Pożegnanie

W ostatnim czasie z głębokim żalem pożegnaliśmy dwie postaci niezwykle zasłużone dla społeczeństwa i państwa polskiego, a zarazem członków Rady Honorowej naszego pisma.

22 listopada 2013 r. zmarł prof. dr hab. Leszek Gilejko, który całą karierę zawodową poświęcił socjologii przemysłu i struktur społecznych, związkom zawodowym i partycypacji pracowników w zarządzaniu i własności przedsiębiorstw. Począwszy od Października ‘56 jako członek reformatorskiego skrzydła PZPR aktywnie włączał się w praktyczne działania na rzecz demokratyzacji życia społecznego i gospodarczego. W wolnej Polsce był m.in. współzałożycielem Solidarności Pracy oraz przewodniczącym Naukowej Rady Programowej Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog”.

Choć trudno nam utożsamić się ze wszystkimi jego wyborami, prof. Gilejko był dla nas przykładem wierności prospołecznym ideałom niezależnie od panującego klimatu politycznego. Do końca życia, mimo kiepskiego stanu zdrowia, miał dobre słowo i pomocną dłoń dla tych, którzy upominali się o pracowników lub przypominali tradycje ich samoorganizacji – w tym także dla nas.

***

13 lutego odszedł dr Zbigniew Romaszewski – bezkompromisowy obrońca praw człowieka, odważny działacz opozycji demokratycznej oraz chluba parlamentaryzmu III RP. Jego życiorys polityczny, którego starczyłoby dla kilku mężów stanu, rozpoczął się aktywnym sprzeciwem wobec niegodziwości władz komunistycznych w marcu 1968 r. Następne lata Jego życia to m.in. działalność w Komitecie Obrony Robotników oraz założenie Komisji Helsińskiej, zajmującej się dokumentowaniem przypadków łamania praw człowieka przez władze PRL. Za odwagę i konsekwencję, których przejawem w stanie wojennym było m.in. prowadzenie wraz z żoną Zofią podziemnego Radia „Solidarność”, zapłacił utratą pracy w Instytucie Fizyki PAN oraz dwuletnim więzieniem.

Po uwolnieniu kierował podziemną Komisją Interwencji i Praworządności NSZZ „Solidarność” oraz zorganizował I Międzynarodową Konferencję Praw Człowieka w Krakowie. Po przemianach ustrojowych w latach 1989–2011 r. jako jedyny nieprzerwanie zasiadał w Senacie, trzykrotnie przewodnicząc Komisji Praw Człowieka i Praworządności oraz pełniąc funkcję wicemarszałka; zasiadał także w Trybunale Stanu. Równolegle angażował się w niezliczoną liczbę inicjatyw społecznych, których wspólnym mianownikiem była obrona praw obywatelskich i poglądy prospołeczne.

Zbigniew Romaszewski był i pozostanie dla nas wzorem wytrwałości, męstwa i bezinteresowności w walce o pryncypia.

CZEŚĆ ICH PAMIĘCI!

Redakcja „Nowego Obywatela”

Praca, kłamstwa i gry wideo

Wyzysk pracowników w branży gier wideo ilustruje problem, który w przyszłości może dotyczyć wielu z nas i różnych zawodów.

Na początek wyjaśnijmy, że branża gier wideo to sektor o rocznej wartości obrotów porównywalnej z tymi w Hollywood. Całe miasta planują oparcie na niej swych nowych sektorów gospodarki. Konsumentami jej produktów są w równej mierze młodzież i dorośli. Zainteresowanie mediów branżą jest jednak niewielkie. Z wyjątkiem strony internetowej Gamasutra media poświęcone grom wideo ugrzęzły w kulturze uzależnienia od łapówek za nieoficjalne reklamowanie towarów oraz od przychodów z reklam. Kanał telewizyjny G4, poświęcony nowościom z branży (nie zajmujący się już tylko grami wideo), wydawał się dowodzić prawdziwości wszystkich stereotypów o graczach, prezentując w nieskończoność korporacyjne komunikaty prasowe, przerywane tylko sztubackimi żartami o seksie oralnym.

To dziwne, ponieważ sytuacja w branży wcale nie jest dobra. Praca kreatywna stała się polem wyzysku pracowników – wyzysku kojarzonego zazwyczaj z sektorem przemysłowym. Mimo że płace są tu już obecnie niższe niż w szeroko pojętym sektorze technologii, producenci gier utrzymują status quo poprzez świadome manipulowanie pragnieniami pisarzy, artystów i programistów liczących na karierę w tej branży. Pieniądze, zaoszczędzone na wynagrodzeniach, zasilają rozdęte pensje kierownictwa i krzykliwe, tandetne kampanie marketingowe, produkowane masowo przez działy public relations. Wyzysk pracowników w branży gier wideo ilustruje problem, który w przyszłości może dotyczyć wielu z nas.

Tylko nielicznym osobom spoza branży mogłoby przyjść do głowy, że jest to dziedzina poważnych nadużyć i wyzysku pracowników. Informacje o rzeczywistej sytuacji trafiają czasem do mediów głównego nurtu przy okazji głośnych skandali, takich jak niesławny przypadek żony pracownika firmy Electronic Arts (EA) sprzed dziesięciu lat – wtedy właśnie miała miejsce pierwsza dyskusja na ten temat w krajowych mediach.

Firma Electronic Arts, wówczas największy i najbardziej przebojowy producent gier wideo na świecie, została zdemaskowana (wpisem na blogu Erin Hoffman, żony programisty z EA, również będącej autorką gier) jako miejsce, w którym kierownictwo – powołując się na wciąż „ciężkie czasy” – tnie koszty, egzekwując 80-godzinny tydzień pracy dla dotrzymania harmonogramów produkcji, zamiast zatrudnić dodatkowych pracowników. Historia ta wyszła na jaw w czasie, gdy firma wykupywała małe studia, narzucając swe wyjątkowo drakońskie standardy ich bezbronnym pracownikom. Po sprawach sądowych, podjętych w następstwie skandalu, firma została zmuszona do zmiany swych praktyk. Hoffman utworzyła małą grupę monitorującą nadużycia. Kiedy jednak media znudziły się tematem, cała branża powróciła do swej „kultury” nieludzko długich godzin pracy, niskich płac i warunków wywołujących szybkie wypalenie zawodowe.

Zacząłem pracę w branży w 2007 r., w firmie Funcom, gdzie nie doświadczałem żadnego szczególnie niewłaściwego traktowania. Trafiłem tam jako tabula rasa, nie wiedząc, czego oczekiwać, i nie mając innych motywów oprócz upodobania do gier. Praca zapowiadała się znakomicie. Byłem technikiem kontroli jakości, a moim zadaniem było wyszukiwanie błędów w grze i informowanie o nich zespołu programistów. To typowa pierwsza praca w tej branży – taka, która daje ogólne pojęcie o produkcji i jest punktem wyjścia do ewentualnej przyszłej specjalizacji.

Większość moich współpracowników była zadowolona z pracy w Funcom. Niemal wszyscy z nich trafili tu z Red Storm z Karoliny Północnej, jednego z najbardziej uznanych studiów w kraju i podpory branży. Historie, które opowiadali, były przerażające: skandalicznie niskie wynagrodzenia, dotkliwe przepracowanie i kierownictwo średniego szczebla traktujące lokale biurowe jak własny mały folwark.

Firma Red Storm zatrudniała wówczas większość swych kontrolerów jakości tymczasowo. Trafiały do niej zastępy młodych ludzi, także dzieciaków z liceum, znęconych obietnicami kariery w tym nowym Hollywood branży gier wideo. Płacono im stawki minimalne, a tygodniowa norma godzinowa była bardzo wysoka. Jeden z moich bezpośrednich przełożonych przyznał nieoficjalnie, że pracował regularnie co najmniej 60 godzin tygodniowo. Pracownikom tymczasowym nie przysługiwały również świadczenia społeczne. Osoby takie były zatrudniane na czas projektu – zazwyczaj w ostatnich 4 miesiącach jego trwania. Gdy zrobili swoje, zwalniano ich masowo, bez wypowiedzenia, z obietnicą skontaktowania się, gdy znów będą potrzebni.

Każdy, kto przewinął się przez Red Storm, mówił o całkowitym oderwaniu kontroli jakości od prac rozwojowych. Kontrolerzy mogli kontaktować się z programistami tylko przez pośredników i nie mieli prawa wstępu do „rozwojowej” części budynku. Kontrolerzy jakości byli ewidentnie kastą niższą, z wydzielonym dla nich piętrem. Wtedy nie rozumiałem, dlaczego ci ludzie nie decydowali się na odejście z pracy. Wynagrodzenie było nędzne, godziny pracy za długie, a jeśli choć część historii, które usłyszałem podczas przerw obiadowych, nie została zmyślona, to skandaliczna była również atmosfera w pracy. Pytani o powody pozostania, wszyscy mówili mniej więcej to samo: praca w branży gier wideo była ich marzeniem.

Międzynarodowe Stowarzyszenie Twórców Gier (International Game Developers Association, IGDA) jest największą na świecie organizacją pożytku publicznego działającą w interesie wszystkich twórców gier wideo. Jak podkreślają jego prominentni członkowie, IGDA nie jest związkiem zawodowym. Ma ono wspierać – w ten charakterystycznie amerykański, liberalny sposób – tworzenie dobrych warunków pracy i uczciwe wynagradzanie członków bez wywierania nadmiernej presji i wywoływania szumu medialnego, co byłoby nieodpowiednie w branży będącej technologiczną forpocztą XXI stulecia. Zarząd IGDA często się zmienia, a jego członkami są w większości luminarze z klasy zarządzającej branżą, co przekłada się oczywiście na mniej lub bardziej jednoznacznie antyzwiązkowe stanowisko stowarzyszenia. Dyrektorzy przychodzą, odbywają swe kadencje i są zastępowani przez inne osoby o podobnych zapatrywaniach na pracę.

Jedną z ważniejszych postaci w zarządzie był Mike Capps, wówczas szef znanej firmy Epic Games. Bardzo zamożny, władczy i mówiący bez ogródek. W 2008 r. wymknęła mu się wypowiedź charakteryzująca to, co wszyscy decydenci z branży myślą, choć nie powiedzieliby tego wprost. Zapis tej wypowiedzi zniknął w tajemniczy sposób z protokołów z posiedzeń IGDA. Mowa o stwierdzeniu Cappsa, że firma Epic Games nie jest zainteresowana zatrudnianiem ludzi, którzy chcą pracować mniej niż 60 godzin tygodniowo; że nie chodzi tu o jakość życia, lecz o kulturę korporacyjną firmy, i że absurdem byłoby, gdyby ktokolwiek wchodzący do branży miał w tej kwestii inne oczekiwania.

Wypowiedź ta wzbudziła u wielu wściekłość. Greg Costikyan, pisarz i krytyk branży, odpowiedział na nią ciętą reprymendą. Podążyli za nim inni ze wszystkich zakątków świata gier. Capps pozwolił sobie najwidoczniej na zbyt wiele. Jak w przypadku żony pracownika firmy Electronic Arts, branża za bardzo odsłoniła prawdziwe oblicze, by ten incydent mógł ujść bez komentarza.

Capps został zmuszony do ratowania sytuacji, szczególnie po tym, jak szef IGDA, główna osoba odpowiedzialna za kształtowanie wizerunku organizacji, pośrednio zgodził się z nim, stwierdzając, że zagadnienie równowagi między życiem zawodowym a prywatnym wykracza dalece poza liczbę przepracowanych godzin. Ponadto jakość życia znaczy co innego w zależności od osoby. Choć incydent ten przyciągnął wówczas uwagę opinii publicznej, kolejne wywiady, w których Capps podwoił stawkę w kwestii swych oczekiwań i płac pracowników branży, zostały w większości zignorowane.

Gry takie jak Gears, wiesz, to jedna z najlepiej recenzowanych gier wszechczasów… Nie stworzycie takiej gry z grupą ludzi bez pasji, dbałości o jakość produktu i woli poświęcenia tej jednej dodatkowej nocy – stwierdził Capps. Słowo „pasja” pada w wywiadzie trzykrotnie. To atrybut wzmiankowany w wielu wywiadach i podczas pokazów branżowych takich jak E3. Słowo to najlepiej określa pracownika idealnego. Inaczej mówiąc, „pasja” to gotowość poświęcenia się marzeniu stania się twórcą gier wideo do tego stopnia, że rozsądne godziny pracy i adekwatne wynagrodzenie stają się nieistotne. Ciągłe rozgrywanie pasji pracowników z branży staje się środkiem, za pomocą którego kierownictwo pośrednio uzasadnia ich skrajny wyzysk.

Ta metoda sprawdza się, ponieważ poczucie pasji jest bardzo realne. Przynosisz ją ze sobą do pracy. Widzisz, że wszyscy wokół dzielą z tobą to samo wspólne zainteresowanie i uznanie dla sztuki tworzenia gier. Możesz natychmiast nawiązać przyjaźnie. Wielu moich dzisiejszych przyjaciół wywodzi się właśnie z tej „wspólnoty”. To niewiarygodnie kusząca propozycja. Nikt, kto podejmuje pracę w branży, nie jest na nią całkowicie odporny. A mało gdzie znajdziesz taką pracę.

Kultura geeków [Geek to z angielskiego dziwak, ale najczęściej termin ten jest stosowany na określenie „maniaka komputerowego” – przyp. red. NO] traktuje taką silną wspólnotę zainteresowań i konsumpcji o wiele poważniej niż większość innych subkultur. Niedawno napisałem artykuł poświęcony m.in. zastępowaniu tradycyjnej solidarności klas, płci i ras przez kulturę konsumpcji. Tu, w branży gier wideo, kapitał zaprzęga kulturę geeków do aktywnego szkodzenia pracownikom. Wymiana jest prosta: będziesz pracować 60 godzin w tygodniu za trzy czwarte wynagrodzenia oferowanego w innych działach sektora programowania komputerowego. W zamian otrzymasz miejsce przy stole klasy rządzącej kultury, z którą się identyfikujesz. Chyba tylko zły socjalista mógłby uznać ludzi robiących coś, co kochają, za bezwartościowych. Spełnienie i wybór są filarami sprawiedliwego rynku pracy. To właśnie czyni działania i komentarze menedżerów takich jak Capps tak niemoralnymi. Komuś, kto tworzy gry, po latach marzenia o takiej pracy może być trudno spojrzeć obiektywnie na sytuację i uświadomić sobie, że – być może z kilkoma wyjątkami – ta branża po prostu cuchnie.

Z powodu ogólnej bezużyteczności organizacji branżowych takich jak IGDA oraz tendencji do łączenia danych statystycznych z branż gier, oprogramowania i rozrywki – fakty o branży są trudno dostępne, lecz istnieją. „Game Developer Magazine”, nieistniejąca już publikacja siostrzana strony internetowej Gamasutra, przeprowadził wieloletnie badania wynagrodzeń, procentowego udziału poszczególnych płci i innych wskaźników. Liczebność próby nie była duża, lecz są to jak dotąd najlepsze informacje dostępne publicznie:

  • 12% respondentów zostało zwolnionych z pracy w ciągu ostatniego roku. To ponad dwukrotnie więcej od krajowego wskaźnika zwolnień grupowych i więcej niż wynosi krajowy wskaźnik bezrobocia. Spośród tych osób 12% pozostawało bez pracy w chwili przeprowadzenia badania – to wskaźnik również mocno powyżej krajowych współczynników bezrobocia.
  • Choć ogólne kwoty wynagrodzeń są tylko nieznacznie niższe niż w innych obszarach związanych z oprogramowaniem, pensje początkowe w branży wideo są bez wyjątku znacznie niższe.
  • Nierównoprawność w traktowaniu płci jest ogromna i niewybaczalna. Na stanowisku o największej reprezentacji kobiet (producent) stanowiły one zaledwie 23% pracowników, a ich średnie wynagrodzenie było o 7 tys. dolarów niższe niż w przypadku mężczyzn. Kobiety to 4% programistów i zaledwie 7% kontrolerów jakości (pierwszy szczebel do kariery w branży).
  • Produkcja niezależna – jedyny realny sposób wyłamania się z monopolu dużych studiów – to bilet do ubóstwa. Przeciętny pracownik studia niezależnego zarabiał 23 tys. dolarów rocznie.
  • Aż 84% respondentów „nadgania terminy” – pracuje stale przez ponad 40 godzin tygodniowo w okresach poprzedzających terminy zakończenia dużych projektów. Spośród nich 32% pracowało przez 61–80 godzin tygodniowo (zazwyczaj przez wiele miesięcy).

Szczególną uwagę warto zwrócić na działy kontroli jakości. To najczęściej z nich wywodzą się programiści, producenci, autorzy i artyści jutra. I to w nich wykorzystywanie „pasji” wywiera największy nacisk na całą branżę.

Oprócz „kombinatorów” wywodzących się z kierownictw studiów, na pączkującej i coraz modniejszej w latach 90. branży zaczęły żerować również szkoły komercyjne – jeden z czarnych charakterów współczesnej Ameryki. Wypływając na fali koniunktury Sony Playstation, promowały one „wydumane” programy kształcenia dla osób upatrujących szans kariery w branży gier wideo. Robią to do dzisiaj. Ich reklamy pojawiają się późno w nocy lub, rzadziej, w środku dnia. Wybrane godziny nie są przypadkowe – reklamy skierowano do bezrobotnych i pracujących na niepełnym etacie. Student płci męskiej (niemal zawsze) – w akompaniamencie muzyki gitarowej lub tanecznej, czasami w towarzystwie atrakcyjnej kobiety lub na tle szybkiego samochodu – wspomina, jak nikt nigdy nie wierzył, że gry wideo mogą mu przynieść pieniądze. „Wszyscy byli w błędzie” – sztucznie uśmiecha się bohater reklamy. Szkoły komercyjne sprzedają wizję kariery, która w rzeczywistości nie istnieje. Co więcej, wykorzystują dziwny, atrakcyjny, całkowicie nierealny scenariusz kariery w branży gier wideo jako przynętę na kandydatów do innych programów edukacyjnych, prezentując szkołę, w której nawet studenci scenopisarstwa mogą trzymać z tą odjazdową „bananową młodzieżą”.

Komercyjne szkoły co do zasady nie dzielą się informacjami na temat odsetka absolwentów w stosunku do liczby osób przyjętych. Jednak spośród całkowitej liczby dyplomów wydanych w 2012 r. przez szkoły prowadzące programy związane z grami wideo i mediami interaktywnymi znaczny odsetek (20–30%) dotyczył właśnie tych programów. Udział absolwentów takich projektów w bardziej prestiżowych szkołach komercyjnych wyniósł około 50%. Dyplomy te są w większości bezwartościowe. Osobiście znam kilku twórców gier odrzucających z zasady kandydatury absolwentów takich szkół na wszystkie stanowiska za wyjątkiem najniższych pozycji w kontroli jakości. Nawet sami przyszli pracownicy branży wiedzą, że owe „kwalifikacje” nie są przepustką do wyższych stanowisk. Jednak liczby dowodzą, że ludzie wciąż zapisują się do komercyjnych szkół, licząc na spełnienie marzeń, a uczelnie nie mają interesu w tym, by im to odradzać.

Tak działa cała ta klekocząca machina branży gier wideo – od studenta do pracownika. Kandydatów jest więcej niż wolnych stanowisk. Ponieważ tradycyjne uczelnie i college’e zaczęły podejmować się prowadzenia poważnych kursów mediów interaktywnych dopiero niedawno, zainteresowani pracą w branży korzystają z takiej oferty edukacyjnej, jaka jest dostępna. Szkoły komercyjne żerują na tym popycie bezlitośnie i bez jakiejkolwiek kontroli z zewnątrz. Menedżerowie w wytwórniach gier z kolei korzystają z tego stałego dopływu absolwentów komercyjnych szkół i marzycieli. Nadpodaż chętnych zbija płace, zwiększając pole manewru dla księgowych, którzy dopuszczają niemal bez wyjątków do rozdęcia kosztów wynagrodzeń kierownictwa, marketingu i kosztów pozapłacowych ogółem. Pracobiorcy poddają się żądaniom kierownictw, ponieważ zawsze, bez względu na zajmowane stanowisko, znajdzie się jakiś marzyciel o odpowiednim poziomie „pasji”, który wykona pracę taniej.

Po miesiącach lub latach „nadganiania terminów” i przypatrywania się płacom na porównywalnych stanowiskach w innych firmach, nadchodzi nieuchronnie moment wypalenia zawodowego. 24-latkowie zostają 30-latkami, zakładają rodziny i spłacają hipoteki. I nagle kurczowe trzymanie się marzenia, które i tak nigdy się nie spełniło, przestaje być warte oddalenia od swej rodziny. Więc w końcu odchodzą. Jednak kierownictwu to nie przeszkadza, ponieważ w takich sytuacjach przychodzą tańsi, młodsi pracownicy, gotowi zrobić więcej, by utrzymać się na powierzchni. Nie przeszkadza to szkołom komercyjnym, ponieważ mogą pochwalić się statystykami zatrudnienia swych absolwentów. Nie przeszkadza to również księgowym, gdyż mogą przeznaczać więcej pieniędzy na marketing nowych gier. Zadowoleni są też miłośnicy grania, ponieważ gry są tanie. Każdy trybik w machinie robi swoje. Czasem ktoś odejdzie i stworzy studio niezależne, zarabiając 20 tys. dolarów rocznie zamiast 50 tys., dających choć trochę komfortowe życie. Marzenie staje się nieco „czystsze” – choć twórca niezależny nadal nie widuje swej rodziny i nie stać go na czynsz, to jednak wszyscy mają poczucie, że branża funkcjonuje po prostu świetnie.

Wszystko to powoduje, że tej gałęzi technologii grozi rychły upadek. Sprzedaż konsol sięgnęła dna. Nawet jeśli przyjąć punkt widzenia, że powracamy do normalności, budżety są nadal niebezpiecznie rozdęte, oparte na założeniu niekończącej się hossy, a już wkrótce sprzedaż może nie pokryć rachunków. Wielu ludzi straci pracę i zostanie pozostawionych samym sobie, z doświadczeniem i dyplomami w branży, która ich już nie chce lub nie potrzebuje. Nawet jeśli katastrofa nie przygniecie całego sektora, taki stopień wypalenia pracowników oznacza, że ludzie z prawdziwym doświadczeniem będą zastępowani przez laików, a gry będą na coraz gorszym poziomie. To wszystko ze względu na chęć utrzymania niskich wynagrodzeń i długiego czasu pracy. Co więc można zrobić?

Po pierwsze, pracownicy na wszystkich szczeblach branży muszą się zorganizować. Pierwszym krokiem jest przezwyciężenie dominacji IGDA. Darius Kazemi, były członek zarządu, przedstawił niedawno uzasadnienie takiego posunięcia, lecz sęk w tym, że IGDA jest organem menedżerów. Jest, mówiąc bez ogródek, pozorem, ochłapem rzucanym pracownikom, by uznali możliwość wprowadzenia rychłej zmiany na drodze cichej debaty – klasyczny „związek korporacyjny”, służący studiom gier i przez nie firmowany. Realne uzwiązkowienie, obejmujące sojusz pracowników średniego szczebla i ich podwładnych (czatujących na możliwość awansu), jest nie tylko pożądane, lecz również niezbędne, nie tylko dla dobra pracowników harujących przez 12 godzin dziennie, ale dla uratowania branży od stoczenia się w ruinę.

Wielu obserwatorów pokłada nadzieje w niezależnych studiach, lecz praca w pięcioosobowym zespole tworzącym proste gry nie jest zabezpieczeniem przeciwko tym samym nadużyciom, które charakteryzują korporacje. Powstawanie niezależnych producentów gier musi zostać skojarzone ze sprawiedliwym podejściem do pracy i zatrudnienia, jeśli organizacje te mają pełnić rolę kolektywnej przeciwwagi dla korporacyjnych nadużyć. Biorąc pod uwagę wielkość znacznej części studiów niezależnych, zastosowanie takich radykalnych rozwiązań jak własność spółdzielcza i spłaszczona hierarchia jest łatwiejsze niż w większości pozostałych branż sektora technologii.

Po drugie – należy zwiększyć zatrudnienie kobiet (i mniejszości rasowych – choć aktualnie nie są dostępne żadne dane na ten temat). Wyniki badania reprezentacji kobiet wśród pracujących są niemożliwe do zaakceptowania. Każda „dojrzała” branża zostałaby w takiej sytuacji napiętnowana przez media za brak wysiłków na rzecz równouprawnienia. Takie posunięcie to nie tylko kwestia uczciwości; sprawiedliwy ruch pracowniczy musi być ruchem inkluzywnym. Branża nie jest w tym procesie bezradnym widzem. Typowe dla świata technologii stwierdzenia, że zatrudnienie kobiet byłoby wyższe, gdyby tylko więcej z nich było zainteresowanych pracą, jest słabym wytłumaczeniem. Firmy mogą aktywniej angażować się na rzecz przyjmowania kobiet, przeciwdziałać dyskryminacji w miejscu pracy i współpracować z lokalnymi uczelniami celem zachęcania kobiet do studiowania.

Po trzecie – tradycyjne college’e i uczelnie powinny zastąpić płatne kursy. Programy dla branży gier wideo stanowią tak dużą część działań marketingowych i rekrutacyjnych szkół komercyjnych, ponieważ szkoły tradycyjne nie zdołały wypełnić tej luki podażowej.

Na koniec – media muszą zacząć traktować branżę gier poważnie. Jej sytuacja musi zostać zbadana. Niedostatek informacji i ukrywanie danych o edukacji wynika bezpośrednio z faktu, że branża ta jest lekceważona. A przecież jest to sektor, w którym krążą prawdziwe, wielkie pieniądze, decydujące o życiu konkretnych ludzi.

