pewnych istotnych ambiwalencji. Kontraktowa wizja władzy, oparta na zasadzie wyboru króla, który musiał zaakceptować określone warunki, wiązała się również z prawem do wypowiedzenia posłuszeństwa, jeśli te warunki były łamane. Tak liczne w polskiej historii konfederacje, bardzo często i niezbyt uczciwie przedstawiane jako symptomy „samowoli” czy wręcz „warcholstwa” szlachty, nie były niczym innym, jak właśnie korzystaniem z tego prawa do legalnej kontestacji. Nie bez powodu zresztą samo powstanie listopadowe, w zgodzie z tą tradycją, uchodziło wśród polskich elit politycznych za zgodne z prawem. Innymi słowy, sama idea „suwerenności narodu” – należałoby dopowiedzieć, że chodzi tu oczywiście o naród polityczny, czyli szlachtę – nie była w nowożytnej historii Polski czymś nieznanym i nie musiała być na miejscowy grunt przeszczepiana za pośrednictwem np. pism Hobbesa.

Z drugiej jednak strony, osoby wykluczone z uczestnictwa we wspólnocie politycznej – jak chłopi czy mieszczaństwo – były skazane na korzystanie z typowo przednowoczesnych repertuarów kontestacji. Zbiegowiska, tumulty, podcinanie płotów, podpalenia lasów czy napady na dwory – to tylko kilka z możliwych form oporu, które we współczesnym czytelniku budzić mogą sprzeciw moralny. Należy jednak mieć na uwadze, że wkraczanie klas ludowych do polityki zazwyczaj było ruchem krwawym i gwałtownym. Co więcej, w czasach względnie spokojniejszych grupy pozbawione głosu w sferze politycznej organizowały się w sposób znacznie bardziej pokojowy. Religijne procesje ze śpiewami czy publiczne uczty także były sposobami zbiorowej współegzystencji tych społeczności. W późniejszym okresie te formy wyrazu były naśladowane przez ruchy robotnicze. Przykładem mogą tu być tzw. majówki, czyli spotkania robotnic i robotników w lasach, wpisujące się w konwencję ludowego pikniku.

Przede wszystkim jednak w polskim myśleniu politycznym u progu nowoczesności podstawową kategorię rozumienia mobilizacji i uczestnictwa w życiu publicznym wyznaczała wizja powstania. Inteligencja podejmowała, co oczywiste, refleksję nad innymi typami ruchów masowych, z którymi miała okazję się zetknąć, np. nad strajkami w rozmaitych częściach Europy. Jednak to właśnie stosunek do powstania i zdefiniowanie go w kategoriach politycznych akumulowały zasadnicze kierunki myślenia o masowej mobilizacji.

Militaryzacja, czyli obietnica nowego żywota

Już u schyłku I Rzeczypospolitej, w realnych działaniach podejmowanych przez Tadeusza Kościuszkę, wyłoniła się idea mobilizacji społecznej poprzez militaryzację. Generalnie rzecz biorąc, rozmaite formy poboru powszechnego były bodaj pierwszymi na tak dużą skalę stosowanymi w Europie sposobami włączania szerokich kręgów społecznych do uczestnictwa w życiu publicznym. Pobór, wdrażany stopniowo w kolejnych krajach Europy od schyłku XVIII wieku, sprzyjał tendencjom demokratyzacyjnym, często wbrew bezpośrednim intencjom osób, które optowały za modelem masowej i narodowej armii. Trudno bowiem wyobrazić sobie, by rekrut chciał umierać za kraj w sytuacji, gdy nie miał realnego wpływu na bieg spraw politycznych, czyli na kluczowe decyzje zapadające w państwie. Stąd nawet w kręgach pruskiej generalicji w pierwszej połowie XIX wieku dyskutowano o tym, że powszechny pobór doprowadzi ostatecznie do częściowego ograniczenia władzy królewskiej.

W kontekście polskim za fundatora tego typu myślenia można uznać Tadeusza Kościuszkę. W Uniwersale Połanieckim pisał on: Z żalem to wyznać muszę iż często wrogie obchodzenie się z Ludem, daje miejsce Moskalom do powszechnej na cały Naród potwarzy. Odbieram ustawiczne skargi od Żołnierzy i Rekrutów, że żony ich i dzieci nie tylko żadnego osłodzenia [publicznego wsparcia – przyp. autora] nie mają, ale za to prawie że służą Rzeczypospolitej ich Mężowie i Ojcowie wystawieni są na największe uciążliwości. Takowe postępki w wielu miejscach są zapewne bez wiedzy i przeciw woli Dziedziców, lecz w drugich muszą być skutkiem złej chęci, lub obcego natchnienia, aby zupełnie zapał do obrony Ojczyzny w sercach Ludu ostudzić.

Poglądy Kościuszki w najpełniejszej formie wyraził jego osobisty sekretarz Józef Pawlikowski. W 1800 roku wydał on równie fundamentalny, choć nieco zapomniany i znacznie bardziej obszerny tekst pt. „Czy Polacy mogą wybić się na niepodległość”. W dziele tym autor argumentował, że do upadku Polski w największym stopniu przyczynili się magnaci, a do jej odrodzenia wystarczające są siły polskiego narodu. W swoich obliczeniach Pawlikowski dowodził, że nawet najliczniejsze wojska zaborców nie będą w stanie przeciwstawić się polskiej armii w sytuacji, gdy powstanie obejmie szerokie kręgi społeczne. Historycy wojskowości wykazali, że rachuby sekretarza Kościuszki były w dużej mierze błędne: zawyżył on liczbę mieszkańców ziem polskich, a zarazem nie doszacował potencjału armii zaborczych. Krytykowanie dawnych koncepcji politycznych, formułowanych i wypowiadanych w ramach określonej debaty, jest jednak łatwe i ahistoryczne – w tej kwestii późniejsze pokolenia zawsze będą miały przewagę nad swymi przodkami. Istotniejszy jest polityczny potencjał zawarty w tekście Pawlikowskiego. Dla radykałów z jego epoki dzieło to stanowiło bowiem niezwykle istotny punkt odniesienia: tylko w latach 1831–1843 praca ta była wznawiana aż sześciokrotnie. Na polskim myślicielu swoje koncepcje wzorował nawet Giuseppe Mazzini – włoski prawnik i spiskowiec, który w pierwszej połowie XIX wieku był inspiratorem szeregu ruchów wyzwoleńczych i demokratycznych w Europie.

Idee Pawlikowskiego były w nieco późniejszym okresie rozwijane w kręgach osób, które często różniły się pod względem politycznych wyborów czy sympatii, ale umownie można je wszystkie określić mianem reprezentantów nurtu lewicowo-demokratycznego. Nawet Joachim Lelewel, wybitny polski polihistor i myśliciel, w istocie powtórzył zasadniczą myśl Pawlikowskiego, gdy pisał: Pojęcie moje jest takie, że naród polski inaczej podźwignąć się nie może, chyba na miejscu własnymi siłami, im więcej masa będzie poruszona, tym lepiej, tym skuteczniej, tym gwałtowniej. Nie licząc na żadną pomoc. Jedynie przez dysolucję [rozpad – przyp. autora] Rosji i poszarpanie Prus i Austrii, a to w jednym czasie.

Idee te znajdowały poparcie także w politycznie do Lelewela opozycyjnym, lecz ideowo dość do niego zbliżonym Towarzystwie Demokratycznym Polskim. Jego główni teoretycy konsekwentnie łączyli ideę masowego powstania z uwłaszczeniem chłopów i nadaniem im pełni praw politycznych. Uważali zarazem, że samo ogłoszenie tych „prawd” ludowi wznieci masowe powstanie. W przeciwnym zaś przypadku lud sam winien będzie swej nędzy i braku wolności politycznych. Wyraził to dobitnie Jan Nepomucen Janowski w wierszu pt. „Do Ludu”: Nie powstajesz? nachyl głowy; Nie chcesz równych? więc miej panów; Bałwochwalco, czcij bałwanów! Nie dla Ciebie żywot nowy!

W latach 40. głównym teoretykiem myśli powstańczej w TDP był Ludwik Mierosławski, późniejszy dyktator powstania styczniowego. Wskazywał on, że armia powstańcza musi być liczna (porównywał ją do chmary), krytykował także szlachtę za anarchizację ustroju I Rzeczypospolitej. Zarazem jednak Mierosławski wyrażał przekonanie, że powstanie nie może być okresem gwałtownej demokratyzacji życia politycznego. Jego zdaniem nadmiar swobód politycznych w czasie walk może doprowadzić do odrodzenia się demonów przeszłości – dawnych form szlacheckiego życia politycznego, stronnictw, konfederacji, sejmików i niekończących się kłótni, które doprowadzą do dekompozycji ruchu i ogólnego zniechęcenia, a w efekcie do kolejnej klęski. Jak pisał, chwila walki nie jest chwilą swobodnego rozwijania się wszystkich żywiołów, wszystkich pierwiastków, wszystkich pojęć i myśli; ale tylko tego żywiołu, tego pierwiastku, tej myśli i tych pojęć, które zwycięstwo zapewniają.

Dość wyraźnie można dostrzec pewne ograniczenia tego modelu społecznej mobilizacji. Był on bardzo ściśle związany z przypisaniem określonych ról społecznych („Żywią i bronią”), w istocie zatem w sposób ograniczony stanowił wyzwanie dla status quo. Rzecz jasna, gdyby udało się zrealizować ten model mobilizacji – jak we Francji, gdzie w czasie rewolucji utworzono armię obywatelską złożoną z 300 tys. żołnierzy – życie polityczne uległoby zasadniczej, trudnej do przewidzenia zmianie. Co jednak istotne, odbyłoby się to niejako obok lub wbrew zasadniczym intencjom rewelatorów tego rodzaju koncepcji.

Co więcej, sama struktura armii jest wszak oparta na modelu scentralizowanego przywództwa, a polscy teoretycy masowego powstania rzadko rzucali wyzwanie wizji jednolitej, zmobilizowanej masy, dowodzonej przez genialnego stratega. Ponadto ten sposób myślenia nie pozostawiał zbyt wiele miejsca na dostrzeganie różnic wśród mobilizowanych kręgów społecznych. Idea „woli powszechnej”, która miała być realizowana przez powstanie, sprzysiężenie albo wręcz genialnego stratega, nie otwierała pola do analizy zmieniających się koniunktur i dostrzegania żywotności określonych podmiotów politycznych. Nie oznacza to jednak, że idee, zgodnie z którymi np. żołnierze mieliby prawo do wyboru swoich dowódców, w ogóle się nie pojawiały. Realne upodmiotowienie – co dostrzegło kilku myślicieli politycznych w XIX wieku – to przecież coś więcej niż nadanie chłopom ziemi w zamian za ich udział w powstaniu narodowym.

Przeciwko awangardyzmowi, o upodmiotowienie

Wyzwanie tym ideom rzucił między innymi Henryk Kamieński – ekonomista, filozof i uczestnik powstania listopadowego, który w latach 40. XIX wieku wszedł w bezpośredni spór z Mierosławskim. Kamieński, w przeciwieństwie do sporej części ówczesnych reprezentantów kręgów lewicowo-demokratycznych, był generalnie pesymistą w kwestii możliwości przeprowadzenia masowej mobilizacji w warunkach społeczno-gospodarczych, w jakich znajdowały się ziemie polskie. Krytykował też to, że osoby będące na emigracji mają aspiracje do przewodzenia polskiemu ruchowi niepodległościowemu. Wedle Kamieńskiego nie może być skuteczna strategia oparta na wysyłaniu do Polski emisariuszy z Francji czy z Belgii, którzy następnie będą chodzić od wsi do wsi i opowiadać chłopom prawdy ustalone podczas zebrań w Londynie czy w Paryżu. Sądził on, że między emisariuszem (nazywanym przez niego „apostołem”) a ludem musi istnieć twórcza relacja oparta na równości obu stron.

Aby jednak taka równościowa relacja mogła zaistnieć, niezbędna jest także demokratyczna transformacja samego ludu. Kamieński zwracał więc uwagę na to, że warunkiem niezbędnym do przeprowadzenia udanej mobilizacji społecznej jest upodmiotowienie na najbardziej podstawowym poziomie. Upraszczając nieco jego niezwykle bogatą myśl społeczną, można stwierdzić, że u podstaw masowego, świadomego ruchu niepodległościowego powinny znaleźć się takie praktyki, jak czytelnictwo czy pisanie. Wówczas, w realiach prowadzenia wojny („wojny ludowej”), nastąpiłaby rzeczywista demokratyzacja życia społecznego. Lokalną władzę przejmowałyby kluby, czyli oddolnie tworzone instytucje, znane z historii rewolucji francuskiej czy z rewolucji krakowskiej 1846 roku, a żołnierze demokratycznie wybieraliby swoich dowódców. Andrzej Walicki z całkowitą słusznością stwierdzał, że w bardziej generalnych kategoriach krytyka sformułowana przez Kamieńskiego przypomina do pewnego stopnia późniejsze krytyki awangardyzmu, czyli przekonania, że tylko niewielka, zakonspirowana i najbardziej politycznie uświadomiona grupa zdolna jest wywołać ruch masowy i nim kierować2.

Również Jan Czyński śmiało przekraczał istniejące w latach 30. i 40. XIX wieku wzorce myślenia na temat masowej mobilizacji. Co szczególnie ważne, autor ten odznaczał się oryginalnością nie tylko w kontekście polityki polskiej, ale także francuskiej. We Francji znaczna część rodzących się od lat 20. XIX wieku idei socjalistycznych nie była nakierowana na mobilizowanie mas. Główni teoretycy socjalizmu nie poszukiwali początkowo form wyrazu, które prowadziłyby do wyłonienia się ruchów społecznych, ulicznych demonstracji czy rewolucji. Przeciwnie: po traumatycznych doświadczeniach rewolucji francuskiej i wojen napoleońskich pierwsi socjaliści za cel stawiali sobie raczej poszukiwanie recept, które mogłyby doprowadzić do „nowej harmonii świata”. Dlatego też gwałtowne wystąpienia robotnicze czy uliczne zamieszki były przez nich postrzegane nie – jak w przypadku późniejszych ruchów socjalistycznych – jako zwiastuny nadchodzącej, wyczekiwanej rewolucji, lecz raczej jako kolejne dowody na to, że niestabilne, przemysłowe społeczeństwo wymaga szybkiej reformy. Były to więc raczej niewielkie, elitarne, nierzadko burżuazyjne szkoły nauk społecznych, dążące do zapobiegnięcia rewolucji.

W tym kontekście polski emigrant Jan Czyński wykazał się sporą oryginalnością. Znajdował się on w kręgu oddziaływań tzw. fourieryzmu – doktryny socjalistycznej utworzonej na bazie koncepcji Charlesa Fouriera, który drogę do przebudowy rzeczywistości społecznej widział w tworzeniu małych, lecz stopniowo rozszerzających się komun (falansterów). Czyński wszedł w spór z częścią zwolenników Fouriera (nazywanych „ortodoksami”), którzy byli przekonani, że nauka ich mistrza winna być skierowana przede wszystkim do tych osób, które są w stanie ją zrozumieć, a nie do klas najbiedniejszych, a przez to – ignoranckich. Czyński stał na stanowisku dokładnie przeciwnym, wspierając frakcję tzw. realizatorów. Aby przyspieszać rozprzestrzenianie się idei fourieryzmu wśród uboższych grup społecznych, utworzył Czyński czytelnię, w której udostępniano druki polityczne tym, których nie było stać na ich zakup. Poprzez dyfuzję tych treści starał się on mobilizować kręgi francuskiego proletariatu3.

Również w odniesieniu do polskich idei mobilizacji Czyński był myślicielem wielce oryginalnym. Przede wszystkim stanął w kontrze do dominujących w jego czasach opowieści o powstającej wsi, wskazując, że również ośrodki miejskie mogą odegrać znaczną rolę w wojnie o niepodległość. Część jego polemistów była przekonana, że miasta są „martwe” ze swej natury (bo zalane przez ludność niepolską i wypaczające naturalną jakoby „drogę rozwojową” Polski) lub ewentualnie mogą odegrać jedynie marginalną rolę. Zajmując stanowisko opozycyjne wobec tych obiegowych przekonań, Czyński wskazywał, że w miastach tkwi istotny potencjał, ponieważ są to ośrodki, w których ulokowano warsztaty produkcyjne. Co więcej, pozycję ludności plebejskiej w miastach porównywał on do kondycji chłopa. W 1843 roku pisał: Jedni chcą znosić własność, inni uposażają ubogich kosztem nic niemających, a wszyscy zapominają o sześciu milionach mieszkańców, których liczba, siła, światło, przemysł, poświęcenie jest koniecznie potrzebnym nie tylko do wywalczenia niepodległości, ale do oswobodzenia i uszczęśliwienia wszystkich ziemi naszej mieszkańców. Oprócz tego Czyński wskazywał, że Żydzi to pełnoprawni obywatele, którzy także powinni być brani pod uwagę przy planach masowej mobilizacji. Warto dodać, że sam Czyński pochodził z rodziny frankistowskiej – żydowskiego ruchu, głoszącego hasła asymilacji – i z tego powodu nieraz osobiście padał ofiarą antysemickich ataków.

Już te dwie postaci – Kamieński i Czyński – pokazują, że w ramach polskiego myślenia o masowej mobilizacji w pierwszej połowie XIX wieku pojawiło się wiele idei, które śmiało wykraczały poza redukcjonistyczne sposoby myślenia. Myśliciele ci zdawali się wskazywać, że nie wystarczy sama obietnica nadania chłopom ziemi na własność. Domagali się oni realnego upodmiotowienia różnych grup społecznych, dowodząc ich przydatności w ruchu powstańczym. Można jednak z całą pewnością stwierdzić, że ostatecznie wszelkie koncepcje mobilizacji w pierwszej połowie XIX wieku były powiązane z ideą narodu traktowaną jako najwyższy społeczny kwantyfikator. Popularna wszak w tamtym okresie była pojęciowa zbitka „lud-naród”, która sama w sobie mocowała szerokie i niedookreślone pojęcie ludu w bardziej historycznie, geograficznie i językowo (choć jeszcze nie etnicznie) zdefiniowanej ramie narodu.

Janusowe oblicze narodowej mobilizacji

Łączenie pojęć ludu i narodu jeszcze w okresie romantyzmu było dość intuicyjne. Naród był raczej zbiorem wartości moralnych i duchowych, które – wedle bardziej radykalnych romantyków – w pierwotnej i nieskażonej jakoby formie przechowywał lud, czyli przede wszystkim chłopi. Wydobycie zatem tych wartości, wyzwolenie „ducha narodu” – np. poprzez uwłaszczenie – miało doprowadzić do masowej mobilizacji i udanego powstania. Mylne byłoby jednak rozpatrywanie kwestii materialnych – jak w tym przypadku nadania ziemi chłopom – jako jedynego środka mobilizującego, zalecanego przez formację romantyków. Romantyzm operował bowiem przede wszystkim obrazami, które wygenerować miały zbiorowe emocje i nadzieje.

Dużą rolę odgrywała tu określona metaforyzacja języka politycznego, w którym można wyraźnie dostrzec spory zasób terminologii zaczerpniętej wprost z języka religijnego. Służyło to uwzniośleniu poruszanej problematyki, która – opowiadana w taki właśnie sposób – zdolna była kształtować określone postawy polityczne. Ponadto często rolę niemal aktywnego aktora odgrywała tu przyroda, która u twórców tego typu koncepcji zdawała się wręcz współuczestniczyć w ludowym powstaniu. Juliusz Słowacki, w swej polemice z „Psalmami przyszłości” Zygmunta Krasińskiego, pisał: Więc się bój – bo nie ja grożę, / Marny człowiek i twój brat… / Ale jakiś straszny świat / I widzialne światła Boże, / Z mocą, z wichrem i z szelestem/ Rzucające się na Lud – / Strachy – które mówią: Cud! / Ognie – które szepcą: – Jestem! Za pomocą podobnego języka mobilizację ludu opisywał Zenon Świętosławski – jeden z głównych ideologów utworzonych w 1835 roku, radykalnych Gromad Ludu Polskiego4: Na Wschodzie słychać jakiś ryk, jakby zgłodniałych hien wycie – łuną całą lśnią się bagnetów zastępy – Ale czemuż tak nagle niezliczone szeregi uklękły? Broń złożyły do nogi – i słychać tylko: Ludu Boży! Ludu czysty!

W pierwszej połowie XIX wieku tego typu opowieści były rzeczywiście zdolne kształtować postawy, przekaz taki trafiał jednak – czego dowodzi choćby analiza policyjnych statystyk – do określonych grup społecznych, takich jak studenci czy nauczyciele, które okazały się szczególnie podatne na ów rodzaj romantycznej metaforyzacji. Trudno było za pomocą porównań Polski do ukrzyżowanego Chrystusa czy opowieści o stepowych burzanach rozpalić czy podsycić patriotyczne nastroje wśród klas ludowych. Powodów tego stanu rzeczy można wymienić co najmniej kilka. Po pierwsze, sama dyfuzja polskich idei politycznych w XIX wieku natrafiała na wiele przeszkód. Analfabetyzm chłopów i ich nieufność do nieznajomych agitatorów, przedzierających się z Francji czy Belgii, to tylko jedna z bardziej oczywistych kwestii. Problemów nastręczały często rzeczy takie, jak wysoki koszt wydruku ulotek czy broszur, organizacja polskich czcionek, a nawet zakup papieru. Po drugie, chłopi na ziemiach polskich nadziei na poprawę swego bytu upatrywali często w działaniach administracji państw zaborczych, a nie w zaangażowaniu środowisk demokratycznych. Po trzecie wreszcie, nawet gdy lokalnie wyłoniła się postać, która zyskiwała zaufanie w kręgach klas ludowych i potrafiła umiejętnie rozbudzić w nich patriotyczne nastroje, to szybko stawała się ona wrogiem dla władz zaborczych, była identyfikowana, aresztowana i – w najlepszym wypadku – skazywana na kilkuletni przymusowy pobyt w głębi Rosji.

Romantyczne kanony myślenia o masowej mobilizacji odrodziły się po okresie pozytywizmu, gdy w polskiej refleksji politycznej następował swoisty „zwrot idealistyczny”. Biografowie Józefa Piłsudskiego czy innych „niepokornych” z tego okresu wskazują, że w ich domach rodzinnych dzieła Adama Mickiewicza i innych wieszczów romantycznych były żywo czytane i komentowane, a słynna fraza O wojnę powszechną za wolność ludów prosimy cię, Panie, traktowana była jako nieodłączna część codziennej modlitwy. Wspomniane już we wcześniejszej części tekstu wydarzenia, takie jak insurekcja kościuszkowska czy liczne wojny i powstania, w początkach XX wieku urosły do rangi mitów. Tendencja ta była zręcznie kreowana i podtrzymywana przez polski ruch niepodległościowy, który generował modę, wyrażaną nie tylko przez styl politycznego myślenia, ale także przez określony, paramilitarny ubiór i styl zachowania. Co więcej, neoromantyczny nurt polskiej irredenty jako narzędzie mobilizacji stosował metodę faktów dokonanych. Piłsudski u progu I wojny światowej świadomie mistyfikował istnienie Rządu Narodowego, tworząc nawet jego fikcyjne pieczęcie, podobne do tych, których używały polskie władze w czasie powstania styczniowego.

Jak wskazano we wcześniejszej części tekstu, kategorie narodowe w okresie romantyzmu miały wymiar wyraźnie emancypacyjny. Ich stosowanie wobec klas ludowych oznaczało przekraczanie stanowych ram myślenia, w ramach których „naród polityczny” zawężony był jedynie do szlachty. Jednak w okresie nieco późniejszym, w ramach kiełkującej myśli endeckiej, modernizujące się pojęcie narodu zaczynało już działać nieco inaczej. Lud zaczynał być definiowany przez brak pewnych cech. Jan Ludwik Popławski, jeden z prekursorów nowoczesnego polskiego nacjonalizmu, w swych pismach wysuwać zaczął postulat unarodowienia ludu, który dopiero w rezultacie takiej nowoczesnej transformacji mógł być mobilizowany.

