przez redakcja | środa 30 kwietnia 2014 | Wiosna 2014
PRL, czyli ład ustrojowy, który panował w naszym kraju do 1989 r., wytworzył wśród Polaków wiele negatywnych postaw. W wolnym kraju powinny one zostać przezwyciężone. Jednak gdy przyjrzymy się owocom naszej obecności w Unii, dostrzeżemy, iż niektóre z postaw właściwych dla społeczeństwa rządzonego przez namiestników komunistycznego mocarstwa nie tylko nie zostały osłabione, ale wręcz się umocniły.
Ważnym elementem spadku po komunizmie jest mentalność postkolonialna. Obejmuje ona oczekiwanie, że jakiś zewnętrzny, duży, silny podmiot będzie za nas rozwiązywał problemy. Że reguły gry społecznej (w tym międzynarodowej) określa ktoś inny, a my (My, Polska!) co najwyżej możemy starać się reguły te rozpoznać i mniej lub bardziej sprytnie się dostosować. Mentalność postkolonialna podpowiada, iż jeśli wobec silniejszego podmiotu – instytucji, państwa, organizacji międzynarodowej – przyjmiemy postawę uległości, jeśli dostatecznie sprytnie dopasujemy się do zewnętrznych oczekiwań, to jakoś wyjdziemy na swoje. Upraszczając nieco: kiedyś w roli takiego silniejszego podmiotu obsadzona była Moskwa – dziś Bruksela.
Inną częścią dziedzictwa minionego ustroju jest niska racjonalność gospodarowania zasobami publicznymi, w tym postawa „co państwowe, to nie moje”. Już wstępny ogląd rzeczy pokazuje, że na wielu polach aktywności społecznej strumienie środków unijnych wzmocniły właśnie taki sposób myślenia. Unijne to też „nie moje” – zatem oszczędność, dobre gospodarowanie, długofalowe planowanie itp. nie są tu wcale niezbędne. Przyczynia się do tego mechanizm, wedle którego przyznane pieniądze trzeba wydać, niezależnie od tego, czy jest to do czegokolwiek potrzebne, czy nie. Bo jeśli się nie wyda, będzie to oznaką nieskuteczności.
W latach 80. uczestniczyłem w pewnym tzw. centralnym, resortowym projekcie badawczym na uniwersytecie. Gdy przyszła pora napisania raportu końcowego, starszy doświadczony profesor udzielił mi rady: „Proszę pamiętać o powiedzeniu: »W socjalizmie między planowaniem a sprawozdawczością ogniwa pośrednie nie są niezbędne«”. Nie zawsze trzeba wykonać wytyczone zadania – wystarczy sprawozdać ich wykonanie. Przykłady tego mechanizmu widać także dziś, i to na wszystkich poziomach funkcjonowania państwa, nawet tych niezwiązanych z funduszami UE. W książce „III RP. Kulisy systemu” pisałem o tym w kontekście zjawiska instytucjonalizacji nieodpowiedzialności.
Profesor Krzysztof Rybiński stwierdza: Trzeba postawić pytanie: jak to możliwe, że w ciągu minionych sześciu lat wydaliśmy na program Innowacyjna Gospodarka 40 mld złotych na wspieranie innowacyjności przedsiębiorstw, a i tak to wszystko tak dramatycznie spada. A także: Polska w rankingu, gdzie patrzymy, ile wkładamy do procesu innowacyjności, jest na 35 miejscu, a co z tego wychodzi? W podrankingu efektywności jesteśmy na dalekim 110. miejscu. Polska w strasznym tempie dramatycznie marnuje pieniądze przeznaczone na wzrost innowacyjności i ta efektywność przekuwania pieniędzy na to, co z tego wychodzi, jest w Polsce jedną z najgorszych na świecie.
Sposób „pompowania” tych pieniędzy – nie tylko przecież unijnych – w nasz obieg gospodarczy sprzyjał raczej kreatywności biurokratycznej: znaleźć sposób zdobycia grantu i maksymalnie bezbolesnego jego rozliczenia. Ludzie dopasowują swoje wzorce do warunków otoczenia – formalnych i nieformalnych – żeby zmaksymalizować własne korzyści. W Polsce ostatnich dziesięciu lat te procesy dostosowawcze nie mają, by tak rzec, ofensywnego charakteru wyzwań, ale raczej żebraczy: z tego, co „dają”, jak najwięcej wyrwać…
Podobne trendy ewolucji kulturowej można zauważyć w Unii Europejskiej jako całości. Generując takie postawy na różnych szczeblach życia społecznego, Europa nie jest w stanie konkurować z innymi strefami kulturowymi, np. z dynamicznie rozwijającym się Dalekim Wschodem.
Mnie jako Polaka najbardziej interesuje jednak degradacyjny wpływ tych mechanizmów na nasze życie społeczne: wytwarzanie przyzwolenia na bylejakość, na marnotrawstwo, na ideologię i sztukę, która jest często kiczem, ekscytacją, wreszcie nierzadko propagandą nihilizmu. Mechanizm unijny nie sprzyja ewolucji w stronę dzielności – raczej w kierunku klientelistycznej przymilności.
Patologie związane z funduszami unijnymi bywały już sygnalizowane w polskich mediach, ale nigdy chyba nie zostały systematycznie przebadane. Ongiś Jerzy Baczyński w „Polityce” pisał o tym, że minister Elżbieta Bieńkowska rozdziela środki na promocję działalności swego resortu, co wikła część mediów w konflikt interesów. Oczywiście, nie wyciągnięto z tego żadnych wniosków. Z kolei portal niezależna.pl donosił o wynikach „Konkursu dotacji na promocję funduszy europejskich” z marca 2013 r. Na liście wygranych znalazły się programy telewizyjne, stacje radiowe i prasa, a łączna kwota dotacji wynosiła 9,9 mln zł. W ten sposób tworzy się, jak powiedział jeden z posłów opozycji, medialny kordon bezpieczeństwa wokół rządu. Fundusze europejskie wykorzystywane są po to, żeby tworzyć osłonę propagandową co do sposobów wydawania funduszy. Jeśli dla kogoś sytuacja z poprzedniego zdania nie jawi się jako coś chorego, to znaczy, że choroba jest bardziej zaawansowana, niż się to może wydawać.
W Polsce (i zapewne nie tylko w niej) środki unijne spełniają podwójną funkcję. Z jednej strony zapewniają społeczeństwu chleb (miejsca pracy) i igrzyska (poczucie bycia w grze z otoczeniem międzynarodowym), a z drugiej dają dominującym klientelistycznym grupom interesu możliwość dalszej konsolidacji swojej władzy, wpływów i zysków w sposób niewidoczny dla sporej części naszego społeczeństwa. W efekcie istotnie zmniejsza się też niebezpieczeństwo buntu, który mógłby wybić system społeczny z równowagi niedorozwoju.
Sieci klientelistyczne, które określam mianem Antyrozwojowych Grup Interesu (ARGI), deformują mechanizmy konkurencji – tak rynkowej, jak i politycznej. Dzieje się to już na etapie wyznaczania kryteriów, które trzeba spełniać, by móc ubiegać się o określone środki unijne. Niekiedy doprowadza się do patologicznej skrajności tzw. efekt Mateusza („kto ma, temu będzie dodane”). Kto w pierwszej fazie załapał się na dotacje i może pokazać, że określoną ilość projektów o określonej wartości już zrealizował, ten zyskuje ogromną przewagę w kolejnych konkursach. W przypadku niektórych projektów wymóg wcześniejszych realizacji na określonym pułapie finansowym uniemożliwia w ogóle udział w konkursie. Dla firm „aspirujących” oznacza to ograniczenie możliwości rozwoju, a dla pozbawionych konkurencji „stałych klientów” urzędów marszałkowskich – zniwelowanie podstawowego impulsu do innowacji. Tu i tam powstały swoiste zamknięte ekosystemy, gdzie konkurencja jest fikcją.
Powoduje to marnotrawną alokację zasobów i wpływa negatywnie na rynek pracy, przyczyniając się do blokowania awansu zawodowego młodych. Nazbyt często odczuwają oni, że to nie postawy innowacyjne, ale „załapanie się” do okrzepłych już nieformalnych układów jest ścieżką rozwoju zawodowego.
Nie brak przykładów ograniczania naturalnej dla demokracji konkurencji politycznej. Jest tak, gdy finansowane ze środków unijnych billboardy, tablice informacyjne i spoty telewizyjne są wykorzystywane przez establishment polityczny do reklamy przedwyborczej. Tego typu działanie wytknięto niedawno byłemu już marszałkowi województwa dolnośląskiego Rafałowi Jurkowlańcowi. Pamiętamy też, jak z funduszy unijnych promował się przed Euro 2012 ówczesny minister rolnictwa Marek Sawicki.
Patrząc szerzej, widzimy sytuacje co najmniej quasi-korupcyjne. Zdobywając swoiste haracze od przedsiębiorców, którym uznaniowo przydzielane są środki, dysponenci funduszy unijnych mogą część zasobów zużywać na przekupienie dziennikarza, policjanta i prokuratora, by zyskać bezkarność. W tym przypadku mechanizm neutralizacji instytucji kontrolnych można uruchomić poprzez działania, które same w sobie nie mają stricte kryminalnego charakteru.
Bardzo negatywnie oceniam wpływ Unii Europejskiej na rozwój nauki polskiej. Spora część badaczy znalazła się za sprawą funduszy unijnych w pułapce, w jakiej już wcześniej znaleźli się np. zachodni badacze będący ekspertami firm farmaceutycznych. Sheldon Krimsky (w Polsce ukazała się jego książka „Nauka skorumpowana”) pokazał, że w pewnym momencie w renomowanych czasopismach przedstawiających wyniki testów efektywności leków trudno było znaleźć autorów, którzy nie pobieraliby wynagrodzeń od któregoś z koncernów farmaceutycznych. Typowy konflikt interesów. Podobna sytuacja może mieć miejsce w przypadku tworzenia narzędzi ewaluacji unijnych grantów przez naukowców. Ci, którzy wytworzyliby narzędzia nie pasujące do interesów dysponentów grantów, byliby zagrożeni wypadnięciem z obiegu.
Mam wrażenie, że gdyby grantów unijnych nie było, młodzi badacze, którzy w dzisiejszych realiach niejednokrotnie uzależnili się od ich pozyskiwania i „przerobu”, częściej sięgaliby po tematy związane z realnymi problemami naszego społeczeństwa. A tak – sięgają przede wszystkim po tematy, które są „grantodajne”. Najmłodsze pokolenie badaczy przyswoiło już sobie, że aby się zawodowo „ustawić”, najlepiej zakotwiczyć się u kogoś, kto ma stały dostęp do grantów. Co wcale nie musi być skorelowane z jakością pracy badawczej.
Pogoń za funduszami w nauce generuje też mnóstwo „pustych obrotów”. Pewne projekty rozlicza się tylko po to, żeby dostać kolejny projekt. Konferencję naukową robi się po to, żeby móc robić kolejne konferencje itd. Mam wrażenie, iż jeśli ktoś kiedyś oszacuje ewolucję „polskiego intelektu” w ostatnich latach, to ustali, że środki unijne przyczyniły się do degradacji naszych nauk społecznych, a może i świata akademickiego w ogóle.