Jak w większości sektorów technologicznych, pracownicy branży gier wideo padają najczęściej ofiarami znanej pułapki: polegania na „dobroczynnym zarządzie” zamiast na organizacji pracowniczej. Pomimo tych wszystkich zgniłych praktyk, miejsca pracy przynoszące satysfakcję istnieją – jednak wynika to raczej z dobrej woli kierownictwa niż z realnej groźby grupowego działania pracowników. Sytuacja taka jest zbyt niepewna, żeby na niej polegać – gdy zmienią się kaprysy kierownictwa lub ono samo, pracownicy pozostaną bezradni.

Tym niemniej można spotkać także bardziej radykalne podejścia zarówno do produkcji treści, jak i do reformy systemu zatrudnienia w branży. Choć sektor technologii podąża w kierunku libertarianizmu, w pewnych jego obszarach rzeczywista wydaje się tęsknota za bardziej lewicowym podejściem do reform. Jednak nie jest ona jeszcze wystarczająco słyszalna, by w większym stopniu wpłynąć na toczącą się dyskusję.

Realna szansa, że taka transformacja doprowadziłaby do zmian w całym sektorze technologii, to kusząca perspektywa. Branża gier wideo – niedostrzegana lub wyszydzana przez tak wielu – mogłaby bowiem okazać się w XXI stuleciu ważnym polem walki o prawa pracownicze.


Tłum. Ireneusz Sojka

Artykuł pierwotnie ukazał się na stronie internetowej „Jacobin” (www.jacobinmag.com), amerykańskiego lewicowego pisma poświęconego polityce, ekonomii i kulturze. Tytuł pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”, dokonano drobnych skrótów.

Kraj zmian

Ameryka Łacińska to kontynent, na którym zachodzą ciekawe procesy polityczne, społeczne i ekonomiczne. W wielu państwach mieliśmy niedawno do czynienia ze swoistym „przebudzeniem obywatelskim”, spowodowanym z jednej strony pogorszeniem się warunków bytowych, z drugiej zaś nadziejami pokładanymi w demokracji, w tym partycypacyjnej. W ciągu niespełna 25 lat podwoiła się liczba osób żyjących poniżej poziomu biedy – ich liczba wynosi ponad 210 milionów. Ubóstwo, głód i wykluczenie stały się przyczyną wzrostu liczby i siły ruchów kontestacyjnych, należących zarówno do mainstreamu, jak i znajdujących się poza głównym nurtem politycznym. Szczególnie ciekawym krajem jest Ekwador, w którym od 2007 r. dokonuje się revolución ciudadana („rewolucja obywatelska”).

W całym regionie andyjskim (Ekwador, Kolumbia, Peru, Boliwia; w innej sytuacji jest Chile) zachodzi od pewnego czasu kilka charakterystycznych zjawisk. Porażka państwa w zakresie rozwiązywania problemów społeczno-gospodarczych oraz niezdolność modelu neoliberalnego do poprawienia sytuacji gospodarczej spowodowały załamanie się klasycznych partii politycznych, wzrost nastrojów antypartyjnych oraz rozwój gospodarki nieformalnej. Obywatele mieli niski udział w rządzeniu, a władzę sprawowały elity, przy dużym wpływie korporacji północnoamerykańskich. Rozwój sytuacji doprowadził do powstania próżni, którą wypełnili nowi liderzy polityczni i masowe ruchy społeczne.

Co(ś) się dzieje

W końcu lat 70. XX wieku do władzy w Ekwadorze powróciły rządy cywilne, a głównym problemem okazał się wkrótce brak stabilności: podziały polityczne, rządy mniejszościowe, tendencje odśrodkowe oraz konfrontacje między władzą a korporacjami. Na scenie politycznej istniało duże rozdrobnienie. Odrębności poszczególnych regionów skutkowały brakiem spójności kraju, szczególnie podziałem na Costę (wybrzeże) i Sierrę (obszar górski) oraz konfliktem między dwoma największymi miastami, Quito i Guayaquil. Oddalenie partii od obywateli i ruchów społecznych sprawiało, że jedynie nieliczni mogli utożsamiać się z władzą polityczną. Rozwarstwienie społeczne nakładało się na podziały etniczne: w najgorszej sytuacji byli Afroekwadorczycy, biedny rolnik to najczęściej Indianin, lepsza była sytuacja ludności metyskiej, a biali zajmowali kluczowe stanowiska w polityce i gospodarce kraju.

Proces, który zachodził od początku lat 90. w Wenezueli, związany z movimiento bolivariano – „ruchem boliwariańskim”, a także od 2006 r. w Boliwii (polityka prezydenta Evo Moralesa), wpłynął na sytuację w Ekwadorze. Bardzo często przedstawia się ją jako pochodną tego, co miało miejsce w ojczyźnie Hugo Cháveza, ale mowa również o naśladowaniu rewolucji kubańskiej (zwłaszcza widzianej przez pryzmat sprzeciwu wobec kapitalizmu i polityki USA) lub argentyńskiego peronizmu (jako kreacji iluzji partycypacji społecznej). Pojawiają się opinie sugerujące, że system ekwadorski to socjaldemokracja z elementami caudillismo – pojęcie to odnosi się do okresu, kiedy w krajach regionu decydujący głos mieli przywódcy wojskowi, zdolni skupić wokół siebie oddziały zbrojne i rządzić silną ręką. Jednak wszystkie te głosy pomijają to, co najbardziej istotne w procesach zachodzących w Ekwadorze.

Lata 90. w tym kraju były czasem kryzysów politycznych i gospodarczych. Czterech kolejnych prezydentów zostało odsuniętych od władzy przed zakończeniem kadencji. Brak stabilności politycznej ułatwił powstanie nowej partii. W 2006 r. utworzono przyszłą Alianza PAÍS – Sojusz PAÍS, od skrótu Patria Altiva i Soberana, „Ojczyzna Dumna i Suwerenna”. Jej kandydatem w wyborach prezydenckich został Rafael Correa Delgado. Dzięki postulatom nacjonalistycznym, demokratycznym i sprawiedliwości społecznej ugrupowanie zdobyło bardzo dużą popularność. Ważną rolę odegrał jej charyzmatyczny lider, wokół którego skupiły się kompetencje decyzyjne. Alianza PAÍS szybko stała się najważniejszym ugrupowaniem. Nigdy nie zyskała większości absolutnej, ale zepchnęła pozostałe partie na margines sceny politycznej. Za główną przyczynę jej sukcesu należy jednak uznać kryzys partii tradycyjnych na początku XXI w. Nie był to więc jedynie sukces lewicowego ugrupowania, ale dużo bardziej skomplikowany proces.

Znaczny wpływ na taki bieg wydarzeń miała zmiana nastrojów obywateli Ekwadoru. Sytuacja społeczna zaczęła zmieniać się już w połowie pierwszej dekady XXI w. W 2005 r. wybuchły protesty społeczne na masową skalę, tzw. revolución de los forajidos („rewolucja bandytów”). Był to swego rodzaju cywilny zamach stanu, który następnie przerodził się w pucz wojskowy. Ogromną rolę odegrali w nim zwykli obywatele oraz organizacje społeczne. Tłumy mieszkańców na ulicach Quito stały się nieodłączną częścią ekwadorskiego życia społecznego. Towarzyszą one stale wszystkim przemianom, aż do chwili obecnej.

Wybory w 2006 r. wygrał wspomniany Correa, a podczas inauguracji pierwszej kadencji nowego prezydenta w 2007 r. przedstawiony został projekt polityczny,rozwijany w kolejnych latach. Nie był on ściśle określony, ale badając różne dokumenty programowe – m.in. nową konstytucję z 2008 r. czy Narodowy Plan Dobrobytu – można wyróżnić najważniejsze elementy. W zakresie ideologicznym byłyby to: nadrzędność pracy ludzkiej nad kapitałem, sprawiedliwość społeczna, ochrona praw człowieka i środowiska naturalnego, integracja latynoamerykańska, stworzenie demokracji aktywnej, radykalnej i deliberatywnej, w której obywatele sprawują władzę, mają udział w podejmowaniu decyzji i kontrolują ich wykonanie. Ważnymi hasłami były równość, spójność, integracja społeczna, polepszanie jakości życia, wzmocnienie sfery publicznej i międzykulturowej. Ekwador określony został jako państwo wielonarodowe i tolerancyjne; uznano prawa wspólnot indiańskich, przyznano je homoseksualistom i imigrantom. Zakładano przeprowadzenie reformy instytucjonalnej, która miała na celu decentralizację, powołanie nowych organów kontroli, uchwalenie nowej konstytucji, reorganizację parlamentu i innych instytucji oraz powstrzymanie prywatyzacji.

Reformę socjalną chciano realizować poprzez zapewnienie powszechnego systemu ochrony zdrowia i bezpłatnego szkolnictwa – zakładano wzrost budżetu na te cele do odpowiednio 5% i 6% PKB. Położono nacisk na wzrost dobrobytu, gwarancję pracy, powszechną edukację, ochronę zdrowia oraz zapewnienie żywności dla wszystkich obywateli. Ważnym elementem była rewolucja etyczna, czyli walka z korupcją oraz poprawienie przejrzystości procesów sądowych. Z kolei zakładane zmiany gospodarcze miały być raczej niewielkie. Zwrócono uwagę na małe przedsiębiorstwa, drobne inicjatywy, demokratyzację środków produkcji i tworzenie wspólnych przedsięwzięć wraz z innymi krajami. Centralnym punktem miało być zwiększenie władzy państwa w gospodarce i społeczeństwie. Chciano wprowadzić nadzór nad sektorami strategicznymi, takimi jak energetyka, górnictwo czy telekomunikacja. Istotna była także niezależność od międzynarodowych instytucji kredytowych, renegocjacja długu zagranicznego oraz ostrożność w kontaktach ze Stanami Zjednoczonymi.

Z ideologicznego punktu widzenia revolución ciudadana była zjawiskiem łączącym reformistyczny socjalizm, doktrynę społeczną Kościoła, teologię wyzwolenia, antyamerykanizm i antyneoliberalizm. Jej celem miała być transformacja w kierunku równości oraz takiej akumulacji i dystrybucji bogactwa, aby Ekwadorczykom żyło się lepiej. Postulowano przezwyciężenie „szkodliwego modelu neoliberalnego” i otwarcie drogi do „socjalizmu XXI wieku”. Przyjęte zasady zakładały konfrontację rządu z różnymi grupami interesów: bankami, mediami, elitą biznesową i tradycyjnymi partiami politycznymi oraz walkę z korupcją w instytucjach państwowych. Przede wszystkim jednak – konfrontację z neoliberalizmem gospodarczym. Zmiany początkowo miały być radykalne, głębokie i szybkie. Później jednak twierdzono, że nie da się zmienić w drastyczny sposób modelu akumulacji bogactwa. Mówiono raczej o ulepszaniu i poprawianiu, czyli o powolnych, stopniowych zmianach, bez wchodzenia w konflikt z oligarchią.

Prospołeczna polityka i poparcie obywatelskie

Nowy rząd niewątpliwie przyniósł krajowi wiele korzyści. Być może najważniejszą była swoista rewolucja moralna. Skończyła się epoka tolerancji dla korupcji, fałszowania wyborów, unikania płacenia podatków, niesprawiedliwości społecznej. Dużo mówiono o dobrym zarządzaniu, uczciwości, dyscyplinie i przejrzystości w administracji publicznej. Niezaprzeczalny jest także wzrost stabilności, zmniejszenie fragmentaryzacji sceny politycznej, umocnienie rządów większościowych, zwiększenie reprezentatywności i legitymizacji władzy. Szanowane były prawa człowieka, pewne ograniczenia dotyczyły jedynie wolności mediów czy zgromadzeń.

Rząd wziął pod uwagę głos ruchów społecznych w różnych kwestiach, takich jak rezygnacja z polityki neoliberalnej i niepodpisywanie traktatów o wolnym handlu (gwałtowne protesty miały miejsce już w okresie poprzednich rządów), prowadzenie polityki zagranicznej niezależnej od USA czy też zamknięcie północnoamerykańskiej bazy wojskowej znajdującej się na terenie Ekwadoru. Poza tym ruchy te uczestniczyły w zgromadzeniu konstytucyjnym. Wsparcie ekologów ułatwiło przyjęcie tzw. prawa natury (nowatorskie rozwiązanie, traktujące przyrodę jako podmiot prawa) oraz inicjatywy dotyczącej parku narodowego w Yasuní. Dzięki ruchom robotniczym zablokowano uelastycznienie czasu pracy i ograniczono outsourcing. Indianie i Afroekwadorczycy wezwali do wzmocnienia praw wspólnotowych i wielokulturowości, a kobiety – praw ekonomicznych i socjalnych. Konstytucja zakładała zwiększenie obecności kobiet w życiu publicznym, a w wyborach z 2009 r. kobiety objęły aż 40 ze 124 miejsc w parlamencie. Postanowiono zająć się problemem przemocy wobec kobiet oraz dyskryminacji ich jako pracowników. Polityka przyjazna grupom społecznym szczególnie narażonym na dyskryminację pozwoliła na włączenie 10 tys. osób niepełnosprawnych do życia gospodarczego kraju.

Zwrócenie uwagi na społeczeństwo było główną zmianą, jaka dokonała się w polityce Ekwadoru. Miało to miejsce zarówno w warstwie propagandowej, jak i w realnych działaniach. Sam prezydent kreował się na „człowieka z ludu” – mówił nawet w indiańskim języku keczua – choć wykształconego, używającego pojęć i wskaźników ekonomicznych (studiował ekonomię, zrobił doktorat w USA). Miało to pokazać, że kariera nie oddzieliła go od zwyczajnych mieszkańców, a jego wiedza ma im służyć. Dzięki bezpośredniemu językowi tworzyła się swoista emocjonalna więź między nimi. Prezydent często używał takich sformułowań jak „siostry i bracia Ekwadorczycy”, a także przemawiał w pierwszej osobie liczby mnogiej przy opisywaniu podjętych działań. Każdy obywatel mógł poczuć, że ma udział w rządzeniu, co stwarzało wrażenie jedności oraz partycypacji społecznej. Stosował także agresywny i prowokacyjny język wobec wrogów, kreując atmosferę konfrontacji.

Podjęto również konkretne działania. W polityce społecznej wdrożono liczne inicjatywy mające na celu walkę z analfabetyzmem oraz biedą i ubóstwem. Skupiono się na najsłabszych grupach społecznych, a więc Indianach, Afroekwadorczykach, pracownikach, chłopach, imigrantach i bezrobotnych. Zwrócono uwagę na ochronę zdrowia, bezpieczeństwo socjalne oraz rozwój gospodarczy, który miał przynieść poprawę położenia przede wszystkim najuboższej ludności. Wprowadzono różnego rodzaju subsydia dla ponad miliona najbiedniejszych obywateli: na paliwo, gaz i elektryczność, a także bony dla rolników i mikrokredyty. Wydatki socjalne były niewątpliwie wyższe niż w poprzednich okresach. Więcej funduszy otrzymały szpitale, szkoły i programy żywieniowe. Już dane z 2009 r. wskazują na zmniejszenie biedy oraz zwiększenie redystrybucji dochodów, choć różnią się w szczegółach – najbardziej przychylne rządowi mówią o spadku poziomu biedy między latami 2006 i 2011 o prawie 10 punktów proc. Zwiększyły się płace realne oraz minimalne, dzięki czemu wzrosła siła nabywcza gospodarstw domowych. Spadło bezrobocie, nastąpił wzrost liczby inwestycji, zwłaszcza w sektorach społecznych.

Ważnym elementem była też nowa polityka podatkowa. Zredukowano podatki pośrednie (VAT został zmniejszony z 12 do 10%), zwiększono zaś bezpośrednie oraz podstawę opodatkowania, wprowadzono progresywność podatku dochodowego, a także zwiększono podatki na towary luksusowe. Udało się poprawić efektywność ściągania podatków, zwłaszcza wśród przedstawicieli klas wyższych, co niewątpliwie było dużym sukcesem, szczególnie na tle innych krajów regionu.

Przebudzenie po „długiej nocy neoliberalizmu” (jak zwykł określać sytuację przed 2007 r. prezydent Correa) wymusiło wprowadzenie szeregu zmian, na czele ze wzmocnieniem interwencjonizmu państwowego. Skupiono się na zwiększeniu produkcji krajowej i ochronie sektorów strategicznych przed konkurencją z zewnątrz. Renegocjowano niektóre traktaty z firmami transnarodowymi. Dążono do pozbycia się władzy wielkiego kapitału nad decyzjami dotyczącymi gospodarki państwa. Dobre wyniki makroekonomiczne w latach 2009–2012 były skutkiem głównie wpływów z eksportu ropy naftowej i gazu ziemnego. Nowy rząd zmienił politykę gospodarczą Ekwadoru. Przede wszystkim skończyło się tradycyjne podporządkowanie grupom interesu i międzynarodowym instytucjom finansowym. Ekwador pokazał, że nawet mały kraj może przeciwstawić się polityce Międzynarodowego Funduszu Walutowego i administracji USA.

Rząd Rafaela Correi cieszył się dużym poparciem społecznym, dzięki czemu nie musiał obawiać się utraty władzy, oraz mógł skutecznie walczyć z przeciwnikami politycznymi. Zwolennicy rządu byli bardzo aktywni, często wychodzili na ulicę, aby zamanifestować swoje poparcie. Niemal każda demonstracja przeciwników rządu spotykała się z reakcją jego obrońców. Powody wysokiego poparcia dla władzy są dość złożone, jednak sprowadzić je można do charyzmy prezydenta, programu rządzącej partii oraz braku alternatywy. Przede wszystkim – rządowi udało się wprowadzić nową erę stabilności politycznej, co umożliwiło zajęcie się problemami społecznymi. Szeroko zakrojone programy pomocowe doprowadziły do zmniejszenia biedy. Nastąpił także ponadpięciokrotny wzrost zatrudnienia w administracji rządowej. Rząd zawarł sojusz z ruchami społecznymi, lewicowymi intelektualistami i obrońcami praw człowieka. Wspierała go przede wszystkim miejska klasa średnia, zwłaszcza jej dobrze wykształcona część, która stanowiła podstawę elektoratu. Kryzys neoliberalnej polityki (objawiający się m.in. wzrostem cen) windował zyski klas posiadających, pozostawiał ubogich na marginesie, a w dłuższym okresie przestał przynosić korzyści klasie średniej, która dostrzegła w nowej partii możliwość zmiany sytuacji. Natomiast biedne warstwy, teoretycznie główny adresat reform Alianza PAÍS, stanowiły mniejszą część jej elektoratu. Poparcie dla rządu przenikało jednak wszystkie grupy społeczne, nie można wyróżnić konkretnego profilu wyborcy – ani wykształcenie, ani dochody nie są tu decydujące. Jest to jedna z cech charakterystycznych, niespotykana w zasadzie w innych krajach regionu. Dzięki jednoczesnemu utrzymaniu liberalizmu w gospodarce, braku rozciągnięcia kontroli państwa nad całą gospodarką czy nacjonalizacji na dużą skalę (poza niektórymi sektorami) uzyskano poparcie firm, banków i przedsiębiorców.

Nieistnienie politycznej organizacji klasy średniej oraz włączenie jej do bazy społecznej rządu umożliwiły uniknięcie polaryzacji sceny politycznej, jak miało to miejsce w Wenezueli. Rząd unikał także konfrontacyjnych kroków wobec elit. Opozycja oraz bliskie jej grupy społeczne były najczęściej słabe lub znajdowały się w kryzysie.

Ograniczone zmiany

Można zaryzykować twierdzenie, że o ile sprzeciw wobec polityki rządowej przed 2009 r. oraz powstanie rządu Correi miały pozytywny wpływ na uczestnictwo obywateli w życiu politycznym, o tyle sprzeciw wobec działań rządu Alianza PAÍS był kolejnym impulsem do zwiększenia partycypacji społecznej.

Główną zmianą, jaką możemy dostrzec w ewolucji ekwadorskiej polityki po 2007 r., jest wyraźny wzrost tendencji autorytarnych. Rafael Correa stał się centralną postacią Ekwadoru, skupiając w swoich rękach niemal całą władzę wykonawczą. Sam inicjował i podejmował wszystkie ważne decyzje, a udział ministrów w tym procesie został niemal wyeliminowany. Nowe prawo wprowadzano bez debaty, uchwalane większością głosów rządzącej partii, bez oglądania się na skutki. Jego celem było przede wszystkim wzmocnienie aparatu państwowego.

Przywództwo prezydenta stało się zarówno największą zaletą, jak i słabością systemu. Pozwoliło na szybkie wprowadzenie korzystnych społecznie zmian, ale przyczyniło się także do niepokojących tendencji. Jednocześnie partia rządząca zmierzała do usunięcia mechanizmów kontroli oraz tworzenia instytucji równoległych. Strona rządowa utrzymywała również, że sądownictwo nie potrafiło rozwiązać problemów przestępczości i korupcji, więc do akcji musiała wkroczyć władza wykonawcza. To rodziło obawy o przejęcie sądów przez rządzących. Koncentrację władzy uzasadniano „dobrem obywateli” oraz koniecznością ochrony „rewolucji” przed atakami przeciwników.

Bardzo głośne na arenie międzynarodowej były rzekome ataki rządu na wolność prasy. Media ekwadorskie, pozostające w rękach oligarchii i wielkiego kapitału, były od początku niechętne lub nawet wrogie rządowi Correi. Władze natomiast oskarżały je o brak odpowiedzialności, bezkarność i obronę status quo za wszelką cenę. Prowadząc nieustanną walkę z „dyktaturą massmediów”, rząd posuwał się do indywidualnych ataków. Wytoczono proces dziennikarzowi i czasopismu „El Universo” za rzekomą obrazę prezydenta. Sąd skazał właścicieli na karę trzech lat pozbawienia wolności oraz odszkodowanie w wysokości 40 milionów dolarów, obrona natomiast poddała krytyce niezawisłość władzy sądowniczej. Inną sprawą był proces przeciwko dziennikarzom, którzy opisali szczegóły kontraktu zawartego przez brata prezydenta z państwem (był to zresztą bodaj jedyny przypadek, w którym rzucono podejrzenie o korupcję w sferach rządowych). Międzyamerykańska Komisja Praw Człowieka wezwała rząd Ekwadoru do zawieszenia wyroków. Ten ostatecznie podporządkował się, jednak kilka dni później uruchomił nową kampanię przeciwko „El Universo”. Co więcej, dążąc do uzyskania własnych kanałów komunikacyjnych, rząd stał się posiadaczem trzech czasopism, siedmiu stacji radiowych, czterech magazynów tematycznych i sześciu kanałów telewizyjnych – w sumie 16 podmiotów. Były to m.in. przejęte: El Telégrafo, GamaTV, TC Televisión, Cable Noticias, Cable Deportes, Radio Universal oraz stworzone: EcuadorTV, Radio Pública, El Ciudadano, Agencia Ecuatoriana de Noticias ANDES. Wydaje się, że sposobem na zmiany powinno być tworzenie wolnych i niezależnych mediów, nie zaś jedynie przejmowanie oraz tworzenie rządowych ośrodków. Działania władzy w tym zakresie polegały jedynie na przejęciu monopolu informacyjnego, a nie na walce z nim.

Projekty rządowe zmierzały do utworzenia państwa reprezentującego ogólny interes społeczny. Wszystkie zorganizowane grupy, bez względu na przynależność ideologiczną czy klasową, były postrzegane jako wrogie. Nie wzięto pod uwagę, że niektóre z nich, takie jak ruch indiański czy ekologiczny, działają na rzecz społeczeństwa, jednocześnie sprzeciwiając się każdej partii, która nie przestrzega pewnych zasad. Przyjęty język polityczny pozwalał na włączenie każdego, kto sprzeciwiał się rządowi, do zbioru „kontrrewolucjonistów” i sił antyspołecznych, co powodowało nasilenie konfliktów.

W miarę upływu czasu mieliśmy do czynienia z osłabieniem społecznego poparcia dla rządu Rafaela Correi. Okazało się, że praktyczny wymiar projektów społecznych jest ograniczony. Poparcie ludności stawało się coraz bardziej bierne; często wynikało jedynie z braku innej prospołecznej opcji politycznej. Przyczyn takiego stanu rzeczy można doszukiwać się w osłabieniu „rewolucyjnych” działań władzy oraz w miernych wynikach rządowych inicjatyw. Fundusze przeznaczane na programy socjalne nie przekładały się w odpowiednim stopniu na spadek biedy. Nawet przedstawiciele rządowi niekiedy wyrażali niezadowolenie z kiepskich wyników w tej dziedzinie. Część obserwatorów interpretowało revolución ciudadana jako proces modernizacji kapitalistycznej, swego rodzaju „kapitalizm z ludzką twarzą”. Rząd miałby więc skupiać się jedynie na ograniczaniu wyzysku, a nie na jego eliminacji. W działalności władz dostrzegano populizm i powiązanie wydatków ze zwiększonymi wpływami do budżetu dzięki sprzedaży ropy naftowej. Zdaniem krytyków zmiany w dużej mierze skupiały się na działaniach propagandowych i były niepotwierdzone wskaźnikami ekonomicznymi. Według niektórych danych poziom biedy spadał wolniej niż w okresie wcześniejszym (w latach 2003–2006). Również indeks Giniego, mierzący rozwarstwienie społeczne, był raczej stabilny (0,54 w 2006 i 0,52 w 2009 r.). Istotnym pozostawał fakt, że fundusze pomocowe trafiały nie tylko do najbiedniejszych, ale także do bogatych, na przykład przedsiębiorstw.

Nowa polityka ekonomiczna skupiała się na wykorzystywaniu inwestycji publicznych jako siły napędowej gospodarki; do tego konieczny był kapitał, który mogła zapewnić oligarchia biznesowa. Przedsiębiorcy początkowo gwałtownie sprzeciwiali się poszczególnym posunięciom rządu, ale zarazem korzystali ze skutków polityki probiznesowej. Była ona korzystna także dla banków oraz firm północnoamerykańskich, co zostało mile przyjęte w USA, które tonowały swoje krytyczne wypowiedzi wobec Ekwadoru, nawet jeśli ten podejmował niekiedy agresywne kroki na płaszczyźnie politycznej. Zapowiedzi przyznania priorytetu średniemu i małemu biznesowi zostały odłożone na bok. Korzyści odnosił głównie wielki kapitał, a polityka gospodarcza coraz częściej była kontynuacją modelu neoliberalnego.

