przez Marcin Malinowski | środa 6 maja 2015 | Wiosna 2015
Od dłuższego czasu niektóre środowiska w Polsce alarmują, że stajemy się ekonomiczną neokolonią. Opinii tej zaprzeczają inne, często związane z elitami odpowiedzialnymi za model reform wprowadzanych w Polsce po roku 1989. Po jednej stronie dominuje wyrywkowość i ogólnikowość diagnoz, po drugiej dążenie do ochrony „świętych” i nietykalnych życiorysów oraz – pośrednio – obrony obecnego status quo i jego beneficjentów.
Tło historyczne neoliberalizmu i jego skutki w Polsce
Neoliberalny model ekonomii był od lat 80. promowany przez kraje G7 jako propozycja dla ekonomicznej i społecznej transformacji takich regionów, jak Afryka i Ameryka Łacińska oraz, następnie, krajów postkomunistycznych, np. Polski. W praktyce oznacza on umożliwienie zagranicznemu kapitałowi:
- przejmowania zysków z lukratywnych rynków państw będących w trakcie transformacji oraz ich najwartościowszych aktywów;
- przejęcia potencjalnej konkurencji technologicznej (np. wrocławskie Elwro);
- zapewnienia stabilnych ram ekonomicznych dla maksymalizacji zysków i unikania ich opodatkowania.
Większość transformujących się państw poddała się takiej kuracji, wyjątek stanowią Chiny. Instytucjami zajmującymi się promowaniem „neokolonialnych” ram ekonomicznych były Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW), Bank Światowy (BŚ) czy Światowa Organizacja Handlu (WTO), w których dominowały kraje G7, a obecnie swoje wpływy zwiększają Chiny.
Metodą perswazji była warunkowość. Kraje mające problemy ze spłatą zagranicznych długów, jak Polska w 1989 r., zwracały się o pomoc finansową np. do MFW, a ten udzielał jej pod warunkiem zobligowania się do wprowadzenia pakietu reform według neoliberalnej miary.
Ważnym narzędziem utrzymania globalnych neoliberalnych ram jest Międzynarodowe Centrum Rozstrzygania Sporów Inwestycyjnych. Odpowiada ono za arbitraż, który jest de facto przebiega w oderwaniu od podstawowych zasad prawnych, takich jak prawo do odwołania czy jawność postępowań.
Obecnie w warunkach polskich pociąga to za sobą rozmaitość negatywnych skutków. Wiele zagranicznych korporacji unika płacenia podatku CIT, co zwiększa presję podatkową na małe i średnie polskie przedsiębiorstwa, klasę średnią w ogóle i prowadzi do zubożenia kraju. Jednocześnie ma miejsce przejmowanie dochodowych rynków, np. w dziedzinach handlu i finansów, oraz wypieranie z nich rodzimego kapitału. Problemy pojawiają się także w dziedzinie demografii – pracownicy, postrzegani jako „koszt bez praw”, nie mają warunków do zakładania rodzin i wychowania dzieci, co prowadzi do masowej emigracji i technologicznego pustynnienia kraju. Neoliberalne ramy ekonomiczne wpływają również na niekorzystny dla nas podział zysków w polskiej gospodarce oraz zachęcają podmioty międzynarodowe do ekspansji ekonomicznej.
Czy Polska obecnie jest neokolonią?
Odpowiedź na takie pytanie wymaga przedstawienia statystyk, które opisywałyby strukturę głównych rynków i obszarów, udział w nich własności zagranicznej, podział na małe i średnie oraz duże przedsiębiorstwa oraz poziom płaconego CIT. Właśnie obserwując rozwój udziałów zagranicznej własności w poszczególnych rynkach/obszarach, można ocenić stan i kierunki „neokolonizacji”.
Jak jednak zdefiniować pojęcie rynków? Ponieważ nie poruszamy się w dziedzinie nauk ścisłych, definicja ta powinna być umowna i zgodna ze zdrowym rozsądkiem, zaś jej granice nieostre. Dość ogólnie definiuje rynki tygodnik „Polityka” w swoim corocznym rankingu 500 największych firm. Analizując go, widzimy, że brakuje tam najciekawszych danych – np. informacji o płaconym CIT, opisu praktyk transferu pieniędzy za granicę celem niewykazania zysków w Polsce, udziałów własności polskiej i zagranicznej, udziału firmy w rynku, kluczowych powiązań kapitałowych ułatwiających praktyki kartelowe, zależności holdingowych itd. O co chodzi, widać w poniższym diagramie rynku banków, który należy do kluczowych wskaźników w rozróżnianiu, czy dany kraj jest podmiotem czy przedmiotem globalnej ekonomii, ponieważ decyduje, kto zarządza prywatnymi oszczędnościami, będącymi podstawą finansowania inwestycji krajowych.
Obserwując polską gospodarkę przez pryzmat tendencji w wybranych obszarach, można zrozumieć, jak postępuje neoliberalna „infekcja” krajowej gospodarki oraz zastanowić się nad „szczepionką”. Chcę jednak podkreślić, że zagraniczny kapitał, nawet w opisywanych tu rynkach nietechnologicznych, nie jest zły ani dobry. Jest konieczny – to miejsca pracy, innowacje w zarządzaniu, konkurencja itd. Natomiast gdy ramy prawne są złe, przejmuje on kontrolę nad rynkami – tworzy kartele, oligopole, monopole czy unika płacenia podatków; gdy jest go za dużo w wybranych sektorach – wówczas dusi rozwój słabszego polskiego kapitału, który mógłby z czasem stać się dojrzały do ekspansji zagranicznej. Kluczem są więc odpowiednie ramy prawne.
Dla dalszych rozważań zastosuję uproszczony podział na sześć obszarów, istotnych z punktu widzenia odwracania tendencji neoliberalnych: a) bezpieczeństwo finansowe, b) bezpieczeństwo ekonomiczne (poza finansowym), c) obszary wrażliwe społecznie, d) media, wiedza i informacja, e) handel detaliczny, f) inne dochodowe rynki nietechnologiczne.
Bezpieczeństwo finansowe

W wyniku nieroztropnej metody prywatyzacji polskich banków kapitał zagraniczny kontroluje ponad 60% polskiej bankowości. Oto zagrożenia wynikające z nadmiernej koncentracji zagranicznego kapitału:
- Drenaż zysku za granicę, zamiast krajowych reinwestycji.
- Brak zainteresowania tworzeniem produktów kredytowych wspomagających rozwój polskich przedsiębiorstw, zdolnych konkurować np. z ważnymi klientami banku-matki z kraju jego pochodzenia.
- Uniemożliwianie wytworzenia się silnych polskich grup bankowych, zdolnych do zagranicznej ekspansji.
- Ryzyko używania oszczędności Polaków do finansowania ważnych inwestycji, np. infrastruktury energetycznej, dróg, itd. w kraju banku-matki zamiast w Polsce.
- Ryzyko zmów kartelowych.
- Ryzyko użycia polskich oszczędności do rozwiązywania problemów finansowych i bilansowych banku-matki.
Rozwiązaniem jest zwiększenie udziału polskiego kapitału w sektorze bankowym. Jednym z celów mogłoby być osiągnięcie udziału co najmniej 70-procentowego, jak w Austrii czy Holandii, a także ułatwienie rozwoju regionalnej bankowości spółdzielczej. Warto też rozważyć rozdział bankowości oszczędnościowej od inwestycyjnej – jego brak naraża oszczędności obywateli na ryzykowne spekulacje finansowe, jak miało to miejsce na świecie w 2008 r. Kolejnym działaniem może być zamknięcie kont w niepolskich bankach przez instytucje publiczne i otworzenie ich albo w PKO BP, albo w krajowych bankach spółdzielczych.
Rynek obowiązkowych składek emerytalnych jest szczególnie atrakcyjny dla zagranicznych instytucji finansowych, gdyż prowizje od gromadzonego kapitału to znaczne kwoty i łatwy zysk. Ryzyko związane z nadmiernym wpuszczeniem prywatnych instytucji finansowych na ten wrażliwy społecznie rynek, jest następujące:
- Wygórowane prowizje, przez wieloletnią kumulację znacznie zmniejszające emerytury.
- W przypadku nieostrożnych zmian prawnych – ryzyko użycia tych długoterminowych oszczędności do finansowania inwestycji poza Polską, np. w strategiczną infrastrukturę energetyczną czy transportową.
W przypadku OFE warto zwrócić uwagę na kilka ważnych elementów:
- Nie ma żadnego śladu analizy skutków czy szacunku kosztów utworzenia OFE. Jeśli ich nie ma, to znaczy, że cała reforma, mająca wpływ na emerytury milionów Polaków, została wprowadzona „na oko”.
- Zmiany z roku 2014 r. de facto jedną ustawą znacjonalizowały prywatne oszczędności milionów Polaków odłożone w funduszach.
Z tego punktu widzenia istotna jest optymalizacja zarządzania obowiązkowymi oszczędnościami emerytalnymi. Powinno się rozważyć likwidację OFE, ale bez nacjonalizacji zebranych oszczędności. Wystarczyłoby powołanie jednej instytucji, która zatrudniłaby 50 świetnie opłacanych, polskich specjalistów ds. finansów. Miałoby to wymierny wpływ na wysokość emerytur, ponieważ zwiększyłyby się one o obecne wysokie prowizje od zgromadzonego kapitału firm obsługujących OFE. Koszty funkcjonowania takiej instytucji byłyby dużo mniejsze niż obecne opłaty.

Wielkość długu publicznego ma znaczenie o tyle, o ile jego nadmiar, zagrażający niewypłacalnością państwa, jest kartą przetargową wielkiego kapitału przy wymuszaniu neoliberalnych reform. Obserwując wzrost długu publicznego w Polsce w stosunku do rosnącego PKB i rozwój kosztów obsługi odsetek i spłaty długu (Wykres 2), a także ostatnie manewry władz w celu sztucznego zmniejszenia długu publicznego, można wyraźnie dostrzec, że dług publiczny wciąż rośnie wraz ze wzrostem PKB i spadkiem oprocentowania długu. Towarzyszy temu manipulowanie sposobem obliczania długu i PKB, czyli księgowe zaniżanie wartości długu, co niestety realnie go nie zmniejsza.
Warto też zwrócić uwagę na fakt, że dług zagraniczny jest dużo bardziej ryzykowny od krajowego. Wynika to m.in. z ryzyka wahań walutowych, o czym świetnie wiedzą „frankowicze”.
Istotne jest uszczelnienie konstytucyjnej kontroli nad długiem publicznym. Polska klasa polityczna zachowuje się pod tym względem nieodpowiedzialnie (tabela 1). Należy pozbawić ją możliwości obchodzenia art. 216 Konstytucji RP, który można by zmienić np. od 2019 r. w następujący sposób: Nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy 3⁄5 wartości rocznego produktu krajowego brutto z roku 2018. Sposób obliczania wartości rocznego produktu krajowego brutto oraz państwowego długu publicznego określa ustawa z roku 2014. Taka przykładowa zmiana uniemożliwi triki księgowe i powiększanie długu kraju w wyniku wzrostu PKB. Dług zagraniczny powinien być zmniejszany w pierwszej kolejności.
Tabela 1. Rozwój długu publicznego Polski
|
Rok
|
Dług publiczny w mld. zł
|
Roczny przyrost długu publicznego w mld. zł
|
|
1991
|
210
|
10
|
|
1995
|
220
|
10
|
|
1997
|
230
|
10
|
|
1998
|
210
|
10
|
|
1999
|
250
|
10
|
|
2000
|
260
|
10
|
|
2001
|
270
|
10
|
|
2002
|
280
|
10
|
|
2003
|
352
|
72
|
|
2004
|
408
|
56
|
|
2005
|
440
|
32
|
|
2006
|
466
|
26
|
|
2007
|
506
|
40
|
|
2008
|
527
|
21
|
|
2009
|
597
|
70
|
|
2010
|
669
|
72
|
|
2011
|
747
|
78
|
|
2012
|
774
|
27
|
Sporo zaczyna się mówić w Polsce o tym, że duże zagraniczne korporacje unikają płacenia podatku od dochodu kapitałowego CIT, przy pomocy sztuczek księgowych nie wykazując zysków w Polsce. Równolegle słyszy się o tym, że najbogatsi Polacy przesuwają kapitały do zagranicznych fundacji lub np. do Monako albo na Cypr celem unikania podatku CIT lub spadkowego. Skutkuje to dokręcaniem śruby podatkowej klasie średniej, która ma mniejsze możliwości wywierania presji na władzę, a także utrudnia np. zwiększanie kwoty wolnej od podatku czy dofinansowanie publicznej służby zdrowia. Ponieważ neoliberalizm jest doktryną służącą superbogatym, takie opodatkowanie regresywne, de facto zwalniające najbogatszych z podatku dochodowego i spadkowego, jest globalnym trendem, który powoduje zwiększanie się rozwarstwienia majątkowego.
Propozycja rozwiązania to wprowadzenie zrównoważonego, zrozumiałego i progresywnego systemu podatkowego. Aby zapewnić odpowiednie finansowanie obszarów ważnych społecznie, urząd skarbowy powinien poprosić właścicieli dużego kapitału, aby rzetelnie płacili podatki. Natomiast ekspansja gospodarcza – zwłaszcza zagraniczna – polskich milionerów powinna być promowana przez państwo. W parze z takim wsparciem powinny jednak iść obowiązki, a uczciwe płacenie podatków to jeden z nich. W ten sposób można by odciążyć podatkowo polską klasę średnią i zwiększyć kwoty wolne od podatku dla najmniej zarabiających, co korzystnie wpłynie na demografię.
Niedawny przypadek „frankowiczów” – kredytobiorców we frankach szwajcarskich, pokazuje, że klienci są niedoinformowani oraz manipulowani przez pożyczkodawców. Pozostawienie ich samym sobie może doprowadzić do sytuacji podobnej jak w Hiszpanii, gdzie dziesiątki tysięcy ludzi zostało wprowadzonych w błąd przy udzielaniu kredytów hipotecznych, a ich życie zrujnowano. Propozycją jest więc regulacja rynków kredytów prywatnych, która wymuszałaby na kredytodawcach solidną informację dla potencjalnych klientów na temat ryzyka pożyczek, np. hipotecznych, czyli choćby o ryzyku walutowym czy groźbie załamania się rynku nieruchomości. Ponieważ zysk agentów wynika z liczby i wysokości sprzedanych kredytów w ogóle (a nie tylko kredytów bezpiecznych), warto tu antycypować ryzyko. Można również pomyśleć o edukacji obywatelskiej w tym obszarze.
Warto także wspomnieć o kapitale spekulacyjnym. Jest on formą hazardu i służy „rozbujaniu” rynków, np. towarów czy akcji celem wyprowadzania zysków. Jest bardzo szkodliwy dla długoterminowego i zrównoważonego rozwoju realnej gospodarki. Niewielki podatek obrotowy, na przykład 2 promile, od każdej transakcji, tzw. podatek Tobina, jest tu optymalnym rozwiązaniem. Nie należy jednak mylić kapitału spekulacyjnego z kapitałem zagranicznym w ogóle, korzystnym i koniecznym dla polskiej gospodarki.
Bezpieczeństwo ekonomiczne (poza finansowym)
Polska powinna zachować konieczną kontrolę nad własnymi strategicznymi zasobami i aktywami, a wypracowane przez nie zyski powinny służyć finansowaniu ważnych usług publicznych.
Kontrola nad ziemią rolną to ważne zagadnienie z niedocenianej dziedziny, jaką jest bezpieczeństwo żywnościowe. To problem strategiczny, gdyż obecnie wykup ziemi rolnej przez fundusze inwestycyjne czy państwa ma miejsce na masową skalę np. w Afryce. Wydaje się, że polscy politycy nie popełnili błędu wyprzedaży nadmiernej ilości ziemi zagranicznemu kapitałowi.
Rynkiem bardzo dochodowym i kluczowym z punktu widzenia energetycznego bezpieczeństwa państwa są surowce mineralne (metale, węgiel, gaz itp.), zwłaszcza w perspektywie ostatnich wydarzeń za wschodnią granicą. Na szczęście polskie firmy tej branży nie podzieliły losu banków, więc krajowy kapitał ma tu wciąż spory udział.
Warto zwrócić uwagę, że toczy się globalny wyścig o zapewnienie dostępu do kurczących się rezerw surowców. Wielki kapitał specjalizuje się w nabywaniu tych zasobów. W takim właśnie kontekście warto obserwować niedawny kryzys górniczy w Polsce, a zwłaszcza zmiany we własności złóż, prawie do ich wydobycia i opodatkowaniu zysków.
Tania energia jest kluczowa dla rozwoju gospodarczego każdego kraju. Ma również znaczenie społeczne, bo gdy jest zbyt droga, odbiera uboższym Polakom np. możliwość ogrzania domów w zimie. Warto ten społeczny wpływ kalkulować przy długoterminowym planowaniu inwestycji w rozwój infrastruktury energetycznej i jej kosztów.
Rynek energii jest bardzo dochodowy, a polski kapitał wciąż ma tu sporo do powiedzenia. Obecnie toczy się bezwzględna walka o kierunek energetycznego rozwoju Polski – od jej wyniku będzie zależeć, kto zarobi na naszych przyszłych rachunkach za prąd i ogrzewanie. Ważne jest więc opracowanie i wdrożenie zrównoważonej strategii energetycznej, skrojonej na potrzeby i możliwości Polski. Widać obecnie, że państwo nie radzi sobie z zagadnieniem tak ważnym dla naszego sukcesu ekonomicznego.
Sektor telekomunikacji to kolejny strategiczny i dochodowy rynek, zazwyczaj zdominowany przez kilku wielkich graczy. Telekomunikacja Polska została „sprywatyzowana” przez sprzedaż państwowej francuskiej spółce telekomunikacyjnej. Natomiast w telefonii komórkowej konkurują ze sobą trzy firmy, przy czym właścicielem tylko jednej jest Polak. Tym samym ważne jest promowanie zwiększenia udziału polskiego kapitału w rynku telekomunikacji oraz uniemożliwianie zagranicznemu kapitałowi całkowitego przejęcia go.
Obszary wrażliwe społecznie
Warto również postulować zablokowanie urynkowienia obszarów wrażliwych społecznie. Sektory, takie jak ochrona zdrowia, edukacja czy usługi komunalne nie powinny być nastawione na maksymalizację zysku wypłacanego właścicielom, lecz na dostępność dla ogółu, a tym samym powinny zachować charakter publiczny.
Dostępność powszechnej i darmowej edukacji jest rzeczą ważną i powinno się unikać prywatyzacji edukacji finansowanej z podatków. Inną jednak sprawą jest, czy opłaca się społeczeństwu np. bezwarunkowo darmowa (i bardzo droga) edukacja lekarzy lub inżynierów, z których wielu zaraz po studiach wyjeżdża do pracy za granicę. Jest to temat wart dyskusji – czy prawo do darmowej edukacji pociąga za sobą obowiązki względem sponsorującego ją społeczeństwa, czy też nie. W każdym razie bez wysokiego poziomu edukacji publicznej Polska nie ma szans na awans w światowej lidze państw. Ewentualna prywatyzacja edukacji ograniczy społeczeństwu dostęp do niej, a w konsekwencji obniży jego zdolność do globalnej konkurencji.