Ostateczne konsekwencje tego rodzaju rozumowania wyszły na jaw w czasie wydarzeń rewolucyjnych lat 1904–1907. Wtedy to reprezentanci tego nurtu obserwowali niekontrolowaną, zupełnie niespodziewaną mobilizację proletariatu. Jej skala była rzeczywiście ogromna: mniej więcej 20% robotników w zaborze rosyjskim w okresie rewolucji należało do partii politycznych. Endecy opisywali tę mobilizację nie w kategoriach „budzącego się narodu”, lecz „anarchii”, której trzeba położyć kres. Perspektywa tego środowiska uległa diametralnej zmianie niemal w ciągu kilku miesięcy. Wątki biologiczne i rasowe, widoczne już wcześniej np. w pismach młodego Romana Dmowskiego, zaczęły być wtedy niemal centralnymi kategoriami w dyskursie tej formacji. Zbiologizowany i etnicznie domknięty naród stał się tworem, któremu podporządkowane były wszystkie pozostałe kategorie, a praca na jego rzecz była w dyskursie tej formacji w zasadzie obligatoryjna. Jednocześnie jednak, w przeciwieństwie do konserwatystów, endecy nie porzucili idei masowej mobilizacji. Okazała się ona niezbędna, by położyć kres wspomnianej już „anarchii”, a środkiem mobilizacji były m.in. ulotki, pisane zazwyczaj – co niezwykle charakterystyczne – w trybie rozkazującym5.

Motłoch, czyli karzący bat rewolucji

Wypada wspomnieć jeszcze o całkowicie opozycyjnym nurcie, który miał zwolenników wśród licznych XIX-wiecznych konserwatystów. Był to nurt starający się różnymi sposobami przeciwdziałać formom politycznej mobilizacji. Do pewnego stopnia wpisywało się w niego środowisko skupione wokół ks. Adama Czartoryskiego, nazywane Hotelem Lambert. Czynienie bardziej generalnych uwag na temat koncepcji politycznych tego ugrupowania wymaga szczególnej ostrożności z uwagi na to, że było ono wewnętrznie niejednorodne i nie wytworzyło żadnego centralnego programu politycznego. Niemniej warto pokusić się o sformułowanie kilku uwag na temat stosunku tego środowiska do wizji masowej mobilizacji politycznej.

Adam Czartoryski jako jeden z powodów upadku powstania listopadowego – w całkowitej kontrze do poglądów formułowanych m.in. przez wspomnianego już Kamieńskiego – wymieniał okropne klubowładztwo. Programowo niechętny wobec bliższego określenia przyszłego ustroju Polski przed wybuchem powstania, był Czartoryski przekonany, że wszelkie różnice w politycznych zapatrywaniach i dążeniach wywołają wewnętrzny rozstrój i niesnaski w ruchu niepodległościowym. W ramach bezpośredniej akcji politycznej, emisariusze i agenci Hotelu Lambert początkowo starali się przeciwdziałać przedsięwzięciom demokratów poprzez rozwijanie niejako równolegle własnych organizacji spiskowych i niepodległościowych. Co jednak niezwykle istotne, ten punkt widzenia uległ pewnej zmianie po wydarzeniach lat 1846–1848, kiedy to wszystkie podejmowane przez demokratów próby wzniecenia powstania zakończyły się klęską. Wtedy to narodziła się idea, zgodnie z którą działania Hotelu Lambert miały zmierzać bądź to do torpedowania zamiarów demokratów na ziemiach polskich, bądź też – gdyby ich twórcy odnieśli sukces – do przechwycenia ruchu.

Powstanie styczniowe, poprzedzone „rewolucją moralną”, czyli znacznym pobudzeniem aktywności części polskiego społeczeństwa, także nadeszło mimo akcji zapobiegawczych podejmowanych przez margrabiego Aleksandra Wielopolskiego. Starał się on z jednej strony uzyskać od Rosji jak najwięcej ustępstw na rzecz Polaków, z drugiej zaś – dążył do rozbicia kiełkującego ruchu. Jego działania, jak wiadomo, zakończyły się klęską, ale sam ruch został przejęty przez bardziej umiarkowane politycznie środowisko „białych”.

Kolejne lata przyniosły wzmożenie tendencji antymobilizacyjnych, które bodaj najsilniej dały o sobie znać w Galicji. Wilhelm Feldman, opisując ten okres, z pewną przesadą wskazywał, że polityka arystokratyczno-konserwatywna idzie dalej po linii wytkniętej przez Hotel Lambert, rolę przeznaczoną dawniej dla Francji przenosząc obecnie z dodatkiem uczuć wiernopoddańczych na Austrię. Demokracja, zgodnie z tradycją Towarzystwa Demokratycznego […] dąży do polityki samodzielnej, ludowej6. Wtedy to właśnie środowisko Stańczyków – galicyjskich konserwatystów dążących do zyskiwania kolejnych swobód dla Polaków za cenę lojalności wobec Austrii – ukuło termin liberum conspiro, który służył im do krytyki działań spiskowych i niepodległościowych. Według nich działania te były realizowane przez młodych i nieodpowiedzialnych działaczy, którzy nie liczyli się ze skutkami nieudanych powstań.

Jednak za tym pojęciem, jak sądzę, kryła się także szersza niechęć wobec demokracji i wkraczania klas ludowych do sfery politycznej. Już bowiem dziadek jednego z najważniejszych Stańczyków, Kajetan Koźmian, w swych wspomnieniach z wielką pogardą wypowiadał się o motłochu, który doprowadził do wybuchu nieudanego powstania listopadowego. Tego typu idee zyskały później poparcie w gronie krakowskich konserwatystów oraz profesury Uniwersytetu Jagiellońskiego. W swym wykładzie, opublikowanym w 1875 roku, Antoni Walewski wskazywał, że rewolucja (słowo to w XIX wieku często było w kontekście polskim synonimem powstania) to panowanie stronnictw, liczby, gminu, zatem materializm obszerny, wydatny, zgubny, najsroższa kara niebios nad winnymi i niewinnymi.

Romantyczna demokratyzacja i twórcze ziarno niezgody

Na podstawie analiz idei politycznej mobilizacji w XIX wieku oraz reakcji na nie można stwierdzić, że – nawet podporządkowane celom powstania i rozumiane wyłącznie jako narzędzie, służące odzyskaniu niepodległości – wpisywały się one w szeroki nurt demokratyzacji. Wkroczenie przedstawicieli klas ludowych w orbitę politycznej widzialności, dokonujące się nie tylko za pośrednictwem demokratycznych piór, lecz także – jak w rewolucji 1905 oraz innych, mniej spektakularnych ruchach – poprzez akcje bezpośrednie, powodowało konieczność nowego definiowania pola gry politycznej. Obecność nowych aktorów, jak zdawał się sugerować już Henryk Kamieński w latach 40. XIX wieku, wymagała pomyślenia całkowicie odmiennego ładu instytucjonalnego, którego powstanie oznaczałoby zburzenie tradycyjnych ról i hierarchii społecznych. Jednym z wielu bezpośrednich przejawów tej nowej sytuacji była dokonująca się w Galicji demokratyzacja prawa wyborczego.

W tym więc sensie nie podzielam opinii, zgodnie z którymi romantyzm i jego późniejsze, neoromantyczne kontynuacje należy traktować jako brzemię polskiej historii. Rzecz jasna, wiele ze sformułowanych wówczas założeń może ze współczesnej perspektywy wyglądać cokolwiek naiwnie, ale rozumienie historycznych zjawisk wymaga ich kontekstualizacji, czyli czytania i analizy w określonych warunkach. Po upadku powstania listopadowego, które nie zdołało zmobilizować szerszych kręgów społecznych, pewną koniecznością było poszukiwanie nowych form wyrazu i narzędzi artykulacji treści politycznych, które mogłyby być zrozumiałe dla klas ludowych. Dlatego też czerpanie metafor z języka religijnego czy ze świata przyrody jawi się jako śmiała próba dotarcia do tych, którzy znajdowali się poza nawiasem ówczesnego życia politycznego.

Za istotne ograniczenie XIX-wiecznych koncepcji mobilizacji skłonny byłbym zatem uważać nie romantyzm, ale raczej nieustanne napięcie między ideą narodowego powstania a dążeniem do reprezentowania partykularnych interesów grup wykluczonych. Innymi słowy, była to próba opowiedzenia o materialnych interesach i roszczeniach chłopów (w mniejszym stopniu robotników) nie za pomocą języka ekonomicznego, lecz zazwyczaj moralnego. Szlachta zatem miałaby zrzec się przynajmniej części swych własności i swobód w imię wyższego dobra, a wówczas uposażony chłop mógłby stanąć do walki. Kwestię tę dodatkowo problematyzowała spuścizna I Rzeczypospolitej. Ambicją wielu działaczy niepodległościowych było przekroczenie dawnych form życia politycznego, przy jednoczesnej chęci do reprezentowania grup wykluczonych. Powodowało to strach przed możliwością ponownego nadejścia „anarchii” czy wspomnianego „klubowładztwa” i dążenie do jedności narodowej, co wtórnie powodowało prześlepienie tych roszczeń, które groziłyby rozerwaniem mitycznej „zgody narodowej”.

Stwierdzić można, że to właśnie te zjawiska do dziś kładą się cieniem na dynamice mobilizacji społecznych. Jak bowiem pokazują wydarzenia kilku ostatnich lat, skutecznym narzędziem służącym do wyprowadzania tłumów na ulicę jest, z jednej strony, wyartykułowanie sprzeciwu wobec elit czy instytucji w kategoriach narodowych („niepolski rząd”, „obce media”), z drugiej zaś strony – podkreślanie chęci do reprezentowania całego, prawdziwego, zjednoczonego narodu. Na nowo zatem materialne roszczenia są podporządkowywane wyższym kategoriom symbolicznym. Hasło „Tu jest Polska!”, skandowane na wielu nacjonalistycznych marszach, noszenie wielometrowych flag biało-czerwonych, paramilitarna stylistyka i szereg innych tego rodzaju form wyrazu jawi się jako powrót do wzorców znanych przed wieloma dekadami. Zasianie twórczych ziaren niezgody i rozerwanie tej narracji wzdłuż szwów klasowych to zadanie tym trudniejsze, że w czasach kryzysu naturalnym zjawiskiem jest rozpaczliwe poszukiwanie przyczółków wspólnotowości. Skoro jednak jednym z nielicznych dobrodziejstw ostatnich lat jest fakt, że udział w ulicznych mobilizacjach przestał być „obciachem”, to być może budująca niezgoda jest bliżej, niż mogłoby się wydawać.

Piotr Kuligowski

Przypisy:

  1. E. Laclau, Rozum populistyczny, Wrocław 2009.
  2. A. Walicki, Henryk Kamieński: filozof ponownie zapomniany, „Przegląd Filozoficzno-Literacki” 2009, nr 25, s. 132.
  3. M.D. Sibalis, Jan Czynski. Jalons pour la biographie d’un fouriériste de la Grande Emigration polonaise, „Cahiers Charles Fourier” 1995, nr 6.
  4. Tekst przygotowany na okoliczność 180. rocznicy powstania Gromad Ludu Polskiego opublikowałem w 2016 r. na łamach „Nowego Obywatela”. Zob. P. Kuligowski, „Socjalizm” powstańców listopadowych. Rzecz o Gromadach Ludu Polskiego, „Nowy Obywatel” 2016, nr 70, s. 92–99.
  5. Zjawiska te w swej ciekawej monografii opisuje W. Marzec, Rebelia i reakcja. Rewolucja 1905 roku i plebejskie doświadczenie polityczne, Łódź 2016.
  6. W. Feldman, Dzieje polskiej myśli politycznej 1864–1914, Warszawa 1933, s. 81–82.

Ks. Eugeniusz Okoń – radykał w sutannie

Jak pisał biograf ks. Okonia, w swoim czasie stał się on w niektórych okolicach naszego kraju bożyszczem biedoty chłopskiej, a równocześnie postrachem i zmorą dziedziców, wiejskich bogaczy, plebanów. Chwalili go i darzyli sentymentem ludzie prości „z rękami czarnymi od pługa”, a ganili i obrzucali złymi słowami wszelkiego rodzaju posesjonaci, czerpiący zyski z cudzej pracy. Jego wiece bywały nierzadko widowiskiem godnym bogów – odbywały się przy protestacyjnym biciu w kościelne dzwony, chóralnym zawodzeniu nabożnych pieśni, histerycznych okrzykach bractw różańcowych, a równocześnie przy entuzjazmie i wiwatach zgromadzonych mas chłopskich1.

Postać ks. Okonia wyróżnia się zdecydowanie spośród licznych duchownych, ale również działaczy społecznych i politycznych dwudziestolecia międzywojennego. Zdecydowały o tym jego radykalizm, bezkompromisowość, żarliwość oraz ostry, momentami zjadliwy język, jakiego używał. Był to typ prawdziwego trybuna ludowego, do którego nie można było mieć obojętnego stosunku. Jego postawa i działania powodowały, że albo stawało się po jego stronie, albo zaciekle go zwalczało jako populistę i demagoga.

***

Eugeniusz Okoń urodził się w Boże Narodzenie 1881 roku w Radomyślu nad Sanem2, w chłopskiej rodzinie, jako pierworodny syn Wincentego i Anieli Okoniów. W następnych latach przyszło na świat jeszcze sześcioro rodzeństwa, w związku z czym wyżywienie tej licznej rodziny z niewielkiego gospodarstwa było nie lada wyzwaniem. W rodzinnej miejscowości ukończył cztery klasy szkoły podstawowej, jednak rodzice postarali się, by zdolny chłopiec mógł kontynuować naukę. Wysłano go więc do gimnazjum w Rzeszowie, gdzie uczył się w latach 1894–1902. Po otrzymaniu matury zgłosił się do seminarium duchownego w Przemyślu, w którym przebywał następne cztery lata. Jako jeden z najzdolniejszych seminarzystów został zgłoszony przez kierownictwo placówki do przygotowania odczytu na temat Adama Mickiewicza w związku z odbywającymi się w seminarium uroczystościami poświęconymi życiu i twórczości poety. Przybyli na nie wszyscy księża-profesorowie oraz biskupi, na czele z ordynariuszem diecezji bp. Józefem Pelczarem. Wykład Okonia tak przypadł do gustu biskupowi Pelczarowi, że nakazał go wydrukować oraz rozesłać do wszystkich księży diecezji przemyskiej.

Po uzyskaniu święceń kapłańskich nasz bohater został skierowany jako wikariusz do parafii Rudka w pobliżu Sambora. Właścicielem majątku Rudka był Aleksander Skarbek, polityk endecki, poseł na Sejm Krajowy Galicji i członek austriackiej Rady Państwa. Zauważył on młodego księdza wyróżniającego się zaangażowaniem oraz działalnością. Polecił go uwadze czołowych narodowych działaczy tamtego okresu – Stanisława Grabskiego oraz Stanisława Głąbińskiego. W ten sposób na początku swojej drogi kapłańskiej Okoń znalazł się w kręgu oddziaływania endecji.

W pierwszych dziesięciu latach posługi kapłańskiej aż osiem razy przenoszono go do różnych parafii. Było to związane z jego temperamentem i działalnością wśród ludności wiejskiej. Rozbudzanie polityczne chłopstwa zazwyczaj nie podobało się proboszczom tych parafii, w których ks. Okoń pełnił obowiązki wikariusza, stąd podejmowane przez nich starania o przeniesienie niepokornego duchownego gdzie indziej. W Świlczy k. Rzeszowa, gdzie w 1911 roku sprawował obowiązki kapłańskie, decyzja o jego przeniesieniu do Majdana Kolbuszowskiego zaowocowała protestami parafian i pismem w tej sprawie, wysłanym do kurii w Przemyślu, które jednak nie przyniosło pożądanych rezultatów. Ks. Okoń usłuchał biskupiego nakazu, zapakował skromny dobytek osobisty i był gotów do drogi. I oto wtedy zajeżdża po niego udekorowany wóz. Za wozem, na którym usadowił się ks. Okoń, jedzie chłopska banderia, złożona z kilkudziesięciu koni, oraz furmanki z ludźmi, a na przedzie – orkiestra. […] Cała ta barwna, strojna kawalkada defiluje ulicami Rzeszowa aż do dworca kolejowego. Wzbudza to poruszenie, sensację, pojawiają się wszędobylscy fotografowie, robią zdjęcia, które następnie ukazują się w niektórych ówczesnych pismach ilustrowanych w Galicji. Tak wyglądał pierwszy triumfalny pochód tego młodego kapłana3.

Na czas jego pobytu w Majdanie Kolbuszowskim przypadły wybory do parlamentu austro-węgierskiego w Wiedniu. Ksiądz Okoń prowadził w związku z tym agitację, uświadamiając chłopów, że powinni głosować zgodnie ze swoimi interesami, a więc na ludzi, którzy zechcą bronić ich sprawy na forum parlamentarnym. Wkrótce został wezwany do Lwowa przez przywódców narodowej demokracji, którzy zaproponowali mu start z ich list w wyborach w powiecie kolbuszowskim. Przeszkodą jednak okazał się wiek Okonia, któremu brakowało kilku miesięcy do osiągnięcia wymaganego wówczas cenzusu 30 lat. Wymyślono wyjście z tej sytuacji – nakłoniono ks. Okonia, aby znalazł jakiegoś zaufanego chłopa, który wystawiony zostanie jako kandydat na posła, on sam zaś zostanie kandydatem na zastępcę posła. Po kilku miesiącach figurant miał zrzec się mandatu, a jego miejsce zająć miał ks. Okoń. Kandydatem został Antoni Lewicki z Huty Komorowskiej, który zgodził się na wszystkie warunki i podpisał zobowiązanie do zrzeczenia się mandatu. Misterny plan jednak zawiódł, gdyż po udanych wyborach ani Lewicki nie chciał rezygnować, ani narodowa demokracja nie kwapiła się, aby zastąpić uległego chłopa krnąbrnym duchownym. Podczas kampanii wyborczej ks. Okoń dawał bowiem wyraz swoim rzeczywistym poglądom: podburzał masy chłopskie, ciskał gromy nie tylko na zaborców, lecz także pod adresem polskich właścicieli ziemskich, wskazywał na wyzysk, niesprawiedliwość i krzywdę, to wszystko zaś niekoniecznie było zgodne z linią obozu narodowego.

Rozczarowany, odsunął się od endecji i zbliżył do ruchu chrześcijańsko-społecznego ks. Stojałowskiego. W 1913 roku miały miejsce wybory do Sejmu Krajowego we Lwowie. Okoń postanowił w nich startować, nie wiążąc się jednak z żadnym stronnictwem politycznym. Wysunął swoją kandydaturę w dwóch okręgach jednocześnie: kolbuszowskim i krośnieńskim. O ile w tym pierwszym sromotnie przegrał z Janem Stapińskim, o tyle w drugim uzyskał mandat poselski, wygrywając z hr. Tyszkiewiczem z Kolbuszowej. W Sejmie nie związał się z żadnym klubem poselskim, pozostając tzw. posłem dzikim. Z powodu izolacji nie przejawiał większej aktywności w Sejmie Krajowym, który zresztą wraz z wybuchem wojny został rozwiązany.

***

Koniec I wojny światowej to okres, w którym Okoń intensyfikował działalność. Za jej sprawą nazwisko księdza wkrótce stało się głośne nie tylko w Galicji, lecz także na wszystkich ziemiach odradzającej się Rzeczypospolitej. Pierwszy głośny wiec z jego udziałem odbył się 2 listopada 1918 roku w Radomyślu. Wówczas to na jego wezwanie zebrani chłopi przewracali słupy graniczne oddzielające Galicję od Królestwa. Nawiązał w tym czasie współpracę z Tomaszem Dąbalem, pełniącym obowiązki komendanta żandarmerii w Tarnobrzegu z ramienia Polskiej Komisji Likwidacyjnej.

Do przełomowego wydarzenia, uważanego za początek tzw. Republiki Tarnobrzeskiej, doszło 6 listopada 1918 roku. Wtedy to zorganizowano na rynku tarnobrzeskim wiec pod pomnikiem Bartosza Głowackiego. Zgromadził on ok. 30 000 ludzi, do których ks. Okoń wygłosił płomienną mowę. Nie wahał się grać na emocjach, wskazywać winowajców chłopskiej krzywdy oraz nawoływać do radykalnych zmian, które muszą zostać urzeczywistnione wraz z końcem wojny. Żołnierze, robotnicy i ty, biedoto chłopska! Zaświtał wreszcie dla was wszystkich dzień wyzwolenia, swobody, porachunku za tyle krzywd doznanych, za tyle poniewierania twej godności, za tyle wyzysku ciebie, chłopie polski, który, jakkolwiek jesteś krwią, siłą i mózgiem tej ziemi, poniewierany byłeś i poniżany. Już nie będziesz się wysługiwał i krwawo mozolił dla obcej sprawy. […] Precz z jaśnie wielmożnymi dziedzicami, precz z utracjuszami, tyś powinien zamieszkać w tych pałacach, a do okopów wpędzić tych, co się obojętnie przyglądali twej biedzie. Ta ziemia, której broniłeś, tobie ma przypaść, a ty, chłopie, który pracowałeś w pocie czoła po dworach pańskich za marne pomieszczenie po czworakach i garść soczewicy, który trząsłeś się na widok pana rządcy, ty, którego widok oblicza jaśnie pana wprawiał w drżenie i strach zarazem, tak że na nogach twych porcięta ze strachu latały jak na wrzecionie. […] Dość przez tyle wieków napracowałeś się dla panów, aby oni opływali we wszystko, a ty, abyś gnił na barłogu. Pan Bóg nie stworzył tej ziemi, tych lasów jedynie dla nich. To twoja własność również. I powinieneś korzystać z tego. Precz ze strażą leśną i łąkową, precz z lizunami hrabskimi, rządcami i leśnymi! Zeżryj, ty chłopie, choć raz do syta.

Zakończył swoje przemówienie również znamiennymi słowami, w których pobrzmiewa krytyka pod adresem samego Kościoła, nie zawsze wykazującego zrozumienie i wrażliwość na chłopską krzywdę: Właśnie dzwonią (w kościele), ale już nie na anioł pański, ale na twój anioł chłopski4. W czasie wiecu powołano do życia Zjazd Delegatów, liczący początkowo 150 osób. Miał zastąpić Radę Powiatową. Ogłoszono likwidację posterunków żandarmerii, ustanawiając w to miejsce Milicję Ludową, zniesiono dawne rady gminne, nakazano wybrać nowych wójtów i pisarzy gminnych spośród ludzi cieszących się uznaniem u chłopstwa, pozbawiono wreszcie symbolicznie mandatów poselskich hr. Stanisława Tarnowskiego, hr. Zygmunta Lasockiego i dr. Rosnera, powołując w ich miejsce ks. Okonia, chłopów Waleriana Wryka i Adama Zielińskiego oraz dr. Jaroszewskiego5. Przez pewien czas mieliśmy w Tarnobrzegu do czynienia z dwuwładzą – z jednej strony działał chłopski Zjazd Delegatów, a następnie Komitet Powiatowy, z drugiej zaś – komisarz z ramienia Polskiej Komisji Likwidacyjnej. Komitet Powiatowy wkrótce wysłał pismo do Lublina, udzielając w nim poparcia Tymczasowemu Rządowi Ludowemu Republiki Polskiej Ignacego Daszyńskiego. Delegacja tarnobrzeska w imieniu rządu lubelskiego została przyjęta przez Stanisława Thugutta.

