Można wspólnie

Nie mogę wyjść ze zdumienia nad sukcesem tezy, że człowiek jest z natury indywidualistą. Gdzie nie spojrzeć – wszystko wskazuje, że tak nie jest, a jednak kapitalistom udało się nas przekonać, że w życiu należy dbać tylko o siebie. Ameryka Łacińska dostarcza jednak przekonujących argumentów, że indywidualizacja działania i prywatyzacja środków nie są jedynymi możliwymi rozwiązaniami dla społeczeństwa i gospodarki. Przyjrzyjmy się przykładom z Ekwadoru, Peru i Wenezueli.

Odkrycia archeologów zwykły traktować o odnalezieniu śladów pewnej kultury, innymi słowy: pewnej grupy ludzi, która tę kulturę wytworzyła. Dziś również – to oczywistość, ale warto ją przypomnieć – każdy z ponad siedmiu miliardów mieszkańców globu żyje w obrębie jednej z około dwustu dużych grup: społeczności narodowych czy państwowych. I uwaga – to nie jest wcale konieczne. Można sobie wyobrazić świat bez krajów i granic, w którym każdy żyłby na własną rękę. Ewidentnie jednak tak nie jest. Mało tego – oprócz przynależności państwowej, dziś kwestionowanej i być może przemijalnej – wchodzimy w relacje z bezlikiem innych zbiorowości społecznych, takich jak rodzina, grupa religijna, klub sportowy, koło naukowe, fundacja, wieś, osiedle czy miasto. Oprócz grup o charakterze stałym, istnieje cały kosmos grup tymczasowych: klienci klubu czy dyskoteki, uczestnicy konferencji, zebrania, protestu czy demonstracji, kibice na stadionie, fani na koncercie, wierni na pielgrzymce. Uwielbiamy być razem, daje nam to radość – także w rzeczywistości wirtualnej. Facebook stał się internetowym hitem ostatnich lat przede wszystkim dlatego, że chodzi w nim o kontakt z drugim człowiekiem. Tu także jedną podstawowych funkcjonalności jest możliwość tworzenia grup. Nawet najwięksi zwolennicy teorii o indywidualizmie człowieka najczęściej sami dają najlepsze kontrprzykłady, tworząc wspólnoty: stowarzyszenia na rzecz wolnego rynku, gospodarczo liberalne partie polityczne czy spółki akcyjne. Zaniedbywanie lub celowe rozrywanie kolektywnych form funkcjonowania społecznego – w imię, ma się rozumieć, rozwoju oraz nowoczesności – doprowadzi nas nie tyle do dobrobytu, ile do depresji.

Poniżej przedstawię współczesne przykłady działalności wspólnotowej i państwowej z trzech krajów Ameryki Południowej. Jest to region o tyle różny od Polski, że nie nosi na sobie postsowieckiego piętna lewicofobii: człowieka proponującego rozwiązania kolektywne nie nazywa się tam „komuchem” zanim jeszcze otworzy usta, by opowiedzieć, o co tak naprawdę mu chodzi. I tak w Ekwadorze zachowała się instytucja komuny, czyli zbiorowości lokalnej dysponującej wspólnie okolicznymi polami. W Peru państwowy program irygacyjny dał nowe życie pustynnemu regionowi Majes. W Wenezueli rady wspólnot złożone z sąsiadów w wioskach i osiedlach miejskich decydują o tworzeniu szkół, naprawie dróg i finansowaniu projektów kulturalnych, a nawet budują fabryki (również wspólnotowe).

Ekwador – wspólna woda i wspólna ziemia

Hilario nie urodził się działaczem społecznym. Nie urodził się nawet ekologicznym rolnikiem i zwolennikiem zdrowej żywności. Wręcz przeciwnie: sprzedawał trucizny dla roślin i trucizny dla ziemi – jak sam o tym opowiada. Prowadził hurtownię nawozów sztucznych i pestycydów, trucizna dla roślin, i zarabiał bardzo dobrze. – „I chciałem zarabiać jeszcze więcej! Teraz nie potrafię ci powiedzieć, dlaczego i po co… Chodzi o to, że kiedy już wejdziesz w kapitalizm, zaczynasz gromadzić i nigdy cię nie zadowala to, co już masz, zawsze chcesz więcej i więcej!” – opowiada Hilario. Założył więc dodatkowo restauracyjkę z fast foodem, trucizną dla ludzi. Nie miał czasu dla siebie, nie miał dla rodziny, ale „miał więcej”. Kiedy zapragnął mieć jeszcze więcej, wziął kredyt na rozwój firmy. Miał pecha, bo przyszedł kryzys, a z kryzysem dolaryzacja: dawną walutę, sucre, rząd zamienił na dolary po kursie 25 tysięcy do jednego. Zaledwie rok wcześniej Hilario zaciągał kredyt walutowy przy kursie 7 tysięcy do jednego, więc dług mu się potroił. Z tego samego powodu zarobki i oszczędności pozostałych Ekwadorczyków trzykrotnie straciły na wartości i mało kto był chętny i na pestycydy, i na hamburgery.

Hilario szybko zbankrutował. Jedyne, co mu zostało, to niewielki spłachetek ziemi i parę worków kartofli. – „W tamtym momencie nie miałem nawet 25 centów na autobus z La Esperanza do Tabacundo” – przyznaje. Nie było co wiele myśleć: obsadził pole, ale zaraz okazało się, że brakuje wody do irygacji. To znaczy woda jest, ale tylko dla korporacji kwiatowych uprawiających róże na eksport. W wysoko położonych regionach andyjskich woda pochodzi z niewielkich strumieni, więc – zwłaszcza w przypadku irygacji rolniczych – jest restrykcyjnie racjonowana. – „Pytam sąsiadów: i wy nie potrzebujecie wody?” – Hilario relacjonuje z zaangażowaniem. – „Potrzebujemy, ale jak mamy walczyć z korporacjami, to są milionerzy, nie mamy na to środków!”. Bo La Esperanza nie leży byle gdzie, ale w Światowej Stolicy Róż, czyli podstołecznym kantonie Pedro Moncayo, notującym najwyższą produkcję kwiatów na eksport i najwyższy poziom zanieczyszczenia wody i gleby w całym Ekwadorze, a to dzięki nawozom sztucznym i toksycznym pestycydom stosowanym bez opamiętania.

Od tego pytania zaczęła się wojna o wodę w wiosce La Esperanza, co po hiszpańsku oznacza: nadzieja. Hilario na czele miejscowych rolników zatkał kanały prowadzące wodę do hodowli kwiatów i przekierował na miejscowe pola. Dzisiaj – jak mówi – właścicielem wody nie jest starostwo, lecz mieszkańcy i użytkownicy. Utworzono społeczną Radę Wody, która decyduje o cenie i dystrybucji zarówno wody pitnej, jak i irygacyjnej, a w ramach „mingi”, czyli wspólnej pracy dla wspólnego dobra, organizuje oczyszczanie kanałów. Hodowle kwiatowe wciąż działają i wciąż mają możliwość użytkowania wody, ale nie mają na nią monopolu. Obecnie w Ekwadorze działa około 15 tysięcy społecznych Rad Wody. Hilario natomiast, ze wsparciem społecznym, kontynuuje działalność publiczną. Prowadzi szkolenia dotyczące produkcji nawozów naturalnych na bazie fermentów (tzw. bokashi), organizuje małych producentów rolnych w spółdzielnie w celu sprawnej sprzedaży warzyw i owoców, a obecnie, jako radny Prowincji Pichincha (ekwadorskie województwo ze stolicą w Quito), przygotowuje regionalny projekt irygacji 14 tysięcy hektarów ziemi pod uprawy małych producentów, z nawozami i pestycydami wyłącznie pochodzenia naturalnego.

Wspólna woda bardzo często nawadnia wspólną ziemię. Ekwadorskie prawo uznaje własność kolektywną ziem wspólnot rdzennych i tak zwanych komun. Komuny to po prostu społeczności lokalne (niekoniecznie rdzenne) tradycyjnie użytkujące okoliczne pola, zarówno w celach rolniczych, jak i budowlanych. Na wybrzeżu są to zazwyczaj wspólnoty Mulatów, potomków afrykańskich niewolników. Ziemia należąca do komuny może być użytkowana nieodpłatnie przez jej członków. – „Jeśli zgłosisz na zebraniu pomysł, że chcesz uprawiać np. maniok, przyznają ci prawo użytkowania działki” – opowiada Javier, rękodzielnik z komuny Montañita. I chociaż sam ziemi nie uprawia, a dom już wybudował, to i tak uważa, że warto do komuny przynależeć. – „Umówiliśmy się na miesięczną składkę członkowską. W razie, gdyby coś mi się stało, gdybym potrzebował wsparcia, komuna użyje wspólnych funduszy, by mi pomóc”.

Chociaż tereny komunalne są z założenia przeznaczone na użytek miejscowych, istnieją sposoby, by udostępnić je przyjezdnym. Cytowana Montañita zmieniła się wręcz w sztuczne miasteczko hoteli i restauracji dla zagranicznych turystów. I stała się przestrogą dla sąsiadów: w okolicznych komunach Ayampe czy Las Tunas słychać komentarze w rodzaju „nie chcemy skończyć jak Montañita”. Dzięki prawu o własności komunalnej mają realną możliwość, by temu zapobiec. Jak dotąd na ekwadorskim wybrzeżu wciąż przeważają radosne wioski lokalnych rybaków, a nie szeregi hoteli lub eleganckich, ale pustych domów – przykład z Panamy – w których północnoamerykańscy emeryci planują spędzić ostatnie lata swojego życia.

Peru: wspólne państwo

Wybrzeże Peru to pustka. Jedynie na północnych krańcach ogląda się zieleń ryżowych pól. Dalej na południe widać wyraźnie wpływ Prądu Humboldta, który ochładza klimat i osusza deszczowe chmury. Kolejne dwa tysiące kilometrów w kierunku chilijskiej granicy to przede wszystkim piach i wiatr. Z rzadka pojawiają się ośrodki miejskie: Piura, Chiclayo, Trujillo, Lima, Ica i Arequipa oddalone są odpowiednio o 220, 200, 700, 310 i 710 kilometrów. Dalej na wschód wyrasta potężny łańcuch peruwiańskich Andów, skąd rzeki spływają wąskimi dolinami do Pacyfiku. Wówczas droga przecina niewielkie, zielone wyspy na pustynnym morzu.

„Na peruwiańskim wybrzeżu bogate i obfite doliny okupujące istotne miejsce w statystykach produkcji narodowej, nie powołały dotąd do życia żadnego miasta. Ledwie od czasu do czasu na skrzyżowaniach i przy przystankach majaczy jakaś osada, jakieś miasteczko w stagnacji, malaryczne, blade, bez wiejskich rumieńców ni miejskich szat. W niektórych przypadkach, jak w dolinie Chicama, latyfundium dławi miasto”. José Carlos Mariátegui pisał te słowa blisko sto lat temu, w 1928 roku, ale wydaje się, że jego obserwacje niewiele straciły na aktualności. Wiele dolin po dziś dzień zajmuje się uprawą wyłącznie jednego produktu na eksport, pola należą do jednej lub kilku osób lub przedsiębiorstw, a pracownikom najemnym płaci się niewiele. Yauca jest jedną z miejscowości wyjętą wprost z opisów Mariáteguiego: dolina jest w całości obsadzona drzewami oliwkowymi, a drobny handel rozwija się nie w centrum, ale przy głównej drodze na Arequipę; najwyraźniej sprzedawcy wiedzą, że w miasteczku nikogo na większe zakupy nie stać. Na skalistą skarpę wspina się osiedle „w stagnacji, malaryczne, blade, bez wiejskich rumieńców ni miejskich szat”. „[W Europie Zachodniej czasów feudalizmu] wieś potrzebowała usług miasta […]. Z drugiej strony, oferowała miastu pewną liczbą produktów rolnych. Tymczasem [nasze] posiadłości ziemskie na wybrzeżu wytwarzają bawełnę i trzcinę cukrową dla odległych rynków zagranicznych. Zapewniwszy sobie transport tych produktów, latyfundium interesuje się komunikacją z własnym sąsiedztwem co najwyżej w stopniu drugorzędnym. […] Miasto w wielu z dolin nie otrzymuje niczego od wsi, ani też niczego na tej wsi nie posiada. Żyje przeto w mizerii, z tego czy innego z drobnych zajęć miejskich, z ludzi dostarczanych do pracy w latyfundium, ze smutnej męki stacji przesiadkowej, przez którą przejeżdżają rocznie tysiące ton owoców ziemi [przeznaczonych na eksport]”.

Za Camaná główna droga oddala się od wybrzeża. Podjazd do Arequipy, początkowo bardzo stromy, po kilkudziesięciu kilometrach wypłaszcza się zupełnie. Klaustrofobiczny korytarz między piaszczystymi zboczami kanionu ustępuje miejsca przestrzennej pampie, całkowicie pozbawionej roślinności, ale z zieloną plamką na horyzoncie. Z upływem kilometrów ta plamka rośnie, aż w końcu po obu stronach drogi rozwijają się dywany upraw, wyrastają owocowe gaje, a w kanałach irygacyjnych chlupie błotnista woda.

W Peru, którego znaczna część to pustynia, problem irygacji to temat aktualny od zawsze. Inkowie, dawni gospodarze, spędzili wieki na drążeniu kanałów, z których wiele pozostaje w użyciu. Europejskich kolonizatorów w Peru interesowało jednak nie tyle rolnictwo, ile złoto, stąd na długi czas rozwój instalacji irygacyjnych utknął w martwym punkcie. Dopiero w XX wieku niektóre rządy zajęły się – jak to się współcześnie określa – „rozszerzaniem granic rolnictwa”. W 1971 roku Juan Velasco Alvarado podpisuje dekret o specjalnym projekcie Majes Siguas. Przy pomocy systemu tuneli i kanałów, gigantyczna inwestycja rządu centralnego przekierowuje wody ze zlewni Atlantyku do zlewni Pacyfiku. O kredyt międzynarodowy jest trudno. Byłoby dużo łatwiej, jeśli pożyczone pieniądze miałoby się przeznaczyć na rozwój produkcji na import. Ale Velasco wie, że nie tędy droga i zgadza się na gigantyczne oprocentowanie, aby tylko osiągnąć cel, czyli wzmocnić produkcję krajową. Na pustynnej pampie Majes drąży się kanały irygacyjne i już w latach osiemdziesiątych kiełkują pierwsze uprawy. Ziemię sprzedaje się trzem tysiącom lokalnych rolników w formie pięciohektarowych parceli, w sumie 15 tysięcy hektarów.

Zaczęło się kiepsko. Parcele nie produkowały wiele, niektóre w ogóle opuszczono. Okazało się – ale chyba nie powinno to być niespodzianką – że prości chłopi bez szkoły i przygotowania nie stali się z dnia na dzień sprawnymi przedsiębiorcami rolnymi. Projekt był o tyle niekompletny, że nie uwzględnił wsparcia technicznego i merytorycznego. Czas zrobił jednak swoje i chociaż w pewnym momencie mówiło się o Majes jako o porażce na wielką skalę, dzisiaj ten niewielki obszar pustynnej pampy zamienionej w zielone pola jest jednym z ważniejszych producentów rolniczych w kraju. Wzrosła zarówno różnorodność upraw, jak i rynki zbytu. Rolnicy oprócz lucerny wysiewają obecnie także cebulę, czosnek i inne warzywa, a producenci wysoko rentownych awokado, winogron czy komosy ryżowej organizują się w stowarzyszenia i spółdzielnie, by koordynować eksport. Zarządzanie systemem irygacyjnym – podobnie jak w przypadku ekwadorskim – prowadzi kolektywnie Rada Wody. Po sąsiedzku powstaje projekt Majes Siguas II przewidujący zirygowanie 40 tysięcy hektarów tego, co jak dotąd jest jeszcze pustynią. Ale jako że u władzy nie jest już pronarodowy generał, lecz neoliberalny prezydent, trwa dyskusja, czy ziemie sprzedać dużym agroprzedsiębiorcom (najpewniej zza granicy, jako że ziemia w Majes osiąga ceny w granicach stu tysięcy dolarów za hektar) na działkach od 200 hektarów wzwyż („Dzisiaj są inne czasy, […] trzeba myśleć o rynkach międzynarodowych, żeby się rozwijać!” – Ernesto Carnero, prezes Autonomicznego Zarządu Majes), czy raczej zostać przy małych i średnich gospodarstwach lokalnych producentów („Duże gospodarstwa rzeczywiście mogą podnieść poziom życia wybranych, ale społecznie rzecz biorąc to beznadziejne rozwiązanie” – Alipio Montes Urday, Centrum Studiów nad Rozwojem Regionalnym, obie wypowiedzi pochodzą z dziennika „El Pueblo”, Arequipa, 2 sierpnia 2015 r.).

Sam Pedregal – główne osiedle pampy Majes – to już nie to samo, co rachityczna Yauca. Miasto rośnie w oczach: mnożą się domy, sklepy, magazyny artykułów rolniczych, nowoczesne gmachy szkół, stadiony i hale sportowe. Po niespełna 40 latach rozwoju Pedregal zgromadził przeszło sto tysięcy mieszkańców i stał się drugim po stolicy miastem departamentu Arequipa. Stragany na targu uginają się od produktów, a na obrzeżach miejscowości lśni szklana fasada jednostki strażackiej o imponujących rozmiarach i nowoczesnym sprzęcie, rzecz w Peru nieczęsto spotykana. Wszystko to wtopione w otoczenie nieskazitelnej czystości, zadbanych, równych chodników i przystrzyżonego trawnika.

Wenezuela: wspólne decyzje

– „Wiadomo, że nie wszyscy przychodzą” – przyznaje M., gdy wchodzimy do dużego sklepu. Na drzwiach wisi pisane odręcznie obwieszczenie o najbliższym zebraniu rady wspólnoty Santa Rosa. – „To zależy od tematu. Gdy rzuciłam pomysł sadzenia drzew, zjawiły się dwie osoby. Ale już na spotkanie w sprawie rządowych kredytów na sprzęt AGD przyszło chyba całe osiedle”. Zebrania rady wspólnoty odbywają się co najmniej raz w miesiącu, ale w uzasadnionych przypadkach można zwoływać je częściej, na przykład gdy przychodzi wybrać nowych sekretarzy. – „Kadencja trwa dwa lata – opowiada M. – a o stanowisko można się ubiegać już w wieku 16 lat”. Pytam, od jakiego wieku w takim razie dzieci stają się członkami rady. – „Od kiedy się urodzą!” – odpowiada z entuzjazmem M., sekretarz komitetu infrastruktury. – „Rada wspólnoty to po prostu wszyscy mieszkańcy osiedla”.

W ciągu niespełna dziesięciu lat istnienia rada wspólnoty Santa Rosa przeprowadziła szereg projektów: nowy budynek szkoły podstawowej wraz z zadaszonym boiskiem (z inicjatywy komitetu infrastruktury), system kanalizacji i oczyszczania wody (komitet techniczny do spraw wody) czy liceum wieczorowe dla tych mieszkańców osiedla, którzy w młodości nie mieli możliwości skończyć szkoły średniej (komitet edukacji). – „Ale najważniejsze jest to, że udało się zorganizować i zintegrować sąsiadów w żywą wspólnotę” – podkreśla M. z nieskrywaną dumą.

Na comiesięcznych zebraniach wspólnota debatuje nad priorytetami działania. Jeśli takim priorytetem okaże się nowy budynek szkolny, sekretarz komitetu infrastruktury sporządza projekt. – „Sekretarz nie ma obowiązku rozwiązywania problemów wspólnoty” – zaznacza M. – „One powinny być rozwiązywane przez radę, czyli wszystkich mieszkańców”. I dodaje: „Sekretarz przekazuje jedynie propozycję swojej społeczności do odpowiednich instytucji”.

Sfinansować projekt rady mogą zarówno ministerstwo, samorząd powiatowy czy wojewódzkie, jak i wiele innych instytucji państwowych. Istnieje także specjalny fundusz centralny przeznaczony na wyjątkowo kosztowne projekty. Kontrolę nad wykorzystaniem pieniędzy pełni przyznający środki, a specjalny organ rządowy Funda Communal zapewnia pomoc prawną i doradztwo sekretarzom rad. W przypadku gdy wykonawca kontaktuje dodatkowy personel do pracy przy projekcie – co ma miejsce zazwyczaj w przypadku prac budowlanych – pierwszeństwo przy zatrudnieniu mają bezrobotni mieszkańcy osiedla. Na podgórskim osiedlu Santa Rosa, w ramach działań rady, wykonuje się również prace bezpłatne: raz na dwa tygodnie członkowie komitetu technicznego czyszczą zbiorniki gromadzące wodę ze strumieni tak, by z kranów nie leciało błoto i strzępki liści.

Nie brak oczywiście ciemnych stron rad wspólnot, które w zależności od regionu cieszą się różną sławą, a pomimo kontroli finansowych co rusz pojawiają się skandale dotyczące malwersacji środków przyznanych na projekty. Sprzeciw budzą również zakusy władzy centralnej, by używać rad jako narzędzia do politycznej kontroli regionów. Koniec końców rada jest jedynie narzędziem przy budowie organizacji społecznej: owoce działalności zawsze będą zależeć od tego, jak się takiego narzędzia użyje. – „W pierwszym roku po ustanowieniu w Wenezueli instytucji rad wspólnot – wspomina M. – ogłoszono, że przyznaje się każdej radzie trzydzieści milionów boliwarów na dowolny projekt. U nas wszyscy chcieli załatać dziurę w drodze wjazdowej na osiedle. Tymczasem w El Morro, jednym z maleńkich górskich miasteczek w okolicach Méridy, mieszkańcy kupili maszynę do produkcji dachówek i zbudowali piec do ich wypalania. Położyli za darmo dachówki na wszystkich domach w miasteczku, a teraz sprzedają swoje wyroby do Méridy. Zyski inwestują w nowe projekty społeczne, m.in. lokalne radio. Zadziałało: dobry, produktywny projekt. A nasi? Niby wykształceni miastowi, a wydali od razu całe pieniądze na jednorazowy drobiazg. Wszystko zależy od ludzi”.

Można wspólnie

Przykładów jest oczywiście więcej, bo cały subkontynent południowoamerykański emanuje jakąś specyficzną skłonnością do wspólnoty. Nawet w największych z latynoamerykańskich miast pęd współczesności nie wypalił tradycyjnego przywiązania do rodziny. Nawet najmniejsza z andyjskich wsi posiada swój lokal komunalny, gdzie odbywają się narady, zabawy czy sąsiedzkie mecze siatkówki. Piwo i paragwajskie tereré pije się w grupie z jednego naczynia, a transport publiczny miast i miasteczek najczęściej bazuje na działalności spółdzielni kierowców. Zresztą spółdzielczość – pomysł, by połączyć zalety możliwości finansowych i produkcyjnych dużego przedsiębiorstwa z satysfakcją z pracy na swoim – jest w Ameryce Południowej szczególnie rozpowszechniona. W obszernym raporcie na ten temat Międzynarodowa Organizacja Pracy przypisuje lokalnym kooperatywom „zróżnicowany wkład w zrównoważony rozwój”. Można przecież oczekiwać, że miejscowi, działając wspólnie, bardziej zadbają o środowisko, w którym żyją, niż ktoś, kto przychodzi z zewnątrz.

W Polsce spółdzielnie nie mają ani dobrej prasy, ani wsparcia instytucjonalnego. Po wejściu do Unii Europejskiej mówiło się głośno, że praca na większych areałach rolnych jest wydajniejsza niż na mniejszych. Zgoda. Zastanawia jednak, dlaczego nie zachęcano małych właścicieli do jednoczenia się w spółdzielnie. Zamiast tego wypłacano renty strukturalne w zamian za odsprzedanie ziemi większym właścicielom. W ten sposób wywłaszczono ponad 20 tysięcy polskich rolników. Tymczasem nawet w Paragwaju, rządzonym od kilkudziesięciu lat przez prawicę, praca kolektywna święci tryumfy: największe przedsiębiorstwa mleczarskie – Chortitzer czy Colonias Unidas – to spółdzielnie. Świetnie radzą sobie również kooperatywy kawowe w Peru, chociaż przykładem o zapewne największym rozgłosie międzynarodowym jest Juan Valdez. Pod tą marką kolumbijska Narodowa Federacja Producentów Kawy sprzedaje owoce pracy ponad pół miliona członków stowarzyszenia. Juan Valdez eksportuje do wszystkich krajów obu Ameryk i w wybrane miejsca w Europie i Azji, dysponuje także siecią sklepów i kawiarni. Czyli jednak można wspólnie? Chyba można.

(Nie)rzadkie choroby – rozmowa z Krzysztofem Swacha

Mukowiscydoza, hemofilia, Choroba Fabry’ego, hiperfenyloalaninemia, Syndrom Devica, Zespół Westa – to zaledwie kilka z ponad 8 tysięcy tak zwanych chorób rzadkich, czyli schorzeń, z którymi zmaga się mniej niż 5 na 10 tysięcy osób. Ta rzadkość to jednak tylko złudzenie – według różnych szacunków choroby te dotykają nawet 8 procent populacji. Dla zaledwie 1–3% pacjentów istnieje możliwość leczenia farmakologicznego. W pozostałych przypadkach możliwe jest jedynie leczenie objawowe i rehabilitacja. Choć te schorzenia są niezwykle różne jeśli chodzi o przebieg, występowanie czy wpływ na organizm, to problemy dotkniętych nimi ludźmi są bardzo podobne. To brak właściwej i szybkiej diagnozy i dostępu do leczenia. Wiele z tych chorób prowadzi do głębokiej niepełnosprawności, co odbija się na sytuacji całej rodziny chorego. O problemach związanych z chorobami rzadkimi i sposobami na rozwiązanie choć części z tych trudności opowiada Krzysztof Swacha, założyciel fundacji „Umieć pomagać”, prywatnie ojciec chłopca chorego na zespół Huntera.

– Choroby rzadkie są trochę „poza systemem”. Bezradne są służba zdrowia i system wsparcia socjalnego.

Krzysztof Swacha: Nie zgodzę się. Służba zdrowia, pomoc społeczna czy firmy farmaceutyczne nie są bezradne. Problemem jest jedynie – choćby w Polsce – to, jak patrzy się na choroby rzadkie. Wystarczyłoby zmienić optykę i traktować pacjentów chorych genetycznie jak wszystkich innych.

– To znaczy jak?

– Mamy w tej chwili taką sytuację, że potrzeby chorych na choroby rzadkie nie są dostrzegane przez decydentów. Tak, jakby ci pacjenci w ogóle nie istnieli…

– Czy mógłby Pan wskazać przykład takiego niedostrzegania, sytuacji, w której te deficyty są najbardziej widoczne?

– Zdecydowanie odłogiem leży edukacja. Od kilku lat staramy się, aby w mediach, ale także w środowisku naukowym i medycznym, temat chorób rzadkich rzeczywiście zaistniał. Choćby po to, by przyszli naukowcy i lekarze nabyli wiedzę na ich temat. To przełoży się na rozwiązanie największego problemu, jakim jest diagnostyka, a raczej jej brak. Bo nie jest do końca winą lekarza, że nie potrafi rozpoznać choroby, na którą cierpi kilkaset osób na świecie. Żeby rozpoznać taką dolegliwość, trzeba mieć ogromną wiedzę i doświadczenie. Można ją nabyć tylko poprzez pracę z takimi pacjentami. Bez właściwej diagnostyki nie ma mowy o dalszym skutecznym leczeniu. Dlatego tak ważne jest, aby przyszli lekarze mieli jak najwięcej do czynienia z pacjentami chorymi na choroby rzadkie. Nawet nie po to, by samemu rozpoczynać leczenie – wystarczy, że pacjentowi lub jego rodzinie wskaże się specjalistę lub placówkę zajmującą się danym schorzeniem.