Bardzo ważny obszar społeczny stanowi służba zdrowia. Również w tej sferze prywatyzacja podraża dostęp do usług, wyklucza mniej zamożną część społeczeństwa oraz koncentruje się na generowaniu zysku, a nie na tanim i skutecznym wyleczeniu czy profilaktyce. Problem ochrony zdrowia w Polsce polega również na tym, że obowiązkowe składki zdrowotne finansują w coraz większym zakresie działalność prywatnych spółek lekarskich, siłą rzeczy zorientowanych na zysk, a nie na dostępność usług i tanie, lecz skuteczne leczenie. Ze względu na optymalizację dostępu do usług medycznych publiczne zakłady opieki zdrowotnej funkcjonują lepiej niż prywatne. Natomiast prywatne ubezpieczenia zdrowotne, finansowane tylko z dobrowolnej składki zdrowotnej, powinny rozwijać się nieskrępowanie.
Obecnie w Polsce systematycznie zmniejsza się udział płacy w PKB. Według „Polityki” (23 grudnia 2013), polscy pracownicy stracili aż 7,8 pkt. proc. PKB w płacach w ciągu 10 lat. Według danych Eurostatu z 2013 r. w Polsce udział płac w PKB wynosi tylko 35,6% PKB, gdy w Niemczech aż 51,6%. Równocześnie systematycznie rośnie udział dochodów kapitałowych w PKB. Pracownik został sprowadzony do roli „nadmiernego kosztu”. Warto myśleć, jak systematycznie zwiększać udział płac do przynajmniej 50% PKB.
Tu propozycją jest ulepszenie prawa pracy. Ochrona pracowników jest ważną funkcją państwa. Wspieranie tworzenia rad pracowniczych, związków zawodowych, promowanie umów zbiorowych, nadanie właściwego znaczenia Komisji Trójstronnej, wspieranie dialogu społecznego, stałych umów o pracę, rozsądnej płacy minimalnej i kwoty wolnej od podatku – wszystko to są ważne cechy cywilizowanego państwa oraz wyraz elementarnego szacunku wobec obywateli.
Niestety, jednej rzeczy nie da się obejść. Pracodawca musi mieć bezproblemową możliwość zwolnienia pracownika w przypadku tarapatów finansowych. Za to pracownik powinien mieć solidne ubezpieczenie od bezrobocia, aby zwolnienie nie było zupełną tragedią. Inaczej trudno pogodzić zdolność do konkurowania kapitału z poczuciem bezpieczeństwa pracowników.
Podobnie jak z ochroną zdrowia, prywatyzacja usług komunalnych (wodociągi, kanalizacja, wywóz i utylizacja śmieci) prowadzi do wzrostu cen, wykluczenia z nich uboższej części społeczeństwa oraz drenażu zysku do kieszeni prywatnych monopolistów.
Swobodny dostęp społeczeństwa do przyrody jest ważny, więc państwowa własność w tym zakresie powinna być chroniona. Lasy stały się państwowe i takie powinny pozostać, aby każdy mógł z nich korzystać. O żadnej reprywatyzacji nie powinno być mowy.
W kwestii produkcji żywności zauważyć można powolny spadek jej jakości, m.in. z powodu nacisku hipermarketów i dyskontów na cięcie kosztów produkcji. W konsekwencji może dojść do sytuacji analogicznej jak w USA – tylko niezdrowa żywność jest dostępna dla warstw uboższych, czego rezultatami są otyłość i związane z nią problemy zdrowotne. Oczywiście ma to też spore, choć pośrednie znaczenie dla kosztów służby zdrowia. Widać również powolną ekspansję produktów modyfikowanych genetycznie i niezdrowej żywności sprzedawanej przez zagraniczne sieci gastronomiczne. Trudno ocenić, jakie są udział zagranicznego kapitału w sektorze produkcji żywności oraz jego struktura, ale jest to temat wart analizy i wyciągnięcia wniosków.
Tutaj postulatem jest uregulowanie rynku w duchu promowania żywności zdrowej i taniej. Powinno się za pomocą norm dbać o wysoką jakość żywności oraz promować rozwój polskich przedsiębiorstw, w tym rzemiosła (piekarze, masarze itd.), oraz o dobrą edukację zawodową dla przyszłych rzemieślników. Warto też podchodzić z ostrożnością do żywności modyfikowanej genetycznie, bo tu głównym graczem są globalne koncerny, nieponoszące odpowiedzialności za długoterminowe skutki jej wprowadzania na rynek.
Spółdzielczość jest bardzo niewygodna dla doktryny neoliberalnej, ponieważ ogranicza udział prywatnego kapitału w dochodowych rynkach, takich jak handel, produkcja, finanse czy budownictwo. Widać, że państwo nie dba o tę formę działalności gospodarczej. Wspieranie rozwoju spółdzielczości to sprawienie, aby ramy prawne zarządzania spółdzielczością zostały poprawione, a sama kooperacja promowana np. w budownictwie, handlu czy bankowości.
Sfera opinii publicznej i emocji społecznych
Obszar ten ma szczególne znaczenie dla rozwoju społeczeństwa i budowania tak niewielkiego w Polsce zaufania społecznego oraz dla upodmiotowienia Polaków. W tym obszarze odbywa się każdy publiczny spór i ma on wpływ na tendencje opinii publicznej, jej gusta czy fobie.
Nie ma co się łudzić, że prywatna własność w mediach nie kieruje się chęcią zysku. Ofiarą tego pada jakość informacji, stającej się zwykłym towarem, wypieranym przez produkt tańszy i gorszy. Widoczny jest deficyt mediów publicznych, bezkarność mediów brukowych, znaczne uzależnienie prasy od kapitału zagranicznego oraz uzależnienie mediów prywatnych od reklamodawców. Dobrym krokiem wydaje się ucywilizowanie rynku mediów w duchu interesu publicznego. Powinno się promować silne media publiczne dbające o interes społeczny i narodowy oraz za pomocą regulacji uniemożliwiać nadmierną koncentrację kapitału w mediach prywatnych. Warto też stworzyć takie ramy, aby zagraniczny kapitał miał warunki działania uniemożliwiające przejęcie poszczególnych rynków medialnych. Na rynku doradztwa i konsultingu dominuje kilka zagranicznych spółek. Temat wart jest pogłębionej analizy potencjalnych praktyk kartelowych i ich wpływu na powstanie i okrzepnięcie polskich spółek doradczych. Warto też monitorować, jaki obrót mają obecni potentaci i jaki wykazują zysk. Ponadto firmy takie nie powinny pełnić istotnej roli przy wspieraniu tworzenia polskiego prawa, gdyż zachodzi tu oczywisty konflikt interesów, wyrażony ryzykiem promowania rozwiązań prawnych korzystnych dla wielkich zagranicznych klientów, w tym państw i korporacji.
Słuchając w Polsce radia czy oglądając telewizję, można przeżyć prawdziwy koszmar z powodu ciągłych, długich i często „niesmacznych” reklam. Reklamy znacząco zaśmiecają także przestrzeń publiczną. Jednocześnie drogie reklamy stanowią ważne źródło dochodów prywatnych mediów. Warto rozważać, w jakim stopniu wpływa to na obiektywność oceny reklamodawcy i jego konfliktu z interesem społecznym czy publicznym.
Powinno się więc rozważyć lepsze uregulowanie rynku reklam, m.in. z punktu widzenia szkodliwości społecznej niektórych typów reklam (np. leków), relacji reklamodawców z mediami, a także zaśmiecania przestrzeni publicznej.
Mogłyby również powstawać instytuty monitorujące media pod względem ich obiektywności względem podmiotów zamawiających reklamy.
Handel detaliczny
W handlu detalicznym można zauważyć rosnącą dominację zagranicznego kapitału oraz następujące zagrożenia i zaniedbania:
- Wypychanie z rynku polskich sklepów, co uniemożliwia im wzrost i wytworzenie masy krytycznej, pozwalającej na ekspansję zagraniczną.
- Ryzyko drenażu zysku celem unikania płacenia podatku CIT.
- Nadmierną koncentrację kapitału w handlu, będącą zagrożeniem dla całej strefy produkcyjnej polskich małych i średnich przedsiębiorstw zaopatrujących sklepy. Uniemożliwia im ona „zdrowy” wzrost, niezależną ekspansję zagraniczną czy osiąganie większych zysków, ponieważ duże sieci handlowe mają swoje metody ograniczania rentowności małych dostawców. Taka dominacja degeneruje polską ekonomię.
Rynek hipermarketów jest całkowicie przejęty przez kapitał zagraniczny. Jego nadmierny rozrost, poza ogólną logiką wynikającą z powyższych rozważań, powoduje eliminację polskiej konkurencji w handlu spożywczym, kosmetykami, chemią domową czy elektroniką, a także generuje spore ryzyko tworzenia zmów kartelowych.
Rynek ten należy uregulować. Pierwszym instrumentem powinien być solidny podatek obrotowy nałożony na hipermarkety. Drugim – regulacja jasno definiująca ograniczenia w powstawaniu nowych hipermarketów oraz uniemożliwiająca ich nadmierną ekspansję. Kolejnym elementem winien być surowy monitoring antykartelowy wraz z odpowiednimi karami finansowymi wraz z nadzorem nad kapitałowymi relacjami między hipermarketami a dyskontami. Powinno się też ucywilizować relacje z dostawcami, często polskimi małymi i średnimi przedsiębiorstwami, obecnie „drenowanymi” i marginalizowanymi przez nadmiernie silną pozycję hipermarketów.
Rynek sklepów spożywczych i dyskontów jest częściowo zdominowany przez zagraniczny kapitał, zwłaszcza w średnich i dużych miastach. Ryzykiem jest możliwość powiązań kapitałowych z hipermarketami. Jego nadmierny rozrost powoduje wymieranie rodzinnych, osiedlowych sklepików.
Stąd istotne jest także uregulowanie i tego rynku. Kapitał zagraniczny powinien móc swobodnie funkcjonować, ale nie mieć możliwości przejęcia większości rynku. Głównym instrumentem powinien być również i tu progresywny podatek obrotowy. Progresja powinna zaczynać się od obrotu, od którego wielkość dyskontu zaczyna być szkodliwa dla zdrowego funkcjonowania rynku. Regulację należałoby zdefiniować tak, aby otworzyła przestrzeń dla rozwoju i koncentracji polskiego kapitału, czy to przez jego wzrost, czy organizowanie się w grupy dyskontów, czy to powstawanie spółdzielni.
Warto podkreślić, że rozproszony kapitał krajowy zaczyna się bronić, np. za pomocą zrzeszania się w polskiej grupie kapitałowej Nasz Sklep. To jedna z właściwych dróg.
Inne dochodowe rynki
Wiele znanych produktów codziennego użytku, jak sprzęt do golenia, pasty do zębów, przekąski, napoje gazowane, woda, lody, gumy do żucia czy alkohole, jest kontrolowanych przez kilka wielkich funduszy inwestycyjnych, posiadających w skali globu, przez łańcuszek firm, setki znanych marek. Deformujący wpływ takiej koncentracji na rynki w Polsce i na polską konkurencję, wytwarzającą podobne produkty, musi być ogromny, choć rzadko się słyszy, aby było to przedmiotem publicznej analizy. Mimo iż są to potężni, globalni gracze, często zarządzający kapitałem większym, niż kilkuletni PKB Polski.
Powyższe przykłady można by mnożyć, ale widać, że cały neoliberalna kolonizacja Polski jest urządzona według schematu: przejąć dochodowe rynki i wydrenować z nich nieopodatkowane zyski oraz wykupić wartościowe aktywa, jak surowce, ziemia uprawna czy lasy; przy okazji uniemożliwić wyrośnięcie lokalnej konkurencji, którą się od siebie uzależnia lub – za pomocą dumpingu cenowego – doprowadza do bankructwa (jak w przypadku Malmy czy obecnych prób wobec Fakro), wraz z tanią i pozbawioną praw siłą roboczą. Dodatkowo prywatyzuje się obszary wrażliwe społecznie celem tworzenia nowych obszarów zysku.
Ponieważ w Polsce wciąż jeszcze są rynki i „zasoby” nieskomercjalizowane, jak sektor energetyczny, ziemia, złoża mineralne czy lasy, do pełnej „neokolonizacji” jeszcze trochę brakuje, jednakże „neoliberalny rak” systematycznie postępuje. W przypadku niewypłacalności Polski temat „prywatyzacji” tych obszarów wróci jako warunek restrukturyzacji długu.
Jak „obalić” neoliberalizm i upodmiotowić Polskę?
Ponad 25 lat po obaleniu komunizmu trzeba się zastanowić, jak wprowadzić w życie art. 2. Konstytucji RP. Stanowi on, iż Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Dotychczas mieliśmy natomiast do czynienia z urzeczywistnianiem zasad neoliberalizmu.
Oczywiście zagraniczny kapitał będzie się bronił przed utratą wpływów, rynków i dochodów. Jego instrumentami wywierania nacisku na rządy, prawodawstwo i opinię publiczną są działy dużych korporacji ds. relacji z rządami i ich lobbingowe organizacje, presja medialna, oparta na kosztownej reklamie, czy oferowanie lukratywnych ofert pracy we wpływowych koncernach. Specyficznym i skutecznym narzędziem wpływu są fundacje finansowane przez różnej maści globalnych spekulantów lub rządy silnych państw trzecich. Wywierają one tzw. miękki wpływ na naszą rzeczywistość przez umiejętny i dyskretny lobbing pozornie bezstronnych specjalistów.
Innymi metodami ułatwiającymi wywieranie wpływu są przejmowanie rynku medialnego przez zagraniczny kapitał, skargi do Unii Europejskiej, używanie międzynarodowego arbitrażu. Wszystkie te instrumenty presji są uruchamiane w razie potrzeby. Tak właśnie działo się w czasie zmniejszenia zasięgu OFE i tak będzie się dziać, gdy zostanie zagrożony zysk zagranicznego kapitału w Polsce. Można się też spodziewać „spontanicznych” protestów pracowników w obronie miejsc pracy, mimo że obecnie te same koncerny aktywnie zwalczają organizowanie się w związki zawodowe czy rady pracownicze oraz płacą, mimo sporej rentowności, pensje minimalne lub zmuszają do bezpłatnych nadgodzin czy pracy ponad siły. Należy być świadomym, że takie trudności będą częścią procesu zmian.
W zasadzie „szczepionka na neoliberalizm” powinna polegać na:
- Stopniowym zmniejszeniu udziału zagranicznego kapitału w newralgicznych obszarach ekonomii do bezpiecznego poziomu i zastąpienie go dojrzewającym kapitałem polskim.
- Umożliwieniu wzrostu i zagranicznej ekspansji polskiego kapitału.
- Opodatkowaniu ukrywanych zysków zagranicznych korporacji i wprowadzeniu podatków progresywnych.
- Zablokowaniu ekspansji prywatnych rynków na obszary, które mają duże znaczenie społeczne, oraz na dbałości o rozwój tych obszarów.
- Trzymaniu w ryzach długu publicznego, aby nie było możliwe użycie głównego instrumentu presji na utrzymanie status quo.
Ponieważ nie da się prowadzić nowoczesnej i roztropnej polityki bez stosownej wiedzy, należy umożliwić rozwój polskich think tanków promujących polski interes społeczny i narodowy. Zagraniczne firmy konsultingowe wchodzą tu w oczywisty konflikt interesów i nie powinny odgrywać istotnej roli w procesach „naprawy” neoliberalizmu i doradztwa polskim instytucjom politycznym i gospodarczym. Dlaczego? Wystarczy wspomnieć ich doradczą rolę przy prywatyzacji.
Takie dobrze dofinansowane think tanki powinny regularnie tworzyć skrojone na polskie potrzeby analizy, raporty czy statystyki konieczne dla skutecznego aplikowania „antyneoliberalnej szczepionki” i dla zrównoważonego rozwoju Polski. Na podstawie tych analiz powinno się „skalować” regulacje w każdym istotnym obszarze. W sytuacji zaś opierania się instytucji państwowych przy tworzeniu prawa na raportach zagranicznych firm konsultingowych warto wymóc absolutną przejrzystość działań.
Polska podpisała wiele międzynarodowych zobowiązań, które ograniczają pole manewru, choć nie uniemożliwiają zmian. Po pierwsze, prawo Unii Europejskiej zabrania narodowych preferencji w regulacjach. Dlatego żadna polska regulacja nie może rozróżniać narodowości kapitału, gdyż zostanie unieważniona przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Natomiast znając strukturę rynków i charakterystykę części zagranicznego kapitału, można działać skutecznie bez wyrażania wprost celu zawartego w regulacjach. Na przykład można opodatkować hipermarkety 2-procentowym podatkiem obrotowym, ale to, że opodatkowaniu podlega w tym przypadku kapitał zagraniczny, ma wynikać z analizy rynku, a nie z zapisów ustawy. Podobnie z dyskontami – jeśli analiza mówi, że zagraniczny kapitał dominuje, mając 3 mld PLN rocznego obrotu, a polski ma maksymalnie 1 mld PLN, należy wprowadzić podatek obrotowy 1,5-procentowy i zrobić wyjątek dla firm mających roczny obrót mniejszy od 2 mld PLN, a wszystko to uczynić pod hasłem promowania małej i średniej przedsiębiorczości.
Po drugie, warto uwzględniać to, że zagraniczne korporacje mają możliwość odwołania się do międzynarodowego arbitrażu, i tak definiować regulacje, aby nie było podstaw do skargi. W tym kontekście należy zachować ostrożność w ograniczaniu praw polskiego sądownictwa w zakresie relacji z międzynarodowym kapitałem.
Podsumowanie
Narracje neoliberalizmu i jego praktyczne tendencje stoją w sprzeczności z upodmiotowieniem się Polski i Polaków oraz z art. 2 Konstytucji RP. Żądanie korekty jego wadliwych elementów nie neguje wartości wolnego rynku jako takiego, lecz dąży do korekty jego zdegenerowanych elementów, stojących w jawnej sprzeczności ze sprawiedliwością społeczną i interesem narodowym Polski i Polaków.
Takie usystematyzowanie powinno ułatwić wypracowanie spójnej i uniwersalnej wizji dla różnych rozproszonych organizacji, które chcą działać w społecznym, lokalnym czy narodowym interesie. Różnice światopoglądowe nie powinny tu mieć znaczenia.
Spróbowałem opisać, za pomocą jakich instrumentów można praktycznie doprowadzić do zmiany. Oczywiście są one bardzo ogólne i zapewne niedoskonałe. Do precyzyjnego wymodelowania takich procesów trzeba sztabu specjalistów, procesu legislacyjnego, konsultacji społecznych. Chodzi jednak o pokazanie ogólnych założeń. Osiągnięcie takich zmian to kilkanaście lat systematycznej pracy, której metody są ograniczone przez międzynarodowe zobowiązania Polski. „Ograniczone” nie znaczy jednak „niemożliwe do wprowadzenia” – tyle że trzeba być kreatywnym oraz świetnie znać praktykę wdrażania prawa międzynarodowego i precedensy.
Nie powinno się również potępiać kapitału zagranicznego jako takiego. Natomiast temu mniej pożytecznemu, w przypadku nadmiernej koncentracji mającemu tendencje do tworzenia karteli, spekulacji czy uniemożliwiania rozwoju polskiej konkurencji, warto stworzyć ramy działania korzystne z punktu widzenia interesu Polski. Interes publiczny, społeczny i narodowy Polski i Polaków musi stać się wartością nadrzędną, będącą ponad interesem zagranicznych korporacji wspieranych przez neoliberalny dyskurs i jego akolitów.