Sytuacja taka zaowocowała anarchią na tych terenach. Według świadka ówczesnych wydarzeń mnożyły się rabunki, napady na posterunki żandarmerii, dwory czy urzędy. W styczniu 1919 r. rozpoczęły się groźne napady na dwory. Głośnym stał się rabunek w Mokrzyszowie, gdzie 8 stycznia ludność miejscowa, nawet wójt gminny, rzucili się na spichlerz dworski hr. Tarnowskiego i rozebrali zboże, zmagazynowane tam przez rząd austriacki, a także zboże dworskie. Gdy się wieść o tym rabunku rozeszła po okolicy, nadciągnęła ludność do Mokrzyszowa ze Stalów, Żupawy, Jeziórka, Grębowa i w nocy tegoż dnia rabowała ziemniaki z kopców, uprowadzała bydło i konie ze stajen dworskich. Była to straszna noc, ludzie rozdzierali cudzą własność, jak wilki, bydło zarzynali na miejscu i mięsem się dzielili, nawoływali się wśród ciemności, zapomnieli o Bogu i przykazaniach Bożych. Dopiero oddział wojska polskiego położył kres temu, zrabowane zboże i bydło poodbierał i winnych aresztował. Do masowych rabunków doszło też w Budzie Stalowskiej, Motyczu, Grębowie. W Grębowie był napad na dwór Dolańskiego 10 stycznia wieczór. Dnia tego chłopi z Jeziórka, Żupawy i innych wsi okolicznych rozbroili posterunek żandarmerii w Grębowie, rządcę i strażników folwarcznych, obrabowali pałac w Grębowie, zabrali dwa stogi siana (około 50 fur). Równocześnie ograbiono Żydów w Grębowie. W większym jeszcze stopniu ponowił się tam napad następnego wieczoru. Rzucili się wtedy na folwark grębowski chłopi z Jamnicy, Zapolednika, Krawców, Wydrzy, rabując zboże, siano, inwentarz żywy, uprząż na konie, wozy itd. Czeladź folwarczna nie tylko nie ratowała mienia dworskiego, ale sama brała udział w rabowaniu. Pono nawet starsi i zamożniejsi gospodarze rabowali6.

Na wiecu pod pomnikiem Głowackiego ks. Okoń z Dąbalem proklamowali również powołanie Chłopskiego Stronnictwa Radykalnego (ChSR), które jednak nie rozpoczęło de facto działalności, zatem w wyborach sejmowych w 1919 r. startowali oni z list PSL-Lewica. Wkrótce, w związku z oskarżeniami o podburzanie ludu i prowadzenie „wywrotowej” roboty, Polska Komisja Likwidacyjna wydała nakaz aresztowania Okonia i Dąbala. Pierwszego z nich zatrzymano po wiecu w Baranowie i osadzono w więzieniu w Rzeszowie, drugiemu udało się uniknąć aresztowania dzięki pomocy chłopów. Wraz z aresztowaniem kuria biskupia w Przemyślu zawiesiła ks. Okonia, potępiając jednocześnie jego radykalną działalność. Jednakże w żaden sposób nie zaszkodziło to mu w wyborach, które odbyły się w styczniu 1919 roku. Z list PSL-Lewica został wybrany do sejmu w okręgu tarnobrzeskim. W parlamencie przystąpił do klubu poselskiego PSL-Wyzwolenie, a pod koniec 1919 roku, w związku z rozłamem, który dokonał się w jego klubie, rozpoczął samodzielną działalność na czele proklamowanego rok wcześniej Chłopskiego Stronnictwa Radykalnego.

W czasie pierwszej kadencji sejmu, trwającej do 1922 roku, ks. Okoń zgłosił 20 interpelacji, 16 wniosków oraz wygłosił 43 przemówienia na posiedzeniach plenarnych. Oczywiście występował przede wszystkim jako obrońca chłopów, a zwłaszcza wiejskiej biedoty. Wiele miejsca poświęcił kwestiom reformy rolnej, był bowiem zdecydowanym zwolennikiem wywłaszczenia obszarników. Postulował przeznaczenie na cele reformy rolnej nie tylko majątków ziemian powyżej 300 morgów, ale także tzw. dóbr martwej ręki (majątki ziemskie kościołów i instytucji kościelnych, pozyskiwane głównie w wyniku darowizn wiernych, które często miały miejsce na łożu śmierci), podkreślając, że duchowni nie mogą być jednocześnie dobrymi kapłanami i rolnikami. Wzywał kler zasiadający w parlamencie do porzucenia obozu ziemiańskiego, przypominając, że księża zostali posłami dzięki głosom chłopów. Pamiętajmy wszyscy o tym, że gdyby się reformy rolnej takiej, jakiej lud polski żąda, nie przeprowadziło, to Polska by istnieć nie mogła, gdyż byłaby w samych fundamentach swoich zagrożona. Jeżeli Polska ma być naprawdę rzeczpospolitą ludową, jak ją powszechnie nazywamy, to musimy jej fundamenta oprzeć przede wszystkim na ludzie, przede wszystkim na ludzie wiejskim, bo jest go aż 80% w naszym państwie, więc lud w Polsce – to naród, a naród – to lud. […] Z tego więc narodowego i patriotycznego punktu widzenia wychodząc, uważam reformę rolną nie tylko za najdonioślejszy problemat gospodarczy, nie tylko za najważniejszy problemat społeczny lecz przede wszystkim za najważniejszy problemat polityczny i państwowy; upatruję w oddaniu ziemi z rąk lekkomyślnych, marnotrawnych, egoistycznych i leniwych obszarników i szlachciców w twarde chłopskie ręce od pługa za zbawienie Polski, za jedyny najskuteczniejszy środek stworzenia z Ojczyzny naszej silnego, zdrowego jak lud i potężnego państwa7. Z uwagi na problemy związane z doprowadzeniem do reformy rolnej w Polsce, nawiązując do celowej obstrukcji działań w tym kierunku, choć deklaratywnie większość posłów opowiadała się za jej przeprowadzeniem, ks. Okoń trafnie i z dużą dozą sarkazmu zauważał: Wszyscy posłowie chcą, tylko sejm nie chce8.

Postulował również przeniesienie tzw. prawa patronatu przy mianowaniu proboszczów z właścicieli dóbr ziemskich na mieszkańców. Dzięki temu, jak pisał, chłop zrzuci z siebie kajdany nie tylko obszarników, ale i kajdany proboszczów9. Oczywiście rezolucja ta nie przeszła, ale postulat Okonia, który wprost mówił o tym, że w dalszej kolejności żądać będzie oddania ludowi prawa mianowania biskupów, dobrze pokazuje jego radykalizm. Mocno angażował się też w sprawę rozwoju szkolnictwa wiejskiego, zabierając głos przy okazji dyskusji na temat projektu ustawy o ustroju władz szkolnych w czerwcu 1920 roku. Protestował przeciwko powstawaniu na wsi szkół jednoklasowych, nazywając je surogatem szkoły, wskazywał na potrzebę tworzenia przynajmniej czteroklasowych placówek, a w większych gminach – siedmioklasowych. Domagał się też tworzenia specjalnych szkół rolniczych i akademii. Podkreślał, że szkoła winna spełniać trzy główne zadania: dostarczać i rozpowszechniać wiedzę, kształtować samodzielność w jednostkach, wyrabiać charaktery. Szkoły nasze powinny głuszyć to, co jest wadą polską. Powinny wykorzeniać wady polskie, a więc lekkomyślność, kłótliwość, samolubstwo i przekupstwo […]. Uznajmy zasadę ks. Konarskiego, starą zasadę: „szkoła nie dla szkoły, tylko dla życia”10.

Występował również z żądaniami zaprzestania stosowania kar cielesnych jako pozostałości rządów austriackich, zniesienia kary śmierci, apelował o budowę kanału Kraków – Jarosław, będącego częścią planowanej jeszcze przez Austriaków drogi wodnej, która jego zdaniem powinna połączyć Wisłę z Dniestrem. Wystąpił z wnioskiem o budowę portu na Sanie między Radomyślem Małym a Skobierzynem oraz linii kolejowej Rzeszów – Głogów Małopolski – Kolbuszowa – Tarnobrzeg – Sandomierz – Warszawa.

Postulował też przyspieszenie prac nad Konstytucją. Opowiadał się w tej kwestii za budową Polski chłopskiej, stąd uznał senat za „ostoję reakcji”, przeżytek sprzeczny z ideą Polski Ludowej, niebezpieczny dodatkowo dla ruchu ludowego. Proponował bezpośredni wybór naczelnika państwa przez ogół obywateli na 7 lat spośród trzech kandydatów zaproponowanych przez sejm11.

W tym czasie zaczął też wychodzić oficjalny organ prasowy ChSR pod nazwą „Chłopska Sprawa” (pierwszym, dość efemerycznym organem, była „Jedność Chłopska” redagowana przez Dąbala, z którym drogi ks. Okonia wkrótce się rozeszły). Jego redaktorem i wydawcą był sam Okoń, a każdy numer pisma zawierał hasła w rodzaju: „Ziemia dla chłopów”, „Niech żyje Polska chłopska postępowa”, „Żądamy natychmiastowego zniesienia w Polsce tytułów książęcych, hrabiowskich, barońskich i szlacheckich”, „Dla chłopa polskiego nie masz nic droższego nad Ojczyznę i reformę rolną” itp.

Do kolejnych wyborów, w roku 1922, ks. Okoń przystąpił już pod szyldem Chłopskiego Stronnictwa Radykalnego. Na listy tego ugrupowania padło ponad 127 tys. głosów i otrzymało ono 4 mandaty poselskie (Okoń, Jan Kudelski, Jan Dziduch, Kazimierz Średniawa). Działalność Okonia w sejmie drugiej kadencji osłabła w porównaniu z pierwszą. Wygłosił w trakcie jej trwania 18 przemówień na posiedzeniach plenarnych, zgłosił 8 interpelacji i 5 wniosków. Inna sprawa, że nie działał już samotnie, gdyż praca sejmowa rozłożona została na kilka osób. Podejmował w zasadzie te same kwestie, co w Sejmie Ustawodawczym, na czele rzecz jasna z ciągle nieprzeprowadzoną reformą rolną.

Trzeba także pamiętać o prowadzonej cały czas przez niego działalności wiecowej – był to niewątpliwie urodzony trybun ludowy. Różnego rodzaju wiece organizował regularnie, czasami nawet dwa, trzy dziennie, jego przemówienia zaś trwały zazwyczaj od 2 do 3 godzin. Były przyczyną różnych zatargów, bójek i zajść gorszących ówczesną opinię publiczną. Częstokroć miejscowe duchowieństwo czy władze usiłowały torpedować jego poczynania. Charakterystyczny przykład podaje „Chłopska Sprawa”, omawiając wydarzenia, które miały miejsce w Myszyńcu w 1924 roku. Czytamy tam, iż choć prałat miejscowy […] rozweselił trunkami swoich zwolenników i wysłał pijane baby miasteczkowe na wiec nasz, by go krzykami i hałasem uniemożliwić, ksiądz Okoń, nie zważając na szaleństwa podjudzonych i podpitych dewotek, urządził wiec duży na samym rynku, obok kościoła, a olbrzymi tłum Kurpiów słuchał mowy księdza Okonia z zapałem i zachwytem12. Wszystko to spowodowało, że z biegiem czasu ks. Okoń sam zaczął chronić i ubezpieczać swoje wiece specjalnie powołaną strażą chłopską, która stopniowo przerodziła się, zgodnie z duchem tamtych lat, w rodzaj bojówek politycznych walczących na ulicach z przeciwnikami.

W wyborach sejmowych w 1928 roku ks. Okoń nie brał już udziału. Po wygaśnięciu mandatu sejmu poprzedniej kadencji został bowiem aresztowany i uwięziony w Lublinie. Postawiono mu zarzuty podburzania chłopów i rewolucjonizowania wsi. W areszcie przebywał do końca marca 1928 roku, wypuszczono go już po przeprowadzonych wyborach. Z więzienia wrócił wprost do rodzinnego domu w Radomyślu. Pozostawał bez środków do życia, wykluczony z życia politycznego i zawieszony przez władze kościelne. W tej sytuacji zdecydował się na powrót na łono Kościoła. Odwołał swoje „błędy”, potępił wcześniejszą działalność, złożył deklarację posłuszeństwa biskupowi i odbył pokutę w klasztorze bernardynów w Dukli. Przywrócono mu kanoniczne uprawnienia do wykonywania czynności kapłańskich i skierowano do parafii do rodzinnego Radomyśla, gdzie miał pomagać miejscowemu proboszczowi. Cieszył się tam dość dużą popularnością w związku z tym, że w miarę możliwości przychodził nadal z pomocą najbiedniejszym i nie pobierał zazwyczaj opłat za posługi kapłańskie.

Podczas okupacji hitlerowskiej organizował komitet pomocy wysiedleńcom i brał aktywny udział w ratowaniu osób pochodzenia żydowskiego, organizując dla nich fałszywe dokumenty i schronienie. Działalność ta o mało nie poskutkowała aresztowaniem, jednak, w porę ostrzeżony, zbiegł i od 1942 roku do końca wojny musiał się ukrywać. Po wojnie otrzymał probostwo w małej parafii Radenice, a następnie w Dobkowicach w powiecie jarosławskim. Zaprzestał wówczas wszelkiej działalności politycznej, jednak nie znaczy to, że stracił zainteresowanie takimi kwestiami. Jak pisze jego biograf: Po wielu latach już w Polsce Ludowej, na posiedzeniach Krajowej Rady Narodowej i Sejmu Ustawodawczego, na galerii wśród publiczności przysłuchującej się obradom, można było niekiedy zobaczyć pochyloną wiekiem i zniszczoną przeżyciami postać w księżowskiej sutannie. Człowiek ten potrafił godzinami słuchać poselskich przemówień, obserwować salę posiedzeń, zatapiać się w myślach. W tym czasie jednak nikt się nie zbliżał do niego ani on do nikogo13.

W 1948 roku, po wielu staraniach, dostał pozwolenie na objęcie parafii w Olszanach i Stanowicach w powiecie świdnickim na Dolnym Śląsku. Tam, schorowany i wyczerpany kolejnymi oskarżeniami oraz szykującym się procesem o tzw. płatną protekcję (ostatecznie kolejny raz został przez sąd oczyszczony z wszelkich zarzutów), zakończył swój żywot 19 stycznia 1949 roku. Rok później, zgodnie z ostatnią wolą, jego ciało zostało sprowadzone do Radomyśla i pochowane na tamtejszym cmentarzu. Kondukt żegnający tam ks. Okonia ciągnąć się miał na 6 kilometrów…

***

Eugeniusz Okoń to niewątpliwie postać kontrowersyjna. Zdecydowało o tym wiele kwestii, przede wszystkim liczne procesy sądowe, które mu wytaczano. W czasie pierwszej kadencji sejmu wpłynęło 5 wniosków o wydanie go sądom, w czasie drugiej – jeden. Poparte były oskarżeniami o wyłudzanie przez niego pieniędzy od ludzi. Trzeba od razu powiedzieć, że we wszystkich przypadkach ks. Okoń był uniewinniany, zgodnie jednak z sentencją calomniez, calomniez, il en restera toujours quelque chose, przypisywaną Francisowi Baconowi, Beaumarchais’mu czy też Wolterowi, zawsze coś z oskarżeń pozostawało. Podczas ostatniego wystąpienia sejmowego zwrócił na to uwagę, mówiąc: Pięć razy wydawano mnie sądom w tamtym sejmie, pięć razy mnie uniewinniano […]. Czci mojej uwłaczali, a kiedy sąd mnie uniewinnił, ani razu nie słyszałem głosu satysfakcji, głosu rehabilitacji. Błotem mnie obrzucano, a nie ma żadnego oczyszczenia14. Druga sprawa, która wywoływała oburzenie, to sposób prowadzenia się ks. Okonia – zarzucano mu, nie bez podstaw, nadmierny pociąg do kieliszka i płci przeciwnej.

Nie stworzył w zasadzie żadnego spójnego programu pozytywnego. W jego przemówieniach wiecowych czy sejmowych mamy do czynienia przede wszystkim z krytyką panujących stosunków społecznych, gospodarczych i politycznych, krytyką ostrą, bezkompromisową, ponieważ Okoń nie należał do osób przebierających w słowach. Bezpardonowo atakował swoich przeciwników politycznych, ale i tych, którzy zdawali się potencjalnymi sojusznikami, jak PSL-Piast, PSL-Wyzwolenie czy inne pomniejsze partie ludowe. Nie wahał się zarzucać Niezależnej Partii Chłopskiej, dowodzonej przez Alfreda Fiderkiewicza („amerykańskiego burżuja, kapitalisty”), że jest marionetką w rękach obszarników i jednocześnie bolszewickiej Moskwy. Jan Dziduch po odejściu z ChSR i dołączeniu do Stronnictwa Chłopskiego doczekał się na łamach „Chłopskiej Sprawy” pod swoim adresem takich epitetów, jak „judasz”, „nikczemnik”, „padalec”, „gad”, „krętacz”, „bandyta”, „swołocz”, „durny baran ogłupiały od alembiku”, „świnia ordynarna” itp.

Trzeba jednak powiedzieć, że konkurenci polityczni nie pozostawali Okoniowi dłużni, określając go mianem „rozpustnika”, „zwyrodnialca”, „parszywej owcy”, „kuglarza”15. Na łamach „Wyzwolenia” pisano o nim: Jeździ po kraju i urządza zebrania i wiece, a wszędzie obiecuje złote góry, naiwni zaś i bezmyślni ludzie wierzą. Obiecuje, że gdy jego ludzie przejdą na posłów, to on w ciągu roku rozparceluje wszystkie dwory, a pokątnie opowiada, że jak on będzie rządził to chłopi sami będą wódkę robili i tytoń siali. Takie brednie opowiada, a ludzie wierzą16. W innym zaś miejscu: Ks. Okoń jest człowiekiem bardzo ograniczonym i w duszy swej nie ma żadnej zalety ani cnoty, a tym bardziej idei. Ma żądze użycia, czyli zaspokojenia swych chuci i picia. […] Okoń i jego robota jest dla ludu wysoce szkodliwą, a bałamuctwo jego jest niebezpieczeństwem ludu: może zbałamucić, ale zwycięstwa ludowi nie przyniesie17.

Nie można jednak odmówić mu ideowości ani umiejętności pobudzania i mobilizowania mas ludowych. Stawał zdecydowanie w obronie najbiedniejszych, najbardziej upośledzonych mieszkańców wsi. Zarzuty interesowności i żerowania na biedocie chłopskiej nie wydają się uzasadnione. Okoń nie dorobił się żadnego majątku, a ostatnie lata życia spędził wręcz w nędzy. Zbierane pieniądze przeznaczał głównie na działalność wydawniczą i organizacyjną, która przecież musiała być finansowana z jakichś środków.

dr hab. Rafał Łętocha

Przypisy:

  1. T. Rek, Ksiądz Eugeniusz Okoń 1881–1949, Warszawa 1962, s. 7.
  2. Wiadomości biograficzne na podstawie: Ibidem; W. Stankiewicz, Okoń Eugeniusz (1881–1949), Polski słownik biograficzny, t. XXIII, Wrocław 1978.
  3. T. Rek, op. cit., s. 39–40.
  4. T. Spiss, Ze wspomnień c.k. urzędnika politycznego, Rzeszów 1936, s. 179–180.
  5. J. Rawski, „Republika Tarnobrzeska”: w świetle źródeł i wspomnień adiutanta Powiatowej Komendy Wojsk Polskich w Tarnobrzegu, Tarnobrzeg 1993; J. Słomka, Pamiętnik włościanina. Od pańszczyzny do dni dzisiejszych, Tekst, z zachowaniem oryginalnej pisowni i interpunkcji, według: Słomka Jan, Pamiętniki włościanina, wyd. 2, Kraków, bez roku wyd. [1929], Towarzystwo Szkoły Ludowej, http://www.linux.net.pl/~wkotwica/slomka/slomka-12.html#sec_12_02 (22.11.2016).
  6. J. Słomka, Pamiętnik włościanina, op. cit.
  7. Sprawozdanie stenograficzne z 56 posiedzenia Sejmu Ustawodawczego z dnia 26 VI 1919.
  8. Sprawozdanie stenograficzne z 146 posiedzenia Sejmu Ustawodawczego z dnia 14 V 1920.
  9. Sprawozdanie stenograficzne z 126 posiedzenia Sejmu Ustawodawczego z dnia 4 III 1920.
  10. Sprawozdanie stenograficzne z 153 posiedzenia Sejmu Ustawodawczego z dnia 4 VI 1920.
  11. Zob. szerzej H. Cimek, Poglądy ks. Eugeniusza Okonia prezentowane w Sejmie Ustawodawczym (1919–1920), „Państwo i Społeczeństwo” 2010, nr 7.
  12. T. Rek, op. cit., s. 156.
  13. Ibidem, s. 8.
  14. Sprawozdanie stenograficzne z 293 posiedzenia Sejmu Ustawodawczego z dnia 17. VII 1926.
  15. Obecny, Kuglarz, „Wyzwolenie” 1922, nr 31, s. 333.
  16. Okoń w służbie piastowców, „Wyzwolenie” 1922, nr 22, s. 244.
  17. Ks. Okoń, „Wyzwolenie” 1922, nr 28, s. 300.
Amfetamina ludu, czyli Trzecie Królestwo

Amfetamina ludu, czyli Trzecie Królestwo

„Religia to opium dla ludu”. Któż z lewicowców nie znałby tej, niedokładnie cytowanej, frazy Karola Marksa? Niektórzy wręcz sprawiają wrażenie, jakby z całego dorobku myśliciela z Trewiru zapamiętali tylko to jedno zdanie. Pełny cytat nie jest już wszakże tak jednoznaczny. Nędza religijna – pisze Marks – jest jednocześnie wyrazem rzeczywistej nędzy i protestem przeciw nędzy rzeczywistej. Religia jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata, jest duszą bezdusznych stosunków. Religia jest opium ludu. Opium w XIX wieku było jednak używane nie jako środek halucynogenny, lecz znieczulający. Twórca materializmu historycznego zauważa wszak, że religia może być też „protestem przeciw nędzy rzeczywistej”, motywacją do walki. Trzymając się medycznej analogii: „amfetaminą ludu”.

Historia dostarcza niezliczonych przykładów owego swoistego dżihadu w imię sprawiedliwości społecznej. Także w chrześcijaństwie. Niektórzy wyznawcy Chrystusa nie tylko gorąco pragnęli urzeczywistnienia ideałów ewangelicznego braterstwa, ale też – zamiast nadstawiać drugi policzek – przypominali inne, niepokojące słowa Jezusa: „Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz” (Mt 10, 34–36).

U schyłku imperium rzymskiego ośrodkiem chrześcijańskiego radykalizmu była Afryka Północna. W Kartaginie i w Numidii bujnie rozkwitł kult męczenników, którzy stracili życie w czasie Wielkich Prześladowań za cesarza Dioklecjana, propagowany przez wpływową chrześcijankę Lucyllę. Jego rewersem była pogarda wobec lapsi (upadłych), czyli odstępców od wiary oraz traditores (zdrajców) – biskupów uległych wobec państwa. Gdy w 312 roku na stolicę biskupią w Kartaginie powołany został Cecylian ze stronnictwa umiarkowanych, radykałowie zwołali synod, odwołali go z urzędu i wybrali swym przywódcą Majoryna, a potem Donata. Donat, świetny mówca i organizator, stworzył prężną strukturę, która po dwudziestu latach liczyła już 270 biskupstw. Istotą jego doktryny było twierdzenie, że Kościół składa się tylko ze świętych, a więc gotowych do męczeństwa, grzesznicy zaś są zeń wykluczeni; co więcej, sakramenty udzielane przez grzeszników są nieważne.

