Nauka odpowiedzialna społecznie

Wielu osobom socjologia kojarzy się ze słupkami sondaży wyborczych i komentującymi je wciąż tymi samymi „ekspertami”. Ewentualnie z kierunkiem studiów, który jest dobrą gwarancją bezrobocia jego absolwenta. Rzeczywista rola, jaką ta dziedzina może odgrywać, jest niemal nieobecna w potocznej świadomości. Dzieje się tak po części dlatego, że wśród samych socjologów nie ma zgody w tej kwestii. Jednak nauki społeczne mogą stać się ważnym elementem walki o lepszy świat. Taką właśnie wizję proponuje koncepcja „socjologii publicznej”.

W 1959 r. Amerykanin Charles Wright Mills napisał książkę pt. „Wyobraźnia socjologiczna”. Tytułową wyobraźnię zdefiniował jako umiejętność ukazywania związku pomiędzy prywatnymi troskami pojedynczych osób czy rodzin i publicznymi problemami tkwiącymi w strukturze społecznej. Socjologia, poprzez ujawnianie społecznych przyczyn indywidualnych trosk, miała dawać podstawy do zmiany zastanej rzeczywistości.

Propozycja Millsa jest jedną z głośniejszych definicji społecznej roli socjologii1. Dla niektórych taka wizja zaangażowania się nauk społecznych na rzecz zmiany niesprawiedliwego świata może się wydać czymś oczywistym, ale wśród samych socjologów ma ona wielu przeciwników, broniących „obiektywności” i „bezstronności” nauki. Dlatego w dzisiejszych czasach również powstają idee, które mają uzasadniać aktywny udział socjologów w życiu społecznym. Jedną z nich jest „socjologia publiczna”.

Głównym orędownikiem tej koncepcji jest Michael Burawoy, wykładający w Berkeley Brytyjczyk rosyjskiego pochodzenia. Obecnie jest on przewodniczącym Międzynarodowego Stowarzyszenia Socjologicznego. Od kilkunastu lat wykorzystuje każdą okazję, by przekonywać naukowców w różnych zakątkach świata o zobowiązaniach socjologii wobec społeczeństwa. Pojęcie socjologii publicznej jest jednak nieco niedookreślone, funkcjonuje bardziej jako symbol i każdy rozumie je trochę inaczej.

Nurt ten opiera się przede wszystkim na zerwaniu z ideałem obiektywnej nauki, spoglądającej z góry na świat i poszukującej uniwersalnych praw, zgodnie z którymi funkcjonują społeczeństwa. Socjologia publiczna nie dąży do poznawania prawdy dla niej samej, jest zawsze „po coś”. Kluczowa jest relacja naukowca nie z obiektywną wiedzą naukową, lecz ze społeczeństwem, do którego należy. Stąd przymiotnik „publiczna” – socjolog wchodzi z różnymi „publicznościami” w dialog, żeby zdobyć wiedzę o ich problemach czekających na rozwiązanie lub przekazać im wyniki własnych badań czy nawet działać razem z nimi. Najbardziej interesują go stan i problemy otaczającego świata, a nie rozwijanie teorii czy metodologii – to ostatnie jest wtórne i podporządkowane celom praktycznym.

Socjolog publiczny nie jest neutralny. Podkreślana przez niektórych naukowców neutralność czy obiektywność jest zresztą często fałszywa i maskuje wspieranie status quo. Socjolog publiczny staje po stronie społeczeństwa i – jak to mówi Burawoy – przeciwko z jednej strony despotyzmowi przerośniętego państwa oraz tyranii rynków z drugiej. Taka postawa nie może mieć formy abstrakcyjnej, lecz zawsze przejawia się w sposób konkretny; szczególnej wagi nabierają więc lokalne problemy, charakterystyczne dla społeczności, której socjolog jest częścią. To, czy są one istotne z punktu widzenia ogólnej teorii socjologicznej, traci na znaczeniu.

Nic nowego pod słońcem?

Oczywiście taka wizja nie jest wyjątkowym, rewolucyjnym odkryciem. W historii zarówno zagranicznej, jak i polskiej socjologii mamy mnóstwo przykładów takiego podejścia. W zasadzie cała socjologia jako dyscyplina ukształtowała się w odpowiedzi na problemy społeczne czasów rewolucji przemysłowej i miała im zaradzić.

Polscy socjologowie przełomu XIX i XX wieku byli w o tyle specyficznej sytuacji, że poza tzw. kwestią społeczną zajmowała ich również „sprawa polska”. Wielu z nich uznawało za zrozumiałe samo przez się, że nauka ma wspierać rozwiązanie zarówno jednej, jak i drugiej. W niedawno wydanej, imponującej monografii wsi Żmiąca Michał Łuczewski przywołuje postać Franciszka Bujaka, pierwszego badacza tej wsi (1903), który uznawał naukę za służebną wobec szczęścia, dobrobytu i moralnego postępu społeczeństwa. Punktem wyjścia do badań Bujaka była zresztą akcja gromadzenia wiedzy na temat galicyjskiej miejscowości przez socjalistycznego posła Ignacego Daszyńskiego – jej wyniki miały posłużyć do stworzenia planu reform, który mógłby zostać zaprezentowany w parlamencie austriackim2.

Przypadek Bujaka nie jest odosobniony jako przykład wykorzystywania wiedzy naukowej do przygotowania gruntu pod budowę przyszłego państwa. Była to ówcześnie praktyka powszechna. Podobnie zresztą wyglądała sytuacja u schyłku PRL-u – np. przy Obywatelskim Klubie Parlamentarnym powstał Zespół Doradców Socjologicznych. Analogia między tymi dwoma okresami jest jednak ograniczona, ponieważ odróżnia je jedna zasadnicza cecha. O ile po 1989 r. większość socjologów wycofała się z aktywnej działalności na rzecz zmiany społecznej, uznając powstanie III RP za zrealizowanie swego celu, o tyle kilkadziesiąt lat wcześniej uzyskanie niepodległości było dla wielu naukowców-działaczy impulsem do jeszcze większej aktywności społecznej i wykorzystania pojawiających się możliwości.

Niektóre instytucje naukowe działające w dwudziestoleciu międzywojennym wciąż budzą podziw i zazdrość. Przypomniane w poprzednim numerze „Nowego Obywatela” „Pamiętniki bezrobotnych”, przygotowane przez zespół pod kierownictwem Ludwika Krzywickiego, były jednym z najbardziej znanych przedsięwzięć Instytutu Gospodarstwa Społecznego. Działalność tej instytucji była w pełni podporządkowana celom społecznym. Instytut był niezależną jednostką, dysponującą minimalnym budżetem, koncentrującą aktywność na badaniu najpoważniejszych problemów społecznych. Szczególną wagę przywiązywano do kwestii robotniczej, współpracowano przy tym ściśle ze związkami zawodowymi3.

Przedsięwzięć tego typu co IGS było dużo więcej, nie tylko w okresie międzywojennym (choć ich skala była wtedy wyjątkowa) i rzecz jasna nie tylko w Polsce. Tak zwana szkoła chicagowska (nie należy mylić z podobnie nazywanym, chronologicznie późniejszym nurtem ekonomii neoklasycznej), z której wyrosła większa część amerykańskiej socjologii, była od początku zorientowana na kwestię problemów społecznych i poszukiwania sposobów ich rozwiązywania. Do tego nurtu należał między innymi William F. Whyte, autor monografii „Street Corner Society” (1943). Był on pionierem metody „obserwacji uczestniczącej” – spędził w środowisku włoskich młodocianych gangów w Bostonie 3 lata, dzięki czemu mógł przedstawić życie i problemy imigrantów z ich perspektywy.

Jeszcze dalej poszedł inny zagraniczny naukowiec, kojarzony u nas przede wszystkim dzięki polskiemu „akcentowi”. Mowa tu o Alainie Touraine. Jego znakiem rozpoznawczym stała się metoda „interwencji socjologicznej”, której nazwa mówi sama za siebie. Najbardziej znanym jej wykorzystaniem były badania poświęcone ruchowi i obliczu „Solidarności”. Celem Touraine’a nie było jedynie spojrzenia na ruch społeczny z perspektywy jego członków – chciał również, by to sami jego uczestnicy stali się badaczami i w efekcie lepiej zrozumieli kontekst swoich działań, co miało prowadzić do zmiany.

Współczesna odpowiedź na współczesne wyzwania

Skoro badania/działania realizujące postulaty socjologii publicznej nie są niczym nowym, to po co mnożyć koncepcje? Czy warto w ogóle o tym mówić? Jest kilka powodów, by odpowiedzieć na to pytanie twierdząco. Jeden podaje Michael Burawoy: Nie ma nic nowego w socjologii publicznej; to, co jest nowe, to groźny kontekst, w którym żyjemy4. Ten kontekst to czasy dominacji rynku, która zagraża podstawom życia społecznego.

Chciałbym zwrócić uwagę na kilka innych powodów, dla których warto mówić o socjologii publicznej, szczególnie w polskim kontekście. Po pierwsze w Polsce silną pozycję ma podejście idealizujące obiektywizm nauki i zwalczające tych, którzy nie chcą pozostawać w roli zdystansowanego obserwatora życia społecznego. Piotr Sztompka, najbardziej znany za granicą polski socjolog (poza Zygmuntem Baumanem, który wszakże światową sławę zyskał podczas pracy na Zachodzie), w wykładzie inauguracyjnym dla studentów I roku Instytutu Socjologii UJ we wrześniu 2012 r. uznał za jedno z dwóch największych zagrożeń dla socjologii lewacki aktywizm przynoszący ideologizację i polityzację socjologii, wzywający do akcji rewolucyjnej, a nie do myślenia, przemawiający do emocji, a nie do rozumu, prowadzący socjologów na barykady zamiast do bibliotek5. W sytuacji, w której dominujący nurt socjologii polskiej nie sprzyja rozwijaniu badań zaangażowanych społecznie, potrzebne są idee, które pozwolą obronić własny punkt widzenia.

Po drugie jako że badania zaangażowane nie należą do głównego nurtu socjologii, niezwykle ważna jest współpraca pomiędzy wszystkimi, którym owa postawa jest bliska, i nagłaśnianie takich przedsięwzięć. Z jednej strony chodzi o stworzenie sieci osób o podobnym podejściu, co pozwoliłoby na podejmowanie działań o większym zasięgu, choć podmioty w rodzaju Instytutu Gospodarstwa Społecznego pozostają obecnie najwyżej w sferze marzeń. Co ważniejsze, współpraca jest niezbędna, aby pokazać szerszej publiczności, że socjologia to nie tylko marnowanie czasu respondentów na głupie ankiety – lecz że nauki społeczne mogłyby stać się integralną częścią życia publicznego. Na współpracę – zwłaszcza w wymiarze międzynarodowym – duży nacisk położył Burawoy. Powołał do życia biuletyn o nazwie „Globalny Dialog”6, poprzez który socjologowie z różnych krajów mogą wzajemnie inspirować się doświadczeniami badań zaangażowanych, i stara się animować podobne inicjatywy na poziomie lokalnym. Próbą realizacji tej idei na rodzimym gruncie jest założone półtora roku temu na Uniwersytecie Warszawskim Koło Naukowe Socjologii Publicznej, które zajmuje się m.in. przekładem „Globalnego Dialogu” na język polski.

Dwa powyższe wątki mają związek ze specyfiką socjologii jako dyscypliny w Polsce. Nie miejsce tu na dociekanie przyczyn, ale socjologia w Polsce silnie aspiruje do bycia nauką przez duże N – porównuje się do nauk ścisłych, takich jak biologia czy fizyka, i stąd tak duża waga przywiązywana do „obiektywności”. Socjologia publiczna nie jest naukowa w takim rozumieniu, dlatego nie ma dla niej miejsca w głównym nurcie akademickim. Tym ważniejsze jest więc stworzenie dla niej silnej tożsamości, dzięki której będzie mogła się rozwijać pomimo braku instytucjonalnego wsparcia.

Warto zauważyć, że inne pokrewne dziedziny nie mają takiego problemu, ponieważ z założenia są nastawione na praktyczne zastosowanie. Pedagogika społeczna – dziedzictwo słynnej działaczki oświatowej z I połowy XX wieku, Heleny Radlińskiej – jest na dobre zadomowiona na wydziałach pedagogicznych, choć pozostaje pytanie, czy za miejscem w podstawie programowej idzie też właściwa postawa etyczna, charakterystyczna dla tego nurtu. Jeśli chodzi o antropologię, to animacja kultury – dziedzina, której istotę stanowi działanie w lokalnej społeczności – jest wizytówką np. warszawskiego Instytutu Kultury Polskiej. Praca socjalna – również zawdzięczająca wiele Radlińskiej – jest dziedziną nauki, ale przede wszystkim praktycznym działaniem. Co znamienne, „badania w działaniu”, będące istotną częścią zaangażowanej socjologii na świecie, w polskiej socjologii niemal nie istnieją – są za to dość szeroko omawiane w takich praktycznych dziedzinach jak pedagogika czy zarządzanie.

Być może więc zamiast pisać o „socjologii publicznej”, lepiej rozszerzyć to pojęcie na „publiczne nauki społeczne” lub zacząć mówić o „społecznej odpowiedzialności nauk społecznych”. W badaniach zaangażowanych granice między dyscyplinami są ostatecznie drugorzędne. Pojęcie „socjologii publicznej” jest ważne o tyle, że mogą się w nim łatwiej odnaleźć osoby o instytucjonalnej tożsamości związanej z socjologią. Ale tak naprawdę liczy się cel, któremu służy nauka, i w tym sensie interdyscyplinarność należy do istoty omawianego nurtu.

Ostatnia przyczyna, dla której warto mówić o osobnym nurcie socjologii publicznej, jest według mnie najważniejsza. Od pewnego czasu mówi się w naukach społecznych o zmianie określanej jako „zwrot działaniowy” albo „zwrot partycypacyjny”. Coraz większe znaczenie zaczynają mieć nie tylko cel nauki i związany z nim wybór tematów badawczych, ale również podporządkowana temu celowi forma. Michael Burawoy rozróżnia dwa rodzaje socjologii publicznej: pierwszą jest „tradycyjna” socjologia publiczna, która była popularna zawsze, a polega na docieraniu do opinii publicznej i rozpowszechnianiu ważnych wyników badań poza światem akademickim. Drugim rodzajem jest „organiczna” socjologia publiczna, która obecnie zaczyna odgrywać większe znaczenie. Jej celem nie musi być dotarcie do szerokich mas odbiorców – w dobie upadku tradycyjnych mediów jest to zresztą coraz trudniejsze, a duże nakłady tekstów naukowych należą już do przeszłości. Do istoty działalności „organicznej” należy ścisła współpraca socjologów z osobami czy środowiskami, których dotyczy badany problem. Różni teoretycy i praktycy mają odmienne zdanie na temat roli naukowca w tego typu badaniach, ale ważne jest zawsze jedno – badanie robione jest przede wszystkim dla realizacji potrzeb jego uczestników, a nie dla poszerzania „wspólnego zasobu wiedzy naukowej”, jak to postuluje Sztompka7. Trudno pozbyć się wrażenia, że w klasycznej wizji badane osoby traktowane są instrumentalnie, jako „zasób” dla naukowca – i nie otrzymują za to żadnej rekompensaty.

„Partycypacyjne badania w działaniu” (Participatory Action Research) – bo tak określana jest metoda, którą można uznać za istotę organicznej socjologii publicznej – stają się więc prawdziwą realizacją obietnicy wyobraźni socjologicznej, opisywanej przez Millsa. Dotychczas dominowało podejście, w którym to naukowiec miał monopol na „tłumaczenie” prywatnych trosk na publiczne problemy – gotowy efekt swoich analiz ogłaszał publicznie. Jednak nawet dla Millsa „wyobraźnia socjologiczna” miała być cechą nie socjologów, lecz wszystkich obywateli. Każdy ma korzystać z szansy, jaką stwarza wiedza socjologiczna – każdy może być badaczem własnych problemów i ich społecznych uwarunkowań. Przywodzi to na myśl wspominaną już tradycję Alaina Touraine’a – dlatego to właśnie jego polski socjolog Paweł Kuczyński czyni patronem nowego nurtu zaangażowanej nauki, określonego jako „socjologia aktywna”8 (co można uznać za inną nazwę organicznej socjologii publicznej).

Choć jest to podejście nowe, również ono ma swoje historyczne odniesienia. Znów można odwołać się do polskiego międzywojnia, które jest kopalnią społecznych inicjatyw. Kwintesencją pedagogiki społecznej i koncepcji Heleny Radlińskiej był aktywny udział tych, do których kierowane były działania. Pedagogika ma zresztą bogate zaangażowane tradycje nie tylko w Polsce – partycypacyjne badania w działaniu mają swoje korzenie w koncepcjach Brazylijczyka Paulo Freire.

W stronę zmiany społecznej

Na koniec chciałbym przywołać kilka współczesnych przykładów, które według mnie są zgodne z ideą socjologii publicznej – i dzięki temu trochę zobrazować wcześniejszy wywód.

Dobrym przykładem jest postawa pedagog społecznej Anity Gulczyńskiej (wywiad z nią opublikowano w „Nowym Obywatelu” nr 4/2011). Jej aktywność wśród młodych łodzian ze „złej dzielnicy” stanowi wręcz idealną ilustrację badań w działaniu. Z jednej strony na ich podstawie dr Gulczyńska formułuje bardzo istotne wnioski ogólne, mające znaczenie dla całego dyskursu na temat „wykluczenia społecznego” wśród młodzieży. Z drugiej strony badania te były wykonywane razem z uczestnikami – i częściowo dla nich. Efektem nie była tylko praca doktorska czy nawet teksty prasowe, poruszające krytycznie kwestię środowisk społecznie „wyłączanych” – ale również wystawa fotografii autorstwa kilku chłopaków, dzięki której mogli poczuć się docenieni. I być może to było w tym wszystkim najważniejsze, choć ostateczna ocena należy oczywiście do samych uczestników.