Kim lub czym chcemy być za 15–20 lat? Zamożnym, w miarę sprawiedliwym społecznie, średnim podmiotem na międzynarodowej scenie, podobnym do Korei Południowej czy Szwecji, czy też przedmiotem w globalnej rozgrywce, smutną, niesprawiedliwą, zwasalizowaną neokolonią, zdominowaną przez zagraniczne korporacje, podobną do wielu krajów postkolonialnych? Wybór wciąż jeszcze należy do nas.
przez Remigiusz Okraska | środa 6 maja 2015 | Wiosna 2015
Co w dzisiejszym świecie jest najgorsze? Bieda, wyzysk, nierówności społeczne? Potęga korporacji, banków, miliarderów? Kryzysy finansowe, spekulacje marnujące oszczędności pariasów, zamykanie przedsiębiorstw i wypędzanie pracowników na bruk? Być może. A może to, że przestaliśmy umieć marzyć?
Slogan, którym posługiwała się Margaret Thatcher, mówiący, że nie ma alternatywy, nie dotyczy tylko procesów ekonomicznych czy decyzji politycznych. Dotyczy także tego, jak myślimy o świecie, życiu, zmianach. A myślimy niezbyt odważnie. Mówiąc wprost: boimy się marzyć.
Zostaliśmy zakładnikami status quo. Nasze umysły zamknięto na kłódkę, zakuto w kajdany, związano i zakneblowano. Jesteśmy zastraszeni. Najchętniej schowalibyśmy się w mysiej dziurze. Ponieważ niemal wszystkie zmiany, jakie zachodzą w dzisiejszym świecie, są niekorzystne dla „zwykłych ludzi”, zaczęliśmy się obawiać wszelkich zmian. Wierzymy w zgrany slogan, że lepsze jest wrogiem dobrego.
Ba, tak nas stłamszono, że uważamy, iż lepsze i dobre są wrogami złego! Jest kiepsko, ale lepiej niech nic się nie zmienia, bo obawiamy się, że będzie jeszcze gorzej. Wielcy tego świata często mówią o zmianach, a my niekiedy przyklaskujemy ich wizjom – korzystnym głównie dla nich – lecz zupełnie straciliśmy chęci i odwagę, żeby wierzyć w takie zmiany, które polepszą los nasz, nie ich. Czasami wierzymy w ich wizje, ale nie potrafimy tworzyć swoich. A jeszcze bardziej boimy się dzielić marzeniami z innymi, podobnymi nam. Tylko czasami, w czterech ścianach M-3, coś przychodzi nam do głowy. Ale milczymy – bo jeszcze wezmą nas za wariatów, bo po co się wychylać, bo mało komu ufamy…
Niniejszy numer „Nowego Obywatela” poświęciliśmy w sporej części odwadze marzenia o lepszym świecie i projektowania go. Zaczynamy od tekstu, który proponuje zarys strategii takich zmian, które wyrwałyby Polskę z bezwładnego dryfu i eksploatacji, jakiej podlega ona od lat. Nie są to wcale zmiany rewolucyjne, bo dobrze znane z innych krajów – choć w naszych realiach niektóre brzmią jak utopia. Ale utopia to nie ślepa uliczka, lecz inspiracja do działania. Kto nie zrobi kroku naprzód, ten nigdzie nie zajdzie. Mówi o tym wywiad z Ladislauem Dowborem, który był jednym ze współtwórców „zrealizowanej utopii” w Brazylii, gdzie odważna polityka i śmiałość marzeń pozwoliły wyciągnąć z nędzy miliony ludzi. Mówi o tym także tekst o własności publicznej, która – wbrew liberalnej propagandzie – jest efektywna i rozwojowa w wielu miejscach świata. Również artykuł o powstańcach z biednego meksykańskiego stanu Chiapas, którzy odbili się od bardzo głębokiego dna, pokazuje, że można lepiej urządzić rzeczywistość.
Ale nie tylko o „realnym świecie” jest mowa w tym numerze. Dwa teksty poświęciliśmy rozbijaniu mitów na poziomie idei i dominujących wzorców kulturowych. Nie ma dnia, żebyśmy od głównych mediów i ich pomniejszych klonów nie usłyszeli, że egoizm jest dobry, że dbanie o innych (chyba że chodzi o rodzinę) to frajerstwo, że tylko wolny rynek i dążenie do zysku – choćby po trupach – są naturalne, normalne i przynoszą efekty, a inne postawy to szkodliwa naiwność. Jest jednak dokładnie odwrotnie: liberalne frazesy to zwykłe bzdury. Naukowcy badający inne kultury lub dawne zachowania, a także współcześni psychologowie, udowadniają, że dzisiejsza cywilizacja i jej „wartości” wcale nie są jedynie słuszne, nie są naturalne, nie bazują na niekwestionowanych faktach, nie mają oparcia w powszechnych zachowaniach. Wręcz przeciwnie – to, co dziś propagowane jest jako norma, to tylko krótkotrwały epizod w dziejach ludzkości. Epizod nieprzypadkowy, bo służący interesom silnych i zamożnych. Możliwy tylko dzięki temu, że całkowicie wyzbyliśmy się odwagi marzenia i wymyślania świata lepszego niż obecny. Tak być nie musi. Tak być nie powinno.
To oczywiście nie wszystkie materiały, jakie przygotowaliśmy dla Was w tym kwartale. Zapraszam do lektury.
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
Bywa tak, że im częściej i więcej mówi się o czymś, tym mniej postaw i zachowań odpowiadających deklaracjom. Tak jest również w przypadku tego, co potocznie określamy mianem ekologii. Prawie wszystko ma dziś swoje wersje „eko”, a tak lub inaczej pojmowana ochrona środowiska stanowi już niemal popkulturową modę. Mimo to żyjemy w świecie coraz bardziej „sztucznym”, w separacji od przyrody.
Mówi o tym niedawno przetłumaczona na język polski książka Richarda Louva pt. „Ostatnie dziecko lasu. Jak uchronić nasze dzieci przed zespołem deficytu natury”. Choć skupia się na młodym pokoleniu, jest to analiza – i zarazem alarm – na temat tego, że mieszkańcy krajów wysokorozwiniętych przestają mieć związek z realną przyrodą i „namacalnym” środowiskiem naturalnym. Warto oddać głos autorowi, który w bardzo klarowny sposób snuje opowieść: W ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci radykalnie zmienił się sposób rozumienia i doświadczania przyrody przez dzieci. Nastąpiło całkowite odwrócenie sytuacji. Dzieciaki są dziś świadome globalnych zagrożeń dla środowiska naturalnego, ale ich fizyczny kontakt i bliska relacja z przyrodą powoli odchodzą w zapomnienie. Zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy ja byłem dzieckiem. Kiedy byłem mały, w ogóle nie zdawałem sobie sprawy, że moje lasy znajdują się w ekologicznej łączności z innymi lasami. W latach 50. nikt nie mówił o kwaśnych deszczach, dziurze ozonowej czy globalnym ociepleniu. Mimo to świetnie znałem swoje lasy i pola, znałem każdy zakręt strumyka i zagłębienie w piaszczystych ścieżkach. Wędrowałem po nich nawet we śnie. Współczesne dzieciaki z pewnością opowiedzą nam wszystko o amazońskich lasach tropikalnych, lecz nie o tym, kiedy ostatnio samotnie spacerowały po lesie albo leżały na łące, wsłuchując się w świst wiatru i obserwując przepływające nad ich głowami chmury. Ta książka dotyczy rosnącej przepaści między naszymi dziećmi a światem przyrody oraz jej środowiskowych, społecznych, psychologicznych i duchowych konsekwencji.

Richard Louv urodził się w roku 1949. Problem, który sygnalizuje, nie jest jednak efektem rozczarowania światem obecnym, nie jest to standardowa litania skarg i żalów człowieka już niemłodego, że „dawniej było lepiej” itd. Jakkolwiek zarówno wiek autora, jak i zanurzenie jego narracji w realiach amerykańskich (a więc bardziej, jak przystało na kraj zamożniejszy, „stechnicyzowanych”) nie pozostają bez znaczenia, to jednak nie mają one nic wspólnego z narzekaniami „zgorzkniałego starca” na „dzisiejszą młodzież”. Będąc o niemal półtora pokolenia młodszym od Louva i mieszkając w Polsce, podczas lektury miałem wciąż rosnące przekonanie o trafności jego analizy i dobrym rozpoznaniu rzeczywistości. Moi rówieśnicy, a nawet sporo osób o dekadę młodszych, szczególnie niebędących od małego mieszkańcami wielkich miast, zapewne pamiętają z dzieciństwa liczne związki z przyrodą. Realizowane mimochodem, bez „eko” haseł i trendów, najzwyczajniej w świecie – lasy, łąki, pola, zarośla itp. były naturalnym punktem odniesienia i miejscem spędzania czasu. „Bazy” na drzewach, szałasy budowane w wakacje, całe dnie spędzane w „dzikich” miejscach (nawet jeśli były nimi zwykłe krzaki na obrzeżu osiedla), napędzane ciekawością eksplorowanie wszelkich możliwych nieużytków, wagary czy turystyczne nieformalne wyprawy wśród przyrody – wszystko to było dla mnóstwa osób z tego pokolenia chlebem powszednim. Było też czymś zgoła odmiennym od sposobu, w jaki spędzają czas dzisiejsze dzieci i młodzież – przed ekranami telewizorów i monitorami komputerów, w pomieszczeniach, w przestrzeni coraz bardziej uporządkowanej, z dala od choćby niewielkich i skromnych miejsc opanowanych przez przyrodę inną niż całkowicie „sztuczne” parki i inne oficjalne „tereny zielone”. Ba, znaczna część dziecięcej aktywności dzisiejszych 30–40-latków mogłaby przyprawić ich samych o palpitację serca w przypadku potencjalnych zachowań własnych pociech, jeśli nawet nie wywołałaby surowej reprymendy ze strony rodziny, sąsiadów, a może nawet przedstawicieli instytucji opiekuńczo-kontrolnych.
Nasze społeczeństwo uczy młodych ludzi unikania bezpośredniego kontaktu z przyrodą – stwierdza Louv. Prowadzi to do zjawiska, które określa on przy pomocy autorskiego terminu „zespół deficytu przyrody (natury)”. Niełatwo zdefiniować ten problem, choć staje się on dość oczywisty, gdy połączymy intuicyjne skojarzenia ze wspomnieniami i refleksjami nas samych lub osób wychowanych dawniej. Autor „Ostatniego dziecka lasu” przywołuje własne dzieciństwo, opinie innych dorosłych, a także tych – będących w mniejszości wśród rówieśników – dzieci, które obecnie spędzają wiele czasu wśród przyrody. Wszyscy oni podkreślają, że obecne młode pokolenie jest coraz bardziej odseparowane od natury, niewiele o niej wie, nierzadko boi się takiego otoczenia lub zupełnie nie potrafi w nim zachować. Louv określa to mianem przekroczenia trzeciego pogranicza, nawiązując do popularnej w USA teorii. Mówi ona, że pierwsze pogranicze przekroczono, gdy kolonizacja kontynentu zakończyła się po wyczerpaniu zasobów niezagospodarowanej ziemi pod koniec XIX wieku. Drugie – sto lat później, gdy w roku 1990 rolnicy stanowili już tylko 1,9 proc. populacji USA i rząd uznał, że niepotrzebny stał się coroczny spis ludności z tej grupy. Trzecie pogranicze przekroczono, zdaniem autora książki, obecnie, w pokoleniu dzieci rodziców z roczników 1946–1964. To dzieci, których większość nie zetknęła się z życiem na wsi, nie mają tam rodziny, nie stykają się w codziennym życiu z lasami, łąkami czy innymi okolicznymi obszarami przyrodniczymi. To pokolenie do cna „miejskie”, „stechnologizowane”.
Autor stawia pytania o przyczyny takiego stanu rzeczy. Jest ich wiele. Oprócz nawyków związanych z nowymi technologiami czy rosnącym komfortem życia są to także zjawiska mniej oczywiste. Na przykład efekt coraz częstszych zakazów – dzieciom zabrania się wchodzić na drzewa w parkach, budować „domki” czy „bazy” wśród nieużytków lub tamy na strumieniach, wędkować, a nawet jeździć rowerami poza wytyczonymi trasami. Tak dzieje się szczególnie w osiedlach na przedmieściach i stanowi to syntezę kultu własności prywatnej oraz amerykańskiej plagi związanej z pozwami sądowymi o odszkodowania za ewentualne wypadki, urazy, skaleczenia, zniszczenie mienia itp. Im mniej dzieci robią samodzielnie i poza drobiazgową kontrolą, tym mniejsze ryzyko, że komuś coś się stanie na terenie, za który ktoś inny odpowiada. Zatem zakazuje się maluchom w zasadzie wszystkiego, co spontaniczne. Jakkolwiek rośnie ilość młodych uczestników zajęć sportowych i rekreacyjnych oraz czasu poświęcanego na tę aktywność, dokonuje się to jednak w sposób drobiazgowo zorganizowany i w „sztucznej”, całkowicie zaplanowanej przestrzeni. Louv przytacza słowa jednego z rodziców: Nasze dzieci słyszą, że tradycyjna zabawa na dworze jest łamaniem zasad. A potem są strofowane, kiedy siedzą przed telewizorem – i wysyłane do zabawy na dwór. Tylko gdzie? W jaki sposób? Czy powinny zacząć uprawiać kolejny zorganizowany sport? Nie wszystkie dzieci chcą być cały czas zorganizowane. One pragną dać upust swojej wyobraźni; zbadać, dokąd płyną strumienie.
Inna z przyczyn separacji od przyrody również ma charakter bardzo konkretny – to po prostu „wypychanie” natury z naszego otoczenia. Rozrost miast i osiedli powoduje, że znikają okoliczne lasy czy łąki. Ci, którzy mieszkali niegdyś na obrzeżach, teraz znajdują się w centrum aglomeracji, a nowi mieszkańcy „pogranicza” stykają się ze swoimi odpowiednikami z okolicznych miejscowości. Dotyczy to także osób, które zapłaciły setki tysięcy dolarów za możliwość mieszkania z dala od centrum, „w ciszy i spokoju”, bo takich jak oni było wielu, więc wspólnie zniszczyli te walory zasiedlanych okolic. Również w miejscach zurbanizowanych od dawna, w centrach miast itp. drastycznie ubywa terenów zielonych – czy będą to parki wypierane przez komercyjną zabudowę albo przez drogi dojazdowe (gdy takim terenom uda się przetrwać, zwykle są coraz bardziej drobiazgowo zagospodarowane i pełne obostrzeń dotyczących dozwolonej aktywności), czy też rozmaite nieużytki, opuszczone parcele, empty spaces, gdzie dawniej nieco swobody znajdowały przyroda i ludzka/dziecięca kreatywność. Na przykład w Los Angeles zaledwie 30 proc. mieszkańców żyje w takiej odległości od parków, która pozwoliłaby bywać w nich bez większych, specjalnie przedsięwziętych wysiłków. W niektórych miastach USA w parkach pojawiła się… sztuczna murawa.
Wszędzie tam, gdzie istnieją duże skupiska ludzi, coraz trudniej o możliwość łatwego i szybkiego kontaktu z przyrodą – staje się ona celem odległym, więc nieoczywistym. Zjawisko to przybiera formy skrajne, a zarazem masowe: Według danych Amerykańskiego Biura Statystycznego w 1910 roku klimatyzację miało tylko 12 procent domów. Ludzie otwierali okna i wpuszczali do mieszkań nocne powietrze, odgłosy wiatru i szeleszczących liści. Kiedy na świat przyszło pokolenie baby boomers (lata 50.), już połowa domów miała klimatyzację. W 1970 roku odsetek ten wzrósł do 72 procent, a w 2001 roku do 78 procent. Maleje nawet liczba osób podziwiających przyrodę i krajobraz przez okna samochodów, bo na oparciach przednich foteli montuje się ekrany dla dzieci siedzących z tyłu – mogą oglądać telewizję, filmy z odtwarzaczy lub zajmować się grami.
Podobnej tendencji podlega edukacja – z przyrodą niełatwo „spotkać się” także w szkole. Coraz mniej w niej zajęć z historii naturalnej, z rozpoznawania gatunków i siedlisk, szczególnie lokalnych, a coraz więcej zarówno mikrobiologii (co wynika z trendów biznesu i rynku pracy), jak i ogólnikowej wiedzy o globalnym ekosystemie (co jest pochodną profilu współczesnego ruchu ekologicznego i popularności jego narracji). Według jednego z rozmówców Louva nawet w naukach ścisłych, gdzie przyroda odgrywa tak istotną rolę, uczniowie poznają ją w sposób suchy i zmechanizowany. Jak działa echolokacja u nietoperzy, jak rośnie drzewo, dlaczego nawożenie gleby poprawia wydajność upraw? Dzieci patrzą na przyrodę przez pryzmat eksperymentu laboratoryjnego. Młodzi coraz więcej wiedzą o globalnych problemach ekologicznych, a jednocześnie są coraz bardziej skrupulatnie odcinani od kontaktu z realną przyrodą, w tym tą lokalną. Ma to już, zdaniem Louva, określone skutki – przyroda przestaje być czymś ciekawym i atrakcyjnym. W efekcie na przestrzeni zaledwie pokolenia znacznie zmalała liczba osób odwiedzających amerykańskie parki narodowe, a w niektórych z nich jest to spadek odwiedzin o nawet połowę. Tylko w latach 1991–2001 aż o 10 milionów Amerykanów zmniejszyła się liczba osób biorących udział w różnych formach rekreacyjnego obserwowania przyrody i kontaktu z nią.
Dochodzi do sytuacji tak kuriozalnych jak ta, że organizacje i inicjatywy niegdyś bazujące na kontakcie z przyrodą rezygnują z takich zajęć i sposobów spędzania czasu. Nawet uczestnicy ruchów ekologicznych czy obrony praw zwierząt często nie mają żadnych „zwykłych” związków z przyrodą. Louv przytacza opinię jednego z działaczy indiańskich: Jedyne zwierzęta, z którymi zetknęli się ci młodzi aktywiści, to ich zwierzęta domowe. Poza tym napotykali je w ogrodach zoologicznych, oceanariach albo podczas wypraw na obserwowanie wielorybów. Są całkiem oderwani od źródeł swojego pożywienia – nawet od soi i innych białek pochodzenia roślinnego, które konsumują. W innym miejscu Louv pisze o ruchu obrońców środowiska, że zaczął się opierać na wymuskanych prawnikach w Waszyngtonie, a nie na miejscowych przyrodnikach w zabłoconych butach. I dodaje: w miarę, jak ochrona przyrody staje się coraz bardziej teoretycznym pojęciem oderwanym od radosnego doświadczania świata za oknem, musimy się zastanowić, skąd wezmą się przyszli obrońcy przyrody?
Nie jest to pytanie bezzasadne, bowiem przywołane przez autora „Ostatniego dziecka lasu” wyniki badań dotyczących przyczyn zaangażowania w obronę przyrody są jednoznaczne. Mówią one, że starsze pokolenie „działaczy ekologicznych” wskazuje jako główny powód swojej aktywności zetknięcie się lub częste przebywanie w dzieciństwie w otoczeniu całkiem naturalnym lub przekształconym tylko częściowo (wiejskim). Również wśród „biernej” części społeczeństwa osoby sympatyzujące z postulatami ochrony przyrody to przede wszystkim te, które w dzieciństwie miały możliwość udziału w „zajęciach na łonie przyrody”. Louv konkluduje: Ochrona przyrody zależy od czegoś więcej niż tylko od siły […] organizacji ekologicznych. Zależy także od jakości relacji młodych ludzi z przyrodą – od tego, w jaki sposób – jeśli w ogóle – młodzież przywiązuje się do natury. Organizacjom ochroniarskim dostaje się też za wylewanie dziecka z kąpielą. Jakkolwiek Louv nie uznaje wędkarstwa czy tym bardziej myślistwa za postawy moralnie obojętne, to uważa, że „miejska” czy „humanitarna” ekologia spod znaku m.in. potępiania łowienia ryb, bez zaproponowania i wypromowania wśród młodych ludzi realnych alternatyw z dziedziny spędzania czasu na łonie natury, jeszcze bardziej przetrzebia szeregi osób mających szanse nawiązać więź z przyrodą.