– Czyli studenci medycyny powinni być kierowani do takich placówek w ramach studiów?

– Niekoniecznie. Wystarczy tylko, żeby wzrosła świadomość istnienia samego problemu. Nie oszukujmy się – częstotliwość występowania pojedynczych chorób rzadkich jest tak niewielka, że wiele osób zwyczajnie nie przejmuje się ich istnieniem. Często po prostu pomija się je przy stawianiu diagnozy. Ma to dramatyczne konsekwencje dla pacjentów.

– A jest ich jakieś 2,5 miliona…

– Tak, ta liczba robi wrażenie. Problem w tym, że mówienie o ogółach w przypadku chorób rzadkich najczęściej kończy się niczym. Potrzebna jest świadomość skali problemu, ale też jego różnorodności. Nie można powiedzieć: „choroby rzadkie to…”. Dlatego potrzebna jest naprawdę ogromna praca nad świadomością społeczną.

– A tą zajmują się głównie organizacje pozarządowe.

– Jednocześnie, jeśli weźmie się pod uwagę skalę potrzeb, tych organizacji społecznych jest naprawdę niewiele. Zdarza mi się uczestniczyć w konferencjach i spotkaniach organizowanych przez Eurordis – sieć organizacji europejskich zajmujących się chorobami rzadkimi. Niestety udział Polaków w tego typu spotkaniach jest niewielki. Sam nie wiem, z czego to wynika. Tymczasem na przykład w Niemczech jest 80 organizacji zajmujących się chorobami rzadkimi. Ta liczba przekłada się na wzrost wiedzy na ten temat. Najpierw w środowisku lokalnym, tam, gdzie dana organizacja działa, a potem coraz szerzej i szerzej. Taka oddolna edukacja. Tymczasem w Polsce tych organizacji jest niewiele i często ich główną działalnością jest bezpośrednia pomoc chorym. Tymczasem w wielu chorobach zwyczajnie nie ma jak im pomóc.

– Znam sporo tego typu organizacji – przewija się tam jeden schemat. W rodzinie rodzi się dziecko z jakąś chorobą rzadką. Potem jest heroiczna walka o diagnozę, wędrówki pomiędzy placówkami. W szczęśliwszym scenariuszu pojawia się lekarz-cudotwórca, który wprowadza mniej lub bardziej skuteczną terapię. Tymczasem rodzice powodowani poczuciem solidarności z innymi, którzy znaleźli się w takiej sytuacji, zakładają organizację. Choćby po to, aby razem z innymi zbierać okruchy informacji na temat danej jednostki chorobowej. Trochę tak, jak gdyby problem chorób rzadkich został sprywatyzowany.

– Moim zdaniem wiąże się to choćby z samym nazewnictwem. Mam problem z samym określeniem „choroby rzadkie”. Jasne, wynika ono z potrzeby stworzenia definicji dla chorób, z którymi zmaga się określona grupa ludzi. Z drugiej strony decydenci, słysząc hasło „choroby rzadkie”, słyszą głównie ten drugi człon nazwy. Tymczasem, choć pojedyncze schorzenie dotyka często kilku czy kilkunastu osób w kraju, to jeśli weźmie się pod uwagę wszystkie tego typu schorzenia, jest to naprawdę duża grupa. Może gdybyśmy to inaczej definiowali i skupiali się choćby na potrzebach pacjentów, a nie na ich liczbie, byłoby inaczej. Położyłbym nacisk na potrzeby pacjentów i ich rodzin. O chorobach rzadkich powinno się mówić jako o takich, które wymagają specjalistycznego wsparcia, szybkiej diagnozy, ale też zmieniają funkcjonowanie całej rodziny chorego, dlatego zarówno oni, jak i ich bliscy potrzebują specjalnego wsparcia – farmakologicznego, terapeutycznego itp. Może wtedy udałoby nam się więcej ugrać, bo żaden rząd czy żaden decydent nie odważyłby się bagatelizować tematu tylko z powodu nazwy.

– Może powinniśmy mówić o chorobach genetycznych?

– Jeśli chodzi o nazewnictwo, to zmieniłbym tę nazwę na każdą inną, byleby tym dzieciom pomóc. Bo jeśli utrzymuje się w głowach ludzi stereotyp choroby rzadkiej jako problemu marginalnego, to usprawiedliwia to niejako bylejakość w traktowaniu tych chorych. Trzeba to zmienić. Być może trzeba zacząć właśnie od zmiany nazwy.

– Remedium na bylejakość, o której wspomniano, miał być Narodowy Plan dla Chorób Rzadkich, przy którego powstawaniu pracował również Pan. Lata mijają, a wciąż pacjenci i ich rodziny pozostają z informacją, że już wkrótce Plan wejdzie w życie, trzeba tylko postawić ostatnią kropkę. Problem w tym, że jakoś tej ostatniej kropki postawić się nie da.

– I moim zdaniem długo nikt jej nie postawi. Nie ma gotowości do tego, żeby spróbować podjąć zobowiązania wynikające z zapisów Planu dla Chorób Rzadkich.

– Jakie w takim razie byłyby te zobowiązania?

– To byłoby wprowadzenie w życie tego, o czym do tej pory rozmawialiśmy. Właściwie wszystkie postulaty naszego środowiska zawierały się w tym planie. Pierwsza rzecz to oczywiście diagnostyka i tu się powtórzę – jeżeli nie będziemy mieć poprawnej diagnostyki, to liczba zdiagnozowanych chorób wciąż będzie niższa niż w rzeczywistości. A każdy źle zdiagnozowany pacjent to także pacjent źle leczony. Właśnie dostęp do leczenia jest drugim elementem planu. Prawidłowo postawiona diagnoza sprawia, że możemy szybko zacząć na przykład podawać odpowiednie leki, ale przede wszystkim rodzice będą wiedzieli, z czym mają do czynienia i nie będą potrzebne pielgrzymki po kolejnych szpitalach i gabinetach lekarskich. Trzecią sprawą są kwestie socjalne. W przygotowanym dokumencie był rozdział poświęcony obowiązkom państwa. Była wśród nich m.in. szczególna troska wobec rodziców, którzy ze względu na chorobę dziecka rezygnują z pracy zawodowej. Chodziło o ich prawa emerytalne. My, rodzice, ponoszący duży ciężar opieki nad tymi dziećmi, tracimy coś, co dla zwyczajnych rodzin jest oczywiste. Na przykład matka lub ojciec decydujący się na opiekę nad małym chorym nie płaci składek na ZUS. Inna sprawa to mowa o wspieraniu chorych, gdy ci osiągną już pełnoletniość, ale dalej pozostaną osobami zależnymi od pomocy innych. Czwartym elementem planu była edukacja społeczeństw i wzrost świadomości społecznej. Oczywiście nasz plan nie zawierał cudownego remedium na wszelkie bolączki, ale był na tyle komplementarny, że każdy jego element wspierał następny. Większa wiedza społeczeństwa to lepsza diagnostyka i opieka lekarska, to równa się lepszemu stanowi chorych, co przekłada się na sytuację opiekunów. Koło się zamyka.

– Zawsze w takich sytuacjach korci mnie, by zapytać, czy aby na pewno potrzebujemy specjalnego planu. Może wystarczyłoby realizować już istniejące przepisy?

– Nie chodziło nam o to, żeby zebrać w jedno miejsce postulaty i stworzyć jakiś dokument – a raczej, by decydenci mogli zrozumieć, co stoi u podstaw tego wszystkiego. Tą podstawą jest, jak już wspominałem, świadomość społeczna istnienia problemu, a wraz z nią dostęp chorych do odpowiednich usług medycznych, świadczeń, rehabilitacji i edukacji. Jeśli dokonanie takiej „rewolucji” jest niemożliwe dla jakiegokolwiek rządu, to wszelkie działania związane z chorobami będą fikcją.

– Mógłby Pan przybliżyć kulisy powstawania tego programu?

– Rozmowy, które prowadziliśmy z Ministerstwem Zdrowia od 2011 roku, toczyły się we właściwym kierunku. My, strona społeczna, chodziliśmy na spotkania, dyskutowaliśmy nad konkretnymi zapisami planu, aby był on jak najbardziej spójny i pełny, by nie pomijał ani nie faworyzował żadnej z grup pacjentów. Przypomnę tylko, że nad jego zapisami pracowało ponad 200 osób. To nie była garstka szalonych społeczników – byli wśród nas lekarze, naukowcy, genetycy, ale też oczywiście rodzice. O tych ostatnich mówiono wręcz jako o fachowcach, którzy są najlepszym źródłem informacji, gdyż codziennie przebywają z dziećmi dotkniętymi tymi chorobami. Gdy przedstawiliśmy już plan stronie rządowej, otrzymał on bardzo dobre recenzje. Niestety potem wszystko się zmieniło. Rodzice przestali być fachowcami i najlepszym źródłem informacji, a współpracujący z nimi lekarze i naukowcy okazali się zbędni. Ministerstwo Zdrowia wzięło nasz plan we własne tryby, obiecując nam tylko dodatkowe spotkania z już wybranymi grupami osób, co miało służyć doprecyzowaniu poszczególnych zapisów planu i upewnieniu się, czy zawiera on wszystko, czego potrzeba. Do tych spotkań nigdy nie doszło. Ostatni raz w ministerstwie byłem na początku 2015 roku. Wtedy powiedziano nam, że za 6 tygodni przeprowadzimy jeszcze jedno spotkanie i ruszamy z pracami nad planem. Od tego czasu nie dostałem żadnej informacji, co się dzieje z efektem naszych długoletnich wysiłków. Nie umiem tego nazwać inaczej niż brakiem kultury.

– W lutym 2017 roku były już wiceminister zdrowia Krzysztof Łanda przeprosił za zwłokę i powiedział, że prace nad wdrożeniem Planu są już na finiszu i wystarczy tylko ustalić pewne kwestie z Ministerstwem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

– Tego pana już nie ma w Ministerstwie Zdrowia. Zawsze można znaleźć wymówkę, żeby czegoś nie zrobić. Najpierw tłumaczono się niedoróbkami planu, a potem kwestiami międzyresortowymi. Ale ktoś, kto widział, jak ten plan jest zbudowany, nie mógł być zaskoczony tym, że jego realizacja wymaga uruchomienia takich czy innych działań. Druga sprawa, że właściwie nie mamy kogo w tej chwili pytać, co dzieje się z Narodowym Planem dla Chorób Rzadkich. Ile lat mamy słuchać jeszcze o tej ostatniej kropce? Moim zdaniem nikt nie ma woli wprowadzenia tego planu w życie.

– Ale mamy też inny dokument rządowy – program „Za życiem”. Jego założeniem jest wspieranie osób z niepełnosprawnością i ich rodzin od momentu zdiagnozowania trudnej ciąży do bardzo późnej dorosłości. Moim zdaniem wiele z postulatów, o których Pan mówił, zawartych jest właśnie w tym programie. I to zarówno tych dotyczących opieki medycznej, jak i wsparcia socjalnego.

– Moim prywatnym zdaniem nazwa nie ma znaczenia. Jeśli program „Za życiem” zapewni właściwą diagnostykę, pomoc fachowców i dostęp do terapii osobom, u których wykryto chorobę rzadką, to jestem za. Żeby była jasność: my, rodzice, zdajemy sobie sprawę, że cały ciężar zapewnienia właściwego leczenia będzie spoczywać na nas. Ale zależy nam na tym, by diagnoza odbyła się możliwie jak najwcześniej, bo wiemy, jak tragiczna w skutkach może być sytuacja, gdy chorobę wykryje się za późno.

– Jakie to ma konsekwencje?

– Jeśli za późno wdroży się nawet najlepsze leczenie, to spustoszenie, jakiego choroba dokonała w organizmie, może być już nieodwracalne. Druga rzecz: na tym etapie ktoś może stwierdzić, że skoro taka terapia jest nieskuteczna, to po co ją refundować.

– Znów koło się zamyka.

– Argument o nieefektywności terapii przy chorobach rzadkich jest dla mnie wierutną bzdurą. Jeszcze nie słyszałem o dziecku, które umarło z powodu terapii, a przypadków, gdy do śmierci doprowadził jej brak, jest całe mnóstwo. Inna sprawa, że w wielu przypadkach leczenie polega na spowalnianiu postępu choroby. Są choroby, których nie uleczymy, ale możemy wydłużyć życie chorych. Zadam pytanie: czy są choroby powszechne, których też nie da się wyleczyć?

– Jasne – całkiem sporo: stwardnienie rozsiane, cukrzyca itp.

– W dodatku są to choroby coraz częstsze, których leczenie trwa do końca życia pacjenta. Czy to oznacza, że mamy rezygnować z terapii, które ewidentnie poprawiają jakość jego życia? Jasne, że nie. W takim razie czemu, gdy mówi się o chorobach rzadkich, myślenie jest całkiem inne? Owszem, czasami efektywność tego leczenia jest mniejsza niż nasze oczekiwania. Ale wynika to nie tyle ze słabości terapii, ile ze zbyt późnego jej wdrożenia. Jeżeli udałoby się doprowadzić do sytuacji, że dzieci z chorobami rzadkimi byłyby diagnozowane najwcześniej jak to możliwe, to liczba pacjentów dobrze odpowiadających na terapię byłaby o wiele większa i zamknęlibyśmy usta niedowiarkom.

– Tu dobrym przykładem byłyby wszelkie choroby związane ze specjalnymi dietami. Jedna z nich to fenyloketonuria, przy której trzeba wyeliminować z diety konkretny aminokwas i spożywać tylko starannie dobrane produkty. W przeciwnym razie dochodzi do bardzo poważnych uszkodzeń układu nerwowego i poważnej niepełnosprawności intelektualnej.

– To dobry przykład na to, jak ważna jest wczesna diagnostyka. Jeśli rodzic nie dowie się, jak karmić swoje dziecko, to będzie tylko mógł patrzeć bezradnie, jak jego stan się pogarsza. Inna sprawa, że w wielu chorobach rzadkich trzeba zmienić nie tylko dietę, lecz także cały sposób funkcjonowania rodzin, choćby po to, żeby dziecko nie umarło w niepotrzebnym cierpieniu. Dlatego nie wolno odrzucać jakiejś terapii tylko dlatego, że po jej zastosowaniu na przykład kilkulatek poruszający się na wózku nie wstanie i nie zacznie grać z kolegami w piłkę. Druga sprawa, że nie brakuje też sytuacji, gdy żadnej terapii nie ma i nie da się choremu dziecku w żaden sposób pomóc, poza właściwą rehabilitacją czy opieką.

– Co więc trzeba zrobić?

– Wprowadzić badania przesiewowe już od pierwszych dni życia, bez czekania na wystąpienie objawów. Znam przypadki z zagranicy, gdy poprzez takie wczesne wykrycie i podanie leków przed pojawieniem się objawów choroby, uratowano dziecko przed naprawdę poważną niepełnosprawnością. Gdyby coś takiego udało się wprowadzić w Polsce, to skala ludzkich tragedii związana z chorobami rzadkimi byłaby o wiele mniejsza.

– Mógłby Pan wskazać jakiś modelowy przykład z zagranicy?

– Żeby była jasność – nie wszystko, co jest na Zachodzie, jest lepsze od tego, co mamy w Polsce. Czasem nasze rozwiązania są korzystniejsze. Mamy dobrych fachowców, którzy potrafią zapewnić świetną opiekę. Co do dobrych przykładów, to utkwiła mi w głowie historia, którą opowiedział pewien profesor z Australii zajmujący się tematyką mukopolisacharydozy. Z jego słów wynikało, że jeśli wykryje się chorobę podczas wcześnie przeprowadzanych badań przesiewowych i zastosuje odpowiednie leki, to uniknie się nagromadzania w organizmie mukopolisacharydów, których nadmiar odpowiedzialny jest za niszczenie komórek organizmu. W rezultacie dzieci z tą chorobą będą mogły o wiele lepiej się rozwijać. Dziecko z taką samą chorobą, ale z terapią uruchomioną w późniejszym czasie, w zasadzie nie ma na to szans.

– Tu mamy przykład paradoksu kosztów ukrytych. Oszczędzając na diagnostyce, państwo samo dokłada sobie wydatków w późniejszym czasie. Oprócz dziecka, które wymaga intensywnej pomocy medycznej i wielu innych usług, są jeszcze jego rodzice, z których co najmniej jedno musi rezygnować z pracy i samemu stać się klientem pomocy społecznej.

– Nasze argumenty mówiące o tym, że opieka państwa w całym okresie życia dziecka jest droższa przez to, że zaniedbano kwestie diagnostyki i leczenia, zupełnie nie trafiają do decydentów. Nie wiem, jakim myśleniem się oni kierują, ale ciężar kosztów wynikających choćby z poważnej niepełnosprawności dziecka rodzice będą ponosić przez całe jego życie. Taniej dla wszystkich byłoby, gdyby służba zdrowia miała możliwość zaradzenia pewnym problemom, zanim się one w ogóle pojawią. Dobrze leczone dziecko mogłoby przecież, zamiast leżeć w domu czy szpitalu, chodzić do przedszkola, szkoły i bawić się z rówieśnikami. Sam znam takie dzieciaki. Skoro więc udało się to w pojedynczych przypadkach, to czemu nie uczynić z tego normy? Nawet najdroższa terapia jest dla państwa tańsza niż jej brak. Dopóki nie zmienimy obecnego myślenia, będzie dalej królowała strategia udawania, że problemu nie ma, bo przecież diagnozuje się tak mało tych chorób…

– Jest jeszcze aspekt ludzki. Rodzice chorych dzieci nie martwią się o to, czy ich dziecko będzie miało piątki i czy zawsze będzie miało zasznurowane buty, ale o to, czy nie umrze w nocy.

– Tak właśnie jest. W tym wszystkim najważniejszy powinien być zawsze pacjent. Jeśli damy mu lepsze leczenie, to damy mu lepsze życie w lepszych warunkach. Nawet jeśli to życie nie będzie zbyt długie, to dając mu właściwe wsparcie, zminimalizujemy cierpienie jego i jego rodziny. A o to przede wszystkim w tym chodzi.

– Czasami mam wrażenie, że nie dla wszystkich jest to tak samo oczywiste.

– Wie pan, co zmieniło sytuację chorych na mukowiscydozę w Wielkiej Brytanii? To, że premier Gordon Brown miał syna z tą chorobą. Widząc, jak wygląda obecna sytuacja chorych i ich rodzin, zmienił ją, korzystając z własnych doświadczeń z uzyskiwaniem diagnozy i dostępu do leczenia. Pytanie, czy każdy polityk musi mieć w rodzinie taką sytuację? Mam nadzieję, że wystarczą rozmowy z rodzicami, lekarzami i uczonymi. My, rodzice, naprawdę nie chcemy wiele – tylko tyle, ile mają inni chorzy. Bo na razie jest tak, że nie mając wyboru, to my ponosimy większość kosztów obecnej sytuacji.

– Czyli podsumowując: dopóki nie zmieni się system, swoje życie będą musieli zmieniać rodzice.

– Tak. Mam nadzieje, że kiedyś przyjdzie moment, gdy wiedza na temat chorób rzadkich będzie na tyle powszechna, że wprowadzenie potrzebnych zmian stanie się sprawą oczywistą. Może będzie potrzebny ktoś, kto ma w rodzinie czy w najbliższym otoczeniu osobę chorą i wie, jakie problemy się z tym wiążą. Taka wiedza pozwoli dopiero spojrzeć na choroby rzadkie z właściwej perspektywy. Nie tylko bieżących kosztów i oszczędności, ale pojedynczych ludzkich tragedii i możliwości ich uniknięcia. Lubię odnosić się do przykładu chorób onkologicznych. Jeszcze 30–40 lat temu wiedza na temat nowotworów była w społeczeństwie niemal zerowa. Proszę zobaczyć, co dzisiaj dzieje się z chorobami onkologicznymi. Umiemy o nich dyskutować, mamy coraz większą wiedzę na temat profilaktyki i wczesnego wykrywania raka. Czy ktoś kilkadziesiąt lat temu myślał, że głośno będzie się mówiło o samobadaniu jąder czy piersi? Dziś wiedza na ten temat jest powszechna – a to przekłada się na lepszą diagnostykę i leczenie. Mam nadzieję, że podobna rewolucja dokona się w zakresie chorób rzadkich. Dlatego musimy oswajać społeczeństwo z tym tematem. Dzięki temu może uda się osiągnąć taką sytuację, że ci chorzy będą żyli razem z nami, niekoniecznie jako pacjenci leczenia paliatywnego, podłączeni do aparatury, ale obok nas, w szkole, domu, parku czy ogrodzie. Nawet jeśli będą poruszali się o kulach czy na wózku albo będą mieli bardzo specjalną dietę, to będą się tak samo śmiali i bawili jak wszyscy inni. Marzę o tym, by skończyć z negatywnym komunikatem, który towarzyszy chorobom rzadkim. Zamiast obrazków o cierpieniu wolałbym rzetelną dyskusję o tym, jak pomóc chorym, bo ta pomóc jest w wielu przypadkach możliwa i przynosi rezultaty.

– Dziękuję za rozmowę.


Andrzej – Syndrom Devica

Wszystko zaczęło się od swędzącej plamki na skórze, która stawała się coraz większa i większa. „Gdy udaliśmy się z tym do lekarza, stwierdził, że mój mąż jest zdrowy” – wspomina Emilia Mulawa, żona Andrzeja dotkniętego zespołem Devica. To choroba, w której własny układ odpornościowy atakuje rdzeń kręgowy i nerwy wzrokowe. Jest często mylona z początkami stwardnienia rozsianego (SM).

Wkrótce Andrzej Mulawa stracił władzę w ręce. Gdy jego stan zaczął się drastycznie pogarszać, zaczęto podejrzewać nowotwór i zastosowano terapię sterydami. Ta okazała się szkodliwa. Prawdziwą diagnozę – syndrom Devica – udało się ustalić dopiero wtedy, gdy Andrzej Mulawa był już całkowicie sparaliżowany i musiał oddychać przy pomocy respiratora.

Fragment artykułu „Rzadkie choroby – częsty problem”, Niepelnosprawni.pl, 06.03.2015 r.

Artur – Fenyloketonuria

„Powiedziano mi, że dziecko jest upośledzone umysłowo i nie ma sensu dalej go leczyć. Jednak ja cały czas o niego walczyłam” – wspomina Bożena Zwolińska, matka 41-letniego Artura, chorego na fenyloketonurię. – „W ósmym roku życia syna udało mi się zdobyć skierowanie do Centrum Zdrowia Dziecka. Tam powiedziano mi, że jest już za późno i mogę co najwyżej wprowadzić dietę ograniczającą białko. Tymczasem sytuacja jego zdrowia pogarszała się z każdym rokiem. Nikt nie udzielił nam pomocy. Dzwoniłam do szpitali w całej Polsce, gdzie zbywano mnie stwierdzeniem, że nic się nie da zrobić”.

Gdy syn miał 36 lat, pani Bożena zdecydowała się poszukać w internecie czegoś na temat jego choroby. Tam znalazła Stowarzyszenie Ars Vivendi, prowadzone przez Małgorzatę i Stanisława Maćkowiaków, które zajmuje się wspieraniem osób chorych na fenyloketonurię i inne choroby rzadkie. Dopiero tam znalazła właściwe wsparcie, a także wiedzę na temat leczenia i diety, która okazała się zbawienna w skutkach.

„Oni uratowali życie mojemu synowi i całą nasza rodzinę” – mówi ze łzami w oczach Bożena Zwolińska. – „Stan Artura poprawił się tak bardzo, że aż mój drugi syn zapytał mnie, czy to możliwe, że Artur będzie niedługo zdrowym człowiekiem…”.

Fragment artykułu „Leczenie chorób rzadkich wreszcie z planem?”, Niepelnosprawni.pl, 02.03.2016 r.

Clemence – Zespół Ehlersa-Danlossa

Od wczesnego dzieciństwa cierpię na silne bóle i inne objawy. Choroba ta powoduje uogólniony, rozlany ból oporny na leczenie, problemy oddechowe, bóle głowy, ogromne zmęczenie. Procesy automatyczne (na przykład oddychanie, zasypianie) po pewnym czasie przestają takie być. Lekarze nieznający tej choroby przy pierwszym kontakcie z chorym uważają, że może mieć problemy psychologiczne – gdyż towarzyszą jej silne zmęczenie i ból, których nigdy nie możemy naprawdę zlikwidować; może to być przypadek depresji wtórnej. Choroba może przybierać różne formy i utrudnia codzienne życie. Nie ma możliwości złagodzenia bólu, ponieważ nie znaleziono dotąd skutecznego leczenia. Zarówno we Francji, jak i w innych krajach brakuje środków na poszukiwania i badania. Większość chorych w pewnym momencie ma problemy z chodzeniem, więc poruszają się na wózkach. Życie musi być zorganizowane w inny sposób, są czynności, których przez pewien czas lub nigdy nie możemy wykonywać sami.

Podziękowania za tłumaczenie dla Agaty Kwiatkowskiej i Magdaleny Pawlik

Przykłady chorób rzadkich:

Fenyloketonuria: wrodzona choroba metaboliczna występująca z częstością około 1 na 8 tysięcy noworodków. U podłoża choroby leży nieprawidłowa przemiana aminokwasu – fenyloalaniny w organizmie. O ile odpowiednio wcześnie nie zostanie zastosowane właściwe leczenie, gromadzący się w nadmiarze aminokwas uszkadza organizm dziecka, a w szczególności jego mózg, prowadząc nieuchronnie do niepełnosprawności intelektualnej. Stąd konieczność wczesnej diagnostyki choroby opartej na badaniach przesiewowych noworodków i wczesnego prowadzenia leczenia dietą o ograniczonej podaży fenyloalaniny. Takie postępowanie warunkuje profilaktykę uszkodzenia układu nerwowego, pozwalając na całkowicie prawidłowy rozwój dziecka chorego na tę chorobę.

Na podstawie http://www.nadziejawgenach.pl/ choroby_rzadkie/47-Zespol_Devica_(NMO).html

Zespół Devica – choroba neurologiczna o charakterze demielinizacyjnym, w której nadaktywne białka – limfocyty B układu odpornościowego, zamiast strzec organizmu przed infekcjami, atakują również nerwy wzrokowe i nerwy rdzenia kręgowego, „nie rozróżniając” komórek mieliny od chorobotwórczych. Wskutek takich ataków początkowo wytwarza się stan zapalny w obrębie mieliny nerwu, później atrofia (zanik), a w końcu martwica samego nerwu – powstają tzw. jamki martwicze, doskonale widoczne w obrazie MRI (czasami mylone z torbielami lub innymi ogniskami patologicznymi). Zmiany degeneracyjne są nieodwracalne, prowadzą do poważnych deficytów neurologicznych, choć chorzy utrzymują swój potencjał intelektualny i są w pełni świadomi co do możliwości szybkiego, zmiennego postępu choroby i nie najlepszych rokowań.

Na podstawie http://www.nadziejawgenach.pl/choroby_rzadkie/47-Zespol_Devica_(NMO).html

Mukowiscydoza – schorzenie, którego głównym objawem jest nadprodukcja gęstego i lepkiego śluzu, zaburzającego pracę narządów wyposażonych w gruczoły śluzowe. Objawia się przede wszystkim przewlekłą chorobą oskrzelowo-płucną oraz niewydolnością enzymatyczną trzustki z następowymi zaburzeniami trawienia i wchłaniania. Większość chorych (około 75 proc.) cierpi na choroby i dolegliwości układu pokarmowego, takie jak kamica żółciowa, skręt jelita w okresie płodowym, niedrożność smółkowa jelit w okresie noworodkowym, dystalna niedrożność jelit, wtórna marskość żółciowa wątroby, nawracające zapalenia trzustki, blokowanie przewodów trzustkowych przez śluz. Dzięki postępowi medycyny udało się w ostatnich latach wydłużyć przeciętną długość życia chorych z mukowiscydozą do 24 lat.

