przez Florian Znaniecki | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Zbyteczne byłyby uwagi nad praktyczno-społeczną doniosłością dzieła „Młode pokolenie chłopów”. Jest ona oczywista dla każdego myślącego czytelnika. Należy się spodziewać, że kierownicy państwa, politycy społeczni, ideologowie, działacze organizacyjni, wychowawcy wyciągną odpowiednie wnioski.
Ale dzieło to jest przede wszystkim naukową pracą socjologiczną, której teoretyczne znaczenie tylko nieliczni w Polsce socjologowie należycie ocenić mogą. Dobrze będzie więc uwydatnić pokrótce w przedmowie, co praca ta wnosi do socjologii jako nauki teoretycznej.
Zacznijmy od samego materiału i sposobu jego zużytkowania. Przeważającą większość materiałów stanowią zgromadzone ad hoc autobiografie młodzieży chłopskiej w Polsce. Warto zaznaczyć, że nie ma dotąd w literaturze socjologicznej dzieła opartego na równie bogatym materiale autobiograficznym, dotyczącym określonej kategorii społecznej osobników. Wdzięczność winni jesteśmy tej młodzieży, która tak licznie i skutecznie zareagowała na apel Redakcji „Przysposobienia Rolniczego” i Państwowego Instytutu Kultury Wsi. Ze względów naukowych jednak podkreślić też należy niezwykle umiejętną technikę pozyskiwania masowych wypowiedzi autobiograficznych, która doprowadziła do tak świetnych wyników. Technika ta, zainicjowana przed 16 laty przez Polski Instytut Socjologiczny i później wielokrotnie stosowana przez różne instytucje w Polsce i za granicą, została tu w najwyższym stopniu udoskonalona. Różni się ona znacznie od techniki ankiet i kwestionariuszy, ponieważ dąży do zdobycia innego typu danych faktycznych. […]
Autobiografia nie jest w ogóle traktowana w socjologii jako obiektywnie wiarygodny opis zaobserwowanych przez autora faktów: socjolog wie dobrze, że do takiego opisu zdolni są tylko ludzie z odpowiednim wyszkoleniem intelektualnym, którzy przy tym albo nie są praktycznie zainteresowani w opisywanych faktach, albo w dążeniu do czystej prawdy umieją swe praktyczne zainteresowania zostawić na uboczu – takich ludzi zaś wśród autorów autobiografii jest bardzo mało. Rezygnując z korzystania z autobiografii, jako z teoretycznego opisu, socjolog tym samym unika większości tych trudności, z którymi ma do czynienia historyk, gdy na zasadzie krytycznej analizy pamiętników usiłuje dotrzeć do tego jądra obiektywnej prawdy o ludziach i rzeczach, jakie zawierają. Dla socjologa, jak dla psychologa, autobiografia jest dokumentem osobistego świadomego życia autora, wyrazem jego subiektywnych doświadczeń, jak wszelkie ludzkie wypowiedzi nie mające uroszczenia do obiektywności naukowej. Jej wielka bezpośrednia wartość jako dokumentu życiowego wynika stąd, że wyraża ona znaczną ilość różnorodnych a powiązanych doświadczeń osobnika, które nawzajem się dopełniając i oświetlając, stanowią całość umożliwiającą badaczowi daleko lepsze ich zrozumienie, kontrolę i analizę, niż gdy ma do czynienia z poszczególnymi odosobnionymi wypowiedziami, jak w kwestionariuszu, wywiadzie lub liście.
W odróżnieniu jednak od psychologa socjolog nie traktuje osobnika ludzkiego jako odrębnej istoty biopsychicznej, lecz jako uczestnika w rzeczywistości społecznej. Toteż doświadczenia wyrażane w autobiografii wyprowadzają socjologa poza „wewnętrzne” życie psychiczne jednostki, są nawet bez jej wiedzy i woli źródłem do poznania ponadindywidualnego społecznego świata. Z jednej strony bowiem życie świadome jednostki jest w znacznej mierze wytworem działań tego środowiska społecznego, w którym wyrosła i uczestniczy z całą jego złożoną strukturą, z jego tradycjami, wierzeniami i przesądami, jego obyczajami, regulującymi stosunki między ludźmi, jego wzorami, według których kształtują się role społeczne osobników, jego grupami i instytucjami. Wszystko to przejawia się, choć tylko fragmentarycznie, w całokształcie indywidualnych doświadczeń. Z drugiej strony sam osobnik, przez swe postawy wartościujące i dążenia czynne, jest wraz z innymi współtwórcą rzeczywistości społecznej, bierze mniejszy lub większy udział w jej utrzymywaniu i przekształcaniu, gdyż rzeczywistość społeczna nie jest niczym innym jak właśnie częściowo uporządkowaną syntezą wielu żyć osobistych i każda indywidualna postawa i dążenie jest realną siłą społeczną.
Im liczniejsze i różnorodniejsze mamy autobiografie z pewnej zbiorowości ludzkiej, tym dokładniej i bardziej wyczerpująco możemy odtworzyć te systemy i wzory społeczne, które w niej istnieją, i te zmiany, które w niej zachodzą. Autobiografie, które posłużyły za podstawę niniejszego dzieła, wykazują niezwykłą różnorodność pod względem przynależności regionalnej, przekonań politycznych, religijnych, ekonomicznych, typu rozwojowego, itd. Toteż w całości dzieło to daje tak dokładny obraz tej rzeczywistości społecznej, którą obecnie żyje młode pokolenie chłopów w Polsce, jakiego nie posiadamy o żadnej wielkiej zbiorowości ludzkiej! […]
Publikacja materiału w tej ilości ma za cel nie tylko poinformowania czytelników mało obeznanych ze współczesną młodzieżą wiejską w Polsce, ale jest usługą oddaną przyszłym teoretykom. Postępowanie takie ma znane precedensy w literaturze etnologicznej i socjologicznej. Nie wiadomo jednak, czy w dzisiejszym stanie naszej socjologii znajdą się wkrótce teoretycy, którzy materiału tego dalej używać będą. Na szczęście wnioski naukowe, które sam autor ze swych danych wyprowadził, już zapewniają temu dziełu pierwszorzędne znaczenie w rozwoju myśli socjologicznej. Podkreślmy niektóre z nich.
Przede wszystkim więc znakomita analiza dwóch przeciwstawnych kategorii społecznych „chłopa” i „pana” rzuca nowe światło na ogólne zagadnienia struktury klasowej społeczeństw. Wykazuje ona, że struktura ta jest wytworem wartościowań i dążeń społecznych, jest sprawą ustosunkowania, w doświadczeniu i działaniu osobistym i zbiorowym, różnych wzorów obyczajowych życia jednostek w różnych kręgach społecznych. W tym świetle tradycyjne teorie, schematycznie sprowadzające strukturę klasową do czynników ekonomicznych lub politycznych, muszą być całkowicie zrewidowane, nasuwa się bowiem przypuszczenie, że samo zróżnicowanie ekonomiczne i polityczne jest wynikiem działania głębszych sił społecznych, dotychczas prawie niezbadanych. Przypuszczenie to potwierdza studium ruchu społecznego młodzieży chłopskiej, który świadomie dąży do przekształcenia struktury klasowej przez wprowadzenie nowych kryteriów wartości ludzkiej, drogą wytworzenia nowych wzorów, nowych typów osobowości. Ruch ten wyraźnie się odróżnia od dążeń wypływających z motywów ściśle ekonomicznych i politycznych, które doprowadzając jednostki do zamożności lub do władzy, strukturę społeczną pozostawiają niezmienioną, innymi słowy czyniąc z „chłopów” „panów”, zachowują dawne wzory osobowe „chłopa” i „pana”.
Ta sprawa ruchu młodzieży ściśle się wiąże z drugim ogólnosocjologicznym zagadnieniem: stosunku starszego i młodszego pokolenia. Każda struktura klasowa utrzymać się może jedynie pod warunkiem, że nie tylko warstwy wyższe, lecz i niższe przyjmują składające się na nią wzory życia społecznego jednostek jako coś normalnego. Przyjmowanie to u warstw niższych nie może być wyjaśniane samym tylko poczuciem własnej bezsilności. Położenie tych warstw musi zawierać pierwiastki z ich punktu widzenia pozytywne, dawać jednostkom, których życie stosuje się do danego wzoru klasowego, jakieś pole do zadowolenia ich dążności, inaczej bunt mas nie dałby się stłumić żadną przemocą. Odnośnie do warstwy chłopskiej w Polsce znajdujemy w dziele niniejszym rozwiązanie tego problemu, które da się zastosować i do innych krajów i czasów. Przy całym poczuciu zależności „chłopów” od „panów”, chłopska społeczność wiejska, żyjąc kulturą własną i będąc pod wielu względami samowystarczalną społecznie, dawała każdej jednostce możność zadowolenia w ramach tradycyjnego wzoru osobowego tych dążności, które w niej od urodzenia rozwijała. Przez wychowanie rodzinne, rosnący udział we wszelkich czynnościach rodziny i następnie w roli członka rodziny, w życiu zbiorowym wspólnoty sąsiedzkiej jednostka wrastała w owe ramy, przyswajała sobie cały tradycyjny system zbiorowy i z nim wiązała swe znaczenie w środowisku wiejskim; później zaś z kolei system ten narzucała młodym. Na tym tle wytworzył się stosunek całkowitego podporządkowania młodych starym, w którym posłuszeństwo jest zasadniczą, najistotniejszą cnotą młodych. Starzy są wyrazicielami tej tradycji, oni stoją na jej straży, a tym samym na straży tradycyjnego społecznego porządku wsi. Cokolwiek uderza w tradycję, uderza w nich samych, w ich znaczenie społeczne i poczucie wartości. Konserwatyzm starszego pokolenia jest więc po prostu reakcją samoobronną. Broniąc porządku, który tkwi w nich samych, bronią swego znaczenia (tom I, str. 241).
Dopóki młodzież widziała dla siebie jedyną właściwą drogę do znaczenia i wartości osobistej w tradycyjnym porządku wsi (za wyjątkiem nielicznych, co wychodzili na księży lub innego rodzaju „panów”), tłumiła w sobie dążności buntownicze; i nawet indywidualna emigracja zarobkowa była w założeniu powrotna i miała służyć wywyższeniu reemigranta i jego rodziny w hierarchii tradycyjnych wiejskich ról społecznych.
Ale w miarę zaniku izolacji społecznej wsi, jej wchodzenia w orbitę wpływów nowoczesnego systemu ekonomicznego oraz wielkiej społeczności narodowo-państwowej, tradycyjna struktura wsi ulega osłabieniu, traci w oczach młodych swój urok społeczny, te możliwości, jakie otwiera przed nimi, nie mają już dawnej mocy przyciągającej w konflikcie z odmiennymi sprawdzianami wartości; część młodych zaś w ogóle nie znajduje w niej miejsca w dzisiejszych warunkach ekonomicznych. Rośnie bunt młodych przeciw starym i reprezentowanemu przez nich porządkowi; a prawie zupełne odcięcie dróg emigracji zagranicznej oraz zahamowanie rozwoju przemysłu w kraju utrudniają ucieczkę od tego porządku i szukanie ról nowych poza społecznością wiejską. O ile wewnątrz tej ostatniej nie wytwarzają się nowe możliwości zadowolenia dążności indywidualnych na społecznie uznanej drodze, bunt objawia się w antyspołecznym działaniu. Autor wyciąga tu wniosek ogólny: kto zostaje odsunięty od pozytywnie ocenianej działalności lub kto sam zatraca w pewnych warunkach możność takiego działania społecznego, ten zaspakaja swoją dążność do znaczenia na drodze destrukcyjnej działalności. Wniosek to ważny dla wyjaśnienia pewnych form przestępczości indywidualnej w ogóle oraz wielu destrukcyjnych ruchów masowych.
U pewnej części jednak młodzieży wiejskiej dążności buntownicze przeciw dawnemu porządkowi wiążą się z nowymi, pozytywnymi kulturalnymi zainteresowaniami i znajdują wyraz w marzeniach i usiłowaniach twórczej jego przebudowy. Jednostka znajduje tu dla siebie nową rolę społeczną, rolę reformatora, która daje poczucie wyższej wartości osobistej i większego znaczenia w przeciwieństwie i do zwolenników starego porządku, i do destrukcyjnych buntowników. Mamy tu znowu do czynienia z procesem typowym osobistego rozwoju, odwiecznie i powszechnie występującym w zmieniających się społeczeństwach, jest on w niniejszym dziele oświetlony niezwykle jasno w najrozmaitszych jego odmianach.
Przebudowa tradycyjnego porządku społecznego wsi jest nieodłączna od przebudowy całej struktury klasowej społeczeństwa polskiego, toteż, jak autor podkreśla, młodzież chłopska walczyć musi z oporem zarówno starszego pokolenia własnej warstwy, jako też nadporządkowanych klas społecznych, które bądź wyraźnie przeciwdziałają nowym siłom społecznym wsi, bądź też starają się nimi pokierować i zużytkować bez naruszenia istniejącej struktury. A że sama potrzeba przebudowy wsi powstała wskutek zaniku jej izolacji społecznej, dążenia reformatorskie rozwijające się w społeczności wiejskiej są częścią procesu włączenia tej społeczności jako czynnego składnika w szersze społeczeństwo państwowo-narodowe. […] Stopniowe wchodzenie niegdyś całkowicie odosobnionych społeczności wiejskich do społeczności narodowo-państwowej jako integralnych jej części jest sprawą rosnącego udziału chłopów w najistotniejszych wartościach materialnych i duchowych tej wielkiej społeczności. Udział ten jednak może być dwojakiego rodzaju: zgodny z rolą wyznaczoną chłopu w państwie i w narodzie przez grupy kierownicze tych społeczności lub zgodny z rolą, którą chłop sam dla siebie wytwarza w czynnym dążeniu do uczestnictwa w życiu państwowym i narodowym. Role te różnią się głęboko między sobą.
W dziedzinie materialnej rola chłopa w szerszej społeczności wiąże się ściśle z terytorium państwowym, jako podstawową własnością grupową. Według wzoru tradycyjnego warstw rządzących zadaniem chłopa jako podwładnego uprawiającego ziemię w obrębie terytorium państwowego jest być „żywicielem”, w razie potrzeby żołnierzem, broniącym tego terytorium przed obcymi pod komendą rządzących. Jednostka chłopskiego pochodzenia może wyjść z tej roli, tylko przestając być chłopem, stając się jako poseł, urzędnik, oficer członkiem warstwy rządzącej. Tymczasem według tego nowego wzoru, który się wytwarza w ruchu chłopskim, funkcje chłopa-żywiciela i żołnierza są tylko częścią jego roli jako chłopa-obywatela, w tej roli zaś główną funkcją zbiorowa warstwy chłopskiej jest być „gospodarzem ziemi polskiej”. Cała ta sprawa zrozumiałą się staje dopiero przy pomocy socjologicznej koncepcji przestrzeni, po raz pierwszy tu zastosowanej do tego rodzaju zagadnień.
