przez Daniel Sachs | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Kryzys w strefie euro wywiera wpływ na wszystkie kraje w Europie. Odzwierciedla brak dyscypliny budżetowej i przekonanie o wypłacalności niektórych europejskich państw. Jednak, jak pokazują kraje nordyckie, kryzys gospodarczy nie jest spowodowany – wbrew opiniom wielu krytyków spoza Starego Kontynentu – silnymi związkami zawodowymi, wysokimi podatkami oraz sztywnymi przepisami.
Może was to zaskoczyć, ale te europejskie państwa, które pozostają w najlepszej kondycji, wydają z budżetów całkiem sporo w stosunku do własnego PKB. Natomiast większość krajów będących w najgorszej sytuacji – Grecja, Portugalia, Hiszpania, Irlandia – swoje wydatki państwowe plasuje na dość niskim poziomie w stosunku do PKB. Również podatki utrzymują się tam poniżej średniej unijnej.A czyż nie uczyliśmy się, że wysokie podatki i duży sektor publiczny czynią dany kraj mniej konkurencyjnym? Obecny kryzys pokazuje, że jest to podejście zbyt prymitywne. W rzeczywistości najważniejsze jest to, czy kraj posiada efektywny system fiskalny (i ściągalność podatków).
Świadomość, że fundusze, które zbieramy, pracują dla nas w miarę wydajnie, przynajmniej w stosunku do reszty Europy i USA, pomaga wytworzyć silne przekonanie, iż kraje nordyckie są bardziej odporne na kryzys. Pozwala to na skuteczny podział ryzyka w skali ogólnospołecznej, co z kolei promuje zdolności przystosowawcze, a także otwartość na zmiany.
Ludzie biznesu są powszechnie uznawani za wrogich wszelkim podatkom, a swoją antyzwiązkową postawę wysysają jakoby z mlekiem matki. Skandynawia z pewnością ma wysokie podatki i silne związki zawodowe – a jednak nordycki model przynosi korzyści również mnie jako biznesmenowi. Pokażę wam, dlaczego tak się dzieje, na przykładzie otwartości na zmiany na rynku pracy. Szwedzki rynek pracy rozwija się od lat 30. XX wieku na bazie negocjacji zbiorowych oraz ścisłego dialogu pomiędzy związkami, pracodawcami oraz państwem, w interesie wspólnego dobra.
Proventus, firma, którą prowadzę, brała udział w wielu restrukturyzacjach w ciągu ostatnich trzech dekad. Dla przykładu w 2005 r. Proventus nabył pakiet większościowy największej szwedzkiej telewizji komercyjnej TV4.
Istniała wtedy duża potrzeba zmian w TV4. Okazało się, że ludźmi, którzy mają najbardziej jasny osąd sytuacji, nie byli ci, po których się tego spodziewano. Nie byli nimi menedżerowie, zarząd ani też właściciele. Byli to reprezentanci związków zawodowych zasiadający w zarządzie (tutaj związki mają prawo być reprezentowane w zarządzie w firmach pewnej wielkości).
Nawet w tak trudnym przypadku jak ten, gdzie zmiany wymagały zwolnień grupowych, związki uznały je za konieczne, aby ochronić konkurencyjność firmy w dłuższej perspektywie.W przeciwieństwie do modelu amerykańskiego, gdzie związki są zazwyczaj słabe i ograniczone do danego sektora, w Szwecji mamy do czynienia z silnymi i scentralizowanymi zrzeszeniami pracowników. Jest to korzystne, ponieważ interes związku nie jest jedynie doraźnym interesem wąskiej grupy, reprezentowanej przez syndykat, lecz długoterminowym interesem dużej części społeczeństwa. W ten sposób związki służą i stanowią fundament ważnej wartości gospodarczej – solidarności.
W takich warunkach Proventus zawsze blisko współpracował ze związkami w trakcie restrukturyzacji firm, a także w dalszym ich rozwoju.
W innych krajach europejskich związki często nie są aż tak scentralizowane i dlatego uparcie bronią pewnej grupy lub danego przywileju z wielką szkodą dla ogółu zatrudnionych.
Co ciekawe, w 1993 r., gdy Proventus przeprowadzał zmiany w Pumie, niemieckiej firmie produkującej odzież sportową, niemieckie związki poznały nas i nasz sposób pracy za sprawą rozmów ze szwedzkimi związkowcami. W efekcie Proventus miał po swej stronie również niemiecki związek.
Pokazuje to, że wbrew panującemu stereotypowi scentralizowane związki i rozbudowany system socjalny – jeśli jest dobrze zorganizowany – działają ramię w ramię na rzecz społecznej otwartości dla zmian strukturalnych.
Zaufanie i podejmowanie ryzyka
Kolejnym czynnikiem, który sprzyja podejmowaniu ryzyka przez społeczeństwo, jest to, co szwedzki historyk Lars Tragardh nazywa „nordyckim indywidualizmem państwowym”. Chodzi o to, że jednostki, które są wolne i mają poczucie bezpieczeństwa, są również bardziej skłonne do wprowadzania innowacji, eksperymentowania, a także podejmowania ryzyka.
W przeciwieństwie do modelu amerykańskiego, który również stawia na indywidualizm, w naszym przypadku każda osoba posiada pozytywny indywidualny stosunek do państwa i jest to rzecz oczywista. Rolę państwa i rządu postrzegamy nie jako wtrącanie się w naszą wolność, lecz jako jej wzmocnienie. Nasz indywidualny rozwój ma dzięki temu solidne podstawy.
Ta relacja czyni jednostki mniej zależnymi – w konkretnym, ekonomicznym sensie – od rodziny i innych osób. Kobieta może zdecydować się na dziecko, wiedząc, że społeczeństwo zaspokoi jej potrzeby bez względu na to, co myśli o tym wyborze jej rodzina. To poczucie bezpieczeństwa przekłada się na wolność jednostki – wspierane są zarówno samotne kobiety, które decydują się na dziecko, jak i pary homoseksualne, które decydują się na adopcję.
W dodatku hojne zasiłki na wychowanie dzieci przekładają się na znacznie wyższe niż w większości krajów europejskich wskaźniki urodzeń. To niezmiernie ważne w czasach trudnych pod względem demograficznym. Efektem tego jest coraz większa liczba osób na rynku pracy, zwłaszcza kobiet, co jest istotnym warunkiem sukcesu nordyckich gospodarek.
Predystrybucja, nie redystrybucja
Czy tzw. model nordycki może być powielany? W dużej mierze na pewno. Proponowałbym jednak „uczenie się z nordyckich doświadczeń”, nie zaś „ślepe przejmowanie tego modelu”.
Jeden zasadniczy element szwedzkiego modelu jest niestety trudny do skopiowania: model kolektywnego podziału ryzyka, który opisałem, w Szwecji nie rozpoczął się od redystrybucji. Zaczął się on raczej od czegoś, co możemy nazwać predystrybucją.
Na początku XX wieku społeczeństwa nordyckie należały do najbiedniejszych w Europie. Później, w efekcie wielu reform, dzięki rozwiązaniom prawnym i silnym ruchom obywatelskim, weszliśmy na ścieżkę rozwoju, aby stać się kolektywnie zamożni.
Wiele krajów – takich jak azjatyckie tygrysy – najpierw stało się zamożnymi, a dopiero później zaczęło rozmawiać o redystrybucji. Innymi słowy najpierw stworzenie dobrobytu, nawet jeśli jest on nierówno dystrybuowany, a następnie skupienie się na łagodzeniu różnic. Ale z powodu tych nieodłącznych dysproporcji trudniej jest dojść do sprawiedliwego rozwiązania.
Dzięki długiej historii sprawiedliwej dystrybucji od samych początków współczesnej gospodarki kraje nordyckie mają bardzo wysoki i ustabilizowany poziom spójności społecznej. Fakt ten nie przeszkadzał w dynamicznym rozwoju gospodarki, lecz przeciwnie – wspomógł ten proces. Jak wynika z jednego z ostatnich badań, współzależność pomiędzy dochodami dziecka a jego rodziców jest dużo wyższa w Wielkiej Brytanii niż w krajach nordyckich.
Inaczej mówiąc, społeczna mobilność oraz równość szans idą ramię w ramię. Tam, gdzie występują duże nierówności, mobilność społeczna spada – widzimy to na przykładzie USA przez ostatnie kilka dekad. „Od pucybuta do milionera” rzadko sprawdza się w Stanach Zjednoczonych, gdzie sukces ekonomiczny jednostki jest silnie skorelowany ze statusem ekonomicznym jej rodziców. W państwach nordyckich jest inaczej.
Warto jednak być ostrożnym. Czasy są trudne, a tkanka społeczna w państwach nordyckich jest bardzo obciążona, podobnie jak w wielu innych krajach. Cały czas musimy walczyć, aby zachować odpowiednią równowagę pomiędzy różnymi zachętami a podziałem ryzyka.
Niestety jest wiele sfer, gdzie nawet kraj taki jak Szwecja zmierza w złym kierunku. Nierówności w dochodach również w moim kraju wzrastają do rekordowych poziomów, nawet jeśli są dużo niższe niż w innych państwach. Bezrobocie wśród młodych ludzi jest na zdecydowanie zbyt wysokim poziomie, nie udaje nam się zaoferować odpowiedniej pomocy imigrantom, a także słabo idzie ich pełna integracja ze społeczeństwem.
Ale to właśnie z powodu tych wyzwań ważne jest, abyśmy pamiętali, jak nordyckie narody były w stanie dostosować się do trudnych warunków i zbudować konkurencyjność oraz inkluzywne społeczeństwo.
W czasach głębokich przemian na całym świecie musimy skupić się na znalezieniu równowagi pomiędzy rynkiem a państwem. Powinniśmy zrozumieć pozytywną rolę państwa jako mechanizmu podziału ryzyka i zachowania wolności jednostki oraz godnego życia.
Ten typ równowagi okazał się również dość efektywny we wspieraniu przedsiębiorczości. Dlatego jestem przekonany, że warto ponosić koszty bezpieczeństwa, z którego wynika hojne państwo opiekuńcze, a także koszty możliwości indywidualnego rozwoju.
Inaczej nie mielibyśmy tego, czego tak bardzo potrzebujemy w erze globalizacji: otwartości, spójności społecznej i zdolności do adaptacji w szybko zmieniających się czasach.
tłum. Tomasz Obrączka
Tekst ukazał się pierwotnie w czerwcu 2012 r. na stronie internetowej magazynu „The Globalist”, zajmującego się od 2000 r. tematem globalizacji. http://www.theglobalist.com/
przez Katarzyna Machnik | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Na początku grudnia 2012 r. potężny tajfun Bopha zabił setki ludzi na południu i południowym wschodzie Filipin, zmuszając dziesiątki tysięcy mieszkańców do ucieczki. Filipiny to kraj podatny na katastrofy naturalne: w latach 1987–2000 odnotowano tam 523 klęski żywiołowe, co daje średnio 37 na rok. Każdorazowe straty w wyniku katastrof naturalnych sięgają 30 mld dolarów, a ograniczone możliwości obrony przed tego rodzaju zagrożeniami wpływają też na wzrastający poziom ubóstwa. Lata 2008–2009 były szczególnie dotkliwe dla milionów Filipińczyków. Globalny kryzys gospodarczy, połączony z kryzysem na rynku paliw, zbiegł się w czasie z olbrzymimi stratami spowodowanymi przez tajfuny pod koniec 2009 r. Biedni najsilniej odczuwają skutki kryzysu. Według danych Banku Centralnego huragan El Nino, który przeszedł przez Filipiny na początku 2010 r., wpłynął na pogłębienie się ubóstwa aż 58% najbiedniejszych mieszkańców, których byt i dochód zależą od skrawka uprawianej ziemi.
Mimo tak trudnej sytuacji i naturalnych ograniczeń Filipiny są krajem wprowadzającym w życie ciekawe rozwiązania prospołeczne. Warto się im przyjrzeć.
Bieda na starcie
Jak pokazują dane Banku Światowego, wskaźnik ubóstwa wśród Filipińczyków stopniowo maleje: w 1991 r. wynosił 33,1%, a w latach 2006 i 2009 oscylował wokół 26,5%. Nie zmienia to faktu, że wciąż ponad jedna czwarta obywateli (23 mln) żyje w biedzie. Mimo zmniejszania się współczynnika Giniego1 – z 0,4605 w 2003 r. do 0,4484 w roku 2009 – jest on w dalszym ciągu najwyższy spośród członków ASEAN (Association of Southeast Asian Nations, Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej). Ponad 25% mieszkańców nadal nie jest w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb (wyżywienie, dach nad głową itd.). Śmiertelność i odsetek źle odżywionych dzieci są wciąż jednymi z najwyższych w rejonie Pacyfiku i we wschodniej Azji.
Najwięcej ubogich rodzin zamieszkuje tereny wiejskie. Wśród najbiedniejszych rejonów Filipin są takie prowincje jak Luzon, Mindanao (Autonomiczny Region Muzułmański), Bicol czy Caraga. W wielu z tych miejsc ponad 70% obywateli żyje w ubóstwie. Wskaźnik ten jest prawie trzykrotnie większy niż na terenach miejskich, gdzie biedą zagrożonych jest ok. 25–30% mieszkańców.
Wszystko to ma podłoże nie tylko w czynnikach naturalnych, lecz także w przebiegu dziejów tego obszaru. Filipiny to kraj przez ponad 300 lat rządzony przez kolonizatorów. Rezultatem kolonizacji hiszpańskiej (1521–1898) była olbrzymia bieda tubylców. Pozbawieni ziemi, poddani wyzyskowi (quasi-niewolnictwo, niskie zarobki, olbrzymie podatki oraz trybuty na rzecz kolonizatorów) – byli obywatelami drugiej kategorii. Przymus uprawiania tylko jednego rodzaju roślin, np. w związku z monopolem tytoniowym, sprawił, że całe regiony kraju stały się bardzo podatne na wszelkie zmiany ekonomiczne.
Amerykanie, którzy w 1898 r. w wyniku działań zbrojnych przejęli Filipiny, wnieśli pewien wkład w rozwój dobrobytu i struktur zapewniających obywatelom równy dostęp do podstawowych usług. Stworzyli bazę dla systemu bezpłatnej edukacji oraz pierwsze programy ochrony zdrowia. Z drugiej jednak strony, jak uważa wielu badaczy zajmujących się historią i geopolityką krajów Azji Południowo-Wschodniej, wszystko to służyło USA głównie jako narzędzie podboju i asymilacji filipińskiej ludności. Ubóstwo czy brak wykształcenia wciąż były problemami jednostki, a nie państwa, które nie miało zamiaru brać odpowiedzialności za ogół obywateli i ich sytuację. Bieda, według Amerykanów i powszechnej wówczas opinii, była wynikiem niskiego poziomu wykształcenia („niedouczony, ciemny dzikus”) i braku europejskiego, „nowoczesnego” systemu wartości i sposobu życia.
Na uwagę zasługuje pojawienie się w owym czasie nowej klasy społecznej. Komercjalizacja rolnictwa, szczególnie pod koniec panowania Hiszpanów, ułatwiła uformowanie się warstwy właścicieli ziemskich, którzy byli stosunkowo (a z czasem – coraz bardziej) niezależni od państwa i później, w 1899 r., stanowili główną grupę formującą pierwszą Republikę Filipin.
Liberalizm i zawiedzione obietnice
Po II wojnie światowej i odzyskaniu niepodległości najważniejszym zadaniem była odbudowa gospodarcza kraju. Nacisk położono na rozwój przemysłu, głównie poprzez inwestycje publiczne w sektor energetyczny i transportowy. Dzięki rozwojowi importu i przemysłu władze chciały zmniejszyć bezrobocie, a co za tym idzie – zredukować biedę. Jednak w ciągu trzech lat od odzyskania niezależności elity rządzące doprowadziły kraj na skraj bankructwa, zawłaszczając kontrybucje pomocowe przyznane przez USA.
W połowie lat 50., przede wszystkim za sprawą nacisków ze strony właścicieli gruntów, plantacji i fabryk, polityka państwa stawała się coraz bardziej liberalna, szczególnie po zwycięstwie w wyborach w 1962 r. Diosclado P. Macapagal, który zamierzał zreformować gospodarkę na wzór amerykański. W tym samym czasie Filipiny uzyskały doraźną pomoc w formie kredytu od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który spłacają do dzisiaj. W 1965 r. na prezydenta kraju został wybrany Ferdinand Marcos. Cztery lata później ponownie objął to stanowisko, niewiele robiąc sobie z protestów społecznych i powszechnych oskarżeń o sfałszowanie wyborów. Za rządów Marcosa polityka społeczna uległa niejakiej poprawie: głównym jej elementem była walka z wysokim bezrobociem, niedorozwojem infrastruktury, dużą rozpiętością płac oraz bardzo niskim standardem życia.
Co istotne, zmienił się wówczas model rozwoju – położono nacisk na uprzemysłowienie oraz reformę rolną. Nie brakło jednak pomysłów kuriozalnych i nietrafionych. Wśród nich były olbrzymie inwestycje w budownictwo komercyjne (szczególnie luksusowych hoteli) zamiast w lokale mieszkaniowe dostępne dla przeciętnych obywateli. Rząd Filipin wydał na to 350 mln dolarów, na budownictwo komunalne przeznaczając wówczas jedynie ok. 13 mln dolarów. Kraj notował w latach 70. ponad 5-procentowy wzrost gospodarczy, była to jednak głównie zasługa kredytów udzielanych przez instytucje zewnętrzne. W połowie lat 80., w okresie poważnej recesji, także gospodarka Filipin znacznie spowolniła, głównie wskutek spadku cen na główne produkty eksportowe (kawa, trzcina cukrowa, tytoń). W tym samym czasie Międzynarodowy Fundusz Walutowy całkowicie zmienił politykę wobec Filipin, z „dobrego wujka” stając się „karzącym ojcem”. Popularność reżimu wśród obywateli malała z dnia na dzień, a w efekcie – w wyniku buntu zainicjowanego przez ruchy lewicowe i umiarkowaną opozycję – Marcos został w 1986 r. odsunięty od władzy.