Ponieważ cesarz wsparł w tym sporze cecylian, donatyści przeszli do opozycji. W 317 roku administracja cesarska przystąpiła do odbierania schizmatykom ich kościołów siłą, co spotkało się z czynnym oporem. Pod wodzą Makida i Fasera powstały grupy agonistów (bojowników) Chrystusa, uzbrojone początkowo w laski (gdyż w Księdze Wyjścia napisano: „Biodra wasze będą przepasane, sandały na waszych nogach i laska w waszym ręku”), potem – w miecze. Na skutek represji agoniści musieli prowadzić walkę typu partyzanckiego, krążąc w pobliżu miast, dlatego nazwano ich circumcelliones. Rygoryzm donatystów największy odzew zyskał wśród tych, którzy mieli najmniej do stracenia – wśród biedoty i ludności autochtonicznej. Nic dziwnego, że zbrojne ramię „kościoła świętych” łączyło fanatyzm religijny z postulatem zaprowadzenia równości wśród ludzi. Circumcelliones wyzwalali niewolników, unieważniali długi biedaków, doraźnie wymierzali sprawiedliwość. Przekazy głoszą, że gdy napotykali pana jadącego powozem i sługę biegnącego za nim, zmuszali ich do zamiany miejsc. Pogarda dla śmierci i pragnienie męczeństwa (aż do samobójstwa włącznie) sprawiały, że agoniści byli wyjątkowo trudnym przeciwnikiem dla sił Imperium. Wytępieni zostali dopiero przez barbarzyńskich Wandalów, którzy najechali Afrykę w 429 roku.

W odróżnieniu od donatystów, późniejsi o pięćset lat bułgarscy bogomili reprezentowali odmienny, bo pacyfistyczny nurt herezji. Bogomilizm stał się wyznaniem słowiańskiego chłopstwa, okrutnie uciśnionego przez bizantyjskie państwo i zhellenizowaną arystokrację. Ortodoksyjny teolog Kosmas uskarżał się, że bogomili uczą swych współwyznawców nieposłuszeństwa panom, potępiają bogatych, nienawidzą cara, wyśmiewają starszych, gardzą wysoko urodzonymi, tych, którzy służą carowi, uważają za znienawidzonych przez Boga, i podburzają niewolników, by nie wykonywali poleceń właścicieli. Zarazem podkreślał ich kwietyzm i pokorę: „Są jak owieczki”. U podłoża bogomilizmu legła zapożyczona od azjatyckich manichejczyków idea immanentnej grzeszności materii – świat doczesny z całą jego nędzą i krzywdą miał być dziełem szatana. Koncepcja ta wywarła przemożny wpływ na większość średniowiecznych herezji, ostro akcentujących dualizm dobra i zła, ducha i materii. Zasada prymatu ducha nad materią prowadziła nie tylko do kultu ascezy i dobrowolnego ubóstwa, ale też – niekiedy – do czynnego potępienia bogaczy.

Istniał też nurt odmienny, zakorzeniony w panteizmie Szkota Eriugeny (IX wiek), a rozwinięty przez Amalryka (zm. w 1204 roku). Jego zwolennicy, zwani „braćmi wolnego ducha”, uważali się za przepełnionych duchem świętym; jako tacy stawiali się ponad wszelkim prawem, poza dobrem i złem. Głosili, że człowiek, który osiągnął świadomość swej jedności z Bogiem, nie grzeszy, cokolwiek by czynił, gdyż czego człowiek chce, tego chce Bóg. Amalrycjanie nie byli wszakże rewolucjonistami. Ta anarchoindywidualistyczna tendencja odrzucała własność prywatną, ale nie na rzecz wspólnego posiadania, lecz w imię prawa „wolnych duchów” do korzystania ze wszystkiego. Braci wolnego ducha cechowała też nieskrępowana swoboda obyczajowa (w tym wolna miłość), dlatego socjalistyczny historyk M. Beer skomentował: przekonani o tym, że są w posiadaniu świętego ducha, lekceważyli sobie wszelką moralność, przez co przynieśli wiele szkody ruchowi komunistycznego kacerstwa.

Religia i rewolucja spotkały się natomiast w XII wieku w stolicy chrześcijaństwa – Rzymie. Bogacące się mieszczaństwo dążyło do decydowania o własnych sprawach, do samorządu, a ideologiczne uzasadnienie tych dążeń odnajdywało zarówno w rzymskiej tradycji republikańskiej, jak i w ruchu ewangelicznym. Rzecznikiem tego ruchu stał się Arnold z Brescii, uczeń słynnego filozofa Abelarda (znanego również z miłości do Heloizy). Jako przeor klasztoru kanoników regularnych w Brescii postulował powrót Kościoła do życia z czasów apostolskich, głosząc dobrowolne ubóstwo duchowieństwa i występując przeciw świeckiej władzy kleru, za co został potępiony na synodzie w Sens (1140 rok). Po pewnym czasie trafił do Rzymu, gdzie współorganizował Republikę opartą na wzorcach starorzymskich, ale też inspirowaną przykładem pierwszych gmin chrześcijańskich; papież Eugeniusz III musiał opuścić Wieczne Miasto (1146 rok). W 1154 roku nowy papież Hadrian IV obłożył Rzym interdyktem, co doprowadziło do konfliktu Arnolda z senatem. Zdaniem Karola Kautsky’ego rzymskie kupiectwo obawiało się radykalnej idei „Kościoła ubogiego”, gdyż czerpało korzyści z wyjątkowego statusu Rzymu jako Stolicy Apostolskiej: nie należy zbyt bezwzględnie obchodzić się z papiestwem, jeśli nie chce się zarżnąć kury znoszącej złote jajka. Wypędzony Arnold wpadł w ręce cesarza Fryderyka I Barbarossy, który wydał zbiega papiestwu i w 1155 roku ideolog Republiki został powieszony.

Jego koncepcje powrotu do ewangelicznego ubóstwa jednak przetrwały. W 1173 roku Piotr Waldo, bogaty kupiec z Lyonu, w czasie panującego głodu rozdał – ponoć pod wpływem „Legendy o św. Aleksym” – swój majątek biednym, a sam podjął działalność wędrownego kaznodziei. Rychło pozyskał licznych uczniów (głównie spośród tkaczy i szewców), którzy tworzyli wspólnoty na wzór wczesnochrześcijański. Gdy w 1184 roku waldensi zostali ekskomunikowani przez synod w Weronie, stworzyli własny kościół, który zyskał zwolenników zwłaszcza w południowej Francji, ale także we Włoszech, Niemczech i Czechach. Waldensi dzielili się na dwie klasy: „doskonałych” (perfecti), żyjących we wspólnocie majątkowej i stanie bezżennym, oraz „uczniów” (discipuli), którym pozwalano na małżeństwa i zachowanie prywatnej własności; „uczniowie” mieli obowiązek utrzymywania „doskonałych”. Cechą charakterystyczną waldensów było równouprawnienie płci – kobiety głosiły kazania na równi z mężczyznami. Pomimo krucjat i prześladowań ciągnących się aż po XVII wieku, waldensi przetrwali w alpejskich dolinach do naszych czasów.

Podobny charakter mieli begardzi w Niderlandach i bracia apostolscy w Italii. Z tymi ostatnimi wiąże się wydarzenie, które marksistowscy historycy uważają za pierwsze powstanie komunistyczne na Zachodzie. Ruch braci apostolskich powstał jako zakon żebrzący, założony około 1260 roku przez Lombardczyka Gerarda Segarellego. W 1286 roku zakon został zakazany, co sprawiło, że bracia zeszli do podziemia. Po straceniu Segarellego (w 1294 lub 1300 roku) na czele sekty stanął były nowicjusz franciszkański Dolcino (Dulcyn). Czytelnicy „Imienia róży” pamiętają zapewne postać mnicha Remigiusza z Varagine, który walczył pod komendą Dulcyna. Umberto Eco wkłada mu w usta idee dulcynian: wynieśliśmy ubóstwo do powszechnego przykazania, i mieliśmy prawo zawładnąć bezprawnymi bogactwami innych […] Chcieliśmy świata lepszego, pokoju i dworności, i szczęścia dla wszystkich, chcieliśmy zabić wojnę, którą wy niesiecie razem z waszą chciwością.

Zimą 1303/1304 roku Dolcino pojawił się na czele zbrojnego oddziału w Piemoncie, zdobywając zamek Gattinara. Pod jego sztandar tłumnie zbiegali się zarówno bracia apostolscy, jak i okoliczni chłopi, a także zwykli awanturnicy. Wkrótce miał pod swymi rozkazami 5000 ludzi i był panem doliny Sesji. Było to jednak apogeum potęgi ruchu. Chłopstwo Valsesji zadowoliło się doraźnymi ustępstwami feudałów, obce były mu komunistyczne projekty i plan marszu na Rzym. Miasta przerażone łupiestwem dulcynian były wrogie powstaniu. Ruch nie rozwinął się, pozostając lokalną ruchawką o charakterze na poły rozbójniczym. Zimą 1306/1307 roku walczący z braćmi apostolskimi krzyżowcy otoczyli obóz buntowników na górze Rubello, starając się wziąć go głodem. Po długotrwałym oblężeniu 23 marca 1307 roku doszło do szturmu, który zakończył się rzezią dulcynian. Sam Dolcino i jego towarzyszka, piękna Małgorzata di Trenk, zostali skazani na męki (obdzieranie ze skóry i darcie z nich pasów, rwanie ciała obcęgami i żganie pikami), a potem spaleni na stosie. Herezji nie wyrzekli się do końca.

Dolcino pozostawał pod wpływem proroctw Apokalipsy, a zwłaszcza koncepcji Trzeciego Królestwa stworzonej przez Joachima de Fiore (1145–1201), opata klasztoru cystersów w Corazzo. Według tego kalabryjskiego mistyka dzieje ludzkości dzielą się na trzy epoki: starotestamentową Boga Ojca, trwającą Syna Bożego i nadchodzącą Ducha Świętego: Najpierw był czas, w którym ludzie służyli ciału; zaczął się on od Adama, a skończył z Chrystusem. Potem nadszedł czas, gdy służyli obu, zarówno ciału jak duchowi; ten czas trwa po dziś dzień. Ale nadejdzie inny wiek, w którym ludzie żyć będą tylko dla ducha. W tym tysiącletnim trzecim królestwie stan mniszy (status monachorum), zasadzający się na wspólnocie majątkowej, obejmie całą ludzkość. Jest rzeczą konieczną, żebyśmy doszli do prawdziwego naśladowania życia apostołów, nie dążyli do posiadania dóbr doczesnych, lecz raczej ich się wyrzekli – pisał Joachim od Kwiatów. Pisma proroka z Kalabrii wywierały wpływ na radykalnych reformatorów jeszcze w XVI wieku, a pisarz Andrzej Kuśniewicz odnajdywał ich echa nawet w młodzieżowej kontestacji 1968 roku.

Kolejnym ogniwem w łańcuchu „lewicowych herezji” stali się angielscy lollardowie – „ubodzy księża” pozostający pod wpływem begardów z Flandrii. Ich czołowym przedstawicielem był John Wycliffe (1320–1384), który głosił, że wszystko należy do Boga, a grzech śmiertelny znosi prawo własności. Bardziej radykalny był John Ball, prawdopodobnie franciszkanin z Kent, który miał głosić w swych kazaniach: w Anglii nie będzie lepiej, dopóki wszystko nie stanie się wspólną własnością, dopóki nie zniknie podział na poddanych i szlachtę, dopóki wszyscy nie będziemy równi. […] Wszak wszyscy pochodzimy od tych samych rodziców, od Adama i Ewy. […] my pracujemy i wytwarzamy to, co oni [szlachta – J.T.] przejadają. A buntownicza pieśń lollardów niosła słowa:

When Adam delved and Eve span,

Who was then the gentleman?

[Gdy Ewa len przędła, a Adam orał łan

Gdzie wtenczas się podziewał nasz jaśnie pan?]

To lollardowie przyczynili się do tego, że powstanie Wata Tylera było najdojrzalszym, najlepiej zorganizowanym powstaniem chłopskim w średniowiecznej Europie. Wybuchło 10 czerwca 1381 roku równocześnie w kilku punktach, m.in. w ośrodku tkackim w Norfolk i w hrabstwie Kent. Kilkudziesięciotysięczna armia chłopska pod wodzą byłego żołnierza Tylera i duchownego Jacka Strawa pomaszerowała na Londyn (uwalniając po drodze uwięzionego Balla), a następnie wdarła się do stolicy, której bramy otwarli ich sympatycy spośród uboższych mieszczan. Powstańcy spalili pałac księcia Lancaster i siedzibę gildii prawników, ale – rzecz w tych czasach niespotykana! – nie rabowali, a skoro kogo schwycili na kradzieży, tego ścinali, jako ludzie, którzy najbardziej nienawidzą złodziejstwa. Zdradzieckie zabójstwo Tylera doprowadziło do rozgromienia ruchu – 1500 powstańców ukarano śmiercią, w tym Balla i Strawa.

Chrześcijański radykalizm społeczny rozkwitł w całej swej mocy w następnym stuleciu pod postacią husytyzmu, obecnego w popkulturze za sprawą choćby pisarstwa Andrzeja Sapkowskiego czy piosenek Daniela Landy. Ojczyzną tego rewolucyjno-religijnego ruchu nieprzypadkowo stały się Czechy. W XIV wieku kraj ten przeżywał niezwykle dynamiczny rozwój gospodarczy, który zawdzięczał głównie kopalniom srebra w Kutnej Horze. Owoce tego rozwoju były jednak dzielone bardzo nierównomiernie. Korzyści z czeskich bogactw czerpali przede wszystkim cesarz, duchowieństwo, zniemczeni możnowładcy i napływowa niemiecka ludność miast. Rdzenni Czesi spychani byli natomiast na margines, ubodzy cierpieli na skutek towarzyszącej rozwojowi „rewolucji cen”. W rezultacie doszło do szczególnego splotu antagonizmów społecznych, narodowych i religijnych. W XV-wiecznym piśmie „Krátké sebranie z kronik českých k výstraze věrných Čechů” czytamy: Czesi powinni pilnie baczyć […], aby się nie dostali pod panowanie niemieckie; bo […] naród ów jest najstraszniejszym wrogiem Czechów i Słowian.

Ideologiem niezadowolonych stał się Jan Hus, profesor uniwersytetu praskiego, proboszcz Kaplicy Betlejemskiej, spowiednik królowej Zofii. Ten pochodzący z ubogiej rodziny duchowny, zainspirowany pismami Wycliffe’a, stworzył własną doktrynę. Twierdził, że jedynym autorytetem jest Pismo Święte (Lepiej słuchać Boga niż ludzi); że Kościół jako ciało mistyczne tworzą wyłącznie sprawiedliwi z Jezusem Chrystusem na czele, a rola papieża i duchowieństwa jest podrzędna; że grzech śmiertelny pozbawia panującego władzy. Głosił powrót Kościoła do „prostoty ewangelicznej”. Popierał też postulat udzielania świeckim komunii pod dwoma postaciami (chleba i wina), symbolicznie zrównujący laikat z klerem. Poglądy te sprawiły, że Hus został przez sobór w Konstancji uznany za winnego herezji i spalony na stosie 6 lipca 1415 roku.

Śmierć Husa zainicjowała rewolucję husycką. Przez kraj zaczęła przetaczać się fala tumultów wzniecanych przez oburzonych zwolenników męczennika. 30 lipca 1419 roku wybuchł bunt w Pradze: husyci opanowali ratusz, król Wacław IV schronił się na Hradczanach, gdzie niebawem zmarł. Władzę w mieście przejęło zgromadzenie Wielkiej Gminy, w którym prawo głosu miał każdy posesjonat. W 1421 roku husycki sejm wybrał 20-osobowy dyrektoriat, sprawujący rządy w kraju.

Ruch husycki od początku był jednak rozdwojony. Jego skrzydło umiarkowane – utrakwiści, reprezentujące szlachtę i praskie mieszczaństwo, nie dążyło do zmiany ustroju społecznego, zadowalało się postulatami religijnymi i narodowymi. Ich program zawierały tzw. artykuły praskie głoszące m.in. komunię pod dwoma postaciami dla wszystkich chrześcijan, swobodę głoszenia Słowa Bożego (a co za tym idzie uznanie języka narodowego w Kościele) i zakaz posiadania majątków ziemskich przez duchownych (co pozwalało na ich przejęcie przez szlachtę i patrycjat). Ale objawiło się też skrzydło radykalne, złożone z chłopów i miejskiej biedoty. W marcu 1420 roku radykałowie założyli na wzgórzu nad rzeką Łużnicą miasto nazwane Tabor na pamiątkę palestyńskiej góry, na której dokonać miało się Przemienienie Jezusa Chrystusa. Tak pojawił się w Europie ośrodek rewolucyjny, przez XX-wiecznego historyka porównany do Moskwy lat dwudziestych. Taboryci byli millenarystami wierzącymi, iż żyją w czasach ostatecznych. Głosili bliski powrót Chrystusa, który ustanowi tysiącletnie królestwo wolności, równości i sprawiedliwości; paruzja w ich ujęciu była równoznaczna ze światowym przewrotem społecznym oznaczającym ostateczne zwycięstwo Dobra nad Złem. Co istotne, przewrót ów miał być wprawdzie dziełem Boga, ale dokonanym rękami ludzi, „bożych wojowników”. Wzywali więc wiernych, by osobiście przelewali krew przeciwników prawa Chrystusowego i umyli ręce w krwi Jego wrogów.

Boskiej proście pomocy i uwierzcie Niego.

Z Nim zawsze w końcu zwyciężycie!

Chrystus umarł za wasze winy,
obiecuje stokroć więcej.

Ten kto umrze z Jego imieniem, żyć będzie wiecznie.

Pobłogosławi każdego, kto umrze za prawdę

– głosił hymn taborytów „Ktož jsú boží bojovníci”.

Ich wizja Królestwa Bożego przypominała republikę socjalistyczną: na ziemi nie będzie króla albo panującego ani też poddanego i ustanie płacenie wszelkich podatków i ceł. Nikt nikogo do niczego zmuszać nie będzie, wszyscy bowiem będą równi sobie, jak bracia i siostry. Jak w mieście Taborze nie ma różnicy między moim a twoim, lecz wszystko jest wspólne, tak wszystko ma być wspólne na zawsze, nikt nie ma posiadać własności osobistej, a kto ją ma, popełnia grzech śmiertelny.

W praktyce taboryci musieli iść na kompromisy z realiami. Wojenne warunki wymusiły podział ich zbiorowości na gminę polową i gminę domową: pierwsza zajmowała się wojowaniem, druga swą pracą utrzymywała całą społeczność. W ramach gminy domowej każda rodzina pracowała dla siebie i oddawała do wspólnej kasy tylko wypracowaną nadwyżkę. Ten stan rzeczy wywołał opór skrajnej lewicy, domagającej się konsekwentnego zniesienia zarówno własności osobistej, jak i rodziny, będącej jej ostoją. Pod wpływem „braci i sióstr wolnego ducha”, którzy do Taboru dotarli aż z Flandrii, narodził się ruch adamitów (nazwany tak od stanu rajskiej niewinności, w jakim żyć miał biblijny Adam). Adamici wierzyli, że Bóg mieszka w sercach dobrych ludzi, a szatan – w sercach złych, siebie zaś uważali za równych Jezusowi. W życiu codziennym odrzucali nie tylko własność i małżeństwo, ale też chodzili nago. Anarchistyczne skłonności adamitów były nie do pogodzenia z militarną organizacją taborycką. W marcu 1421 roku dowódca wojskowy Taboru, Jan Žižka, wypędził sekciarzy z miasta, a w październiku zaatakował zbudowane przez nich opodal Przibienic osiedle. Pokonanych spalono na stosie. Podobno na śmierć szli ze śmiechem.

Ustrój Taboru można nazwać teodemokratycznym – jego struktura religijna pokrywała się z administracyjną. Każdy wierny mógł zostać księdzem, gdyż taboryci z pogardą odnosili się do uczoności (uczeni w Taborze musieli zająć się rzemiosłem), a Pismo Święte miało być ich zdaniem wyryte w sercach ludzi. Księży wybierała gmina, a księża wybierali biskupów. Duchowni byli utrzymywani przez gminę i pełnili w niej funkcje urzędników publicznych: pisarzy, sędziów, nauczycieli. Istotna była rola czynnika militarnego, wyodrębnionego w gminę polową i dowodzonego przez obieralnych hetmanów, będących czasem zawodowymi żołnierzami (jak Žižka), czasem duchownymi (jak Prokop).

Armia taborycka nie miała sobie równych w Europie. Była to pierwsza nowożytna formacja zbrojna: zdyscyplinowana, jednolicie ćwiczona, walcząca w zwartych szykach. Znakomicie posługiwała się nowymi technologiami, takimi jak artyleria czy sprzężone wozy (osławione „tabory”). Pozwoliło to husytom nie tylko odeprzeć pięć kolejnych krucjat, ale też przeprowadzić najazdy na Niemcy oraz wspomagać Polskę w jej zmaganiach z Krzyżakami. W 1433 roku czeskie oddziały dotarły aż do Bałtyku, w Tczewie spaliły na stosie swych służących Zakonowi rodaków za to, że przeciw własnemu narodowi dawali pomoc Niemcom i przyszli […] najemniczym orężem wojować z […] Polakami, którzy dla wspólnego języka zawsze byli Czechom przychylni.

W ruchu husyckim dokonywały się jednak przemiany. Kraj był wyniszczony wojnami i anarchią. Czescy wieśniacy coraz mniej chętnie garnęli się pod sztandar z czerwonym Kielichem, za to coraz liczniej w szeregi „bożych wojowników” napływali zubożali rycerze i pospolici awanturnicy, także z ościennych krajów. Wojsko taboryckie ulegało profesjonalizacji nieuchronnej w warunkach niekończącej się wojny, a nawet demoralizacji związanej z grabieżami. Nic dziwnego, że po śmierci Žižki (1424) z jego oddziałów uformowało się odrębne stronnictwo „sierotek” (sirotci) – to ono brało udział w wyprawie na Pomorze. Natomiast utrakwiści zainteresowani byli zawarciem pokoju, dążyli więc do kompromisu z katolikami. W listopadzie 1433 roku pełnomocnicy Kurii rzymskiej i przywódcy utrakwistów podpisali „kompakty bazylejskie”, stanowiące złagodzoną wersję artykułów praskich. Taboryci odrzucili porozumienie jako zdradę.

30 maja 1434 roku pod Lipanami spotkały się dwie armie: połączone siły katolicko-utrakwistyczne z jednej strony, taboryci Prokopa Wielkiego i „sierotki” Jana Čapka z drugiej. Tym razem taboryci musieli walczyć przeciwko nieprzyjacielowi, który nie tylko przewyższał ich liczebnie, ale też stosował taką samą taktykę. Bitwa skończyła się rzezią radykałów – Prokop poległ, Čapek uciekł z pola. Przez pewien czas stawiał jeszcze opór w zamku Syjon oddział Jana Roháča, który został rozbity w 1437 roku. Tabor jako osiedle rzemieślnicze zachował autonomię do 1452 roku, jednak z jego komunistycznego ustroju nic już nie zostało. Resztki taborytów przyjęły pacyfistyczną doktrynę Petra Chelčický’ego, tworząc ruch „braci czeskich”, którego kontynuacją jest Herrnhut.

Echa husytyzmu rozbrzmiewały jednak nadal. Taborytom nieobce były ambicje rozszerzenia swej wiary na całe chrześcijaństwo, prowadzili więc intensywną propagandę w innych krajach. Pod jej wpływem w południowych i środkowych Niemczech ukształtował się silny prąd socjalistyczny, ujawniający się zwłaszcza wśród niższych warstw ludności miejskiej i zagrażający, poza Żydami, przede wszystkim bogatej hierarchii kościelnej – pisał XIX-wieczny niemiecki historyk. Na tym podłożu wyrósł ruch anabaptystów – nowochrzczeńców, domagających się powrotu do pierwotnego chrześcijaństwa. Jeden z anabaptystów oświadczał: Najwyższym przykazaniem Boskim jest miłość. […] A miłość ta daje się poznać we wspólności dóbr doczesnych. Praktykowanie przez nich chrztu dorosłych stanowiło wyzwanie rzucane kościołom państwowym. O ile anabaptyści szwajcarscy odrzucali wszelką przemoc, o tyle wśród niemieckich panowały nastroje rewolucyjne. Do ruchu tego należała m.in. gmina w Zwickau, z którą związany był Tomasz Münzer.