W świat kultury duchowej narodu pod naczelnym kierunkiem jego elity umysłowej wprowadza wieś przede wszystkim szkoła. Według tradycji ludu wiejskiego ta kultura to rzecz „pańska”, oderwana od rzeczywistości chłopskiej, nie mająca żadnego znaczenia dla życia rodziny wiejskiej i wspólnoty sąsiedzkiej. Ta tradycyjna koncepcja znajduje stałe potwierdzenie w przeważającym do dziś dnia typie wychowania szkolnego. […] Szkoła jest instytucją warstw wyższych, przeznaczoną do kształcenia na „inteligentów”; daje wprawdzie technikę czytania, pisania i rachowania, której potrzebę wieś na ogół odczuwa, pod względem wychowawczym jednak reprezentuje takie „kryteria wartościowania i wybitności”, które stoją w jaskrawej sprzeczności z kryteriami stosowanymi w życiu pozaszkolnym. Główny, jeżeli nie całkowity wysiłek wychowawczy szkoły powszechnej skierowany jest na rozwinięcie u młodzieży zdolności, o których, gdy się je uda rozwinąć, żywi się przekonanie, że ich dla wsi szkoda. Jeżeli ten wysiłek szkoły udaje się, to znaczy, gdy szkoła jest dobra, to owoce swych wysiłków oddaje wyższym warstwom społecznym. Jeżeli wysiłek nie udaje się lub jeżeli szkoła jest zła – to produkty jej wysiłków pozostają dla wsi. Wartość szkoły na wsi, tak samo jak innych dziedzin życia wiejskiego, mierzy się tym, co ze wsi wydobywa dla pozawiejskich grup społecznych.
W zasadniczym przeciwieństwie do tej postawy warstw wyższych jest dążenie młodego ruchu chłopskiego do jak najpełniejszego uczestnictwa chłopów jako chłopów w kulturze duchowej narodu, do wytworzenia typu chłopa-inteligenta, używającego swego wykształcenia nie do wyjścia ze wsi, lecz do wzbogacenia kulturalnego życia wsi i społecznej jej przebudowy. Dalszym stadium w tym dążeniu ma być twórcze wnoszenie przez wieś nowych wartości do wspólnego skarbca kultury narodowej. Dążenie to, zapoczątkowane przed laty przez nielicznych inicjatorów i doradców ze sfer inteligencji, kontynuowane przez przodowników-chłopów, którzy wiedzę swą czerpali z samokształcenia raczej niż z kształcenia szkolnego, wpływać zaczyna na szkołę, zwłaszcza tam, gdzie znajduje poparcie w osobie nauczyciela. Zużytkowanie go dla badań porównawczych może dopomóc do zrozumienia różnych prądów, nurtujących w nowoczesnym wychowaniu. Ten proces samorzutnego wchodzenia wsi jako aktywnej cząstki w społeczność narodowo-państwową znajduje wyraz w kole młodzieży wiejskiej jako ośrodku skupiającym indywidualne usiłowania i wyrabiającym samodzielnych przodowników. Lokalne koło młodzieży skupia młodzież w podwójnej roli społecznej: członków wsi i członków szerszej społeczności… jest… ogniwem pośrednim między wsią a wielką społecznością narodową, wcielając i asymilując wzajemnie treść jednej i drugiej…. Jest to typ grupy, który po raz pierwszy, o ile nam wiadomo, stał się tu przedmiotem naukowego badania, choć istnieją liczne jego odmiany we wszystkich społeczeństwach nowoczesnych i nie tylko wśród warstwy chłopskiej. Nasuwają się ciekawe możliwości dalszych studiów porównawczych w ślad za obecną inicjatywą Chałasińskiego, ale dyskutowanie tych możliwości wychodziłoby poza zakres obecnej przedmowy.
__
Powyższy tekst pierwotnie stanowił przedmowę do czterotomowej edycji książki Józefa Chałasińskiego pt. „Młode pokolenie chłopów. Procesy i zagadnienia kształtowania się warstwy chłopskiej w Polsce”, Państwowy Instytut Kultury Wsi, Warszawa 1938. Pominięto przypisy, zaznaczono większe skróty. Tytuł pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.
przez Ludwik Krzywicki | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
W pamięci mojej wypływa jeden z utworów Kielanda.
Ku schyłkowi wspaniałej uczty proszą obecnego tam wirtuoza, ażeby zechciał coś zagrać. Mistrz siadł do fortepianu i zgrzytem przejął obecnych – zaimprowizował pieśń głodnych…
Mam wrażenie, że „Pamiętniki bezrobotnych” będą dla wielu takim zgrzytem. Ale niechaj idą w świat, choćby miały wywoływać takie ciężkie wrażenie, niechaj budzą sumienia ludzkie! Niechaj idą w świat te odgłosy nędzy, która w chwili obecnej nie tylko u nas, ale i gdzie indziej rozsiadła się tak buńczucznie – te podźwięki ciężkich doświadczeń, a przede wszystkim głodu i chorób, te niedopowiedziane męki cierpień moralnych, które tak obficie tkwią w sytuacji dzisiejszej. Liczba wołających o pomoc idzie w dziesiątki i setki tysięcy! A nie jest to sprawa zamknięta tylko w obrębie chwili obecnej. Chodzi tam o przyszłość naszą, o to nie odrosłe jeszcze od ziemi pokolenie, na którego barkach spoczną kiedyś losy kraju, a które dzisiaj nie dojada, podupada na zdrowiu, karłowacieje i wyrodnieje. Albowiem, pomimo nędzy, dzieci rodzą się obficie. Rodzą się i umierają! Traktuje się te narodziny jako dopust boży, który wywołuje niekiedy westchnienie: ach! Boże z wysokiego nieba, nie daj już nikomu dużej rodziny, aby chodzili po ojczystej ziemi boso i głodno! A ojcom opadają bezwładnie ręce: powiła mi żona aż dwoje dzieci… Przyzwyczaiłem się już do dziecka, które miało przyjść, ale dwoje – tego się nie spodziewałem. Sąsiedzi z suteryn mi gratulowali, a ja stałem prawie oszołomiony, widząc całą grozę swego położenia. Żona wzrokiem jakby mi się tłumaczyła, że nie jest temu winna. Rodzice korzą się przed „wolą nieba”, a dla niemowlęcia nastają ciężkie chwile doświadczeń: pierś matki wyschnięta nie darzy dziecka pokarmem, na kupno mleka nie stać rodziców, dziecku wlewa się do ust czarne pomyje, które noszą miano kawy… Może wybawi je śmierć, a jeśli tego nie uczyni, krajowi przybędzie cherlak ze skutkami wygłodzenia w ciele swoim na całe życie. Wśród ciężkich doświadczeń nawet pożycie rodzinne ulega rozprzężeniu: mąż opuszcza żonę i przemierza nieraz kraj cały, czy nie znajdzie zarobku. Żona przyjmuje miejsce stałej posługi lub wraca do swoich rodziców. Małżonkowie marzą o wznowieniu wspólnego pożycia, gdy nastaną lepsze czasy. Niekiedy żona zniecierpliwiona niedołęstwem męża, „który nie umie znaleźć pracy”, porzuca go i żyje z mężczyzną, który ma zarobek. To rozejście się małżonków, chwilowe lub stałe, jest ostatnim ogniwem długiego pasma swarów i kłótni. Nędza materialna, zanik więzi uczuciowych, niekiedy kompletne piekło! Człowiek marnieje. Marnieje fizycznie, marnieje duchowo. A ponieważ największym bogactwem społecznym jest niewątpliwie istota ludzka, klęska dzisiejsza zastoju, tak chłoszcząca ją głodem i chorobami, tak szarpiąca jej nerwy i tak wroga subtelniejszemu poczuciu godności osobistej, jest wielkim marnotrawieniem tego bogactwa.
Ale w zastoju istnieje jeszcze inna strona, znaczenia pierwszorzędnego.
Chodzi o nastroje tłumów dotkniętych klęską bezrobocia.
Tam, wśród tych tłumów odsuniętych od jedynego źródła utrzymania, jakim jest praca, z konieczności narasta jakiś osad stanów uczuciowych dotychczas nieznanych wcale albo nieznanych w takim napięciu. Kiełkują tam poglądy mocnym zabarwione niezadowoleniem, a nieraz i chęcią odwetu. Narastają i kiełkują żywiołowo z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Oddźwięki tych kiełkowań rozbrzmiewają obficie w nadesłanych pamiętnikach, oddźwięki tym rzetelniejsze, iż głos zabiera człowiek, któremu najczęściej obca jest umiejętność przyoblekania swoich myśli w barwne wyrazy, a nawet niekiedy w logiczny tok skojarzeń. I właśnie to oddziaływanie zastoju na umysły ludzkie, to rzeźbienie przezeń – z potulnego człowieka – zgorzkniałego malkontenta, to kiełkowanie tu i ówdzie możliwości jakiegoś odruchu zbiorowego, są sprawą niezmiernie doniosłą z punktu ogólnospołecznego. Każdy usiłujący trzymać rękę na pulsie życia społecznego: mąż stanu, polityk partyjny, działacz społeczny, powinien mieć to w pamięci swojej, że chwila taka jak dzisiejsza nie tylko doświadcza ludzi nędzą i głodem, ale nadto krzesze w jaźniach ludzkich iskry rokoszu – żywiołowo, samorzutnie w każdej chwili ich ciężkiego żywota. Dlatego „Pamiętniki bezrobotnych”są nie tylko opowieścią mającą ocknąć sumienia ludzkie, ale także książką dla ludzi dbałych o przyszłość, dla polityków, dla mężów stanu, aby wiedzieli, co tam w głębi narasta w duszach ludzkich. Niekiedy wyrazy tego narastania są mocno naiwne, niemal dziecinne, nieraz nawet zakrawają na niepowiązany bełkot, na odruch emocjonalny w jednym wykrzykniku zawarty, ale swoją drogą są wyrazami czegoś, co chociaż nie zawsze dorzeczne, staje się przecież wyznaniem tysięcy.
Ale zanim podejmiemy sprawę tych nastrojów, warto poznać tych, którzy są wyrazicielami tych stanów, jak rzekliśmy raczej emocjonalnych niż jasno sformułowanych.
W „Pamiętnikach” doszli do głosu różni ludzie: mocno religijni i zdecydowani ateusze, osobistości o dużej wrodzonej inteligencji i półanalfabeci, duchy niespokojne żądne wciąż nowych wrażeń i oportuniści z urodzenia, godzący się z losem swoim i z każdą sytuacją. Są w tej gromadzie wyznawcy różnych stronnictw, a obok nich inni, zupełnie obojętni na sprawy ogólniejsze. Różnobarwna mozaika typów! I tak samo unosi się nad nimi złożona atmosfera zapatrywań i nastrojów, acz bardzo jednolita przy głębszym wejrzeniu. W tym rozbiorze poczesne miejsce należy się tym, którzy zaliczają siebie do tej lub innej partii, a więc bezrobotnym, którzy mają jakiś wyrobiony pogląd na stosunki społeczne lub raczej jakieś ułomki sformułowanych aspiracji. Albowiem o konsekwentnej całości powiązanych zapatrywań wyjątkowo może być mowa wśród tego grona osób, które nadesłały do Instytutu Gospodarstwa Społecznego swoje wynurzenia. Ale różnego znaku „partyjnicy” są w nieznacznym odsetku, nawet bardzo nieznacznym. Rdzeń pamiętników tworzą zwyczajni śmiertelnicy, może żywiący jakieś żywsze sympatie dla haseł tego lub innego stronnictwa, ale nie idący w żadnym ordynku partyjnym, a więc mający swoje własne drogi myślenia, swoje własne zapatrywania i nawet własne środki zaradcze na poskromnienie kryzysu – naiwne, nieraz bardzo naiwne, ale, jeszcze raz powtarzamy, własne bez jakiegokolwiek stempla partyjnego. A w tej gromadzie bezkształtnej są niektórzy jako tako oczytani, ale znowu ci stanowią niewielki odsetek, większość zaś nie grzeszy ani umiejętnością zdawania sobie sprawy z natury tej klęski, jaka ich dotknęła, ani potrzebą głębszego wniknięcia w jej istotę. Nie winniśmy temu się dziwić. […] Wiele spośród osób, które nadesłały pamiętniki, odczuwa tę żywiołowość klęski, ale nadaje jej charakter jakiegoś fatum – widzą w niej dopuszczenie boże i w bezwładnej rozpaczy opuszczają ręce. Ale przecież zrozumienie istoty kryzysu i jego źródeł jest rzadkie nawet wśród osób bardziej wykształconych spośród inteligencji! Jest również rzadkie pomiędzy naszymi pamiętnikarzami. Bądź co bądź kryzys jest ostatecznie dziełem rąk ludzkich po omacku plączących się i poruszających wśród bezplanowej anarchii w sferze produkcji. Ale jego wyładowanie się, jego przebiegi stale posługują się świadomą działalnością ludzi. Właśnie tych ludzi stawia się zwykle pod pręgierz jako sprawców i winowajców. Żywiołowe, ślepe potęgi anarchii gospodarczej rozpływają się w ludziach, zostają przetłumaczone na czyny woli ludzkiej, na skutki ich świadomości.
Takie stanowisko zajmują zazwyczaj nasi pamiętnikarze.
Myśl ich w uściskach ciężkiej rzeczywistości pracuje – naiwna, niepogłębiona.