Obawiam się, że nieświadomość tej sytuacji będzie trwała doputy, dopóki te środki będą, a później na różnych polach odsłoni się zapaść cywilizacyjna. Pomijając to, że środki unijne nie wsparły procesu poprawy jakości funkcjonowania państwa, ten spory zastrzyk pieniądza przyczynił się do powstania niezliczonych firm i firemek, które tylko dzięki temu funkcjonują, iż nie działają w naturalnych warunkach walki o rynek, lecz w warunkach podczepienia się pod zasilanie pochodne wobec decyzji biurokratycznych. W momencie gdy strumień unijnych zasobów się skończy, zobaczymy, że jakaś część polskiego biznesu była quasi-biznesem, który po odcięciu od kroplówki nie ma zdolności utrzymania się na rynku. Wyewoluowały i rozpowszechniły się umiejętności nieprzydatne dla tworzenia podstaw długofalowego rozwoju Polski. Można wręcz powiedzieć, że to umiejętności antyrozwojowe, pasożytnicze są szlifowane, a nie kompetencje, które odpowiadają za wysoką kreatywność czy elastyczność reagowania na wyzwania.
Aby uniknąć tych zagrożeń, potrzebujemy systematycznego monitorowania oddziaływania środków unijnych na biznes, na administrację, na naukę i demokratyczną konkurencję polityczną. Pogorszenie jakości funkcjonowania państwa jest związane m.in. z przyrostem pracowników administracji, uzasadnianym tym, że muszą rozdzielać środki unijne. Niedawno mówiono o tym, jaką część pozyskanych środków zużywa na własne cele Caritas, a jaką Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy (mówiono, ale chyba definitywnie nie ustalono). Podobnie warto by porównać urzędy marszałkowskie i inne instytucje pod kątem tego, jaka część środków unijnych jest zużywana na samo przetwarzanie środków unijnych.
Mamy niestety w Polsce problem z krytyką patologii funkcjonowania instytucji i mechanizmów związanych z UE. Pojawia się ona niemal wyłącznie w mediach spoza głównego nurtu, a to mocno ogranicza jej oddziaływanie na świadomość społeczeństwa. Często krytyka rzeczowa, racjonalna w ogóle nie jest w stanie się przebić. Unia Europejska w tym kontekście jawi się jako quasi-cywilizacja, która część zasobów przeznacza na tworzenie pewnej strukturalnej mistyfikacji.
Mamy dziś w Polsce dramatycznie niską dzietność i dopiero w momencie, gdy zjawiska negatywne zaszły już bardzo daleko, zaczyna się o tym dobitnie mówić. Mamy również zatrważająco wysoką skłonność młodzieży do emigracji. Badania prof. Krystyny Iglickiej-Okólskiej z końca 2012 r. wykazały, że aż 64% młodych ludzi nie widzi dla siebie przyszłości, życia i pracy w Polsce. Po prostu nie widzą dla siebie tutaj szans. To także jeden z owoców naszej obecności w Unii.
Jednocześnie okazuje się – co potwierdza w swoich wypowiedziach np. prof. Jerzy Hausner – że w naszym państwie nie ma centrum suwerennej myśli strategicznej. Zasoby z Unii mogłyby być wykorzystywane rozwojowo, ale w praktyce często są wykorzystywane pasożytniczo. Odwrócenie tego procesu jest możliwe tylko przez skoncentrowaną wolę polityczną, a tej w obecnym układzie elit biznesu, mediów i polityki wyłonić nie sposób.
Dopóki nie ukonstytuuje się wola polityczna istotnie różna od tej, która rządzi Polską od roku 2007, to wskazane wyżej negatywne tendencje nie będą miały żadnej szansy na odwrócenie. To, że gdy weszliśmy do Unii w 2004 r., byliśmy krajem kategorii B, jest normalne. Ale fakt, że establishment polityczny Polski nie ma woli zmiany tej pozycji, świadczy o tym establishmencie jak najgorzej.
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | środa 30 kwietnia 2014 | Wiosna 2014
Wczoraj
Zacząć powinienem od wyznania, że byłem eurosceptykiem. Należałem do wątłej 23-procentowej mniejszości, która w referendum 2004 r. wypowiedziała się przeciw akcesji1.
W polskim społeczeństwie, którego wskaźnik euroentuzjazmu grubo przewyższa średnią europejską, takie stwierdzenie wymaga tłumaczenia się. Otóż mój eurosceptycyzm wynika przede wszystkim z faktu, że jestem sceptykiem w ogóle. Niezmiernie trudno ulegam entuzjazmowi, automatyczny opór wywołują u mnie wszelkie dominujące trendy i obiegowe opinie2. Nie rozumiem więc, dlaczego akurat integracja europejska miałaby być tym jednym jedynym niekwestionowanym dogmatem polskiego dyskursu politycznego od PiS-u (a nawet Ruchu Narodowego, jak świadczą o tym pewne wypowiedzi Artura Zawiszy) po Twój Ruch i jego pozaparlamentarne przyległości. Zwróćcie na to uwagę: o ile istnienie polskiej państwowości jest kwestionowane przez znaczącą siłę polityczną (palikotowców), to nie ma liczącego się ugrupowania negującego Unię Europejską!
Ale to nie tylko patologiczny nonkonformizm leży u podłoża mego stanowiska. W eurosceptycyzmie ogniskują się różne motywacje. Najstarsza ma rodowód marksistowski. Zawsze zdumiewali mnie ci pryncypialni skądinąd lewicowcy, którzy obdarzali kredytem zaufania czy zgoła życzliwością kapitalistyczną instytucję skupiającą najbogatsze mocarstwa świata. Róża Luksemburg wszak pisała: Za każdym razem, gdy politycy burżuazyjni podnosili ideę europejskości, związku państw europejskich, miało to jawnie lub skrycie ostrze skierowane przeciw „żółtemu niebezpieczeństwu”, przeciwko „czarnej części świata”, przeciwko „mniej wartościowym rasom”, krótko: Stany Zjednoczone Europy były zawsze poronionym pomysłem imperializmu. […] Nie solidarność europejska, lecz solidarność międzynarodowa, wszystkich części świata, ras i narodów jest filarem marksistowskiego socjalizmu. Każda solidarność częściowa nie jest krokiem do urzeczywistnienia prawdziwego internacjonalizmu, lecz jego przeciwieństwem i jego wrogiem.
Marksiści pozostawali zgodni, że państwa takie jak Wielka Brytania, Francja czy Niemcy mają charakter imperialistyczny – jak wobec tego z sumy (czy nawet iloczynu) tych imperializmów, jaką jest Unia Europejska, może powstać coś nieimperialistycznego? To nie jest kwestia subiektywnych odczuć czy nawet ideologii głoszonej przez europejskie rządy, lecz obiektywnej pozycji w międzynarodowym podziale pracy. Europa zajmuje miejsce uprzywilejowane w stosunku do krajów peryferyjnych. Oczywiście z tego faktu można wyciągnąć wniosek (i większość Polaków takowy wyciąga), że lepiej być po stronie wyzyskiwaczy niż wyzyskiwanych. Rzecz jednak w tym, że również sama Unia jest systemem, w którym dominujące centrum wyzyskuje wewnętrzne peryferie. Integracja krajów o różnym poziomie rozwoju rodzi zagrożenia wynikające z braku równowagi.
Drugi rodzaj motywacji ma charakter narodowy – wartościami dla mnie istotnymi są tożsamość i suwerenność narodowa. Wprawdzie dla tożsamości główne zagrożenie stanowi globalna popkultura, ekspandująca niezależnie od integracji europejskiej, pozostaje jednak kwestia samostanowienia, samorządności, autonomicznego określania celów i wartości przez społeczeństwo.
W ten sposób docieramy do najważniejszej z przyczyn mego oporu: pryncypium suwerenności ludu. Akcesja Polski do Unii oznaczała przekazanie części prerogatyw instytucjom unijnym, a co za tym idzie – oddalenie się ośrodków decyzyjnych od obywateli. Po części wynika to z niedemokratycznej struktury UE: realna władza należy do instytucji niepodlegających obywatelskiej kontroli. Ale nawet w przypadku radykalnej demokratyzacji tych instytucji trzeba pamiętać o matematycznie ścisłej zasadzie, że im większa grupa, tym mniejszy wpływ jednostki na całość. I jeszcze jedno: istotą republiki jest idea wspólnoty obywateli – ludzi, którzy czują więź ze sobą i uznają istnienie wspólnego dobra. W Europie taką wspólnotą jest naród – w politycznym, nie etnicznym rozumieniu tego słowa. Mimo dziesięcioleci paneuropejskiej propagandy naród pozostaje wciąż jedynym bytem realnie legitymizującym władzę, rzec można – naturalnym środowiskiem demokracji. Mechaniczne połączenie różnych wspólnot oznaczałoby po prostu marginalizację mniejszych – już dziś nietrudno ukazywać tego przykłady. Często można spotkać się w Polsce ze stanowiskiem akceptującym tę sytuację – wielu ludzi (także na lewicy) spodziewa się, że pozytywne zmiany zostaną raczej wymuszone naciskiem z zewnątrz niźli wolą polskiego społeczeństwa. Nietrudno jednak dostrzec, że takie podejście jest z gruntu antydemokratyczne, a także niebezpieczne w długofalowej perspektywie. Pozwólcie sobie przypomnieć, towarzysze, że odgórnie narzucone zmiany są na ogół nietrwałe – o czym świadczy dobitnie doświadczenie PRL.
Uzbrojony w takie argumenty występowałem w latach 90. przeciw akcesji. Czy widziałem jakąś alternatywę? Tak. Nigdy nie byłem zwolennikiem Lecha Wałęsy (także wtedy, gdy do jego najbliższych współpracowników zaliczali się bracia Kaczyńscy), ale uważam, że jego koncepcja „EWG bis”, skupiającej państwa Europy Środkowo-Wschodniej o podobnym potencjale, poziomie rozwoju i bagażu historycznym, była interesująca. Gdyby udało się „EWG bis” zharmonizować ze skandynawsko-alpejską EFTA, powstałaby dużo bardziej zrównoważona konstrukcja integracji europejskiej. Tak zresztą widziała to na początku lat 90. Polska Partia Socjalistyczna Piotra Ikonowicza, głosząca w swym programie „Lewica pracownicza”: Zapewnić sobie właściwe miejsce w Europie poprzez odtworzenie więzi gospodarczych w Europie Środkowo-Wschodniej oraz budowę regionalnego systemu zbiorowego bezpieczeństwa3.
Dziś
Czy po dziesięciu latach od akcesji zmieniłem zdanie? I tak, i nie. Problem w tym, że nie da się rozdzielić zysków od strat – to dwie strony jednego zjawiska. Stąd ambiwalentna ocena procesów integracyjnych. Z jednej strony unijne fundusze stanowią liczący się zastrzyk finansowy dla polskiej infrastruktury, z drugiej – ingerencja Brukseli w nasze życie przekroczyła największe obawy4. O ile anachroniczne lęki przed „niemiecką kolonizacją” w stylu „Placówki” Prusa się nie sprawdziły, to wykupywanie polskich areałów przez zachodnie firmy okazało się rzeczywistością, o czym świadczą protesty rolników w Zachodniopomorskiem. Upadek jednych branż (np. rybołówstwo, hutnictwo) został zrekompensowany rozwojem innych.