Corazon Aquino, żona opozycjonisty Benigno Aquino, zabitego przez ludzi Marcosa, pierwsza kobieta-prezydent w krajach Azji,objęła władzę w sytuacji, gdy gospodarka znajdowała się w recesji, pogłębionej niedawnymi działaniami zbrojnymi. Różne grupy domagały się zmian, m.in. rzesze biedniejących i sfrustrowanych obywateli, lub przeciwnie – dążyły do zachowania przywilejów (frakcje wojskowe, elity biznesowe, Kościół).Aquino rozpoczęła walkę z kryzysem poprzez liberalizację handlu zagranicznego i finansów, przeprowadziła prywatyzację wielu przedsiębiorstw. Taka polityka spotkała się z poparciem i pomocą ze strony Banku Światowego, MFW oraz innych krajów Azji Południowo-Wschodniej skupionych w ASEAN. Politykę Aquino do pewnego stopnia kontynuował jej następca, wybrany w 1992 r. Fidel Ramos. Pod hasłem „Filipiny 2000” wypowiedział walkę korupcji, kartelom i monopolistom handlującym tytoniem. Zintensyfikował także reformy liberalizujące gospodarkę i przyspieszył prywatyzację, natomiast tak palące kwestie jak rozwój terenów wiejskich nie odegrały w jego polityce istotnej roli.Prezydent Ramos wprowadził też w życie szereg rozwiązań dotyczących polityki społecznej, znanych pod nazwą Social Reform Agenda (SRA). Całość składała się z 9 programów koncentrujących się na innej płaszczyźnie problemów społecznych i na różnych sektorach: rolnictwie, rybołówstwie, biedocie miejskiej, problemach rdzennych Filipińczyków itd. Programy te obejmowały 20 najbiedniejszych prowincji, wybranych przez samego prezydenta, mimo że oficjalnie miały być one wybierane na podstawie danych statystycznych ogólnego poziomu ubóstwa i innych obiektywnych wyznaczników. Ostatecznie wskazana przez prezydenta lista zawierała 9 najbiedniejszych prowincji, z czego tylko jedna była zamieszkana przez największy odsetek ubogich. Walka z kartelami i bogatymi rodzinami również okazała się bardziej chwytem wyborczym niż realnym zamierzeniem prezydenta, który w żaden sposób nie dążył do ukrócenia wpływów i realnej władzy elit decydujących „z tylnego siedzenia” o coraz bardziej neoliberalnym kształcie polityki gospodarczej kraju.
Joseph Ejercito Estrada, wybrany w 1998 r. na prezydenta, aktywny i przedsiębiorczy polityk, jednym z głównych haseł uczynił szerokie reformy społeczne, szczególnie zaś walkę z ubóstwem i rozwój najbiedniejszych regionów kraju. Flagowy program walki z biedą „Lingap para sa Mahikap” (Opiekowanie się biednymi) miał polegać na udzielaniu pomocy najbiedniejszym rodzinom z każdej prowincji i miasta. Pomoc obejmować miała wsparcie finansowe, zapewnienie opieki medycznej, subsydiowanie jedzenia i mieszkań socjalnych. Ta kampania, niezwykle entuzjastycznie przyjęta przez społeczeństwo Filipin, pomogła Estradzie wygrać walkę o fotel prezydencki, lecz niestety okazała się głównie chwytem propagandowym. Prezydent i jego otoczenie byli skupieni na zapewnieniu „odpowiedniego poziomu życia” sobie i swoim rodzinom, nie na realizacji planów walki z ubóstwem.
Rządy Estrady zakończyły się w 2001 r. po ujawnieniu malwersacji finansowych i po kolejnym przewrocie na szczytach władzy, zainicjowanym przez rewoltę społeczną. Władzę przejęła dotychczasowa wiceprezydent – Gloria Macapagal-Arroyo. Oczekiwano, że Arroyo, doktor nauk ekonomicznych, będzie rządzić w sposób nowoczesny i bardziej prospołeczny. Polityka gospodarcza nowej pani prezydent okazała się natomiast kontynuacją neoliberalnego trendu, wspieranego aktywnie przez Bank Światowy oraz MFW. Arroyo rozpoczęła jednak program pomocy społecznej oraz walki z biedą, wspierany i finansowany przez Bank Światowy, nazwany Kapit-Bisig Labon sa Kahirapan (KALAHI, „Łączenie rąk w walce z ubóstwem”). Obejmował on wsparcie w znalezieniu zatrudnienia i zakwaterowania, poprawę bezpieczeństwa i zwalczanie przemocy, rozwijanie instytucji pomocy społecznej oraz większe zaangażowanie rządu i władz lokalnych w poprawę warunków życia ubogich. Program dość znacznie poprawił dostępność usług pomocy społecznej, warunki życia wielu najbiedniejszych mieszkańców oraz po części przyczynił się do wzrostu solidarności społecznej w lokalnych społecznościach. Arroyo, podobnie jak kilku jej poprzedników, pożegnała się jednak z urzędem w atmosferze skandalu: oskarżano ją o fałszowanie wyników wyborów, wyłudzanie olbrzymich sum ze Skarbu Państwa, złe zarządzanie publicznymi pieniędzmi i nepotyzm.
Będzie lepiej?
W 2010 r. prezydentem Filipin został Benigno Aquino III, syn Benigno Aquino i Corazon Aquino. Niedługo po objęciu urzędu zadecydował o wdrażaniu programu Pantawid Pamilyang Pilipino Program, zwanego w skrócie 4P lub Pantawid Pamilya, wspieranego przez Bank Światowy. Program ten był od 2007 r. wdrażany w formie pilotażowej. Zakłada się, że do 2016 r., a więc do końca prezydentury Aquino, programem ma być objętych 4,3 mln rodzin. Walka z ubóstwem jest jednym z najważniejszych punktów rządowego planu rozwoju na lata 2011–2016. Program 4P opiera się na warunkowych transferach pieniężnych.Warunkowe transfery pieniężne (conditional cash transfers) to coraz popularniejsze narzędzie polityki społecznej, wprowadzone w 2008 r. i stosowane w kilkudziesięciu krajach, szczególnie w Ameryce Łacińskiej (głównie Brazylia, ale także Meksyk, Ekwador, Boliwia, Argentyna, Chile), w kilku krajach Afryki (Kenia, Nigeria, Burkina Faso) i państwach Azji Południowo-Wschodniej (Indie, Bangladesz, Indonezja, Kambodża i Filipiny).System transferów pieniężnych polega na regularnych przekazach pieniężnych kierowanych do rodzin ubogich pod warunkiem spełniania przez nie określonych wymogów, m.in. w zakresie edukacji dzieci (np. zapisywanie do szkół zamiast posyłania ich do pracy), wyżywienia oraz obowiązkowej opieki zdrowotnej (okresowe badania lekarskie oraz szczepienia dla dzieci, opieka medyczna kobiet w ciąży itp.). Do pobierania tego rodzaju transferów upoważnione są najczęściej matki, które w większości przypadków pełnią rolę głowy rodziny. Celem krótkookresowym takich programów jest walka z ubóstwem poprzez doraźną pomoc materialną. W założeniu jednak transfery pieniężne mają być przede wszystkim formą inwestycji w kapitał ludzki, tj. w dorastające, młode pokolenie, przyczyniając się do redukcji dziedziczonego ubóstwa.
W obliczu pogarszającej się sytuacji ekonomicznej większości społeczeństwa, a także po sukcesach podobnych programów w takich krajach jak Meksyk czy Brazylia, Filipiny zdecydowały się skorzystać z tego narzędzia.
Pomysł na pomoc
„Pantawid” znaczy „pomagać wybrnąć z trudnej sytuacji”, nazwę programu można więc tłumaczyć jako „Pomoc dla filipińskich rodzin”. Najważniejsze cele programu 4P to zmniejszenie skali ubóstwa, głodu, zapewnienie dostępu do edukacji na poziomie elementarnym, zagwarantowanie podstawowej opieki medycznej dzieciom do 14. roku życia oraz matkom i kobietom ciężarnym, promowanie równości obywateli bez względu na płeć oraz redukcja śmiertelności dzieci.
Rozwój programu nie byłby możliwy bez organizacyjnego i finansowego wsparcia Banku Światowego, Asian Development Bank i Australijskiej Agencji Rozwoju Międzynarodowego. Wdrażaniem programu zajmuje się Ministerstwo ds. Społecznych i Rozwoju (Departement of Social Welfare and Development, DSWD), wspierane przez szereg agencji rządowych, szczególnie przez resorty edukacji i zdrowia, władze lokalne oraz Land Bank – filipiński bank państwowy. Instytucje rządowe zajmują się zwiększeniem dostępu do edukacji i ochrony zdrowia osobom uczestniczącym w programie, podczas gdy Land Bank jest głównym źródłem wypłat środków przyznanych w ramach programu. Ogólna suma transferów gotówkowych do 31 maja 2012 r. wyniosła ponad 9 mld 40 mln pesos filipińskich, co stanowi ponad 215 mln 230 tys. dolarów.
Najistotniejszym elementem programu jest właściwe określenie beneficjentów transferów gotówkowych. Jak wskazują zwolennicy Pantawid Pamilya, zasady przyznawania pomocy, w przeciwieństwie do wielu wcześniejszych programów rządowych, są obiektywne, klarowne i jednakowe dla wszystkich. Ma to zapobiec ewentualnym naruszeniom, tak częstym w przeszłości.
Beneficjentami programu mogą zostać mieszkańcy miast najbiedniejszych według danych Narodowego Biura Statystycznego3 (NSCB), a dokładnie rodziny, których dochód jest równy lub niższy od najniższego dochodu w danej prowincji i w których są dzieci do 14 lat i/lub kobieta ciężarna w momencie składania deklaracji przystąpienia do programu, oraz które zgodzą się na warunki uczestnictwa sformułowane w regulaminie programu Pantawid Pamilya.Ponad 75% ubogich Filipińczyków żyje na terenach wiejskich, tylko ok. 25% stanowią mieszkańcy miast. Do 27 czerwca 2012 r. (ostatnie dostępne dane) do programu włączono 138 miast, 1261 gmin we wszystkich 79 prowincjach kraju, obejmując zasięgiem łącznie 3014586 gospodarstw domowych. Niemal połowa beneficjentów pochodzi z prowincji Mindanao, niewiele mniej z Luzon i Visayas, uznawanych za najbiedniejsze rejony Filipin.Selekcja beneficjentów programu to proces wieloetapowy. Najpierw na podstawie danych dotyczących ubóstwa, zebranych pod nazwą Family Income & Expenditures Survey przez Narodowe Biuro Statystyczne, wybierane są najbiedniejsze prowincje. W nich wskazuje się najbiedniejsze miasta i barangays (najmniejsza jednostka podziału administracyjnego na Filipinach, dawne określenie wioski, obecnie oznacza raczej dzielnicę miasta czy metropolii, z wybieranymi przez mieszkańców władzami), w oparciu o dane zebrane w Small Area Estimates (SAE) oraz Narodowe Biuro Statystyczne. Większe miasta wybierane są na podstawie danych Prezydenckiej Komisji ds. Biedoty Miejskiej. Następnie wybiera się najuboższe gospodarstwa domowe w obrębie poszczególnych barangays na podstawie określonych wyznaczników, m.in. dostępu do wody pitnej i sanitariatów, poziomu wykształcenia głowy rodziny, dochodu na członka rodziny, dostępu do podstawowych dóbr czy warunków mieszkaniowych.Korzystając z danych zebranych podczas selekcji beneficjentów 4P, Ministerstwo ds. Społecznych i Rozwoju zaczęło tworzyć bazę danych nazwaną National Household Targeting System for Poverty Reduction (NHTS-PR, Narodowy System ds. Redukcji Ubóstwa). Ma ona pomóc w identyfikacji i przydzielaniu pomocy właściwym osobom i rodzinom. Jest to największa rządowa baza danych dotyczących ubóstwa i biednych mieszkańców Filipin. System identyfikuje osoby kwalifikujące się do programu według modelu PMT (proxy means test), przewidującego niejako dochód per capita na podstawie warunków socjoekonomicznych, dostępu do podstawowych dóbr itd. Tego rodzaju model wydaje się najlepszym rozwiązaniem w kraju, gdzie dochody mieszkańców są bardzo trudne do zweryfikowania. Jak bowiem wynika z danych Ministerstwa Pracy i Zatrudnienia5, ok. 40% ogółu zatrudnionych pracuje w sektorze „nieformalnym”, bez ustalonej relacji pracodawca – pracownik, często w rodzinnych przedsiębiorstwach, małych warsztatach lub prowadzi własną, drobną działalność zarobkową.
Kto korzysta?
Program nakłada na uczestników pewne obowiązki. Kobiety ciężarne, przed oraz po porodzie, muszą korzystać z profesjonalnej opieki medycznej i regularnie uczęszczać na badania lekarskie. Rodzice muszą brać udział w spotkaniach Family Development Sessions. Dzieci w wieku do lat 5 mają być regularnie badane i szczepione, te w wieku od 3 do 5 lat muszą chodzić do żłobka lub przedszkola i mieć frekwencję nie niższą niż 85% obecności. Dzieci w wieku od 6 do 14 lat powinny zostać zapisane do szkoły podstawowej i uczęszczać regularnie na zajęcia (frekwencja nie niższa niż 85% obecności) oraz dwa razy do roku zażywać pigułki odrobaczające.
Rodzina, w której troje dzieci zakwalifikowało się do programu, otrzymuje miesięcznie 1400 PHP przez cały rok szkolny lub 15 000 PHP rocznie tak długo, jak długo dzieci spełniają warunki programu. Gotówka wypłacana jest głowie rodziny, zazwyczaj matce, poprzez specjalną kartę do wypłat gotówkowych wydawaną przez współpracujący z programem Land Bank lub inne banki, mające swoje punkty w miejscach zamieszkania beneficjentów.Określanie beneficjentów przy pomocy danych statystycznych oraz informacji zebranych w terenie wydaje się obiektywne i sprawiedliwe. Jednak jak wskazują uczestnicy 4P, „komputer” wybiera na chybił trafił i pomoc nie zawsze dociera do rodzin najbardziej potrzebujących. Zdarza się, że najbiedniejsze rodziny nie zostają włączone do programu, a ich ciut lepiej sytuowani sąsiedzi – tak.Kolejną kwestią, na którą skarżą się beneficjenci programu, są formalności. Pierwszą przeszkodą dla wielu chętnych jest dostarczenie w wymaganym terminie (najczęściej 7 dni) niezbędnych dokumentów, takich jak świadectwo urodzenia, fotografie portretowe, dowód zapisania dziecka do szkoły oraz świadectwo wykonanych szczepień. Niektórych uczestników nie stać nawet na zrobienie zdjęcia czy zapłacenie za przejazd, żeby dostarczyć wymagane dokumenty. Często w takich przypadkach pomagają sąsiedzi lub nawet władze barangay, którym zależy, aby jak najwięcej osób zostało zakwalifikowanych do programu.
Jak wskazano wyżej, transfery gotówkowe wypłacane są w zamian za regularne posyłanie dzieci do szkoły (obecność na zajęciach musi wynosić min. 85%), regularne szczepienia ochronne oraz wizyty kontrolne w ośrodkach zdrowia. Jednak w niektórych rejonach Filipin, szczególnie najsłabiej rozwiniętych, spełnienie tych wymogów nie jest wcale łatwe – głównie ze względu na brak dostatecznie rozwiniętej infrastruktury, duże odległości między miejscem zamieszkania a szkołą czy przychodnią. Według danych DSWD 20–30% beneficjentów 4P zostaje po jakimś czasie zdyskwalifikowana właśnie z tego powodu. W przeciwieństwie np. do Meksyku, jednego z liderów wprowadzania warunkowych transferów pieniężnych, który najpierw zapewnił obywatelom łatwy dostęp do podstawowych usług (edukacja, opieka zdrowotna), na Filipinach mamy raczej sytuacje odwrotną: to wymagania programu 4P sprawiają, że „pojawia się” potrzeba budowania nowych placówek edukacyjnych czy ośrodków zdrowia.
Efekty i defekty
Udział w programie 4P dał wielu obywatelom Filipin szansę na lepsze życie, wiarę w siebie, możliwość decydowania o własnym losie i kształtowania lepszego losu swoich dzieci. Dochody uczestników programu wzrosły, środki z programu pomagają w sfinansowaniu przyborów szkolnych czy żywności dla całej rodziny. Od momentu wprowadzenia programu, tj. od września 2007 r. do grudnia 2010 r., liczba gospodarstw domowych objętych pomocą wzrosła 100-krotnie. Prezydent Benigno Aquino III zdecydował o zwiększeniu środków przeznaczonych na 4P. W 2012 r. budżet na ten cel wynosić miał 39 miliardów pesos (tj. ok. 655 mln euro), a objęte programem miały być w sumie 3 mln gospodarstw domowych. W ogłoszonym niedawno budżecie na rok 2013 prezydent Aquino podkreśla potrzebę dalszego wdrażania w życie programu 4P6.
Przeciwnicy warunkowych transferów gotówkowych uważają, że tego rodzaju programy, przeprowadzane w zasadzie w całości przez instytucje międzynarodowe (jak Bank Światowy i inne), odciążają rząd od palących problemów społecznych i pozwalają władzom nie zauważać potrzeby dogłębnych reform. Podkreślają oni, że system nie wspiera redystrybucji dóbr, ponieważ nie oferuje się żadnego transferu od bogatych do biednych. Przeciwnie, ponieważ program finansowany jest z kredytu, tym samym obciąża przyszłych obywateli.
Tabela 1. Zasięg programu Pantawid Pamilya, transze 1–5 (do 27 czerwca 2012), bez uwzględnienia programu pilotażowego (IX–XII 2007 r.)
| Transza/rok rozpoczęcia |
Zakładana liczba gosp. domowych objętych programem |
Liczba gosp. domowych włączonych do programu |
Odsetek beneficjentów w zakładanej grupie odbiorców |
| 1 (2008) |
343 264 |
321 380 |
93,62% |
| 2 (2009) |
286 746 |
272 976 |
95,20% |
| 3 (2010) |
414 697 |
405 782 |
97,85% |
| 4 (2011) |
1 296 272 |
1 289 119 |
99,45% |
| 5 (2012) |
766 00 |
725 329 |
94,69% |
| Ogółem: |
3 106 979 |
3 014 586 |
97,03% |
Za: Pantawid Pamilyang Pilipino Program, Program Implementation Status Report, 2nd Quarter of 2012, Department of Social Welfare and Development, June 20122.
Tabela 2. Zasięg programu Pantawid Pamilya na Filipinach
| Jednostka administracyjna |
Ogółem w kraju |
Liczba objęta programem 4P |
% objęty programem 4P |
| Region |
17 |
17 |
100,00 |
| Prowincja |
80 |
79 |
98,75 |
| Miasto |
138 |
138 |
100,00 |
| Gmina |
1496 |
1261 |
84,29 |
Za: Pantawid Pamilyang Pilipino Program, Program Implementation Status Report, 2nd Quarter of 2012, Department of Social Welfare and Development, June 20124.