Rzecz ciekawa, u wielu daje się wyczuwać jakiś żal, niekiedy niejasny, jak gdyby zamglony, a niekiedy wyraźny, do Niepodległej Polski, iż pozwala na srożenie się takiej klęski: w głowie nie może im się pomieścić, ażeby ta Niepodległa nie zdołała ukrócić kryzysu. Częściej jednak szuka się winowajcy wyraźniej skrystalizowanego, a więc czyjejś złej woli, która przyczyniła się do rozpanoszenia się kryzysu, a w każdym razie sprawiła, iż nie ma wystarczającej pomocy zbiedzonym ludziom w tej ciężkiej potrzebie, albo że pomoc, o ile istnieje, jest powolna, niedostateczna, niedbała. Winowajcami są przede wszystkim przemysłowcy, którzy wypowiedzieli pracę. Poprzez pamiętniki wije się nieustająca skarga na niesprawiedliwy sposób dokonywania redukcji: zwalnia się nie tych, którzy najmniej potrzebują zarobku, ale tych, którzy nie byli dostatecznie czołobitni i potulni lub nie mieli „pleców za sobą”. Pozostają przy pracy tacy, którzy mają grunty i sklepy, pozostają młodociani, a tymczasem ojcowie licznej rodziny są odsunięci od zarobku. Niekiedy pozostaje dziewczyna, ponieważ złożyła daninę ze swoich wdzięków… Oto pierwsze źródło obrachunków bezrobotnego – ze swoim przedsiębiorcą, obrachunków odbywających się w izdebce poszkodowanego w jego rozmyślaniach wśród ciszy nocnej, w jego rozmowach z żoną, w jego żalach przed towarzyszami niedoli. Zarzuty czepiają się na razie jednej osoby, tj. pryncypała, który wymówił miejsce, ale w zetknięciu z innymi poszkodowanymi tak samo dotkniętymi redukcją i tak samo pielęgnującymi w sercu swoim żal na razie tylko do swego pryncypała rzecz żywiołowo, samorzutnie przybiera charakter ogólniejszy, klasowy. Człowiek zaczyna, że tak powiemy, chwytać z powietrza nastrój o takim zabarwieniu. Te nowe pierwiastki poczynają się nie tyle z samej nędzy, ale z rozważań, z rozmów o niej. Zwłaszcza dojrzewają tam, wśród długich wystających ogonków przed różnymi instytucjami pomocy. Ach te ogonki!… Ludzie wystają głodni, nieufni, zdenerwowani, toczą się rozmowy, rozbrzmiewają żale. Uczestnik tych zborów odchodzi stamtąd z ułamkami filozofii klasowej, z wrogością dla komitetów pomocy. A te komitety, te instytucje pomocy!… To inni winowajcy. […]
I wreszcie jeszcze jeden winowajca, zresztą rzadziej wysuwany. Są to organizacje państwowe. Ten i ów zwraca się z prośbą o pracę do władz różnej instancji od najniższych do najwyższych. Patrzy się tam na państwo jako na potęgę, która na wszystko ma środki, wszystkiemu może zaradzić. A ponieważ państwo jest również bezradne i bezsilne, rodzi się żal do niego i do Niepodległej Polski. Jak to w Polsce nie ma miejsca dla chcących pracować! Czy Polska nie jest niepodległa! A zwłaszcza takie żale występują w postaci napiętej u tych, którzy orężnie walczyli o Polskę1, a obecnie znaleźli się bez pracy. A jest ich przeszło 15% wśród naszych pamiętnikarzy. A pomiędzy nimi są tacy, którzy poszli na obronę kraju od warsztatu zarobkowego lub odeń zostali powołani do wojska – a gdy wrócili, bez ogródek odmówiono im pracy…
Winowajców więc jest co niemiara.
Winowajców, którzy niekiedy są coś winni, ale najczęściej są bezsilni wobec podmuchów huraganu gospodarczego. Im wyrobienie społeczne pamiętnikarza jest mniejsze, tym więcej rozbrzmiewa skarg przeciw poszczególnym osobom, tym namiętniej są piętnowane jako sprawcy sytuacji obecnej. I tylko u niewielu występuje świadomość, że klęska tkwi nie w osobach, nie w poszczególnych instytucjach, nie w dobrej lub złej czyjejś woli, ale w anarchii dzisiejszej produkcji, w bezplanowości dzisiejszego gospodarstwa społecznego, znajdującego się w rękach przedsiębiorstw prywatnych.
Wzbiera więc powódź utyskiwań, urasta w napięciu żal, z wolna nabierający charakteru klasowego, potężnieje niechęć ku okupionej tylu ofiarami Niepodległej Polsce, a w końcu kiełkują możliwości różnych dreszczów, przynajmniej dreszczów miejscowych. A w tym zamęcie niejasnych stanów, rozgoryczonych myśli, tego szukania winowajców silnym tętnem uderza tęsknota do utraconej pracy i jej idealizowanie.
Oto wiązanka takich wynurzeń:
…Wszędzie i zewsząd płyną skargi ludu, dotkniętego bezrobociem, tłumnie i gromadnie skarga łączy się w jedno wielkie, rozpaczliwe wołanie: Pracy! Pracy nam dajcie!
…Robotnik pracowałby chętnie, gdyby zaofiarowano mu zamiast jałmużny pracę za sprawiedliwą zapłatę.
…Bez pracy nikczemnieją dusze, łamią się charaktery. O pracę więc wołam z głębi serca, o pracę dla siebie i tych tysięcy innych bezrobotnych, którzy pracować są zdolni do niej, ale nie mają sposobu na jej zdobycie. Witaj jutrzenko pracy!
…Nie chcę zapomogi ni wsparcia – dajcie mi pracy!
…O kiedyż się skończą te nasze męczarnie? Kiedy wreszcie przestaniemy być nędzarzami my wszyscy, którzy przecież mamy zdrowe i młode ręce do pracy, z której moglibyśmy żyć jak ludzie? O kiedyż znów zaryczą syreny fabryki, by oznajmić, że jest praca? Kiedy to nastąpi, kiedy… O błogosławiona praca, praca, praca!
***
Do konkursu stanęło 774 bezrobotnych: jeden uczestnik przypada na 400 zarejestrowanych bezrobotnych.
Liczba uczestników jest poważna, tym bardziej, iż ta gromada powstała samorzutnie w różnych zakątkach kraju, i to spomiędzy osób, które siebie nigdy nie oglądały.
Wolno więc się spodziewać, iż ogół tych pamiętników posiada charakter dostatecznie przedstawienniczy, że użyjemy starego wyrażenia zamiast dzisiejszego „reprezentatywny”.
Nasuwają się jednak różne zastrzeżenia co do wagi tego przedstawiennictwa.
Po pierwsze wśród bezrobotnych, którzy stanęli do konkursu, wielu mogło ulec złudnej pokusie, że ten uzyska nagrodę, kto przeszedł najcięższe doświadczenia, i dlatego przedstawiali swój los beznadziejniej niż było w rzeczywistości. Istotnie, moglibyśmy wskazać kilka pamiętników, z których w całej pełni wyziera chęć wzruszenia czytelnika – może ktoś litościwy pośpieszy z pomocą… Ale opowieści robione rzucały się od razu w oczy swoją nienaturalnością. Wypadło nam odrzucić dwa opowiadania, niby nowele, które niezręcznym mnożeniem sytuacji ciężkich i ponurych, a do tego niedorzecznych, dawały zamiast rzeczywistości jej karykaturę. Są to jednak wyjątki. Ludzie pracy fizycznej nie są przyzwyczajeni do chodzenia na szczudłach i nawet gdyby chcieli nakładać sztuczne barwy, poczucie prawdy bierze górę, a obraz kreślony staje się rzetelnym odtworzeniem tego, co było. Przesady nie było! I nie było także tego, czego obawiał się jeden z bezrobotnych: W ankiecie – pisał – weźmie udział nieliczna garstka bezrobotnych, umiejących się wysłowić w piśmie, i ci nie opiszą wszystkiego, nie opiszą dokładnie swej nędzy, gdyż w naturze Polaka leży hardość, która wyraża się w przysłowiu: Trzy dni wodę krasić, a o biedzie nie dać po sobie znaczyć. A Litwini o Polakach (a właściwie Polacy na Litwie) tak mówią: Koroniarz, psia krew, trzy dni nie je, a jeszcze wykałaczką w zębach dłubie. Gdyby jednak ci oficjalni bezrobotni chcieli opisać swe zmagania się z ciężką swoją sytuacją, to burżuazja miałaby taki obraz, że piekło dantejskie zbladłoby przy nim. Ta ankieta uchyli tylko skromny rąbek tajemnicy – bezrobocia. Obawy płonne! Wielu jęło się pióra nie po to, by otrzymać nagrodę, lecz ażeby wyspowiadać się ze swoich utrapień, jak ktoś w ciężkim zmartwieniu płacze, aby się wypłakać. Niektórzy nie tylko opowiadają o swoich upokorzeniach, ale spowiadają się także z chwilowych pomysłów zbrodniczych, przyznają się do czynów, które bądź co bądź nie przynoszą zaszczytu, acz które nędza całkowicie uniewinnia. […]
Niewątpliwie pamiętniki pochodzą od pracowników pod względem ruchliwości umysłowej będących w swoim otoczeniu powyżej średniego poziomu i może dlatego wrażliwszych na swój stan i nędzę, na swoje upokorzenia. Przy tym w przeważającej większości zabrali głos ludzie, którzy umieli pracować i chcieli pracować, ale których kryzys wyrzucił na bruk, słowem właściwi bezrobotni. Wprawdzie jest nieco pamiętników od ludzi nierobotnych, od łazików, którzy częściej byli bez pracy, niż pracowali – opowieściami swymi urozmaicili treść plonu konkursowego, ale bynajmniej nie zajęli pod względem liczby miejsca jako tako poczesnego. Zabrali więc głos różni ludzie o różnej wartości i różnym temperamencie. Swoimi przyczynkami wydali stanowczo chlubne świadectwo naszej warstwie pracującej, a jednocześnie wykazali, iż są tam talenty nieświadome, iż są nimi. Niechaj ogłaszane przez nas przyczynki poniosą wiadomość o ich niedoli, o wzlotach ich ducha i marzeniach, o sposobie ujmowania dróg życia i borykania się z losem swoim. Nie krępowaliśmy ich treści żadnymi ograniczeniami – społeczeństwo we własnym dobrze zrozumianym interesie powinno wiedzieć, co ci głodni czują i myślą. Pamiętniki te to przecież cios zrozpaczonych, zdenerwowanych, rozżalonych! […]
Głód i nędza były źródłem, z którego myśl o pamiętnikach się poczęła. Drukujemy obecnie 57 przyczynków, które właśnie treścią swoją wysunęły się na stanowisko poczesne. Od funduszów, jakimi Instytut będzie rozporządzał, zależy, czy wyjdą dalsze tomy i kiedy. Pozostało przecież jeszcze 717 pamiętników! Swoją drogą i ten tom początkowy – może jedyny! – uwypukla w całej pełni ciężkie chwile, jakie przeżywa Polska bezrobotna – sytuacje są ostre, jaskrawe w swojej posępnej rzeczywistości. Ów zbiorowy obraz – obraz nękanej klęską bezrobocia wielkiej rzeszy istot ludzkich – stworzyły swoim wysiłkiem zbiorowym setki rąk, które nadesłały do Instytutu opowieść o swojej nędzy. W pierwszej chwili tym znękanym, zrozpaczonym pragnęliśmy poświęcić książkę. Ale zrozumieliśmy, iż taka dedykacja byłaby jedynie szyderstwem z ich nędzy – im potrzeba nie takiego hołdu czołobitnego, ale pracy, owej ,,błogosławionej” pracy, i jeszcze raz pracy!..
Przypis:
- Spośród 774 pamiętnikarzy (w tej liczbie są i kobiety) 121 walczyło w latach 1918–1921 o Niepodległą Polskę, a nadto 28 służyło w formacjach polskich w latach 1914–1918 (w tej liczbie było 17, którzy uczestniczyli później w walkach lat 1918–1921). Pomiędzy tymi 121 bojownikami jest 62 ochotników do wojska z dobrej woli, 9 powstańców śląskich, 6 ochotników do wojska, a później do powstania śląskiego.
__
Powyższy tekst stanowił przedmowę do zbioru „Pamiętniki bezrobotnych (nr 1–57)”, wydanego pierwotnie przez Instytut Gospodarstwa Społecznego w roku 1933. Przedruk za reedycją dokonaną przez Państwowe Wydawnictwo Ekonomiczne, Warszawa 1967. Pominięto jeden z przypisów, zaznaczono większe skróty. Tytuł pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.
przez Remigiusz Okraska | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
A kogo to obchodzi? Taka odpowiedź padnie zapewne na propozycję, żeby podjąć gromadzenie, analizę, publikację i propagowanie – jako swoistego zwierciadła epoki – wspomnień „zwykłych ludzi”. Media nie sięgną po nie nawet w ramach epatowania odbiorców ciekawostkami – konkurencję w kategorii „szok i przerażenie” zawsze wygrają Katarzyna W. z Sosnowca, pijane matki, dzieci pogryzione przez groźne psy, dzieci w beczkach, pijani ojcowie, matki pogryzione przez groźne psy itd., itp. Nie zainteresują się również pokłosiem takich inicjatyw decydenci i ich doradcy, elity polityczne i kulturalne czy opiniotwórcze media. Polska demokracja (a coraz bardziej także demokracja w ogóle) nie polega przecież na wsłuchiwaniu się w głos ludu. A w dodatku ze wspomnień i refleksji „szarego człowieka” mógłby się wyłonić obraz zupełnie odmienny od urzędowego optymizmu i propagandy sukcesu, prezentowanych przez celebrytów pełniących obowiązki premierów, liderów, komentatorów i jurorów.
Nie chodzi tylko o brak zainteresowania opiniami, owszem, subiektywnymi, lecz poszerzającymi przecież nasz ogląd świata i wiedzę o nim. Chodzi również o brak wiary w to, że „zwykli ludzie” mogą mieć coś wartościowego do powiedzenia, że ich spostrzeżenia mogłyby rzucić światło na ważne, lecz skrywane aspekty kondycji współczesnej Polski. Deficyty polskiej demokracji wynikają w mniejszym stopniu z tego, że lud jest niedoskonały czy bierny, bardziej natomiast z przyjmowanego a priori założenia, że on właśnie taki jest. Jeśli „zwykły człowiek” zagości w mediach w charakterze innym niż sensacyjny, to jedynie jako ktoś, kto w trybie konkursowym zaśpiewa, zatańczy, rozwiąże zagadkę, ugotuje lub pochwali się wiedzą encyklopedyczną. Żyjemy w czasach, w których przez wszystkie przypadki odmieniane są „demokracja” i „społeczeństwo obywatelskie”, a jednocześnie za nic ma się obywateli, ich opinie, odczucia, przemyślenia. Ba, żyjemy w czasach, gdy publicyści uważający się za lewicowych uznają każdy przejaw ludowego gniewu czy buntu za prymitywny resentyment. I w czasach, gdy intelektualiści uważający się za lewicowych są przekonani, że im bardziej jakaś teoria jest hermetyczna w treści i formie, tym jest słuszniejsza, mądrzejsza i bardziej lewicowa.
Bywało inaczej. W czasach znacznie trudniejszych niż obecne pod względem tak prozaicznym, jak umiejętność pisania i czytania czy dostępność środków komunikacji mieliśmy w Polsce bardzo dynamiczny nurt badawczy, poświęcony wspomnieniom i relacjom zwykłych mieszkańców naszego kraju. Mieliśmy wówczas także szerokie zainteresowanie mediów, opinii publicznej i elit społecznych efektami tychże badań. W niniejszym numerze przypominamy trzy teksty stanowiące świadectwo takich postaw.
Pierwszy z nich jest autorstwa wybitnego naukowca, prekursora socjologii w Polsce, działacza społecznego, nazywanego „papieżem polskiego marksizmu” – Ludwika Krzywickiego (1859–1941). To fragmenty przedmowy do książkowej edycji „Pamiętników bezrobotnych” (1933), zawierającej 57 pamiętników spośród 774 nadesłanych na konkurs ogłoszony w roku 1931 przez Instytut Gospodarstwa Społecznego (IGS). Instytut był placówką naukowo-badawczą o wyraźnie prospołecznym, lewicującym profilu, mającą w okresie II RP ogromny dorobek w dziedzinie analizy i dokumentacji rozmaitych problemów socjalnych i kondycji warstw społecznych i grup zawodowych. Konkurs na pamiętniki bezrobotnych, skierowany do pozbawionych zatrudnienia pracowników fizycznych, został ogłoszony w momencie kulminacyjnym wielkiego kryzysu gospodarczego. Odzew na tę inicjatywę – zarówno w postaci ilości i jakości nadesłanych prac konkursowych, jak i reakcji mediów i opinii publicznej (kilkaset recenzji książki w prasie, wielokrotne przywoływanie wyników konkursu przez rozmaite gremia polityczne czy naukowe) – przeszedł oczekiwania organizatorów.