Nie chodzi jednak o to, że wszystkie badania społeczne muszą wyglądać w ten sposób – w przypadku niektórych tematów nie ma nawet takiej możliwości. Nie trzeba aż tak wiele, żeby działalność o charakterze naukowym mogła stać się społecznie użyteczna – czasami wystarczy, że zamiast schowania raportu z badań do szafy lub opublikowania go w czasopiśmie akademickim, czytanym jedynie przez innych socjologów, poszuka się możliwości jak najszerszego udostępnienia go lub przynajmniej omówienia głównych tez. Istnieją rozmaite pisma społeczno-polityczne oraz Internet. Otwarty dostęp do wyników badań jest zresztą niezwykle ważny – nieprzypadkowo Burawoy udostępnił niemal wszystkie napisane przez siebie książki i artykuły na swojej stronie internetowej.

Istotą socjologii publicznej nie jest jednak zbiór odpowiednich technik czy metod, ale pewna postawa – poczucie zobowiązania wobec całego społeczeństwa oraz badanych osób. Czasem wystarczy po prostu potraktować poważnie ludzi, którzy poświęcili socjologowi kilka chwil albo i wiele godzin życia. Wspominany już Michał Łuczewski napisał na podstawie swoich badań pracę typowo akademicką – ale jej treść omawiał z mieszkańcami badanej wsi Żmiąca. Podobnie wyglądało to w analizowaniu warunków życia matek w Wałbrzychu, prowadzonych przez Think Tank Feministyczny – pierwszymi osobami, które zapoznały się z roboczą wersją raportu, były opisywane w nim kobiety.

Ważnym sposobem wspierania działań na rzecz zmiany jest stała współpraca niektórych socjologów z ruchami społecznymi. Szczególnym przypadkiem są związki zawodowe – tradycja współdziałania jest w tym przypadku długa. Socjologowie udzielają się w nich jako eksperci, wspierając organizacje swoją wiedzą naukową i uprawomocniając ich działania – jest to szczególnie ważne, jako że związki mają w Polsce wyjątkowo „złą prasę”. Z kolei Instytut Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego przeprowadza obecnie badanie mające na celu ustalenie wpływu prywatyzacji stołówek szkolnych na ich funkcjonowanie – i jest ono realizowane wspólnie z krakowskimi radami rodziców.

Pomysły z dziedziny socjologii publicznej pojawiają się także w działalności niektórych organizacji pozarządowych. Nie należy ich idealizować – większość poddana jest presji grantodawców i ma ograniczoną swobodę działań. Jednak takie organizacje to często jedyna forma zinstytucjonalizowanej działalności dla tych socjologów, którzy nie widzą miejsca na konserwatywnym uniwersytecie, a jednocześnie zależy im na wykorzystaniu wiedzy i umiejętności do celów społecznie zaangażowanych. Specyficznym przypadkiem są tu procesy partycypacji obywatelskiej, coraz popularniejsze w polskich miastach. Choć często fasadowe, to jednak czasem – jak w przypadku budżetów obywatelskich – dają mieszkańcom realny wpływ na decyzje. Organizacje pozarządowe aktywnie uczestniczą w promowaniu takich rozwiązań, dając im teoretyczną podbudowę.

Ta podbudowa to jeden z ważnych wątków socjologii publicznej. Erik Olin Wright, marksistowski badacz i obecny przewodniczący Amerykańskiego Towarzystwa Socjologicznego, promuje koncepcję „realnych utopii” jako jednego z celów zaangażowanej socjologii. Miałaby ona polegać na badaniu istniejących na skalę lokalną, a godnych naśladowania, inspirujących rozwiązań, analizowaniu przyczyn ich sukcesu i planowaniu możliwości przeszczepienia na inny grunt. Sztandarowym przykładem takiej „realnej utopii” jest budżet obywatelski w brazylijskim Porto Alegre9.

Starałem się wskazać różne formy działań socjologicznych zmierzających do zmniejszenia nierówności, upodmiotowienia obywateli, wprowadzania prospołecznych rozwiązań, tworzenia nowych wyobrażeń na temat tego, co możliwe. Nie jest to na pewno katalog zamknięty. Najważniejszy jest cel – socjologia ma służyć zmianie społecznej, a nie abstrakcyjnej wiedzy. Takie jest przesłanie socjologii publicznej. Wymaga to od części naukowców większego zaangażowania i wzmożonych starań, aby komunikować się ze społecznością pozaakademicką. Od części – pozbycia się pychy, która każe im myśleć, że jako dyplomowani naukowcy wiedzą zawsze lepiej. Jednak aby współpraca była skuteczna, niezbędne jest również otwarcie się drugiej strony na kontakt z badaczem, który często przychodzi z początku nieproszony. Ostatecznie wszystkim nam powinno zależeć, żeby socjologia (i inne nauki społeczne) nie kojarzyła się tylko z badaniami ankietowymi czy marketingowymi, lecz aby znalazła swoje miejsce we wspólnym działaniu na rzecz zmiany świata społecznego.

Jakub Rozenbaum

Przypisy:

  1. W 1997 r. w plebiscycie na najważniejszą książkę socjologiczną wszechczasów, który został przeprowadzony wśród uczestników Światowego Kongresu Socjologicznego, „Wyobraźnia socjologiczna” zajęła drugie miejsce. Zob. J. Mucha, Wyobraźnia w naukach społecznych. Przedmowa do wydania polskiego [w:] C. W. Mills, Wyobraźnia socjologiczna, Warszawa 2007, s. 7.
  2. Za: M. Łuczewski, Odwieczny naród. Polak i katolik w Żmiącej, Toruń 2012, s. 21.
  3. Więcej na temat IGS można przeczytać np. w tekście Józefiny Hrynkiewicz, z którego zaczerpnąłem te informacje: J. Hrynkiewicz, Instytut Gospodarstwa Społecznego – działalność w latach 1920–1941, „Trzeci Sektor” nr 23/2011, ss. 76–84.
  4. Zob.: http://burawoy.berkeley.edu/PS.Webpage/ps.mainpage.htm
  5. Zob.: http://www.socjologia.uj.edu.pl/images/uploads/weblog_files/Wykad_inauguracyjny_w_UJ_2012_final-1_d540477e2f7f03e11b1938cb344c6703.pdf
  6. Jest on dostępny na stronie internetowej http://www.isa-sociology.org/global-dialogue/
  7. P. Sztompka, Dziesięć tez o statusie socjologii w świecie nierówności, „Globalny Dialog” nr 2.2, ss. 16–17.
  8. Więcej w artykule: P. Kuczyński, Touraine’a interwencjonizm, czyli aktywna socjologia inaczej, „Animacja Życia Publicznego. Analizy i rekomendacje” nr 2(5)/2011, ss. 12–15, http://decydujmyrazem.pl/files/AZP_5_internet.pdf
  9. Więcej o koncepcji Wrighta w artykule: E.O. Wright, Real Utopias for a Global Sociology, „Global Dialogue” nr 1.5, ss. 3–4.
Przyszłość już była, czyli kapitalizm bez innowacji

Przyszłość już była, czyli kapitalizm bez innowacji

W latach 60. minionego wieku dwóch naukowców – Arno Penzias i Robert W. Wilson – pracujących na bardzo czułym radioteleskopie spostrzegło dziwny rodzaj szumów radiowych towarzyszących wszystkim odczytom. Początkowo podejrzewali, że odpowiedzialność za to zjawisko spada na bliskie sąsiedztwo radioteleskopu z Nowym Jorkiem, jednak udało im się obalić tę hipotezę. Kolejnym „podejrzanym” były gołębie, a raczej ich odchody, które znaleziono na urządzeniu. Wyczyszczenie odbiornika nic jednak nie dało – szumy nie zniknęły. Jak rzekł Ivan Kaminow, inny wybitny naukowiec: Penzias i Wilson szukali łajna, a znaleźli złoto. Tym złotem, a jednocześnie źródłem niespodziewanych zakłóceń, było mikrofalowe promieniowanie tła, ślad po Wielkim Wybuchu. Odkrycie Penziasa i Wilsona potwierdziło tę teorię powstania wszechświata, dzięki czemu w roku 1978 otrzymali oni nagrodę Nobla.

Naukowcy zatrudnieni byli w Bell Labs. O Bell Labs mówi się, iż były one najwspanialszym instytutem badawczym w dziejach świata. Naukowcy tam pracujący zdobyli siedem nagród Nobla z dziedziny fizyki, a lista wynalazków, które w nim powstały, przyprawia o zawrót głowy. Przede wszystkim był to tranzystor, bez którego nie sposób sobie wyobrazić większości otaczających nas urządzeń elektronicznych. W laboratoriach Bella wymyślono lub wyprodukowano po raz pierwszy: laser, radioastronomię, telefon komórkowy, satelitarny system telekomunikacyjny, krzemowe ogniwo słoneczne umożliwiające zamianę energii słonecznej na elektryczną, światłowód, system operacyjny UNIX, języki programistyczne C i C++ i tak dalej – wymieniać można niemal bez końca.

Z dzisiejszej perspektywy zadziwiające jest to, że Bell Labs należały do całkowicie prywatnej firmy – amerykańskiego monopolisty telefonicznego AT&T. Jak to możliwe, że w ramach prywatnego przedsięwzięcia prowadzono badania nad początkiem wszechświata lub nad falową naturą cząsteczek (kolejna nagroda Nobla)? Pomyślmy nad osiągnięciami Apple, Google czy Microsoftu – nawet gdyby wziąć je wszystkie razem, to i tak nie mogłyby się one równać z jednym tylko wynalazkiem pochodzącym z Bell Labs – z tranzystorem. Gdzie więc leżała przewaga AT&T? Co sprawiło, że w ich ośrodku badawczym powstawały technologie, z których korzystamy po dziś dzień?

Oczywiście odpowiedź na takie pytanie musi być złożona. Wskażę tylko na jeden aspekt AT&T, który umożliwił im finansowanie takiej instytucji jak Bell Labs. Otóż amerykański telekom był do 1982 roku monopolem regulowanym przez państwo – gdy rozbito firmę na wiele różnych spółek, Bell Labs zaczęły powoli tracić na znaczeniu. Na początku XX wieku rynek usług telekomunikacyjnych w USA dzielił się na ogromne AT&T i setki niewielkich firm, które próbowały konkurować z nim na rynkach lokalnych. Taki układ był nieefektywny, gdyż w wielu miejscach kraju infrastruktura była niepotrzebnie dublowana. Z drugiej strony AT&T nie mogło sobie pozwolić na bezpardonowe niszczenie konkurencji, gdyż gdyby uznano firmę za monopolistę, to istniała realna groźba nacjonalizacji, a do tego zarząd korporacji nie chciał dopuścić ze zrozumiałych względów.

Wyjście z patowej sytuacji wymyślił Theodore N. Vail, który zaczął kierować telekomem w 1907 r. Uznał on, że AT&T musi w swoich działaniach być całkowicie transparentne i wprost zakomunikował opinii publicznej i rządowi, że prowadzona przez niego firma powinna stać się monopolem, tyle że – dodawał – tam, gdzie nie ma konkurencji, powinna pojawić się kontrola publiczna. Układ więc był taki: rząd pozwala, żeby AT&T osiągnęło pozycję monopolisty (w tym przypadku mówiono o „naturalnym monopolu”), a firma godzi się na to, że będzie podlegać stałej kontroli organów państwa. Vail czynił również wysiłki, by firma zmieniła strukturę właścicielską. Udziały kompanii miały być atrakcyjne dla „zwykłych obywateli” zainteresowanych długoterminową, pewną inwestycją. Doprowadziło to do sytuacji, że np. w roku 1964 liczba udziałowców telekomunikacyjnego giganta wynosiła ponad 2,3 mln osób, a największy indywidualny inwestor nie posiadał nawet promila akcji spółki (aż 3 spośród wszystkich akcjonariuszy miało mniej niż sto akcji firmy). Mateczka Bell, jak powszechnie nazywali firmę ludzie związani z nią, była rzeczywistym dobrem narodowym.

Pozycja monopolisty pozwalała AT&T na stosowanie praktyk, które mogły uchodzić za nieracjonalne z ekonomicznego punktu widzenia, lecz były motywowane poczuciem dobra wspólnego. Na przykład ceny połączeń międzymiastowych były celowo zawyżane, aby móc utrzymać niskie opłaty za rozmowy lokalne. Oznaczało to, że klienci biznesowi i bogatsi ludzie, którzy znacznie częściej korzystali z międzymiastowych, dokładali się do rachunków przeciętnego Amerykanina. Jednak najbardziej spektakularna korzyść płynąca z faktu bycia monopolem, to zdolność do długoterminowego planowania. Zarząd AT&T nie myślał w perspektywie wyników kwartalnych czy rocznych. Strategie ustalane były na wiele lat do przodu. To dzięki takiemu podejściu możliwe było funkcjonowanie instytucji w rodzaju Bell Labs.

W laboratoriach Bella w najlepszym okresie zatrudnionych było kilkadziesiąt tysięcy naukowców i inżynierów, którzy cieszyli się olbrzymią wolnością badawczą. Założenie było takie, żeby w jedynym miejscu zgrupować jak najwięcej wybitnych umysłów, które mają poświęcać się temu, co je naprawdę interesuje. Wyniki osiągane przez badaczy nie musiały mieć żadnego praktycznego zastosowania. Gdy Steven Chu – fizyk i przyszły noblista – zaczynał pracę w Bell Labs, usłyszał od swojego szefa: Steve, możesz tutaj robić, co tylko zechcesz, to nawet nie musi być fizyka. Nie rób niczego zbyt szybko. Pierwsze sześć miesięcy spędź na rozmawianiu z innymi pracownikami i na uważnym przyglądaniu się wszystkiemu. Żadnej presji, żadnych konkretnych wymagań co do wyników. Szefowie Bell Labs wiedzieli, że Chu jest wybitnym naukowcem i jeśli da mu się czas i warunki, to może stworzyć coś wielkiego. Nie interesowało ich, co konkretnie stworzy, gdyż celem instytucji nie było po prostu wymyślanie urządzeń, na których można zarobić, ale raczej stawianie i rozwiązywanie problemów naukowych. Dzięki takiemu podejściu możliwy był postęp naukowy, którego efektem był postęp technologiczny.

Należy też wspomnieć, że na mocy porozumienia z rządem z roku 1956 AT&T musiało dzielić się każdą technologią wyprodukowaną w Bell Labs z innymi podmiotami po opłaceniu przez nie relatywnie niewielkiej kwoty. Co więcej, w Bell Labs organizowano warsztaty, które miały szkolić inne firmy, jak wdrażać wynalazki stworzone w laboratoriach – tak między innymi rozpoczęła się historia potęgi japońskiego koncernu Sony.

Fakty te pokazują, iż pozycja monopolisty kontrolowanego przez państwo umożliwiła AT&T spokojny i długofalowy rozwój, który działał na korzyść całego społeczeństwa. Rząd zapewniał firmie takie warunki, że nie musiała się trapić konkurencją, ale wymagał, aby tworzyła ona wartość dodaną w postaci postępu naukowego, lepszej jakości usług, odpowiednich cen połączeń oraz pomocy państwu, gdy znajdowało się w zagrożeniu (AT&T zostało znacjonalizowane na rok przed końcem I wojny światowej, a w czasie II wojny w zasadzie wszystkie moce przerobowe zostały nakierowane na rozwój technologii służących wojsku).

Innowacyjność AT&T miała swoje źródło w tym, że firma w pewnym stopniu została wyłączona z logiki „czystego kapitalizmu”. Oczywiście była ona wciąż podmiotem rynkowym, a nie instytucją publiczną, jednak to nie szybki i zmaksymalizowany zysk był motywem, którym kierowano się przy podejmowaniu decyzji. Obiegowa mądrość głosi, że współczesny kapitalizm, nieograniczona konkurencja i dążenie do zysku same z siebie przynoszą pozytywne rezultaty dla całych społeczeństw. Konkurujące firmy mają dążyć do wytworzenia najlepszych i najtańszych produktów, gdyż tylko dzięki takiej działalności będą mogły przetrwać swoistą „selekcję naturalną”. Problem z takim podejściem tkwi już na poziomie podstawowych założeń. Jeśli jedynym celem firmy ma być zysk, to będą one tworzyć zysk, a nie innowacje, rozwój technologiczny czy dobrostan społeczeństw. Wartości te mogą oczywiście powstawać przypadkowo w ramach działalności kapitalistycznej, ale są to poboczności, a nie istota. „Czysty kapitalizm” nie zastąpi wielkich instytutów badawczych, gdyż nie są one konieczne do zarabiania pieniędzy. Aby zarabiać pieniądze, wystarczy wytwarzać potrzeby. Jest to o wiele łatwiejsze, tańsze i mniej czasochłonne niż rozwiązywanie problemów naukowych.