Najlepszym przykładem ciągłości w gospodarce są działania w zakresie przemysłu wydobywczego. W tym przypadku stanowisko rządu bliskie było międzynarodowym korporacjom. Ważniejsza od praw człowieka czy ekologii była potrzeba rozwoju, przy czym na usprawiedliwienie prowadzonych działań używano takich pojęć jak „zrównoważony” lub „odpowiedzialny”. Początkowo firmy wydobywcze musiały jedynie przeprowadzić badania wpływu na środowisko oraz konsultacje ze wspólnotami lokalnymi (których zgoda nie była jednak wymagana), nie można też było prowadzić takich działań na obszarach chronionych. Później jednak wymóg konsultacji zniesiono. Wybuchły protesty, kończące się niekiedy represjami policji i wojska. Masowa demonstracja wspólnot indiańskich z Amazonii była efektem podpisania kontraktów na wydobycie surowców bez uzgodnienia z mieszkańcami, a także obawami o chęć prywatyzacji sieci dystrybucyjnych wody i gazu. Władza uznała, że ekonomiczny interes narodowy ma pierwszeństwo przed lokalnym i ekologicznym. Nowe ustawy w zasadzie ignorowały zalecenia ruchu protestu przeciwko eksploatacji ropy i innych surowców. Dlatego też powstała koalicja różnych organizacji stawiających opór inicjatywom władz.

Opóźnienia i problemy pojawiały się niemal we wszystkich działaniach strony rządowej. Nie podjęto na przykład kroków w kwestii sprawiedliwego rozdziału ziemi. Po pięciu latach zapowiedzi „rewolucji agrarnej” nic się w zasadzie nie zmieniło. Sam prezydent stwierdził, że mała własność na wsi działa na niekorzyść efektywności i walki z ubóstwem. Ewentualny podział wielkiej własności ziemskiej został uznany za zjawisko negatywne, co było sprzeczne z konstytucją oraz wcześniejszymi zapowiedziami. Projekt prawa gruntów i terytoriów został wysunięty dopiero w 2012 r. przez organizacje społeczne.

Władze dążyły do objęcia kontrolą organizacji pozarządowych (krajowych i międzynarodowych) oraz pracowniczych. Teoretycznie miały one prawo do strajku (ograniczone w przypadku sektora publicznego), ale w praktyce często próbowano je blokować. Rząd uznawał je za część prawicowego spisku, zwiększył ilość oskarżeń wobec demonstrantów, a policja zaczęła stosować bardziej brutalne metody. Za pomocą reformy kodeksu karnego ograniczano wolność osobistą w różnych kwestiach, starając się zapobiec mobilizacji społecznej.

Polityka wobec Indian – swoisty miernik społecznego podejścia rządu – także nie przyniosła konkretnych rezultatów. Istniejąca od zawsze dyskryminacja tej grupy ludności była nie do zaakceptowania dla nowych władz i niemal od razu zajęto się tą kwestią. Jednak rozwój stosunków między ruchem indiańskim a rządem pokazał, że ten drugi nie jest w stanie zrozumieć idei wieloetniczności. Uderzono w finanse i samorządność wspólnot indiańskich, chciano także odebrać im kontrolę nad dwujęzyczną edukacją. Dążono do podporządkowania sądownictwa indiańskiego sądom państwowym. Indian określano mianem „dzikich” i „niecywilizowanych”, nawet jeśli używali racjonalnych argumentów. Wielu liderów zostało oskarżonych o terroryzm i sabotaż za uczestnictwo w demonstracjach przeciwko nowym ustawom w zakresie górnictwa i zasobów wodnych. Znamienna jest wypowiedź przywódcy największego indiańskiego ruchu, który stwierdził, że w Ekwadorze mamy do czynienia z supremacją władzy wykonawczej, z rządem dyktatorskim i rasistowskim […], z rządem, który mówi, że my [Indianie] jesteśmy zwariowani, który umniejsza znaczenie ruchu indiańskiego […] Zdecydowaliśmy bronić wolności słowa we wszystkich wymiarach, nawet za cenę życia. Władze coraz bardziej dystansowały się od organizacji indiańskich, podobnie zresztą jak od innych związków i stowarzyszeń, które początkowo wydawały się być ich bazą społeczną. Z drugiej strony charakterystyczną cechą ruchu indiańskiego była działalność na granicy polityki oficjalnej.

Podobnie sytuacja wyglądała z promowaniem demokracji partycypacyjnej. Inaczej niż było to realizowane przez Partido dos Trabalhadores w Brazylii, w Ekwadorze obóz władzy sprawił, że nie był to proces oddolny – odbywał się przy poparciu obywateli, ale realizowany był przez charyzmatycznego lidera. „Obywatelskość” miała być polityką kształtowaną dla obywateli i w ich imieniu, ale nie przez nich samych. Działania na rzecz najbiedniejszych nie zawierały postulatu włączenia ich w procesy decyzyjne. Bardzo często ludzie mieli jedynie zatwierdzać w plebiscytach rządowe propozycje, a rzekoma partycypacja polegała na przekazaniu władzy małym grupom, podatnym na perswazję władz. Cały proces sprowadzał się do konsultacji i tzw. uspołecznienia, ale nie oznaczał przeniesienia decyzyjności na obywateli. Strona rządowa tłumaczyła, że demokracja partycypacyjna nie miała na celu zastąpienia demokracji przedstawicielskiej, a jedynie jej uzupełnienie. Interesujące wydaje się być stwierdzenie jednego z byłych ministrów, że revolución ciudadana wyczerpała się z powodu „braku obywatelskości” i należy zwiększyć partycypację obywateli kosztem podejmowania decyzji przez organy władzy. W praktyce brak promowania demokracji bezpośredniej na najniższym poziomie łączył się z osłabianiem systemu przedstawicielskiego. Można zaryzykować tezę, że najbardziej wzniosły ideał procesu politycznego w Ekwadorze nie został zrealizowany przez rząd.

O ile więc wzrost znaczenia kwestii socjalnych w polityce państwa był niezaprzeczalny, to analiza innych kwestii wykazuje, że zmiany były niewielkie. Co więcej, brakowało wymiany informacji między władzą a obywatelami. Wobec takiego podejścia rządu nasilały się protesty. Należy pamiętać, że niemal od samego początku ugrupowania prawicowe (zarówno partie, jak i ruchy społeczne) oraz stowarzyszenia biznesowe występowały przeciwko rządowi. Co ciekawe jednak, w miarę upływu czasu konflikt ten osłabiał się, a rolę opozycji przejęły nowe grupy z lewej strony sceny społecznej. Byli to, poza organizacjami indiańskimi, także pracownicy sektora publicznego, służby zdrowia, nauczyciele, emeryci, rybacy, a nawet byli ideolodzy correizmu, którzy rozczarowali się prezydentem i rządzącą partią. Władze zantagonizowały także uniwersytety, przypuszczając atak na ich autonomię oraz zamierzając podporządkować je władzy wykonawczej. Wszystko to wywoływało odpowiedź ze strony społeczeństwa.

Wiele protestów miało charakter pokojowy, a głównym problemem był sposób, w jaki administracja rządowa definiowała akty sabotażu i terroryzmu (które wedle nowej wykładni mogły zostać przeprowadzone także przez nieuzbrojone jednostki), oraz fakt, że liczba oskarżeń o takie działania zwiększyła się w okresie prezydentury Rafaela Correi. Rok 2010 przyniósł nasilenie się niepokojów, z kulminacyjnym wrześniowym protestem policji i wojska. Ich bunt doprowadził do ucieczki prezydenta i ogłoszenia stanu wyjątkowego. Okupowano budynki administracji państwowej w stolicy, a sam prezydent został lekko ranny i wzięty jako zakładnik. Jednak ludzie na ulicach domagali się jego uwolnienia, co dokonało się dzięki wiernym rządowi oddziałom specjalnym. O bunt oskarżono przeciwników politycznych i nazwano go zamachem stanu.

Konflikty ujawniły słabość systemu, ograniczenia w relacjach ze społeczeństwem, a także proces zmiany sojuszników przez rząd. Sprzymierzył się on z biznesmenami, którzy również zmienili swoje nastawienie. Droga prowadziła od konfrontacji, przez jedynie sygnalizowanie różnic, do podkreślania wspólnych interesów. Sytuacja, w której władze stawiały na rozwój gospodarczy oraz rynek wewnętrzny, doprowadziła do porozumienia z przedsiębiorcami. Zrezygnowano z planów zmiany systemu gospodarczego i zakończenia wykorzystywania pracowników; starano się jedynie złagodzić wyzysk. Konfrontacja z ruchami społecznymi była „rozbrajana” przez tonowanie krytyki oraz włączanie niektórych organizacji do rządowej bazy politycznej. Rok 2013 pokazał, że kierunek, w którym zmierzała polityka prowadzona przez Alianza PAÍS, zostanie utrzymany. Osoby powiązane z przemysłem i wielkim kapitałem zyskały ważne stanowiska w rządzie.

Problemy i prognozy

Sam proces „rewolucji obywatelskiej” w Ekwadorze jest trudny do oceny. Z pewnością wprowadził on kraj na nową drogę, bardziej korzystną dla obywateli. Umożliwił aktywne angażowanie się mieszkańców w dotyczące ich sprawy. Rzeczywistość polityczna wydaje się być teraz bardziej przejrzysta i uczciwa. Mamy też jednak do czynienia z szeregiem zagrożeń, których nie należy bagatelizować. Z pewnością revolución ciudadana nie jest ani „rewolucją”, ani „społeczną”: są to bowiem powolne zmiany, a główną siłą napędową jest rząd. Na pewno też nie mieliśmy do czynienia z transformacją systemu przez obywateli. Odniesiono natomiast kilka sukcesów. Nastąpiło polepszenie komunikacji między społeczeństwem a rządem (przynajmniej w przypadku niektórych grup społecznych), zwrócenie uwagi na najbiedniejszych oraz usamodzielnienie gospodarcze kraju. Zmiany były najważniejszym procesem przemian kapitalistycznych w całej historii Ekwadoru, mającym na celu stworzenie silnej klasy średniej i państwa dobrobytu.

Z pewnością rząd należy pochwalić za zmianę kierunku, w jakim uprzednio rozwijał się kraj: niesprawiedliwości, oligarchizmu i zakłamania. Z drugiej jednak strony trzeba pamiętać, że ewolucja okazała się być ograniczona. Ideały revolución ciudadana były dość swobodnie interpretowane przez władze. Ważniejszy był dla nich rachunek ekonomiczny; finanse miały pierwszeństwo w stosunku do włączania grup „wykluczonych” do życia społecznego czy też ochrony środowiska. Gospodarka wolnorynkowa i demokracja przedstawicielska pozostały trwałymi podstawami systemu, choć możemy wyróżnić pewne modyfikacje.

Pojawia się pytanie, który element był decydujący w przebudzeniu społeczeństwa ekwadorskiego: charyzma Rafaela Correi i zdolność jego partii do mobilizacji elektoratu, zmęczenie ludzi źle funkcjonującym do roku 2007 systemem politycznym, siły tkwiące w samych obywatelach, impuls płynący z zagranicy (z Wenezueli i Boliwii)…? Niezależnie od tego za największy sukces procesu transformacji politycznej należy uznać zwiększenie zainteresowania obywateli sprawami publicznymi.

Należy też pamiętać o dużej grupie ludzi, którzy byli niezaangażowani politycznie. Wykorzystywali oni dostępne narzędzia (głównie Internet) do propagowania swoich ideałów (wzrost świadomości i partycypacyjności obywatelskiej, mobilności i współpracy społecznej), ale nie opowiadali się za czy przeciw rządowi. Trzeba przyznać, że dzięki revolución ciudadana różnego rodzaju inicjatywy społeczne stały się łatwiejsze do przeprowadzenia. Istnieje jednak blokada dalszego ich rozwoju, chociażby z powodu przejęcia większości mediów tradycyjnych przez stronę rządową. Miejmy nadzieję, że siła tkwiąca w ekwadorskim społeczeństwie jest w stanie pokonać również i to ograniczenie.

Aksamitna kolonizacja

W tym roku upływa ćwierć wieku od upadku Muru Berlińskiego – wydarzenia, które w symboliczny sposób wieńczyło dekadę gospodarczego i politycznego gnicia reżimów komunistycznych w Europie Wschodniej. Uchylenie Żelaznej Kurtyny i wprowadzenie 9 listopada 1989 r. swobody podróżowania na Zachód dla obywateli NRD stanowiło jednocześnie początek wewnątrzniemieckiego procesu zjednoczenia, zakończonego 3 października 1990 r. inkorporacją Niemieckiej Republiki Demokratycznej przez Republikę Federalną Niemiec. Można zatem stwierdzić, że upadek systemu komunistycznego w Niemczech Wschodnich dokonał się w sposób najbardziej kompletny z możliwych, gdyż doprowadził do całościowego zaniku tej zależnej od Związku Radzieckiego formy państwowości niemieckiej. Ścieżka politycznego przyłączenia b. NRD do RFN była kręta i uwarunkowania licznymi czynnikami zewnętrznymi oraz wewnętrznymi. Mimo to, dzięki woli politycznej wielkich mocarstw, władz Niemiec Zachodnich, społeczeństw obydwu państw niemieckich, a także braku sprzeciwu państw sąsiednich, udało się przejść przez nią z sukcesem w niecały rok. Znacznie bardziej skomplikowany okazał się proces wchłonięcia obciążonej licznymi wadami gospodarki wschodnioniemieckiej do krwiobiegu ekonomicznego i finansowego Republiki Federalnej. Trwa on – z różnymi rezultatami – do dzisiaj.

Celem niniejszego artykułu będzie analiza tego, w jakim stopniu przemiany gospodarcze w b. NRD posłużyły faktycznej kolonizacji tego obszaru przez kapitał zachodnioniemiecki, a w jakim przyczyniają się do budowy nowoczesnej i autonomicznej gospodarki nowych krajów związkowych. Refleksja ta będzie skorelowana z prześledzeniem zmian nastrojów społecznych i ewolucji poziomu życia mieszkańców b. NRD po 1989 r.

Historia gospodarcza Niemieckiej Republiki Demokratycznej współgra z procesami „dochodzenia do socjalizmu” innych państw RWPG. Na ich tle kształtują się jednak pewne odmienności wynikające z geopolitycznego położenia NRD oraz z wyjściowego poziomu rozwoju społeczno-gospodarczego u schyłku II wojny światowej. Państwo to bezpośrednio graniczyło z wrogim obozem kapitalistycznym, zaś jego obywatele stanowili jeden naród z obywatelami Republiki Federalnej. Prawie każdy mieszkaniec Niemiec Wschodnich miał krewnych lub przyjaciół na Zachodzie. Przez pierwsze 20 powojennych lat istniała swoboda przemieszczania się, a także podejmowania pracy, dzięki otwartemu przejściu do zachodnich stref okupacyjnych w Berlinie. Obydwa te czynniki sprzyjały napływowi dewiz do NRD w znacznie większym stopniu niż do innych państw demokracji ludowej. Państwo komunistyczne skupywało je od obywateli za pośrednictwem sieci sklepów tzw. eksportu wewnętrznego Intershop (odpowiednika polskich Peweksów). Obywatele RFN mieli też możliwość wysyłkowego zamawiania towarów dla swoich bliskich za pośrednictwem filii Intershopów w RFN. Płatność oczywiście dokonywała się w markach zachodnich. Pozwalało to na dość szeroki dostęp do zachodnich technologii oraz towarów konsumpcyjnych, co z kolei przekładało się na bardziej zaawansowany technicznie i cywilizacyjnie kształt państwa wschodnioniemieckiego w porównaniu np. do PRL.

Nie należy również zapominać o dziedzictwie infrastrukturalnym czasów przedwojennych. O ile spora część ocalonego od zniszczeń wojennych przemysłu ciężkiego została skonfiskowana przez ZSRR, o tyle zachowała się rozbudowana sieć autostrad, linii kolejowych, połączeń energetycznych, kanalizacyjnych, wodociągowych i telefonicznych, która znacznie górowała nad tym, czym dysponowały inne kraje Europy Środkowej i Wschodniej – za wyjątkiem Czechosłowacji. Ogólny poziom rozwoju tzw. Niemiec Środkowych (na których utworzona została NRD) w roku 1945 nie odbiegał znacząco od zachodniej części kraju. Istotna była za to dość duża dysproporcja w uprzemysłowieniu południowej i północnej części kraju na niekorzyść tej ostatniej. Zaplanowana i realizowana przez władze Niemiec Wschodnich polityka wyrównywania tej luki spowodowała znaczne niedoinwestowanie gospodarcze Saksonii i Turyngii1.

Cud gospodarczy, jakiego doświadczyły w latach 60. Niemcy Zachodnie, a także utrzymująca się opresyjność enerdowskiego systemu politycznego (faktyczna destalinizacja nastąpiła tu dopiero na początku lat 60.), spowodowały, że z kraju ciągle uciekali ludzie, w tym osoby najlepiej wykształcone i wykwalifikowane. Wynikły stąd „upływ krwi” był niezwykle dotkliwy i nie mogły go zrekompensować zwiększone przychody dewizowe. I właśnie fenomen ciągle zmniejszającej się liczby obywateli był głównym czynnikiem, który zadecydował o uszczelnieniu granicy między dwoma państwami niemieckimi. Budowa Muru (13 sierpnia 1961 r.) oraz zamknięcie granic zahamowało masowe ucieczki, lecz jednocześnie doprowadziło do kumulacji niezadowolenia społecznego. Rozwój gospodarczy NRD w latach 1949–1971 był bowiem – podobnie jak to miało miejsce w PRL tego okresu – zorientowany głównie na przemysł ciężki, co następowało kosztem potrzeb konsumpcyjnych ludności.

Przełom w tej dziedzinie nastąpił wraz z objęciem władzy przez, związanego wcześniej z komunistycznymi ruchami młodzieżowymi, Ericha Honeckera. Był on – podobnie jak jego poprzednik Walter Ulbricht – dogmatycznym komunistą i nie przewidywał żadnego powiększenia swobód politycznych. Uważał jednak, że niezakłócone funkcjonowanie gospodarki musi być okupione zwiększeniem produkcji na cele konsumpcyjne. Gospodarka narodowa miała odtąd pracować na rzecz wzrostu komfortu życia obywateli, terminowego wywiązywania się ze zobowiązań, zwłaszcza wobec zagranicznych wierzycieli, oraz przynosić zyski pozwalające na zintensyfikowanie inwestycji. Spełnienie tych trzech postulatów w ramach gospodarki realnego socjalizmu było bardzo trudne, lecz całkowicie uniemożliwił to kryzys naftowy połowy lat 70. Dotychczasowe plany przewidywały stopniową modernizację systemu energetycznego kraju w oparciu o siłownie olejowe i gazowe. Wzrost cen tych surowców spowodował gorączkowe zmiany – od tej pory NRD miała zaopatrywać się w energię elektryczną pochodzącą z węgla brunatnego (w latach 80. aż 30% światowego wydobycia tego surowca dokonywało się w Niemczech Wschodnich), co doprowadziło następnie do gigantycznych problemów ekologicznych. Tanio importowana ropa z ZSRR była przetwarzana w rafineriach i następnie odsprzedawana światu kapitalistycznemu w postaci zaawansowanych produktów naftowych. To swoiste dotowanie gospodarki NRD zakończyło się na początku lat 80., kiedy ZSRR sam zmuszony był stawić czoła problemom gospodarczym oraz zwiększonej konsumpcji ropy spowodowanej wojną w Afganistanie.

Podmioty gospodarcze zorganizowane były zgodnie z – typową dla krajów realnego socjalizmu – zasadą komasacji. Preferowano wielkie kombinaty przemysłowe lub rolnicze. Dojście do tego modelu przebiegało stopniowo, poprzez następujące po sobie fale nacjonalizacji i łączenia jednostkowych przedsiębiorstw. Ostatnia taka fala miała miejsce na początku lat 70. W chwili upadku Muru prywatna działalność gospodarcza obejmowała jedynie niewielkie zakłady rzemieślnicze i handlowe, zatrudniające mniej niż 10 pracowników. Podstawowym celem, jaki chciano osiągnąć poprzez łączenie zakładów, było utrzymanie maksymalnej kontroli nad realizacją planu gospodarczego. Charakterystyczną cechą gospodarki opartej o wielkie kombinaty (w 1989 r. było ich na terenie NRD 126, a zatrudniały łącznie blisko 80% populacji czynnej zawodowo2) był niezwykle niski poziom outsourcingu i kooperacji międzyzakładowej. Zabronione było utrzymywanie przez przedsiębiorstwa kontaktów handlowych nieprzewidzianych planem. Stosunki z podmiotami zagranicznymi prowadzone były za pośrednictwem ministerstwa handlu zagranicznego. Większość krajów zachodnich wprowadziła embargo na eksport i sprzedaż licencji do krajów socjalistycznych produktów mogących służyć rozwojowi przemysłu zbrojeniowego. Przyczyniło się to w niebagatelny sposób do zapóźnienia gospodarczego tych krajów. NRD nie była wyjątkiem, choć relatywna nowoczesność jej gospodarki na tle sojuszników wynikała także – oprócz wspomnianego już wcześniej większego napływu dewiz – z szeroko rozwiniętego szpiegostwa przemysłowego. Niska konkurencyjność negatywnie wpływała na eksport – pod koniec lat 80. wartość eksportu NRD w przeliczeniu na mieszkańca osiągała tylko 40% tej wartości w RFN. Dogmatyczność socjalistycznej gospodarki planowej odbijała się też na skostnieniu jej struktury sektorowej – w chwili upadku Muru odpowiadała ona strukturze gospodarki Niemiec Zachodnich późnych lat 60.3

Władze NRD nie mogły sobie pozwolić na zaprzestanie obsługi zagranicznych zobowiązań. Również w zakresie zaspokajania potrzeb życiowych ludności pole manewru było bardzo niewielkie, gdyż obawiano się (zwłaszcza po wydarzeniach w Polsce) wybuchu niezadowolenia społecznego. W 1970 r. dotacja państwowa dla podstawowych usług publicznych wynosiła 11,4 mld marek, podczas gdy w 1988 r. już 61,6 mld marek4. Rynek konsumpcyjny opierał się w dużej mierze na imporcie. Łączny deficyt handlowy za lata 1971–1980 wyniósł 38 mld marek zachodnich5. Najbardziej zaniedbanym elementem planu ekipy Honeckera był zatem proces inwestycyjny. Przeciętny wiek parku przemysłowego NRD zawsze był wyższy od tego, który występował w RFN, lecz w latach 80. ta różnica znacznie się pogłębiła. W 1989 r. w przemyśle NRD tylko 27% maszyn miało mniej niż 5 lat (40,2% w RFN), zaś aż 21,4% ponad 20 lat (5,4% w RFN)6. Najważniejszym skutkiem gospodarczym było zwiększenie kosztów produkcji. W roku 1980 wydobycie tony węgla brunatnego kosztowało 7,70 marek, zaś w 1988 r. już 13,20 marek (i to mimo poważnego zwiększenia eksploatacji)7. Nie należy również lekceważyć problemu produktywności, która średnio sytuowała się w NRD na znacznie niższym poziomie niż w RFN. O ile wyniki w przemyśle ciężkim obu krajów były jeszcze ze sobą w jakiś sposób porównywalne, o tyle próby rozwijania np. technologii elektronicznych zakończyły się całkowitą klęską. Koszt wytworzenia jednego chipa produkcji własnej opiewał na 534 marki, przy jednoczesnej zewnętrznej cenie rynkowej 4–5 marek zachodnich8.

Prawdziwą chwilą prawdy dla wschodnioniemieckiej gospodarki okazało się otwarcie granic i rynków w 1990 r. Przez pierwsze miesiące swobodnego przepływu osób i towarów sytuację stabilizowało ciągłe istnienie marki wschodnioniemieckiej, której czarnorynkowy kurs wymiany znacznie ograniczał popyt na towary zachodnie wśród konsumentów z NRD9. Sytuacja uległa diametralnej zmianie wraz z zawarciem unii walutowej, w wyniku której jedynym legalnym środkiem płatniczym na terenie b. NRD stawała się, z dniem 1 lipca 1990 r., marka zachodnia. W wyniku niezwykle silnych nacisków społecznych ustalono, że kurs wymiany będzie wynosił: 1 marka wschodnia = 1 marka zachodnia, co oczywiście nie miało nic wspólnego z realiami gospodarczymi. Z jednej strony spowodowało to jednorazowy, skokowy wzrost siły nabywczej obywateli, których pensje, choć wciąż niższe, mogły być od tej pory przynajmniej jakoś porównywane z zarobkami w RFN. Z drugiej jednak doprowadziło do równie skokowego wzrostu cen towarów produkowanych w b. NRD, co przy ich stosunkowo niższej jakości w stosunku do towarów zachodnich doprowadziło do bankructwa ogromną liczbę przedsiębiorstw. Produkcja przemysłowa w 1991 r. wynosiła tylko 35% produkcji z roku 198910. Dodatkowa komplikacja związana była z brakiem następstwa prawnego RFN po NRD – przestały obowiązywać umowy handlowe z państwami b. RWPG, które do tej pory były głównymi kontrahentami przemysłu Niemiec Wschodnich. Inkorporacja NRD przez RFN niosła za sobą tymczasowe zamknięcie tamtych rynków przy jednoczesnym szokowym włączeniu b. NRD do systemu gospodarczego wysoko rozwiniętej RFN i pozostałych państw EWG. Jeżeli dodać do tego całkowite nieprzygotowanie psychologiczne, prawne, marketingowe i kulturowe kadry zarządzającej przemysłem b. NRD, to przestaje dziwić, że ogromna większość sił wytwórczych gospodarki tego kraju została u progu lat 90. skazana na likwidację lub głębokie przekształcenie pod patronatem wielkich firm zachodnich.

