przez dr hab. Marta Zahorska | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Gdybym była ministerką edukacji, z pewnością nie miałabym łatwego zadania. Cele stawiane przed systemem edukacyjnym są wielorakie, często konfliktowe, a na pewno wymagające ustalenia hierarchii zadań, jakie ów system ma realizować, oraz czasu, w którym mają być one wypełniane. Czy postawimy sobie za cel wyrównywanie szans, czy premiowanie jakości nauczania, użyteczność czy ogólny rozwój, nastawienie na przyszłość czy na tradycję itp., zawsze napotkamy zwolenników i przeciwników proponowanych rozwiązań. Zawsze też trzeba balansować pomiędzy rozmaitymi opcjami. Edukacja to – wbrew pozorom – bardzo konfliktowa dziedzina życia społecznego.
Charakter reform. W realizacji reform ważna jest pozycja (autorytet) państwa. Ministerstwo Edukacji w całym okresie Polski powojennej nie miało „dobrej prasy”. Nie wykorzystano, niestety, okresu po przełomie 1989 r., by tę sytuację poprawić. Wręcz przeciwnie: najpierw bolesne oszczędności, obcinanie godzin i nadgodzin, a dziesięć lat później bardzo źle przygotowana i pospiesznie wprowadzana wielka reforma edukacji. Dramatycznym błędem rządzących ekip było i jest nadal przeprowadzanie reform gwałtownych, bez odpowiedniego przygotowania infrastruktury i programów, a przede wszystkim realizatorów (nauczycieli) i odbiorców (rodziców, uczniów), dzięki któremu mogliby oni zrozumieć i zaakceptować, ale także wpłynąć na kształt reformy.
Reforma Handkego powołała do życia gimnazja zaledwie dwanaście lat temu, a już rozmaite trudności, zwłaszcza wychowawcze, powodują, że określa się je jako „przedsionek piekła”. Stąd też liczne głosy domagające się ich likwidacji. Gimnazja stanowią wręcz „studium przypadku” typowego sposobu reformowania oświaty (i nie tylko) w naszym kraju: „Ja z synowcem na przedzie i jakoś to będzie”. Gimnazja jednak wprowadzono i obecnie ich likwidacja byłaby podobnym błędem jak ich powołanie. Natomiast warto je poprawiać, analizować przyczyny problemów i zastanowić się nad ich minimalizowaniem.
Brak zaufania między MEN-em i szkołami jest obustronny. Za widoczne „wpadki” przy realizacji swoich postulatów MEN obciąża szkoły. Stąd tendencja do wydawania coraz to nowych, szczegółowych uregulowań, którymi kierować mają się dyrektorzy i nauczyciele. Rozporządzenia często posiadają szlachetne intencje, jednak ich realizacja bywa niemożliwa bądź ze względów finansowych, bądź z przyczyn kadrowych. Ponadto przy wszelkich zaleceniach żąda się od szkół drobiazgowych sprawozdań, co mnoży przepływającą ilość papierów, ale nie zwiększa wiedzy o tym, co naprawdę dzieje się w szkołach.
Dlatego podstawowym i długofalowym zadaniem nowego ministra muszą być działania na rzecz zmiany form działań administracji, aby osłabić dramatyczny brak zaufania do ministerstwa i kuratoriów. Konieczne są analiza i zweryfikowanie rozporządzeń wydanych w ostatnich latach, ocena funkcjonowania kuratoriów, a także ewaluacja sensowności wydatkowania niemałych funduszy europejskich na programy wprowadzane do szkół oraz badania nad edukacją.
Kwalifikacje nauczycieli. Poprawa działania szkół uzależniona jest w pierwszym rzędzie od poziomu wiedzy oraz kwalifikacji nauczycieli. Można wyposażyć szkoły we wspaniałe urządzenia, ale jeśli nie będzie w niej dobrych nauczycieli, wszystkie nasze wysiłki i poniesione koszty pójdą w błoto. Możemy dokonywać daleko idących zmian, ale jeśli nie przekonamy do nich nauczycieli, to zmiany pozostaną wyłącznie na papierze.
Odpowiednio przygotowani nauczyciele stanowią warunek dobrego funkcjonowania szkoły we wszelkich jej działaniach. Niestety kształcenie nauczycieli to jeden z najsłabszych, jeśli nie najsłabszy punkt naszego systemu edukacji. Uczelnie źle przygotowują nauczycieli. Jeśli radzą sobie w pracy w szkole, jest to efekt ich własnych predyspozycji i zdolności, a nie wiedzy i umiejętności, jakie wynieśli ze studiów. Bardzo wielu nie potrafi postępować z tzw. trudnym uczniem czy nawiązać kontaktu z rodzicami. Kształt studiów pedagogicznych wymaga zdecydowanych reform. Niestety podlegają one Ministerstwu Nauki i Szkolnictwa Wyższego, dla którego nie są zadaniem priorytetowym.
Nauczyciel, który jest zatrudniony w szkole i źle prowadzi zajęcia, ma złą opinię wśród rodziców i uczniów, musi otrzymać pomoc, a jeśli ona nie przynosi rezultatów, powinien albo odejść ze szkoły, albo przejść na własny koszt specjalne szkolenie. Należy zmodyfikować Kartę Nauczyciela, która powinna z jednej strony chronić stabilność zatrudnienia, ale z drugiej dopuszczać możliwość usuwania ze szkoły złych nauczycieli.
Wyzwania. Uważam, że są dwa najpoważniejsze problemy polskiej szkoły: 1) duże i rosnące społeczne nierówności edukacyjne; 2) niedostosowanie programów i ich sposobów realizacji do wymagań świata współczesnego. Omawiać będę jedynie pierwszy z wymienionych. Z drugim problemem zmaga się cały współczesny świat i rozważania na jego temat daleko wykroczyłyby poza rozsądny limit tego tekstu. Rzecz jasna debatę wokół tego zagadnienia uważam za niezwykle ważną i o jej brak jestem gotowa obwiniać MEN oraz środowiska eksperckie. Jako osoba zawiadująca Ministerstwem Edukacji zainicjowałabym taką debatę.Społeczne nierówności edukacyjne. Ich źródłem jest powiększające się rozwarstwienie w naszym społeczeństwie, i to w wielu wymiarach: ekonomicznym, kulturowym, zdrowotnym itp. MEN nie ma wielkiego wpływu na politykę podatkową i socjalną, które powinny ten trend zatrzymać. W tej trudnej sytuacji należy wyposażyć system szkolny w dodatkowe możliwości przeciwdziałania rosnącym problemom socjalnym wielu uczniów. Przekładają się one bowiem na trudności dydaktyczne i wychowawcze.