Powszechne jest przekonanie, że nigdy wcześniej ludzkość nie była tak innowacyjna jak obecnie. W zasadzie co tydzień media podają, że właśnie odbywa się kolejna rewolucja technologiczna, która poprawi jakość życia. Nowe urządzenia elektroniczne przedstawiane są jako wynalazki na miarę koła czy druku. Nowoczesny smartfon rzeczywiście potrafi więcej niż telefon sprzed 10 lat, jednak czy zmiany, które nastąpiły, naprawdę sprawiają, że ludziom żyje się łatwiej? Czy nie jest raczej tak, że współczesne technologie – jak w starym bon mocie o realsocjalizmie – bohatersko walczą z problemami, które same stworzyły? Z całą pewnością coś takiego jak Facebook wymagało sporej dozy kreatywności, jednak warto zapytać, czy rzeczywiście Facebook dał światu tak wiele, by w ogóle uważać go za przejaw innowacyjności. Jakie problemy, z którymi dotychczas zmagała się ludzkość rozwiązało powstanie iPada? Czy żyjemy dzięki temu dłużej? Przemieszczamy się szybciej? Mniej chorujemy? Nie. iPad, Instagram czy Twitter to zabawki, których siła polega na tym, że kreują w ludziach nawyki, którym ci skłonni są folgować.

Dolina Krzemowa – technologiczne centrum świata – nie skupia się na tworzeniu rozwiązań, które rzeczywiście poprawią jakość życia, lecz wytwarza produkty, które przy niskimi koszcie produkcji przyniosą krociowe zyski inwestorom. Założenie startupu to koszt opłacenia biura i kilku programistów. Ludzie ci w relatywnie krótkim czasie mogą stworzyć usługę, która zostanie sprzedana za setki milionów dolarów. Po co więc prowadzić badania nad lekiem na raka czy alternatywnymi źródłami energii? Koszt takich badań jest ogromny, a prawdopodobieństwo, że firma je prowadząca uzyska szybko taką wartość jak popularna usługa internetowa – niewielkie.

Widać tutaj problem z tezą, że konkurencja w ramach kapitalizmu musi prowadzić do innowacyjności. Pieniądz sam z siebie nie płynie tam, gdzie kryją się wielkie problemy technologiczne, których rozwiązanie mogłoby poprawić dobrobyt społeczeństw. Pieniądz – zgodnie z tą logiką – płynie natomiast tam, gdzie będzie mógł zostać szybko pomnożony. Dostrzegają to nawet kapitaliści z Doliny Krzemowej. Mówię tu przede wszystkim o grupie skupionej wokół Petera Thiela, współzałożyciela PayPala. Thiel w 2005 r. powołał do życia Founders Fund, firmę inwestycyjną, która w założeniu ma inwestować tylko w przedsięwzięcia zmagające się z rzeczywistymi problemami technologicznymi. Założenie to należy traktować z przymrużeniem oka, choćby dlatego, że jedną z głównych inwestycji funduszu jest Facebook. Warto jednak przyjrzeć się manifestowi opublikowanemu na stronach firmy, gdyż w ciekawy sposób definiuje problem pogodzenia współczesnego kapitalizmu z innowacyjnością. Oczywiście należy pamiętać, że tekst ów ma przede wszystkim cele biznesowe, tj. jego autorom chodzi o skłonienie inwestorów do powierzenia pieniędzy Founders Fund.

Manifest, autorstwa Bruce’a Gibneya, nosi chwytliwy tytuł „Co stało się z przyszłością?”, a jego podtytuł brzmi „Chcieliśmy latających samochodów, w zamian mamy 140-znakowe wiadomości”. To porównanie Twittera do marzeń o przyszłości, żywych w latach 60., dość dobrze oddaje przesłanie tekstu.

Gibney rozpoczyna od krytyki współczesnego modelu venture capital (dalej: VC) i kultury startupów, tak bardzo popularnej w Dolinie Krzemowej. VC to sposób inwestowania w ryzykowne przedsięwzięcia, polegający na tym, że inwestor zostaje współwłaścicielem firmy rozpoczynającej dopiero działalność, ale rokującej duże nadzieje na przyszłość. Gibney stwierdza, że do końca XX wieku VC potrafił zarabiać duże pieniądze i jednocześnie był motorem postępu technologicznego, jednak później coś się popsuło. W latach 60. VC pomogło w rozwoju przemysłu półprzewodników (przykładem jest Intel, o którym Gibney mówi, że to jedna z najlepszych inwestycji venture capital w historii), w latach 70. nacisk kładziony był na komputerowy hardware i software, w latach 80. VC zaczął inwestować m.in. w biotechnologie, a ostatnia dekada XX wieku to oczywiście rozwój internetu. Chociaż – pisze Gibney – sukces tych technologii sprawia, że inwestowanie w nie wydaje się z dzisiejszej perspektywy całkowicie racjonalne i oczywiste, to przemysły i firmy wspierane przez VC były w swoim czasie niesłychanie ambitnymi przedsięwzięciami. Mimo iż żadna z nich nawet wtedy nie wydawała się niemożliwością, to jednak nie było żadnej gwarancji, że jakakolwiek z tych technologii zostanie rozwinięta z sukcesem lub zamieniona w wysoce zyskowny biznes. Zdaniem Gibneya w tamtych czasach VC służyło do inwestowania w firmy, których wartość nie zależała od baniek spekulacyjnych. Wartość tych przedsiębiorstw miała solidny fundament, gdyż rozwiązywały one realne problemy technologiczne i produkowały rzeczy, który ułatwiały ludziom życie.

Wiele zmieniło się pod koniec lat 90., gdy giełdowa bańka internetowa windowała ceny dotkomów do rozmiarów niebotycznych i niczym nie uzasadnionych. Inwestorzy VC dosłownie rzucili się na startupy, które tworzyły nawet najgłupsze usługi internetowe, gdyż liczyli, że w krótkim czasie uda im się zarobić olbrzymią ilość pieniędzy. Niektórym udało się zarobić, gdyż zrealizowali swoje zyski wcześniej, niż bańka pękła. Większość jednak straciła. Powód wg Gibneya jest oczywisty: firmy, w które inwestowano pieniądze, nie były nastawione na długotrwały rozwój, jedynie sprawiały wrażenie innowacyjnych, podczas gdy tak naprawdę wtórnie używały technologii wytworzonych dużo wcześniej.

Wnioski, jakie wyciąga Gibney, są dla nas mniej interesujące, chyba że chcemy powierzyć swoje pieniądze Founders Fund. Zauważmy tutaj tylko, że Gibney zdaje się sądzić, iż mimo że bazowanie na VC jako motorze innowacyjności jest słuszne, to w ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z pewnego rodzaju wypaczeniami. Gdy przezwyciężymy owe wypaczenia (dokładnie mówiąc: skłonność do inwestowania w nierozwojowe technologie), to wybitne umysły znów zaczną rozwiązywać wielkie problemy naukowe, zamiast tworzyć kolejne klony Facebooka. Wydaje się jednak, że przekonanie takie jest mylne. Sądzę, że błąd tkwi w samym systemie, nie zaś w niedoskonałych ludzkich decyzjach. Co prawda nie potrafię konkluzywnie udowodnić takiej tezy, postaram się jednak podać parę argumentów, które ją uprawdopodabniają.

Przekonanie, że finansowanie innowacji za pomocą VC – czyli w istocie powierzenie rozwoju technologicznego nowoczesnemu kapitalizmowi, nastawionemu na konkurencję – może przynieść dobre rezultaty, wydaje się błędne z kilku powodów. Po pierwsze jasne jest, że kapitał dąży do jak największych zysków w jak najkrótszym czasie. Inwestorzy będą zatem zawsze wybierać te projekty, które bliższe są temu warunkowi. Kryterium wyboru nie polega więc na tym, który startup będzie bardziej innowacyjny, ale na tym, gdzie można zarobić szybciej i więcej. Inwestowanie w skomplikowane badania wymagające licznego zespołu naukowców i dużych ilości czasu może być nieefektywne w porównaniu z wyłożeniem pieniędzy na małe przedsiębiorstwo z Doliny Krzemowej, które w krótkim czasie może stworzyć usługę typu Instagram. Nawet jeśli pierwszy przypadek daje większe prawdopodobieństwo osiągnięcia sukcesu, to ta przewaga szybko znika, jeśli zauważymy, że ktoś może zainwestować w wiele małych firm programistycznych.

Po drugie niezależnie od efektywności różnych strategii inwestycyjnych częstokroć może okazać się, że prywatny kapitał jest zbyt mały, aby finansować wielkie projekty badawcze. Licząc wedle dzisiejszej siły nabywczej, program Apollo kosztował 180 mld dolarów. Tylko silne państwo (czy też grupy państw) może pozwolić sobie na wydatki tego rzędu. Oczywiście lot na Księżyc nie był czymś, co rozwiązało problemy ludzkości, jednak jasne jest, że wielkie problemy wymagają wielkich nakładów pracy i pieniędzy.

Tutaj dochodzimy do trzeciego powodu. Przypomnijmy sobie Bell Labs i fakt, że zatrudniano tam olbrzymią liczbę najwybitniejszych naukowców i inżynierów o różnych zainteresowaniach i specjalnościach. Nie był to przypadek czy niegospodarność zarządu AT&T. Zgrupowanie tak dużej ilości wybitnych umysłów w jednym miejscu powodowało, że idee rodziły się łatwiej. Badacze nie pracowali w izolacji, lecz byli w stałym i bezpośrednim kontakcie, dzięki czemu mogli na siebie wzajemnie oddziaływać. Współczesny model nie może tego zapewnić. Skoro pieniądze inwestowane są w niewielkie, konkurujące ze sobą firmy, to nie ma mowy o owocnej współpracy naukowców, do jakiej dochodziło w Bell Labs.

Po czwarte wreszcie nie każda innowacja musi przynosić zysk inwestorowi. Rozwiązanie problemu malarii w Afryce byłoby wspaniałym osiągnięciem, a jednak z punktu widzenia zysku nie jest to najlepszy biznes, jakiego można dokonać. Potencjalni klienci są biedni, a zatem trudno będzie zarabiać tam krocie. Lepiej więc inwestować pieniądze w rozwiązywanie tzw. problemów pierwszego świata, a więc wydumanych i nic nie znaczących zagadnień, które jednak można całkiem nieźle spieniężyć. Jak sprawić, by smartfon z czterocalowym wyświetlaczem wytrzymywał bez ładowania kilka dni? Jak przyśpieszyć proces rezerwowania biletów lotniczych o 10 sekund? Jak robić ładne zdjęcia bez profesjonalnego aparatu? Oto tematy, na których można zarobić dziesiątki czy nawet setki milionów dolarów.

Nie twierdzę, że współczesny model kapitalizmu nie jest zdolny do wytwarzania innowacji. One oczywiście powstają. Jednak ich ilość i – przede wszystkim – jakość są wysoce niezadowalające. Powtórzę za tekstem Gibneya tyko dwie rzeczy. Po pierwsze od końca lat 70. czas potrzebny na pokonanie Atlantyku rośnie, zamiast spadać. Po drugie nie da się zaobserwować żadnej korelacji między wzrostem mocy obliczeniowej komputerów a produktywnością ludzi.

Przyczyna, jak się wydaje, tkwi głównie w fakcie, iż państwo ustąpiło pola kapitalizmowi. Niegdyś to państwa były głównym rozgrywającym na polu rozwoju technologicznego. Czasem same stawiały sobie wyzwania i je realizowały, tak jak miało to miejsce w przypadku wspomnianego programu Apollo, a czasem wpływały w określony sposób na prywatne firmy, aby te miały motywację i możliwości samodzielnego rozwiązywania skomplikowanych zagadnień. Jeśli państwa narodowe całkowicie uznają, że najlepszym rozwiązaniem problemu innowacyjności jest powierzenie go dzikiemu kapitalizmowi, to zamiast wynalazków na miarę tranzystora powstawać będą tylko kolejne niezbyt użyteczne aplikacje na urządzenia mobilne. Rzecz jasna w przypadku wielu zagadnień pojedyncze kraje mogą być zbyt biedne, aby je samodzielnie rozwiązywać. Potrzebna więc jest kooperacja państw na rzecz rozwoju nauki, który będzie służył całej ludzkości.

Innowacyjność i rozwój technologiczny nie są dziełem przypadku. W pewnych warunkach mają się lepiej niż w innych. W Bell Labs miały wręcz cieplarniane warunki. Było to możliwe, gdyż amerykańskie państwo pozwoliło AT&T na zdobycie pozycji monopolistycznej i jednocześnie wymagało, by monopol ów działał z korzyścią dla całego społeczeństwa. Współczesne firmy, które dążą jedynie do zysku, nie mogą być podstawą dla innowacyjności. Nie starają się one zmagać z wielkimi problemami, które stoją przed światem. Bo dlaczego miałyby to czynić? Ich celem jest robienie pieniędzy – nie rozwiązywanie problemów. Nie ma sensu wymagać od prywatnych firm, żeby pełniły funkcję motoru napędowego rozwoju nauki. Nie możemy jednak zapomnieć, że mamy pełne prawo wymagać tego od naszych państw.

Brakujące ogniwo w amerykańskim państwie dobrobytu – ubezpieczenie od braku zatrudnienia

Amerykański system gwarantujący bezpieczeństwo ekonomiczne jest niewydolny z wielu powodów. Głównym z nich jest czynnik obecny w niemal wszystkich rodzajach polityki społecznej. Opierają się one na założeniu, że ludzie są stale zatrudnieni. Większość programów zabezpieczenia społecznego, począwszy od ubezpieczeń społecznych (Social Security), przez ubezpieczenie od bezrobocia (Unemployment Insurance), a skończywszy na Medicare [Medicare to program ubezpieczeń społecznych w USA, zapewniający ubezpieczenie zdrowotne m.in. osobom powyżej 65. roku życia oraz niepełnosprawnym – przyp. red.], wymaga, aby ludzie przez lata płacili składki, zanim uzyskają świadczenia.

Problem polega na tym, że gospodarka amerykańska w coraz większym stopniu charakteryzuje się niestabilnością zatrudnienia. Po kilku latach wychodzenia z recesji stopa bezrobocia kształtuje się na poziomie 8,5%, częściowe bezrobocie wynosi 17,2%, natomiast odsetek pracujących utrzymuje się znacznie poniżej poziomu sprzed kryzysu gospodarczego.

Nawet te dane nie oddają w pełni rozmiarów niestabilności zatrudnienia. W latach 2004–2007, czyli w okresie dynamicznego wzrostu gospodarczego, 43 mln pracowników (prawie 1/3 siły roboczej) pozostawało przez pewien czas bez zatrudnienia, przeciętny pracownik był bezrobotny 1,5 razy przez okres ponad dwóch miesięcy.

Pomimo diametralnych różnic w sytuacji poszczególnych pracowników objętych ubezpieczeniem społecznym rząd amerykański nie przedstawił polityki zapobiegania likwidacji dotychczasowych miejsc pracy lub tworzenia nowych. Jeżeli zależy nam na utrzymaniu umowy społecznej, trzeba opracować nową politykę, która zapewni miejsca pracy Amerykanom chcącym pracować.

Tło historyczne

Przy projektowaniu części całościowego planu, określanej jako ubezpieczenie od bezrobocia (Unemployment Insurance, UI), jej twórcy stanęli przed następującym wyzwaniem: co UI może zaoferować 7,5 milionom pracowników bezrobotnych w 1935 r., którzy nigdy nie płacili składek, oraz jaką ochroną może objąć większość pracowników pozostających poza systemem. Komisja ds. bezpieczeństwa ekonomicznego uznała, że ponieważ większość ludzi utrzymuje się ze świadczenia pracy […] proponujemy zabezpieczenie zatrudnienia – promowanie prywatnych form zatrudnienia, a także zatrudnienie w zakładach państwowych dla sprawnych fizycznie pracowników, którzy w danym momencie nie mają pracy w przemyśle.

Jednym z członków komisji był Emerson Ross, główny kierownik ds. badań w Federal Emergency Relief Administration, a także przyszły zastępca dyrektora Works Progress Administration. Zaproponował on trzy potencjalne modele funkcjonowania systemu „zabezpieczenia zatrudnienia”:

  • Pierwszy model zakładał wynagrodzenia w programie pracy w celu pokrycia wszystkich zasiłków dla bezrobotnych. Rodzaj „ubezpieczenia miejsca pracy” zastąpiłby UI jako główne źródło pomocy państwowej w walce z ubóstwem, gwarantowane jako wynikające z umowy uprawnienie do […] otrzymania wynagrodzenia za wykonaną pracę.
  • Drugi model przewidywał system mieszanego ubezpieczenia miejsca pracy, w którym składki na zabezpieczenie w przypadku bezrobocia na program pracy byłyby włączane do puli rezerwy generalnej (General Fund), aby zapewnić pracę wszystkim bezrobotnym bez względu na fakt opłacania składek.
  • Trzeci model proponował dwa równoległe systemy; UI w formie takiej jak obecnie w USA, a następnie program pracy, który zacząłby funkcjonować po wygaśnięciu uprawnienia do uzyskiwania zasiłków na podstawie programu ubezpieczeń dla bezrobotnych. W modelu tym skorzystanie z zapewnianej przez państwo możliwości pracy zastąpiłoby zasiłki z UI po upływie 14 tygodni.

Przy opracowywaniu systemu zabezpieczenia zatrudnienia (Employment Assurance, EA) dla XXI wieku możemy czerpać z 75-letnich doświadczeń z całego świata. Ogólnie biorąc, system EA powinien opierać się na dwóch rodzajach polityki: zapobiegającym utracie miejsc pracy oraz stwarzającym nowe miejsca pracy, gdy recesja pokona pierwszą linię obrony.