Tabela 3. Warunki, jakie muszą spełniać beneficjenci programu Pantawid Pamilya
| Członek rodziny |
Warunki otrzymania transferu gotówki na ochronę zdrowia |
Warunki otrzymania transferu gotówki na cele edukacyjne |
| Dzieci od 0 do 5 lat |
Regularne badania lekarskie. |
Dzieci od 3 do 5 lat muszą chodzić do przedszkola i wykazać się min. 85% frekwencją. |
| Dzieci od 6 do 14 lat |
Przyjmowanie tabletek odrobaczających dwa razy do roku. |
Dzieci muszą być zapisane do szkoły podstawowej lub ponadpodstawowej i uczestniczyć w min. 85% zajęć szkolnych. |
| Kobiety ciężarne |
Przynajmniej jedna konsultacja przedporodowa w trymestrze.Poród przeprowadzony przy udziale wykwalifikowanego personelu. |
|
| Beneficjent |
Uczestniczenie w spotkaniach dot. wspierania rodziny (tzw. family development sessions). |
|
Zwolennicy programu 4P twierdzą, że jest on bardzo przydatnym i względnie skutecznym narzędziem w walce z biedą. Sekretarz Soliman, szefowa Ministerstwa ds. Społecznych i Rozwoju, uważa, że program pomaga ubogim rodzinom nie tylko wyrwać się z dziedziczonego ubóstwa, ale też uwierzyć we własne siły. Tego rodzaju programy, skierowane siłą rzeczy na pomoc doraźną, w dłuższej perspektywie powinny być jednak wspierane przez inne inicjatywy rządu, np. tworzenie nowych miejsc pracy, budowę placówek edukacyjnych, kulturalnych i medycznych oraz działania na rzecz bardziej sprawiedliwego podziału dóbr.Warto pamiętać, że wiele problemów Filipin, w tym ubóstwo, jest w znacznej mierze skutkiem liberalnej polityki kolejnych rządów, wprowadzających np. jednostronne obniżenie taryf na importowane towary. W wyniku takiej polityki towary sprowadzane z zagranicy mogą konkurować bez przeszkód z lokalnie produkowanymi. Natomiast wyroby filipińskie nie mają większych szans przebicia się na rynku międzynarodowym, głównie przez bardzo wysokie taryfy celne narzucane przez inne kraje. Władze Filipin nigdy nie negocjowały redukcji stawek na swoje towary, czego wynikiem jest duża dysproporcja między tymi importowanymi a eksportowanymi. Gospodarka oparta na wpływach z inwestycji zagranicznych oraz eksporcie surowców sprawiła, że Filipiny są wciąż krajem bardzo podatnym na najmniejsze zachwiania światowego rynku. Prywatyzacja edukacji i opieki zdrowotnej doprowadziła do podziału społeczeństwa na tych, których stać na te usługi, i resztę – zdaną na samych siebie. Zgoda władz na wieloletnią dzierżawę olbrzymich terenów przez międzynarodowe korporacje sprawiła, iż tysiące rolników straciło jedyne źródło utrzymania.W tym kontekście wszelkie działania naprawcze są wskazane i niezbędne. Program 4P w opinii umiarkowanych zwolenników – takich jak np. znany działacz społeczny i krytyk neoliberalnej globalizacji Walden Bello – jest przydatnym narzędziem, jednak nie stanowi rozwiązania kluczowych problemów i wyeliminowania ich przyczyn. Jego zdaniem główną rolę w walce z ubóstwem powinny odgrywać stopniowe wycofywanie się z polityki neoliberalnej, reforma rolna oraz umorzenie długów zagranicznych Filipin (wg danych Banku Centralnego Filipin z września 2012 r. długi Filipin wobec Banku Światowego, Asian Development Bank i innych podmiotów wynoszą 62,5 miliardów USD, stanowiąc tym samym 26,6% PKB kraju7).
Istotnym problemem związanym z właściwą realizacją programów polityki społecznej na Filipinach jest silna pozycja elit, tj. posiadaczy ziemskich, właścicieli plantacji, ludzi związanych z branżą nieruchomości itp. Sfery te, formalnie nie posiadające żadnej władzy, potrafią wciąż, tak jak 50 lat temu, skutecznie blokować wszelkie reformy, w wyniku których straciłyby część wpływów lub zysków. Bardzo trudno zatem przeprowadzić jakiekolwiek głębokie i długofalowe zmiany w kraju.
Mimo to od początku wdrażania Pantawid Pamilyang Pilipino w 2007 aż do dziś rozszerza się zakres programu. Obecnie obejmuje on ponad 30% najbiedniejszych obywateli Filipin. Wdrożenie 4P pozwoliło zmniejszyć poziom ubóstwa w najbiedniejszych rejonach kraju. Około 62% rodzin objętych programem żyło poniżej granicy biedy. Ponad 33% nie było stać na zakup dostatecznej ilości żywności. Pieniądze otrzymane w ramach programu 4P pozwoliły więc tym ludziom zaspokoić podstawowe potrzeby, związane głównie z wyżywieniem rodziny. Według danych Banku Światowego dzięki programowi o ponad 13 punktów procentowych udało się zmniejszyć liczbę osób zagrożonych niedożywieniem lub głodem.Transfery gotówkowe znacznie wpłynęły na wzrost zarobków: z wyliczeń Banku Światowego wynika, że dochody beneficjentów wzrosły per capita o ok. 12%. Jednocześnie poziom ubóstwa spada średnio o 2,6 punktu procentowego na rok, dzięki 4P udaje się też obniżyć różnicę w dochodach między mieszkańcami średnio o 3,6 punktu procentowego rocznie. Poza poprawą warunków życia i pomocą w zaspokojeniu podstawowych potrzeb program 4P – podobnie jak tego rodzaju programy w Brazylii czy Meksyku – przyczynia się do znacznej poprawy poziomu wykształcenia i zdrowia dzieci. Dane z pięciu kolejnych cykli programu Pantawid Pamilya wskazują, że co roku w wycinkowo wybranych okresach dwóch miesięcy ponad 96% dzieci w wieku 3–5 lat uczęszczało regularnie na zajęcia szkolne, podobną frekwencję (ponad 97%) wykazywały dzieci w wieku 6–14 lat. Jeśli zaś chodzi o zobowiązania beneficjentów (rodziców) dotyczące regularnych badań lekarskich dzieci, tu także widać znaczący postęp: ponad 95% dzieci w wieku 0–5 lat oraz kobiet ciężarnych poddawało się regularnym badaniom lekarskim oraz koniecznym szczepieniom ochronnym, zaś 98% dzieci w wieku 6–14 lat regularnie przyjmowało tabletki przeciw pasożytom. Z kolei rodzice w przeważającej większości (96%) uczestniczyli w warsztatach rozwoju osobistego, przedsiębiorczości itp.8Oczywiście są to jedynie dane z krótkiego okresu. Podobnie jak w programach w Meksyku czy Hondurasie, dane wskazują także na spore zaniedbania jeśli chodzi o frekwencję szkolną starszych dzieci i o uczestnictwo w obowiązkowych badaniach lekarskich. Wydaje się jednak, że główne zadania programu Pantawid Pamilya są realizowane z dużym powodzeniem. Nakłady na zapewnienie odpowiednich warunków życia, nauki i opieki zdrowotnej dla najmłodszych obywateli i ich rodzin dają milionom najuboższych dzieci szansę na wyrwanie się z biedy i pozwalają na lepszy start w dorosłe życie. Dzięki stosunkowo sprawnej organizacji i dobremu systemowi definiowania i wyłaniania beneficjentów transferów gotówkowych, program Pantawid Pamilya obejmuje zasięgiem ponad 90% przedstawicieli 40-procentowej, najbiedniejszej części populacji Filipin i pozwala dotrzeć do największej liczby beneficjentów w porównaniu z wcześniejszymi programami pomocy społecznej. Na potrzeby 4P stworzono też olbrzymią bazę danych o obywatelach Filipin, ich warunkach życia, poziomie wykształcenia, infrastrukturze poszczególnych rejonów kraju. Te informacje, wcześniej zbierane wyrywkowo i chaotycznie, stanowią przydatne źródło wiedzy także dla innych projektów pomocowych, a know how organizacji wdrażających program 4P stanowi doskonałą podstawę do realizacji podobnych programów w innych krajach regionu.
Mimo mniej lub bardziej uzasadnionych krytyk program Pantawid Pamilya jest, jak dotychczas, najbardziej efektywnym sposobem walki z ubóstwem na Filipinach. Promuje aktywność i dyscyplinę, ale przede wszystkim stwarza szanse na podstawową edukację dzieciom, które dotychczas musiały pracować, zamiast się uczyć, oferuje opiekę medyczną matkom, dzieciom i kobietom ciężarnym, których do tej pory nie było stać na podstawowe usługi medyczne. Mimo „bagażu” nie zawsze uczciwych praktyk, jakie na Filipinach są wpisane w prawie każdą działalność publiczną, program ten jest dobrym krokiem w kierunku bardziej sprawiedliwego społeczeństwa i efektywniejszej polityki społecznej państwa.
Przypisy:
- Według ostatnich dostępnych danych z 2009 r., opublikowanych w 2010 r. przez Bank Światowy: http://www.nscb.gov.ph/pressreleases/2012/PR-201207_PP1_08_fies.asp
- www.dswd.gov.ph/wp…/2012/09/2ndqtr2012.pdf
- http://www.nscb.gov.ph/
- www.dswd.gov.ph/wp…/2012/09/2ndqtr2012.pdf
- http://www.bles.dole.gov.ph/
- http://www.gov.ph/2012/07/24/2013-budget-message-
of-president-aquino/
- http://www.philstar.com/business/2012/09/22/851524/phl-external-debt-17–625-b
- Luisa Fernandez, Rosechin Olfindo, Overview of the Philippines’ Conditional Cash Transfer Program: The Pantawid Pamilyang Pilipino Program (Pantawid Pamilya), „Philippine Social Protection Note” Maj 2011, nr 2, s. 11.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę.
Artykuł 1. ustawy o ochronie zwierząt
z dnia 21 sierpnia 1997 r.
Jesienią 2011 roku ukazał się raport Najwyższej Izby Kontroli zawierający ustalenia po kontroli w schroniskach dla zwierząt. Jego wnioski nie są pokrzepiające. Także dla zwolenników tezy, że „prywatne jest lepsze”. Jak się okazuje, nasi „bracia mniejsi” najczęściej padają ofiarą złego traktowania właśnie w prywatnych schroniskach. Nie bez winy są również samorządy. Ale zły los zwierząt wiele mówi również o kondycji społeczeństwa obywatelskiego w Polsce i o tym, dlaczego naprawdę podejmowane są inicjatywy, które w teorii powinny służyć szlachetnym celom.
Przypomnijmy główne nieprawidłowości, na które zwróciła uwagę NIK w swoim raporcie (dostępnym pod tym adresem). Wynika z niego, że ponad połowa kontrolowanych schronisk dla psów i kotów jest przepełniona. W części z nich zwierzęta są od razu uśmiercane. Chociaż ich liczba w schroniskach rośnie, program zapobiegania bezdomności czworonogów realizuje tylko co trzecia gmina. Ponadto gminy znacznie ograniczają swoje obowiązki nadzorcze wobec podmiotów prowadzących schroniska – kontrolowane są co najwyżej instytucje samorządowe tego typu. W placówkach prywatnych, do których również trafiają pieniądze podatników na mocy umów, jakie zawierają z nimi poszczególne gminy, żaden nadzór zazwyczaj nie istnieje. Osobna kwestia to warunki bytowe i sanitarne w takich przybytkach – nierzadko są to zwykłe umieralnie.
Równie niepokojące są dane bardziej szczegółowe. W gminach skontrolowanych przez NIK stwierdzono następujące nieprawidłowości: a) w 12% jednostek nie przyjęto uregulowań organizacyjnych i prawnych dotyczących wyłapywania bezdomnych zwierząt oraz rozstrzygania o dalszym postępowaniu z nimi; b) w 44% gmin nie określono wymagań, jakie powinien spełniać przedsiębiorca prowadzący schronisko lub inną działalność w zakresie ochrony bezdomnych zwierząt, c) 32% gmin zlecało odławianie bezdomnych zwierząt podmiotom nie posiadającym zezwoleń na taką działalność; d) 24% gmin nie wykonywało albo niewłaściwe wykonywało kontrole usług wyłapywania zwierząt. Natomiast nieprawidłowości stwierdzone w schroniskach polegały głównie na: a) przepełnieniu – odnotowanym w 55% placówek; b) niespełnieniu przez 24% placówek części wymagań weterynaryjnych dotyczących pomieszczeń i wybiegów dla zwierząt oraz stanu technicznego użytkowanych obiektów; c) nierzetelnym i niezgodnym z obowiązującymi przepisami prowadzeniu w 33% schronisk ewidencji i kartotek przebywających tam zwierząt.
Od czasu opublikowania raportu NIK nie wszystko zmieniło się na lepsze. – Schroniska są prowadzone przez prywatne podmioty, które zarabiają na wyłapywaniu bezdomnych zwierząt. To działalność komercyjna. A żeby zarabiać, niekoniecznie trzeba się zwierzętami opiekować – eufemistycznie komentuje sprawę Agnieszka Pawlicka z Fundacji Rottka. Organizacja, którą założyła moja rozmówczyni, zajmuje się przede wszystkim ratowaniem starych i chorych bezdomnych psów, interwencjami i sprawdzaniem warunków, w jakich zwierzęta przebywają. Ponadto ludzie z Rottki kontrolują, jak przeprowadzane i wykonywane są umowy z gminami, a także czy osoby, które wyłapują zwierzęta i zawożą je do schronisk, posiadają na to stosowne zezwolenia. Zdaniem Pawlickiej dla gmin głównie liczą się dwie kwestie: żeby było tanio i żeby pozbyć się psa/kota.
Jak dokładnie wygląda ten proceder? – Pan lub pani X zakłada spółkę i chce zarabiać na wyłapywaniu bezdomnych zwierząt. W związku z tym będą oszczędzali na wydatkach, czyli ograniczali koszty bud, ich ocieplenia, jedzenia dla zwierząt, wybiegów, leczenia, sterylizacji. A ponieważ gminie zależy na tym, aby było jak najtaniej, to osoba, która prowadzi schronisko, musi dać niską cenę. Takie schroniska to teren prywatny – organizacje, które chcą sprawdzić warunki w nich, bardzo często nie są wpuszczane – wyjaśnia pani Agnieszka. Nierzadko gmina płaci jednorazową stawkę wedle metody: w określonym dniu dany pies został złapany przez hycla w zamian za ustaloną kwotę. Tu zwykle kończy się jakakolwiek kontrola ze strony instytucji samorządowych. Później nikt się nie interesuje losem psa, więc można go zagłodzić, uśmiercić. Często zdarza się też tak, że zwierzę złapane w jednej gminie jest wypuszczane w innej i łapane kolejny raz. I następna gmina za to płaci. Tak robi się złoty interes na bezdomnych, schorowanych, nieszczęśliwych istotach.
A jaka w tej sytuacji jest rzeczywistość wielu schronisk? – Porównując standardy placówki, w której pracuję, z innymi schroniskami, widzę skalę problemu. Słabo wyposażone gabinety weterynaryjne, brak indywidualizacji opieki nad zwierzęciem, instrumentalne traktowanie, brak całodobowego nadzoru nad zwierzętami oraz brud – to grzechy większości tego typu instytucji – mówi Joanna Lamparska, pracownica schroniska „Hotel dla zwierząt”, która zajmuje się adopcjami podopiecznych placówki, a prywatnie pomaga seterom i innym potrzebującym psom. – Problem stanowi też brak gminnych, małych schronisk. Przecież dokładniej zajmiemy się dwudziestoma psami niż tysiącem. Ponadto nie tylko jakość schronisk, ale i działań organizacji prozwierzęcych zależy również od ich ukierunkowania: czy faktycznie nastawione są na pomoc, czy fundusze idą na bezdomne zwierzęta… czy też zwierzęta są z nich okradane – stwierdza. Podobnego zdania jest Karolina Gadalska z warszawskiej Fundacji Mikropsy: Pieniądze to nie wszystko – nie każda fundacja potrafi dobrze i efektywnie nimi zarządzać. Znam przykłady, gdzie pomoc, jaką otrzymały zwierzęta, była niewspółmiernie mała pomimo wysokich nakładów finansowych.
Jak wygląda los zwierząt w schroniskach źle zarządzanych z premedytacją lub ze względu na ludzką nieudolność i niefrasobliwość? Magdalena Kordas, również działająca w Fundacji Mikropsy, opowiada: Zamiast dwóch psów jest w kojcu przetrzymywanych sześć. Powoduje to, że słabsze osobniki są eliminowane. Psy nie są wyprowadzane na spacery, walczą o jedzenie czy wodę. Często w kojcu jest za mało bud, więc słabsze osobniki śpią na betonie, co przy jesienno-zimowych temperaturach w Polsce powoduje, że chorują. Wiele także pozostawia do życzenia czystość w boksach. A pies przecież nie poskarży się, że ma brudno. Boksy budowane są często bez pomyślunku. Brak odpływów, budowanie na równym terenie – podczas deszczu zwierzaki stoją po brzuchy w wodzie, brodząc we własnych odchodach. To również powoduje choroby, przede wszystkim przeziębienie czy choroby skóry.
Istotnym problemem jest chaos organizacyjny, na który nakładają się „prywatyzacja” schronisk, organizacyjny bałagan w skali mikro i makro oraz urzędniczy „tumiwisizm”. Świetnie to widać na przykładzie chipowania zwierząt. Niewiele gmin to robi, do tego w bazach danych panuje znaczny galimatias. – Bywa tak, że jeżeli psy są w stadzie, w którym jest na przykład dwadzieścia sztuk, to nawet jeżeli urzędnik przyjdzie sprawdzić zwierzę, to pracownicy nie są w stanie złapać właściwego psa i sprawdzić chipa, bo psy się gryzą między sobą, nie chcą podejść. Często jest też tak, że w schronisku jest pies, który ma trzy chipy, a baza danych obejmuje tylko dane schronisko, nie jest częścią żadnego ogólnopolskiego systemu. Ponadto chipy pod skórą się przemieszczają. Kiedy pies trafia do schroniska, to sprawdza się na karku, gdzie najczęściej się chipy zakłada, a urządzenie jest już często głębiej w ciele. I wówczas jest w ogóle nie do odczytania. Część schronisk nie ma czytników, również straż gminna ich nie posiada – tłumaczy Agnieszka Pawlicka.