Walkę ze wzrostem nierówności edukacyjnych należy zacząć od integracji opieki nad małymi dziećmi i rozbudowania wczesnej edukacji. Najważniejszym etapem wpływającym na powodzenie w szkole są właśnie warunki, w jakich przebiegają pierwsze lata życia dziecka. Bieda, stres z nią związany, niedożywienie, złe warunki higieniczne, słaba dostępność do lekarza – obniżają możliwości intelektualne dzieci. Odpowiednia opieka i pomoc w najmłodszym wieku zmniejszają koszty, jakie w zwielokrotnionych wymiarach trzeba ponosić przy leczeniu dysfunkcji w późniejszym okresie życia.
Wszystkie dzieci powinny mieć dostęp do wczesnej, wysokiej jakości edukacji przedszkolnej. Natomiast bezpłatny i powszechny dostęp do niej powinien zostać zagwarantowany w enklawach biedy wiejskiej i miejskiej. Praca w tych placówkach powinna obejmować nie tylko dzieci, ale także ich rodziców. Proponowałabym przy tym nawet wprowadzenie zachęt materialnych dla rodziców, aby systematycznie przyprowadzali dzieci do przedszkoli, a także sami uczestniczyli w rozmaitych zajęciach.
Postulat obniżenia wieku inicjacji szkolnej uważam za ze wszech miar słuszny, jednak sposób, w jaki reforma ta była wprowadzana, woła o pomstę do nieba. To kolejny przykład realizowania reformy „na hurra”, bez wyobraźni społecznej i rozpoznania możliwości instytucjonalnych. Nie można było dopuścić, żeby do pierwszej klasy trafiały dzieci, które w życiu nie trzymały kredki w rączce. Krokiem poprzedzającym powinno być upowszechnienie zajęć przedszkolnych dla 5-latków. W miastach nie doceniono fatalnej opinii, jaką ma szkoła – jej rygoryzmu, niedostatecznych kwalifikacji nauczycieli w postepowaniu z małymi dziećmi, które to czynniki pchnęły rodziców do „ratowania maluchów”.
Państwo a rynek. Wyrównanie szans edukacyjnych młodzieży nie jest możliwe w tak podzielonym i zróżnicowanym społeczeństwie jak nasze, zwłaszcza gdy zarządzanie edukacją zdecentralizowano, a finansowanie podporządkowano zasadom rynku. Dywersyfikacja poziomu szkół jest wpisana w logikę rynku i jeżeli chcemy jej uniknąć, musi interweniować państwo. Obecny system zarządzania edukacją odczuwa słabości obu sposobów – państwowego (biurokracja) oraz rynkowego (wzrost zróżnicowania poziomu szkół, a co za tym idzie, wzrost nierówności edukacyjnych). Mimo problemów organizacyjnych jedynie państwo jest w stanie prowadzić długofalową edukacyjną politykę spójności czy interweniować w rejonach szczególnego niedoinwestowania.
Szkoła nie wyrówna szans edukacyjnych, ale może i powinna działać na rzecz ograniczenia różnic. Wypracowanie skutecznych bodźców i sposobów pomocy w nauce wymaga jednak od nauczycieli dużego nakładu pracy, wielu umiejętności, a także odpowiedniej gratyfikacji. W pracy tej muszą otrzymywać wsparcie ze strony różnych służb i poradni.
Polska uzyskała europejskie środki z funduszu spójności – warto, aby były one przeznaczone na faktyczną politykę spójności w naszym kraju.
przez Paweł Soloch | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
I. Przywrócić państwu kontrolę nad jego własnym aparatem
W dobrze działającej administracji bezosobowe zasady wyznaczane przez państwo, a co za tym idzie prymat lojalności wobec tworzącego reguły państwa, powinny być zgodne z najbardziej żywotnymi (osobistymi, związanymi z awansami i wynagrodzeniem) interesami urzędników.
Tymczasem w Polsce nie one są punktem odniesienia. Są nimi reguły gry ustalane przez bezpośrednich zwierzchników. Państwo znajduje się na dalszym planie – regulacje dotyczące funkcjonowania jego struktur często nie są tworzone odgórnie w centrum, lecz oddolnie przez grupy kontrolujące poszczególne instytucje w celu zabezpieczenia partykularnych interesów. Niejasna, często wzajemnie wykluczająca się treść przepisów pozwala na ich swobodną interpretację, co wzmacnia osobistą władzę przełożonych nad podległymi im pracownikami. Najlepszym odzwierciedleniem osobistej zależności urzędników i polskich funkcjonariuszy od przełożonych jest dyskrecjonalna władza tych drugich w zakresie ustalania wysokości dochodów podwładnych.
Dziś składnikiem wielu urzędniczych zarobków są stałe dochody dodatkowe, przyznawane całkowicie uznaniowo przez przełożonych, w postaci okresowych nagród (w administracji samorządowej często jest to wielokrotność stałej pensji), wynagrodzeń za członkostwo w radach nadzorczych (skarbu państwa i spółek komunalnych), z tytułu prowadzenia rozmaitych kursów i szkoleń wewnętrznych czy dzięki różnego rodzaju dodatkom.
Podobnie do kwestii uzyskiwania dochodów w administracji wygląda sprawa decyzji personalnych, czyli zatrudnienia i awansów. Bezosobowe (bezstronne) kryteria, ustalane przez państwo, zastępowane są kryteriami partykularnymi, wyznaczanymi przez panujące w instytucjach „wspólnoty przestępcze”. Decydują znajomości, koneksje partyjne i rodzinne. Przyznanie posady w administracji publicznej bywa też formą łapówki.
Propozycje działań:
- Jednolity i transparentny system wynagrodzeń. Powinno się to dokonać poprzez usztywnienie zasad regulowania dochodów i maksymalne uniezależnienie ich od uznaniowych decyzji przełożonych (z wyjątkiem jednorazowo przyznawanych nagród za specjalne zasługi). Towarzyszyć temu powinna likwidacja wynagrodzeń dla urzędników za zasiadanie w radach nadzorczych spółek skarbu państwa i spółkach samorządowych. Dochody zarządów i urzędników samorządowych powinny być regulowane na podobnych zasadach jak urzędników państwowych.