Na podstawie http://www.chorobyrzadkie.com/schorzenia/mukowiscydoza- istota-choroby

Zespół Ehlersa-Danlosa – występująca w 1 na 5–10 tysięcy urodzeń choroba tkanki łącznej, która buduje nie tylko ścięgna czy więzadła, ale również kości, chrząstki, skórę i krew. Objawia się m.in. chronicznym bólem stawów, kręgosłupa, mięśni, ścięgien (zapalenia ścięgien), skóry, żołądka, piersi, genitaliów itp., ale też problemami w poruszaniu się, zaburzeniami termoregulacji i zaburzeniami sensorycznymi i neurologicznymi.

Na podstawie http://www.ehlers-danlos.pl/p/dolegliwosci.html

Stracony okres 1989–2015

W Polsce od 1989 roku trwa permanentny konflikt polityczno-społeczny, który w dużym stopniu ma podłoże socjalne i dotyczy sprawiedliwej redystrybucji dóbr. Od powstania III Rzeczypospolitej w głównym przekazie medialnym te kwestie były najczęściej marginalizowane. Rozważania związane z upadkiem gospodarczym z lat 90. zostały skutecznie wypchnięte poza nawias debaty publicznej przez kastę ekonomistów i polityków zachwyconych wolnym rynkiem oraz słabym państwem.

Z zimną krwią

Powstały konflikt polityczny miał w początkowym okresie zróżnicowane natężenie, co było spowodowane zamknięciem wielu dużych zakładów przemysłowych lub rozbiciem ich na mniejsze przedsiębiorstwa prywatne. Oznaczało to zmniejszenie potencjału związków zawodowych oraz pozostawienie znacznej części społeczeństwa w trudnych realiach walki o byt w warunkach transformującej się gospodarki – nasilającego się bezrobocia i utraty stabilizacji zatrudnienia. Na pierwszy rzut oka całość wydaje się skutkiem błędnej polityki makroekonomicznej, która zupełnie pominęła aspekt mikroekonomiczny. Prywatyzacja i upadłość przedsiębiorstw państwowych niwelowały zagrożenie strajkami, co było korzystne z punktu widzenia liberalnych polityków.

Można zadać pytanie, czy działania decydentów politycznych były z góry zaprogramowane przeciwko społeczeństwu. Nie do końca. Spiskowa teoria nie będzie mieć pokrycia w faktach, ponieważ prawdopodobnie jedną z wielu zmiennych, które miały wpływ na tę sytuację, był dominujący wówczas liberalny punktu widzenia i to, jak przełożył się na organizację gospodarki. Michel Foucault prowadził w latach 1977–1978 w Collège de France serię wykładów, w których omawiał kwestię praktyk władzy. Jedną z poruszanych przez niego spraw był sposób kontrolowania uprawy i handlu zbożem w XVIII-wiecznej Francji.Foucault wskazywał na zjawisko cyrkulacji, czyli obiegu towarów, ludzi, pieniądza i idei, w kontekście fizjokratyzmu z jego dążeniem do zniesienia ograniczeń, a w efekcie zwiększenia przepływu i wytworzenia w pełni wolnego handlu. Filozof trafnie zauważa, że aspiracje do podniesienia poczucia bezpieczeństwa koncentrują działania organizacji państwowej na sprzyjaniu inflacji różnorodnych działań w przestrzeni. Zbyt ciasna zabudowa w miastach i miasteczkach? Spowodowany tym brak higieny, wzrost przestępczości w ciemnych zaułkach? Odpowiedzią była akcja poszerzania ulic, tworzenie ich regularnej sieci, całkowita przebudowa, by jeszcze bardziej kontrolować i dyscyplinować mieszkańców. Jednak aby taki proces nastąpił, państwo musi się rozwijać, bogacić, zwiększać otwartość na import i eksport. Pojawia się problem niedoboru zboża, a więc zagrożenie głodem. W latach 50. i 60. XVIII wieku następuje publiczna debata, prowadząca do zwycięstwa fizjokratyzmu z jego opowiedzeniem się za wolnym handlem. Jednocześnie w 1764 roku wzrastają ceny zbóż i znów powraca pytanie, czy słuszny jest eksport zboża w czasach niedoboru. Postawa fizjokratów zachęcała do przyjęcia założenia, że nawet jeśli jakąś wioskę dotknie głód i iluś ludzi umrze, będą to oczekiwane straty, a w większej skali niedobór żywności zostanie pokryty importem. Dochodzimy więc do punktu, w którym wolny handel niesie i uzasadnia bardzo poważne krótkoterminowe konsekwencje1.

Znaczna część polskich ekonomistów uległa liberalizmowi ekonomicznemu szkoły chicagowskiej i poparła transformację polskiego systemu gospodarczego zgodnie z jej receptami. Przypomina to opisane przez Foucaulta zjawisko dążenia do zwiększenia cyrkulacji, czego najbardziej widocznym efektem było zapełnienie sklepów różnorodnymi produktami. Oprócz tego pojawiło się także bezrobocie, będące w nowych realiach swego rodzaju wspomnianymi oczekiwanymi stratami. W latach 90. powstały elity polityczne całkowicie akceptujące model tej cyrkulacji, dopełnianej trwałą słabością państwa.

Przykładów jest wiele – np. upadek transportu publicznego w mniejszych miejscowościach umożliwił zagospodarowanie rynku przez przewoźników prywatnych. W konsekwencji doszło do rozwoju sieci busów, z zastrzeżeniem, że nie wszystkie miejscowości są obsługiwane – czy to częstymi kursami, czy w ogóle. Indywidualnym rozwiązaniem tego problemu jest zakup samochodu przez coraz większą liczbę osób. Nasilające się zjawisko migracji mieszkańców z przeludnionych i zanieczyszczonych miast na tereny wokół aglomeracji, przy braku efektywnej komunikacji publicznej, wywołało konieczność tworzenia i rozbudowy sieci drogowej. Doszło do zjawiska kulminacji potrzeby dojazdu ze strony starych i nowych mieszkańców wsi i miasteczek, gdyż obie te grupy są uzależnione od bardziej chłonnego rynku pracy okolicznego miasta. W efekcie wystąpił paradoks Braessa – pojawienie się kolejnej nowej drogi lub dodatkowego pasa ruchu nie zmniejsza liczby i natężenia korków. Z samochodów zaczynają korzystać następni użytkownicy – ci, którzy dotychczas tego nie robili. W wymiarze krótkoterminowym zyskują przedsiębiorcy, ponieważ tworzą sieci busów lub miejsca parkingowe na obrzeżach miast. Społeczeństwo ponosi z tego tytułu podwójne koszty – po raz pierwszy, kiedy musi płacić za usługi prywatne w sytuacji ich braku, i po raz kolejny, gdy kolejne inwestycje drogowe są finansowane z podatków. Cały system cyrkuluje w stronę zysków jednych kosztem drugich. To nieumiejętność zarządzania państwem, przejawiająca się w przypadkowości i w działaniach ad hoc, które wynikają z braku myślenia strategicznego. Sfera publiczna miała się stopniowo kurczyć jako zbyt kosztochłonna i obciążająca budżety samorządów. Skutkiem jest zmiana dóbr publicznych w prywatne, by sfera biznesu i polityki uzupełniały się nawzajem.

Tu zabrakło państwa

System światowy wymusza rywalizację między państwami o potęgę i status/uznanie. Każdy z podmiotów czerpie potencjał m.in. z systemu podatkowego. Skuteczna ściągalność podatków należy obecnie do największych wyzwań państwowych, ponieważ skala ich unikania upośledza możliwość dostarczania usług publicznych na wysokim poziomie. Nie jest to tylko wypadkowa działań grup przestępczych czy słabości systemu prawnego, który ma wiele luk umożliwiających wyłudzenia podatkowe. Innym problemem jest możliwość ograniczania ingerencji zagranicznych podmiotów prywatnych, co w warunkach globalizacji jest bardzo trudne.

W praktyce niemal żaden przedsiębiorca, choć mało kto artykułuje to wprost, nie chciałby zaistnienia całkowicie wolnego rynku, gdyż pełna konkurencja niszczyłaby słabsze podmioty (efekt skali). Słabe państwo i nieskrępowany wolny rynek wcale nie sprzyjają przedsiębiorczości: „Im słabsze państwo, tym mniej bogactwa można zgromadzić poprzez działalność produktywną ekonomicznie. W rezultacie czyni to z samej machiny państwa jeden z głównych obszarów akumulacji bogactwa – poprzez kradzież i przekupstwo, na wyższych i niższych poziomach. Oczywiście nie jest tak, że nie zdarza się to w silnych państwach – bo zdarza się – chodzi jednak o to, że w słabych państwach staje się preferowanym środowisko akumulacji kapitału, co z kolei osłabia zdolność państwa do realizowania innych zadań”2. Samoograniczenie się państwa i związane z tym mniejsze wpływy budżetowe to wspomniana w cytowanym fragmencie niezdolność do realizowania innych zadań. Państwo w takim układzie zmiennych osłabiających nie będzie w stanie reagować na nowe wyzwania. Negatywne zdarzenia i procesy będą się stopniowo nawarstwiać, a wraz z nimi wzrosną także koszty. Państwo w takiej sytuacji zwiększy obciążenia podatkowe obywateli.

Nie chodzi o gloryfikację państwa bez oglądania się na komplikacje, jakie stwarza nadmierny etatyzm. Pożądana jest jednak sytuacja, w której państwo i jego interes będą równie ważne, co zysk. Bez sprawnego państwa, dość silnego w konkurencji z innymi podmiotami na arenie międzynarodowej, krajowi przedsiębiorcy nigdy nie będą w stanie rozwinąć działalności na dużą skalę. W interesie każdego państwa leży maksymalizowanie swoich szans i możliwości, a do tego potrzebne są chłonny rynek wewnętrzny i udział w rynku zewnętrznym. Pierwszy staje się podporą silnych instytucji państwowych i przedsiębiorstw prywatnych, co pozwala budować efekt skali do dalszej ekspansji.

W warunkach mocnej penetracji rynku krajowego przez zagraniczne podmioty dochodzi do przeszczepienia części pozytywnych cech takich firm (jak technologie czy lepszy system zarządzania) na grunt państwa przyjmującego. Jednak celem graczy międzynarodowych jest zysk, a nie działalność charytatywna. Polska po 1989 roku dysponowała określonym kapitałem przemysłowym i finansowym, który z ich punktu widzenia należało przejąć, zlikwidować i pozostawić tylko to, co konieczne, aby lokalna gospodarka stała się głównie usługowa i niezdolna do konkurencji z tymi podmiotami. Według Edwarda Luttwaka działalność usługowa oznacza niższe wynagrodzenia niż w przypadku pracowników zatrudnionych w przemyśle3. Likwidacja lub przejęcie krajowej bazy przemysłowej, przy spadku wynagrodzeń i opanowaniu rynku przez zagraniczne produkty przemysłowe – to prosta droga do kolonizacji na warunkach zagranicznych potentatów. W tym systemie część zasobów trafiła oczywiście w ręce podmiotów powstającego krajowego biznesu. Zadaniem nowej elity było bronienie bezpiecznego trwania tego systemu. Najlepszym przykładem jest wykorzystanie rzekomego polskiego atutu w postaci taniej siły roboczej oraz emigracji wykształconych grup społecznych („drenaż mózgów”) przez lepiej prosperujące gospodarki centrum politycznego kapitalizmu na szeroko pojętym Zachodzie.

Półperyferie

Polska debata publiczna zwykle pomija kwestię zewnętrznego wpływu kapitalistycznych gospodarek na krajowy system polityczny i gospodarczy. Cytowany już Immanuel Wallerstein podzielił kraje o określonym poziomie rozwoju na państwa-centrum, które uwikłały w swoją sieć kraje peryferyjne o zacofanej gospodarce, oraz na półperyferie o większych możliwościach. Ostatnia kategoria zdaje się pasować do polskich realiów – kraju o dużym potencjale rozwojowym, ale zmuszonego konkurować z innymi państwami o podobnym statusie, aby z poziomu zależności gospodarczej nie spaść jeszcze niżej w hierarchii prestiżu i dostępności do określonych korzyści ekonomicznych wskutek przeniesienia produkcji do krajów o jeszcze niższych kosztach zatrudnienia4. Sprzyja to rozwojowi mentalności i dyskursu akceptujących wyższy poziom zaawansowania państw rozwiniętych. Powstaje sytuacja nierównowagi, w której siła nabywcza społeczeństwa wspiera konsumpcję i rozpoznawalność produktów zagranicznych. Polskie firmy potrzebują czasu na rozwój, co w tego typu rywalizacji jest niezwykle trudne.

Bardzo ważnym instrumentem presji gospodarczej i kulturowej jest obecność Polski w strukturach Unii Europejskiej. Z jednej strony jest to szansa, ponieważ istnieją mechanizmy solidarności europejskiej w postaci transferu środków publicznych do państw półperyferyjnych Europy Środkowo-Wschodniej. Jednak oznacza to również oddanie jeszcze większego pola nieskrępowanej penetracji. Jest to skorelowane z ciągłą wojną cenową, a niskie ceny są efektem m.in. niewielkich uposażeń pracowników.

Proces nowego uzależnienia gospodarczego po 1989 roku został skierowany przeciwko zwykłym ludziom. Wymownym przykładem jest postępujące przeobrażanie prawa pracy w kierunku niestabilnych stosunków zatrudnienia. Rosną nierówności społeczne. Posiadanie mieszkania, domu, potomstwa czy pracy zgodnej z wykształceniem jest dobrem luksusowym. Takie realia znajdują się w konflikcie z propagandą mówiącą, że wolność jest w Polsce gwarantowana przez ustrój polityczny liberalnej demokracji. Narracja ta akcentuje pewien przełom w swobodzie posiadania i artykulacji poglądów politycznych, ale nie gwarantuje efektywności gospodarczej oraz egalitarnego i sprawiedliwego rozwoju. Widać to wyraźnie na poziomie lokalnego samorządu.

Nędza „demokracji” lokalnej

Obecnie w wyborach do rad gmin w miastach niemających praw powiatu obowiązuje system jednomandatowych okręgów wyborczych. Elekcja do rad powiatowych wciąż działa w ramach systemu list wyborczych poszczególnych komitetów partyjnych lub obywatelskich. Wydawać się może, iż jednomandatowe okręgi na poziomie gminy miejskiej o wielkości do 50 tysięcy mieszkańców powinny generować wyższą jakość polityczną, skoro głosowanie nie dotyczy już list komitetów, lecz poszczególnych osób. Problem w tym, że niewielkie okręgi w tego typu miastach sprzyjają miękkiej korupcji politycznej – pozyskiwaniu zwolenników liczących na konkretne korzyści w postaci posad, uregulowań prawnych czy dostępu do intratnych kontraktów na zamówienia publiczne. Sprzyja temu niewielkie zaangażowanie i zainteresowanie sprawami publicznymi. Znajomość poszczególnych osób uczestniczących w rywalizacji politycznej, a także koterii, jakie się wokół nich gromadzą, wywołuje duże emocje. W efekcie tematy trudne i wymagające fachowej wiedzy są spychane na margines.

Wykorzystują to media niekryjące się ze swoimi sympatiami dla poszczególnych kandydatów. Lokalne stacje telewizyjne i radiowe, prasa i portale informacyjne dysponują niewielkim kapitałem finansowym. Wchodzą więc w swego rodzaju „kohabitację” z różnymi lokalnymi politykami na zasadzie wzajemnych korzyści, co przekłada się na określoną politykę informacyjną. Całość kończy się aktem wyborczym, który niekiedy wyłania nową obsadę rady gminy w wyniku skompromitowania się poprzedniej, ale nowe władze zwykle funkcjonują podobnie do starych. Przegrana opcja polityczna nie jest pozostawiana na lodzie. Bardzo często były prezydent trafia do jakieś spółki lub na stanowisko kierownicze do jednostki podległej gminie – podobnie dzieje się z wieloma radnymi.

Sens tego działania jest oczywisty i polega na tym, żeby nie robić sobie nawzajem krzywdy pomimo zajadłych sporów werbalnych w przestrzeni publicznej. W ogromnym stopniu buduje to lokalną elitę polityczną, która świadomie i celowo kontroluje dostęp do intratnych stanowisk. Kto raz wejdzie do tego systemu i nie zepsuje sobie relacji z patronami czy nawet z przeciwnikami, nie wykraczając poza pewne granice rywalizacji, pozostanie w nim na długo. Wielu umożliwia to zbudowanie swoistego imperium, na które nakłada się sieć zwolenników i przyjaciół rozmieszczonych w różnych instytucjach samorządowych czy przedsiębiorstwach prywatnych. Spora część wyborców woli uczestniczyć w tym systemie ze względu na potencjalne korzyści, a sprzeciw zwykle nie wykracza poza anonimową złość w internecie. Najważniejszym kryterium uczestnictwa w lokalnym systemie politycznym jest lojalność, a nie profesjonalna wiedza mogąca zagrażać osobom znajdującym się na różnych szczeblach samorządowej hierarchii. To demokracja pionowa o bardzo ułomnym charakterze, budująca nieformalne sieci wpływu, grupy interesu mogące tworzyć określony porządek prawny od poziomu samorządowego po ogólnokrajowy.

Krytyczna ocena tego zjawiska sama w sobie nie będzie w stanie zainicjować sanacji samorządu, ponieważ w praktyce każdy porządek polityczny, również w rozwiniętych demokracjach, wiąże się z systemem łupów. W jakimś stopniu jest on konieczny, jeżeli ma stanowić motywację do działań politycznych z powodu oczekiwania różnych korzyści. Problem staje się poważny, gdy skala tego zjawiska przerasta uczciwe praktyki. Dla pewnej części wspólnoty, która jest pozbawiona intratnych znajomości, będzie to blokada możliwości zawodowych i szans na podjęcie służby publicznej. Może to przyczynić się do zahamowania napływu fachowych kadr, a na poziomie politycznym ustanawia praktykę negatywnej selekcji i ryzyko bezalternatywności kandydatur.

Zapaść gospodarcza i społeczna w dużym stopniu przełożyła się na ukształtowanie systemu politycznych koneksji i relacji patron – klient, gdyż zwyczajni ludzie nie mogli poświęcić czasu na zdobywanie kompetencji obywatelskich i wiedzy politycznej w sytuacji walki o przetrwanie. Lokalny kapitalizm opiera się na niewielkich firmach o małej sile konkurencyjnej wobec dużych zagranicznych podmiotów. Te małe, rodzinne przedsiębiorstwa, bazują do dziś na taniej sile roboczej i próbach unikania opodatkowania. Nie są zdolne do tworzenia większych firm, ponieważ nie przechodzą procesu fuzji z innymi przedsiębiorstwami. Ich styl działania jest prowincjonalny z powodu chęci manifestowania swojego wyższego statusu majątkowego, ale nie coraz większej zaradności i efektywności w zarządzaniu. Aby przetrwać, budują sieć wsparcia politycznego w celu pozyskiwania zamówień publicznych. Ich niski potencjał i mała skłonność do podejmowania ryzyka inwestycyjnego mają związek ze słabością państwa. „Jeżeli familistyczne społeczeństwo o niskim poziomie zaufania pragnie rozwinąć przedsiębiorstwa na dużą skalę, niezbędna jest interwencja państwowa w postaci subsydiów i innych form pomocy, w tym również bezpośrednie przejęcia firmy na własność skarbu państwa. Wynikiem będzie »siodłowy« wykres dystrybucji przedsiębiorstw i duża liczba relatywnie małych firm rodzinnych na początku skali oraz bardzo mało struktur pośrednich”5.

Miasto pod lupą

Zlikwidowana część przemysłu nierzadko była nadmiernie rozbudowana, a skala zatrudnienia mogła być nieadekwatna do możliwości finansowych. Jednak polityka szokowa, której skutkiem było wysokie bezrobocie utrzymujące się przez długie lata, zupełnie nie brała pod uwagę możliwości rozsądnej i długofalowej restrukturyzacji przedsiębiorstw. Ta ostatnia mogłaby przecież polegać np. na okresowym zmniejszeniu personelu, zwiększeniu efektywności zarządzania, pozyskaniu nowych technologii – aby przetrwać i zyskać lepszą pozycję rynkową. Istnienie tych zakładów, szczególnie w niewielkich ośrodkach miejskich, dałoby silne podstawy do zachowania potencjału gospodarczego, naukowego i demograficznego wielu z nich. Ulokowanie dużych fabryk poza wielkimi aglomeracjami jest z korzyścią dla lokalnych społeczności.

Przykładem miasta, gdzie postąpiono inaczej, jest Skarżysko-Kamienna w północnej części województwa świętokrzyskiego. Miejscowość od wielu lat jest związana z przemysłem zbrojeniowym. Rozwój zapoczątkowała budowa stacji kolejowej w latach 1883–1884, a po nadaniu praw miejskich i powstaniu kolejnych zakładów o charakterze militarnym miasto uzyskało ważne znaczenie przemysłowe i transportowe. Nowe realia polityczne i gospodarcze z chwilą zakończenia II wojny światowej przyczyniły się do rozbudowy istniejących zakładów i tworzenia nowych. Napływ ludności z okolicznych wsi skutkował koniecznością budowy nowych osiedli.

Ten pomyślny rozwój przerwały zmiany gospodarcze z lat 90. Skala zatrudnienia zmalała, a z nią – dbałość o miasto. Rynek pracy bazuje na firmach, które budują swój kapitał i pozycję, wykorzystując tanią siłę roboczą. Trwa odpływ mieszkańców, zwłaszcza tych wykształconych. Efektem jest stopniowo starzejąca się populacja, tymczasowo zastępowana ludnością napływową z terenu Kielc, która wynajmuje lub kupuje tanie mieszkania przy uwzględnieniu kosztów dojazdu do miasta wojewódzkiego, ponieważ samo Skarżysko nie oferuje zatrudnienia i infrastruktury na wystarczającym poziomie. Nastąpiła także ekspansja sieci handlowych o kapitale zagranicznym, co pogorszyło warunki prowadzenia handlu przez lokalnych przedsiębiorców.

Największymi pracodawcami wciąż są zakłady zbrojeniowe, ale zatrudniają znacznie mniej osób niż kiedyś. Brakuje większych inwestycji podobnych do tych z okresu po 1945 roku. Chociaż odbudowa przemysłu na wzór tej z przeszłości nie jest realna z powodu zmniejszenia popytu na produkty przemysłu ciężkiego na rzecz wytwórczości wysokiej techniki, to jednak poważne inwestycje przemysłowe mogłyby odbudować znaczenie miasta. W czasie transformacji upadł zakład produkujący obuwie, a zakłady zbrojeniowe prowadziły własną produkcję sprzętu AGD. Są to przykłady dowodzące, że istniała szansa na rozwój przemysłu lekkiego na potrzeby konsumpcyjne. Wśród kolejnych negatywnych zmian trzeba wymienić spadek liczby połączeń kolejowych i redukcję zatrudnienia personelu obsługującego stację i rozbudowane parki kolejowe. W tych ostatnich funkcjonował znaczący park towarowy, dziś pozbawiony dużej załogi pracowników technicznych – w przeszłości było to nawet około 5 tysięcy osób.

W skali regionu w województwie świętokrzyskim działa natomiast przynajmniej kilkanaście zagranicznych firm, które nie wnoszą wyższej techniki wytwórczej, lecz bazują na przejętych przedsiębiorstwach w celu wyzyskania bazy surowcowej lub materiałowej (inwestycje typu brownfield). Ma to poważne konsekwencje, nie tylko w niszczeniu lokalnego środowiska: „Firmy te, będące oddziałami dużych międzynarodowych korporacji, są silniej powiązane z innymi przedsiębiorstwami z obcym kapitałem niż z miejscowymi podmiotami gospodarczymi, w niewielkim stopniu tworzą sieci relacji z dostawcami i instytucjami lokalnymi. Takie formy współpracy wiążą się z niskimi regionalnymi efektami mnożnikowymi, czyli zwiększaniem działalności miejscowych podmiotów gospodarczych wywołanym przez wzrost popytu na ich dobra i usługi ze strony firm zagranicznych”6.

Pracownicy takich przedsiębiorstw stanowią kolejny materiał eksploatacyjny wraz z dostępnymi maszynami, które nie podlegają wymianie aż do momentu całkowitego zużycia. Tego rodzaju firmy w momencie, gdy osiągną cele, po prostu zmienią miejsce działania. Zakończenie działalności przedsiębiorstwa oznacza nie tylko wzrost bezrobocia. Część z pracujących, poddana silnemu reżimowi pracy fizycznej, będzie skazana na problemy zdrowotne w przyszłości. Praca ponad ustawowy miesięczny czas pracy, jak na przykład łączenie dwóch umów (o pracę i cywilnoprawnej, tzw. śmieciowej), jest sposobem na obarczenie pracowników zadaniami osób, które powinny być w rzeczywistości dodatkowo zatrudnione. Zamiast tego redukuje się koszty, zmniejszając zatrudnienie. Jest to przyczyną problemów w rodzinach i lokalnych społecznościach, zmuszonych radzić sobie z kosztami leczenia osób przepracowanych, zmagających się z trudnościami psychologicznymi i nałogami. To, co pozornie niewidoczne, w wymiarze długofalowym doprowadzi do konkretnych kosztów finansowych i społecznych.

Innym przejawem działania firm zagranicznych jest eksploatacja surowcowa oraz nasilone użytkowanie infrastruktury drogowej. „Najczęściej przedmiotem współpracy inwestorów zagranicznych z miejscowymi podmiotami są samochodowe usługi transportowe. Intensywny ruch samochodów ciężarowych przewożących ciężkie towary produkowane przez te przedsiębiorstwa powoduje stałe pogarszanie jakości dróg wojewódzkich i lokalnych, przy czym przedsiębiorstwa te nie poczuwają się do partycypowania w kosztach ich utrzymania i modernizacji. Wydaje się, że w tej sytuacji powinna być stosowana powszechna w ochronie środowiska zasada: zanieczyszczający płaci (w tym przypadku niszczący płaci)”7.

Ślepa uliczka

Polskich przedsiębiorców cechuje silna postawa roszczeniowa wobec państwa i często prezentują błędny tok rozumowania. Zazwyczaj uważają, że państwo po prostu okrada ich z zysków. Rzecz polega na zrozumieniu, kto naprawdę tego dokonuje – są to lepiej prosperujące firmy zagraniczne, działające w dodatku na preferencyjnych warunkach. Przykładem bardzo negatywnego podejścia polskich przedsiębiorców, wykupujących lokalne firmy lub podejmujących się ich dzierżawienia, jest użytkowanie mienia bez podejmowania inwestycji, np. w nowe urządzenia, lub kosztów podnoszenia kwalifikacji personelu. Brak inwestycji skutkuje niskimi zwrotami z działalności. Zyski mogłyby być większe w przyszłości dzięki wprowadzeniu nowych maszyn produkcyjnych, ale liczy się krótkofalowa korzyść. Taka mentalność sprzyja budowaniu większego majątku prywatnego. W sytuacji pogorszenia się warunków prowadzenia działalności łatwo jest krytykować państwo i społeczeństwo.