Jej zdaniem działalność komercyjna nie sprawdza się w tej dziedzinie, ponieważ właśnie chęć łatwego zysku prowadzi do licznych nadużyć i patologii w obrębie systemu. Z jednej strony marnotrawione są publiczne pieniądze, gdyż przy dzisiejszym stanie rzeczy żadne problemy nie są właściwie rozwiązywane. Z drugiej natomiast samorządy mają kłopoty finansowe: jeśli brak pieniędzy na dożywianie dzieci w szkołach, to kto będzie przejmował się niskimi nakładami gmin na zapobieganie bezdomności zwierząt? Obecna sytuacja sprzyja cichej zmowie milczenia między instytucjami samorządowymi, które wydają pieniądze podatnika, a „psimi przedsiębiorcami”. Urzędnicy mogą udawać, że nie wiedzą nic o fatalnych warunkach w schroniskach, a prywatni właściciele schronisk nie muszą obawiać się nadzoru i kar – nawet jeśli umieralność zwierząt wynika z zaniżania kosztów utrzymania schronisk, to i tak rzadko kogo zainteresuje ten fakt.
Magdalena Kordas opisuje ów proceder tak: Każda gmina ustala coroczny budżet na psy. W budżecie powinny być uwzględnione opieka weterynaryjna, obowiązkowe kastracje zwierząt, szczepienia i utrzymanie. Z całego budżetu przeznaczonego na psy najwięcej zarabia hycel, który za odłowienie psa otrzymuje, w zależności od gminy, od kilkuset do nawet kilku tysięcy złotych. To on zgarnia największą pulę. Po opłaceniu prądu, czynszu za pomieszczenia biurowe i socjalne, pensji pracowników i kierownika zostaje „coś” na psy. Często kwota jest niewystarczająca, aby podjąć leczenie, i pies zostaje uśpiony. Ale jest w tym wszystkim również coś więcej, co dobrze znamy z polskich realiów: Właściciel schroniska dobrze zna się z weterynarzem powiatowym, który de facto nigdy nie widzi tego, co widzą przedstawiciele fundacji czy wolontariusze. Burmistrz czy wójt to dobry kumpel z czasów szkolnych lub innych znajomości, a lekarz weterynarii praktykuje swoją wiedzę na koniach i krowach, nie znając się np. na oczach psów czy kotów. I tak biznes się kręci.
Nieco inną perspektywę ma Jagoda Kosmala, prezes Głogowskiego Stowarzyszenia Pomocy Zwierzętom AMICUS: Znamy gminy, które oprócz tego, co zgodnie z ustawą muszą robić, czyli zapewnienia psom miejsca w schronisku, pomagają dodatkowo szukać dla nich nowych domów. Po nowelizacji ustawy, odkąd ten nacisk na zapewnienie zwierzętom miejsca w schronisku jest większy, można zauważyć, że bardzo wiele gmin zaczyna nagle szukać schroniska, z którym mogłoby podpisać umowę. Niestety największą bolączką jest fakt, że w Polsce nie ma takiej ilości schronisk, która mogłaby pomieścić psy ze wszystkich gmin. Z kolei pani Lamparska uważa, że zaletą obecnego ustawodawstwa są wyższe kary za znęcanie się nad zwierzętami i zakaz handlu psami na targowiskach. – Uważam również za istotne wymuszenie na gminach opracowania programu opieki, choć znam gminy, które go nie mają, i nie bardzo ma je kto upomnieć – opowiada.
Jedną z ważniejszych spraw, którą akcentują osoby zajmujące się pomocą dla zwierząt, jest kwestia sterylizacji i kastracji. Zdaniem Karoliny Gadalskiej to jedyna skuteczna metoda ograniczania populacji bezdomnych zwierząt. Służy przy tym znacznemu zmniejszeniu ryzyka występowania szeregu chorób u psów, takich jak ropomacicze, rak sutka, rak jąder i prostaty, hormonozależne choroby skóry. – Oprócz uwrażliwiania ludzi niezbędne jest też nałożenie na schroniska obowiązku bezzwłocznego (po kwarantannie) przeprowadzenia zabiegu sterylizacji/kastracji u wszystkich nowo przybyłych zwierząt – twierdzi Gadalska. Ustawa o ochronie praw zwierząt zawiera odpowiedni zapis: Rada gminy wypełniając obowiązek, o którym mowa w art. 11. ust. 1., określa, w drodze uchwały, corocznie do dnia 31 marca, program opieki nad zwierzętami bezdomnymi oraz zapobiegania bezdomności zwierząt. 2. Program, o którym mowa w ust. 1., obejmuje obligatoryjną sterylizację albo kastrację zwierząt w schroniskach dla zwierząt (Ustawa o ochronie praw zwierząt, rozdział 2. art. 11a. ust. 2. punkt 4.). Jednak niewiele schronisk stosuje się do niego i sterylizuje/kastruje swoich podopiecznych, a w niektórych schroniskach psy są rozmnażane. – Obowiązek sterylizacji i kastracji powinien też dotyczyć wszystkich organizacji działających na rzecz bezdomnych zwierząt, ponieważ nie wszystkie uważają sterylizację za priorytet, a nie pilnując tego, przyczyniają się do zwiększenia bezdomności – dodaje Gadalska.
Jedną z kolejnych polskich bolączek jest bezradność prawa i instytucji wobec prywatnych, niekontrolowanych „rozmnażalni psów”, które ustawa pozwala rejestrować jako stowarzyszenia. Joanna Lamparska stwierdza: Ogromnym mankamentem ustawy o ochronie praw zwierząt jest przyzwolenie na rozmnażanie zwierząt w zarejestrowanych hodowlach. Powstało wiele stowarzyszeń pseudo-hodowli wystawiających swoim kundelkom (w typie rasy) własne rodowody i sprzedających kundelkowe mioty w wygórowanych cenach. Ceny tych psów skoczyły z 200 do nawet 1000 zł. Wiele z tych nowo narodzonych istnień jest okupionych męczarnią swoich matek. Suki rodzą co cieczkę, a warunki przetrzymywania zwierząt zostawiają wiele do życzenia lub wręcz są tragiczne. Na inne problemy z tego typu podmiotami wskazuje Jagoda Kosmala: Kupujemy psa z takiej hodowli, która działa niestety zgodnie z prawem, a później okazuje się, że pies pod względem wyglądu oraz charakteru różni się od znanego nam wzorca ustalonego przez Międzynarodową Federację Kynologiczną. W organizacjach powstałych tylko po to, żeby ominąć ustawę, nie patrzy się na charakter psa – często rozmnażane są osobniki agresywne, co później może prowadzić do tragedii.
Poza tym rzadko kiedy i rzadko kto jest karany za znęcanie się nad zwierzętami. W większości przypadków sprawy są umarzane, prawie nigdy nie udaje się doprowadzić do skazania osób winnych okrucieństwa wobec czworonogów. Prokuratura i policja starają się jak najmniej energii poświęcać tego typu kwestiom. Sądy traktują „zwierzęce sprawy” ze znaczną pobłażliwością. – Ostatnio zdarzył się przypadek: właściciel miał psa chorego na nowotwór i wyrzucił go. W uzasadnieniu umorzenia podano, że to nie właściciel spowodował chorobę, że nie miał środków na leczenie i że nie wiedział, co robić – opowiada Pawlicka.
Podobnie jest ze stróżami prawa. Pani Gadalska opowiada: Polskie prawo jest mało restrykcyjne, ale w podstawowym wymiarze zabezpiecza interesy zwierząt. Niestety o wiele gorzej wygląda kwestia jego znajomości i egzekwowania. Dopiero niedawno pojawił się precedens, gdy sprawcy bestialskiego zabójstwa psa zostali skazani na karę więzienia. Takie wyroki powinny być standardem, bo ustawa o ochronie zwierząt daje takie możliwości. Niestety sądy wykazują się dużą pobłażliwością w stosunku do sprawców takich przestępstw. Innym przykładem nieegzekwowania i nieznajomości prawa jest postawa policjantów, którzy wzywani do incydentu zazwyczaj nie podejmują działań, do których są zobligowani ustawą. Często zachowują bierną postawę, która jest cichym przyzwoleniem dla właściciela psa na dalsze bestialskie zachowanie. Policja nie chce się angażować w sprawy związane z ochroną praw zwierząt, niejednokrotnie wykazując się brakiem znajomości ustawy. A to właśnie oni powinni być pierwszą linią obrony w sytuacjach zagrożenia życia lub zdrowia zwierzęcia.
Inny problem to znieczulica społeczna i brak odpowiedniej edukacji, które przekładają się także na przestrzeganie i interpretację prawa. To właśnie „przeciętni obywatele” nie reagują na złe zachowania wobec czworonogów. – Wiele osób traktuje zwierzęta jak rzeczy, niespecjalnie posiadające jakiekolwiek prawa. Nawet jeśli ktoś widzi złe traktowanie na przykład psa, to nie chce tego zgłosić – dla świętego spokoju, bo nie chce być świadkiem w sądzie – mówi Pawlicka. Karolina Gadalska dodaje: Z pokolenia na pokolenie przekazywane są stereotypy umiejscawiające zwierzęta jedynie nieco wyżej od rzeczy materialnych. Nawet sama ustawa nie prostuje tych zabobonnych przekonań, nadal zawierając taki oto zapis: „W sprawach nieuregulowanych w ustawie do zwierząt stosuje się odpowiednio przepisy dotyczące rzeczy” (Ustawa o ochronie zwierząt, rozdział 1. art 1. pkt 2.). Gdyby w mediach mówiło się więcej na ten temat, być może pomogłoby to w uświadomieniu naszego społeczeństwa. Telewizja i prasa mają bowiem nieocenioną siłę nośną. Jednak pojawiają się też głosy, że paradoksalnie sytuacja, w której media informują o wyrokach skazujących w sprawach, gdzie dochodzi do szczególnego okrucieństwa wobec zwierząt, sprawia, iż opinia publiczna jest przekonana, że to norma, a nie rzadki wyjątek.
Przy wszystkich mankamentach polskich realiów często dobre imię nas – ludzi – ratują organizacje obywatelskie. Jedną z nich jest Fundacja Mikropsy. Działa dzięki siatce domów tymczasowych dla psów. Zwierzęta trafią do „rodzin zastępczych” i tam są leczone, socjalizowane, poddawane zabiegom sterylizacji i kastracji. Pies uczony jest także podstawowych zasad życia domowego: utrzymywania czystości, chodzenia na smyczy, obcowania z nieznajomymi ludźmi oraz z innymi zwierzętami. – Wolontariusze z całej Polski przesyłają nam zdjęcia oraz opisy psiaków bytujących w schroniskach, porzuconych przy drogach czy w lasach. Otrzymujemy także zgłoszenia dotyczące psów maltretowanych, zaniedbywanych, głodzonych przez właścicieli lub takich, które służą właścicielom jako źródło utrzymania i są maszynkami do rodzenia szczeniąt sprzedawanych później za kilkaset złotych. Mamy więc pod swoją opieką również psy odbierane interwencyjnie z koszmarnych warunków – opowiada Gadalska.
Podopieczni fundacji dostają własne imiona i numer. Zwierzak ma także portfolio, album ze zdjęciami, powstaje zgodny ze stanem faktycznym opis jego potrzeb, zalet i problemów. – Wtedy zaczynamy ogłaszać psy na portalach internetowych. Ludzi, którzy zgłaszają się do nas w sprawie adopcji, weryfikujemy na podstawie ankiet i wizyt przedadopcyjnych. Finałem jest chwila, gdy przywozimy psinę do nowego domu i podpisujemy w nim umowę adopcyjną, jasno określającą prawa i obowiązki przyszłego opiekuna. Z nowymi właścicielami naszych podopiecznych zostajemy w stałym kontakcie, telefonicznym, mailowym, a od czasu do czasu również osobistym – opisuje procedurę działaczka z Fundacji Mikropsy.
W powszechnej opinii zwierzęta, w tym psy, najgorzej traktowane są na wsi. Ta kwestia pojawiła się także w wypowiedziach polityków. Poseł Eugeniusz Kłopotek z PSLPSL stwierdził kiedyś: „Taka polska tradycja, żeby był pies uwiązany”. Polska wieś kojarzy się zatem z psem trzymanym na krótkim łańcuchu, z boleśnie wżynającą się w szyję obrożą, z ciasną klatką i brudem. Jednak Pawlicka stwierdza: Skąd się biorą psy wyrzucane w las przed wakacjami? Nie z polskiej wsi. Chłop nie pojedzie wyrzucić psa, on go zabije siekierką, utopi, ale nie będzie go wkładać do samochodu, żeby pojechać 40 czy 50 km, wywieźć do lasu. Większość wyrzuconych psów to zwierzęta, które mieszkały w miejskich aglomeracjach, z pewnością 90–95% z nich. Ale Joanna Lamparska podkreśla, że także sytuacja zwierząt na wsi wciąż pozostawia wiele do życzenia: Na wsiach ciągle spotykamy psy przykute do łańcucha, które nie mają odpowiednich warunków do życia, często są to zwierzęta zaniedbane (skołtunione, wychudzone, nieleczone). Jeśli chodzi o znajomość praw zwierząt, to uważam, że w miastach jest ona wyższa. W pewien sposób wymuszają to na nas otoczenie, sąsiedzi, administracja. Karolina Gadalska uważa, że sytuacja zwierząt w mieście jest lepsza: W dużych miastach zwierzęta spełniają najczęściej rolę towarzyszy, ich właściciele mają większy dostęp do opieki weterynaryjnej oraz sklepów z akcesoriami dla zwierząt. Na wsi pokutuje pogląd, że zwierzę powinno spełniać funkcję użyteczną, dlatego też lepiej traktowane są zwierzęta hodowlane, a gorzej psy, których jedyną funkcją jest stróżowanie. Ponieważ niska jest również świadomość społeczna dotycząca sterylizacji i kastracji zwierząt, ich niekontrolowany rozród powoduje, że zamiast leczyć czy dobrze karmić swojego psa, właściciel woli w miejsce chorego zwierzęcia wziąć nowe, zdrowe.
Co mogłoby pomóc? Zdaniem osób pracujących na rzecz zwierząt potrzeba nie tylko środków z budżetu państwa. Również samorządy mogłyby prowadzić międzygminne schroniska. Gdyby kilka gmin wspólnie znalazło teren, wybudowało schronisko i je kontrolowało, to łatwiej byłoby o sfinansowanie inwestycji i zadbanie o prowadzenie jej zgodnie z prawem i zasadami humanitarnymi. Jednak urzędnicy nawet nie podejmują takich prób. Natomiast Jagoda Kosmala uważa, że Schroniska powinny być prowadzone przez organizacje społeczne, których statutowym celem działania jest ochrona zwierząt, a nie przez osoby prywatne. Na pewno poprawiłoby to los wielu zwierząt. Na jeszcze inną kwestię zwraca uwagę Anna Gorajska, wolontariuszka zajmująca się przede wszystkim bezdomnymi kotami, pracująca dla jednej z łódzkich fundacji prozwierzących: W Polsce każdy może pracować w schronisku, więc często są to ludzie, którzy nie są w stanie znaleźć innej pracy, niekoniecznie nawet lubiący zwierzęta. A przykładowo w Niemczech działają trzyletnie szkoły kształcące przyszłych pracowników takich podmiotów: to zawód jak każdy inny, trzeba się do niego porządnie przygotować.
Czy prawo aktualnie obowiązujące w Polsce w znaczącym stopniu przyczynia się do efektywnych zmian na lepsze? Zdaniem Agnieszki Pawlickiej obecne rozwiązania mają w dużej mierze charakter fasadowy. – Panują różne opinie na temat prawa w Niemczech czy w Danii. Tam zwierzęta są usypiane po sześciu miesiącach, jeśli nie znajdzie się dla nich dom – może to budzić wiele wątpliwości. Ale czy lepiej przez dziesięć lat trzymać je w schronisku na łańcuchu i karmić co trzeci dzień? W tej chwili w Polsce jedno, z czym na pewno mamy do czynienia, to – chcę mocno te słowa podkreślić – ogrom bezdomnych zwierząt. A prawo w obecnej formie przede wszystkim sprzyja temu, by zarabiać na bezdomnych zwierzętach.
Jako pozytywy polskiego prawa Karolina Gadalska wskazuje np. wprowadzenie w nowelizacji zapisu o zakazie handlu zwierzętami domowymi oraz hodowania ich w celach handlowych, ograniczenie więzienia psów przy budach na krótkich łańcuchach (w tej chwili długość uwięzi to co najmniej 3 metry) czy w kojcach (mogą bytować w ten sposób do 12 h na dobę). Dodaje ona jednak, że wprowadzenie tych zmian to dopiero początek, bo w tej chwili mamy do czynienia z martwym prawem. Obecne przepisy umożliwiają także interweniowanie w trudnych sprawach. – Upoważniony członek organizacji, której statutowym celem jest ochrona zwierząt, może w sytuacjach zagrażających życiu lub zdrowiu zwierzęcia podjąć decyzję o odbiorze go właścicielowi – niestety często inne instytucje nie chcą się w to mieszać i wolą udawać, że nic się nie dzieje – mówi Jagoda Kosmala.
Karolina Gadalska opowiada, że w ramach działalności w jej fundacji największy nacisk kładzie się na edukację dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym. Chodzi bowiem nie tylko o to, aby przeciwdziałać skutkom obecnej sytuacji, ale także im zapobiegać: Uwrażliwiamy najmłodszych na potrzeby psów, uczymy, jak zajmować się pupilami, opowiadamy o radości, jaką można czerpać z kontaktu z psem, zaznaczając jednocześnie, jak duży jest to obowiązek. Ważnym tematem jest dla nas również zachowanie bezpieczeństwa w kontaktach z czworonogami. Żeby zajęcia były dla dzieci ciekawe i zakorzeniały w ich świadomości jak najwięcej istotnych dla nas rzeczy, w prelekcjach towarzyszą nam specjalnie do tego celu przygotowane, zrównoważone, zdrowe, łagodne psy (wszystkie adoptowane ze schronisk). Mam nadzieję, że dzięki edukacji uda nam się coś zmienić i stworzyć bardziej świadome przyszłe pokolenie. Jagoda Kosmala uważa, że bardzo często nieodpowiednie podejście do zwierząt nie wynika ze złej woli, lecz po prostu z niewiedzy – zwykle poważna, dobrze uargumentowana rozmowa wystarczy, aby właściciel zmienił podejście do swoich czworonogów.