Autor „Ostatniego dziecka…” ukazuje również przeobrażenia, jakim w USA uległy skauting/harcerstwo. Na masową skalę rezygnują one lub ograniczają zasięg takich działań i form aktywności, które miały związek z otoczeniem przyrodniczym. Ośrodki harcerskie stają się luksusowe i oddalone od „dziczy”, a ich program to w dużej mierze zajęcia dotyczące samorozwoju w „sztucznym” otoczeniu, niewiele mające wspólnego z dawnymi ideałami i aktywnościami skautowskimi. I tutaj nie dzieje się to bez głębszych przyczyn. Po pierwsze, im mniej czasu na wychowanie dzieci mają zapracowani i „mobilni” rodzice, tym więcej oczekują od takich organizacji aktywności stricte moralno-wychowawczej. Po drugie – stale rosną, do horrendalnych kwot, koszty ubezpieczeń za zajęcia prowadzone w „niepewnych” czy „potencjalnie niebezpiecznych” warunkach, zatem taniej jest zorganizować wyjazd dzieci i młodzieży w sterylne i zaplanowane miejsca niż tam, gdzie przyroda i skauci mają choć trochę swobody. Po trzecie – bo sami rodzice – a pod ich presją opiekunowie i wychowawcy – wymagają absolutnego bezpieczeństwa swoich pociech, oburzając się na takie niegdyś oczywiste formy spędzania czasu, jak piesze wędrówki po lasach czy górach, wspinanie się na drzewa itd.
Ano właśnie – bezpieczeństwo. Chyba kluczowym wśród czynników sprawczych separowania młodego pokolenia od przyrody jest ogromny wzrost różnych obaw o ich zdrowie i życie. Richard Louv nazywa to „syndromem Baby Jagi” – coraz silniejszym, wręcz obsesyjnym lękiem, że dzieciom stanie się coś złego. Media epatują zagrożeniami i innymi skandalizująco-alarmistycznymi przekazami, zwykle bazującymi na jednostkowych przypadkach, które jednak zwielokrotnione przez wszystkie kanały informacyjne urastają do rangi masowego zjawiska. Maleją dzietność i ogólna liczba dzieci, a więc maluchy stają się „rzadkim dobrem”. Celowo podsycana jest histeria przez rozmaite lobbies o nierzadko szczytnych celach. Autor podaje przykład Fundacji na rzecz Obrony Dzieci, która twierdziła – i dotarła z takim przekazem do milionów odbiorców – że od 1950 r. co roku podwaja się liczba dzieci zabitych z broni palnej w USA; gdyby była to prawda, w roku 1983 liczba zabitych musiałaby wynieść 8,6 miliarda, czyli więcej niż populacja globu. Powszechne jest przekonanie o wszechobecnej przemocy i innych ryzykach. Wszystko to sprawia, że rodzice panicznie boją się o dzieci.
Stąd tylko krok do odseparowania ich od przyrody, która ze swą spontanicznością i nieprzewidywalnością jawi się jako szczególnie niebezpieczna, bo niepoddawalna całkowitej kontroli. Nie ma to wiele wspólnego z rzeczywistością. Wypadki „przyrodnicze” to znikomy, niemal niezauważalny odsetek wszystkich. Rozmaite zagrożenia i przestępstwa w „dzikich” okolicach to również zjawisko rzadkie. Ba, same przestępstwa wobec dzieci mają, wbrew powszechnemu odczuciu, zwykle skalę malejącą – w roku 2005 liczba brutalnych przestępstw wobec młodych ludzi spadła w USA poniżej progu z roku 1975. Te, które wciąż miały miejsce, wcale nie były dokonywane głównie przez „obcych w nieznanym terenie” – np. sprawcami porwań dzieci najczęściej są ich krewni, a miejsca takich zdarzeń to dom rodzinny lub jego otoczenie. Tymczasem w USA występuje duży i ciągle rosnący lęk przed obszarami przyrodniczymi, znów całkowicie wbrew faktom, bo np. liczba przestępstw w parkach narodowych znacząco spadła w ciągu kilku dekad, a ich liczba bezwzględna jest śmiesznie niska w stosunku do liczebności populacji odwiedzającej takie tereny. Ogromne żniwo zbiera wśród dzieci w USA otyłość, problemem jest także znaczne spowolnienie spadku śmiertelności niemowląt, natomiast „zwyrodnialcy czyhający w dziczy na naszych milusińskich” występują głównie w filmach kryminalnych i thrillerach. Powstaje typowe błędne koło: im bardziej boimy się przyrody, tym słabiej ją poznajemy – a im słabiej ją znamy, tym bardziej się jej boimy…
Nawiasem mówiąc, choć autor opisuje tendencję bez wątpienia globalną, a przynajmniej typową dla krajów wysokorozwiniętych, to z lektury wyłania się obraz Stanów Zjednoczonych jako kraju z pogranicza „społecznej paranoi”. W „Ostatnim dziecku lasu” mamy sporo fragmentów znamionujących miłość Louva wobec swojej ojczyzny, jej dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego, jednak jest to zarazem – zapewne częściowo nieświadome – oskarżenie USA o daleko posunięte zwyrodnienie relacji społecznych, życia publicznego i rodzinnego, kultury i etosu, prawodawstwa i jego stosowania itd.
Badania wskazują, że w kwestii odseparowania dzieci od przyrody mamy do czynienia nie tylko z subiektywnymi wrażeniami lub obserwacjami autora „Ostatniego dziecka…”. Na przykład badania Sandry Hofferth z Uniwersytetu Maryland mówią, że w ciągu zaledwie sześciu lat (1997–2003) o połowę zmniejszyła się liczba dzieci odbywających piesze wędrówki i spacery, zabawy na plaży, w lesie, na podwórku lub w ogródku. Ta sama naukowiec twierdzi, że w ciągu minionego ćwierćwiecza o 9 godzin tygodniowo zmniejszył się wymiar czasu poświęcanego przez dzieci na swobodną zabawę poza domem. Badania Rhondy L. Clements mówią z kolei, że 71 proc. dzisiejszych matek pamiętało z dzieciństwa codzienną zabawę na dworze, lecz tylko 26 proc. tej grupy znało to zjawisko z życia swoich dzieci; dotyczyło to także osób zamieszkujących obecnie obszary wiejskie i przedmieścia. Ankieta przeprowadzona wśród rodziców przez czasopismo „American Demographics” w roku 2002 wykazała, że 56 proc. obecnych rodziców w USA miało w wieku 10 lat swobodę w kwestii samodzielnego pójścia lub pojechania rowerem do szkoły, a tylko 36 proc. z nich pozwala na to samo własnym dzieciom. Z kolei naukowcy brytyjscy – bo tendencja nie dotyczy tylko Stanów Zjednoczonych – już w 1990 r. zauważyli, że w tym roku swoboda poruszania się przyznawana 10-latkom była taka sama, jaką w roku 1971 cieszyli się już siedmiolatkowie.
Co zatem robią najmłodsi? Na przykład w USA dzieci w wieku 6–11 lat spędzają co najmniej 30 godzin tygodniowo przed telewizorem lub komputerem, a nieco starsze – średnio 6,5 godziny dziennie. Nawet gdy tego nie robią, przebywają głównie – oprócz szkoły – w domach lub w „sztucznych” przestrzeniach skomercjalizowanych (centra handlowe itp.) i terenach sportowych w ramach zorganizowanych i drobiazgowo zaplanowanych zajęć. Według badań naukowców z Uniwersytetu Stanu Maryland, w latach 1981–2003 dzieci o 9 godzin więcej w tygodniu poświęcają na zajęcia szkolne lub inne edukacyjne, a czas spędzany przed komputerem uległ podwojeniu. Naukowcy z Uniwersytetu Michigan twierdzą na podstawie badań, że w latach 1981–1997 o 20 proc. wzrosła ilość czasu poświęcanego na naukę i edukację już w grupie dzieci do lat siedmiu. Nie tylko nie ma tu miejsca na przyrodę, lecz coraz mniej jest go także na jakąkolwiek spontaniczność i swobodę, na to, co instynktownie kojarzymy z kwintesencją dzieciństwa.
W ten sposób powstało, jak nazywa je Louv, „pierwsze odnaturalnione pokolenie”. Nie wiemy jeszcze dokładnie – bo mało kto prowadzi stosowne badania, zwłaszcza długofalowe – do jakich prowadzi to skutków, ale mamy już pewne przesłanki i intuicje. Louv przytacza rozmaite analizy i obserwacje, z których wynika m.in., że brak kontaktu z przyrodą ma negatywny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, dobre samopoczucie, nastrój itp. Znane są badania grup pacjentów, którzy szybciej wracali do zdrowia, gdy okna szpitalne wychodziły na tereny zielone; badania grup więźniów, którzy częściej zapadali na różne choroby, jeśli z cel mogli spoglądać tylko na „cywilizację”; badania pracowników biurowych, których samopoczucie i wydajność rosły wraz z dostępem do widoku przyrody za oknami urzędów i siedzib korporacji. Skandynawskie obserwacje grup dbających o kondycję w różnym otoczeniu mówią nam, że bardziej wypoczęte, spokojne i mniej depresyjne były osoby np. biegające czy ćwiczące pośród przyrody i otwartego krajobrazu niż w siłowniach czy salach gimnastycznych, choć wykonywały podobny zestaw czynności.
Banalna jest konstatacja, że dzieci i dorośli prowadzący „domowy” tryb życia znacznie częściej narażeni są na nadwagę, otyłość, choroby cywilizacyjne itp., ale już mniej oczywista (i słabiej zbadana) jest zależność między malejącą ilością czasu spędzaną pośród natury a wzrostem przypadków depresji i podobnych przypadłości oraz spożyciem leków mających im przeciwdziałać. Badania Nancy Wells i Gary’ego Evansa wykazały, że dzieci mieszkające w otoczeniu przyrody, nawet jeśli nie spędzały czasu wśród niej, rzadziej wykazywały zaburzenia zachowania, lęki i depresję, a także miały wyższą samoocenę niż ich rówieśnicy z bardziej „sztucznych” okolic. I odwrotnie: istnieją coraz silniejsze przesłanki na rzecz tezy, że kontakt z przyrodą, częste przebywanie w jej otoczeniu itp. znacznie łagodzą objawy i natężenie ADHD, zbierającego coraz obfitsze żniwo wśród dzieci i młodzieży (w samych USA jest to kilka milionów dzieci). Jeszcze inne badania i spostrzeżenia mówią o dobroczynnym wpływie swobodnej aktywności wśród przyrody na zdolności manualne, wyobraźnię, samodzielność, umiejętność rozwiązywania praktycznych problemów czy zapoznanie się z prawami fizyki w praktyce.
Tego rodzaju argumentów znajdziemy w książce wiele, ale moim zdaniem nie one są najważniejsze. Wielką zaletą „Ostatniego dziecka lasu” jest zwrócenie uwagi na aspekty mniej wymierne i oczywiste, lecz ważne i intuicyjnie dostrzegane przez – jak sądzę – niemało osób. Obcowania z przyrodą (lub jego braku) nie da się sprowadzić do zestawu policzalnych korzyści z dziedziny zdrowia fizycznego i psychicznego. Powiedzmy więcej: poprzestanie tylko na nich byłoby poddaniem się tej samej tendencji, którą książka krytykuje – tendencji wspierającej świat coraz bardziej sztuczny, interesowny, merkantylny, w wąski sposób racjonalny. Tymczasem Louv wspomina także coś zupełnie innego: Przyroda jest niedoskonale doskonała, pełna swobody i nieskończonych możliwości, z błotem i pyłem, pokrzywami i niebem, chwilami transcendentnych doświadczeń i zdartymi kolanami. Co się stanie, gdy wszystkie te elementy dzieciństwa ulegną erozji, gdy młodzi ludzie nie będą już mieli czasu ani przestrzeni na zabawę we własnym ogródku, jeżdżenie rowerem po ciemku w świetle gwiazd i księżyca, spacery przez las w stronę rzeki, leżenie w wysokiej trawie w gorące lipcowe dni, oświetleni przez poranne słońce, jak trzmiele drżące na strunach harfy? Co wtedy będzie?
W zgodzie z duchem amerykańskiego pragmatyzmu, autor „Ostatniego dziecka…” nie tylko opisuje problem i jego różnorakie aspekty, lecz także proponuje środki zaradcze. Najprostsze, zdroworozsądkowe, to m.in. zabieranie dzieci na spacery czy wycieczki terenowe, zachęcanie ich do zabaw w ogrodzie i dokładnego poznawania jego wybranego fragmentu, różne formy spędzania czasu na łonie natury czy to z rodziną, czy z szerszym kręgiem sąsiedzko-towarzyskim. Bardziej zaawansowane to działania instytucjonalne, poczynając od tworzenia i rozwoju terenów zielonych w miastach (i dbałości o nadanie im „niesterylnego” charakteru) czy ochrony rozmaitych „nieużytków”, a kończąc na reformach w sposobie funkcjonowania szkół, m.in. tworzeniu ogrodów czy mini-rezerwatów przy takich placówkach, organizowaniu wyjazdów na „zielone szkoły” i obozy terenowe, położenie nacisku na poznawanie otoczenia przyrodniczego w okolicy, dokonanie zmian w programach nauczania. Jeszcze szerzej zakrojone są postulaty zmian formalnoprawnych, np. likwidacji wielu zakazów, które mając chronić dzieci czy własność prywatną, skutkują utrudnianiem aktywności w otoczeniu przyrodniczym. Mowa też o konieczności stopniowych przeobrażeń dotyczących kultury narodowej. Louv kilkakrotnie podkreśla, że jedna z głównych barier w korzystaniu z możliwości przebywania na łonie natury to amerykańskie postawy spod znaku pieniactwa sądowego, podsycanego przez „przemysł adwokacki”. Ważne są także kwestie administracyjne, jak konieczność powrotu do całościowego planowania przestrzennego, aby można było tworzyć lub ocalić tereny zielone, miejsca przyrodnicze itp. Najszerzej zakrojona, choć, jak przyznaje sam autor, najbardziej niekonkretna wizja, to proces „powrotu do ziemi”. Całe regiony USA wyludniły się wskutek upadku niewielkich gospodarstw rolnych i obsługujących je miasteczek. Na przykład w stanie Kansas część hrabstw jest zaludniona słabiej niż w roku 1890, a na Wielkich Równinach istnieje prawie 200 hrabstw o gęstości zaludnienia mniejszej niż 6 osób na milę kwadratową, czyli poniżej wskaźnika oznaczającego, że dany teren jest traktowany jako zamieszkały. Louv przekonuje, że to znakomity punkt wyjścia do ponownego zasiedlania obszarów przez ludzi świadomych wagi problemu związanego z oddzieleniem od przyrody.
We wszystkich tych pomysłach autor „Ostatniego dziecka lasu” próbuje pozyskać dla sprawy różne grupy, nie tylko tak oczywiste jak rodzice, nauczyciele czy lokalni decydenci, ale także naukowcy i przywódcy religijni. Szczególnie ci ostatni – i w ogóle środowiska religijne – są, jego zdaniem, ważnym sojusznikiem, gdyż przekonany jest, co potwierdzają amerykańskie badania, że to właśnie wartości duchowe są częściej skorelowane z wrażliwością na ochronę naturalnego dziedzictwa niż argumenty racjonalne i dyskurs naukowy. Ale nie tylko o kwestie taktyczne tu chodzi. W książce Louva, pełnej argumentów pragmatycznych i konkretnych, wielokrotnie pobrzmiewa – jak wspomniałem – przekonanie, że bez natury, kontaktu z nią czy inspiracji światem przyrody nie jest możliwy pełen rozwój człowieczeństwa i kultury ludzkiej. Świat coraz bardziej „sztuczny” jest nie tylko „niezdrowy” w sensie psychofizycznym – to także świat, wbrew pozorom, coraz mniej cywilizowany. Mamy w „Ostatnim dziecku lasu” do czynienia z intuicją bardzo podobną do sformułowanej około stu lat wcześniej przez „ojca” polskiej ochrony przyrody, Jana Gwalberta Pawlikowskiego. W swym manifeście „Kultura a natura” stwierdził on, że Hasło powrotu do przyrody, to nie hasło abdykacji kultury – to hasło walki kultury prawdziwej z pseudokulturą, to hasło walki o najwyższe kulturalne dobra. Trudno o lepsze podsumowanie książki Richarda Louva. Rzecz nie w „powrocie do jaskiń”, jak wszelkie wezwania do ochrony przyrody oraz do ochrony więzi z nią komentują ludzie o bardzo małych rozumkach i podobnie znikomych sumieniach. Wręcz przeciwnie – chodzi o wyrwanie człowieka z jaskiń, nawet jeśli są to jaskinie klimatyzowanych pomieszczeń pełnych najnowszych gadżetów high-tech.
Richard Louv, Ostatnie dziecko lasu. Jak uchronić nasze dzieci przed zespołem deficytu natury, Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2014, tłum. Anna Rogozińska.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
Solidarność a polityka antypolityki Davida Osta, choć napisana ponad ćwierć wieku temu, prezentuje refleksje, które nawet w zmienionych realiach ustrojowych zachowują wartość nie tylko poznawczą i ideową, ale także praktyczną. Sednem książki jest przekonanie, że patologiczne formy państwowości wymuszają – w formie reakcji na niechciane status quo – z pozoru niepolityczne, bo oddolne, obywatelskie formy działania, które kumulując się prowadzą do wielkiej zmiany politycznej. Niestety, finał przemian nie wyklucza pyrrusowego zwycięstwa „antypolitycznych”. Historyczne doświadczenie „Solidarności” pokazuje, że ceną za taką wygraną może być… klęska.
Warto wskazać na historyczno-biograficzne tło powstania recenzowanej książki. Jesień 1975 r. Amerykanin Ost spędził w Moskwie w ramach wymiany studenckiej. To doświadczenie przekonało go, że ZSRR nie jest miejscem zapewniającym rzetelną wiedzę o politycznych przemianach w bloku wschodnim. Zwrócił więc uwagę na Polskę. Do naszego kraju trafił na początku lat 80. XX w. Jak wspomina: wiele przemyśleń przedstawionych w tej książce zrodziło się podczas mojego długiego pobytu w Polsce w latach 1981–1982, kiedy robiłem notatki do doktoratu i pisywałem do tygodnika „In These Times”.
Rdzeniem pracy jest doktorat Osta, poświęcony Solidarności z lat 1980–1981, lecz w wersji gruntownie poprawionej i znacznie rozszerzonej. Ostatnie rozdziały powstawały w latach późniejszych, gdy nieoczekiwanie historia znów przyspieszyła. Robocza wersja książki trafiła do wydawcy w styczniu 1989 r., w dniu, gdy na nowo zalegalizowano opozycyjny związek zawodowy. Sytuacja była na tyle dynamiczna i zagadkowa, że Ost zastanawiał się, czy nie napisać ostatniej części książki od nowa. Postanowił jednak zostawić tekst niezmieniony, aby przekazać poczucie dziejącej się transformacji, tyleż nieuchronnej, co niepewnej.