Münzer, doktor teologii, wikary w rzemieślniczym kościele św. Katarzyny w Zwickau, początkowo współpracował z Marcinem Lutrem, inicjując m.in. liturgię w języku niemieckim. Szybko jednak jego poglądy uległy radykalizacji. Pod wpływem lektury Joachima de Fiore zwrócił się w kierunku mistycyzmu. Wbrew Lutrowi, postulującemu literalne rozumienie Biblii (sola scriptura), Münzer uważał, że Pismo Święte musi być poparte głosem wewnętrznego objawienia, natchnieniem ducha Bożego: Choćbyś zjadł całą Biblię, nic ci to nie pomoże. To nie uczoność (wtedy dostępna wszak nielicznym) wiodła do zbawienia, ale asceza (Ażeby zaś człowiek usłyszał i odczuł Słowo, Bóg musi mu odjąć jego chuć cielesną). Ascezie sprzyjało wyrzeczenie się własności prywatnej: wszystko jest wspólne (omnia sunt communia) i wszystko powinno być każdemu wydzielone według potrzeby – pisał, powołując się na Platona. Z kolei panteistyczna idea wszechobecności Ducha Świętego (niebo i ziemia pełne są Boga) skłaniała Münzera do koncepcji demokratycznych. Z woli Boga, podkreślał, cała gmina ma władzę miecza […], książęta nie są panami, lecz sługami miecza. Mistycyzm, jak widzimy, nie kierował marzyciela z Zwickau w zaświaty. Odrodzone społeczeństwo miało być bramą do Królestwa Bożego na Ziemi, w którym my, ludzie cieleśni, ziemscy, staniemy się bogami przez wcielenie Chrystusa.

Gdy w Niemczech wybuchła wojna chłopska, Münzer, człowiek czynu, mógł spróbować zrealizować swój program. Spotkał się z przywódcami powstania szwabskiego, którym pomógł sformułować program („Dwanaście Artykułów”): wolność osobista, ograniczenie świadczeń na rzecz dworu, podatek ograniczony do dziesięciny ze zboża, a przeznaczany na potrzeby gminy, gminna własność lasów i części gruntów, sądzenie tylko „według prawa pisanego”, wybór proboszcza przez gminę, nauczanie wyłącznie Ewangelii „bez żadnych ludzkich dodatków”. 17 marca 1525 roku Münzer opanował miasto Mühlhausen, z którego starał się uczynić bazę rewolucji. Wierząc, że bezbożni nie mają prawa do życia, chyba o tyle, o ile pozwolą im wybrani, wzywał do rewolucyjnego terroru wobec panów: Nie dopuśćcie do siebie litości, jak to Bóg przykazał przez Mojżesza. […] Niech miecz wasz nie ostygnie z krwi; […] Dopóki oni żyją, nie możecie się pozbyć strachu ludzkiego. Wezwania do powszechnego buntu trafiały jednak w próżnię, poszczególne gromady chłopskie zainteresowane były tylko lokalnymi sprawami. 14–15 maja 1525 roku doszło do bitwy pod Frankenhausen, w której siły Münzera poniosły druzgocącą klęskę. On sam dostał się do niewoli i po okrutnych torturach został stracony 27 maja.

Anabaptyści jeszcze raz zerwali się do walki. Pod wpływem krwawych prześladowań w Niderlandach pojawiła się frakcja, której przywódcy – Jan Mathys (piekarz z Haarlemu) i Jan Bockelson (krawiec z Lejdy) – gotowi byli odpowiedzieć przemocą na przemoc. Uchodzący przed represjami anabaptyści skupiali się w Münster, mieście próbującym wyzwolić się spod władzy biskupa katolickiego. Gdy w lutym 1534 roku biskup próbował zbrojnie zająć miasto, anabaptyści stawili najenergiczniejszy opór, a wkrótce potem wygrali wybory do rady miejskiej. Niebawem jednak radę zastąpił „wydział dobra publicznego”, tworzony przez dwunastu „starszych [sędziów] pokoleń Izraela”, czyli anabaptystowskich kaznodziejów wybieranych w poszczególnych parafiach. Faktycznie jednak dyktatorską władzę pełnił – tu znów biblijna terminologia – „król Syjonu” (najpierw Mathys, a po jego rychłej śmierci Bockelson), który mianował dwunastu komendantów bram. Münster zostało proklamowane Nową Jerozolimą. Szlachetne kruszce uległy uspołecznieniu, handel zastąpiono wymianą barterową. W parafiach została stworzona instytucja diakonów, którzy początkowo opiekowali się chorymi i biednymi, organizowali wspólne wieczerze, w końcu zaś wzięli na siebie aprowizację ludności. Część rzemieślników została zobowiązana do produkcji na rzecz gminy.

Rewolucja anabaptystowska budziła wiele kontrowersji. Przywódcom Nowej Jerozolimy zarzucano stosowanie krwawego terroru, pławienie się w zbytku (co kontrastowało z nędzą oblężonego miasta), rozpustę. W Münster oficjalnie wprowadzono – powołując się na starotestamentowe wzory – poligamię; Bockelson miał piętnaście żon. Kautsky wyjaśnia to jednak koniecznością ekonomiczną: w mieście było dwa-trzy razy więcej kobiet niż mężczyzn, obowiązek dołączenia samotnych kobiet do kierowanych przez mężczyzn gospodarstw domowych miał pomóc im przetrwać. Pośrednim na to dowodem ma być udział kobiecych oddziałów w obronie Nowej Jerozolimy. Ale i on przyznaje, że Anabaptyści münsterscy […] wcale nie byli zwolennikami emancypacji kobiety.

Ustanowienie wielożeństwa wywołało opór rodowitych münsterczyków, którzy w lipcu 1534 roku podnieśli bunt. Choć stłumiony, osłabił siły Nowej Jerozolimy. Próby wzniecenia anabaptystowskiej rewolucji w Niderlandach na Wielkanoc 1535 roku zostały zdławione w zarodku. W czerwcu tego roku, po wielomiesięcznym oblężeniu, wojska biskupie zdobyły Münster. W styczniu 1536 roku „króla Syjonu” i jego towarzyszy stracono. W anabaptyzmie ostatecznie wygrał kierunek pacyfistyczny, który przetrwał do naszych czasów pod postacią wspólnot amiszów i huterytów w USA.

…Donatyści, bogomili, waldensi, dulcynianie, lollardowie, taboryci, anabaptyści. Gąszcz dziwnie brzmiących, zapomnianych nazw. Czy może to jeszcze zainteresować kogoś poza garstką hobbystów? Chyba tak. Myśl postsekularna poszukuje w religii rewolucyjnego żaru wciąż tlącego się pod warstwą instytucjonalno-dogmatycznego popiołu. Amerykański pisarz anarchistyczny Peter Lamborn Wilson, znany pod pseudonimem Hakim Bey, w swym eseju „Religia i Rewolucja” głosi: „Lud-mesjasz” nie wstępuje w homogeniczną identyczność ani w piekielną separację entropicznego kapitalizmu, lecz w różnorodność i obecność rewolucji – w walkę, „świętą wojnę”. Na samym tym fundamencie możemy zacząć pracę nad teorią pojednania pozytywnych sił religii i sprawy oporu. Próbę rehabilitacji religii jako przejawu ludzkiej woli utopijnej podjął dysydencki filozof marksistowski Ernst Bloch. Jak napisał Leszek Kołakowski: Cała filozofia Blocha okazuje się w końcu teogonią, fantastyczną projekcją Boga, który się stanie. Tym tropem podąża lewicowy socjolog meksykański Luis Martinez Andrade, który w swej książce „Ameryka Łacińska: Religia bez odkupienia” doszukuje się tkwiącego w religii potencjału rewolucyjnego. Wierzy, że teologia powinna służyć uciskanym, ponieważ […] może przywrócić materializmowi historycznemu jego ładunek […] mesjanistyczny i rewolucyjny […] doprowadzić do emancypacji ludzkiej […], która ostatecznie nie będzie dziełem boskim, lecz wynikiem współpracy Boga i istot ludzkich.

dr hab. Jarosław Tomasiewicz

Keep it complex – malezyjskie zmagania z politycznym islamem

Powinienem ten tekst rozpocząć albo od jakiegoś smacznego porównania Malezji z Polską, albo od generalizującego zestawienia islamu z polskim katolicyzmem – wszak wiadomo, że wielu Polaków niespecjalnie interesuje się tym, co dzieje się poza granicami ich kraju, no chyba że „wśród ofiar byli Polacy”. Nie jestem oczywiście w stanie wyrugować tego typu porównań ze sposobu, w jaki widzę Malezję (wszak urodziłem się i wychowałem w Polsce), postaram się jednak unikać prostackich i upraszczających nawiązań. Malezja i Polska są oczywiście w jakimś stopniu podobne (np. jeśli chodzi o poziom PKB oraz – z grubsza – liczbę mieszkańców), ale również – bardzo różne. Myślę więc, że celem tego tekstu jest raczej przybliżenie Malezji jako specyficznego przykładu kraju peryferyjnego, który odniósł umiarkowany sukces; kraju, gdzie różnorodność (multi-kulti) jest esencją tożsamości, zagrożoną dziś przez redukcyjny religijny fundamentalizm. Z pełnym zaangażowaniem i w każdym przypadku podpisuję się pod hasłem keep it complex.

Moje zainteresowanie Malezją, a przede wszystkim jej stolicą – Kuala Lumpur, jest częściowo zawodowe (jako nauczyciel akademicki miałem i mam kilkanaścioro studentów i studentek z tego kraju; jako urbanistę interesuje mnie rozwój tego miasta), częściowo towarzyskie (przyjaźnię się z kilkorgiem Malezyjczyków), samo miasto odwiedzałem zarówno z powodów zawodowych, jak i towarzyskich. Nie jestem jednak ekspertem zajmującym się polityką i kwestiami społecznymi tego kraju – tekst ten jest więc przede wszystkim osobistą refleksją, nie rości sobie pretensji do bycia obiektywnym raportem.

Kuala Lumpur (KL) jest – moim zdaniem – miastem, w którym można obserwować najważniejsze siły kształtujące dziś współczesny świat. Widać tu i czuć ślady (czasem całkiem świeże i wyraźne) brytyjskiej kolonizacji. To miasto w większości zamieszkałe przez muzułmanów, globalny kapitalizm można tu dostrzec na każdym kroku, rzuca się tu w oczy również wzrost potęgi Chin.

W tym momencie przyda się kilka słów wyjaśnienia. Chińczycy są w Malezji największą mniejszością etniczną. W momencie odzyskania niepodległości stanowili niemal 50% ludności, dziś jest ich poniżej 30% – Malajowie mają po prostu znacznie liczniejsze rodziny, rząd też mocno wspiera malajską większość. Chińczycy jednak są mniejszością bogatą, a większość (mówi się o około 70%) gospodarki Malezji jest w ich rękach. To oczywiście rodzi napięcie między nimi a Malajami, którzy dominują demograficznie i politycznie. Według konstytucji premierem tego kraju może być tylko Malaj i muzułmanin. Potęga ekonomiczna i polityczna Chin niekoniecznie jest dla malajskich Chińczyków korzystna; przypomina mi to trochę sytuację rosyjskojęzycznych mieszkańców Łotwy. Chińczycy w Malezji nie pojawili się bowiem wczoraj, żyją w tym kraju od co najmniej kilku pokoleń. Nie czują się więc „imigrantami”, ich związki z Ludowymi Chinami (czy Tajwanem) są słabe, a czasem bardzo trudne – przodkowie niektórych malezyjskich Chińczyków po prostu uciekli z Ludowych Chin. Malezja jest dziś ich ojczyzną. Znaczenia Chin jednak nikt w Malezji nie ignoruje. I mimo że zdarzają się (bardzo nieliczne) zamieszki na tle rasowym, a politycy rządzącej partii od czasu do czasu pozwalają sobie na uwagi na krawędzi rasizmu, to jednak w sporze pomiędzy Filipinami a Chinami o wyspy na Morzu Południowochińskim (który Chiny przegrały) Malezja – choć sama ma tam interesy – nie stanęła po stronie Filipin, lecz wezwała do dialogu i rozmów, co jednoznacznie zostało odebrane jako poparcie Chin.

Na ulicach widać co prawda segregację – Malajowie często trzymają się z Malajami, Chińczycy z Chińczykami – jednak zarówno szkoły, jak i praca działają integrująco, więc młodzież i klasa średnia śmiało przekraczają bariery etniczności. Nigdy jednak do końca: małżeństwa pomiędzy Chińczykami a Malajami są – z przyczyn religijnych – bardzo utrudnione.

W KL widać też oczywiście islam oraz napięcie pomiędzy turystami z Arabii Saudyjskiej (kobiety w burkach) a znacznie bardziej umiarkowanym islamem malezyjskim. Wspomniani wcześniej Chińczycy ledwo kryją swą niechęć do Saudyjczyków. Islam malezyjski, mimo wciąż rosnących wpływów saudyjskich związanych z finansowaniem przez Saudyjczyków szkół koranicznych, jest zbudowany wokół idei „umiarkowania”. Pomimo gorliwej religijności Malezyjczycy z niechęcią odnoszą się do jakichkolwiek przejawów fanatyzmu, a rząd z dużą determinacją tropi i zwalcza islamistów. Problemem jest oczywiście wytyczenie granicy pomiędzy „dopuszczalnym” islamizmem (reprezentowanym na przykład przez partię PAS) a tym, który jest ścigany przez władzę. Rząd bowiem otwarcie flirtuje z politycznym islamem – sam więc ma problem, by precyzyjnie określić, co jest „dobrą”, a co „złą” wersją upolitycznienia religii.

Malezja pod względem rozwoju gospodarczego jest na poziomie zbliżonym do Polski, choć nierówności społeczne są tu większe. Jest też wielu imigrantów z krajów ościennych, których Europejczykowi nieznającemu lokalnych języków trudno na pierwszy rzut oka zauważyć. Kapitalizm jest w Malezji mieszanką neoliberalizmu (tu też w latach 80. ubiegłego wieku miała miejsce rabunkowa prywatyzacja inspirowana polityką Margaret Thatcher), postkolonialnej korupcji, klanowych i rodzinnych interesów, interwencji politycznych oraz indywidualnych prób przetrwania i adaptacji. Kuala Lumpur rozwija się w napięciu pomiędzy rządowymi projektami infrastrukturalnymi a spekulacyjnym rynkiem nieruchomości. Planowanie przestrzenne, w europejskim rozumieniu tego słowa, jest w powijakach.

Te wszystkie ścierające się siły tworzą niepowtarzalny, multikulturowy (tak, tak, jak multikulti, to tylko w Kuala Lumpur) charakter tego miasta – zdarzyło mi się dostrzec w podziemnym parkingu w centrum handlowym ślady buddyjskich rytuałów. Przebywając tu, łatwo poczuć, że centrum świata przesunęło się do Azji, że Europa jest tylko jednym z graczy na światowej szachownicy, graczem coraz słabszym, coraz bardziej marginalnym, że Malezyjczycy myślą i planują globalnie. Znaczące są komentarze, które na temat referendum w kwestii wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej słyszałem od taksówkarzy, studentów, urzędników i profesorów – uważających, że to „głupia decyzja podyktowana niezrozumieniem współczesnego świata oraz ksenofobią”. Myślę, że uczynienie Borisa Johnsona ministrem spraw zagranicznych tylko utwierdziło Malezyjczyków w tym przekonaniu. Decyzja o wyjściu z Unii Europejskiej jest przyjmowana z politowaniem również dlatego, że Unia wciąż jest punktem odniesienia (niekoniecznie wzorem – ale ważnym „studium przypadku”) dla krajów ASEANu. Malezyjczycy dobrze wiedzą, że w dzisiejszym świecie nikt nie gra sam, wszyscy starają się tworzyć polityczno-gospodarcze bloki. Polityka suwerenności (opowiadają o niej też polscy politycy) to model, który umarł w początkach XX wieku na polach bitew I wojny światowej, a w Malezji chyba nikt nie traktuje go poważnie. Nie znaczy to jednak, że Malezja nie ma własnych państwowych ambicji, wręcz przeciwnie. Chce być krajem znaczącym w regionie – chce być (i do pewnego stopnia już jest) liderem Azji Południowo-Wschodniej.

Bez zbytniej przesady można chyba powiedzieć, że kształt współczesnej Malezji – pod względem gospodarczym, społecznym i politycznym – jest efektem modernizacyjnego projektu premiera Mahathira bin Mohamad, który rządził przez ponad dwadzieścia lat, od początku lat 80. do początku XXI wieku. Mahathir uważany jest za ojca wzrostu gospodarczego, którego Malezja doświadczała w tamtych latach, jest on również odpowiedzialny za wzrost znaczenia islamu w kraju. To on przeprowadził wzorowaną na Reaganie i Thatcher prywatyzację w latach 80. – choć w czasie kryzysu finansowego w latach 90. był bliski rozwiązaniom keynesowskim. Wydaje się, że Mahathir był i jest przede wszystkim nacjonalistą (jest również otwartym antysemitą), a jego „flirt” z politycznym islamem był podyktowany tym, że niemal wszyscy Malajowie są muzułmanami w przeciwieństwie do pozostałych żyjących w Malezji grup etnicznych. Jego polityka była więc prawdopodobnie przede wszystkim reakcją na islamizację kraju, która rozpoczęła się w latach 80. za sprawą wpływu saudyjskich wahabitów. Gdy ogląda się zdjęcia rodzinne Malajów z lat 60. i 70., uderza brak chust (tudung) okrywających włosy kobiet. Od lat 80. – właśnie za sprawą wpływów z Bliskiego Wschodu – stały się one powszechne, choć ich noszenie nie jest wymagane przez prawo. Według bliskiego sojusznika Mahathira i radykalnego krytyka wahabizmu, Zaida Ibrahima, premier starał się wykorzystać islam jako mechanizm wzmacniający etyczny wymiar życia publicznego oraz element odróżniający Malezję odjej dawnych kolonizatorów. Islam miał być jednym z elementów projektu modernizacji Malezji. Mahathir odwoływał się jednak raczej do „wartości azjatyckich” niż do „wartości islamskich”. Jego polityka jest różnie oceniana, wydaje się jednak, że udało mu się „obudzić” w Malajach patriotyzm i poczucie dumy z bycia Malezyjczykiem. Nie przestał być jednak nacjonalistą – gdy jego następca, premier Najib Tun Razak, zainicjował program 1Malaysia (Jedna Malezja), podkreślający harmonię i spójność Malezji bez względu na podziały etniczne i religijne, Mahathir publicznie krytykował tę propozycję, mówiąc, że jej po prostu nie rozumie.

Warto również wspomnieć córkę Mahathira, Marinę Mahathir. Formułuje ona jeden z najmocniejszych głosów w obronie praw kobiet – porównała ich pozycję w Malezji do sytuacji czarnych niewolników na plantacjach amerykańskiego Południa. Wspiera także prawa osób LGBT. Stosunki homoseksualne wciąż podlegają w Malezji karze więzienia – co szczególnie bulwersujące, bardziej restrykcyjny jest świecki kodeks karny, wywodzący się z ustawodawstwa brytyjskiego, niż prawo szariackie, które do oskarżenia o homoseksualizm wymaga trzech świadków. Co ciekawe (i znaczące), książki i publikacje Mariny w języku angielskim są powszechnie dostępne w Malezji, podczas gdy jej teksty po malajsku miewają problemy z cenzurą. Język angielski jest językiem elit, językiem wykładowym na większości uniwersytetów, jest też „oficjalnym językiem roboczym” w dwu malezyjskich stanach.

Zaid Ibrahim, który nie jest dziś już aktywny politycznie, ale jako były minister i uznany prawnik zajmuje znaczące, choć kontrowersyjne miejsce w debacie publicznej, wciąż stara się (chyba nawet mocniej niż próbował kiedykolwiek Mahathir) sformułować program „malezyjskiego” uniwersalistycznego i głęboko humanistycznego islamu. Wydaje mi się jednak, że popełnia on błąd, zbytnio odwołując się do zachodniego liberalizmu, zamiast budować swą koncepcję, obficie czerpiąc z islamskiej tradycji. W swojej książce „Assalamu Alaikum. Observations on the Islamisation of Malaysia” bardzo mocno podkreśla różnicę pomiędzy islamem – „doskonałą”, uniwersalistyczną religią, nieposiadającą ani hierarchicznej struktury „kościelnej”, ani dogmatycznej teologii, oraz islamizmem – fundamentalistycznym sposobem interpretowania tej religii przez aparat urzędników religijno-państwowych. Zaid Ibrahim przedstawia wizję islamu jako religii uniwersalistycznej, zdecentralizowanej, celebrującej niepewność ludzkich sądów. Przywołuje klasyczny okres kształtowania się prawa islamskiego jako ten, w którym uważano, że spory interpretacyjne pomiędzy prawnikami interpretującymi Koran oraz Szarię są bożym błogosławieństwem. W islamie, takim jak go opisuje, istnieje bowiem radykalne cięcie pomiędzy religią objawioną przez boga („islam jest doskonałą religią”) a ułomnościami człowieka, popełniającego błędy w interpretacji i zrozumieniu tej religii. To napięcie, które spowodowało w okresie klasycznym rozwój szkół interpretujących Koran w różny sposób, dziś jest „przezwyciężane” przez islamskich fundamentalistów opierających się na wahabickiej (obowiązującej w Arabii Saudyjskiej) wersji islamu. To właśnie Arabia Saudyjska w narracji Zaida jawi się jako największe zagrożenie dla „prawdziwego islamu”, ponieważ finansując szkoły koraniczne na całym świecie, upowszechnia ona fanatyczną i obskurancką, a dla wielu po prostu fałszywą, wersję tej religii. W tym kontekście flirt USA i UK oraz wielu innych krajów Zachodu z Saudami musi być widziany jako samobójczy. Gdyby nie pieniądze Saudów, wydawane za cichą zgodą Zachodu na nauczanie wahabickiej wersji islamu, nie byłoby ani Al Kaidy, ani ISIS. Fundamentalistyczny islam oraz islamski terroryzm są – pośrednim, ale jednak – efektami koniunkturalnej polityki Zachodu. Zaid krytykuje fundamentalistyczną interpretację prawa szariackiego, wskazując na jego niefundamentalistyczne zastosowania, jak chociażby to wprowadzone na początku lat 70. w Egipcie czy też obowiązujące w Indonezji, którą zresztą, obok Tunezji, Maroka, Egiptu oraz Turcji, wskazuje jako przykłady postępowego i demokratycznego (a przynajmniej zmierzającego w takim kierunku) islamu.

Do wielu tez Zaida można mieć zastrzeżenia. Przyjmowana przez niego bez specjalnych zastrzeżeń narracja „wojny cywilizacji” połączona z liberalno-demokratycznymi aspiracjami mnie osobiście odrzuca. Wydaje mi się, że po początkowym przedstawieniu uniwersalistycznego i głęboko humanistycznego rdzenia islamu, Zaid ulega pokusie jeszcze chyba XIX-wiecznej modernizacji.