Generalnie musiałem zrewidować poglądy, gdyż nie spełnił się szereg moich pesymistycznych przewidywań. Nie mogę pozostawać ślepym na to, że w ciągu tej dekady poziom życia w Polsce wyraźnie wzrósł. Pomyliłem się w ocenie ekonomicznych skutków akcesji. Błędnie zakładałem, że Polska pozostanie rynkiem zbytu dla gospodarki „starej Unii” – tak jak w latach 90., gdy na mocy układu stowarzyszeniowego importowaliśmy z Zachodu bezrobocie5. Tak się nie stało. Zamiast tego nastąpił modelowy przykład „rozwoju zależnego”, w którym rozwój peryferii jest pochodną rozwoju „rdzenia” (centrum).
Mimo to pozostaję sceptykiem. Gospodarka oparta na call-centers – zaplecze usługowe centrum – nie ma perspektyw rozwoju, zdana jest na zmienne trendy generowane w „rdzeniu”. Ekonomiści Zachodu podnoszą już dziś konieczność reindustrializacji. Pierwszorzędne znaczenia ma pozycja w międzynarodowym systemie gospodarczym: w którym kraju będą ośrodki dyspozycyjne i jednostki badawcze, a w którym montownie. Uzależnienie – sprowadzenie do roli podwykonawcy oczekującego na zlecenie – skutkuje osłabieniem innowacyjności. W rezultacie, choć podobno zaczynamy doganiać czy nawet wyprzedzać pogrążone w recesji kraje Południa, to dystans dzielący nas od poziomu Niemiec pozostaje ten sam6.
Wewnętrzne peryferie UE – nie tylko Polska, ale również Litwa, Rumunia, Bułgaria – pełnią też rolę rezerwuaru taniej, a dobrze wykwalifikowanej i łatwo adaptującej się siły roboczej. Nie jest to pozycja chwalebna, podobną odgrywały bantustany w RPA i Autonomia Palestyńska w Izraelu. Nie przestaje mnie więc zdumiewać, że polskiemu społeczeństwu taka rola wcale nie przeszkadza, ba – jest powodem do dumy7. Żebyśmy dobrze się rozumieli – nie dziwię się ludziom, którzy wyemigrowali, a tym bardziej ich nie potępiam. Emigracja w wymiarze jednostkowym może być oceniana pozytywnie (podniesienie poziomu życia, umożliwienie samorealizacji, poszerzanie horyzontów). W wymiarze społecznym jest zjawiskiem negatywnym: pod względem ekonomicznym prowadzi do „wykrwawienia” społeczeństwa z najbardziej dynamicznego elementu, pod względem socjologicznym rozbija rodziny i więzi społeczne8.
Inna kwestia jest jeszcze trudniejsza do wyważenia. Trudno zaprzeczyć, że UE wymusza pozytywne (z mojego punktu widzenia) zmiany w dziedzinie np. ekologii, prawa pracy, opieki nad niepełnosprawnymi. Ale i tu nachodzą mnie wątpliwości. Weźmy taki przykład: „Solidarność” wysłała do Komisji Europejskiej skargę w sprawie nadużywania w Polsce umów „śmieciowych” i KE zdecydowała o wszczęciu postępowania w tej sprawie. Wspaniale! Niewątpliwy sukces związkowców, którzy pozyskali potężnego sojusznika dla swych postulatów. Ale ten doraźny sukces na dłuższą metę może skutkować osłabieniem ruchu społecznego. Antyszambrowanie w gabinetach i kuluarach, uwikłanie w biurokratyczne procedury, supliki do rządzących – to wszystko demobilizuje, demoralizuje, a nawet korumpuje ruchy społeczne.
To tylko wycinek szerszego problemu. Wielu lewicowców widzi zbieżność między swymi wartościami a ideologią unijną w kwestiach takich jak wielokulturowość, tolerancja, prawa człowieka, swobody obyczajowe – dlatego entuzjastycznie wspiera w tym zakresie ingerencję UE w sprawy krajowe. Warto jednak zastanowić się nad ewentualnością zmiany orientacji ideologicznej przez europejski establishment, np. w kierunku neokonserwatywnym (sytuacja taka jest hipotetyczna, ale przecież realna). Czy budowa „Festung Europa” też będzie entuzjastycznie przyjmowana przez lewicę?
Nie podejmuję się natomiast ustalenia, czy Polska w Unii jest bezpieczniejsza. Aby odpowiedzieć na to pytanie, należałoby najpierw określić, co nam (a ściślej – jakim preferowanym przez nas wartościom) zagraża. Stwierdzę tylko, że pusty śmiech mnie ogarnia, gdy patrzę na „mocarstwowe” zadęcie niektórych „silnych sojusznikami” polskich polityków. Jest taka anegdota o słoniu i mrówce idących przez most. Mrówka do słonia: „Aleśmy tupali!”.
Jutro
Unia Europejska to projekt ideologiczny, wykreowany przez chadeków (Adenauer, Schuman, De Gasperi), później przepoczwarzający się w kompromis pomiędzy neoliberalizmem a blairowsko-schroederowską socjaldemokracją, a więc konsensus rynkowo-biurokratyczny połączony z progresywizmem kulturowym. Dalsza ewolucja UE pozostaje wielką niewiadomą.
Dziś Unia znajduje się w kryzysie bodaj największym od chwili powstania. Elity chcą wyjść z tego kryzysu, dokonując „ucieczki do przodu” w kierunku europejskiego państwa federalnego. W wymiarze międzynarodowym oznaczać będzie to wzmocnienie państw „rdzenia”, w wymiarze instytucjonalnym – wzmocnienie unijnej technobiurokracji, a w wymiarze społecznym (co jest skutkiem poprzedniego) – wzmocnienie wielkich grup kapitałowych, jako że małe grupy nacisku nie mają siły przebicia na tym poziomie.
Na lewicy popularne są projekty „demokratyzacji eurofederalizmu”, sprowadzające się do rozszerzenia uprawnień Parlamentu Europejskiego. Obawiam się jednak, że nie zda się to na wiele. Parlament Europejski faktycznie reprezentuje nie obywateli, lecz europejską klasę polityczną – zawodowych polityków delegowanych (poprzez listy partyjne) przez partie. Wystarczy przyjrzeć się mechanizmom selekcji: ordynacja proporcjonalna zawsze grozi alienacją posłów, w przypadku europartii (nie będących realnymi bytami, a owocem zakulisowych porozumień) jest to jeszcze wyraźniejsze.
W takim razie – że zacytuję Lenina – co robić? Zacznijmy od konstatacji, że Unia jest rzeczywistością, a bunt przeciw rzeczywistości jest mało produktywny. Alternatywą dla superpaństwa byłoby, moim zdaniem, wzmocnienie roli parlamentów narodowych, których legitymizacja jest nieporównanie silniejsza niż Parlamentu Europejskiego. Przypomnę, że w swym pierwotnym kształcie Zgromadzenie Parlamentarne Wspólnot Europejskich tworzone było przez reprezentacje parlamentów narodowych. Wzmocnienie parlamentów narodowych mogłoby się dokonać też dzięki obligatoryjnemu ratyfikowaniu aktów prawa unijnego przez te parlamenty. Idąc jeszcze dalej, można by wprowadzić wymóg zatwierdzania zmian w traktatach unijnych przez referenda we wszystkich krajach, tak jak wymaga tego konstytucja Irlandii.
To tylko jeden aspekt problemu. Unia nie składa się jednak z członków o jednakowym potencjale i znaczeniu – krzyżują się w niej podziały między Zachodem („stara Unia”) a Wschodem („nowa Unia”), Północą a Południem. Kryzys ujawnił faktyczne oblicze UE – bezwzględny dyktat państw „rdzenia”, a zwłaszcza Niemiec. Jeśli Unia ma być wspólnotą równoprawnych narodów, potęga centrum musi zostać zrównoważona. Za znakomity pomysł uważam ideę pierwiastkowego systemu głosowania, wymyśloną, ale niestety też zarzuconą przez polskich polityków9. Na polskim podwórku możemy się do tego przyczynić także, budując sojusz krajów Środkowo-Wschodniej Europy – wraca tu w nowej formule stara idea Międzymorza. Nie łudźmy się, nie będzie to łatwe. Widzę dwa zagrożenia. Subiektywnym jest snobizm łączący polskie elity ze społeczeństwem w pragnieniu, by za każdą cenę znaleźć się w „elitarnym klubie” państw centrum. Obiektywnym – partykularne sprzeczności interesów między krajami „nowej Unii” w żebrackiej konkurencji o unijne fundusze.
To tylko garść luźnych pomysłów – nie jestem politykiem, nie czuję się więc zobligowany do formułowania programów politycznych. Niemniej jedno jest pewne – przed polską lewicą stoi odkładane cały czas zadanie przemyślenia integracji europejskiej. Na razie cechujący (jakoby) lewicę krytycyzm automatycznie wyłącza się, gdy chodzi o Unię Europejską. Sam fakt jej ponadnarodowości – by nie wspomnieć o domniemanej „postępowości”, mającej być puklerzem chroniącym przed rodzimym ciemnogrodem – rozbraja lewicowców. Ci sami ludzie, którzy z pasją demaskują burżuazyjny charakter państwa narodowego, zadowalają się sentymentalną iluzją Unii jako organizacji bez mała charytatywnej, a już na pewno instytucji ponadklasowej. Lewica stała się niejako zakładnikiem integracji europejskiej, wiążąc z nią swój los na dobre – i na złe. „Wczoraj Moskwa, dziś Bruksela”, rzekłbym, gdybym był złośliwy.
Lewicowa analiza integracji europejskiej powinna zająć się dwoma – co najmniej – aspektami: po pierwsze, rolą różnych klas i grup społecznych w unijnym systemie politycznym10; po drugie, miejscem poszczególnych krajów i regionów w międzynarodowym podziale pracy, zarówno w skali świata, jak i wewnątrz UE. Lewica powinna zdekonstruować mit „Europy”, patrząc na nią przez pryzmat nie idei, lecz interesów. Może przydatną będzie następująca przypowieść z Talmudu: Otóż siedzieli sobie kiedyś razem rabbi Juda bar Ilai, rabbi Jose ben Halafta i rabbi Szymon bar Jochaj, a obok nich siedział Juda, syn prozelitów. Rabbi Juda zaczął od spostrzeżenia: „O, jak piękne są dzieła Rzymian! Wybudowali drogi, zbudowali mosty, wznieśli łaźnie”. Rabbi Jose nic nie powiedział, natomiast rabbi Szymon rzekł: „Wszystko co zrobili, zrobili dla siebie. Zbudowali place, żeby wystawały na nich nierządnice. Zbudowali łaźnie, żeby się w nich odmładzać, a mosty po to, żeby zdzierać na nich myto” (Talmud Bawli, Szabat 33b)11.
Polska lewica, niepewna własnej wartości, trzyma się Unii jak pijany płotu. Może jednak warto wytrzeźwieć i ruszyć w drogę na własnych nogach.
