przez Krzysztof Mroczkowski | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Zapnijcie pasy i złapcie za czapki – mówią nam eksperci – do Polski nadchodzi szalejący europejski kryzys. Z tym należy się zgodzić: kolejne kwartały będą pokazywały coraz gorsze wskaźniki makroekonomiczne. Wkrótce i u nas aktualny stanie się bon mot, iż „lepsze jutro było wczoraj”. Ten ahistoryczny pogląd będzie trzeba wypalać żywym ogniem w roku 2013, kiedy to podstawowe usługi publiczne, szczególnie na prowincji, padną ofiarą zmasowanej presji narracji spod znaku „koniecznych wyrzeczeń”. Jeżeli jednak nie mamy przestać wierzyć w lepsze jutro, powinniśmy już dziś mieć w głowie jego wyobrażenie – postęp nie jest bowiem replikacją przeszłości.
Jak powinniśmy mierzyć rozwój? Czy bezduszny ekonomizm nie odbiera znaczenia takim dobrom jak czas wolny lub rozwój kulturalny jednostki? Kiedy możemy naprawdę powiedzieć, że podążamy drogą rozwoju?
Nie od dziś wiadomo, iż współczynnik PKB może być bardzo niedoskonałym wyznacznikiem rozwoju i jakości życia. Warto pamiętać, że podczas ostatniego „boomu” gospodarczego (ok. 2006–2007), przy bardzo wysokim wzroście gospodarczym, wyemigrowało z Polski około miliona osób. Papierowe Eldorado miało dla polskich emigrantów mniejszy urok niż niepewne perspektywy życia za granicą. Nic dziwnego, bowiem wiele z tej przyrosłej „wartości” nierzadko było wartością jedynie papierową, np. drożejących mieszkań. Poza światem instytucji finansowych i przywódców państw nie jest wielkim odkryciem stwierdzenie, że postęp, który dokonuje się w czasie (np. dekady albo tysiąclecia), nie powinien być mierzony monetarnie, lecz materialnie. To nie liczba złotówek czyni nasz kraj bogatszym w porównaniu do czasów Bolesława Chrobrego. Sprawia to ilość i jakość fizycznych dóbr, które potrafiliśmy stworzyć i obrócić na nasz użytek.
Skojarzenie rozwoju z poziomem produkcji jest więc już dobrym wstępem do dyskusji, choć niezupełnie wystarczającym. Całkowicie materialne ujęcie owego postępu nie czyni zadość niezwykle ważnej kategorii „opanowania ognia”, czyli powiększania dostępu oraz tworzenia nowych źródeł energii, kluczowych dla masowej produkcji dóbr fizycznych. Wskazanie na ten niematerialny postęp i jego źródła, leżące w innowacyjnej działalności człowieka, pozwala wyodrębnić to, co jeszcze bardziej niż wysokie wieżowce i odbiorniki telewizyjne tworzy przepaść między nami a naszymi praszczurami sprzed milenium. Tym czymś jest wiedza. Bez jej kreowania i kumulacji nie byłoby mowy o rozwoju, bowiem postęp cywilizacyjny, zarówno gospodarczy, jak i społeczny, jest funkcją umiejętności tworzenia i wykorzystania kapitału intelektualnego. W procesie kreowania bogactwa to właśnie zastosowanie nowych rozwiązań, wynalazków i usprawnień zwiększa ilościowo i jakościowo pole dostępnych dóbr i usług.
Antyrozwojowy model stosunków przemysłowych (kapitału i pracy), będący pokłosiem niezrozumienia źródeł postępu, prowadzi do wynaturzeń i wyzysku. To z kolei służy do pochopnego podważenia tezy, zgodnie z którą źródłem polepszenia jakości życia populacji jest poprawa produktywności pracy. Oczywiście, możliwe jest czasowe „rozjechanie się” poprawy produktywności pracy, osiąganej dzięki ludzkiej innowacyjności, z poprawą jakości życia. Możliwy jest również czasowy wzrost jakości życia większości populacji dzięki odebraniu i konsumowaniu „nadwyżki”, będącej wcześniej w posiadaniu niewielkiej warstwy superbogaczy. Niemniej w dłuższym okresie niemożliwy jest stały wzrost jakości życia w warunkach kurczącej się lub nierozwojowej gospodarki. Chodzi tu zarówno o szybszy przyrost fizycznych dóbr na głowę, jak i o towarzyszące temu przyrost i ujarzmianie energii.
W gruncie rzeczy jednak najważniejszy jest inny argument. Otóż jeżeli przyjmiemy, że źródłem postępu są twórcze zdolności człowieka, skutkujące rozwojem naukowo-technicznym, wówczas polepszanie warunków życia ludzi jest skutkiem oraz przyczyną tegoż postępu. W coraz to bardziej ludzkich, oderwanych od materialnych trosk warunkach życia powstaje miejsce dla kształtowania się twórczych możliwości człowieka. Zatem pytanie o sens wysokopłatnego parytetu płac, zmniejszania wymiaru czasu uciążliwej pracy czy dotowania działalności kulturalnej i oświatowej wydaje się być zbędne. Poprawa wydajności pracy i lepsze warunki życia idą w parze, powiązane w przyczynowo-skutkowym splocie z ludzkim impulsem twórczym.
Natrafiamy w tym miejscu na kolejne zagadnienie, którego nie można przemilczeć. Skoro ludzkość zdolna jest – dzięki rozwijaniu indywidualnych potencjałów i rozprzestrzenianiu wiedzy na coraz większą liczbę osób – do powiększania „systemu”, w którym żyje, logiczna wydaje się możliwość zużywania zasobów w zbyt szybkim tempie. Na problem ten zwrócili uwagę 40 lat temu D. i D. Meadowsowie w swoim raporcie dla Klubu Rzymskiego, zatytułowanym „Granice wzrostu”. Raport wywołał alarm swoimi przewidywaniami, że połączone trendy zużywania zasobów, wzrostu populacji i zanieczyszczeń doprowadzą do radykalnego pogorszenia warunków życia. Prognozy nie sprawdziły się jednak. Do roku 2012 świat miał wyczerpać 12 z 19 substancji, które badali Meadowsowie, w tym m.in. aluminium, ropę, gaz ziemny, srebro, cynk, molibden, miedź i ołów. Jak wskazał autor artykułu w magazynie „Foreign Affairs”, ilość zasobów, które będzie można wytworzyć dzięki ludzkiej pomysłowości [inegnuity], daleko przewyższa wymagania ludzkiej konsumpcji1.
Mimo iż powyższy przykład dowodzi, że czasowe granice wzrostu są przekraczalne, zignorowanie możliwości pojawienia się wielkich zagrożeń byłoby nierozsądne. Skala globalnej aktywności gospodarczej wymaga stałego monitoringu zachodzących procesów oraz ingerowania w nie. Rozwój bowiem, jeżeli daje się go jakkolwiek zdefiniować, powinien być mierzony jako zapewnienie długookresowej zdolności poprawy warunków życia, towarzyszącej zwiększaniu potencjału wiedzy i materialnych instrumentów potrzebnych do przeżycia. Pytanie więc brzmi: czy nauka jest dziś przygotowana do podołania wyzwaniom rysującym się na horyzoncie? Przy całym optymizmie należy przyznać, że jest wiele do zrobienia w tej kwestii.
Niektóre pożądane kierunki zmian są oczywiste i nie wymagają wielkiego podniesienia poziomu obecnej wiedzy. U progu XXI wieku przychodzi nam się zmagać z kryzysem dezindustrializacji i rosnącego rozwarstwienia społecznego. Inteligentne zarządzanie może poradzić sobie ze skutkami tego stanu rzeczy poprzez regulację systemu finansowego i politykę gospodarczą zainteresowaną gospodarką sfery realnej. Jednak realizacja ambitniejszych, moralnie i ekonomicznie koniecznych, globalnych wyzwań, takich jak dynamiczny rozwój krajów zapóźnionych, jest niezwykle odległa. Podjęcie takich projektów, służących całej światowej społeczności, opartych na rozpowszechnieniu wiedzy i techniki w krajach o niskim poziomie rozwoju oraz rozbudowie globalnego potencjału twórczego, wymaga wizji, instrumentów i narzędzi, których współczesnej nauce brakuje.
Współczesna ekonomia znalazła się w ślepej uliczce, ograniczona narzuconymi sobie dogmatami. Brak w niej interdyscyplinarności i odwołań do rzeczywistego świata, z jego uwarunkowaniami społecznymi i politycznymi. Oparta jest na sztucznych matematycznych modelach, do których na siłę dopasowywane są realia empiryczne, zaś jej celem jest nie rozwojowa zmiana, lecz znalezienie się w upragnionym statycznym punkcie optimum.
Bez uporania się z przyczynami błędnego myślenia ekonomicznego, skuteczna walka z efektami kryzysu nie może mieć miejsca. Twórczy aspekt rozwoju został w dzisiejszych czasach całkowicie utracony w nierozumnym formalizmie modeli. Jest to efekt politycznego triumfu neoliberalizmu. Pod maską nauki społecznej narzuca on swój regresywny ogląd świata, w którego centrum jest egoistyczna jednostka. Wytyczone ściśle i sztucznie ramy działania ekonomistów nie zostawiają miejsca na rozwój. Jak stwierdziła grupa krytycznych ekonomistów, przyczynę ostatniej katastrofy tej dyscypliny, którą było nieprzewidzenie kryzysu, stanowiło skupienie się na modelach zaprojektowanych tak, aby ignorować kluczowe elementy wpływające na rzeczywisty rynek2.
Dzisiejsze nauki ekonomiczne zmniejszają liczbę palących problemów, „rozwiązując” je poprzez nieuznanie ich istnienia. Według ortodoksyjnej teorii bank centralny powinien być w pełni niezależny (od społeczeństwa), aby nie być użytym do pobudzania wzrostu, lecz jedynie zajmować się obroną świętej stabilności cen, co faworyzuje rentierów i kredytodawców.
Dla bezrobotnych zaś wielkim pokrzepieniem musi być fakt, iż w dominującym obecnie w pracach ekonomistów (i uznanym za wielkie osiągnięcie) modelu DSGE bezrobocie jest zawsze dobrowolnym wyborem bezrobotnego. Ten sam model w swojej standardowej wersji nie zakłada w ogóle istnienia sektora finansowego i banków. Krytykujący dominujące „mądrości” ekonomista Philip Arestis zwraca uwagę: musimy uwzględniać banki, musimy uwzględniać fakt istnienia pieniądza3.Dlaczego?
Dobitnie pokazuje to głośna dysputa Paula Krugmana z kwestionującym obecny paradygmat Stevem Keenem. Krugman, mimo swej krytyki polityki cięć oszczędnościowych, bronił standardowego modelu neoklasycznego, w ostateczności posuwając się do kompromitującego stwierdzenia, iż brak uwzględnienia przez modele faktu istnienia banków i sektora finansowego nie ma żadnego znaczenia. Otóż ma ogromne znaczenie i pozwala wyjaśnić rzekome „paradoksy”, z którymi nie potrafi sobie poradzić neoklasyczna ekonomia, tłumacząc niedociągnięcia „szokami zewnętrznymi”, czynnikami behawioralnymi, brakiem zaufania rynków itd. Według owej neoklasycznej, mainstreamowej teorii ekonomicznej, obniżka stóp procentowych i luzowanie ilościowe (QE), czyli zwiększenie tworzenia pieniądza przez bank centralny, powinny skutkować ożywieniem gospodarczym i inflacją. Tymczasem mamy do czynienia z gospodarczą stagnacją i co najwyżej inflacją na spekulacyjnych rynkach giełd towarowych. Wyjaśnienie jest proste: to rezultat polityki banków komercyjnych, pośredniczących i – mówiąc w wielkim uproszczeniu – współemitujących pieniądz, a także instytucji finansowych, posiadających wielkie ilości prywatnych zobowiązań (długu, derywat).
Dopiero takie postawienie sprawy pozwala pójść krok dalej w analizie ekonomicznej i prześledzić przepływy nowo powstającego pieniądza, kredytu i długu. Wtedy zrozumiałe stanie się, dlaczego usilnie promowana jest fałszywa narracja zbyt wielkiego długu publicznego. Okaże się, iż tak naprawdę to długi prywatne, spekulacyjne piramidy finansowe poza wszelką kontrolą państwa, wysysają kreację pieniądza na potrzeby finansowania obsługi tego gigantycznego, wirtualnego kasyna.
Ten obraz jest jednak starannie ukryty i niewidoczny w mainstreamowej ekonomii. Dzieje się tak, ponieważ konstruowane modele są w istocie ekstrapolacją zachowań gospodarczych w mikroskali na skalę makro. Bazą do rozważań o gospodarce jest wobec tego jeden wymyślony neoklasyczny homo economicus i jego zachowania. Do jak wielkich pomyłek prowadzi to założenie, pokazały nam ostatnie lata eksperymentów z cięciami budżetowymi.
Niczym innym niż fatalnym błędem jest porównanie budżetu gospodarstwa domowego i państwa. Całość (państwo) nie ma tych samych właściwości co jego części, jest też czymś innym niż ich sumą (gdyż suma racjonalnych decyzji jednostek niekoniecznie przekłada się na optymalny stan gospodarki4). Dlatego gdy dla gospodarstwa domowego oszczędzanie jest często dobrą strategią, państwo może wydawać więcej, dla maksymalizacji potencjału rozwojowego, stymulacji gospodarki i utrzymania zatrudnienia.
Niestety neoliberalne recepty cięć budżetowych znalazły wygodną „podkładkę”, jaką były przeczące wielu innym badania pary Alesina & Ardagna z 2009 roku, sugerujące dobroczynne skutki cięć oszczędnościowych. Po pewnym czasie tendencyjny dobór danych stał się oczywisty5, nawet dla narzucającego pakiety „reform” Międzynarodowego Funduszu Walutowego, jednak przysłowiowe mleko już się rozlało, zaś pseudonaukowy mit, mimo swej niewiarygodności, został wykorzystany ku większej chwale spekulantów, przejmujących za bezcen wyprzedawany grecki majątek.
Dobór danych pod tezę jest, według zajmującego się szczegółową analizą badań prof. Toma D. Stanleya, plagą aż 70% publikacji. Co smutne, acz mało zaskakujące, to fakt, iż bardziej prestiżowe czasopisma są jednocześnie bardziej tendencyjne. Konsensus, jak zauważył zespół Stanleya, znacząco zmniejsza wartość merytoryczną i dokładność badań. Poddał on analizie m.in. dostępne badania na temat wpływu płacy minimalnej na liczbę zatrudnionych. Po ponownym ich przetworzeniu okazało się, iż wzrost płacy minimalnej ma zerowy lub statystycznie nieistotny wpływ na liczbę zatrudnionych.
Istnienia modeli ekonomicznych w takiej formie jak dzisiaj nie da się wytłumaczyć pozytywnymi rekomendacjami dla praktyków polityki gospodarczej, gdyż ich użyteczność jest po prostu niska. Tym trudniej bronić pozytywnego dydaktycznego wpływu modelowania na myślenie młodych ekonomistów. Jak zauważył prof. Jan Toporowski, na pytanie o trudności, jakie ma dziś przed sobą ekonomia, studenci pierwszego roku opowiadają o walce z biedą, kwestii wzrostu, czasami wymieniają deficyt. Studenci trzeciego roku wcale nie wspominają o tych kwestiach. Nauczanie i rozumienie ekonomii kuleje, w czego następstwie gospodarka zmierza ku recesji.
Jak wskazują krytycy, stary model, powielany m.in. w uznanych przez młodych ekonomistów za święte podręcznikach Paula Samuelsona6, zakłada, iż wartość sumy czynników włożonych w produkcję jest tożsama z wartością gotowego produktu. Tym samym w procesie gospodarczym wartość nie jest tworzona (co najwyżej odkrywana), gdyż to, co powstanie, równe jest temu, co już jest. Ten pozornie logiczny nonsens pozwala lansować niemające wiele wspólnego z rzeczywistością ricardiańskie założenie, iż wyższe płace robotnika muszą oznaczać niższy zysk. Ekonomia w tym modelu jest statyczna, nic więc dziwnego, że oparta na niej polityka gospodarcza przynosi stagnację. Jak stwierdził ekonomista Frank Hahn, Często zastanawiam się, czy inne dyscypliny też tak mocno cierpią przez autorów podręczników7. Konieczna jest alternatywa wobec neoliberalnej ortodoksji, szkodzącej nie tylko swej dyscyplinie, ale i całemu społeczeństwu.
Tak jak odpowiedzią na wywody Samuelsona jest znacznie lepszy podręcznik Davida Colandera8, tak też odpowiedzią na fakt, iż ani klasycy, ani neoklasycy, ani keynesiści nie poradzili sobie z dochodem i zyskiem9, jest zintegrowane podejście do kredytu, pieniądza, dochodu, produkcji i bogactwa z prac Godleya i Lavoie’a10. Skonstruowany przez nich i ich naśladowców model typu stock-flow znacznie lepiej odzwierciadla rzeczywistość i wskazuje m.in., że w przeciwieństwie do każdego modelu klasycznego zyski nie zawsze wracają do gospodarstw domowych, zaś oszczędności nie są równe inwestycjom. Wprowadzenie tych urealniających zmian całkowicie zmienia obraz sytuacji. Jak wskazuje w swej książce „Nikt tego nie przewidział?”11 jeden z czołowych ekonomistów nowego nurtu, Dirk Bezemer, przed kryzysem ostrzegała grupa ekonomistów pokazujących rzeczywiste przepływy (flow of funds) w gospodarce i finansach. Jednym z nich był Michael Hudson, który jeszcze przed kryzysemwskazywał, że pomimo pęczniejących bilansów „realna gospodarka” ugnie się pod ciężarem bańki prywatnych długów, odciągającej kredyt od inwestycji w kapitał wytwórczy. Mimo to zamykający oczy i zatykający uszy wpływowi ekonomiści głównego nurtu i finansiści twierdzą, iż „nikt tego nie przewidział”.
Jednocześnie mamy do czynienia z reinterpretacją kryzysu na neoliberalną modłę i brak jakiejkolwiek refleksji nad przyczynami porażki ekonomii głównego nurtu, gdzie wciąż w modzie jest zamaskowane skomplikowaną matematyką wyszukiwanie korelacji w ramach nierealistycznych modeli. Narzędzia pracy ekonomisty zamiast ułatwiać, uniemożliwiają mu jej wykonywanie. Warto zauważyć, że podobnie nierealistyczne, statyczne podejście byłoby nie do przyjęcia w łatwiej namacalnych co do swych efektów naukach o zarządzaniu. Trudno wyobrazić sobie firmę, która przez kolejne dekady byłaby zarządzana przy założeniach rynku jako „gry o sumie zerowej”, bez możliwości wzrostu, zmiany, innowacji. Nieprzypadkowo uważana za wzór dobrej szkoły menedżerów Harvard Business School została założona przez protegowanego Gustava Schmollera, ekonomisty z niemieckiego nurtu szkoły historycznej. Do dziś działa ona w oparciu o koncepcje tej szkoły, znacznie lepiej rozumiejącej gospodarczą rzeczywistość i procesy wzrostu. Inna prestiżowa szkoła biznesu – Wharton Business School – została założona przez Josepha Whartona, ucznia Henry’ego Careya, wybitnego ekonomisty promującego interwencjonizm państwowy12.
Aby ekonomia głównego nurtu również zdawała test nauki o skutecznym działaniu, musi, po ucieczce z ciasnego więzienia swych założeń, zacząć mierzyć się z realnymi problemami. To oznacza wymyślanie na nowo rozwoju, podobnie jak robili to myśliciele w poprzednich epokach, umiejętnie korzystając z nowo dostępnych narzędzi (matematycznych, cybernetycznych) podporządkowanych osiągnięciu wytyczonej przez myśl ścieżki rozwoju.
Po pierwsze globalizacja procesów gospodarczych, społecznych, światowy wymiar regionalnych zmian demograficznych, klimatycznych, kulturowych etc. wskazują na potrzebę zdecydowanie bardziej interdyscyplinarnego podejścia naukowego. Tym samym ekonomista nie może ignorować tych aspektów kultury, nauk społecznych i przyrodniczych, które wpływają nawet bardzo pośrednio na jakość życia społeczeństwa. Nie może abstrahować od kwestii struktury społecznej i z niej wypływającej siły politycznej i ekonomicznej. Musi również umieć używać narzędzi programowania wizyjnego, pozwalającego przewidywać możliwość wystąpienia w dalekiej przyszłości „ubocznych” i nieoczywistych efektów i sprzężeń zwrotnych procesów dziejących się dziś i w przeszłości. Przykładowo musi umieć ocenić efekty (pozytywne, negatywne, neutralne) wprowadzenia danej technologii na np. zdrowie. Rodząca się obecnie complexity economics jest zalążkiem takiej koniecznej naukowej „infrastruktury” planowania strategicznego.