Czym jest „polityka antypolityki”? Antypolityczność to nie proste zaprzeczenie polityczności jako formy publicznego myślenia i działania, ale jej alternatywna konceptualizacja i realizacja. Opiera się ona na przekonaniu, że warunkiem sine qua non sprawiedliwego ładu nie są przyjazne rządy i dobrzy ludzie u władzy, tylko prężne, aktywne, samoświadome, samorządne i kreatywne społeczeństwo (wszystkie podkreślenia pochodzą od Osta lub innych cytowanych przez niego autorów). Jest to jednak strategia tyleż dynamizująca społecznie, co patologiczna, bo wymuszona przez opresyjność ustroju. Ost zwraca uwagę na fakt, że „antypolityczność polityki” jest wynikiem dojmującej desperacji niereprezentowanych oficjalnie (albo reprezentowanych tylko pozornie) grup społecznych. Klasa robotnicza, nominalnie reprezentowana przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, była faktycznie pozbawiona realnego przedstawicielstwa w świecie, w którym z przyczyn fundamentalnych – monopartyjny ustrój geopolitycznie zdeterminowany przez zależność od ZSRR – znacznie ograniczono obywatelom i całym klasom społecznym możliwości udziału w realnej władzy.
W takim kontekście pojawia się termin, który po dekadach (nad)używania go brzmi nieledwie jak frazes: „społeczeństwo obywatelskie”. To właśnie ono jest celem „nowej nauki (anty)polityki”. Ost wskazuje, że antypolityczna metoda aktywności publicznej nie jest polskim odkryciem. Punktem odniesienia w jego analizach są zachodnie doświadczenia lat 60. XX w., które po części były znane polskim opozycjonistom, przede wszystkim z późniejszego Komitetu Obrony Robotników. Wiele różnic między liberalnym Zachodem a sowieckim Wschodem trudno sprowadzić do wspólnego mianownika. Jednak, zdaniem Osta, antypolityka wschodnioeuropejskich dysydentów była elementem szerszego przekonania, że państwo nie jest najważniejsze, że nie jest ono kluczem do zbudowania lepszego, bardziej ludzkiego świata. W tle pojawiają się tutaj – mniej dla nas rozpoznawalne – zachodnie napięcia związane z kryzysem tamtejszych państw dobrobytu. Nowa Lewica nie była tylko lewicą obyczajową, lecz głosiła również, że niekoniecznie to państwo i jego instytucje są gwarantami życiowego spełnienia dorastających w zamożności młodych pokoleń.
Pojawia się tu jeszcze jeden ważny motyw, który zapewne tuż po wydaniu książki po angielsku w 1990 r. nie był zbyt interesujący dla tych polskich czytelników, którzy się z nią zapoznali w oryginale. Autor zwraca uwagę, że zachodnia sfera publiczna, niekontrolowana w takim stopniu przez państwo, pozostawia o wiele więcej miejsca różnorodnym grupom społecznym. Czy gwarantuje to rzeczywisty pluralizm opinii? Tu pojawiają się wątpliwości. Zdaniem Osta sferze publicznej na Zachodzie najbardziej szkodzi presja rynku, choć oczywiście demokracja kapitalistyczna wiąże się z wolnością prasy i zgromadzeń. Formalnie „każdy” ma prawo stworzyć własne media, jednak faktyczną barierą są czynniki rynkowe: Choć każdy „może” założyć gazetę, w rzeczywistości udaje się to tylko tym, którzy mają dużo pieniędzy albo za którymi stoi ktoś bardzo bogaty. Dlatego właśnie nie tyle potęga idei, ile potęga pieniądza zapewnia wpływy w sferze publicznej. Sfera publiczna przetrwała w społeczeństwie zdominowanym przez rynek – a nawet ma się lepiej niż w klasycznym systemie państwowego socjalizmu – jednak przetrwała w stanie niekompletnym i niezadowalającym. Warto sobie uświadomić, że jeszcze ostrzej ten problem przedstawia się w państwach takich jak Polska, gdzie rachityczne społeczeństwo obywatelskie jest silniej poddane presji rynku zdominowanego przez zagraniczny kapitał i podmioty lokalne, także stojące przede wszystkim na straży interesów pieniądza.
Skupmy się jednak na realiach PRL. W rozdziale „Geneza opozycji politycznej w PRL, 1944–1970” Ost ukazuje, w jaki sposób siły polityczne traktowane przez komunistów jako niechciane próbowały ocalić istnienie w sferze politycznej/publicznej i starały się zachować wpływ na państwo. Jawna opozycyjność ustała dość szybko wskutek brutalnego i totalnego działania nowej władzy. Pozostał „koncesjonowany” udział w polityce, który jednak okazał się mocno fasadowy. Ostatnią liczącą się próbą realnej zmiany był rewizjonistyczny projekt reformy ustroju na drodze wewnętrznych przeobrażeń z udziałem mniej autorytarnych członków władzy. Jednak polski Marzec ‘68, czyli szok kolejnej fali przemocy i dyskryminacji ze strony państwa, położył kres tym mrzonkom. Rewizjonistyczna opozycja, środowiskowo i rodzinnie bliska socjalistycznym koncepcjom państwa, zrozumiała wtedy, że nie ma nic wspólnego z […] partią, nie wydawało się więc sensowne kierowanie do niej demokratycznych suplik. Władzy nie da się zmienić nawet przez koncesjonowane współuczestnictwo, sugerujące możliwość efektywności reformatorskich prób. Trzeba było szukać innej drogi, skupionej na reaktywowaniu i animowaniu życia świadomej wspólnoty obywatelskiej, ale w sposób tak delikatny, by partyjna nomenklatura nie poczuła się zagrożona w swoich interesach. Należało „zdemokratyzować społeczeństwo, omijając państwo”. Było to jednak bardzo trudne zadanie, bo nawet protest w sprawie nieświeżego jedzenia w przyzakładowej stołówce mógł być odebrany jako zamach na „ludową ojczyznę”.
W latach 70., zdaniem Osta, zaczął krystalizować się i wzmacniać nowy model polityczności. Dążył on do możliwie najmniej konfliktowej realizacji swoich celów. W znacznej części program ów polegał na odtwarzaniu klasycznych instytucji nowoczesnej sfery publicznej: miejsc wymiany opinii, nieocenzurowanej prasy, organizacji reprezentujących różne interesy, oczywiście przy założeniu, że w istniejących realiach wszystko to będzie obarczone doświadczeniem „podziemności”. Powstanie Komitetu Obrony Robotników, a następnie Wolnych Związków Zawodowych było szansą na spełnienie nieledwie anarchistycznego scenariusza, który zarysował Adam Michnik w tekście „Nowy ewolucjonizm”. Przekonywał w nim, że odnowiony socjalizm demokratyczny winien być nie tylko – i może nawet nie głównie – strukturą prawną i instytucjonalną, ale nade wszystko rzeczywistą, codziennie współtworzoną wspólnotą ludzi wolnych. Trzeba tu jednak zwrócić uwagę, że – jak przyznawał Michnik – „Solidarność” powstała zupełnie niezależnie od teoretycznych projektów autorstwa stołecznych dysydentów, którzy zdecydowanie wątpili w szanse powstania tego rodzaju ruchu w ówczesnych realiach. Ostatecznie jednak doszło do spotkania, które umożliwiło wyruszenie wspólną drogą lewicowym i lewicującym intelektualistom, inteligencji technicznej i pracownikom wielkiego przemysłu.
I nastało lato 1980 roku. Karnawał Solidarności jawił się jako spełnienie snu o „wspólnocie ludzi wolnych”. Wolnych, co było mocno dwuznaczne, także od państwa, które nie mogło na dłuższą metę uznać takiej wolności. Jak zauważa Ost, o ile przed Sierpniem opozycja skupiała się na odtworzeniu społeczeństwa obywatelskiego, o tyle po Sierpniu zaistniała potrzeba jego instytucjonalizacji. I jeszcze coś więcej: aby Solidarność mogła stać się normalną częścią systemu, konieczne wydawały się polityczne zmiany, bo system państwowego socjalizmu nie dopuszcza z natury niezależnych instytucji społecznych. To postawiło nową kwestię, która początkowo nie była rozumiana przez opozycjonistów: obywatelska „antypolityka” znów zaczęła mocno zbliżać się do świata ściśle politycznego.
Kształtowanie się i zmiany w strategii „Solidarności” w tamtym czasie dzieli Ost na trzy okresy. Pierwszy obejmuje czas między sierpniem a grudniem 1980 r. Opozycyjny ruch/związek unika polityki. Twierdzi, że nie ma ambicji wpływania na sposób rządzenia państwem przez partię, a jedynie troszczy się o prawa pracowników. Koncentruje się na budowaniu swoich struktur. Co za tym idzie, poszukuje rozwiązań umożliwiających działanie na rzecz demokratyzacji społecznej w dotychczasowym politycznym otoczeniu. Drugi okres obejmuje czas od grudnia 1980 do sierpnia 1981 r. „Solidarność” zaczyna wówczas szukać rozwiązań politycznych, które bezpośrednio wiążą się już z przebudową państwa. Okres trzeci to miesiące między sierpniem a grudniem 1981 r. Związek rozumie nieadekwatność, a także niespójność antypolitycznego modelu społecznej demokratyzacji. Naciska na bardzo oporne władze w imię porozumienia, które wymagałoby jednak fundamentalnej przebudowy istniejącego systemu rządów. Pojawia się spór między osobami akcentującymi potrzebę większej centralizacji związku/ruchu a zwolennikami związkowego pluralizmu/decentralizacji struktur.
Interesującym elementem książki Osta jest precyzyjne ukazanie strategii władzy wobec rodzącej się „Solidarności”. Wymienia cztery sposoby: 1) próby kupowania strajkujących podwyżkami płac; 2) propozycja odnowy starej centrali związkowej, będącej jeszcze jedną instytucją władzy/monopartii, zamiast tworzenia nowych, niezależnych związków. Było to o tyle trudne, że podczas strajków latem 1980 r. stare związki zawodowe były zwykle najzacieklejszym wrogiem robotników. W lipcu w Lublinie ich przedstawiciel do końca negocjacji zasiadał wraz z dyrekcją po przeciwnej stronie stołu; 3) próby ograniczania zasięgu nowych związków do wybranych regionów – bardzo silny spór formalnoprawny, czy Porozumienia Gdańskie dotyczą tylko części Pomorza, czy całego kraju, próby obniżenia rangi Porozumień Gdańskich poprzez przeciwstawienie im mniej czytelnych i mniej korzystnych dla strajkujących Porozumień Szczecińskich. Na porządku dziennym były próby oszukiwania związkowców przez dyrekcje zakładów oraz różnorakie formy zastraszania; 4) próby „reklamowania” starych związków w nowym opakowaniu. Już tylko te kwestie uświadamiają, że antypolityczność nie była możliwa w sytuacji, gdy władza musiała podjąć bardzo złożony wysiłek na rzecz odzyskania jedynowładztwa w sferze publicznej.
W obrębie samej „Solidarności” pojawił się natomiast istotny spór o to, jaka jest właściwie natura związku jako instytucji zupełnie nowej w obozie „demokracji ludowych”. Po pierwsze, zaistniała potrzeba/możliwość stworzenia ogólnokrajowej sieci związków zdolnych wyegzekwować swoje prawa od władz lokalnych; po drugie, związkowej opozycji potrzebna była centralna instancja umożliwiająca negocjowanie z władzami państwowymi. Jak przypomina Ost, gdańscy stoczniowcy nie myśleli o powołaniu gigantycznego, ogólnokrajowego związku, tylko o licznych mniejszych organizacjach związkowych w całym kraju. We wrześniu 1980 r. powstały regionalne komitety założycielskie posługujące się nazwą „Solidarność” w Warszawie i Łodzi, na Śląsku funkcjonowały trzy niezależne od siebie komitety założycielskie w trzech różnych zakładach. Decentralizacja była o tyle kusząca, że stare państwowe związki zawodowe kojarzyły się z komunistyczną centralizacją. „Decentraliści” twierdzili, że za ich koncepcjami przemawia szansa na skuteczniejszy opór wobec państwa, ponadto pluralizm wewnątrzzwiązkowy miałby odzwierciedlać także tendencje decentralistyczne w obrębie odtwarzanego społeczeństwa obywatelskiego.
Zwolennicy bardziej centralistycznej formuły „Solidarności” uważali z kolei, że w sytuacji, gdy władze próbują zniweczyć zdobycze Sierpnia, najskuteczniejszym sposobem obrony będzie połączenie się w jeden ogólnokrajowy związek. Przyjmowali zatem, że konflikt z państwem wyszedł już poza etap „społecznej demokratyzacji”, ale nie potrafili tego ująć w formie nowej wizji programowej. Ostatecznie, w wyniku gdańskiego spotkania organizacyjnego przedstawicieli niemal 35 komitetów założycielskich „Solidarności” z całego kraju (17 września 1980 r.) zawarto swoisty kompromis, który można określić jako federalistyczny, rozdzielający prerogatywy instytucji centralnych związku oraz organizacji lokalnych. Jednak, jak dodaje Ost, zatarte zostały granice między centralizacją a decentralizacją – co więcej, zatarte celowo. Takie rozwiązanie umożliwiało bowiem efektywniejsze formy reakcji na nieprzychylne czy dwuznaczne poczynania władz.
Strategię związku autor książki ujmuje następująco: opozycja wysyłała do władz podwójny komunikat: 1) że uderzenie w centrum nie zniszczy ruchu; 2) że jeśli nie będą współpracować z uprawnionymi do tego przedstawicielami Solidarności, z którymi można się dogadać, grozi im wybuch niekontrolowanych strajków i koniec spokoju społecznego. Związek podjął się bardzo trudnej gry: jednocześnie musiał być scentralizowaną instytucją i zdecentralizowanym ruchem. Umożliwiało to – przynajmniej do czasu, gdy władza wycofała się z wszelkich negocjacji na kilka miesięcy przed przygotowywanym stanem wojennym – stosowanie specyficznego szantażu: związek może kontrolować masy, choć zarazem nie zawsze je kontroluje. Warto zauważyć na marginesie, że taka strategia umożliwiała jednak władzom PRL wyselekcjonowanie liderów opozycyjnych nie tylko w ramach nieco późniejszego internowania, ale także grupy zdolnej do przyjęcia roli „koncesjonowanej opozycji”, z którą dało się zawrzeć racjonalny wedle logiki obu stron kompromis okrągłostołowy.
Skupmy się jeszcze na wskazanych wyżej drugim i trzecim okresie istnienia „Solidarności”, łącznie obejmujących czas od grudnia 1980 do grudnia 1981 r. Według Osta wtedy to pojawiło się pytanie o możliwość neokorporacyjnego modelu koegzystencji państwa/władzy monopartii oraz związku jako politycznej reprezentacji społeczeństwa obywatelskiego. Rzecz jasna, eksperci „Solidarności” nie stawiali tej kwestii tak, jak ujmuje ją amerykański naukowiec. Dowodzi on jednak, że ten właśnie model realnie przyjmowali jako potencjalną możliwość dalszego istnienia wobec i w sporze z władzą. Ost nawiązuje wprost do tez Philippe Schmittera, definiującego korporacjonizm społeczny (czyli neokorporacjonizm w ujęciu Osta) jako sytuację, w której uprzywilejowany status niektórych najważniejszych grup interesu jest rezultatem oddolnego nacisku na państwo, wywieranego przez niezależne instytucje społeczne. Istotne jest również, że „uprzywilejowane grupy” (w tym przypadku „Solidarność”, która przecież musiała twardo walczyć o swoją „uprzywilejowaną pozycję”) uzyskują status prawny i instytucjonalny. Równocześnie neokorporacyjny porządek zapewnia demokratyzację przestrzeni publicznej, gdyż rozszerza obszar udziału w życiu zbiorowym i sprzyja przestrzeganiu prawa do swobodnego zrzeszania się. Akceptując taką formułę, „Solidarność” zmuszona była wpływać na temperowanie nastrojów społecznych i daleko idące kompromisy, wskazujące, że jest wiarygodnym partnerem. Dowodem tego było choćby odwołanie strajku generalnego w marcu 1981 r., bardzo źle przyjęte przez znaczną część klasy robotniczej.
Ostatecznie jednak to władze PRL były aktorem, który nie chciał pogodzić się z myślą, że nawet w ten ograniczony sposób związek zawodowy wejdzie w przestrzeń publiczną jako ośrodek (bardzo umiarkowanie) decyzyjny. Kryzys gospodarczy i polityczny był faktem, a mimo to władza nadal nie zamierzała traktować „Solidarności” jako rzeczywistego partnera. W sierpniu 1981 r. reprezentujący władzę Mieczysław Rakowski zerwał negocjacje z opozycją, pytając retorycznie, czy „Solidarność” zechce współpracować, czy też będzie chciała kroczyć drogą donikąd, którą jak dotąd podążała. Karol Modzelewski wskazywał nieco później, w trakcie spotkania Komisji Krajowej „Solidarności”, że rząd uważa, iż Związek ogranicza jej pole manewru. Ale jak zaznaczał: jest to konsekwencją wywalczonych przez opozycję swobód demokratycznych, podczas gdy władza zorganizowana jest do rządzenia w warunkach, gdzie tych swobód jest brak.
Potężny problem z „Solidarnością” jako „obcym ciałem” w przestrzeni publicznej antypluralistycznego państwa stał u podstaw coraz bardziej konsekwentnego ignorowania Związku przez władzę. Zerwanie przez Rakowskiego negocjacji okazało się preludium do stanu wojennego. Ost nazywa ten krótki czas „strajkiem rządowym”, czasem „nieobecności władzy”, która przygotowywała się już do „normalizacji” z udziałem sił militarnych: rząd starał się coraz bardziej stwarzać poczucie chaosu i nieuchronnego załamania w kraju „ogarniętym anarchią”, który tylko wojsko będzie w stanie „uratować”. Solidarność zaś coraz usilniej […] dążyła do politycznego rozwiązania. Co prawda władza markowała jeszcze zainteresowanie dyskusją, ale po 17 listopada ustały wszelkie negocjacje. W tym czasie, na co wskazywał później Lech Wałęsa, Związek próbował stworzyć układ trójkowy pomiędzy władzą, Kościołem i Solidarnością, co napotykało opór także pośród znacznej części opozycjonistów różnych szczebli.
Warto zwrócić uwagę, że opis sytuacji przedstawiony przez autora „Solidarności…” nie pozostawia złudzeń co do faktu, że rozpowszechniana (także po 1989 r.) narracja na temat „opozycyjnych anarchistów i warchołów”, którym próbowała przeciwstawić się szukająca „pokoju społecznego” władza, to zwykłe kłamstwo, wciąż zbyt łatwo i bezrefleksyjnie przyjmowane. A generał Jaruzelski nie był mężem stanu, który chciał dać Polakom pokój. Był postawionym w bardzo trudnej sytuacji wysokim funkcjonariuszem państwa i ze względu na samą istotę systemu musiał spacyfikować opór i nadzieje przynajmniej kilku milionów ludzi, którzy uwierzyli, że mogą być obywatelami w kraju, który jednak uznawali za swój.
13 grudnia 1981 r. położył kres (anty)politycznemu projektowi „Solidarności”. Ale wprowadzenie stanu wojennego nie rozwiązało problemów społecznych i gospodarczych, a jedynie je – jeśli można tak to ująć – zmilitaryzowało. Jednak wojsko było przede wszystkim czynnikiem (dez)organizującym na nowo przestrzeń publiczną i gospodarczą w kraju państwowego socjalizmu. Powrót do idealnej dla władzy sytuacji, w której nie musi z nikim niczego negocjować i nikogo o nic prosić – okazał się niemożliwy. A choć może się wydawać, że naczelnym celem umundurowanej władzy było odzyskanie sterów nad procesami gospodarczymi, okazało się, że skrajnie etatystyczny centralizm nie może wykluczyć czynnika ludzkiego/społecznego, jak zresztą żadna forma gospodarki, o czym bardzo chętnie zapominają z kolei dzisiejsi wolnorynkowcy. Można było internować przywódców „Solidarności”, ale nie dało się w ten sam sposób kontrolować całego społeczeństwa, mimo narzuconych obostrzeń i rzeczywiście daleko idącej inżynierii społecznej.