Przypisy:
- Choć przyznaję, że w swoim czasie interesowała mnie idea Imperium Europejskiego, lansowana przez zachodnioeuropejską Nową Prawicę.
- Pozwolę sobie tu odwołać się do współczesnej popkultury: w filmie „World War Z” przywołano izraelską „regułę dziesiątego”, w myśl której jeśli dziewięciu zgadza się w jakiejś sprawie, to obowiązkiem dziesiątego jest zakwestionowanie konsensusu i zaprezentowanie alternatywy.
- „Socjalista” (Pismo OKR PPS w Katowicach) nr 4/1994.
- Nie przypominam sobie, żeby nawet w najgłębszej PRL to Moskwa decydowała o takich sprawach jak budowa obwodnicy w powiatowym mieście czy parametry klatek dla drobiu.
- Każde rondo zbudowane przy udziale unijnych funduszy opatrzone jest stosowną tablicą. Ale przed wieloma zamkniętymi zakładami powinny znaleźć się podobne tablice, że nastąpiło to wskutek unijnej konkurencji.
- Niestety nie mam dostępu do nowszych danych, ale Charles Gati w artykule „Słabnące uczucie. W krajach Europy Środkowej kończy się miłość do Ameryki” („Sprawy Międzynarodowe” nr 4/2008) napisał: Bogatsze społeczeństwa Unii Europejskiej rozwijają się szybciej od społeczeństw wschodniej i środkowej Europy. Dystans pomiędzy nimi nadal się powiększa.
- Pracę na Zachodzie dowartościowują nie tylko wymierne korzyści ekonomiczne, ale też wcześniej przeze mnie nieuwzględniany czynnik psychologiczny – snobizm. Snobizm, który sprawia, że nawet strona internetowa jednej z trockistowskich grupek zachwala przynależność Polski do „elitarnego [sic!] klubu” UE!
- O politycznych skutkach emigracji dla polskiej lewicy pisałem w tekście „Eksport nadziei. Rewolucjoniści wyjechali do Irlandii”, „Trybuna Robotnicza” nr 7/2006. Kwestii dumpingu socjalnego w wykonaniu migrantów nie będę rozwijał. Akurat w tym przypadku lewica, dotąd ignorująca to zjawisko, po rozszerzeniu 2004 r. nagle zaczęła dostrzegać problem „polskiego hydraulika” zaniżającego zachodnie standardy socjalne.
- Na wszelki wypadek przypomnę, że system ten opierał się na kryterium wagi, odpowiadającej liczbie ludności danego kraju podzielonej przez jej pierwiastek kwadratowy, co wzmacniało pozycję małych (a w drugiej kolejności także średnich) krajów.
- Drobny przykład: analiza skutków przyjęcia waluty euro przez pryzmat interesów różnych grup społecznych. Skłonny jestem domniemywać, że korzyści przypadną klasie wyższej i średniej, natomiast koszty spadną przede wszystkim na klasy niższe.
- Muszę przyznać ze wstydem, że nie jestem znawcą Talmudu. Powyższy cytat znalazłem na wielce erudycyjnym blogu Ebenezera Rojta „Kompromitacje” http://kompromitacje.blogspot.com/.
przez Jacek Tittenbrun | środa 30 kwietnia 2014 | Wiosna 2014
Tekst poniższy będzie z pewnością odebrany przez część czytelników jako prowokacyjny. Cóż, jeśli będzie to prowokacja do myślenia, tym lepiej. Natomiast źle by oczywiście było (choć akurat wśród czytelników „NO” to niebezpieczeństwo jest zapewne mniejsze niż przeciętnie), gdyby przemyślenia autora stały się okazją do niewybrednych ideologicznych przepychanek, oskarżeń o wynarodowienie, kosmopolityzm, ,,brak patriotyzmu” itp. Polemiści mieliby tu zaś tym dogodniejsze pole do ataku, że w dyscyplinie autora, tj. socjologii, istotnie ostatnimi laty sporą popularność zdobyły koncepcje socjologii kosmopolitycznej, sygnowane nazwiskami Ulricha Becka i innych. Od tego jednak do przyjęcia, że sam autor musi być zwolennikiem owych teorii, jest naturalnie daleka droga, nie mówiąc już o tym, że nie należy mylić kosmopolityzmu jako światopoglądu i podobnie określanego nurtu w naukach społecznych, gdyż czyniący tę omyłkę popełniałby tym samym nazwany tak przez Whiteheada błąd źle umiejscowionej konkretności.
A zatem do rzeczy. Dla każdego znającego się na gospodarce jest raczej jasne, że tzw. kryzys euro nie został bynajmniej przezwyciężony, ponieważ nie zanikły jego podstawowe przesłanki. Wbrew powszechnej opinii euro w ogóle nie zasługuje na miano wspólnej waluty europejskiej. Porównajmy ten pieniądz z dolarem, jakiemu istotnie przysługuje taki status – w obrębie państwa federalnego. Jeśli, powiedzmy, mieszkaniec stanu Alabama ustanowi depozyt w banku, to – przy innych warunkach jednakowych – ten wkład będzie przynosił taki sam procent jak oszczędności poczynione przez mieszkańca New Jersey albo Luizjany. Takie samo rozumowanie można by przeprowadzić odnośnie do innych podstawowych operacji i procesów ekonomicznych poświadczających ujednolicenie warunków obrotu gospodarczego pod jurysdykcją dolara. Tymczasem w Europie, nawet jeżeli ograniczymy się do strefy euro, nic podobnego nie ma miejsca. Wystarczy pomyśleć o drastycznych różnicach w poszczególnych parametrach ekonomicznych między Grecją a Niemcami. Otóż na dalszą metę nie ma innego rozwiązania tego problemu jak tzw. unia fiskalna, czyli po prostu wspólny budżet, co oznacza zaś – jak mówią Anglicy – for all intents and purposes wspólne państwo. Podstawą do obowiązywania dolara na obszarze nie mniej wszak niż państwa Unii zróżnicowanych gospodarczo stanów USA – jest zdolność fiskalna skarbu państwa i nieodłącznie z tym związana możliwość transferu funduszy pomiędzy regionami. Taki transfer dokonuje się w Stanach na skalę zaskakująco wysoką dla tych, w oczach których Ameryka to wciąż wzorcowy kraj wolnorynkowego kapitalizmu. Biedacy ci nie znają za dobrze historii, a nazwa „New Deal” kojarzy im się pewnie z jakąś nową superfuzją potentatów na rynku smartfonów czy innych gadżetów.
Te półśrodki, jakie stosują władze UE, a przede wszystkim jej Bank Centralny, działają jak przylepiec na rany – mogą pomóc czasowo, ale nic ponad to. Problem niezaleczony pozostanie problemem.
Czy nadzór nad bankami suwerennych państw i w razie potrzeby niezbędna pomoc finansowa będą mogły być w pełni urzeczywistnione bez wykształcenia prawdziwego unijnego państwa? To w najwyższym stopniu wątpliwe. Jak pokazuje najnowsza historia, a także zdrowy rozsądek, każdy rząd ma swoje cele, forsuje narodowe i specyficzne klasowe interesy, co prowadzi do zaostrzenia nieusuwalnych sprzeczności systemu kapitalistycznego, jakie Unia miała przecież łagodzić. I dodajmy, były na to rzeczywiście szanse, bo Europa Zachodnia reprezentuje system – z pominięciem rzecz jasna, jak to określa nieżyczliwa prasa satyryczna, „amerykańskiego pudla”, tj. Wielkiej Brytanii – odrębny od anglofońskiego.
Trudno sobie wyobrazić, jak ukształtowany przez lata i notabene stanowiący fundament sukcesów niemieckiej gospodarki unikalny model współpracy sieci lokalnych banków z drobnymi i średnimi przedsiębiorstwami, tworzącymi kościec nadreńskiej struktury gospodarczej, miałby być ulepszony w wyniku odgórnej interwencji i kontroli brukselskich urzędników. Nie wspominając już o tym – co nawiązuje do wcześniejszej myśli – że choć formalnie wszystkie państwa są na równi suwerenne, to niektóre są suwerenne zdecydowanie bardziej. W ramach Unii należy do takich przede wszystkim Niemiecka Republika Federalna, którą stać będzie na odrzucenie wszelkiej niewygodnej dla Berlina inicjatywy płynącej z Brukseli. W ostatnim okresie Niemcy prowadziły właśnie taką politykę korzystną dla siebie, tj. nastawioną na eksport. W takiej gospodarce mniej się liczy konsument wewnętrzny, więc rząd niemiecki dopiero na szarym końcu państw rozwiniętych, w przymusowej sytuacji, na zasadzie ustępstwa wobec koalicyjnego partnera wprowadził instrument od dawna stosowany gdzie indziej – płacę minimalną. To rząd Merkel stał także za nieustępliwą polityką antyinflacyjną Europejskiego Banku Centralnego i następnie polityką oszczędnościową, jaka dotkliwie dała się we znaki uboższym klasom społecznym kontynentu.
Coraz bardziej widoczne sprzeczności interesów pomiędzy Paryżem a Berlinem, niegdyś przecież traktowanymi jako strategiczna oś Unii, byłyby na pewno ciut łatwiejsze do pokonania, gdyby mogły być regulowane w ramach jednej struktury państwowej. Tymczasem mamy twory o nader wątpliwym statusie ontologicznym – zarówno UE, jak i jej niezbyt udane dziecko, strefę walutową (która de facto strefą walutową w pełnym tego słowa znaczeniu, jak podkreślano, nie jest).
No ale zaraz… gdzie w tym wszystkim miejsce dla Polski? Oderwane od rzeczywistości teoretyzowanie to jedna sprawa, a nasze konkretne interesy narodowe to zupełnie inna kwestia.
Po kolei. Co do abstrakcyjności i idealizowania Unii autor niezupełnie mógłby się zgodzić. Budowla, jakiej na imię Unia Europejska, wykazuje skazy bynajmniej nie tylko w swych fundamentach ekonomicznych. Jej struktury i mechanizmy polityczne pozostawiają także wiele do życzenia. Pojawiło się już nawet nowe określenie dla rodzaju ustroju politycznego właściwego dla UE – „komisjokracja”, oczywiście od nazwy ulubionego ciała władczego sprawującego rządy w Brukseli i Strasburgu. Parlament ma, po pierwsze, o wiele mniejsze znaczenie od poprzednich ciał, ale i sam cierpi na wyraźny niedostatek demokracji. Jest wiele wskaźników tego smutnego stanu rzeczy: niska frekwencja w wyborach europosłów czy znikoma znajomość tych ostatnich wśród ich nominalnego elektoratu i wynikający stąd brak łączności obu stron. Być może jednak kluczowe znaczenie ma tu inny czynnik – nasz sejm także nie cieszy się estymą w narodzie, niemniej każdy może przypomnieć sobie momenty z bardzo niedawnej historii, gdy ważne potrzeby i interesy zasadniczych klas społecznych wypychały je na ulice, właśnie na Wiejską, uznawaną za stosowne miejsce dla tego rodzaju manifestacji. A teraz proszę porównać to ze statystykami demonstracji przed siedzibą Parlamentu Europejskiego. Porównanie jest wymowne.