Zabezpieczenie zatrudnienia – utrzymanie obecnych miejsc pracy

Zgodnie z zasadą, że lepiej zapobiegać niż leczyć, przeciwdziałanie utracie pracy jest zawsze bardziej pożądane od prób zapewnienia pracy bezrobotnym. Poza natychmiastowym wstrząsem związanym z brakiem wynagrodzenia bezrobocie ma również istotne długotrwałe konsekwencje: 55% zwolnionych pracowników podejmuje pracę za wynagrodzenie niższe od poprzedniego, a dla 36% z nich jest ono niższe o co najmniej 20%.

Rozszerzenie zakresu ustawy o przystosowaniu pracowników i przekwalifikowaniu (Worker Adjustment and Retraining Notification Act – WARN Act) oraz wprowadzenie do niej poprawek nakładających na dużych pracodawców obowiązek zawiadomienia o utracie pracy z 60-dniowym wyprzedzeniem mogłoby położyć podwaliny pod system, w którym rząd współpracuje z pracodawcami w celu przeciwdziałania zwolnieniom, zamiast oczekiwać na dalszy rozwój wypadków i następnie proponować pomoc. W innych krajach te i podobne środki określa się mianem „aktywnej polityki rynku pracy”.

W krajach OECD sprawdzają się różne rodzaje aktywnej polityki rynku pracy zapobiegające szybkiemu wzrostowi bezrobocia w czasie recesji. Można je finansować, umożliwiając pracownikom korzystanie z części zasiłków UI lub (jak było w przypadku ustawy z 2010 r. o zachętach do zatrudniania w celu przywracania miejsc pracy – Hiring Incentives to Restore Employment, HIRE Act) oferując ulgę na podatek od wynagrodzenia dla objętych nią pracodawców:

  • dzielenie pracy (work-sharing) W Niemczech i Holandii pracodawcy, którzy zmniejszają liczbę godzin pracy swoim pracownikom zamiast ich zwalniać, otrzymują ulgę podatkową, aby wypłacić pracownikom dotacje do wynagrodzenia i w ten sposób wyrównać utratę jego części. Podczas gdy 17 amerykańskich stanów uczestniczy w programach dzielenia pracy, większości stanów brakuje środków finansowych, by pomóc większej liczbie, a nie jedynie garstce pracodawców – rządowy program dzielenia pracy mógłby rozwinąć i usprawnić ten program.
  • edukacja i szkolenia Szwecja oferuje podobną dotację dla pracodawców, którzy powstrzymują się przed zwalnianiem, jednak zamiast ograniczać liczbę godzin pracy, zapewnia się finansowanie pracownikom (którzy w innym przypadku zostaliby zwolnieni), aby podnieśli kwalifikacje przez zdobycie wykształcenia, ukończenie stażu lub szkolenia. Pomimo że metoda ta nie rozkłada skutków recesji w taki sposób jak dzielenie pracy, na dłuższą metę przekłada się na wzrost wydajności.

Każda z powyższych strategii byłaby stosowniejsza od obecnej polityki rządu USA. O wiele korzystniej jest wydać trochę pieniędzy z wyprzedzeniem, za pośrednictwem częściowego UI lub ulg podatkowych, niż stracić więcej w dłuższym okresie poprzez niepotrzebne bezrobocie, utratę zarobków oraz przedłużające się recesje.

Zabezpieczenie zatrudnienia – ubezpieczenie miejsca pracy w celu tworzenia nowych miejsc pracy w czasie recesji

Polityka utrzymywania zatrudnienia podobna do opisanych powyżej w najlepszym razie prowadzi pracodawców do uniknięcia przekształcenia łagodnej recesji w spiralę depresji gospodarczej, spowodowanej masowymi zwolnieniami. Jednak w przypadku głębokich recesji nawet państwowe dotacje mogą okazać się niewystarczające, aby zapobiec dramatycznemu wzrostowi bezrobocia. W takich przypadkach bezpośrednie wysiłki zmierzające do tworzenia miejsc pracy zgodnie z wytycznymi ustawy o lokalnych miejscach pracy dla Ameryki (Local Jobs for America Act) są niezbędne do przeciwdziałania dużemu skokowi bezrobocia. Pomimo tego, jak widzimy na przykładzie ustawy mającej na celu ożywienie gospodarki i niedawno zaproponowanej przez Obamę ustawy o amerykańskich miejscach pracy (American Jobs Act), niezwykle trudno jest przegłosować w niedługim czasie w Kongresie odpowiednie środki służące tworzeniu nowych miejsc pracy.

Jednym ze sposobów na uniknięcie tego instytucyjnego impasu byłoby powołanie jednostki/organu ds. tworzenia miejsc pracy – systemu ubezpieczenia miejsca pracy (Job Insurance System) – aby zapewnić zatrudnienie w czasie recesji. Stały program z własnym źródłem finansowania i rezerwami, umożliwiający tworzenie projektów zatrudnienia „od zaraz”, sprawiłby, że Kongres nie musiałby odkrywać Ameryki na nowo w czasie każdej recesji.

Kolejnymi zaletami takiego rozwiązania są szybkość i elastyczność. Poprzez natychmiastowe przeciwdziałanie masowym zwolnieniom program ubezpieczenia miejsca pracy znacząco wpłynie na przewidywania pracodawców wobec przyszłych wydatków konsumenckich i dochodów, zapobiegając efektowi spirali, gdy zwolnienia skłaniają innych pracodawców do ograniczenia siły roboczej, zanim zmniejszy się popyt.

Równowartość 1 procentu podatku od wynagrodzenia da kwotę w wielkości odpowiedniej do zatrudnienia miliona pracowników rocznie. Kilka lat standardowego wzrostu gospodarczego przyczyni się do stworzenia funduszu rezerwowego umożliwiającego ponowne zatrudnienie bezrobotnych na masową skalę nawet w czasie najgłębszej recesji. Zapewnienie ludziom pracy za godziwe wynagrodzenie ma dwie ekonomiczne zalety względem UI. Po pierwsze zapobiegnie przekształceniu się bezrobocia w biedę (czego nie zapewnia obecnie UI). Po drugie oznaczałoby, że gospodarka odzyska ok. 109 000 dolarów zysków z produkcji na każdego pracownika, które traci, gdy są oni bezrobotnymi.System ubezpieczenia miejsca pracy jest o wiele skuteczniejszy w przeciwdziałaniu społecznym i psychologicznym skutkom bezrobocia od tego, z czym mamy do czynienia obecnie. W 1944 r. William Beveridge pisał, że Najgorszym, co można zrobić bezrobotnemu, jest kolejne poniżenie, ponieważ utrata pracy sama w sobie jest złem. Widziałem wartościowych, odważnych ludzi doprowadzonych przez ciągłe, przymusowe bezrobocie do stanu, w którym czuli się zapomniani, niechciani i wyrzuceni na śmietnik. Podczas obecnej recesji, pomimo funkcjonowania UI, wskaźniki depresji klinicznej wzrosły o 36%, po części dlatego, że aż 79% długotrwale bezrobotnych zgłasza nasilenie stresu psychicznego związanego z utratą pracy. Niezależnie od tego, czy pracownicy mają dostęp do UI, pozbawienie ich możliwości zarobienia na utrzymanie i wniesienia wkładu w społeczeństwo jest złe.

Zabezpieczenie zatrudnienia stanowi przykład jednego z rzadkich przypadków, gdy, posługując się słowami Benjamina Franklina, robiąc coś dobrego, mamy się dobrze. Ograniczając liczbę osób, które straciły pracę w czasie recesji, zmniejszamy zarówno obciążenie systemu UI, jak i zapewniamy maksymalną liczbę płatników przypadających na beneficjenta. Ponadto sprawiamy, że pracownicy nie zostają spisani na straty i nie muszą żyć z zasiłku. Jednocześnie korzystamy z zalet zwiększonej konsumpcji i produkcji, które nie byłyby możliwe, gdyby pracownicy pozostali na UI.

Steven Attewell

tłum. Anna Kleina

Artykuł ukazał się w styczniu 2012 r. na stronie internetowej New America Foundation, amerykańskiego lewicowego think tanku. Pominięto przypisy o charakterze bibliograficznym. http://www.newamerica.net/

Dialog w kryzysie – kryzys w dialogu

Od 2008 r., gdy wybuchł światowy kryzys gospodarczy, Polsce udawało się skutecznie bronić przed osunięciem w otchłań recesji. Mimo to rodzima gospodarka, a wraz z nią społeczeństwo, silnie odczuwają skutki spowolnienia. Ponadto perspektywy na 2013 r. nie są korzystne, jeśli wsłuchać się w głosy ekonomistów. Wydaje się więc, że w trudnym okresie rząd zmuszony do kontynuacji, a nawet zaostrzania polityki oszczędnościowej w celu równoważenia finansów publicznych powinien poszukiwać dla niej dodatkowych źródeł legitymizacji. Oczywistym kierunkiem poszukiwań jest dialog społeczny. Czy jednak droga ta nie została zamknięta na skutek pochopnych kroków rządu wobec partnerów społecznych?

Pod koniec ubiegłego roku Instytut Spraw Publicznych opublikował raport podsumowujący trzyletni okres działań antykryzysowych w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem roli dialogu społecznego w kształtowaniu polityki ukierunkowanej na walkę ze spowolnieniem gospodarczym1. Wnioski z lektury nie napawają nadmiernym optymizmem, bowiem z jednej strony skuteczność przedsięwziętych kroków nie okazała się zbyt wysoka, zaś z drugiej analiza wydarzeń z okresu po 2008 r. obnaża skłonność rządu do działań jednostronnych. Ta ostatnia tendencja jest widoczna nie tylko na płaszczyźnie instytucjonalnego dialogu społecznego, prowadzonego w ramach Komisji Trójstronnej, ale także w szerszym wymiarze, czego dowodem jest reforma dotycząca podniesienia wieku emerytalnego, a dokładniej tryb jej przeprowadzenia.

Dialog społeczny a kryzys: wielkie nadzieje

Na przełomie lat 2008 i 2009 wydawało się, że rozlewająca się po świecie recesja gospodarcza dotrze także do Polski. Rząd z jednej strony grał na zwłokę, przyglądając się dynamice rodzimej gospodarki i nie spiesząc się z ogłaszaniem deklaracji dotyczących możliwych scenariuszy przeciwdziałania ewentualnej recesji, z drugiej natomiast uległ zmianie jego stosunek wobec dialogu społecznego. Tę drugą prawidłowość dało się zaobserwować również w innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej. Zainteresowanie kręgów rządzących dialogiem z partnerami społecznymi ulegało ożywieniu w czasie kryzysów (politycznych, ekonomicznych, społecznych czy będących kombinacją wielu ich rodzajów) lub gdy debatowano nad reformami strukturalnymi. W obu przypadkach rządzący poszukiwali źródeł dodatkowej legitymizacji swojej polityki, na którą musiały się składać także decyzje niepopularne wśród obywateli.

Motywacje partnerów społecznych, godzących się uczestniczyć w tej grze, są bardziej złożone. Czy opłaca się im (zwłaszcza związkom zawodowym) angażować w dialog trójstronny? Można spotkać zróżnicowane opinie. Twórca tezy o „pozornym korporatyzmie”, David Ost, już ponad dekadę temu twierdził, że taka postawa central związkowych nie ma sensu2, i podtrzymał ten pogląd po wybuchu światowego kryzysu3. Wtórują mu Charles Woolfson i Epp Kallaste, analizując przebieg dialogu społecznego w krajach nadbałtyckich po 2008 r.4 Referując w skrócie stanowiska wymienionych autorów, można powiedzieć, że rządy krajów pogrążonych w recesji nie mają wiele do zaoferowania partnerom społecznym, w szczególności związkom zawodowym. Zatem jedyną korzyścią związków możliwą w tych okolicznościach do osiągnięcia jest zachowanie „miejsca przy stole” rokowań trójstronnych – natomiast ceną za to będzie firmowanie własnym autorytetem ewentualnych decyzji. Wydaje się, że polskie związki zawodowe stoją wobec podobnego dylematu, ale alternatywą dla kooperacyjnej orientacji, wyrażającej się udziałem w pracach Komisji Trójstronnej (i innych gremiach trójstronnych), jest akcja bezpośrednia. Nie wiadomo, czy związki zawodowe mają dość determinacji, jak również zdolności zagospodarowania rosnącego niezadowolenia społecznego, aby posunąć się do takiego kroku. Co się stanie, jeśli próby strajków i manifestacji spalą na panewce?

Na początku 2009 r. wydawało się, że dialog społeczny w Polsce otrzymał ożywczy impuls. Podjęcie przez reprezentatywnych partnerów społecznych autonomicznych negocjacji nad pakietem antykryzysowym i deklaracja rządu, że będzie respektował wynik rozmów dwustronnych, przygotowując projekty ustaw, było wydarzeniem bez precedensu. Co więcej, sprawne negocjacje i szybko osiągnięte porozumienie w postaci „matrycy” 13 punktów pokazały, że produktywny dialog autonomiczny jest w naszym kraju możliwy. Dawały również nadzieję, że partnerzy społeczni, jeśli zechcą, mogą wyemancypować się spod dominującej pozycji rządu w trójstronnej konfiguracji dialogu.

Niestety, wkrótce potem na tym sielankowym obrazku pojawiły się pierwsze rysy – przepisy ustawy antykryzysowej nie w pełni odzwierciedlały postanowienia pakietu autonomicznego. Rozgoryczenie związków zawodowych wywołało zwłaszcza zawieszenie na czas obowiązywania ustawy art. 25/1 Kodeksu pracy, określającego regułę „trzecia umowa na stałe”, co, jak się wkrótce okazało, poskutkowało lawinowym wzrostem liczby umów o pracę na czas określony. Dość powiedzieć, że w 2010 r. Polska znalazła się na czele całej UE-27 pod względem udziału umów czasowych w ogóle umów o pracę (27%), który to wysoki poziom utrzymuje się do tej pory (26,8% pracowników najemnych w trzecim kwartale 2012 r.). Mimo tego pakiet autonomiczny jest przez partnerów społecznych dość zgodnie określany jako istotne osiągnięcie. Zrodził się projekt ustawy, która poszła do sejmu, i w sejmie pewne rzeczy, poza związkami zawodowymi i pracodawcami, zostały dopisane przez posłów, na co już nie mieliśmy wpływu, ale ogólny szkielet tego pakietu został spisany tak, jak uzgodniliśmy w naszym, autonomicznym dialogu5 – mówił przewodniczący „Solidarności”, Piotr Duda. Tajemnica sukcesu tkwiła być może w tym, na co uwagę zwrócił Jeremi Mordasewicz z PKPP „Lewiatan”, a co stało się zarazem zarzewiem przyszłych nieporozumień: Problem polegał na tym, że porozumienie nie dotyczyło kwestii zasadniczych, czyli ograniczenia konsumpcji i chronienia inwestycji. Punkty porozumienia nie były precyzyjnie sformułowane i przy realizacji tego programu partnerzy społeczni inaczej interpretowali zapisy6.

Z upływem czasu coraz wyraźniej widoczne było to, że zainteresowanie grupy docelowej ustawy antykryzysowej oferowanymi przez nią instrumentami wsparcia jest nikłe. Przedsiębiorcy woleli polegać przede wszystkim na własnych siłach. Statystyki podmiotów, które zdecydowały się wystąpić o „subsydiowanie zatrudnienia”, nie pozostawiają cienia wątpliwości. W latach 2009–2011 niespełna 200 przedsiębiorców złożyło wnioski o pomoc finansową dla mniej więcej 12 tys. pracowników, a objętych nią zostało nieco ponad 10 tys. zatrudnionych w około 120 podmiotach.

Jak wynikało z monitoringu skuteczności działania przepisów ustawy, prowadzonego różnymi torami, jej stosunkowo najlepiej ocenianym rozwiązaniem była możliwość wydłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy do 12 miesięcy (standardowo są to cztery miesiące). Co więcej, pozytywny odbiór ze strony przedsiębiorców przełożył się na propozycję legislacyjną, w myśl której przepis zawarty w ustawie miałby zostać włączony do Kodeksu pracy, a tym samym z rozwiązania tymczasowego zmienić się w stałe. W badaniach ISP zrealizowano trzy studia przypadku w firmach, które wykonały taki krok. Case studies wykazały, że firmy, które postanowiły zastosować to rozwiązanie, chwaliły je przede wszystkim za to, że pozwalało ono na ograniczenie kosztów pracy, szczególnie tam, gdzie czynnik sezonowości rynku ma duże znaczenie (np. w budownictwie). Zwraca uwagę fakt, że we wszystkich trzech przypadkach wydłużenie okresu rozliczeniowego odbyło się po konsultacjach z pracownikami, a tam, gdzie funkcjonują związki zawodowe, także z nimi. Korzystna ocena jednego z rozwiązań przygotowanych przez władze nie zmienia jednak faktu, że efekty polityki antykryzysowej były mizerne.

Impas

Dialog społeczny po gwałtownym, choć krótkotrwałym zrywie w początkowych miesiącach 2009 r. wytracał impet. Świadczy o tym dystansowanie się rządu od Komisji Trójstronnej, której pozycja ulegała sukcesywnemu osłabieniu. Przez trzy kolejne lata (2010, 2011, 2012) podwyżka płacy minimalnej była określana jednostronnie przez rząd. W 2009 r. Prezydium Komisji spotkało się 14 razy, a cała Komisja spotkała się na siedmiu sesjach plenarnych. W roku następnym odbyło się w sumie siedem posiedzeń Prezydium, a także pięć sesji plenarnych Komisji. W 2011 r. Prezydium spotykało się tylko pięć razy, zaś cała Komisja – na sześciu sesjach plenarnych.