Dalsza liberalizacja gospodarki po 2007 roku w realiach późniejszego kryzysu finansowego w gospodarce światowej dokonywała się w ramach pewnego schematu myślowego. Demokracja liberalna i wolny rynek w ujęciu polskich liberałów są najważniejszym osiągnięciem, które – jako zwieńczenie historii linearnej – znosiło prymat państwa nad stosunkami gospodarczymi, a nieograniczona wolność miała rekompensować niedobory w sferze stabilizacji materialnej. W efekcie żyjemy w bardzo niestabilnych warunkach związanych z tymczasową pracą i ograniczoną dostępnością usług publicznych. Poszczególne grupy społeczne dbają o uzyskane uprawnienia kosztem innych o gorszym statusie i pozycji, starając się wywalczyć korzystną dla siebie legislację. Dostęp do informacji w internecie jest tylko częściowo wolny i demokratyczny, gdyż podlega całej strukturze komercyjnego oprogramowania, które śledzi gusta i zainteresowania użytkowników. Od 1989 roku trwa depresja demograficzna, powodowana z jednej strony odkładaniem na przyszłość momentu poczęcia dziecka z powodu priorytetu zdobycia wyższego wykształcenia i większej ilości dóbr, a z drugiej – bezrobociem i pauperyzacją. Tak uformowana demokracja jest systemem ochrony przywilejów i zasobów silnych grup interesu. Większe ruchy protestu zostają skanalizowane w ruchy społeczne, które przekształcają się w partie polityczne i powtarzają schemat z budową sieci zależności i generowaniem posłusznej klienteli.

Kamil Sasal

Przypisy:

  1. M. Foucault, Bezpieczeństwo, terytorium, populacja, Warszawa 2010, s. 23–72.
  2. I. Wallerstein, Analiza systemów światów. Wprowadzenie, Warszawa 2007, s. 80.
  3. E. Luttwak, Turbokapitalizm. Zwycięzcy i przegrani światowej gospodarki, Wrocław 2000, s. 66–67.
  4. Ibidem, s. 85.
  5. F. Fukuyama, Zaufanie. Kapitał społeczny a droga do dobrobytu, Warszawa–Wrocław 1997, s. 43.
  6. S. Pastuszka, Zagraniczne inwestycje bezpośrednie w regionie świętokrzyskim w latach 2005–2011, „Gospodarka Narodowa” 2013, nr 10.
  7. Ibidem.

Rynkowy imperializm – monopole i globalny łańcuch wartości. Studium przypadku i propozycje obrony

„Globalizacja nie jest monolityczną siłą, lecz ewoluującym zestawem konsekwencji – niektóre z nich są dobre, niektóre złe, a niektóre niezamierzone. To nowa rzeczywistość” – napisał dokładnie 10 lat temu John B. Larson, polityk amerykańskiej Partii Demokratycznej. Rzeczywiście, globalizacja wywróciła nasz świat do góry nogami – umożliwiła szybki transfer technologii i kapitału, stworzyła nową globalną jakość relacji międzyludzkich, wreszcie wydłużyła i rozproszyła po całym świecie produkcję nawet najbardziej podstawowych dóbr. Niejednokrotnie jest oskarżana o całe zło dzisiejszych czasów, od zniszczenia rodzimego przemysłu po degenerację moralną. Teorie mniej lub bardziej spiskowe doszukują się istnienia światowej oligarchii kontrolującej nasze życia lub globalnego starcia cywilizacji religijno-politycznych.

Jednym z najbardziej zauważalnych objawów globalizacji jest oczywiście powstanie nowej jakości korporacji międzynarodowych, ich globalnych operacji oraz podążającego za nimi transnarodowego kapitału. Nie chcemy, aby ten tekst stanowił klasyczne powtórzenie – niejednokrotnie niezwykle celnych i trafnych – argumentów przytaczających przypadki unikania opodatkowania, zatruwania środowiska czy niemal neokolonialnych warunków pracy, wyrażających się w folwarcznym stosunku do nisko opłacanej siły roboczej. Nawet najbardziej zasadna krytyka modelu w optyce makro powinna zacząć się od zbadania zależności na poziomie mikro, czyli modeli i strategii biznesowych. Zasadniczo na każdym ustabilizowanym rynku znajdziemy jakiegoś gracza „odstającego” pod względem modelu biznesowego od reszty uczciwych konkurentów – zazwyczaj niestety w kierunku tego bardziej krwiożerczego kapitalizmu.

W globalnym łańcuchu wartości (global value chain) tym bardziej trudno o zdefiniowanie podziału ciężaru i korzyści na każdym etapie produkcji dóbr i usług wędrujących między gospodarkami, i tu właśnie powinniśmy być bardziej czuli na wszystkie uboczne efekty działań międzynarodowych podmiotów. Weźmiemy zatem na warsztat dwa studia przypadków, w których monopoliści zarządzający światowym łańcuchem produkcji czynią wszystko, aby zabetonować swoją pozycję rynkową i uzależnić od siebie możliwie najwięcej podmiotów dostarczających produkt lub usługę ostatecznemu klientowi. Monopoliści argumentują, że cały proces i wysoka produktywność są wyłącznie zasługami ich wysokich nakładów na badania i rozwój, innowacyjnej platformy IT i daleko idących procesów optymalizacyjnych. Czy nie sprowadza się on jednak do agresywnych technik cenowych, wrogich przejęć i nieuczciwej konkurencji wspartej wielomilionowym lobby?

Technologiczny produkt doskonały

Uber to, mówiąc w skrócie, globalna firma oferująca przewozy osób (od niedawna także jedzenia). Powstała w 2009 roku w kalifornijskim raju start-upów, czyli małych, technologicznie przełomowych przedsięwzięć. Początkowo spółka oferowała możliwość zamówienia luksusowego auta za pomocą aplikacji: usługę tradycyjnie skierowaną raczej do zamożnych klas wyższych. Model biznesowy Ubera uległ drastycznej przemianie w 2012 roku, kiedy firma stworzyła swój sztandarowy produkt – cyfrową platformę łączącą osoby oferujące przejazdy z klientami. Uber nie dysponuje własną flotą, nie zatrudnia też kierowców – stanowi wyłącznie platformę zarządzania stronami popytu i podaży na rynku przewozów, sieć czerpiącą swoją siłę z powszechności stosowania przez obie strony tej wymiany. Przychód spółki pochodzi z marży pobieranej automatycznie od każdego przejazdu.

Na początku szybki wzrost Ubera wzbudzał raczej pozytywne reakcje. Około 2010 roku w kręgach entuzjastów technologii, inwestorów, a później także tradycyjnych mediów pojawił się termin „ekonomii współdzielenia” (sharing economy), mający oddawać istotę działania podobnych przedsięwzięć, bazujących na efekcie sieciowym i zoptymalizowanych za pomocą stale uczących się algorytmów zarządzania zasobami dostarczanymi przez użytkowników. Uber, tuż obok Airbnb, został szybko ogłoszony mesjaszem postępu, nieuchronnym marszem technologii przez wszystkie dziedziny życia. Własny produkt (nie bez cienia megalomanii) tak podsumował CEO Ubera Travis Kalanick, formułując tzw. prawo Travisa: „Nasz produkt jest o tyle doskonalszy od status quo, że jeśli damy ludziom szansę go zobaczyć lub wypróbować, to w każdym miejscu na świecie, gdzie rząd jest w jakikolwiek sposób odpowiedzialny przed ludźmi, będą się go domagać i bronić prawa do jego istnienia”.

Taki model biznesowy okazał się niezwykle atrakcyjny dla inwestorów. Nowoczesny design i płynne doświadczenie użytkowania, skomplikowane algorytmy „pod maską” aplikacji i przede wszystkim brak obciążenia aktywami (oddaje to popularna fraza asset-light) – to niemal idealny przepis na biznes. Musi on jedynie stać się powszechnie używany, by przynosić ogromne zyski. Ochrona patentowa Ubera jest na stosunkowo niskim poziomie, aplikacja zaś jest w zasadzie nieskomplikowana. Przy tak niskich barierach wejścia wygrać można tylko absolutnym monopolem.

Nie bez powodu zatem kolejne rundy finansowania przedsięwzięcia okazały się tak skuteczne. Mimo całkowitej nieprzejrzystości finansowej spółka pozyskała ponad 11 miliardów dolarów finansowania od największych graczy globalnego rynku. Zasilany takimi kwotami wzrost Ubera jest wprost hiperboliczny – jest dziś wyceniany na 69 miliardów dolarów, co czyni z niego (na papierze) najdroższą na świecie firmę prywatną. W USA Uber odpowiada za 52% wszystkich transakcji związanych z transportem naziemnym, deklasując inne aplikacje, firmy taksówkarskie, ale i wypożyczalnie aut. Analitycy szacują, że w 108 krajach świata Uber jest najczęściej używaną aplikacją do przewozów – zasięg jego dominacji pokrywa ponad pół tysiąca miast w całej Ameryce Północnej, zdecydowanej większości Europy, Afryki, Ameryki Południowej, a także Japonii i Australii.

Butem w drzwi

Pozyskiwane środki w większości służą wchodzeniu na nowe rynki – do kolejnych krajów i miast – poprzez agresywny, zmasowany marketing, niejednokrotnie przekraczający granicę smaku lub prawa, oraz za pomocą dumpingowych strategii cenowych. Przykłady?

W 2012 roku Uber prowadził negocjacje na temat rozpoczęcia operacji w Waszyngtonie. Gdy Komisja Transportu i Środowiska zaproponowała kompromisowy scenariusz uruchomienia aplikacji, CEO spółki Travis Kalanick rozesłał adresy e-mailowe, numery telefonów i inne dane kontaktowe członków Komisji tysiącom użytkowników Ubera. Wezwał ich do mobilizacji w celu zastraszenia Komisji i zezwolenia na wejście Ubera do miasta bez jakichkolwiek barier regulacyjnych. Nękanie radnych okazało się skuteczne.

Kiedy Uber rozpoczynał w 2014 roku działalność w Portland, również napotkał na opór ze strony miejskich radnych. Spółka zainicjowała długą kampanię „okrążania” miasta dostępnością swoich usług oraz zorganizowała dziesiątki otwartych imprez, podczas których kreowała „spontaniczny” ruch obywateli przeciwko „przestarzałym regulacjom”. Uruchomiono też specjalną wersję aplikacji, znaną jako Greyball, która utrudniała dostęp funkcjonariuszom publicznym do właściwej platformy, aby uniemożliwić kontrole kierowców. W samych Stanach Zjednoczonych Uber dysponuje ponadto siecią około 250 lobbystów oraz niemal 30 firm obsługujących różne strategie nacisku; utrzymanie takiej armii to rokrocznie wielomilionowe kwoty. W dzisiejszej Polsce też mamy niemało adwokatów liberalizacji usług przewozowych, zarówno tych robiących to charytatywnie, z przekonania, jak i opłacanych za np. uczestnictwo w posiedzeniach komisji sejmowych.

Obecny jest i wątek orwellowskiego wręcz monitorowania. Ward Spangenberg, były pracownik Ubera ds. bezpieczeństwa, pozwał firmę za zbieranie danych i powszechne praktyki podglądania kont indywidualnych osób, ich historii przejazdów oraz innych danych osobowych. Tryb śledzenia przejazdów i pasażerów w czasie rzeczywistym, znany jako „Widok Boga” (God’s View), był prawdopodobnie używany przez zarząd Ubera do wyszukiwania prywatnych informacji o nieprzychylnych spółce dziennikarzach.

Uber jest rozpoznawalny na salonach także za tempo, w jakim „pali pieniądze” inwestorów, czyli je wydaje. Spółka w 2015 roku zanotowała stratę na poziomie 2 miliardów dolarów, w 2016 zaś – 2,8 miliardów. Żadna spółka ICT nie wydawała w historii tylu pieniędzy w takim tempie1. Poza lobbingiem i promocją Uber wydaje też środki na „subsydiowanie” kierowców – żądając od klienta niezwykle niskiej ceny, niejednokrotnie na pierwszych etapach podboju rynku wypłaca kierowcy większą kwotę (co jednak nie oznacza wcale godnej czy wysokiej stawki). W ten sposób prowadzi wyjątkowo agresywną wojnę cenową rękami swoich inwestorów, którzy w przyszłości odbiją sobie straty pokaźną rentą ekonomiczną.

Współdzielenie – byle nie zysków

Aby pozostać maksymalnie elastycznym i lekkim, Uber wciąż stara się utrzymywać wizerunek „platformy”. Dzięki temu może korzystać z największych zalet tzw. ekonomii zleceniowej (gig economy), czyli zupełnej wolności od odpowiedzialności. Kierowcy korzystający z aplikacji nie są oczywiście zatrudnieni na stałe, nie odprowadzają tym samym pełnych składek emerytalnych czy zdrowotnych, nie są objęci innym zbiorowym ubezpieczeniem. W przypadku incydentu na linii kierowca-klient – takiego jak gwałt czy napaść – spółka niejednokrotnie decydowała się na usunięcie obu stron z systemu, dla świętego spokoju i przy pełnym odcięciu się od odpowiedzialności. Następuje pełne przeniesienie ciężaru odpowiedzialności i ryzyka na samozatrudnionego użytkownika. To dlatego Uber z takim zapałem odwołuje się od każdego wyroku sądowego, który naznacza spółkę piętnem „dostawcy usług przewozowych”, co niosłoby za sobą realne konsekwencje.

Co więcej, wszystkie koszty eksploatacji auta kierowcy ponoszą samodzielnie, ze swojej części marży. Uber niejednokrotnie manipulował rzekomo wysokimi zarobkami w procesach sądowych, np. w Wielkiej Brytanii w 2016 roku, porównując je z płacą minimalną, w którą przecież nikt nie wlicza kosztu zakupu narzędzi pracy. W istocie, stali kierowcy korzystający z aplikacji posuwali się już kilkukrotnie do zbiorowych procesów m.in. w amerykańskich stanach Kalifornia oraz Massachusetts, a także do strajków, w tym w Polsce (ostatni miał miejsce w grudniu 2016 roku).

Agresywne planowanie podatkowe to kolejny obszar wyciskania społeczeństwa do cna, co zbadali dziennikarze śledczy magazynu „Fortune”. Dzięki ponad setce spółek rozsianych po całym świecie i ich strukturze zależności, przychód Ubera (~20% ceny przejazdów) jest opodatkowany efektywną stopą w wysokości 0,82% (suma efektywnej stopy w USA i Holandii)2. Głównym mechanizmem tego triku jest wątpliwe etycznie wykorzystanie prawa własności intelektualnej Holandii, słynącej zresztą z nadzwyczaj liberalnego reżimu podatkowego.

Uber wnosi nową jakość do znanego mechanizmu poszukiwania renty monopolistycznej, który jako jedną z głównych bolączek kapitalizmu opisywał już Adam Smith. Celem Ubera w takiej sytuacji jest skoncentrowanie całego możliwego rynku przewozów, a zatem docelowo stanie się rynkiem przewozów i jednostronne dyktowanie warunków na nim panujących, zarówno jeśli chodzi o stawki, jak i mechanizm funkcjonowania rynku, np. zarządzanie popytem w centrum miasta, sposoby karania słabo ocenianych kierowców czy przydzielanie konkretnych pasażerów do kierowców.

Naturalnie apetyt na zysk jest wciąż większy. CEO firmy Travis Kalanick nie ukrywa, że obecne prace rozwojowe – będące przedmiotem sporu o kradzież danych z gigantem Google – oraz przejęcia innych spółek technologicznych skupiają się na autonomicznych pojazdach, które pozwoliłyby z czasem pozbyć się drogiego czynnika ludzkiego z globalnego, zuniformizowanego systemu przewozów osobowych.

Rolnictwo to świetny biznes, ale nie dla rolnika

Monsanto jest amerykańskim koncernem chemicznym specjalizującym się w biotechnologii oraz wielkoprzemysłowej chemii organicznej. Oprócz modyfikowanej genetycznie żywności jest też producentem nawozów i środków ochrony roślin oraz żywności i hormonów dla zwierząt. Agresywny styl lobbingu, nieposzanowanie lokalnych standardów ekologicznych czy zamawianie i fałszowanie badań naukowych sprawiło, że Monsanto stało się sztandarowym przykładem terroryzmu korporacyjnego. Z tego powodu jest też głównym celem ataków ruchów alterglobalistycznych i ekologicznych3.

Złej reputacji narobiły koncernowi przede wszystkim produkcja i sprzedaż na przemysłową skalę środków takich jak Agent Orange (defoliant, użyty przez wojska USA do niszczenia dżungli w Wietnamie), rakotwórczych insektycydów (DDT), Posilacu (bydlęcego hormonu wzrostu, zakazanego w UE) i przede wszystkim Roundupu. Ten chwastobójczy środek zawierający czynny roztwór glifosatu działa selektywnie na uprawy, zabijając wszystkie inne rośliny oprócz tych posadzonych przy użyciu nasion pochodzących od tego samego koncernu. Niszczy tym samym cały ekosystem dookoła i uniemożliwia na lata inną uprawę. Rzekoma biodegradowalność Roundupu została podważona i Monsanto musiało usunąć tę fałszywą informację z opakowań produktu; walka o jego usunięcie z europejskiego rynku cały czas trwa.

Nie sam konstrukt chemiczny i działanie tego czy innego preparatu są najważniejsze dla zarządzających korporacją. Kluczowe jest uzależnienie całego łańcucha produkcji w rolnictwie od wyrobów pochodzących z oferty firmy. Rolnik za sowitą i stale rosnącą cenę preparatów dostaje regularnie spełnianą obietnicę jeszcze wyższej efektywności użycia areału czy wody. Jest on w stanie u jednego sprzedawcy nabyć preparaty do każdego etapu cyklu produkcji w rolnictwie czy hodowli zwierząt. Wraz ze wzrostem skali otrzymuje dostęp do coraz większych rabatów czy profesjonalnego „doradztwa” w doborze oferty, co stanowi dla niego silną zachętę ku dalszej intensyfikacji produkcji. Co więcej, użycie nawozu od jednego producenta wymusza też stosowanie środka ochrony roślin oraz chwastobójczego, a w konsekwencji i nasion – to wszystko przez wiele cykli produkcji, bez możliwości zmiany dostawcy czy zmniejszenia dawek. Stosunek klient – producent jest w pewnej mierze porównywalny do relacji dealer – narkoman.

Co w tym złego, skoro dzięki intensywnemu rolnictwu (co jako zjawisko samo w sobie nie jest przedmiotem naszej krytyki) rolnik uzyskuje o wiele większe plony czy więcej ważą jego karmione hormonami trzoda, drób i bydło? – spytają obrońcy status quo. Możemy przyjąć, że płaci za to wysoką cenę, ale i otrzymuje sprawiedliwy zarobek. Czy aby na pewno? Podzielmy łańcuch produkcji żywności na trzy etapy – producentów surowców, producentów żywności i ich dystrybutorów.

Zaglądając w publiczne dokumenty finansowe spółek takich jak Monsanto (ale też i jego największych konkurentów, jak szwajcarska Syngenta, amerykański DuPont, niemieckie Bayer i BASF), widzimy, że produkcja i sprzedaż środków takich jak Roundup przynosi stopę zysku4 sięgającą prawie 30%. W segmencie nasion Monsanto uzyskuje jeszcze lepszy wynik, przekraczając 35%. W zysk ten są wkalkulowane przecież wieloletnie i kosztowne nakłady na badania i rozwój – chronione przez patenty i cały system ochrony prawa własności intelektualnej. Stanowią one około jednej trzeciej całości kosztów Monsanto. Prawie identyczny udział przyjmuje również budżet marketingowy, w którego społeczną szkodliwość społeczeństwo nie powinno wątpić5.

W budżet marketingowy wliczane są często programy benefitów dla dystrybutorów i stałych klientów, takie jak wycieczki zagraniczne czy drogie sprzęty elektroniczne. Głośno też było o korzyściach, jakie uzyskiwali naukowcy publikujący pod swoim nazwiskiem artykuły „naukowe” pisane przez pracowników Monsanto. Czy wszystkie takie agresywne techniki sprzedażowe musimy wliczać w cenę naszej żywności?

Co gorsza, z końcem ubiegłego roku Monsanto i jego akcjonariusze zaakceptowali ofertę przejęcia firmy przez niemiecki koncern Bayer za 62 mld USD. Na horyzoncie jest też fuzja trzeciego i piątego największego gracza na rynku – DuPont i Dow. Z sześciu największych graczy pozostanie najprawdopodobniej czterech, kontrolujących ponad 70% światowego rynku agrochemicznego.

W uścisku…?

Kolejny etap łańcucha produkcji to gospodarstwo rolne, które ponosi pełne ryzyko ekonomiczne produkcji żywności, a spoczywają na nim wszelkie ciężary wynikające ze specyfiki uprawy danej rośliny lub hodowli zwierząt. Wliczamy tu ryzyko czynników losowych (pogoda), sezonowości cen, utraty rynku zbytu czy długoterminowego przewidywania popytu. Na tym etapie marżowość daje jednak małe pole do manewrów i podlega silnej presji ze strony dystrybutorów i przemysłowych odbiorców produktów rolnych. Sprowadza się to do jednocyfrowych stóp zwrotu, obarczonych nieporównywalną sezonowością w stosunku do innych branż wytwórczych. Jedynie intensywne farmy rolnicze są w stanie osiągać na ogromnych areałach ziemi wyniki bliższe tym, które Monsanto co roku osiąga dla swoich akcjonariuszy. Ponadto producenci żywności podlegają spekulacjom na giełdach rolnych, co stanowi kolejny argument za tym, aby zostawiać im większą część ceny w kieszeni.

Wielkie sieci handlowe również przeszły ogromną monopolizację i stanowią dziś w Europie Zachodniej (a coraz bardziej i w Polsce) głównych „żywicieli” społeczeństwa. Może ich wyniki wskutek ogromnej presji cenowej i konkurencyjności skurczyły się przez lata do przedziału 0–5%, ale stopniowy zanik konkurencji na tym polu i nagromadzenie siły przetargowej wobec poddostawców dopełniają obrazu młota i kowadła, pomiędzy którymi znajdują się wytwórcy żywności. To samo dotyczy żywnościowych koncernów takich jak Ferrero, Nestle czy Procter&Gamble, u których cena produktu zawiera wielokrotnie większy wkład dobrze opłacanych specjalistów od marketingu i sprzedaży z bogatych krajów zachodnich, a nie ludzi zbierających ziarna kakaowców czy plantatorów pomarańczy.

Bardziej sprawiedliwy podział dochodu wzdłuż łańcucha wartości dodanej zakładałby zatem wyższą płacę dla pracowników, większą marżę oraz przestrzeń kosztową zabezpieczającą gospodarstwa rolne przed czynnikami losowymi. Oznacza to mniejszy budżet dla Monsanto i jemu podobnych na agresywne techniki pricingu czy na setki lobbystów zaangażowanych w proces legislacyjny w UE, Kanadzie czy USA, gdzie istnieje centrum interesów gospodarczych tej firmy. Musielibyśmy zatem dokonać przesunięcia w ramach obecnej ceny i w taki sposób, aby w tanim bananie, czekoladzie czy marchewce z dyskontu zostawało mniej chemikowi czy prawnikowi z Ameryki, a więcej plantatorowi i jego pracownikom.

Mniej rynku w rynku

Pokusimy się o stwierdzenie, że w przypadku tak dalece posuniętej monopolizacji rynku oraz przekształcenia relacji, jakie na nim panują, możemy mówić już o czymś na kształt „wchłonięcia rynku”, uczynienia z niego podmiotu wewnętrznych ustaleń, a zatem i zaburzeń procesów kreacji i łączenia popytu z podażą. Zjawisko to zasługuje na zupełnie osobną nazwę jako najwyższe stadium monopolu, ale z racji pewnej tradycji semantycznej będziemy je określać rynkowym imperializmem.

Problem z rynkowym imperializmem polega, jak widać, nie na samej w sobie rewolucji technologicznej tego zaburzenia (disruption), które przynosi nam wciąż lepsze sposoby gospodarowania i skutecznego wykorzystywania zasobów, ale na tym, że ustawia wszystkie podmioty – klientów, pracowników, media, partnerów biznesowych czy demokratyczne rządy – w pozycji petentów6 zależnych od decyzji wąskiego grona wybrańców, którzy zwyciężyli wojnę o dominację. Rynkowy imperializm to powrót do wyzwolonej od państwowych granic, zasnutej intelektualnymi prawami własności i armiami lobbystów niepodzielnej władzy imperatorów swoich dominiów.

Jak dokonać zatem zmiany w tym globalnym łańcuchu wartości, niejakiego pchnięcia ku jego dołowi, aby to kierowcy platformy przewozowej i rolnikowi zaopatrującemu się w nasiona i nawozy zostawało więcej przestrzeni w ramach struktury kosztowej? Jak w dotychczasową cenę tego, co oferuje im ich „matka”, wliczona mogłaby być większa część ryzyka działalności gospodarczej, którą oni w pełni ponoszą? Jak dać mrówkom pracującym na sukces całego mrowiska korzystać z efektów skali i przenieść na nie owoce wzrostu produktywności?

Wyrównanie przez rozproszenie

Jednym z możliwych rozwiązań byłoby nałożenie na podobne modele biznesowe podatku od pozycji dominującej (podatku od monopoli). Miałby on za zadanie konsumować tę część marży, którą Uber, Microsoft czy inny Apple pobierają od klientów za swoją „niezastępowalność”, za wciąż podtrzymywaną i najpilniej strzeżoną przez liczne patenty siłę rynkowego imperializmu. Nadrzędnym jego celem byłoby osłabienie pozycji przetargowej wobec wszystkich pozostałych uczestników procesu gospodarczego, nad którym imperialista sprawuje kontrolę.

Taki podatek czyniłby z nich po prostu mniej dochodowe spółki, zachęcając dotychczasowych akcjonariuszy do lokowania kapitału w mniejszych i średnich przedsiębiorstwach. Taka zachęta na rynku kapitałowym (czyli tym, gdzie zawierane są transakcje kupna, sprzedaży firm i udziałów lub akcji na nich) czyniłaby z rynkowych imperialistów mniej atrakcyjne „kąski” z pewną stopą zwrotu. Kapitał od inwestorów szedłby wtedy do spółek o rozproszonym, ale prawdopodobnie większym potencjale innowacyjnym i destabilizował niekwestionowane do tej pory pozycje rynkowe. Inwestorów oraz ich pośredników zarządzających majątkami cechuje niestety zadziwiająco niska skłonność do ryzyka w zakresie gospodarki realnej, fizycznej, szczególnie w obszarach projektów najbardziej innowacyjnych – a zatem często o niejasnym potencjale biznesowym i stopie zwrotu, którą w pełnej krasie dostrzega się dopiero w średnim i długim terminie7.

Mniejsze dochody spółki to także mniej wolnych środków na najdroższe biurowce, działania marketingowe i medialne, lobbing czy agresywny dumping cenowy. W skrajnych przypadkach to także mniej kapitału uciekającego do rajów podatkowych i stamtąd w charakteryzujące się wysokimi stopami zwrotu instrumenty spekulacyjne na globalnych rynkach finansowych, które są bezpośrednią przyczyną niestabilności całej gospodarki światowej. W ten sposób „wyrównujemy boisko” dla wszystkich graczy i sprowadzamy grę ponownie do wysokiej jakości usług i produktów oraz poszukiwania innowacji, Schum­peterowskich napędów gospodarki.

Podatkowy zwrot o 150 lat

Podatek od pozycji dominującej musi być tak opracowany, aby nie mógł w ramach rozkładu podatku (termin określający, na kim spoczywa faktyczny ciężar daniny) zostać przerzucony ani na konsumentów, ani na poddostawców. Jego ciężar ponieść powinni przede wszystkim akcjonariusze, czerpiąc mniejszą rentę kapitałową ze swojej inwestycji. Struktura akcjonariatu w przypadku dużych korporacji jest dziś zbyt skomplikowana (fundusze publiczne, niepubliczne, zarejestrowane w różnych jurysdykcjach podatkowych itd.), aby mówić o np. wyższej niż nominalna stopa podatku od dochodów kapitałowych. Mógłby on jednak być zastosowany w formie mnożnika przy jego dotychczasowej stawce.