Nie jest to wszelako stan, jaki z założenia wykluczałby różnego rodzaju środki zaradcze. Znowu jest to obszerny temat, mogący stanowić przedmiot osobnego artykułu, powiemy więc w tym miejscu, że także inny strach naszych czasów, tj. globalizacja, jest niestraszny mechanizmom demokracji cyfrowej, które wykorzystują dobrodziejstwa globalizacji w postaci kanałów i urządzeń komunikacji. Zaczątki takich działań rozwijają się od dłuższego czasu i nie widać żadnych przeciwwskazań, by mechanizmów petycji, listów do rządów i organizacji międzynarodowych, znaczna część których osiągnęła zamierzony efekt, nie rozszerzyć do propozycji ustawowych, głosowań nad budżetem itp., co mogłoby radykalnie przekształcić oblicze brukselskiego Lewiatana.
Wróćmy do kwestii polskich interesów. Zapewne trudno byłoby znaleźć kogoś, kto uważałby, że per saldo nasze wejście do Unii było niekorzystne z ekonomicznego punktu widzenia. Inna rzecz, czy olbrzymi strumień pieniędzy płynący z unijnych skarbców został optymalnie wykorzystany. Mam wątpliwości, czy szefowie UE albo nasza komisarz Hübner mają prawo powiedzieć, patrząc na stan rodzimych dróg i innych infrastrukturalnych projektów – że „zastali Polskę drewnianą, zostawili murowaną”.
W dziedzinie politycznej wpływ UE uwidocznił się przede wszystkim w zakresie zbioru różnych mechanizmów prawnych, jakie Polska musiała przyjąć, wstępując do Unii. Nie jest to miejsce na księgowy bilans owych norm, jednak ogólnie stwierdzić można ich pozytywny, cywilizujący wpływ na nasze życie publiczne. Z drugiej jednak strony był to wpływ dość formalny, jeśli nie naskórkowy, co często można zarzucać prawu, które ostatecznie do formalnych mechanizmów wszak się sprowadza. Jeśli zatem zapytamy, czy w następstwie tych dostosowań zmieniła się, i jeśli tak, to w jakim stopniu, rodzima tzw. kultura polityczna, czy podniosła się intensywność życia obywatelskiego, to odpowiedź będzie musiała być o wiele bardziej mieszana, a pod pewnymi względami jednoznacznie negatywna. Czy w związku z tym owe braki mogłyby zostać łatwiej zrekompensowane w ramach czegoś, co zostało wymienione w nagłówku artykułu, bez pytajnika? Wydaje się, że tak jak z oczywistych względów w ramach jednolitego organizmu państwowego mechanizm transferów środków może działać znacznie sprawniej niż w ramach mozaiki państw narodowych, tak i wzmożona komunikacja wielu stron i ich interaktywne relacje – w odróżnieniu od wcale nie obowiązkowej centralizacji – jakim sprzyjałoby utworzenie nie tylko unii monetarnej, ale i wspólnego państwa, nie mogłyby nie przynieść pozytywnych następstw i dla tej dziedziny życia.
Obserwatorów polskiego życia publicznego od lat podziwem napawają, jak się wydaje, nieskończone wysiłki naszych reformatorów rozmaitych sfer życia społecznego, czy to oświaty, czy służby zdrowia, czy czegoś tam jeszcze. Pomysłodawcy owych, excusez le mot, reform działają zgodnie ze wszystkimi regułami koterii, dając się przy tym nieźle pożywić rzeszy konsultantów, kooperantów, podwykonawców i jak tam oni się jeszcze zwą. A przecież jakkolwiek ma słuszność wieszcz, smagając naród za to, iż „pawiem [innych] narodów był i papugą”, to wszystko sprowadza się do sposobu i obiektu takiej adaptacji. Może irytować tępotą kulturową przeszczepianie na siłę z gruntu nam obcej tradycji Halloween (konia z rzędem temu, kto potrafi udowodnić, że choć 10 proc. uczestników tej zabawy rozumie jej sens i genezę) na glebę obyczajowości narodu, który akurat wokół kalendarzowego Dnia Zmarłych posiadał swoją własną tradycję Zaduszek. Natomiast dziwne (pozornie, oczywiście – patrz wyżej), że nikt jakoś w kraju nie był zainteresowany przenoszeniem na rodzimy grunt dobrych wzorców zagranicznych, np. fińskiej oświaty, społeczeństwa obywatelskiego kwitnącego w wielu krajach Europy, nie wspominając już o generalnym modelu państwa opiekuńczego wypracowanego w Skandynawii. Model ten – jak wykazała rzeczywistość – udowodnił, że potrafi połączyć coś, co wydawało się dotąd nie do pogodzenia: wysoki stopień ochrony socjalnej, horrendalny z punktu widzenia burżuazji poziom podatków z wysoką konkurencyjnością i wzrostem gospodarczym, kończąc na takich „detalach” jak czołowe miejsca w rankingach spójności społecznej czy najmniej skorumpowanych państw i społeczeństw (w tym ostatnim na prowadzenie wysunęła się Dania).
Powie ktoś, że nikt nie wzbrania nam pożyczać sobie tej lub innej z owych sprawdzonych struktur już obecnie, że przynależność do jednego państwa nie jest tego warunkiem niezbędnym. Niby racja, ale tylko na pozór. Bowiem w praktyce taka dyfuzja między państwami wygląda jednak zupełnie inaczej niż przekazywanie optymalnych rozwiązań czy dobrych praktyk pomiędzy regionami jednego organizmu.
Omawianie korzyści, jakie mogłaby przynieść tak pojęta integracja, można by kontynuować długo, a wiele z nich ma coś wspólnego z aktualną, jak się okazuje, diagnozą Gombrowicza, jaką postawił ongiś polskiemu zaściankowi.
Ale naprawdę mijałoby się to z celem. Albowiem po tym hymnie w beethovenowskiej tonacji nadszedł czas na kubeł zimnej wody. Powyższe rozważania można traktować jako rodzaj nieszkodliwego eksperymentu myślowego – w obecnym klimacie politycznym i ideologicznym projekt taki nie ma szans. Nie tylko na szczeblu Unii nie widać wizjonerów, mężów stanu, którzy mieliby odwagę wyjść poza wąskie technokratyczne rozwiązania, w kręgu których obraca się od dłuższego czasu UE, ale – co jeszcze istotniejsze – inicjatywa taka nie mogłaby w obecnej koniunkturze liczyć na oddolne poparcie ani rządów, ani społeczeństw. Do stanu świadomości tych ostatnich w tej mierze przyczyniają się naturalnie nie tylko luki w edukacji dotyczącej wad i zalet różnych form organizacji unijnego systemu, lecz również autentyczne braki systemu obecnego, mogące zniechęcać – miast zachęcać – do jego naprawy.
Tak więc wydaje się, że… wszystko zostanie po staremu – anemiczny wzrost gospodarek, którym coraz trudniej będzie nastarczyć środków dla starzejącej się ludności, oraz to podnoszące się, to nieco opadające fale nacjonalizmu, który pozostanie trwałą bolączką Europy, tym groźniejszą, że – jak pokazuje choćby aktualny przykład wyspiarzy – dającą się łatwo wygrywać przeciwko imigracji, która – ekonomicznie rzecz biorąc – jawi się jako racjonalne rozwiązanie demograficznych kłopotów Europy.
przez dr hab. Pawel Soroka | środa 30 kwietnia 2014 | Wiosna 2014
Niewątpliwie największym pozytywem integracji Polski z Unią Europejską jest włączenie do wielkiego, wspólnego europejskiego rynku. To szansa dla znacznej części polskich przedsiębiorstw – i coraz więcej z nich tę szansę wykorzystuje. Wystarczy wspomnieć o naszym przemyśle rolno-spożywczym, zwłaszcza mleczarskim i wędliniarskim. Szkoda tylko, że ciągle zbyt mało oferujemy na tym rynku wyrobów wysoce przetworzonych, opartych na wiedzy i nowoczesnych technologiach. Jednocześnie penetracja importowa, czyli zaspokajanie potrzeb na artykuły przemysłowe w Polsce produkcją z importu, wynosi ponad 50%1!
Ze wspólnym rynkiem związana jest swoboda poruszania się i podejmowania pracy lub działalności gospodarczej przez obywateli państw członkowskich na całym terytorium UE – wystarczy do tego posiadanie jedynie dowodu osobistego. To bez wątpienia największa korzyść, jaką z przynależności do Unii wynosi zwykły obywatel, każdy z nas. Ale i to ma ujemną stronę. Mianowicie coraz więcej najzdolniejszych i najlepiej wykształconych w naszym kraju Polaków na stałe zostaje na Zachodzie.
Do innych zalet integracji Polski z UE należy zaliczyć „europeizację” administracji publicznej, która – partycypując w realizacji różnych programów unijnych – w znacznym stopniu musiała dostosować się do wymogów i standardów unijnych oraz udoskonalić swoje funkcjonowanie. Administracja publiczna w państwach „starej Unii” posiada bowiem ogromne doświadczenie i przewyższa sprawnością i efektywnością naszą administrację, która odziedziczyła złe nawyki upolitycznienia z okresu realnego socjalizmu. Inna sprawa, że temu postępowi towarzyszył w Polsce nadmierny rozrost administracji, co było głównie spowodowane błędnymi, moim zdaniem, rozwiązaniami w ostatniej reformie tego sektora w 1998 r. (stworzenie powiatów zamiast związków gmin, swoista dwuwładza w województwach – urząd wojewody i urząd marszałkowski).
Pozytywem było również przyjęcie przez Polskę w Układzie Akcesyjnym (chociaż obowiązują tu okresy przejściowe) podwyższonych standardów i wymogów w zakresie ochrony środowiska, jak również otrzymane na te cele środki w ramach Funduszu Spójności. Jak wiadomo, w ekstensywnej gospodarce socjalistycznej, nastawionej na wyniki ilościowe, ochrona środowiska była sferą niedocenianą i zaniedbaną. Skutkiem tego była m.in. fatalna sytuacja ekologiczna na Górnym Śląsku, i nie tylko tam. W wyniku integracji Polski z UE w tej dziedzinie wiele zmieniło się na lepsze.
Z kolei negatywnym aspektem akcesji Polski do Unii w tym zakresie są narzucone przez nią wygórowane limity dotyczące ograniczenia emisji dwutlenku węgla w ramach tzw. polityki dekarbonizacji. Uderza to w polską energetykę, która oparta jest głównie na naszych zasobach węgla kamiennego i brunatnego, co zapewnia nam bezpieczeństwo energetyczne. Przyjęty przez Unię Europejską pakiet klimatyczno-energetyczny zakłada, że w 2020 r. nastąpi redukcja emisji dwutlenku węgla w Unii Europejskiej o 20 proc. w stosunku do 1990 r. Cel ten ma być osiągnięty m.in. poprzez system kupowania na aukcjach w Europie uprawnień do emisji dwutlenku węgla przez elektrownie i elektrociepłownie oraz ciepłownie, które wydzielają ten gaz do atmosfery. Unia Europejska przyznała Polsce limit emisji dwutlenku węgla w wysokości 208,5 mln ton rocznie. W 2013 r. bezpłatna emisja ograniczona została do 30%, w 2014 r. skurczy się o 40%, a w roku 2020 do zera2. Przewiduje się, że w najbliższych latach ceny uprawnień będą wzrastały, to zaś spowoduje wzrost cen energii wytwarzanej z węgla. Co więcej, w latach 2015–2019, wskutek wdrażania unijnej dyrektywy 2010/75/UE w sprawie emisji przemysłowych, w Polsce wyłączonych zostanie wiele najbardziej przestarzałych bloków energetycznych i kotłów w elektrowniach, elektrociepłowniach i ciepłowniach, co znacznie obniży ich moce wytwórcze.