Joanna Lamparska akcentuje wyzwania właśnie z tej dziedziny: Wciąż brakuje odpowiedniej edukacji, wychowania już w najmłodszych latach w poszanowaniu naszych braci mniejszych, brakuje nauki wrażliwości oraz uświadamiania w kwestii tego, że zwierzęta mają swoje prawa i że ich łamanie jest przestępstwem. Ilość zwierząt porzuconych i nigdy przez nikogo nie szukanych, ilość drastycznych przypadków okrucieństwa i znęcania się nad nimi rysuje bardzo ponury obraz ludzkich postaw i naszej kultury.
Autor chciałby podziękować za pomoc przy pisaniu tekstu Marii Apoleice, Ilonie Darmach, Marii Szpunar.
Karolina Gadalska w trakcie przygotowywania tekstu kończyła współpracę z Fundacją Mikropsy.
Poniżej prezentujemy list naszej Czytelniczki, nadesłany po lekturze tekstu Krzysztofa Wołodźki o sytuacji bezdomnych zwierząt:
Dla zwierząt?
Moja trzecia w tym roku próba uaktywnienia się w walce o prawa zwierząt w organizacjach warszawskich. Strona internetowa zachęca do zgłoszenia się na wolontariat. Instrukcja mówi jasno żeby wypełnić formularz i dostarczyć do biura. Jadę na Wolę pełna nadziei i zapału. Wcześniej dzwonię na numer podany na stronie, ale nikt nie odbiera. Znajduję siedzibę organizacji z wielkim plakatem przed wejściem. Niechętnie otwiera mężczyzna, którego imienia nigdy nie poznałam.
– Dzień dobry, chciałabym do Was dołączyć. Na stronie jest napisane, że można się zgłosić więc się zgłaszam. Mam wypełniony formularz. Stoję przed drzwiami siedziby organizacji, obok tablicy dumnie wymieniającej sponsorów. Pan X patrzy na mnie jak bym się urwała z choinki i w końcu słyszę:
– Chodzi o wolontariat? Proszę przyjść jutro.
– Ale jechałam przez całe miasto żeby tu przyjechać.
– No dobrze, proszę.
– Pewnie Pan jest zajęty? – Pytam z nadzieją, że dzieje się tam coś ważnego i dlatego nie może mi poświęcić chwili.
Siedzimy na korytarzu. Zamknięta postawa, skrzyżowane ręce, skrzyżowane nogi. Ogląda moje zgłoszenie.
– To jak Pani zamierza pomagać, skoro Pani musi jechać przez całe miasto?
– Chodzi mi o to, że poświęciłam dziś swój czas, wyrwałam się z pracy.
– To Pani pracuje? – Wyrzut w głosie. Jakby praca przekreślała moje i tak już raczej marne szanse stania się wolontariuszką tej Organizacji Pożytku Publicznego.
– No skoro to ma być wolontariat to chyba muszę z czegoś żyć.
Brak komentarza. Chyba dałam znać, że jestem chętna opłacać składki.
– Proszę, zapraszam.
Wchodzę do biura gdzie drugi mężczyzna siedzi przy komputerze i chodzą dookoła dwa psy.
– Proszę się nie bać. – Słyszę i odpowiadam:
– Ale ja się nie boję.
– To źle, że się Pani nie boi, to są zwierzęta.
Pan X prosi mnie o złożenie podpisu pod formularzem.
– I już, o nic mnie Pan nie zapyta? – Pytam już wyzuta ze złudzeń o dobrej woli tej organizacji. Patrzę na przypiętą do ubrania plakietkę z nazwą organizacji i wyraźnym ‘Przekaż 1%’.
– Za chwilę, zapomniała się Pani podpisać.
– A, przepraszam. – Podpisuję się, po czym rzeczywiście pada pytanie:
– Ma Pani kopię dowodu osobistego?
– A czy to konieczne? – Pytam. Pada wymijająca, niejasna odpowiedź.
– Chyba już i tak podałam za dużo informacji o sobie.
Pan X oddaje mi dokumenty i słyszę:
– Proszę opuścić biuro. – Wskazuje mi drzwi całą długością swojego ramienia.
– Wie Pan co, przychodzę z dobrego serca a Pan mnie traktuje jak wroga.
– Proszę opuścić biuro. Patrzę na Pana Y, który siedzi przed komputerem, ale odpowiedzią jest brak reakcji.
– Co ja takiego zrobiłam? – Pytam.
– Nic Pani nie zrobiła. Proszę wyjść. – Atmosfera staje się coraz bardziej gęsta.
– Dobrze, Jezu, do widzenia. – Zamykam za sobą drzwi. W drodze powrotnej próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie: Co ja takiego zrobiłam, że zostałam wyrzucona? To, że przyszłam z ulicy żeby zgłosić się do pomocy? Dla kogo piękna strona internetowa, a zwłaszcza część, która zachęca do wstąpienia w szeregi mundurowych walczących o prawa zwierząt? O co tak naprawdę walczy ta organizacja?
Cały czas wierzę, że są ludzie, którym los zwierząt też nie jest obojętny. I bardzo chciałabym mieć takie przekonanie, że 1% podatku, który oddajemy, rzeczywiście będzie wykorzystane dla ochrony zwierząt, biednych i chorych a nie własnych interesów zarządu organizacji.
(imię i nazwisko do wiadomości redakcji)
przez Michał Sobczyk | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Zewsząd słyszymy, że należy budować „gospodarkę opartą na wiedzy”, „polską Dolinę Krzemową” itp. Produkcja żywności nie kojarzy się z motorem rozwoju ekonomicznego.
Jan Krzysztof Ardanowski: Polskie rolnictwo jest w miarę nowoczesne, możemy konkurować z silnymi krajami rolniczymi Europy Zachodniej: Niemcami, Francją, Danią czy Holandią. Co więcej, jego potencjał produkcyjny jest w znacznej mierze niewykorzystany, gdyż przez cały okres powojenny miał miejsce transfer pieniędzy z obszarów wiejskich do przemysłu, do miast. Ten potencjał należy wykorzystać w znacznie większym stopniu, z co najmniej dwóch powodów.
Po pierwsze ludzi na świecie będzie przybywać, a nowych terenów pod uprawy zbyt wielu nie ma; już teraz w niektórych regionach świata nie sposób zwiększyć produkcji rolnej bez poważnych ubocznych skutków dla przyrody i środowiska. Polska ma ok. 15 mln ha użytków rolnych, co sytuuje ją na poziomie zbliżonym do Francji i Niemiec, dlatego może być liczącym się w skali Europy producentem żywności, uzyskując z tego duże dochody.
Drugi powód sprowadza się do pytania: jeżeli zniszczymy rolnictwo, to co będziemy sprzedawać innym krajom? W obliczu upadku wielu dziedzin wytwórczości sektor produkcji rolnej zaczyna stabilizować nasz eksport, korzystając z przekonania europejskich społeczeństw, że polska żywność jest zdrowa, bezpieczna i smaczna. Oczywiście rolnictwo samo nie udźwignie całej gospodarki, musi w Polsce zaistnieć polityka proprzemysłowa, której brak woła o pomstę do nieba.
Podsumowując, warto wspierać rolnictwo, gdyż zaspokaja ono potrzeby społeczeństwa, jest szansą na poprawę bilansu handlowego, a jednocześnie stanowi część odpowiedzi na globalne wyzwania. Tymczasem wygląda na to, że dla obecnej koalicji rządzącej nie jest to istotna sprawa. Rolnictwo zostało powierzone PSL-owi, który bardziej martwi się, ile jeszcze etatów w instytucjach okołorolniczych jest w stanie zapełnić swoimi działaczami niż optymalnym kierunkiem rozwoju rolnictwa. Również Platforma wykazuje daleko posunięte désintéressement sprawami tego sektora.
Ostatnie lata były dla niego okresem sporych zmian.
Po wejściu do Unii Europejskiej, ale również podczas 10-letniego okresu stowarzyszeniowego, zaszło wiele pozytywnych przemian, m.in. unowocześnienie technologii oraz inwestycje w przemysł rolno-spożywczy. Jednocześnie pochopne przyjmowanie rozwiązań unijnych – bez zrozumienia, że zwłaszcza w przypadku produkcji na mniejszą skalę istnieje szereg możliwości odejścia od restrykcyjnych wymogów weterynaryjnych czy sanitarnych – doprowadziło do upadku bardzo wielu rzeźni, zakładów przetwórstwa mięsa czy owocowo-warzywnych. Nieuzasadnione było także zamykanie cukrowni – okazuje się, że cukru w Europie brakuje, a my zamiast być dużym producentem, stajemy się importerem.
Niestety w ostatnich latach błędy się nasilają, czego jaskrawym przykładem jest rynek wieprzowiny. Byliśmy jej ogromnym producentem, klasyczne śniadanie Brytyjczyka stanowiły jajka na polskim bekonie. „Radosna twórczość” PSL-u i Platformy sprawiła, że nie tylko eksport jest iluzoryczny, ale jeszcze na potrzeby wyżywienia własnego narodu importujemy ok. 50% mięsa wieprzowego, często mizernej jakości. To pokazuje, że rządzący Polską nie mają pomysłu na politykę wobec rolnictwa, która pozwoliłaby rozwijać jego możliwości produkcyjne, a zarazem tworzyła podstawy ekonomiczne utrzymania gospodarstw.
Również w dziedzinie nieżywnościowych surowców rolnych stajemy się coraz bardziej zależni od importu.
Od międzywojnia były one dla rolników ważnym źródłem dochodu, a jednocześnie pozwalały utrzymywać całe sektory. Len wraca do łask, niestety dostępna w Polsce odzież najczęściej wykonana jest z surowca włoskiego. Pozwoliliśmy upaść ogromnemu sektorowi produkcji lniarskiej, podobnie było zresztą z uprawami konopi.
Polska była kilkadziesiąt lat temu samowystarczalna w zakresie produkcji białka. Niemal w każdym gospodarstwie uprawiano łubin, bobik, groch czy wykę, które były później podstawą komponentów białkowych w paszach. To wszystko upadło, ponieważ całkowicie uzależniliśmy się od importu soi modyfikowanej genetycznie, której rynek opanowany jest przez kilka globalnych firm, takich jak Cargill. Niezależnie od wielce prawdopodobnej szkodliwości GMO, jest to skandalem ekonomicznym. Wydajemy rocznie ok. 4 mld zł na import soi z obu Ameryk, podczas gdy te pieniądze mogłyby zostać w kieszeniach polskich rolników – jako oszczędności lub dochody. Tym bardziej, że źródło białka paszowego mogą stanowić również śruty poekstrakcyjne roślin oleistych czy suszony wywar gorzelniany z kukurydzy, na wielką skalę wykorzystywany w Stanach Zjednoczonych. Amerykanie uzależniają świat od soi, ale u siebie nie stosują jej masowo w żywieniu zwierząt.
Nieporozumieniem są również niektóre kierunki przetwarzania produktów rolnictwa. W 2006 r. Prawo i Sprawiedliwość zainicjowało rozwój sektora biopaliw, jednak za wzrostem produkcji rzepaku nie poszły działania kolejnej ekipy rządzącej, które stymulowałyby przerób tego surowca. W efekcie co najmniej połowa produkowanego rzepaku jest wywożona do Niemiec, skąd wraca do Polski jako dodatek do paliw. Niemcy mają wartość dodaną i miejsca pracy, zostają im również śruty poekstrakcyjne, a przecież to wszystko mogłoby stanowić ważny element naszej gospodarki, oparty o surowce rolnicze.
Wracając do kwestii pasz: producenci mięsa przekonują, że import soi zwiększa bezpieczeństwo żywnościowe kraju.
Znam wyliczenia różnych domorosłych naukowców, którzy twierdzą, że gdyby go wstrzymać, to koszty produkcji żywca wieprzowego, drobiu i jaj wzrosną nawet o kilkadziesiąt procent. Jeżeli półtora roku temu soja w obrocie międzynarodowym kosztowała 900 zł, a w ostatnich miesiącach 2,5 tys. zł za tonę, to w oparciu o którą cenę była robiona powyższa kalkulacja? Przywołany argument jest całkowicie bałamutny.
W 2011 r. rząd argentyński doszedł do wniosku, że trzeba przyhamować eksport soi z tego kraju, ponieważ szkodzi to w jakiś sposób jego gospodarce. Argentyna z dnia na dzień podwyższyła cło wywozowe o 11 pkt. proc., co miało istotny wpływ na światowe ceny soi, podobnie jak ogromna susza w Stanach Zjednoczonych rok później. Czyli mamy być zależni od chimerycznych – zarówno pod względem wielkości, jak i ceny – dostaw soi, mając własne możliwości produkcji? Trzeba być durniem, żeby myśleć w ten sposób.
Argument o wzroście cen żywności pochodzi od międzynarodowych koncernów. One same trzymają się w cieniu, ich tubami propagandowymi są nieuczciwi naukowcy i naiwni działacze organizacji rolniczych, którzy widzą tylko czubek własnego nosa. Jedyne, co ich interesuje, to bieżące dostawy komponentów białkowych, ale zupełnie nie zastanawiają się nad optymalnym kształtem tego rynku.
Potrafię ich zrozumieć. Białko sojowe można kupić już teraz, produkcja pasz z krajowych surowców pozostaje postulatem.
Jestem przeciwnikiem masowego importu soi, ale nigdy ani ja, ani Prawo i Sprawiedliwość nie mówiliśmy, że należy go z dnia na dzień zakazać. Gdy w 2006 r. wprowadziliśmy zakaz importu soi modyfikowanej jako źródła białka, towarzyszyło mu dwuletnie moratorium. Okazało się ono jednak za krótkie, więc również posłowie PiS, z ciężkim sercem, zgodzili się dać rządowi dodatkowe 4 lata na zbudowanie rynku krajowych surowców białkowych. Tymczasem widzimy, że przez te lata rząd Tuska praktycznie nic w tym kierunku nie zrobił, a nawet było takie mruganie okiem: „dobra, dobra, w 2012 r. przyjdzie termin, to przedłużymy po raz kolejny”. Przy takim podejściu nigdy nie stworzymy alternatywy dla importowanej soi.
Unia Europejska oraz państwa zachodnie zaczynają się budzić w tej kwestii. Rozmawiałem niedawno z francuskim ministrem rolnictwa, Stéphanem Le Follem, który zapowiedział, że jego kraj uruchomi duży program produkcji białka ze źródeł własnych, ponieważ jest żywotnie zainteresowany uniezależnieniem się od firm amerykańskich. Nasi mędrkowie lubią się powoływać na Zachód, ale niewiele o nim wiedzą.
Jest jeszcze jeden ważny wątek tej sprawy. Jeżeli ktoś twierdzi, bo tak go w szkole nauczono, że nie można zastąpić soi w żywieniu brojlerów kurzych czy prosiąt – przy czym wielu naukowców przekonuje, że i bez niej można skonstruować znakomite i konkurencyjne cenowo pasze – to okazuje się, że można z dużym powodzeniem uprawiać soję niemodyfikowaną także w Polsce. W 2012 r. uprawiano ją u nas na ok. 1,5 tys. ha, a moglibyśmy bardzo szybko kilkudziesięciokrotnie zwiększyć ten areał. Szczególne nadzieje można wiązać z Annuszką, ukraińską odmianą, która w polskich warunkach daje nawet dwa razy wyższe plony niż soja w Ameryce. Można iść w tym kierunku, ale wymaga to przynajmniej czasowego wprowadzenia mechanizmów pobudzających rozwój produkcji, jak dopłaty do materiału siewnego czy wpisanie soi na listę roślin uprawniających do płatności uzupełniających. Zgłosiłem takie postulaty ministerstwu rolnictwa i mam nadzieję, że rozum będzie ważniejszy niż zacietrzewienie PSL-u.
Trzeba również szybko przeprowadzić badania na potrzeby dopuszczenia jakiegoś herbicydu do stosowania w uprawach soi, ponieważ w tej chwili na liście zarejestrowanych środków nie ma ani jednego i rolnicy są w pewnej pułapce. Może zresztą o to właśnie chodziło, o niedopuszczenie do uprawiania tej rośliny w Polsce? Mam nadzieję, że rząd szybko załatwi tę sprawę.
Podsumowując: nie musimy i nie powinniśmy być uzależnieni od genetycznie modyfikowanej soi amerykańskiej. Mamy ogromne możliwości produkcji komponentów białkowych, co byłoby korzystne dla rolników, reszty społeczeństwa oraz dla bilansu handlowego kraju.
Odnoszę wrażenie, że w kwestii stosowania GMO w rolnictwie świadomość ryzyka zdrowotnego i ekologicznego jest w społeczeństwie znacznie większa niż w odniesieniu do zagrożeń o charakterze ekonomicznym.
Gdy rolnik kupuje kwalifikowany materiał siewny, to nasiona z kolejnych zbiorów może wysiewać jeszcze przez kilka lat i uzyskiwać satysfakcjonujące plony. W przypadku roślin modyfikowanych nie ma takiej możliwości – umowa licencyjna wymaga, by nasiona były kupowane co roku. Ponadto, co szczególnie dobrze widać na przykładzie Indii, dopóki jest konkurencja na rynku, to ceny nasion modyfikowanych są niskie, ale po wyeliminowaniu roślin konwencjonalnych i uzależnieniu rolników od nasion pochodzących z zakupu te ceny dramatycznie rosną.
Następuje również całkowite uzależnienie od stosowania konkretnych herbicydów. Zdecydowana większość roślin nie jest bowiem zmodyfikowana tak, aby dawać większe plony, lepiej wykorzystywać wodę lub móc rosnąć na terenach zasolonych. Modyfikacje idą w kierunku uodpornienia na wybrane substancje aktywne środków ochrony roślin. W efekcie chłop uzależnia się zarówno od kupna nasion, jak i od określonego preparatu. Produkcja Roundupu, na którego substancję aktywną, czyli glifosat, odpornych jest wiele odmian GMO, w ostatnich latach wzrosła o 1500%, zaś jego cena – kilkakrotnie. To wszystko niesie konsekwencje ekonomiczne dla rolników.
Jest jeszcze jeden problem. Marka polskiej żywności opiera się na powszechnym przekonaniu, że w jej produkcji stosujemy mało chemii i że jest wolna od GMO. Miałem okazję spotykać się z przedstawicielami państw poszukujących żywności, np. krajów północnej Afryki, gdzie ze względu na postępujące zmiany klimatyczne rolnictwo zanika, a jednocześnie przybywa ludności. Mogłyby być one znakomitym rynkiem zbytu dla produktów naszego rolnictwa, ale warunkiem bardzo często jest właśnie to, aby było ono wolne od GMO. Jeżeli stracimy ten atut marketingowy, to strzelimy sobie w stopę. Mając tak dużą przewagę konkurencyjną, chcemy to wszystko zniszczyć, a rząd nie reaguje, lecz patrzy jak wół na malowane wrota.