- Odbiurokratyzowanie służb mundurowych. W obecnym systemie komendanci policji, straży pożarnej, szef ABW są nie tylko służbą działającą na rozkaz, ale urzędnikami – organami administracji, obdarzonymi uprawnieniami dyskrecjonalnymi. Tworzy to biurokrację droższą ze względu na przywileje emerytalne służby i inne, a także ogranicza skuteczność mechanizmów nadzoru. Służby nie są kontrolowane przez zewnętrzną, cywilną administrację, ale kontrolują same siebie. Co do zasady nie jest dobrze wyposażać policję, mającą uprawnienia właśnie policyjne wobec obywateli (możliwość używania przymusu bezpośredniego, uprawnienia śledcze), w zbyt wielką władzę dyskrecjonalną, która powinna należeć do urzędników cywilnych.
- Wzmocnienie roli wojewody jako profesjonalnego, apolitycznego urzędnika. Obecnie wojewodowie są nominatami politycznymi, uzależnionymi od układów lokalnych, często osobami o niewielkim doświadczeniu w kierowaniu administracją państwową. W celu zagwarantowania ich kompetencji i uniezależnienia od miejscowych powiązań wojewodowie powinni być wybierani i mianowani przez polityków spośród urzędników służby cywilnej na podobnych zasadach jak np. komendanci policji są mianowani spośród oficerów tej formacji. Wzmocnienie roli wojewody względem państwowej administracji w terenie powinno polegać na dodaniu do jego kompetencji części lub całości uprawnień komendantów policji i państwowej straży pożarnej, jako organów administracji. Służyłoby to odbiurokratyzowaniu służb mundurowych i zwiększyło efektywność funkcjonowania całego aparatu państwa.
- Zabezpieczenie interesów państwa wobec urzędników przechodzących do sektora prywatnego – z uwagi na konflikt interesów. Prywatne firmy, zwłaszcza w sektorze finansowym i IT, uwzględniają w umowach z pracownikami zabezpieczenia uniemożliwiające lub utrudniające podjęcie pracy dla konkurencji zarówno ze względu na konflikt interesów, jak i kwestię kosztów, które firma poniosła w stosunku do pracownika, pomagając mu w nabyciu profesjonalnych umiejętności. Podobne zabezpieczenia stosują również rządy – np. w USA zakazuje się wojskowym po przejściu w stan spoczynku współpracy z przemysłem zbrojeniowym przez kilka lat.
Tymczasem w odniesieniu do aparatu państwa polskiego sfera ta pozostaje słabo uregulowana. Prowadzi to do konfliktu interesów i rodzi podejrzenia o korupcję. Chodzi tu o zatrudnianie przez prywatne firmy byłych urzędników, którzy wcześniej w obszarze, w którym działa dana firma (np. finanse, energetyka, IT), wykonywali czynności nadzorcze i kontrolne lub dokonywali zamówień. Przykładem jest sprawa urzędników GDDKiA podejmujących pracę w firmach, którym wcześniej przydzielali zlecenia.
Wprowadzenie odpowiednich przepisów i zasad powinno być wzorowane na rozwiązaniach zabezpieczających interesy firm prywatnych oraz stosowanych w innych krajach.
II. Dostęp obywatela do informacji i ochrona praw obywatela „nadzorowanego”
Warunkiem poczucia partycypacji i współodpowiedzialności obywateli za stan własnego państwa jest dostęp do wiedzy o jego funkcjonowaniu, czyli o działaniach władzy publicznej: administracji państwowej i samorządowej. Transparentność władzy i powszechny dostęp do informacji o jej poczynaniach jest kluczowym elementem jej kontroli ze strony obywateli, a co za tym idzie: podstawowym warunkiem jakichkolwiek działań naprawczych. Z tym związana jest kwestia oceny działalności administracji i służb w zakresie zbierania informacji i nadzoru nad obywatelem.
Propozycje działań: Zweryfikować istniejące przepisy w kierunku standaryzacji zasad udzielania informacji publicznej. Chodzi o to, aby informacja była udzielana w sposób „kompatybilny”, na ile jest to możliwe według jednakowego wzorca dla wszystkich rodzajów i poziomów administracji: urzędów centralnych, władz samorządowych, policji itd. Chodzi z jednej strony o zapewnienie obywatelowi łatwego dostępu do informacji, również dzięki powtarzalności lub podobieństwu sposobu jej pozyskiwania w rozmaitych miejscach. Z drugiej strony standaryzacja umożliwia szybką i realną weryfikację transparentności poszczególnych instytucji.
III. Zatrzymać komercjalizację bezpieczeństwa publicznego
Rząd kontynuuje likwidację posterunków policji i tnie wydatki na modernizację służby. Jednocześnie dynamicznie rośnie rynek usług ochrony i parapolicyjnych, który w niewystarczającym stopniu jest kontrolowany przez państwo. Rodzi to patologie, którym sprzyjają niejasne przepisy prawne. Sytuacja, gdy państwo pozbywa się uprawnień policyjnych wobec obywateli na rzecz podmiotów prywatnych, w połączeniu z ich słabym nadzorem zagrażać może swobodom obywatelskim i ogólnie bezpieczeństwu publicznemu.
Propozycje działań:
- Należy dążyć do zapewnienia dostatecznych środków na działalność policji państwowej, również pod kątem zapewnienia jej widocznej obecności w przestrzeni publicznej, poprzez odbudowę posterunków, zwiększenie liczby patroli, odtworzenie znaczenia i roli dzielnicowych wraz z towarzyszącym temu motywującym systemem awansów. Trzeba zmienić demoralizujący system premiowania policjantów za liczbę wypisanych mandatów. Wypacza to sens ich misji i rodzi niechęć społeczną, niszczącą zaufanie do służby.
- Radykalnej reformie powinien ulec (mało w tej chwili skuteczny) system nadzoru nad prywatnymi agencjami ochrony osób i mienia.
- Należy zweryfikować uprawnienia pracowników prywatnych agencji ochrony dotyczące możliwości ograniczenia wolności obywateli, także poprzez użycie środków przymusu bezpośredniego. Zwraca na to uwagę Fundacja Helsińska w kontekście zwiększenia uprawnień w zakresie kontrolerów biletów w środkach komunikacji publicznej. W Polsce są to na ogół przedstawiciele prywatnych firm, podczas gdy w państwach zachodniej Europy funkcję tę pełnią umundurowani funkcjonariusze publiczni (policja municypalna).
przez Paweł Rojek | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | kultura zaangażowana, Wiosna 2013
„Jaka sztuka dziś, taka Polska jutro”. To hasło wymyślone przez Cezarego Bodzianowskiego stanowi tytuł niedawno otwartej wystawy, zorganizowanej przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Pałacu Prezydenckim. Hasło nawiązuje oczywiście do peerelowskiego sloganu, w którym była mowa o pracy, a nie o sztuce, wskazuje jednak na bardzo często niedostrzegany związek między stanem kultury a stanem społeczeństwa.