Moje doświadczenia ze studentami i wykładowcami International Islamic University Malaysia (Zaid zresztą wspomina o nim w swojej książce jako o próbie, raczej nieudanej, budowy intelektualnego zaplecza dla „umiarkowanego islamu”), a szczególnie te wyniesione z seminarium, które prowadziłem tam na temat idei wspólnoty, sprawiają, że „kapitulacja” Zaida Ibrahima rozczarowuje. Moi rozmówcy, mówiąc o wspólnocie, odwoływali się przede wszystkim do języka liberalnej demokracji – mimo wrzucania kilku cytatów z Koranu, to raczej anglosaski komunitarianizm, a nie islam był dla nich główną ramą interpretacyjną. Liberalna demokracja na Zachodzie przeżywa dramatyczny kryzys, próba budowy jej „islamskiej” wersji wydaje mi się skazana na porażkę. Paradoksalnie, znacznie bardziej optymistycznie patrzyłbym na rozwój uniwersalistycznej myśli politycznej inspirowanej islamem (a wręcz z niego wyrastającej), która – jak się wydaje się – może mieć nawet większy potencjał inkluzywności niż chrześcijaństwo. Książka Zaida pokazuje również uderzające podobieństwa pomiędzy narracją „islamizującą” w Malezji a narracjami chrześcijańskich fundamentalistów w USA czy katolickich radykałów w Polsce – potwierdzając, że dzisiejsze religijne fundamentalizmy są postmodernistycznymi konstruktami, redukującymi złożoność tradycyjnie wyznawanych i praktykowanych religii do produktu religiopodobnego, który wykazuje więcej podobieństw z fanatyzmem zwolenników drużyn piłkarskich czy politycznych sekt niż z głęboko przeżywanymi i praktykowanymi religiami naszych prapradziadków. Ciekawym przykładem napięcia pomiędzy islamizmem a „tradycyjnym” islamem w Malezji są kłopoty ludowych znachorów i uzdrawiaczy (Malajów i muzułmanów). Funkcjonowali oni w kraju jako istotna część religijno-społecznego ekosystemu bez przeszkód do czasu, gdy „nowi” – wykształceni przez wahabitów – imamowie nie zaczęli oskarżać ich o sprzeniewierzenie się wierze.

Tutaj chciałbym na chwilę porzucić Malezję (a raczej pozostawić ją jako punkt odniesienia i potencjalne „laboratorium przyszłości”) i napisać, że moim zdaniem otwarcie na niewahabicką wersję islamu jest we współczesnej Europie absolutnie niezbędne. Miliony wyznawców islamu (w 2010 roku było ich ponad 43 miliony; przewiduje się, że do 2050 roku liczba ta wzrośnie do około 70 milionów) mieszkających we współczesnej Europie nie znikną, ich konwersja na chrześcijaństwo czy porzucenie wszelkich religii nie nastąpią, a w każdym razie nie na masową skalę. Oczywiście bajki o islamizacji Europy są bzdurami opowiadanymi przez prowincjonalnych nacjonalistów (70 milionów to wciąż ledwo ponad 10%), nie należy więc bać się wzrostu znaczenia islamu, a raczej potraktować go jako szansę na budowę sieci wpływu w krajach, w których stanowi większościowe (albo bardzo ważne) wyznanie.

Tu zadeklaruję się – by uprzedzić wszelkie niedopowiedzenia – jako zwolennik rozszerzenia EU na kraje Afryki Północnej i budowy Unii Morza Śródziemnego. Oczami wyobraźni widzę, jak w tym momencie część czytelników zamyka „Nowego Obywatela” lub przechodzi płynnie do następnego artykułu.

Jeśli jednak postanowiliście dokończyć ten tekst, spróbujmy razem zmierzyć się z mitem o nieprzezwyciężalnej różnicy pomiędzy islamem a liberalną demokracją. Sam do liberalnej demokracji mam spore zastrzeżenia – uważam ją za nie dość emancypacyjną i inkluzywną, ale dyskusję na ten temat zostawmy na inną okazję. Jest oczywiste, że w kwestii pozycji kobiet konserwatywni muzułmanie bez problemów dogadają się nie tylko z europejskimi konserwatystami, lecz – jak pokazał spór o burkini – także z pozornie liberalnymi, a nawet lewicującymi Europejczykami. Nie mówiąc już o Polakach, wśród których ze świecą szukać tych dostrzegających we francuskim ataku na burkini przejaw oświeceniowej autorytarnej tradycji, jaką każdy konserwatysta z niesmakiem odrzuca. W wielu kwestiach – na przykład in vitro – „konserwatywny” Iran jest bardziej „liberalny” niż Polska. Piszę to, by pokazać, że podział na „wartości europejskie” i „wartości islamu” jest podziałem fałszywym. Bardziej prawdziwy byłby podział na tych, którzy kierują się szacunkiem wobec drugiego człowieka, i tych, którzy drugim człowiekiem (kobietą, homoseksualistą, imigrantem, biednym) pogardzają. Mimo negatywnego stosunku islamu do homoseksualizmu, przykład Sadiqa Khana, burmistrza Londynu, który głosował za małżeństwami jednopłciowymi w brytyjskim parlamencie, pokazuje, że w wymiarze politycznym większym problemem w Europie może być konserwatywny (większościowy) odłam polskiego kościoła katolickiego niż islam. Polska prawica uwielbia straszyć wahabickim islamem z Arabii Saudyjskiej, podczas gdy islamska Tunezja wydaje się bardziej kulturowo tolerancyjna niż Polska pod rządami PiS. Nie ma więc żadnego fundamentalnego sporu pomiędzy „wartościami europejskimi” a islamem. Zarówno w Europie, jak i w północnej Afryce istnieją siły obskuranckie i emancypacyjne.

Jako intelektualny i polityczny projekt islam wydaje się co najmniej tak samo interesujący jak chrześcijaństwo. Zawiera elementy, które (post)chrześcijańską myśl są w stanie uzupełnić. Po pierwsze, jego doktryna powstaje oddolnie – w zasadzie każdy muzułmanin może zakwestionować poglądy dowolnego imama, co otwiera ścieżki ku radykalnej demokracji. Islam nie jest jednak postmodernizmem: Koran jest świętą księgą, islam jako taki jest przez swoich wyznawców uważany za „doskonałą religię”. Problem (i szansa) polega na tym, że (stąd też bierze się zakaz przedstawiania oblicza boga) istnieje radykalne i nieprzekraczalne cięcie pomiędzy ludzkimi interpretacjami a owym ideałem. Jak pisałem powyżej, istnieje w islamie tradycja wychwalająca niezgodności interpretacyjne jako dowód i potwierdzenie wielkości boga: bóg wie, my się domyślamy.

Zarówno w chrześcijaństwie, jak i w islamie obserwujemy bardzo wyraźny rdzeń egalitarny, nakazujący troskę o biednych i słabszych – to jest prawdziwy fundament Europy, to jest punkt, na którym opierają się „europejskie wartości”. Problemem fundamentalistycznie rekonstruowanych religii jest ich zamknięcie na innych i na świat. Takie religie z jednej strony nie chcą widzieć świata w jego skomplikowaniu, z drugiej zaś zgłaszają roszczenie do pseudouniwersalizmu. Jest to bowiem uniwersalizm redukujący złożoność i zamknięty na to, co jest fundamentem każdej religii, czyli na doświadczenie obcowania z „absolutnie Innym”.

Również w tym kontekście Malezja, a szczególnie KL, jest niezwykle inspirującym miejscem. Przede wszystkim ze względu na współistnienie tu różnych sposobów myślenia o ekonomii, społeczeństwie, religii, a nawet prawie (jak wcześniej wspomniałem, obowiązują w nim dwa systemy prawne, jeden dla muzułmanów, a drugi dla wszystkich pozostałych). Oczywiście tak jest w każdym mieście, jednak KL jest w owej „dywersyfikacji” przykładem dość ekstremalnym. Próby, podejmowane przez architektów i urbanistów wykształconych w UK, USA czy Australii, przemyślenia KL w duchu „miast Zachodu”, uporządkowania tej przestrzeni, wydają mi się nie tylko błędne, lecz także niebezpieczne. I nie chodzi o to, by popadać w romantyczną manierę fascynacji biedą – biedy w KL jest mniej więcej tyle samo, ile w Warszawie – lecz by mieć świadomość, że „zachodniopodobna” rewitalizacja będzie oznaczała gentryfikację (która i tak już zachodzi – bez pomocy urbanistów) i swego rodzaju sterylizację ekosystemu miasta. KL jest miastem wysp i sieci, miastem pełnym dziur i nieudanych inwestycji. Zrozumienie panującej tu logiki i dokonanie emancypacyjnej zmiany powinno polegać na „prywatyzacji ryzyka i upublicznieniu zysków”. Paradoksalnie lata rozwoju opartego na spekulacji gruntami (w większości należącymi do chińskiej mniejszości), rozwoju dróg dla prywatnego transportu (korki w centrum KL to prawdziwy koszmar), ulepszania transportu publicznego, również szynowego, by połączyć z centrum dzielnice zamieszkiwane przez Malajów, stworzyły miasto o – moim zdaniem – nieprawdopodobnym wręcz potencjale rozwojowym. „Dzielnice” to zresztą nie do końca właściwe określenie – pisząc „KL”, mam bowiem na myśli zlepek wielu miast o autonomicznych statusach, ale funkcjonujących jako jedna metropolia. Jest to zresztą przyczyna jednego z głównych problemów KL, czyli braku skoordynowanej polityki przestrzennej na poziomie całego obszaru funkcjonalnego. Ale znów – niekoniecznie centralizacja byłaby najlepszym rozwiązaniem.

KL jest miastem, w którym napięcie pomiędzy religiami, grupami etnicznymi, lokalnymi oraz globalnymi mechanizmami wyzysku widać bardzo wyraźnie. Pojawiają się w tym mieście – trochę podobnie jak w Polsce, ale na mniejszą skalę – projekty oddolnych miejskich inicjatyw. Jedną z najciekawszych jest „projekt” ścieżek rowerowych, polegający przede wszystkim na zmapowaniu dróg, których rowerzyści w KL używają. Ponieważ projekt był całkowicie oddolną inicjatywą, bez szans na budowę czegokolwiek (to się prawdopodobnie zmieni), rowerzyści „hakowali” istniejącą przestrzeń miasta. Na przykład poprzez wykorzystywanie pustych przestrzeni pod wiaduktami – drogi szybkiego ruchu prowadzone są ponad ziemią, bardzo często dołem jest wytyczony kanał, w którym płynie woda. To właśnie wzdłuż tych kanałów, pod „dachem” z drogi szybkiego ruchu, jeżdżą rowerzyści. Nałożenie się na siebie wielu porządków i sposobów działania pozwala wciąż mieć nadzieję, że Malezja będzie się rozwijała w kierunku przyjaznego i inkluzywnego społeczeństwa. Islam, podobnie jak inne religie, nie jest zagrożeniem czy problemem dla tego rozwoju – tym, co jest groźne, jest redukcja złożoności, której dokonuje planistyczny, rynkowy czy religijny fundamentalizm. Różnorodność (również multikulti) otwiera drzwi do nowych światów, pozwala na testowanie różnych rozwiązań i pomysłów. W latach 80. w Polsce (jednak musiałem do Polski w końcu nawiązać) jednym z najpopularniejszych słów był „pluralizm”. Szkoda, że dziś to słowo i jego znaczenie straciły na popularności. Malezja wciąż jest pluralistyczna, warto się jej walce w obronie swojej różnorodności przyglądać. Keep it complex.

dr Krzysztof Nawratek

Dlaczego harcerstwo? – rozmowa z Victorią Kamasą

– Zacznijmy od tego, że przyrzeczenie harcerskie i prawo harcerskie nieco się różnią w przypadku Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej i Związku Harcerstwa Polskiego: w ZHP mniej jest odwołań do Boga czy szerzej – do światopoglądu katolickiego.

Victoria Kamasa: ZHR zawsze otwarcie deklarował, że jest bardziej ukierunkowany religijnie. Z kolei w ZHP w wielu środowiskach jest najprawdopodobniej miejsce dla osób niewierzących czy ateistów. Myślę również o instruktorach harcerskich na różne sposoby skręcających w lewo. Ale dodam, że za tzw. moich czasów składaliśmy przyrzeczenie harcerskie odwołujące się do Boga, jednak był on pojmowany jako najwyższa wartość, a już z pewnością nie tylko tak, jak widzi go Kościół rzymskokatolicki. Przyznam, że to zagadnienie nigdy mnie aż tak nie absorbowało. Priorytetami harcerstwa nie są przecież dyskusje wokół religii.

– To co nimi jest?

– Formowanie sensownych osób. Tak to widzę z perspektywy czasu, gdy z dystansu patrzę na moje życie i na osoby, które poznałam w harcerstwie i do dziś mam z nimi kontakt.

Harcerstwo wychowuje ludzi, którzy bardzo dobrze potrafią się odnaleźć w naprawdę różnych miejscach. I niezależnie od tego, co robią w życiu, wnoszą wiele dobrego w środowiska, w których funkcjonują. Takie myślenie o harcerstwie jest mi osobiście najbliższe.

Oczywiście istnieje także szersza wizja harcerstwa, która w Prawie Harcerskim wyraża się choćby przez deklarację służby dla Polski. Harcerze są uczeni nie tylko pracy nad sobą, lecz także pracy dla innych. Dla mnie właśnie to jest najważniejsze: że są to ludzie nauczeni myślenia również o potrzebach innych. To nie oznacza, że np. osoby uformowane przez harcerstwo zawsze są wolontariuszami, ale znaczna część z nich w swoim dalszym życiu potrafi się angażować w różne formy wzajemnej pomocy. Drobny przykład: ludzie z moich roczników mają już małe dzieci. I my wszyscy dzielimy się tym, co mamy. Wrosło w nas przekonanie, że jeżeli coś dostałam, to przekazuję to dalej. I tak robione są całe wyprawki dla dzieci.

Widzę także, obserwując środowisko uniwersyteckie, w którym pracuję zawodowo, że byłe harcerki i byli harcerze to ludzie lepiej sobie radzący z planowaniem, z rozwiązywaniem problemów, z liderowaniem. A równocześnie są bardziej „ludzcy” w relacjach z innymi osobami.

– Pytanie, czy nie jest tak, że harcerstwo przyciąga młodzież z odpowiednimi predyspozycjami.

– Wiele zależy od wieku. W przypadku licealistów z pewnością jest tak, że prawdopodobnie skupieni na sobie chłopcy, którzy chcą „zaliczać” kolejne laski, nie trafią do harcerstwa. A jeśli spojrzymy na szkołę podstawową, na dzieci w wieku 6–10 lat, to rzecz wygląda inaczej.

– Dlaczego?

– Dzieci do harcerstwa przyciąga się zabawą. Wtedy właściwie dokonuje się proces wychowawczy – właśnie w przypadku dzieci o bardzo różnych osobowościach. Dla mnie prowadzenie gromady zuchowej było czymś niezwykłym: wtedy można im dać naprawdę potężną dawkę pozytywnej energii, pomóc budować dobre życiowe postawy, nabywać różnorakie umiejętności społeczne.

To jest ten czas, gdy można nauczyć dzieci samodzielności, do której nie zawsze wdrażają je rodzice. Kolonie to niesamowity czas. Na początku dzieciaki z każdą sprawą przychodzą do ciebie, bo nie potrafią zawiązać butów, nie umieją się zapiąć. Po trzech dniach przychodzą do starszych kolegów i koleżanek, którzy są nauczeni, jak im pomagać.

– A później radzą już sobie same?

– Między sześcio- a dziesięciolatkami jest spora różnica w rozwoju i te młodsze dzieci po prostu wymagają stałej pomocy. Ale gdy sześciolatki stają się siedmiolatkami, pomagają już tym młodszym. Pięknie to widać i zawsze lubiłam to obserwować.

W Polsce jest moim zdaniem bardzo wyraźna kultura chuchania na dzieci, wyręczania pociech i niańczenia ponad ich możliwości wiekowe. W dobrze prowadzonych gromadach zuchowych istnieje duża wiara w możliwości dziecka. Gdy prowadziłam kolonie, to nawet dla naszych instruktorów, którzy zajmowali się starszymi dzieci, było nie do pomyślenia, że nasze zuchy same przygotowują posiłki. A jednak moje dzieciaki, te młodsze, to robiły. Oczywiście, nie obiady, ale spokojnie dawały radę robić kanapki. To nie były kanapki à la wypasiony catering [śmiech], ale je robiły. Takie drobne rzeczy budowały w tych dzieciach poczucie sprawstwa już na całe życie.

– A ty sama kiedy zaangażowałaś się w harcerstwo?

– To był 1996 rok, w podstawówce, miałam trzynaście lat, siostra koleżanki była zastępową i ona mnie wciągnęła. Trafiłam do rewelacyjnie działającego środowiska, poznałam tam świetnych ludzi, którzy bardzo pomogli mi w rozwoju, byli dobrą grupą odniesienia, ponieważ byli starsi ode mnie o tych kilka lat – pomogli mi w bardziej dojrzały sposób spojrzeć na rzeczywistość. Nie bez znaczenia był fakt, że w moim rodzinnym domu słuchało się Starego Dobrego Małżeństwa, więc znałam i lubiłam klimat obozowego ogniska [śmiech].

– Skoro rozmowa schodzi na wspomnienia: czy interesowałaś się przemianami w obrębie harcerstwa przez dekady polskiej transformacji?

– Warto sobie uświadomić, że harcerstwo nie jest monolitem. Z całą pewnością nie jest nim w przypadku ZHP: wiele zależy od uwarunkowań lokalnych. Wychowałam się w hufcu, który powstał na fali buntu najbardziej prężnych i najbardziej tradycyjnych (w dobrym tego słowa znaczeniu) środowisk.

– Buntu wobec kogo i czego?

– W Poznaniu hufce ustawione są rejonami, które wyrosły z tradycji PRL, z całym dobrodziejstwem inwentarza, łącznie z tzw. betonem instruktorskim. To byli ludzie, którzy pracowali w poprzednim ustroju i wynieśli stamtąd wiele złych nawyków. Oni, owszem, nosili mundury harcerskie, ale podczas pracy nie indywidualizowali celów, „średnio” też posługiwali się metodą harcerską. A zatem pierwszym celem jest wychowanie, a forma, w której się to robi, jest dostosowana do dzieci w drużynie, do ich wieku. A w „starym” harcerstwie było tak, że ludzie mieli gotowe konspekty, realizowane niezależnie od tego, co dzieciom było naprawdę potrzebne.

Ale w tych hufcach byli też ludzie, którzy w kwestiach sposobu i metodyki działania byli bliżsi przedwojennemu harcerstwu. Ci zwracali uwagę na to, że pracuje się metodą, że drużynowy nie jest znacznie starszy od dzieci w drużynie, że wychowuje się kolejne roczniki instruktorów. Ten bunt wynikał także z kwestii ideologicznych i z podejścia do Prawa Harcerskiego, w tym szczególnie do dziesiątego punktu, czyli do niepicia alkoholu. W moim hufcu ten punkt był mocno podkreślany i traktowany z dużą powagą – wyrosłam w środowisku harcerskim, w którym naprawdę się nie piło.

– Sugerujesz, że część tej starej kadry podchodziła do tego lekceważąco czy cynicznie? Jeździli na obozy, mówili dzieciom, że prawo harcerskie zakazuje picia, a wieczorami urządzali zakrapiane imprezy?

– Takie rzeczy też się zdarzały. Myślę, że można wyróżnić dwa rodzaje postaw w kwestii alkoholu. Pierwsza jest taka, o jakiej wspominasz. Jedziesz na obóz, dzieci nie piją, a ty robisz wieczorem imprezy alkoholowe. To absolutnie nie powinno się zdarzać. Może nawet mniej ze względu na Prawo Harcerskie, ale dlatego, że jesteś nieodpowiedzialny, jeśli pijesz, mając dzieci pod opieką. Druga postawa jest taka, że gdy jedziemy na obóz to nie pijemy, bo mamy niepełnoletnich podopiecznych. Ale jesteśmy dorosłymi, ukształtowanymi ludźmi, mamy ponad 30, 40 lat i przysłowiowa lampka wina u cioci na imieninach nie jest niczym złym. Takich postaw było i jest pewnie do dziś bardzo dużo. I dla mnie jest to w porządku. Moim zdaniem dziesiąty punkt prawa harcerskiego szkodzi.

– Jesteś przeciw całkowitej abstynencji alkoholowej w harcerstwie?

– Dla mnie to była przyczyna rozstania z organizacją, ponieważ nie potrafiłam wewnętrznie pogodzić się z tym, że nie przestrzegam tego punktu Prawa Harcerskiego, a czułam, że mam ponad trzydzieści lat i czasem chcę wypić lampkę wina.

– Można na to odpowiedzieć, że alkoholizm jest dużym problemem społecznym w Polsce i stąd rola wychowawcza czy profilaktyczna harcerstwa, oparta na statutowej abstynencji, jest nie do przecenienia.

– Toczyłam na ten temat miliard dyskusji w harcerskich czasach. Dorosłych ludzi, podkreślam, dorosłych ludzi należałoby raczej uczyć korzystać z alkoholu w sposób odpowiedzialny niż zakazywać go zupełnie. Znam też niestety historie osób, które odchodziły z harcerstwa i odchylało ich zupełnie w drugą stronę, bo wreszcie mogli sięgnąć po zakazany owoc.

– Wróćmy do przeobrażeń w samym harcerstwie w początkach III RP.

– Wiele rzeczy znam z opowieści starszych ode mnie, bo – jak wspominałam – mój kontakt z harcerstwem zaczął się w 1996 roku. Otóż instruktorzy, przede wszystkim z dwóch poznańskich hufców, postanowili opuścić dotychczasowe struktury ZHP i stworzyć własny ZHP-owski hufiec, który wtedy był – i do dziś nadal trochę jest – hufcem awangardowym, odmiennym od poznańskiego środowiska. Wyróżniał się choćby tym, że miał dużo niższą średnią wieku instruktorów, np. komendanci wielu poznańskich hufców to byli panowie i panie po czterdziestce, nierzadko po pięćdziesiątce, a u nas to byli studenci i studentki albo ludzie świeżo po studiach, wychowujący trochę młodszych od siebie.

To bardzo ważne, ponieważ harcerstwo opiera się na tym, że młodzi ludzie wychowują młodszych od siebie. Gdy trafiłam do drużyny, to moje drużynowe i nasza szczepowa, czyli komendantka szczepu, były wciąż młodymi osobami.

– Z czasów podstawówki w PRL pamiętam, że harcerstwo było jednak bliżej szkoły, istniały choćby klasy harcerskie, a letnie kolonie harcerskie były zwyczajową ofertą dla uczniów. Jedna z moich nauczycielek, wówczas już osoba przed emeryturą, była zaangażowana w harcerstwo, pamiętam jak bardzo zachęcała dzieci do wyjazdów na te obozy. Pamiętam też, że była osobą z charyzmą i dużymi zdolnościami pedagogicznymi. Czasem się zastanawiam, czy i dziś harcerstwo nie powinno być bliżej szkoły: raz ze względów wychowawczych, dwa dlatego, że zapewnia gry i zabawy na świeżym powietrzu. A dobrze wiemy, jak bardzo otyłość staje się plagą wśród dzieci.

– Byłabym ostrożna z mariażem szkoły i harcerstwa. Byłoby dobrze, gdyby szkoły udostępniały harcerzom możliwość prowadzenia naborów, czyli zapraszania dzieci do harcerstwa. Albo gdyby szkoły udostępniały miejsca na harcówki, czyli miejsca, gdzie odbywają się zbiórki. Za tzw. moich czasów były to piwnice, które miały swój klimat [śmiech]. Moja pierwsza harcówka była zresztą w dawnym bunkrze, bo szkoła nim dysponowała.

Myślę jednak, że nie byłoby dobre dla harcerstwa, gdyby było łączone ze szkołą – jak kółko zainteresowań. Tym bardziej, że jedno z naszych haseł brzmiało: „harcerstwo – tylko jeśli wiesz, że chcesz”. I coś jest na rzeczy. Harcerstwo jest na tyle specyficzne, wszechstronne i angażujące, jeśli chodzi o rozwój młodych ludzi, że nie powinno być łączone z systemem edukacji – zwłaszcza z tym, co szkoła niesie za sobą obecnie.

Pracuję na uczelni i widzę „produkt” polskiej szkoły, czyli studenta pierwszego roku, kogoś, kto jest zupełnie oduczony samodzielnego myślenia. To chcę powiedzieć: oduczony, a nie niezdolny do… Problemów szkoły jest wiele, więc nie chciałabym, żebyśmy myśleli o harcerstwie jako o jednej z form edukacji, ponieważ zdeformowałoby to samo harcerstwo.