Z każdej złotówki zysku monopolisty płacony byłby nie tylko CIT (na poziomie rachunku zysków i strat przedsiębiorstwa) w wysokości 19% (polska stawka) i podatek od dochodów kapitałowych (podatek Belki) również w wysokości 19%8. Przy ostatnim etapie przemnażalibyśmy stawkę „podatku Belki” przez wartość wyższą niż 100%. Na przykład dla „lekkiego” monopolisty stosowalibyśmy przedział między 100 a 120%, a dla globalnego lidera rynku przedział sięgający 140–160%. Wtedy efektywna stawka „podatku Belki” wzrastałaby do odpowiednio 22,8% lub nawet 26,6–30,4%.

Alternatywnym sposobem obliczania tego podatku byłoby odniesienie się w jego podstawie do udziału rynkowego, jakim dany gracz rynkowy wyrasta ponad przeciętną dochodowość w branży i na danym rynku (rozumianym geograficznie). Definiowana w ten sposób przewaga monopolisty nad resztą graczy rynkowych, przejawiająca się w jego rencie monopolistycznej, musiałaby również być w większości, jeśli nie w pełni, konsumowana przez podatek na poziomie rachunku finansowego i zysku wypłacanego przez spółkę akcjonariuszom w postaci dywidendy lub skupu akcji.

W zasadzie takie rozwiązanie (rate-of-return) istniało już w XIX wieku w USA, lecz przez wadliwą konstrukcję podstawy opodatkowania doprowadzało do akumulacji kapitału i przeinwestowania w tychże spółkach (efekt Avercha-Johnsona). W XX wieku na całym świecie stopniowo wycofywano się z tego rozwiązania, przechodząc do modelu definiującego siłę gracza przez jego przychody i udział w rynku. Do dziś kary nakładane przez urzędy antymonopolowe są odzwierciedleniem zasady revenue-cap-regulation.

Pojawia się zatem sugestia, aby potencjału i „mocy obliczeniowej”, drzemiących w instytucjach takich jak UOKiK czy Biuro Unijnego Komisarza ds. Konkurencji, użyć do definiowania, kto na rynku jest monopolistą i jaka część jego dochodu wynika ze standardowej funkcji produkcji, a jaka z jego wyjątkowej pozycji. Automatycznie stworzylibyśmy dla tychże podatników zachętę, aby przy dotychczasowym modelu biznesowym ograniczyć własną pozycję poprzez np. podział globalnego koncernu według kryteriów geograficznych lub specjalizacyjnych (np. dezinwestycja konkretnego segmentu, opuszczenie któregoś kraju). Obniżałoby to siłę przetargową wobec poddostawców i dało mniejszym producentom czy usługodawcom możliwość kształtowania cen oraz współtworzenia standardów rynkowych, a nie tylko dostosowania się do strategii gigantów. Klienci zyskaliby z kolei szerszy wybór producentów, a pracownicy monopolistów nie musieliby się obawiać kolejnych fuzji kończących się zawsze redukcją miejsc pracy.

Oprócz funkcji fiskalnej (podstawowej – gwarantowania przychodów do budżetu) danina ta spełniałaby charakter wręcz redystrybucyjny, stwarzałaby pole do wyrównywania szans pomiędzy rynkowymi imperialistami a średnimi i drobnymi przedsiębiorcami oraz spółdzielniami. W tym rozumieniu czyniłaby globalny łańcuch wartości bardziej sprawiedliwym, pozwalając wszystkim podmiotom (zarówno obywatelom – klientom czy pracownikom gigantów, jak i ich mniejszej konkurencji) czerpać owoce ze wzrostu gospodarczego po równo. Co więcej, konstrukt ten ma potencjał bycia globalnym podatkiem służącym do zwalczania nierówności pomiędzy krajami rozwiniętymi a rozwijającymi się. Finansowane z niego mogłyby być programy przeciwdziałające nierównościom dochodowym i kapitałowym, np. inwestycje infrastrukturalne, służba zdrowia czy edukacja w krajach zależnych, nierzadko ofiarach kolonializmu i neokolonializmu bogatych gospodarek.

Koncepcja silnej regulacji monopoli nie pochodzi dziś z radykalnych kręgów ekonomicznych. Konieczność ujarzmienia negatywnych efektów globalizacji postuluje również Joseph E. Stiglitz, laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii. Mówi on, że sytuacji, w której na danym rynku funkcjonują tylko monopoliści, nie można nazwać już rynkiem ani konkurencją.

Rozwiązania na miarę

Między monopolistami można dostrzec także inne podobieństwa, tkwiące w ich modelach biznesowych. Można nakierować na nie politykę gospodarczą dążącą do pilnowania zdrowych relacji między podmiotami. Jednym z takich sposobów, szczególnie adekwatnym w przypadkach podobnych do Monsanto, jest osłabienie reżimu prawa patentowego, by uniemożliwić całkowitą kontrolę jednej firmy nad produktami przez dekady. Jak udowadniał laureat ekonomicznego Nobla, Eryk Maskin, stosunkowo słabe prawo patentowe zapewnia idealną ochronę przed czystym kopiowaniem, pozwala na zwrot poniesionych nakładów (na badania, nie na agresywne walki cenowe), jednocześnie prowadząc do szybkiej dyfuzji wiedzy w społeczeństwie oraz na rynku.

Mniej restrykcyjne prawo ochrony własności intelektualnej to także mniejszy aparat jego utrzymywania i rzadsze przypadki, gdy monopoliści blokują lub niszczą konkurencję przy pomocy niezwykle kosztownych, wieloletnich procesów. Analizy rynku oprogramowania przytaczane przez Maskina wskazują, że zmiana prawa patentowego na bardziej restrykcyjne doprowadziła do drastycznego wzrostu wydatków na usługi prawne – przy spadku środków przeznaczanych na badania i rozwój9. Zrozumiałą strategią przedsiębiorstw w takim przypadku staje się walka nie o najlepszy produkt czy o jakość oferowanych usług, ale o zabezpieczenie dostępu do strumienia środków finansowych. Przeorientowanie prawa patentowego w kierunku kilkuletnich okresów ochronnych, bez możliwości odnawiania i przy ograniczonej możliwości pozywania za naruszenia na krawędzi imitacji (niejednokrotnie w końcu innowacja jest usprawnieniem imitacji), powinno ukrócić wiele praktyk stosowanych przez najbogatsze korporacje.

Tym bardziej kłuje to w oczy w przypadku Monsanto i innych koncernów chemicznych czy farmaceutycznych, których standardy rachunkowości przewidują najdłuższe okresy ochrony patentowej (nawet 20 do 30 lat) dla technologii opracowanych w tych dziedzinach. Paradoksalnie jednak to obecność na globalnym rynku imitatorów takich jak Chiny, nieprzestrzegających zasad prawa własności intelektualnej, sprawia, że niekwestionowani liderzy z krajów rozwiniętych nie spoczywają na laurach.

Należy też wreszcie dostrzec i zacząć rozliczać monopolistów z kosztów zewnętrznych (externalities), które przerzucają na społeczeństwo, zyskując przy tym przewagę względem mniej cwanych graczy. Jeśli Uber zarządza procesem i zarabia na usługach przewozowych, to jest firmą przewozową i powinien ponosić tego pełne konsekwencje – od praw pracowniczych po obowiązujące regulacje ubezpieczeniowe czy minimalne ustawowe stawki. Monsanto powinno być zobowiązane do płacenia za katastrofalny wpływ sprzedawanych środków na środowisko naturalne i na zdrowie ludzi nie tylko wtedy, gdy przegra wieloletnią batalię w sądzie z poszkodowanymi. Wymaga to naturalnie stanowczej reakcji ze strony organów publicznych – a ta jest niemożliwa do osiągnięcia bez sensownego finansowania odpowiednich instytucji i zagwarantowania ich niezależności od wpływów politycznych czy prywatnych lobbystów.

W ostateczności: nie powinniśmy bać się odpowiedzialnego korzystania z kombinacji surowego wykluczania rynkowych imperialistów z pewnych segmentów rynku oraz wprowadzania bardziej zrównoważonych społecznie i odpowiedzialnych lokalnych odpowiedników produktów. Uber wykrwawił się na ponad 2 miliardy dolarów, ale po kilkunastu miesiącach walki był zmuszony opuścić Chiny na tarczy. Aplikacja została też zakazana w wielu innych miastach i krajach na świecie, od Tajlandii, przez Indie, po Włochy i Francję. W ich miejsce niejednokrotnie pojawiają się równie nowoczesne i wysokojakościowe produkty, ale oparte na pracy lokalnych firm taksówkarskich lub działające na zasadach kooperatywy taksówkarzy (alternatywne rozwiązania są dostępne także w Polsce). Takich inicjatyw prawdziwej, oddolnej sharing economy, śledzonych m.in. przez inicjatywę Platform Cooperativism (http://platformcoop.net/), jest znacznie więcej i obejmują wiele różnych sektorów gospodarki.

Podobną strategię można przyjąć również dla produktów fizycznych, takich jak oferowane przez Monsanto. Wspierane przez mądrą politykę gospodarczą badania sektorowe powinny dążyć do tworzenia alternatywnych modeli biznesowych i produktów substytucyjnych, które dzięki wsparciu regulacyjnemu i publicznemu mogłyby otrzymywać pierwszeństwo na lokalnym rynku do czasu przełamania wiecznej ofensywy monopolu. Takiego subsydiowania i torowania drogi konkretnym przedsiębiorstwom czy klastrom nie należy postrzegać jako drogi do gospodarczej autarkii w stylu nacjonalistycznym, lecz umieszczać w szerszym kontekście strategii rozwojowej i przesuwania całego sektora w globalnym łańcuchu wartości. Taka celowa polityka gospodarcza stanowiła przecież motor napędowy wszystkich rozwiniętych już dziś krajów10.

W przypadku Polski oznaczałoby to rozłożenie silnego parasola nad „dorosłymi” już producentami agrochemicznymi, którzy (w zależności od definicji) cieszą się posiadaniem zaledwie ok. 30% krajowego rynku nawozów. Resztę stanowią zagraniczni gracze – zarówno ci najwięksi, jak i mniejsi z Rosji czy z Maroko. Jak wskazują lokalni producenci, przyczyną jest technologiczne zapóźnienie, dysproporcja w potencjale badań technologicznych oraz brak odpowiedniego finansowania. Abstrahując chwilowo od wpływu środków ochrony roślin na środowisko, jesteśmy w stanie ocenić, że krajowych producentów warto skrycie subsydiować poprzez służące im publiczne wydatki R&D, choćby po to, aby ich móc kontrolować, destabilizując stopniowo pozycję gigantów.

Cywilizować prawo wojny

Czy dzięki osłabieniu siły imperialistów rynkowych świat stanie się bardziej sprawiedliwy? Nie wprost, ale w ramach globalnego systemu opartego na konkurencji jesteśmy w stanie przy skutecznym stosowaniu dobrze dobranej polityki wyrównać warunki dla mniejszych graczy i rozproszyć tę skumulowaną potęgę. Globalny wzrost gospodarczy wyhamował w ciągu ostatnich dekad neoliberalnej polityki właśnie przez akumulację kapitału oraz umiędzynaradawianie i korporatyzację prostych procesów produkcyjnych – czy to przewozów osobowych, czy poprzez uprzemysłowienie rolnictwa. Ogromne środki marnowane są bez wahania na utrzymywanie pozycji monopolistycznej, na armie prawników i lobbystów, na przejmowanie potencjalnej konkurencji i wreszcie na ogromne zyski wypłacane uprzywilejowanym akcjonariuszom i kaście menedżerów. Łańcuch wartości przypomina zatem bardziej pompę ssącą na pełnych obrotach niż zrównoważony rozkład.

Rynek sam z siebie wykazuje wewnętrzne sprzeczności i dąży do własnego zniszczenia. Jeśli chcemy przywrócić zdrowie gospodarkom świata, musimy zrekompensować globalne nierówności wynikające z natury rozkładu łańcucha wartości w monopolach tej skali – lub trwale rozmontować ich siłę. Jak ujął to Wendell Berry, jeden z pierwszych krytyków globalizacji: „Nieuniknionym skutkiem niczym nieskrępowanego współzawodnictwa musi być bowiem zredukowanie liczby podmiotów gospodarczych do jednego, najsilniejszego. Prawo wolnej konkurencji jest zatem odmianą prawa wojny”. Absolutnym minimum, jeśli nasza cywilizacja społeczno-gospodarcza ma przetrwać, jest zatem rozbrajanie najsilniejszych i dbanie o pokój między mniejszymi.

Michał Hetmański, Jan J. Zygmuntowski

Przypisy:

  1. Najbliższym porównaniem był Amazon, który na fali tzw. bańki dot-com stracił około 1,4 miliarda dolarów, co zakończyło się masowymi zwolnieniami, sięgającymi nawet 15% wszystkich pracowników globalnie.
  2. Własne obliczenia na podstawie śledztwa magazynu „Fortune”, 22.10.2015, http://fortune.com/2015/10/22/uber-tax-shell/ (29.06.2017).
  3. Nakładem „Nowego Obywatela” ukazała się książka Marie-Monique Robin Świat według Monsanto, Łódź 2009.
  4. Rozumianą jako EBIT – Earnings Before Deducting Interest and Taxes.
  5. Obliczenia własne w tej sekcji pochodzą z analizy sprawozdań finansowych i zarządu Monsanto oraz Grupy Ciech z 2016 roku.
  6. Nauka o ładzie korporacyjnym przeniknęła wszelkie dotychczasowe nauki i nakazała nam każdego aktora nazywać stakeholderem. W warstwie językowej od razu narzuca nam to myślenie o interesariuszach podporządkowanych w hierarchii priorytetu do egzekwowania swoich praw wobec akcjonariuszy.
  7. Niezwykłą popularnością wciąż cieszy się wydana także w Polsce książka Przedsiębiorcze państwo ekonomistki z University of Sussex Marianny Mazzucato, która rozwiewa wiele mitów nt. działalności funduszy VC (venture capital) oraz efektywności rynków w stymulowaniu wydatków na badania i rozwój czy przełomowe innowacje.
  8. O ile akcjonariuszem lub udziałowcem nie jest fundusz – z zasady zwolniony z podatku jako wehikuł inwestycyjny.
  9. W zasadzie pozytywny wpływ nauki oraz badań chemicznych na rozwój społeczno-gospodarczy jest dość oczywisty. Przerost administracji mierzony liczbą prawników czy marketingowców pracujących dookoła procesów dziejących się w realnej gospodarce (produkcja, sprzedaż) można uznać za rosnące koszty transakcyjne.
  10. Zainteresowanych odsyłamy do Złych Samarytan Ha-Joon Changa, w których rozprawia się on z mitem o szkodliwym protekcjonizmie.
Kto rządzi światem?

Kto rządzi światem?

Światem, jak wiadomo, rządzi pieniądz. Ale jak to wygląda w XXI wieku i gdzie konkretnie ten pieniądz się znajduje?

W tekstach opublikowanych w „Nowym Obywatelu” („Szczepionka na neoliberalizm” i „Odzyskać państwo”) opisałem między innymi, w jaki sposób globalny kapitał będzie się bronił w przypadku ograniczania swoich zysków i udziału w rynkach w Polsce. Wspominam tam o skargach do międzynarodowych instytucji, o agresji zagranicznych mediów, o niektórych fundacjach finansowanych z zagranicznych źródeł, o próbie doprowadzenia kraju do niewypłacalności przez podważanie zaufania rynków. Natomiast nie wskazałem, kto faktycznie ma moc wywierania globalnego wpływu, poza ogólnym stwierdzeniem, że są to kraje G7 i Chiny we współpracy z potężnymi korporacjami z tych krajów. Niedawno w Niemczech ukazała się książką Hansa-Juergena Jakobsa zatytułowana „Do kogo należy świat” (2016). W interesujący sposób omawia ona relacje w globalnym kapitalizmie XXI wieku.

Główna teza książki głosi, że w świecie dominują największe firmy z rynków finansowych, które przez deregulacje rynków niesamowicie urosły w ciągu ostatnich 20 lat. Poniższa grafika ukazuje, jak rósł globalny majątek finansowy od 1990 roku:

Książka obszernie kategoryzuje różne typy inwestorów. Ich struktura i roczny wzrost poszczególnych kategorii wyglądają następująco:

Bardzo wyraźnie widać, że obecnie głównymi „siłami” są prywatne fundusze powiernicze, fundusze emerytalne i fundusze państwowe. Pierwsze w 2015 roku miały zainwestowane 74 biliony dolarów, a drugie i trzecie razem – 43,4 biliony dolarów. Aby pokazać proporcję: polski Produkt Krajowy Brutto z 2016 roku to odpowiednio 0,63% i 1,08% tych kwot.

Jakobs kategoryzuje inwestorów w następujący sposób: fundusze powiernicze, fundusze emerytalne, państwowe fundusze inwestycyjne, private equity, fundusze hedgingowe, kapitał rodzinny, banki i ubezpieczenia. Następnie zajmuje się sektorami, w które ten kapitał inwestuje. Największe fundusze powiernicze to:

W pierwszej dziesiątce jest tylko jedna firma niepochodząca z USA – francuska Amundi. Ten rodzaj firm inwestuje pasywnie, m.in. w indeksy giełdowe. Ryzyko rozkłada tak, by wartość inwestycji naśladowała rozwój indeksów giełdowych. Na przykładzie Blackrock z 2015 roku wygląda to następująco: 54% kapitału zainwestowano w akcje, 34% – w pożyczki, 9% – w fundusze mieszane, a 3% – w inne inwestycje. Na poniższej grafice widać opis największych inwestycji Blackrock w akcje korporacji.

Ogółem udział pięciu największych funduszy powierniczych w czterech największych korporacjach różnych sektorów wygląda następująco:

Na przykład pięć największych na świecie funduszy powierniczych ma około 13,4% akcji firmy Bayer, która obecnie weszła w fuzję z Monsanto, którego z kolei pierwsza dziesiątka firm powierniczych posiada około 22,51% akcji. Co to oznacza dla spółki? Można to porównać z sytuacją Pekao po wykupie 32,8% przez PZU i PFR. Uważa się, że mają one nad tym bankiem kontrolę. Ciekawe jest też, jaką rolę te fundusze powiernicze odegrały w czasie fuzji Bayera z Monsanto przy promowaniu GMO czy TTIP.

Najsilniejszą pozycję w funduszach powierniczych mają prezesi i zarządy. Udziałowcy nie cieszą się aż tak dużym wpływem, co można obserwować podczas ustalania wysokości bonusów/premii/pensji dla prezesów i zarządów. To kolosy na glinianych nogach, które mogą zostać osłabione przez nagłą panikę klientów i odpływ ich kapitału z funduszu, co przy okazji popchnęłoby w otchłań kryzysu globalną ekonomię. Karmi je wyłącznie chęć zysku – musi on wynosić przynajmniej 8% zwrotu kapitału rocznie. Jest zysk, więc jest kapitał, który jednak zawsze może błyskawicznie odpłynąć. Pozycja Larry’ego Finka, prezesa Blackrock, jest tak potężna, że jest on uważany za nieformalnego „prezydenta” globalnej finansjery. Jego specjalne znaczenie można zauważyć podczas corocznego Światowego Forum Ekonomicznego w Davos.

W porównaniu z funduszami powierniczymi powyższy typ funduszy jest przynajmniej dwukrotnie mniejszy i mniej zdominowany przez kapitał z USA. Dla porównania: polskie Otwarte Fundusze Emerytalne to obecnie zaledwie około 40 mld dolarów.

W takich instytucjach jest już bardziej „pluralistycznie”. W oczy rzuca się siła Norwegów oraz krajów arabskich wspieranych zyskami z ropy i gazu.

Dziewięć firm pochodzi z USA, jedna – z Wielkiej Brytanii. To już inna skala wielkości w porównaniu z funduszami powierniczymi, choć styl zarządzania własnymi pieniędzmi jest zapewne inny niż rozproszonymi wkładami osób trzecich.

To kolejny sektor zdominowany przez firmy z USA. W pierwszej dziewiątce są tylko dwie firmy nieamerykańskie. Właśnie do tego sektora zalicza się znany w Polsce George Soros ze swoim Soros Fund Management, zarządzający 24,2 miliardami dolarów. W porównaniu z Blackrock to raczej globalna, przereklamowana w Polsce płotka, choć ma swoją wagę i wpływy w mniejszych krajach, takich jak Węgry.

Fundusze hedgingowe są nastawione na spekulacyjne szybkie zyski. To zupełnie inna strategia niż w funduszach powierniczych, nastawionych na stałe, długoterminowe dochody. Rynek funduszy hedgingowych przeciętnie rośnie aż o około 22% rocznie.

Najbogatsze rodziny

Książka Jakobsa wymienia około 40 globalnych korporacji znajdujących się pod kontrolą konkretnych rodzin. Są to m.in. Walmart, Facebook, Amazon, Samsung, IKEA, L’Oreal, H&M, BMW Group, Aldi czy Lidl. Rodziny mają spore znaczenie w wybranych sektorach, natomiast faktyczne globalne znaczenie posiadają tylko giganty informatyczne, takie jak Amazon, Google, Apple czy Facebook.

To właśnie w tej grupie pojawiają się nazwiska rosyjskich oligarchów, np. Leonida Michelsona (14,4 mld dolarów majątku, Novatek), Michaiła Fridmana (dokładna wielkość majątku nie podana, Alfa Group) i Alischera Usmanowowa (dokładna wielkość majątku nie podana, USM Holdings).

Tu widać potęgę finansową Chin oraz wciąż silną pozycję USA. Deutsche Bank jest zaledwie 11. bankiem świata. Warto zwrócić uwagę, że on i Vanguard mają spore udziały w większości banków, z wyjątkiem Chin. Zapewne nie jest to przypadek, lecz przemyślana strategia tego sprytnie myślącego państwa.

Największy polski bank PKO BP ma sumę bilansową zaledwie 65 miliardów dolarów, czyli 1,9% największego banku ICBC.

PZU SA miało w 2013 roku około 15,6 miliarda dolarów sumy bilansowej, czyli zaledwie 1,6% sumy bilansowej AXA. Ponownie warto zwrócić uwagę na siłę funduszy powierniczych z USA (Blackrock, Vanguard i Capital Group).

Co widać w powyższych tabelach? Można wyraźnie zaobserwować kilka potężnych klastrów finansowych. Zdecydowanie najsilniejszym graczem są USA z potężnymi firmami powierniczymi i z private equity posiadającymi poważne udziały w de facto każdej globalnej korporacji. Druga potęga to Chiny z wielkimi i kontrolowanymi przez państwo bankami i funduszami inwestycyjnymi. Trzeci gracz to spore fundusze inwestycyjne niedemokratycznych i autorytarnych państw Zatoki Perskiej.

Reszta to druga liga. Kraje Unii Europejskiej mają mocną pozycję tylko w ubezpieczeniach, nienajgorszą w bankach, ale generalnie widać, że zostają w tyle. Wyróżniają się tylko Norwegia (niebędąca członkiem UE), Wielka Brytania (wychodząca z UE) i holenderskie fundusze emerytalne. W zasadzie do drugiej ligi należą też Japonia, Korea Południowa, Kanada i Australia.

Trzecią ligą, choć dokuczliwą dla mniejszych sąsiadów, jest Rosja, której główna siła ekonomiczna polega na produkcji i eksporcie surowców naturalnych (gaz, ropa, metale, drewno) oraz kontroli nad siecią transportową ropy i gazu. Rosja jest silna tylko wobec mniejszych graczy, takich jak Polska. Dla Chin to surowcowa przystawka, którą powoli wasalizują ekonomicznie, a dla Niemiec – słabszy ekonomicznie, ale pożądany partner, zapewniający niemieckiej gospodarce stabilny dostęp do surowców i zbyt technologii.

Globalna waga Polski jest pomijalna. PKO BP to zaledwie 1,9% wielkości największego banku na świecie i 3,6% Deutsche Banku, jedenastego banku świata. PZU SA to zaledwie 1,6% największej firmy ubezpieczeniowej świata. Stosunek polskiej siły inwestycyjnej wobec siły Blackrock jest w zasadzie pozbawiony znaczenia.

Jak funkcjonują „Blackrock i spółka”? Przez „Blackrock i spółkę” rozumiem, za Jakobsem, pięć największych funduszy powierniczych (Blackrock, Vanguard, Fidelity, State Street i Capital Group), które w 2015 roku zarządzały majątkiem wielkości ponad 13,5 bilionów dolarów. Dla porównania: polskie Otwarte Fundusze Emerytalne zarządzają około 0,25% tej kwoty, a kapitalizacja Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych jest około dziewięćdziesiąt razy mniejsza.

Oczywiście Blackrock również ma swoich głównych udziałowców, którymi są PNC Financial Services (21,1%), Norges Invest (5,7%) i Wellington Management Group (6%). Ciekawostką jest, że do Blackrock należy 5% PNC Financial Services, a więc można powiedzieć, że firmy te należą do siebie nawzajem.

Blackrock niesamowicie urósł po kryzysie 2008 roku. Uciekły do niego (i do innych firm powierniczych) pieniądze z regulowanych banków, obwinianych o spowodowanie kryzysu finansowego. Regulacja funduszy powierniczych jest niewielka i w tym sektorze upatruje się źródła kolejnego kryzysu finansowego w przyszłości.Prezes Blackrock był wymieniany jako jeden z kandydatów na stanowisko ministra finansów w przypadku zwycięstwa Hillary Clinton. Larry Fink zarabia 28,6 milionów dolarów rocznie, mimo (jałowych) protestów niektórych akcjonariuszy, uważających, że jest on znacznie przepłacany. Blackrock zatrudnia 13 tysięcy pracowników. Posiada około 6% udziałów w większości istotnych globalnych korporacji wszystkich branż – samochody, handel, chemia, farmaceutyki, media, rozrywka, energia, surowce i handel nimi, przemysł spożywczy, maszyny, elektrotechnika, elektronika, logistyka. Udziela pożyczek firmom, kupuje obligacje państwowe, co tworzy ogromny potencjał dla konfliktów interesów, i może wywierać skuteczną, zakulisową presję na wszystko, co stanie mu na drodze. Biorąc pod uwagę, że inne wielkie amerykańskie fundusze powiernicze też mają po kilka procent udziałów w czołowych korporacjach, firmy te mogą de facto mieć, przy rozdrobnieniu pozostałego akcjonariatu, możliwość decydowania o kierunku rozwoju większości sektorów globalnej gospodarki.

Potencjał Blackrock i spółki w kwestii uzgadniania stanowisk i wywierania presji na kluczowe globalne korporacje i sektory jest spory, co pokazują ich zsumowane udziały w na przykład Exxon Mobile (16,7%), Johnson&Johnson (17,9%), Lockheed Martin (16,9%) czy General Electric (11,6%). Blackrock jest największym udziałowcem w co piątym amerykańskim przedsiębiorstwie notowanym na giełdzie, wliczając banki. W Polsce świadomość tego faktu jest śladowa.

Blackrock rokrocznie wysyła listy do prezesów głównych korporacji z zaleceniami co do strategii. W 2016 roku tych pism było 750. Zalecenia te potem aktywnie próbuje forsować na walnych zebraniach akcjonariuszy lub przez zakulisowe działania prowadzone przez trzydziestoosobowy team Corporate Governance and Responsible Investment z oddziałami w Nowym Jorku, San Francisco, Londynie, Tokio i Hong Kongu. Amra Balic jest team leaderem na Europę. Wcześniej była jedną z dyrektorek agencji ratingowej Standards&Poor’s na Europę. Szefową grupy lobbującej w Kongresie USA jest Barbara Novick, wiceprezeska Blackrock. Ten fundusz zatrudnia również ważne osoby ze świata polityki, jak Friedrich Merz, były szef frakcji CDU/CSU w Niemczech. Praktyka ta jest znana w Polsce, co widać na przykładzie Gazpromu i Gerharda Schroedera, byłego premiera Niemiec. Blackrock wpływa na wybór szefów zarządów i członków rad nadzorczych korporacji oraz na powtarzalność ich kadencji.