Najczęściej uważa się, że najpierw trzeba zabrać się za gospodarkę, a dopiero później można zająć się kulturą. Tymczasem jest dokładnie na odwrót. Polska jest doskonałym przykładem tej zależności. To nie jest tak, że niski poziom kulturalny Polski wynika z niskiego poziomu gospodarczego, ale właśnie zaniedbania w sferze „nadbudowy” doprowadziły do zapaści w sferze „bazy”. To bowiem brak dyskusji w sferze idei i ignorowanie wspólnych symboli oraz wartości poskutkowały realizacją niekorzystnego dla nas modelu imitacyjnej modernizacji.
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ma więc decydujące znaczenie dla losów Polski. Kultura jest świadomością społeczeństwa, a artyści dostrzegają i wyrażają problemy, które dopiero później stają się widoczne i zrozumiałe dla innych. Co więcej, to właśnie kultura wchodzi dziś na obszary opuszczone przez coraz bardziej instrumentalnie traktowane naukę i politykę, stając się polem dyskusji decydujących o sposobie rozumienia nas samych i świata. Wreszcie, kultura może i powinna tworzyć oraz wzmacniać symbole i wartości jednoczące wspólnotę narodową. Spróbuję krótko przedstawić kilka przykładów działań na tych trzech płaszczyznach.
Artyści są, jak powiadał Ezra Pound, antenami gatunku. Naród, który nie dba o to, co dostrzegli artyści, chyli się ku upadkowi. W 1994 r. Alicja Żebrowska zrealizowała głośne wideo „Grzech pierworodny”. Film pokazuje drastyczne operacje dokonywane na ciele kobiety, których rezultatem jest wyłonienie się z niego nowoczesnej lalki Barbie. Dzieło było odczytywane niemal wyłącznie w kluczu feministycznym, w istocie jednak można je rozumieć znacznie szerzej, jako opowieść o polskiej transformacji. Umęczone i brutalnie przedstawione ciało kobiety jest metaforą Polski podlegającej normalizacyjnym zabiegom, których celem jest przekształcenie jej na wzór naszych wyobrażeń o Zachodzie, symbolizowanych przez lalkę. Co ciekawe, w tym samym roku tak właśnie rozumiana Barbie była kluczowym elementem performance’u Zbigniewa Warpechowskiego, w którym artysta pociął ją na kawałki polską szablą. Te pojawiające się na polu sztuki intuicje, odpowiadające stłumionemu doświadczeniu wielu Polaków, dopiero dekadę później zostały wyrażone w bardziej dyskursywny sposób przez naukowców, publicystów i polityków. Dlatego uważam, iż polityka kulturalna państwa powinna dbać nie tylko o to, by artyści mogli swobodnie wyrażać swoje intuicje, lecz także o to, aby ich dzieła były jak najszerzej dostępne i dyskutowane.
Ministerstwo Kultury od lat prowadzi bardzo ważny program wsparcia dla czasopism społeczno-kulturalnych. Nasze miesięczniki i kwartalniki stanowią niezmiernie bogatą i różnorodną sferę, w której toczą się istotne dla Polski debaty, z różnych powodów niepodejmowane w sferach akademickich, politycznych czy medialnych. Formuła pism społeczno-kulturalnych pozwala na zajmowanie się rozmaitymi kwestiami, nie tylko wąsko rozumianą sztuką. Niestety, ta ostatnia nisza swobodnej i głębokiej debaty jest coraz bardziej ograniczana. Nie chodzi tylko o to, że pewne ważne nurty ideowe w ogóle nie otrzymują wsparcia, lecz także o to, że w zeszłym roku zmieniono formułę całego programu, dążąc do wyłączenia z niego pism zajmujących się kwestiami społecznymi i politycznymi. Jest to bardzo niepokojące, ponieważ w ten sposób odrywa się kulturę od szerszego kontekstu i pozbawia ją znaczenia. Co więcej, brak wsparcia ze strony państwa, powiązany z silną obecnością zagranicznych instytucji, może prowadzić do sytuacji, w której dyskusja w Polsce ożywiana będzie np. przez konkurujące ze sobą niemieckie fundacje.
Jednym z najciekawszych wystąpień na 7. Biennale Sztuki w zeszłym roku był projekt Łukasza Surowca „Berlin Birkenau”. Artysta zorganizował wielką akcję przesadzenia około trzystu młodych drzew z okolic obozu koncentracyjnego w Brzezince do Berlina. Brzózki posadzone w różnych miejscach miasta stały się żywym pomnikiem niemieckich ofiar. W tym doskonałym projekcie udało się połączyć pamięć, odpowiedzialność, przyrodę i zaangażowanie wielu ludzi. Problem polega na tym, że pierwotny pomysł Surowca – o czym mało kto wie – był inny. Brzozy miały być posadzone w Warszawie, a nie w Berlinie, a pochodzić miały z okolic Katynia, a nie Brzezinki. Ten niezwykły projekt miał w pierwotnym zamyśle służyć polskiej, a nie niemieckiej pamięci. Tyle że polskie instytucje nie były zainteresowane jego wsparciem. Podobny los spotyka nowy projekt Alicji Żebrowskiej, która ostatnio zajęła się kwestiami historycznymi. Polskie państwo nie znalazło funduszy na jej nowatorski film o rzezi wołyńskiej. Wsparcie takich projektów, łączących sztukę nowoczesną z wspólnymi dla Polaków symbolami i wartościami, powinno być priorytetem rządu. Sztuka wyrażająca nasze doświadczenie może stać się elementem integrującym społeczeństwo, może też być o wiele bardziej interesująca dla świata niż sztuka naśladująca obce wzory i dostosowująca się do obcych agend.