Po drugie niezwykle ważny jest powrót do ekonomii metafor biologicznych, podkreślających zmienność, ewolucyjność i złożoność procesów gospodarczych. Aby uczynić zadość chęci wymyślania nowej drogi rozwoju, przedmiotem rozważań w miejscu myślenia statycznego musi być zatem dynamika. W klasycznej teorii ekonomii wartość powstaje dzięki akumulacji kapitału. Jak zauważył w latach 50. profesor Uniwersytetu Stanforda, Moses Abramowitz, czynnik ten można w wyliczeniach określić na jedynie ok. 10–15% wpływu na powstanie nowej wartości, zaś resztę (85–90%) jako miarę niewiedzy ekonomistów13. Istnieje jednak grupa ekonomistów (m.in. Carlota Perez, W. Drechsler, R. Nelson i wielu innych), którzy znacząco zmniejszają tę miarę, studiując ewolucję gospodarki i jej wchodzenie w nowe fazy rozwoju. Dzięki ich pracy nasze pojęcie o tym „nieznanym” czynniku, czyli ludzkiej kreatywności, nie jest zlepkiem ogólnie słusznych stwierdzeń, lecz rygorystyczną, naukową podstawą do świadomego wchodzenia na nowy poziom rozwoju, swoistym przewodnikiem po naturze zmian paradygmatów technologiczno-gospodarczych.
Studia te rozwijają się w nowy kierunek14, zwany technology governance, świadomie integrujący historię myśli ekonomicznej, makroekonomię, zarządzanie na poziomie wdrożeń innowacji do biznesu, ekonomię ewolucyjną i narodowe systemy innowacji. Właśnie ten aspekt, czyli zarządzanie wiedzą i techniką, aby dokonać jakościowych, systemowych przeobrażeń gospodarki jako całości, wydaje się być, oprócz kompleksowego gospodarczego programowania wizyjnego, przyszłością nauki o rozwoju, a zatem (z jego natury) o wymyślaniu rozwoju na nowo.
Oczywiście dziś, gdy wciąż dyskutowana jest kwestia wdrożenia lub wycofania polityki rażąco głupich cięć oszczędnościowych, kurczących gospodarkę, wspomniane wyżej kierunki zdają się być pieśnią odległej przyszłości. Mimo wszystko są powody do umiarkowanego optymizmu. W ostatnich latach internet zaczął obfitować w strony i blogi poświęcone alternatywom dla dzisiejszej ekonomii. Są niejednokrotnie prowadzone przez ekonomistów (często uznanych), których niezwykła aktywność i rozpierająca energia nie mogą być wytłumaczone tylko ambicjami środowiskowymi i chęcią udowodnienia swojej racji. Można je wytłumaczyć jedynie głębokim, mającym mocne naukowe podstawy, przekonaniem o możliwości zmiany ekonomii, a za jej pomocą świata i warunków życia oraz przyszłości miliardów ludzi. Choć stara ekonomia jeszcze się trzyma, to nowa już bardzo mocno napiera wzbierającym entuzjazmem jej zwolenników. Zupełnie świadoma, z jak słabym i fałszywym przeciwnikiem ma do czynienia – nie odpuści.
Krzysztof Mroczkowski
Przypisy:
- Bjorn Lomborg, Environmental Alarmism, Then And Now. The Club of Rome’s Problem – and Ours, „Foreign Affairs” July-August 2012, ss. 24–40.
- David Colander et al. The Financial Crisis and the Systemic Failure of Academic Economics, „Kiel Working Paper” 1489, February 2009, s. 1.
- Interventions. 17 Interviews with Unconventional Economists (2004–2012), Metropolis Verlag 2012, s. 16.
- Jest to tzw. błąd kompozycji (fallacy of composition): Charles P. Kindleberger, Manias, Panics, and Crashes: A History of Financial Crises (2nd Ed.), London 1989, s. 243.
- Sebastian Dullien, Is new always better than old? On the treatment of fiscal policy in Keynesian models, „Review of Keynesian Economics”, Autumn 2012, London s. 16.
- „PKB może być mierzone w dwojaki sposób: (1) jako produkty końcowe albo (2) jako suma kosztów ich produkcji. Obie metody wyniosą dokładnie ten sam łączny PKB” (Samuelson and Nordhaus 1998, p. 392) cytowany w: Egmont Kakarot-Handtke, The Common Error of Common Sense: An Essential Rectification of the Accounting Approach, „Levy Economics Institute Working Paper” No. 731, 2012, s. 11.
- E. Kakarot-Handtke, op. cit.
- Podręczniki Davida Colandera:Economics, a także Microeconomics oraz Macroeconomics, wydawane przez dom wydawniczy McGraw-Hill, tworzą przeciwwagę dla trwającej dziesiątki lat dominacji podręczników Samuelsona. Ich autor w 2010 r. stanął przed Kongresem i w szeroko komentowanym wystąpieniu wypunktował błędy ekonomii głównego nurtu i ich wpływ na kryzys.
- E. Kakarot-Handtke, op. cit.
- Wynne Godley and Marc Lavoie, Fiscal Policy in a Stock-Flow Consistent (SFC) Model, 2007.
- Dirk J. Bezemer, „No One Saw This Coming”: Understanding Financial Crisis Through Accounting Models, 2009.
- Daniel A. Wren and David D. Van Fleet, History in Schools of Business [w:] Jeremy Attack (ed.) Business and Economic History, Second Series, Volume Twelve, 1983, ss. 29–36.
- Moses Abramovitz, Resource and Output Trends in the United States Since 1870, „The American Economic Review” Vol. 46, No. 2, Papers and Proceedings of the Sixty-eighth Annual Meeting of the American Economic Association (May, 1956), ss. 5–23.
- Zarówno jako nurt poszukiwań naukowych, jak i program nauczania, czego przykładem są nowoczesne studia magisterskie Technology Governance na Tallińskim Uniwersytecie Technicznym, prowadzone przez wielu naukowców czołowych w swych dziedzinach.
przez Katarzyna Machnik | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Chiny to dla większości ludzi ponury, komunistyczny moloch z twarzą Mao Zedonga i masami robotniczo-chłopskimi na placu Tiananmen, z „Czerwoną książeczką” w dłoniach. Ze świętoszkowatym współczuciem wypowiadamy się o 10-letnich dzieciach zmuszanych do pracy w fabrykach zabawek, drobnej elektroniki czy plastikowych gadżetów. Z pogardą i poczuciem wyższości debatujemy o Chinach jako komunistycznej fabryce świata, kraju robotników potulnie pracujących za „miskę ryżu”. Ten stereotypowy obraz niekoniecznie odpowiada rzeczywistości. Olbrzymia populacja robotników, ponad 160 mln osób, w tym migrujących z biedniejszych, centralnych i zachodnich prowincji, jest od wielu lat siłą napędową chińskiej gospodarki. Po latach pracy za nędzne stawki zaczynają oni jednak walczyć o swoje prawa i dostrzegać własną zbiorową siłę.
Niekończący się strumień chińskiej taniej siły roboczej to mit nieaktualny od jakiegoś czasu. Ten strumień powoli wysycha, co jest szczególnie dotkliwe dla fabryk z miast południowo-wschodniego wybrzeża, zwłaszcza z olbrzymich ośrodków przemysłowych w delcie Rzeki Perłowej. Siła i bogactwo tego regionu opierają się na pracownikach napływowych, którzy jednak coraz rzadziej decydują się migrować kilkanaście tysięcy kilometrów w poszukiwaniu pracy w tamtejszych fabrykach.
W ostatniej dekadzie uległ też zmianom model zatrudnienia w Chinach. Szacuje się, że po pierwszej fali kryzysu w latach 2008–2009 pracę straciło ponad 20 mln (tj. ok. 15%) robotników, głównie przyjezdnych z prowincji centralnych. Z kolei rok później w rejonie delty Rzeki Perłowej notowano niedobór siły roboczej – wszystko przez to, że wielu robotników znalazło pracę bliżej swojego miejsca zameldowania i nie musiało przemieszczać się na południe. Jak podaje Chińskie Biuro Statystyczne, w 2010 r. łączna liczba migrantów zarobkowych z terenów wiejskich wynosiła 242 mln osób, z czego 153 mln pracowały w miejscu innym niż wskazane w dokumentach meldunkowych, a ponad 1/3 (89 mln) w pobliżu miejsca zameldowania. Według najnowszych danych Chińskiego Biura Statystycznego coraz mniej osób decyduje się na opuszczenie rodzinnego miasta czy wsi w poszukiwaniu pracy. Miasta przemysłowe bogatego Południa Chin, takie jak Kanton, Shenzhen czy Foshan, coraz częściej mają problemy ze znalezieniem odpowiedniej liczby rąk do pracy.
Nowe pokolenie
Od pewnego czasu wydaje się, że powoli, lecz stale na chińskim rynku pracy na znaczeniu zyskują wola i siła pracowników najemnych. Protesty robotników, które odbywają się coraz częściej, począwszy od 2000 r., były i są organizowane przez dwie główne grupy. Pierwsza to pracownicy mający duży staż w państwowych zakładach produkcyjnych, zwolnieni po ich prywatyzacji. Do drugiej należą napływowi robotnicy zasilający coraz liczniej powstające prywatne przedsiębiorstwa.
Pod koniec pierwszej dekady XXI w. zaszły znaczące zmiany w strukturze drugiej ze wspomnianych grup. Pojawiła się tzw. nowa generacja migrantów ze wsi. To ludzie urodzeni w późnych latach 80. i w latach 90., których mentalność i przekonania są całkowicie różne od poprzedniej generacji tej grupy społeczno-zawodowej. Z „Raportu dotyczącego migrantów zarobkowych z terenów wiejskich w 2009 roku” wynika, że stanowią oni ponad 60% pracujących migrantów. Z kolei raport opublikowany rok później przez Chińską Akademię Nauk informuje, że są to ludzie dobrze wykształceni (najczęściej legitymujący się dyplomem gimnazjum czy liceum), z biegłą znajomością obsługi Internetu i urządzeń mobilnych, mający wysokie aspiracje i dużo większą niż poprzednie pokolenie pewność siebie.
Sprawne posługiwanie się nowymi technologiami pozwala im także organizować protesty, jak to miało miejsce np. podczas strajku w zakładach Nankai Honda. Niedługo po tym, jak w tej fabryce w maju 2010 r. wybuchł bunt, robotnicy założyli specjalną grupę w serwisie QQ (bardzo popularny w Chinach komunikator internetowy). Na bieżąco informowali o przebiegu strajku, kontaktowali się z prawnikami i organizacjami społecznymi, udzielającymi im wsparcia.
Młode pokolenie nie godzi się na niesprawiedliwe traktowanie, wykorzystywanie lub próby oszustw ze strony pracodawcy – inaczej niż wcześniejsze pokolenie, otwarcie broni swoich praw. Młodzi robotnicy nie są już potulni i gotowi pracować za jakiekolwiek pieniądze w byle jakich warunkach. Domagają się czasu wolnego, perspektyw rozwoju, nie zgadzają się na pracę w godzinach nadliczbowych. W większości są świadomi ryzyka i niebezpieczeństwa wiążącego się z pracą w fabryce, w kwestii bhp są dużo bardziej wymagający niż pokolenie ich rodziców. Chcą rozwijać swoje umiejętności, kształcić się i zakładać rodziny w mieście – ok. 90% z nich nie planuje powrotu na wieś, gdzie mogą pracować jedynie na roli. Unikają zakładów, gdzie płace i warunki pracy są dla nich nieodpowiednie, gdzie nie oferuje im się podstawowych świadczeń (darmowe zakwaterowanie, wyżywienie, ubezpieczenie od wypadków przy pracy).
Według danych zgromadzonych przez badaczy z Chińskiej Akademii Nauk swoista zmiana pokoleniowa w chińskich zakładach produkcyjnych ma też przemożny wpływ na rozwój i obecny kształt ruchów robotniczych w Chinach (patrz tabela 1).
Tabela 1. Charakterystyka tzw. nowego pokolenia migrantów zarobkowych
| Dane dot. nowego pokolenia migrantów |
Wpływ na podejście do pracy |
| 29% migrantów ukończyło szkołę średnią |
Większa świadomość praw pracowniczych i obowiązków pracodawcy |
| 47% regularnie korzysta z Internetu |
Łatwiejsza i bardziej efektywna komunikacja |
| 45% pracuje w sektorze wytwórczym |
Sektor wytwórczy jest gałęzią przemysłu najbardziej narażoną na strajki i protesty |
| 45% jest niezadowolonych ze swoich dochodów |
Żądania wyższych płac |
| Wyższe zapotrzebowanie na dobra konsumpcyjne |
Żądania wyższych płac |
| 45% nie planuje powrotu na wieś |
Decyzja o pozostaniu w mieście |
| 90% niezaangażowanych w produkcję rolną planuje pracować wyłącznie w mieście |
Większość migrantów nie ma żadnej wiedzy dot. pracy w rolnictwie |
Opracowanie: za China Labour Bulletin, marzec 2012.
Młode pokolenie robotników najemnych, migrantów z zachodnich i centralnych prowincji, ożywiło, wcześniej praktycznie nieaktywny, ruch robotniczy w Chinach. Dzięki przedstawicielom „nowej generacji migrantów” robotnicy stali się bardziej pewni siebie i swoich racji. Co prawda protesty w poszczególnych zakładach raczej nie przeradzają się w większe wydarzenia, nie dokonały też póki co konsolidacji robotników w organizacjach większych niż zakładowe, można jednak mówić o całkowitej zmianie sposobu myślenia i działania tej grupy społecznej.
Na korzyść pracowników działają też procesy demograficzne, będące efektem chińskiej polityki jednego dziecka. Coraz mniej młodych ludzi decyduje się na wyjazd za pracą do prowincji oddalonych o tysiące kilometrów. Poza tym jedynacy wychowani jako „mali cesarzowie”, przekonani o własnej wysokiej wartości, często mierzą wyżej niż dożywotnia praca przy taśmie montażowej. Jeśli tylko wykształcenie pozwala im na zatrudnienie w usługach lub handlu, korzystają z okazji, nierzadko rzucając posadę w fabryce z dnia na dzień. Gdy zaś decydują się na pracę w fabryce, to często liczą na ofertę konkretnej „ścieżki kariery”.
Cai Fang, ekonomista i demograf, dyrektor Instytutu Badań nad Ekonomiką Pracy przy Chińskiej Akademii Nauk Społecznych, uważa, że Chiny zbliżają się nieubłaganie do lewisowskiego punktu zwrotnego – pozornie niewyczerpalne zasoby taniej siły roboczej z terenów wiejskich zaczynają się gwałtownie kurczyć. Co za tym idzie, robotnicy będą domagać się dużo wyższych wynagrodzeń, a kraj będzie zmierzał ku bardziej rozwiniętej formie gospodarki niż tylko opartej na przemyśle wytwórczym. W raporcie przygotowanym w 2009 r. dla Organizacji Narodów Zjednoczonych zespół badaczy pod jego kierownictwem wskazał na istotne zmiany społeczne i ekonomiczne, które będą miały wpływ na kierunek i rozwój chińskiej gospodarki najbliższych lat: W przyszłości Chiny stracą swój największy atut, jakim są nieograniczone zasoby taniej siły roboczej. Chiny, zbliżając się do punktu zwrotnego, już teraz przywiązują coraz większą wagę do respektowania praw pracowników. Robotnicy, którzy w każdej chwili mogą zagłosować nogami, mają coraz silniejszą kartę przetargową w negocjacjach z pracodawcami. Ci z kolei zdają sobie sprawę, że muszą zwracać coraz większą uwagę na warunki pracy oraz pensje, jakie oferują pracownikom. Co więcej, władze na szczeblu lokalnym i władze centralne w Pekinie zaczęły aktywnie promować formułę trójstronnych negocjacji, wspierając pracodawców i pracowników w rozwiązywaniu problemów w zakładach pracy. Zmiany, jakie obserwujemy na rynku pracy w Chinach, już teraz zmuszają pracodawców do uelastycznienia modelu zarządzania i działania zgodnie z zasadami przedsiębiorstw społecznie odpowiedzialnych (Cai Fang, Du Yang, Wang Meiyan, Migration and Labor Mobility in China, Human Development Research Paper 2009/09, UNDP, kwiecień 2009, s. 29).
Chińscy robotnicy, prawdopodobnie całkowicie nieświadomie, pokazali swoją siłę, masowo nie wracając do fabryk na południu Chin po Święcie Wiosny (chiński Nowy Rok) w 2004 r. Olbrzymi deficyt siły roboczej spowodował wielotygodniowe przestoje w produkcji, odczuwalne w wielu branżach na całym świecie. Po Nowym Roku chińska „fabryka świata” stanęła, a dyrekcje zakładów produkcyjnych zaczęły w panice szukać kogokolwiek do pracy, oferując o niebo lepsze warunki niż jeszcze miesiąc wcześniej. W latach 2008–2009, w pierwszej fazie globalnego kryzysu finansowego, problemy z siłą roboczą zmalały. Taki stan rzeczy wiązał się przede wszystkim z faktem, że wiele małych i średnich przedsiębiorstw zbankrutowało, ponad 20 mln migrantów straciło pracę i zostało zmuszonych do powrotu w rodzinne strony. W 2010 r. problemy jednak pojawiły się znowu – w samej tylko delcie Rzeki Perłowej brakowało ponad 2 mln pracowników.
(Nie)bezpieczne związki
Organem powołanym do reprezentowania i obrony interesów robotników jest utworzona w maju 1925 r. w Kantonie Ogólnochińska Federacja Związków Zawodowych. OFZZ była zawsze silnie związana z Komunistyczną Partią Chin. Po dojściu komunistów do władzy, w latach 50., służyła głównie do egzekwowania posłuszeństwa wśród robotników i narzucania im oficjalnej linii partii. W latach Rewolucji Kulturalnej (1966–76) swego rodzaju „czystki” nie ominęły i tej instytucji, która praktycznie zawiesiła działalność. Po otwarciu Chin na świat i rozpoczęciu reform gospodarczych w późnych latach 70. rola OFZZ była sukcesywnie marginalizowana. Obecnie należy do niej prawie 1,4 mln organizacji związkowych, które łącznie zrzeszają ponad 160 mln członków. Międzynarodowa Federacja Związków Zawodowych nie uznaje OFZZ za przedstawiciela chińskich związków zawodowych i pracowników, zarzucając jej uzależnienie od władz państwowych. Mimo że OFZZ zrzesza ogromną liczbę ludzi, nieznacznie przyczynia się do walki o poprawę warunków pracy chińskich robotników.
Słabość OFZZ była jednym z głównych czynników przyciągających do Chin inwestycje zagraniczne. Po wprowadzeniu reform przez Deng Xiaopinga zaczęły w Chinach powstawać prywatne firmy, fabryki, joint ventures. Większość zakładów państwowych została zlikwidowana lub sprywatyzowana. W rezultacie miliony ludzi straciło pracę i musiało sobie radzić na nowym, nieznanym rynku pracy, w którym zazwyczaj przegrywali z migrantami, godzącymi się pracować za minimalne stawki, bez ubezpieczenia i innych świadczeń przysługujących robotnikom zatrudnionym legalnie. Według chińskiego prawa głównymi obowiązkami komórki OFZZ w fabryce są kontrola warunków pracy, badanie ewentualnych naruszeń praw pracowniczych, służenie robotnikom pomocą prawną, a także reprezentowanie ich interesów we wszystkich sporach z pracodawcą. Przedstawiciele OFZZ, w założeniu wybierani przez robotników, tak naprawdę często byli ludźmi z nadania partii – nierzadko dyrektorami konkretnych fabryk. Nie dziwi więc fakt, że w wielu przypadkach OFZZ nie zależało na negocjowaniu płac czy warunków pracy – wzrost kosztów zatrudnienia wiązałby się ze spadkiem konkurencyjności firmy.