Z tak wysokim przeszacowaniem kursu marki wschodnioniemieckiej związany jest oczywiście pewien paradoks. Ludność b. NRD masowo domagała się parytetu 1 : 1, gdyż słusznie obawiała się, że większa luka w dochodach spowoduje, iż będzie ona musiała we własnym kraju czuć się obywatelami drugiej kategorii w niesłychanie większym stopniu, niż się to realnie stało. Kurs wymiany był również oczywiście korzystny dla kapitału zachodnioniemieckiego, który wskutek rozłożenia gospodarki b. NRD „na łopatki” uzyskał całkowitą swobodę działania w nowych krajach związkowych. W ten oto sposób poczucie ekonomicznej krzywdy społeczeństwa Niemiec Wschodnich i interesy wielkiego kapitału zjednoczyły się przeciwko racji stanu zjednoczonego państwa i perspektywom długofalowego rozwoju terytorium b. NRD.

Ten przykład fałszywej świadomości przypomina trochę sytuację, która występowała w Polsce: zmęczona socrealistyczną gospodarką niedoboru klasa robotnicza miała – według relacji m.in. Ryszarda Bugaja – wręcz domagać się szybszej aplikacji planu Balcerowicza w celu jak najprędszego osiągnięcia zachodniego poziomu życia. Ostateczna decyzja o warunkach unii walutowej zapadła na najwyższych szczeblach władzy, lecz wcześniej była kontestowana przez rozmaite ośrodki kreowania i wykonywania polityki gospodarczej, w tym przez Bundesbank. Sceptyczni eksperci uznawali, że unia walutowa powinna być ostatnim krokiem na długiej drodze zjednoczenia gospodarczego i że może do niej dojść po spełnieniu tzw. kryteriów konwergencji: utrzymywaniu przez dłuższy czas swobodnej wymiany handlowej i nieskrępowanego przepływu czynników produkcji oraz istnieniu wolnorynkowego kursu wymiany. Żaden z tych warunków nie został zachowany. Zwolennicy szybkiego włączenia b. NRD do strefy marki zachodniej twierdzili natomiast, że krok ten zwiększy motywację obywateli Niemiec Wschodnich do pozostania w kraju, spowoduje napływ kapitału zachodniego (brak ryzyka kursowego) i przyspieszy tworzenie ram instytucjonalno-prawnych, niezbędnych do szybkiej odbudowy wschodnioniemieckiej gospodarki11.

Pierwszym efektem unii walutowej był niebotyczny wzrost popytu na towary importowane z RFN przy jednoczesnym załamaniu produkcji wewnętrznej. Nastąpił skokowy wzrost cen podstawowych produktów żywnościowych (wcześniej dotowanych przez państwo), zarazem upowszechnił się dostęp do towarów na rynku dotychczas niedostępnych lub trudno dostępnych (np. kawa potaniała o 80%). Panaceum na drożyznę miała być przyspieszona likwidacja monopolistycznych struktur handlu wewnętrznego, której miejsce praktycznie natychmiast zajęły zachodnioniemieckie i zagraniczne sieci handlowe.

Zachodnioniemieccy planiści gospodarczy spodziewali się efektu tsunami, jaki dotknie gospodarkę NRD po wprowadzeniu marki zachodniej. Już 1 lipca 1990 r. powołano do życia Instytucję Powierniczą (THA), której zadaniem było sprywatyzowanie państwowej własności na terenie Niemiec Wschodnich w taki sposób, aby zysk mógł choć częściowo pokryć koszty Zjednoczenia, zaś sprzedane przedsiębiorstwa mogły kontynuować działalność produkcyjną i zapewniać miejsca pracy. Władze THA postanowiły w pierwszej kolejności dokonać decentralizacji struktury przemysłu poprzez podział kombinatów. Pojedynczym przedsiębiorstwom nadawano formę prawną spółek akcyjnych lub spółek z ograniczoną odpowiedzialnością. Zdecydowana większość tych zakładów nie była w stanie samodzielnie funkcjonować, gdyż sens ich istnienia zawierał się jedynie w produkcji ściśle określonych elementów dla potrzeb kombinatu. Ekonomiści niemieccy oceniają pracę THA jako porażkę. Świadczy o tym fakt, że działalność tego organizmu zakończyła się stratą całkowitą w wysokości 256 mln marek, co oznacza, że zbycie każdego poszczególnego przedsiębiorstwa nie tylko nie przyniosło skarbowi państwa żadnych dochodów, lecz statystycznie kosztowało go 17 mln marek12. Bernd Martens tłumaczy to specyficznym i nieporównywalnym z innymi krajami socjalistycznymi otoczeniem przekształcającej się gospodarki NRD.

W istocie doszło tu – pod względem przekształceń własnościowych – do najbardziej szokowej wersji terapii. Nie zakończyła się ona hekatombą społeczną wyłącznie ze względu na bardzo duże środki osłonowe oraz nieskrępowaną możliwość podjęcia zatrudnienia przez obywateli b. NRD w zachodniej części kraju. W chwili wejścia w życie unii walutowej przedsiębiorstwa wschodnioniemieckie utraciły partnerów eksportowych w krajach RWPG (skoro i tak zmuszeni zostali do kupowania za dewizy, woleli czynić to bezpośrednio u partnerów zachodnich). W latach 1990–1993 eksport niemiecki do Europy Wschodniej wzrósł o 40%, podczas gdy w tym samym czasie eksport przedsiębiorstw b. NRD spadł o 79%. Gdy dodać do tego lawinowy wzrost popytu na towary zachodnie w b. NRD, przestaje dziwić fakt, iż pierwsze lata po Zjednoczeniu – choć niezwykle kosztowne dla budżetu państwa niemieckiego – były jednocześnie okresem boomu przedsiębiorstw z zachodu kraju. W tym samym czasie nagromadzenie wspomnianych czynników (unia walutowa, zerwanie z tradycyjnymi odbiorcami, skutki Zjednoczenia, brak nawyków związanych z działaniem na wolnym rynku, brak konkurencyjności, zniesienie granic celnych, szeroko pojęte dziedzictwo gospodarki realnego socjalizmu) spowodowały bankructwo większości przedsiębiorstw na wschodzie kraju13. Podstawowym zadaniem THA nie było już zatem zbycie masy majątkowej po NRD w sposób przynoszący zysk skarbowi państwa, lecz podtrzymanie przynajmniej częściowej produktywności tych zakładów w celu ochrony miejsc pracy. Łączyło się to z kosztownymi inwestycjami lub sprzedażą majątku kontrahentom zachodnim za symboliczną cenę. Socjolog gospodarki Paul Windolf szacuje, że w latach 1990–1995 aż 80% ludności b. NRD utraciło – tymczasowo lub na dłużej – pracę14.

Pierwsze lata po Zjednoczeniu upłynęły więc pod znakiem dezindustrializacji b. NRD. Wielkie kombinaty przemysłowe ustąpiły miejsca małym przedsiębiorstwom usługowym, które aż do dnia dzisiejszego stanowią podstawowy korpus pracodawców nowych krajów związkowych15. Stało się tak wbrew optymistycznym przewidywaniom części ekonomistów, którzy uważali, że b. NRD przejdzie drogę Bawarii. Na przełomie lat 60. i 70. wystąpił tam dość poważny kryzys tradycyjnego przemysłu, wzrost znaczenia branży usługowej, a następnie ponowna industrializacja, już z uwzględnieniem najnowszych zdobyczy technologicznych. Przemysł Niemieckiej Republiki Demokratycznej – mimo podejmowanych w tym kierunku wysiłków – nie był w stanie dostosować się w latach 80. do warunków tej rewolucji technologicznej i w chwili upadku Muru reprezentował przestarzałą strukturę. Rozwijająca się branża usługowa nie była jednak w stanie zapewnić zatrudnienia na dawnym poziomie: cała gospodarka NRD zatrudniała w 1989 r. ok. 10 mln osób, zaś w 1992 r. we wschodnich Niemczech było tylko 6 mln pracujących. W roku 2006 ta liczba wynosiła 5,6 mln. Zmniejszenie stanu zatrudnienia w przemyśle pociągnęło oczywiście za sobą kryzys zaplecza naukowego, które wcześniej tę branżę obsługiwało. Obecnie proporcja zatrudnionych w zakładach badawczych wynosi 15,6 : 1 na korzyść zachodniej części kraju16. Na tle tego przygnębiającego stanu rzeczy pozytywnie wyróżniają się tylko pojedyncze fabryki, które przetrwały transformację dzięki wykupowi przez koncerny zachodnie: zakłady chemiczne w Leuna, Bitterfeld i Böhlen, samochodowe w Eisenach, Ludwigsfelde i Lipsku, czy inne ośrodki przemysłu lekkiego (produkcja żywności, kolektorów słonecznych, wiatraków itd.). Jedynym dużym przedsiębiorstwem, które ma swą siedzibę we wschodnich Niemczech, jest Jenoptik AG17.

W celu przeciwdziałania bezrobociu, nadmiernym migracjom do zachodniej części Niemiec i dla wzmocnienia konkurencyjności b. NRD władze federalne skierowały na wschód bardzo znaczący strumień inwestycyjny, który doprowadził do szybkiego zniwelowania nierówności infrastrukturalnych. Skorzystała na tym przede wszystkim branża budowlana. Wielkie przedsięwzięcia realizowane były w dużej mierze przez firmy zachodnie, lecz stosunkowo wysokie wynagrodzenia (wynikające z warunków unii walutowej) połączone z niskimi cenami gruntów i nieruchomości doprowadziły do bujnego rozkwitu tego segmentu usług18. Przypomina to nieco fenomen, który znamy ze śródziemnomorskich krajów Unii Europejskiej (Hiszpania, Portugalia, Grecja, w pewnym stopniu Włochy), gdzie w okresie przedkryzysowym obroty branży budowlanej stanowiły swego rodzaju protezę niedostatecznie rozwiniętego przemysłu.

Wysokie bezrobocie i wzmożona emigracja nie były jedynymi skutkami społecznymi upadku przemysłu b. NRD. W gospodarce socjalistycznej zakład pracy nie pełnił bowiem tylko funkcji produkcyjnej, lecz zobowiązany był także do realizacji licznych zadań społecznych, jak polepszenie warunków pracy, wyżywienie pracowników, zapewnienie opieki nad dziećmi, troska o rozwój intelektualno-kulturalny, opieka zdrowotna, ułatwienia dla pracujących kobiet i matek, aktywizacja sportowa pracowników, utrzymywanie zdolności obronnej, kulturalna, sportowa i turystyczna formacja młodzieży, zapewnienie i utrzymanie infrastruktury wypoczynkowej oraz mieszkalnej, opieka nad weteranami, wypłacanie nagród okolicznościowych19. Oznaczało to, że przedsiębiorstwo było dysponentem i szafarzem większości udogodnień socjalnych, co nie było kompatybilne z systemem opieki społecznej RFN, którego świadczenia – owszem – zasadniczo przysługiwały wyłącznie osobom zatrudnionym (a nie obywatelom, jak w modelu skandynawskim), lecz dysponowane były za pośrednictwem wyspecjalizowanych agend samorządu terytorialnego. System panujący w NRD miał być twórczym rozwinięciem tradycyjnych tendencji socjalizmu niemieckiego, nastawionego na silną identyfikację pracownika z jego zakładem pracy. Stopień wywiązywania się zakładów pracy z ról społecznych zależał od ich wielkości. Zakłady Carla Zeissa w Jenie posiadały własną bibliotekę, orkiestrę filharmoniczną, 108 warsztatów pracy twórczej i rozmaitych kół zainteresowań. Przemiany gospodarcze po 1990 r. zakładały „uwolnienie” zakładów pracy od obowiązków socjalnych i przeniesienie ich na jednostki samorządu. Obywatele b. NRD zostali rzeczywiście objęci dość hojną opieką społeczną, lecz ów transfer nie pozostał bez skutków społecznych. Przeprowadzone w połowie lat 90. badania wykazały, że pracownicy bardziej tęsknią za integrującymi funkcjami systemu opieki społecznej w zakładzie pracy niż za premią i „trzynastą pensją”20. Z dzisiejszej perspektywy nie wytrzymuje krytyki pogląd, iż świadczenie tego typu usług przez zakłady pracy jest pozbawione sensu ekonomicznego, gdyż różnorodne pakiety socjalne zapewniają przecież jak najbardziej przejęte swoimi zyskami wielkie korporacje.

Zupełnie inaczej wygląda historia przekształceń wschodnioniemieckiego rolnictwa. Podobnie jak powojenna Polska, sowiecka strefa okupacyjna została już w 1946 r. objęta reformą rolną, na mocy której wywłaszczono wszystkich właścicieli ziemskich powyżej 100 ha ziemi. Grunty podzielono pomiędzy tzw. Neubauern (głównie dawnych pracowników rolnych i uchodźców). Władze Polski Ludowej zrezygnowały jednak ostatecznie z przeprowadzenia przymusowej kolektywizacji, zaś w NRD nastąpiła ona na początku lat 50. W jej wyniku dominującą formą gospodarowania stały się spółdzielcze Towarzystwa Produkcji Rolnej (LPG). Własność gruntu i nieruchomości nie została rolnikom indywidualnym odebrana, lecz zmuszono ich do wspólnego gospodarowania i realizacji państwowych planów ekonomicznych. Pod koniec lat 80. te towarzystwa rolne borykały się z problemami typowymi dla całej gospodarki NRD (niska produktywność, niedoinwestowanie, duże obciążenie dla środowiska). Mimo to większość gospodarstw spółdzielczych przetrwało transformację ustrojową i z powodzeniem dostosowało się do warunków rynkowych. Stało się to niejako wbrew początkowym zamierzeniom władz RFN, które dążyły do ponownego rozparcelowania wschodnioniemieckiego rolnictwa, promując tzw. gospodarstwa rodzinne. Spotkało się to z bardzo żywym oporem spółdzielców, którym ostatecznie udało się utrzymać dotychczasowy model.

Nie obyło się bez poważnych przekształceń. Znacznej redukcji uległo zatrudnienie w tym sektorze: w 1989 r. rolnictwo zatrudniało 10,8% pracującej populacji NRD21, a w kilka lat później już o 90% mniej. LPG przestały również pełnić role społeczno-kulturalne, które były zbliżone do tych zapewnianych przez zakłady przemysłowe, lecz w warunkach wiejskich jeszcze istotniejsze. W sensie ekonomicznym ich utrzymanie okazało się jednak sukcesem: przeciętny dochód dużych (pow. 100 ha) gospodarstw we wschodnich Niemczech jest obecnie dwukrotnie większy od analogicznych gospodarstw w zachodniej części kraju22. Sukces ten, co warto podkreślić, osiągnięto wbrew radom i naciskom zachodnioniemieckiej administracji. Wysokie zyski pozwoliły na poczynienie wysokich inwestycji i uruchomienie w wielu sferach produkcji ekologicznej. Niektórzy badacze tłumaczą sukces LPG ich kompatybilnością z preferowanym modelem gospodarowania na rynku europejskim, gdzie masowa i wielkopowierzchniowa produkcja rolna jest uprzywilejowana nie tylko przez polityki rolne Unii, lecz także przez pierwszeństwo transakcyjne w relacjach z wielkimi sieciami handlu detalicznego23.

Czy teren wschodnich Niemiec stał się po Zjednoczeniu ofiarą kolonizacji ze strony kapitału z zachodniej części kraju? Struktura własnościowa przemysłu, jego praktyczny zanik na początku lat 90., masowa emigracja ludności b. NRD, natychmiastowe wprowadzenie unii walutowej i szokowych zmian własnościowych mogą dowodzić słuszności tego poglądu. Trzeba jednak pamiętać, że alternatywny scenariusz, przewidujący długotrwałe istnienie obok siebie dwóch gospodarek byłby – zwłaszcza na początku – trudny do zaakceptowania politycznie dla spragnionych zachodniego dostatku obywateli komunistycznego państwa. Transformacja gospodarcza – choć najbardziej gwałtowna ze wszystkich byłych „demoludów” – kojarzy się w Niemczech nie tylko ze wszystkimi dobrze znanymi nam cechami negatywnymi, lecz także z ogromną ilością transferów finansowych, które w krótkim czasie znacznie podniosły jakość życia ludności nowych krajów związkowych. Według danych Bundesbanku, tylko w latach 1991–1995, łączna suma środków publicznych przekazanych nowym krajom związkowym wyniosła 615 miliardów marek24, zaś do 2008 roku wzrosła do ok. 1,6 biliona euro25. Przeprowadzane regularnie badania statystyczne udowadniają, że zalet wynikających ze Zjednoczenia wciąż jest więcej niż wad. Produkt wewnętrzny brutto wschodniej części kraju po dwudziestu latach transformacji wzrósł z 50 do 71 procent PWB starych krajów związkowych (wziąwszy pod uwagę kurs wymiany 1 : 1 w przypadku roku 1989). Styl życia, wyposażenie gospodarstw domowych, nawyki wypoczynkowe mieszkańców b. NRD są obecnie takie same jak na Zachodzie. Współczynnik samobójstw na Wschodzie zmniejszył się o połowę w ciągu dwóch dekad (w 2008 roku wynosił 12,6/1000 mieszkańców, podczas gdy w starych krajach związkowych 11,2/1000)26. W tym samym czasie bardzo znacząco wzrosły oczekiwania obywateli, których niezaspokojenie ma wpływ na kultywowanie tzw. Ostalgie (nostalgii za NRD) i poczucia, że mieszkańcy zachodniej części kraju bardziej skorzystali na Zjednoczeniu. W rzeczywistości prawdziwymi beneficjentami tego procesu były wielkie przedsiębiorstwa zachodnie działające w kilku kluczowych branżach, lecz pozytywny efekt dla przeciętnego mieszkańca RFN jest bardzo dyskusyjny.

Nie zmienia to faktu, że te dziedziny, w których mieszkańcy b. NRD czują się wciąż nieusatysfakcjonowani, nie są jedynie efektem ich wygórowanych oczekiwań, lecz realnych patologii wyrosłych w trakcie transformacji. Może udałoby się ich uniknąć – np. nadal wysokiego bezrobocia, niskiego jak na Niemcy poziomu uprzemysłowienia, niezwykle wysokiego poziomu uzależnienia od zewnętrznej pomocy i kontroli – gdyby obrany model transformacji nie był jedynie wypadkową poglądów ekspertów i chwilowych wahań nastrojów, lecz efektem ciągłej i bezpośredniej konsultacji z zainteresowanymi grupami społecznymi. Sukces wschodnioniemieckiego rolnictwa spółdzielczego jest tego dobrym przykładem i jednocześnie wnioskiem na przyszłość. Trudno jednak przewidzieć, czy tradycyjnie zdominowana przez ośrodki kapitałowo-przemysłowe niemiecka władza polityczna będzie zdolna do rzeczywistej demokratyzacji gospodarki.

Przypisy:

  1. K.F. Bohler, T. Franzheld, Langlebige regionale Disparitäten w: Lange Wege der deutschen Einheit, Bonn 2010, s. 4.
  2. Statistisches Jahrbuch der DDR 1988.
  3. M. Fritsch, M. Wyrwich, Vom Plan zum Markt, w: Lange Wege…, s. 1–2.
  4. A. Steiner, Zwischen Konsumversprechen und Innovationszwang. Zum wirtschaftlichen Niedergang der DDR, w: K.H. Jarausch, M Sabrow (red.), Weg in den Untergang. Der innere Zerfall der DDR, Getynga 1999, s. 163.
  5. B. Martens, Die Wirtschaft in der DDR, w: Lange Wege…, Bonn 2010, s. 11.
  6. Ibidem, s. 7.
  7. G. Kusch (red.), Schlußbilanz – DDR. Fazit einer verfehlten Wirtschafts- und Sozialpolitik, Berlin 1991, s. 35.
  8. A. Steiner, op. cit., s. 170.
  9. „Akerlof i in., próbując oszacować kurs wymienny marki, przyjęli założenie, że dobrą aproksymantę stanowią wydatki ponoszone przez wschodnioniemieckie kombinaty na zdobycie jednostki waluty zagranicznej w warunkach wolnego handlu. Koszt »zdobycia« jednej marki zachodnioniemieckiej (»wirtualny kurs wymienny«) autorzy określili na 3,77 marki wschodnioniemieckiej i ta wielkość stanowiła – ich zdaniem – dobrą miarę konkurencyjności podmiotów z NRD na rynku międzynarodowym. Koncepcja ta pomija jednak fakt, iż w gospodarkach socjalistycznych eksport często był w różny sposób subsydiowany, a przedsiębiorstwa starały się osiągnąć narzucone im cele eksportowe. Ponadto rachunek kosztów nie był przecież do końca wiarygodny. Wymiana zagraniczna NRD odbywała się w ramach bilateralnych umów i rozliczeń, często w specjalnie tworzonych jednostkach. Odpowiedzi na pytanie o faktyczny kurs wymienny obu niemieckich walut nie można też udzielić na podstawie analizy cen czarnorynkowych. Wprawdzie cena kształtuje się na nim w relacji popytu i podaży, jednak uczestnicy takiej wymiany często nie mają dobrej informacji o rynku, zwłaszcza jeżeli handel walutą jest zakazany. Średnie ceny w kantorach w Berlinie Zachodnim kształtowały się na poziomie ok. 15 DM za 100 M, podczas gdy kurs oficjalny w NRD, po którym obywatele musieli wymieniać walutę, wynosił 1 : 1”. M. Moszyński, Transformacja systemowa byłej NRD – oczekiwania a rzeczywistość. Oceny procesu w literaturze niemieckiej (Referat przygotowany na seminarium naukowe projektu „Koncepcje stanowionego i spontanicznego ładu gospodarczego w procesie transformacji systemowej gospodarki Polski i byłej NRD” w dniu 16.03.2012 w siedzibie Wyższej Szkoły Zarządzania i Finansów w Białymstoku.), s. 13–14.
  10. M. Fritsch, M. Wyrwich, Wirtschaft im Schock w: Lange Wege…, s. 2.
  11. M. Moszyński, Transformacja…, s. 14.
  12. P. Windolf, Die wirtschaftliche Transformation. Politische und ökonomische Systemrationalitäten, w: W. Schluchter, P.E. Quint (red.), Der Vereinigungsschock, Gotha 1994, s. 399.
  13. B. Martens, Witschaftlicher Zusammenbruch und Neuanfang nach 1990, w: Lange Wege…, s. 3–4.
  14. P. Windolf, Die wirtschaftliche…, s. 411.
  15. „W ciągu dwóch lat wschodnie Niemcy utraciły prawie całą bazę przemysłową i jest rzeczą wątpliwą, aby – w warunkach globalnej konkurencji – mogła ona być kiedykolwiek odbudowana”, Ibidem, s. 398.
  16. Wirtschaftsatlas…
  17. B. Martens, Der entindustrialisierte Osten w: Lange Wege, s. 3–4.
  18. M. Moszyński, Transformacja…, s. 16.
  19. Formular 826 für VEB, Bildung und Verwendung des Kultur- und Sozialfonds, Carl Zeiss Archiv Jena, VA S227.
  20. W. Schmidt, Metamorphosen des Betriebskollektivs, w: Soziale Welt 46/1995, s. 307.
  21. Statistisches Jahrbuch der DDR 1990, s. 125.
  22. Bundesministerium für Landwirtschaft und Verhraucherschutz, landwirtschaftliche Haupterwerbsbetriebe im Witschaftsjahr 2007/08 nach Bundesländern.
  23. B. Martens, Landwirtschaft in Ostdeutschland: der späte Erfolg der DDR, w: Lange Wege…, s. 2.
S. Lessenich, Die Kosten der Einheit, w: Neue Wege…, s. 3.
  24. J. Ragnitz, B. Scharfe, Bestandsaufnahme der wirtschaftlichen Fortschritte im Osten Deutschlands 1989–2008, Drezno 2009.
  25. S. Lessenich, Die Kosten…, s. 3–5.

Ćwiczenie z demokracji? Lokalne konflikty na tle gazu łupkowego

Rozpoczęcie pod koniec ubiegłej dekady poszukiwań gazu łupkowego w Polsce przyczyniło się nie tylko do rozbudzenia nadziei na „łupkowe eldorado”, ale także stało się przedmiotem wielu kontrowersji. W okolicach planowanych odwiertów protestowali mieszkańcy, nierzadko zaskakiwani podejmowanymi badaniami sejsmicznymi i przygotowaniami do wierceń. Na poziomie ogólnopolskim i międzynarodowym organizacje ekologiczne zainicjowały kampanię dotyczącą szkodliwości szczelinowania hydraulicznego. Dość szybko (i dla wielu obserwatorów nieoczekiwanie) to, co miało być nadzieją polskiej energetyki, dołączyło do grona kontrowersji wywołujących opór społeczny i konflikty.

W tym miejscu pojawia się pytanie o dynamikę opisanego procesu: czy obawy o ewentualną szkodliwość nowych rozwiązań technologicznych muszą przeradzać się w zaciekłe spory, z podziałem na „zwolenników” i „przeciwników”, szybko okopujących się po dwóch stronach barykady i zwalczających wszelkimi metodami, gotowymi raczej zginąć, niż przyznać rację drugiej stronie? Socjologiczna literatura na temat konfliktów opiera się m.in. na założeniu, że zjawiska te mogą pełnić pozytywną funkcję i prowadzić do zwiększania się dobra wspólnego w społeczeństwie. Celnie ujmuje to metafora konfliktu jako zderzenia, podczas którego wytwarzana jest pewna energia. Może ona mieć destrukcyjny lub konstruktywny charakter, zależnie od tego, jak zostanie wykorzystana i ukierunkowana. Może służyć krystalizacji i artykulacji interesów przez pewne grupy społeczne, których członkowie uświadamiają (lub po prostu przypominają) sobie, jaką wartość ma dla nich np. krajobraz, szczególnie w regionach atrakcyjnych turystycznie. Może pomagać w integrowaniu wspólnoty wokół pewnych wartości, pozwalać na „policzenie się” i odczucie, że nie jest się osamotnionym w swojej postawie. Konflikty i ich pozytywna energia mogą służyć także aktywizacji i upodmiotowieniu obywateli. Ileż lokalnych stowarzyszeń ma swoje źródła w spontanicznych akcjach sprzeciwu wobec kontrowersyjnych inwestycji na ich terenie? Podobnie konflikty są poligonem doświadczalnym społeczeństwa obywatelskiego, na którym uczy się działania publicznego, kształtuje aktywne postawy w sferze publicznej. Dlatego przebieg sporu o gaz łupkowy można traktować jako swoiste ćwiczenie, w którym jak na dłoni widać słabości i braki naszej kultury demokratycznej.