W roku 1933 ogłoszono zatem kolejny konkurs, tym razem na pamiętniki chłopów. Jego inicjatorką była Irena Kosmowska – znana działaczka społeczna, jedna z liderek lewicowego ruchu ludowego. W ramach projektu zebrano 498 pamiętników, z których najlepsze doczekały się edycji książkowej. Z kolei w roku 1936 ogłoszono konkurs na pamiętniki emigrantów – Polaków, którzy wyjechali za chlebem na stałe lub na dłuższy okres do jednego z siedmiu państw, gdzie tego rodzaju emigracja była najbardziej nasilona (Francja, USA, Kanada, Urugwaj, Brazylia, Argentyna i Paragwaj). Tym razem nadesłano 212 pamiętników, a efektem były kolejne publikacje. Również one wywołały duże zainteresowanie opinii publicznej i poskutkowały wieloma omówieniami i analizami.
Tego rodzaju wysiłki poznawcze nie kończą się na IGS. Drugi z prezentowanych tekstów wyszedł spod pióra Floriana Znanieckiego (1882–1958) – najwybitniejszego polskiego socjologa, uczonego światowej sławy oraz jednego z prekursorów badania rzeczywistości społecznej przy wykorzystaniu autobiografii, pamiętników, listów itp. dokumentów. Tekst Znanieckiego to przedmowa do „Młodego pokolenia chłopów” Józefa Chałasińskiego – monumentalnego, czterotomowego dzieła stanowiącego analizę i dokumentację efektów konkursu na pamiętniki młodzieży wiejskiej, z naciskiem na osoby zaangażowane w działalność organizacji młodzieżowych. Konkurs został ogłoszony przez Państwowy Instytut Kultury Wsi przy współpracy z czasopismem „Przysposobienie Rolnicze” na przełomie lat 1936 i 1937, a nadesłano na niego 1544 prace.
Książka Chałasińskiego, wydana w roku 1938, do dzisiaj jest uznawana za jedno z czołowych dokonań rodzimej socjologii. Również i ona odbiła się szerokim echem w ówczesnej Polsce, wywołując wiele debat i refleksji na temat kondycji wsi i warstwy chłopskiej. Zamiarem autora była jednak nie tylko analiza status quo, ale także ogląd kształtowania się „nowego chłopa”. W młodym pokoleniu mieszkańców wsi zachodziły wówczas niezwykle ciekawe procesy emancypacji, samodzielnego, wbrew wielu przeszkodom, „uobywatelnienia”.
Trzeci z prezentowanych tekstów to przedmowa do tomu „Robotnicy piszą” (1938). Książka zawierała 25 najwyżej ocenionych spośród kilkuset pamiętników nadesłanych na konkurs ogłoszony w roku 1935. Autorzy publikowanego tutaj tekstu to Zygmunt Mysłakowski (1890–1971), profesor UJ, pedagog, teoretyk wychowania, oraz Feliks Gross (1906–2006), socjolog, działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, kierownik Szkoły Nauk Społecznych przy krakowskim Towarzystwie Uniwersytetu Robotniczego, autor pionierskiej na gruncie polskim książki „Proletariat i kultura” (1938). Choć obaj nie ukrywali lewicowych przekonań, ich wysiłek poznawczy może być wzorem naukowego obiektywizmu, a także – co ważniejsze – autentycznej ciekawości świata, chęci poznania środowiska robotniczego bez przykrawania go do wygodnych i oczekiwanych założeń. Samą istotę oraz historię badań opisuje ich tekst, więc tutaj warto podkreślić tylko, że była to inicjatywa szczególna, bowiem jej pomysł zrodził się podczas seminarium samokształceniowego z udziałem krakowskich robotników, oni też byli współtwórcami części aparatu badawczego i uczestnikami prac związanych z analizą zebranego materiału.
W ciągu zaledwie 20 lat trwania II RP oprócz już wspomnianych badań polegających na gromadzeniu pamiętników plebejuszy zorganizowano jeszcze konkursy m.in. na wspomnienia prowincjonalnych lekarzy, na życiorys pracownika fizycznego (Polski Instytut Socjologiczny) czy zapiski wiejskiego działacza społecznego (Instytut Socjologii Wsi). Wszystkie one znajdowały żywy oddźwięk w mediach oraz wśród elit społeczno-politycznych, zyskiwały także wsparcie wybitnych przedstawicieli kultury i nauki (w jury wspomnianych konkursów zasiadali m.in. Maria Dąbrowska, Tadeusz Boy-Żeleński, Andrzej Strug). Można wręcz mówić o swoistej modzie na konkursy pamiętnikarskie, choć takie stwierdzenie sugerowałoby działanie pochopne i bezrefleksyjne. Tymczasem było zgoła inaczej – tego rodzaju badania postrzegano jako inicjatywę znaczącą zarówno ze względów naukowych i poznawczych, jak i społeczno-politycznych. Ówcześni politycy i działacze państwowi traktowali ich wyniki jako wgląd w realną sytuację grup społecznych i obszarów kraju, dla naukowców były one natomiast okazją do zmierzenia się z subiektywnym, lecz szczegółowym materiałem badawczym, pozwalającym zweryfikować wiele teorii i przypuszczeń. Wszyscy reformatorzy społeczni, obojętnie skąd się wywodzący, czerpali z nich wiedzę o problemach, ich skali i możliwych receptach na przezwyciężenie.
Badania pamiętników i konkursy na relacje różnych grup społecznych są przeprowadzane również współcześnie. W roku 2001, w siedemdziesiątą rocznicę rozpoczęcia konkursu Instytutu Gospodarstwa Społecznego na pamiętniki bezrobotnych, zorganizowano podobną inicjatywę. W apogeum bezrobocia w III RP, gdy jego poziom wynosił ok. 20%, w konkursie wzięło udział 1635 prac, ukazało się kilka tomów zawierających pamiętniki osób pozbawionych pracy. Organizowano także konkursy pamiętnikarskie m.in. dla rolników i młodzieży, a w momencie, gdy piszę te słowa, trwają one m.in. na pamiętnik samotnego rodzica oraz na wspomnienia działaczy spółdzielczości z okresu początków transformacji ustrojowej. Nie są to już jednak wydarzenia, które ogniskowałyby tak wiele energii i wysiłku świata nauki. Ale przede wszystkim nie spotykają się one z porównywalnym zainteresowaniem mediów i opinii publicznej, a tym bardziej decydentów i elit społecznych. Jeśli nawet jakaś instytucja podejmuje podobny trud, jego efekty zazwyczaj interesują głównie organizatorów i uczestników.
Polska międzywojenna była krajem wielu problemów społecznych, których skala jest dla nas wręcz niewyobrażalna. Była też przez sporą część istnienia państwem, w którym występowały deficyty demokracji. Była wreszcie krajem, w którym działało znacznie mniej ośrodków naukowych i kanałów informacji niż obecnie. Ale interesowano się tym, co lud myśli, jak żyje, co odczuwa, jakie trapią go bolączki – dyskutowano o tym, traktowano to jako istotny problem społeczny i wyzwanie polityczne, temat ten był obecny w wystąpieniach postaci z „górnej półki” politycznej czy kulturalnej.
Te – i inne oczywiście również – różnice wiele mówią o dzisiejszej Polsce. Nie mówią o niej niestety niczego dobrego.
przez Filip Białek | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Powiedzmy to raz jeszcze: lewica jest w kryzysie. Na prawicy zresztą nie jest lepiej. Żadna ze stron nie ma odpowiedzi na coś, co potocznie zwie się „kryzysem kapitalizmu”. My – ludzie lewicy (nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zwrot ten może być tylko ironiczny) – zajęci jesteśmy ciągłym powtarzaniem tych samych gestów, które absolutnie do niczego nie prowadzą. „Źli kapitaliści okradają biednych ludzi, należy się zorganizować i obalić ten obrzydliwy kapitalizm!” – krzyczymy na demonstracjach, podniesionym głosem przekonujemy znajomych, piszemy na blogach, w gazetach czy periodykach naukowych. Na prawicy jest jeszcze gorzej, bo jeśli rzeczywiście lekiem na współczesne problemy miałaby być jeszcze większa deregulacja, to może od razu zlikwidujmy struktury polityczne i ze zwieszoną głową módlmy się o łaskę do świętych derywatów i błogosławionych funduszy hedgingowych. Kryzys lewicy i prawicy to tak naprawdę kryzys polityczności w ogóle. Jeśli żadna ze stron nie jest w stanie wypracować rozwiązań, które mogłyby zmierzyć się z obecnym stanem rynków (czyli czymś, co najbardziej determinuje dobrostan społeczeństw), to znaczy, że polityka przestała po prostu odpowiadać na problemy świata, w którym żyjemy.
Mogłoby się zatem wydawać, że mamy do czynienia z dwoma powiązanymi kryzysami: polityczności i kapitalizmu. Mniemanie takie jest błędne, gdyż kapitalizm nie znajduje się w kryzysie. Należałoby raczej powiedzieć, że żyje on pełnią życia, rozwija się bez większych przeszkód, biorąc we władanie coraz większe obszary. Upadek Grecji, bankructwa banków, niespłacalne kredyty, stagnacja gospodarcza – są problemami dla społeczeństw, ale w żaden sposób nie nadwątlają samego systemu kapitalistycznego. Kapitał staje się tak wszechobecny, że gdyby starożytni Grecy mieli dziś formułować listę żywiołów, to do powietrza, ognia, wody i ziemi dodaliby pieniądz.
Jeśli z kapitalizmem wszystko jest w porządku, oznacza to, że jedynie polityczność znajduje się w kryzysie. Kryzys ten spowodowany jest właśnie rosnącą siłą kapitału. Kapitał stał się niejako potężniejszy i większy od społeczeństw, które utraciły możliwości kontroli. Paul Krugman stwierdził, że nawet gdyby ludzie na początku obecnego wieku wiedzieli, że w 2008 r. dojdzie do krachu na rynkach finansowych, nie zachowaliby się inaczej, gdyż i tak nie byliby w stanie wyzwolić się z kapitalistycznego sposobu myślenia. Jak bowiem można myśleć inaczej, skoro kapitał jest podobny do powietrza: naturalny i wszechobecny. Różnica jest tylko taka, że wiemy, czym jest powietrze, natomiast o kapitalizmie nie można tego powiedzieć.
Przestaliśmy rozumieć kapitalizm. Oczywiście pomijam tzw. korwinowców, bo trudno zaufać gimnazjalistom. Mówię zatem w pierwszym rzędzie o zwykłych ludziach, o nas. Jasne, przyzwyczailiśmy się do tego, że fabryki muszą być przenoszone tam, gdzie praca jest tańsza, że makler z Wall Street zarabia 1000 razy więcej od kucharki, że gospodarka kraju może upaść, ponieważ bankierzy podejmowali ryzykowne decyzje. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni, ale czy rozumiemy przyczyny takich faktów? Czy wiemy, dlaczego w USA od 1978 r. dochody najbogatszej grupy społeczeństwa wzrosły o 277%, a tylko o 18% zwiększyły się zarobki najbiedniejszych 20% obywateli1? Albo: jak to się stało, że w 1987 r. obrót instrumentami pochodnymi wynosił 10% globalnego PKB, a już w 2005 r. stanowił 570%2?
Nie powinniśmy się jednak specjalnie martwić, jeśli nie znamy odpowiedzi na takie pytania. Bez cienia wątpliwości można przecież stwierdzić, że nawet politycy, tj. osoby, które powinny się jakoś w tym wszystkim orientować, również raczej nie potrafiliby udzielić spójnej odpowiedzi. Choć to może już trochę martwić. Jeszcze bardziej niepokojący jest jednak fakt, że nawet ludzie, którzy zawodowo zajmują się finansami, niezbyt dobrze rozumieją, na czym polega obecnie kapitalizm. Prof. Geoffrey Ingham, socjolog z Cambridge, w książce „Kapitalizm” stwierdza bez ogródek: Ekspansji sektora finansowego towarzyszyła zdumiewająca złożoność zjawisk. Nawet ich uczestnicy mają problemy ze zrozumieniem zaskakującego rozprzestrzeniania się wyspecjalizowanych rynków, które przemieniają pieniądz – w ramach czegoś, co jest znane pod nazwą „inżynierii finansowej” – w rozbudowany szereg ciągle zmieniających się zbywalnych papierów i instrumentów finansowych.
Odnośnie do stanu świadomości osób znajdujących się w samym centrum sterowania światowym kapitalizmem, pouczająca była anonimowa wypowiedź3 programisty pracującego w firmie tradingowej w Londynie. Zanim ją przytoczę – kilka słów o tym, czym zajmuje się ów człowiek. Otóż odpowiada on za program komputerowy, który handluje aktywami w ramach HFT (High-frequency trading). Czym jest HFT? Chodzi o to, że skomplikowane algorytmy (dostające na wejściu informacje o tym, jak wcześniej zachowywał się dany obiekt finansowy) i bardzo szybkie komputery dokonują dziennie dziesiątek tysięcy transakcji, pozycje inwestycyjne zajmowane są na bardzo krótki okres (od sekundy do kilku godzin), a zyski osiągane nawet dzięki minimalnym wahaniom w kursie. Na początku tego wieku czas wykonania transakcji HFT wynosił kilka sekund, później liczony był już w milisekundach, a obecnie w skali mikro. Choć brzmi to absurdalnie, im szybszy masz komputer, im lepszy program i im bliżej jesteś serwerów giełdy (czas przesyłu danych!), tym więcej zarabiasz. Wróćmy jednak do naszego programisty. Został on zapytany przez dziennikarza o tzw. Flash Crash z 6 maja 2010 r., gdy Dow Jones w 5 minut stracił 1000 pkt., czyli prawie 10% (był to najbardziej gwałtowny spadek w historii indeksu), po czym po kilkunastu minutach odrobił straty. Anonimowy programista na pytanie, czy to nie HFT było przyczyną krachu, odpowiada: Ciągle nie rozumiemy, co było przyczyną. Mogło to być HFT, ale możliwe też, że to właśnie HFT złagodziło efekty. Nie istnieją tu żadne przekonujące dowody. Dziennikarz rozsądnie dopytuje: Można by powiedzieć, że to dobry powód, by zakazać HFT. Nie używaj czegoś, czego nie rozumiesz. Człowiek z City rezolutnie odpowiada: Zwykłe zakazywanie czegoś, czego nie do końca rozumiesz, jest głupotą. Cóż tu rzec?