Koalicja rządząca twierdzi, że podejmowane przez nią działania legislacyjne obronią Polskę przed GMO.
Klub Prawa i Sprawiedliwości optował za tym, żeby wprowadzić stosowny zakaz w formie ustawy, a następnie iść na spór prawny z Komisją Europejską do Trybunału Sprawiedliwości i tam bronić swoich racji. W czasie debaty, którą zorganizował w lutym 2012 r. prezydent Komorowski, nawet przedstawicielka Ministerstwa Spraw Zagranicznych mówiła, że Polsce żadne kary nie grożą. Jednak przegraliśmy w Sejmie, gdyż koalicja uznała, że lepszym rozwiązaniem będzie wprowadzenie zakazu rządowego w formie rozporządzenia. I tak się stało, ale trzeba zwrócić uwagę na kilka aspektów problemu. Po pierwsze obowiązuje zakaz uprawy, ale nie obrotu, w związku z czym nadal będzie można handlować nasionami GMO. Po drugie nie wiadomo, czy instytucje odpowiedzialne za kontrolę żywności i upraw, takie jak Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa, inne inspekcje w ramach administracji zespolonej czy policja, są przygotowane, aby ten zakaz skutecznie egzekwować. Przypomnę też, że ustawa, która do niedawna obowiązywała, przewidywała za uwolnienie GMO do środowiska karę do 8 lat więzienia. W ramach obecnych rozwiązań gdy ktoś wysieje modyfikowane nasiona, to grozi mu grzywna w wysokości 200% ich ceny, czyli kilkaset złotych na hektar. To tworzy dla niektórych rolników, nie rozumiejących zagrożenia płynącego z GMO, silną pokusę: „Nawet jak mnie nakryją, nic wielkiego mi nie grozi”. Kary muszą być dotkliwe i obejmować także zniszczenie nielegalnej plantacji. Widzimy więc, że zabezpieczenia wprowadzone przez rząd są zbyt mizerne.
Poza tym na rejestrację na poziomie europejskim czeka wiele nowych odmian roślin modyfikowanych, m.in soi oraz rzepaku. Czy każdorazowo, gdy w Unii Europejskiej pojawi się nowa odmiana, rząd będzie natychmiast wydawał dodatkowe rozporządzenie? Będziemy bardzo bacznie patrzyli mu na ręce.
Istnieje jeszcze jedno zagrożenie. Rząd jako uzasadnienie zakazu podał, że pyłek kukurydzy MON 810 jest szkodliwy dla zdrowia. Jeżeli Komisja Europejska przyjmie niedawny raport Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności, jak się wydaje dość nierzetelny, to stracimy podstawę merytoryczną zakazu – mowa tam bowiem o nieszkodliwości wspomnianego pyłku. Wystąpiłem do resortu rolnictwa oraz sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi z wnioskiem, by poszukać innych argumentów naukowych, które mogłyby zostać wówczas wykorzystane.
Obawiam się, że uprawy GMO mogą się w Polsce pojawić pomimo rządowego zakazu. Trzeba zrobić wszystko, żeby do tego nie doszło.
Pozostając przy kwestii szeroko rozumianego bezpieczeństwa żywnościowego: jednym z podstawowych mechanizmów, które mają je zapewnić, jest system dopłat podtrzymujących opłacalność rolnictwa.
W Polsce w zakresie dopłat bezpośrednich obowiązuje tzw. system SAPS, na który zdecydowaliśmy się, wchodząc do UE. Wydaje mi się, że spełnia on swoją rolę: jest prosty, zrozumiały dla rolników, a ponadto nie wiąże im rąk, umożliwiając modyfikację produkcji w zależności od potrzeb rynkowych. Mówi się jednak o głębokich zmianach systemu płatności bezpośrednich i oparciu go o tzw. uprawnienia, które mają wartość niematerialną i w pewnym sensie są oderwane od uprawy. Można sobie wyobrazić rolnika, który nie uprawia ziemi, a dostaje uprawnienie, albo takiego, który wydzierżawia komuś swoje grunty, lecz uprawnienie zostaje u niego. To jest dla rolników dość trudne do zrozumienia i nielogiczne, jednak wygląda na to, że Komisja Europejska będzie chciała ten system forsować. Dlatego do końca nie rozumiem zachowania polskiego rządu. Wydaje się, że trzeba mocniej lobbować w Brukseli albo szukać sojuszników wśród innych krajów, żeby utrzymać dotychczasowy system lub nadać nowym rozwiązaniom taki kształt, aby nie pogorszyły konkurencyjności naszego rolnictwa. Bo może się okazać, że jeżeli oprzemy się na systemie uprawnień, to stracimy część należnych nam pieniędzy, gdyż rolnicy nie będą w stanie złożyć stosownych wniosków tak, żeby wykorzystać całą pulę środków. Nie mają bowiem odpowiedniej wiedzy oraz umiejętności, a nikt ich na razie do zmian nie przygotowuje.
Drugi problem, chyba ważniejszy, stanowi wielkość dopłat.
Przypomnę, że po akcesji otrzymaliśmy gorszy system wsparcia bezpośredniego niż „stare” kraje UE. Trochę go poprawiamy płatnościami krajowymi, obciążającymi budżet państwa, ale mimo wszystko łączne wsparcie jest nadal znacznie mniejsze niż dopłaty, które otrzymują nasi główni konkurenci, czyli rolnicy niemieccy, francuscy, duńscy czy holenderscy. Nawet rolnictwo na południu Europy, mimo iż jest tam bardzo często kwiatkiem do kożucha, otrzymuje o wiele więcej środków niż nasze.
Niestety wygląda na to, że polscy negocjatorzy, z premierem na czele, nie traktują poważnie walki o wyrównanie dopłat bezpośrednich. W ramach kończącej się „siedmiolatki” na wsparcie dla rolnictwa otrzymaliśmy 135 mld zł, tymczasem Donald Tusk powiedział swego czasu publicznie, że na lata 2014–2020 nawet 100 mld wystarczy mu do dobrego samopoczucia oraz uznania, że odniósł sukces. Jeśli rząd oczekuje mniej, niż zamierza nam dać Komisja Europejska, to jest to działanie na szkodę własnego społeczeństwa i gospodarki. Mamy obecnie podobne ceny środków produkcji jak w Europie Zachodniej, jedynie koszty pracy są nadal niższe. Innymi słowy: możemy konkurować wyłącznie poziomem życia zatrudnionych w rolnictwie. W tej sytuacji dopłaty bezpośrednie, stanowiące obecnie 40–50% dochodów gospodarstw, decydują o ich konkurencyjności. Nie umiemy o nią walczyć, skoro rząd, a w szczególności PSL, mówi tak: „brać, co dają, bo mogliby nie dać nic”.
Kiedy wchodziliśmy do Unii, układ był następujący: ponosimy ogromne koszty dostosowania się do funkcjonujących w niej przepisów, w zamian za co zyskujemy prawo do wsparcia. Polscy negocjatorzy, SLD z PSL-em, zgodzili się, byśmy przez 10 lat byli „gorszym Europejczykiem”, jednak teraz, gdy spełniliśmy już wszystkie kryteria, należą nam się jednakowe dopłaty. Każde odejście od wyrównania płatności jest łamaniem Traktatu Europejskiego i Polska powinna bardzo mocno podnosić ten argument; zresztą z inicjatywy Prawa i Sprawiedliwości udało się w ubiegłym roku przyjąć niemal jednobrzmiące uchwały Sejmu i Senatu, które były apelem do rządu w tej sprawie. Dopłaty bezpośrednie stanowią prawo przysługujące wszystkim krajom Wspólnoty, niezależne od dobrej woli jakichś wujków z Brukseli, którzy może nam coś dadzą, a jeśli będziemy niegrzeczni, to nie dadzą albo zabiorą.
Niestety, negocjacje budżetu Unii Europejskiej dla rolnictwa i obszarów wiejskich okazały się klęską. Premier Tusk dla PR-owego, propagandowego „sukcesu” uzyskania 300 mld na politykę spójności praktycznie poświęcił środki należne Polsce w ramach I i II filara Wspólnej Polityki Rolnej.
Bezpieczeństwo żywnościowe to także mechanizmy chroniące uprawny charakter oraz polską własność gruntów.
Nie wypracowaliśmy rozwiązań, które skutecznie chroniłyby naszą ziemię uprawną – dobro narodowe, którego może już tylko ubywać, np. pod zabudowę i infrastrukturę. Wszystkie kraje europejskie na różne sposoby je chronią, przede wszystkim udostępniając grunty swoim rolnikom. W Polsce istnieje, owszem, wynegocjowana z Unią Europejską i obowiązująca do 2016 r. prawna ochrona ziemi przed wyprzedażą obcokrajowcom. Żeby nabyć nieruchomość rolną, obywatel kraju innego niż Polska musi uzyskać zgodę dwóch ministerstw, dlatego areały kupione bezpośrednio przez obcokrajowców, w sposób zgodny z prawem, nie spędzają snu z powiek. Przepisy są jednak nieszczelne. Często stosuje się wybieg formalny, mianowicie ziemię kupuje spółka z udziałem Polaka, który następnie zbywa swoje udziały pozostałym wspólnikom, np. Niemcom. Drugi sposób: do przetargu ograniczonego na duże powierzchnie z państwowego zasobu przystępuje rolnik, który ma do tego prawo, czyli jest z terenu, na którym się on toczy, posiada wykształcenie rolnicze i prowadzi własne gospodarstwo, często karłowate. Wygrywa, po czym wyciąga kilka milionów złotych. Ten człowiek w życiu nie widział takich pieniędzy, ktoś mu je na chwilę pożyczył – pod zastaw nabywanej ziemi – żeby obejść wymogi przetargu ograniczonego. Rolnicy zgłaszali, że przejmowanie gruntów metodą „na słupa” ma charakter masowy, przede wszystkim w Polsce zachodniej, ale reakcja rządu i Agencji Nieruchomości Rolnych była żadna; minister rolnictwa jedynie zaapelował, aby izby rolnicze pilnowały poprawności przetargów. Tymczasem samorząd rolniczy nie ma przecież żadnych możliwości sprawczych wobec CBA, urzędów skarbowych czy wydziałów policji do walki z przestępczością gospodarczą, a tylko narzędziami skarbowymi i śledczymi można sprawdzić, czy ktoś nie jest podstawiony, skąd ma pieniądze itd. Prawo i Sprawiedliwość zaproponuje niedługo rozwiązania, które uszczelnią system obrotu ziemią, przede wszystkim wprowadzając obowiązek utrzymania rolnego charakteru gruntów kupionych od państwa. Nasze propozycje zakładają, że jeżeli ktoś zrezygnuje z uprawy nabytej ziemi, to poza przypadkami losowymi, takimi jak ciężka choroba uniemożliwiająca prowadzenie gospodarstwa, automatycznie wróci ona do zasobu państwowego.
Potrzebna jest również ustawa o dzierżawie. Nie może być tak, że w sytuacji dekoniunktury w rolnictwie oraz braku preferencyjnych kredytów celowych rolnicy są zmuszani do zakupu ziemi. W wielu krajach dzierżawa jest ważną, powszechnie akceptowaną i często wielopokoleniową formą gospodarowania, np. we Francji obejmuje ok. 70% gruntów rolnych. Nie ma potrzeby, aby rolnik zawsze był właścicielem użytkowanej ziemi. Oczywiście chciałbym, żeby jak najwięcej ziemi należało do gospodarstw rodzinnych, które zgodnie z Konstytucją są przecież podstawą ustroju rolnego, ale wiele z nich nie ma pieniędzy na jej zakup. W tej sytuacji jest ona traktowana jako lokata kapitału przez osoby niezwiązane z rolnictwem, które wyczuły ostatni moment na przejęcie dużych areałów po stosunkowo niskich cenach.
Jeżeli ktoś jest nierozsądny albo ma nóż na gardle i sprzedaje należące do siebie grunty, to jego sprawa. Rzecz jasna najlepiej byłoby, gdyby obrót ziemią uprawną odbywał się wyłącznie między rolnikami – mamy wówczas niemal pewność, że zachowa ona swój charakter – nie można jednak przesadnie ingerować w transakcje prywatne. Natomiast ziemia państwowa musi służyć celom rolniczym, nie może być przedmiotem spekulacji, jak to ma miejsce w tej chwili.
Zdaniem niektórych skupowanie ziemi przez największe gospodarstwa jest racjonalne z punktu widzenia całej gospodarki.
Często słyszy się w kręgach liberalnych, że w Polsce rację istnienia ma 100–150 tys. gospodarstw, które przejmą grunty od pozostałych rolników i będą produkowały wystarczającą ilość żywności. Tymczasem szybkich zmian strukturalnych w polskim rolnictwie nie będzie – i nie powinno być. Brak bowiem alternatywy dla ludzi, którzy może swoje gospodarstwa prowadzą w sposób mało efektywny, ale mają dzięki nim miejsce zamieszkania i jakąś niewielką produkcję. Ma to ogromne znaczenie w kontekście pauperyzacji znacznej części społeczeństwa: wbrew propagandzie o „zielonej wyspie” poziom ubóstwa skrajnego zwiększa się, szczególnie na wsi. Dlatego mówienie, że powinny istnieć wyłącznie duże gospodarstwa towarowe, jest nieporozumieniem.
Tym bardziej, że drobne gospodarstwa istnieją również choćby w Austrii, Bawarii czy w niektórych regionach Francji i Włoch. Nikomu przy zdrowych zmysłach nie przychodzi do głowy, że stanowią one przeszkodę w rozwoju rolnictwa. Te gospodarstwa mają po prostu zajmować się czymś nieco innym niż gospodarstwa towarowe.
Jeszcze jednym elementem polityki państwa na rzecz szeroko rozumianego bezpieczeństwa i suwerenności żywnościowej powinna być ochrona rodzimej produkcji rolnej przed dumpingiem.
W momencie podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE zostaliśmy zalani ogromną ilością nędznej żywności z Zachodu, konkurencyjnej cenowo ze względu na wysokość dopłat do tamtejszego rolnictwa. Ostry dumping wykończył znaczną część polskiej produkcji rolnej i zakładów przetwórczych. Nadal ma miejsce choćby napływ taniego mięsa. Najlepsze elementy tuszy wieprzowej zostają w krajach Europy Zachodniej albo idą na eksport do Azji Wschodniej, natomiast do nas trafiają głównie ścinki mięsa oskrobane z kości razem ze ścięgnami, stanowiące obecnie podstawę krajowej produkcji kiełbas. Czy o taki import nam chodzi? Jasne, że ileś produktów musimy importować: cytrusy, niektóre rodzaje olejów i ryb, wina itp. Nie ma problemu, żebyśmy posmakowali tego, co jest dobre w innych krajach. Ale to, co może być produkowane w Polsce, na dodatek w dużo lepszej jakości?
Oczywiście nie możemy wprowadzić cła na granicach wewnętrznych UE. Powinniśmy natomiast restrykcyjnie pilnować jakości i bezpieczeństwa żywności znajdującej się w obrocie, np. sprawdzać, czy część importowanych kurczaków po drodze nie zdechła i w polskich ubojniach jest tylko patroszona padlina. Kiedy służby weterynaryjne jakiegoś kraju ogłoszą, że występuje w nim określony problem zdrowotny, ma miejsce jedna z nielicznych sytuacji, gdy można wstrzymać import. Mogliśmy to zrobić w odniesieniu do Niemiec, kiedy pojawił się tam problem dioksyn; wiele krajów europejskich tak postąpiło. Tymczasem cały nadmiar niemieckiego mięsa, który normalnie poszedłby do utylizacji, trafił za bezcen do Polski i my go zjedliśmy, podcinając przy okazji rodzimą produkcję wieprzowiny.
Bacznie przyglądajmy się importowi, reagujmy, gdy przychodzi towar kiepskiej jakości – ale przede wszystkim promujmy polską żywność na rynku wewnętrznym. Myślę, iż wielu Polaków rozumie, że warto ją kupować, bo jest lepsza, ale chcą mieć pewność, że nie ma „krewnych i znajomych królika”, którzy dopuszczają na rynek produkty niepełnowartościowe, a nawet toksyczne. Parasol ochronny instytucji kontrolnych nad niektórymi firmami z branży rolno-spożywczej, które mają powiązania z politykami rządzących opcji, niestety istnieje – czego dowodem są kolejne afery. Jestem przekonany, iż zdecydowana większość polskiej żywności ma wysoką jakość, ale konsument musi mieć gwarancję, że nie jest oszukiwany.
Należy również zrobić wszystko, by znaczna część żywności była konsumowana lokalnie. Przecież od zawsze ludzie w mieście żywili się tym, co zostało wyprodukowane w okolicznych wsiach, a patrząc na to z drugiej strony – rolnicy sprzedawali swoje produkty w najbliższej większej miejscowości. Zresztą w wielu krajach Europy Zachodniej nadal kilka razy w tygodniu przyjeżdżają do miast, by na historycznych rynkach sprzedawać świeżą żywność. Kwitnie też przetwórstwo bezpośrednio w gospodarstwach, na małą skalę, z wyłączeniem biurokratycznych wymogów weterynaryjnych czy sanitarnych. Świadomy konsument ma możliwość kupić z pominięciem pośredników żywność bardzo wysokiej jakości.
Rozwój rynków lokalnych zwiększa popyt na polską żywność na rynku wewnętrznym, ale również pobudza podaż z mniejszych gospodarstw. Posiadacz kilku hektarów ze swoją niewielką ilością warzyw, owoców czy przetworów mięsnych oczywiście nie poradzi sobie na rynku globalnym. Sprzedając je, mówiąc rzecz jasna w pewnym uproszczeniu, w najbliższym mieście, może mieć dobre dochody i stałych klientów, którzy docenią wartość jego żywności.
Jaki jest zakres suwerenności Polski w kształtowaniu legislacji regulującej produkcję żywności? Zwłaszcza przeciwnicy GMO twierdzą, że decydujący wpływ mają na nią lobbyści.