Wskazałem na trzech przykładach najważniejsze funkcje polityki kulturalnej, którym odpowiadają trzy kierunki działania ministerstwa. Po pierwsze państwo powinno roztropnie wspierać swobodną aktywność artystyczną, która stanowi ważny element samoświadomości społecznej, i pomagać w jej rozpowszechnianiu. Temu zadaniu odpowiada mecenat państwa i instytucje muzealne oraz edukacyjne. Po drugie w kompetencji MKiDN nieoczekiwanie znalazła się kluczowa kwestia dyskusji intelektualnych o zagadnieniach społecznych i kulturalnych. Ministerstwo nie powinno rezygnować z wspierania tych inicjatyw, które małym kosztem pozwalają utrzymywać sferę różnorodnych dyskusji. Wreszcie trzecim kierunkiem jest realizacja – w sferze artystycznej, edukacyjnej i intelektualnej – wspólnotowej agendy. Państwo ma prawo i obowiązek wspierać inicjatywy, które służą dobru wspólnemu, podtrzymują polską tożsamość i odwołują się do podzielanych przez Polaków wartości.
Jak w praktyce powinno wyglądać wsparcie? Sądzę, że w większości przypadków system grantów i otwartych konkursów jest najlepszy z możliwych, choć grozi on pewnymi niebezpieczeństwami. Operatorami tego systemu są urzędnicy, którzy oczekują, że podmioty, z którymi współpracują, będą kierowały się taką samą logiką jak ich własna. Stąd uzyskanie wsparcia wymaga zwykle profesjonalnego zaplecza biurokratycznego i pochłania mnóstwo kosztów, i to z obu stron – ministerstwa i aplikujących podmiotów. O wiele rozsądniejsze wydaje się obniżenie progów dostępu do pomocy państwa, nawet za cenę częstszych błędów przy przyznawaniu dotacji. Drugim niebezpieczeństwem jest oczywiście nastawienie podmiotów na konsumowanie wsparcia państwowego i podporządkowanie się ich logice administracji, która w dłuższej perspektywie zabija wszelką twórczość. Tu recepta wydaje się prosta – ministerstwo, obniżając koszty dostępu do pomocy, powinno także uzależniać ją od znalezienia przez wnioskodawców innych źródeł finansowania. Wystarczy roztropnie zwiększyć progi udziału własnego, by część odpowiedzialności za ocenę dofinansowywanych przedsięwzięć przenieść na inne podmioty, które kierują się inną logiką – publiczność, samorządy, prywatni sponsorzy, organizacje pozarządowe itd. Rozsądne wsparcie powinno polegać więc z jednej strony na zmniejszeniu przeszkód biurokratycznych w dostępie do publicznych pieniędzy, a z drugiej – na uzależnieniu go od znalezienia innych źródeł finansowania.
Omówione przeze mnie społeczne funkcje kultury pokazują, że polityka kulturalna może mieć realny wpływ na to, jak rozumiemy samych siebie i jak działamy. Ostatecznie to kultura rozstrzyga o wszystkim. Dlatego właśnie bez muzeów nie będzie autostrad. Związek ten doskonale rozumiał Lech Kaczyński, którego koncepcja modernizacji obejmowała nie tylko budowę autostrad, lecz także nowych muzeów. Dziś los niedokończonych dróg dzieli Muzeum Sztuki Nowoczesnej, wciąż pozbawione stałej siedziby.
przez Włodzimierz Pańków | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Gdybym był ministrem, starałbym się rozwiązać w Polsce problem rosnących nierówności cywilizacyjnych, międzyregionalnych (szczególnie między regionami centralnym i południowo-zachodnim a północnym i południowo-wschodnim) oraz pomiędzy terenami wiejskimi i małomiasteczkowymi a wielkimi miastami i „metropoliami”.
Ogólnie rzecz biorąc, obecnie ma miejsce pustoszenie szeroko rozumianej „prowincji” oraz rozwój „metropolii” kosztem owej „prowincji”. Mimo powołania dwóch dolnych szczebli samorządu – ponad 20 lat temu gminnego oraz ponad 10 lat temu powiatowego – „gospodarze” polskiej „prowincji” są bezradni wobec niszczących ją procesów, gdyż mimo iż mają odpowiednie uprawnienia, są pozbawieni środków i zasobów niezbędnych dla rozwoju tych obszarów.
Jak pokazują wyniki badań, polskie przedsiębiorstwa, których jest wiele, ale które są małe (najczęściej 1–2-osobowe) – działają w pustce instytucjonalnej i w rozproszeniu. Oznacza to, że tylko w rzadkich przypadkach korzystają one z pomocy takich instytucji jak banki czy firmy ubezpieczeniowe (kredyty i ubezpieczenia ich działalności), szkoły i uczelnie, firmy doradcze itp. Bardzo rzadko reinwestują zyski, a raczej je zamrażają i nie tworzą nowych miejsc pracy. Stosują pasywne strategie działania.
Powyższe negatywne zjawiska trwają i nasilają się, powodując degradację cywilizacyjną milionów Polaków, szczególnie młodych, bo wszak gdyż na polskiej wsi/prowincji wciąż mieszka ponad połowa obywateli III RP. Część tych zjawisk wynika z wierności władz RP mechanizmom wolnego rynku i z ich rezygnacji z szeroko zakrojonej interwencji publicznej, natomiast druga część – z nietrafionej interwencji.
Podczas podejmowania decyzji jako minister kładłbym nacisk na: kombinację centralizacji i decentralizacji zarządzania (rządzenia), dekoncentrację instytucjonalną, dostosowanie strategii rozwojowych do lokalnych i regionalnych warunków i zasobów oraz na szacunek do tego, co zostało odziedziczone po poprzednich pokoleniach. To ostatnie wynika z faktu, że dotychczasowa transformacja doprowadziła do zmarnowania bogatego dorobku, także tego, który odziedziczyliśmy np. po Niemcach czy nawet po PRL (np. system edukacji zawodowej, zniszczony przez tzw. reformatorów spod szyldu Unii Wolności). Oczywiście część tych zjawisk ma już charakter nieodwracalny, ale warto się nad nimi pochylić, by w przyszłości uniknąć podobnych błędów.
Jako główne cele do zrealizowania podczas 4-letniej kadencji wyznaczyłbym sobie:
- Doprowadzenie wspólnym wysiłkiem administracji rządowej i samorządowej do w miarę głębokiej dekoncentracji szeregu instytucji publicznych, stwarzając zachęty materialne (niższe czynsze, odpowiedni system podatków) i udogodnienia komunikacyjne dla funkcjonowania instytucji niższego szczebla.
- Podjęcie wszelkich możliwych wysiłków na rzecz wzmocnienia pozycji miast średniej wielkości, które kiedyś były ośrodkami wojewódzkimi – a teraz często są siedzibami powiatów – tak aby zwielokrotnić ich liczbę i umożliwić ich cywilizacyjne oddziaływanie na swoje otoczenie, powstrzymując w ten sposób degradację cywilizacyjną polskiej „prowincji”.