W niewielkim stopniu związek pomaga pracownikom – zazwyczaj to przedstawiciele OFZZ pełnią rolę mediatorów w przypadku konfliktów między pracownikami a dyrekcją. Jednak w razie zorganizowanych form protestu, tj. demonstracji czy pikiet, OFZZ odmawia wsparcia, głównie z powodu powiązań z władzami. Postawa OFZZ sprawiła, że chińscy robotnicy zaczęli zrzeszać się w mniejsze, niezależne organizacje i stowarzyszenia, najczęściej walczące o prawa pracowników konkretnych zakładów produkcyjnych. Niestety w większości te niewielkie inicjatywy rozpadają się bardzo szybko, najczęściej po kilku nieudanych strajkach czy próbach negocjacji z pracodawcą. Po nagłośnieniu w mediach krajowych i zagranicznych wielu przypadków łamania praw pracowniczych, wykorzystywania robotników czy zatrudniania dzieci Chinami zaczęły interesować się międzynarodowe organizacje pozarządowe, szczególnie z Hongkongu czy Tajwanu. Pomagają one lokalnym stowarzyszeniom popularyzować wśród robotników wiedzę z zakresu prawa pracy, organizować szkolenia dokształcające czy rozwijające zainteresowania.
Jedną z organizacji, które przyczyniły się do ujawnienia naruszeń praw pracowniczych i praw człowieka w fabrykach, jest China Labor Watch. To organizacja non profit założona w 2000 r. przez młodego aktywistę ruchu robotniczego, Li Qianga. Jako młody robotnik napływowy Li Qiang, migrant z prowincji Syczuan, po wypadku w fabryce zaczął na własną rękę walczyć o prawo do odszkodowania. Po jakimś czasie stał się jednym z głównych aktywistów ruchu robotniczego w Chinach. Obecnie prowadzi wykłady na Uniwersytecie Columbia, publikuje w chińskiej prasie, jest też szeroko cytowany w prasie zachodniej. Organizacja działa obecnie w Nowym Jorku i Chinach kontynentalnych, aktywnie wspierana przez dziesiątki aktywistów w fabrykach. Główne cele CLW to informowanie i edukowanie robotników oraz ochrona praw ludzi pracujących w zakładach będących podwykonawcami międzynarodowych korporacji. Działacze CLW przygotowują obszerne raporty dotyczące warunków pracy, płacy i warunków bytowych pracowników wybranych fabryk, szczególnie tych, co do których istnieje podejrzenie łamania podstawowych praw pracowniczych. W swych raportach CLW wskazuje nieprawidłowości związane z zaniżonymi zarobkami, brakiem egzekwowania podstawowych praw pracowniczych (dni wolne od pracy, przerwy w pracy, dostęp do toalet czy wody pitnej). Dzięki raportom CLW światło dzienne ujrzały przypadki wykorzystywania pracowników w zakładach produkujących dla takich firm jak Apple, Carrefour, Adidas, Puma czy Wal-Mart. Bardzo istotne w działaniach CLW jest ujawnianie hipokryzji i kłamstw firm takich jak wspomniane Apple czy Wal-Mart, publicznie deklarujących chęć prowadzenia biznesu odpowiedzialnego społecznie, jednak w rzeczywistości przyczyniających się do łamania praw pracowników w zakładach podwykonawców w Chinach i innych krajach Azji Południowo-Wschodniej – głównie poprzez żądanie niskich cen towarów, niesprawiedliwe skonstruowane kontrakty, wysokie kary nakładane w przypadku opóźnień w dostawie itp.
Aktywiści CLW wykazali znaczące zaniedbania, szczególnie jeśli chodzi o ponadnormatywny czas pracy, brak płatności za nadgodziny, zaniżone pensje, niewypłacanie wynagrodzenia w terminie, ograniczanie swobody zrzeszania się robotników i inne naruszenia chińskiego kodeksu pracy i praw człowieka.
CLW prowadzi też szkolenia i warsztaty dla robotników, szczególnie w fabrykach w regionie delty Rzeki Perłowej. Współpracuje również z innymi chińskimi organizacjami i związkami zawodowymi – głównym celem kooperacji jest stopniowe wprowadzanie standardów odpowiedzialnego biznesu oraz międzynarodowych standardów bezpieczeństwa pracy. Według danych CLW w 2007 r. w szkoleniach z zakresu bezpieczeństwa pracy i praw pracowniczych wzięło udział ponad 500 robotników z fabryk położonych w delcie Rzeki Perłowej. CLW uruchomiło też infolinię, oferującą pomoc z zakresu podpisywania umowy o pracę, wynagrodzenia, ubezpieczenia zdrowotnego, godzin pracy i przysługujących dni wolnych.
Organizacja działa dwutorowo – po pierwsze zapewnia tak potrzebne robotnikom wsparcie merytoryczne; po drugie dzięki częstym inspekcjom i zamieszczaniu raportów w Internecie ma realny wpływ na poprawę warunków pracy w chińskich fabrykach. Raporty, w językach chińskim i angielskim, są dostępne na stronie internetowej fundacji. Warto im się przyjrzeć, choćby pobieżnie – wtedy stanie się jasne, kto tak naprawdę płaci najwyższą cenę za markowe buty Pumy czy bluzę Quiksilver. W opublikowanym w 2007 r. raporcie „Textile Sweatshops: Adidas, Bali Intimates, Hanesbrands Inc., Piege Co. (Felina Lingerie), Quiksilver” czytamy o sweatshopach, w których ludzie pracują po kilkanaście godzin, w skandalicznych warunkach, zarabiając grosze i wytwarzając towary, które po drugiej stronie globu zostaną sprzedane po cenach kilkunastokrotnie wyższych, często jako produkty luksusowe. W wielu zakładach, np. u podwykonawców firmy Puma, CLW kilkukrotnie przeprowadzała kontrole, niestety często okazywało się, że warunki pracy nie ulegały żadnej zmianie. Istnieje więc milczące przyzwolenie ze strony odbiorców na eksploatowanie pracowników. Brak praw i godnej płacy gwarantują bowiem niskie ceny zakupu, a tylko to interesuje kupców z międzynarodowych firm sprzedających markową odzież, zabawki czy elektronikę.
Czas na zmiany
Brak przestrzegania praw pracowniczych i niskie koszty pracy sprawiały, że w początkowym okresie otwarcia chińskiej gospodarki kraj był bardzo atrakcyjny dla zachodnich inwestorów i kupców. Doskonała organizacja zaplecza produkcyjnego i logistycznego w wielkich ośrodkach przemysłowych na południu Chin, liczne porty, dobra infrastruktura drogowa i kolejowa – wszystko to wciąż daje Chinom przewagę nad innymi „tanimi krajami” Azji Południowo-Wschodniej. W ostatnich latach jednak, głównie ze względu na częste protesty i rozruchy w fabrykach i związane z tym opóźnienia w produkcji, wiele korporacji zaczyna stopniowo wycofywać się z Chin i przenosić fabryki do Bangladeszu, Birmy czy Wietnamu. W tych krajach, może poza Wietnamem, związki zawodowe niemal nie istnieją, a siła robocza jest dużo tańsza niż w Chinach.
Chińskie władze, centralne w Pekinie oraz poszczególnych miast i prowincji, w odpowiedzi na coraz liczniejsze protesty robotników oraz strach przed zachwianiem harmonii w państwie, przywiązują rosnącą wagę do kwestii przestrzegania praw pracowniczych, godnych zarobków i zasad bezpieczeństwa w fabrykach. W 2011 r. średnia pensja wzrosła o 21,2% – i to pomimo spowolnienia wywołanego globalnym kryzysem gospodarczym.
Pierwsze bunty przekształciły się w bardziej, choć jeszcze nie do końca, zorganizowane ruchy, które coraz częściej wymuszają daleko idące zmiany w chińskim prawodawstwie. Rząd, w odpowiedzi na coraz większą presję społeczną i świadomy rosnącej siły „mas robotniczych”, rozpoczął prace nad zmianami w kodeksie pracy. W 2002 r., niedługo po dojściu do władzy Hu Jintao i Wen Jiabao, ogłoszono nową koncepcję harmonijnego społeczeństwa. Miał to być model rozwoju, w którym wyjątkowy nacisk położony jest na sprawiedliwość społeczną, stabilizację gospodarki, niwelowanie różnic społecznych, podnoszenie poziomu życia obywateli oraz owocną współpracę gospodarczą z zagranicą. Zarówno prezydent Hu Jintao, jak i premier Wen Jiabao zgodnie mówili o konieczności stawiania obywateli na pierwszym miejscu, służeniu im i szukaniu takich rozwiązań, które są dobre dla wszystkich mieszkańców Chin. Założenia te znalazły odzwierciedlenie w ogłoszonym w 2010 r. Dwunastym Planie Pięcioletnim, gdzie przywiązuje się szczególną wagę do rosnącej konsumpcji krajowej, wzrostu poziomu zabezpieczeń socjalnych, harmonijnego i szybkiego rozwoju gospodarczego.
System dokumentów meldunkowych, wprowadzony w późnych latach 50., od początku pomagał władzom regulować przepływ i strukturę społeczną poszczególnych regionów Chin. Wielu badaczy wskazuje, że wciąż jest on głównym motorem chińskiej gospodarki. Jak pisze Wang Fei Ling w swojej pracy „Organizing Through Division and Exclusion: China’s Hukou System”, przybywający do fabryk migranci ze wsi są bardzo mobilni i natychmiast reagują na zmiany zapotrzebowania na siłę roboczą. Pojawiają się tam, gdzie potrzeba rąk do pracy i znikają natychmiast, gdy tylko rynek pracy się nasyci. Tylko przez krótki czas, średnio przez około rok, przebywają w mieście. Nie mają prawa do zasiłku, awansu, a jako nielegalni pracownicy – możliwości walki o swoje prawa w przypadku ich naruszenia.
Od końca lat 90. Chiny stale zmieniają zasady meldunku. To jednak system na tyle złożony, że jego całkowite zniesienie jest według wielu specjalistów niemożliwe. Zlikwidowanie swego rodzaju instytucjonalnego systemu wykluczenia wymaga olbrzymich wydatków i nie jest mile widziane przez nikogo – nawet przez samych robotników nielegalnie przebywających w miastach. Wiejskie dokumenty meldunkowe dają im prawo do użytkowania ziemi, a w przypadku utraty pracy w mieście mają dokąd wrócić i zawsze mogą zająć się pracą na roli. W 2006 r. Rada Państwa opublikowała dokument „Komentarze dotyczące sposobów rozwiązania problemów migrantów z terenów wiejskich”, w którym wzywano do równego traktowania wszystkich obywateli niezależnie od miejsca zameldowania oraz apelowano do władz lokalnych (szczególnie władz poszczególnych miast) o zmiany w systemie przyznawania miejskiego meldunku. W odpowiedzi na to władze lokalne dokonały wprawdzie kosmetycznych poprawek w systemie, nie wpłynęło to jednak w żaden sposób na poziom życia pracujących w miastach robotników ze wsi. Tak jak wcześniej, szansę na meldunek miejski i związane z tym świadczenia mają tylko wysoko wykwalifikowani robotnicy od wielu lat pracujący w danym mieście.
Kolejnym krokiem w kierunku podwyższenia płac i wzrostu krajowej konsumpcji był rządowy plan wprowadzenia w życie systemu grupowych negocjacji warunków pracy w firmach, w których istniały związki zawodowe (np. komórka OFZZ). Na mocy rządowych ustaleń do 2010 r. ponad 60% przedsiębiorstw miało włączyć się do tego systemu, rok później miało to być już ponad 80%. Przedsiębiorstwa, w których nie istniało zrzeszenie robotników, miały zobowiązywać się do podwyżki płac na mocy porozumienia zawieranego razem z innymi małymi firmami na szczeblu prowincji (układ zbiorowy). Jakkolwiek w wielu przypadkach projekt powiódł się, to jednak wykluczał udział samych pracowników w negocjowaniu warunków umów o pracę – ich przedstawicielami bowiem mieli być związkowcy OFZZ, co nie dawało gwarancji zaspokojenia oczekiwań załogi.
W 2007 r. opublikowano wiele ważnych rozporządzeń związanych z prawem pracy, które znacząco wpłynęły na poprawę warunków zatrudnienia i poziom płac robotników. Szczególnie ważne wydaje się wprowadzone w życie 1 stycznia 2008 r. „Prawo kontraktowe”, dzięki któremu robotnicy w końcu uzyskali podmiotowość prawną (nie ma o niej mowy w Konstytucji ChRL). Dokument ten stanowi też podstawę sporów sądowych, których dwukrotnie przybyło od momentu jego publikacji.
Kolejny plan pięcioletni
Zmiany w najwyższych władzach państwowych to także nowy model rozwoju gospodarki: przeniesienie punktu ciężkości z eksportu na rozwijanie popytu wewnętrznego. Po pierwszej fali globalnego kryzysu w 2008 r. Chiny dość szybko zaczęły notować wzrost gospodarczy, głównie dzięki pomocy finansowej ze strony Rady Państwa, która przeznaczyła znaczne kwoty na wsparcie zwalniającej gospodarki oraz konsumpcji krajowej. Jednym z głównych punktów nowej polityki rządu, zawartej w Dwunastym Planie Pięcioletnim na lata 2011–2015, jest wzrost płac robotników oraz zmniejszenie dysproporcji w wynagrodzeniach między poszczególnymi regionami i prowincjami, tak aby warunki życia najmniej zarabiających (tj. migrantów zarobkowych) poprawiły się i by oni także mogli więcej konsumować. Mniej więcej w tym samym czasie, w drugiej połowie 2010 r., w wielu prowincjach podniesiono płace minimalne, do tej pory zamrożone od 2008 r. na polecenie władz centralnych. Do końca 2010 r. płaca minimalna wzrosła średnio o 23%, niektóre z prowincji podniosły ją jeszcze w 2011 r. Obecnie płaca minimalna w Chinach wynosi około 1300 yuanów (ok. 650 PLN). Kolejnym punktem wprowadzanego w życie planu pięcioletniego jest, wspomniane już, ustanowienie systemu grupowych negocjacji płac.
Jakkolwiek władze kładą szczególny nacisk na poprawę warunków życia i płac, to jednak jednym z głównych problemów trapiących chińskich rządzących są niepokoje społeczne, coraz częściej prowadzące do rozruchów. Rząd wydaje olbrzymie sumy na zapewnienie porządku politycznego i społecznego – w 2010 r. wydatki rządowe na ten cel wzrosły o ponad 47% w porównaniu do ubiegłych lat. Jak wskazują socjologowie, jest to swego rodzaju „żelazna stabilność”, charakteryzująca się sztywną dyscypliną i drobiazgowymi kontrolami stosowanymi wobec wszystkich niesubordynowanych jednostek lub grup. Jednak mimo wyjątkowo czujnego aparatu państwowego coraz częściej dochodzi w Chinach do tzw. masowych incydentów. Brak jest oficjalnych i całościowych danych na ten temat, jednak w 2009 r. zanotowano ponad 90 tys. tego rodzaju zdarzeń, z czego jedna trzecia dotyczyła naruszenia praw pracowniczych. Badacze z Wydziału Socjologii Uniwersytetu Qinghua wskazują w swoim raporcie, że mimo olbrzymich nakładów na zapewnienie bezpieczeństwa i harmonii w państwie konflikty i rozruchy społeczne nadal występują, a wręcz następuje ich eskalacja: Na przestrzeni ostatnich pięciu lat wpadliśmy w „błędne koło utrzymania harmonii w kraju”. Władze lokalne we wszystkich częściach Chin poświęcają olbrzymie środki pieniężne, materialne oraz dużą ilość zasobów ludzkich na utrzymanie bezpieczeństwa, ale konfliktów i rozruchów nie tylko nie ubywa, lecz przeciwnie – ich liczba sukcesywnie wzrasta. W efekcie powstało błędne koło, w którym im większy nacisk kładzie się na zapewnienie harmonijnego społeczeństwa, tym bardziej chaotyczne ono się staje (http://www.infzm.com/content/43853).
Koszt chińskiej ceny
Ostatnie, pełne hipokryzji oświadczenie firmy H&M, apelującej do władz Chin o lepsze traktowanie robotników w zakładach szyjących dla tej marki, jest próbą odepchnięcia od siebie odpowiedzialności za niskie pensje i złe warunki pracy w fabrykach podwykonawców tej i wielu innych zachodnich korporacji.
Chiny od ponad trzydziestu lat realizują plan tzw. kapitalizmu o chińskiej specyfice i – wbrew potocznym opiniom – władze kraju mają umiarkowany wpływ na politykę prywatnych przedsiębiorstw, których setki tysięcy powstały w ostatnich 30 latach w Chinach, szczególnie w delcie Rzeki Perłowej, w okolicach Kantonu czy Szanghaju. Warunki pracy i płace są zależne m.in. od ceny, jaką nabywcy płacą dostawcy za wykonane zlecenie. Olbrzymia konkurencja sprawia, że dostawcy godzą się na warunki klientów, głównie olbrzymich korporacji.
Strategie działania międzynarodowych firm produkujących w Chinach opierają się zazwyczaj na cięciu kosztów na każdym etapie produkcji. Żądanie czy wręcz wymuszanie cen zbliżonych do minimalnych w żadnym stopniu nie wpływa korzystnie na jakość czy cenę wyrobu oferowaną ostatecznemu odbiorcy. Marże, np. w branży odzieżowej, to zazwyczaj kilkunastokrotność ceny zakupu. W przypadku tzw. produktów markowych czy luksusowych zyski sprzedawcy są dużo wyższe. Miliony konsumentów płacą zawyżone ceny za dobra produkowane za grosze w azjatyckich fabrykach.
Czy jednak odmawianie komukolwiek prawa do kupowania towarów produkowanych w Azji poprawi sytuację pracowników na liniach produkcyjnych w Chinach lub Wietnamie? Czy kolejne, szeroko opisywane w prasie przypadki samobójstw lub protestów w fabrykach produkujących dla Apple jeszcze kogokolwiek interesują? Czy nie jest tak, że ci sami ludzie załamują ręce nad warunkami pracy w Azji, stojąc potem w kolejce po najnowszą wersję iPhone’a? Jak celnie wskazuje Alexandra Harney, wszyscy jesteśmy w jakiś sposób uwikłani w ten proceder: Za to wszystko nie jest jednak odpowiedzialny wyłącznie Pekin. Wiele zależy tutaj od światowych konsumentów. Musimy pamiętać, że to nasz apetyt na odtwarzacze DVD za 30 dolarów czy koszulki za 3 dolary sprawia, iż chińskie fabryki wyrobów jubilerskich pokrywa warstwa kurzu, tamtejsze nielegalne kopalnie ciągle są otwarte, a szesnastoletnie dzieci muszą w nich harować czasem do północy. Wszyscy płacimy chińską cenę (A. Harney, Chińska cena. Prawdziwy koszt chińskiej przewagi konkurencyjnej, Katowice 2009, s. 277).
Co jest i co będzie
Można dostrzec kilka wyraźnych tendencji, które są charakterystyczne dla ciągle jeszcze kształtującego się chińskiego ruchu robotniczego. Nowe pokolenie robotników, ludzi urodzonych w późnych latach 80. i latach 90., zaczęło głośno domagać się swoich praw, zrzeszać się i organizować spontaniczne strajki. Również starsze pokolenie, szczególnie ludzi masowo zwalnianych z pracy w efekcie prywatyzacji i restrukturyzacji rozpoczętej w latach 90., rozpoczęło walkę o przywrócenie do pracy. Dołączają do nich wciąż zatrudniani w państwowych zakładach robotnicy, których pensja od lat pozostaje na tym samym poziomie, mimo inflacji i wzrostu kosztów życia. Kolejną charakterystyczną cechą ostatnich kilku lat jest fakt, że robotnicy zaczęli skupiać się w większe grupy, potrafią szukać pomocy prawników, organizacji pozarządowych czy dziennikarzy. Niemal zawsze korzystają też z nowoczesnych narzędzi komunikacji, informując o przebiegu strajku w Internecie.
Jeszcze niedawno pracownicy w Chinach zaczynali protestować dopiero wtedy, gdy ich prawa były w jawny i stały sposób łamane. Obecnie są dużo bardziej aktywni i dynamiczni – nie tylko nie czekają biernie, aż władze lub OFZZ rozwiążą sprawę za nich, lecz zanim lokalne instytucje rozpoczną oficjalne działania, sami zaczynają rozmawiać lub naciskać na pracodawcę i żądać wyższej płacy, ubezpieczenia, lepszych warunków pracy i – co niemniej ważne – szacunku. Coraz częściej odnoszą sukcesy. Liczne protesty sprawiły, że dyrektorzy fabryk zaczęli liczyć się z pracownikami, a bojąc się braków kadrowych i przestojów w produkcji – także o nich zabiegać. Oczywiście nie wszystkie strajki zakończyły się powodzeniem, wielu z liderów protestów w poszczególnych zakładach zostało zwolnionych, wielu dostało wilczy bilet lub zakaz legalnej pracy w konkretnym mieście. Mimo to, wydaje się, że można mówić o zmianach na lepsze. Determinacja, poczucie własnej wartości i realnej siły dały robotnikom możliwość decydowania o kształcie przedsiębiorstw, w których pracują. Negocjowanie z pracodawcą, do niedawna nie do pomyślenia, sprawia, że powoli rozpada się wyraźny podział na wysoko postawionych menedżerów i bezimienną masę, pracującą potulnie przy taśmie montażowej.