Początek publicznego zainteresowania gazem łupkowym w Polsce datuje się na ok. 2010 r., gdy zostały już wydane licencje poszukiwawcze oraz rozpoczęły się badania sejsmiczne i pierwsze odwierty próbne. Proces wydawania licencji na poszukiwanie i rozpoznawanie złóż gazu łupkowego zaczął się w Polsce w 2007 r., a do 2010 r. ich liczba prawie się podwoiła – z 51 do 94. Licencje zostały przyznane ponad 20 firmom państwowym, częściowo państwowym (jak PGNiG, Orlen Upstream, LOTOS) i międzynarodowym (jak Chevron czy Lane Energy). Organem odpowiedzialnym za wydawanie licencji – na razie tylko poszukiwawczych – jest Ministerstwo Środowiska.

Przewiduje się, że Polska ma największe zasoby tego surowca w Europie. Amerykańska Agencja Informacji Energetycznej podała w raporcie z kwietnia 2011 r., że złoża gazu łupkowego w Polsce szacuje się na 5,3 bln m3. Te optymistyczne przewidywania zweryfikował Polski Instytut Geologiczny, który oszacował, że mogą one stanowić od 346 do 768 mld m3. Z kolei niezależne instytucje badawcze, takie jak Rystad Energy, Wood Mackenzie czy Advance Research Institute, oszacowały złoża na około 1 do 3 bln m3. Obecnie, póki nie znamy wyników działań poszukiwawczych z próbnych odwiertów, trudno jednoznacznie określić ilości gazu, jakie będą mogły być wykorzystywane komercyjnie.

Złoża w Polsce położone są w północnej i południowo-wschodniej częściach kraju, stąd też najwięcej wydanych licencji poszukiwawczych znajduje się na Pomorzu (42 wydane licencje poszukiwawcze, w tym również na obszarach morskich, oraz 27 wykonanych odwiertów próbnych) oraz na Lubelszczyźnie (23 wydane licencje w samym w woj. lubelskim, w tym 23 wykonane odwierty próbne). Do sierpnia 2012 r. Ministerstwo Środowiska wydało 111 koncesji na poszukiwanie gazu łupkowego w Polsce. Najwięcej koncesji otrzymały: spółka Skarbu Państwa PGNiG (15), Petrolinvest (14), Marathon Oil Company (11), 3Leg Resources (9), Orlen Upstream Sp. z o.o. (7) i BNK Petroleum (6). Według stanu na 1 lutego 2014 r. w Polsce obowiązują 93 koncesje na poszukiwanie lub rozpoznawanie złóż węglowodorów, w tym gazu z łupków. Koncesje te zostały udzielone na rzecz 34 polskich i zagranicznych podmiotów (koncesjonariuszy). Do 1 lutego 2014 r. koncesjonariusze wykonali 56 otworów rozpoznawczych. Zmniejszenie liczby obowiązujących koncesji wynika z wycofania się części koncesjonariuszy z działań poszukiwawczych (na co w dużym stopniu wpływa ciągły brak jednoznacznych uregulowań w polskim prawie) oraz wygasania okresu obowiązywania poszczególnych koncesji.

Polskie społeczeństwo jest raczej pozytywnie nastawione do poszukiwań i wydobycia gazu łupkowego. Poparcie dla wydobycia wyraża 59% osób będących sąsiadami koncesji wydobywczych oraz 78% osób na terenie kraju. Na obszarach koncesji wydanych na północy Polski 76% mieszkańców Pomorza popiera wydobycie gazu z łupków – takie dane wynikają z badań przeprowadzonych przez PBS na zlecenie PGNiG w styczniu 2013 r. Z kolei z badań TNS Polska, które objęły region Lubelszczyzny, wynika, że poparcie dla wydobycia deklaruje 88% mieszkańców tego regionu wydobywczego.

Pomimo tak wysokiego ogólnego poparcia społecznego dla wydobycia gazu łupkowego pojawiają się na tym tle lokalne akcje sprzeciwu, często wspomagane przez organizacje obywatelskie. Pierwsze protesty społeczności lokalnych i dyskusje dotyczące gazu łupkowego datują się na 2011 r., gdy koncesjonariusze rozpoczęli badania sejsmiczne na terenie niektórych koncesji. W reakcji na nie uaktywniły się miejscowe organizacje społeczne i ekologiczne, głównie na Pomorzu i Lubelszczyźnie. Niektóre z nich zostały powołane specjalnie w celu zainicjowania publicznej debaty o gazie łupkowym. Swoje działania zaczęły od organizowania spotkań mieszkańców, na które zapraszały przedstawicieli ogólnopolskich organizacji ekologicznych, wspierających protesty przeciw działaniom firm poszukujących, a także przedstawicieli międzynarodowych organizacji lobbingowych, działających przeciw gazowi łupkowemu. Nie zabrakło również partii politycznych, takich jak Zieloni 2004 czy Ruch Palikota, organizujących seminaria i spotkania szkoleniowe dla działaczy.

Organizacje i skupieni w nich liderzy społeczni są inicjatorami różnych działań, w których jasno komunikują swoje stanowisko w obronie wspólnotowych interesów społeczności lokalnych. Przykładem takich działań może być inicjatywa pomorskiego Portalu Dziennikarstwa Obywatelskiego Głos Gryfa, który na swojej stronie internetowej zamieścił mapę sprzeciwu wobec wydobycia gazu łupkowego metodą szczelinowania hydraulicznego. Redakcja portalu zaprasza inne miejscowości do zgłaszania sprzeciwu wobec wydobycia oraz do „powiększania zasobów” mapy, tworząc tym samym swoistą koalicję przeciwników gazu łupkowego w Polsce. Warto także zwrócić uwagę na częstą praktykę wysyłania przez organizacje społeczne listów otwartych kierowanych do instytucji decyzyjnych. Wystarczy przywołać chociażby stanowisko Gdańskiego Stowarzyszenia Agroturyzmu, które wystąpiło w obronie regionów turystycznych Pomorza, Kaszub i Kociewia, a także obszarów Natura 2000: Nie zgadzamy się na eksploatowanie naszego Regionu w ten sposób, przyłączamy się do każdego protestu, który może przyczynić się do zaprzestania prac przy gazie łupkowym. W styczniu tego roku organizacje ekologiczne wystosowały list otwarty do instytucji UE ws. wydobycia gazu z łupków, argumentując swój sprzeciw zagrożeniami, które może powodować wydobycie tego surowca, a także ws. braku reakcji po stronie decydentów: Instytucje Unii Europejskiej opublikowały już raporty z badań pokazujących te zagrożenia. Są one świadome istnienia licznych poddanych ocenie środowiska naukowego badań, wskazujących na wielorakie niepokojące skutki szczelinowania hydraulicznego. Decydenci polityczni zdają się jednak celowo pomijać wszystkie z tych istotnych faktów. Co więcej, nawet opinie bezpośrednio dotkniętych społeczności są brutalnie ignorowane. Obecne przepisy prawne UE nie gwarantują ustawowego obowiązku oceny oddziaływania na środowisko w przypadku poszukiwania i wydobycia paliw niekonwencjonalnych na obszarze całej Europy, co oznacza całkowite pogwałcenie zasad europejskiej polityki środowiskowej, celów planowania regionalnego i fundamentalnych europejskich wartości.

Jednym z najżywiej dyskutowanych w mediach konfliktów między mieszkańcami a koncesjonariuszem jest koncesja firmy Chevron w Żurawlowie na Lubelszczyźnie. Lokalna społeczność od 3 czerwca 2013 r. protestuje przeciwko poszukiwaniom gazu łupkowego, angażując wielu mieszkańców, organizując blokady. Protest rozpoczął się, gdy mieszkańcy, głównie miejscowi rolnicy, zablokowali drogę wjazdową do działki wydzierżawionej pod koncesję, od tego czasu tworząc obóz protestujących. W listopadzie Chevron wytoczył pozew przeciw 13 mieszkańcom ze wsi Żurawlów, Rogów i Szczelatyn, którzy blokowali prace koncernu na działce wydzierżawionej przez niego w Żurawlowie. Firma wystąpiła na drogę sądową przeciwko osobom dopuszczającym się naruszenia prawa do dostępu do nieruchomości, którą dzierżawi w Żurawlowie, i wykonania tam zaplanowanych prac. Proces sądowy trwa nadal. W grudniu 2013 r. Ministerstwo Środowiska przedłużyło koncesję poszukiwawczą dla firmy do 2015 r., uwzględniając część postulatów protestujących mieszkańców.

Równie aktywnie protestującą grupą jest Stowarzyszenie Niesiołowice-Węsiory Kamienne Kręgi, działające na terenie gmin Stężyca i Sulęczyno na Kaszubach, które współpracuje z amerykańską Fundacją Food & Water Europe, a także francuską No Fracking France. Działacze stowarzyszenia regularnie wysyłają pisma protestacyjne do Ministerstwa Środowiska oraz petycje do władz samorządowych województwa pomorskiego, organizują spotkania z mieszkańcami i aktywnie włączają się w debatę publiczną na temat łupków. Prezeska Stowarzyszenia Mój Dom – Nasza Przestrzeń, Ilona Olsztyńska, tak mówi o roli, jaką pełnią organizacje ekologiczne na Pomorzu w debacie publicznej wokół gazu łupkowego: Choć staliśmy się niewygodni, nie załamujemy rąk, cały czas pracujemy, aby mieszkańcy Pomorza otworzyli oczy.

Zanim spróbujemy wyjaśnić źródła konfliktów, należy wyjaśnić, przeciw czemu pojawiają się protesty społeczności lokalnych. Główne kwestie podnoszone przez przeciwników poszukiwania i wydobycia gazu z łupków w Polsce dotyczą środowiskowych i zdrowotnych skutków szczelinowania hydraulicznego. Twierdzą oni, że stosowana technologia może doprowadzić do skażenia wód gruntowych i powierzchniowych, zagrażając zdrowiu ludzi i zwierząt. Podnoszone są także argumenty dotyczące utraty walorów turystycznych regionów w planowanych miejscach wydobycia. Pojawia się obawa o ryzyko skażenia powietrza siarkowodorem i dwutlenkiem siarki. Wątpliwości rodzi kurczenie się zasobów wód gruntowych poprzez pobieranie wody z lokalnych ujęć oraz same warunki prowadzenia prac wydobywczych, takie jak hałas i przejazd ciężkiego sprzętu, które obniżą jakość życia mieszkańców. Obawy społeczności lokalnych wzbudzają także kwestie proceduralne, regulujące poszukiwanie gazu łupkowego – na jakich zasadach i według jakich przepisów odbywają się poszukiwania, kto odpowiada za bezpieczeństwo inwestycji, jakie są kompetencje instytucji kontroli i nadzoru, jakie są możliwości oddziaływania społeczności lokalnych i samorządów gminnych (udział w konsultacjach). Pojawiają się też obawy przed wywłaszczeniami i wykupem gruntów, pytania o zakres odpowiedzialności inwestora i system rekompensat.

W pilotażowym projekcie programu „Razem o Łupkach”, który powstał z inicjatywy Marszałka Województwa Pomorskiego Mieczysława Struka, realizowanym w Mikołajkach Pomorskich przez Pracownię Zrównoważonego Rozwoju oraz badaczy z Instytutu Socjologii UMK i UW, przeprowadzono diagnozę społeczną, której wyniki dokładnie potwierdzają obawy mieszkańców wymienione wyżej. Największy niepokój wśród lokalnej społeczności Mikołajek Pomorskich budzą kwestie wpływu na środowisko. Sami mieszkańcy podkreślają: Kto nam da gwarancję, że wszystko będzie ekologiczne, że natura nie ucierpi? Przeraża to, że będzie szło 3,5 km w dół, że później będą poziome odwierty, co się z nami tu będzie działo, czy będziemy mieli wodę, czy nam ta woda nie zginie, to jest pytanie zasadnicze […]. Czy za te 10, 15 lat nasze dzieci nie będą chorowały, bo wiadomo, że to jest chemia.

Zastrzeżenia mieszkańców wsi skupiły się także na braku kontroli prowadzonych inwestycji i zabezpieczenia powstających w jej wyniku szkód oraz na problemach z dostępem do informacji: Mam pewne obawy, jeżeli chodzi o ochronę środowiska, żeby chęć zrobienia pieniędzy przez firmę nie spowodowała szkód […]. Boję się tylko tego, że ktoś będzie tak zachłanny, że nie będzie chciał przeznaczyć części pieniędzy, żeby zabezpieczyć prawidłowo tego wydobycia. Muszą też być mechanizmy, które pozwolą na kontrolowanie tych procesów, żeby można było na bieżąco reagować. Tylko boję się, że gdzieś u góry zabraknie środków czy pomysłów, żeby to zrobić, a my nie będziemy mieli instrumentów, żeby to kontrolować. Może tak być, że mieszkańcy w miejscach, gdzie będzie odwiert, zostaną pozostawieni sami sobie […]. Już teraz trochę tak jest, bo nikt ich o nic nie pytał.

Przejdźmy teraz do źródeł pojawiających się protestów i konfliktów na tle gazu łupkowego. Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na fakt, że źródła protestów tkwią zazwyczaj w błędach popełnionych już na samym początku procesu inwestycyjnego, w fazie jego przygotowań. W większości przypadków bezpośrednim powodem narastających sprzeciwów lokalnej społeczności jest niewłaściwy sposób przygotowania przez koncesjonariuszy badań sejsmicznych (poprzedzających wiercenia poszukiwawcze). Mowa o niedostatecznym poinformowaniu mieszkańców o charakterze i celu badań, braku współpracy z władzami samorządowymi, ograniczeniu się do kontaktów z właścicielami działek czy niewystarczającym dostępie do informacji. Tę obserwację potwierdzają wyniki badań przeprowadzonych przez Urząd Marszałkowski Województwa Pomorskiego, które wskazują, że tylko połowa samorządów i partnerów samorządu Województwa Pomorskiego jest zadowolona z komunikacji z koncesjonariuszami, z przepływu i dostępu do informacji.

Takie nastawienie pociąga za sobą pogłębiającą się sytuację napięcia, wzajemnej nieufności i niechęci między koncesjonariuszami a lokalną społecznością. Grzechem głównym jest zazwyczaj zbyt późne rozpoczynanie działań informacyjno-konsultacyjnych i organizowanie pierwszych spotkań z mieszkańcami już po rozpoczęciu aktywności na danym terenie, gdy poziom społecznego wzburzenia bywa dość wysoki. Sytuacja z Mikołajek Pomorskich, gdzie mieszkańcy dowiedzieli się o działaniach firmy wydobywczej Eni Polska w momencie, w którym rozpoczęła ona prace przygotowawcze do inwestycji, nie jest wyjątkiem. Okoliczności, które wspominają mieszkańcy (Nikt nic nie mówił, nie pytał. Teraz dopiero widać, jak tę płytę położyli), dotyczą przede wszystkim osób, które nie są bezpośrednio zaangażowane, o planowanej inwestycji wie zazwyczaj tylko wójt i Rada Gminy oraz dzierżawca gruntu. Działania podejmowane w takich warunkach, kiedy mamy do czynienia z brakiem informacji, a rozmowy to jedynie domysły i plotki, często mają charakter reaktywny, pojawiają się jako próba uspokojenia sytuacji i wyciszenia uśpionego jeszcze konfliktu. Dodatkowo są one często chaotyczne i nie wynikają z całościowej strategii współpracy ze społecznością lokalną. W efekcie podejmowane ad hoc kroki częstokroć prowadzą do zaognienia sytuacji zamiast jej złagodzenia, gdyż nie są w stanie spełnić oczekiwań i potrzeb mieszkańców.

Lokalna społeczność potrafi szybko zareagować na brak otwartego i uczciwego podejścia oraz poszanowania jej interesów. Przywołajmy chociażby przykład Stowarzyszenia Zdrowa Ziemia Powiatu Lęborskiego, które w imieniu mieszkańców Strzeszewa wymusiło spotkanie z przedstawicielami inwestora i zażądało 100 tys. zł depozytu, aby mieć gwarancję, kiedy pojawi się nadużycie ze strony koncesjonariusza. Cieniem na relacjach z lokalnymi interesariuszami kładzie się także niewłaściwe podejście do charakteru komunikacji społecznej – dominuje w nim nastawienie propagandowo-edukacyjne zamiast dialogowego. Próbuje się „wytłumaczyć” mieszkańcom, że nie powinni protestować, „przekonać” ich do gazu łupkowego, „wyedukować” w zakresie technicznych aspektów poszukiwania i wydobycia węglowodorów. Takie podejście w konsekwencji prowadzi do zaostrzenia sporu i silnej antagonizacji stron konfliktu. Podkreślali to również mieszkańcy wspominanych już Mikołajek Pomorskich: To wszystko ładnie wygląda na obrazkach, gwarancje tego szefa […], ale jak to będzie, naprawdę nikt nie wie.

Powyższe okoliczności wybuchu lokalnych konfliktów wokół gazu łupkowego zwracają uwagę na istotny fakt. Bezpośrednią przyczyną protestów nie jest zazwyczaj sama eksploatacja gazu łupkowego, lecz błędna komunikacja społeczna towarzysząca inwestycji, a także brak transparentności działań koncesjonariuszy i przekazywania rzetelnych informacji w przystępny dla odbiorców (laików przecież) sposób. Należy również wziąć pod uwagę, że sprzeciw mieszkańców nie ogranicza się bynajmniej do wymiaru komunikacyjnego i żądań dotyczących lepszego dostępu do informacji, lecz rozciąga się na całą inwestycję i jej charakter. Analizując obserwowane protesty w tej sprawie, można dojść do wniosku, że w większości przypadków to nie sam gaz łupkowy jako źródło energii jest problemem dla społeczności lokalnych, lecz faktyczny sposób jego poszukiwania i wydobycia. Bardziej kontrowersyjny wydaje się zatem sposób przeprowadzenia inwestycji niż jej charakter. Można więc powiedzieć, że mieszkańców w mniejszym stopniu niepokoją kwestie stricte środowiskowe i techniczne, lecz przede wszystkim chcą mieć gwarancję, iż poszukiwanie i wydobycie gazu łupkowego będzie bezpieczne oraz realizowane pod kontrolą odpowiednich instytucji. Stąd też nastawienie koncesjonariuszy i niektórych lokalnych włodarzy, starających się przekonać społeczności lokalne do gazu łupkowego, nie odpowiada na rzeczywiste potrzeby mieszkańców.

Obecnie w naszym kraju wyraźnie widoczne są konsekwencje braku dobrych praktyk, nawyków i struktur lokalnego dialogu. W wyniku dość nagle zaistniałej kontrowersji związanej z gazem łupkowym, angażującej przedstawicieli różnych środowisk z różnych poziomów życia społecznego, odczuwalny jest brak struktury komunikacji społecznej, który umożliwiłby przepływ informacji, konsultowanie i negocjowanie decyzji politycznych oraz inwestycyjnych między różnymi interesariuszami. W efekcie powstaje próżnia komunikacyjna, o której zagospodarowanie rywalizują przeciwnicy i zwolennicy gazu łupkowego, co nie sprzyja wspólnemu podejmowaniu decyzji uwzględniających interesy różnych grup i środowisk społecznych.

Komunikacja społeczna w przypadku gazu łupkowego często sprowadzona jest do poczynań marketingowych i PR-owych (skrywanych pod maską „działań informacyjno-edukacyjnych”), przedsięwziętych przez samych koncesjonariuszy lub wynajęte firmy konsultingowe. Takie podejście firm, nawet jeżeli mają one dobre intencje, bywa źle postrzegane przez mieszkańców, którzy często, jak w Mikołajkach Pomorskich, mówią: Firma zainwestowała, zrobiła plac zabaw, strażakom zakupiła trochę sprzętu, wyremontowała nam drogę […]. Chcą nas przekonać żebyśmy byli za tą inwestycją. Takie strategie komunikacyjne wypaczają znaczenie pojęć „dialog” i „komunikacja”, ograniczając ich cel do pozyskiwania akceptacji społecznej wśród mieszkańców. Nie umożliwiają zaś włączania interesariuszy we współdecydowanie o charakterze i sposobie realizacji inwestycji, która przez najbliższe kilkadziesiąt lat ma wpływać w znaczącym stopniu na rozwój gospodarczy i życie mieszkańców regionu.

Sytuację pogarsza częste pomijanie lokalnych władz w podejmowanych działaniach i nieinformowanie ich o szczegółach. Dodatkowo wójtowie znajdują się w sytuacji „między młotem a kowadłem”: często nie potrafią określić swojego stanowiska i włączyć się w proces komunikacji między koncesjonariuszami a społecznością lokalną. Z jednej strony są zachęcani obietnicami korzyści dla gmin z inwestycji, a z drugiej odczuwają presję ze strony sceptycznie nastawionych mieszkańców. W rezultacie lokalne władze samorządowe często wycofują się na neutralne pozycje i czekają, co się wydarzy. To sprawia, że mamy do czynienia z brakiem koordynacji działań między władzami samorządowymi różnych szczebli a koncesjonariuszami oraz z tendencją do zrzucania obowiązku informowania społeczeństwa w całości na tych ostatnich.

Pomimo braku nawyków i struktur lokalnego dialogu w obszarze gazu łupkowego w Polsce (choć można by w ogóle mówić o poziomie publicznego dialogu w Polsce) zaczynają pojawiać się inicjatywy, które mają szansę przerodzić się w dobre praktyki komunikacyjne. Jednym z przykładów takich działań może być wspomniany program „Razem o Łupkach”, który jest niezależnym programem informacyjnym na temat dialogu społecznego związanego z poszukiwaniem i możliwą eksploatacją gazu z łupków. Jak możemy przeczytać na stronie internetowej programu: Przyjęte zostało tutaj podejście partycypacyjne, umożliwiające aktywne włączanie interesariuszy w procesy podejmowania decyzji i negocjowanie warunków inwestycji […] Kluczowym narzędziem wykorzystywanym w proponowanym procesie edukacyjnym są Lokalne Komitety Dialogu, gdyż właśnie szeroko pojęty dialog ma być głównym sposobem wzajemnego uczenia się i nabywania potrzebnych kompetencji i wiedzy. W ramach programu pracuje obecnie 7 Lokalnych Komitetów Dialogu w województwie pomorskim, kujawsko-pomorskim oraz warmińsko-mazurskim. Zainteresowani mieszkańcy wraz z przedstawicielami koncesjonariusza oraz lokalnych władz samorządowych zdobywają niezbędne informacje z zakresu procesu poszukiwania i wydobycia gazu z łupków (poruszane są zagadnienia prawne, środowiskowe, geologiczne i techniczne wydobycia), aby na tej podstawie skonstruować lokalną umowę społeczną realizacji inwestycji.

O ile o sukcesie całego programu nie możemy jeszcze przesądzać, o tyle z pewnością warto jeszcze raz przywołać przypadek Mikołajek Pomorskich, w których realizowany był pilotażowy projekt według założeń całości programu „Razem o Łupkach”. Gmina Mikołajki Pomorskie położona jest we wschodniej części województwa pomorskiego, w powiecie sztumskim. W 2010 r. firma Eni Polska została operatorem koncesji poszukiwawczej na terenie gminy. Z własnej inicjatywy zorganizowała dwa spotkania z mieszkańcami. informujące o planowanej inwestycji. W marcu 2013 r. firma, mieszkańcy oraz lokalne władze samorządowe zostali zaproszeni do procesu dialogowego wokół inwestycji poszukiwania gazu łupkowego w gminie. W pracach Lokalnego Komitetu Dialogu uczestniczyło 12 osób, w tym wójt gminy, wyznaczona przez wójta pełnomocnik ds. dialogu, przewodniczący Rady Gminy oraz przedstawiciel koncesjonariusza. Na spotkania zapraszani byli również wskazani przez mieszkańców eksperci z dziedzin prawa, geologii czy środowiska. Interesariusze procesu dialogowego rozmawiali ze sobą łącznie przez 24 godziny. Poza charakterem informacyjnym uczestnicy wypracowali wspólnie model komunikacji w sprawie inwestycji oraz wynegocjowali korzyści dla gminy, mieszkańców i koncesjonariusza. Prace LKD w Mikołajkach Pomorskich zakończyły się podpisaniem umowy społecznej między mieszkańcami, władzami lokalnymi gminy oraz firmą Eni Polska, dotyczącej warunków poszukiwania i wydobycia gazu łupkowego w gminie.

Innym pozytywnym przykładem prowadzenia dialogu w zakresie inwestycji w gaz łupkowy było utworzenie w 2012 r. z inicjatywy PGNiG Gminnej Rady Konsultacyjnej w gminie Krokowa, w której koncern jest operatorem koncesji. W Radzie działa 9 osób, w tym reprezentanci mieszkańców, Rady Gminy, organizacji pozarządowych, mediów oraz wójt. Rada dba o zabezpieczenie interesów i potrzeb mieszkańców, pośredniczy w rozmowach z PGNiG w istotnych kwestiach związanych z inwestycją w gaz łupkowy w gminie oraz stanowi kanał przepływu informacji pomiędzy mieszkańcami a inwestorem. PGNiG prowadzi także punkt konsultacyjny, w którym mieszkańcy mogą indywidualnie zadawać pytania i zgłaszać uwagi odnośnie do inwestycji.