Innym przejawem polityki UE w zakresie dekarbonizacji są zamiary uzależnienia opodatkowania paliw od ich emisyjności i wartości energetycznej3. Wszystko to uderzy zwłaszcza w branże energochłonne, zużywające duże ilości prądu, takie jak hutnictwo żelaza i metali nieżelaznych czy przemysł szklarski i ceramiczny, które w związku z tym poniosą dodatkowe znaczne koszty wraz ze wzrostem cen energii elektrycznej. Unijne wymagania dotyczące ograniczenia emisji dwutlenku węgla uderzą też w nasz przemysł rafineryjny. Jego funkcjonowanie i modernizacja wymaga bowiem zwiększonych nakładów, m.in. w celu spełnienia rygorystycznych wymagań w zakresie ochrony środowiska.
Wchodząc do Unii Europejskiej, Polska umocniła swoje bezpieczeństwo. Nasz kraj aktywnie działa na rzecz rozwoju Wspólnej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony. Wyzwaniem dla polskiego przemysłu obronnego stały się podjęte przez Unię działania, mające na celu otwarcie europejskiego rynku uzbrojenia. Polska przystąpiła w dniu 1 lipca 2006 r. do „Międzyrządowego Reżimu Stymulującego Konkurencyjność Europejskiego Rynku Obronnego”, ustanowionego Kodeksem Postępowania w Zakresie Zamówień Obronnych. Kolejnym etapem rozwoju tego rynku jest przyjęcie przez władze Unii Europejskiej Dyrektywy nr 2009/81/WE, którą nasze władze (na czele z MON) i przedsiębiorstwa zbrojeniowe muszą implementować. Oznacza to m.in. dopuszczenie silnych zagranicznych podmiotów do organizowanych w Polsce przetargów na uzbrojenie Sił Zbrojnych RP. Przedtem obowiązywał art. 296 Traktatu ustanawiającego Unię Europejską (TUE), zgodnie z którym każde państwo członkowskie może podejmować środki, jakie uważa za konieczne, w celu ochrony podstawowych interesów jego bezpieczeństwa, a które odnoszą się do produkcji lub handlu bronią, amunicją lub materiałami wojennymi; środki takie nie mogą negatywnie wpływać na warunki konkurencji na wspólnym rynku w odniesieniu do produktów, które nie są przeznaczone wyłącznie do celów wojskowych. Oznaczało to, że rynki uzbrojenia w krajach Unii Europejskiej miały charakter narodowy. Państwa członkowskie zamawiały uzbrojenie dla swoich Sił Zbrojnych w krajowych przemysłach zbrojeniowych i nie były zobowiązane na takich samych zasadach dopuścić do tych zamówień firm zagranicznych. Przyjęcie Kodeksu Postępowania i implementacja w ubiegłym roku Dyrektywy nr 2009/81/WE zmieniło ten stan rzeczy. Polskie przedsiębiorstwa obronne muszą teraz konkurować o zamówienia krajowe z silnymi europejskimi koncernami, produkującymi uzbrojenie i sprzęt wojskowy w długich seriach, firmami o stabilnej i silnej pozycji na rodzimych rynkach, wspieranymi przez swoje rządy w zakresie eksportu4.
Nowa dyrektywa nr 81 wprowadza również specjalne procedury wyboru podwykonawców. Dysponent uzbrojenia może nakazać zwycięzcy przetargu wybranie poddostawców w drodze kolejnego, wolnego przetargu. Firma, która otrzyma główne zlecenie, będzie ich wybierała w sposób w pełni konkurencyjny. Nasze krajowe spółki muszą zatem rywalizować z zagranicznymi na ogólnorynkowych zasadach. Stanowi to poważne wyzwanie dla polskich przedsiębiorstw obronnych i ich zaplecza badawczo-rozwojowego. Do tych zagrożeń odniosło się Polskie Lobby Przemysłowe, zdaniem którego ze strony rządu w tej nowej sytuacji możliwe i pożądane są następujące działania i przedsięwzięcia:
- Należy podpisywać wieloletnie umowy na dostawy i kompleksową obsługę logistyczną uzbrojenia i sprzętu wojskowego (UiSW), produkowanych przez polskie spółki obronne. Umowy powinny zostać zawarte na cały okres objęty Programem Modernizacji Technicznej Wojska Polskiego.
- Potrzebne jest uruchomienia przez MON i Narodowe Centrum Badań i Rozwoju wieloletnich programów B+R+W (badania, rozwój, wdrożenia) w spółkach przemysłowego potencjału obronnego, obejmujących po ich zakończeniu obowiązek zawarcia umów wieloletnich o pełnym cyklu życia produktów.
- Pożądane jest stworzenie prawnych możliwości zawierania umów i realizacji dostaw Uzbrojenia i Sprzętu Wojskowego przy rozliczeniach płatności, także sprzętem używanym, wycofywanym z etatu sił zbrojnych, a także płatności rozłożonych w czasie (leasing). Stworzy to przesłanki zawierania transakcji mniej korzystnych z punktu widzenia zagranicznych dostawców, którzy zawsze oczekują wyższych marż zysku.
- Należy zapewnić wsparcie finansowe przedsięwzięć B+R+W i restrukturyzacyjnych, korzystając z wyłączeń ograniczeń dla pomocy publicznej wynikających z art. 346 TFUE lub trybu na zasadach „testu prywatnego inwestora”.
- Wskazane jest powołanie agencji rządowej wyspecjalizowanej w promocji i wspieraniu eksportu – wzorem innych państw takich jak Rosja, Francja, Włochy czy Izrael, które osiągają największe sukcesy eksportowe. Agencja taka mogłaby zatrudniać od kilku do kilkunastu wysoko umocowanych osób, a w jej finansowaniu uczestniczyłyby także podmioty polskiego przemysłu obronnego.
- Zapewnić trzeba silne wsparcie eksportu przez osoby z najwyższego kierownictwa państwa (Prezydent RP, Premier RP, ministrowie: spraw zagranicznych, obrony narodowej oraz gospodarki), w tym akceptowanie i zawieranie umów międzynarodowych z krajami partnerów gospodarczych przemysłowego potencjału obronnego5.
Niezależnie od działań, które – miejmy nadzieję – podejmą agendy rządowe w celu sprostania wyzwaniom zrodzonym przez Dyrektywę 2009/81/WE, wiele muszą uczynić same polskie przedsiębiorstwa obronne i ich zaplecze badawczo-rozwojowe. W celu stworzenia nowych produktów, konkurencyjnych na otwartym europejskim rynku uzbrojenia, powinny one zwiększyć nakłady na B+R+W i przyspieszyć prace badawczo-rozwojowe. Innym pożądanym rozwiązaniem jest podejmowanie przez polskie firmy współpracy z zagranicznymi przedsiębiorstwami zbrojeniowymi z terenu Unii Europejskiej. Możliwość realizacji dużych programów zbrojeniowych w kooperacji z partnerami zagranicznymi dla rządów państw zaangażowanych w liberalizację europejskiego rynku uzbrojenia jest bowiem sposobem wzmocnienia krajowego przemysłu przed całkowitym otwarciem na konkurencję.
Przypisy:
- Raport pt. Straty w potencjale polskiego przemysłu i jego ułomna transformacja po 1989 roku. Wizja nowoczesnej reindustrializacji Polski, opublikowany w „Roczniku Polskiego Lobby Przemysłowego, Materiały programowe i informacyjne, opinie i stanowiska z 2011 i 2012 roku”, red. J. Horodecki, H. Potrzebowski i P. Soroka, Warszawa, marzec 2012, s. 246.
- Wtedy trzeba będzie płacić rocznie 4,8–7,3 mld euro, dlatego przedstawiciel Polski nie parafował w Brukseli porozumienia wykonawczego w sprawie pakietu energetyczno-klimatycznego – por. P. Bożyk, Dylematy energetyczne Polski, „Biuletyn Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego”, nr 5/2012 grudzień.
- Chodzi o propozycje znowelizowania dyrektywy 2003/96/UE dotyczącej opodatkowania wyrobów energetycznych i energii elektrycznej – zob. P. Bąk, Unia podwyższa podatek akcyzowy na energię, „Gazeta Prawna”, 29.06.2012 r.
- Opinia Polskiego Lobby Przemysłowego z dnia 7 marca 2011 r. dotycząca implementacji Dyrektywy nr 2009/81/WE, w: Polskie Lobby Przemysłowe. Materiały programowe i informacyjne, opinie i stanowiska z 2010 i początku 2011 roku. Publikacja nr 21, Warszawa 2011, s. 127.
- Opinia Polskiego Lobby Przemysłowego z dnia 7 marca 2011 r. dotycząca implementacji Dyrektywy nr 2009/81/WE, op. cit., s. 129.
przez Stefan Sękowski | środa 30 kwietnia 2014 | Wiosna 2014
Dziesięć lat, które minęły od akcesji Polski do UE, pokazało, że na otwarcie europejskiego rynku pracy nie byliśmy gotowi. Polska – gospodarczo, stare państwa UE – mentalnie.
W czasie gdy powstawała moja odpowiedź na tę ankietę, wyjechaliśmy z fotoreporterem „Gościa Niedzielnego” służbowo do Anglii. Drugiego dnia przy śniadaniu w domu gościnnym okazało się, że Pani, która je przygotowała, jest Polką. Ma ok. 60 lat, pochodzi z Podkarpacia, w Anglii mieszka już 10 lat. Pojechała tam po tym, jak straciła pracę w marketingu. Na początku nie mówiła ani słowa po angielsku, ale dzięki pomocy i tolerancji szefa dla osoby, która na samym początku nie potrafiłaby odpowiedzieć na najprostsze pytanie, nauczyła się go w stopniu komunikatywnym. Od początku pracowała w kilku miejscach, na samym starcie po 14 godzin dziennie przez 7 dni w tygodniu. Teraz pozwala sobie na jeden wolny dzień w tygodniu, nie pracuje już tak dużo. W domu, do którego stara się przyjeżdżać jak najczęściej (głównie w okolicach świąt), została rodzina. Gdy o tym mówi, smutnieje. Myśli o tym, by „zjechać do kraju” – niestety z tego, co mówi, wynika, że nie zdarzy się to zbyt szybko.
Nasze zaskoczenie było jeszcze większe, gdy kilkanaście godzin później, debatując z udawanym znawstwem w pubie nad tym, jakie piwo wybrać, za plecami usłyszeliśmy słowa: Spróbuj tego.