Zacznijmy od tego, że wbrew opinii wielu Polaków nie wszystkie decyzje zapadają w Brukseli. Kraje członkowskie mają prawo do własnej, narodowej polityki rolnej i w wielu z nich jest ona nie tylko korektą i uzupełnieniem Wspólnej Polityki Rolnej, ale wręcz jest od niej ważniejsza. Oczywiście nadal obowiązują pewne ogólne ramy określone przez Brukselę, ale można także, czego znakomitymi przykładami są Niemcy i Austria, stosować szereg form dodatkowego wsparcia dla swojego rolnictwa i obszarów wiejskich, wprowadzać odstępstwa od acquis communautaire w zakresie produkcji żywności na niewielką skalę itd. Należy z tego korzystać, tutaj nikt nas nie ogranicza – to wyłącznie kwestia decyzji podejmowanych w ramach polityki wewnętrznej. Zwalanie wszystkiego na UE jest zwykle usprawiedliwianiem swojej głupoty albo bezradności lub też ukrywaniem jakichś innych powodów, dla których nie podejmuje się pewnych działań bądź ich efekty są co najmniej dziwne.
To oczywiste, że w naszym kraju funkcjonują lobbyści, przede wszystkim wielkich firm międzynarodowych. Przykładem działalności lobbystycznej jest przemysł paszowy, który wykorzystuje i straszy polityków oraz organizacje rolnicze w zakresie importu soi modyfikowanej genetycznie. Rolnicy często bezrefleksyjnie powtarzają różne rzeczy, nie rozumiejąc, że zabiegają o cudze interesy, nie o własne. Nie tylko w Polsce, ale w całej Europie, w tym w Komisji Europejskiej, za GMO lobbuje kilka międzynarodowych korporacji, które wyłożyły miliardy dolarów na prace badawcze, a teraz oczekują zwrotu poniesionych nakładów. Stąd taka presja na rządy, łącznie z wykorzystywaniem ambasad – zwłaszcza Stany Zjednoczone bardzo zabiegają o interesy swoich firm biotechnologicznych. To, co pozwoliłoby „usadzić” wszystkich tych lobbystów, to silne przekonanie o konieczności obrony polskiej racji stanu, o tym, że mamy prawo kształtować w ramach Unii stosunki własnościowe, gospodarcze i społeczne. Jeżeli to przekonanie zastępują partykularne interesy, korupcja albo przeświadczenie, że musimy być papugą narodów, bo od tego może zależeć, czy nas poklepią po plecach i powiedzą „proszę bardzo, zapraszamy do towarzystwa” – wówczas powstają legislacyjne głupoty. Niestety, w odniesieniu do rolnictwa wszelkiego rodzaju głupot było w ostatnich latach bardzo dużo.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 20 lutego 2013 r.
przez Janina Petelczyc | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
W 2008 r. Islandia znalazła się na pierwszych stronach gazet z całego świata. Państwo liczące zaledwie 320 tys. obywateli, odizolowane od reszty kontynentu, dotknął największy kryzys gospodarczy w historii. Tysiące ludzi nagle straciło pracę i całe majątki. Podjęte wówczas działania sprawiły, że w ciągu zaledwie kilku lat Islandia nie tylko wyszła z kryzysu, ale radzi sobie obecnie znacznie lepiej niż inne państwa. Jednak o tym nie przeczytamy już na pierwszych stronach gazet z całego świata. Być może dlatego, że w Islandii w walce z krachem odrzucono metody neoliberalne, które wcześniej doprowadziły państwo na skraj przepaści.
Jak to się zaczęło
Swoją silną pozycję gospodarczą Islandia zbudowała po II wojnie światowej. Była jednym z beneficjentów planu Marshalla, którego realizacja znacznie pomogła w rozwoju kraju. Ponadto, ze względu na strategiczne położenie, w czasie „zimnej wojny” założono amerykańską bazę wojskową w Keflavíku, 50 km na zachód od Reykjavíku. Spotkało się to z protestami i niezadowoleniem społecznym, podobnie jak sam fakt przystąpienia Islandii do NATO. W marcu 1949 r. doszło do zamieszek pod parlamentem, a przeciwko uczestnikom wydarzeń policja użyła pałek i gazu łzawiącego1 – wspominam o tym, ponieważ następnym razem gaz łzawiący zostanie użyty przez policję na wyspie dopiero w 2008 r., w czasie największej fali kryzysu gospodarczego. Protesty przeciw amerykańskiej bazie powtarzały się także w latach 60. i 70.2 Nie ulega jednak wątpliwości, że to właśnie Amerykanie wybudowali pierwsze drogi łączące miasta, a za amerykańskie pieniądze powstawały cementownie, fabryki nawozów sztucznych, finansowano też osuszanie terenów bagiennych3. Ostatecznie żołnierze amerykańscy opuścili Islandię w 2006 r.
Z ekonomicznego punktu widzenia, tak jak w wielu innych państwach, dla Islandii najlepsze były lata 60. i 70. XX wieku. Rozwój gospodarki pozwolił na jej dywersyfikację – wcześniej oparta była głównie na połowach dorsza, później także na eksploatacji boksytu (aluminium). Pozwoliło to na stworzenie ustroju typowego dla państw skandynawskich: rozbudowano sieć zabezpieczenia społecznego, każdy obywatel zyskał prawo do bezpłatnej pomocy medycznej czy edukacji. Rozwój oświaty oznaczał nie tylko sieć darmowych szkół, ale także wprowadzenie możliwości finansowania edukacji na uczelniach zagranicznych.
Wraz ze wzrostem poziomu edukacji wzrosły też aspiracje Islandczyków. Większość z nich, już z wykształceniem wyższym, nie chciała wiązać kariery zawodowej z tradycyjnymi dziedzinami, jak połowy ryb czy eksploatacja surowców. W tym czasie, tj. w latach 80., do wyspy dotarły nurty liberalne, popularne wówczas już w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. W 1984 r. na wykłady do Islandii przybył Milton Friedman, którego słuchało wielu przyszłych polityków, w tym Daví? Oddsson, który później, w latach 1991–2004, pełnił funkcję premiera kraju, a w latach 2005–2009 był szefem Banku Centralnego Islandii4.Coraz bardziej indywidualistyczne podejście Islandczyków zaczęło się przekładać na wybory polityczne. To z kolei odcisnęło piętno na systemie gospodarczym kraju. Gdy w latach 90. premierem został wspomniany Oddsson, wprowadzono liberalne rozwiązania: uwolniono handel (w 1995 r. Islandia przystąpiła do Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu EFTA), sprywatyzowano przemysł i obniżono podatki. Stopa podatku od dochodów kapitałowych została ustalona na poziomie 10%. Władze Islandii chciały bowiem wcielić w życie jedną z liberalnych teorii – trickle-down, w Polsce nazywaną teorią skapywania. Liczono na to, że im szybciej będzie rósł majątek najbogatszych, tym więcej będą oni mogli inwestować, przyczyniając się do wzrostu zatrudnienia – a tym samym powiększając dobrobyt całego społeczeństwa. Osiągnięto jednak efekt odwrotny, doprowadzając do powstania większego rozwarstwienia społecznego w tym stosunkowo egalitarnym dotychczas państwie. Pomiędzy 1994 a 2000 r. współczynnik Giniego (czyli Wskaźnik Nierówności Społecznej) wzrósł o 22% – podczas gdy w 1994 r. wynosił 0,270, w 2000 r. było to już 0,3295.
Droga do upadku
Lata 90. to także czas prywatyzacji i deregulacji systemu bankowego. To właśnie rozwój systemu bankowego oraz ekspansywna polityka energetyczna państwa w największej mierze przyczyniły się do kryzysu, który miał nadejść pod koniec pierwszego dziesięciolecia XXI wieku.
Jednym z tych procesów był pięcioletni plan podwojenia ilości wytwarzanej energii w celu zaspokojenia potrzeb huty aluminium, której właścicielem była amerykańska firma Alcoa. Budowa wielkiej elektrowni wodnej oznaczała postawienie olbrzymiej tamy, wysokiej na 190 metrów. Koszt tej inwestycji wynosił 3 mld dolarów, co w kraju zamieszkanym przez niewiele ponad 300 tys. osób jest kwotą olbrzymią. Islandzka korona znacznie się wzmocniła, więc aby uniknąć inflacji, podnoszono stopy procentowe. To posunięcie doprowadziło do przyciągnięcia kapitału z całego świata, wzrostu zainteresowania koroną wśród handlarzy walutą oraz zwiększenia liczby udzielanych kredytów6.W 2003 r. rząd sprywatyzował trzy główne banki Islandii – Kaupthing Bank, Glitnir Bank oraz Landsbanki, doprowadzając do zgromadzenia ogromnych pieniędzy, a więc i władzy, w rękach niewielu firm i osób prywatnych. W tej korzystnej dla siebie sytuacji gospodarczej banki rozpoczęły działalność na globalnym rynku finansowym. Suma ich aktywów wzrosła ze 100% islandzkiego PKB w roku 2004 do 923% na koniec roku 20077. Była to najszybsza ekspansja systemu bankowego w historii ludzkości. Zaczęto chętnie udzielać kredytów, zwłaszcza że Daví? Oddsson, już jako szef Banku Centralnego, obniżył kryteria przyznawania kredytów hipotecznych, zezwalając na ich udzielanie do wysokości 90% wartości nieruchomości. Z kolei seria wzrostów stóp procentowych, która miała obniżać inflację, sprawiła, że kredyty hipoteczne były najchętniej zawierane w obcych walutach. Długi stawały się znacznie większe niż przychód z eksportu, ceny mieszkań wzrosły dwukrotnie.Islandzkie banki zaczęły także zakładać zagraniczne filie, głównie w Holandii i Wielkiej Brytanii. Landsbanki założył fundusz inwestycyjny Icesave, który przyjmował przez Internet oszczędności obywateli brytyjskich i holenderskich, oferując im znacznie wyższe oprocentowanie lokat inwestycyjnych niż ich lokalne odpowiedniki. Takie posunięcia przyciągały liczne zastępy klientów. Banki z kolei pożyczały na niski procent islandzkim i zagranicznym firmom i kupowały ryzykowne aktywa za bardzo wysoką cenę. Ekspansja banków łączyła się także ze wzrostem na giełdzie. W ciągu 5 lat od 2003 r. islandzka giełda wzrosła dziewięciokrotnie8.Istotny wpływ na te działania miała grupa młodych ludzi, wykształconych na zagranicznych (najczęściej amerykańskich) uczelniach ekonomicznych, robiących w nowych realiach zawrotne kariery. Byli biegli w zarządzaniu instrumentami finansowymi i prawdopodobnie cechowało ich przekonanie, że wzrost nie zna granic. W bardzo krótkim czasie zarobili ogromne pieniądze, a zachęceni ich sukcesem finansowym pracownicy innych branż rzucali swój zawód, aby zatrudnić się w bankach. Nagle nauczyciele, geolodzy, elektrotechnicy, historycy itd. zaczynali tworzyć analizy rynku, zarządzać aktywami, handlować walutami i instrumentami sekurytyzacji9.Islandia stała się w ciągu kilku lat mocarstwem finansowym, jednak opartym, jak się wkrótce okazało, na bańce spekulacyjnej. Gwałtowny i ciągły wzrost cen aktywów wykreował oczekiwania dalszego ich wzrostu, przyciągając tym samym nowych inwestorów, zainteresowanych zyskami kapitałowymi. Jednak jak zauważa wybitny ekonomista brazylijski Ladislau Dowbor, istota spekulacji finansowej polega na akumulacji bogactwa bez potrzeby wytwarzania odpowiedniego bogactwa10. Bańka musiała więc w końcu pęknąć.
Kryzys i protesty
Nadciągający kryzys dostrzegło z wyprzedzeniem wiele osób. Danske Bank w 2006 r. wydał raport wskazujący niemożliwość istnienia nieograniczonego wzrostu i przestrzegający przed upadkiem systemu islandzkiego. Z kolei w maju 2008 r. w Reykjavíku wykład wygłosił Robert Z. Aliber, profesor ekonomii i finansów z Uniwersytetu Chicagowskiego, który wieścił upadek gospodarczy kraju w ciągu kilku miesięcy. Islandia wolała jednak opierać się na innych relacjach, sprzecznych z tamtymi – takich jak raport Mishkina z amerykańskiej Rezerwy Federalnej, który udowadniał, że wzrost gospodarczy Islandii opiera się na wyjątkowo trwałych fundamentach.
Krytycznym momentem okazał się upadek amerykańskiego banku Lehman Brothers w 2008 r. Przyczyniło się to do zaprzestania udzielania pożyczek między bankami na świecie. Było to szczególnie niekorzystne dla banków islandzkich, ponieważ ich depozyty w bardzo małym stopniu pokrywały udzielone kredyty. Pozbawione zewnętrznego wsparcia – utraciły płynność. Nie mogły też sfinansować własnych wierzytelności, co zachwiało strukturą całego systemu finansowego w Islandii.
Od września 2007 do września 2008 r. kurs korony spadł w stosunku do euro o ponad 70%. Indeks giełdy papierów wartościowych, który szczytował na poziomie 9 tysięcy punktów, po załamaniu spadł do zaledwie czternastu11. 29 września 2008 r. rząd zmuszony został przejąć kontrolę nad upadającym bankiem Glitnir, a potem Kaupthingiem oraz Landsbanki, ponieważ ich zagraniczne zadłużenie wynosiło ponad 85 mld dolarów, podczas gdy PKB Islandii sięgał w tym czasie około 12 mld dolarów. PKB spadł o 65%, a co trzeci obywatel kraju rozważał wyjazd na stałe za granicę. Kryzys bankowy wywołał kryzys gospodarczy i uderzył w ludzi. Natychmiast wzrosły raty kredytów, kolejne firmy bankrutowały i zwiększyło się bezrobocie. Ludzie tracili oszczędności życia.Problemem była także wypłata depozytów klientom zagranicznym w Wielkiej Brytanii i Holandii (5,5 mld funtów). Doszło do tego, że rząd brytyjski zamroził lokalne aktywa Landsbanki oraz depozyty banku Kaupthing na podstawie prawa antyterrorystycznego, pozwalającego blokować i przejmować majątek wrogich organizacji. Problem finansowy przeobraził się więc nawet w konflikt międzynarodowy. W grudniu 2009 r. rząd podpisał porozumienie, na mocy którego każdy Islandczyk zostałby obciążony kwotą długu w wysokości kilkunastu tysięcy euro na rzecz holenderskich i brytyjskich klientów banków. Jednak wskutek protestów i petycji, którą podpisało 50 tys. obywateli (czyli 1/6 mieszkańców kraju), prezydent nie ratyfikował tego dokumentu. Społeczeństwo pokazało, że nie wyraża zgody na prywatyzację zysków i nacjonalizację strat12.
Mieszkańcy Islandii, którzy do tej pory nieczęsto uczestniczyli w protestach, zdecydowali się wyjść na ulice. Największa fala buntu przetoczyła się w styczniu 2009 r. – była to tzw. rondlowa rewolucja. 20 stycznia, gdy wznowiono obrady po zimowej przerwie, koło południa na placu Austurvöllur przed parlamentem zaczęli gromadzić się ludzie. Hałasowali przy pomocy garnków, bębnów, gwizdków, wiader i wszystkich innych sprzętów, jakimi dysponowali. Tego dnia właśnie, po raz pierwszy od 1949 r., policja użyła gazu łzawiącego. Protesty trwały jednak dalej i w efekcie do dymisji zmuszono premiera Geira Haarde oraz jego rząd. Tymczasową władzę objęła Jóhanna Sigur?ardóttir, liderka socjaldemokratycznego Sojuszu. W kwietniu 2009 r. odbyły się przedterminowe wybory parlamentarne, które wygrał Sojusz oraz Lewicowy Ruch Zielonych. Pani Sigur?ardóttir pozostała premierem.
Wyjście
Obecnie Islandia – w przeciwieństwie do większości państw Unii Europejskiej – wychodzi z kryzysu z podniesioną głową. Jak do tego doprowadzono?Po pierwsze nie ratowano banków – tym bardziej, że nie było za co – lecz pozwolono im zbankrutować. Klientom zapewniono zwrot ich bankowych depozytów, a mającym problemy finansowe zadłużonym gospodarstwom domowym i przedsiębiorcom przyznano ulgi w spłacie zaciągniętych zobowiązań, co uchroniło ich od bankructwa. Około 1 ludności darowano długi o łącznej wysokości równej 13% PKB. Przygotowywano kolejne porozumienia z Wielką Brytanią i Holandią, które miały na celu spłatę długu islandzkich banków. O zdanie w sprawie zwrotu 4 mld euro zapytano mieszkańców. W marcu 2010 r. ponad 90% głosujących opowiedziało się przeciwko spłacie długów wobec niemal 300 tys. obywateli Holandii i Wielkiej Brytanii. Sytuacja powtórzyła się w kwietniu 2011 r., gdy obywatele Islandii ponownie (58% głosów) odrzucili projekt spłaty 4 mld euro w ciągu 30 lat.Po drugie Islandia uzyskała znaczną pomoc (10 mld USD) od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który okazał się wobec tego kraju dość łagodny. Zdecydowano się na ścieżkę cięcia deficytu, rozłożoną na sześć lat, a w ciągu pierwszego roku nie było żadnego fiskalnego zaciskania pasa. Z kolei w latach 2010–2011 oszczędności miały sięgnąć ok. 10% PKB, z czego połowa miała być efektem podwyżki podatków, a druga – cięcia wydatków13. Okazało się, iż wzrost PKB był taki, że Islandia mogła sobie pozwolić nawet na pewien pakiet stymulacyjny dla gospodarki. MFW mógł zaoferować tak korzystne warunki Islandii m.in. dlatego, że przewagą tego kraju był niewysoki dług publiczny przed kryzysem. W 2007 r. wynosił on 28,5% PKB (dla porównania: dług Grecji to 105,4% PKB). Przed kryzysem wypracowano także nadwyżki budżetowe. Podkreśla się również, że w 2008 r. splajtowały banki, a nie państwo, które nie stworzyło ogromnych pakietów pomocowych dla sektora finansowego, lecz po prostu podzieliło banki i pozwoliło sądom załatwić sprawę ich niewypłacalności. Atutem kraju był też brak przynależności do strefy euro, więc można było doprowadzić do dewaluacji korony. Osłabienie islandzkiej korony przyczyniło się do wzrostu eksportu w cenach stałych o 30% w latach 2008–201014.Należy jednak pamiętać, że dewaluacja waluty, choć miała zbawienny wpływ na gospodarkę – na początku była bardzo niekorzystna dla ludzi pracy. Ożywienie gospodarcze nastąpiło kosztem spadku ich dochodów i wzrostu kosztów utrzymania. Sytuacja była trudna zwłaszcza dla tych, którzy zaciągnęli kredyty w innych walutach (ok. 20 tys. osób) i nie byli w stanie ich spłacić. W zaistniałej sytuacji państwo podjęło działania łagodzące: wprowadzono ustawę, która pozwoliła dłużnikom hipotecznym zmniejszyć – w konsultacji z bankami – swój dług do 110% wartości nieruchomości obciążonej hipoteką. Powołano do życia nową instytucję: Biuro Rzecznika Praw Dłużników, którego zadaniem było wspieranie obywateli w negocjacjach podejmowanych z bankami. Z kolei Sąd Najwyższy za nielegalne uznał niektóre rodzaje pożyczek hipotecznych udzielanych w obcej walucie15.