W większym niż dotąd stopniu pojawiło się miejsce dla Kościoła. Ost ujmuje to następująco: rząd dążył do stabilizacji bez udziału Solidarności, szukał więc kogoś, kogo społeczeństwo zechce wysłuchać. Był to także proces bardzo skomplikowany, choćby ze względu na bardzo niejednoznaczne (wbrew dzisiejszym opiniom) relacje ludzi „Solidarności” z klerem, szczególnie wyżej umiejscowionym w hierarchii duchownej. Władza z kolei z jednej strony grała na współpracę z Kościołem, z drugiej nie wahała się posunąć do morderstwa, którego ofiarą padł ks. Jerzy Popiełuszko. Generalnie jednak to właśnie umundurowane władze PRL, neutralizując „Solidarność”, stworzyły wysokiej hierarchii kościelnej przestrzeń do negocjowania warunków i gry politycznej. I wskazuje na pewien rzadko uświadamiany fakt: w latach 80., mimo najgorszego od dziesięcioleci kryzysu budownictwa mieszkaniowego, popadających w ruinę szkół i szpitali, a także dramatycznego niedoboru żłobków, przedszkoli, świetlic, sanatoriów i domów starców, budownictwo kościelne kwitło. W miasteczkach i miastach, w nowych dzielnicach, gdzie nie było jeszcze telefonów – wszędzie powstawały nowe kościoły. Zdaniem amerykańskiego naukowca dwuznaczna gra, jaką państwo toczyło przede wszystkim z prymasem Józefem Glempem, zaowocowała choćby tym, że Kościół z coraz większym zniecierpliwieniem odnosił się do mniej lub bardziej podziemnej opozycji, która nie chciała się pogodzić z „normalizacją” w dekoracjach stanu wojennego.
Warto na koniec zwrócić uwagę na jeszcze jeden wątek. Powszechnie mówi się o tym, że stan wojenny „złamał kręgosłup” Solidarności i wygasił opór społeczny. Ost wskazuje jednak na nieco inną kwestię, która przy baczniejszej analizie może wiele wyjaśniać z przemian, jakie zachodziły w Polsce w drugiej połowie lat 80. i na początku transformacji. W podziemiu toczył się spór między Jackiem Kuroniem a ukrywającym się Zbigniewem Bujakiem, dotyczący dalszej strategii rozbitego związku/ruchu społecznego. Kuroń dowodził (z czego jednak szybko się wycofał), że nadal trzeba utrzymać centralizm związkowy. Bujak wskazywał, że znów nastał czas „społeczeństwa równoległego” (co chyba można traktować jako formę antypolityczności, ale bardzo już szczątkową), które siłą rzeczy będzie „nieokreślone i różnorodne”.
Autor „Solidarności…” przyznaje rację temu drugiemu, wskazując, że decentralizacja była naturalną konsekwencją nasilenia przemocy i kontroli ze strony państwa. Zwraca jednak także uwagę na interesującą konsekwencję: bez centralnego kierownictwa każdy kto wzniósł flagę z charakterystycznym logo Solidarności, stawał się automatycznie członkiem solidarnościowego klubu. […] Wkrótce okazało się, że jest wiele Solidarności, czyli w praktyce nie ma żadnej. Nawet jeśli uznać tezę Osta za przerysowaną, to rzeczywiście tak postawiona kwestia daje przynajmniej częściową odpowiedź na pytanie o przyczyny rozmycia solidarnościowego przekazu właśnie w jego społeczno-gospodarczym, propracowniczym i egalitarnym wymiarze. Bo jeśli „każdy” może być „Solidarnością”, czyli traktować mit jako własny, to ostatecznie co zostaje jego właściwą treścią?
Dziś już wiemy, że w zbiorowej wyobraźni solidarnościowe godło stało się głównie symbolem walki o niepodległość i krzyże w polskich szkołach. Moim zdaniem nie jest to złe samo w sobie, choć w znacznej mierze ahistoryczne. Rzadko kto chce natomiast pamiętać, także wśród starszego pokolenia hierarchii kościelnej, które czasem jeszcze w swoich kazaniach wspomina o „Solidarności”, że była ona w czasach świetności o wiele bardziej propracownicza, a ks. Popiełuszko nie był sentymentalnym bogoojczyźnianym bajarzem, piętrzącym wzniosłe metafory, za którymi skrywa się milczenie o sporej części dzisiejszej Polski. Był człowiekiem, który twardo upominał się o interesy klasy robotniczej. Na tyle bezkompromisowo, że zabiła go „polska zjednoczona partia robotnicza”, a po latach prymas Glemp przyznawał, że zrobił zbyt mało, aby temu zapobiec. Nie są to bynajmniej kwestie istotne tylko dla historyków. Pytania o relacje między lewicą, Kościołem, władzą, a dziś w znacznej mierze także rynkiem – wciąż wracają w dyskusjach praktyczno-ideowych, prowadzonych również przez reprezentantów młodszych pokoleń Polaków, niepogodzonych ze współczesnymi sztampami.
David Ost, Solidarność a polityka antypolityki, tłum. Sergiusz Kowalski, Europejskie Centrum Solidarności, Gdańsk 2014.
przez Andrzej Muszyński | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
W Dziurce nigdy nie było światła. Przynajmniej go nie pamiętam. Jeśli już – to może ze dwie żarówki na drewnianych słupach, ale nie dawało to żadnego efektu. Dlatego na odcinku wsi o tej zwyczajowej nazwie trzeba było patrzeć pod nogi, bo mielizny gwiazd na kosmicznej rzece zanadto ściągały wzrok. Otwierałem furtkę, zakładałem metalowy skobel i ruszałem na Dziurkę przez gęstą, zastaną mgłę, rozcieńczoną tu jeszcze starym, żółtym światłem lamp. Późną jesienią, nawet wtedy, gdy wioska w pogodne dni kipiała od życia, można było iść z kilometr i nie spotkać żywej duszy prócz czarnego kota, który robił wiele, by nie wpuścić do umysłu zaczynu racjonalizmu. Echo kroków odbijało się od murowanych ścian i wspinało do nieba razem z dymem z kominów. Znikałem w tej mgle ze starym brulionem pod pachą, z napisanym własnoręcznie ambitnym tytułem „Rodzina”.
Miałem dziesięć lat i dostałem świra. Chodziłem od wujka do ciotki, próbując skłonić ich pamięć do niecodziennego wysiłku. Być może jedynego takiego w ich życiu. Pytałem o przeszłość. Ale właśnie w Dziurce otworzyła się jakaś przepastna próżnia, gdy ciotka Helena otworzyła szufladę i wyciągnęła z niej pożółkłą kartkę z kaligraficznie rozpisanymi słowami i idealnie prostymi strzałkami prowadzącymi po kolejnych imionach, bo nazwisko pozostawało to samo. Daty kończyły się gdzieś w połowie, ale prosta rachuba wskazywała, że pamięć jej ojca, gdyż to on był autorem notki, sięgała początków XVIII wieku. Przepadłem. Przepadłem, bo u dziecka świadomość więzi od tylu lat z kawałkiem ziemi pobudza wyobraźnię, a ta bywa obciążeniem.
Od tamtej pory kolekcjonuję tzw. literaturę regionu. To największa półka w mojej bibliotece. Jaka tam półka – już ze dwie, bo rozrasta się to jak bluszcz. Wciąż nowe książki, wspomnienia, broszury, fotografie, legendy, anegdoty, z czego większość zebrana mrówczą pracą pana Liszki. Przeglądam to wszystko od lat i końca nie widać. Sama sprawa piastowskiego gródka rycerskiego tuż obok wsi – trzy naukowe opracowania. Druga wojna światowa – jedna wielka saga. Powstanie styczniowe i śmierć Włocha płk. Nullo na polanie pod Krzykawką – temat na powieść. Można z tego czerpać bez końca. Ostatnio podczytuję pismo, które tworzą lokalni pasjonaci. Nazywa się „Korzenie” i powstaje od połowy lat 90. Zebrałem komplet – nie potrafię ich zliczyć, może ze sto numerów. Około połowa ich treści to wspomnienia mieszkańców okolic sprzed lat. Czyta się to jednym tchem, bo jest szczere i prawdziwe, a przy tym każde z nich potwierdza intuicję, że żyjemy na progu jakiegoś wielkiego kulturowego przełomu, którego symptomem jest rewolucja w naszej relacji z przyrodą. Powtarza się to niemal w każdym wspomnieniu – opis wychowania rodzinnego, którego podstawowym elementem było wtajemniczenie w świat naturalny.
Z początkiem XX w. do mojej wsi zjeżdżali letnicy z Zagłębia. Rodzina Jagodzińskich wrosła w pejzaż i nawet założyli pierwszą szkółkę. Pisze Bolesław Jagodziński: Rozkoszne były te wyprawy do Sławkowa, nie tylko ze względu na tę bułkę z kiełbasą, ale również na pogawędki z babcią. Potrafiła nam odpowiedzieć na każde pytanie. Dużo dowiedzieliśmy się od niej i o zwierzątkach żyjących na polach i w lesie – jak sobie budują nory, jak zbierają zapasy na zimę, czy są pożyteczne czy szkodliwe itp. Tymi swoimi opowieściami uczyła nas kochać przyrodę – nawet może i te zwierzątka, które może są szkodnikami, ale też chcą żyć. Z opowieści Franciszka Żulichowskiego: Sięgając myślą lat dawnych, lat mego dzieciństwa, świat nie wyglądał jak w czasach dzisiejszych. Flora i fauna zmieniły się nie do poznania. Pozornie wydaje się, że nic się nie dzieje, jednak tak nie jest. Będąc młodym chłopcem, zawsze miałem w domu oswojone ptaki, z których matka nie była zadowolona, bo robiły nieporządki. Wróble, które były stałymi lokatorami, jadły z jednej miski. Miałem oswojoną wiewiórkę, która w czasie lata była na swobodzie, a z nastaniem zimy wracała do domu, śpiąc na kożuchu ojca. […] Któregoś dnia, będąc na grzybach, i mając już pełną torbę, postanowiłem zobaczyć na własne oczy ten zagadkowy Bielny Staw. Doszedłem wreszcie na koniec lasu. Przede mną Pustynia Błędowska. Ogromna połać piasku ciągnąca się aż po Błędów i Niegowonice. Po prawej stronie pustyni wzgórek, porośnięty lasem. Idę w tym kierunku i co widzę? Kanał jak gdyby umyślnie wykopany, skąd płynie potężna struga czystej jak kryształ wody. Patrzę z podziwem na ten cud przyrody. Miałem tam ulubione miejsce pod starym może z dwieście lat liczącym dębem, pod którym niejeden raz godzinami siedziałem, patrząc na czystą spokojną wodę.
Tak można by, naprawdę, cytować bez końca. Pamiętam, że przecież jeszcze w latach 90., przed erą komórek i internetu, wyglądało to podobnie, nawet jeśli grzeszyliśmy, pakując motyle do słoików. Swoją drogą za nic nie potrafię sobie przypomnieć, jak je chwytaliśmy. Spędzaliśmy dzieciństwo w polach i na boisku. Dom był raczej obiektem zbędnym, chyba że dobrze odbijał piłkę, ponieważ równie bezpiecznie jak w kuchni czuliśmy się na miedzy i pod lasem, dlatego wszyscy mogli nam nagwizdać. Nawet porywczy sąsiad, bo przecież życie w terenie naruszało niejedną prywatę, której istoty co do zasady nie rozumieliśmy.
Dziś czytam w jednym z tygodników o badaniach stwierdzających spadek zainteresowania młodych pokoleń wspieraniem inicjatyw ekologicznych. Jak piszą, ludzie wychowani przed ekranem komputerów zupełnie tracą zainteresowanie naturą. Ale przecież wystarczy przyjrzeć się temu i owemu, porozmawiać chwilę, by ujrzeć, jak rośnie ta szklana, niewidzialna bariera. Jak obojętnieją oczy człowieka wystawionego na pastwę wiatru i pól, który ratuje się przed pustką szybkimi rachunkami kosztów działek, zysków i strat. Jak brakuje jakiejś chemii, która pozwala wskrzesić reakcję ze światem, dlatego sięga się po matematykę, bo ta zawsze jest jakimś ratunkiem. Coraz więcej ludzi traktuje pozaludzką przestrzeń jak dane raz na zawsze tło, jak wypełniacz, jakąś mamałygę, kus-kus, który wystarczy okrasić przyprawą ludzkich emocji. A zdaje się, że spotkanie z przestrzenią, w szczególności samotne, kształtuje odrębny światopogląd i nawyki. Przecież jest to jakiś rodzaj medytacji, jak posiadówki pana Żulichowskiego pod dębem, a ta potrafi fizycznie wpłynąć na strukturę mózgu, a nawet, jak donoszą uczeni, wskrzesić nowe neurony. Moja prababka sporą część życia spędziła w oknie. Podobnie sąsiad z naprzeciwka. Po prostu patrzyli przez okno, czasem długie godziny, albo siedzieli na przydrożnej ławce i obserwowali, jak poruszają się rzeczy, zwierzęta i ludzie. W upalnie letnie dni, gdy powietrze stało parne i tłuste, nie poruszało się nic. W ten sposób niemal codziennie po ciężkiej pracy medytowali, dlatego byli od nas inni. Nawet mówili inaczej. Wolniej i często się powtarzali. Ci, którzy jeszcze żyją, robią to nadal, czego młódź znieść nie może. Dziś, aby im dorównać, trzeba zdwojonego wysiłku. Dziś coś, niegdyś dane niejako darmo w pakiecie z życiem, trzeba sobie wydzierać, co chwilami musi się kończyć porażkami.
Człowiek wsiada w auto i wyrywa się upokorzeniu miejskich korków. W końcu wyjeżdża na przedmieścia, mija ostatnią Żabkę i gdy w lusterku znikają budynki, skręca w las. Jak ostatniego lata w późne lipcowe popołudnie w Dolinie Będkowskiej po długim deszczu, który pozostawił na wąskim asfalcie esy mułu. Skały były zimne i szare. Komary gęstniały tylko w cieniu. Wyłączasz silnik, wysiadasz, łapiesz głęboki oddech, bo oczekujesz natychmiastowej ulgi, oczyszczenia, nirwany nawet, tymczasem jest tylko tłustawe powietrze i niemy las, który więdnie w pospolitym mroku, a teraz nawet nieco śmierdzi.
2
Mój wujek połowę życia spędził w lesie. Miał na imię Edward, ale mówili na niego Zbyszek. Edward, czyli Zbyszek. Rodzinna plotka głosiła, że jego chrzestny uchlał się i pomylił w kościele kolejność imion. Nie chciałem w to wierzyć, ale zadziałało prawo statystyki. Mój dziadek żyje z podobnym brzemieniem. Potem to sprawdziłem – rzeczywiście chrzciny wiązały się wtedy z zakrapianym zwyczajem. W każdym razie był czas, aby przed sakramentem nawalić się i wszystko popieprzyć.
Nasze boisko stało w środku lasu pod strzelistą ścianą sosen i brzóz. Tam też odbywały się w soboty zabawy taneczne. Graliśmy, dopóki było widać piłkę i jego, gdy wracał o zmierzchu z lasu, prowadząc swoją starą, obładowaną drewnem ukrainę, którą kitrał gdzieś w krzakach. Wstawał dobrze przed świtem, palił w piecu, potrafił jeszcze przed wschodem obrobić kawałek pola, a potem znikał. Wypuszczał się aż za Wodę, to jest rzekę Białą, w gęstwę Błędowskich Lasów. To wiem na pewno – znał każdą ścieżkę, gaj i jary, w których nic prostszego się zgubić, bo zawijając się, tworzą labirynty, a miejscami prawdziwe spirale bagien. Czasem mijał Tadka z Lasu, który grzał przez chaszcze do swojej chałupy w jego ostępach. Czasem spał ot tak, w środku lasu w krzakach, bo pił jak nieszczęście. Budził się wraz ze świtem, otrzepywał z paprochów i ruszał dalej. Oboje nie czuli przed nim strachu – wujek go oswoił, Tadek zagłuszył.
W jego domu nigdy nie brakowało opału, jagód, borówek, nie mówiąc o grzybach. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, bym widział Zbyszka bez uśmiechu. Z tymi niby radosnymi oczami, w których pogoda ducha mieszała się ze strachem albo z jakąś tajemną wiedzą, którą wynosił z tych uroczysk. Przynajmniej tak to wtedy widziałem. Bo niewiele mówił, a już nigdy się nie wynurzał, ale niewykluczone, że właśnie w ten sposób przestrzeń zmienia ludzi, bo zawsze pochłaniała ludzkie emocje, od których nadmiaru można zejść. Nic tak nie gasi zrywów ludzkiej złości i pychy jak samotna wędrówka przez duży, ciemny las. Taką pokutę również w ramach chrześcijańskiej prewencji powinni nakazywać księża.
Jeździł też sporo na rowerze. Od wiosny co niedzielę aż do Rodak pod Zawiercie, bo miał tam jakiegoś kuzyna. Żona robiła mu wałówkę, którą przypinał do bagażnika, bo nie za bardzo lubił jadać w gościach. Dawali sobie sporo luzu, bo ona wtedy wychodziła na bajki do koleżanek. Krzykawa, Laski, parę kilometrów Błędowskich Lasów, Błędów, znów lasy, Chechło, wyniosłe garby pól, skała, i za nią dopiero Rodaki pod bydlęcym wałem pasma smoleńsko-niegowonickiego, które zimą obrasta w grube futro śniegu. Kawał drogi. Był zdrowy jak koń.
Późną jesienią wracał od kolegi do Dziurki poboczem drogi przez te żółte, skisłe mgły. Jeszcze przed krzyżówką trzasnął go samochód, który opuścił miejsce zdarzenia. Skończyły się wędrówki, stracił pamięć, nie poznawał mnie, a potem zmarł.
Jeśli czegokolwiek żałuję, to tego, że nie chodziłem z nim do lasu. Mam gotowych tysiąc pytań, na które jakoś nikt nie zna odpowiedzi. Wujek był medium doskonałym, „człowiekiem mostem” między nami a tamtym, ale nie żyje. Takim medium mogłyby być sztuka i literatura, ale rezygnują z dialogu z przestrzenią. Przyroda była od swojego zarania jej równoprawnym bohaterem, czasem jedynym, ale gdzieś od rewolucji przemysłowej i nasilonej urbanizacji zaczęła brać z nią rozbrat. Tym, którzy tej tendencji się sprzeciwiają, przypina się łatki naturalistów, outsiderów i Bóg wie kogo jeszcze. Joseph Wood Krutch, nieznany w Polsce wybitny amerykański krytyk i filozof natury, określał literaturę współczesną najbardziej mroczną w swoich dziejach, winiąc za taki stan rzeczy oskalpowanie jej do jądra ludzkich, żrących emocji. Nie znam się na historii literatury, ale wystarczy przejrzeć pod tym kątem licealne podręczniki do języka polskiego, by potwierdzić taki stan rzeczy. Krytyk Konrad Górski o opisach Mickiewicza w „Panu Tadeuszu”: Otóż tajemnicą świetności opisów Mickiewicza jest nie tylko ruch, ale także światło i barwa. Te trzy elementy współgrają ze sobą w każdym obrazie, a do tego dochodzi nieustanne przenikanie się przyrody i świata ludzkiego. Ktoś dziś choćby tego próbuje? Jej obecność w literaturze czyniła język niezwykle bogatym i plastycznym, czego dziś brakuje większości tekstów. Nie trzeba sięgać do arcydzieł, wystarczy rzucić okiem na przeciętną prozę, choćby tatrzańskie nowele Rafała Malczewskiego, gdzie narracja podejmuje wyzwanie złożoności świata, a pewnym tego efektem jest zmysłowość opowieści. Nawet w wychwalającym racjonalizm pozytywizmie natura była koniecznym ekranem dla ludzkich fabuł. Młoda Polska to jeden wielki hymn na cześć jej majestatu. Stajemy się dziejowym wyjątkiem.