Również efektywność prac Komisji malała w ciągu dwóch lat. W roku 2010 organ ten podjął jedynie dwie znaczące decyzje. Jedna dotyczyła zwiększenia progu dochodu dla celów pomocy społecznej i została zignorowana przez rząd, podający jako powód brak środków w budżecie na jej realizację. Druga dotyczyła rekomendacji wzywającej do przyspieszenia prac nad przygotowaniem rządowego programu pożyczek dla małych i średnich przedsiębiorstw, udzielanych przez samorządy terytorialne. W 2011 r. nie głosowano nad żadnymi uchwałami, podobnie było w roku kolejnym. Do końca 2012 r. Komisja spotykała się ośmiokrotnie, natomiast Prezydium odbyło siedem posiedzeń.

Symboliczny dla słabnącej pozycji instytucji trójstronnych wymiar miała rezygnacja na początku 2012 r. wicepremiera Pawlaka z funkcji przewodniczącego Komisji Trójstronnej w wyrazie dezaprobaty, ale i bezradności wobec ignorowania przez premiera uzgodnień czynionych na tym forum. Jako bezpośredni powód wskazywano, choć nie drogą oficjalną, zignorowanie wspomnianego wyżej, zawartego na forum Komisji porozumienia w sprawie odmrożenia progów dochodowych, stanowiących podstawowe kryterium kwalifikujące do uzyskania pomocy socjalnej. Zaproponowałem premierowi, biorąc także pod uwagę opinie partnerów społecznych, żeby na przewodniczącego Komisji Trójstronnej premier wskazał osobę z Platformy. W mojej opinii najlepszy byłby minister Rostowski, de facto on trzyma kasę i decyduje o kluczowych rozstrzygnięciach (PAP, 6 grudnia 2011 r.) – taką wypowiedź wicepremiera tuż przed ustąpieniem z funkcji szefa Komisji cytowały media.

Stanowisko przewodniczącego Komisji Trójstronnej pozostało ostatecznie w rękach mniejszościowego koalicjanta, bowiem sprawuje je obecny minister pracy, a ten urząd piastuje polityk PSL. Nie ma jednak wątpliwości, że autorytet obecnego ministra nie jest tak wysoki jak rzeczywistego lidera partii, a następca Pawlaka na pozycji szefa PSL, Janusz Piechociński, nie zdradza publicznie zainteresowania objęciem stanowiska przewodniczącego Komisji Trójstronnej.

Nie tylko treść, ale i forma

Wydarzeniem, które szczególnie dobitnie pokazuje jakość dialogu społecznego w ostatnich kilku latach, jest podwyższenie wieku emerytalnego do 67 lat i zrównanie go dla obu płci. Abstrahując od ocen konieczności jego podniesienia, istotny jest sposób przeprowadzenia tej reformy: pospieszne konsultacje społeczne, aby uczynić zadość wymaganiom formalnoprawnym, faktyczne lekceważenie głosów sprzeciwu, paternalistyczna retoryka.

Warto przypomnieć, że wprowadzeniu tak fundamentalnej zmiany systemu zabezpieczenia społecznego, dotykającej de facto każdego polskiego obywatela, towarzyszyła szczątkowa debata publiczna. Kiedy w październiku 2011 r. po raz pierwszy oficjalnie przedstawiono pomysł reformy emerytalnej, wywołał on zdecydowane protesty związków zawodowych. Ustawiły się one tym samym na pozycji rzecznika opinii publicznej, stanowczo przeciwnej proponowanym zmianom – według badań CBOS z marca 2012 r. aż 84% Polaków opowiadało się przeciwko zmianie wieku emerytalnego dla mężczyzn, a jeszcze więcej, bo 91%, przeciwko takiej zmianie dla kobiet.

Idąc za ciosem, „Solidarność” uruchomiła kampanię Stop67. Przeciwnicy podniesienia wieku emerytalnego zebrali w sumie ponad dwa miliony podpisów pod obywatelskim projektem ustawy w sprawie ogólnokrajowego referendum na temat reformy, ale inicjatywa ta została odrzucona w Sejmie w kwietniu 2012 r. Projekt ustawy wprowadzającej reformę omawiano w Komisji Trójstronnej w marcu i kwietniu 2012 r., lecz nie udało się osiągnąć konsensusu w tej sprawie. Pomiędzy marcem a majem ubiegłego roku pod przewodem związków zawodowych odbyły się liczne demonstracje wyrażające niezgodę na forsowane zmiany: przed Kancelarią Premiera, przed Sejmem, wreszcie przed Pałacem Prezydenckim. Podczas kampanii przeciwko reformie ze strony związków zawodowych padały także propozycje innych rozwiązań istniejących problemów demograficznych, budżetowych oraz rynku pracy, jak choćby koncepcja Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, zgodnie z którą prawa emerytalne pracownicy nabywaliby po 35 latach pracy w przypadku kobiet, zaś 40 – w przypadku mężczyzn. Żadna z nich nie została jednak wzięta pod uwagę przez rząd.

Śledząc losy tej arcyważnej reformy, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że modus operandi rządu wpisał się w zapoczątkowaną w 1990 r. tradycję przeprowadzania ważnych zmian instytucjonalnych w trybie imperatywno-rewolucyjnym. Decyzje o doniosłych skutkach społecznych zapadały w gabinetach i kuluarach, po czym gwałtownie je społeczeństwu narzucano.

Innym znaczącym przykładem nieliczenia się rządu ze zdaniem partnerów społecznych była decyzja o zamrożeniu środków Funduszu Pracy z inicjatywy ministra finansów w 2011 r. W jej rezultacie zablokowano kwotę 5 miliardów złotych, co miało istotny wpływ na ograniczenie deficytu budżetowego państwa. Negatywnym skutkiem tego posunięcia było odcięcie środków na aktywizację osób bezrobotnych, co wobec stale rosnącej skali braku zatrudnienia musiało się spotkać z krytyką. Wprawdzie w lipcu 2012 r. po interwencji ministra pracy udało się odblokować część środków Funduszu (500 mln zł) na cele aktywizacji bezrobotnych, ale pozostała część jest nadal niedostępna do wykorzystania, a termin ich uwolnienia nie został oficjalnie wskazany.

Lepiej już było?

O potrzebie przedłużenia rozwiązań zastosowanych w ustawie antykryzysowej zaczęto mówić już w drugiej połowie 2011 r. Z toczonych na ten temat dyskusji nic jednak wówczas nie wynikło, podobnie jak przez cały kolejny rok, już po wygaśnięciu ustawy. Brak woli zajęcia się tym problemem wynikał z pewnością ze względnie dobrej kondycji ekonomicznej kraju. Klimat zadowolenia i poczucia relatywnego bezpieczeństwa zaczął jednak powoli zanikać wraz z nasilaniem się alarmowych sygnałów dotyczących stanu gospodarki i prognoz dla niej na 2013 r. Wiele wskazuje na to, że możemy doświadczyć nawet recesji w prawdziwym tego słowa znaczeniu (czyli ujemnej dynamiki PKB), poziom bezrobocia będzie stale rósł, a ponadto wkroczyliśmy właśnie w końcową fazę obowiązywania obecnego budżetu UE, która, jak uczy doświadczenie, jest okresem malejącej efektywności wykorzystania środków strukturalnych.

Obecnie tocząca się debata nad nowelizacją Kodeksu pracy pokazuje, że pozytywne doświadczenia w stosowaniu niektórych rozwiązań ustawy antykryzysowej nie pozostały niezauważone. Na dodatek od dawna słychać opinie, że wobec pogarszania się sytuacji gospodarczej potrzebny jest nowy pakiet antykryzysowy. Powstaje pytanie, czy zostanie on wprowadzony w drodze jednostronnej decyzji rządu, czy w jego przygotowanie zaangażują się partnerzy społeczni? Ewentualne zapewnienie sobie tym razem ich współpracy będzie wymagało od rządu zaoferowania partnerom społecznym, szczególnie związkom zawodowym, zachęt silniejszych niż w roku 2009. W styczniu bieżącego roku rząd przedstawił w Komisji Trójstronnej projekt „ustawy o szczególnych rozwiązaniach na rzecz ochrony miejsc pracy, związanych z łagodzeniem skutków spowolnienia gospodarczego lub kryzysu ekonomicznego dla pracowników i przedsiębiorców”, w skrócie nazywanej „drugą ustawą antykryzysową”. Pierwsze reakcje partnerów społecznych na przedłożone propozycje trudno uznać, mówiąc oględnie, za entuzjastyczne. Jesteśmy raczej świadkami utwardzania postawy związków zawodowych.

Czyżby więc materializujący się na naszych oczach kryzys gospodarczy miał się zbiec z trwającym kryzysem dialogu społecznego, który być może okaże się nawet schyłkiem polskiej wersji neo-korporatyzmu, budowanego od początku lat 90.?

Przypisy:

  1. J. Czarzasty, D. Owczarek, Kryzys gospodarczy i dialog społeczny w Polsce/The Economic Crisis and Social Dialogue in Poland, Instytut Spraw Publicznych, Warszawa 2012. Raport powstał w ramach projektu pt. The economic crisis impact on Industrial relations national systems: Policy responses as key recovery tools zrealizowanego we współpracy z partnerami z Turcji, Chorwacji, byłej Jugosłowiańskiej Republiki Macedonii, Bułgarii i Estonii w okresie grudzień 2011 – listopad 2012. http://www.isp.org.pl/publikacje,1,565.html
  2. D. Ost, Illusory Corporatism in Eastern Europe: Neoliberal Tripartism and Post-Communist Class Identities, „Politics and Society”, Vol. 28 (4), 2000, s. 503–530.
  3. D. Ost, „Illusory Corporatism” Ten Years Later, „Warsaw Forum of Economic Sociology”, 2:1(3), 2011, ss. 19–49. www.sgh.waw.pl/katedry/kase/wfes/atompage.2011–12–23.5124126041/3.2ost_wfes.pdf
  4. Ch. Woolfson, E. Kallaste, „Illusory Corporatism” „Mark 2” in the Baltic States, „Warsaw Forum of Economic Sociology”, 2:1(3), 2011, ss. 51–72. www.sgh.waw.pl/katedry/kase/wfes/atompage.2011–12–23.5124126041/3.3woolfson_kallaste_wfes.pdf
  5. Kryzys gospodarczy i dialog społeczny w Polsce/The Economic Crisis and Social Dialogue in Poland, materiały multimedialne, http://www.youtube.com/watch?v=rspTbbQpPYY
  6. Ibid.

Wspólnoty (ochrony) zdrowia. Spółdzielczość w opiece medycznej

Wśród polityków i w szerokich kręgach społecznych toczy się debata nad reformą służby zdrowia. Proponowane rozwiązania sprowadzają się najczęściej do prywatyzacji placówek medycznych (zwłaszcza poprzez przekształcanie szpitali w spółki prawa handlowego) lub do powrotu do całkowitego etatyzmu w tym sektorze. Jak wskazują doświadczenia różnych państw, żaden z tych biegunów, przy generalnym ograniczeniu funduszy przeznaczonych na ochronę zdrowia, nie jest w stanie zaspokoić rosnących potrzeb społecznych. Zapomina się jednocześnie o innych możliwych rozwiązaniach, które nie zastąpią publicznej służby zdrowia, ale mogą stanowić jej istotne uzupełnienie i zarazem alternatywę wobec prywatyzacji. Rozwiązaniem takim, sprawdzonym w wielu krajach, mogłyby być różnego typu spółdzielnie zdrowia – zarówno użytkowników (tworzone przez potencjalnych pacjentów), producentów (zakładane przez personel medyczny), jak i o mieszanym charakterze.

Korzenie

Zorganizowany ruch spółdzielczy od swych początków był wyczulony na sprawy społeczne, w tym ochronę zdrowia, opiekę swoich członków i środowiska, w którym działał. Już Hrubieszowskie Towarzystwo Rolnicze dla Ratowania się Wspólnie w Nieszczęściach, powołane w 1816 r. przez Stanisława Staszica i uchodzące za pierwowzór późniejszych „prawdziwych” spółdzielni wiejskich, wśród celów wyliczało m.in. organizowanie opieki zdrowotnej czy zespołowejpomocy będącym w potrzebie. W związku z tym założyło ono własny szpitalik i zatrudniało lekarza, roztaczało opiekę nad poszkodowanymi w wyniku klęsk żywiołowych, pożarów, a także nad starcami, kalekami i sierotami.

Wśród prekursorów i twórców spółdzielczości było wielu lekarzy, stanowiących w tamtych czasach elitę intelektualną, lecz także – dzięki swej praktyce – znających z autopsji ogrom biedy i potrzeb najuboższych warstw społeczeństwa. Takimi lekarzami-społecznikami zaangażowanymi w upowszechnianie idei spółdzielczych byli np. dr William King (1786–1865), brytyjski lekarz i filantrop, zwolennik Roberta Owena, redaktor czasopisma „The Cooperator”, które odegrało ogromną rolę w tworzeniu pierwszych brytyjskich spółdzielni1, czy dr Philippe Buchez (1796–1865), francuski lekarz, filantrop i polityk, twórca koncepcji spółdzielni pracy2. Również i na ziemiach polskich mieliśmy piękne przykłady takich ludzi – dr. Karola Marcinkowskiego (1800–1846), poznańskiego lekarza i filantropa, jednego z prekursorów „wielkopolskiego systemu spółdzielczego”, dr. Ignacego Baranowskiego (1833–1913), lekarza i społecznika, jednego z założycieli Towarzystwa Kooperatystów, czy innego współzałożyciela tego Towarzystwa, dr. Rafała Radziwiłłowicza (1860–1930), wybitnego psychiatrę i społecznika, znanego również jako pierwowzór Doktora Judyma.

Początki i rozwój

Za pierwszą nowoczesną inicjatywę tego typu uznaje się spółdzielnię zdrowia w Užičkiej Požedze w Serbii, powstałą w 1920 r. Po 10 latach w regionie tym działało już 59 spółdzielni ze 140 lekarzami3. Były one odwiedzane przez gości z wielu krajów i stały się wzorem dla podobnych inicjatyw w owym czasie – m.in. był tu w 1934 r. Władysław Ciekot, późniejszy lekarz pierwszej polskiej spółdzielni zdrowia w Markowej4.

W latach 30. XX wieku w Japonii rozwinął się system opieki zdrowotnej członków, organizowanej przez spółdzielnie rolnicze. Powstały tam wówczas również pierwsze spółdzielnie zdrowia w miastach dla pracowników o niskich dochodach. Jak się podkreśla, obie te formy odegrały ogromną rolę w edukacji zdrowotnej i prewencji5.

W Stanach Zjednoczonych w 1936 r. powstała spółdzielnia Group Health Association w Waszyngtonie, skupiająca pracowników rządowych i łącząca funkcje ubezpieczeń zdrowotnych i opieki medycznej. Inicjatywa ta napotkała jednak na duży opór ze strony środowiska lekarskiego, widzącego w niej „zamach” na niezależność prywatnej praktyki lekarzy, co zahamowało dalszy rozwój inicjatyw tego typu6. W 1947 r. w Nowym Jorku powstała jednak oparta na analogicznych zasadach Health Insurance Plan of Greater New York dla pracowników miejskich7.

Również Polska należała do krajów pionierskich pod tym względem. Choć już w 1927 r. założona została istniejąca do dziś Kosmetyczno-Lekarska Spółdzielnia Pracy „Izis” w Warszawie, za właściwy początek spółdzielczości zdrowia w naszym kraju uważa się rok 1936 i powstanie z inicjatywy znanego działacza ludowego Ignacego Solarza wiejskiej spółdzielni zdrowia w Markowej na Podkarpaciu. Liczyła ona 500 członków z 7 wsi położonych w promieniu 8 km i obejmujących łącznie 10 tys. mieszkańców. Udział wynosił 10 zł, udzielano ponad 4 tys. porad rocznie. Była to typowa spółdzielnia konsumencka, która zatrudniła stałego lekarza, zaś raz na tydzień dojeżdżał do niej dentysta. Twórcy spółdzielni w Markowej inspirowali się modelem z Užičkiej Požegi. Polska spółdzielnia stała się powszechnie znana, wzmiankowana jest do dziś w publikacjach o historii spółdzielczości8.

Po Markowej powstały inne podobne przedsięwzięcia. Spółdzielnie zdrowia zakładane były zwykle z inicjatywy, przy wsparciu lub wśród członków innych działających już lokalnych spółdzielni. Najczęściej były to spółdzielnie spożywców, jak w Odrowążu w woj. kieleckim, gdzie nowo powstała spółdzielnia zdrowia liczyła 200 członków i otworzyła nawet filię w Niekłaniu, czy w przypadku spółdzielni w pobliskim Busku Zdroju. Inicjatorem bywały też Kasy Stefczyka – w Sochaczewie koło Warszawy miejscowa Kasa udzieliła wysokiej (15 tys. zł) dotacji utworzonej tu spółdzielni zdrowia; podobnie było w Dmitrowiczach koło Brześcia. W Raczkach w woj. suwalskim spółdzielnię zdrowia założyło 1000 członków tamtejszej spółdzielni mleczarskiej. Często udawało się nawiązać współpracę z władzami publicznymi. Wspomniana spółdzielnia w Odrowążu otrzymała wsparcie finansowe samorządu gminnego i powiatowego, które uwarunkowały jej przetrwanie. Inna, w Turośli Kościelnej w woj. białostockim, współdziałała efektywnie z samorządem gminnym i Ubezpieczalnią Społeczną. Znane są również inicjatywy ze Skibniewa w woj. siedleckim czy Śledzionowa na Polesiu. Bolączką spółdzielni było zwykle zatrudnienie stałego lekarza. Udawało się to stopniowo przezwyciężać, niestety wybuch II wojny światowej położył kres dalszemu rozwojowi spółdzielczości zdrowia w Polsce9.