Trudny bilans
W Wielkiej Brytanii bardzo łatwo spotkać Polaka. Oczywiście, to przypadek specyficzny. Jako jedno z pierwszych państw, obok Irlandii i Szwecji, od razu po wielkim rozszerzeniu Unii Europejskiej w 2004 r., Wielka Brytania otworzyła rynek pracy dla obywateli nowych państw Wspólnoty. Bardzo szybko Polacy zaczęli wyjeżdżać na Wyspy za chlebem. Między 2004 a 2005 r. liczba mieszkających tam Polaków wzrosła ponad dwukrotnie – ze 150 tys. do 340 tys. (dane GUS), zaś we wszystkich państwach UE prócz Polski – z 750 tys. do 1,17 mln. Wielka Brytania cieszyła się największym zainteresowaniem ze względu na stosunkowo najmniejszą barierę językową i chłonny rynek pracy, choć np. w Irlandii liczba Polaków w tym samym okresie wzrosła aż pięciokrotnie. Obecnie, gdy już wszystkie państwa „starej” Unii otworzyły się na pracowników z „nowych państw” UE, przebywa w nich ponad 1,5 mln Polaków (łącznie polskich migrantów czasowych jest na świecie ok. 2,2 mln).
Po dziesięciu latach członkostwa Polski w UE warto pokusić się o bilans otwartego rynku pracy we wspólnocie. Jesteśmy jego beneficjentami czy na nim tracimy? „Będzie praca u Bauera, więc do Reichu jedźmy teraz” – pisali ponad 10 lat temu polscy narodowcy na ulotkach, które miały zniechęcić nas do głosowania za akcesją Polski do Unii Europejskiej. Dziwne to hasło: było i jest więcej zagrożeń płynących z naszego członkostwa w UE niż swoboda przemieszczania się i otwarcie rynków pracy na Zachodzie. Strasząc porównaniami do robót przymusowych z okresu II wojny światowej, przeciwnicy integracji europejskiej srogo minęli się z rzeczywistością. Otwarcie rynku pracy za granicą nie skończyło się zniewoleniem osób, które wyjechały za chlebem. Co prawda zdarzały i zdarzają się przypadki wykorzystywania ludzi (słynne „obozy pracy” we Włoszech, zmuszanie do prostytucji itd.), jednak wiążą się one głównie z podjęciem decyzji o nielegalnym zatrudnieniu, niewystarczającą znajomością realiów zagranicznego rynku pracy i zbytnim zaufaniem wobec szemranych agencji pośrednictwa. Otwarcie zagranicznych rynków pracy nie było warunkiem sine qua non trudnego losu, jaki spotkał oszukanych, a jedynie dodatkową okolicznością zachęcającą ich do wyjazdu.
Przez ten okres Polacy pracujący za granicą zarobili miliardy złotych. Od kilku lat co roku emigranci przesyłają do kraju 4–6 mld euro rocznie. Jako główne przyczyny emigracji zarobkowej ludzie wymieniają najczęściej brak perspektyw na dobrą pracę z dobrymi zarobkami, brak dostępu do zasobów mieszkaniowych oraz lepszą politykę rodzinną za granicą. Głównym argumentem za wyjazdem jest więc niestety poczucie braku perspektyw w kraju. Jakkolwiek negatywnie oceniamy sytuację, w której brak perspektyw w ojczyźnie zachęca ludzi do wyjazdu za chlebem za granicę, sytuacja materialna ich oraz ich rodzin w wielu przypadkach poprawiła się.
Masowa emigracja zarobkowa pociąga za sobą także negatywne skutki. Z opracowanego w 2013 r. raportu Komitetu Badań nad Migracjami PAN wynika, że w związku z masową emigracją zarobkową dochodzi w Polsce wręcz do katastrofy demograficznej. Przykładowo z województwa opolskiego wyjechało prawie 11 proc. mieszkańców – widok opuszczonych domów w opolskich wsiach robi przytłaczające wrażenie. To wszystko powoduje starzenie się społeczeństwa i, co szczególnie bolesne, bardzo negatywnie odbija się na rodzinach samych zainteresowanych. Najwięcej rozwodów jest w tych województwach, z których wyjechało najwięcej osób, często w pojedynkę, zostawiając bliskich w ojczyźnie. Występuje także drenaż mózgów. Zagraniczni naukowcy, związani np. z oksfordzkim „Migration Observatory”, zauważają, że liczni emigranci z nowych państw członkowskich UE to ludzie dobrze wykształceni, wykonujący zawody poniżej ich kompetencji.
Nie chcą nas?
Sytuacja, w której w ciągu krótkiego czasu dochodzi do masowej emigracji zarobkowej, nie jest normalna. Jako taka odbierana jest także w kraju przyjmującym. Choć w praktyce inwazja polskich pracowników na Wyspy Brytyjskie nie spowodowała radykalnych zmian na tamtejszym rynku pracy, widoczne są jednak pewne tendencje. Dr Martin Ruhs i dr Carlos Vargas-Silva z Uniwersytetu w Oksfordzie podają w analizie „Wpływ imigracji na rynek pracy” („The Labour Market Effects of Immigration”), iż wzrost o 1 proc. liczby imigrantów w ogólnej liczbie osób w wieku produkcyjnym mieszkających w Wielkiej Brytanii powoduje spadek płac wśród 5 proc. najmniej zarabiających o 0,6 proc. Zdaniem ekonomistów imigracja nie miała w ubiegłych latach wpływu na bezrobocie na Wyspach Brytyjskich.
Mimo to w dobie przedłużającego się kryzysu istnieje zagrożenie, iż obcokrajowcy pracujący w Wielkiej Brytanii staną się kozłem ofiarnym. Pod koniec 2013 r. brytyjski premier David Cameron stwierdził, że natychmiastowe otwarcie rynku pracy dla obywateli wówczas nowych państw UE nie było najlepszym pomysłem. Tego samego zdania jest lider opozycyjnej Partii Pracy Ed Miliband, który już półtora roku temu mówił, że Wielka Brytania po rozszerzeniu UE powinna była wprowadzić okresy przejściowe. Jedynie Liberalni Demokraci bronią otwarcia rynku pracy i już rozpoczęli kampanię do europarlamentu wśród emigrantów zarobkowych z Europy Środkowo-Wschodniej. Jednak to wypowiedzi polityków dwóch głównych ugrupowań pokrywają się z poglądami większości Brytyjczyków – w sondażach regularnie ponad 70 proc. ankietowanych stwierdza, że w kraju pracuje zbyt wielu obcokrajowców. Większość popiera także propozycję ograniczenia dostępu do świadczeń socjalnych dla obywateli UE mieszkających na Wyspach.
Wielka Brytania nie jest w tym zakresie odosobniona. Temat walki z „imigracją zasiłkową” pojawił się także w Niemczech za sprawą bawarskiej Unii Chrześcijańsko-Społecznej, zwłaszcza w kontekście otwarcia europejskiego rynku pracy dla obywateli Rumunii i Bułgarii. Problem ten jednak nie występuje ani na Wyspach, ani w Niemczech – ani prawdopodobnie nigdzie. Do mało kogo przemawiają zapewnienia przedstawicieli niemieckich samorządów, że otwarcie granic nie spowodowało świadczeniowego naciągactwa, które można byłoby traktować jako często występujące zjawisko. Nie przekonują ich też statystyki, które czarno na białym pokazują, że imigranci z nowych państw UE to w dużej mierze pracownicy wykwalifikowani (np. najwięcej zagranicznych lekarzy pracujących w RFN pochodzi właśnie z Rumunii), chcący raczej zarabiać i płacić podatki, niż dorabiać się na „socjalu” wyższym niż w kraju pochodzenia.
Brak wspólnoty
Stereotypy jednak robią swoje i nie wygląda na to, by 10 lat naszego członkostwa w UE zmieniło w znaczącym stopniu podejście obcokrajowców do imigrantów. Z pewnością zmieniło się do nas nastawienie pracodawców – przykładowo na Wyspach Brytyjskich istnieją firmy, które chcą zatrudniać wyłącznie Polaków, Litwinów i innych obywateli „nowych” państw UE, ze względu na to, iż uchodzimy za bardziej kompetentnych. Na początku stycznia tego roku potentaci na rynku mieszkań na wynajem, Judith i Fergus Wilsonowie, wysłali listy do najemców pobierających pomoc społeczną z prośbą o… wyprowadzkę. Obawiają się bowiem, że w przyszłości mogą się stać dla nich ciężarem finansowym. Wilsonowie wolą wynajmować mieszkania imigrantom, którzy nie boją się ciężkiej pracy i nie będą mieli opóźnień w płatnościach. Tego typu gesty mogą niestety pogłębić poczucie wielu Anglików, jakoby Polacy i przedstawiciele innych narodowości „zabierali im pracę”.
Zarówno „stare”, jak i „nowe” państwa UE nie były gotowe na otwarcie rynku pracy. Nikt nie przewidział, że otwarcie granic spowoduje masową emigrację Polaków za granicę. Z drugiej strony eurokraci, tworzący czysto polityczny i nieuwzględniający różnic gospodarczych i kulturowych projekt Unii Europejskiej, prowadzą nierówną walkę z rzeczywistością o stworzenie europejskiego demosu – który jednak jakoś nie powstaje. Różnice narodowościowe miały szybko zaniknąć, tymczasem nie ma między nami wspólnoty, przeciętny Europejczyk obywateli innych państw UE nadal traktuje jako obcych i potencjalnych konkurentów o miejsce pracy. Dopóki sytuacja gospodarcza na zachodzie Europy jest trudna, ale nie beznadziejna, dopóty nie dochodzi do konfliktów na tle narodowościowym – choć niejeden Polak pracujący za granicą może opowiedzieć o niemiłych sytuacjach, w jakich się znalazł ze względu na swoje pochodzenie. Z perspektywy czasu widać, iż zabrakło współpracy między starymi państwami UE, jeśli chodzi o otwieranie rynków pracy. Co bardziej entuzjastycznie nastawieni przyjęli nas od razu, bardziej sceptyczni zostawili sobie furtkę w postaci okresów przejściowych. Z kolei polscy politycy już po kilku latach obudzili się z ręką w nocniku, z założonymi rękoma obserwując, jak ich rodacy masowo opuszczają kraj w poszukiwaniu lepszej przyszłości.
Zdając sobie sprawę z ogólności odpowiedzi na pytanie, co zrobić, by w przyszłości sytuacja wyglądała lepiej, dodam, iż aby nie doskwierały nam problemy związane z masowymi migracjami, warunki w Polsce muszą zmienić się na tyle, by ludzie traktowali wyjazd jako opcję, a nie jako konieczność.
przez Stephane Portet | środa 30 kwietnia 2014 | Wiosna 2014
W okresie poprzedzającym przystąpienie Polski do UE tematem licznych dyskusji był potencjalny wpływ akcesji na sytuację w rolnictwie. Dało się wówczas usłyszeć wyraźne głosy niepokoju, wśród których był także głos autora niniejszej wypowiedzi. Obawy dotyczyły tego, czy słabość Wspólnej Polityki Rolnej prowadzonej „po zaniżonych cenach” (tj. przy niższych dotacjach dla polskich rolników) nie zniszczy sektora przeżywającego wówczas poważne trudności. Słusznie podkreślano, iż chodziło w tym przypadku o nieuczciwą konkurencję. Niespełna 10 lat później możemy przyznać, że się myliliśmy.