Pracodawcy powoli zaczynają zdawać sobie sprawę, że dawny model produkcji, oparty na niemal niewolniczym wyzysku milionów ludzi, to już przeszłość, więc aby przetrwać na rynku, muszą uelastycznić i unowocześnić model zarządzania pracownikami. Zmieniło się także podejście władz lokalnych i rządu w Pekinie do kwestii praw pracowniczych. Xunzi, jeden z najwybitniejszych chińskich filozofów starożytnych, mówił o wzajemnej zależności między rządzącymi a poddanymi: Władca jest łodzią, lud jest wodą. To woda łódź unosi, to woda łódź przewraca. W końcu to właśnie robotnicy są falą, która utrzymuje na powierzchni okręt zwany chińską gospodarką.
przez Janusz Jerzy Gołąb | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Ulubioną zabawą organizacji pracodawców, a jeszcze częściej mediów, jest zajmowanie się zagadnieniami finansowania związków zawodowych, zarówno organizacji zakładowych, jak i central związkowych, nie pomijając przy tym oczywiście zarobków przewodniczących organizacji. Natomiast żadne media nie napisały jak do tej pory o dochodach i wydatkach organizacji pracodawców.
Pod pręgierzem mediów znajdują się wynagrodzenia etatowych działaczy związkowych, wydatki na lokale i prowadzenie statutowej działalności przez zakładowe i międzyzakładowe organizacje związkowe (komisje) wchodzące w skład Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” i Forum Związków Zawodowych. Podobnej dociekliwości brakuje natomiast, gdy chodzi o reprezentatywne organizacje pracodawców: Pracodawców RP (dawnej Konfederacji Pracodawców Polskich), Polską Konfederację Pracodawców Prywatnych „Lewiatan”, Związek Rzemiosła Polskiego i Business Centre Club – Związek Pracodawców (BCC-ZP). Przyjrzyjmy się zatem, jakimi środkami finansowymi mogą dysponować trzy największe organizacje pracodawców, tj. Pracodawcy RP, PKPP „Lewiatan” i BCC-ZP.
Przedstawione wyliczenia są czysto teoretyczne. Nie mogą być pełne i rzetelne, gdyż jak dotąd żadna firma nie pochwaliła się, jakie są średnie zarobki jej pracowników lub jaki jest jej fundusz płac w danym roku. Nie twierdzę także, że tak jest, ale tak może być! Zatem do dzieła.
Zaczynamy od członkostwa w poszczególnych organizacjach. Kto zatem może być członkiem organizacji pracodawców?
W tym przypadku jest tak samo jak w związkach zawodowych: członkami, czyli tymi, którzy zobowiązani są opłacać składkę członkowską, mogą w przypadku Pracodawców RP, zgodnie ze statutem, być pracodawcy oraz ich związki i federacje. W przypadku PKPP „Lewiatan”: związki pracodawców, federacje związków pracodawców i inne zrzeszenia organizacji działające na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej oraz pracodawcy posiadający szczególną pozycję gospodarczą i znaczenie w stosunkach pracy.
Zupełnie inaczej jest w przypadku członkostwa w trzeciej organizacji. Jej członkiem może zostać każdy członek BCC sp. z o.o., który na mocy oddzielnej decyzji właściwego organu załączonej do deklaracji przystąpienia, może również zostać członkiem BCC Związku Pracodawców.
Teraz liczba członków. Zgodnie z danymi organizacji z ich stron internetowych zrzeszają one i zatrudniają odpowiednio:
- Pracodawcy RP w 7500 firmach – 4 miliony pracowników,
- PKPP „Lewiatan” w ponad 3750 firmach – 700 tysięcy pracowników,
- BCC-ZP 2500 członków (osób i firm) – 500 tysięcy pracowników.
I rzecz najważniejsza w każdej organizacji – zarówno związkowej, jak i pracodawców – czyli składka członkowska. Zasady finansowania powyższych organizacji pracodawców regulują ich statuty oraz uchwały (lub inne decyzje) w sprawie wysokości składki członkowskiej. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że organizacje pracodawców, w przeciwieństwie do związków zawodowych, pośrednio finansuje państwo! Dzieje się tak w efekcie stosownego zapisu w ustawie o podatku dochodowym od osób prawnych.
Otóż zgodnie z tą ustawą pracodawcy i przedsiębiorcy należący do wymienionych organizacji mogą w majestacie prawa, na podstawie art. 16 ust. 1 pkt 37, wliczać w koszty uzyskania przychodów swoich firm składki na rzecz tych organizacji – do wysokości łącznie nieprzekraczającej w roku podatkowym kwoty odpowiadającej 0,15% kwoty wynagrodzeń wypłaconych [wszystkim pracownikom – przypis J. J. G.] w poprzednim roku podatkowym, stanowiących podstawę wymiaru składek na ubezpieczenie społeczne.
Biorąc powyższe pod uwagę, na podstawie dostępnych w internecie danych można wyliczyć – w wielkim przybliżeniu – maksymalną kwotę, jaką te organizacje mogą otrzymać łącznie od swoich członków oraz jakie kwoty mogą otrzymywać od poszczególnych członków w skali roku.
Przykładowe wyliczenia w tym zakresie:
Organizacje zatrudniają łącznie 5 200 000 pracowników (2012 r.). Przeciętne miesięczne wynagrodzenie pracownika w gospodarce narodowej w 2011 r. wynosiło 3399,52 zł. Zatem organizacje te mogłyby otrzymać kwotę:
5 200 000 × 3399,52 zł = 17 677 504 zł miesięcznie
17 677 504 zł × 12 miesięcy / 0,15% = 318 195 072 zł.
Czyli średnio ponad 100 milionów złotych rocznie na jedną organizację. Kwota wręcz astronomiczna!
Ale jak się okazuje, mediom (i wspieranym przez nie organizacjom pracodawców) bardziej doskwierają kwoty, jakimi dysponują związki zawodowe ze swoich składek członkowskich. Dodajmy – składek płaconych przez osoby fizyczne ze swoich dochodów z pracy już po opodatkowaniu.
Przyjrzyjmy się innym wyliczeniom, mianowicie ile mogą płacić na rzecz organizacji pracodawców największe polskie firmy:
- Polski Koncern Naftowy ORLEN SA w Płocku zatrudniał w 2008 r. 4692 osób, średnie wynagrodzenie (bez zarobków zarządu) w roku 2007 wynosiło 6200 zł (dane za „Tygodnikiem Płockim” z 26 maja 2008 r.). Oznacza to, że Zarząd Spółki mógł przekazać w 2008 r. jako składkę z tytułu przynależności Spółki do jednej z organizacji pracodawców kwotę w wysokości:
4692 × 6200 zł = 29 090 400 zł?/?miesiąc
29 090 400 zł/m-c × 12 miesięcy?/?0,15% = 523 627,20 zł
Natomiast przy założeniu, że składkę zapłaci za pracowników całej grupy kapitałowej, zatrudniającej w 2008 r. 23 321 osób, otrzymamy takie kwoty:
23 321 × 6200 zł = 144 590 200 zł/miesiąc
144 590 200 zł/m-c × 12 miesięcy/0,15% = 2 602 623,60 zł
- KGHM Polska Miedź S.A. zatrudniał w 2008 r. 18 486 osób, średnie wynagrodzenie w 2007 r. (w 2009 r. zdaniem rzecznika prasowego KGHM była to kwota 7900 zł) przyjmijmy, że wynosiło tyle samo co w Płocku, tj. 6200 zł. Oznacza, to, że Zarząd Spółki mógł przekazać w 2008 r. jako składkę z tytułu przynależności Spółki do jednej z organizacji pracodawców w wysokości:
18 486 × 6200 zł = 114 613 200 zł/miesiąc
114 613 200 zł/miesiąc × 12 miesięcy/0,15% = 2 063 037,60 zł
- Kompania Węglowa S.A. zatrudniała w 2008 r. 64 935 osób, średnie wynagrodzenie w 2007 r. wynosiło 5228,50 zł (Porozumienie pomiędzy związkami a Zarządem Kompanii). Oznacza to, że Zarząd Spółki mógł przekazać w 2008 r. jako składkę z tytułu przynależności Spółki do jednej z organizacji pracodawców kwotę w wysokości:
64 935 × 5228,50 zł = 339 512 647,50 zł/miesiąc
339 512 647,50 zł/m-c × 12 miesięcy/0,15% = 6 111 227,65 zł
- Grupa PGNiG SA zatrudniała w 2008 r. 31 145 osób1, średnie wynagrodzenie w 2007 r. wynosiło 3800 zł2. Oznacza, to, że Zarząd Grupy mógł przekazać w 2008 r. jako składkę z tytułu przynależności Spółki do jednej z organizacji pracodawców kwotę w wysokości:
31 145 × 3800 zł = 118 351 000 zł/miesiąc
118 351 000 zł/miesiąc × 12 miesięcy/0,15% = 2 130 318,00 zł
- Tauron Polska Energia S.A. zatrudnia w 2012 r. 28 800 pracowników3, średnia płaca w energetyce w 2011 r. to 4730,60 zł4. Oznacza to, że Zarząd Spółki może przekazać w 2012 r. jako składkę z tytułu przynależności Spółki do jednej z organizacji pracodawców kwotę w wysokości:
28 800 × 4730,60 zł = 136 241 280 zł/miesiąc
136 241 280 zł × 12 miesięcy/0,15% = 2 452 243,04 zł
Jak wspomniałem wcześniej, wyliczenia są hipotetyczne, dokonane na podstawie dostępnych informacji. Ale jakże porażające.
Nie dziwi mnie w tym przypadku możliwość zatrudniania np. przez PKPP „Lewiatan” w siedzibie w Warszawie i w biurze w Brukseli ponad 50 osób (dane ze strony internetowej).
Ponadto innymi „skromnymi” źródłami finansowania działalności tych organizacji są świadczenia członków w zakresie wspierania organizowanych seminariów, szkoleń, konferencji, kongresów, zjazdów itp., itd., w tym międzynarodowych. Nie jestem temu przeciwny. Wskazuję jedynie, że każdy członek organizacji dysponuje funduszami na reklamę.
Na zakończenie: nie twierdzę, że kwoty, o których napisałem, organizacje pracodawców otrzymują w rzeczywistości. Obalam jednak w ten sposób mit, jakoby związki zawodowe w Polsce były w posiadaniu olbrzymich ilości pieniędzy – gdyż znacznie większymi środkami finansowymi dysponują organizacje pracodawców.
Janusz Jerzy Gołąb
Powyższy tekst jest nieco zmienioną wersją artykułu, który ukazał się w czasopiśmie „Przegląd. O czym piszą związkowcy”, wydawanym przez Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, nr 23(37)/2012, 15 września 2012 r. Dziękujemy Grzegorzowi Ilce za pomoc.
Przypisy:
- Zob. http://www.pgnig.pl/reports/raportroczny2010/files/assets/seo/page56.html
- Zob. http://www.ekonomia24.pl/artykul/112317.html
- Zob. http://inwestor.msp.gov.pl/portal/si/form/r73/Tauron_Polska_Energia_SA_z_siedziba_w_Katowicach.html
- Zob. http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-kariera/artykuly/598451,w_gornictwie_place_wzrosly_o_39_7_procent_ile_mozna_zarobic.html
INTERPELACJA NR 9509
w sprawie składki członkowskiej wynikającej z przynależności firm do organizacji pracodawców
Pani Ewa Kopacz,
Marszałek Sejmu RP
Szanowna Pani Marszałek,
Na podstawie art. 192 Regulaminu Sejmu RP składam interpelację w sprawie składki członkowskiej wynikającej z przynależności firm do organizacji pracodawców – do Prezesa Rady Ministrów.
Szanowny Panie Premierze,
W dobie spowolnienia gospodarczego, a tym samym malejącego tempa wzrostu przychodów do budżetu państwa należałoby ograniczyć wydatki przedsiębiorców, które zaliczane są w ciężar kosztów działalności. Ma to bezpośredni wpływ na obniżenie podatku dochodowego CIT.
Niewątpliwie takim niezasadnym, moim zdaniem, kosztem jest składka członkowska wynikająca z przynależności firm do organizacji pracodawców.
Zasady funkcjonowania organizacji pracodawców regulują ich statuty oraz uchwały (lub inne decyzje) w sprawie składki członkowskiej.
Faktem jednak jest, że organizacje pracodawców oprócz samych firm finansuje pośrednio państwo w postaci odpowiedniego zapisu o podatku dochodowym od osób prawnych.
Otóż zgodnie z tą ustawą pracodawcy i przedsiębiorcy należący do organizacji pracodawców (Pracodawcy RP, PKPP „Lewiatan”, BCC) mogą w majestacie prawa, na podstawie art. 16 ust. 1 pkt 37 wliczać składki na rzecz tych organizacji w koszty uzyskania przychodów swoich firm. Wysokość tych składek nie może przekraczać 0,15 proc. kwoty wynagrodzeń wypłacanych wszystkim pracownikom w danym roku podatkowym, stanowiącym podstawę wyliczenia składek na ubezpieczenie społeczne.
Biorąc powyższe pod uwagę, na podstawie publicznie dostępnych danych statystycznych można wyliczyć łączną kwotę, jaką mogą otrzymać w formie składki organizacje pracodawców od swoich członków.
Oto przykładowe wyliczenie bazujące na danych z pierwszej połowy 2012 roku.
Pracodawcy będący członkami organizacji pracodawców zatrudniają łącznie 5 200 000 pracowników. Średnie wynagrodzenie pracownika to 3600 zł miesięcznie
[5 200 000 × (3600 zł × 12 miesięcy)] × 0,0015 = 336 960 000 zł.
Wynika więc, że na jedną organizację pracodawców przypada średnio powyżej 100 mln złotych rocznie.
Kwota astronomiczna!
Z tytułu tej składki do budżetu państwa nie wpłynie 19 proc. podatku CIT. To stanowi kwotę 336 960 000 zł × 0,19 proc = 64 mln złotych.
Czy stać budżet państwa na takie prezenty dla pracodawców?
Dzieje się to w sytuacji, w której państwo oszczędza 40 mln zł na wypłatach „becikowego” (projekt rządowej ustawy rozpatrywany we wrześniu przez Sejm).
Czy stać nas to, by np. PKPP „Lewiatan” mógł promować za te pieniądze swojego kandydata na prezydenta RP? By zatrudniał w swoich biurach w Warszawie i Brukseli ponad 50 wysokopłatnych pracowników?
Czy rząd RP projektując budżet państwa na 2013 rok przewiduje w tym zakresie wprowadzenie jakichkolwiek zmian?
Z poważaniem
Poseł na Sejm RP
Ryszard Zbrzyzny
przez Janina Petelczyc | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Nie ma chyba gazety czy czasopisma społeczno-politycznego, w których nie pojawiłaby się w ostatnich latach choć krótka wzmianka o kryzysie demograficznym i o zagrożeniach, jakie może spowodować zmniejszanie się liczby ludności w Polsce i Europie. To jedno z największych wyzwań naszych czasów. Żyjemy coraz dłużej, a jednocześnie rodzi się coraz mniej dzieci. W efekcie jest coraz więcej osób starszych, którymi nie będzie miał się kto opiekować i na których emerytury nie będzie komu pracować. Jak inne kraje próbują zapobiec czarnemu scenariuszowi?
Starzenie się społeczeństwa
Europejski Instytut Statystyczny (Eurostat) wskazuje, że choć liczba mieszkańców Unii Europejskiej będzie rosła do 2040 r. (głównie dzięki migracjom), to jednak później zacznie spadać. Z 501 milionów ludzi 1 stycznia 2010 r. wzrośnie do 526 mln w 2040, ale w 2060 r. będzie nas już tylko 517 mln1. Warto zwrócić uwagę, że gdy Europa boryka się z procesami depopulacji, reszta świata walczy z czymś wręcz odwrotnym. A zatem gdy większa część świata będzie zmagać się z przeludnieniem i jego skutkami – problemem braku zasobów, głodem i biedą – Europa stanie przed zupełnie innymi wyzwaniami.
Starzenie się społeczeństwa to także zagrożenie dla repartycyjnych systemów emerytalnych, a więc takich, w których pokolenie osób pracujących finansuje obecne emerytury. W 2060 r. na każdą osobę w wieku powyżej 65 lat będą przypadały już nie cztery, jak obecnie, lecz tylko dwie osoby w wieku produkcyjnym (15–64 lata). Do 2060 r. nastąpi także wzrost liczby osób powyżej 80. roku życia w społeczeństwie: z 5 do 12% populacji.
Proces nieodwracalny?
Starzenie się społeczeństwa europejskiego wydaje się procesem nieuchronnym. W demografii istnieje nawet pojęcie „drugie przejście demograficzne”, wprowadzone przez holenderskiego profesora Dirka van de Kaa w roku 1986. Pierwsze przejście demograficzne w połowie XX w. charakteryzowało się wzrostem liczby ludności, spowodowanym znacznym postępem medycyny oraz o wiele większym niż wcześniej skupieniem się na dziecku i jego dobrobycie. Z kolei drugie przejście demograficzne, z którym mamy do czynienia obecnie, nastąpiło z powodu przewartościowania rodziny z modelu mieszczańskiego na zindywidualizowany.
Cały czas korzystamy ze zdobyczy medycyny, żyjemy dłużej i w lepszym zdrowiu, lecz obecnie mniej osób i później decyduje się na zawarcie związku małżeńskiego. Istnieje wiele różnych rodzajów związków partnerskich, ludzie później decydują się na potomstwo (jeśli w ogóle), a także zmniejsza się liczba dzieci w rodzinie. Spadkowi umieralności i wydłużaniu się ludzkiego życia towarzyszy bowiem dążenie do maksymalnego korzystania z wykształcenia, dochodów, podnoszenie poziomu życia i zadowolenia z niego. Nie są to wartości idące w parze z posiadaniem dzieci.
Ze zmianami światopoglądowymi i kulturowymi trudno walczyć, warto jednak tak kształtować politykę rodzinną i społeczną, aby młodzi ludzie dostrzegli wartość w posiadaniu dzieci i nie bali się drastycznego spadku poziomu życia w momencie, gdy pojawi się potomstwo.
Jednocześnie należy zwrócić uwagę na fakt, że zmiany demograficzne w Europie zachodzą nierównomiernie. Z jednej strony mamy do czynienia ze spadkiem liczby ludności w całej wspólnocie, z drugiej są państwa, w których współczynnik dzietności, a więc liczba dzieci przypadająca na kobietę w wieku 15–49 lat, jest bliski lub gwarantuje prostą zastępowalność pokoleń. Aby pokolenie następne było co najmniej tak liczne jak pokolenie rodziców, współczynnik dzietności powinien wynosić 2,1. W Irlandii jest to obecnie 2,07, we Francji 2,03, a w Szwecji i Wielkiej Brytanii 1,98. Polska natomiast znajduje się wśród krajów osiągających pod tym względem najniższe wyniki: 1,4. Niższy współczynnik dzietności osiągnęły tylko Hiszpania i Austria (po 1,39), Niemcy (1,36) oraz Węgry i Portugalia (po 1,32).
Dwa polskie problemy
Dlaczego w Polsce mamy do czynienia z tak niskim współczynnikiem dzietności i co robią kraje, które osiągają w tym względzie znacznie lepsze wyniki?
W kontekście przemian społeczno-demograficznych Polska zmaga się z dwoma poważnymi problemami. Jednym jest wspomniany wcześniej niski wskaźnik urodzin, drugim natomiast znaczące ubóstwo dzieci.
Chęć posiadania dzieci jest niemal powszechnie deklarowaną potrzebą wśród młodych Polaków. Z badań wynika jednak, że główną przyczyną odkładania lub rezygnacji z posiadania dzieci są obawy przed nieudanym związkiem, a także strach związany z trudnościami w realizacji kariery zawodowej, brakiem odpowiednich warunków mieszkaniowych oraz pogorszeniem się poziomu życia2. W tym kontekście poziom ubóstwa dzieci w Polsce dodatkowo może osłabiać zachowania prokreacyjne Polaków. Zagrożenie ubóstwem wśród dzieci i młodzieży w naszym kraju jest znacznie silniejsze niż zagrożenie tym zjawiskiem wśród osób dorosłych. Ze statystyk GUS wynika, że w 2011 r. około 10,5% dzieci do lat 18 wchodziło w skład gospodarstw domowych, w których poziom wydatków był niższy od ustawowej granicy ubóstwa. Dzieci i młodzież do lat 18 stanowiły ok. 31% populacji zagrożonej skrajnym ubóstwem. Dla porównania, osoby powyżej 65. roku życia stanowiły 7,5% populacji zagrożonej ubóstwem3. Bardzo niepokojące dane w tym względzie potwierdza także raport UNICEF na temat ubóstwa dzieci w państwach rozwiniętych4. Zawiera on wielowymiarowe porównanie sytuacji dzieci w różnych krajach. Wszystkie diagnozy odnoszą się do twardych wskaźników, takich jak zaspokojenie różnych potrzeb materialnych czy dostęp do określonych dóbr. Polska pod względem deprywacji dzieci znalazła się na szóstym miejscu od końca. A zatem ubóstwo w szczególny sposób dotyka rodzin z dziećmi.