- Przygotowanie reformy struktur samorządowych w takim kierunku, by szczeble niższe – gminne i powiatowe – uczestniczyły w realnych procesach redystrybucji środków pochodzących z podatków i/lub funduszy europejskich. Mając, tak jak dzisiaj, formalne uprawnienia, powinny one także dysponować środkami i zasobami niezbędnymi dla zapewnienia rozwoju cywilizacyjnego naszego kraju. Oznaczałoby to w pewnym stopniu powrót do poprzednich rozwiązań, sprzed reform rządu Buzka, ale z uwzględnieniem popełnionych błędów, które doprowadziły do spustoszenia polskiej „prowincji”.
Sądzę ponadto, że zarówno instytucje centralne, jak i samorządowe powinny rozszerzyć swoje uprawnienia w zakresie wykorzystywania dostępnych środków finansowych, m.in. pochodzących z podatków i funduszy unijnych, na tworzenie instytucji wsparcia drobnego i średniego biznesu, szkolenie przedsiębiorców w zakresie korzystania z pomocy i zasobów tego rodzaju instytucji, stworzenie motywacji do korzystania z takiej pomocy itp. Wyniki wycinkowych badań pokazują na przykład, że organy samorządowe są takim „trybem”, którego funkcjonowanie jest niezbędne dla uruchomienia współdziałania przedsiębiorstw i instytucji wsparcia biznesu – samo istnienie tych ostatnich nie jest wystarczające. Jednostki samorządowe mogą być – i niekiedy są – swego rodzaju inicjatorem, koordynatorem i łącznikiem zapewniającym ciągłość, skuteczność i trwałość tego współdziałania. Muszą one być wciąż rozbudowywane i motywowane do działania, m.in. ze środków europejskich, o ile to jest – lub może być – możliwe.
przez Lech Mergler | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Uważam, że interwencja publiczna, czyli polityka, w tym przypadku polityka miejska, rozumiana jako intencjonalne działanie władzy publicznej na rzecz rozwoju miast, jest konieczną, nową jakością. Musi ona „przebić” się przez stereotypy, według których rzeczy same z siebie „idą ku dobremu”, wystarczy jedynie nie przeszkadzać działaniu wolnego rynku.
Ministerstwo miałoby wykreować politykę miejską jako strategiczną politykę publiczną, niezbędną dla cywilizacyjnego rozwoju kraju. Ona moderowałaby rynek, używając jego zasobów i ukierunkowując jego energię dla optymalnego pożytku publicznego.
Lista problemów miejskich do rozwiązania, niekiedy dramatycznych, jest dość długa. Jako pierwszy z nich określiłbym odbudowanie/zbudowanie podmiotowości miast, słabych w tradycji wiejskiej, chłopsko-szlacheckiej Polski; nadanie tej podmiotowości aktualnego znaczenia. Związany z tym jest rozwój demokracji miejskiej, jako realnej demokracji społecznej, partycypacyjnej, nie tylko formalnej. Podmiotowość miasta bez uczestnictwa mieszkańców, przy dominacji aparatu zarządzającego, to atrapa.Kolejna kwestia to wyludnianie się dużych miast, związane z zamieraniem i degradacją historycznych centrów oraz suburbanizacją, czyli rozlewaniem się miast na peryferia. Dramatyczny problem stanowi także destrukcja przestrzeni miejskiej w sensie urbanistycznym oraz estetycznym, z uwikłaniem w inne sfery, jak transport, środowisko przyrodnicze, kwestie społeczne. Niepokojącym zjawiskiem w tym względzie jest m.in. blokowanie się systemów transportowych miast i aglomeracji z powodu politycznego priorytetu dla indywidualnej komunikacji samochodowej i niedorozwoju transportu publicznego.Do tego dochodzi deficyt zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych, jeden z największych w Europie, pogłębiony przez wieloletnią dominację kosztownego, komercyjnego budownictwa deweloperskiego, głównie dla bardziej zamożnych. Wiążą się z tym nierówności społeczno-cywilizacyjne, ukrywane przez tworzenie fasadowych, „czekoladowych” fragmentów miast oraz spychanie w cień ubóstwa, degradacji i wieloletnich zaniedbań. Dotyczy to także miast jako całości: jedne znajdują się w kryzysie systemowym (np. Łódź, Wałbrzych), inne są w znacznie lepszej sytuacji. Przy czym kryzys finansów i zadłużenie miast, na granicy upadłości, powodowane są głównie ogromnymi wydatkami na cele ekskluzywne.
Co zatem należałoby zrobić, aby przeciwdziałać takim negatywnym tendencjom? Jest kilka decyzji o istotnym znaczeniu dla miast, które moim zdaniem powinny być podjęte niemal „od ręki”.
W ustawie o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym trzeba uzupełnić zapis art. 17 o spotkania informacyjno-konsultacyjne z mieszkańcami ws. planów miejscowych – na samym początku procedury ich uchwalania. W art. 59 tej ustawy lub w inny sposób należy wprowadzić nakaz niesprzeczności (lub zgodności) decyzji o warunkach zabudowy z ustaleniami studium przestrzennego.Dla przywrócenia estetyki miast przytłoczonych nadmiarem reklam powinno się ustalić niskie limity kosztów z tego tytułu oraz ulgi podatkowe z tytułu kosztów umieszczania reklam w lokalnych mediach.Trzeba również zablokować możliwość nakładania na miasta-gminy nowych zadań bez zagwarantowania środków na ich finansowanie. Nowe środki powinny uwzględniać potrzeby i oczekiwania mieszkańców.Ponadto należy podjąć prace legislacyjne nad ustawą o rewitalizacji i rozwoju miast, a także przyjąć Kartę Lipską z 2007 r., która jest „konstytucją” zrównoważonego rozwoju miast Unii Europejskiej – jako regulatora rozwoju miast w Polsce.Cele do zrealizowania na poziomie ministerstwa to przede wszystkim potrzebne miastom akty prawne oraz polityki sektorowe. Jednak punktem wyjścia musi być „zbudowanie” samego Ministerstwa, a przede wszystkim funkcjonalne inkorporowanie tego nowego podmiotu do struktury władzy państwowej, łącznie ze strukturami terenowymi. Ministerstwo musi obejmować jako główne takie dziedziny jak budownictwo, polityka przestrzenna, rozwój miast i metropolii, transport lokalny i samorząd miejski.