Nie, nie chodzi mi o to, że HFT jest niebezpieczne, więc powinno zostać zakazane. Całkiem prawdopodobne, że handel na wysokich częstotliwościach transakcji nie wpływa znacząco na rynek finansowy. Chcę tylko pokazać, jak bardzo jest to abstrakcyjne; jak bardzo kapitalizm oderwał się od świata ludzi – żyje on własnym życiem, karmiąc się czystymi liczbami. 70% transakcji w USA odbywa się za pomocą wielce skomplikowanych algorytmów komputerowych. Pytam więc: w jaki sposób to, co dzieje się w świecie finansów, może zostać pojęte przez człowieka? Nie może – a przecież to wszystko decyduje o losie całych społeczeństw. A jeśli nie jesteśmy w stanie tego zrozumieć, to z pewnością nie możemy umieścić kapitalizmu w centrum politycznych sporów. Jak debatować nad czymś, czego nie rozumiemy?
Co więc robić? Oczywiście kuszącą strategią jest zwracanie uwagi na problem. Krzyczmy więc: „kapitalizm jest zły, nieludzki i niepotrzebny, odrzućmy go i wtedy będzie dobrze”. Krzyczmy tak, a później z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku pójdźmy do bankomatu, wypłaćmy 50 zł, kupmy kilka piw i papierosy, po czym w domu włączmy jakiś hollywoodzki film od czasu do czasu przerywany ładnymi reklamami. Jak widać, kapitalizmu nie da się zanegować. Działa tu dokładnie ten sam mechanizm, jak w przypadku semantyki. Zdanie „nieparzyste krzesła mają nadzieję na symfoniczny obiad” jest nonsensowne. Jednak negacja zdania pozbawionego sensu jest tak samo bezsensowna jak to zdanie. I nic się z tym nie da zrobić. Trzeba przemilczeć, nie negować.
Współczesnym sposobem negowania kapitalizmu są ruchy typu Occupy Wall Street. W świetle tego, co dotychczas tutaj stwierdzono, wydaje się jasne, dlaczego Occupy Wall Street i jemu podobne ruchy wstrzymywały się z artykułowaniem programu, pozytywnych tez, które miałyby wskazywać kierunek dalszych działań. Większość publicystów przychylnych tym ruchom argumentowała, że brak programu był pewną strategią: „nie mówimy, co trzeba zrobić, gdyż najpierw chcemy stworzyć przestrzeń dla wolnej dyskusji, chcemy przywrócić polityczność, to jest naszym celem”. Jednak nie da się stworzyć żadnej przestrzeni dla dyskusji, gdyż jej przedmiot w ogóle nie może być dyskutowany. Nie było więc żadnej strategii. To, że Occupy Wall Street pozostało nieme, spowodowane było faktem, iż nie istniał sposób, na który potrafili się oni odnieść do kapitalizmu. Poza – oczywiście – emocjami, ale z takiej mąki chleba nie będzie.
W październiku 2011 r. McKenzie Wark opublikował tekst „Jak okupować abstrakcję”4. Tytułową abstrakcją jest oczywiście kapitalizm, symbolizowany przez Wall Street. Wark stawia pytanie o strategię walki z kapitalizmem. Odpowiedź – wyrażona nie do końca wprost – była następująca: „Jak? Dokładnie tak, jak zrobiło to Occupy Wall Street!”.Sama okupacja Zuccotti Park była abstrakcją, gdyż na abstrakcję, jaką jest kapitalizm, należało zareagować za pomocą innej abstrakcji. Wydaje się, że – przynajmniej w teorii – równanie się zgadza. Jednak gdy przyjrzymy się rezultatom OWS, trudno stwierdzić, że ich strategia okazała się skuteczna. Jak się zdaje, Wark dostrzegł te problemy, gdyż w wywiadzie5 udzielonym na początku sierpnia 2012 r. ponownie spróbował odpowiedzieć na pytanie postawione we wcześniejszym tekście: Problem jest taki: jak możesz okupować abstrakcję? Władza stała się wektorowa. Może przemieszczać pieniądze i zasoby z niespotykaną szybkością w dowolne miejsce na Ziemi. Możesz zablokować konkretne miejsce, ale wektory władzy po prostu ominą blokadę.
Tezę Warka doprowadza do końca Levi Bryant, amerykański filozof, jeden z twórców nowego i coraz bardziej wpływowego nurtu filozoficznego o nazwie object-oriented ontology. Bryant swój wywód6 rozpoczyna od stwierdzenia, że kapitalizm nie tyle jest abstrakcją, co raczej hiperobiektem (termin Tima Mortona). Przykładem tego, czym są hiperobiekty, jest klimat. Hiperobiekty nie znajdują się w żadnym konkretnym miejscu: są wszędzie i nigdzie. Zawsze mają wpływ na ludzi, nie jest możliwe trzymanie się od nich na dystans. Z drugiej jednak strony nigdy nie stykamy się z nimi w ich totalności. Możemy doświadczyć jedynie poszczególnych manifestacji, lokalnych wydarzeń i konkretnych rezultatów działań hiperobiektów. Jeśli kapitalizm jest takim hiperobiektem, to Bryant musi powtórzyć pytanie Warka: jak walczyć z przedmiotem, którego nawet nie możemy doświadczyć?
Odpowiedź jest złożona i warto się jej przyjrzeć. Bryant stwierdza, że współcześni teoretycy polityki zbyt wielką wagę przykładają do semiosfery, tj. do ideologii, narracji, praw czy tekstów, za pomocą których władzautwierdza swoje panowanie. Jako materialista stwierdza, że kapitalizm przede wszystkim potrzebuje infrastruktury, dzięki której może działać. Drogi, lotniska, sieci komputerowe, programy, satelity, fabryki, porty itd. – gdyby to wszystko zniknęło, znikłby również kapitalizm, gdybyśmy jednak pozbyli się tylko ideologii, to kapitał ciągle pozostałby nienaruszony. Czym były protesty w ramach ruchów Occupy? Wyłącznie aktami mowy. Bryant pyta zatem: Czy kapitalizm oparty jest na indywidualnych decyzjach bankierów i prezesów, czy raczej system ten ma swoje własne formy świadomości, własny sposób działania, w którym ludzie zostali uwięzieni? […] Wartość [OWS] polega na tym, że tworzone są kolektywy chcące walczyć z tymi nieludzkimi bytami, które funkcjonują pośród nas (rynki, korporacje, etc.), ale protesty nie wpływają na owe byty, gdyż te nawet nie rozpoznają faktu istnienia protestujących. Protestowanie przeciw kapitalistom czy politykom jest więc nieskuteczne, gdyż ci są jedynie prostymi robotnikami (choć z bardzo wysokimi zarobkami) w wielkiej fabryce kapitalizmu.
Akty mowy protestujących z Wall Street są z perspektywy, którą przyjmują Bryant czy Wark, strategią nieadekwatną wobec przedmiotu ich protestów. Nie szkodzą one kapitalizmowi, albowiem ten nie jest ufundowany na sferze dyskursu. Recepta Bryanta jest następująca: Nie stój na Wall Street, narzekając na bankierów i brokerów – okupuj autostradę. Zhakuj satelitę i zamknij komunikację. Zablokuj port. Usuń dane trzymane przez banki itd. Blokuj arterie, dzięki którym hiperobiekt utrzymuje się przy życiu. Tylko w ten sposób wstrząśniesz władzą i zyskasz siłę, z którą będą musiały się liczyć rządowe organy kapitalizmu i korporacji.
Levi Bryant ma rację, twierdząc, że dyskursywne strategie walki z rynkami są skazane na porażkę. System kapitalistyczny pochyli się nad nimi – jasne – ale tylko po to, by sprawdzić, czy przez przypadek nie da się tutaj czegoś zarobić (słynna sprawa z maskami Guya Fawkesa, na których zarabia gigant medialny Time Warner). Wróćmy do HFT i faktu, że 70% transakcji na rynku finansowym zawieranych jest za pomocą algorytmów komputerowych. Algorytmy te dostają liczbowe dane o różnych aktywach i na tej podstawie kupują i sprzedają. Oznacza to, że w ich ontologii nie istnieją takie rzeczy jak wyzysk, prawo pracy, strajk, bieda itd. W przemysłowym kapitalizmie właściciel fabryki traktował robotnika jako środek produkcji, jako rzecz, musiał jednak mieć do niego jakiś stosunek, robotnik znajdował się w jego polu widzenia. Dla współczesnych kapitalistów z Wall Street czy londyńskiego City robotnik nie jest nawet rzeczą – wiedza o istnieniu klasy nieposiadającej środków produkcji nie jest im do niczego potrzebna. Przypomnijmy sobie słynne zdjęcia, na których finansjera Wall St. z kieliszkami szampana w dłoniach i uśmiechami na ustach przyglądała się protestom. Co znaczy ten obrazek? Stwierdzenie, że jest to jedynie dowód demoralizacji elity współczesnego kapitalizmu, pomija istotę sprawy. Zdjęcia te w rzeczywistości pokazują, że owa elita, żyjąc w świecie do samego końca przesiąkniętym kapitałem, nie ma możliwości zrozumienia, skąd biorą się protesty. Nie chodzi zatem o degenerację finansistów, ale o ich niezdolność do operowania tymi samymi pojęciami, których używa OWS. Oznacza to, że nie ma żadnego punktu styku – miejsca, od którego można by zacząć rozmowę.
Niemiecki socjolog Wolfgang Streeck w bardzo ciekawym tekście opisującym napięcia kryjące się w zachodnim modelu demokracji kapitalistycznej7, formułuje następującą myśl: W ciągu trzech lat od 2008 r. konflikt dystrybucji w ramach demokratycznego kapitalizmu zmienił się w skomplikowane przeciąganie liny między globalnymi inwestorami a państwami narodowymi. Podczas gdy w przeszłości pracownicy zmagali się z pracodawcami, obywatele z ministrami finansów, a prywatni dłużnicy z prywatnymi bankami, obecnie instytucje finansowe siłują się z państwami. Oznacza to, że rynki finansowe nie są w sporze z okupującymi Wall Street. Zresztą dlaczego miałyby być? W jaki sposób protestujący mogliby zagrozić światu finansów? Nie jest to przecież sytuacja, w której strajkujący robotnicy zatrzymują produkcję w fabryce, przez co właściciel ponosi straty. Główna linia sporu nie przebiega już między tymi, którzy dysponują środkami produkcji, a tymi, którzy ich nie posiadają. Obecnie protesty osób, które nie mają (prawie) nic, nie są żadnym zagrożeniem dla kapitału.
Przywołałem tekst Bryanta, ponieważ uważam, że jest to zasadniczo logiczna odpowiedź na pytanie, jak walczyć z kapitalizmem. Wiemy jednak przecież, że jest to zarazem odpowiedź błędna i nierealistyczna. Błąd nie leży w odpowiedzi, lecz w samym pytaniu. Nie powinno się zaczynać rozważań politycznych od tego zagadnienia, gdyż obecnie z kapitalizmem nie da się zwyciężyć. Nie da się wprowadzić kapitalizmu jako kwestii, od której można rozpocząć polityczność. Oddaję jeszcze raz głos Streeckowi: Krajowe rynki pracy w latach 70. wyposażone w różnorakie możliwości politycznej mobilizacji i międzyklasowych sojuszy czy też polityka publicznych wydatków lat 80. nie były z konieczności czymś, czego nie zrozumiałby „człowiek z ulicy”. Od tego czasu bitwy, w ramach których rozgrywają się sprzeczności demokratycznego kapitalizmu, stały się czymś dużo bardziej złożonym, co sprawiało, że dla kogoś spoza elity finansowej lub politycznej rozpoznawanie ukrytych interesów i identyfikowanie własnych stało się niezmiernie trudne.
Wszechpotęga kapitalizmu – ograny manewr lewicowych intelektualistów. Jego popularność bierze się głównie stąd, że łatwiej tworzyć spektakularne teorie, gdy za punkt wyjścia weźmie się jakiś potężny byt, który odpowiada za całe zło. Niech to będą władza, patriarchat, dyskurs kolonialny czy właśnie kapitalizm – coś, co w założeniu przenika wszystkie sfery ludzkiej działalności, co determinuje każdą aktywność człowieka – dysponując takim przedmiotem teoretycznym, można napisać co najmniej kilka bardzo ciekawych książek, które dogłębnie wskażą, na czym polega potęga tego wroga ludzkości. Problem w tym, że wniosek z podobnych rozważań jest zawsze jeden: nic nie da się zrobić. Pasuje tu bon mot Rorty’ego, zgodnie z którym po przeczytaniu „Kapitalizmu lub kulturowej logiki późnego kapitalizmu” Jamesona wiemy wszystko – z wyjątkiem tego, co trzeba robić. Wydaje się, że w niniejszym tekście również próbowałem w taki sposób przedstawić kapitalizm, aby jego moc przede wszystkim zniechęcała do działania. Nie do końca. Twierdzę jedynie, że siła systemu kapitalistycznego powoduje, iż rozważania nad strategią nie mogą zaczynać się od zawołania: „obalmy kapitalizm!”. Jeśli jesteśmy wystarczająco bystrzy, to zaczynając w taki sposób, dość szybko dojdziemy do wniosku, że jednak nie potrafimy osiągnąć takiego celu, więc rewolucyjny zapał osłabnie. Skoro zatem nie da się działać globalnie, działajmy lokalnie. To znaczy: może nie przezwyciężymy systemu kapitalistycznego, ale próbujmy walczyć o podwyższenie płacy minimalnej. Najpewniej nie uda się nam na dobre zlikwidować wyzysku, ale można sprawić, że ludzie będą pracować odrobinę krócej. Oto pierwszy wniosek z poczynionych tu uwag: wróćmy do projektu socjaldemokratycznego.
Chciałbym zaproponować jeszcze jeden wniosek, który być może na pierwszy rzut oka stoi w sprzeczności z pierwszym. Sądzę jednak, że jest raczej jego uzupełnieniem. Socjaldemokracja narodziła się jako reakcja na rewolucyjny marksizm. Marksizm był marzeniem, bez którego pragmatyczni socjaldemokraci najpewniej nie byliby w stanie odnieść sukcesu. Oznacza to, że teraz również potrzebujemy nowego marzenia, nowej idei, które będą w stanie poruszyć masy. Pozwólmy sobie na formułowanie postulatów, które będą daleko przekraczały obecną sytuację. Na najbardziej podstawowym poziomie siłą kapitalizmu jest jego nieubłagana logika: lepiej posiadać dziesięć milionów niż dwa tysiące. Mamy tu najzwyklejszy matematyczny znak nierówności, bezproblemowo przyswajalny w prawie każdej kulturze. Należy zatem próbować formułować teorie, które będą w stanie przekonać ludzi, że owa kapitalistyczna logika jest szkodliwa. Potrzebujemy zatem koncepcji operujących na przynajmniej odrobinę bardziej skomplikowanych wartościach niż matematyczna nierówność.