– A może wpływałoby to pozytywnie na szkoły, klasy, dzieci szkolne?

– Nie mam w to wiary. Harcerstwo nie może być organizacją masową. Mówimy o tym, że pracujemy poprzez grupę, ale nakierowani jesteśmy na pojedyncze osoby. Jeżeli masz czterdzieścioro dzieci w drużynie, to nie jesteś w stanie ich ogarnąć: nie dasz rady przyjrzeć się każdemu dziecku na tyle, by określić jego potrzeby i na nie odpowiadać, nawet w minimalnym stopniu. Gdy miałam dwadzieścioro dzieci w drużynie, to już było ciężko – a wtedy byłam dojrzałą instruktorką i zęby na tym zjadłam.

Czym innym byłoby jednak wprowadzenie elementów metody czy metodyki harcerskiej do pracy w szkole. Pomysły instruktorów na to, jak uczyć różnych rzeczy, są przecież rewelacyjne.

– A co z obozami letnimi dla dzieci, które nie należą do harcerstwa?

– Ta forma również jest w porządku, także jako forma działalności zarobkowej, charytatywnej czy społecznej. Zwykle to instruktorzy i wędrownicy, czyli najstarsi, organizują tego typu kolonie na przykład dla dzieci z ubogich domów. Co do organizowania kolonii dla dzieciaków z bogatszych rodzin – no cóż, po prostu jesteśmy dobrzy w tym, co robimy jako harcerze, więc sądzę, że taka ewentualna forma dorabiania sobie przez hufce nie przynosi im ujmy.

Poza tym ważna jest jeszcze jedna rzecz, nazwałabym ją pracą u podstaw. Nie jest tak, że każda osoba, która przejdzie przez harcerstwo, jest w dorosłym życie skazana na bycie przywódcą [śmiech]. Ale jeżeli masz dziesięcioosobową drużynę, którą kształtujesz na dobrych i uczciwych ludzi, to niesie się to dalej w świat. Jeżeli ktoś z nich później zostanie pracodawcą, który płaci uczciwe stawki, nie oszukuje na sprawach socjalnych, daje pracownikom szansę na rozwój, traktuje ich poważnie – to już dużo. Jeżeli wypuszczasz spod swoich skrzydeł w ciągu harcerskiego życia trzydzieści takich osób, to uważam, że jest to jednak wielki potencjał. A zaczyna się od spraw naprawdę drobnych, choćby od tego, że zuchy robią na zimę karmniki dla ptaków. Ale z czasem wdrażają się w inne prace – choćby w pomoc w hospicjach. I to jest kapitał społeczny, który harcerstwo wnosi w polskie życie.

– Przedstawiasz bardzo pozytywny obraz harcerstwa. Ale znam historie, z których wynika, że harcerze, tworząc sieci społeczne na prowincji, niejako „brali w zarząd” całe samorządy lub harcerstwo było dla nich trampoliną do wysokich karier w administracji i w polityce. A wtedy nierzadko ich znaczne sprawności, których nie neguję, niekoniecznie służą jakimkolwiek ideałom i wartościom społecznym. No, w przypadku ZHR może poza bogoojczyźnianymi.

– Tym, co kojarzę ze swojego doświadczenia, jest na pewno wzajemne wsparcie exharcerzy. To widać np. przy rekrutacji do pracy. Uważam zresztą, że gdybym sama była pracodawczynią, to chętnie zatrudniałabym harcerki i harcerzy – nie dlatego, że to sekta, ale ze względu na ich podejście.

Nie chcę natomiast bronić niemerytorycznych mechanizmów kooptacji, występujących także w świecie harcerskim, właśnie w ZHP, ponieważ o nim mogę mówić. Jak każda organizacja, harcerstwo jest podatne również na negatywne zjawiska społeczne.

Przyznam szczerze, że w strukturach ZHP, w których działałam, nie widziałam przepływów do świata wielkiej polityki. Oglądałam za to z bliska także cienie polityki wewnętrznej w mojej organizacji. Po latach uważam, że to również była pożyteczna lekcja.

– W jakim sensie?

– Łatwiej mi sobie radzić z polityką wewnętrzną na uczelni, łatwiej niż moim kolegom i koleżankom, ponieważ wiem, jak ludzie się nawzajem rozgrywają, jak się prowadzi grę o władze, jakie to są mechanizmy. Już się tego naoglądałam. Gdy widzę to obecnie, już mnie to nie przeraża, nie frustruje, nie zadziwia – przyjmuję to z dobrodziejstwem inwentarza. Chroni to również od poczucia rozczarowania i zgorzknienia, które obserwowałam wśród młodych pracowników naukowych w środowisku akademickim.

– Zastanawiam się, dla kogo jest współczesne harcerstwo? Czy aby nie przede wszystkim dla wielkomiejskich dzieci i młodzieży z klasy średniej, których rodziców/opiekunów stać na sprzęt, mundur, wyjazdy?

– ZHP z pewnością nie jest organizacją tylko dla bogatych dzieci. Prowadziłam drużynę na poznańskich Jeżycach i miałam tam dzieci biedne i bardzo biedne, także z tzw. trudnych domów.

Natomiast jeżeli chodzi o drużyny wędrownicze, złożone ze starszych stopniem harcerzy, to w znakomitej większości są to drużyny młodzieży z najlepszych poznańskich liceów. Nie jest zatem tak, że wszystko, o czym opowiadam, jest takie świetne, choćby od strony egalitaryzmu. Choć dodam, że nie wszyscy instruktorzy, których znam, pochodzą z klasy średniej i nie wszyscy nawet mają wyższe wykształcenie.

ZHP na pewno dobrze sobie radzi w mniejszych ośrodkach. Myślę choćby o Ostrowie Wielkopolskim, Wągrowcu, Koninie, Jarocinie. Natomiast na wsiach jest źle, jest bardzo trudno. To wynika z deficytu instruktorów. Problemy miast, miasteczek i wsi biorą się stąd, że to po prostu nie są ośrodki akademickie. Odpływ instruktorek i instruktorów z takich miejsc zaczyna się, gdy wyjeżdżają na studia i nigdy już nie wracają. To realny problem w działalności ZHP poza ośrodkami akademickimi, który nie wynika z żadnych klasistowskich założeń, lecz z deficytu ludzi, z ich braku na prowincji.

– Czyli kolejna odsłona wysysania elit przez metropolie?

– Właśnie tak. Nawet jeżeli niewielka część tych ludzi wraca z powrotem po latach w swoje okolice, bo na przykład stawia tam własny dom, to oni już wówczas niezbyt nadają się do pracy w harcerstwie. To jest dla mnie bolączka, że nie pracujemy na wsiach, gdzie byłoby to najbardziej potrzebne. Ale dotąd nie udało się wypracować modelu, w którym można byłoby to robić.

– Znam historię harcerki, która działa w jednym z małych miasteczek na Opolszczyźnie. Miała drużynę harcerską u siebie, a do tego prowadziła zastęp w pobliskiej wsi. Początkowo jeździła na tę wieś podmiejskim autobusem, który później zlikwidowano. Zaczęła zatem dojeżdżać tam rowerem – zwiększając nakład poświęcanego czasu i sił. Ale wtedy była zaangażowaną harcerką, więc mogła. Ewidentnie jednak widać typową strukturalną barierę, charakterystyczną dla polskich realiów.

– Niestety, raczej jest tak, że wysiłek jest skierowany na to, żeby utrzymać struktury istniejące w miastach i małych miasteczkach. Z prozaicznych przyczyn: nie mamy do dyspozycji kilkudziesięciu wolnych instruktorów, których możemy wysłać do pracy organizacyjnej na wieś. Taka jest smutna rzeczywistość.

Z całą pewnością w czasach, gdy byłam aktywnie zaangażowana w harcerstwo, prowadzono kursy na drużynowych dla nauczycieli wiejskich. Chodziło o to, żeby ludzi, którzy pracują w środowiskach wiejskich, przygotować do dobrej pracy metodą harcerską.

– A z czego się utrzymywaliście?

– Pracowałam w hufcu, który w znacznej części finansował się sam. Czasem mieliśmy dotacje z miasta, ale finansowaliśmy się głównie ze składek, różnorakiej własnej działalności: od zarobkowej po aukcje. Poza tym – moim zdaniem – to nie jest tak, że pieniądze są jedyną barierą. Deficyt częściej dotyczy kadr i czasu. Bo jeśli nie masz większej liczby instruktorów, to ludzie, którymi dysponujesz, nie będą mieli czasu, choćby na to, żeby jeździć na wieś.

– Mam wrażenie, że harcerstwo jest mniej widoczne w przestrzeni publicznej niż kiedyś: mówiliśmy już o szkole, ale harcerstwo przestało być też częścią kultury masowej (inaczej niż w czasach PRL), dziś kojarzy się na ogół z obsługą świąt narodowych, pielgrzymek papieskich, a niektórym z wydarzeniami związanymi z krzyżem smoleńskim.

– Harcerki i harcerze w czasie dużych wydarzeń nierzadko zajmują się logistyką i pomocą medyczną. Oczywiście, istnieje takie zjawisko jak harcerstwo pomnikowe. To jest zjawisko dobrze znane także z przeszłości. Często było tak, że harcerze byli zapisywani do kilkugodzinnego stania na warcie pod pomnikiem czy przy Grobie Pańskim – ale ten model budził kontrowersje. Część instruktorów pytała: jeśli z tego robi się clou harcerskiej służby, to jaki z tego właściwie pożytek wychowawczy?

Poza tym, jeżeli to, co robimy, jest pracą u podstaw, to w „harcerstwie dekoracyjnym” brakuje po prostu czasu na wychowywanie liderek i liderów, pokazywanie młodym ludziom ich własnych możliwości, przywracania im wiary w siebie. Harcerstwo nie może być spektakularne, musi być wychowawczo skuteczne.

Dodam jeszcze jedną rzecz, o której w Polsce w dyskusjach często się zapomina. Otóż bardzo ważną rzeczą w życiu jest umiejętność pracy w zespole. Harcerstwo tego uczy. Pracując jako instruktor, dodatkowo uczyłam się kierowania zespołem. I dziś to procentuje. Więcej: gdy dziś piszę wnioski grantowe, to nie mam z tym problemów, ponieważ umiem myśleć przez wskaźniki. Nauczyłam się, że jeśli wykonuje się jakieś działania, to w ich efekcie uczestnicy powinni nabyć pewnych umiejętności. Uczyłam się myślenia nakierowanego na cel, organizacji spotkań, konstruktywnej pracy, w której analizuje się to, co się zrobiło i zmierza się dalej. Przyznam nieskromnie: dziś, gdy pracuję na uczelni, ja to wszystko po prostu od dawna wiem i jest mi łatwiej. Gdy studenci w odpowiednich ankietach stwierdzają, że lubią moje zajęcia, to cóż: od szesnastego do dwudziestego piątego roku życia stawałam przed grupą, więc gdy zaczęłam prowadzić ćwiczenia, to nie było to dla mnie stresogenne wyzwanie.

Dlatego, raz jeszcze: widzę harcerstwo nie jako patriotyczną, narodową czy religijną dekorację, lecz jako pracę nad kształtowaniem ludzi. Możemy w ten sposób realnie wpływać – na dzieci, na instruktorów, na społeczeństwo.

– Jaki model patriotyzmu obowiązywał w ZHP w czasach Twojej działalności? ZHR często kojarzy się z bogoojczyźnianym modelem harcerstwa, a dziś powoli kult Powstania Warszawskiego bywa tam wypierany przez kult żołnierzy wyklętych.

– Pamiętam ścieranie się dwóch modeli. Wśród starszych pokoleń przeważał patriotyzm w stylu: postójmy przy pomniku, posprzątajmy grób, skupmy się na patriotyzmie jako celebrowaniu historii. W moim środowisku przeważał jednak tzw. nowoczesny patriotyzm: uczmy ludzi uczciwości w relacjach społecznych, w relacjach z państwem – wychowujmy ich np. do rzetelnego płacenia podatków. Zachęcajmy dzieciaki, żeby nie wytwarzały za dużo śmieci, wdrażajmy je do segregowania odpadków. Szukaliśmy przede wszystkim tego, co prowadzi do kształtowania postaw obywatelskich. Nie szliśmy w politykę, ale kładliśmy duży nacisk na to, żeby ludzie głosowali. Robiliśmy także debaty polityczne dla instruktorów, aby byli świadomi tego, co dzieje się w kraju i żeby się angażowali. Nie mówiliśmy im, na kogo mają głosować, ale nie było rzeczą dobrze widzianą, żeby licealistki i licealiści z ZHP nie wiedzieli, kto rządzi w kraju.

Jasne, było też trochę szeroko pojętego „pomnikowania”; w odpowiednich proporcjach jest na to miejsce. Trudno mi wyobrazić sobie harcerkę i harcerza, którzy nie czytali „Kamieni na szaniec” Aleksandra Kamińskiego. Dla mnie osobiście Powstanie Warszawskie jest bardzo ważne, chociaż na poziomie intelektualnym oceniam je bardzo niejednoznacznie. Owszem, było trochę ścierania się o to, dlaczego tak mało „pomnikowania”, czemu tak mało o Powstaniu itp. Nasza odpowiedź brzmiała: ponieważ nie to jest dziś nam tak potrzebne, nie jest to potrzebne współczesnej Polsce.

– Ale chyba przegraliście: patriotyzm obywatelski jest dziś mało sexy, jest nudny. Młodych ludzi kręci patriotyzm przelewanej krwi, już nie tylko własnej, ale chyba i cudzej, patriotyzm ze skandowaniem o ojczyźnie i machaniem flagami.

– Staraliśmy się nie wprowadzać takiego modelu patriotyzmu. Choć pewnie w życiu wielu harcerek i harcerzy jest taki etos, bo pewien patos, także patriotyczny, jest im bliski. Po części odpowiadają za to również struktury, bo nieraz całe drużyny harcerskie noszą nazwy związane choćby z Szarymi Szeregami, harcerkami i harcerzami, którzy oddali życie w Powstaniu Warszawskim.

Pamiętam, że mieliśmy przynajmniej jeden obóz tematycznie związany z pamięcią o Szarych Szeregach, ale skupialiśmy się na nim choćby na uczeniu dzieciaków pierwszej pomocy, a nie tego, jak słodko jest umierać za ojczyznę.

– Gdy jako dziecko pojechałem na obóz prowadzony przez harcerzy, najbardziej podobało mi się strzelanie z wiatrówki. Harcerstwo ma jakiś rys paramilitarny?

– Nie określiłabym tego w ten sposób. „Paramilitarna” w harcerstwie jest z pewnością musztra, ale to ma swoje uzasadnienie – jeśli musisz ogarnąć kilkadziesiąt młodych osób, to komendy „w dwuszeregu zbiórka” świetnie się do tego nadają.

– Chciałbym, żebyśmy porozmawiali jeszcze o relacjach ZHP z Kościołem. W przypadku ZHR sprawa jest dobrze znana: powstali w kontrze wobec „po-PRL-owskiego” ZHP, są powszechnie kojarzeni z tzw. prawicowym kanonem wartości. Ze znanych mi opowieści ze środowiska czasem to przenikanie środowiska harcerskiego i kościelnego było dość silne i stanowiło mocny element tożsamościowy, określający strukturę. A jak wyglądało to właśnie w ZHP za Twoich czasów?

– Pamiętam, że chodziło się do kościoła na wszelkiego rodzaju obozach i wyjazdach, ale nie było to obligatoryjne. W przypadku instruktorów również nie pamiętam parcia na uczestnictwo w obrzędach kościelnych. Były msze harcerskie, są do dzisiaj, ale z pewnością nie trzeba było na nie chodzić.

Mieliśmy harcówkę przy kościele Pallotynów, ale duchowni nie wywierali na nas nacisku w kwestiach wewnątrzharcerskich. Owszem, był taki moment, gdy przygotowaliśmy dla dzieciaków imprezę w stylu Harry’ego Pottera i ksiądz proboszcz próbował się zaangażować na zasadzie: zaraz, zaraz, Potter to magia i zło, ale doszło do rozmowy z komendantką naszego szczepu i duchowny się wycofał.

Myślę, że w przypadku ZHP można mówić o faktycznym rozdziale harcerstwa i Kościoła [śmiech]. Podam przykład: ważnym elementem życia harcerskiego jest wspólne ognisko. Ognisko zawsze kończy się braterskim kręgiem, czyli obrzędową formą pożegnania dnia, a później jest jeszcze modlitwa – ale dla chętnych. Myślę, że rozwój duchowy nie był rozumiany w moim środowisku harcerskim jako rozwój ściśle religijny czy konfesyjny: choć jeśli ktoś tak go chciał pojmować, to też mógł.

– Chciałabyś, żeby harcerstwo było bardziej społecznie dostrzegalne?

– Chciałabym, żeby więcej dzieciaków miało okazję przeżyć przygodę harcerską, bo to jest świetna sprawa. Chciałbym, żeby szczególnie dzieci ze wsi miały na to szanse. Jeździliśmy na wakacje harcerskie na Podlasie, widziałam, jaka tam jest olbrzymia przestrzeń do działania dla naszej organizacji. Ale naprawdę brak nam ludzi, instruktorów.

– Mam bardzo roboczą hipotezę, że rosnąca popularność organizacji nacjonalistycznych w Polsce po pierwsze wynika z tego, że nie ma już powszechnej służby wojskowej, po drugie z tego, że właśnie harcerstwo jest dość rachitycznej na prowincji. Stąd młodzież szuka dla siebie tożsamości i przygody w tego typu subkulturach.

– Mam wrażenie, że to jest jednak oferta dla zupełnie innych ludzi. Możliwe, że na poziomie osób w wieku licealnym byłaby to jakaś alternatywa. Ale przecież w miastach, w których harcerstwo jest nieco silniejsze, środowiska narodowe także działają.

– To chyba też kwestia naboru?

– Swego czasu robiłam nabory na poziomie gimnazjum (starsi harcerze) i liceum (wędrownicy). Zwykle są to ludzie, którzy przechodzą z młodszych drużyn w ramach ciągu wychowawczego. Zaczynasz od rekrutacji zuchów, to dzieciaki, które zapraszasz na zbiórkę, one przechodzą przez wszystkie poziomy, stając się wędrownikami, a później – instruktorami.

Ale część młodzieży to ludzie z naborów. Przeprowadza się różnorakie akcje promujące w miejscu, w którym działa drużyna. Jeśli to szkoła, jest trochę łatwiej: daje ona większą przestrzeń, masz klasę szkolną, łatwiej możesz wynegocjować z dyrekcją odpowiedni czas. Jeśli to parafia czy dom kultury, to jest trochę trudniej.

Nabór młodszych dzieci jest łatwiejszy: o ile dla potencjalnego zucha łatwiej zrobić piętnastominutową akcję, od której zaświecą mu się oczy, to w przypadku licealisty jest to znacznie trudniejsze. Siedmiolatek chce się bawić, więc gdy zaproponujesz mu wciągającą zabawę – on się wkręci. Licealiści i licealistki są już bardziej zblazowani, mają więcej nawyków, udają przed sobą w grupie rówieśniczej bardziej dorosłych, niż są. A gdy nie masz miejsca i czasu, to w piętnaście minut nie opowiesz im o fascynującej wyprawie na Elbrus.

– Porozmawiajmy jeszcze o pieniądzach, o których wyżej tylko napomknęliśmy. Nie każdego stać na harcerską wyprawę na Elbrus…

– Byłabym ostrożna z tym: „nie każdego stać”. W tych środowiskach, w których działałam, zawsze dawało się to załatwić. Było wiadomo, kto nie ma forsy i zawsze pojawiały się pomysły oraz sposoby ich realizacji, by temu brakowi zapobiec.

– Zastanawia mnie, jakimi metodami był osiągany – chyba potrzebny – egalitaryzm ekonomiczny w obrębie takiej organizacji jak harcerstwo. Żyjemy w coraz mocniej rozwarstwionym społeczeństwie i trudno mi sobie wyobrazić, że nie miało to wpływu także na waszą organizację. Znam różne historie z harcerskiego świata i niekiedy pojawia się wątek: nie wszystkich na wszystko stać – zaczynając od umundurowania.

– Nie pamiętam sytuacji, żeby ktoś z nami nie pojechał, bo nie miał pieniędzy. Za moich czasów każdy członek ZHP płacił składkę członkowską, która w jakimś procencie wracała do hufca. Ale zwykle te pieniądze były przeznaczone na bieżącą działalność hufca, czyli opłaty za harcówkę, prąd itp. Z kolei drużyny się samofinansowały: dzieci płaciły za obozy i z tego zostawało trochę pieniędzy, rodzice płacili 1 procent i to był zwykle potężny zastrzyk, organizowaliśmy akcje zarobkowe. Budżety na wyjazdy były planowane tak, żeby wystarczało. Instruktorzy i instruktorki mieli opłacane wyjazdy, choć nic na nich nie zarabiali, ewentualnie płacili mniejsze stawki. Jeżeli z tych wyjazdów zostawały jakieś pieniądze, to były przeznaczane na bieżące potrzeby programowe: choćby na papier, przybory do rysowania. Owszem, mieliśmy czasem dotacje od miasta, ale nie pamiętam, żeby np. Główna Kwatera ZHP przysyłała nam pieniądze.

– No a co z tym Elbrusem? I ze sprawnościami harcerskimi wymagającymi większych nakładów finansowych?

– W tych starszych drużynach, czyli wędrowniczych, jeżeli ktoś nie miał środków, to korzystając z gigantycznej sieci znajomości harcerskich, byłych i obecnych instruktorów, załatwiało mu się pracę, choćby możliwość sprzątania u kogoś w ogrodzie itp. Szukaliśmy także sponsorów, co z czasem szło coraz bardziej opornie. Między 1995 a 2005 rokiem pojawiło się po prostu coraz więcej różnorakich podmiotów, które też na siebie zbierały, szukały sponsorów, konkurencja rosła. Poza tym drużyny podejmowały działalność zarobkową, żeby zebrać na wyjazd.

– Zbieraliście do puszek w supermarketach?

– Puszki w supermarketach były moją najmniej ulubioną formą zarobkowania, ale robiliśmy to. Zresztą one się świetnie sprawdzały, to był ogromny zastrzyk finansowy.

– A czemu tego nie lubiłaś?

– Bo to jest średnio wychowawcze. Nie bójmy się tego słowa: takie żebranie. Klasyczne metody zarobkowania to było sprzedawanie ciasta przy okazji różnych festynów. Pamiętam, że robiliśmy kartki na święta i je sprzedawaliśmy. Gdy pracowałam już w chorągwi, to drużynowi mieli coraz ambitniejsze pomysły dotyczące regularnej pracy zarobkowej. Ostatnio widziałam nawet ogłoszenie „wynajmij harcerza”: zdjęcie chłopaków, którzy oferowali m.in. prace ogrodowe. Zresztą, gdy szukamy z mężem kogoś do pomocy, to najpierw dzwonimy po harcerzach, pytamy znajomych: „potrzebujemy ludzi do posprzątania piwnicy za kasę, macie kogoś?”.

– A co choćby z pieniędzmi na mundur? Nowy ekwipunek także kosztuje.

– Jeśli chodzi o zakup mundurów, to było to zróżnicowane. Po pierwsze, staraliśmy się nie cisnąć, szczególnie jeśli wiedzieliśmy, że ktoś ma problemy z pieniędzmi, zwłaszcza u zuchów. Niektórzy długo nie mieli mundurów. Istniał także wtórny rynek mundurów, przekazywało się je młodszym – to było naturalne. Za moich czasów zazwyczaj miało się mundur po kimś. Rzadko kogo było stać na całą wyprawkę. Gdy prowadziłam zastęp, to pamiętam, że miałam całą kolekcję karimat [śmiech]. Podobnie dzieciaki wypożyczały śpiwory. Przynajmniej pod koniec lat 90. XX wieku modny był wręcz antylans.