Jak wiele zależy od polityki demograficznej i rodzinnej pokazuje fakt, że obywatelki naszego kraju rodzą zdecydowanie częściej na emigracji, zwłaszcza w kraju, do którego w ostatnich latach wyjechało najwięcej rodaków – w Wielkiej Brytanii. Wskaźnik dzietności w Polsce wynosi – jak wspomniano – 1,4, natomiast ten sam wskaźnik wśród Polek w Zjednoczonym Królestwie to aż 2,55. Od roku 2010 Polki rodzą tam najwięcej dzieci wśród wszystkich imigrantek6. Gdyby Polki w naszym kraju rodziły tak chętnie jak te przebywające na Wyspach Brytyjskich, wówczas w Polsce przychodziłoby na świat co roku ok. 700 000 dzieci (obecnie jest to ok. 400 000), a problem starzenia się społeczeństwa w ogóle by nas nie dotyczył. Te różnice dowodzą, że Polki chciałyby mieć więcej dzieci, lecz zniechęcają je do tego rodzime realia. W Wielkiej Brytanii państwo prowadzi politykę sprzyjającą rodzinom, istnieje duża sieć żłobków i przedszkoli, rodzice mają korzystne zasady opodatkowania i otrzymują pomoc finansową.
Francuski fenomen
- Francja przykuwa uwagę demografów już od dawna, jako państwo o niezmiennie od lat wysokiej liczbie urodzeń. Według danych Państwowego Instytutu Statystyki i Badań Ekonomicznych (Institut National de la Statistique et des Études Économiques, INSEE) na początku stycznia 2011 r. liczba mieszkańców Francji po raz pierwszy przekroczyła 65 milionów. Rok później, 1 stycznia 2012 r. we Francji mieszkało 65,35 mln osób. W 2011 r. urodziło się 827 000 dzieci, rok wcześniej zarejestrowano 832 800 urodzin. Jest to największa liczba urodzin notowana od czasów baby-boomu z lat siedemdziesiątych. Należy też podkreślić, że wbrew opiniom wielu to nie imigranci przyczyniają się do takiego wyniku. Większość dzieci – 80,2% – rodzi się w związkach dwojga Francuzów. 13,3% dzieci urodzonych na terenie Francji przyszło na świat w związkach, w których jedno z rodziców pochodzi z zagranicy, a 6,5% ma oboje rodziców imigrantów7.
Francja jest też państwem, w którym, w przeciwieństwie do szacunków dotyczących całej Unii Europejskiej, zarówno dzięki wysokim wskaźnikom dzietności, jak i dodatniemu saldu migracji, po 2040 r. nie nastąpi spadek ludności. Według Eurostatu liczba obywateli tego kraju w 2040 r. będzie wynosić już 71,345 mln osób, a w 2060 aż 73,724 mln, czyli w stosunku do 2010 r. nastąpi wzrost o 13,9%. Obecne tendencje wskazują także na to, że do 2060 r. Francja oraz Wielka Brytania wyprzedzą Niemcy, które obecnie są na pierwszym miejscu w Unii Europejskiej pod względem liczby ludności8.
Obecna sytuacja demograficzna we Francji jest efektem prowadzonej w tym kraju polityki rodzinnej. Znajduje się ona w centrum polityki społecznej i jest kierowana głównie do rodzin z klasy średniej. Dzięki niej nie tylko rodzi się więcej dzieci, ale też zwiększa się pozytywna korelacja między dzietnością a zamożnością w miejsce dawnej pozytywnej korelacji między dzietnością a ubóstwem.
Polityka rodzinna we Francji jest ukierunkowana w większym stopniu na zapewnienie integracji społecznej, a nie tylko na pomoc najuboższym. Dominują świadczenia o charakterze uniwersalnym, niezależnym od dochodów, które mają na celu zmniejszanie różnic między dziećmi z rodzin o podobnym składzie, lecz zróżnicowanych dochodach. Należy jednak podkreślić, że im więcej dzieci w rodzinie, tym większa pomoc państwa. Wydaje się, że są to działania słuszne, ponieważ w największym stopniu na ubóstwo narażone są rodziny wielodzietne, z osobą niepełnosprawną lub z samotnym rodzicem.
Warto mieć dużo
Najpowszechniejsze rozwiązanie we francuskiej polityce rodzinnej to świadczenia rodzinne (les allocations familiales). Przyznawane są wszystkim rodzinom, które posiadają co najmniej dwoje dzieci nie starszych niż 20 lat, mieszkających na terenie Francji. Świadczenie przyznawane jest niezależnie od dochodów, natomiast jego wysokość zależy od liczby dzieci w rodzinie. W przypadku dwójki potomstwa jest to 127,05 euro, trójki – 289,82 €, czwórki – 452,59 €, a na każde dziecko od pięciorga dodatkowe 162,78 € miesięcznie. Dodatkowo kwota zasiłku wzrasta wraz z wiekiem dziecka. Na każde między 11. a 16. rokiem życia przysługuje dodatkowe 35,74 € miesięcznie. Od miesiąca, gdy dziecko ukończy 16 lat, zasiłek powiększany jest o 63,53 euro. Obecnie świadczenia te pobiera około 5 mln rodzin9.
Ponieważ najbardziej wspiera się wielodzietność, prawo do dodatkowych świadczeń przysługuje rodzinom, które mają co najmniej troje dzieci. Jeśli nie osiągają (wysokiego) kryterium dochodowego, mają prawo do dodatkowych 165,35 € miesięcznie. Obecnie taki dodatek pobiera 865 tys. rodzin.
We Francji dba się także o pomoc rodzinom w trudnym dla nich okresie zwiększonych wydatków. Dlatego tak bardzo znaczący w Polsce problem kosztów posłania dziecka do szkoły we Francji jest zdecydowanie mniejszy. Stworzono specjalny, jednorazowy zasiłek w związku z rozpoczęciem roku szkolnego (l’allocation de rentrée scolaire). Wypłacany jest rodzinom, które mają dzieci w wieku od 6 do 18 lat rozpoczynające rok szkolny. Otrzymują go rodziny, których dochód nie przekracza 23 200 € rocznie w przypadku jednego dziecka, 28 554 € przy dwójce i 33 908 € przy trójce. Przy czwartym i kolejnych dzieciach próg dochodowy uprawniający do otrzymania świadczenia wzrasta o 5354 €. Warto zwrócić uwagę na wysokość tego kryterium dochodowego. Pensja minimalna we Francji wynosi aktualnie 1425,67 € brutto, czyli 17 108,04 € rocznie. Dzięki temu we wrześniu 2011 r. z zasiłku skorzystało ponad 3 mln rodzin z dziećmi w wieku szkolnym. Wysokość świadczenia zależna jest od wieku dziecka. Jest to 356,20 € na każde dziecko w wieku 6–10 lat, 375,85 € na dzieci w wieku 11–14 lat i 388,87 € na dzieci w wieku 15–18 lat.
Polityka rodzinna we Francji nie ogranicza się do uniwersalnych świadczeń. Osoby najuboższe mogą uzyskać pomoc w postaci zasiłku aktywnej solidarności (revenu de solidarité active, RSA), którego rolą jest zapewnienie dochodu minimalnego. Oprócz tego istnieje także zasiłek wsparcia rodzinnego (l’allocation de soutien familial), którego celem jest wyrównywanie szans dzieci wychowywanych przez samotną matkę lub ojca, oraz takich, które straciły oboje rodziców. Jego wysokość waha sie między 84,34 € a 119,11 € miesięcznie.
Aby pokazać hojność rozwiązań francuskich, posłużmy się przykładem. Rodzina, która ma troje dzieci w wieku 6, 9 i 15 lat i jednego żywiciela zarabiającego prawie dwukrotność pensji minimalnej, może otrzymać we wrześniu, gdy rozpoczyna się rok szkolny, nawet 1794,26 €, natomiast w pozostałych miesiącach otrzymuje 653,69 €.
Warto mieć małe
Mówiąc kolokwialnie, rodzenie dzieci we Francji po prostu się opłaca. Rodziny, które decydują się na powiększenie, nie muszą obawiać się nagłego pogorszenia swojej pozycji materialnej, a czasami pozwala ono wręcz na poprawę poziomu życia. Istnieje kilka rodzajów świadczeń, z których skorzystać mogą rodzice małych dzieci.
Rodzice nowo urodzonych (lub adoptowanych) dzieci mają prawo do specjalnego zasiłku, przypominającego nasze becikowe. Aby otrzymać to świadczenie, matka musi zgłosić ciążę w ciągu pierwszych 14 tygodni jej trwania oraz poddać się badaniu prenatalnemu. Świadczenie jest jednak zależne od kryterium dochodowego. Kryterium to waha się w zależności od liczby dzieci w rodzinie i liczby żywicieli rodziny. Jego najniższy poziom to 34 103 € rocznie dla rodziny z jednym dzieckiem i jednym żywicielem rodziny, a w przypadku rodziny, w której dwie osoby pracują i jest troje dzieci, wynosi ono już 60 074 €. Wysokość świadczenia wynosi obecnie 912,12 € przy jednym dziecku, a kwota ta jest pomnażana przez liczbę dzieci w przypadku porodów wielorakich. Wysokość zasiłku dla osób decydujących się na adopcję wynosi 1824,25 €.
Rodziny nie przekraczające progu dochodowego mają też prawo do zasiłku podstawowego w wysokości 182,43 € miesięcznie, który wypłacany jest przez pierwsze trzy lata życia dziecka (lub 36 miesięcy od dnia przysposobienia).
Z kolei osoby, które zdecydują się na zaprzestanie lub ograniczenie pracy zawodowej z powodu pojawienia się dziecka w rodzinie, mają prawo do tzw. świadczenia dodatkowego wyboru typu aktywności (complément de libre choix d’activité, CLCA). W jego przypadku nie ma progu dochodowego. Świadczenie wynosi 383,59 € lub 566,01 € miesięcznie, jeśli rodzina nie otrzymuje zasiłku podstawowego. Gdy natomiast zdecydują się na wynajęcie opiekunki czy posłanie dziecka do przedszkola lub żłobka (sieć opieki instytucjonalnej nad małymi dziećmi jest bardzo rozwinięta), wówczas mogą otrzymać świadczenie dodatkowe wolnego wyboru opieki nad dzieckiem (complément de libre choix du mode de garde, CMG). Wysokość zależna jest od dochodu rodziny i kształtuje się między 85,63 € a 452,75 € miesięcznie.
Pozycja na rynku pracy i ubezpieczeń
Jednym z kluczowych zadań polityki prorodzinnej jest zapewnienie równowagi między życiem zawodowym a rodzinnym. Do najważniejszych rozwiązań w tym zakresie należą korzystne urlopy rodzicielskie, bardziej elastyczne formy pracy dla rodziców i rozbudowana sieć opieki instytucjonalnej.
We Francji istnieją dwa rodzaje opieki instytucjonalnej nad małym dzieckiem. Asystenci wychowawczy mogą zajmować się dzieckiem w swoim domu. Osoby takie mogą prowadzić działalność tylko na podstawie zezwolenia wydawanego po sprawdzeniu warunków, w jakich wykonują opiekę nad dzieckiem. Prace zarejestrowanych asystentów i opiekunów są częściowo finansowane przez samorządy lokalne. Osoby korzystające z opieki domowej mogą odpisać sobie jej koszty od podatku do wysokości 12 000 € rocznie (+ 1500 € na każde kolejne dziecko). Na opiekę zbiorową składają się natomiast żłobki zespołowe, żłobki rodzinne, żłobki rodzicielskie (organizowane przez grupy rodziców sprawujących dyżury nad dziećmi), ogródki dziecięce czy przedszkola pobytowe, gdzie są bardzo elastyczne godziny opieki nad dziećmi. Opieka zbiorowa jest finansowana częściowo ze środków publicznych, częściowo z zasiłków (m.in. wspomniane wcześniej świadczenie dodatkowe wolnego wyboru opieki nad dzieckiem), a częściowo z opłat rodziców.
Za rodzica, który zdecyduje się pozostać w domu z małym dzieckiem, Fundusz Świadczeń Rodzinnych (Caisse d’allocations familiales) może opłacać składkę emerytalną. Warunkiem jest całkowite zaprzestanie wykonywania pracy lub nieosiąganie określonego dochodu (kryterium dochodowe zależy od liczby osób w rodzinie, a najniższe wynosi 23 300 € rocznie). Obecnie ubezpieczeniem tym objętych jest około 1,5 mln osób, dzięki czemu ich emerytura będzie w przyszłości wyższa średnio o 9% od tej, jaką otrzymywaliby, gdyby składki nie były płacone.
W efekcie w 2010 r. pracowało aż 79% kobiet, które mają dwoje dzieci. Również stopa zatrudnienia matek dwojga dzieci, z których jedno ma poniżej 6 lat, pozostaje wysoka i kształtuje się na poziomie 71%, w tym 41% w niepełnym wymiarze czasu pracy10.
Nie tylko ulgi
Ulgi podatkowe są kwestią problematyczną. Pokazuje to przykład Polski, gdzie istniejące rozwiązania nie służą najbiedniejszym, których przede wszystkim powinno się wspierać w wychowywaniu dzieci. Aby w pełni odpisać ulgę na czwórkę dzieci, trzeba bowiem zarobić przynajmniej 87 tys. zł rocznie, a w przypadku trójki dzieci – 62 tysiące. Tymczasem według statystyk co czwarta rodzina z czwórką dzieci żyje na granicy ubóstwa zagrażającego życiu i zdrowiu, a w co trzeciej dochód na jedną osobę nie przekracza 350 zł miesięcznie. Ulgi podatkowe nie mają żadnego wpływu na byt takich rodzin.
We Francji obok ulg wprowadzono rozwiązanie zwane „ilorazem rodzinnym” (quotient familial). Polega ono na tym, że podlegający opodatkowaniu dochód rodziny dzielony jest przez odpowiednią liczbę części fiskalnych, w zależności od liczby dzieci i sytuacji matrymonialnej rodziców. Dzięki temu np. rodzina składająca się z dwojga rodziców z trojgiem dzieci dzieli swój dochód przez 4. Od tak podzielonej kwoty oblicza się podatek według skali i następnie mnoży przez cztery. Dzięki temu zmniejsza się efekt progresji i rodzina unika wyższych progów podatkowych. Większa liczebność rodziny pozwala na płacenie znacznie niższego podatku. Oszczędności wynikające z tego rozwiązania nie mogą jednak przekraczać 2336 € przy jednym dziecku (lub 4040 € w przypadku samotnego rodzica), 4672 € przy dwojgu dzieci (lub 6376 €) i 9344 € przy trojgu dzieci (lub 11 048 €)11.
Godne mieszkanie
Jednym z elementów francuskiej polityki prorodzinnej są działania dotyczące kwestii mieszkaniowej. Podstawowym ich celem jest zapewnienie godnych warunków mieszkaniowych parom z dziećmi, osobami wymagającymi opieki oraz rodzinom znajdującym się w trudnej sytuacji. W zależności od sytuacji danej rodziny, jej dochodów, stosunku własności mieszkania, metrażu czy ilości mieszkających w nim osób istnieje szereg zasiłków i świadczeń mieszkaniowych, które mają pomóc w kupnie, przeprowadzce lub dostosowaniu mieszkania do potrzeb.
Istnieje zatem możliwość uzyskania pomocy zindywidualizowanej (w przypadku zmiany warunków umowy najmu lub kredytu) i zasiłku na mieszkanie o charakterze socjalnym. Ponadto możliwe jest uzyskanie premii na przeprowadzkę dla rodzin wielodzietnych w momencie powiększenia rodziny. Aby ją otrzymać, należy mieć co najmniej troje dzieci, przeprowadzka musi mieć miejsce między trzecim miesiącem ciąży a drugimi urodzinami najmłodszego dziecka. Wysokość premii ma być równa kosztom przeprowadzki, jednak nie większa niż 957,6 € na troje dzieci (+79,80 € w przypadku każdego kolejnego dziecka). Z kolei rodziny mieszkające w niedostosowanym do ich potrzeb miejscu mogą uzyskać również pożyczkę na poprawę standardu miejsca zamieszkania. Pożyczka ta nie może przekraczać 80% planowanych wydatków, a jej górny limit to 1067,14 €. Oprocentowanie wynosi 1% i można spłacać ją przez 3 lata.
Nie tylko Francja
We Francji już dawno dostrzeżono, że wydatki na politykę rodzinną są inwestycją. Pomoc publiczna dla rodzin w tym kraju, nie licząc podatków i organizacji przedszkoli, stanowiła w 2009 r. 2,7 % PKB (średnia w UE wynosiła 2,3%). Według OECD po doliczeniu pomocy podatkowej i organizacji usług opieki instytucjonalnej koszt polityki rodzinnej sięga 3,7% PKB tego kraju12. Dla porównania wydatki na politykę rodzinną w Wielkiej Brytanii wynoszą około 3,4%, w Szwecji i na Węgrzech 3,2%, w Danii 3,1%, w Holandii, Finlandii i Irlandii 2,8%, a w Polsce tylko 1,6% (mniej wydaje się w Hiszpanii, Portugalii, Bułgarii i Grecji)13. Ważną cechą świadczeń rodzinnych jest ich uniwersalność. Prawie dwie trzecie pomocy rodzinom jest przyznawane bez konieczności spełnienia warunku dochodu. Świadczenia uniwersalne są też rozpowszechnione w krajach nordyckich, które również charakteryzują się bardzo wysoką dzietnością. Współczynnik dzietności w Islandii wynosi aż 2,2, w Szwecji 1,98, w Norwegii 1,95, a w Finlandii i Danii 1,8714.
Typowe dla państw nordyckich są rozwiązania uniwersalne. Jednocześnie tym, co szczególnie wyróżnia Szwecję (i kraje nordyckie w ogóle) spośród innych państw europejskich, jest promowanie partnerskiego modelu rodziny i dążenie do ułatwiania łączenia ról zawodowych z rodzinnymi zarówno matkom, jak i ojcom.
Jak to robią w Szwecji?
Jednym z rozwiązań w dziedzinie polityki rodzinnej, które wpływa na kształtowanie modelu partnerskiego oraz może przyczyniać się do zwiększania dzietności, są urlopy rodzicielskie. Urlop rodzicielski w Szwecji wynosi 480 dni i jest płatny (80% wynagrodzenia, płacone przez państwo za pośrednictwem szwedzkiej kasy ubezpieczenia społecznego – Försäkringskassan). Jeżeli rodzic był bezrobotny, wówczas za pierwsze 390 dni dostaje po 20 € dziennie, a za pozostałe 90 dni – 7 €. 60 dni z urlopu rodzicielskiego należy tylko do matki, drugie 60 tylko do ojca, natomiast pozostałymi 360 dniami rodzice mogą dzielić się wedle uznania. Poza tym w ciągu pierwszego roku życia dziecka rodzice mogą wykorzystywać swój urlop jednocześnie (oboje pozostają w domu). Urlop nie musi być wykorzystany w całości od razu, można go wykorzystać aż do skończenia przez dziecko ósmego roku życia. Oprócz tego ojcowie mają prawo do 10 dni urlopu ojcowskiego, płatnego w wysokości 80% wynagrodzenia, tuż po urodzeniu dziecka15. Obecnie 85% ojców w Szwecji wykorzystuje 2 miesiące urlopu, a w dyskursie publicznym pojawiają się głosy, aby obowiązkową część urlopu wydłużyć nawet do 3 miesięcy. Badania potwierdzają także fakt, że rzadziej rozpadają się rodziny, w których ojciec skorzystał z urlopu rodzicielskiego.