Takie teorie i wartości nie mogą być jednak zwykłą negacją kapitalizmu. Negacja wymaga operowania w tej samej logice, co negowana teza, a z kapitalizmem nie da się wygrać na jego podwórku. Ogólnie mówiąc: spór polityczny nie polega na dwóch tezach – A i nie-A – które rywalizują ze sobą na podstawie pewnej określonej logiki. Gdyby tak było, to każdy spór byłby łatwo rozstrzygalny. Polityczność rodzi się dopiero, gdy przeciwstawiane są sobie dwa porządki wartości, których nie da się po prostu rozsądzić. Dlatego też współczesny kapitalizm nie wymaga zwykłej negacji (a więc wpisania się w jego logikę), ale raczej stworzenia nowej myśli, która go przezwycięży. Próbujmy więc odbudować polityczność za pomocą nowych idei, które dźwigną społeczeństwa z letargu, i zarazem starajmy się sukcesywnie rozwiązywać kłopoty ekonomiczne na sposób socjaldemokratyczny. Obie strategie powinny się uzupełniać.
Filip Białek
Przypisy:
- Dane za: http://www.trystero.pl/archives/11743
- Zob. P. Dembinski, Finansjalizacja – klęska urodzaju w gospodarce, 24.01.2012, http://www.obserwatorfinansowy.pl/forma/debata/finansjalizacja-kleska-urodzaju-w-gospodarce/
- Zob.: http://www.guardian.co.uk/commentisfree/joris-luyendijk-banking-blog/2011/sep/26/capitalism-banking-blog-computer-programmer
- Zob. McKenzie Wark, How to Occupy an Abstraction, 3.10.2011, http://www.versobooks.com/blogs/728
- Zob.: http://theoccupiedtimes.co.uk/?p=6451
- Zob.: http://larvalsubjects.wordpress.com/2012/08/04/mckenzie-wark-how-do-you-occupy-an-abstraction/
- W. Streeck, The Crises of Democratic Capitalism, „New Left Review”, September-October 2011, dostępne na stronie internetowej: http://newleftreview.org/II/71/wolfgang-streeck-the-crises-of-democratic-capitalism#_edn21
przez Ryszard Bugaj | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Każdy wielki nurt polityczno-ideowy jest zmienny i niejednoznaczny. W każdym pojawiają się patologie, nieraz go dominując. To – rzecz jasna – dotyczy też (może nawet szczególnie) lewicy. Gdy nurt ten ponad sto lat temu zyskiwał swoją tożsamość, jego identyfikacja była łatwiejsza niż obecnie. Odniesieniem był kapitalizm, postrzegany jako system niesprawiedliwy, nieefektywny i niedemokratyczny. Odpowiedzią – postulat jego zniesienia. Dominująca wówczas lewicowa ideologia czerpała z doktryny marksowskiej. Jednak marksizm opisywał i oceniał kapitalizm, ale bardzo ogólnikowo prezentował alternatywę.
Lewica opowiadała się za równością ludzi (szczególnie w kwestii położenia materialnego) oraz za ludowładztwem rozumianym jako system, w którym zbiorowość swobodnie kształtuje reguły życia społecznego. Zakładano, że ludzie – jeżeli uzyskają taką możliwość – opowiedzą się przeciw kapitalizmowi.
Lewica w realnym świecie stanęła wobec konkretnych dylematów. Kapitalizm – w miarę upływu czasu – wcale nie ewoluował w kierunku systemu coraz bardziej niesprawiedliwego i coraz mniej efektywnego. Już u schyłku XIX wieku rozpoczął się proces ustrojowej przebudowy kapitalizmu. Pozostawało to w związku z rodzącą się demokracją polityczną. Rosła rola parlamentów, a prawa wyborcze zyskali „zwykli ludzie”, choć najpierw tylko mężczyźni. Dało to możliwość skutecznego modyfikowania systemu w interesie tych grup (przede wszystkim robotników), które lewica uznawała za główne ofiary kapitalizmu. Kluczowe stało się pytanie, czy na tej drodze można się posunąć tak daleko, by – nie odrzucając konstytutywnych cech ładu kapitalistycznego (rynku i prywatnej własności) – uzyskać trwałą i wystarczającą poprawę położenia grup upośledzonych. Odpowiedź na to pytanie podzieliła – uprzednio względnie jednolity – nurt lewicowy na dwa odłamy: komunistyczny i socjaldemokratyczny.
Komuniści podtrzymywali tezę, że rynek i prywatna własność są nie do pogodzenia z celami lewicy, a rozszerzanie demokracji interpretowali jako wybieg ochronny kapitalizmu. Taka opinia zresztą dobrze harmonizowała ze słabością nurtu komunistycznego, który (nawet gdyby nie dotykały go represje) nie był zdolny do uzyskania szerokiego poparcia wyborczego. Stąd był tylko krok do afirmacji „dyktatury proletariatu”, a więc dyktatury mniejszości, która „wie lepiej”, co jest w interesie większości.
Socjaldemokraci postawili na daleko idącą reformę kapitalizmu. Uznali, że skoro większość w ramach systemu kapitalistycznego doświadcza dyskomfortu, to – jeżeli tylko wykorzystane zostaną możliwości, jakie daje demokracja – poprze ona jego zasadniczą reformę. Zaangażowali się w walkę o modyfikację zasad ekonomicznych systemu kapitalistycznego, jak choćby ubezpieczenia społeczne i podatki progresywne. Z postulatem „zniesienia” kapitalizmu socjaldemokraci rozstawali się stopniowo, a „socjalizm” (bardzo różnie pojmowany) był bardzo długo oficjalnym celem prawie wszystkich partii socjaldemokratycznych. Jednak w praktycznej polityce socjaldemokraci koncentrowali się nie na przygotowaniu rewolucji, lecz na pragmatycznej modyfikacji zasad kapitalizmu.
Postulaty socjaldemokratyczne stopniowo wprowadzano w życie. Sukcesy na pewno były ograniczone i nie przychodziły łatwo, ale też były niewątpliwe. Położenie klasy robotniczej, jej dobrobyt, zabezpieczenie społeczne i wykształcenie poprawiły się jeszcze przed I wojną światową. Jednak ogromny awans „zwykli ludzie” w krajach rozwiniętych (przede wszystkim w Europie Zachodniej, ale też w Stanach Zjednoczonych) przeżywali w okresie trzech dekad po II wojnie światowej, zwanym złotym wiekiem kapitalizmu. Szybko rósł dobrobyt, bezrobocie było niskie, rozbudowano zabezpieczenia społeczne, państwo gwarantowało dostęp do bezpłatnej edukacji i prawie bezpłatnej ochrony zdrowia. Pracownicy w niektórych krajach uzyskali realny wpływ na zarządzanie przedsiębiorstwami. Ludzie powszechnie cieszyli się wolnością osobistą i partycypowali w systemie demokratycznym. Systematyczna poprawa położenia materialnego uznana została za normę. Nie ustanowiono raju na ziemi, ale powojenny kapitalizm w rozwiniętych krajach był z pewnością najbardziej przyjaznym „zwykłym ludziom” systemem, jaki kiedykolwiek funkcjonował.
Socjalno-demokratyczno-etatystyczna reforma zagwarantowała kapitalizmowi stabilność i prestiż. To był wielki historyczny sukces socjaldemokratycznego odłamu lewicy, ale do utworzenia tego ładu przyczyniły się również środowiska i ugrupowania nielewicowe. Podobnie w wymiarze intelektualnym powojenny kapitalizm był „dziełem zbiorowym”. Decydujący wpływ miała doktryna ekonomiczna J. M. Keynesa, a dużo wcześniejsze pisma J. S. Milla zawierały idee, które dla socjaldemokratycznej reformy kapitalizmu również miały bardzo istotne znaczenie. Ideowi przeciwnicy formuły powojennego kapitalizmu istnieli, ale znaleźli się na marginesie (najważniejszą postacią był z pewnością F. von Hayek).
Nurt komunistyczny także uzyskał szansę na praktyczne sprawdzenie swojego programu. W Rosji po 1917 r., zgodnie z sugestią Marksa, zlikwidowano rynek i prywatną własność. Polityczną dyktaturę ustanowiono już nie tyle z powodów doktrynalnych, co z praktycznego powodu niemożności uzyskania demokratycznego mandatu. Od początku była to nie „dyktatura proletariatu”, lecz brutalna dyktatura aparatu partii komunistycznej. Ten system uległ błyskawicznej petryfikacji, a jego późniejsza (po II wojnie światowej) ekspansja dokonywała się przede wszystkim na drodze agresji Rosji Sowieckiej albo dzięki zmasowanej pomocy tego państwa dla środowisk komunistycznych w innych krajach.
W pierwszym okresie gospodarka krajów komunistycznych rozwijała się szybko, lecz skrajnie nieefektywnie, za cenę niebywale drastycznych ograniczeń dobrobytu. Aby utrzymać tempo wzrostu w warunkach potężnej tendencji do marnotrawnego zużywania zasobów, należało przeznaczać na rozwój coraz większą część wytwarzanej produkcji. Trzeba było też zatrudniać coraz więcej pracowników. „Pełne zatrudnienie” w krajach komunistycznych to po prostu rezultat nieefektywności ich gospodarek. Nieefektywność przesądzała też – wbrew temu, co niektórzy twierdzą – że marne były zabezpieczenie socjalne, standardy wykształcenia i ochrony środowiska, nie wspominając o warunkach mieszkaniowych. Bardzo wątpliwe są też twierdzenia, że komunizm przyniósł sprawiedliwość. Wprawdzie różnice w dochodach pieniężnych były z pewnością ograniczone, ale dystrybucja wielu dóbr (szczególnie mieszkania i samochody) i usług (wypoczynek, ochrona zdrowia) została podporządkowana politycznej hierarchii i przesądzała o silnych nierównościach. Zreformowany kapitalizm, z perspektywy celów lewicy, wykazał swoją bezwzględną przewagę nad projektem komunistycznym.
Oczywiście pod presją społecznego niezadowolenia podejmowano próby zmodyfikowania systemu komunistycznego. Polegały one na ogół na wprowadzeniu do jego porządku nieco elementów kapitalistycznych – trochę rynku i prywatnej własności oraz odrobinę wolności. Zmiany (przesilenia) wzbudzały wielkie i autentyczne nadzieje – na Węgrzech, w Czechosłowacji i w Polsce – bo system komunistyczny miał jednak urok wielkiej idei. Wydawało się więc wielu, że zła jest nie sama idea, lecz jej pokraczna realizacja. Znaczna większość społeczeństw krajów komunistycznych długo godziła się z wytyczną: socjalizm tak, wypaczenia nie. Modyfikacja systemu przebiegała jednak z ogromnymi oporami, bo elity polityczne systemu komunistycznego zajęły wcześniej uprzywilejowaną pozycję i nie były zdolne do rezygnacji z niej.
Jednak nie ten czynnik miał rozstrzygające znaczenie – fundamentalna niesprawność wynikała z istoty tego systemu. Dla ludzi miało znaczenie, jaki konkretny kształt miał system komunistyczny, ale dopóki obowiązywały zasadnicze jego cechy, tak długo trwały też ich główne następstwa. System komunistyczny nie mógł być skutecznie zreformowany, bo reforma godziła w jego fundamenty ustrojowe.
Historia rodzimej wersji systemu komunistycznego mieści się w zarysowanym schemacie, choć Polska – z racji swojej tradycji i tożsamości – doświadczała komunizmu w formach mniej ortodoksyjnych, m.in. nigdy nie skolektywizowano rolnictwa i nie została złamana siła Kościoła. Zaraz po II wojnie środowiska lewicy niekomunistycznej (przede wszystkim PPS-owskie) komuniści uznali za wrogie. Bogata tradycja intelektualna i polityczna lewicy socjaldemokratycznej została odrzucona, a osoby związane z tą tradycją prześladowano. W latach 1949–1955 sowieckie wzorce zdominowały zarówno politykę, jak i gospodarkę. Po „Październiku” system został wprawdzie złagodzony, ale ani zakres zmian, ani rezultat nie były (i być nie mogły) satysfakcjonujące. Wydaje się jednak, że jeszcze protesty w grudniu 1970 r. nie wyrażały utraty nadziei na „reformę socjalizmu”, lecz komunistycznym animatorom systemu postawiony został wówczas de facto warunek: możecie rządzić, jeżeli zapewnicie stały wzrost dobrobytu. Spełnienie tego warunku było jednak niemożliwe bez odrzucenia konstytutywnych cech systemu – jego samolikwidacji. To wówczas nie nastąpiło i (szczególnie za sprawą „Solidarności”) system komunistyczny w Polsce stracił wszelką legitymację. Mógł trwać tylko dzięki przemocy. Wszedł w fazę rozkładu, a w roku 1989 został wyeliminowany. Bilans ponad czterech dekad komunizmu w Polsce jest pod każdym chyba względem negatywny.
Jak należy traktować komunizm? Jako jeden z dwóch nurtów lewicy czy jako jego patologię? Odpowiedź na to pytanie nie może być tylko kwestią konwencji. Jałowe wydają się zabiegi polegające na przyjęciu, że nie ma związku między praktyką krajów socjalistycznych a marksowskim „przesłaniem”, choć – istotnie – dostrzec można też kolizję między marksowską doktryną a polityką krajów „realnego socjalizmu”. Byli działacze (choćby Róża Luksemburg), którzy komunistyczny system kontestowali z pozycji doktryny marksowskiej. Jednak gospodarka bez rynku i prywatnej własności to esencja marksizmu. Tu nie ma rozbieżności między doktryną i praktyką.
Natomiast jeżeli przyjmiemy, że do tożsamości lewicy należy postulat równości i ludowładztwa, to komunizm jawi się jako… najgłębsza patologia lewicy. To wskutek działania systemu komunistycznego życie straciły miliony osób (szacunki sięgają nawet 100 mln). To w tym systemie najdrastyczniej ograniczona została wolność ludzi i wyeliminowano wszelkie mechanizmy demokratyczne. Jakkolwiek komunizm nie był jedynym systemem niosącym ucisk i nędzę, to tylko ten system w praktyce był tak totalnym zaprzeczeniem własnych zapowiedzi.
Upadek systemów komunistycznych w latach 90. nie wzmocnił lewicy socjaldemokratycznej. Choć uzyskała ona po lewej stronie pozycję całkowicie dominującą, to – inaczej niż kilka dekad wcześniej – jej tożsamość nie była wyrazista. Socjaldemokratyczna polityka w rozwiniętych krajach (gdzie wcześniej triumfowała) znalazła się w impasie – i to znacznie wcześniej niż upadły systemy komunistyczne. Ich upadek został jednak – bezzasadnie, ale skutecznie – zinterpretowany jako dowód nieprzydatności również nurtu socjaldemokratycznego.