Opisane wyżej inicjatywy dialogowe są nadal rzadkością w przestrzeni polskiej debaty publicznej. Niedostatek mechanizmów komunikacyjno-dialogowych jest sytuacją, w której wspomniany pozytywny potencjał konfliktów wokół gazu łupkowego zostaje zaprzepaszczony i zamiast przyczyniać się do tworzenia dobra wspólnego, oddziałuje destrukcyjnie na poziom lokalnego kapitału zaufania, więzi społeczne, relacje między społecznością a jej przedstawicielami. Do głównych przyczyn takiej sytuacji można zaliczyć:

  1. Postrzeganie konfliktów jako powodowanych irracjonalnymi, z założenia błędnymi i nieuzasadnionymi lękami osób nieposiadających odpowiedniej wiedzy. Za takim podejściem kryje się dość rozpowszechnione przekonanie o tym, że „protesty biorą się z niewiedzy” czy „ludzie boją się wszystkiego, co nowe i nieznane”. Na spotkaniach konsultacyjnych często można usłyszeć, że sto lat temu ludzie bali się samochodów, a teraz nie wyobrażamy sobie życia bez nich. W tle takiego sposobu myślenia kryje się wyobrażenie o nieubłaganym postępie, który toczy się według własnej dynamiki, i który zawsze spotyka się z niezrozumieniem oraz protestami, ale w sumie wychodzi nam na dobre. Założeniu o irracjonalności konfliktów towarzyszy także przekonanie o ich egoistycznym charakterze, odwołujące się do syndromu NIMBY (ang. „not in my backyard”, czyli „nie na moim podwórku”). Protestującym przypisuje się kierowanie się wyłącznie własnymi interesami i wytyka rzekome sprzeczności oparte na schemacie „gaz chcą mieć wszyscy, ale przeciw wydobyciu protestują”.
  2. Przy prowadzeniu działań informacyjno-edukacyjnych wyraźne jest także ograniczenie treści do wymiaru środowiskowego i technologicznego. Choć faktycznie jedną z głównych obaw społecznych jest wpływ szczelinowania hydraulicznego na środowisko, to należy pamiętać, że takie ujęcie tematu – od strony jedynie ekologicznej – odsuwa na bok wiele aspektów społeczno-ekonomicznych, które są kluczowe z perspektywy lokalnych strategii rozwoju.
  3. Przerzucenie zadania prowadzenia komunikacji społecznej na koncesjonariuszy. Często sami włodarze i reprezentanci lokalnych samorządów oczekują, że to firma poszukująca gazu z łupków weźmie na siebie zadanie informowania i prowadzenia dialogu ze społecznością lokalną. Oparte jest to właśnie na powyższych założeniach, zgodnie z którymi cała kontrowersja sprowadza się do braku wiedzy i niezrozumienia skomplikowanych techniczno-środowiskowych aspektów przedsięwzięcia. Zatem to inwestor, któremu zależy na realizacji inwestycji, powinien zadbać o pozyskanie akceptacji społecznej.

Postulaty, by to „firma wzięła na siebie dialog ze społeczeństwem”, są często słyszalne w wypowiedziach wójtów i burmistrzów. Takie nastawienie lokalnych władz wydaje się zrozumiałe w kontekście wspomnianego wcześniej ich zagubienia w nowej sytuacji, jednak w połączeniu z powyższymi tendencjami prowadzi do niekorzystnych konsekwencji dla praktyki dialogu w Polsce.

W rezultacie mamy do czynienia z sytuacją, którą można określić mianem depolityzacji kontrowersji wokół gazu łupkowego. Kwestia, która dotyczy strategicznych problemów rozwoju Polski – na różnych poziomach, od międzynarodowego, przez krajowy, aż po regionalny i lokalny – zostaje sprowadzona do biorących się z niewiedzy i niezrozumienia sporów o wpływ na środowisko. Dialog publiczny wokół gazu łupkowego zamiast koncentrować się wokół pytań o wpływ tej technologii na przyszłość Polski, jej regionów i lokalnych społeczności – zostaje zastąpiony przez PR i nierzadko zwykłą propagandę. Władze samorządowe powinny być gospodarzami terenu, współdecydować wraz z mieszkańcami o kierunkach rozwoju i wypracowywać wspólne wizje przyszłości. Tymczasem często zamiast domagać się rzetelnego dialogu, oddają pole koncernom, zadowalając się obietnicami przyszłych wpływów do budżetów gmin, a doraźnie ciesząc się z tego, że „firma zbudowała nam plac zabaw”.

W ten sposób pozytywny potencjał konfliktów jest marnowany, a ćwiczenie z lokalnej demokracji kończy się częstokroć pogłębieniem frustracji, nieufności i brakiem wiary w możliwość wpływania na bieg spraw publicznych.

Pozostaje pytanie, co można zrobić, by wykorzystać tę pozytywną energię wytworzoną podczas konfliktów wokół gazu łupkowego. Jak sprawić, by spory i kontrowersje przyczyniły się do podjęcia optymalnej decyzji odnośnie do przyszłego wydobycia tego surowca? Czy będzie nią zatrzymanie rozwoju tej technologii, czy raczej ustalenie takich warunków i regulacji określających zasady wydobycia, by zabezpieczyć interesy różnych grup społecznych? Wydaje się, że potrzebne są zinstytucjonalizowane narzędzia zarządzania konfliktami, instrumenty dialogu publicznego, oparte na sprawdzonych dobrych praktykach, wzorcach działania, modelach instytucji i praktyk społecznych, pozwalających na wyzwolenie i wykorzystanie pozytywnej energii konfliktów. Należy też podkreślić, że procesy dialogowe, tak jak wszelkie inicjatywy partycypacyjne, których celem jest określenie jakiegoś stanowiska czy decyzji, wymagają nie tylko struktur funkcjonowania, ale też możliwości choć częściowej realizacji wypracowanych postulatów i zagwarantowania udzielenia informacji zwrotnej. Właśnie ten czynnik w dużej mierze wpływa na chęć angażowania się społeczności lokalnych w życie publiczne w innej formie niż postawy powodujące wzniecanie konfliktów i protestów społecznych.

W obszarze zarządzania konfliktami na tle technologicznym wypracowano w ostatnich kilkudziesięciu latach podejście określane mianem „oceny technologii” (Technology Assessment). W największym skrócie polega ono na tym, że instytucje (państwowe lub pozarządowe) zajmują się doradztwem politycznym w zakresie oceny nowych, wzbudzających kontrowersje innowacji technologicznych. Założenie kryjące się za tym jest dość proste: nowe rozwiązania technologiczne nie są po prostu dobre lub całkowicie złe, jak wydaje się to wynikać z silnie zantagonizowanych sporów publicznych. Zamiast tego wiele technologii ma w sobie pewien ładunek ryzyka, obszar niepewności, potencjalnych negatywnych skutków. Zanim podejmiemy decyzję o wdrożeniu danej technologii, dopuszczeniu innowacji na rynek, wsparciu państwowym i uczynieniu elementem strategii kraju, przeprowadzamy wszechstronną i kompleksową analizę. Ale, co ważne, prowadzona jest ona z udziałem partnerów społecznych, przedstawicieli zainteresowanych grup i środowisk, a czasami całej opinii publicznej. W tym celu nurt oceny technologii opiera się na podejściu partycypacyjnym i pozwala na aktywny dialog interesariuszy, inwestorów, państwa, z udziałem odpowiednich ekspertów.

Pierwsze instytucje oceny technologii powstały w latach 70. w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej, by do lat 90. zakorzenić się dość mocno w praktyce parlamentarnej Unii Europejskiej. W Polsce członkiem stowarzyszonym Europejskiej Sieci Oceny Technologii (EPTA) jest Biuro Analiz Sejmowych. Niestety wciąż brakuje instytucji analitycznej z prawdziwego zdarzenia, której zadaniem byłoby monitorowanie rozwoju naukowo-technologicznego i prowadzenie partycypacyjnej oceny powstających innowacji technologicznych, co umożliwiłoby zinstytucjonalizowanie pozytywnej energii konfliktów.

Źródła informacji zawartych w tekście:

M. Jackman, S. Sterczyńska, Gaz z Łupków w Oczach Mieszkańców, Samorządów, Koncesjonariuszy i Instytucji Województwa Pomorskiego, „Przegląd Geologiczny” nr 61(1), 2013, ss. 381–385.

G. Krowicki, 7 zagrożeń związanych z wydobyciem gazu łupkowego, http://zielonewiadomosci.pl/tematy/energetyka/zagrozenia-zwiazane-z-wydobyciem-gazu-lupkowego-w-polsce/, dostęp 1.07.2013 r.

Lena Kolarska-Bobińska (2013). Opinie mieszkańców Lubelszczyzny o zmianach klimatu i gazie łupkowym, zob. http://www.lenalubelska.pl/polska-i-lubelszczyzna,12,355,lubelszczyzna-o-gazie-lupkowym.html

J. Olkuski, Złoża gazu niekonwencjonalnego w Polsce – prognozy i postępy w poszukiwaniach, w: K. Szpak & P. Musiałek (red.), Polska Energetyka 2012, Kraków 2013.

Społeczny stosunek do gazu łupkowego, CBOS 2013, zob. http://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2013/K_076_13.PDF

J. Suchomska, P. Stankiewicz, Wsparcie samorządu gminnego w dialogu obywatelskim w kontekście planowanego wydobycia gazu z łupków. Raport z badania społecznego, 2013 (dostępny: http://www.razemolupkach.pl/sites/default/files/Raport%20z%20badania%20-%20pilota%C5%BC%20Razem%20o%20%C5%81upkach%20PZR.pdf)

http://www.glosgryfa.pl/mapa-sprzeciwu

http://gazlupkowy.pl/gdanskie-stowarzyszenie-agroturyzmu-gaz-lupkowy-mozedoprowadzic-do-upadku-turystyki/

http://gazlupkowy.info.pl/tag/zurawlow/

http://www.kurierlubelski.pl/artykul/1037153,chevron-pozwal-protestujacych-w-zurawlowie-zaczal-sie-proces,id,t.html

http://www.razemolupkach.pl/node/365

Zestawienie koncesji dotyczących gazu z łupków (stan na dzień 01.01.2014 r.): http://lupki.mos.gov.pl/pliki/201401/01–2014-koncesje-kampania.pdf

http://www.razemolupkach.pl

http://pzr.org.pl/umowa-spoleczna-podpisana/

http://lupki.mos.gov.pl/gaz-z-lupkow/stan-prac-w-polsce

http://www.krokowa.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=615:w-gminie-krokowa-powstaa-pierwsza-w-polsce-gminna-rada-konsultacyjna&catid=3:informacje

Wszystkie ręce były na liberalnym pokładzie

– W ostatnich miesiącach byliśmy świadkami ostrej dyskusji na temat „resortowych dzieci” – nie tylko książki pod takim tytułem, ale i szerszego problemu znaczenia wzorców rodzinnych czy środowiskowych w polskiej historii najnowszej. Antycypując tę dyskusję, Jan Olszewski w ubiegłorocznym wywiadzie dla „Nowego Obywatela” stwierdził, że najbardziej zasadniczym podziałem w łonie PRL-owskiej opozycji był ten między opozycją niepodległościową a „wewnątrzsystemową”, czyli ludźmi wywodzącymi się ze środowisk komunistycznych. Czy taki obraz zgadza się z Pańską pamięcią tamtych lat? Czy odnajduje się Pan w takim schemacie, a jeśli tak, to po której stronie?

Ryszard Bugaj: Tak ostre postawienie sprawy mnie nie przekonuje, jednak w ostatnich latach trochę się zbliżyłem do tego stanowiska. W młodości, choć byłem spoza Warszawy, z małego miasteczka, mieszkając w domu bez książek, w ogóle tego podziału nie dostrzegałem. Swoje widzenie świata kształtowałem w zasadzie bez rodzinnych uwarunkowań. W sytuacji braku alternatywnych źródeł szczególną rolę odgrywały przekazy oficjalne: prasa i szkoła. Na początku moja wizja Polski była taka: socjalizm to jest dobry projekt, ale oni to źle robią. W Warszawie, do której przyjechałem uczyć się w szkole średniej, a potem studiować na uniwersytecie, wpadłem w środowisko zdominowane przez młodzież z domów komunistycznych. Byłem jednym z bardzo nielicznych ludzi „z zewnątrz”, którzy zaczęli funkcjonować w tym środowisku. Nie dlatego, że było ono zamknięte w sposób intencjonalny – wręcz przeciwnie, nierzadko miały miejsce inicjatywy włączenia np. studentów z akademika do wspólnych działań. Tego rodzaju próby okazywały się jednak w większości nieskuteczne. Górę brały bariery środowiskowe związane z kręgiem znajomych, stylem życia. To były bardzo silne uwarunkowania. W praktyce nasze środowisko było raczej zamknięte. Dopiero później, w latach 70., ten krąg poszerzył się choćby o Klub Inteligencji Katolickiej – był to efekt zbliżenia „postępowych katolików” do (post)rewizjonistów, którego symbolem był słynny esej Michnika „Kościół, lewica, dialog”.

– Olszewski określa to środowisko, odwołujące się jeszcze w latach 60. do literalnego rozumienia Polski Ludowej jako państwa robotniczego, jako wręcz „całkowicie wyalienowane ze społeczeństwa”.

– Ta alienacja była faktem, chociaż wtedy tego tak nie widziałem. Prawie wszystkich ludzi, z którymi łączyły mnie wówczas bliskie kontakty, z którymi „spiskowałem” – zarówno tych już opozycyjnie zaangażowanych, jak i „komunistów po przejściach” – łączyły pewne wyznaczniki statusu materialnego. Przede wszystkim świetnie wyposażone mieszkania, bardzo dobrze zlokalizowane. To w czasach PRL było bardzo znaczącym wyróżnikiem. Wszyscy byli z Warszawy, ustosunkowani, mieli w domu książki – nieraz także bezdebitowe. W domu mojej pierwszej żony miałem dostęp do „Biuletynu specjalnego” czy do „Białych kartek”. Jej matka była przedwojenną komunistką, a we „wczesnym” PRL wpływową dziennikarką, redaktorką naczelną największej gazety, jaka kiedykolwiek się w Polsce ukazywała. Myślę, że w większości tego typu domów było podobnie. Koledzy z akademika, jeśli chcieli dotrzeć do alternatywnych źródeł informacji, byli zdani na Wolną Europę – ze wszystkimi tego konsekwencjami, niższym i mniej zróżnicowanym poziomem przekazu. Dopiero po latach dostrzegłem te formacyjno-środowiskowe uwarunkowania. Dlaczego nie widziałem ich wcześniej? W dużej mierze chyba dlatego, że politykowanie było wówczas bardzo silnie uwikłane w życie towarzyskie i kulturalne. Przyjaźń zacierała różnice statusowe. Jednocześnie ten stop polityczno-towarzyski przesądzał o tym, że grupa najaktywniej zaangażowana była zarazem młodzieżową elitą w sensie kulturowym.

– Kiedy zaczął się Pan od tego środowiska dystansować?

– Późno i „selektywnie”. Zresztą uważam, że to środowisko ma duże zasługi. W okresie pierwszej „Solidarności” byłem blisko związany z tym „wewnątrzsystemowym” nurtem. Trzeba jednak pamiętać, że to środowisko było wtedy podzielone w sposób dość paradoksalny. Należałem wówczas do kręgu, któremu przewodzili Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek. Wtedy nie był to krąg bliski Michnikowi i Kuroniowi – radykałom, jak wówczas ich postrzegaliśmy. Tak czy inaczej jednak, do pewnego stopnia mój dostęp do wpływowych pozycji i gremiów decyzyjnych „Solidarności” zawdzięczałem bliskim relacjom z ludźmi „mojego kręgu”. Wątpliwości zacząłem mieć w 1989 r. Pierwszy wstrząs był natury estetycznej i wiązał się z moim jednorazowym udziałem w spotkaniu „grupy magdalenkowej”. Owszem, wcześniej były kontakty między elitą opozycji a elitą władzy, ale one – a przynajmniej te z nich, o których wiedziałem – miały zupełnie inny charakter: dyskusje toczyły się właściwie publicznie, np. na Uniwersytecie Warszawskim. Wtedy, w 1989 r., poczułem się trochę naiwnym człowieczkiem i po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że zawiązuje się coś na kształt porozumienia elit ponad głowami społeczeństwa. Kolejny szok nastąpił po wyborach czerwcowych, gdy klęskę poniosła komunistyczna „lista krajowa” i zobaczyłem, jak Bronisław Geremek z Januszem Onyszkiewiczem ogłaszają, że będzie druga tura wyborów, ponieważ „my zobowiązań dotrzymujemy”. Byłem dość blisko negocjacji okrągłostołowych i wedle mojej najlepszej wiedzy nigdy podobnych zobowiązań nie było. Zacząłem dostrzegać, że coraz więcej istotnych spraw rozstrzyganych jest w bardzo wąskich gronach. Po latach przeczytałem protokoły – wówczas tajne – z obrad sekretariatu KC PZPR i dowiedziałem się, że już drugiego dnia po wyborach Michnik zjawił się u Kiszczaka i złożył mu propozycję: „wasz prezydent, nasz premier”. Przy czym jest też jasne, kto miał być premierem. Został kto inny. To pokazuje, że zakulisowe politykowanie – na szczęście – nie musi być skuteczne.

– Później były wybory prezydenckie i „wojna na górze”.

– Na tyle, na ile mogłem, sprzeciwiałem się kandydaturze Lecha Wałęsy. Ale coraz mniej podobali mi się także moi „alianci”, którzy ewidentnie walczyli o „monopol na »Solidarność«” i – w konsekwencji – na władzę w państwie. Przy czym oni chcieli te cele zrealizować, kontrolując Komitet Obywatelski, wcale nie myśleli wtedy o partiach politycznych. Lech Wałęsa to zburzył – w najgorszym możliwym stylu, ale można zarazem powiedzieć, że otwierał drogę do pluralizmu, że działał w interesie aktorów społecznych i politycznych spoza elit.

Mimo tej przegranej środowisko – już zorganizowane w Unii Demokratycznej – pozostało silnym graczem w kształtującym się układzie władzy. Obserwowałem to z bliska, dzięki czemu widziałem też różne drobne ruchy, na ogół niewidoczne dla szerszej publiczności. Na przykład gdy ktoś dziś czyta „Gazetę Wyborczą” (która była z UD ściśle związana), to mógłby przypuszczać, że całe to środowisko było przeciwne konkordatowi. A tak naprawdę konkordat w Polsce zrobili Geremek z Kwaśniewskim, choć „na piśmie” nie ma na to żadnych dowodów [śmiech]. To był przejaw stopniowo kształtującego się aliansu części dawnej opozycji (która plasowała się na liberalnych pozycjach) ze środowiskiem postkomunistycznym. Potem, po porażce Unii Wolności, sojusz liberałów z postkomunistami nabrał jawnego charakteru, powstał LiD, ale ta operacja się już zupełnie nie powiodła.

W pewnym sensie kwestia politycznych rodowodów w ostatnich latach znowu nabrała znaczenia. Wśród moich znajomych – zwłaszcza tych bardziej oddalonych od polityki partyjnej, zewnętrznych obserwatorów, intelektualistów, którzy mieli w swoich biografiach komunistyczne epizody, ale później zaangażowali się w opozycję, obserwuję tendencję do „powrotów”. Powrotów nie do idei komunistycznych, ale do pewnego rodzaju wspólnoty życiorysów, pewnej empatii w stosunku do „tamtej strony”. Niedawno wyszła wspomnieniowa książka Karola Modzelewskiego. Karol jest człowiekiem nie tylko olbrzymich zasług, ale i niezmiennej rzetelności, człowiekiem, który nie chce być daltonistą w ocenie tego, co się dzieje w Polsce. Bardzo wyraźnie widać jednak, że inaczej traktuje, inne ma wymagania i etyczno-polityczne oczekiwania wobec Sojuszu Lewicy Demokratycznej czy do Kwaśniewskiego, a inne do „Kaczorów”.

– Skoro jednak w latach 80. spiskował Pan z Geremkiem i Mazowieckim przeciwko Kuroniowi, a w roku 1989 Michnik nie był zadowolony, że na premiera desygnowany został Mazowiecki, a nie Geremek, to wynikałoby z tego, że ta jedność środowisk opozycyjnych wywodzących się w ten czy inny sposób z PRL-owskiego establishmentu jest pozorna, mityczna.

– Z mojego punktu widzenia ta „jedność” pojawia się późno, ale to nie znaczy, że wcześniej różnice były fundamentalne. Dotyczyły one raczej spraw czysto taktycznych: przede wszystkim stopnia radykalizmu metod i „doraźnych” postulatów. W okresie pierwszej „Solidarności” grupa, do której należałem, skupiona wokół Geremka i Mazowieckiego, twierdziła, że Kuroń i kojarzeni z nim działacze związkowi dążą do nadmiernej radykalizacji, że prowadzą „Solidarność” do frontalnego zderzenia z władzą, która to konfrontacja nie może okazać się dla naszej strony zwycięska. Uważaliśmy – tak to rekonstruuję – że „Solidarność” nie ma z władzą szans, ale jednocześnie nie jest bez znaczenia, jak długo pozostajemy w grze. Nasze propozycje służyć miały przede wszystkim właśnie możliwie długiemu trwaniu.

– Frakcja pesymistów…

– Trudno z dzisiejszej perspektywy powiedzieć, czy mieliśmy rację, czy nie. Wydawało nam się, że proponując umiarkowane, koncyliacyjne wobec władzy kroki, wydłużamy byt „Solidarności”, nie płacąc przy tym zbyt wysokiej ceny, a Jacek ze swoimi radykalnymi pomysłami może przesądzić, iż zderzenie nastąpi szybciej. Niemniej ten spór nie miał charakteru pryncypialnego. Już pod koniec istnienia legalnej „Solidarności” doszło do zbliżenia stanowisk pomiędzy późniejszymi liderami Unii Demokratycznej, a różnice zatarły się niemal całkowicie w okresie, który nastąpił po stanie wojennym.

– Potęga tej formacji chyba należy już jednak do przeszłości. Po wyborach 2001 r. ostatecznie schodzi ze sceny Unia Wolności, a afera Rywina burzy autorytet „Gazety Wyborczej”, pojawiają się nowe partie i nowe gazety, które skutecznie konkurują z byłymi „mandarynami”.

– To prawda. Działa także upływ czasu – nie żyją Kuroń, Geremek i Mazowiecki. Mamy dziś do czynienia z bardziej wykrystalizowanym podziałem, w którym rola dawnych bohaterów opozycji w ogóle, a tych wywodzących się z rodzin i środowisk komunizujących w szczególności, nie jest już centralna. Jednak polityka, którą prowadzili w latach 90., wywarła istotny wpływ na logikę tych podziałów. Proszę spojrzeć: z jednej strony mamy obóz „ludowy” (identyfikowany jako „prawica”), z drugiej – obóz liberalny. W tym pierwszym wiodącą rolę odgrywa PiS – ze wszystkimi tego konsekwencjami, także słabością intelektualną, słabością elit, z emocjonalnością. Na obóz liberalny składają się spadkobiercy liberalnej opozycji demokratycznej wraz ze środowiskiem postkomunistycznym. Coraz częstsze są „transfery” personalne (Arłukowicz, Rosati, Hübner i inni). Tak więc ten strategiczny sojusz, zawarty po części z przyczyn biograficznych, pozostaje w mocy, choć utrzymują się podziały organizacyjne.

– Pytanie o „resortowe dzieci”, o znaczenie powiązań środowiskowych i rodzinnych z elitą PRL dla karier, dla wyborów politycznych czy ideowych, wiąże się z pytaniem o klasy społeczne. Często podnosi się temat, czy zasadne jest analizowanie społeczeństw komunistycznych przy pomocy tej kategorii. Na ile istotny jest fakt, że rodowody komunistyczne wiązały się z pewnymi przywilejami materialnymi i kulturowymi?

– Muszę wyraźnie stwierdzić, że – dywagując tu o genezie wpływowego środowiska opozycji – nie chciałbym w żadnej mierze wpisać się w narrację książki o „resortowych dzieciach”. Wracając do pytania: klasyczna perspektywa marksowska mi nie odpowiada. Miała pewne walory w odniesieniu do rzeczywistości dziewiętnastowiecznej, ale później dość szybko straciła na aktualności. Nie znaczy to jednak, że wszelkie analizy typu klasowego należałoby wyrzucić na śmietnik. Warto wrócić chociażby do kategorii „elity władzy”, wprowadzonej bodaj przez amerykańskiego socjologa Charlesa Wrighta Millsa. Akcentowała ona nie kryterium „stosunku do środków produkcji”, ale zdolność elit do wpływania na funkcjonowanie władzy politycznej, również na sferę gospodarczą czy medialną. Ta licząca sobie już ponad pół wieku koncepcja wciąż zachowuje swoją aktualność. Diagnozowane i opisywane przez Millsa procesy kooptacji, mechanizmy ograniczające dostęp do elit czy reguły wewnętrzne, którymi się rządzą, dotyczą w moim odczuciu także „trzymających władzę” w PRL i III Rzeczypospolitej.

– Trudno nie zastanawiać się, jak to elitarne usytuowanie części wpływowych, inteligenckich środowisk opozycji odcisnęło się na ich późniejszych stosunkach z robotnikami, do obrony czy wręcz reprezentacji których wszak aspirowały. W swojej książce wspomnieniowej „O sobie i innych” przywołuje Pan anegdotę, w której znany opozycyjny intelektualista określa protestujących na wybrzeżu w grudniu 1970 r. mianem motłochu. Konflikty, mające u swoich źródeł klasową dystynkcję i resentyment, odegrały chyba istotną rolę w późniejszej historii opozycji. Zwłaszcza w „Solidarności”.