Dzięki podwyżkom stóp procentowych banku centralnego do 18% oraz restrykcjom na przepływ kapitału udało się ustabilizować kurs narodowej waluty i powstrzymać drożyznę wynikłą z dewaluacji pieniądza. Obecnie wysokość stóp procentowych kształtuje się na poziomie 4,25%, lecz restrykcje na przepływ kapitału będą obowiązywać najprawdopodobniej do końca 2014 r. (co utrudnia sytuację przedsiębiorców i Islandczyków podróżujących za granicę).
W efekcie prowadzonych działań PKB, który spadł o 6,6% w 2009 r. oraz o 4% w 2010 r., w 2012 r. wzrósł o 2,1%. Z kolei bezrobocie, które w momencie wybuchu kryzysu skoczyło z 2% do 9%, obecnie wynosi ok. 5% (to jeden z najniższych wskaźników w całej Europie). Statystyki wyraźnie pokazują więc, że kraj przechodzi ożywienie gospodarcze. Udało się także przed terminem spłacić pożyczkę Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Dzięki konsekwentnej polityce gospodarczej lewicowego rządu Islandia, której wróżono ekonomiczną zagładę, nie tylko przetrwała kryzys, ale poradziła sobie z nim lepiej niż większość państw świata.
Ręka sprawiedliwości
Czy pracę polityka można porównywać do zawodów, w których fachowiec ponosi odpowiedzialność karną za popełnione błędy? W Islandii postanowiono rozliczyć osoby odpowiedzialne za wybuch i rozwój kryzysu finansowego. We wrześniu 2011 r. parlament zdecydował postawić polityków odpowiedzialnych za dramatyczną sytuację kraju przed Trybunałem Stanu, który co prawda istnieje od 1905 r., ale nigdy wcześniej w żadnej sprawie nie orzekał.
Na początku planowano sądzić byłego konserwatywnego premiera i jego trzech ministrów, ostatecznie zdecydowano się postawić przed Trybunałem wyłącznie Geira Haardego, premiera w latach 2006–2009, a wcześniej Ministra Finansów. Zarzucano mu, że nie zwoływał specjalnych posiedzeń rządu w związku z kryzysem, przez co utajniał przed ministrami ważne informacje. Oskarżono go także o brak reakcji na raporty ostrzegające przed kryzysem, niepodejmowanie prób hamowania nadmiernego rozrostu banków i bierne przyglądanie się upadkowi Icesave.
W kwietniu 2012 r. Trybunał wydał wyrok, ogłaszając Haardego winnym niezwoływania posiedzeń rządu. Nie skazano go jednak na więzienie. Jest to pierwszy we współczesnym świecie przypadek sądzenia polityka za błędne decyzje. Choć naciski społeczne na to, by osądzić winnych, były bardzo silne, mówi się o tym, że decyzja miała charakter czysto polityczny, a z Haardego uczyniono kozła ofiarnego, winnego wszystkim problemom Islandii. Tak czy inaczej, jest to przestroga dla kolejnych rządzących.
W Islandii do odpowiedzialności pociąga się jednak nie tylko polityków, ale – przede wszystkim – bankierów. Aby ułatwić to zadanie, rząd dokonał zmian legislacyjnych w zakresie tajemnicy bankowej. Większość podejrzanych i oskarżanych stanowią osoby, które kiedyś zajmowały kierownicze stanowiska w sektorze finansowym oraz członkowie zarządów banków z czasów przed kryzysem. Dochodzenia są prowadzone także w zagranicznych filiach islandzkich banków.Zapadło już kilka wyroków. Karę czterech i pół roku więzienia odsiadują byli szefowie banku Byr. Z kolei Baldur Gu?laugsson, były dyrektor gabinetu ministra finansów w momencie wybuchu kryzysu, został skazany na dwa lata więzienia za insider trading, czyli dokonywanie transakcji papierami wartościowymi przez osoby mające dostęp do informacji niejawnych i wykorzystujące te informacje do osiągnięcia prywatnego zysku. Były prezes banku Kaupthing, Sigur?ur Einarsson, został z kolei zobowiązany przez sąd do zwrócenia bankowi 500 mln koron islandzkich (3,2 mln euro), a jego wszystkie aktywa zamrożono16.
Jak to się udało?
Wydaje się więc, że drogą do ratowania kraju przed zaistnieniem (lub skutkami) kryzysu jest obranie rozwiązań alternatywnych wobec tych, które zwykło się realizować w modelu liberalnym. Zamiast ratować bankierów, rząd objął kontrolą i częściowo znacjonalizował te instytucje.
Jeszcze raz podkreślił to prezydent Islandii Ólafur Ragnar Grímsson podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos w 2013 r. Zapytany, dlaczego Islandia wygrała, gdy inni ponieśli klęskę, odrzekł, że po prostu nie śledzili dominujących, wręcz ortodoksyjnych rozwiązań, stosowanych w zachodnim świecie w ciągu ostatnich 30 lat. Podstawą sukcesu było wprowadzenie kontroli waluty, zapewnienie wsparcia najbiedniejszym, odmawianie ratowania banków i odrzucanie programów oszczędnościowych, których ciężar ponieśliby najubożsi i zwykli pracownicy17. Obywatele nie mogą ponosić odpowiedzialności za nieodpowiedzialne lub nawet nieuczciwe działania podejmowane przez finansistów, a banki nie mogą być jedynym sędzią w sprawie reguł współczesnej gospodarki.Sukces Islandii to nie tylko zwycięstwo nad kryzysem gospodarczym, który wybuchł w 2008 r. Polega on również na pokazaniu światu, że paradygmaty, w które wierzą i które przyjmują ekonomiści na całym świecie, czasami można i trzeba obalić. Inne od promowanych rozwiązania gospodarcze mogą przyczynić się do znacznie lepszych rezultatów. Tymczasem nadal wielu ekonomistów uważanych jest za naukowców, którzy odkrywają prawdy ogólne i jedyne słuszne prawa kierujące gospodarką. Jak jednak zauważa cytowany już prof. Ladislau Dowbor, ekonomiści nie są naukowcami badającymi prawa przyrody, lecz osobami, które studiują mechanizmy oparte na praktykach społecznych. Gospodarka oczywiście funkcjonuje zgodnie z określonymi regułami, lecz reguły te są ustalane na warunkach korzystnych dla najsilniejszych18.Silniejszy ma również wpływ na dyskurs publiczny. Obecnie nauka o ekonomii jest niemal całkowicie podporządkowana finansom analizowanym w izolacji od ich skutków i użyteczności ekonomicznej, a centralną rolę w badaniach odgrywa spekulacja finansowa. Nawet lista laureatów Nagrody Banku Szwedzkiego im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii to, z nielicznymi wyjątkami, lista osób specjalizujących się w zachowaniach rynku ekonomicznego. Należy o tym wspomnieć, ponieważ nagroda ta cieszy się olbrzymim prestiżem i wyznacza kierunki w nauce – tymczasem nie ma czegoś takiego jak Nagroda Nobla w dziedzinie ekonomii. Alfred Nobel nic o tym nie wspominał w swoim testamencie. Została ona wprowadzona przez Królewski Bank Szwedzki, któremu udało się także zorganizować wręczenie tej nagrody wraz z nagrodami noblowskimi. W efekcie dwie trzecie laureatów to ekonomiści związani ze szkołą chicagowską, których modele matematyczne służą do spekulacji na rynkach akcji. Kryteria przyznawania tej nagrody ustala się w środowisku samej finansjery (banki), która też nagrodę sponsoruje. To samo dotyczy agencji oceny ryzyka, które opłacają ci, którzy emitują papiery wartościowe. Nie ma więc żadnych regulacji, gdy jest się sędzią we własnej sprawie19.
Te i wiele innych przesłanek wskazują, że dominacja dyskursu liberalnego w ekonomii jest trudna do przezwyciężenia. Jednak nie niemożliwa – w Islandii pokazano, że mimo tych trudności można nie ugiąć się pod wpływem dominujących nurtów i wyprowadzić kraj z kryzysu zupełnie innymi metodami.
Przypisy:
- J. Żebrowski, Islandia – bezbronny sojusznik, „Stosunki Międzynarodowe”, kwiecień 2008 r.
- Obecność Islandii w NATO jest interesująca także ze względu na fakt, że Republika Islandii nie utrzymuje stałej armii. W pewnym zakresie funkcję tę pełnią Straż Wybrzeża, siły policyjne, system Obrony Powietrznej, Islandzka Jednostka Odpowiedzi Kryzysowej (uzbrojony ochotniczy oddział przeznaczony do misji pokojowych) oraz jednostka antyterrorystyczna.
- M. Sutowski, Ostateczny krach systemu korporacji [w:] Islandia, przewodnik nieturystyczny, Warszawa, 2010 r., s. 133.
- Ibid., s.135.
- S. Ólafsson, Welfare trends of the 1990s in Iceland, „Scandinavian Journal of Public Health”; special issue 2002.
- A. Snar Magnason, Kraina Marzeń [w:] Islandia, przewodnik nieturystyczny…, op. cit., s. 152.
- M. Cempel, B. Janura, A. Matuszewski, Kryzys finansowy w Islandii – wyzwanie dla banków i rządu, Poznań 2011.
- M. Sutowski, Ostateczny krach…, op. cit., s. 139.
- A. Snar Magnason, Kraina Marzeń…, op. cit., s. 149.
- L. Dowbor, Demokracja ekonomiczna, Warszawa 2009, s. 41.
- A. Snar Magnason, Kraina Marzeń…, op. cit., s. 147.
- M. Sutowski, Ostateczny krach systemu…, op. cit., s. 143.
- H. Kozieł, Islandia: od bankowej zagłady do odbudowy gospodarki, http://www.parkiet.com/artykul/1103164.html?print=tak&p=0
- http://www.oecd.org/iceland/economicsurveyoficeland2011.htm
- H. Kozieł, Islandia: od bankowej…, op. cit.
- Ch. Chabas, Comment l’Islande traque ses „néo-vikings” de la finance, responsables de la crise, „Le Monde”, http://www.lemonde.fr/europe/article/2012/07/11/l-islande-traque-ses-neo-vikings-de-la-finance-responsables-de-la-crise_1728783_3214.html?xtmc=islande&xtcr=2
- Ólafur Ragnar Grímsson Iceland president „Let banks go bankrupt”, http://www.youtube.com/watch?v=51-Jfh6ADH0
- L. Dowbor, Demokracja…, op. cit., s. 190.
- Ibid., s. 40.
przez dr hab. Andrzej Zybała | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Gdybym był ministrem administracji publicznej (rządowej i samorządowej), przygotowałbym pakiet działań zmierzających w kilku kierunkach. W przypadku administracji centralnej państwa jako główny cel postawiłbym doprowadzenie do tego, aby umiała ona pełnić przede wszystkim funkcje strategiczne, związane z programowaniem działania, eksperckie i ewaluacyjne. Natomiast funkcje wykonawcze byłyby przekazywane w większym zakresie niż obecnie do agencji wykonawczych i regulacyjnych, aby uniknąć sytuacji, w której 50 osób pracuje w księgowości, a w departamencie analiz – 10. Oznaczałoby to de facto dekoncentrację w systemie funkcjonowania administracji. W krajach zachodnich miała ona miejsce w latach 80. i 90.
W zakresie wykonywania funkcji technicznych, w ministerstwie administracji powołałbym komórkę ds. wsparcia urzędów w sprawach technicznych. Odpowiadałaby ona za wspólne zakupy materiałów i urządzeń biurowych. Przejęłaby także zarządzanie nieruchomościami poszczególnych resortów. Szefowie urzędów zajmowaliby się wyłącznie kwestiami merytorycznymi, a nie technicznymi.
Działania nad modernizacją administracji realizowałbym w podziale na perspektywy – bieżącą (krótkoterminową), średnioterminową i długoterminową. W tej pierwszej – powiedzmy 6 miesięcy – należałoby pilnie uformować procedury i zasady rekrutacji na stanowiska we wszelkich typach administracji. Chodzi o wybór ludzi mających wiedzę i umiejętności najlepiej dopasowane do stanowisk, które zamierzają objąć. Poprzedziłbym to niezależną ewaluacją dzisiejszych zasad rekrutacji – obecnie różne urzędy mają odmienne reguły w tym względzie. Dlatego zobiektywizowałbym kryteria, a w komisjach konkursowych umieściłbym osoby niezależne, przygotowane merytorycznie do oceny kandydatów. Uruchomiłbym oddolne mechanizmy sprzyjające uczeniu się zasad rekrutacji w gronie wszystkich interesariuszy powiązanych z administracją.
Ministerstwo administracji przejęłoby rolę koordynującą w stosunku do całej administracji publicznej. Obecnie funkcje koordynacyjne i nadzorcze są rozdrobnione między różne instytucje: Kancelaria Premiera odpowiada za administrację centralną, Ministerstwo Informatyzacji i Administracji – za administrację samorządową, ponadto odrębne systemy stanowią administracje instytucji państwa, jak Sejm, Senat, NIK czy ZUS. Różne typy administracji działają w oparciu o różne akty prawne i różne reguły.
Natychmiast zainicjowałbym niezależne ewaluacje istniejących instrumentów zarządzania w administracji, jak przeprowadzenie służby przygotowawczej (szkolenia dla nowo zatrudnionych urzędników) czy system oceny pracy urzędników. Uruchomiony zostałby dialog na temat kształtowania tych instrumentów zarządzania z przedstawicielami urzędników i innymi interesariuszami zainteresowanymi funkcjonowaniem administracji publicznej.
Wpuściłbym więcej światła do działań administracji. Urzędy zaczęłyby przygotowywać raporty roczne według uzgodnionej metodologii. Zapewniłoby to czytelną informację o przeprowadzonych działaniach i ich efektach. Podstawą byłyby wskaźniki, dzięki którym zaistniałaby możliwość porównywania określonych parametrów między poszczególnymi urzędami. Dotyczyłyby one np. poziomu rotacji wśród urzędników, wydatków na szkolenia, oceny urzędów ze strony ich interesariuszy (na podstawie ankiety).
Za kluczowe uznałbym działania służące „wmontowaniu” funkcji eksperckich w struktury administracji. Powstałaby jasna formuła zatrudniania ekspertów i naukowców w resortach, zazwyczaj do konkretnych planowanych działań.
W ramach prac średnioterminowych przygotowałbym grunt pod wprowadzenie trwałych metod ewaluacji prac realizowanych we wszystkich urzędach. Wymagałoby to dopasowania kwalifikacji części urzędników oraz zatrudnienia nowych fachowców w zakresie umiejętności planowania badań ewaluacyjnych, które zamawiane byłyby u niezależnych specjalistów. Powiązane byłoby to ze wzmacnianiem eksperckim ministerstw i agencji regulacyjnych. Wzmocnione zostałyby piony programujące działania (obecnie departamenty analiz, strategiczne). Zostałyby one wyposażone w kompetencje obejmujące planowanie badań ewaluacyjnych i społecznych oraz analiz ekonomicznych. Ich rolą byłoby przygotowywanie dowodów uzasadniających podejmowanie planowanych działań oraz praca nad zestawami instrumentów do ich wdrożenia.
Zmieniłbym zasady dotyczące sposobu, w jaki urzędnicy uzyskują status urzędnika mianowanego – obecnie jest to ok. 5% urzędników, którzy zdali specjalny ogólny egzamin. Egzamin oparty byłby na wiedzy kierunkowej, a nie ogólnej. Ale w dłuższym terminie, po dopracowaniu metod rekrutacji, należałoby zastanowić się nad sensem kontynuowania systemu funkcjonowania urzędników mianowanych. Założeniem jest, że wszyscy urzędnicy mają odpowiednie i wysokie kwalifikacje.
Doprowadziłbym do końca prace nad systemem, który zapewniłby większe dopasowanie wiedzy i umiejętności urzędników do wykonywanych zadań. Częściowo poprzez wprowadzenie profesjonalnych metod rekrutacji, co jest najważniejsze, ale wyzwaniem jest także bieżące dostosowanie kwalifikacji, w szczególności gdy pojawiają się nowe wymagania, wynikające z powstawania nowych problemów czy nieznanych wcześniej zjawisk. Departamenty opisywałyby swoje zadania oraz kwalifikacje i wiedzę, których potrzebują. Niezależni ewaluatorzy ocenialiby raz w roku adekwatność tego opisu, a także to, czy dane departamenty rzeczywiście posiadają odpowiednie kwalifikacje do realizacji wyszczególnionych zadań. Departamenty przygotowywałyby raz w roku program rozwoju swoich zasobów ludzkich, który również podlegałby niezależnej ewaluacji, wedle założenia, że ewaluacja nie jest kontrolą, lecz instrumentem wzajemnego uczenia się w urzędzie.
W ramach działań długoterminowych dążyłbym do tego, aby docelowo administracja centralna stanowiła korporacyjną grupę zawodową o znacznej wewnętrznej autonomii w zakresie sposobu zarządzania nią. Powinna ona być partnerem dla rządu, a nie wyłącznie jego biernym, czasami „ślepym”, instrumentem. Najwyżej postawieni urzędnicy powinny odgrywać rolę głównych doradców ministrów, a nie jak obecnie – zaledwie organizatorów czy nadzorców innych urzędników.
Dialog byłby głównym instrumentem zarządzania. Administracja jest organizmem zbyt złożonym wewnętrznie, aby zarządzać nim „w starym stylu” czy metodą „rozkazuj i kontroluj”. Rolę ministra ds. administracji widzę w stworzeniu mechanizmów, które zapewniałyby zastosowanie bodźców motywujących urzędników do profesjonalnego działania. Ułatwiłoby to realizację tego, co uważam za jeden z kluczowych celów długoterminowych działań, czyli przeprofilowanie kultury organizacyjnej urzędów na innowacyjność, wzajemne uczenie się i tworzenie sieci współpracy z innymi interesariuszami działań publicznych.