W gospodarce rozwiniętych krajów kapitalistycznych, mniej więcej w drugiej połowie lat 70., pojawiły się zjawiska kryzysowe, takie jak stagnacja wzrostu, przyrost bezrobocia czy inflacja. Działo się tak właściwie we wszystkich krajach rozwiniętych, w których system został ukształtowany generalnie w zgodzie z projektem socjaldemokratycznym. Obejmował on aktywną, keynesowską regulację makroekonomiczną, progresywne podatki, rozbudowane państwo opiekuńcze, spory sektor przedsiębiorstw publicznych itp. Choć trudno jednoznacznie przesądzić o związku zjawisk kryzysowych z zasadami „socjaldemokratycznego modelu” kapitalizmu, to objaśnienie spiętrzenia problemów mankamentami systemu socjaldemokratycznego nasuwało się wielu obserwatorom. W każdym razie neoliberałowie skutecznie przekonali dużą część opinii publicznej, że ten związek jest bliski i uniwersalny.
Nie ograniczali się oni zresztą do krytyki, lecz zaprezentowali program reformy (czy raczej: kontrreformy) kapitalizmu. Makroekonomiczna polityka antycykliczna została uznana za przeciwskuteczną. Opiekuńcze zadania państwa zalecano zredukować. Osłabieniu miała ulec – przez zmniejszenie opodatkowania i ustanowienie podatków płaskich lub liniowych – redystrybucja dochodów, a sektor przedsiębiorstw publicznych miał zostać wyeliminowany. Rynek miał działać całkowicie swobodnie, a usługi społeczne (ochrona zdrowia, ubezpieczenia emerytalne czy edukacja) miały być co najmniej poddane rygorom komercjalizacji. Na konkurencję, dzięki „deregulacji”, miały być otwarte branże dotychczas zmonopolizowane i będące na ogół domeną przedsiębiorstw państwowych, z takich dziedzin jak: wytwarzanie i dystrybucja energii elektrycznej i gazu, transport kolejowy i lotniczy, telekomunikacja, poczta itd. Ważne znaczenie miał postulat „otwarcia” gospodarek przez eliminację ograniczeń w handlu i wobec przepływów kapitałowych.
Przekonywano, że jeżeli tylko polityka pieniężna zagwarantuje niską inflację, a motywacja jednostek zostanie „wyzwolona” dzięki niskim i płaskim podatkom (a budżet będzie zrównoważony), to gospodarka rozwijać się będzie szybko – z pożytkiem dla zwykłych ludzi. Neoliberalna doktryna trafnie uderzyła w słabe punkty „socjaldemokratycznego kapitalizmu”. Bo też model ten nie był wolny od patologii. Makroekonomiczna regulacja z polityki antycyklicznej przekształciła się w oportunistyczną politykę powiększania długu publicznego, a państwo opiekuńcze stawało się coraz bardziej marnotrawne.
Partie socjaldemokratyczne na krytykę neoliberalną zareagowały w najwyższym stopniu defensywnie. Najpierw próbowały ją ignorować, a następnie stopniowo, ale i chaotycznie, wycofywały się ze swojej generalnej linii programowej. Programy tych partii w latach 90. można chyba najlepiej określić jako „kunktatorski neoliberalizm”. Z reguły nie akceptowały one najdalej idących zaleceń neoliberalnych, ale bardziej wynikało to ze strachu przed wyborcami niż z pryncypialnych przekonań przywódców. Do tej polityki partie socjaldemokratyczne starały się dopasować swoje doktryny. Popularne stały się więc pomysły Trzeciej Drogi czy Nowego Centrum. Poszukując nowej pozycji, partie socjaldemokratyczne skierowały uwagę na „mniejszości”. Socjalne zaangażowania zostały wyparte właśnie przez postulaty praw dla różnych mniejszości, szczególnie seksualnych. W znacznej mierze postulat równości materialnej był zastępowany przez postulat równości płci.
Pod presją neoliberalnej krytyki nie doszło do skrystalizowania nowej tożsamości socjaldemokratycznej. Ale też partie działające pod socjaldemokratycznymi szyldami nie zostały wyeliminowane ze sceny politycznej. W wojnie między ofensywnymi środowiskami neoliberalnymi a defensywnie zorientowaną socjaldemokracją zarysował się impas. Neoliberalizm uzyskał znaczną przewagę przede wszystkim w kwestiach ideologicznych (i w postawach grup zamożnych), a znacznie mniejszą na płaszczyźnie realnych zmian. Mimo ostrej krytyki państwa opiekuńczego i progresywnych podatków nawet partie liberalne i konserwatywne ostrożnie wprowadzały zmiany. Kapitalizm ukształtowany po wojnie nie zmienił się radykalnie. Daleko posunął się proces eliminacji publicznego sektora przedsiębiorstw, dokonano deregulacji wielu rynków, gospodarki w znacznej mierze zostały otwarte na konkurencję zagraniczną, ale „państwo opiekuńcze” zostało okrojone stosunkowo nieznacznie, podobnie jak prawa pracownicze. Nie dokonała się jednak w Europie Zachodniej postulowana przez neoliberałów radykalna rewolucja podatkowa. Wprawdzie stępione zostało ostrze progresji, ale w Europie w sektorze publicznym nadal gromadzono i wydatkowano bardzo dużą część dochodu narodowego. Przed ostatnim kryzysem było to z reguły 40 do 50% PKB – obecnie jeszcze więcej. Wszystko to oznacza, że „socjaldemokratyczny kapitalizm” w znacznej mierze ocalał. Jednak doktryna neoliberalna utrzymała dominującą pozycję i „skrzypi” dopiero w następstwie obecnego kryzysu.
O ile ład ustrojowy w krajach europejskich ukształtował się w dekadach powojennych, a potem został tylko po części zmodyfikowany, o tyle w Polsce i innych krajach postkomunistycznych system był budowany niejako od podstaw i dokonywało się to w okresie pełnej dominacji (w wymiarze intelektualnym i emocjonalnym) neoliberalizmu. Żywe było też negatywne doświadczenie komunizmu, utożsamione z opiekuńczością i etatyzmem. Nie ukształtowała się silna partia polityczna o tradycyjnie socjaldemokratycznej tożsamości. Owszem, komuniści wywiesili socjaldemokratyczny sztandar, ale była to barwa ochronna. Zdemoralizowane środowisko SLD posługiwało się socjalnymi i etatystycznymi hasłami dla pozyskania wyborców, ale rządząc realizowało postulaty doktryny neoliberalnej (konstytucja, komercjalizacja w służbie zdrowia i ubezpieczeniach, eksmisja „na bruk”, postulaty podatku liniowego).
W Polsce ukształtował się system kapitalistyczny odległy od powojennego wzorca europejskiego, bardziej rynkowy i indywidualistyczny. Zrodził on wielkie nierówności dochodowe i majątkowe. Nie jest respektowana zasada „równego startu”. Prawa pracownicze są radykalnie ograniczone, a związki zawodowe słabe. Pracownicy mają status siły roboczej. Korzyści z prywatyzacji majątku, stworzonego wielkim wysiłkiem społecznym przez kilka dekad, przechwyciły wąskie grupy – przede wszystkim zagraniczne, gdyż duże przedsiębiorstwa w znacznej większości należą do zagranicznych właścicieli. Ale fakt, że transformacja przyniosła sporo negatywnych następstw, nie uzasadnia negatywnej oceny globalnej. Na odesłaniu komunizmu do lamusa historii nie można było stracić.
Obecny kryzys w światowej gospodarce stawia na porządku dziennym pytania o program modyfikacji ładu kapitalistycznego. Nie wyłoniły się frapujące odpowiedzi. Środowiska neoliberalne interpretują kryzys w kategoriach „wypadku przy pracy” i zalecają… bardziej konsekwentne respektowanie zasad rynkowych. Środowiska „socjaldemokratyczne” zgłaszają postulaty wycinkowych modyfikacji, które nie składają się na spójny program i są skutecznie kontrowane przez niechętne tym postulatom grupy interesów (tak dzieje się choćby z postulatem ograniczenia gigantycznych apanaży menedżerów bankowych). Nie widać intelektualnego odrodzenia socjaldemokracji. Brak spójnej i odważnej alternatywy przekreśla szanse socjaldemokratów na objęcie roli lidera zmian. To nie przypadek, że kontestacyjne ruchy „wykluczonych” są spontaniczne i – niestety – pozbawione programu.
W Polsce sytuacja jest odmienna. Wprawdzie z powodu splotu kilku szczególnych okoliczności przeszliśmy przez pierwszą fazę kryzysu dość łagodnie, ale nasz model kapitalizmu nie ma wielu cech ukształtowanych po wojnie w Europie Zachodniej. Zdecydowanie dotkliwiej jawi się kwestia jego potencjalnej korekty. Szczególnie, że w najbliższych latach ostrzejsze staną się konsekwencje trwania tego systemu. Trzeba liczyć się ze znacznie wolniejszym wzrostem gospodarki i blokadą mobilności społecznej.
Nie wydaje się, by istniała globalna alternatywa dla kapitalizmu, ale – szczególnie w Polsce – ważne jest, aby demokratyczny mechanizm gwarantował możliwość modyfikacji systemu. Nie zawsze jednak „realna demokracja” stwarza takie możliwości. W Polsce scena polityczna nie jest „konkurencyjna”. Coraz bardziej dominuje więc „postpolityka”. Ważne są skandale, wielkie pieniądze i „snucie opowieści”. Mało istotne są programy i wiarygodność. Wielu opisuje ten stan jako normalną ewolucję „realnej demokracji”. Gdyby przyjąć, że mają rację, to trzeba by też uznać, iż demokracja to przede wszystkim teatr pozorów.
Polska scena polityczna jest z pewnością niekompletna. Stosunkowo jednoznacznie wykrystalizowała się tylko opcja liberalna. Choć PO jest partią bardzo pragmatyczną, to jej polityka jest określona przez neoliberalną tożsamość i interesy „rdzeniowego” elektoratu. Widać to dobrze choćby na przykładzie podniesienia wieku emerytalnego. „Prawica” dysponuje silną reprezentacją parlamentarną, ale jej tożsamość jest coraz bardziej niejednoznaczna, zachowania cechuje populizm, a poważna odpowiedź na pytanie o model kapitalizmu nie pada. W parlamencie mają też reprezentację ugrupowania określające się jako lewicowe. Jednym z tych ugrupowań kieruje komunistyczny aparatczyk z PZPR-u, który rządził później pod sztandarem socjaldemokracji, ale całkowicie zrezygnował z elementarnych postulatów lewicy. Drugim jest osobnik, który neoliberalną samoidentyfikację przemalowuje na „lewicową”, ale koncentruje się na prawach gejów, zwalczaniu Kościoła i legalizacji „miękkich” narkotyków. Trudno oczekiwać, że któraś z tych grup przedstawi wizję reformy polskiego kapitalizmu. Byłaby ona zresztą całkowicie niewiarygodna.
Mamy kłopot.
przez Kacper Leśniewicz | środa 16 stycznia 2013 | Wywiad - kwartalnik, Zima 2012
Zacznijmy od genezy pojęcia społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Dlaczego cenzura okresu bierutowskiego w 1949 r. wprowadziła to pojęcie?
Paweł Załęski: To prawdopodobnie jedna z licznych wówczas manipulacji na języku. Pewne terminy stały się zakazane i takim było m.in. społeczeństwo cywilne – tzn. to, co w terminologii okresu nowoczesności określano sferą prywatnych przedsięwzięć, czyli po prostu wolnym rynkiem. W tamtych czasach określało się go pojęciem społeczeństwa cywilnego i zrozumiałe, że w warunkach scentralizowanej gospodarki socjalistycznej termin ten musiał zostać w jakiś sposób usunięty z tłumaczeń Marksa i Engelsa. Wówczas to wprowadzono określenie „społeczeństwo obywatelskie”, które jest na tyle niesprecyzowane i wieloznaczne, że idealnie pasowało jako narzędzie dezorientowania.
Czy już wtedy to społeczeństwo obywatelskie było przeciwstawione społeczeństwu politycznemu?
Wydaje mi się, że pojęcie społeczeństwa obywatelskiego zostało wprowadzone po to, aby zagmatwać różnicę między społeczeństwem cywilnym a społeczeństwem politycznym, nie żeby ją podkreślać. Później – we współczesnym dyskursie – przerodziło się to w usytuowanie społeczeństwa obywatelskiego między rynkiem a państwem.
Przenieśmy się teraz do połowy lat 70. W swojej książce „Neoliberalizm i społeczeństwo obywatelskie” piszesz o środowisku polskich dysydentów we Francji, w Paryżu. Twoim zdaniem Aleksander Smolar interpretował wtedy pojęcie społeczeństwa obywatelskiego jako niezależnego społeczeństwa politycznego w opozycji do komunistycznego aparatu państwowego.
Udało mi się natrafić na wątek wskazujący, że to Aleksander Smolar jest niejako pierwszą „ofiarą” pomieszania pojęć – wprowadzenia terminu „społeczeństwo obywatelskie” zamiast „społeczeństwo cywilne”. To on zaczyna odnosić je do polskiej opozycji politycznej, i to jeszcze przed czasami „Solidarności”. Jest to istotne, ponieważ z reguły narodziny dyskursu o społeczeństwie obywatelskim wiąże się z „Solidarnością”. Widać jednak wyraźnie, że po pierwsze narodził się on wcześniej, a po drugie, że „Solidarność” – i to jest kolejne odkrycie – w ogóle go nie znała. To jest tylko mit. Zbadałem ówczesną prasę, dokumenty, prześledziłem wszystkie najważniejsze wątki i okazało się, że solidarnościowy dyskurs opierał się na zupełnie innych kategoriach, na innych pojęciach. To wszystko doprowadziło mnie do kolejnego odkrycia, że „społeczeństwo obywatelskie” jest dziełem komunistycznej propagandy. Można powiedzieć, że stanowi szczytowe osiągnięcie nowomowy polskich komunistów.
A jak wyglądał proces przeszczepiania tego pojęcia na nasz grunt?
Koncepcja zaproponowana przez Smolara rozwijała się niezależnie wśród zachodnich intelektualistów, dysydentów czy emigrantów z krajów Europy Wschodniej. Najważniejszymi osobami w tym kontekście, poza samym Smolarem, byli Jacques Rupnik (pochodzący z Czech) oraz Andrew Arato (pochodzący z Węgier). Bardzo wyraźnie widać, że jeśli w tym czasie ktoś z Polski zaczynał pisać o aktywności obywatelskiej i później wyjechał na Zachód, to po powrocie stosował już pojęcie społeczeństwa obywatelskiego.
W takim razie czy można mówić o „Solidarności” jako społeczeństwie obywatelskim?
Członkowie „Solidarności” definiowali się jako samorządna rzeczpospolita. To określenie jest pierwszą ofiarą dyskursu o społeczeństwie obywatelskim.