– W „Solidarności” rzeczywiście tak, i dopiero wtedy. Przedtem po prostu nie było robotników w opozycji, choć miał miejsce ważny epizod pomocy dla represjonowanych robotników Radomia. Istotną i trochę pomijaną kwestią jest natomiast to, że opozycja dość wcześnie się uzawodowiła. Dzisiaj postrzegamy udział w opozycji niemal wyłącznie przez pryzmat martyrologiczny, ale bycie kimś ważnym w opozycji, oprócz ryzyka, dawało także spory prestiż, a bywało że również korzyści materialne. W „Solidarności” oczywiście robotnicy odgrywali istotną rolę, ale poza nielicznymi wyjątkami nie stali się liderami ani nawet stałymi uczestnikami działań politycznych.

– Może w tym kontekście warto poruszyć temat Marca ‘68. Czy to doświadczenie, formacyjne dla części tego pokolenia inteligencji, która odegrała później wiodącą rolę w opozycji, nie wiązało się z pewną nieufnością w stosunku do robotników? Ci sami, którzy wcześniej – w duchu marksistowskim – stawiali proletariat na piedestale, poczuli, że robotnicy mogą być też dla nich niebezpieczni, że mogą się stać „motłochem” zmanipulowanym przez władzę lub inne siły.

– Takie myślenie w jakiejś mierze było chyba obecne. Ale uznanie roku 1968 za jednoznacznie zwycięski dla władzy w środowiskach plebejskich czy robotniczych to błąd. Pamiętam moje wyjazdy do rodzinnego miasteczka w tamtym czasie. Nasze protesty były tam odbierane ze zrozumieniem. Nie można powiedzieć, żeby represje partii wobec polskich Żydów wzbudzały tam wielkie oburzenie, ale też zdecydowanie nie budziły radości ani satysfakcji. Co więcej, wielki paradoks 1968 roku, którego moje doświadczenie jest pewnym świadectwem, polega na tym, że edukacja komunistyczna, jaką odebrała ówczesna młodzież studencka, była edukacją, która emocje nacjonalistyczne skutecznie przezwyciężyła. Środowisko, z którego sam pochodziłem, było w pewnej mierze antysemickie. Ale to się na mnie nie odciskało. Odciskało się na mnie to, czego mnie uczono na lekcjach języka polskiego: Jankiel, wiersze Marii Konopnickiej… Były oczywiście stereotypy, na przykład dotyczące udziału Żydów w PRL-owskim aparacie władzy. Jednak te stereotypy trafiały przede wszystkim do moich krewniaków w małych miasteczkach – a do takich jak ja już nie. To, że wielu moich kolegów z tamtego czasu było Żydami w sensie etnicznym, stanowiło dla mnie tajemnicę. Nie wiedziałem o tym ani się tym nie interesowałem.

– Jeśli nie w Marcu ‘68, to gdzie szukałby Pan źródeł animozji pomiędzy inteligencką opozycją a buntującymi się robotnikami?

– Być może w 1968 r. też. Faktem jest, że wbrew różnym nadziejom środowiska robotnicze nie wykazały wtedy solidarności ze strajkującymi studentami. A nade wszystko rzeczywiście ukształtował się stereotyp, że kupiły antysemicką propagandę władzy. Sama wspomniana wypowiedź o „motłochu” – jak dobrze znam jej autora – mogła być zdeterminowana przez doświadczenie 1968 r. To pogardliwe czy podejrzliwe nastawienie części świata inteligenckiego do robotników było z czasem przezwyciężane, a po narodzinach „Solidarności” wydawało się już ostatecznie odrzucone. Można jednak odnieść wrażenie, że i ono się po 1989 r. odrodziło – chociażby w odniesieniu do tzw. moherów. W okresie opozycyjnym było inaczej i można się zastanawiać, na ile źródłem tego był świadomy wybór strategiczny, przeświadczenie, że bez poparcia robotników obalenie czy choćby znacząca reforma systemu były niemożliwe. Co nie znaczy, że niektórym nie doskwierała świadomość, iż mamy do czynienia z ludźmi, którzy nie czytają książek i nie chodzą do teatru. Wydaje mi się zresztą, że ten rodzaj emocji i proces ich przezwyciężania dotyczyły zarówno inteligencji wywodzącej się z domów komunistycznych, o lewicowych inspiracjach, jak i prawicy narodowej, która organizowała się wokół ROPCiO czy Ruchu Młodej Polski.

– Powiedzieć o zasługach KOR-u to właściwie banał. Jego powstanie było politycznym i etycznym przełomem na skalę całego bloku wschodniego. Czy i w jego konstrukcji nie było jednak „grzechów założycielskich”, które doprowadziły po latach do atrofii myśli i działania lewicowego w Polsce? Czymś takim mógł być na przykład pewien rodzaj inteligenckiego paternalizmu, raczej pochylania się nad robotnikiem-ofiarą niż współdziałania na równych prawach.

– Nie dam się naciągnąć na taką ocenę [śmiech]. Zapewne KOR był w jakimś sensie paternalistyczny. Pytanie, jaki byłby przełom 1976 r., gdyby KOR taki nie był. Moim zdaniem nie byłoby go wcale. Strajki robotnicze były oczywiście ważne, ale jak to strajki – wybuchały w sposób spontaniczny, trwały dzięki determinacji ludzi i wraz z nią się kończyły. Czasem kres determinacji łączy się z osiągniętym sukcesem i ustępstwami władzy, czasem z klęską lub „zmęczeniem materiału” – natomiast bardzo rzadko kończy się instytucjonalizacją i projektowaniem zorganizowanego, długotrwałego wysiłku. Dlatego KOR, jako impuls do organizacji politycznej, był tak ważny. KOR mógł być wielokrotnie większy niż był. Ja formalnie nie byłem członkiem KOR-u – nie dlatego, że nie chciałem, ale ponieważ nikt mi tego nie zaproponował. Bycie w KOR-ze czy blisko KOR-u to była nobilitacja – dlatego też później obrósł on archipelagiem pomniejszych inicjatyw. Za KOR-em stało założenie, że trzeba powołać grupę ludzi, która nie tylko jest sprawdzona i zdeterminowana, ale też rozpoznawalna. To byli trochę tacy opozycyjni celebryci. Chodziło o to, żeby – powiedzmy – w Paryżu co najmniej połowa nazwisk robiła wrażenie. Wynikało to ze względów taktycznych i okazało się chyba słuszne. Znalazły się w KOR-ze postacie niezwykle szacowne – np. ks. Zieja, który pewnie niełatwo odnalazłby się w innej formule działalności opozycyjnej. Można oczywiście zapytać o źródła fatalnej reakcji na KOR na zjeździe „Solidarności” w 1981 r.

– No właśnie. Jak Pan ją tłumaczy?

– Moim zdaniem to były dwie rzeczy. Po pierwsze: gra władzy. Chociaż trudno powiedzieć precyzyjnie, jaka była skala spenetrowania grupy tzw. prawdziwych Polaków przez tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa, na ile była to grupa kierowana gdzieś z Rakowieckiej, a na ile były to autentyczne emocje. Wśród wszystkich delegatów na zjazd tajnych współpracowników było aż 8%, czyli prawie co dziesiąty. Ale był tam jeszcze inny czynnik. KOR zapłacił za rolę, jaką wypełniali tzw. eksperci „Solidarności”. Byłem jednym z tych ekspertów, bodaj najmłodszym, co miało tę zaletę, że wszyscy eksperci z działaczami byli per pan, a ja byłem ze wszystkimi na „ty”. A eksperci, no mój Boże, przecież my naprawdę manipulowaliśmy! W najlepszej wierze oczywiście, ale niewątpliwie manipulowaliśmy.

– W swoim szkicu autobiograficznym napisał Pan: „rolą ekspertów było ograniczanie radykalizmu związków zawodowych”.

– I tę rolę rzeczywiście wypełnialiśmy. Działacze o tym wiedzieli. Czy była to dobra i potrzebna rola? Trudno powiedzieć. Dziś, po odtajnieniu rozmaitych dokumentów, wiemy znacznie więcej niż wtedy – na przykład o „kryzysie bydgoskim”. Rzeczywiście można mieć wrażenie, że był to ostatni moment, kiedy „Solidarność” mogła iść na konfrontację z władzą z pewną szansą na zwycięstwo. Ale wtedy tej wiedzy nie mieliśmy i mieć nie mogliśmy. Z kolei pamiętam, że od jesieni 1981 r., a już na pewno od zjazdu, nie miałem żadnego pomysłu. Byłem pewien, że musimy przegrać, widziałem, że ludzie nas opuszczają. I czas to potwierdził, rzeczywiście tak było. Wtedy pójście na konfrontację mogło się już wiązać z konsekwencjami gorszymi niż to, co nastąpiło w stanie wojennym.

– Określenie „radykałowie” bywało jednak w wewnętrznym konflikcie politycznym w „Solidarności” stosowane w sposób dość arbitralny i często niesprawiedliwy. A przecież radykalizm może być uzasadniony albo nie, może odnosić się do idei i celów, do postulatów albo do metod działania.

– Zdarzały się radykalne, niemądre idee – np. żeby zablokować eksport. Przede wszystkim jednak, z mojego punktu widzenia, groźny był radykalizm werbalny. Andrzej Rozpłochowski miał powiedzieć: Musimy tak przyp…ć, żeby kremlowskie kuranty zagrały Mazurka Dąbrowskiego. Przykładem radykalnej akcji może być zajęcie ronda w Warszawie. W końcu musieliśmy zjechać z tego ronda, bo ludziom było przez to cholernie niewygodnie. W ogromnej ilości tego rodzaju przypadków nasze działania jako ekspertów wydają mi się dość racjonalne, co nie znaczy – skuteczne. Natomiast ta grupa doradcza oczywiście bardzo się zużywała: ludzie nie widzieli pozytywnych konsekwencji wstrzymania się od radykalnych działań, bo faktycznie było coraz gorzej. Można było domniemywać, że gdybyśmy nie zjechali z ronda, to w końcu by nas przepuścili i przynajmniej symbolicznie byśmy wygrali. Jednak generalnie, moim zdaniem, tonowanie było rozsądne. To działanie miało natomiast jedną podstawową barierę, co dobrze oddaje słynna rozmówka Seweryna Jaworskiego z Tadeuszem Mazowieckim w trakcie internowania. „I co, panie Tadeuszu, nie trzeba było ostrzej?” – zapytał Jaworski. A Mazowiecki odpowiada: „Panie Sewerynie, a nie mówiłem? Nie trzeba było mądrzej?”. Otóż problem polega na tym – ja, jak wielu w „Solidarności”, pod sam koniec miałem jego świadomość, ale Tadeusz Mazowiecki chyba niekoniecznie – że ani ostrzej, ani mądrzej. Nic by nie pomogło. Chyba że Jaruzelski zachowałby się wtedy jak Imre Nagy podczas rewolucji węgierskiej 1956 r. i przeszedł na drugą stronę. To byłby krok wysoce ryzykowny, ale nie szalony. Ale z dzisiejszej perspektywy, przy dzisiejszej wiedzy o biografii generała, wydaje się, że to po prostu nie miało prawa się wydarzyć.

– Czy myśli Pan, że „tonująca” rola ekspertów mogła mieć także bardziej długofalowe konsekwencje? Na przykład przełożenie na kondycję ruchu związkowego po 1989 r. – jego słabość, brak gotowości do radykalizmu tak metod, jak i postulatów.

– Moim zdaniem eksperci w 1981 r. nie mieli żadnej wizji długiego okresu. Była tylko taktyczna „chytrość”. Na przykład chytrość Bronisława Geremka, który był człowiekiem bardzo inteligentnym, wykształconym i doskonale wiedział, że taki byt jak „Samorządna Rzeczpospolita” nie może istnieć. Problem polegał na tym, żeby z jednej strony powiedzieć zgromadzonym, że my tu robimy coś zupełnie nowego, a z drugiej strony nie nadepnąć władzy zbyt mocno na odcisk. Stąd, w moim przekonaniu, wziął się program „Samorządnej Rzeczpospolitej”.

– Nie był to, jak czasem się mówi, program wyrastający z ówczesnych aspiracji mas związkowych, tylko rzecz narzucona, wynikająca z doraźnej kalkulacji politycznej?

– Aktyw związkowy też nerwowo rozglądał się za pomysłami, które dawałyby szanse przebicia się z nimi do społeczeństwa. I w tym rozumieniu można powiedzieć, że istniała gotowość do przyjęcia tego programu. Ale w żadnym razie nie była to jakaś idea konstytutywna związku. Natomiast potem fakt, iż „Samorządna Rzeczpospolita” była ideą doraźną, przesądził o tym, że można ją było tak łatwo porzucić, a sam związek zawodowy zmarginalizować. Niedawno czytałem książkę Dariusza Gawina „Wielki zwrot”, której autor dokładnie pokazuje, jak środowisko określone przez niego jako lewicowe, wyrastające m.in. z utopijnej wizji Karola Modzelewskiego i Jacka Kuronia, całkowicie porzuca postulaty socjalne. Jak od pewnego momentu zaczynają je traktować wyłącznie jako narzędzia manipulacji. Pamiętam moje spory z redaktorami podziemnego „Robotnika”. Oni w pewnym momencie rzucili takie hasło: likwidacja godzin nadliczbowych przy pozostawieniu płac za godziny nadliczbowe. Mówiłem: panowie, nawet jakby przyjąć, że gospodarka jest „ich”, to przecież to jest niemożliwe! I było dla mnie jasne, że to hasło jest dla nich wyłącznie instrumentem walki politycznej. To się potwierdziło, gdy tylko doszli oni władzy. Ta ewolucja jest dla mnie trochę zagadką. Do pewnego stopnia istotne było wieloletnie uprawianie zawodowej opozycyjności i zaplątanie się we własnej grze politycznej, ale myślę, że „komunistyczne” rodowody też miały tu coś do rzeczy. W środowiskach aktywnych w dawnej demokratycznej opozycji tylko bardzo nieliczni mieli za sobą doświadczenie szeroko pojętego niedostatku – braku mieszkania, pieniędzy na wyjazd na wakacje itd. Owszem, były takie przypadki, ale ogólnie biorąc mamy tu do czynienia z perspektywą człowieka wolnego od materialnych trosk, dla którego ważne są przede wszystkim: publikowanie bez cenzury, paszport w szufladzie, wolne wybory. Mniej istotna jest natomiast perspektywa, czy mu starcza do pierwszego. W tym sensie biografie opozycjonistów są istotne.

– Skoro program „Samorządnej Rzeczpospolitej” był taktyczny, to czy był jakiś wspólny mianownik, uchwytny dla wszystkich etos, który dałoby się nazwać? A może cała „Solidarność” to była seria takich doraźnych, taktycznych gestów?

– Myślę, że „Solidarność” była ufundowana na czterech wielkich ideach, z których trzy były mi zawsze bliskie. Po pierwsze: na demokracji pojmowanej na sposób „ludowładczy”, która wyznaczała elitom skromną rolę – i ta ogromna zmiana, jaka zaszła w Polsce, od Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie poczynając, była odwróceniem tego projektu o 180 stopni. Po drugie: to był ruch niepodległościowy, u podstaw którego leżało założenie, że suwerenne państwo jest wartością, że może być użytecznym instrumentem, że tylko państwo suwerenne może być demokratyczne. Trzeci rys „Solidarności”, z którym się utożsamiałem, to był duch egalitaryzmu. I był jeszcze czwarty element, który nie był mi bliski – religia. Jestem człowiekiem niewierzącym i nigdy tego nie ukrywałem. Nie chodziłem na msze podczas zjazdów związkowych – chociaż wielu innych niewierzących chodziło. Ten element jest w „Solidarności” do dzisiaj. Gdy odbywa się posiedzenie Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, to natychmiast zauważa się portrety Matki Boskiej, papieża itd. Może jest nieco większy dystans do Kościoła niż wcześniej, ale nie ma takiego odważnego, który by te święte obrazy wyprowadził albo zrezygnował z modlitwy na początku. Jednocześnie panuje tam otwartość – nie wszyscy się modlą i nie ma z tym żadnego problemu.

– A jakie były Pana osobiste motywacje, „prywatny etos”?

– W okresie pierwszej „Solidarności” próbowałem po prostu przyczynić się do jej sprawnego i odpowiedzialnego działania, tak żeby mogła możliwie długo wytrwać. Pod koniec, ale także w stanie wojennym, nawet jeszcze na początku 1988 r., kiedy nadal byłem przekonany, że do końca życia zostanę dysydentem, zaangażowanie w „Solidarność” miało dla mnie charakter zobowiązania etycznego. Miałem oczywiście nadzieję, że opór prędzej czy później coś przyniesie – ale spodziewałem się, że raczej później [śmiech]. Co to było, na co miałem nadzieję? Oczywiście na kruszenie systemu autorytarnego. Nie wierzyłem w jego wieczność czy niezmienność. W owym czasie bardzo modne były różnego rodzaju teorie konwergencji. Obserwowałem to z bliska i miałem wrażenie, że ta konwergencja nie nastąpi, że jest niemożliwa. Czego się spodziewałem? Muszę odpowiedzieć, że nie wiem. Żadnego konkretnego scenariusza. Miałem jedynie przekonanie, że układ sił będzie się zmieniał.

– Czy stan wojenny był dla relacji między opozycją inteligencką a robotnikami momentem przełomowym?

– Wprowadzając stan wojenny, Jaruzelski w pewnym sensie oddał całej opozycji przysługę. Pod koniec 1981 r. byliśmy „na ostatnich nogach”, sporo ludzi nas opuszczało, a raczej traciło nadzieję, że te działania do czegokolwiek doprowadzą. Stan wojenny przywrócił nam legitymizację „słusznościową”. Oczywiście zaangażowanie nie było wtedy tak masowe jak w 1980 r., ale wykrystalizowała się grupa, powiedzmy, średniej wielkości, która na stan wojenny zareagowała etycznie i zdecydowanie. W związku z tym dawny spór z ekspertami raczej się załagodził. Powstała siłą rzeczy pewna wspólnota losu, bo bardzo wielu poszło siedzieć…

– …ale do różnych ośrodków internowania, o różnym rygorze, różnie byli traktowani…

– To oczywiście prawda. Ale proszę sobie wyobrazić taki obrazek: Białołęka, przeprowadzają nas z jednego pawilonu do drugiego. Przede mną idzie profesor Kunicki-Goldfinger, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, i niesie swoje więzienne oporządzenie, z manierką na wierzchu, w szpalerze dwumetrowych ZOMO-wców. Takie obrazki jak ten, w połączeniu z przekazem Kościoła, bardzo przytłumiły stare konflikty.

Natomiast „Solidarność” już nigdy nie odrodziła się w postaci ruchu tak masowego, jakim była pierwotnie. Pozostali ci, którzy byli zdeterminowani – nie tyle ze względu na swój status materialny, ile wskutek wyboru politycznego. Dopiero to, co się dzisiaj w „Solidarności” dzieje – mówię to także na podstawie swoich kontaktów z obecnymi związkowcami, z przewodniczącym Dudą – to odrodzenie konfliktu, ale o „klasowym” charakterze. Ten konflikt jest wciąż nieco przytłumiony przez to, że obecne elity „Solidarności” są elitami w pewnej mierze biurokratycznymi – dobrze uposażonymi, z wypasionymi gabinetami, przyzwoitymi samochodami służbowymi itd. Ale presja ze strony mas członkowskich rośnie. Na ostatnich wielkich manifestacjach związkowych w Warszawie zauważyłem, że tam się pojawili ludzie trochę podobni do tych, których pamiętam z lat 1980–81. „Solidarność” znów staje się związkiem pracowniczym – choć zarazem profesjonalnym – a jej działania w coraz większym stopniu wynikają ze statusu socjalnego szeregowych członków.

– Jeszcze przed Dniami Protestu z września 2013 r. odbyło się w „Solidarności” referendum w sprawie strajku generalnego i związkowcy opowiedzieli się za.

– Muszę przyznać, że ta decyzja nie bardzo mi się podobała. Wydaje mi się, że nie takimi instrumentami związek powinien się teraz posługiwać. Uważam, że priorytetem dla „Solidarności” powinno być odbudowanie swojej wiarygodności jako podmiotu życia publicznego. Nie takiego, który zrywa się raz do roku na jednej demonstracji. Zeszłoroczne manifestacje bardzo związkowcom pomogły, poprawiły ich postrzeganie przez opinię publiczną – to jest fakt bezsporny. Chodzi jednak o to, że nie poszli za ciosem. Nie udało się stworzyć stabilnej przeciwwagi dla racji „kapitału”, czego dobrym miernikiem jest to, że gdy w Polsce pojawia się jakiś problem gospodarczy, to dziennikarze dzwonią do ekonomistów bankowych czy do ekspertów Lewiatana. Nawet gdyby chcieli zadzwonić do związków zawodowych, to nie wiedzą, na jaki numer.

– Cofnijmy się jeszcze do 1989 r. Czy prowadząc negocjacje z władzą, reprezentanci Komitetów Obywatelskich kogoś jeszcze reprezentowali? Czy posiadali jakąkolwiek legitymizację? Czy posiadała ją zrekonstruowana po okrągłym stole „Solidarność”?

– Gremia odpowiedzialne za „reprezentowanie społeczeństwa” budowane były w 100% na zasadzie kooptacji. Selekcjonerem był Bronisław Geremek. Jego decyzje zatwierdzał Lech Wałęsa, ale Geremek świetnie wiedział, jak te decyzje kształtować, żeby Lech uznał je za swoje. Przy czym nie chcę tu powiedzieć, że Wałęsa był marionetką. Celem było stworzenie takiej drużyny, o której będzie można powiedzieć, że „reprezentuje opozycję”, ale trochę okroi się jej skrzydła. Pamiętam na przykład zabiegi wokół Moczulskiego – którego notabene szczerze nie lubię. Mówiło się mu na boku: „Wiesz, komuniści się nie zgodzą na twój udział, a musimy coś z nimi załatwić, więc zostaniesz za drzwiami”. On trochę się godził, trochę się nie godził, różnie bywało. Tak ta kooptacja wyglądała. Kilka osób się przeciwko temu zbuntowało: w czerwcowych wyborach nie uczestniczyli przecież ani Jan Olszewski, ani Tadeusz Mazowiecki, ani Wiesław Chrzanowski, wszyscy pod tym samym hasłem, że nie chcą być „mianowańcami”.

– Przychodzi mi do głowy być może naiwne pytanie: dlaczego nie zdecydowano się na nawiązanie dialogu ze społeczeństwem, na ustalenie, czego ludzie tak naprawdę chcą, na zbudowanie więzi prawdziwej reprezentacji, kiedy po latach otworzyła się taka możliwość? Przecież taka droga mogła się politycznie opłacić.

– To, co działo się przy okrągłym stole i w Magdalence, to było coś więcej niż nieestetyczny obrazek. To było rzeczywiście zacieśnianie związków między elitami ponad głowami ludzi. Była wśród tych elit – i utrzymuje się nadal – olbrzymia pycha: przekonanie, że „lud jest ciemny”, a my niesiemy kaganek oświaty, robimy to, co słuszne. To widać w różnych reakcjach na próby realizowania demokracji od dołu, ostatnio np. wobec inicjatywy referendum w sprawie podwyższenia wieku emerytalnego. Ten czynnik odgrywał już wtedy wielką rolę, a ci, którzy ten punkt widzenia wyznawali, stanowili ogromną większość we wszelkich gremiach decyzyjnych. Kontrolowali grę i kontrolowali zasady tej gry. Być może zresztą nie wykazałem w tamtym czasie wystarczającego charakteru. Ale gdybym wykazał, to bym po prostu wyleciał dużo wcześniej, i tyle.

– Taki tryb wyłaniania się nowej, legalnej opozycji wyjaśnia chyba w jakiejś mierze fakt, że z jej łona nie wyszła, u progu nowej Polski, niezależna formacja lewicowa. Opozycja demokratyczna, przez wiele lat oparta na ruchu robotniczym, wyzwoliła się z jakiejkolwiek zależności od niego.

– Przypominam to, o czym mówiliśmy wcześniej, że dawna elita opozycyjnej „lewicy” odrzuciła postulaty socjalne, bo tak naprawdę nigdy nie były one dla niej ważne. Do tego dołożył się klimat intelektualny, jaki panował wtedy w całej Europie. Ale mechanizmy tworzenia nowych sił politycznych, gry prowadzone przez byłych opozycjonistów, też na pewno miały w tym swój udział. Pamiętam moje rozmowy z Bronisławem Geremkiem, poprzedzające głosowania w sprawie planu Balcerowicza. Byłem wtedy przewodniczącym Komisji Budżetowej Sejmu, do której teoretycznie cały pakiet powinien trafić. Geremek mnie poprosił i powiedział: „Słuchaj, wiesz, to trzeba szybko przepchnąć dalej, ja wiem, tobie się to nie będzie podobać, ale ja mam pomysł. Powołamy komisję nadzwyczajną”. Ale też to, co było w tej rozmowie dla mnie ważne i otwierające oczy, to stopień jego „zaczadzenia” dominującą na zachodzie ideologią neoliberalną. Proszę pamiętać, że to był czas Thatcher, a potem Blaira i Schrödera, czas, kiedy socjaldemokracji w tradycyjnym sensie właściwie nie ma. A Bronisław Geremek, który miał mnóstwo kontaktów przede wszystkim w tamtym środowisku, odbierał jednoznaczne przesłanie: to i to jest rozsądne, poprawne. Do tego dochodzą oczywiście okoliczności związane z presją Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Przyjechał senator Dole, republikanin, późniejszy kandydat na prezydenta, i obiecał różne rzeczy. Soros z Geremkiem sprowadzili do Warszawy Sachsa. Był wreszcie Wałęsa, któremu też interesy robotnicze i socjalne nigdy nie leżały specjalnie na sercu, który grał zawsze o własną pozycję. Za zwycięstwem linii Balcerowicza stała zatem olbrzymia przewaga instytucjonalna, personalna i intelektualna.

– W swoich wspomnieniach odrzuca Pan tezę, że plan Balcerowicza został nam „wciśnięty” z zewnątrz.