Polskie rolnictwo przetrwało, a nawet skorzystało na integracji z UE. Fundusze europejskie w znaczący sposób wsparły bardzo skromną (w porównaniu z innymi krajami) pomoc udzielaną producentom tego sektora. W krótkim czasie nastąpił wzrost produktywności rolniczej w Polsce, a w ślad za tym zwiększyły się przychody rolników. Wzrost tych ostatnich, o 80% w okresie 2005–2011, odbył się kosztem sporego zadłużenia związanego z obowiązkiem współfinansowania działań realizowanych dzięki funduszom europejskim.
Jednak nie wszyscy rolnicy skorzystali na akcesji w równym stopniu – niektórzy zostali z systemu korzyści wykluczeni lub nie zdołali zapewnić wymaganego poziomu inwestycji. Każdy szok niesie ze sobą element destrukcji, a – nawet jeśli nie podoba się to naiwnym miłośnikom Schumpetera – destrukcja nie zawsze pociąga za sobą twórcze procesy.
Są też takie obszary, w których impuls i twórcza inspiracja wynikające z integracji europejskiej przyniosły efekty niezwykle skromne, mimo że na papierze wyglądały bardzo obiecująco. Dotyczy to dialogu społecznego i demokracji w przedsiębiorstwach. A przecież oferta była atrakcyjna. Prawo wspólnotowe zawierało dwie dyrektywy pozwalające na głębokie zmiany w dialogu społecznym na poziomie przedsiębiorstwa: dotyczące europejskich rad zakładowych oraz procesu informowania pracowników i przeprowadzania z nimi konsultacji. Należy do tego dodać dyrektywę o spółkach europejskich. Po niemal dziesięciu latach od integracji Polski z UE warto sporządzić wstępny bilans, a ten nie pozostawia wątpliwości: skok jakościowy nie nastąpił.
W związku z tak gorzkim stwierdzeniem niezbędne jest rozróżnienie europejskiego dialogu społecznego (dialog branżowy oraz europejskie rady zakładowe) i dialogu społecznego prowadzonego na poziomie krajowym (głównie w przedsiębiorstwach). Od 2004 r. wielu przedstawicieli polskich pracowników weszło w skład struktur europejskich rad zakładowych (ERZ). Mieli tym samym okazję doświadczyć innego rodzaju dialogu społecznego w odmiennych tradycjach narodowych. Polscy przedstawiciele wchodzą obecnie w skład około 200 ERZ. W wielu przypadkach, niestety nie we wszystkich, reprezentanci polskich pracowników zetknęli się z innymi metodami działania, z pewnym szacunkiem dla zasad informowania pracowników i przeprowadzania z nimi konsultacji, z szerszą rolą ekspertów. Jako przedstawiciele mianowani do ERZ takich firm jak ArcelorMittal, International Paper, SABMiller czy Valeo, mogli zaobserwować istnienie podwójnych standardów w zarządzaniu procesami restrukturyzacji. Wszystkim wiadomo było, że polscy pracownicy nie są traktowani w taki sam sposób jak francuscy czy niemieccy, jednak niewiele osób zdawało sobie sprawę, jak duży jest to rozdźwięk: plany restrukturyzacji, które nie przewidują zwolnień, poszukiwanie alternatywnych rozwiązań, istotne zaangażowanie władz i administracji publicznej, a przede wszystkim czas, którym dysponują partnerzy społeczni, by poszukiwać innych rozwiązań, nie wspominając o znacznym finansowym zaangażowaniu przedsiębiorstwa, a w sytuacji fuzji i przejęć także możliwość przeanalizowania propozycji oferenta czy spółki celowej, oceny ryzyka, ewentualnych synergii.
Nierzadko było tak, że w ramach jednej grupy restrukturyzacja odbywała się jednocześnie w Polsce i w innych krajach UE. Restrukturyzacje w Polsce oznaczały przede wszystkim zwolnienia lub, w najlepszym wypadku, plany odejść dobrowolnych. Z upływem czasu pracownicy zaczęli domagać się bardziej sprawiedliwego traktowania, co jest bez wątpienia efektem integracji Polski z UE. Rośnie poczucie zawodu w związku z nierównym traktowaniem, pojawia się rozczarowanie, a nawet frustracja w wyniku poważnej inercji charakteryzującej ten model. Działa to demotywująco. Zamiast entuzjazmu towarzyszącego pierwszym zebraniom, mamy często do czynienia z instrumentalnym obchodzeniem się z europejskimi radami zakładowymi. Jak trafnie podkreślono w raporcie z badań nt. rokowań zbiorowych w firmach ponadnarodowych, barierą dla większego udziału w ERZ przedstawicieli z nowych krajów członkowskich, w tym z Polski, są m.in. trudności w skoordynowaniu współpracy z przedstawicielami krajów zachodnich wobec krytyk dotyczących konkurencji i dumpingu społecznego.
Nowa dyrektywa z 2009 r. o Europejskich Radach Zakładowych mogłaby stanowić impuls do pozytywnej zmiany. Wprowadza ona wymóg formalnego artykułowania poziomów informacji i konsultacji, tj. poziomu krajowego z poziomem europejskim. Otwiera zatem drogę do bardziej strategicznego podejścia do ERZ, sprzyja korzystaniu z informacji uzyskiwanych na poziomie europejskim w ramach konsultowania decyzji w sprawie warunków pracy i zatrudnienia pracowników w Polsce. Przyznając centralne znaczenie zasadzie, zgodnie z którą informacja i konsultacja na poziomie europejskim są kontynuacją procesu prowadzonego na poziomie krajowym, nowa dyrektywa dot. ERZ narzuca zasadę zharmonizowania praktyk dialogu społecznego. Harmonizacja ta może się oczywiście odbywać, zaczynając od góry, lub odwrotnie, przy czym w tym punkcie polski model zawiera element sporego ryzyka w stosunku do krajów, które oparły swój model dialogu społecznego na zasadzie większego szacunku dla opinii wyrażanych przez pracowników.
Otóż poza kilkoma przypadkami istnienia związkowych bastionów, często i chętnie opisywanych w polskiej prasie, Polskę charakteryzuje obecnie brak dialogu społecznego na poziomie krajowym (komisja trójstronna) i na poziomie przedsiębiorstw. Świadczy o tym niewielka liczba zawiązujących się rad pracowników (około 500 zarejestrowanych). Dyrektywa 2002/14 dotycząca informowania pracowników i przeprowadzania z nimi konsultacji jest w Polsce przepisem prawie martwym. Paradoks polega na tym, że informacje, do których mają dostęp przedstawiciele pracowników, głównie członkowie związków zawodowych w największych przedsiębiorstwach w Polsce (gdzie związki są nadal silne), są nieporównanie uboższe od tych, którymi dysponuje przedstawiciel rady pracowników niewielkiego zakładu we Francji. Paradoksalne jest również to, że w ramach konsultacji szansa tego właśnie przedstawiciela francuskich pracowników na zmianę decyzji podjętej przez pracodawcę będzie bez porównania większa niż w przypadku bastionów związkowych w Polsce. Nie wspominając oczywiście o sytuacjach, w których członkowie rad pracowników we Francji, w Niemczech czy Hiszpanii mogą dodatkowo wspomagać się silnymi związkami zawodowymi. Aby to stwierdzić, wystarczy przyjrzeć się odmiennemu zarządzaniu procesami restrukturyzacji sektora metalurgicznego w Polsce, Francji, Belgii i w Niemczech w czasie kryzysu. Jedynie w Polsce mieliśmy do czynienia z przeprowadzanymi w sposób bezwzględny zwolnieniami tysięcy pracowników. Transpozycja dyrektywy 2002/14 w Polsce okazała się zmarnowaną szansą, której związki zawodowe powinny żałować.
Przykład ustawy o informowaniu pracowników i przeprowadzaniu z nimi konsultacji pokazuje ograniczenia procesu integracji europejskiej zarówno na poziomie metody, jak i celów. Trudno określić mianem negocjacji proces przygotowujący kraje do akcesji. Jest to raczej okazja do przyjęcia sposobu regulacji stopniowo konstruowanego w Europie Zachodniej, a tym samym do zaproponowania modelu wolnorynkowego – a nie tylko wolnego rynku – oraz pewnego modelu organizacji politycznej i administracyjnej, będącego wyrazem kompromisu odnośnie do idealnego typu demokracji europejskiej. Proces rozszerzania się Europy przedłuża model integracji europejskiej zapoczątkowany przez Traktat Rzymski i jest wzmacniany kolejnymi fazami budowy wspólnej polityki (wspólny rynek, europejska unia walutowa itd.). W modelu tym szczególne znaczenie odgrywa wymiar ekonomiczny, co widać we wszystkich dokumentach dotyczących akcesji Polski do UE. Najważniejsze problemy wówczas dyskutowane dotyczyły sektora rolniczego, harmonizacji podatkowej, otwarcia na konkurencję. Cele o charakterze społecznym odkładano zawsze na bok. Było jasne, że należało dzielić się rynkiem, ale na pytanie o model społeczny, w tym o podstawę tego modelu, jaką jest dialog społeczny, nikt nie potrafił odpowiedzieć.
Choć Polska była gotowa na przyjęcie dorobku prawnego UE, nie oznacza to, że miała aspiracje społeczne. Typ stosunków łączących Polskę i UE sprzyjał temu, iż akceptacja tego stanu rzeczy była wówczas zwykłą formalnością, wręcz obowiązkiem. Nie mieliśmy w tym przypadku do czynienia z wielopoziomowym systemem politycznym, w którym państwa narodowe uczestniczyłyby w negocjacjach o charakterze międzynarodowym. Ta zasada negocjacji jest silnym wektorem harmonizacji pozycji państw narodowych. Jeżeli porozumienie o charakterze ponadnarodowym zrywa w oczywisty sposób z krajowymi ramami odniesienia, istnieje duże ryzyko, że zostanie ono odrzucone przez społeczeństwo.
Polska posiada ramy prawne pozwalające działać zgodnie z ramami europejskimi, tyle że sposób ich stosowania pozostaje w zupełnej sprzeczności z samymi założeniami dyrektyw europejskich. Integracja europejska mogła posłużyć za dźwignię do przebudowy demokracji społecznej – demokracji, która nie kończyłaby się u drzwi prowadzących do zakładu pracy. Tak się jednak nie stało. Trzeba było być naiwnym, żeby tego nie przewidzieć, i dziś do tej naiwności muszę się przyznać. Jednak jeśli naiwnością jest sądzić, że kiedyś się to zmieni, wolę po tysiąckroć pozostać naiwnym, niż zadowolić się modelem, który nie uwzględnia kluczowej roli dialogu społecznego w rozwoju ekonomicznym i cywilizacyjnym. Społeczny model europejski, przy wszystkich swoich wadach, ograniczeniach i braku spójności, pozostaje tym, który w założeniach oraz skonstruowanych ramach prawnych jest najbardziej zaawansowanym modelem w dziedzinie praw pracowniczych na świecie. I zapewne dlatego właśnie związki zawodowe są proeuropejskie. Bez integracji z UE sytuacja dialogu społecznego w Polsce z całą pewnością nie byłaby lepsza. Byłaby po prostu gorsza.