Ponadto Szwecja to kraj, gdzie – tak jak we Francji – funkcjonują zasiłki rodzinne przyznawane na zasadzie uniwersalnej. Każda rodzina ma zatem prawo do otrzymywania 95 € miesięcznie na dziecko do 16. roku życia lub do ukończenia przez nie 20 lat, jeśli się uczy. Dodatkowo wspiera się rodziny, w których jest więcej dzieci. Na drugie dziecko przysługuje dodatkowe 10 €, na trzecie 35 €, na czwarte 85 €, a na piąte i kolejne – dodatkowe 100 € miesięcznie. Istnieją też szerokie formy wsparcia dla rodzin uboższych lub znajdujących się w szczególnych sytuacjach: samotnych rodziców, opiekunów osób niepełnosprawnych lub starszych itp.
Opieka instytucjonalna nad małymi dziećmi w Szwecji jest bardzo rozbudowana i zróżnicowana. Według danych Eurostatu objętych jest nią 95,1% dzieci w wieku 2–6 lat. Warto podkreślić, że wysokość opłat za tę opiekę uwarunkowana jest dochodem rodziny oraz ilością dzieci w rodzinie. Dodatkowo rodziny, w których jest więcej niż jedno dziecko, mają prawo do bezpłatnego pobytu dzieci w placówce przez 3 godziny dziennie. Z kolei opieka nad dziećmi w wieku 6–7 lat jest całkowicie bezpłatna.
Zielona Wyspa dla rodzin
Irlandia to państwo, które obecnie osiąga najwyższy współczynnik dzietności w Unii Europejskiej (2,07). W kraju tym istnieje szczególne wsparcie dla rodzin najbiedniejszych i najliczniejszych, a więc tych, które w największym stopniu narażone są na ubóstwo. Dlatego najważniejsze świadczenie związane z wychowaniem dzieci to zasiłek przysługujący na każde dziecko poniżej 16 lat (lub 19, jeśli nadal się uczy). Rodzina otrzymuje 140 € za dwoje pierwszych dzieci, na trzecie 148 €, a na czwarte i następne po 160 €. Jeżeli urodziły się bliźniaki lub więcej dzieci na raz, świadczenie to jest podwyższane o połowę.
W przypadku ciąży mnogiej rodzice mają także prawo do zasiłku jednorazowego zaraz po porodzie, a także w momencie ukończenia przez dzieci 4. i 12. roku życia. Zasiłek ten wynosi 635 €.
Rodziny, które nie osiągają określonego progu dochodu, mają prawo do otrzymywania zasiłku dodatkowego (Family Income Suplement, FIS). Próg dochodowy wynosi 506 € tygodniowo na rodzinę z jednym dzieckiem i rośnie wraz z ilością dzieci w rodzinie (602 € w przypadku dwójki dzieci, 703 € w przypadku trójki i 824 €, gdy dzieci jest czworo). Świadczenie to przysługuje rodzinom z dziećmi do 18. roku życia lub 22., jeśli kontynuują naukę.
Istnieją także specjalne zasiłki dla różnych rodzajów rodzin, uwzględniające ich specyficzną sytuację, np. dla rodziców samotnie wychowujących dzieci, rodziców dzieci niepełnosprawnych etc. Sytuację rodziny wspomagają także rozbudowany system ulg podatkowych oraz wsparcie finansowe w opiece instytucjonalnej dla rodzin nie osiągających określonego progu dochodu – wsparcie takie może wynosić do 66% kosztów posyłania dziecka do żłobka lub przedszkola.
Bardzo dużą rolę w kształtowaniu polityki rodzinnej przyznaje się pracodawcy. Prawo wprowadzone w ostatnich latach uczyniło pracodawcę współodpowiedzialnym za kształtowanie warunków życia rodzin. W Irlandii, gdzie wysokość zasiłku macierzyńskiego wynosi 80% pensji, w umowie o pracę pracodawca może zobowiązać się do opłacania pracownicy różnicy pomiędzy wysokością zasiłku macierzyńskiego a pensją, tak by wysokość świadczenia wynosiła 100% pensji. Dzięki temu nie spada poziom dochodu rodziny tuż po urodzeniu dziecka16. Od 2007 r. istnieje też możliwość korzystania z dodatkowych, bezpłatnych 16 tygodni urlopu macierzyńskiego. Pracodawca może zobowiązać się do wypłaty dodatkowego świadczenia kobiecie także przez ten okres. Często stosowaną praktyką jest przyznawanie przez pracodawców, na podstawie umów cywilnych, dodatkowych urlopów ojcom.
Lekcja dla Polski
Doświadczenia innych państw europejskich pokazują, że kształtując politykę rodzinną można osiągnąć pozytywne rezultaty w postaci wysokiego współczynnika dzietności. Dostrzeżono już, że wydatki na tę gałąź polityki społecznej są inwestycją, efekty przyczynią się bowiem w przyszłości do amortyzacji skutków kryzysu demograficznego.
Duży wpływ na podjęcie decyzji o dziecku może mieć wprowadzanie rozwiązań uniwersalnych oraz rozwój sieci opieki instytucjonalnej nad dziećmi. Przykład francuski jest dobrą egzemplifikacją tego, że opieka może przybierać bardzo różnorodne formy. Sprzyja to tworzeniu podobnych, równych warunków dzieciom, które pochodzą z rodzin o różnych dochodach. Ponadto z badań przeprowadzanych w Polsce wynika, że chętniej na dziecko zdecydują się osoby, które wiedzą, że ich sytuacja materialna nie ulegnie drastycznemu obniżeniu po jego urodzeniu lub adopcji, oraz takie, które nie będą musiały obawiać się straty pracy.
Największe wsparcie powinno się oferować rodzinom wielodzietnym i takim, w którym jest samotny rodzic lub niepełnosprawna osoba wymagająca opieki, ponieważ to te rodziny są najbardziej narażone na ubóstwo i wykluczenie społeczne. Aby stworzyć warunki sprzyjające rodzinie, należy również docenić pracę domową kobiet (lub mężczyzn). Dobrym przykładem jest rozwiązanie francuskie, polegające na opłacaniu składki emerytalnej rodzicowi, który decyduje się na korzystanie z 3-letniego urlopu wychowawczego. Dzięki temu osoba ta na starość nie będzie miała niższego świadczenia emerytalnego niż ci pracownicy, którzy nie mieli takiej przerwy w karierze zawodowej. Poza tym powinno się w większym stopniu promować partnerski model rodziny. Temu rozwiązaniu sprzyjać może m.in. wprowadzenie urlopów rodzicielskich zarówno dla ojców, jak i matek, oraz prowadzenie kampanii społecznych promujących aktywne ojcostwo.
Każdy kraj ma różne możliwości finansowe i infrastrukturalne. Aby kształtować politykę rodzinną zgodnie z możliwościami danego państwa oraz wymogami współczesnych rodzin, należy pamiętać o roli dialogu społecznego. Być może dobrym rozwiązaniem byłoby stworzenie rady, w której zasiadałyby wszystkie zainteresowane strony, a więc przedstawiciele rządu, samorządu, pracodawców, pracowników i organizacji społecznych, skupiających swe działania na kondycji współczesnych rodzin.
Janina Petelczyc
Przypisy:
- Eurostat, Population projections 2010–2060, http://epp.eurostat.ec.europa.eu/cache/ITY_PUBLIC/3–08062011-BP/EN/3–08062011-BP-EN.PDF, pobrano 25.09.2012 r.
- Rządowa Rada Ludnościowa, Założenia Polityki Ludnościowej Polski, Warszawa 2012, s. 20.
- Główny Urząd Statystyczny, Ubóstwo w Polsce w 2011 r., Warszawa 2012, s. 10.
- UNICEF, Ubóstwo Dzieci. Najnowsze dane dotyczące ubóstwa dzieci w krajach rozwiniętych, Florencja 2012.
- K. Iglicka, Migracje długookresowe i osiedleńcze z Polski po 2004 roku – przykład Wielkiej Brytanii. Wyzwania dla statystyki i demografii państwa. Raporty i analizy, Warszawa 5/2011, s. 2.
- http://www.ons.gov.uk/ons/rel/vsob1/parents–country-of-birth–england-and-wales/2011/sb-parents–country-of-birth–2011.html; pobrano 15 października 2012 r.
- Natalité – Fécondité, Institut National de la Statistique et des Études Économiques, http://www.insee.fr/fr/themes/document.asp?reg_id=0&ref_id=T12F035, pobrano 29.09.2012 r.
- Eurostat, Population projections…, op. cit.
- La Confédération générale du travail. La politique familiale en France, Montreuil 2012, s. 7.
- P. Batard, Comparaison France-Allemagne des systemes de protection sociale, Documents de travail de la DG tresor, numéro 2012/02 – Aout 2012, s. 64.
- Impôt sur le revenu: plafonnement du quotient familial, http://vosdroits.service-public.fr/F2702.xhtml, pobrano 20 września 2012 r.
- P. Batard, Comparaison…, op. cit., s. 53
- OECD Family database, Public spending on family benefits in cash, services and tax measures, Paris 2011, s. 2.
- Eurostat, Fertility Indicators, op. cit.
- Parental benefits. Föräldrapenning, http://www.forsakringskassan.se, pobrano 23 września 2012 r., s. 4.
- M. Daly, S. Clavero, Contemporary family policy in Ireland and Europe, School of Sociology and Social Policy, Queen’s University, Belfast 2001, s. 80.
przez Bartosz Pilitowski | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Polska jest krajem systemowego deficytu odpowiedzialności funkcjonariuszy publicznych. Nie chodzi przy tym tylko o sankcje formalne, administracyjne czy urzędowe, lecz także o reakcje opinii publicznej. I tak, po katastrofie smoleńskiej – której okoliczności ujawniły szereg fundamentalnych uchybień błędów i słabości aparatu państwa – Polacy zdecydowali się na przedłużenie rządzącym mandatu zaufania. W samym aparacie państwa nie tylko nie doszło do jakichkolwiek dymisji, ale część osób współodpowiedzialnych za uchybienia, otrzymała awanse (m.in. w BOR-ze). Nierozliczone pozostają też m.in. głośne afera hazardowa, afera taśm PSL (z wyjątkiem dymisji ministra rolnictwa) czy sprawa Amber Gold.
Jedną z barier dla oczyszczenia życia politycznego w Polsce jest właśnie specyficzne pojmowanie odpowiedzialności. W kontekście zamieszania własnego syna w aferę Amber Gold premier Tusk mówił: Nie mam wątpliwości, że spoczywa na mnie i na całej administracji, także na prokuraturze, wielka odpowiedzialność, żeby wyjaśnić absolutnie wszystkie szczegóły tej sprawy. Jednocześnie storpedowano pomysł powołania parlamentarnej komisji śledczej. W podobnym duchu w sierpniu 2012 r. minister sprawiedliwości Jarosław Gowin wypowiedział się na temat odpowiedzialności sędziów w związku z tą samą aferą: Sędziowie mieli prawo wydawać wyroki w zawieszeniu. A czy były one właściwe, to już będą rozliczani przez instancję wyższą, nie ludzką. Słowo „odpowiedzialność” w ustach polityków i funkcjonariuszy publicznych w Polsce odnosi się na ogół do odpowiedzialności moralnej. Z drugiej strony tendencja do kierowania dyskursu na tory odpowiedzialności moralnej (przed Bogiem i historią) wiąże się z prezentowaniem systemowych patologii jako przypadków jednostkowych, wyjątków, które, niestety, zawsze się zdarzają. W zależności od kontekstu odpowiedzialni są wszyscy (bo zawinił system) – czyli nikt osobiście – albo pojedyncze jednostki – a więc nie system, za którego sprawne funkcjonowanie odpowiadają rządzący. Na dodatek głośne przykłady unikania odpowiedzialności, a nawet nagradzania za uchybienia prowadzą do instytucjonalizacji nieodpowiedzialności.
Efektem jest – po części odziedziczona jeszcze z PRL, a po części wzmocniona powszechną pobłażliwością wobec niekompetencji już w III RP – nikła podmiotowość obywateli w stosunku do państwa. Polacy w dużej mierze czują się klientami, a nie mocodawcami władz publicznych. Taka sytuacja jest zresztą korzystna dla przedstawicieli klasy politycznej – brakowi zaufania towarzyszą niskie oczekiwania pod adresem klasy politycznej, a więc i niewielka skłonność do wyciągania konsekwencji wobec tych, którzy zawodzą. Sytuację pogarsza deficyt środków kontroli społecznej – słabość mediów lokalnych, pozorny pluralizm mediów ogólnopolskich, brak elit intelektualnych, w tym akademickich, zdolnych i gotowych do krytyki poczynań (każdej) władzy.
„Rozliczalność” a demokracja
- Problem deficytu „rozliczalności” dotyczy wielu – może większości – obszarów życia publicznego w Polsce. Jednak szczególnie dotkliwy jest on w odniesieniu do rozmaitych instytucji, które z uwagi na pełnioną funkcję kontrolną cieszą się daleko idącą niezależnością. Są to np. służby specjalne, prokuratura czy sądy. Te instytucje łączy fakt, że z wielu ważnych powodów ustawodawca przydziela im znaczny zakres autonomii, nawet w krajach demokratycznych. Kontrola zewnętrzna jest ograniczona na rzecz kontroli sprawowanej przez organy wewnętrzne danej instytucji. Zasiadają w nich członkowie tego samego środowiska, którego przedstawiciele są przez nich kontrolowani. Do uzasadnienia kontroli wewnętrznej stosuje się najczęściej trzy grupy argumentów: 1. ocena działań profesjonalistów wymaga wyjątkowych kompetencji, posiadanych tylko przez przedstawicieli tej samej profesji; 2. informacje dotyczące pracy tych osób mają wrażliwy charakter – często są to dane posiadające klauzulę tajności; 3. należy zabezpieczyć przedstawicieli profesji przed wpływem zewnętrznym (ze strony np. władzy wykonawczej), ze względu na możliwość nieprawomocnego wykorzystania instytucji nadzoru.
Celowość kontroli środowiskowej to jedno, ale jej skuteczność to zupełnie odrębny temat. Nie trzeba mieć specjalistycznej wiedzy, by zdawać sobie sprawę z konsekwencji, jakie niesie ze sobą „bycie sędzią we własnej sprawie”. Dlatego nawet formalne istnienie systemu kontroli wewnętrznej nie może wykluczać sprawowania przez społeczeństwo demokratycznej kontroli zewnętrznej. Zasada niezależności nie oznacza bowiem nigdy niezależności od suwerena, którym w państwie demokratycznym jest naród, rozumiany jako wspólnota obywateli danego państwa.
Kłopot w tym, że od uzyskania formalnego statusu obywatela państwa demokratycznego w 1989 r. do uzyskania rzeczywistego wpływu na działanie instytucji publicznych – czyli ich rozliczania – droga jest daleka. Pierwszym jej etapem jest uzyskanie odpowiednich instrumentów prawnych. W tym zakresie jest zresztą w Polsce wiele do zrobienia, ale – ogólnie ujmując – dzisiejszy ustrój naszego kraju w zakresie praw przysługujących obywatelom nie odbiega od demokratycznych standardów. Mamy więc instytucje sprawdzone w krajach, gdzie władza publiczna jest realnie rozliczana za swoje działania w stopniu znacznie większym niż w Polsce.
Drugim etapem jest wiedza o działaniach funkcjonariuszy publicznych. Spośród różnych kanałów uzyskiwania informacji szczególnie ważne są media – z uwagi na możliwość dotarcia do szerokiego grona odbiorców. Istotne są także doświadczenie osobiste – ze względu na siłę oddziaływania nieporównywalną z innymi kanałami pozyskiwania informacji, a także z racji najmniejszej podatności tego sposobu zdobywania wiedzy na manipulację. Manipulowanie doświadczeniem indywidualnych osób jest po prostu bardzo kosztowne.
Trzecim krokiem do „rozliczalności” władz publicznych jest zmiana postaw samych obywateli, w tym ich większa gotowość do angażowania się w działania na rzecz owej „rozliczalności”. Ostatnim elementem jest upodmiotowienie obywateli w relacjach z instytucjami władzy publicznej, czyli upowszechnienie tożsamości mocodawców systemu, a nie jego petentów. Stroną aktywną tego procesu musi być przede wszystkim społeczeństwo. Natomiast liczenie na to, że zajmą się tym instytucje władzy publicznej, jest zaprzeczeniem procesu demokratyzacji. Jego sednem jest właśnie wzięcie przez obywateli odpowiedzialności za kształt swojego państwa oraz kondycję instytucji publicznych. W połączeniu z instrumentami prawnymi oraz wiedzą o funkcjonowaniu instytucji społeczeństwo świadome swojej nadrzędnej roli w państwie jest zdeterminowane, aby rozliczać ze skuteczności funkcjonariuszy publicznych, gdyż ma świadomość, że ci są tylko jego pracownikami, a nie właścicielami.
Poza kontrolą
Dobitnym przykładem na to, jak formalne uprawnienia społeczeństwa do kontroli władz publicznych pozostają martwe w praktyce, jest – zapisana w art. 45 Konstytucji RP oraz art. 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka – zasada jawnego postępowania przed sądem.
Sądownictwo zajmuje szczególne miejsce w naszym ustroju. Ma zagwarantowaną daleko idącą niezależność od pozostałych władz, choć samo kontroluje ich poczynania: sądy administracyjne kontrolują władzę wykonawczą, Trybunał Konstytucyjny – władzę ustawodawczą – a Sąd Najwyższy ocenia nawet legalność wyborów do parlamentu. Jednocześnie decyzje zapadające w sądach mają dużo większe znaczenie dla losów konkretnych obywateli. Wpływają nie na warunki brzegowe – jak wysokość podatków – ale na samą trajektorię ich dalszych losów. Odpowiedzialność trzeciej władzy domaga się skutecznego systemu kontroli społecznej.
Formalnie sądownictwo posiada wewnętrzny system kontroli dyscyplinarnej. Jest on sprawowany przez rzecznika dyscyplinarnego oraz jego zastępców. Funkcje te pełnią sędziowie. Tylko rzecznik może skierować sprawę do sądu dyscyplinarnego (składającego się z sędziów sądu wyższej instancji). Takich postępowań wszczyna się w Polsce ok. 50 rocznie, co przy liczbie ponad 10 tysięcy aktywnych sędziów oraz ponad 2 tysiącach sędziów w stanie spoczynku, którzy także podlegają odpowiedzialności dyscyplinarnej, wydaje się liczbą zaskakująco niską. Może to świadczyć o wyjątkowej kondycji moralnej sędziów. Może jednak świadczyć także o fasadowości instytucji powołanej do rozliczania sędziów z nieprawidłowego działania. Biorąc pod uwagę ilość skarg na same zachowanie sędziów, które co roku trafiają do prezesów sądów (według naszych szacunków jest to liczba ok. 4 tysięcy skarg rocznie dla samych tylko sądów rejonowych i okręgowych), liczba 50 wszczętych postępowań świadczy o tym, że sędziowie są rozliczani jedynie w zupełnie skrajnych lub oczywistych przypadkach naruszenia norm formalnych.
Istnieją również przykłady na to, że również w bulwersujących opinię społeczną przypadkach naruszenia etyki zawodowej, a nawet podejrzeń naruszenia prawa przez sędziów, istniejący system nie gwarantuje rozliczenia danego sędziego. Przykładem jest toruński sędzia Zbigniew Wielkanowski, którego najpierw, według „Rzeczpospolitej”, widywano w towarzystwie lokalnych gangsterów, a który potem został oskarżony o pomówienie przed policją byłej kochanki. Wielkanowski przez prawie 10 lat odwoływał się od wyroków, nie stawiał na rozprawy i przedstawiał zwolnienia lekarskie, dzięki czemu uniknął prawomocnego rozstrzygnięcia – sprawa uległa przedawnieniu. Sędziemu „zwrócono” wtedy 190 tys. złotych wynagrodzenia, obniżonego w czasie trwania postępowań. Mimo kilkuletniej choroby i stwierdzenia niezdolności do pracy przez orzecznika ZUS, Wielkanowski zaraz po przedawnieniu zarzutów odzyskał zdrowie i skutecznie zaskarżył decyzję Krajowej Rady Sądownictwa przenoszącą go w stan spoczynku. W 2010 r. wrócił do orzekania w toruńskim sądzie rejonowym. Mieszkańcy Torunia są więc sądzeni w sprawach rodzinnych przez osobę, która m.in. podała policji nieprawdziwe informacje nt. awantury, jaką wszczął w mieszkaniu – będącej wówczas studentką – kochanki, i co do której kontaktów ze światem przestępczym cały czas pozostają uzasadnione wątpliwości.
Z kolei sędzia Ryszard Milewski – którego kompromitującą rozmowę z domniemanym pracownikiem kancelarii premiera ujawniła „Gazeta Polska Codziennie” – przedstawił już drugie zwolnienie lekarskie Rzecznikowi Dyscyplinarnemu. Ten ostatni ma obowiązek wysłuchać wyjaśnień sędziego, zanim będzie mógł wszcząć właściwe postępowanie dyscyplinarne. Za 3 lata przekonamy się, czy także on wyzdrowieje po przedawnieniu przewinienia.