Sposób na kryzys?

Po II wojnie światowej w krajach zachodnich, przeżywających okres prosperity, nie było sprzyjających warunków dla rozwoju spółdzielczości zdrowia. W większości państw Europy Zachodniej realizowano model „państwa opiekuńczego”, w którym władze publiczne zaangażowały się w działania zmierzające do objęcia systemem darmowej opieki medycznej szerokich rzesz ludności. Z kolei w Stanach Zjednoczonych dominowało lecznictwo prywatne, finansowane z kieszeni pacjentów bezpośrednio lub poprzez dobrowolne ubezpieczenia.

Recesja gospodarcza lat 70. poskutkowała kryzysem „państwa opiekuńczego”. Ograniczono wydatki państwa na cele publiczne. Przy wzroście bezrobocia i procesach starzenia się ludności, której potrzebne były coraz bardziej wszechstronne usługi opiekuńcze, doprowadziło to do utrudnionego dostępu coraz szerszych grup do służb medycznych i opieki zdrowotnej. Zaowocowało to poszukiwaniami alternatywnych rozwiązań, m.in. nastąpił wzrost zainteresowania formami spółdzielczymi10. Oto kilka przykładów inicjatyw z tamtych czasów, które przetrwały do dzisiaj.

W hiszpańskim Kraju Basków własny kompleksowy mechanizm opieki zdrowotnej i społecznej, a także emerytalno-rentowej, w postaci towarzystwa wzajemnościowego Lagun-Aro stworzyła w 1970 r. Korporacja Spółdzielcza Mondragon (MCC), olbrzymi podmiot spółdzielczy, w której jądrze tkwiła kooperacja pracy. Wynikało to m.in. z faktu, że ówczesny system ubezpieczeń pracowniczych w Hiszpanii nie obejmował członków spółdzielni (traktowanych jako samozatrudnieni), stało się jednak wzorem efektywnej alternatywy wobec rozwiązań państwowych11.

W Wielkiej Brytanii już w warunkach kryzysu lat 70. obserwowano wzrastającą rolę usług zdrowotnych i społecznych świadczonych przez podmioty związane ze spółdzielczością spożywców. Jednocześnie zaczęły powstawać nowe spółdzielnie „mieszane” (łączące wśród członków użytkowników i pracowników), prowadzące żłobki, domy opieki, świadczące usługi opiekuńcze w miejscu zamieszkania dla osób niepełnosprawnych czy w podeszłym wieku. W wielu przypadkach zawierały kontrakty na realizację konkretnych usług z samorządami. Choć inicjatywy takie tworzono zgodnie z zasadami spółdzielczymi, często nieświadome były swojego „spółdzielczego charakteru”, a ze względów formalnych rejestrowano je jako organizacje charytatywne12.

Z podobnymi zjawiskami mieliśmy do czynienia w Szwecji. Wobec pogłębiającego się kryzysu dotychczasowego systemu państwowego, skutkującego redukcją i łączeniem placówek publicznych oraz rozwojem lecznictwa i usług prywatnych, organizowaniem opieki zdrowotnej i społecznej zajęły się z jednej strony spółdzielczość mieszkaniowa (HSB – centra opieki społecznej, głównie dla osób starszych i dzieci), ubezpieczeniowa (Folksam – służba zdrowia dla osób ubezpieczonych w tej organizacji) czy spożywców (KF – otwieranie placówek medycznych i paramedycznych przy supermarketach). Z drugiej zaś strony wystąpił ogromny ruch tworzenia „nowych” (zwanych też nieraz „alternatywnymi”) spółdzielni i innego typu przedsiębiorstw społecznych. Są to zarówno spółdzielnie użytkowników, pracy, jak i „mieszane” – prowadzące żłobki i przedszkola, opiekę w miejscu zamieszkania i inne usługi dla osób starszych i niepełnosprawnych, gabinety lekarskie, zabiegowe, fizjoterapeutyczne i wiele podobnych. Typową drogą ich powstawania było tworzenie spółdzielni pracy przez grupę „zredukowanego” personelu medycznego (czasem przez przejęcie czy korzystanie z wyposażenia placówki publicznej, oddziału szpitalnego itp.) i oferowanie swoich usług na zewnątrz, bądź powołanie spółdzielni użytkowników przez grupę pacjentów, rodziców małych dzieci, osób niepełnosprawnych. Na początku XXI w. działało w Szwecji ponad 1200 spółdzielni i przedsiębiorstw społecznych w samym tylko sektorze zdrowia (nie licząc opieki społecznej i innych usług). Miały one 2–4% udziału w rynku, w większości przypadków zawierając kontrakty z samorządami. Sprzyjała temu działalność regionalnych Agencji Rozwoju Spółdzielczości (LKU), świadczących im wszechstronną pomoc na etapie tworzenia i rozruchu. Model szwedzki stał się wzorem dla wielu podobnych rozwiązań w innych krajach13.

We Włoszech już od końca lat 70. powstawały spontanicznie spółdzielnie socjalne jako specyficzna forma spółdzielni pracy. W 1991 r. ich istnienie usankcjonowano specjalną ustawą, która przyznaje korzystne warunki działania i określa dwa typy spółdzielni. Jeden z nich zwany jest typem „A” (od odpowiedniego punktu w ustawie) i zajmuje się właśnie prowadzeniem działalności na polu ochrony zdrowia, opieki społecznej oraz innych usług społecznych, edukacyjnych i kulturalnych. Obecnie jest ich w całych Włoszech ponad 5 tys., znaczna część świadczy usługi o charakterze medycznym i opiekuńczym adresowane do osób starszych, niepełnosprawnych fizycznie i umysłowo, uzależnionych itp., zarówno we własnych ośrodkach (domy opieki, przychodnie, domy seniorów), jak i w miejscu zamieszkania usługobiorców. Spółdzielnie z zasady współpracują z samorządami terytorialnymi, zawierają kontrakty na realizację określonych usług, działają też na wolnym rynku, często biorąc udział (i wygrywając) w przetargach publicznych14.

Podobnych inicjatyw, choć może nie o tak spektakularnym sukcesie, było w krajach Europy Zachodniej znacznie więcej. We Francji na przykład w podobnym okresie rodzice dzieci niepełnosprawnych umysłowo tworzyli spółdzielnie prowadzące opiekę i rehabilitację dzieci.W Portugalii powstawały spółdzielnie zdrowia zakładane przez lekarzy, a także spółdzielnie (użytkowników) opieki nad niepełnosprawnymi15.

Nie tylko Europa

Według badań przeprowadzonych przez ONZ pod koniec XX w. spółdzielnie zdrowia istnieją na wszystkich kontynentach, w ok. 50 krajach zarówno rozwijających się, jak i rozwiniętych. Aktywne są we wszystkich obszarach ochrony zdrowia i opieki społecznej, a z ich usług korzysta ok. 100 mln gospodarstw domowych16.

Na podstawie danych z badań ONZ stworzyć można typologię różnych form występujących w spółdzielczości w sektorze zdrowia i opieki społecznej na świecie:

Rodzaj usług Typ Stopień
Zdrowia
Opieki społecznej
Apteki spółdzielcze
Wspierające
Ubezpieczeń zdrowotnych
Farmaceutyczne
Użytkowników
Pracy
Przedsiębiorców
Mieszane
Osób prawnych
Podstawowy
Ponadpodstawowy
Placówki nie będące same spółdzielniami prowadzone przez inne spółdzielnie (organizacje spółdzielcze)

Występuje tu zatem ogromne bogactwo możliwych form. Mogą więc istnieć np. spółdzielnia zdrowia typu spółdzielni pracy (lekarzy) stopnia podstawowego; konsorcjum (spółdzielnia ponadpodstawowa) spółdzielni opieki społecznej (np. prowadzących domy seniora); spółdzielnia typu mieszanego (zrzeszająca np. personel medyczny, opiekuńczy i rodziny osób w podeszłym wieku). Ujmuje to wszystko uznana na świecie definicja spółdzielni zdrowia, opracowana przez Międzynarodową Organizację Spółdzielni Zdrowia (IHCO), jedną z wyspecjalizowanych agend Międzynarodowego Związku Spółdzielczego. Mówi ona, iż Spółdzielnia zdrowia jest autonomicznym, kolektywnym i demokratycznie kontrolowanym przedsiębiorstwem, którego głównym celem jest zaspokojenie potrzeb swoich członków poprzez świadczenie usług wspierających, utrzymujących i poprawiających ich zdrowie i warunki ich życia, bądź poprzez zapewnienie samozatrudnienia osobom pracującym zawodowo na rzecz zdrowia. Może być ona własnością i zarządzana przez użytkowników, dostawców usług, bądź łącznie przez jednych i drugich oraz może również obejmować członków z szerszej społeczności17.

Poza zaprezentowanymi inicjatywami z kilku krajów w różnych regionach Ziemi pojawiły się także inne rozwiązania w zakresie spółdzielczości zdrowia, traktowanych często jako modelowe lub rokujące szanse pomyślnego rozwoju. Większość z nich (poza północnoamerykańskimi) opiera się na zasadzie współpracy pojedynczych spółdzielni, które powoływały swoje struktury wyższego rzędu (sieci, federacje, konfederacje, konsorcja, fundacje itp.), regionalne lub ogólnokrajowe, ułatwiające tę współpracę i zajmujące się promocją spółdzielczego modelu opieki medycznej. Ważna okazała się również ich elastyczność w tworzeniu różnorodnych form, łączenie rozmaitych kierunków działalności (np. ubezpieczeń zdrowotnych i opieki medycznej) i dostosowywanie do zmieniających się potrzeb społecznych.

Brazylijski UNIMED uchodzi za największy i najlepiej zorganizowany system spółdzielni medycznych nie tylko w Ameryce Łacińskiej, ale i na całym świecie. Pierwsza jego spółdzielnia założona została w Santos w 1967 r. przez grupę lekarzy niezadowolonych z pracy w publicznej służbie zdrowia. W 1969 r. było już ponad 30 takich spółdzielni, głównie w stanie Sao Paulo; lata 70. przyniosły dalszy rozwój systemu w całym kraju. Obecnie istnieje 367 spółdzielni zrzeszonych w tworzonych już od lat 70. federacjach stanowych, które z kolei tworzą konfederację krajową, powstałą w 1985 r. Posiadają 18 mln klientów, zatrudniają 112 tys. lekarzy, prowadzą 73 tys. placówek, w tym 3 tys. nowoczesnych szpitali. Ich działalność pokrywa 83% terytorium kraju, zaś udział w rynku usług medycznych wynosi 38%. Poza opieką medyczną UNIMED prowadzi szeroką działalność na rzecz zdrowego odżywiania się, ochrony środowiska, edukacji zdrowotnej, promocji sportu – częściowo poprzez własną fundację18.

W pobliskiej Kolumbii istnieje SaludCoop, założona w 1994 r. jako organizacja o mieszanym członkostwie – spółdzielni zdrowia i stowarzyszeń reprezentujących pacjentów. Jej celami są promowanie i rozwój spółdzielczych form w służbie zdrowia, polepszenie jakości usług zdrowotnych oraz zapewnienie członkom dostępu do infrastruktury i najnowszych technologii medycznych. Opieka zdrowotna oparta jest na własnym systemie mikroubezpieczeń (składki miesięczne). W 1998 r. SaludCoop otworzył pierwszą wielooddziałową klinikę w Bogocie, a obecnie działa już 36 takich placówek w głównych miastach kraju. W organizacji jest dziś zrzeszonych 27 spółdzielni, z których usług korzysta 5,2 mln osób, co pokrywa 28% rynku usług zdrowotnych Kolumbii. SaludCoop prowadzi także działalność edukacyjną, społeczną, kulturalną itp.19, a jej współzałożyciel i obecny prezes Carlos Gustavo Palacino Antía stał się znanym działaczem spółdzielczym w skali kontynentu amerykańskiego, a nawet całego świata. Niestety w 2011 r., wobec narastających problemów finansowych pionu ubezpieczeniowego SaludCoop, ustanowiony został nad nim przejściowy nadzór państwowy. Oba modele – brazylijski i kolumbijski – są w różnym stopniu naśladowane w innych krajach Ameryki Południowej, gdzie nadal dla szerokich rzesz ludności dostęp do służby zdrowia jest utrudniony i kosztowny.

W Ameryce Północnej sytuacja jest odmienna. W Kanadziesłużba ta finansowana jest głównie ze środków publicznych. Opieka medyczna świadczona jest nieodpłatnie w placówkach prywatnych, non-profit i publicznych. Znaczną autonomię w prowadzeniu polityki zdrowia posiadają poszczególne prowincje. Rola spółdzielni zdrowia jest więc znacznie ograniczona – działając na otwartym rynku, muszą być konkurencyjne, przy tym na mocy obowiązujących przepisów spółdzielnie użytkowników winne być dostępne dla wszystkich pacjentów, nie tylko członków. Jednak w związku z niedomaganiami dotychczasowych rozwiązań obserwuje się ostatnio wzrost zainteresowania tą formą. Jak wskazują dane z raportu przygotowanego w 2007 r., w całym kraju działało 117 spółdzielni zajmujących się medycyną tradycyjną i alternatywną, paramedycyną czy opieką społeczną. Brak jest organizacji ogólnokrajowej, istnieją tylko prowincjonalne. Najaktywniejsza na tym polu jest francuskojęzyczna prowincja Quebec, w której zresztą od dawna występuje szczególnie silne zainteresowanie różnymi formami gospodarki społecznej, w tym spółdzielczością. Znajduje się tu 66% wszystkich kanadyjskich spółdzielni zdrowia, tj. 77 jednostek zrzeszonych w dwie federacje; prowadzą one 21 klinik. Większość z nich powstała w latach 2000–2007 (najstarsza w 1995 r.), obecnie tworzy się 10 nowych. Funkcjonują przeważnie na szczeblu miasta i okolicy, ale wśród nich istnieje jedna uniwersytecka i jedna obejmująca działalnością cały region. Znaczna część (81%) to spółdzielnie o charakterze „mieszanym”, nazywane „spółdzielniami wielu interesariuszy” (multi-stakeholder cooperatives) lub „spółdzielniami solidarności”. Co charakterystyczne, w ostatnich wyborach prowincjonalnych w Quebeku spółdzielcza alternatywa w systemie zdrowia pojawiała się jako jeden z ważnych elementów kampanii wyborczych. Można więc oczekiwać dalszego rozwoju spółdzielczości tego typu20.

W Stanach Zjednoczonych system ochrony zdrowia jest zupełnie inny i nader skomplikowany (istnieją niezależne systemy federalny, stanowy, lokalny, które często zachodzą na siebie), oparty na placówkach prywatnych. Aż do wprowadzanej od niedawna reformy brak było powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych. Rządowy system ubezpieczeń obejmował tylko 27,3% ludności (najuboższych, liczących ponad 65 lat i wojskowych). Pozostali zmuszeni są do wykupywania różnego rodzaju prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych, co sprawiało, że kilkadziesiąt milionów Amerykanów pozostawało bez żadnego ubezpieczenia! Mimo że doświadczenia spółdzielcze w służbie zdrowia pochodzą tu jeszcze z czasów przedwojennych, rola spółdzielni zdrowia jest ograniczona. Traktowane są one głównie jako narzędzie obniżenia kosztów opieki i ubezpieczenia, gdyż z reguły łączą w sobie działalność prowadzenia ubezpieczeń zdrowotnych (dla klientów indywidualnych i firm) i opieki medycznej poprzez własne przychodnie, kliniki, apteki czy szpitale. Nie posiadają własnej organizacji czy to szczebla stanowego, czy federalnego.

Obecnie działa w USA zaledwie 13 spółdzielni – jednak zwykle są to jednostki bardzo duże, funkcjonujące na szczeblu stanu lub nawet kilku stanów. Największa, obejmująca stany Waszyngton i Idaho – Group Health – założona została w 1947 r. przez członków związków zawodowych, farmerów i członków innych spółdzielni, dla których dostęp do prywatnej służby zdrowia był zbyt kosztowny. Obecnie Group Health zrzesza prawie 600 tys. członków, wykazuje 2,5 mld dolarów obrotów rocznie, zatrudnia prawie 1000 lekarzy. Poza tym w Stanach Zjednoczonych istnieją zorganizowane jako spółdzielnie pracy małe, lokalne, ewentualnie regionalne spółdzielnie sprawujące opiekę w miejscu zamieszkania klientów – osób starszych, niepełnosprawnych, małych dzieci itp.21

Stary kontynent, nowe perspektywy

W Europie spółdzielczość w sektorze zdrowia jest szczególnie silnie rozwinięta w Hiszpanii. Samych tylko aptek spółdzielczych jest tu 18 tys. – posiadają one 85% udziału w farmaceutycznym rynku detalicznym. Istnieje również ok. 60 spółdzielni zdrowia, tworzonych jako alternatywa wobec systemu publicznego – ich udział w rynku sięga obecnie ok. 20%.