– Proszę mnie źle nie zrozumieć: plan Balcerowicza był klasycznym „programem dostosowawczym”, zbliżonym do tego, co w wielu krajach – z różnym skutkiem – stosował Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Nacisk z tamtej strony oczywiście był. Rozwiązania nie zostały Balcerowiczowi narzucone w tym tylko sensie, że nacisk nie był potrzebny. On po prostu chciał tego samego, co środowiska neoliberalne. Karol Modzelewski przywołuje w swojej książce wspomnienia ówczesnego szefa Banku Światowego, Michaela Bruno, który dziwił się, że Balcerowicz wybrał najradykalniejszą wersję programu, jaką Bank Światowy mu zaproponował. Wybrał ją, bo po prostu był bardziej liberalny niż Bank Światowy (a wtedy jeszcze – potem się to zmieniło – BŚ miał bardzo liberalną linię).

– Jak Pan oceniał wówczas i jak ocenia dzisiaj tezy o bezalternatywności planu Balcerowicza?

– Alternatywa w rozumieniu intelektualnym z całą pewnością istniała. Nie było jednak łatwo z przełożeniem tej alternatywy na poziom polityczny, bo wszystkie ręce były na liberalnym pokładzie. Rok 1990 to apogeum potęgi ekonomii neoliberalnej. Mamy do czynienia z sytuacją, w której z każdego, kto nie jest zwolennikiem teorii Miltona Friedmana, robi się po prostu głupca, nie rozumiejącego, jak działa gospodarka. Ten mechanizm w Polsce był szczególnie silny. I na poziomie politycznym rzeczywiście nie było alternatywy. Okazało się, że w czasach rewolucji nie wybiera się drogi ewolucji. A byłem przekonany – i jestem nadal – że zarówno w sensie prakseologicznym, jak i ze względu na wierność solidarnościowym wartościom, ewolucja byłaby lepszym rozwiązaniem. Gdyby jednak jakimś cudem udało się zacząć od ewolucji – co przy innym splocie okoliczności mogło się wydarzyć, na przykład wydarzyło się na Węgrzech – drugi etap należałby do liberalnych radykałów. Uwarunkowania były bowiem takie, że nawet na drodze ewolucyjnej koszty byłyby wysokie – mniejsze niż te, które ponieśliśmy realnie, ale zawsze można było powiedzieć: „to dlatego, że nie idziecie ostro”. Był teoretycznie jeden czynnik, który miał szansę ten rozwój wydarzeń ukształtować nieco inaczej: gdyby strona komunistyczna rzeczywiście chciała innej polityki, nie tylko deklaratywnie. Niestety – oni mówili różne rzeczy z trybuny, ale kiedy przychodziło do kluczowych głosowań, to wszyscy karnie podnosili ręce „za”. Przecież oni mieli ⅔ w tym pierwszym Sejmie. Gdyby naprawdę chcieli bronić niektórych „osiągnięć” PRL-u albo przynajmniej szukać bardziej umiarkowanej drogi do kapitalizmu, wtedy być może i po naszej stronie pojawiliby się partnerzy i powstałby realny antagonizm. Bo trzeba pamiętać o tym, że gabinet Mazowieckiego nie miał w parlamencie opozycji. Wszystkie ówczesne kluby i koła miały reprezentację w rządzie.

– To na czym mogłaby polegać transformacja „ewolucyjna”, terapia bez szoku, „plan Bugaja”?

– Różnice między tym, co proponował wtedy Leszek Balcerowicz, a tym, co ja bym uznał za racjonalne, nie były dramatyczne. Przede wszystkim nie znosiłbym tak gwałtownie i szybko dotacji państwowych. Rozłożyłbym ten proces na dłuższy czas. Postawiłbym na proces naprawy przedsiębiorstw państwowych. Z tego niestety zrezygnowano, uznając w pewnym momencie, że „jedyne dobre przedsiębiorstwo państwowe to martwe przedsiębiorstwo państwowe”, że wszystko musi być prywatne, choć na początku Balcerowicz był ostrożny. Zakładał, że pierwsza fala prywatyzacji powinna zrealizować się wśród małych przedsiębiorstw, przede wszystkim w ramach tzw. prywatyzacji założycielskiej. Rozmawiałem o tym z Balcerowiczem, ale nadal nie wiem, co skłoniło go do zmiany strategii. Podejrzewam, że początkowo powodem powściągliwości mogły być obawy przed oporem politycznym i pracowniczym w dużych przedsiębiorstwach. Gdy okazało się, że potencjał buntu nie jest wysoki, poszedł na całość.

Wbrew temu, co wielu twierdzi, bilans transformacji nie jest najlepszy. Ogromny majątek, który był własnością publiczną, własnością społeczeństwa, rozpłynął się – został bardzo tanio sprzedany. Stopa wzrostu gospodarczego, na tle innych państw bloku, była niezła, ale już na tle tempa wzrostu, jakie osiągnęły gospodarki zachodnioeuropejskie w latach 60. – nie mówiąc o Dalekim Wschodzie – kiepska. Do tego ogromne strukturalne bezrobocie, drastyczny wzrost nierówności i, przede wszystkim, marne perspektywy na przyszłość w długim okresie. Dlatego warto było próbować inaczej.

– Mimo niesprzyjających okoliczności podjął Pan w 1991 r. próbę stworzenia „lewicy solidarnościowej”. Do wyborów stanęła Solidarność Pracy, Pana pierwsze ugrupowanie. Dlaczego nie było koalicji z innymi środowiskami niezależnej lewicy: PPS-em, Ruchem Demokratyczno-Społecznym?

– Nie było z kim robić takiej koalicji. RDS to było pięć osób na krzyż. Nie bez przyczyny to doświadczenie doprowadziło nas do przekonania, że jakaś forma współdziałania ze środowiskami postkomunistycznymi jest nieunikniona. PPS przeszedł zresztą pod tym względem podobną drogę co Unia Pracy, z tą różnicą, że dużo wcześniej i szybciej doszło do ich wasalizacji przez obóz postkomunistyczny. Największą barierą dla naszej współpracy z PPS-em było przekonanie – moje i moich kolegów z SP – że sięganie po sztandary, które spoczywają w muzeum od kilkudziesięciu lat, jest politycznym samobójstwem, że można się odwoływać do dziedzictwa i do ludzi, ale nie można przywrócić bytu instytucjom. Oni uważali, że na tym właśnie zbudują gmach. Nie zbudowali. To przywiązanie było silne i napędzane dodatkowo przez weteranów dawnej PPS, ludzi takich jak Lidia Ciołkoszowa, którzy w ten szyld wierzyli i którzy dawali poczucie ciągłości. Mnie się wydawało, że przede wszystkim trzeba wychodzić od realnie istniejących problemów i od realnej świadomości społecznej. Bardzo bliskie jest mi podejście, które reprezentuje np. Tony Judt: że z jednej strony idea socjaldemokratyczna jest nadal aktualna, lecz jednocześnie wymaga ona pewnych rewizji i zmian. Ale podstawowym problemem była niemal zupełna pustka personalna, jaka zapanowała na lewicy po tym, jak środowiska post-komandoskie odpłynęły do świata liberalnego. Pamiętam, jak zakładaliśmy wtedy Fundację Polska Praca. Zbierałem na nią pieniądze od pojedynczych ludzi. I była tylko jedna osoba, do której zwróciłem się o wsparcie, która mi odmówiła – był to Adam Michnik. „Gazeta Wyborcza” nas – Solidarność Pracy, potem Unię Pracy – bardzo mocno sekowała. Wszystkie siły zostały skoncentrowane na rzecz budowy aliansu liberalnego. I tak już zostało – aż do wybuchu kryzysu w 2007 r., kiedy liberałowie zaczęli trochę przewartościowywać swoje stanowisko.

– Słabość jakichkolwiek tendencji lewicowych w 1989, 1990 r. nie ulega wątpliwości. Ale jednak jacyś potencjalni sojusznicy byli – oprócz wymienionych wcześniej ugrupowań przede wszystkim związki zawodowe, a z drugiej strony np. kontrkulturowe środowiska młodzieżowe uformowane w ostatnich latach opozycji.

– Pytanie, czy ta ostatnia grupa była dla nas „do wzięcia”, jest ciekawe. Pomijając jednak wątpliwość, czy był tam jakikolwiek stopień wewnętrznej spójności ideowej, czy to nie były jedynie przypadkowe grupki, to słusznie Pan zauważył, że były one dość kontrkulturowe. Na przełomie lat 1992–1993, w początkach Unii Pracy, bardzo silnie akcentowaliśmy stanowisko antyklerykalne. Godziłem się na taką strategię, choć bez entuzjazmu – notabene strasznie nas za ten antyklerykalizm krytykowała wtedy „Gazeta Wyborcza”. Dla mnie podstawowym doświadczeniem formacyjnym i źródłem największych życiowych satysfakcji była jednak „Solidarność”, w której z pewnością nie było miejsca na ruchy kontrkulturowe, postrzegane jako lewackie. W związku z tym uważałem, że wcześniej czy później, jeżeli w Polsce ma coś iść w tym kierunku, w którym miałem nadzieję, że będzie szło, to nie można ze związkiem wejść w konflikt. My jako Unia Pracy nigdy z nim w konflikt nie weszliśmy, chociaż z drugiej strony niewiele było niestety elementów współpracy. Jednym z nielicznych wyjątków były prace nad konstytucją.

– Lata 90. to chyba jedyny moment w Pana życiorysie, kiedy wychodzi Pan z roli eksperta i próbuje swoich sił na arenie stricte politycznej. Wydaje się jednak, że pozostał Panu temperament eksperta, kogoś, kto waży racje. Czy szukanie równowagi powinno być zadaniem akurat dla polityka? Czy można zajmować się szukaniem równowagi i politykiem – a nie publicystą czy analitykiem – pozostać?

– Mówią, że jestem ekonomistą dwuręcznym. To taki, który mówi: z jednej strony, z drugiej strony [śmiech]. To podejście utrudnia działanie w polityce. Ogromna większość ludzi ma skłonność, żeby patrzeć na procesy społeczno-gospodarcze ze znaczną dozą emocji. A jeżeli się patrzy na problem emocjonalnie, to łatwiej ustawić się po jednej lub drugiej stronie konfliktu. To, co obserwujemy teraz, w związku ze sporem Platforma – PiS, to niesamowita redukcja sceny politycznej. O ile w sprawach społeczno-gospodarczych żadna z tych partii mnie w żadnym stopniu nie zadowala, o tyle w wymiarze politycznym ewidentnie w wielu sprawach rozsądne stanowiska leżą pośrodku. Weźmy pierwszy postulat z brzegu: czy można zmniejszyć liczbę miejsc w parlamencie? Można. Czy można zmniejszyć o stu posłów? Nie można. Ale o 40 można. Jesteśmy skazani na poszukiwanie równowagi – i to nie raz na zawsze, bo w zmieniającym się świecie ten punkt równowagi jest w wiecznym ruchu.

Proszę spojrzeć na powojenną Europę Zachodnią. Zbudowano tam model państwa opiekuńczego, które nie kłóciło się z bardzo wysokim wzrostem gospodarczym. Ono było ukształtowane przez kooperację i twórczy spór między socjaldemokratami, liberałami i chadekami. Nie bez błędów, ale szli mniej więcej, patrząc w historycznej perspektywie, ścieżką środka. Potem się to pogorszyło. Na początku w Anglii zbyt daleko poszli, moim zdaniem, laburzyści i związki zawodowe. Potem druga strona odreagowała to w odwrotnym kierunku. Był taki czas, kiedy progresja podatkowa sięgała tam 90%. Dzisiaj Hollande, który chciał wprowadzić 75%, wydaje się radykałem. Także w rewolucji neoliberalnej, zapoczątkowanej przez Ronalda Reagana i Margaret Thatcher, nie było miejsca na umiar. Nie było próby korekty państwa dobrobytu, tylko całkowite jego odrzucenie. Wieloletnia dominacja ideologii neoliberalnej pozostawiła za sobą spustoszenie intelektualne. Dlatego uważam, że w przyszłości nie powinniśmy rezygnować z bardziej kompromisowego stylu uprawiania polityki. Zawsze miałem świadomość, że w sprawach społecznych i gospodarczych ekspertyza w znacznej mierze wyrasta z aksjologii, opiera się o jakieś założenia, które nie podlegają weryfikacji intelektualnej. Ale to nie znaczy, że pomiędzy aksjologiami nie może być pola do dialogu.

Bardzo niepokoję się w tym kontekście o polską przyszłość. Martwi mnie, że obie dominujące partie przyznają absolutny priorytet posiadaniu władzy. Z tego wynika przymus dostosowywania się do bieżących, zmiennych nastrojów społecznych. Jednocześnie w tym systemie niesłychanie ostro grają lobbyści. Wystarczy spojrzeć np. na sprawę zakupu Pendolino. Koszt poniesiony do tej pory to prawie 3 miliardy zł. Żeby mogło jechać 250 km na godzinę, to na modernizację trzeba będzie pewnie dodać jeszcze z 10 mld zł. I co osiągniemy za te 12 czy 15 mld? Że kilkanaście tysięcy ludzi będzie jechać z Warszawy do Gdańska 20 minut krócej. Mówimy o kraju, w którym nie ma zarazem żadnego publicznego programu budownictwa mieszkaniowego. Bo tzw. mieszkania dla młodych to jest w istocie program dla deweloperów, a zainwestowane w niego pieniądze, w skali kraju, są marginalne.

– Taka sytuacja i taka filozofia władzy rodzą określone emocje w społeczeństwie. Czy można w demokratycznej polityce abstrahować od tych emocji?

– Można w tym sensie, że istnieje szansa perswazji. Zresztą wierzę, że podstawowe przyczyny mojej politycznej porażki leżą gdzie indziej. Przede wszystkim w zamknięciu sceny politycznej. Byłem przy tym, gdy ona się zamykała, za sprawą zabiegów Unii Wolności, SLD i KPN-u. Ta egzotyczna koalicja wprowadziła liczenie głosów metodą d’Hondta i pięcioprocentowe progi wyborcze. 5% w Polsce to dużo – półtora miliona wyborców. Potem wprowadzono jeszcze finansowanie partii z budżetu. Jestem gorącym zwolennikiem tego rozwiązania, ale nie w aż tak wysokich kwotach! Droga dla „nowych” została skutecznie zamknięta. Są oczywiście rozłamy, ale politycy rozłamowi są traktowani przez wyborców jako niewiarygodni – i słusznie. Dlaczego ktoś miałby głosować na Solidarną Polskę, a nie na PiS? Dlaczego ktoś miałby wybrać Gowina zamiast Tuska? Ja nie widzę dobrego powodu. W efekcie demokracja jest ograniczona – w koszyku mamy określonych ludzi i określone partie i tylko w ramach tego zestawu może dochodzić do przetasowań.

– W pierwszych kadencjach po przełomie istotne kryterium podziału sceny politycznej stanowił stosunek do rozliczeń z PRL-em. Erupcja tego konfliktu nastąpiła za rządu Olszewskiego. Jak wobec tego sporu odnajdywała się Pańska formacja polityczna i czy dzisiaj nadal odgrywa on istotną rolę?

– Zawsze wydawało mi się, że są racje moralne przemawiające za tym, aby przeszłość została odsłonięta, żeby zostały ujawnione także czyny niegodne, ale nie kryję, że długo wydawało mi się, iż nie jest to sprawa fundamentalna. Częściowo pogląd zmieniłem. Myślę, iż to, co pokazały różne publikacje, m.in. IPN-owskie, udowodniło, że lustracja była w Polsce bardzo potrzebna. Jeżeli na zjeździe „Solidarności” w 1981 r. było 8% tajnych współpracowników SB, to taka grupa, jeśli działa zgodnie, może być w wielu głosowaniach języczkiem u wagi. Nie mówiąc już o wpływie nieformalnym, o prowokacjach, dezintegrowaniu środowisk itp. Pytanie brzmi: czy dziś jeszcze można do lustracji wrócić w sposób sensowny? Chyba byłoby to coraz trudniejsze. Jestem zwolennikiem być może dość prymitywnego modelu lustracji, to znaczy po prostu otwarcia archiwów – może z zastrzeżeniem pewnych informacji wrażliwych, o charakterze osobistym. Przy czym przed właściwym ujawnieniem danej teczki byłaby ona ujawniana głównemu zainteresowanemu, który miałby prawo dołączyć do niej swoje wyjaśnienie. Teoretycznie byłoby to jeszcze do zrobienia, ale wydaje się, że prawdopodobieństwo zrealizowania tego scenariusza nie jest duże. Jeśli natomiast chodzi o postulat dekomunizacji i kwestię odpowiedzialności politycznej za okres PRL-u, to powiem tak: zwalczałem klasyczne ustawy dekomunizacyjne – te, które przewidywały, że od określonego szczebla w górę działaczom PZPR odbierałoby się prawo uczestnictwa w życiu publicznym. Kłóciły się one z moimi własnymi doświadczeniami z okresu PRL-u. Jesteśmy w tej chwili na terenie Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN, który zakładał w roku 1982 Józef Pajestka, członek Komitetu Centralnego PZPR, porządny człowiek, który mnie i innych ludzi związanych z opozycją tu przygarnął. On uważał, że trzeba prowadzić grę w tych realiach, z którymi ma się do czynienia. Miał sporo zasług. Nie widzę powodu, żeby tacy jak on mieli być z mocy prawa na politycznym aucie.

Nieszczęściem dla post-autorytarnego państwa było natomiast narzucenie nam przez prawników zasady „prawo nie działa wstecz”. To ona prowadzi do tego, że sprawy przeciwko generałowi Jaruzelskiemu muszą opierać się o naruszenia prawa PRL-u. Czyli na przykład za złamanie konstytucyjnej zasady kierowniczej roli partii – poprzez przejęcie władzy przez WRON w stanie wojennym [śmiech]. Czyli sądy niepodległej Rzeczypospolitej zaświadczają w jakimś sensie, że dyktatura partii komunistycznej jest dobra, a WRON-a jest zła. Kompletny nonsens. Dlatego skłaniałbym się raczej do rozwiązania tego problemu w duchu Norymbergi – oczywiście bez szubienic, a nawet przeciwnie, z abolicją. Ale z abolicją po osądzeniu, a nie zamiast osądzenia. Osądzenia na podstawie czego? Na podstawie stworzonych post factum norm: że pewne działania, naruszające elementarne prawa człowieka, muszą się wiązać z odpowiedzialnością sądową. Być może skazanym za takie naruszenia powinno się też odbierać prawo do uczestnictwa w życiu publicznym. Niestety w Polsce nikogo spośród najwyższej rangi decydentów (także mających krew na rękach) nie skazano.

Jestem przekonany – inaczej niż chociażby Karol Modzelewski, który twierdzi, że na transformacji wiele zyskaliśmy, ale też wiele straciliśmy – że na obaleniu komunizmu nie można było stracić, natomiast nie powstało z całą pewnością Królestwo Boże. Wielu ludzi jest jednak przekonanych, że na transformacji zrobiliśmy zły interes per saldo. Jedną z przyczyn jest brak świadomości, że niezależnie od tego, co komunizm dawał, a czego nie – a dawał straszliwie mało w każdej niemal dziedzinie – przede wszystkim ten ustrój nie miał po prostu zdolności rozwojowej i w związku z tym nie gwarantował nawet utrzymania istniejącego standardu. Gdyby trwał, trzeba byłoby bardzo mocno obniżyć poprzeczkę. Z nieświadomości tego bierze się chociażby popularność Edwarda Gierka – ludziom wydaje się, że komunizm mógł pozostać taki jak za jego rządów: względnie łagodny, z tanimi wczasami, z liberalizacją reżimu paszportowego.

– Mimo opozycyjnej przeszłości i dystansu do ustroju PRL-u współzakładał Pan i został pierwszym przewodniczącym Unii Pracy, która wzięła kurs na przekroczenie historycznego podziału. Czy z perspektywy czasu uznaje Pan, że to był słuszny kurs?

– Dziś mam wątpliwości, czy był słuszny, ale niewiele to zmienia – w tamtym czasie, bez takiego otwarcia, stworzenie silnej lewicowej formacji nie było możliwe. Panowała atmosfera oczekiwania na tego rodzaju przełom. Zaczynaliśmy pod hasłem: „Niejedna droga wiodła do wolnej Polski”. Gdybyśmy startowali pod szyldem dawnej opozycji, to prawdopodobieństwo, że byłby to start skuteczny, byłoby niewielkie. Paradoks tkwi w tym, że to, co było niezbędne dla sukcesu Unii Pracy, stanowiło jednocześnie zalążek jej przyszłego upadku – choć wtedy tego nie dostrzegałem. Okazało się, że ludzie związani z tamtym systemem bardzo silnie zdominowali partię. Nie doceniłem siły ciążenia starych układów i starych lojalności. Nie przyszło mi do głowy, że dla zachowania równowagi w partii konieczna byłaby twarda polityczna gra, kontrolowanie składu gremiów kierowniczych itp.

Kilka razy stanąłem przed pytaniem, czy chcę to ciągnąć dalej. Namawiany przez znaczną część kolegów odpowiadałem sobie, że tak, licząc, że przyjdzie moment, kiedy te proporcje ulegną zmianie i ukształtuje się inny układ sił. To nie nastąpiło, przeciwnie – Tomasz Nałęcz i Marek Pol (obaj po aktywnych przejściach w PZPR) de facto podporządkowali Unię Pracy postkomunistom. Teraz partia praktycznie nie istnieje. Parę ważnych rzeczy udało się jednak wcześniej zrobić. Zapisy, które wprowadziliśmy do konstytucji – „społeczna gospodarka rynkowa”, rozbudowany rozdział o prawach socjalnych – są na razie „zamrożone”, ale jestem przekonany, że prędzej czy później okaże się, że są to realne aktywa. Współtworzyliśmy także pierwszą ustawę lustracyjną – daleką od ideału, ale przełamującą nieco opór przed „rozgrzebywaniem przeszłości”.

– Jakkolwiek postkomuniści lubili się publicznie kreować na kontestatorów transformacji, to chyba należy uznać ich przede wszystkim za wpływowy podmiot i siłę sprawczą w tym procesie.

– Schyłkowy okres PRL-u był czasem bez idei, układem opartym na władzy i korzyściach z władzy, niczym więcej. Dlatego też dawna nomenklatura z najwyższą łatwością przyjęła nowy kanon ideologii gospodarczej, nową ortodoksję. Modzelewski w swojej książce pisze, że to my – strona solidarnościowa – popchnęliśmy postkomunistów w tym kierunku. Tymczasem wszystko, co na ten temat wiem, wskazuje na to, że oni tam chcieli iść sami. Choć mieli jednocześnie świadomość, że w ich interesie jest publicznie ten program krytykować. Między wyborami 4 czerwca a powołaniem rządu Mazowieckiego opracowano w strukturach Ministerstwa Finansów program transformacji gospodarki, który był jeszcze bardziej liberalny, jeszcze bardziej radykalny niż projekt Balcerowicza – i stało się to bez udziału polityków postsolidarnościowych (doradzał im za to np. Stanisław Gomułka z Londynu). Jako jeden z niewielu jestem w posiadaniu tego dokumentu.

– Czy Pana zdaniem SLD jest już skazane na rolę alianta, a w najlepszym wypadku satelity obozu liberalnego?

– Myślę, że SLD jest po prostu integralną częścią obozu liberalnego. Oczywiście teraz są w opozycji, a ponadto po kryzysie zmienił się klimat, neoliberalna doktryna jest raczej w defensywie. Wszystko to przesądza, że partia postkomunistyczna może głosić socjalne hasła. Nie sądzę jednak, żeby to był poważny zwrot. Jest wysoce prawdopodobne, że po wyborach powstanie koalicja PO–SLD. Już dochodzi zresztą między nimi do integracji. Miller – jak sądzę – będzie wykorzystywał „lewicowe postulaty”, by od partnera wynegocjować możliwie dużo stanowisk dla SLD.

– Mówi się czasem, że w rezultacie niewykształcenia się w III RP lewicy społecznej z prawdziwego zdarzenia jedyni realnie zainteresowani problemami „przegranych polskiej transformacji” znaleźli się na prawicy. Po drugiej stronie medalu mamy jednak reformy Buzka czy dorobek Zyty Gilowskiej. Jak ocenia Pan wiarygodność socjalnej retoryki prawicy, biorąc pod uwagę własne doświadczenia współpracy z Lechem Kaczyńskim oraz Prawem i Sprawiedliwością?

– Nie ze wszystkim zgadzałem się ze śp. Prezydentem, ale był to bez wątpienia człowiek z rozwiniętą wrażliwością społeczną. Był moim zdaniem rzecznikiem interesów „zwykłych ludzi”. W większym stopniu niż wielu innych z dawnej opozycji pozostał wierny solidarnościowej tożsamości. PiS i Jarosław Kaczyński mieli chyba bardziej taktyczny stosunek do kwestii społecznych. Zapowiedzieli Polskę Solidarną, ale egzekutorką tego hasła była Zyta Gilowska, która była przecież postacią symboliczną dla Polski Liberalnej. W praktyce polityka rządu była podporządkowana zasadzie: Panu Bogu świeczkę (np. ulgi rodzinne) i liberalnemu diabłu ogarek (zmiany w podatku PIT). Jak będzie w przyszłości – nie wiem.

– Jakie widzi Pan w tym kontekście perspektywy dla rozwoju społeczno-gospodarczego Polski?

– To bardzo szerokie pytanie. Nie mogę tu na nie odpowiedzieć dostatecznie konkretnie. Powiem tylko tyle: korekta polityki społeczno-gospodarczej jest bezwzględnie potrzebna. Najważniejsze jest ograniczenie nierówności narosłych po 1989 r. Sprzyjałoby to zarówno pobudzeniu wzrostu w krótkim okresie, jak i rozwojowi w dłuższej perspektywie. Na przeszkodzie tej korekcie nadal stoją jednak polityczne bariery. Grupy, które uzyskały uprzywilejowane pozycje w toku dotychczasowej transformacji, są bardzo wpływowe i egoistyczne. Nie jestem optymistą. Obawiam się raczej daleko idącej destabilizacji społecznej.

–Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, styczeń 2014 r.