Jest sposób
W odróżnieniu od kontroli nad władzą wykonawczą i ustawodawczą podjęcie wysiłku zewnętrznej kontroli władzy sądowniczej wymaga ogromnych środków. Wynika to z rozproszenia odpowiedzialności: każdy sędzia z osobna występuje i orzeka „w imieniu Rzeczypospolitej”. Mamy zatem do czynienia ze strukturą hierarchiczną tylko w sferze administracji, ale nie w zakresie władzy. Aby kontrola była skuteczna, musi dotyczyć każdego orzekającego sędziego.
Paradoksalnie takie rozproszenie odpowiedzialności może pomóc w sprawowaniu kontroli społecznej. Przykładem na to jest metoda court watch, czyli obywatelski monitoring sądów. Wywodzi się ona ze Stanów Zjednoczonych, gdzie mniej lub bardziej sformalizowane grupy obywateli starają się obserwować jak najwięcej postępowań przed lokalnymi sądami, występując w roli publiczności. W Polsce misji promocji i rozwoju tej metody podjęła się Fundacja Court Watch Polska.
Fundacja należy do organizacji pozarządowych zwanych strażniczymi (ang. watchdog), które zajmują się kontrolą działań podmiotów uprzywilejowanych w stosunkach z pojedynczymi obywatelami. Zwykle działania strażnicze przyjmują postać obywatelskich śledztw, systematycznych obserwacji lub analizy dokumentów. Są prowadzone w stosunku do konkretnych podmiotów w wąsko zakrojonym obszarze problemowym i przez grupę (przynajmniej docelowo) „profesjonalistów z misją”, tzw. strażników.
- Metoda działania, którą przyjęła Fundacja Court Watch Polska, wyróżnia się wykorzystaniem na dużą skalę krótkoterminowego i niezobowiązującego quasi-wolontariatu. Ponieważ nie sposób samodzielnie prowadzić monitoringu rozpraw we wszystkich sądach w Polsce jednocześnie, Fundacja namawia osoby postronne, aby korzystały z prawa do uczestnictwa w rozprawach w charakterze publiczności i odwiedzały lokalne sądy – choćby z ciekawości. Od obserwatorów oczekujemy wypełnienia w trakcie rozprawy krótkiej ankiety dotyczącej jej przebiegu i przesłania jej później przez Internet. Pytania kwestionariusza są tak skonstruowane, że jest w stanie odpowiedzieć na nie osoba po dwugodzinnym szkoleniu z podstawowej wiedzy o sądownictwie. Dzięki temu w monitorowanie sądów angażują się osoby, które nigdy nie myślały o braniu udziału w działaniach kontrolnych, strażniczych czy jakiejkolwiek innej aktywności obywatelskiej w stosunku do władz publicznych. Dzięki maksymalnemu uproszczeniu zadań obserwatora oraz „przyjaznej” formie współpracy z Fundacją, już ponad 500 osób z całej Polski zaangażowało się i wniosło bardzo duży wkład w działania strażnicze. Najczęściej nie po to, by „patrzeć władzy na ręce”, ale ze zwykłej ciekawości, jak pracują sądy, a w przypadku studentów – przy okazji zdobywania wiedzy potrzebnej na studiach. Udział w takim programie może być dla nich działaniem obywatelskim, a także ukształtować wspomnianą „tożsamość akcjonariusza”. Wyniki programu Obywatelskiego Monitoringu Sądów są też ważnym argumentem na rzecz rozwoju kolejnych programów kontroli społecznej bazujących na crowdsourcingu, jak nazywa się opieranie działań społecznych o synergię niewielkich odcinków pracy wykonanej przez wielu ludzi w jednym celu. Możemy wyobrazić sobie takie działania np. w obszarze usług edukacyjnych czy medycznych, gdzie sami usługobiorcy przy pomocy prostego kanału informacji, np. SMS-ów, zgłaszają przypadki nieprawidłowości i oceniają działania usługodawców, nie ponosząc przy tym praktycznie żadnych kosztów, a korzystając na zmianie społecznej.
Co widać, słychać i czuć?
- Sala sądowa jest szczególnie ciekawym polem obserwacji stosunku władzy publicznej – w tym przypadku sądowej – do obywatela, i vice versa. Tam, gdzie działają siły rynku, dawno już skończyliśmy z traktowaniem klientów jak naprzykrzających się petentów. Niestety przemiana mentalności nie dotyczy części sędziów. Powszechne jest lekceważenie czasu osób wzywanych na rozprawy i rozpoczynanie ich z opóźnieniem. Tylko 46% posiedzeń, które wybrali obserwatorzy, rozpoczęło się punktualnie. W większości przypadków z perspektywy uczestnika powodem było spóźnienie sędziego. Dla Fundacji jest oczywiste, że bywają okoliczności, które mogą zatrzymać sędziego, lub że może się zdarzyć, iż poprzednia rozprawa się przedłuży. Sąd powinien jednak dbać o to, aby sytuacje takie zdarzały się wyjątkowo, a nie zwyczajowo. O lekceważeniu czekających, nierzadko i po kilkadziesiąt minut, świadczy także fakt, iż tylko w przypadku 16% opóźnionych rozpraw sędzia lub pracownik sądu wyjaśnili bądź przeprosili za opóźnienie.
O niewłaściwym stosunku niektórych sędziów do stających przed nimi uczestników postępowań świadczą także przykłady niekulturalnych i agresywnych zachowań ze strony przedstawicieli trzeciej władzy. Należy pamiętać, że są to relacje z rozpraw, które odbyły się przy udziale publiczności:
Sędzia większość czasu była niekulturalna i agresywna. Podnosiła głos, przesłuchując świadka. Nawet powiedziałabym, że krzyczała. Ponadto ostentacyjnie żuła gumę. Najpierw pytała o „przemoc seksualną”, następnie krzyczała na świadka, że jakoby nie użyła tego stwierdzenia i że niesłusznie świadek to sobie wymyślił. Ciągle komentowała coś pod nosem.
Dwóch świadków było niedosłyszących, co sędzia skomentował z szykaną „co wy tak wszyscy słabo słyszycie”, uśmiechając się złośliwie. Podobnie powiedział do świadka „niech pan słucha, będę mówił w miarę głośno” z wyraźnym szyderstwem w głosie.
Na salę chciała wjechać wózkiem inwalidzkim starsza kobieta. Nie mogła jednak zmieścić wózka na sali po wjechaniu przez drzwi, w związku z czym jej syn chwycił krzesło w celu przesunięcia go i zrobienia matce miejsca. Widząc to, sędzia oburzyła się – „co Pan robi z tym krzesłem?! Proszę je natychmiast odstawić tam, gdzie było!”, co spowodowało zamieszanie i 5-minutowe próby ustawienia wózka w wygodnej pozycji bez przesuwania krzesła.
Jeszcze częściej zdarzało się, że sędzia miał zastrzeżenia do samej obecności publiczności. Relacje wolontariuszy świadczą o tym, że prawo do publicznego procesu nie zawsze jest w polskich sądach w pełni przestrzegane. Oto kilka z nich:
Pani Sędzia wnikliwie dopytywała o siedzibę organizacji, cel ich [obserwacji] prowadzenia itp. Robiła to w dość… władczy sposób (raczej w charakterze przesłuchania).
Zadawał pytania w stylu „a panie to kto?”, „dlaczego tak w charakterze publiczności?”, „już dzisiaj mi jakieś tu łaziły” – być może było to półżartem.
Sędzia miał zastrzeżenia co do obecności obserwatora na sali rozpraw. Pomimo udzielonej informacji, że obserwator jest w formie publiczności nie związanej ze stronami, sędzia przewodniczący pytał z jakiej instytucji jest obserwator, zażądał legitymacji pracowniczej, pytał, czy obserwator ma zgodę prezesa Sądu na prowadzenie notatek. Na końcu sprawdził dane osobowe obserwatora z legitymacji studenckiej i zapisał je na kartce, ale pozwolił zostać na sali rozpraw.
Po ok. 15 minutach od rozpoczęcia rozprawy zostałam w dosyć stanowczy sposób zapytana „Co Pani tutaj właściwie robi”. Odpowiedziałam, że jestem studentką UJ i obserwatorką Fundacji CWP. Moje tłumaczenie (sprawa jest jawna itp.) zostało zlekceważone i dostałam polecenie „natychmiastowego zgłoszenia się do p. przewodniczącej wydziału i ewentualny powrót na salę z potwierdzeniem jej zgody”.
Sędzia poprosił, abym opuściła salę (przed odczytaniem przez panią prokurator aktu oskarżenia). Sędzia nie uzasadnił swojej decyzji.
Tego typu traktowanie publiczności jest relatywnie rzadkie. Większość sędziów rozumie i szanuje prawo publiczności do udziału w rozprawie jawnej. Niemniej, jeśli – jak wynika z naszych badań – sędziowie mają zastrzeżenia do obecności publiczności w przypadku 5% rozpraw, oznacza to, że co roku dziesiątki tysięcy Polaków stają przed sędzią, który lekceważy ich konstytucyjne prawa. Czasami problem sprowadza się do sposobu poinformowania publiczności, że dana rozprawa jest niejawna. Zdarza się, że wygląda to tak:
Po wejściu na salę sędzia […] zapytała się kim jestem. Jak usłyszała odpowiedź, w bardzo niekulturalny sposób wskazała palcem na drzwi i powiedziała „Za drzwi!”. Jak się potem zorientowałam, była to sprawa, na której nie może przebywać publiczność, a sposób, w jaki zostałam wyproszona z sali, był, delikatnie mówiąc, niekulturalny.
Co z oczu, to z serca?
Dobrym przykładem efektu pracy naszych wolontariuszy jest zwrócenie przez nich uwagi na szeroko rozpowszechnioną i akceptowaną praktykę pozostawania pełnomocników i (najczęściej) prokuratorów na salach rozpraw poza czasem trwania rozprawy. Sędziowie, z którymi rozmawialiśmy, wskazywali na praktyczne uzasadnienie takiej praktyki: prokuratorzy, którzy mają niejednokrotnie kilka rozpraw w danej sali jednego dnia, nie mają osobnego pokoju, gdzie mogliby się do nich przygotować. W tej sytuacji sędziowie grzecznościowo zezwalają im na pozostawanie w sali rozpraw w przerwach między rozprawami. Inni tłumaczyli, że wcześniejsze wejście na salę lub pozostanie w niej po zakończeniu rozprawy służy ustalaniu z sędzią szczegółów technicznych, a czasem – nawet korzystnemu dla oskarżonego negocjowaniu wymiaru kary, np. gdy dobrowolnie podda się karze. Uzasadnienia te wydają się racjonalne, nie bierze się jednak pod uwagę zgubnego wpływu takiej praktyki na postrzeganie instytucji sądu przez strony.
Osoby czekające na korytarzu nie wiedzą, o czym rozmawia prokurator sam na sam z sędzią, nie mają możliwości odniesienia się do tych ustaleń. W większości przypadków zresztą (jak twierdzą sami zainteresowani) do żadnej rozmowy nie dochodzi. Strony jednak tego nie wiedzą; widzą tylko zamknięte drzwi i nabierają poczucia, że część rozprawy jest de facto niejawna. Zwłaszcza gdy później, w czasie rozprawy, usłyszą, jak sędzia zwraca się do prokuratora: To zrobimy, Panie prokuratorze, jak wcześniej ustaliliśmy.
Z badań Fundacji wynika, że problem ten występował w przypadku od 11 do 14% (odpowiednio – w pierwszym i drugim cyklu monitoringu)obserwowanych rozpraw. Najczęściej miało to miejsce w wydziałach karnych. Co ciekawe, mimo iż w rozmowach z nami większość sędziów oraz pełnomocników przyznaje, że taka sytuacja nie powinna mieć miejsca, problem jest rozpowszechniony – stwierdziliśmy jego występowanie w znakomitej większości obserwowanych sądów. Dopiero pojawienie się w sądach outsiderów – obserwatorów Fundacji niezwiązanych ze sprawą – umożliwiło dostrzeżenie negatywnych konsekwencji społecznych tej rutynowo akceptowanej praktyki. Obecnie Fundacja podejmuje działania mające doprowadzić do uregulowania obecności pełnomocników na sali rozpraw w regulaminach samych sądów. Innym proponowanym wyjściem jest zasada otwartych drzwi do sali sądowej, w której przebywa ktokolwiek inny niż sędzia i protokolant/-ka.
Kontrola i zaufanie
Konsekwencją tych i innych przejawów niepodmiotowego traktowania obywateli w sądach jest m.in. relatywnie niski poziom zaufania Polaków do sądownictwa. Choć większość sędziów to osoby uczciwe i dobrze przygotowane do pracy, opinię środowiska – a także autorytet całego sądownictwa – obniża tolerowanie nielicznych uchybień. Jak sugerowała nam część sędziów, monitoring obywatelski może pomóc przełamać źle rozumianą solidarność w takich przypadkach, gdyż – jako głos niezależnego, bezinteresownego obserwatora – ułatwia, a czasem nawet wymusza uruchomienie istniejących mechanizmów dyscyplinujących. Przykładowo: prezesowi sądu może być niezręcznie zwrócić uwagę koledze na notoryczne spóźnianie się, lecz gdy otrzyma raport dokumentujący takie zachowanie, będzie bardziej skłonny to zrobić.
Niewątpliwie poczucie odpowiedzialności – za siebie, swoje otoczenie, bliskich i dalszych ludzi – ma kluczowe znaczenie dla jakości życia jednostkowego i społecznego. Inaczej jest jednak w odniesieniu do sfery służby publicznej. Tu kluczowym zadaniem jest projektowanie i wdrażanie mechanizmów umożliwiających skuteczne rozliczanie funkcjonariuszy publicznych z tego, jak wywiązują się z powierzonych im obowiązków. Krokiem podstawowym w tym kierunku jest odróżnianie odpowiedzialności moralnej od „rozliczalności”, upodmiotowienie obywateli, aby więcej wymagali od funkcjonariuszy publicznych i byli skłonni ich rozliczać. Zmiana mentalności musi wiązać się z odrzuceniem mitu „donoszenia” oraz eliminacją klienckiej postawy wobec władzy. Krokiem drugim jest projektowanie rozwiązań zapewniających przejrzystość i wspomnianą „rozliczalność”, i to nie tylko rozwiązań administracyjno-prawnych, ale także – a może przede wszystkim – mechanizmów nieformalnej kontroli społecznej.
przez Michał Sobczyk | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Pomoc psychiatryczna powinna być blisko pacjenta – dostępna i przyjazna, z pobytem w szpitalu jako ostatecznością. Między tym ideałem a realiami polskiej służby zdrowia widnieje, jak na razie, przepaść.
Jednym z kluczowych celów Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego, przyjętego w 2010 r., jest rozwój form opieki i pomocy umożliwiających chorującym funkcjonowanie w środowiskach rodzinnym i społecznym. Oznacza to odejście od dotychczasowego modelu lecznictwa psychiatrycznego, zdominowanego przez opiekę stacjonarną („szpitalocentrycznego”). Jak wyjaśnia dr hab. Katarzyna Prot-Klinger, przewodnicząca Sekcji Psychiatrii Środowiskowej i Rehabilitacji Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, koncepcja psychiatrii środowiskowej nie dotyczy konkretnej instytucji czy formy leczenia, lecz jest raczej pewnym sposobem myślenia. – Wychodzi ona z założenia, że człowiek, który choruje psychicznie, powinien być leczony tak, jak każda inna osoba. Kiedy jego stan tego wymaga, powinien trafiać na specjalistyczny oddział w szpitalu ogólnym, a poza okresami zaostrzeń – tak samo jak osoby cierpiące na inne schorzenia korzystać z szeregu możliwości leczenia pozaszpitalnego. Doc. Prot-Klinger dodaje, że oferta dla chorujących psychicznie powinna być nawet bogatsza, gdyż wielu z nich czasowo lub trwale nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować, kontynuować pracy zawodowej itp. – Powinien istnieć cały system wsparcia środowiskowego, pozwalający takim osobom mieszkać i pracować w dotychczasowym otoczeniu. W szpitalu – jeśli to w ogóle konieczne – pacjent powinien przebywać jak najkrócej, pobyt ten można skracać terapią w oddziale dziennym. Po jego opuszczeniu powinien mieć łatwy dostęp (krótkie terminy oczekiwania na wizytę) do blisko zlokalizowanej poradni, a w razie potrzeby także możliwość wizyt domowych lekarza czy pielęgniarki.
Pytana o najważniejsze zalety takiego modelu, Katarzyna Prot-Klinger w pierwszej kolejności wskazuje na kwestie etyczne. Nie można grupy ludzi odizolować od reszty społeczeństwa tylko dlatego, że są chorzy. Tym bardziej, że pobyt w „wariatkowie”, jak powszechnie nazywane są szpitale dla nerwowo i psychicznie chorych, nadal stanowi społeczny stygmat. Po drugie dość dawno zorientowano się, że część rzekomych objawów chorobowych to w rzeczywistości negatywne skutki długotrwałego przebywania w instytucji zamkniętej. Dalej, jeśli podliczyć wszystkie koszty związane z hospitalizacją oraz m.in. z brakiem możliwości pracy osób pozostających w szpitalach, system oparty o leczenie instytucjonalne okazuje się dużym obciążeniem dla społeczeństwa. – Z argumentem ekonomicznym oczywiście trzeba uważać. Nie chodzi o to, żeby chorych wypisać ze szpitali, a następnie zostawić samym sobie. Istotne koszty, związane z opieką środowiskową, państwo i tak będzie musiało ponosić. Przykład lokalnych prób odchodzenia od szpitali w Stanach Zjednoczonych, gdzie pacjenci – wypisywani często trochę na siłę – powszechnie zasilali rzeszę bezdomnych, pokazuje, jak łatwo wylać dziecko z kąpielą.
Szczególnie mocny jest argument czwarty: w modelu środowiskowym pacjenci mają bez porównania większe możliwości realizacji potrzeb społecznych i rodzinnych. Posiada to wartość samą w sobie, ale także istotne walory terapeutyczne, a dodatkowo daje otoczeniu szansę na oswojenie się z chorobą. I na odwrót: długi pobyt w szpitalu, nieraz oddalonym od miejsca zamieszkania o wiele kilometrów, bardzo często powoduje osłabienie więzi międzyludzkich.
Ponowne odkrywanie Ameryki
Prof. dr hab. Aleksander Stanisław Araszkiewicz, kierownik Katedry Psychiatrii Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika i b. prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, kładzie nacisk na jeszcze jeden aspekt: powyższy model umożliwia zachowanie ciągłości opieki. – Zaburzenia psychiczne to nie grypa, która trwa tydzień. To często wiele lat pod opieką specjalistów, przyjmowania leków – podkreśla.
Choć daleki jest od idealizowania peerelowskiej służby zdrowia, profesor podkreśla, że gdy był młodym lekarzem, istniał dość zwarty, kompleksowy system opieki środowiskowej, choć samo to określenie nie było wówczas stosowane. Przykładowo w szpitalu w Kochanówce każdy z oddziałów był przypisany do określonego rejonu Łodzi. – Pracujący w tym systemie doskonale wiedzieli, co dzieje się z pacjentami. Gdy chory został wypisany z „dziesiątki”, obejmującej opieką Bałuty, informacja o nim szła do rejonowej poradni zdrowia psychicznego na ul. Lnianej, gdzie zresztą – już wtedy! – mieścił się również oddział dzienny. Jeśli nie zgłaszał się w ciągu miesiąca, lekarz z tamtej poradni jechał do niego do domu. Dopiero ustawa o powszechnym ubezpieczeniu w Narodowym Funduszu Zdrowia z 2003 r., znosząca rejonizację, zburzyła ten model. Idea sieci centrów zdrowia psychicznego, które w myśl zapisów Narodowego Programu mają docelowo stanowić podstawowe jednostki opieki psychiatrycznej, stanowi de facto powrót do sprawdzonych wzorców.
– Centrum łączy różne formy opieki, dzięki czemu w każdym momencie może zapewnić pacjentowi pomoc adekwatną do jego stanu – wyjaśnia Wanda Langiewicz z Zakładu Zdrowia Publicznego warszawskiego Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Na placówkę tego typu składa się co najmniej kilka zespołów. Ambulatoryjny udziela porad lekarskich i psychologicznych, świadczy indywidualną i grupową pomoc psychoterapeutyczną, wykonuje czynności pielęgniarskie i interwencje socjalne. Zespół środowiskowy to wizyty domowe, terapia indywidualna i grupowa, praca z rodziną, treningi umiejętności, budowanie sieci oparcia społecznego, zajęcia i turnusy rehabilitacyjne. Zespół dzienny to częściowa hospitalizacja. Natomiast szpitalny ma funkcjonować w formie oddziału psychiatrycznego lokalnego szpitala ogólnego, uzupełnianego profilowanymi świadczeniami innych szpitali.