Akty prawne (ustawy) wymagające opracowania lub nowelizacji to ustawa o rewitalizacji i rozwoju miast, ustawa aglomeracyjna, ustawa o transporcie w miastach, o samorządzie miejskim, o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, prawo budowlane, ustawa o ochronie praw lokatorów, prawo ochrony przyrody i ustawa o informacji o środowisku.
Polityki sektorowe (tematyczne pakiety) z kolei winny służyć następującym celom długofalowym:
- Odrodzenie centrów dużych miast – społeczne, urbanistyczne, ekonomiczne; podniesienie (odbudowa) ich atrakcyjności jako miejsca zamieszkania; powstrzymanie odpływu mieszkańców z miast oraz zahamowanie procesów suburbanizacji.
- Dostępność mieszkań – dla ogromnej większości mieszkańców miast o dochodach realnie przeciętnych, powyżej progu upoważniającego do pomocy społecznej, ale zbyt niskich, by mieszkanie kupić lub wynająć na rynku (stąd obecna ucieczka z miast).Zatrzymanie i odwrócenie procesów degradacji przestrzennej miast; preferencje systemowe dla inwestycji wysokiej jakości, przy blokadach dla tych o jakości niskiej.
- Transport zrównoważony: uwolnienie, zwłaszcza centrów miast, od samochodów, jakościowy wzrost masowej komunikacji publicznej – transformacja miejskich systemów transportowych.
- Upodmiotowienie miast oraz upodmiotowienie ich mieszkańców jako twórców i beneficjentów miasta. Także upodmiotowienie gospodarcze – wspieranie produktywności.
- Zmniejszenie rosnących nierówności społecznych.
Niektóre z tych zmian wymagają pewnych nakładów finansowych. Politykę miejską utożsamia się z poglądem, że rozwój miast mają sfinansować fundusze europejskie. To nieporozumienie – trzeba zbudować trwały system stymulowania i finansowania tego rozwoju. Spodziewane niebawem nowe środki unijne powinny współtworzyć podstawy tego systemu, a nie służyć powstawaniu kolejnych, jeszcze szerszych dróg dla samochodów. Nieco inaczej jest z funduszem Jessica, który powinien być jak najszerzej wykorzystywany przez biznes i administrację na inwestycje miejskie, przy wsparciu rządu.
Jednak podstawowy kapitał miasta to jego mieszkańcy – kapitał społeczny, ludzki, kulturowy itd. Trzeba znieść blokady energii mieszkańców, samorządności i samoorganizacji, a wspierać regulacje, które służą partycypacji i zaangażowaniu. Przykłady korzystnych działań w tym względzie to budżet obywatelski, konsultacje społeczne, referenda lokalne, uprawnienia decyzyjne jak najbliżej mieszkańców i inne.Warto również zauważyć, że lokalny biznes, mały i średni, został „zdradzony” przez rządzące miastami elity na rzecz firm zagranicznych lub globalnych – w handlu, nieruchomościach, usługach. Trzeba to odwrócić, bo firmy rodzime sprzyjają akumulacji kapitału.
przez Bernard Margueritte | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
Pamiętamy słynne słowa prezydenta Kennedy’ego: nie pytaj, co Ameryka może robić dla ciebie – pytaj, co ty możesz uczynić dla Ameryki! Wydaje mi się, że dziś zamiast bić się o utrzymanie wielkich dotacji europejskich, które pomogą zapewne tu i ówdzie, ale są zarazem wielce korupcjogenne, należałoby zapytać raczej, co Polacy mogą zrobić dla Europy. Otóż mogą po prostu wszystko – mogą uratować Europę! Aby tego dokonać, muszą jednak zerwać z poczuciem wstrętu dla własnej tożsamości, jaki polskie władze próbują od kilku lat zaszczepić w narodzie.
W 1991 r. na Zamku Królewskim w Warszawie Jan Paweł II powiedział: Polacy mogą albo wejść po prostu do społeczeństwa konsumpcyjnego, zajmując w nim – jeśli się im powiedzie – ostatnie miejsce, zanim nie zamknie ono definitywnie swych bram dla nowych przybyszy, albo też przyczynić się do ponownego odkrycia wielkiej, głębokiej, autentycznej tradycji Europy, proponując jej jednocześnie przymierze: wolnego rynku i solidarności. Niestety, wiemy, jaki wybór został dokonany. Polska goni Europę, chorą Europę, która zagubiła swego ducha, swój humanizm i stanowi antycywilizację moralną, ekonomiczną i socjalną. Ambicją rządzących w Polsce jest zapomnieć o wartościach, których Polska była zawsze kolebką, i pogrążać się radośnie w grzęzawiskach europejskich. Ta atmosfera – nie fin de siecle’u, lecz début de siecle’u – pachnie upadkiem cywilizacyjnym.
Ostatnia debata na temat budżetu europejskiego pokazała, że liderzy Wspólnoty postanowili kontynuować, a nawet pogłębiać politykę neoliberalną, która doprowadziła do obecnego kryzysu. Mówi się o zaciskaniu pasa, nie widząc, że ten kierunek prowadzi do coraz poważniejszego kryzysu, bezrobocia, pauperyzacji jeszcze większej rzeszy obywateli. Przypomina to leczenie choroby nowotworowej, w ramach którego stosuje się tak ostrą dawkę chemioterapii, że w końcu zabija ona pacjenta. W dalszym ciągu mówi się o tym, że należy zapewnić finansjerze i biznesowi jak najlepsze możliwości, aby warunki produkcji były coraz korzystniejsze. Jednak po co zapewniać doskonałe warunki podaży, kiedy już nie ma popytu, bo ludzie nie mają za co kupować?
Ostatnio mieliśmy do czynienia z sytuacją tragi-komiczną. Premier i cała usłużna prasa uprawiali po raz kolejny propagandę sukcesu, jeszcze większą niż za czasów Gierka. Polska odniosła wielki sukces w unijnej debacie budżetowej! Ale ogłoszony w tym samym dniu raport OECD zawiadamia, że Polskę czeka katastrofa… Nie było „wielkiego sukcesu” naszego kraju podczas debaty budżetowej. Na dwie najważniejsze polityki – Spójności i Wspólną Politykę Rolną – udało się uzyskać ok. 101 mld euro (72,9 mld euro i 28,5 mld euro), podczas gdy w poprzedniej perspektywie finansowej (2007–2013) była to kwota ok. 95 mld euro (68 mld euro i 27 mld euro). Ale w latach 2006–2013 inflacja w UE osiągnęła prawie 16%, czyli aby zachować chociaż realną wartość środków z poprzedniej „siedmiolatki”, Polska powinna otrzymać kwotę ok. 111 mld euro! Po drugie podczas gdy w latach 2007–2013 Polska zapłaciła do kasy Unii ok. 24 mld składki, w latach 2014–2020 będzie musiała płacić – wg prognoz KE – blisko 40 mld euro, a więc aż o 16 mld euro więcej! Po trzecie polscy rolnicy nie dość że mogą tylko pomarzyć o wyrównaniu dopłat do średniej unijnej, to z 14 mld euro środków na rozwój obszarów wiejskich zostało zaledwie 7,5 mld euro.