Jak duży wpływ giganty powiernicze mogą mieć na malejący udział pensji czy udział publicznych wydatków na służbę zdrowia w PKB? To właściwie pytanie retoryczne, patrząc na skalę optymalizacji podatkowej globalnych korporacji, która stanowi główne źródło ich zysków. Świadomość tych zakulisowych gier wśród rozproszonego akcjonariatu czy klientów, nie wspominając o organizacjach społeczeństwa obywatelskiego, jest w zasadzie żadna.

Jednym słowem: Blackrock i inne podobne fundusze powiernicze wytworzyły system, który gwarantuje im zakulisowy wpływ na główne globalne korporacje większości sektorów gospodarki oraz na maksymalizację dywidend. Paradoksem jest, że Larry Fink stał się globalnym gigantem, mimo że w zasadzie nic do niego nie należy: zarządza powierzonymi mu pieniędzmi, z czego ma sporą, choć statystycznie nieistotną pensję. Jego błędy lub zwyczajne dążenie do maksymalizacji zysków mogą popchnąć świat ku kolejnemu globalnemu kryzysowi. Wywołanie kryzysu w pojedynczych krajach czy sektorach to potencjalnie niezamierzony efekt uboczny decyzji lub skutek błędów przy ich podejmowaniu na poziomie średniego managementu. Na temat potencjału wpływania na politykę rządu USA nie ma nawet co spekulować. Jego etyczna współodpowiedzialność za zmiany klimatyczne, globalną degradację środowiska naturalnego czy wymieranie gatunków, jego dążenie do niezrównoważonej maksymalizacji zysku przez wyciskanie jak cytryny największych globalnych korporacji – wszystko to jest warte solidnej refleksji, analizy i wniosków.

Rząd USA aktywnie wspiera ekspansję amerykańskich korporacji, czyli pośrednio zyski amerykańskich funduszy powierniczych w nie inwestujących. Zyski takich firm osiągnięte poza USA nie są tam opodatkowane, a unikanie płacenia podatków w krajach trzecich czy korzystanie z rajów podatkowych nie jest ścigane.

Spore ryzyko stanowi możliwość integrowania całych łańcuchów dostawczych, czyli de facto budowanie globalnych monopoli lub karteli. Spójrzmy na sektor produkcji i zbytu żywności. Jeżeli Blackrock i spółka miałyby istotne udziały we własności ziemi rolnej, firmach posiadających patenty na nasiona, GMO czy pestycydy (jak Bayer czy Monsanto), w głównych producentach żywności (Nestlé, Pepsico, Coca-Cola, Mars, Johnson&Johnson, Unilever czy Kraft), głównych sieciach handlowych (jak Tesco czy Carrefour) – to można mówić o ryzyku totalnej wertykalnej kontroli ekonomicznej nad strategicznym sektorem żywności.

Jak wpływ Blackrock materializuje się w Niemczech?

Tradycyjnie niemiecka gospodarka była kontrolowana przez krajowe grupy finansowe, które miały istotne udziały w kluczowych rodzimych przedsiębiorstwach. Należały do nich Deutsche Bank, Allianz, Commerzbank, Dresdner Bank czy Bayerische Hypo.

Blackrock i inne fundusze powiernicze i inwestycyjne rozbiły w ostatnich latach ten system. Wygląda on teraz w następujący sposób:

Sam Blackrock przejął rolę Deutsche Banku. W 2015 roku udział Blackrock w DAX-ie (niemiecki indeks giełdowy) wynosił 10,7%, a State Street – 4,3%. Warto nadmienić o mocnej pozycji Norges Invest: 4,1%.

Jest tematem wartym analizy, jakie bezpośrednie udziały mają Blackrock w WIG-u i – pośrednio, poprzez współwłasność w działających w Polsce korporacjach – jaki wpływ mają na polskie sektory gospodarki.

Potęga Doliny Krzemowej

Ponieważ Blackrock i spółka to firmy amerykańskie, powiązane siecią nieformalnych relacji z rządem USA, warto tu opisać inny typ wpływowych amerykańskich spółek z Doliny Krzemowej. Są to Google, Facebook, Amazon i Apple, które właściwie zmonopolizowały globalny internet, z wyjątkiem Chin i Rosji, w których autokratyczne rządy uniemożliwiły dominację amerykańskich gigantów, więc kraje te rozwijają własne produkty i usługi internetowe.

Amazon, Facebook, Google i Apple mają wartość giełdową 1,8 biliona dolarów, czyli więcej niż roczny PKB Rosji. Google monopolizuje rynek wyszukiwarek internetowych: w USA 70%, a w Niemczech 95% zapytań w wyszukiwarkach internetowych przechodzi przez Google. Posiada również Chrome, system operacyjny Android i Youtube. Podobnie jak w przypadku Facebooka, założyciele Google dominują w firmie dzięki specjalnym zasadom ważenia własnych głosów na walnym zebraniu akcjonariuszy. Facebooka używa 1,6 miliarda ludzi i generuje on 18 miliardów dolarów rocznego obrotu. Wiele akcji jest klasy C – ich posiadacze nie mają głosu na walnym zebraniu. Fidelity posiada 6,6% akcji Facebooka, Vanguard – 5,9%, Blackrock – 5,5%, a State Street – 3,7%. Sam Zuckerberg ma 60% głosów, choć posiada zaledwie 1% akcji. Do Facebooka należą Instagram i Whatsapp. Warto zwrócić uwagę na możliwości cenzurowania wypowiedzi użytkowników Facebooka, czego zasady pozostają poza demokratyczną kontrolą. Apple dzięki iPhonom i iPadom stworzył własny potężny świat danych i informacji. Amazon ma wielką księgarnię wysyłkową, Kindle, Netflix, AWS cloud computing for enterprises i Amazon One (logistyka). Dąży do opanowania życia klienta poprzez monopolizację usług internetowych. Struktura własności Amazona jest następująca: Jeff Bezos – 17,1%, Capital Group – 7,7% i Vanguard – 4,8%. Warto nadmienić, że Bezos kupił w 2013 roku za 250 milionów dolarów „Washington Post”. Dodatkowo Microsoft wraz z Androidem (czyli Google) kontrolują rynek systemów operacyjnych. Poza tym do Microsoftu należą Skype i Linkedln. Oracle jest dominującym dostawcą baz danych.

Firmy te w zasadzie zmonopolizowały masowe usługi internetowe i Big Data. Serwery tych firm w USA wiedzą o nas wszystko. A jak wygląda dostęp do tych danych przez amerykańską National Security Agency, można się tylko domyślać. Stwarza to potencjalne zagrożenie dla systemów demokratycznych, ponieważ jeśli te firmy wiedzą o nas tak dużo, to gdyby handlowały bez nadzoru danymi o swoich klientach, mogłyby wpływać na wyniki wyborów.

Firmy te de facto nie płacą podatków od zysków dzięki „optymalizacji podatkowej”, a dokładniej dzięki manipulowaniu licencjami w Luksemburgu, Holandii czy Irlandii. Dominujące amerykańskie spółki internetowe w 2014 roku płaciły zaledwie około 0,005-procentowy podatek.

Wpływy funduszy zarządzanych przez państwa autorytarne

Chińskie fundusze zarządzają sporą kwotą 1910 miliardów dolarów, a suma bilansowa głównych banków wynosi 11585 miliardów dolarów. Dla porównania: Deutsche Bank ma zaledwie 15% tej kwoty. Chiny rozmyślnie wykorzystują te pieniądze do budowania swojej potęgi ekonomicznej. Kupują długi publiczne państw trzecich w tarapatach finansowych za sprzedaż strategicznej infrastruktury (np. port Pireus w Grecji), wykupują akcje spółek technologicznych (jak niemiecka Kuka), finansują i wykonują budowę strategicznej infrastruktury (koleje, porty, elektrownie, sieci energetyczne, drogi), wykupują złoża mineralne i produkty ich eksploatacji (w Afryce czy w Ameryce Południowej), ziemię rolną w Afryce, zasoby wody pitnej itd. W Polsce temat Chin pojawia się w kontekście nowego Jedwabnego Szlaku. Chińska strategia negocjacyjna polega na zawieraniu takich umów, które długoterminowo zwiększają ich wpływ i kontrolę. Jest wątpliwe, czy polski rząd posiada umiejętności i doświadczenie, aby wynegocjować taki kontrakt, który zapewni w ostatecznym rozrachunku sytuację równie korzystną dla obu stron. Raczej skończy się to wynikiem nieopłacalnym dla Polski, ale za to Chiny kupią parę milionów ton węgla, trochę produktów rolnych i obligacji, co dobrze się sprzeda medialnie.

Kraje Zatoki Perskiej zgromadziły w państwowych funduszach inwestycyjnych 2363 miliardy dolarów. To wszystko państwa autorytarne, czyli de facto pieniądze te znajdują się pod kontrolą rządzących klanów. Są one inwestowane w korporacje wszelkich branż, obligacje, nieruchomości czy ziemię rolną. Tajemnicą poliszynela jest, że dla uspokojenia i zjednania sobie lokalnych radykałów religijnych niektóre z tych krajów hojną ręką sponsorują budowę islamskich centrów kulturowych, na przykład w Europie, oraz kształcą i wysyłają tam radykalnych, ultrakonserwatywnych imamów (wahabitów).

Możliwości rosyjskie są znacznie mniejsze, jednak ryzykowne dla mniejszych sąsiadów ze względu na mieszanie inwestycji z dążeniem do kontroli nad sąsiednimi państwami. To głównie przesył gazu i ropy, wieloletnie kontrakty na ich zakup, finansowanie i budowanie elektrowni atomowych, przejmowanie rafinerii, przemysłu ciężkiego, chemicznego itd.

Norweskie światełko w tunelu

W tym świecie drapieżników istotną nadzieją pozostają Norwegowie. Fundusz norweski to 825 miliardów dolarów zainwestowanych w 78 krajach w ponad 9000 przedsiębiorstw. Fundusz ten posiada 1,3% wszystkich światowych akcji, a w Europie – 2,5%. Największymi inwestycjami są Nestle (2,5%) i Shell (2%). Norwegowie są drugim po Blackrock największym inwestorem w Niemczech z udziałem 4,1% w DAX-ie: w Daimlerze (2,6%), w BASF (3%), BMW (3%), w Siemensie (2%), w Bayerze AG (1,6%), w SAP-ie (1,4%) czy Volkswagenie (1,3%).

W przeciwieństwie do Amerykanów, Chińczyków czy krajów Zatoki Perskiej, Norwegowie bardziej serio traktują etykę, na przykład nie kupują akcji firm sektorów energetycznego i wydobywczego, jeśli węgiel oznacza więcej niż 30% ich aktywności. Podobnie z sektorem obronnym i tytoniowym. Robią to za pomocą tzw. kryteriów wykluczenia (exclusion criteria), którymi się kierują przy decyzjach inwestycyjnych. Tym samym ostatnie informacje medialne o przejęciu przez PGE elektrociepłowni od francuskiego EDF warto analizować też z tego punktu widzenia. W porównaniu z innymi funduszami Norwegowie są bardzo transparentni.

Do Norges Invest należy 5,7% akcji Blackrock. Zapewne więc mogą próbować wywierać wpływ na etykę tego funduszu powierniczego. Na pewno warto pytać Norwegów, którzy chętnie moralizują na temat produkcji energii z węgla, czy i jak na to wpływają.

Jakie wnioski?

Wszystkie te potężne grupy finansowe z USA, Chin czy krajów Zatoki Perskiej mają jeden wspólny interes: osiągać jak najwyższą rentowność kapitału kosztem „optymalizacji” opodatkowania swoich inwestycji, minimalizacji zysków poddostawców i pensji pracowników na skalę globalną. Osiągany roczny zysk rzędu 8% jest niedostępny dla detalicznych inwestorów i stanowi główne źródło niezrównoważonego rozwoju globalnej gospodarki, zmian klimatycznych, wzrostu nierówności społecznych czy degradacji środowiska naturalnego.

Taka koncentracja kapitału i inwestycji w branżach ma ogromny potencjał do tworzenia karteli, monopoli i oligopoli, czyli do drastycznego ograniczenia konkurencji na świecie. Jeżeli Blackrock i spółka zdominują korporacje jednego łańcucha dostawczego, np. handlu detalicznego, produkcji żywności, kosmetyków itd., to pole do tworzenia karteli wyniszczających konkurencję jest nieograniczone. Tym samym fundusze te są istotnym globalnym zagrożeniem dla małych i średnich przedsiębiorców oraz dla klasy średniej.

Fundusze takie żyją w symbiozie z globalnymi korporacjami. Łatwiej kontrolować i zarabiać jako rynkowy monopolista czy oligopolista niż utrzymać się na rozdrobnionym rynku z silną konkurencją. Tym samym wspierają globalne, masowe, skoncentrowane i kontrolowane przez siebie rynki, a nie mają interesu w rozwoju rynków lokalnych czy rozdrobnionych. Widać tu wielką słabość krajów Unii Europejskiej zarówno w świecie instytucji finansowych, jak i globalnych spółek informatycznych. Rola Polski jest statystycznie pomijalna.

Ryzyka i rekomendacje dla Polski

Co to wszystko oznacza dla Polski? Świat jest skomplikowany, co wymaga zaawansowanej i świadomej dyplomacji i polityki gospodarczej. Polska jako bardzo mały gracz nie wpływa na reguły globalnej gry, więc musi bardzo umiejętnie i roztropnie tworzyć sobie pole manewru w jej ramach. Jedynym lewarem Polski jest Unia Europejska, bez której nasz kraj będzie łatwym ekonomicznym łupem globalnego kapitału. Jest więc w interesie Polski mądrze wspierać rozwój UE i ją stabilizować. Wiedza o opisanych w tym tekście zjawiskach powinna być w Polsce popularyzowana. Warto rozmawiać o tym z czołowymi polskimi think tankami, uniwersytetami czy partiami politycznymi.

Chiny bez problemów kupiłyby polskie Lasy Państwowe, zasoby wodny pitnej, złoża mineralne, spółki energetyczne, porty, banki czy koleje – bez specjalnych targów o cenę. A Blackrock nie miałby żadnych obiekcji, aby firmy, w których ma udziały, zmonopolizowały polskie rynki. Nikt nie miałby problemu z tym, że udział pensji w polskim PKB dalej by spadał. Tym samym wszystkie te ryzyka powinny być zdefiniowane konstytucyjnie, aby politycy nie mogli ulegać doraźnym pokusom czy korupcyjnym propozycjom.

Rozsądnym partnerem do finansowanie polskich inwestycji zdają się Norwegowie. Ich niechęć do węgla nie musi być przeszkodą. Polska i tak powinna dążyć do zmniejszania udziału węgla w produkcji prądu. Odnawialne źródła energii też są polskie. Nic nie stoi na przeszkodzi, aby udział węgla w produkcji prądu za 20 lat spadł z obecnych 90 do 60%. Poza tym zmniejszenie znaczenia monopolu węglowego dobrze by zrobiło polskim konsumentom.

Polska w swoich spółkach strategicznych (przykład Facebooka) powinna mieć specjalne prawo głosu i tym samym kontrolę nad kluczowymi decyzjami. Powinno się wprowadzić koncepcję rozproszenia inwestorów instytucjonalnych: jedna firma (np. Blackrock) mogłaby posiadać maksymalnie 1% WIG-u w pośrednich (przez zależne firmy) i bezpośrednich inwestycjach. Przejrzyste i etyczne fundusze z krajów demokratycznych, jak Norwegia, powinny móc inwestować więcej lub mieć możliwość inwestowania w strategiczne sektory. Fundusze z krajów demokratycznych, ale przymykających oko na unikanie płacenia podatków przez firmy, w których mają udziały, powinny mieć wyraźne ograniczenia. Fundusze z krajów autorytarnych byłyby pozbawione możliwości inwestowania w sektory strategiczne. To wszystko powinno być starannie monitorowane i publicznie raportowane przez Komisję Nadzoru Finansowego i Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Warto, by instytucje te miały uprawnienia na miarę wyzwań.

Podobne rozproszenie powinno zostać wprowadzone przy sprzedaży polskich obligacji skarbu państwa. Żaden fundusz nie może mieć zbyt dużej siły przetargowej. Należy również uregulować polski rynek nieruchomości tak, aby wielkim funduszom nie opłacało się wchodzić do Polski. Po co do Blackrock ma należeć np. cała dzielnica Warszawy? Na udział w rynkach powinno się patrzeć nie tylko z punktu widzenia bezpośrednich udziałów korporacji, ale także analizować skumulowane udziały funduszy inwestycyjnych w spółkach z jednego sektora. Polski rynek mediów powinien być szczególnie chroniony przed możliwością zdominowania przez zagraniczny kapitał.

Na poziomie UE Polska musi wspierać KE w postępowaniach antykartelowych i antymonopolowych przeciwko globalnym korporacjom. Powinna również wspierać walkę z unikaniem płacenia podatków przez korporacje oraz regulacje sektora globalnych funduszy powierniczych. Dla Polski korzystne jest zachęcanie UE do uregulowania ochrony danych osobowych w czasach zdominowania Big Data przez amerykańskie spółki internetowe. Ryzyko ingerencji spółek monopolizujących Big Data w procesy demokratyczne powinno być tematem osobnej strategii. W kwestii promowanych sądów arbitrażowych chroniących inwestycje Polska powinna zachęcać UE do rozszerzania dyskursu. Jeśli korporacje chcą mieć chroniące ich inwestycje sądownictwo postawione ponad sądami krajowymi, to sądy te powinny również rozpatrywać skargi lokalnych społeczności czy prawników zajmujących się np. ochroną przyrody przeciw korporacjom oskarżanym o przestępstwa czy korupcję.

Międzynarodowe organizacje pozarządowe, takie jak Greenpeace, Friends of Earth, WWF, Czerwony Krzyż czy Caritas, muszą wywierać presję na wielkie fundusze inwestycyjne, by promowały zrównoważony rozwój w korporacjach, w których mają udziały, za pomocą zrównoważonych kryteriów inwestycyjnych. Warto także głośno mówić o postulacie Piketty’ego: progresywnym opodatkowaniu globalnych zysków z kapitału, gdyż obecna sytuacja promuje niezrównoważony rozwój oraz kumulację własności wśród wąskiej globalnej elity.

Kończąc rozważania nad tym, kto rządzi światem, warto podkreślić, że Unia Europejska jest jedyną możliwą tarczą dla europejskich państw, w tym Polski, chroniącą przed gigantami finansowymi i informatycznymi z USA i Chin. Przykład Niemiec powinien działać trzeźwiąco dla liczących na rozpad Unii Europejskiej. Tylko silna Unia może utrzymać Europę na pozycji równorzędnego partnera Chin i USA w globalnej rozgrywce o dominację. Zaprzeczanie tej tezie jest myśleniem życzeniowym i brakiem racjonalnej zdolności analizy globalnej rzeczywistości XXI wieku.

Marcin Malinowski

Wykresy i tabele w tekście podajemy za książką Hansa-Jürgena Jakobsa, Wem gehört die Welt: Die Machtverhältnisse im globalen Kapitalismus, Albrecht Knaus Verlag, München 2016. Udostępniamy je za zgodą i we współpracy z autorem.

Rysunek autorstwa Horacego Taylora z pisma „The Verdict”.

Naszym celem jest przejęcie władzy – rozmowa z Marceliną Zawiszą i Adrianem Zandbergiem

 

– Co was uformowało w lewicowym duchu? Środowiskowo, intelektualnie? Jakie miejsca i czas?

Marcelina Zawisza: Pochodzę z górniczej rodziny. W takich domach jest silna tradycja związkowa. To na mnie oddziaływało. A późniejsze doświadczenia życiowe pokazały mi, że ilość posiadanych pieniędzy decyduje nie tylko o tym, jak się żyje, ale czy się w ogóle żyje. Szczególnie można to było zauważyć na oddziale onkologicznym.

– I było to dla Ciebie także doświadczenie polityczne?

– Miałam wtedy trzynaście, czternaście lat. Zobaczyłam, że dzieciaki z bogatszych domów mają dostęp do dodatkowych leków, lepszego jedzenia, co w przypadku chemioterapii jest kluczowe, a rodzice, którzy mieli stabilne zatrudnienie, mogli być ze swoimi chorującymi dziećmi, ponieważ przysługiwał im urlop wychowawczy. Takie dzieci miały większe szanse na wyjście z choroby. Widziałam też dzieciaki, które osamotnione, pozbawione troskliwej opieki, były w znacznie gorszym stanie. A tęsknota za bliskimi dodatkowo pozbawiała je sił i odbierała motywację. Dodam, że opieka zdrowotna była świadczona wszystkim na tym samym poziomie, pielęgniarki były wspaniałe, lekarze się starali – a jednak zasobność portfela rodziców pokazywała, gdzie jest czyje miejsce.

Adrian Zandberg: Jestem z ostatniego pokolenia, które wychowywało się jeszcze w epoce transformacji. Wróciliśmy z Danii do Polski, bo w połowie lat 80. rozchorował się mój dziadek i moja mama musiała wrócić, żeby się nim zajmować. Kursowaliśmy między Danią a Polską, żeby w końcu zostać w Warszawie. Jako dzieciak, a później nastolatek obserwowałem na moim podwórku rzecz naprawdę niesamowitą: w ciągu zaledwie kilku lat część moich rówieśniczek i rówieśników wykatapultowała się do nowej klasy średniej, a część poleciała w dół, nieraz dosyć mocno. W tym drugim przypadku to wcale nie była opowieść: tata pije i nic mu się nie chce. To były dzieci ludzi, którzy dostali po tyłku w epoce popiwku i masowego bezrobocia. Moja rodzina sobie poradziła, nie jestem ofiarą tamtych czasów. Ale są rzeczy, które wszyscy w latach 90. utraciliśmy – niezależnie od tego, kto gdzie ostatecznie wylądował na drabinie społecznej…

– Oranżadę w proszku? Wspólne dzieciństwo?

A.Z.: Wspólne podwórka, na których razem bawiły się dzieci z inteligenckich i robotniczych rodzin – to akurat była dobra rzecz. U schyłku PRL to się już oczywiście rozjeżdżało, rosły nierówności, ale ludzie z różnych warstw społecznych jednak byli ze sobą w większym stopniu przemieszani, zwłaszcza na dużych osiedlach w wielkich miastach. W tej samej klatce mieszkali ludzie, którzy pracowali w fabryce i tacy, którzy pracowali na uczelni czy w urzędach. Ich dzieci spotykały się przy trzepaku i razem grały w piłkę na boisku. To się skończyło. Długoterminowo paskudną cechą grodzonych osiedli, dzielenia miast na lepsze i gorsze strefy, jest to, że dorasta całe pokolenie, które nie ma już takiego doświadczenia. Dzieciakom z klasy średniej z dużych miast brak często tego „klasowego przekroczenia”, które niegdyś dawało podwórko, a którego nie dają dziś już ani internet, ani te formy spędzania czasu z rówieśnikami, jakie dostają w ofercie od dorosłych.

W mojej rodzinie dominowały raczej lewicowe poglądy, głosowano w wyborach na Solidarność Pracy, później na Unię Pracy. Jeśli chodzi o wybory polityczne, nie byłem zatem rodzinnym buntownikiem [śmiech].

– A czym byli dla was Młodzi Socjaliści?

A.Z.: To były dla nas też różne doświadczenia, bo od Marceliny jestem starszy o dziesięć lat. Nie będzie jednej odpowiedzi…

M.Z.: Przyszłam do już gotowej organizacji.

A.Z.: Zakładaliśmy Młodych Socjalistów, gdy Unia Pracy została zupełnie zwasalizowana przez postkomunistów. Próbowaliśmy zbudować coś w rodzaju politycznego harcerstwa. Chcieliśmy uratować to, co było dobre w projekcie solidarnościowej lewicy, a co na przełomie wieków – powiedzmy to wprost – zdychało. To była działalność formacyjno-edukacyjna, trochę w duchu „czerwonoharcerskim”. Można powiedzieć, że Młodzi Socjaliści byli młodzieżówką partii, która jeszcze nie powstała. Moje roczniki rozkręcały MS, a później przejęli to ludzie od nas młodsi, tacy jak Marcelina.

M.Z.: …wielokrotnie snuliśmy marzenia, że w Polsce powstanie partia, która będzie lewicowa i którą da się współtworzyć bez wstydu i poczucia straty poświęconego jej czasu i włożonych wysiłków.

Chodziłam do jednego z lepszych liceum w Katowicach. Pamiętam, jak ważne było dla mnie to, że jako jedna z nielicznych tam osób o lewicowych poglądach głośno i jasno o nich mówiłam. I to MS dawał mi poczucie wspólnoty. Dzięki tej organizacji wiedziałam nie tylko, że nie jestem sama ze swoimi lewicowymi poglądami, ale w dodatku wraz z innymi mogłam współuczestniczyć w procesie samokształcenia. Brakuje mi dziś takiego młodzieżowego środowiska jak Młodzi Socjaliści. I myślę, że to jest jakaś luka w przestrzeni społeczno-ideowej. Tym bardziej, że widzimy, jak chętnie zgłaszają się dziś do Razem osoby szesnasto-, siedemnastoletnie. To są dziewczyny i chłopaki, którzy mogą już podpisywać deklarację sympatyczek i sympatyków, ale nie mogą w pełni uczestniczyć w życiu partii.

A.Z.: Jest jeszcze jedna ważna sprawa, o której trzeba powiedzieć. Kiedy dzisiaj mówimy, że coś nie gra z neoliberalizmem, że ta opowieść nie jest jedynym obowiązującym, obiektywnym obrazem świata – to nasza krytyka jest obecna w debacie publicznej, choć nie jest oczywista. I nawet jeśli wciąż skazani jesteśmy na przepychankę na nierównych zasadach z głównymi graczami, to nasz głos słychać. Dziesięć, piętnaście lat temu to był trochę inny świat. To był czas, w którym nawet jeśli ludzie, którzy byli twórcami demokratycznej opozycji, jak Jacek Kuroń czy Karol Modzelewski, pozwalali sobie na krytykę III Rzeczpospolitej, to mówiono o nich za plecami: o, stary zdziadział, tęskno mu za młodością, pewno brak mu piątej klepki. Poza tę tezę nie dało się wyjść w mainstreamie: kto krytykował potransformacyjne status quo, ten był szaleńcem.

Sądzę, że dziś jesteśmy w innym miejscu również dzięki partii Razem, dzięki temu, co udało nam się wydrzeć dla lewicy w debacie publicznej. To się zmieniło dzięki wielu środowiskom, często skłóconym ze sobą. To była robota, której dokonali i ludzie piszący do „Nowego Obywatela”, i ludzie piszący do „Krytyki Politycznej”.

– Przeskoczmy do bliższych nam czasów. Warto przyjrzeć się dzisiejszym politycznym podziałom na lewicy i temu, o czym one ewentualnie świadczą. Zatem: dlaczego nie poszliście do ostatnich wyborów parlamentarnych z Sojuszem Lewicy Demokratycznej?

M.Z.: Zawsze gdy odpowiadam na to pytanie, dostrzegam podobny problem – żeby nie licytować się z nikim na lewicowość.

A.Z.: I żeby nie ziewnąć.