Powstawały głównie z inicjatywy dr. Josepa Espriu (1914–2002), wybitnego katalońskiego lekarza i społecznika z Barcelony. Rozwinął on ideę zintegrowanej spółdzielczości zdrowia, opartej o cztery zasady: wolnych i dobrej jakości usług medycznych, wolnego wyboru lekarzy przez pacjentów, niezależności personelu medycznego oraz współzarządzania placówkami zdrowia przez personel medyczny i pacjentów. W 1989 r. w Barcelonie powołano fundację, nazwaną od jego imienia Fundación Espriu, której założycielami były trzy duże spółdzielnie: spółdzielnia użytkowników-pacjentów SCIAS z Barcelony (licząca 170 tys. członków), spółdzielnia pracy lekarzy z tego miasta ASC (5 tys.) oraz ogólnokrajowa spółdzielnia pracy lekarzy Lavinia (20 tys.). Głównym celem działania fundacji jest promocja w kraju i za granicą modelu spółdzielczości zdrowia dr. Espriu, a także prowadzenie studiów i badań naukowych nad spółdzielczością zdrowia, organizacja kursów, seminariów, konferencji i szkoleń dla spółdzielni zdrowia oraz prowadzenie dokumentacji, udostępnianie informacji, wydawanie książek i czasopism. Wśród tych ostatnich szczególnie ważny jest kwartalnik „Compartir”(publikowany również w wersji angielskojęzycznej), podejmujący wiele aktualnych zagadnień medycyny, ochrony zdrowia i spółdzielczości.

Ponadto fundacja ma własne towarzystwo ubezpieczeń zdrowotnych ASISA i prowadzi szpital w Barcelonie, będący jednym z najbardziej wzorcowych przykładów wielkiej placówki zdrowia współzarządzanej przez lekarzy i pacjentów. Jest obecnie jako całość, poprzez zrzeszone organizacje, czwartym pod względem wielkości spółdzielczym dostawcą usług medycznych na świecie. Działacze wywodzący się z Fundación Espriubyli jednymi z inicjatorów powstania Międzynarodowej Organizacji Spółdzielczości Zdrowia przy Międzynarodowym Związku Spółdzielczym (IHCO); chętnie udzielają pomocy w rozwoju spółdzielczości zdrowia na świecie22.

Podobne cele miała szwedzka ogólnokrajowa spółdzielnia osób prawnych (jej członkami są spółdzielnie różnego typu i przedsiębiorstwa społeczne sektora zdrowia) MEDICOOP, utworzona w 1998 r. z inicjatywy m.in. znanego działacza spółdzielczego Pera-Olofa Jönssona. Zajmowała się ona promowaniem modelu współzarządzania przez personel medyczny i pacjentów placówkami służby zdrowia, działaniami na rzecz lepszego uznania przez władze publiczne spółdzielni i innych przedsiębiorstw społecznych w systemie zdrowia oraz efektywniejszego transferu środków publicznych do sektora pozarządowego czy propagowaniem zdrowego odżywiania, zdrowego stylu życia, alternatywnej medycyny, prewencji i rehabilitacji zamiast niepotrzebnej często hospitalizacji. W ostatnich latach jednak aktywność tej pożytecznej inicjatywy praktycznie zamarła23.

We Włoszech, w związku z pogłębianiem się w ostatnich latach kryzysu systemu służby zdrowia i opieki społecznej, co przyniosło redukcję i łączenie placówek publicznych oraz wkraczanie firm prywatnych na opuszczone pola, coraz większą rolę zaczęły odgrywać inne spółdzielcze formy opieki społecznej i zdrowotnej, nie tylko w postaci wspomnianych spółdzielni socjalnych typu „A”. Są to spółdzielnie lekarskie, spółdzielnie opieki zdrowotnej i medycznej, spółdzielnie farmaceutyczne oraz współpracujące z nimi towarzystwa wzajemnych ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych (traktowane we Włoszech jako część sektora spółdzielczego).

W 2010 r. powołana została w ramach Confcooperative – jednej z trzech wielkich włoskich central spółdzielczych, mającej chrześcijańsko-demokratyczne korzenie – federacja spółdzielni zdrowia FederazioneSanita. Zrzesza ona 300 spółdzielni (z czego 64% stanowią spółdzielnie socjalne o celach opieki zdrowotnej), liczących 60 tys. członków, w tym 2,6 tys. lekarzy. Jej głównymi celami są: promowanie nowego podejścia do rozwiązania problemu opieki medycznej poprzez integrację różnych jego elementów, promowanie opieki domowej w miejsce kosztownej i często nieprzyjaznej pacjentom – zwłaszcza starszym – opieki szpitalnej oraz lobbowanie na rzecz nowych regulacji prawnych w systemie zdrowia publicznego24.

Jak wskazują doświadczenia wielu krajów, zarówno rozwijających się, jak i rozwiniętych, o dobrze zorganizowanych nowoczesnych systemach opieki medycznej i dopiero je tworzących, o rozbudowanych systemach powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych i nie posiadających ich, wszędzie spółdzielczość zdrowia i opieki społecznej może odegrać ważną rolę jako alternatywa lub uzupełnienie publicznej czy prywatnej służby zdrowia, a czasem nawet jako główny aktor. Niezbędny jest tu jednak nie tylko właściwy stosunek do niej władz państwowych, lecz przede wszystkim wiedza i informacja o istocie i możliwej do odegrania roli spółdzielczości wśród samorządów i społeczeństwa. Po spełnieniu takich warunków dopiero możliwa będzie rzetelna dyskusja nad potencjalną rolą spółdzielni w naprawie systemu opieki zdrowotnej – spółdzielni, które ze swego założenia nie są instytucjami nastawionymi na zysk, lecz na realizację potrzeb swoich członków i społeczności, w których oni żyją.

Przypisy:

  1. Zob.: Jack Schaffer, Historical Dictionary of the Cooperatives Movement, Md., & London 1999, s. 280.
  2. Ibid., s. 168.
  3. Johnston Birchall, The international co-operative movement, Manchester and New York 1997, s. 29.
  4. Kinga Jastrzębska-Chełminiak, Szczepan Ciekot. Życie i działalność społeczno-kulturalna, Akademia Podlaska, Wydział Humanistyczny, Siedlce 2008, praca magisterska, mps, s. 48.
  5. Johnston Birchall, op. cit., s. 29.
  6. Ibid., ss. 28–29.
  7. Ewell Paul Roy, Cooperatives: Today and Tomorrow, Illinois 1969, ss. 65–66.
  8. Władysław Rusiński, Zarys historii polskiego ruchu spółdzielczego. Część II 1918–1939, Warszawa 1980, s. 188; Johnston Birchall, op. cit., s. 29.
  9. Władysław Rusiński, op. cit., ss. 188–189, 246.
  10. Zob.: Johnston Birchall op cit., ss. 29–30.
  11. Ibid., s. 102; o Korporacji Spółdzielczej Mondragon więcej np. w: Adam Piechowski, Alternatywne modele rozwoju spółdzielczości w krajach Unii Europejskiej, Warszawska Wyższa Szkoła Ekonomiczna, Zeszyty Naukowe, nr 13 Rok IV/2000, ss. 30–33.
  12. Johnston Birchall, op. cit., ss. 115–116.
  13. Ibid., s. 116; o szwedzkich „nowych” spółdzielniach więcej np. w: Adam Piechowski, Alternatywne modele… op. cit., ss. 33–36; zob. też: Per-Olof Jönsson, Description on the Role of Swedish Health Co-ops, International Seminar on Health Care and Co-operatives Health Care Systems and Social Economy, Barcelona 20.04.2005.
  14. Zob. szerzej: Carlo Borzaga, Alceste Santuari, Przedsiębiorstwa społeczne we Włoszech, Warszawa 2005; należy pamiętać, że spółdzielnie określane w Polsce jako „spółdzielnie socjalne” odpowiadają wyłącznie włoskiemu „typowi B” spółdzielni socjalnych, powstających w celu tworzenia miejsc pracy dla osób bezrobotnych i wykluczonych.
  15. Johnston Birchall, op. cit., s. 116.
  16. Cooperative Enterprises in the Health and Social Care Sector. A Global Survey, Geneva 1997.
  17. Health and Social Care Cooperatives Knowledge Base Project, 2007, druk IHCO: KBP07. Quest. Assoc-ENG.
  18. www.unimed.com.br
  19. www.saludcoop.coop
  20. Health co-ops around the World/North-America – Canada , IHCO, 2007, raport dostępny na stronie http://www.usherbrooke.ca/irecus/fileadmin/sites/irecus/documents/ihco_jeanpierre_girard/coops_world_anglais/canada_anglais.pdf
  21. Health co-ops around the Word/North-America – USA, IHCO, 2007, raport dostępny na stronie http://www.usherbrooke.ca/irecus/fileadmin/sites/irecus/documents/ihco_jeanpierre_girard/coops_world_anglais/usa_anglais.pdf.
  22. www.fundacionespriu.coop
  23. Per-Olof Jönsson, op. cit.
  24. http://www.federazionesanita.confcooperative.it

Do nich należy przyszłość?

Cechują ich młody wiek, energia i zdeterminowanie w walce o prawa pracownicze. Młode osoby przełamują stereotypy dotyczące związków zawodowych.

Ponad dwadzieścia lat po transformacji ustrojowej uzwiązkowienie w Polsce jest wyjątkowo niskie w porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej. Ta niekorzystna tendencja jest szczególnie widoczna wśród pokolenia, które dopiero od niedawna pracuje zarobkowo. Jednak również w naszym kraju pojawiają się młode osoby, które nie dość, że zapisują się do związków, to jeszcze dzięki zaangażowaniu i energii odgrywają w swoich regionach i przedsiębiorstwach znaczącą rolę.

Reprezentują rozmaite branże, pochodzą z różnych regionów kraju, jedni określają siebie prawicowcami, inni socjalistami. Łączą ich jednak – oprócz młodego wieku – sprzeciw wobec niesprawiedliwości i patologii, które generuje wolnorynkowy system gospodarczy, przekonanie, że nie należy być biernym i warto walczyć o swoje prawa, a także świadomość tego, że nieprawdziwa jest propaganda mediów mówiąca o związkach zawodowych jako „anachronicznym przeżytku”.

Młodość dodaje im skrzydeł

NSZZ „Solidarność” to obecnie najliczniejsze i najbardziej rozpoznawalne zrzeszenie pracowników w Polsce. Nic więc dziwnego, że część młodych osób, które decydują się na przystąpienie do związku, wybiera właśnie tę centralę. Tak zrobili m.in. 29-letni Michał Kukuła oraz 28-letni Damian Krakowski, którzy zakładali organizację związkową w firmie meblarskiej Swedwood West w Chlastawie w woj. lubuskim. Pierwszy z nich został nawet przewodniczącym związku w zakładzie. Jego działalność, podobnie jak innych moich rozmówców, ma charakter społeczny – nie pobierają za nią wynagrodzenia.

Wszystko zaczęło się, kiedy pod naszą firmą dział rozwoju NSZZ „Solidarność” prowadził kampanię ulotkową. Założyliśmy związek z kolegami pod koniec lipca 2012 r. Działamy więc dopiero od kilku miesięcy, ale pozyskaliśmy już ponad 70 członków, a z każdym miesiącem jest ich coraz więcej. W Swedwood West pracuje 3 tysiące ludzi. Trudno dotrzeć do tak dużej grupy. Zauważyliśmy, że tylko indywidualne spotkania poza pracą są skuteczne. Wiele osób, z którymi rozmawiamy, jest zainteresowanych przynależnością do związku, ale sami się nie zgłaszają i dlatego właśnie my staramy się do nich docierać. Jeśli chodzi o młodych, to wielu z nich już się zapisało i stanowią oni sporą część naszej grupy. Są jednak tacy, którzy nie mają umów na stałe i boją się, że zostaną zwolnieni. Aby umożliwić im przynależność do związku, w porozumieniu z zarządem regionu zdecydowaliśmy, że takie osoby mogą wpłacać składkę bezpośrednio na konto, a nie przez kadry firmy, dzięki czemu pozostają anonimowe – tłumaczy Michał Kukuła.

Mój rozmówca wyjaśnia, że rozpoczęcie przez niego przygody z działalnością związkową nie było przypadkowe. – Od zawsze lubiłem działać społecznie. Zanim zaangażowaliśmy się w „Solidarność”, brałem udział np. w manifestacji pod stadionem Lecha Poznań przeciwko decyzji o zamknięciu stadionów dla kibiców po „prowokacji bydgoskiej”. Rozdawałem tam ulotki portalu Niezależna.pl. Aktywna działalność w związku jest konsekwencją moich przekonań. Lubię to robić i daje mi to ogromną satysfakcję. Kiedy pięć lat temu założyłem rodzinę i wszedłem w dorosłe oraz odpowiedzialne życie, zobaczyłem, jak ciężko w Polsce utrzymać siebie i swoich bliskich, nawet gdy się ciężko pracuje. Mam nadzieję, że to, co robię dziś, wpłynie na poprawę sytuacji młodych ludzi, a moje dzieci w przyszłości, gdy dorosną, będą mieć lepiej niż ja – mówi Kukuła.Zła sytuacja pracowników była również powodem zaangażowania się w działalność związkową w przypadku Damiana Krakowskiego. – Niestety w firmach prywatnych bardzo często nie przestrzega się praw pracowniczych. Spotkałem się z wieloma takimi przypadkami w miejscach, gdzie pracowałem. Trzeba z tym walczyć. Uważam, że lepiej działać w ramach jakiejś zbiorowości, a nie indywidualnie, bo wtedy ma się większe szanse na sukces w sytuacji konfliktu z pracodawcą – twierdzi.

Młodzi związkowcy podejmują liczne działania zarówno w zakładzie pracy, jak i poza nim. – Bierzemy aktywny udział w negocjacjach układu zbiorowego z zarządem spółki Swedwood Poland, nawiązujemy kontakty ze związkami zawodowymi z całej Europy, mamy już na koncie kilka udanych interwencji w sprawach pracowniczych, m.in. wynegocjowaliśmy podwyżki dla pracowników w 2013 roku – wymienia Michał Kukuła. – Ponadto staramy się uczestniczyć w ogólnopolskich demonstracjach „Solidarności” oraz angażujemy się w akcje w innych zakładach pracy – obecnie przygotowujemy się do strajku przeciwko masowym zwolnieniom w szpitalu w Świebodzinie [rozmawialiśmy w grudniu – przyp. B.O.] – dodaje Damian Krakowski.

Związkowcy z Chlastawy dostrzegają, że w Polsce ich rówieśnicy wciąż w niewielkim stopniu angażują się w działalność związkową. – Problemem jest bardzo mała świadomość młodych ludzi. Aby coś się zmieniło w tej kwestii, potrzebna jest zmiana prawa, wzmacniająca rolę związków zawodowych. Niezwykle istotna jest również edukacja – w szkołach powinno się mówić o znaczeniu takich organizacji. Od kilku miesięcy zastanawiam się, jak dotrzeć do młodych ludzi. Wydaje mi się, że moglibyśmy organizować pokazy filmów o tematyce patriotycznej, historycznej i związkowej. Planuję zorganizowanie pokazu kilku takich filmów połączonego z wykładem. Młodzi powinni działać w związkach, bo tylko w ten sposób możemy poprawić sytuację w kraju. Zmiana władzy nie gwarantuje nam poprawy standardów życia – to związki muszą na rządzie wymuszać polepszenie sytuacji materialnej zwykłych ludzi – twierdzi Michał Kukuła.

Solidarni w walce

Pracownicy z młodego pokolenia działają w strukturach „Solidarności” również w innych zakładach. Jedną z takich firm jest duński koncern Jysk, który posiada w naszym kraju sieć sklepów z wyposażeniem wnętrz. W centrum dystrybucji w Radomsku przewodniczącym zakładowej „Solidarności” jest 34-letni Tomasz Jamrozik, natomiast w lubelskim sklepie pracuje i pełni obowiązki związkowca Michał Dobrzański, który ma 32 lata. – Mój akces do związku był związany z przystąpieniem do niego kilku znajomych z pracy, którzy są w podobnym wieku. Doszło do tego wskutek niekorzystnej sytuacji w firmie. Wielu osobom z całej Polski zredukowano cały etat do 1/2 lub 3/4 etatu bez podania jakiejkolwiek przyczyny. Oficjalnym powodem był szalejący kryzys. Jak się okazało później, decyzja ta była spowodowana tym, że pracownik niepełnoetatowy jest oszczędnością dla firmy – nie trzeba mu wypłacać wyższych stawek za nadgodziny. Uważam, że moją firmę stać na utrzymywanie pełnoetatowych pracowników, a nawet na wypłatę za nadgodziny, jeśli zachodzi taka konieczność. W moim odczuciu była to maksymalizacja zysku firmy kosztem pracowników najniższego szczebla, a moje zapisanie się do „Solidarności” było wyrazem sprzeciwu wobec takiego działania– opowiada Michał Dobrzański.

Jak przekonuje Tomasz Jamrozik, istnieje duży rozdźwięk pomiędzy tym, jak traktowani są pracownicy w zakładach Jysk w Danii a ich sytuacją w Polsce – centrala firmy w Danii wręcz narzuca zasady koleżeństwa i współpracy. – U nas niestety od początku wyglądało to zdecydowanie gorzej. W Radomsku do „Solidarności” zapisało się około 120–130 osób, a głównym powodem było wprowadzenie przez pracodawcę równoważnego systemu czasu pracy, niekorzystnego dla załogi. Po tych zmianach możliwa była praca nawet po 12 godzin dziennie. To spowodowało, że również i ja w 2011 roku zdecydowałem się wstąpić do związku. Natomiast „Solidarność” istnieje u nas od 2009 roku. Średnia wieku związkowców w moim zakładzie wynosi poniżej 30 lat – wyjaśnia.