Samorządna rzeczpospolita ma bardzo wyraźny charakter wspólnotowy i odwołuje się do klasycznych republikańskich idei związanych z poczuciem solidarności. Była to wspólnota obywateli, a głównie wspólnota robotników, bo pierwsza „Solidarność” była przede wszystkim ruchem robotniczym. Później zaczyna się coraz większa ingerencja intelektualistów, a robotnicy zostają w tle rozmów i działań „Solidarności”. Wtedy dochodzi do głosu neoliberalny dyskurs o społeczeństwie obywatelskim, który podkreśla pluralizm, różnorodność – a nie wspólnotowość. To zupełne przeciwieństwo tego, czym była pierwsza „Solidarność”, dlatego wydaje mi się nadużyciem stosowanie terminu „społeczeństwo obywatelskie” w odniesieniu do pierwszej „Solidarności” – to były dwie zupełnie inne jakości pojęciowe i ideowe.
Jakie były dalsze losy pojęcia „społeczeństwo obywatelskie”? Z lektury Twojej książki wynika, że rok 1989 niekoniecznie był przełomem – wprowadzenie tego terminu w gruncie rzeczy miało na celu manipulację, odsunięcie na bok koncepcji społeczeństwa politycznego.
W książce wysnułem tezę o alienacji polityczności, czyli o odsunięciu tejże z życia potocznego. Twierdzi się dzisiaj, że polityka to coś, co dzieje się daleko od nas, a my tak właściwie zajmujemy się czymś zupełnie innym i to nas nie dotyczy. Jest to jednak zaprzeczenie klasycznych podejść do polityki czy do życia politycznego we wspólnocie państwowej, gdzie każdy gest mógł być gestem politycznym. Tak było chociażby w czasach zaborów. Związek sportowy był wówczas organizacją polityczną, ponieważ krzewił polską krzepę – działał właściwie przeciwko zaborcy. Dotyczyło to wielu różnych organizacji w tym czasie. Natomiast działalność propagandy komunistycznej, to, że społeczeństwo obywatelskie pojawiło się w języku generała Jaruzelskiego, związane było właśnie z tym – o czym napisał wówczas Bronisław Geremek – że oto dzisiaj, w 1989 r., mamy możliwość stowarzyszania się, zakładania rozmaitych organizacji, ale myśli o całkowitej demokratyzacji, o pełnym pluralizmie politycznym musimy odsunąć na później. Proszę zwrócić uwagę, że Polska była jedynym krajem, który w okresie transformacji nie dokonał od razu pełni reform politycznych. Zrealizowano głównie reformy gospodarcze, czyli plan Balcerowicza, który nie został wprowadzony na zasadach demokratycznych, gdyż Polska stała się demokratyczną dopiero w 1991 r.
Czy byłoby inaczej, gdyby te reformy polityczne zostały wprowadzone? Czy są może jeszcze inne przyczyny tego, że taki właśnie projekt społeczeństwa obywatelskiego ma się dobrze?
W latach 90. właśnie dzięki temu, że w 1989 r. termin „społeczeństwo obywatelskie” zaczął się pojawiać na łamach „Trybuny Ludu” i pokrewnych czasopism, trafił on do publicznej świadomości. I to na masową skalę. Widać, jak zaczyna on opisywać zjawiska, które wcześniej definiowano wyłącznie jako organizacje społeczne. Stał się ideologiczną przykrywką dla trzeciego sektora, takim pojęciem-kluczem, legitymizującym powstanie i idealizującym działanie tego sektora jako jednego z elementów współczesnych demokracji. Podczas gdy żadne badania nie pokazują, że te organizacje są jakoś szczególnie zaangażowane w procesy polityczne! To, czym się zajmują, to głównie pełnienie funkcji usługodawczych w stosunku do instytucji publicznych. One się zajmują tymi samymi kwestiami, którymi zajmuje się dobrze funkcjonujące państwo opiekuńcze, przede wszystkim takimi jak edukacja, zdrowie czy opieka społeczna.
Opisujesz te organizacje jako neoliberalne hybrydy wolnego rynku i państwa opiekuńczego. W związku z tym nie są one w stanie podjąć działań antysystemowych. Czy możliwe jest odwrócenie tego porządku, tak aby obywatele mogli się rzeczywiście oddolnie i spontanicznie organizować?
Musiałaby nastąpić skonsolidowana ingerencja polityczna ze strony osób zainteresowanych taką zmianą. Takie osoby są zwodzone obecnością organizacji trzeciego sektora po to, żeby nie protestować przeciwko przemianom. Trzeci sektor stanowi bufor bezpieczeństwa pomiędzy obywatelami a państwem, które wycofuje się ze swoich funkcji. Obecnie te organizacje niby coś robią, ale tak właściwie, w porównaniu z tym jak funkcjonowało państwo opiekuńcze, są to działania pozorowane. Mają niesamowity PR, dużo się mówi o ich działaniach, ale faktycznie to wygląda inaczej. Nie korzystają z dorobku państwa opiekuńczego, bo są one przecież w opozycji do państwa – przynajmniej ideowo. Natomiast korzystają z państwowych pieniędzy. W Polsce to najczęściej środki z funduszy europejskich, natomiast w bogatszych państwach zachodu takie organizacje są finansowane bezpośrednio przez instytucje rządowe. Ta sytuacja, moim zdaniem, jest antydemokratycznym atakiem neoliberalnych elit politycznych na państwo opiekuńcze. Pojawienie się trzeciego sektora w jego współczesnej postaci jest związane z postępami neoliberalnych ideologii i neoliberalnych rozwiązań oraz z przemianami politycznymi, społecznymi i gospodarczymi, zmierzającymi do demontażu instytucji państwa opiekuńczego.
Schemat wygląda tak, że organizacje pozarządowe pojawiają się często jako organizacje polityczne. Najbardziej wyraźnie słychać to w dyskursie feministycznym. Organizacje, które mają działać na rzecz praw kobiet, stają się powoli organizacjami usługodawczymi, realizującymi projekty zlecane przez instytucje państwowe, co nazwane zostało przez jedną z niemieckich feministek, Sabine Lang, procesem NGO-izacji. Istnieje realne zagrożenie, że jeżeli nie będzie działań politycznych sprzeciwiających się temu procesowi, to dojdzie do sytuacji, że organizacje te będą musiały się skomercjalizować albo po prostu zniknąć. Te usługi, które obecnie wykonują dzięki pieniądzom z instytucji państwowych, będą wykonywały nadal, lecz na zasadach komercyjnych, czyli trzeba będzie płacić, żeby z nich skorzystać. Ale organizacje trzeciego sektora nie są zainteresowane podważaniem podstaw własnego funkcjonowania. Protest przeciwko zachodzącym zmianom, czyli osłabianiu państwa opiekuńczego, nie może wyjść od nich. Głównym oszustwem dyskursu o społeczeństwie obywatelskim jest zatem sugestia, że organizacje trzeciego sektora reprezentują obywateli. Jest to raczej grupa interesu, która rywalizuje z tradycyjnymi instytucjami państwa opiekuńczego.
W tym kontekście piszesz też w swojej książce o młodych ludziach, których działanie i zaangażowanie jest kanalizowane przez organizacje. Czy jest szansa na wyjście z tego zaklętego koła instytucjonalizacji działań, tak aby pozostały naszymi oddolnymi inicjatywami?
Myślę, że to bardzo trudne. Przeszkodą są ideologiczne klisze, którymi posługują się działacze trzeciego sektora na własny użytek. Takie działanie, o jakim wspomnieliście, jest obce trzeciemu sektorowi. Oni funkcjonują dzięki temu, że realizują odgórnie wyznaczone projekty, które ktoś tam gdzieś podpisuje i akceptuje. Same te organizacje mają niewielką siłę na poziomie oddolnym czy lokalnym. Mam wrażenie, że bardziej dynamiczne i oddolne są inicjatywy na polu ekonomicznym, co objawia się na poziomie rozmaitych rozwiązań o charakterze gospodarczym, które ludzie próbują razem realizować – w formie wymiany barterowej, czyli wzajemnej wymiany usług. Organizacje pozarządowe dostają pieniądze na aktywizację ludzi na poziomie lokalnym, a niestety tłumią tę aktywność. Wchodzą w role reprezentantów biernych osób, stając się aktorami, którzy wyręczają obywateli z możliwości zaangażowania politycznego. Bywa również, że same dość skutecznie tłumią głosy lokalnej społeczności. W związku z tym, ostatnim rozwiązaniem takich projektów jest np. propozycja, aby mieszkańcy i przedstawiciele organizacji pozarządowych spotykali się osobno. Wszystko dlatego, że przedstawiciele organizacji, ze względu na swój większy kapitał kulturowy i dyskursywny, nadają ton całej dyskusji, marginalizując mieszkańców.
Wyobraźmy sobie, że zakładamy stowarzyszenie lub fundację i chcemy działać dla dobra wspólnoty lokalnej. Aby przystąpić do konkursu i zdobyć jakieś finansowanie naszych działań, musimy spełnić odgórne warunki – czyli od początku jesteśmy skazani na wpisanie w format. Tracimy w ten sposób impet oddolnego autentycznego działania.
To jest właśnie wspomniana NGO-izacja. Mamy kilku ludzi, którzy coś robią razem i raptem wpadają na pomysł, żeby zamienić tę nieformalną grupę w stowarzyszenie, sądząc przy okazji, że może zdobędą dzięki temu jakąś dotację. To jest taka spirala wciągająca w system grantowy, która podporządkowuje sobie organizację i czyni ją podwykonawcą usług, którymi kiedyś zajmowało się państwo. Oczywiście są również pozytywne tego aspekty. Podkreślam tylko, że cały ten proces odbywa się pewnym kosztem – kosztem tradycyjnych rozwiązań i instytucji państwa opiekuńczego. W związku z określonymi przemianami, które nazwałem restrukturyzacją systemów opiekuńczych, tracimy coś, co zostało kiedyś wywalczone przez ojców naszych ojców. Te przemiany są związane z kolei z neoliberalnymi politykami, czyli pewnym odgórnym projektem. To, co wygląda jak oddolna aktywność, okazuje się elitarystycznym projektem polityczno-ekonomicznym.
Czyli takie neoliberalne chomąto?
Chomąto jest dla aktywistów i działaczy tych organizacji, natomiast dla osób, które teoretycznie mają być beneficjentami ich działań, tak właściwie jest to redukcja funkcji opiekuńczych. Państwo się wycofuje, zamiast tego wchodzą organizacje trzeciego sektora, które niekoniecznie robią lepiej to, co kiedyś robiło państwo.
W wyniku takiego systemowego działania, państwo w świadomości obywateli jako podmiot mający pełnić określone funkcje nie tyle traci na znaczeniu, co zanika.
Tak, świetnie to ujęliście. Wspomniane organizacje są czymś w rodzaju bufora, który odseparowuje obywatela od źródła politycznych decyzji, czyli od tego, w jaki sposób będą wypełniane obowiązki w zakresie opiekuńczości. Kiedyś szło się do urzędnika, rozmawiało z nim, można było trafić wyżej, a w tej chwili jest ta bariera. Są organizacje, które zajmują się określonym fragmentem rzeczywistości i one umywają ręce od odpowiedzialności za działania, które realizują na rzecz zleceniodawców. Jest to związane z rozmyciem odpowiedzialności politycznej za decyzje, wynikającym z przemian funkcji opiekuńczych państwa. Z horyzontu przeciętnego obywatela giną decydenci odpowiedzialni za konkretne decyzje, w tym rozmontowanie państwa opiekuńczego.
Konsekwencją takiego charakteru trzeciego sektora jest odseparowanie obywateli od polityczności. Nietrudno sobie wyobrazić, jakie mogą być tego skutki. Przestaniemy zwracać uwagę na to, kto, jakie i dlaczego w naszym imieniu podejmuje decyzje, wpływające przecież bezpośrednio na rzeczywistość, w której żyjemy. Jak możemy i czy w ogóle możemy się upolitycznić?
Proces depolityzacji był charakterystyczny zarówno dla nowoczesnego projektu liberalnego, a w tej chwili projekt ponowoczesny neoliberalny stanowi wzmocnienie i przyspieszenie tego zjawiska. Rządy tzw. technokratów są przykładem tego, że to specjaliści decydują za nas o czymś, co powinno być w naszych rękach. Wydaje mi się, że dobrym kierunkiem jest to, że na poziomie lokalnych społeczności władze decydują się na konsultacje społeczne. Wprowadzenie zasady pytania o zdanie obywatela jest ważne dla jakości demokracji. Państwo opiekuńcze w naszym kraju zostało dość mocno zredukowane. Jak wspominałem, zaczęły je zastępować organizacje trzeciego sektora. I tutaj rodzi się pytanie, czy nie powinniśmy wrócić do tego, żeby państwo zracjonalizowało czy ulepszyło proces redystrybucji. Ona się odbywa, ale uprzywilejowane są te grupy, które mają najlepszy dostęp do twardej polityki. Wiadomo, że osoby biedne czy wykluczone tego dostępu nie mają.
Czy to by oznaczało wycofanie się z zasady pomocniczości?
Może rozsądniejsze i bardziej świadome z niej korzystanie. Moja książka została napisana, aby ujawnić pewne mechanizmy i pokazać, że jest tu wiele rzeczy do zrobienia. Organizacje mogą funkcjonować, ale tak, abyśmy wiedzieli, co one robią i za jakie pieniądze, żeby ich działania były bardziej transparentne finansowo. Chodzi też o to, żebyśmy mogli decydować, mieć wpływ na ich aktywność. Ale przejrzystość ich działań jest podstawową barierą.
Ideałem byłoby pewnie wspólne ustalanie, konsultowanie celów polityk publicznych, a później ewentualnie wykorzystanie organizacji pozarządowych do ich realizacji, przy klarowności i jasności sytuacji oraz możliwości kontroli ich działań. Wracając jednak do idei pomocniczości – według Zygmunta Baumana staje się ona nieco karykaturalna, ponieważ polega na cedowaniu, zrzekaniu się odpowiedzialności przez państwo. Być może czeka nas jakiś renesans roli państwa, zwiększenia zakresu jego działalności?
Wydaje mi się, że już najwyższy czas na to. Jesteśmy w takim momencie, w którym coraz donośniejsze stają się głosy krytykujące neoliberalne oczywistości lat 90. Sądzę też, że mamy szansę zacząć dyskusję na temat roli państwa: czym to państwo dla nas jest, jakie role powinno spełniać, czy to, co robi w tej chwili, robi właściwie. Z punktu widzenia systemów opiekuńczych najważniejszą funkcją państwa jest redystrybucja zasobów od bogatych do biednych. Natomiast w tej chwili, dzięki neoliberalnej ofensywie, pieniądze trafiają na pomoc bankom, dużym, upadającym instytucjom, a budżet opieki społecznej czy szkolnictwa podstawowego jest ograniczany. To zasługa potężnego lobby gospodarczego, elit ekonomicznych, które dążą do korzystnej dla siebie redystrybucji zasobów. Szersza dyskusja na ten temat mogłaby usprawnić i zdemokratyzować decyzje polityczne. Ale jesteśmy w dość trudnym momencie, gdy język neoliberalnych oczywistości zdominował nasze myślenie i wszelkie socjaldemokratyczne rozwiązania stygmatyzuje się jako komunizm.
Dziękujemy za rozmowę.