M.Z.: Owszem, bo to pytanie często jest nam zadawane i często pada na nie odpowiedź.

Repetitio est mater studiorum.

M.Z.: Myślę, że sprawa jest oczywista. Jeżeli uważamy, że wartości, do których się odwołujemy, są faktycznie istotne, to nie możemy sobie pozwolić na to, żeby pójść do wyborów z partią odpowiadającą za funkcjonowanie w Polsce tajnych więzień CIA.

– Skoro tę odpowiedź wszyscy znają, to drążmy temat głębiej…

M.Z.: Jeżeli mówimy choćby o rynku pracy, to Sojusz Lewicy Demokratycznej wprowadził w Polsce agencje pracy tymczasowej. Jeśli rozmawiamy o prawach człowieka i prawie do mieszkania, to mamy eseldowską eksmisję na bruk, czyli ustawę stworzoną przez Barbarę Blidę. Przypomnijmy, że wtedy komornicy wraz z sądami walczyli o to, aby prawnie wskazać, kto nie może być objęty taką eksmisją, ponieważ nawet oni nie chcieli wysyłać na bruk kobiet w ciąży, osób starszych i bezrobotnych. I jak długo by ciągnąć ten katalog przewin, jest pewne, że Sojusz udowodnił, iż jest partią, której nie spajają żadne lewicowe wartości. Moim zdaniem na pierwszej linii frontu w tej formacji nie ma osób, które walczyłyby choćby o zapisaną w konstytucji Rzeczpospolitej sprawiedliwość społeczną.

– Trudno jednak zaprzeczyć, że i w SLD są polityczki i politycy o szczerze lewicowych poglądach.

M.Z.: Znam przynajmniej kilka osób, które wchodziły do SLD, ponieważ chciały tę organizację przekształcić od środka. I szczerze wierzyli, że im się uda, że przejmą władzę nad partią. Takich „przejmujących władzę nad SLD” trochę widziałam z bliska, bo część z nich przewijała się również przez Młodych Socjalistów. Przychodzili później potłuczeni i mówili, że tam nie da się nic zmienić, ponieważ na samej górze Sojuszu usadowili się ludzie absolutnie bezideowi, których obchodzą jedynie stołki.

Z taką organizacją nie idzie się do wyborów, no bo po co?

– Przynajmniej kilka lewicowych ugrupowań zna na to pytanie odpowiedź…

A.Z.: Kości tych, których skusiła zdradliwa pieśń pt. „Musicie być skuteczni, więc idźcie z SLD”, bieleją na skałach. Ani nie byli skuteczni, ani nie przetrwali. Ale to jest całkiem poważne pytanie: w jaki sposób można skutecznie upominać się o lewicowe wartości, które mają dziś w polskim społeczeństwie charakter mniejszościowy? To trzeba sobie uczciwie powiedzieć: ludzie, którzy mają dziś zarazem poglądy egalitarne ekonomicznie i wolnościowe światopoglądowo, są istotną – ale mniejszością – polskiego społeczeństwa. To jest 25, może 30 proc. Polek i Polaków. To jest przestrzeń, w której dziś operuje lewica. Jeśli chcemy zdobyć większość, musimy przekonać ludzi, którzy dziś lewicowi nie są. A to oznacza, że bardzo ważne są spójność i wiarygodność. Bo jeśli chcemy przekonać ludzi, którzy niekoniecznie się z nami zgadzają, to pierwszy krok polega na tym, że muszą zaufać, że to, co mówimy, jest na serio.

Pomysł na Razem to wizja, że da się przekonać do aktywności społecznej i politycznej mnóstwo ludzi rozczarowanych rzeczywistością. A SLD jest jak koleś, od którego nie kupiłbyś używanego samochodu – choć jeśli jesteś cyniczny, to zawsze możesz załatwić z nim jakiś interes na boku. Ale my nie chcemy tak uprawiać polityki, nie chcemy zawierać brudnych deali. To jest fundamentalna różnica między nami a nimi. Nie chodzi wyłącznie o katalog krzywd, jakie SLD wyrządziło różnym grupom społecznym, nie chodzi też jedynie o wartości, wokół których usiłujemy dziś organizować ludzi w Razem, a które przez ich działania zostały częściowo skompromitowane. Po prostu próba połączenia ich logiki funkcjonowania i naszej uniemożliwiłaby Razem rozwój, przekonywanie nowych ludzi do lewicowości – i skazałaby nas na paraliż.

– Dlaczego w takim razie nie poszliście do wyborów wspólnie z Piotrem Ikonowiczem? To jest przecież zdecydowanie wiarygodna marka.

M.Z.: Ukuliśmy kiedyś żartobliwie termin „biedyzm”. Piotr chyba się trochę o niego pogniewał i uznał za jednoznacznie krytyczny opis jego działalności.

– Lewica tylko dla ubogich?

M.Z.: Piotr robi lewicę tylko dla osób ubogich i formułuje przekaz, z którego wynika, że w Polsce żyją niemal wyłącznie ludzie ubodzy. I niestety nie posiada umiejętności takiego mówienia o lewicowych wartościach, żeby zachęcić do nich szerszą grupę Polek i Polaków. Bo to przecież nie jest tak, że ktoś się budzi, patrzy w lustro i wykrzykuje: „Ooo! Jestem lewicowym wyborcą/lewicową wyborczynią! Gdzie jest moja partia?!”. Nie, ludzie zapomnieli w ogóle, jakie lewica reprezentuje wartości i co mogłyby one dla nich znaczyć w ich konkretnej sytuacji życiowej.

Niedawno mieliśmy do czynienia w polityce z Januszem Palikotem. Wszystkie media po kolei mówiły, że jest on lewicowy, tylko dlatego, że upominał się o selektywnie wybrane „prawoczłowiecze” sprawy z całego spektrum lewicowych wartości. To było rażąco jednostronne spojrzenie, ponieważ ignorowało socjalno-gospodarczy wymiar lewicowej teorii i praktyki. Wracając do Piotra: nie sposób odmówić mu wielkich zasług, ale on z kolei stworzył wizerunek lewicy, która skupia się jedynie na najuboższych.

– Czyli Razem jest lewicą dla klasy średniej?

M.Z.: Nie, w ogóle nie o to chodzi.

A.Z.: Po prostu nieprawdziwa jest opowieść, że mamy homogeniczną polską biedę, którą wystarczy politycznie uformować, żeby upomniała się o swoje prawa – a wtedy lewica sięgnie po władzę. Podziały idą w nieco inny sposób. Jeżeli spojrzysz na część pracowników najemnych sektora produkcyjnego, to tak naprawdę zobaczysz niższą klasę średnią, która ma nie najgorsze pensje, wakacje, zapewnione prawa pracownicze. I – niestety – nie jest z automatu solidarna z tymi, którzy są w gorszej sytuacji.

W brutalny sposób przekonałem się o tym, gdy robiliśmy wiele lat temu szkolenia dla Związku Zawodowego Górników. Próbowaliśmy przekonać górników, że w ich interesie jest, aby wspomogli dziewczyny, które pracowały wtedy w dramatycznych warunkach na kasie w hipermarketach. To był czas, gdy kasjerki siedziały w pampersach. I ci górnicy powiedzieli nam: „E tam, nasze interesy są tutaj na grubie. My o swoje dbamy, swoje obronimy”. Skądinąd dziś tej kopalni już nie ma. To jest gorzka prawda o czasach transformacji. Część z tych grup zawodowych, którym udało się ocalić dla siebie skrawek państwa dobrobytu, nie obroniła go wraz z etosem solidarności, który obejmowałby troskę o coś więcej niż tylko własne, branżowe interesy. Ten etos trzeba odbudować.

M.Z.: …akurat górnicy strajkują razem z pielęgniarkami, nauczycielkami i nauczycielami…

A.Z.: …niestety, bywało różnie.

– Wróćmy do biedyzmu.

A.Z.: To nie jest tak, że lewica powinna być obecna jedynie wśród tych, którzy najbardziej w III RP dostali po tyłku. Świat pracy najemnej nie składa się jedynie ze społecznie wykluczonych i pracujących ubogich. Trzeba patrzeć na rzeczywistą strukturę klasy pracowniczej w Polsce. Jeśli chcemy realnej zmiany, realnie upomnieć się o bardziej egalitarne społeczeństwo, to nie możemy od tego abstrahować, bo stalibyśmy się wtedy równie naiwni jak dziewiętnastowieczni anarchiści, którzy marzyli, że przeprowadzą rewolucję społeczną z pomocą lumpenproletariatu.

Nam zależy na tym, aby uświadomić ludziom, którzy są pracownikami i pracownicami najemnymi, że faktycznie nimi są. Że jeśli siedzą w Mordorze na Domaniewskiej, przeklejając dane z jednej tabelki w Excelu do drugiej, to nadal są pracownikami najemnymi, a nie wyższą klasą średnią. Że wspólnota interesów łączy ich z innymi pracownikami, a nie z właścicielem biznesu, na który pracują.

Metodą na zbudowanie pracowniczej solidarności nie jest mówienie do pracowników korpo: „jesteście wrogami, ponieważ stać was na wakacje i władowaliście się w dwudziestopięcioletni kredyt na mieszkanie w obrzeżnej dzielnicy Warszawy”. Potrzebujemy pracowniczej solidarności, ale to musi być realna solidarność między realnymi ludźmi, a nie wykluczająca część pracowników fikcja czy klub rekonstrukcji historycznej klasy robotniczej z 1905 roku. Nie da się zbudować silnej lewicy bazując tylko na „biednych i wykluczonych”.

– Do kogo więc chcecie dotrzeć ze swoim przekazem?

A.Z.: Do pracowników. A więc także do tych grup zawodowych i społecznych, które często w Polsce lewica socjalna spisywała na straty, mówiąc: „to przecież klasa średnia”.

M.Z.: Ale to nie jest też tak, że jesteśmy wrogo nastawieni do Ikonowicza. Uzupełniamy się raczej na zupełnie bazowym poziomie.

– Przyjmijmy, że także w obrębie lewicowego elektoratu żadna formacja nie jest w stanie w pełni obsłużyć różnych grup interesów. I może w waszym przypadku są to jednak wyborcy i wyborczynie, którzy świadomie większą wagę przywiązują do wątków emancypacyjnych.

M.Z.: Odzywają się do nas ludzie z Almy, odzywają się ludzie z Bezpiecznego Listu, których Rafał Brzoska „odsprzedał” za jakieś śmieszne pieniądze. Oni w nas widzą obrońców i obrończynie praw pracowniczych, swoich interesów zawodowych. To są często ludzie zatrudnieni za 1500 złotych na rękę na umowach-zlecenie, osoby zatrudnione za pensję minimalną. Myślę, że udało nam się zbudować – zgodny z prawdą – przekaz, iż jesteśmy partią, do której warto się zwrócić ze swoimi problemami pracowniczymi.

A.Z.: Żeby skutecznie walczyć o ich prawa, nie można pozwolić na dalsze marginalizowanie problemów świata pracy. Tylko wówczas ludzie, którzy pracują w Almie, będą mogli na serio walczyć o swoje interesy, jeżeli również ludzie spoza będą przekonani, że to są naprawdę zasadnicze kwestie, że prawa pracownicze to prawa człowieka. Kiedy w biurze na Mordorze ktoś przeczyta o sytuacji w Bezpiecznym Liście i stwierdza: „Spotkało ich łajdactwo, trzeba coś z tym zrobić!” – to jest to dokładnie ta rzecz, o którą nam w Razem chodzi.

– Mówicie o sobie z pełną świadomością: polityczka i polityk?

M.Z.: Tak.

A.Z.: To chyba oczywiste.

M.Z.: Z tym że moim zdaniem nie ma takiego zawodu jak polityk czy polityczka. Jestem polityczką społeczną, ważny jest dla mnie socjaldemokratyczny program polityczny, ale nie wyobrażam sobie, że spędzę tak całe życie. Sądzę, że w przyszłości będę zajmować się np. pracą ekspercką.

A.Z.: Zależy nam, żeby ludzie, którzy działają w Razem, nawet jeśli przez jakiś czas zdarza się im być „zawodowymi politykami”, wiedzieli, że nie jest to rola na całe życie.

– Dlaczego?

A.Z.: Kryzysem polskiej polityki jest to, że ona szybko zasklepia się w małych elitarnych gronach. To widać nawet na poziomie organizacyjnym. Dlatego w Razem wypracowaliśmy mechanizmy, które – mamy nadzieję – będą takim procesom zapobiegać. Myślę o kadencyjności i kolektywnym zarządzaniu.

M.Z.: To samo chcielibyśmy/chciałybyśmy przełożyć na instytucje funkcjonujące w obrębie polskiej polityki. Dlatego domagamy się choćby kadencyjności w Sejmie – nie chcemy, żeby posłowie i posłanki żyli w przeświadczeniu, że są tam na zawsze. Podobnie w samorządzie.

– Zapytałem o to, ponieważ część ludzi Razem – może to specyfika naszych czasów, a może znak waszego miejsca w przestrzeni publicznej – jest równocześnie polityczkami/politykami i np. publicystami/publicystkami, aktywistkami i aktywistami miejskimi, działają w przestrzeni społecznej jako lewicowe feministki, lewicowi feminiści. Tylko że tak naprawdę jesteście poza wielkimi strukturami administracyjno-decyzyjnymi. A politykę w instytucjach robi się inaczej niż na ulicy.

M.Z.: Naszym celem jest przejęcie władzy. Po to jesteśmy partią, po to startujemy i przygotowujemy się do kolejnych wyborów. Jasne, chcemy być partią aktywistek i aktywistów, ponieważ działanie oddolne w sytuacji, gdy nie ma nas w parlamencie i w samorządach, jest jak najbardziej pożądane. A nawet gdybyśmy np. w samorządach weszli do jakiejś koalicji, to nadal będzie trzeba walczyć o miejskie sprawy, zabiegać o realizację wyznawanych przez siebie lewicowych wartości, wywierać presję na rządzących.

A.Z.: Zakładasz, że gdy bierze się odpowiedzialność za instytucje publiczne, to nie wypada już stać na ulicy i demonstrować. Jest dokładnie odwrotnie.

– Gdy jesteś politycznie decyzyjny/decyzyjna, masz inne narzędzia wprowadzania zmiany.

A.Z.: No właśnie – nie. Zupełnie się z tym nie zgadzam. To, co było siłą lewicy w XX wieku – mówił o tym choćby Olof Palme – to połączenie tych dwóch światów. Z jednej strony gotowość do bardzo pragmatycznej dyskusji o tym, jak przebudowywać instytucje, z drugiej – społeczna presja na instytucjonalną politykę ze strony aktywistów, związków zawodowych, plejady postępowych organizacji społecznych. Dopóki te ostatnie były silne, dopóki były w stanie – mówiąc mocno – trzymać za pysk także lewicowych polityków, którzy dochodzili do władzy w ich imieniu, to socjaldemokratyczne ugrupowania prowadziły politykę, która realizowała interesy szerokich grup społecznych.

W latach 80. i 90. XX w., po thatcherowskiej zimie, stało się coś bardzo złego z socjaldemokratycznymi formacjami w Europie. Trochę w wyniku dezindustrializacji, trochę w wyniku globalizacji, trochę w wyniku świadomego działania części elit socjaldemokratycznych ten świat został rozmontowany. Osłabła ożywcza presja walczącej o swoje interesy ulicy wywierana na partie parlamentarne. Zastąpiła ją rzeczywistość, w której formacje polityczne zdały się na wynajętych spin doktorów wskazujących na podstawie fokusów, co należy, a czego nie należy mówić. My jako Razem diagnozujemy to jako część problemu. Można oczywiście w oparciu o socjotechnikę zbudować partię, która wygra wybory. Ale tak się nie da zbudować lewicy, która zmienia świat.

– Ale nie da się też robić polityki bez mediów.

A.Z.: Relacje władzy są dziś oczywiste, zwłaszcza w społeczeństwie, które pożegnało fabrykę jako miejsce, gdzie toczyły się walki społeczne i następowało upolitycznienie. Żeby być skutecznym, trzeba używać takich strategii, które realnie są w stanie dziś oddziaływać na duże grupy ludzi. Oczywiście, są to również strategie medialne. I my to robimy.

– Na przykład?

A.Z.: Przypomnę akcję ze Starbucksem, który chciał w Niemczech zatrudnić pracowników i pracownice z Polski, żeby wykorzystać ich jako łamistrajków. Starbucks pękł, ponieważ uderzyliśmy w ich czuły punkt. Co jest istotą tej firmy? Z całą pewnością nie struktura własności, bo oni tak naprawdę wynajmują swoje logo ludziom, którzy od nich dzierżawią te lokale, nie jest nią też nadzór nad siłą roboczą w miejscu pracy, jak w starej fordowskiej fabryce. Oni mają logo. Ono jest ponadnarodowe. Przypuściliśmy atak na ich wizerunek – z dość skromnymi możliwościami partii pozaparlamentarnej z kilkuprocentowym poparciem w sondażach. Nie minęły siedemdziesiąt dwie godziny…

M.Z.: …zmobilizowaliśmy kilkadziesiąt tysięcy osób, które zainteresowały się i podały dalej nasz przekaz.

A.Z.: Oczywiście, pomogli nam także nasi przyjaciele ze związków zawodowych, poruszyliśmy opinię publiczną również w Niemczech. To zadziałało. Firma pękła i wycofała się z wynajmu łamistrajków.

– Najwięcej osób w Razem zapisanych jest w stolicy?

A.Z.: Okręg warszawski jest najliczniejszy, ale z całą pewnością stolica nie ma całościowo liczebnej przewagi nad resztą kraju.

M.Z.: W tym momencie w Warszawie w Razem działa około pięćset osób. Największe struktury mamy we Wrocławiu, Krakowie, Poznaniu, Gdańsku.

A.Z.: Nie ma się co dziwić – to największe obszary miejskie w kraju.

– Jesteście w stanie określić, ile osób, które należą do partii Razem, pracuje w instytucjach publicznych, lokalnych czy samorządowych?

M.Z.: Nie badaliśmy tego.

A.Z.: Interesują cię statystyki?

– Wyjaśnię, dlaczego o to pytam. Młodsze pokolenie lewicy często nie ma żadnego doświadczenia pracy w instytucjach państwowych. To SLD miał czas, żeby zrobić swój długi marsz przez instytucje…

A.Z.: …od 1945 roku [śmiech].

– W każdym razie: ciekawi mnie, jak postrzegacie swoje miejsce jako młodej lewicowej partii w instytucjach publicznych.

A.Z.: Porównanie z Sojuszem jest o tyle nieadekwatne, że to jest partia władzy. Co więcej, mówisz o formacji, która rządziła Polską w sposób niedemokratyczny przez kilkadziesiąt lat, a następnie sukcesywnie schodziła z tej władzy w epoce transformacji. I nie straciła jej przecież w sposób rewolucyjny.

Razem jest partią kontestacji, a nie partią władzy. Razem nie narodziło się z zarządzania instytucjami publicznymi ani z zawłaszczania ich. Nie jesteśmy meksykańską Partią Rewolucyjno-Instytucjonalną, nie jesteśmy Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą, nie jesteśmy Platformą Obywatelską. My narodziliśmy się z buntu, z poczucia, że coś głęboko nie gra w obecnym sposobie zorganizowania społeczeństwa, z gniewu znacznej części ludzi, którzy wcześniej kupowali liberalną opowieść, a później w praktyce zorientowali się, że to nie działa.

Pozycja społeczna tych osób jest podobna do sytuacji pierwszego pokolenia lewicy, które zaczęło budować socjaldemokrację w XIX wieku – to jest pozycja spoza istniejącego ładu społeczno-gospodarczo-politycznego. Jesteśmy na początku długiej drogi.

– No dobrze, to jak wyglądałby Instytut Pamięci Narodowej zarządzany przez kogoś z partii Razem?

A.Z.: Nie mamy na ten temat uchwały Rady Krajowej, ale jeśli miałbym wyrazić własną opinię, to wydaje mi się, że połączenie w jednej instytucji uprawnień prokuratorskich i badawczych jest niefortunnym pomysłem.

Ale tu chodzi o coś szerszego, co nas różni od innych partii. Nam się mocno nie podoba ten amerykański model myślenia o instytucjach publicznych, że partia, która przychodzi, wymiata jak miotłą od góry do dołu. I że tylko w ten sposób może zapewnić sprawne kontrolowanie instytucji.

M.Z.: Jeśli każda nowa ekipa rządząca wymienia poprzednich ludzi na swoich, to nie ma żadnej ciągłości. Znika ciągłość wiedzy i doświadczenia. W związku z tym mamy instytucje, które raz za razem zaczynają urządzać się na nowo. I to nigdy nie będzie działać – chyba że ktoś będzie rządził przez dwadzieścia lat…

– Zostawicie w administracji publicznej dyrektorów i dyrektorki, którzy będą z nadania Prawa i Sprawiedliwości albo – hipotetycznie – Kukiz’15?

M.Z.: Jeżeli będą mieli/miały kompetencje i jeśli będą wybrani/wybrane w sposób transparentny…

A.Z.: …to ostatnie nie ma szansy się udać, biorąc pod uwagę, jak to wszystko teraz funkcjonuje [śmiech].

M.Z.: No dobrze. Najważniejsze, żeby mieć kompetentnych urzędników. Oni mogą się z nami nie zgadzać co do poglądów politycznych. Ale powinni się troszczyć o dobro instytucji. W Szwecji urzędnicy i urzędniczki pełnią swoje funkcje nawet gdy zmienia się władza. To także buduje ciągłość i szacunek dla autonomii administracji, która negocjuje z politykami ewentualne zmiany czy reformy – w trosce o obywateli, którym przecież ma pomagać. Stąd ważne, żeby również nasza Służba Cywilna funkcjonowała jak najlepiej.

– Najprostsza odpowiedź brzmi: nie jesteśmy w Szwecji.

A.Z.: Nie jesteśmy też w Stanach Zjednoczonych. Tamtejszy system działa dlatego, że dwie partie polityczne, które jak miotła wchodzą raz na jakiś czas do instytucji, tak naprawdę utrzymują – często za pomocą parszywych relacji z biznesem – całą sieć kompetentnych ludzi zdolnych do tego, żeby zająć zwolnione przed chwilą miejsca w sektorze publicznym. Przy takim poziomie zaangażowania w życie publiczne, jaki jest w Polsce, przy takiej płytkości partii politycznych, jaką mamy, zdecydowanie się na model amerykański skazuje nas – przepraszam, że zabrzmię teraz jak z TVN-u – na Misiewiczów.

– Trzeba niestety przyznać, że Służba Cywilna ewidentnie wypadała z łask obecnej władzy.

A.Z.: To jest kłopot dla wszystkich, którzy mają bardziej propaństwowe poglądy. Państwo będzie działało słabo, jeżeli ludzie, którzy zarządzają tym, co publiczne, będą dobierani tylko według klucza partyjno-politycznego, bez refleksji nad ich kompetencjami. W dodatku jeśli za dwa-trzy lata do władzy dojdą osoby, które będą chciały rozmontować państwo, to będą miały w zanadrzu świetny argument: spójrzcie, to wszystko nie działa. I wykorzystają sytuację, żeby jak najwięcej tego, co publiczne, zdemontować, oddać rynkowi.

– Czyli urzędniczki i urzędnicy niższego szczebla, a także pracownice/pracownicy socjalni mogą liczyć na solidne podwyżki, gdy dojdziecie do władzy?

M.Z.: Jeśli chodzi o pracownice i pracowników socjalnych, to nie ma innej opcji niż poprawa ich sytuacji materialnej. Choć na tym problem się nie kończy: mamy dziś w Polsce jedną pracownicę socjalną na kilka tysięcy osób. To powoduje, że ich praca jest bardzo poważnie utrudniona. Niestety, doniesienia medialne w przypadku jakichś tragicznych wydarzeń skupiają się na tym, że pracownik socjalny czegoś „nie dopilnował”. Rzadko kto się zastanawia, jak wygląda obłożenie pracą takich osób, jak ich wynagrodzenie, a jak dobór do zawodu w takiej sytuacji. Dlatego nie tylko należy podnieść pensje, ale również zwiększyć liczbę pracownic/pracowników socjalnych.

Między innymi dlatego chcemy opodatkować wielkie korporacje, uszczelniać system podatkowy, żeby mieć pieniądze na państwo. I to są pieniądze, które trzeba wydać „na dole” – żeby całość działała.

– Nareszcie słynny razemowy neobolszewizm!

A.Z.: Słynny neobolszewizm, który lokuje nas pewnie w okolicach lewego skrzydła chadecji w zachodniej Europie z lat 60. XX wieku [śmiech Marceliny].

Dziś w Polsce władza znana z socjalnych obietnic nie odważyła się na wprowadzenie jednolitego podatku, który miał podnieść dochody na rękę osób najmniej zarabiających. Okazało się, że panowie z okolic Warsaw Enterprise Institute i tego typu środowisk, którzy mają coraz większy posłuch w kilku ministerstwach, byli w stanie zablokować coś tak naprawdę elementarnego, jak skończenie z regresją podatkową. Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie zdecydował się na realizację pomysłu, który od czasów Platformy leży w Ministerstwie Finansów, a który miał na celu nie tyle wprowadzenie realnej progresji podatkowej, ale chociaż faktycznej liniowości. Nawet to nie przeszło, bo okazało się, że lobbing biznesu jest naprawdę mocny.

Skoro w Polsce pan z banku [Mateusz Morawiecki – przyp. K. W.] robi za prospołecznego ministra-ekonomistę, choć jest za utrzymaniem faktycznej regresji podatkowej, to zaiste – my jesteśmy straszliwymi radykałami. Tyle że nasz „radykalizm” to tak naprawdę stara, dobra socjaldemokracja – ta sprzed epoki Schrödera i Blaira. A z czasów Palmego, gdy to pojęcie nie stało się jeszcze jedną ksywką obozu liberalnego.

– Jakiś czas temu byłem w Pałacu Prezydenckim na spotkaniu poświęconym promocji polskich start upów. Minister Morawiecki pół żartem, pół serio stwierdził, że bardzo by chciał, żeby któryś ze startupowców wymyślił aplikację, która znacznie poprawi ściągalność VAT. To anegdotka, ale myślę, że jego nastawienie do kwestii społeczno-gospodarczo-instytucjonalnych jest bardziej skomplikowane niż to przedstawiasz.

A.Z.: Na czym polega różnica między myśleniem naszym a Morawieckiego? Otóż jemu podoba się południowokoreański model rozwojowy. Ze wszystkimi tego pozytywami i negatywami. Czyli podoba mu się choćby wizja zrośnięcia oligarchii biznesowej z państwową. Podejrzewam, że podoba mu się także to, że w południowokoreańskim modelu rozwojowym nie było miejsca na związki zawodowe. Przypominam, że w jego strategii odpowiedzialnego – podobno – rozwoju nie znalazł się ani jeden slajd dla rad pracowniczych, dla głosu pracownic i pracowników. Myślę, że to nie jest przypadek.

Zgodzę się, że Morawiecki dostrzega rolę państwa jako istotnego aktora w modernizacji i nadganianiu zapóźnień. W tym różni się od naiwnych neoliberałów. Ale ci, którzy próbują zrobić z niego propracowniczego socjała, ignorują ten właśnie fakt – to wszystko przypomina państwo-patriarchę, który tu i ówdzie sypnie groszem, ale nie upodmiotowi. To jest kluczowy problem, ponieważ w ten sposób nie da się przekroczyć sytuacji gospodarczej, w której obecnie jesteśmy.

– Dlaczego?