– Przy okazji: w ZHP niektóre funkcje są płatne i „uzawodowione”.

– Tak – i uważam, że to dobrze. Na poziomie dużego hufca albo chorągwi nie da się sensownie pracować bez płatnego etatu. Mówię o dwóch, trzech etatach, nie pięćdziesięciu. Nie da się robić księgowości chorągwi bez etatu: mówimy o wynagrodzeniu dla osób, które robią to sensownie i wypełnia im to znaczną ilość czasu, mówimy o zarządzaniu finansami grup, które idą w tysiące osób. Sądzę, że dobru organizacji służy, jeżeli jest to praca etatowa. Natomiast funkcje wychowawcze zasadniczo nie powinny być płatne.

– Rozmawialiśmy nieco o czasach PRL. Czy generalnie źle oceniasz tę kadrę z tamtych czasów?

– Nie. Myślę, że jest ona bardzo zróżnicowana. Sądzę, że jest i było tam wielu fenomenalnych drużynowych, ludzi z olbrzymim doświadczeniem. Znam kilka takich osób, są niesamowici i podziwiam ich. Myślę, że na tym etapie ta po-PRL-owska kadra, która była słaba, już się wykruszyła. Zostali dobrzy instruktorzy, ludzie, którzy dziś mają po 50, 60 lat, niektórzy z nich do dziś prowadzą drużyny. Myślę, że w pewnym sensie doświadczenie tych ludzi nie zostało docenione – szczególnie w momencie, gdy postawiono na odmłodzenie wielu elementów struktury harcerskiej. Starsza kadra na fali buntu wobec „betonu instruktorskiego” została wrzucona cała do jednego worka i potraktowana przez młodszych z dystansem i może nawet pobłażaniem czy wrogością. A ich potencjał jest ogromny: byli drużynowymi przez dekady i robią to dobrze. Mają olbrzymią wiedzę i doświadczenie. Po części zrezygnowano z ich mądrości życiowej: osiemnastolatek, choćby nie wiem jak zapalony, pod pewnymi względami nigdy nie będzie w stanie dorównać czterdziestolatkowi, bo nie ma jego dojrzałości, nie ma jego obycia.

To są kwestie, które należałoby równoważyć i nie wiem, czy zawsze się to udaje. Oczywiście, gdy stara kadra mówi: „my wszystko wiemy, wszystkie rozumy pozjadaliśmy”, to wówczas trudno się z nią pracuje i młodzi się buntują. Ale gdy starsza kadra jest otwarta, szuka porozumienia, to pracuje się z nią świetnie. Miałam takie doświadczenia i były nader pomocne – szczególnie w trudnych momentach, na ciężkich kursach harcerskich, wymagających znacznej pracy nad sobą, wiele autorefleksji. To jest prawdziwy skarb wychowawczy, ponieważ samemu uczysz się, jak postępować z innymi.

– Ale sama zwróciłaś uwagę, że w harcerstwie bardzo ważny jest model wychowania młodszych przez nieco starszych. Tutaj to nam się trochę rozchodzi wiekowo.

– Dla środowisk wiejskich i małomiasteczkowych moim zdaniem to jest jedyne realne rozwiązanie. Tam nie będzie młodej kadry harcerskiej – bo ona wyjeżdża do dużych miast studiować. Środowiska małomiasteczkowe czy wiejskie stoją właśnie starszą kadrą: to nauczyciele, pracownicy świetlic czy domów kultury.

– Wciąż myślę o obecności harcerstwa w przestrzeni społecznej, w wyobrażeniach społecznych. Może dlatego, że należę do pokolenia, które za młodu z wypiekami na twarzy czytało i oglądało „Czarne stopy”. Może jednak harcerstwo powinno być dziś bardziej obecne medialnie?

– Powinno. Myślę, że to w jakimś sensie jest słabość organizacji. Wynika to jednak z tego, że gdy masz trzech instruktorów do prowadzenia drużyny i jeden z nich miałby się zająć promocją, to ostatecznie wybór padnie na drużynę.

Ale jasne, chciałabym, żeby harcerstwo było widoczne choćby w polskich serialach, tylko że nie za cenę sojuszu z państwem, szczególnie rozumianym jako emanacja interesów partyjnych. Harcerstwo musi być odrębne od państwa, inaczej spadnie efektywność pracy metodą harcerską, która dokonuje się na poziomie instruktora i jego drużyny. Jeżeli tutaj pojawiają się jakiekolwiek wątki, które to zakłócają, to jakość pracy automatycznie spada. Podam konkretny przykład: gdy wybieraliśmy sprawności dla zuchów (czyli cykle tematyczne, nad którymi się pracuje), to kierowaliśmy się zainteresowaniami i potrzebami tej dwudziestki dzieci, które mieliśmy. Gdyby teraz się okazało, że np. mamy rocznicę chrztu Polski i muszę z tymi dziećmi robić sprawność w jakiś sposób z tym związaną, to w sposób naturalny ograniczałoby mnie to jako instruktora. Oczywiście, świetny instruktor sobie poradzi. Choć pojawia się tradycyjne pytanie: ale po co?

– Interesuje cię sytuacja i kierunki rozwoju międzynarodowego skautingu?

– Skauting się zmienia, bo zmienia się świat. Gdy byłam na zlocie skautów w Holandii, to poziom nowoczesności był tam zaskakujący, choćby poziom pracy wykorzystującej najnowsze media. Znane mi środowiska ZHP też szły w tym kierunku. Ale trzeba pamiętać o różnicach społecznych: oni jako społeczeństwa nie mają doświadczenia zaborów, rzezi okupacyjnej, kilku dekad „komuny”. To stare demokracje o bardzo wykształconej już strukturze społecznej. U nas wciąż dość mocno formuje się choćby struktura klasowa, to, co wynika z rozwarstwienia, które nie było tak mocne w czasach PRL.

– Co dla Ciebie było trudne w harcerstwie?

– Jak to w bajkach bywa: najtrudniejsza jest praca z ludźmi. Siłą rzeczy czasem jest ciężko – trudne są relacje międzyludzkie. Byłam młoda, wtedy poziom zaangażowana emocjonalnego w rzeczywistość jest znacznie wyższy – wiele rzeczy stawało się życiową tragedią [śmiech]. Z perspektywy czasu nawet te obiektywnie bardzo trudne rzeczy postrzegam jako pozytywne, kształtujące postawę. Przez dziesięć lat pracy dydaktycznej może ze dwa razy student wyprowadził mnie z równowagi. Jako trudny wątek wspominam też porażki wychowawcze – ktoś skręcił nie w tę stronę, w którą trzeba.

– Dziękuję za rozmowę.

Kraków – Poznań, 9 grudnia 2016 roku

Organizowanie nieorganizowalnych

Dzikie strajki w sektorach pracy dorywczej są wyzwaniem dla panujących w związkach zawodowych wizji tego, gdzie i kogo organizować.

11 sierpnia jeden ze związkowców, otoczony przez stu pięćdziesięciu prowadzących dziki strajk kierowców firmy Deliveroo (zajmującej się dostawą jedzenia), przeczytał listę osiągnięć brytyjskich kurierów, którzy zorganizowali się w związku zawodowym Independent Workers of Great Britain (Niezależni Pracownicy i Pracownice Wielkiej Brytanii). Kurierzy wywalczyli 28-procentowe podwyżki; pracownicy CitySprint uzyskali 17-procentowy wzrost wynagrodzeń – dla nich była to pierwsza podwyżka od 10 lat. Rowerzyści w Mach1 zdobyli wyższe płace, uniformy zapewniane na koszt firmy oraz zniesienie opłat za wynajęcie sprzętu.

Zaledwie tydzień wcześniej sprzątacze i sprzątaczki wygrali najdłuższy, trwający 61 dni, strajk w historii londyńskiego City, zapewniając sobie płacę na poziomie londyńskiego minimum socjalnego. Obecnie jest to 9,40 funtów na godzinę. Grupa zorganizowała się w związku United Voices of the World (Zjednoczone Głosy Świata). W lutym tego roku UVW, przez mocno nagłośnioną kampanię w Sotheby’s, zwyciężył w kwestii uznania odpłatności za czas zwolnień lekarskich dla ochroniarzy i sprzątaczy pracujących dorywczo [Sotheby’s to międzynarodowy dom aukcyjny, ochroniarze i sprzątaczki są w nim zatrudniani przez firmy zewnętrzne. Jest to pierwsza w Wielkiej Brytanii grupa outsourcowanych pracowników i pracownic, która uzyskała płatne zwolnienia chorobowe – przyp. tłum.].

Zainspirowani zwycięskimi strajkami w Deliveroo, kierowcy z UberEats ogłosili, że utrzymają dziki strajk dopóty, dopóki firma nie zgodzi się zapłacić im londyńskiego minimum socjalnego.

Gdy to czytacie, możecie myśleć, że ruch pracowniczy w Wielkiej Brytanii w końcu się budzi. Od utworzenia Komisji Sprzątaczy i Sprzątaczek (Cleaners Branch) w Industrial Workers of the World (Pracownicy i Pracownice Przemysłowe Świata, IWW) w 2011 roku, historie podobne do tych zdarzają się coraz częściej i coraz częściej są zakończone sukcesem. Odważne kampanie pracownicze prowadzono już przeciwko sieciom sklepów, centrom kulturalnym, instytucjom edukacyjnym i firmom dostawczym, organizując tysiące prekaryjnych pracowników i pracownic. A jednak w 2015 roku tylko 81 tysięcy osób uczestniczyło w strajkach, które łącznie trwały jedynie 170 tysięcy dni. Oznacza to najmniej strajkujących i drugie od końca straty w produkcji od 1893 roku, kiedy rozpoczęto rejestry. W 2015 roku odnotowano też najniższy poziom uzwiązkowienia od 1995 roku – zaledwie 24,7%.

Walki sprzątaczek i kurierów to tylko rzadkie przypadki pracowniczej bojowości, a nie szerokie odrodzenie ruchu. Jednak już to czyni je interesującymi. A ponieważ akcje te pojawiły się w sektorze pracy prekaryjnej1, który tradycyjnie jest uważany za niemożliwy do zorganizowania, a w konsekwencji – zaniedbany przez związki zawodowe głównego nurtu, lewica powinna przyglądać się tym strajkom uważnie i uczyć się od biorących w nich udział.

Czy naprawdę nie da się ich zorganizować?

Opisane kampanie podważają utrzymywane od dawna przekonania na temat pracy prekaryjnej. Częstotliwość i zasięg protestów – które wciąż rosną – a także duża frekwencja w referendach strajkowych, wskazują na wysokie zaangażowanie pracowników i pracownic.

Mimo to związki głównego nurtu wciąż zdają się na nieskuteczne kryteria, które sprawiają, że osoby pracujące w oparciu o niestabilne formy zatrudnienia – stają się niewidzialne. Związki zawodowe z Trade Union Congress [TUC, największa centrala związkowa w Wielkiej Brytanii – przyp. tłum.] wycofują się ze współpracy z takimi pracownikami z różnych powodów. Niektórym brakuje umiejętności, doświadczenia i środków, aby organizować ten sektor. Inne przeanalizowały zyski i koszty, co wykazało, że kampanie skierowane do tej grupy nie są warte ich czasu. W niektórych związkach sądzi się nawet, że prekariusze i prekariuszki nie liczą się jako „prawdziwi pracownicy”, więc nie są grupą wartą uwagi.

U źródeł bezczynności głównych związków zawodowych leży ściśle legalistyczne definiowanie pracownika, praw pracowniczych i relacji pracodawca – pracownik, z organizacją uczestniczącą w negocjacjach zbiorowych jako centralnym punktem odniesienia. Osoby pracujące dorywczo czy „elastycznie”, zazwyczaj wypadają z tych ram, po czym są odrzucane jako niemożliwe do zorganizowania. W rezultacie sektor pracy prekaryjnej jest w większości nieuzwiązkowiony i panują w nim najgorsze warunki zatrudnienia.

Sposób, w jaki związki zjednoczone w TUC rozwinęły to legalistyczne podporządkowanie, to dłuższą historia. Tym, co się tutaj liczy, jest fakt, że biznes gra na takich samych zasadach jak związki, a bitwy między szefami a pracownikami odbywają się w oparciu o nie. W ostatnich latach kapitał nasilił ataki wobec zatrudnionych. W sektorze pracy stałej firmy podjęły wysiłki, żeby zmienić koszty pozwów pracowniczych w sądzie pracy i ograniczyć możliwość podjęcia prawomocnego strajku. Ponadto zupełnie pomijały zwykłe ramy prawne, tworząc więcej niestabilnych miejsc pracy. Rozwiązania takie jak wykorzystanie zewnętrznych agencji zatrudnienia, klasyfikacja niektórych pracowników i pracownic jako niezależnych kontrahentów lub umowy typu „zero godzin” [umowy o pracę „na żądanie”, niezobowiązujące pracodawcy do faktycznego oferowania pracy, a pracownika do przyjęcia zlecenia – przyp. tłum.], pozbawiają wielu osłon, z których korzystają osoby zatrudnione w tradycyjny sposób, równocześnie jednak utrzymują zasadnicze warunki relacji pracodawca – pracownik.

Praktyki zatrudniania w Delilveroo znakomicie ukazują ten mechanizm. Firma nazywa swoich kurierów „niezależnymi podwykonawcami”, więc nie jest formalnie zobowiązana do wypłat za czas zwolnienia lekarskiego, udzielania urlopów, opłacania składek emerytalnych oraz zapewnienia kierowcom płacy minimalnej (7,20 funtów na godzinę). Jednak ci tak zwani podwykonawcy mają takie same obowiązki jak pracownicy. Co najgorsze, nie mogą pracować dla żadnej innej firmy kurierskiej, mimo że Deliveroo odmawia im płacy minimalnej.

Model pracy prekaryjnej omija ramę prawną regulującą relacje między pracodawcami a pracownikami. Tych ostatnich dotyczy coraz więcej obostrzeń, a równocześnie to na nich przenoszone są ryzyko i koszty. Pozwoliło to firmom powiększać zyski, zmniejszając inwestycje.

Nieprzypadkowo Deliveroo podjęło próbę zastąpienia płacy godzinowej systemem wynagrodzeń od dostarczonej przesyłki zaledwie kilka tygodni po tym, jak firma otrzymała 212 milionów funtów na inwestycje i szykowała się do zmierzenia z nową konkurencją, UberEats. Firma musiała zintensyfikować swój model zwiększania zysków w odpowiedzi na presję zarówno ze strony udziałowców, jak i rynku.

Przeniesienie przez Deliveroo ryzyka i kosztów na pracowników jest przykładem nie tylko nowych schematów wytwarzania zysku, lecz także zdolności kapitału do wykorzystania słabości prawnych ram pracy.

Strajki na żądanie

Kreatywność w wykorzystywaniu prawa pozwala biznesowi pozbywać się kosztownych zobowiązań wobec pracowników i pracownic, jednak potencjalnie ma ona bardzo obciążające finansowo skutki uboczne. Konflikty klasowe toczą się teraz poza systemem arbitrażowym państwa, który długo zabezpieczał pokój w relacjach ze światem pracy.

Struktury prawne działają przeciwko pracownikom i pracownicom – twierdzi Chris, organizator IWW. – Wspierają kierownictwa firm, wspierają też kompromis. Jeśli odrzucisz te ramy, możesz działać w sposób naprawdę efektywny. Skoro drogi prawne są formalnie przed nimi zamknięte lub finansowo nieosiągalne, prekariusze i prekariuszki muszą poszukiwać alternatywnych metod, aby polepszyć warunki pracy. Wszystko, co potrzebne, to momenty przełomowe, a te – szczególnie w Wielkiej Brytanii w dobie polityki cięć – pojawiają się często.

Wraz z kolejnymi strategiami podnoszenia zysków przez firmy, otwierają się nowe fronty konfliktu klasowego. Kapitał porzuca uprzednie ograniczenia, zmniejszając ponoszone przez siebie koszty i ryzyko na mniej czy bardziej legalne sposoby. Adekwatna odpowiedź na tę erozję praw byłaby nielegalna w świetle obowiązującego kodeksu pracy i państwowego systemu dialogu społecznego, co ogranicza działalność TUC. Ale poza tymi granicami można zrobić wiele.

Dzikie strajki Deliveroo i UberEats szybko wstrzymały pracę firm. To druzgocący ruch dla przedsiębiorstw, które działają przede wszystkim w trybie „na żądanie”. Natomiast zorganizowanie legalnego strajku trwa całe tygodnie i daje szefom mnóstwo czasu na planowanie awaryjne. Organizacja pierwszej blokady zajęła kierowcom Deliveroo zaledwie kilka godzin. Równie szybko zebrali się oni na pikietach wokół biura rekrutacyjnego Deliveroo, gdy dowiedzieli się, że firma próbowała zatrudnić łamistrajków. W TUC zanim zaakceptowano by inicjatywę, musiałaby ona przebrnąć przez kolejne poziomy związkowej biurokracji wrażliwej na kwestie prawne.

Obecna fala strajków pokazuje, że współczesny kapitał, charakteryzujący się elastycznością i szybkim reagowaniem, wymaga równie sprawnie reagującego i wszechstronnego ruchu pracowniczego. Kapitał, który ogranicza ochronę pracy, daje przestrzeń do takiego właśnie działania.

Reszta klasy

Choć ostatnie kampanie były bardzo odświeżające dla ruchu, zaangażowało się w nie jedynie kilka tysięcy pracowników i pracownic sektora pracy prekaryjnej, w którym pracują miliony osób, a całościowa liczebność brytyjskiej siły roboczej jest dziesięć razy większa.

Niedawno Kim Moody ostrzegał przed niebezpieczeństwami fetyszyzowania gig economy [gospodarki opartej na pracy tymczasowej – przyp. tłum.] i podważył rozpowszechnione przekonanie, że coraz więcej pracowników i pracownic przesuwanych jest do prac prekaryjnych. Argumentuje on, że skupienie się wyłącznie na prekariacie przesłania fundamentalny problem dotyczący całej klasy pracującej: mianowicie problem „kiepskich zajęć” (crappy jobs), których rozpowszechnienie wynika z intensyfikacji pracy. Z kolei Ursula Huws przekonuje, że prekaryzacja nie musi dzielić klasy pracującej. Pisze ona, że prekaryzacja jest normalnym stanem całej siły roboczej w kapitalizmie – powstrzymywanym tylko przez silne organizacje pracownicze i tylko w sprzyjających okolicznościach.

Z analiz Huws i Moody’ego wynika, że prekaryzacja jest przydatnym pojęciem ujawniającym wspólne wzory łączące sektory pracy stałej i pracy prekaryjnej. Huws argumentuje, że firmy ustanawiają nowy model zarządzania pracą w obu sektorach. Rutynowe zajęcia, takie jak rezerwacja podróży, wypełnianie raportów wydatków itd., są obecnie rozproszone pomiędzy różnymi pracownikami i pracownicami firmy, a nie skoncentrowane w działach. Oznacza to stopniowe przerzucanie niewielkich zadań na pracownice i pracowników, czego wynikiem jest obciążenie cyber-biurokratyczną nieopłaconą „pracą konsumpcyjną” konieczną dla codziennego przetrwania.

Przedsiębiorstwa coraz częściej kontrolują i śledzą wyniki pracowników. Są one oceniane w odniesieniu do coraz bardziej wymagających norm. Dalsze zatrudnienie w ramach tej samej firmy staje się zależne od ostatniego raportu o wydajności. W konsekwencji życie w korporacji zaczyna coraz bardziej przypominać życie na zewnątrz niej, natomiast koszty i ryzyko przenoszone są na osoby pracujące w sektorze pracy stałej.

Dotyczy to także stanowisk niebieskich kołnierzyków. Dla przykładu, osoby pracujące na część etatu (mniej niż dziesięć godzin tygodniowo) mogą nie być liczone jako pracujące dorywczo, ponieważ formalnie mają prawo do płatnego czasu wolnego i innych świadczeń. A jednak doświadczają tych samych problemów. Wiele z nich woli pracować na cały etat2. Brak gwarantowanej większej liczby godzin przypomina kontrakt typu „zero godzin”, kiedy pracownice i pracownicy zwiększają produktywność lub pracują dłużej za darmo, aby „zarobić” dodatkowe zmiany.

Kiedy w ten sposób myślimy o prekaryjności, staje się jasne, że sektor pracy stałej adaptuje schematy wytwarzania zysku pochodzące z sektora pracy tymczasowej. Wraz z tym procesem powstają nowe fronty konfliktu klasowego, podające w wątpliwość metody TUC.

Moody, podobnie jak Joe Allen, wzywa do reorientacji działań socjalistów i socjalistek ku rozległym centrom logistycznym w sercu globalnej gospodarki. Oto są współczesne słabe punkty kapitalizmu, zależne od armii nisko opłacanych pracowników i pracownic. To tutaj można znaleźć ogromny potencjał dla organizacji pracowniczej i odwrócenia spadku uzwiązkowienia – w miejscu, które Moody nazywa nowym terenem konfliktu klasowego.

Jednak nowy ruch pracowniczy zwycięży na nowym terenie tylko pod warunkiem, że będzie na nim walczył nowymi metodami.

Nowy ruch pracowniczy

Aby skutecznie odpowiedzieć na wzrost prekaryzacji, świat pracy musi podążać za kapitałem poza prawne granice relacji klasowych. Aktualne kampanie pracowników i pracownic prekaryjnych służą za poligon dla antagonizmu klasowego toczącego się poza arbitrażem państwa. Tam, gdzie jest coraz mniej prawnej ochrony, znajdujemy coraz większy potencjał dla innowacyjnych metod konfliktu klasowego. Biorąc pod uwagę ostatnie sukcesy pozasądowych akcji oraz stagnację tradycyjnych związków, pracownice i pracownicy mogą coraz częściej postrzegać nowe terytoria jako bardziej obiecujące niż te, które już znają.

Nowe centra logistyczne są w dużej mierze zależne od osób pracujących tymczasowo, dostarczanych przez agencje pracy. Stare sposoby związków ­zawodowych nie wystarczają do mierzenia się z tymi zakładami. Zamiast tego, związki powinny wyciągnąć wnioski z niedawnych walk pracowników dorywczych.

Podejmowane są już pewne starania, aby krytycznie zmierzyć się z tym wyzwaniem, jednak muszą one być powtórzone na znacznie większą skalę, zanim zobaczymy jakiekolwiek rezultaty. Upowszechnienie dzikich strajków brytyjskich pracowników i pracownic pokazuje, że jest to możliwe.

Kampanie kurierów i sprzątaczek przedefiniowują koncepcję organizowania się świata pracy w Wielkiej Brytanii. Rezultaty chaotycznych, gorących ulicznych konfliktów raz po raz pokazują, że są one korzystniejsze niż niewidoczne ugody sądowe. Na ironię zakrawa, że dzięki niezależnym formom organizowania się prekariusze cieszą się coraz większym bezpieczeństwem pracy, podczas gdy wielu uzwiązkowionych pracowników i pracownic obserwuje, jak warunki ich pracy pogarszają się, a bezpieczeństwo znika.

Byłoby dobrze, gdyby ruch pracowniczy odszyfrował ten paradoks, wyniósł z niego lekcję i wcielił ją w życie.

Tomasz Frymorgen

Tłumaczyła Alicja Palęcka

Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu „Jacobin Magazine” we wrześniu 2016 roku.

Przypisy tłumaczki:

  1. W oryginalnym tekście autor używa pojęcia informal na oznaczenie sektora pracy niestabilnej (tymczasowej, dorywczej lub w inny sposób sprekaryzowanej) przeciwstawionego sektorowi pracy stałej (formal sector). W tłumaczeniu użyto pojęcia „sektor pracy prekarnej” jako najszerszego, obejmującego wszystkie wymienione zjawiska.
  2. Zob. dane Eurostatu na temat przyczyn niepełnego zatrudnienia: http://appsso.eurostat.ec.europa.eu/nui/submitViewTableAction.do (23.01.2017).