To mechanizm samonakręcający się, więc trudno uznać, że bez wpływu na zachowania społeczne. Między człowiekiem a światem rośnie szczelina, jak między nauką a duchowością, którą próbuje zasypać choćby genialny ks. Michał Heller. A kto dziś podejmuje z przestrzenią dialog? Wystarczy zerknąć na listę najważniejszych książek ostatnich lat. W większości z nich natura nie występuje w ogóle. Ludzie, ludzi, ludziom… Kiedyś na świecie tę chemię wskrzeszał choćby wychowany na prowincji Gabriel Garcia Marquez. U nas? Niegdyś wielu, choćby Myśliwski czy Nowak, a dziś? Stasiuk? Tokarczuk? Poeta Łukasz Jarosz, ostatnio laureat Nagrody im. W. Szymborskiej? Ktoś jeszcze? Jakoś nikt więcej nie przychodzi mi do głowy. Jeden z polskich autorów literatury faktu, uznawany za wybitnego, opowiadał przy mnie, że nie znosi opisywać przyrody, mało tego, po prostu nie potrafi. Nadmiar przynudnawych albo po prostu złych opisów przyrody i tak zetnie redaktor.
Może dlatego, że pisanie o niej wymaga nie lada kunsztu, być może największego. Przecież to wszystko porusza się i giba zupełnie inaczej niż człowiek, trudno mówić o jakiejś fabule i akcji od punktu A do B. Patrząc chwilę przez okno, można poczuć się wobec plastyczności i fenomenu natury bezradnym. Parę tygodni temu w pełni naszej słonecznej jesieni włóczyłem się po Dolinie Sąspówki pod Ojcowem. Wyszedłem na wielką polanę na jej górnym skraju, zamkniętą od zachodu szczelnym parawanem wypłowiałych modrzewi i jodeł. Późnym popołudniem na łąkę padało nierzeczywiste, gęsto żółte światło gdzieś daleko spoza tabelki palety kolorów. Czarne pałuby karłowatych gaików wśród łanów przybrały ludzkie kształty. A było coraz żółciej, jakby zaraz ziemia pod ciężarem nieznanej barwy miała obrócić się jak pokrywka na wodzie na drugą stronę. Zakażony w dzieciństwie umysł zaczął wyprowadzać z lasu skrzaty i muminki. Tak, jako autor, byłem wobec tej sceny bezradny, bo wierny i realistyczny opis tej sceny zostałby uznany za niewiarygodny, a w najlepszym razie surrealny, a więc passé.
3
Tymczasem nasz świetny niegdyś bokser Dariusz Michalczewski wykazuje się empatią, broniąc gejów i lesbijki. Cała ta awantura jakoś interesuje mnie mniej niż fragment tekstu Sławomira Sierakowskiego w „New York Timesie”, przedrukowanym przez „Wyborczą”. Pisze w nim o swojej znajomej, którą zadziwiła empatia nie-intelektualisty. Jakby empatia była wypadkową wykształcenia czy intelektualnego wyrafinowania. Mam nawet poczucie, że częściej jej łaską cieszy się wywołany przez publicystę „zwykły człowiek”, bo intelekt szybko wypala co nie jego.
Jej deficyt z pewnością jest jedną z przyczyn tego fatalnego podziału na dwie Polski, podziału nie tylko politycznego, ale kulturalnego, a zatem językowego, na Polskę katolicką i laicką, „nieufną” i „otwartą”, w dużej mierze na prowincjonalną i wielkomiejską. W telewizji widać tylko czubek góry lodowej, bo gadające głowy żywią się tymi instynktami, wykorzystując je do swoich nadrzędnych rozgrywek. A ta kolejna już szczelina rzeczywiście rozpycha się między rodzinami, przyjaciółmi i sąsiadami. To staje się nie do zniesienia, bo nieufność, która kiedyś była choćby w kulturze chłopskiej buforem przed szalonymi eksperymentami świata, staje w gardle, mutuje, wypierając zdroworozsądkowe poczucie umiaru, i wyżera społeczeństwo gorzej niż ebola. Wchodzę do gabinetu prawicowego wójta pewnej gminy w małej, pospolitej sprawie, człowiek widzi mnie pierwszy raz i od razu wali: A pan jest po której stronie? Żeby była jasność… Niespecjalnie wiedziałem, co powiedzieć.
W znacznej mierze ten spór jest sporem klasowym, konfrontacją „prostych ludzi” i aspirujących do czegoś innego, nawet jeśli gdzieś słyszy się o starym punku, który wojuje w obronie PiS-u i straszy Ruskimi, czy o szanowanym intelektualiście o podobnych przekonaniach, bo przecież ten obóz posiada równie, a niewykluczone że lepiej wykształconą formację intelektualną. Składa się tak, że żyję, chcąc nie chcąc, wśród tej uznanej za zacofaną. Rzuca się w oczy w tej wędrówce między jedną a drugą stroną jakaś komunikacyjna, językowa niemoc. Prawie jak te bzdurne gadki między ceprami a góralami. Jak kiedyś przy obiedzie u pewnej gaździny na Podhalu. – To co, zwieźliście siano? – pyta niepewnie w jakiejś kompletnej niemocy przybysz. – Ano zwieźlimy… – I cisza, przejmująca, krępująca cisza, której nie przegoni nawet głośniejsze chlipanie. To pitolenie przy weselnym stole, jak się posadzi naprzeciwko ludzi z „dołów” z tymi z „góry”. Jakoś chciałoby się nawet i pogadać, ale nie za bardzo jest o czym, dlatego lepiej wyjść na dwór. Rzecz w tym, że jest, bo każdemu coś w duszy rżnie i dręczą go podobne społeczne i egzystencjalne refleksje, tylko rzadko potrafi je zwerbalizować. Na szczęście w sztuce empatii słowa są tylko pióropuszem. „Prosty człowiek” być może jest najtrudniejszym wyzwaniem dla inteligenta, bo bez żadnego dystansu odsłania całą gamę w skrajnych przypadkach ekstremalnych uczuć, jakby natura chciała koniecznie w efekciarski sposób popisać się całym swoim warsztatem. Odbierasz telefon i słyszysz pod swoim adresem takie epitety, że skóra cierpnie, bo przypadkiem uszkodziłeś człowiekowi kawałek pola, a za pół godziny zaprasza cię na flaszkę. Możesz pojechać pogadać albo skorzystać z porady życzliwego pt. „nie tak załatwia się spory w XXI wieku…”, stawiając na lata mur na miedzy. Zyskanie zaufania u prostodusznego człowieka wymaga wielkiej empatii i wyczucia, bo zawsze bezbłędnie czyta fałsz. Jedyną tego racją jest to, że on jest. Wektor empatii działa w dwie strony.
Zdaje się, że ta szczelina będzie się pogłębiać, jeśli nie przyjmiemy językowego fundamentu tego nieporozumienia. Jedna strona posługuje się w tym sporze klasycznym racjonalnym argumentem i tylko to uważa za kartę przetargową. „Prosty człowiek” odwołuje się jedynie do wzgardzonej przez racjonalizm intuicji, która jest z zupełnie innego porządku. Wystarczy sięgnąć do słownika: „Czucie, głos wewnętrzny, instynkt, inteligencja, naturalny pęd, niuch, nos, przeczucie, przenikliwość, zmysł, zdrowy rozsądek, chłopski rozum”. A może powinniśmy dodać w tym sensie „sumienie”? Jest wartością nieredukowalną do żadnych innych racji i dowodów. A pogarda dla niego jako dla fałszywego argumentu to dla jej nosiciela potwarz, która budzi agresję. Nie znaczy to, że nie może prowadzić na czarne manowce jak sam intelekt, ale wydaje się, że uznanie tego faktu i jego uszanowanie mogą być dopiero punktem wyjścia jakiegokolwiek dialogu, bo nie ma dla człowieka nic gorszego niż okazana pogarda. Nawet jeśli staje w obronie wartości uznawanych przez jego grupę za ostateczne i święte założenia, zawsze jest jakieś pole manewru – materia ludzka jest zadziwiająco elastyczna pod sprawną batutą języka. A przecież ta przepaść rośnie wraz z podziałem na elitarne szkoły prywatne i publiczne, społeczno-językowe getta, które potem trudno przeskoczyć. Przecież niejedni przenoszą dziecko do prywatnej szkoły, bo nie znoszą „głupoty i zacofania” wiejskiej nauczycielki, na co pewien „prosty” człowiek odpowiedział: Panie, jak się dziecko nauczy z głupią nauczycielką gadać, to już z wszystkimi będzie umieć. Rosną kolejni komunikacyjnie upośledzeni.
To wzajemne niezrozumienie objawia się co krok. Na przykład gdy tzw. inwestor chce kupić ziemię pod wyciąg narciarski, jak kilka lat temu w mojej okolicy. Nie chcieli puścić tych pasków ziemi. Nawet sołtysa do tego zaangażowali, zarobkami nęcili, z księdzem chodzili – ni chu chu… A jak ich pytali, dlaczego nie, to odpowiadali: to jest moja ojcowizna, mój dziadek tu żył, mój pradziadek, i już. A gdy dalej drążyli, to padało to dobrze znane i już nieredukowalne: A bo tak… W spisach inwentarzy tej wsi sprzed czterech stuleci pojawiają się takie same nazwiska co dziś. Łatwo wzgardzić człowiekiem za pomocą powiedzenia „no i na co chłopu ta ziemia”, skoro mógł zarobić, ignorując fakt, że troska o pamięć i międzypokoleniową lojalność, nawet wyrażana w prymitywny czy wulgarny sposób, może być silniejsza od pokusy doraźnego zysku. Sprzedaż ojcowizny to dla wielu ogromna trauma.
Swoją historię w tej dziedzinie ma „Obywatel”. Gdy dekadę temu pisał o groźbie wielkiego finansowego i społecznego kryzysu, a inni ślinili się nad powabem nowego świata, zapłacił łatką osady faszystów. Naprawdę trzeba tylu lat i milionów bezrobotnych, by wyczuć, że to „nie tak”? Bo właśnie na ten chłopski rozum – jak można tolerować takie szwindle? Jak można obracać wirtualną kasą bez pokrycia w rzeczywistym świecie? Gdy człowiek, który za ciężką i uczciwą pracę przy produkcji najważniejszego produktu – pożywienia, dostaje dwadzieścia groszy za kilo jabłek, ziemniaków albo marchwi? Od hipermarketów jeszcze mniej, bo dyktują ceny… Dokąd tak można? Rozwalać życie rodzinne, tak potrzebny luz i czas wolny śmieciowym światem pracy? Jak można negować sferę publiczną, a więc wspólne sprawy? Jak można sprzedawać je pojedynczemu człowiekowi? Tłumaczyć ludzką wolę argumentem bezosobowego rynku? Chłopski rozum tego nie pojmie. Trzeba naprawdę lat intelektualnego fermentu, by dojść do powalającego wniosku, że człowiek potrzebuje nad sobą jakiegoś rygoru społecznej regulacji, bo w każdym tkwi kozioł, który skacze? Czy nie lepiej wyjdzie wszystkim odrobina powściągliwości obyczajowej bez zaglądania komukolwiek pod pierzynę? Trzeba naprawdę szkół, by zrozumieć, że niedobrze jest wycinać lasy na potęgę? Nie tylko już intuicja czy sumienie, ale i rozum podpowiada, że w dobie stwierdzonej w badaniach obojętności na losy natury jest coraz mniej miejsca na kompromis między nią a zakusami człowieka. Do zdrowego rozsądku odwołuje się sam Leszek Kołakowski w wydanym ostatnio przez „Znak” niepublikowanym wcześniej kapitalnym eseju „Jezus ośmieszony”, gdzie pisze: Zdrowy rozsądek – który bardzo często, choć nie zawsze, okazuje się słuszny – nie pozostawia wątpliwości: istnieje ścisły i wzajemny związek między zapomnieniem tradycji chrześcijaństwa a tym, nad czym ubolewamy i co aż za dobrze znamy jako symptomy choroby naszej cywilizacji. Może warto znów zrobić w sobie dla niego miejsce, bo przecież dla inteligenta nie może być większej urazy niż konkluzja po zatoczeniu wielkiego, intelektualnego koła, że prosty człowiek miał rację, nawet jeśli niewiele myślał. Na szczęście każdy ma swoją intuicję i rozum – ciągle jeszcze można robić swoje, miejscami stosując uniki, o czym w mieście zapominają już niemal wszyscy, powszechnie ulegając jakiemuś nowemu fatalizmowi, zapadając w straceńczym pędzie na plagi XXI wieku – fonoholizm, poczucie samotności, depresje i stres, który, jak ten intelekt, wypala co nie jego. Tymczasem wolna wola leży pod butem.
Zdolność komunikacji językowej zawsze rodziła się z empatii, a tę razem z intuicją i pokorą kształtowała uważna obserwacja świata, którego nieodłączną częścią jest przyroda – w realu, bo ferowanie wyroków kciukiem z pozycji kanapy czyni człowieka jakoś mało wiarygodnym, tym bardziej każdego publicystę, w szczególności lewicowego.
przez dr hab. Rafał Łętocha | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
Szczodrzy i śmiali ludzie żyją najlepiej,
Rzadko przygniata ich troska;
Tchórz i dusigrosz wszystkiego się lęka,
Trapią go nawet dary.
Hávamál. Pieśń Najwyższego
tłum. A. Załuska-Strömberg
W encyklice „Caritas in veritate” Benedykt XVI wystąpił z postulatem wzbogacenia gospodarki rynkowej o zasady wypływające z „logiki daru”. Wywołało to sporą konsternację i oskarżenia pod adresem papieża o nadmierny idealizm i pięknoduchostwo. Ojciec Święty podkreślił, że obok przedsiębiorstw prywatnych, ukierunkowanych na zysk, oraz przedsiębiorstw publicznych, winny istnieć w większej skali podmioty, które nie negując zysku, wykraczają poza schemat konkurencji czysto rynkowej oraz zysku jako celu samego w sobie.
Trzeba również – czytamy w encyklice – aby na rynku otwarły się przestrzenie dla działalności ekonomicznej realizowanej przez podmioty, które w sposób wolny decydują się opierać swoją działalność na zasadach odmiennych od zasady czystego zysku, nie rezygnując jednakże z wytwarzania wartości ekonomicznej. Liczne formy ekonomii, zrodzone z inicjatyw konfesyjnych i niekonfesyjnych, pokazują, że jest to konkretnie możliwe1. Zdaniem papieża również w stosunkach rynkowych znaleźć miejsce powinny zasada bezinteresowności i logika daru. W życiu ekonomicznym niewątpliwie potrzebny jest kontrakt, który reguluje stosunki wymiany między równoważnymi wartościami. Potrzebuje jednak również sprawiedliwych praw oraz form podziału dochodu kierowanych przez politykę, a także dzieł odzwierciedlających ducha daru. Wydaje się, że ekonomia zglobalizowana preferuje pierwszą logikę – logikę wymiany opartej na kontrakcie, ale bezpośrednio lub pośrednio wykazuje, że potrzebuje również dwóch pozostałych: logiki politycznej oraz logiki daru bez kompensaty2.
Wielu komentatorów encykliki z dużym sceptycyzmem odniosło się do tych fragmentów papieskiego dokumentu, podkreślając, iż wolny rynek powinien zajmować się przede wszystkim kreowaniem dobrej produkcji, że nie można w żaden sposób budować go na logice daru. O. Maciej Zięba pisał, iż to socjalizm zakładał, że rynek zastąpi logika daru. Wolny rynek musi kierować się zasadą sprawiedliwości wymiennej, a logiką daru silne społeczeństwo obywatelskie – bardzo mocno wspierane w encyklice – wspomagane przez państwo, a także Kościół. Obawiam się, że przedsiębiorstwa, które zlekceważą kategorię zysku, po prostu zbankrutują3. Takie podejście do słów papieża wynika, jak się wydaje, w dużej mierze z przyjęcia liberalnego paradygmatu, wedle którego motorem rozwoju gospodarczego, a tym samym warunkiem dobrobytu, może być jedynie system oparty na zasadzie konkurencji, współzawodnictwa, zwiększania jednostkowego zysku. Mamy tutaj do czynienia z przekonaniem charakterystycznym dla szkoły liberalnej, że indywidualne działania poszczególnych podmiotów na rynku, zmierzające do maksymalizacji zysku, summa summarum wyjdą na korzyść całemu społeczeństwu, albowiem w jakiś cudowny sposób, na skutek funkcjonowania niewidzialnej ręki rynku, egoizmy jednostkowe na pewnym etapie zaczną działać na rzecz dobra powszechnego. Marks nie bez sarkazmu pisał na ten temat: Albowiem każdy z nich dba tylko o siebie. Jedyną siłą, która ich zbliża i nawiązuje między nimi stosunek, jest siła ich egoizmu, ich własnej korzyści, ich prywatnych interesów. I właśnie dlatego, że każdy dba tylko o siebie i nikt nie troszczy się o drugiego, wszyscy razem wskutek przedustawnej harmonii rzeczy czy też dzięki opiece przemyślnej Opatrzności dokonują dzieła wzajemnej korzyści, wspólnego pożytku, ogólnego interesu4.
***
Widzimy, iż liberalny model stosunków społeczno-gospodarczych zakłada określoną antropologię czy też jest na niej ufundowany. Trudno jednoznacznie stwierdzić, z jaką kolejnością mamy tutaj do czynienia, trzeba pamiętać bowiem, że chociaż każda filozofia polityczna zakłada pewną koncepcję antropologiczną, to jednak ta druga może być wobec niej wtórna, stworzona już na potrzeby określonej wizji porządku społecznego. Jest to koncepcja biegunowo przeciwna wobec tej, którą promuje Benedykt XVI.
W innej ze swoich encyklik podkreśla on, że: Życia we właściwym znaczeniu nie mamy dla siebie ani wyłącznie z samych siebie: jest ono relacją. […] Trwanie w komunii z Chrystusem włącza nas w Jego „bycie dla wszystkich”, które odtąd staje się naszym sposobem bycia. On zobowiązuje nas wobec innych, ale tylko w komunii z Nim jest możliwe, abyśmy prawdziwie byli dla innych, dla ogółu. W tym kontekście chciałbym zacytować wielkiego greckiego doktora Kościoła, św. Maksyma Wyznawcę († 662), który wpierw napomina, aby niczego nie przedkładać nad poznanie i nad miłość Boga, ale zaraz potem przechodzi do bardzo konkretnych sytuacji: „Kto miłuje Boga, nie może zachowywać pieniędzy dla siebie. Dzieli się nimi w sposób »Boży« […] w taki sam sposób według miary sprawiedliwości”. Z miłości do Boga wynika udział w sprawiedliwości i dobroci Boga dla innych; miłość Boga domaga się wewnętrznej wolności wobec każdego rodzaju posiadania i wszystkich rzeczy materialnych: miłość Boga objawia się w odpowiedzialności za drugiego5. Wedle zaś logiki liberalnej człowiek postrzegany jest jako homo oeconomicus – istota, która kieruje się w życiu tylko zasadą egoizmu, chciwości, zwiększenia własnego stanu posiadania i zadowolenia poprzez konsumpcję. Ustrój nie powinien hamować tych instynktów i rzekomo naturalnych dążności człowieka, wręcz przeciwnie – ich swobodny rozwój stanowi warunek sine qua non wzrostu powszechnego dobrobytu.