A.Z.: Z dwóch przyczyn. Po pierwsze: geopolityka. Nie mamy amerykańskiego płaszcza jak nad Koreą Południową i w związku z tym możliwości prowadzenia polityki interwencjonistycznej. Ale także dlatego, że dzisiaj wartości dodanej nie wyciska się jak kiedyś z południowokoreańskich robotników fabrycznych. Polska na tym etapie rozwoju, na jakim jest, aby pójść dalej potrzebuje kreatywności pracownic i pracowników. A tego nie będzie, jeżeli nie zmienimy stosunków pracy w polskich firmach. Nie będzie rozwoju bez upodmiotowienia i demokracji.

– Widzę jeszcze jedną kwestię. Artur Wołek w książce „Słabe państwo” pokazuje, że państwo polskie w pełni sprawnie działa tam, gdzie jest wprost – w pewnych sytuacjach – „ręcznie sterowane” przez polityków najwyżej osadzonych w strukturach władzy. Natomiast znacznie gorzej sobie radzi w codziennym funkcjonowaniu, w operacyjnych regułach działania administracji i tworzenia prawa. Niewykluczone, że Prawo i Sprawiedliwość dostrzegło, że nie da się w III Rzeczpospolitej wprowadzać zmian inaczej niż przez bezpośrednie sterowanie poszczególnymi segmentami państwa. I zwielokrotniło ten proces. Pytanie, czy ta metoda, ten nawyk nie zakorzeni się już na stałe w naszej rzeczywistości politycznej.

A.Z.: Jesteśmy na antypodach takiej strategii. Nasz pomysł polega na upodmiotowieniu społeczeństwa, a co za tym idzie – zmianie polityki. Wkurza nas, gdy widzimy takie sytuacje, jak w Dobrzeniu Wielkim, który miał być wbrew woli mieszkańców przyłączony do Opola, a którym przez miesiące nikt się nie zajmował. Dopiero głodówka wywołała zainteresowanie mediów i zlecieli się tam politycy (po czym szybko zniknęli – byłem tam parę dni temu – ludzie nadal walczą). To właśnie ten sposób rozumowania, w którym można w ogóle ludzi nie zapytać o zdanie, wystarczy coś im narzucić – on będzie barierą rozwojową. Tego Morawiecki i PiS nie rozumieją.

M.Z.: Jeszcze jedna rzecz: mam wrażenie, że w ciągu ostatnich kilku lat ludzie zaczęli bardziej aktywnie domagać się pewnych praw, które im przysługują. A Prawo i Sprawiedliwość próbuje to wygasić. Widać to również przy okazji projektów ustaw, które PiS składa. Markują konsultacje społeczne, ale de facto ich nie prowadzą. Wspólnie ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego prowadziliśmy zbiórkę podpisów pod wnioskiem o referendum edukacyjne, ponieważ PiS nie chce na serio konsultować swojej reformy oświaty – nie tylko z ZNP, ale także z rodzicami i ekspertami, i ekspertkami. Minister Anna Zalewska mówi nieprawdę na temat tego, co piszą autorzy ekspertyz, którzy później robią konferencję prasową i prostują jej wypowiedzi.

– A nie jest tak, że w Polsce część społeczeństwa chętniej wychodzi na ulicę, gdy rządzi pisowski nurt centroprawicy? Białe Miasteczko (2007) czy Czarny Protest (2016) to są wydarzenia z czasów rządów PiS – w epoce Platformy nie było tak znacznych wystąpień społecznych o wyraźnie lewicowym zabarwieniu, cieszących się dużym poparciem liberalnych środków przekazu.

M.Z.: Wiesz, dlaczego tak jest? Ponieważ PiS otwarcie chce odbierać części społeczeństwa konkretne prawa. I to takie, których istnienie było oczywiste. A gdy rządzi liberalna centroprawica, typu Platforma Obywatelska, to nie ma poczucia paniki, według mediów zachowane jest pewne status quo, a rządzący mówią: „Nie przejmujcie się polityką, róbcie grilla i bawcie się dobrze”. A że nie robią żadnych drastycznych ruchów, to ludzie nie odczuwają potrzeby, by się aktywizować. I wtedy PO po cichu odbiera im prawa pracownicze – bo trzeba „ratować rynek pracy przed kryzysem” – albo podnosi VAT, bo trzeba łatać budżet itp.

PiS to prawdziwi hardkorowcy. Naraz stworzyli mnóstwo pól sporu: Trybunał Konstytucyjny, reforma edukacji, lex Szyszko, Puszcza Białowieska, wizja zaostrzenia prawa antyaborcyjnego. Ludzie nie wiedzą, na którą demonstrację pójść. Wydaje mi się, że to wręcz pomysł na zniechęcenie ludzi do aktywności. Może władze liczą na to, że ludzie zobojętnieją? Ale to się nie uda. Te protesty wciąż będą wybuchać.

A.Z.: Jarosław Kaczyński w dużej mierze robi politykę przez kryzys. I ten kryzys jest metodą mobilizacji swojego zaplecza i polaryzacji sceny politycznej…

M.Z.: …a liberałowie tego nie robią.

A.Z.: Poza tym PiS w jednych sprawach dociska do ściany, w innych – powiedzmy uczciwie – od tej ściany odsuwa się o parę centymetrów i daje niektórym grupom społecznym oddech. Przecież to nie jest wyłącznie dialektyka przemocy, która utrzymuje PiS przy władzy dzięki samej polaryzacji.

M.Z.: Program 500+ znacznie ograniczył skrajne ubóstwo pośród dzieci.

– Wyście to powiedzieli.

A.Z.: Nie mamy problemu z tym, żeby dostrzec rzeczywistość.

– Pytanie, czy nie będziecie mieli problemów z dotarciem do elektoratu socjalnego z klasy ludowej, który jest mniej lub bardziej konserwatywny.

A.Z.: To nie jest takie oczywiste. Jeżeli spojrzysz na elektorat, który jest wręcz ogniście antyklerykalny, to zobaczysz z zaskoczeniem, że jego istotna część to ludzie z klasy ludowej. Nie jest też tak, że ten socjalny elektorat z warstw niższych zawsze odwołuje się do systemu wartości ukształtowanego przez Kościół.

Wybór polityczny to nie jest coś, co w sposób automatyczny w skali jeden do jednego przekłada się na porządek wartości, który ludzie wyznają. Ludzie muszą nazwać ten system wartości i uznać, że reprezentacja polityczna, która się do niego odwołuje, jest wiarygodna. I to jest droga, którą musisz pokonać, od momentu w którym określisz, kogo chcesz przekonać, do momentu, w którym ten ktoś ci zaufa. Przecież to nie jest tak, że można pstryknąć palcem i ogłosić: „Niniejszym nominuję was na swój elektorat, macie już na kogo głosować!” – a ktoś stwierdzi: „Super, od teraz głosuję na partię Razem!”. My jeszcze na te głosy musimy zasłużyć.

M.Z.: Musimy też wykonać dużą pracę edukacyjną. Dlatego staramy się nazywać wartości i uświadamiamy ludziom, w którym miejscu społecznego czy ekonomicznego spektrum się znajdują. Bo niestety często Polki i Polacy nie rozpoznają odpowiedniej dla siebie oferty politycznej. Pokazują to choćby analizy Ośrodek Badania Opinii Publicznej: duża część Polek i Polaków uważa, że związki zawodowe powinny być silniejsze i są potrzebne, że udział płac w Produkcie Krajowym Brutto powinien być większy, tzw. socjal większy, a podatki wyższe dla bogatszych. A później, gdy przychodzi co do czego, głosują na Nowoczesną i Kukiz ’15.

W ciągu ostatnich dekad nie rozmawialiśmy o wartościach społecznych i interesach ekonomicznych, jakie realnie reprezentują poszczególne ugrupowania. Duża część debaty publicznej poszła za to w tematy zastępcze, w kwestie dotyczące personalnych rozgrywek i antypatii między politykami.

A.Z.: Jako Razem wbijamy się w świat, w którym polityczne tożsamości zostały zbudowane wokół innej osi niż ta, która w naturalny sposób robi przestrzeń dla lewicy. I żeby odzyskać tę przestrzeń, musimy także wywalczyć przesunięcie osi debaty publicznej. To się dzieje – wyobraź sobie 5-6 lat temu przestrzeń dla pisania w „Gazecie Wyborczej”, że wielki biznesmen Rafał Brzoska jest tak naprawdę wielkim hochsztaplerem, który oszukał tysiące ludzi. Wyobraź sobie kilka lat temu przestrzeń na powiedzenie w TVN – bez otrzymania następnie ciosu maczugą w głowę – że należałoby w Polsce zająć się problemem unikania podatków przez wielkie korporacje. Tak a propos marszu przez instytucje: tutaj też jest duża robota wykonywana przez dziennikarzy i dziennikarki mainstreamowych mediów. Myślę nie tylko o oklepanych nazwiskach, takich jak Rafał Woś, Wojciech Orliński, Grzegorz Sroczyński, nie tylko o takich osobach jak Adriana Rozwadowska czy Michał Danielewski, ale też o dziennikarkach i dziennikarzach prasy ekonomicznej, choćby tych, którzy pracują w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, o ludziach, którzy w przeróżnych dodatkach ekonomicznych rozkruszają ten beton od środka w money.pl czy bankier.pl.

– A co z elektoratem, który jest w jakimś stopniu socjalny, ale jest też seksistowski albo szowinistyczny czy antyimigrancki? Jaka może być oferta lewicy dla takich wyborców i wyborczyń?

A.Z.: Żyjemy w społeczeństwie, które jest patriarchalne. Nie jest zatem tak, że mamy socjalny ciemny lud i oświeconych korpoludków.

– To jest jasne.

A.Z.: Jak pojedziesz do Mordoru, to też będziesz miał do czynienia z radykalnym seksizmem…

M.Z.: …i rasizmem…

A.Z.: I innymi negatywnymi postawami, którymi nasze społeczeństwo jest przesiąknięte. Zupełnie nie kupuję opowieści, że klasa ludowa pod tym względem jest „fe”, a elity „cacy”. Lewica musi się wobec tego mądrze określić. To nie znaczy, że lewica ma się tutaj cofać. I nie wolno jej się cofać. Lewica, który rezygnuje z kwestii prawoczłowieczych, to po prostu nie jest lewica. Ale trzeba przekonująco mówić do tych, którzy dziś bezrefleksyjnie powtarzają rasistowskie czy seksistowskie klisze. Nasz obowiązek to ich przekonać, a nie obrazić się na to, że istnieją, i zamknąć w swojej banieczce.

M.Z.: Trzeba starać się rozmawiać z ludźmi. Uczestniczyłam w górniczych protestach. Niesamowite dla mnie było zobaczyć, jak inaczej ludzie reagują w trakcie zwykłej rozmowy twarzą w twarz, gdy wprost się z nimi skonfrontować. Jestem niewysoką młodą kobietą, wyglądam na jeszcze mniej lat niż mam, w związku z czym oni wszyscy na początku rzucali jakieś seksistowskie żarty. Gdy kilkakrotnie odpowiedziałam odwróconym seksistowskim żartem, to inaczej ustawiało dyskusję. Powiedziałam jasno: tak, jak oni nie chcą, żebym zwracała się do nich w sposób, który im nie odpowiada, tak i ja nie chcę, żeby oni do mnie mówili w pewnej formule. Nie obraziłam się na nich, oni nie obrazili się na mnie, ale odpuścili sobie seksistowskie żarty.

– Ty umiesz tak rozmawiać, pytanie, jak inne i inni.

A.Z.: Przecież ludzie z naszej partii nie wzięli się znikąd, wyrośli z tego społeczeństwa, umieją sobie w nim radzić i z nim rozmawiać. To naprawdę nie są osoby z innego wymiaru.

M.Z.: Powiem więcej – przecież w Razem są też ludzie, którzy kiedyś byli seksistami, szowinistami. Z takich rzeczy się wychodzi, jeśli trafia się na ludzi, którzy potrafią pokazać, że to nie jest nic dobrego. Przecież w naszej partii są też osoby, które niegdyś były korwinistami lub chciały głosować na Pawła Kukiza. One innym opowiadają o swoich doświadczeniach i to działa. I szerzej: dzięki rozmowie to naprawdę jest do zrobienia – można pokazać, że krzywdzi nas nie ktoś, kto ma inny kolor skóry, jest innego wyznania czy innej orientacji seksualnej, ale np. koleś, który płaci podatki na Cyprze i wyzyskuje pracowników i pracownice. Ale to się musi dziać.

A.Z.: Na lewicy długo nie było konwertytów, bo skąd mieliby się wziąć? Teraz mamy w partii ludzi, którzy są konwertytami. I bardzo dobrze. Trzeba zdobywać kolejnych…

– A jak wyglądają sprawy prowincji/peryferii w waszym programie? Raz po raz wracacie do problemu transportu publicznego…

M.Z.: Jesteśmy jednym z nielicznych, jeśli nie jedynym krajem w Unii Europejskiej, w którym nie ma systemowego zagospodarowania środków finansowych wspierających komunikację autobusową. I to jest prawdziwy dramat, jeżeli nałoży się na bardzo słabą infrastrukturę połączeń pasażerskich w danym regionie. Nasze okręgi na Podkarpaciu muszą walczyć o to, żeby nie zostać zupełnie odcięte od komunikacji masowej. To jest straszne, jeśli pomyślimy o losie starszych osób, które muszą jeździć do lekarza, jeśli pomyślimy o miejscowościach, w których nie ma nawet sklepu, co dodatkowo utrudnia życie ludziom mniej czy zupełnie niemobilnym. Byłam niedawno na Podlasiu. Jeśli chcesz tam pojechać do sklepu, to wsiadasz w PKS, jedziesz kilkanaście kilometrów, a później musisz długo czekać na kolejny PKS. Jeśli nawet to znika, to część ludzi jest skazana jedynie na obwoźny handel, czyli na przykład na samochód, który raz na tydzień przyjeżdża z chlebem. W dodatku mamy do czynienia z wycofywaniem się prywatnych przewoźników, bo tam, gdzie komunikacja masowo jest całościowo wygaszana, to i im przestaje się to opłacać.

– Ale jak dotrzeć do wykluczonego elektoratu z prowincji? Jaką politykę informacyjną może uprawiać lewicowa partia w świecie liberalnych i prawicowych mediów?

A.Z.: Jeśli chodzi o dotarcie do prowincji, to akurat media liberalne mają mniejszy zasięg. Bo tam ludzie wciąż częściej mają tę telewizję, która jest dostępna z pomocą zwykłej anteny, a nie na przykład Cyfrowy Polsat.

– Czyli TVP.

A.Z.: Tak. Stąd jeśli miałbym o czymś mówić, to raczej o tym, że problemem jest brak telewizji naprawdę publicznej. Na jej miejsce panowie z PiS zrobili wołający o pomstę do nieba i obrażający ideę telewizji publicznej propagandowy folwark. To działa tak źle, że gdy liberałowie dojdą znów do władzy, użyją TVPiS jako argumentu, żeby zaorać i sprywatyzować telewizję publiczną. Żeby było jasne – Platforma Obywatelska też nie robiła obiektywnej telewizji, ale to, co wylewa się dziś z „Wiadomości” TVP, to po prostu skandal.

Trzeba też uczciwie powiedzieć, że borykamy się dzisiaj ze strategią dla regionów wiejskich. Ten rodzaj struktur, który budujemy w Razem, działa lepiej w świecie miejskim, także z tego trywialnego powodu, że nasze formy wsparcia pracownic i pracowników oraz organizacji pracowniczych łatwiej działają w świecie miast niż miasteczek, i lepiej w świecie miasteczek niż wsi.

Wyzwaniem jest dla nas świat „bieszczadzki” czy „podkarpacki”. Tam nasze działaczki i działacze testują strategie, które są zupełnie inne niż wielkomiejskie. Jeżeli walczą o komunikację publiczną, to do niektórych wiosek muszą dojechać na rowerze, żeby rozwiesić tam plakaty. Nie dotrą tam przy pomocy internetu ani lokalnych mediów, taki obieg informacji często tam nie istnieje. Trzeba sięgać po własną poligrafię.

M.Z.: Z kolei jeśli chodzi o politykę historyczną, mamy już całkiem sporą serię gazetek, które staramy się masowo rozdawać, bo wiemy, że trudno jest z naszym przekazem historycznym dotrzeć do dużych ośrodków telewizyjnych, albo jest w nich pokazywana w wersji „red is bad”, albo nie ma jej w ogóle. My te jednodniówki rozdajemy na targach, w przychodniach lekarskich. I to działa – ludzie przychodzą na zebrania partyjne po raz pierwszy i mówią, że czytali te nasze druki.

A.Z.: Ciekawe jest to, że papier wciąż pozostaje bardzo skutecznym medium. Zwłaszcza jeśli chodzi o budowanie świadomości, że w ogóle istniejemy. Bo też trzeba powiedzieć otwarcie: problemem Razem jest ciągle najniższa rozpoznawalność wśród znaczących partii w Polsce. I to trochę zajmie. Zanim komunikat, kim jesteśmy i o co nam chodzi, dotrze do ludzi, przetrze szlaki w niekorzystnym otoczeniu, z jednej strony zdominowanym przez korporacyjne media prywatne, a z drugiej przez telewizję i media rządowe, to niestety musi zająć czas. Wywiad, który może ukazać się na łamach „Nowego Obywatela”, z oczywistych względów nie może ukazać się na łamach „Gazety Polskiej Codziennie” albo „Tygodnika Solidarność” i musimy do ich czytelniczek i czytelników dotrzeć inaczej, obchodząc to dookoła…

– Udało mi się z Marceliną i Katarzyną Paprotą zrobić wywiad do „Gazety Polskiej Codziennie” przed wyborami w 2015 roku. Teraz z wielu przyczyn ta sztuka już by się raczej nie powiodła.

M.Z.: Poza tym stawiamy na działania lokalne i na obecność w lokalnych środkach masowego przekazu, bo to ma nieraz niesamowity zasięg. Uważam, że media lokalne są w Polsce mocno niedoceniane. A w związku z tym, że nasze okręgi są szalenie aktywne i robimy chyba najwięcej akcji spośród wszystkich partii w Polsce, łącznie z tymi parlamentarnymi, gościmy na ich łamach często.

Robimy przeróżne rzeczy. Na przykład niedawno w Lublinie została oficjalnie wydana broszura z okazji siedemsetlecia miasta z postaciami ważnymi dla jego historii. Nie uwzględniono w niej w zasadzie żadnej kobiety. Nasze działaczki i działacze w odpowiedzi zorganizowali spacer po mieście, w trakcie którego opowiadali o kobietach, które były ważne dla Lublina. Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę, także jeśli chodzi o media. Na tym spacerze było kilkadziesiąt osób, ale o nim i o jego bohaterkach mogło przeczytać czy usłyszeć nawet kilkadziesiąt tysięcy ludzi, bo lokalne media mają takie zasięgi.

– Mówiliśmy o TVP. A jak się przedstawiają wasze relacje z prywatnymi dużymi telewizjami? Mam wrażenie, że jesteście im potrzebni i potrzebne głównie wtedy, gdy trzeba dołożyć Prawu i Sprawiedliwości. A przecież nie można zapominać także o ich odpowiedzialności za wiele ciemnych stron III RP.

A.Z.: Nie jesteśmy niczyimi pupilami i musimy się napracować, żeby dotrzeć z naszym przekazem. Ale tam przynajmniej nie ma na nas zapisu. W przypadku tych mediów moim zdaniem potrzebny jest często po prostu dobry pomysł. Konkretny przykład – skierowany przeciwko polityce ministra środowiska Jana Szyszko pomnik piły pod Sejmem. To klasyczna praca z mediami – trzeba się zastanowić, jaki zbudować obrazek, który później będzie im hulać i który będzie na tyle atrakcyjny, że trudno im go będzie odpuścić. To są stare alterglobalistyczne strategie z lat 90. XX w. dotyczące tego, jak robić demonstracje, żeby nie były smutnym przemarszem 50 tys. związkowców, który można zignorować albo ośmieszyć, ale żeby były na tyle intrygujące w jednym obrazku i tak zbudowane jako opowieść, żeby miały szanse się przebić.

Natomiast jest oczywiste, że prywatne media ponoszą w Polsce odpowiedzialność za bardzo wiele negatywnych aspektów transformacji. A przez to, że pasły arogancję Platformy Obywatelskiej, odpowiadają także za wyhodowanie PiS-u takiego, jakim jest on dzisiaj. To także ich odpowiedzialność, że przestrzeń do debaty publicznej, która dopuszcza również krytykę neoliberalizmu, otwierała się tak powoli, że ta krytyka stosunków społeczno-gospodarczych, która na świecie rozlała się po 2008 roku, do nas przyszła zdecydowanie później i na nieporównanie mniejszą skalę.

– A jak widzicie przyszłość lewicy w kontekście wyraźnych już zmian społeczno-gospodarczych?

M.Z.: Z jednej strony widać, że np. w sieciach handlowych oferuje się coraz lepsze warunki płacowe i normalne umowy o pracę. Ale do rynku pracownika jest jeszcze bardzo daleko. Wystarczy spojrzeć na udział płac w PKB – Polska jest na szarym końcu. Wciąż czeka nas spora walka o bardziej godne warunki pracy.

Jako lewica musimy uświadamiać ludzi, że powinni być aktywni w walce o swoje prawa. Z całą pewnością gdy będą mieli lepsze warunki zatrudnienia, to nie tylko wpłynie to na kształt rynku pracy, ale również na to, jak będą postrzegali swoją tożsamość, jakie będą mieli nastawienie do świata.

Obecnie to, co robi PiS, wprowadzając selektywnie socjalne rozwiązania, właściwie zaciemnia obraz tego, czym tak naprawdę powinna być polityka społeczna i jak powinno funkcjonować państwo dobrobytu. To także jest wyzwaniem, przed którym stoimy. Jestem jednak przekonana, że Razem wejdzie do Sejmu i z tej pozycji będzie nam dużo łatwiej budować silną lewicową formację, która za kilka lat przejmie władzę.

A.Z.: Bardzo nie lubię pojęcia „rynek pracownika”. Ono abstrahuje od tego, że w gospodarce prywatno-rynkowej relacje władzy nie wyglądają jak z opowieści Adama Smitha o rynku, na który wychodzi szewc i spotyka się z piekarzem i na zasadzie równych podmiotów dokonują transakcji. Mamy do czynienia z relacją opartą na różnych formach przewagi kapitału nad pracą, która może być mitygowana przez związki zawodowe, państwo lub prawo, ale nierównowaga jest po prostu systemowa. Zatem ta opowieść o „rynku pracownika”, która pojawia się za każdym razem, gdy okazuje się, że w ciągu 24 godzin nie da się zastąpić jednego człowieka drugim za obecną płacę minimalną, jest moim zdaniem raczej dowodem na to, jak bardzo polscy pracownicy i pracownice dali się w tym ringu zapędzić do narożnika. Marcelina słusznie mówiła o niskim poziomie polskich płac w PKB. Ale dodajmy rzecz gorszą – w Polsce ten wskaźnik przez lata spadał.

Nie mniej ważna niż dochód jest możliwość wywierania wpływu na rzeczywistość, w której się funkcjonuje i spędza czas, czyli to, jak wyglądają stosunki i relacje pracy. Z jednej strony jest to bariera rozwojowa. Polscy biznesmeni udowodnili, że to nieprawda, że z niewolnika nie ma pracownika – i wycisnęli z tego całkiem niezłe zyski. Natomiast z niewolnika nie ma kreatywnego pracownika. Z drugiej zaś strony, jeżeli nie uda się wywalczyć upodmiotowienia w miejscu pracy, jeżeli pracownik nie nauczy się spierać z szefem, także po to, żeby zawierać potem kompromisy, to będziemy ciągle dziwić się, czemu pomimo wzrostu gospodarczego wciąż mamy społeczny marazm i przyzwolenie dla autorytaryzmu. Ono zaczyna się w miejscu pracy i jest przenoszone stamtąd dalej.

– A przy okazji – z którym związkiem zawodowym współpracujecie najbliżej?

M.Z.: Współpracujemy ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego, Ogólnopolskim Porozumieniem Związków Zawodowych…

A.Z.: To jest zwykle bardzo konkretna współpraca w ściśle określonych sprawach.

– Nie planujecie sojuszy między partią a związkiem zawodowym?

A.Z.: To jest typowy pomysł w polskiej polityce: zobaczmy, co zostało z tych rachitycznych organizacji społecznych, które jeszcze zipią, i każmy im podpisać lojalkę, a później będziemy ich traktować jak SLD traktowało OPZZ. To nie jest dobra metoda, bo potrzebujemy w Polsce wzmocnienia ruchów społecznych i traktowania ich na serio i po partnersku także przez partie polityczne. Bo jeżeli one się nie wzmocnią, to zmiana społeczna, o której jako Razem mówimy, nie będzie możliwa. A gdy mówimy, że jesteśmy na początku drogi, to nie chodzi jedynie o 30 proc. mandatów w Sejmie. Rzecz też w tym, aby istnieli partnerzy społeczni, którzy w miejscach pracy, w przedsiębiorstwach, w szkołach czy usługach publicznych będą w stanie upominać się o tę agendę razem z politykami.

– Jakkolwiek jeszcze jesteście zbyt mali, żeby wobec związków zawodowych występować z pozycji siły. Nie powiem, że wszystko przed wami, żeby nie psuć nastroju.

A.Z.: Dowcip polega na tym, że byśmy nie chcieli.

M.Z.: Różnica między Razem a innymi partiami polega na tym, że my przychodzimy do związków zawodowych, siadamy i pytamy: jak możemy wam pomóc? I wtedy im pomagamy. Naprawdę nam zależy, żeby mieć ze związkami zawodowymi dobry partnerski kontakt.

A.Z.: Albo uczciwie mówimy – nie, tego nie jesteśmy w stanie zrobić.

– Z „Solidarnością” też udaje się wam współpraca?

A.Z.: Zdarzało się nam być z Sekretariatem Handlu na wspólnych demonstracjach w sprawie „Biedronki”. Ale nie oszukujmy się – w tym momencie centrala „Solidarności” wzięła kurs na sojusz z rządzącą partią. Za wszelką cenę, jak pokazało ostatnio kapitulanckie stanowisko centrali w sprawie płacy minimalnej.

– Przejdźmy do następnego wątku. Dwa zdania. Pierwsze: „prawica zawłaszczyła politykę historyczną”. Drugie: „lewica oddała prawicy walkowerem politykę historyczną”. Które uważacie za bardziej prawdziwe lub mniej fałszywe?

M.Z.: Zgadzam się z tym drugim. Istniejące wcześniej organizacje lewicowe nie zajmowały się tym tematem – sądzę, że w znacznej mierze dlatego, że nie miały po temu dość rąk do pracy.

A.Z.: A ja sądzę, że nadszedł czas, żeby przestać się biczować i uświadomić sobie jedną rzecz: prawica ma instytucje. Prawica robi to, co robi i robiła przez całe ostatnie dwadzieścia lat przy pomocy potężnych instytucji: kościelnych i publicznych, mocno wychylonych w prawo także za rządów Platformy. No i z pomocą prywatnego biznesu, który nie tak rzadko również stoi za prawicą. Trudno zatem oskarżać lewicę o to, że bez kart w ręku nie była w stanie zrobić tyle, co oni.

– SLD do pewnego momentu miało naprawdę sporo kart w ręku.

M.Z.: Myślę, że to nawet lepiej, że akurat oni nie robili polityki historycznej…

A.Z.: Gdyby prawica nie miała przez lata wsparcia instytucjonalnego, gdyby musiała radzić sobie mając tyle zasobów, co niezależna lewica, to siedziałaby z płaczem w zakrystiach i opowiadała o tajnych spiskach przeciw sobie. Rozproszone i niewielkie środowiska lewicy i tak zrobiły potężną robotę, mając tyle, co nic. A to dopiero początek.

– Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 20 marca 2017 roku