Pomimo dość częstych w Polsce niezbyt dobrych obiegowych opinii na temat związków, moi rozmówcy widzą sporo korzyści związane z działalnością tego typu. – Przynależność i aktywność w takiej formie dają mi pewnego rodzaju wsparcie. Mam świadomość, że mogę zwrócić się do kogoś z problemem związanym z pracą. Według mnie tylko zrzeszanie się pracowników w związki zawodowe może zmienić coś na lepsze w zakresie warunków zatrudnienia, przestrzegania prawa pracy i przepisów BHP. Dzięki temu nasz wysiłek może stać się nie tylko bezpieczny, ale też bardziej efektywny. Pojedyncza osoba jest na straconej pozycji w rozmowach z dużą firmą, natomiast zrzeszenie pracowników może wypracować kompromis z pracodawcą. Trzeba tylko chcieć coś zmienić – mówi Michał Dobrzański.

Opinię tę podziela Tomasz Jamrozik. – Aktywność związkowa absorbuje dużo mojego czasu, a przecież muszę jeszcze pracować w zakładzie jako starszy magazynier. Ale mimo to chcę działać i walczyć o swoje prawa, zamiast wyjeżdżać za granicę i zostawiać rodzinę. Ta walka niekiedy nie jest łatwa, bo pracodawcy w Polsce niszczą związki zawodowe i, korzystając z tego, że jest spore bezrobocie, zastraszają pracowników. Efektem jest niskie uzwiązkowienie, szczególnie wśród młodych. Mimo to warto podjąć tę walkę, bo zauważyliśmy, że jeśli opór związku ma charakter trwały, to po pewnym czasie pracodawca ustępuje, a z tego wynikają realne korzyści dla każdej ze stron – wymienia Tomasz Jamrozik.

Młodzi związkowcy z firmy Jysk wykazują się sporą aktywnością nie tylko w miejscu pracy. – Oprócz typowych zajęć, takich jak np. prowadzenie cyklicznych spotkań komisji oddziałowej, wyjaśnianie spraw bieżących – odwołanie od kar nakładanych przez pracodawcę na pracownika czy opiniowanie wewnątrzzakładowego regulaminu pracy – uczestniczę w organizacji wyjazdów na ogólnopolskie protesty „Solidarności”: ostatnio marsz „Obudź się Polsko!” czy demonstracje przeciwko reformie emerytalnej. Ponadto mam świadomość tego, że związek musi się rozwijać i dlatego istnieje potrzeba tworzenia nowych sposobów działania. Poza pełnieniem funkcji przewodniczącego w Centrum Dystrybucji jestem też członkiem Rady Podregionu Radomsko NSZZ „Solidarność” i rozważam zorganizowanie w moim mieście otwartego dnia „Solidarności”, podczas którego mieszkańcy mogliby się spotkać zarówno z szeregowymi związkowcami, jak i z bardziej znanymi postaciami – opowiada Tomasz Jamrozik.

Zgodnie z przekonaniami

Drugą pod względem wielkości centralą pracowniczą jest Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, w którego skład wchodzą mniejsze podmioty branżowe. Również ten związek może pochwalić się grupą młodych osób walczących o poprawę warunków pracy w swoich zakładach. Na ich potrzeby utworzono specjalną komórkę związkową – Komisję Młodych OPZZ.

Jedną z takich osób jest 34-letni Jarosław Przęczek, członek Związku Zawodowego Meblarze RP, zrzeszonego w OPZZ. Pracuje on jako tapicer w firmie BRW Sofa w Nidzicy w woj. warmińsko-mazurskim. Obecnie pełni również funkcję sekretarza związku w nidzickim przedsiębiorstwie oraz przewodniczącego Rady Powiatu OPZZ. Swoją przygodę ze związkiem rozpoczął w 2009 r. po namowie kolegi. – Mój znajomy jest przewodniczącym organizacji związkowej w zakładzie i namówił mnie, żebym się zapisał. Wiedziałem, że mogę pomóc, bo skończyłem studia o kierunku administracja i umiem interpretować przepisy prawne i dokumenty. Jeszcze przed przystąpieniem interesowałem się prawami pracowniczymi – mówi.

Mój rozmówca bardzo poważnie podchodzi do obowiązków wynikających z funkcji związkowych i stara się uświadamiać kolegów i koleżanki w kwestii ich praw pracowniczych. – Nie ukrywam, że jestem socjalistą z przekonania i dlatego staram się w zakładzie zwracać przede wszystkim uwagę na interesy pracowników. Wychodzę z założenia, że człowieka nie da się określić matematycznie, poprzez rachunek zysków i strat, więc trzeba zwracać uwagę w pierwszej kolejności na jego potrzeby. Nie godzę się z tym, że w naszym kraju pracownik jest wyzyskiwany do cna, a potem zwalniany. Dlatego staram się uświadamiać ludziom, że organizacje pracownicze są potrzebne, bo gdyby nie one, to nie istniałyby świadczenia socjalne gwarantowane pracownikom. Poza tym tłumaczę, że jako związek posiadamy możliwości i środki prawne, żeby np. wymóc podwyżki. Młodzi ludzie właśnie dlatego powinni się zrzeszać, ponieważ jest to najlepszy sposób komunikacji pomiędzy załogą a pracodawcą. Dodam, że mimo moich jasno sprecyzowanych poglądów zauważyłem, że w samych związkach nie ma podziału na lewicę i prawicę, niewierzących i religijnych itp. Wszyscy reprezentujemy tych wyzyskiwanych i występujemy przeciwko wyzyskującym.

Jak zapewnia mój rozmówca, w działalności konieczna jest bezkompromisowa postawa. – Często bywam szykanowany przez pracodawcę właśnie dlatego, że upominam się o interesy pracowników w zakładzie. Zarówno ja, jak i wielu moich kolegów – związkowców z OPZZ i ZZ Meblarzy RP z Nidzicy – nie boimy się otwarcie krytykować pracodawcy za jego poczynania, jeśli według nas stoją one w sprzeczności z dobrem załogi. Działalność w związku zabiera mi sporo czasu, ale nie żałuję tego, bo pomagam ludziom, którzy później również pomagają innym. Myślę, że nasza waleczna postawa ma wpływ na to, iż coraz więcej młodych zapisuje się do OPZZ w moim zakładzie pracy oraz w całym regionie, gdzie uzwiązkowienie jest całkiem spore w porównaniu do tego, co dzieje się w kraju. Młodzi wyraźnie poszukują alternatywy. Nasi rówieśnicy, znajomi z regionu, coraz lepiej postrzegają związki i popierają nasze działania. Jesteśmy dla nich wiarygodni i to jest właśnie klucz do sukcesu. Bardzo istotne jest to, żeby w każdym regionie działało kilka osób na tyle charyzmatycznych i przekonujących w kontaktach z pracodawcami, że inni zdecydują się pójść za nimi – przekonuje.

Z kolei 25-letni Michał Stopaj z miejscowości Winna w woj. świętokrzyskim jest związany z branżą górniczą. Pracuje w Kopalni Winna, należącej do Kieleckich Kopalni Surowców Mineralnych. Początkowo należał do „Solidarności”, ale po pewnym czasie wstąpił do Związku Zawodowego Budowlani, należącego do OPZZ. – Zdecydowałem się na przynależność związkową, żeby nieść pomoc ekonomiczną i socjalną pracownikom w moim zakładzie. Jako związkowiec staram się przede wszystkim przekazywać przewodniczącemu informacje dotyczące tego, co dzieje się w moim zakładzie, czego ludziom brakuje i czego się domagają. Dotyczy to głównie świadczeń socjalnych, które niekiedy nie są w pełni realizowane przez pracodawcę pod pretekstem kryzysu gospodarczego. Myślę też, że bardzo istotne jest to, iż dzięki działalności w związku miałem okazję pogłębić swoją, zdobytą wcześniej w szkole, wiedzę na temat BHP (z zawodu jestem behapowcem), m.in. poprzez uzyskanie uprawnień Społecznego Inspektora Pracy w zakładzie. To wszystko pomaga mi w odpowiednim określeniu warunków bezpieczeństwa pracy – tłumaczy.

Pełnienie funkcji związkowca w przypadku Michała nie należy do łatwych zadań. Oprócz kryzysu, który obecnie dotyka większość przedsiębiorstw, Kieleckie Kopalnie Surowców Mineralnych borykają się z problemami finansowymi po prywatyzacji i przejęciu ich kilka lat temu przez Dolnośląskie Surowce Skalne. Obecnie spółka jest w stanie upadłości. – Właśnie ze względu na trudną sytuację w naszej firmie pracownicy, również ci młodzi, nie chcą należeć do związku, bo uważają, że i tak z ich głosem nikt się nie będzie liczył. Ja natomiast myślę, że to wielki błąd z ich strony. Uważam, że ludzie z młodego pokolenia, zarówno z zakładu, jak i całego kraju, powinni decydować się na przynależność związkową, bo gospodarka rynkowa z zasady stawia pracodawcę w uprzywilejowanej pozycji. Im będzie nas więcej, tym bardziej możliwy będzie sukces w rozwiązywaniu problemów pracowniczych i załatwianiu naszych interesów podczas negocjacji z pracodawcą. Jeżeli w firmach członkowie związków będą stanowić większość załogi, to pracodawcy nie będą w stanie lekceważyć takiej siły – przekonuje.

Bariery

W Polsce istnieje sporo czynników utrudniających angażowanie się młodych ludzi w działalność związkową. Ten temat pojawiał się często w moich rozmowach. Jarosław Przęczek, Tomasz Jamrozik i Łukasz Stopaj zgodnie twierdzą, że mainstreamowe media przedstawiają zrzeszenia pracownicze w niekorzystnym świetle.

Media uważają, że my – związkowcy – robimy zbyt wiele szumu, a pracodawcy są nastawieni altruistycznie i chcą zatrudnionym pomagać. To oczywista nieprawda, ale należy pamiętać, że media należą do dużych koncernów i dziennikarze muszą pisać to, co im narzuci szefostwo, które z wiadomych przyczyn nie jest zainteresowane promowaniem związków zawodowych. Taki kłamliwy, neoliberalny przekaz może mieć wpływ na poglądy wielu młodych ludzi, choć oczywiście to nie jest tak, że większość jest na nią podatna – komentuje Jarosław Przęczek.

Na pewno w dzisiejszych czasach związki nie mają dobrej opinii wśród części młodych ludzi, a jest to spowodowane niekorzystną propagandą w mediach. W efekcie czasem można u nich zaobserwować niesprawiedliwą opinię, jakoby organizacje pracownicze były kółkami wzajemnej adoracji, imprez integracyjnych i trwonienia pieniędzy – dodaje Łukasz Stopaj.

Niestety głównonurtowe media nie tylko krytykują, ale i obrażają związkowców. To jest szerszy problem, bo atakom są poddawane również środowiska patriotyczne oraz wszyscy ci, którzy chcą, żeby w naszym kraju było lepiej. Młodzieży serwowana jest ogłupiająca papka, dlatego ważne jest to, żeby czerpać informacje o życiu społecznym i politycznym z niezależnych mediów – wtóruje im Tomasz Jamrozik.

To jednak nie wszystko. Grzegorz Ilka, sekretarz prasowy OPZZ, w rozmowie ze mną zwraca uwagę na bariery prawne, które uniemożliwiają młodym Polakom zapisywanie się do związków. – Niestety obecnie większość młodych osób pracuje na umowach śmieciowych i tym samym nie mają oni możliwości uzyskania legitymacji związkowej. Wielu z nich nawet przychodzi do nas i chce się zapisać, ale my nie możemy nic dla nich zrobić. Taka sytuacja ma miejsce głównie w sektorze prywatnym. Tym samym polskie ustawodawstwo blokuje nam możliwość dotarcia do wielu dwudziesto- i trzydziestolatków i zrzeszenia ich – kwituje Ilka.

Z kolei Marek Lewandowski, rzecznik prasowy NSZZ „Solidarność”, uważa, że sytuacja nie jest tragiczna. – Około 20 tysięcy ludzi zapisuje się rocznie do „Solidarności” i w większości przypadków są to osoby w młodszym wieku, pracujące w przedsiębiorstwach prywatnych. Przyczyn problemu aktywności związkowej młodych upatruje gdzie indziej: Za główną barierę rozwoju uważam niską świadomość polityczną i społeczną młodego pokolenia w Polsce. Badania wskazują, że tylko 14 procent z nich ma jakiekolwiek poglądy polityczne. To się odbija niekorzystnie na różnych sferach życia społecznego-politycznego, zarówno w partiach politycznych, jak i związkach – opisuje. Mój rozmówca przekonuje, że „Solidarność” robi wszystko, żeby trafić do jak najliczniejszej grupy młodych Polaków. – Próbujemy przełamywać impas związany z postrzeganiem związków przez młodych i zmieniamy wizerunek „Solidarności”. Nie chcemy, żeby nasz związek był kojarzony tylko z „pokoleniem styropianowców”. Myślę, że nasza ostatnia kampania społeczna, „Syzyf”, skierowana przeciwko umowom śmieciowym, poprawiła nasz wizerunek wśród młodych, bo to właśnie ich najczęściej dotyczą tego typu formy zatrudnienia. Ponadto podejmujemy współpracę z różnymi środowiskami, które są tworzone przez młodsze pokolenie – m.in. z „Nowym Obywatelem”, a także z Demokratycznym Zrzeszeniem Studenckim – organizacją, która walczy o prawa młodych w zakresie edukacji i kwestii pracowniczych. W styczniu na krakowskich uczelniach odbyły się szkolenia organizowane właśnie przez „Solidarność” i DZS, podczas których studenci mieli okazję zaczerpnąć wiedzy na temat praw pracowniczych, tego, po co są związki zawodowe oraz czym się różni umowa śmieciowa od umowy o pracę – wymienia.

Będzie dobrze?

Pomimo pewnych przeszkód prawnych istnieją w Polsce warunki, żeby młodzi działali w związkach zawodowych i walczyli o swoje prawa w miejscu pracy. Aby tak się stało, powinny zostać spełnione pewne wymogi. Młode pokolenie musi zrozumieć, że w tej walce związki odgrywają ważną rolę, a tezy liberałów, mówiące, że w gospodarce wolnorynkowej los każdego leży wyłącznie w jego rękach, są nieprawdziwe i szkodliwe. Wzorem dla młodych Polaków-pracowników powinni być rówieśnicy aktywni w związkach. Ich postawa pokazuje, że działalność pracownicza, choć nie zawsze usłana różami, jest korzystna zarówno dla jednostek, jak i całego społeczeństwa. Również same związki powinny zintensyfikować aktywność pozwalającą docierać do młodych. Działania te nie mogą zakończyć się na jednej czy dwóch kampaniach, lecz muszą mieć charakter stały, konsekwentny i o jasno wytyczonym celu. Wszystko po to, żeby za kilka lat nastąpiła w związkach wymiana pokoleniowa, a ci, którzy przejmą schedę po dzisiejszych liderach, byli obywatelami i pracownikami świadomymi swoich praw. I potrafiącymi skutecznie walczyć w ich obronie.


Związek poza miastem

Młodych, pełnych zapału do działania możemy spotkać nie tylko w związkach „typowych”. Błażej Rusoń ma 28 lat, jest rolnikiem z powiatu grudziądzkiego w woj. kujawsko-pomorskim. Od 2007 r. działa w Związku Zawodowym Rolnictwa „Samoobrona”, od kilku lat jest związany również z partią Samoobrona. – Do decyzji związanej z przynależnością związkową skłoniła mnie przede wszystkim zła sytuacja w rolnictwie i chęć poprawy tego stanu rzeczy. Zauważyłem, że poprzez związek rolnicy mogą oddziaływać na politykę rolną w regionie i w całym kraju – powiedział.

Mój rozmówca często korzysta z możliwości, jakie daje przynależność do rolniczej centrali. – Jako związkowiec, korzystam z dostępu do dokumentów administracyjnych. Razem z kolegami ze związku składaliśmy też wnioski do wojewody kujawsko-pomorskiego i premiera w sprawach dotyczących rolników – np. o odszkodowania za wymarznięcie zbóż. W tej sprawie organizowaliśmy również protest w Urzędzie Miasta w Bydgoszczy. Nocowaliśmy tam aż trzy dni, żeby wywrzeć nacisk na wojewodę. Protest zakończył się częściowym sukcesem, bo udało nam się wywalczyć dopłaty w wysokości 100 zł do hektara. Tego typu protestów, w których brałem udział, było o wiele więcej. Kiedyś prowadziliśmy akcję polegającą na przejechaniu ciągnikami przez Grudziądz. Domagaliśmy się większych dopłat do paliwa, a także sprzeciwialiśmy się zbyt dużym skokom cenowym trzody chlewnej oraz sprzedaży ziemi w naszym regionie korporacjom, a nie rolnikom. Moje zaangażowanie nie ogranicza się tylko do protestów i pisania wniosków. Zajmuję się również pozyskiwaniem środków unijnych dla związku, odbywaniem szkoleń w kraju i za granicą, gdzie mogę wymienić się doświadczeniami z młodzieżą związkową spoza Polski – wymienia.

Jak twierdzi Rusoń, młodzi rolnicy w powiecie grudziądzkim są bardzo zaangażowani obywatelsko. – Odnotowujemy naprawdę spore zainteresowanie wśród młodych – i to zarówno tych, którzy w związku działają, jak i tych, którzy do żadnej organizacji pracowniczej nie należą. Nasze protesty spotykają się ze sporym odzewem i poparciem tych osób. Nie chcą, żeby zmiany w polskim rolnictwie zachodziły bez ich udziału. Staram się z nimi spotykać i informować o tym, co się dzieje w polityce regionalnej i krajowej, oraz namawiać ich do walki o swoje prawa i interesy – podsumowuje.