Wśród zadań przypisanych centrom znajduje się także promocja wiedzy dotyczącej higieny i zaburzeń zdrowia psychicznego oraz realizacja programów profilaktycznych. W instytucjach tych upatruje się również szansy na silniejsze powiązanie opieki zdrowotnej z systemem pomocy społecznej oraz z mechanizmami wspomagającymi udział chorych psychicznie w rynku pracy.
Program zakłada, że centra będą funkcjonować w każdym powiecie, dużej gminie lub dzielnicy dużego miasta, stosownie do lokalnych potrzeb.
Daleko od centrum
– Silną stroną polskiej psychiatrii jest od wielu lat dość rozbudowana sieć poradni zdrowia psychicznego – podkreśla doc. Prot-Klinger. Co więcej, ich dostępność w ostatnim czasie bardzo się poprawiła. – Jakieś 15 lat temu poradni było 500–600, a w tej chwili jest ich 1000 – informuje Wanda Langiewicz. Zastrzega, że czas oczekiwania na wizytę czy bogactwo oferty są w nich zróżnicowane, ale jednocześnie podkreśla, że prawie we wszystkich powiatach pacjenci „mają gdzie pójść”. Zwraca przy tym uwagę, że psychiatria jest obszarem ogromnie rozbudowanym jeśli chodzi o subspecjalności, wśród których niektóre są ewidentnie za mało rozwinięte w stosunku do potrzeb. – W niedostatkach przoduje psychiatria dziecięca: jest mało specjalistów w tej dziedzinie (zajmujemy pod tym względem przedostatnie miejsce w Europie) i stosunkowo niewiele oddziałów. Niewiele jest również specjalistycznych poradni, zwłaszcza na prowincji. Z powodu braków kadrowych zlikwidowano oddział dziecięcy w szpitalu psychiatrycznym w Choroszczy pod Białymstokiem. Drugą „problemową” specjalnością jest psychiatria wieku podeszłego.
Psychiatra dr Marek Balicki, dyrektor Szpitala Wolskiego w Warszawie oraz prezes Warszawskiego Towarzystwa Pomocy Lekarskiej i Opieki nad Psychicznie i Nerwowo Chorymi, przypomina, że początek odchodzenia od wielkich szpitali psychiatrycznych datuje się na lata 70. – W poszczególnych miejscach Polski jest różnie, ale generalnie jest więcej do zrobienia, niż zostało zrobione – ocenia. Wśród przyczyn wskazuje fakt, że duże szpitale psychiatryczne bronią się przed restrukturyzacją. Innym powodem jest dramatyczne niedofinansowanie oddziałów psychiatrycznych przy szpitalach ogólnych. – W moim szpitalu przynosi on milion złotych straty rocznie. Nic dziwnego, że przestała rosnąć liczba takich oddziałów, skoro istnieją bodźce, by je raczej zamykać, niż tworzyć. Zagrożenie to potęguje presja na komercjalizację lecznictwa. Przykładem może być Szpital Bródnowski – po przekształceniu placówki przez samorząd województwa mazowieckiego w spółkę kapitałową jej zarząd chciał zlikwidować oddział psychiatryczny, z czego wycofał się dopiero po fali protestów społecznych.
Również dostęp do opieki ambulatoryjnej, oddziałów dziennych i zespołów leczenia środowiskowego, opartych o wizyty domowe, jest poważnie ograniczony. – W wielu miejscach Polski te formy nie istnieją lub są do nich kolejki, a w psychiatrii pacjent nie powinien czekać – mówi dr Balicki. – Wprawdzie mamy ambulatoria, ale one często działają na pół gwizdka, tzn. nie oferują wszystkich świadczeń, które zaspokajałyby potrzeby populacji i pozwalały myśleć o oszczędzaniu szpitali.Zespołów leczenia środowiskowego mamy w Polsce kilkadziesiąt, a powinno ich być 400, może nawet więcej. Taka jest skala zaniedbań – komentuje prof. dr hab. Jacek Wciórka z Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, współautor Narodowego Programu. – Oddziały dzienne powstają, ale ciągle jest ich zdecydowanie za mało. Dla przykładu w Kujawsko-Pomorskiem, gdzie jestem konsultantem wojewódzkim, system leczenia środowiskowego powinien móc obsłużyć co najmniej 300 osób więcej – szacuje Aleksander Araszkiewicz. Zdaniem Katarzyny Prot-Klinger to, że sieć wspomnianych usług nie jest wystarczająco rozwinięta, wynika głównie ze zbyt niskiej wyceny świadczeń psychiatrycznych przez NFZ.
Prof. Araszkiewicz, współautor raportu pt. „Psychiatryczna opieka środowiskowa w Polsce” (2008), zaznacza jednak, że niskie stawki zapisane w kontraktach stanowią jedynie część problemu. – NFZ płaci za usługę, którą najpierw trzeba „wykreować”, czyli muszą być budowane oddziały, poradnie. To nie jest sprawa Funduszu, lecz samorządów, którym w ramach Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego przypisano określone zadania, nie zabezpieczając na nie środków. To głównie dlatego jego realizacja się opóźnia. Kiedy np. rada powiatu ma do wyboru budowę nowego przedszkola, drogi czy wodociągu albo budowę nowego oddziału dziennego, ośrodka interwencji kryzysowej czy poradni zdrowia psychicznego, zwykle wybór jest dla niej oczywisty.
Z powodu opisanych problemów sieć centrów zdrowia psychicznego pozostaje pieśnią przyszłości. – W praktyce istnieją one, w formie zalążkowej, tylko w kilku miejscach, m.in. w Instytucie Psychiatrii i Neurologii.Podobne centrum próbowano utworzyć w Toruniu, pewne tradycje zintegrowanego oddziaływania środowiskowego posiada Bielsko-Biała – wylicza Langiewicz. – Nie da się modernizować szpitalnictwa psychiatrycznego, jeśli nie ma go czym zastąpić – kwituje prof. Wciórka.
– Często mam wrażenie, że opieka środowiskowa jest realizowana głównie przez instytucje opieki społecznej oraz organizacje pozarządowe – komentuje doc. Prot-Klinger, aktywnie zaangażowana w tworzenie i prowadzenie placówek psychiatrii środowiskowej. – W tych dwóch sferach naprawdę dużo się dzieje: powstają środowiskowe domy samopomocy, organizowane są warsztaty terapii zajęciowej, świadczone usługi opiekuńcze. Lecznictwo zostało bardzo daleko w tyle.
Szpitale grozy
Wręcz fatalnie wygląda kwestia opieki stacjonarnej. Prof. Araszkiewicz ocenia, że tylko w jego regionie brakuje co najmniej 300 łóżek dla chorych wymagających natychmiastowej hospitalizacji. – Zdarza się, że muszę wysłać pacjenta do szpitala oddalonego o 140 km, bo w okolicach Bydgoszczy nie ma placówki, która by go przyjęła. Pomijając inne aspekty tego problemu, kluczowe jest pytanie: jaka jest możliwość, że będzie potem objęty nieprzerwaną opieką, prowadzoną przez ten sam zespół, orientujący się w jego sytuacji?
Kolejny problem stanowi dramatyczne niedoinwestowanie istniejących szpitali psychiatrycznych. – Szpitalnictwo psychiatryczne działa w skandalicznie trudnych warunkach, na które składają się m.in. braki kadrowe i zapaść podstawowej infrastruktury – ubolewa prof. Wciórka. – W kraju o dość wysokim poziomie rozwoju, będącym członkiem Unii Europejskiej, warunki pobytu w wielu placówkach medycznych są ciągle jeszcze nie do zaakceptowania, urągają prawom człowieka – wtóruje mu Marek Balicki, minister zdrowia w gabinetach Leszka Millera i Marka Belki. Raport Najwyższej Izby Kontroli, która sprawdziła funkcjonowanie 17 szpitali psychiatrycznych, w pełni potwierdza ich słowa. Przykładowo aż 70 proc. skontrolowanych sal nie było przystosowanych do wymogów leczenia psychiatrycznego. Połowa oddziałów była zaniedbana, ściany brudne, okna – nieszczelne… Warunki bytowe oferowane w szpitalach [psychiatrycznych] nie sprzyjają prawidłowej realizacji praw pacjentów oraz celów leczenia i terapii, a nawet mogą zaszkodzić stanowi zdrowia pacjenta, jeśli będą utrzymywać się długotrwale – ogłosiła Justyna Lewandowska z biura Rzecznika Praw Obywatelskich po tym, jak przeprowadziło ono dwie wizytacje w szpitalach, do których trafiają pacjenci skierowani przez sąd.
Raport NIK ujawnił ponadto, że szpitale często nie przestrzegają procedur związanych z przyjmowaniem chorych bez ich zgody oraz stosowaniem środków przymusu bezpośredniego. Dr Balicki potwierdza, że nagłaśniane przez media patologie w lecznictwie psychiatrycznym są czymś więcej niż odosobnionymi przypadkami. Dlatego w czasie, gdy szefował resortowi zdrowia, wprowadził instytucję rzecznika pacjenta szpitala psychiatrycznego. Głośne przypadki placówek w radomskich Krychnowicach i Kocborowie (dzielnica Starogardu Gdańskiego), gdzie etatowi rzecznicy nie zapobiegli powtarzającym się nadużyciom, dają jednak podstawy do podejrzeń, że nie zawsze funkcjonuje ona, jak powinna. – W sprawozdaniu rzecznika praw pacjenta z 2010 r. jest mowa o zbiorowym naruszeniu praw pacjenta w szpitalu w Radomiu oraz że szpital jest w trakcie działań naprawczych, które powinny być kontrolowane przez tamtejszego rzecznika. Mamy 2012 r. i dochodzi tam do gwałtów i samobójstw – mówi Adam Sandauer, honorowy przewodniczący Stowarzyszenia Pacjentów „Primum Non Nocere”. – Wyraźnie widać, że w całym systemie jednak coś nie działa – konstatuje dr Balicki.
Sytuację utrudnia fakt, że osobom chorującym psychicznie jest szczególnie trudno walczyć o swoje prawa. – Instytucje państwowe często traktują doniesienia pacjentów szpitali psychiatrycznych jako mało wiarygodne – ubolewa Adam Sandauer.
Objawy towarzyszące
Niestety to nie koniec poważnych bolączek opieki psychiatrycznej. Brakuje telefonów zaufania i ośrodków interwencji kryzysowej, mimo że w wyniku samobójstw ginie co roku w Polsce tyle samo osób, co w wypadkach komunikacyjnych. W zasadzie nie istnieją tzw. mieszkania treningowe, w których grupy osób po kryzysie psychicznym mogłyby pod opieką trenerów przygotowywać się do samodzielnego życia. Nierozwiązanym problemem pozostaje kwestia dostępu do pełnego zakresu nowoczesnych farmaceutyków w przystępnych cenach. – W niektórych obszarach sytuacja się pogorszyła. Nie tylko dlatego, że nie wszystkie pożądane leki zostały wpisane na listy refundacyjne. Również z tego powodu, że państwo, czyli Ministerstwo Zdrowia i Narodowy Fundusz Zdrowia, zaczęło bardzo ściśle kontrolować przepisywanie środków stosowanych w zaburzeniach psychicznych. Lekarze, słysząc kolejne informacje o tym, że ich koledzy zostali obłożeni wysokimi karami, podchodzą do wypisywania recept z nadmierną ostrożnością – mówi dr Balicki.
Podobnie jak w wielu innych krajach, poważnym problemem jest szczególny stosunek lekarzy innych specjalności do osób chorujących psychicznie. Stanowi on istotną część odpowiedzi na pytanie, dlaczego żyją one co najmniej 10 lat krócej niż średnia dla danej populacji. – Gdy taki pacjent zgłasza się do lekarza, jego dolegliwości są często z góry składane na karb zaburzeń psychicznych, czyli: „trochę przesadza albo wymyśla sobie chorobę”. Odsyła się go do psychiatry, choć może przecież równolegle cierpieć na choroby somatyczne, jak każdy inny człowiek – tłumaczy prof. Araszkiewicz. Chorujący psychicznie zapadają na nie wręcz częściej niż inni, jako osoby o „rozregulowanym” organizmie, na dodatek nierzadko niezdolne do prawidłowego dbania o zdrowie (np. w przypadku depresji). Dlatego jednym z ważnych zadań centrów zdrowia psychicznego ma być edukowanie lekarzy ogólnych w zakresie właściwego rozpoznawania zaburzeń psychicznych oraz współpracy z psychiatrami. – Jeśli lekarz opieki podstawowej ma wystarczającą wiedzę oraz informacje o pacjencie chorym psychicznie, może go nawet prowadzić, jedynie odwołując się do konsultacji psychiatrycznych. Częste wizyty u psychiatry mogą bowiem zwiększać poczucie stygmatyzacji chorobą psychiczną – przekonuje prof. Araszkiewicz.
W niedalekiej przyszłości prawdopodobny jest ponadto ostry kryzys kadrowy w lecznictwie psychiatrycznym. Zapotrzebowanie na usługi z tej sfery będzie rosło wraz z wiedzą na temat zdrowia psychicznego oraz nasilaniem się chorób cywilizacyjnych, takich jak depresja. Tymczasem już teraz 1/3 psychiatrów stanowią ludzie w wieku emerytalnym, a młodych do wyboru tego zawodu zniechęca m.in. wysokość płac, niższa niż w innych dziedzinach medycyny. – Podobne problemy dotyczą psychologów klinicznych, pielęgniarek psychiatrycznych, pracowników socjalnych czy psychologów zatrudnionych na różnych stanowiskach w ochronie zdrowia psychicznego. Tymczasem liczba pracowników każdej z tych specjalności mogłaby ulec podwojeniu i nadal mieliby co robić – zapewnia prof. Wciórka.
Gorzki kawałek tortu
Mimo wszystkich zarysowanych problemów oraz faktu, że choroby psychiczne stanowią jedną z głównych przyczyn niepełnosprawności i przedwczesnych zgonów, spada udział psychiatrii w wydatkach NFZ. – W 2009 r. z całego „tortu” skierowanego na opiekę medyczną przeznaczono na leczenie psychiatryczne oraz leczenie uzależnień zaledwie 3,9%. W kolejnych latach jeszcze mniej – ok. 3% – mimo że Sejm w nowelizacji ustawy o ochronie zdrowia psychicznego założył, że w najbliższym czasie wskaźnik ten osiągnie poziom co najmniej 5% – zwraca uwagę prof. Araszkiewicz. Podkreśla on, że w innych krajach, nawet gorzej sytuowanych niż Polska, wynosi on od 5 do 12%. – Wynika to z większej siły przebicia innych specjalności, kojarzonych z ratowaniem życia, jak onkologia czy kardiologia. Można to zaobserwować również w dyskusji o refundacji leków: grupy nacisku związane z tymi specjalnościami są w naturalny sposób silniejsze – komentuje Wanda Langiewicz.
Niedostateczne finansowanie to nie jedyny hamulec zmian na lepsze. – Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego został uchwalony przez Sejm pod koniec 2010 r., a jego realizacja miała się rozpocząć w styczniu 2011 r. Tymczasem przepisy wykonawcze ujrzały światło dzienne po 2 latach od przyjęcia dokumentu. To pokazuje poziom zainteresowania decydentów taką problematyką – irytuje się prof. Araszkiewicz. Zdaniem doc. Prot-Klinger również w środowisku medycznym bardzo niewiele osób autentycznie dąży do reformy. – Wszystkim jest tak naprawdę wygodniej, że jej nie ma. Wytworzył się pewien układ, słyszy się pytanie „dlaczego zmieniać?”. No i jest, jak jest. Podobne odczucia ma Wanda Langiewicz. – Bardzo trudno jest przekształcić zastane formy, zwłaszcza że duże szpitale są jednocześnie dużymi pracodawcami.
Z kolei zdaniem prof. Wciórki wśród przeszkód, na które napotyka realizacja Narodowego Programu, najpoważniejsze dotyczą aksjologii i świadomości społecznej. – Kwestia zdrowia psychicznego od lat jest traktowana bez zrozumienia, z lekceważeniem. Nikt o tych sprawach nie mówi, nie edukuje, w związku z czym kwitną fałszywe wyobrażenia i negatywnie zabarwione stereotypy.Jeśli się słyszy o psychiatrii, to o tym, że jakiś polityk rzekomo „nadaje się do leczenia psychiatrycznego”, albo wówczas, kiedy coś złego wydarzy się na oddziale dziecięcym. Wtedy następuje przypływ społecznego zainteresowania i krokodylich łez, po czym nadal zajmujemy się głównie potrzebami, które są lepiej rozumiane i chętniej słyszane.
Profesora boli, że niemal nie wspomina się o tym, iż rzeczywistość chorujących psychicznie jest nasycona olbrzymim cierpieniem, związanym nie tylko z chorobą, ale też tym, że się ich porzuca, marginalizuje, wyklucza. Mało kto myśli o nich z troską i poczuciem, że trzeba im zaoferować pomoc. – Dopóki nie pokona się tej bariery, co będzie trudne, ciężko oczekiwać prawdziwego przypływu entuzjazmu realizacyjnego w zakresie działań politycznych, organizacyjnych i finansowych.
Którędy do sanacji?
Zdaniem specjalistów nie ma potrzeby wymyślać nowego modelu opieki psychiatrycznej, gdyż Narodowy Program jest dobrym dokumentem. Dr Balicki jednak dodaje, że należałoby pilnie przygotować rządowy raport o stanie psychiatrii – pozwoliłby on na ewaluację opóźnień w realizowanych reformach oraz dokonanie korekt w zakresie konkretnych narzędzi czy harmonogramów.
Bez wątpienia potrzebne są efektywne mechanizmy planowania i koordynacji, a także te wymuszające egzekucję zapisów Narodowego Programu. – Powstały Wojewódzkie Rady Zdrowia Psychicznego, jednak bez uprawnień władczych. Nie ma mechanizmu, który by zagwarantował, że zespoły leczenia środowiskowego powstaną w każdym powiecie, że będą tworzone oddziały psychiatryczne przy szpitalach ogólnych.Brak również instytucji mogącej zdecydować, w którym roku ile takich oddziałów powstanie – uzasadnia Balicki. „Rozproszenie organizacyjne” jest jedną z zasadniczych barier dla powstawania centrów zdrowia psychicznego. – Centrum ma składać się z „cegiełek”, które stanowią różne formy opieki. Ich integracji nie sprzyja oddzielne finansowanie każdej z nich – wskazuje Wanda Langiewicz.
Może się ponadto okazać, że odczuwalne zmiany w lecznictwie psychiatrycznym nie będą możliwe bez zdecydowanego nacisku na decydentów. Na razie jednak szeroka opinia publiczna nie uważa zmian w tej sferze za priorytet, a samoorganizacja pacjentów jest utrudniona. Osoby, które w programie współprowadzonym przez doc. Prot-Klinger w Radiu TOK FM opowiadają o doświadczeniu choroby psychicznej, nie chcą nawet ujawniać nazwisk. – Chorujących psychicznie wciąż jeszcze dotyka bardzo silna stygmatyzacja społeczna, dlatego tym ludziom nie jest łatwo mówić publicznie o swoich sprawach – komentuje prowadząca audycję. – Tymczasem w wielu krajach reforma lecznictwa psychiatrycznego odbyła się dlatego, że powstały silne organizacje pacjentów. W Polsce ich głos jest jeszcze bardzo słabo słyszalny, więc nie mają przełożenia na żadne decyzje.
Z kolei Wanda Langiewicz podkreśla znaczenie wzrostu świadomości samorządów. – Powinny popatrzeć na to, kim są i gdzie się leczą „ich” pacjenci, a następnie zrozumieć, jak dużo można dla nich zrobić na miejscu, poprzez wsparcie w środowisku rodzinnym i społecznym. Samorządy muszą dostrzec, że to jest ich sprawa.
***
– Nie chcę wpadać w biadający ton, ale sytuacja jest dramatyczna.Problemów, które drzemią pod powierzchnią i w każdej chwili mogą zaowocować takimi wydarzeniami jak w Kocborowie czy Radomiu, jest mnóstwo – podsumowuje prof. Wciórka. – One są na razie zepchnięte w niebyt publiczny, ale prędzej czy później się ujawnią.
Michał Sobczyk
współpraca Magda Wrzesień