Ale nawet gdyby Polska dostała więcej, czy byłoby to dla niej takie dobre? Zauważmy przy okazji, że ci sami neoliberałowie, którzy odmawiają obywatelom w potrzebie prawa do pomocy społecznej, radują się, kiedy państwo, którym kierują, dostanie „pomoc społeczną” od Unii Europejskiej! Jednak co ta pomoc daje naprawdę Polsce? Blog „PatriotyzmEkonomiczny.pl” wyliczył, że 7 euro na 10 zapłacone Polsce z kasy UE idzie w rzeczywistości… do kas koncernów niemieckich, francuskich i innych krajów Europy Zachodniej, które kontrolują gospodarkę polską – czyli pieniądze wracają do źródła!
Co gorsza, te dotacje są wysoce korupcjogenne, a także zabijają naszą innowacyjność, od której zależy przyszłość kraju. Nie inwestujemy już w polskie badania naukowe i w polskich naukowców, skoro najnowsze technologie przynoszą nam firmy zachodnie. Obłędna i samobójcza polityka!
Jak wskazuje Paweł Badzio w tekście dla „Gazety Bankowej” (9/02/2013), komentując wyniki ostatniego raportu OECD, przyszłość państw zależy głównie od dwóch czynników: rozwoju edukacji i prężności demograficznej. W obu kategoriach Polska ma fatalne wskaźniki. Wobec tego, jak przewiduje OECD, średni wzrost Polski w okresie 2012–2060 wyniesie ok. 1,7–1,8% i ulokuje nas na końcu listy uprzemysłowionych krajów świata. Gorzej wypadają tylko Portugalia, Włochy i Grecja… W roku 2030 nastąpi moment krytyczny – Polska stanie się najwolniej rozwijającym się krajem świata (wśród krajów badanych przez OECD). Wzrost w Polsce w tym czasie będzie na poziomie zaledwie 1 proc.
W tej sytuacji obecna wasalizacja Polski wobec Niemiec i Europy Zachodniej jest nie tylko wysoce niemoralna, ale w dodatku prowadzi do katastrofy gospodarczej.
Jak do tego doszło? Myślę, że przepaść polityczna i wręcz cywilizacyjna – moim zdaniem nie do wyrównania – która istnieje w Polsce, jest wynikiem zupełnie różnego stosunku do ojczyzny. Od 1989 r. – z małymi przerwami – krajem rządzą ludzie, którzy wstydzą się polskości. I z tego wypływa cała ich polityka, zarówno wewnętrzna, jak i zagraniczna, w tym europejska. Owi politycy uważają, że polskość to nieszczęście, od którego należy uciekać, aby wejść do Europy i stać się wreszcie „nowoczesnym” krajem. Jak mogliby znaleźć wspólny język z tymi, którzy są dumni z bycia Polakami i wierzą, iż Polska może przynieść Europie dużo korzyści, doprowadzając do jej odnowy?
Konsekwencje takiej postawy są daleko idące. Jedną z nich jest wyprzedaż Polski: skoro nie szanujemy tego, czym jesteśmy, trzeba jak najprędzej oddać, co się da, „lepszym” biznesmenom z Zachodu, zawierając z nimi korzystne osobiste układy. Tak doprowadzono do stanu, w którym 80% banków czy mediów jest w rękach kapitału zagranicznego i gdzie niepodległość jest więc już tylko iluzoryczna.
Czasem ludzie się dziwią, że ci sami, którzy wczoraj głosili wyższość teorii socjalistycznej, są dziś najgorętszymi propagandystami neoliberalizmu zachodniego. Sprzeczność jest tylko pozorna. Osoby te nie mają szacunku dla polskości. Wczoraj uciekali w kierunku komunistycznego internacjonalizmu, dziś są zagorzałymi zwolennikami globalnego liberalizmu. Obojętnie w jakim kierunku, byle tylko uciekać od Polski! Ich odruchem podstawowym jest odruch „targowiczan”. I nieważne, czy oddajemy się w ręce Moskali, czy biurokracji brukselskiej, czy jednych i drugich, jak teraz. Grunt, aby – broń Boże – Polska nie była Polską!
Ten układ liberalno-globalistyczny, tworzony przez ludzi, którzy wstydzą się polskości, nie mógł zaowocować niczym innym jak wyprzedażą interesów polskich, postawą wasalską wobec możnych z kontynentu, gotowością do zbierania okruchów ze stołu wielkiego biznesu. Takie postępowanie jest tym bardziej absurdalne, że Polska „Solidarności” i Jana Pawła II jest w gruncie rzeczy w dużo lepszej sytuacji niż Europa Zachodnia, która totalnie się zagubiła i nie ma już żadnej wizji. Jan Paweł II powiedział, na czym polega paradoksalna wyższość naszej części kontynentu: Narody Europy Środkowo-Wschodniej pomimo wszystkich przeobrażeń narzuconych przez dyktaturę komunistyczną zachowały swoją tożsamość, a poniekąd nawet ją umocniły. Walka o tożsamość była dla nich walką o przetrwanie… Podstawowym zagrożeniem dla Europy Wschodniej jest jakieś przyćmienie własnej tożsamości. W okresie samoobrony przed totalitaryzmem marksistowskim ta część Europy przebyła drogę duchowego dojrzewania, dzięki czemu pewne istotne dla życia ludzkiego wartości mniej się zdewaluowały niż na Zachodzie…
Podczas swej wizyty nad Wisłą w 1967 r. generał de Gaulle wyraził nadzieję, że Polska będzie umiała patrzeć trochę dalej, trochę wyżej. Nigdy takie życzenie nie było bardziej na miejscu niż teraz. Polska bowiem nie jest narodem tuzinkowym. Polska jest albo wielka, albo jej nie ma! Dopiero kiedy Polska będzie Polską, możemy mieć nadzieję, że Europa będzie mogła stać się Europą. To nie Polska potrzebuje Europy, to Europa potrzebuje Polski, tej prawdziwej Polski!