W ten oto sposób myślący tylko o sobie homo oeconomicus okazuje się pewnego rodzaju „odwróconym Robin Hoodem” współczesnego społeczeństwa gospodarczego, zbawcą wdów i sierot oraz sługą dobra wspólnego6. Stosownie do tej logiki niewidzialna ręka rynku zlikwiduje niejako mimochodem wszystkie napięcia i problemy społeczne, wystarczy tylko nie wtrącać się i pozwolić rzeczom biec własnym, naturalnym jakoby torem, a człowiekowi kierować się wrodzonymi instynktami, które katalizują i stymulują wszelkie jego działania. Istotą systemu jest więc mityczna samoregulacja, mająca się dokonywać pod warunkiem maksymalnego ograniczenia wszelkiego zewnętrznego interwencjonizmu w mechanizmy rynkowe. Dzięki temu miało narodzić się liberalne perpetuum mobile, rzekomo nie stworzone, lecz poniekąd odkryte przez człowieka na pewnym etapie dziejów, oparte na naturalnych, odwiecznych skłonnościach i prawach, które wreszcie należało wyzwolić i pozwolić im realizować się w sposób nieskrępowany w praktyce codziennego życia.
***
Jest to oczywiście jeden z wielu liberalnych mitów. System ten bowiem nie był niczym naturalnym, nigdy by nie mógł powstać, gdyby sprawy pozostawiono po prostu własnemu biegowi. Na tej samej zasadzie, na jakiej producenci bawełny – a więc przedstawiciele wiodącego przemysłu objętego systemem wolnego handlu – zawdzięczali swe sukcesy cłom ochronnym, premiom eksportowym i pośredniemu subwencjonowaniu pracy, leseferyzm został wcielony przez państwo – stwierdza Karl Polanyi7. Do momentu upadku w Europie feudalizmu, jak wskazuje on, wszystkie znane nam systemy gospodarcze opierały się na zasadzie wzajemności, redystrybucji i gospodarstwa domowego albo kombinacji tych trzech zasad. Zasady te były instytucjonalizowane za pomocą społecznej organizacji, która wykorzystywała między innymi modele symetrii, centryczności oraz autarkii. W tej strukturze systematyczną produkcję i podział dóbr zapewniały różnego typu dążenia indywidualne, określone ogólnymi zasadami zachowania. Nadrzędnym motywem indywidualnym wcale nie był zysk. Tradycja i prawo, magia i religia – wspólnie skłaniały jednostkę do tego, by stosowała się do reguł postępowania, które ostatecznie zapewniały jej funkcjonowanie w ramach systemu gospodarczego. […] Począwszy od XVI wieku rynki zaczęły stawać się nie tylko coraz liczniejsze, ale i coraz ważniejsze. W okresie merkantylizmu znalazły się w centrum zainteresowania rządów – nadal jednak nic nie wskazywało na to, jak daleko będzie sięgała w przyszłości ich władza nad społeczeństwem8.
Ład gospodarczy przez wieki postrzegany był więc głównie jako funkcja istniejącego porządku społecznego, nie zaś odrębna, niezależna dziedzina czy system. Powstanie społeczeństwa, w którym działalność gospodarcza została wyizolowana i podporządkowana wyłącznie motywacji ekonomicznej, stanowiło tym samym coś zupełnie nowego, bezprecedensową rewolucję. Zaowocowało to narodzinami nowego typu organizacji, indywidualistycznej i zatomizowanej, oraz unicestwieniem wszelkich naturalnych form egzystencji. Taki projekt destrukcji najlepiej uzupełniało stosowanie zasady wolności zawierania umów. W praktyce oznaczało to, że nieoparte na umowach instytucje pokrewieństwa, sąsiedztwa, zawodu i wiary musiały zostać zlikwidowane – wymagały przecież od jednostki posłuszeństwa, a tym samym ograniczały jej wolność. Przedstawienie tej zasady jako zasady nieingerencji – takie założenie przyjmowali zwolennicy liberalizmu gospodarczego – było jedynie wyrazem głęboko zakorzenionego przesądu, faworyzującego określony typ ingerencji: taki, który zniszczyłby wszelkie bezkontraktowe związki między jednostkami i zapobiegł ich spontanicznej odbudowie. Ta pochodna utworzenia rynku pracy staje się szczególnie wyraźna we współczesnych koloniach. Miejscowa ludność jest tam zmuszana do zarabiania na życie poprzez sprzedaż własnej pracy. Aby można było osiągnąć ten cel, tradycyjne instytucje muszą zostać zniszczone, trzeba też zapobiec ich odbudowie i ewentualnym przekształceniom. Z reguły jednostce w społeczeństwie prymitywnym nie grozi głód, chyba że cała zbiorowość znajdzie się w trudnej sytuacji. Na przykład w systemie kraali u Kaffirów „ubóstwo jest niemożliwe, ktokolwiek potrzebuje pomocy, otrzymuje ją bezwarunkowo”. Żadnemu Kwakiutlowi „nie groził kiedykolwiek, w najmniejszym choćby stopniu, głód”. „Głód nie istnieje w społeczeństwach żyjących na granicy ubóstwa”. […] W pewnym sensie brak zagrożenia jednostki śmiercią głodową czyni prymitywne społeczeństwo bardziej ludzkim od gospodarki rynkowej; jednocześnie takie społeczeństwo jest mniej ekonomiczne. Paradoksalnie pierwotny wkład białego człowieka w świat czarnych polegał głównie na zaznajomieniu ich z biczem, jakim jest głód9.
Oczywiście odezwą się głosy o nieadekwatności i anachroniczności tego rodzaju przykładów, pojawią uśmiechy pobłażania czy politowania. Wydaje się to jednak pokłosiem buty współczesnego człowieka, który przyzwyczaił się patrzeć na historię jedynie jako preludium do czasów, w których żyje, wstęp do obecnej, „prawdziwej historii”, zapoczątkowanej wraz z rewolucją przemysłową.
Człowiek więc, jak wynika z ustaleń antropologów czy etnologów, nie zawsze był zwierzęciem ekonomicznym, nieustannie kalkulującym zyski i straty. Zanim doszło do jego zekonomizowania, podlegał innym wzorom zachowania niż te obowiązujące w systemach ekonomistycznych. Były to wzorce dawania, wzajemności, otrzymywania czy redystrybucji. Przykłady takie przeczą liberalnym tezom o wrodzonych skłonnościach człowieka do maksymalizowania zysku, ochrony indywidualnego interesu, handlu itp. O ile jeszcze ekonomiści czasów Adama Smitha wierzyli w istnienie tego typu wrodzonych idei czy predylekcji, które dobrze korespondowały z propagowanymi przez nich poglądami, o tyle późniejsze badania zadały kłam owym mniemaniom.
Jedną z klasycznych prac stanowi tutaj niewątpliwie „Szkic o darze” francuskiego antropologa Marcela Maussa, który przedstawił w nim społeczeństwa charakteryzowane przez „gospodarkę i moralność daru”. Nie oznacza to rzecz jasna, iż nie znają one w ogóle wymiany handlowej. Zasada ta nie jest w nich jednak dominująca, gdyż, w przeciwieństwie do naszego społeczeństwa opartego na rynku i zysku, w tych opisywanych przez Maussa jest nią właśnie dar. Wskazywał on, że w społeczeństwach archaicznych każda umowa społeczna wieńczy się darowaniem prezentów, w założeniu dobrowolnych, w rzeczywistości obowiązkowych; te pozornie spontaniczne i dobrowolne akty podlegać miały ścisłym regułom, kryły jakąś transakcję. Akt dawania i przyjmowania darów podlega zasadzie wzajemności. Maussowi nie chodziło jednak o demistyfikację tego pojęcia, wskazanie na hipokryzję, która kryje się za aktem dawania. Szukał on natomiast odpowiedzi na pytania o znaczenie i funkcję daru oraz o to, dlaczego niektóre społeczeństwa cechuje „gospodarka i moralność daru”, która nie mieści się w ramach gospodarki utylitarnej, rynkowej, kupieckiej, mającej być tą rzekomo naturalną i pierwotną. Uznał, że tego typu społeczeństwa mogły pojawić się wtedy, gdy, po pierwsze, stosunki osobowe odgrywają ważną, wręcz dominującą rolę w tworzeniu stosunków społecznych, stanowiących fundament społeczeństwa. Drugi zasadniczy warunek miał zaś stanowić fakt, iż wszystkie jednostki i grupy uczestniczące w stosunkach społecznych miały interes w jednoczesnym odtwarzaniu siebie i odtwarzaniu tych stosunków oraz w okazywaniu przy tym bezinteresowności.
Na bazie tych wniosków i konstatacji Mauss próbował wręcz zarysować pewien program, podkreślając, że należy powrócić do obyczaju „wydatków szlachetnych”. Trzeba, by, jak w krajach anglosaskich, jak w tylu innych społeczeństwach współczesnych, dzikich i wysoko cywilizowanych, bogaci zaczęli ponownie – dobrowolnie, lecz również przymusowo – uważać się niejako za skarbników swych współobywateli. Cywilizacje starożytne, z których wywodzą się nasze, znały jubileusze, liturgie, chreie, trierarchie, syssycje (wspólne posiłki), obowiązkowe wydatki edyla i konsulów. Należy powrócić do praw tego rodzaju. Ponadto trzeba więcej troski o jednostkę, o jej życie, jej zdrowie, jej wykształcenie – co zresztą opłacalne – o jej rodzinę i przyszłość tej rodziny. Trzeba więcej szczerości, wrażliwości, hojności w umowach o najem usług, o najem nieruchomości, o sprzedaż koniecznych produktów żywnościowych. Trzeba wreszcie, by znaleziono sposób ograniczenia owoców lichwy i spekulacji10.
Mauss wskazywał przy tym, iż w gruncie rzeczy dary te nie są ani zupełnie dobrowolne, ani bezinteresowne, że w istocie są to „przeciw-świadczenia” mające na celu utrzymanie korzystnego przymierza, opłacenie usług i rzeczy itp. Jednak tym, co popychało do wymiany czy darów wodzów trobriandzkich lub indiańskich Kwakiutlów, był nie interes kupca czy bankiera, tezauryzowali, ale po to, by wydawać, by „zobowiązywać”, by mieć „ludzi przywiązanych”11. Zdaniem francuskiego antropologa powinniśmy postępować podobnie, jednak rozwijając nasze indywidualne bogactwo, być kimś innym niż tylko finansistami. Bezwzględne realizowanie celów jednostki jest bowiem szkodliwe dla celów pokoju i całości, dla rytmu jej pracy i jej radości oraz – przez działanie zwrotne – dla samej jednostki12. Ludy, klasy, rodziny, jednostki będą mogły wzbogacić się i będą szczęśliwe tylko wtedy, gdy […] zasiądą wokół wspólnego bogactwa. Nie trzeba szukać daleko, by zobaczyć, czym jest dobro i szczęście. Ono jest tu, w narzuconym pokoju, w dobrze zorganizowanej pracy naprzemiennie samotnej i zbiorowej, w bogactwie zgromadzonym, a następnie rozdanym, we wspólnym szacunku i wzajemnej szczodrości wpajanych przez wychowanie13.
Claude Lévi-Strauss, komentując dzieło Maussa, zwrócił natomiast uwagę na to, że najważniejsza jest sama struktura wymiany, wymiana symboliczna jako całość, gwarantująca ciągłość społeczności. Wymianą darów w społeczeństwach tradycyjnych nie kieruje interes ekonomiczny i chęć zdobycia dóbr lub władzy za pomocą sztuczek i wykrętów, lecz troska o zapewnienie ciągłości życia wspólnoty i sensu życia każdej jednostki. Amerykański antropolog kulturowy Marshall Sahlins wskazywał natomiast, że rytualny dar oddalał Warre, czyli ciągły stan zawieszenia i napięcia, wymiana darów prolongowała czy blokowała nieco zagrożenie wojną, rabunkiem ze strony innego plemienia, zapewniała elementarny porządek społeczny, odbudowywała więzi plemienne na tle ciągłego zagrożenia agresją. Wymieniając dobra, wypowiadano wojnę wojnie14.
***
Problem daru jest oczywiście o wiele bardziej wielowymiarowy. Trzeba pamiętać o tym, że dawanie ustanawia dwojaką relację między dającym a przyjmującym dar. Jest to z jednej strony relacja solidarności, z drugiej jednak rodzi się relacja wyższości, albowiem osoba, która otrzymuje dar, staje się dłużnikiem w stosunku do osoby, która go ofiarowała15. W ten sposób dar może też ustanawiać różnicę oraz hierarchię. Dar więc zbliża ludzi, ponieważ jest gestem dzielenia się i oddala ich społecznie, ponieważ stwarza zobowiązanie jednego człowieka względem drugiego. Dostrzegamy tutaj ogromne pole możliwych manewrów i strategii teoretycznie obecnych w praktyce daru i gamę przeciwstawnych interesów, którym może ona posłużyć. Dar, nawet w swej istocie, jest praktyką ambiwalentną, która łączy lub może łączyć sprzeczne siły i popędy. Dawanie równocześnie lub sukcesywnie może być aktem wielkoduszności albo aktem przemocy – w takim wypadku przemoc jest przebrana w kostium bezinteresownego gestu dzielenia się dobrami. Dar może przeciwstawiać się bezpośredniej przemocy, podporządkowaniu fizycznemu, materialnemu czy społecznemu, ale może być także substytutem tych zjawisk16.
Nie można uciec również od problemu komercjalizacji daru we współczesnym świecie. Maurice Godelier słusznie wskazuje, iż w świecie zachodnim pod koniec XX wieku dobroczynność, która wcześniej była domeną głównie instytucji i różnych kościołów chrześcijańskich, została przechwycona przez organizacje pozarządowe, a czasami przez samo państwo. Organizuje się ogólnokrajowe kampanie, aby zebrać środki potrzebne do walki z AIDS lub z rakiem, lub by wysłać konwój z żywnością i lekami do Bośni. Dobroczynność i miłosierdzie uległy laicyzacji i od chwili, gdy posłużyły się mediami, częściowo zmieniły się w teleturniej, w fenomen, który naznaczył zbiórkę darów niektórymi cechami potlaczu. Podobnie jak w praktyce potlaczu, i tutaj dostrzegamy wezwanie, by zawsze dawać jeszcze więcej (jedno miasto czy przedsiębiorstwo daje więcej niż inne) oraz pragnienie, by każdego roku całość darów przekroczyła sumę osiągniętą rok wcześniej; ogłasza się również imiona osób i nazwy przedsiębiorstw czy miast, które okazały się najbardziej szczodre17.
Slavoj Žižek zaś stwierdzi wprost,że dar, działalność dobroczynna we współczesnym świecie, potrzebne są przede wszystkim tym, którzy je podejmują jako sui generis akt odkupienia za konsumpcję ponad miarę, wywołującą wyrzuty sumienia. Twierdzi on wręcz, iż jest ona czynnikiem petryfikującym niesprawiedliwy system i przedłużającym jego funkcjonowanie18. Paweł Dobrosielski i Marcin Napiórkowski w swoim artykule dotyczącym popularnej praktyki zbierania plastikowych nakrętek po napojach wskazują na podstawie skrupulatnych obliczeń, że nie ma ona tak naprawdę żadnego uzasadnienia ekonomicznego ani „ekologicznego”. Koszty transportu i magazynowania wielokrotnie przewyższają bowiem ich wartość, natomiast ilość ropy naftowej spalonej przy ich przewożeniu ma podważać całkowicie motywację „ekologiczną”19. Fenomen ten autorzy tłumaczą, odnosząc się m.in. do sformułowanej przez amerykańskich folklorystów koncepcji redemption rumours. Są to opowieści o „drugim obiegu” przedmiotów codziennej konsumpcji, który ujawnia ich dodatkowy, ukryty walor dobroczynny. Z tej perspektywy zbieranie nakrętek stanowi akt oczyszczenia konsumpcji, uwolnienia się od wyrzutów sumienia przy jednoczesnym zachowaniu dotychczasowego stylu życia. „Pamiętajmy, jedna nakrętka to tak niewiele, a potrafi zmienić życie” – głosi hasło na jednej ze stron internetowych zachęcających do włączenia się w akcję20.
***
Czy w związku z tym mamy odrzucić dar, zrezygnować w ogóle z tej idei? Wydaje się, że pomimo tych zastrzeżeń i uwag – zdecydowanie nie. Trzeba zgodzić się z Benedyktem XVI, iż logika wymiany nie jest wystarczająca, aby rozwiązać problemy współczesnego świata. Zakłada ona ekwiwalencję, wymianę, handel, przyjmuje, iż pogoń każdego z osobna za zyskiem w efekcie działa na korzyść wszystkich. Liberalizm gospodarczy uznaje w zasadzie dar za sprawę wręcz zbędną albo przynajmniej całkowicie prywatną, wychodząc z założenia, że cud rynku sprawi, iż moja konsumpcja (najlepiej jak największa) wyżywi automatycznie innych. Paradoksalnie więc branie ma być jednocześnie dawaniem, samolubna konsumpcja zawiera w sobie własne przeciwieństwo i zyskuje swoiste rozgrzeszenie. Zachęca się więc do maksymalizowania konsumpcji, reklamując to przy okazji jako najlepszy sposób wsparcia innych. Kupuj więcej, żeby rozruszać gospodarkę, ponieważ więcej konsumpcji to więcej miejsc pracy. […] Ale prawda jest taka, że konsumpcja powodowana własnym interesem nie przynosi sprawiedliwości głodnym. Pogoń konsumenta Wal Marta za jak najniższymi cenami oznacza jak najniższe płace dla mieszkańców Azji, bo oni wytwarzają produkty przez nas produkowane21.
Tego rodzaju konstrukcja, jak można domniemywać, nie przemawia w dostateczny sposób do ludzi. Liczni badacze wskazują, że w sam akt konsumpcji wpisane już jest pewne poczucie winy. Żyjemy wygodnie, zdając sobie jednocześnie sprawę, iż mnóstwo ludzi na świecie cierpi z powodu niedostatku i głodu. Podświadomie czujemy, że coś z tą konsumpcją jest nie tak, że nie jest to system sprawiedliwy, a my jesteśmy beneficjentami tej niesprawiedliwości. Okazuje się też wyraźnie, że logika kapitalistyczna nie zapobiega wykluczeniom całych grup społecznych, spychaniu na margines coraz większej ilości osób, więc aby zapobiec całkowitej erozji społeczeństwa, nieodwracalnym pęknięciom, powiększaniu się przepaści między narodami, konfliktom i antagonizmom, konieczne byłoby uzupełnienie jej o bezinteresowność i logikę daru. Rynek bowiem, kierowany jedynie przez zasadę równowartości wymienianych dóbr nie jest w stanie wytworzyć spójnej tkanki społecznej, której sam potrzebuje, aby dobrze funkcjonować. Bez wewnętrznych form solidarności i wzajemnego zaufania nie może on wypełnić swojej ekonomicznej funkcji. Dzisiaj tego zaufania zabrakło, a utrata zaufania jest poważną stratą22.
Cytowany już Godelier wskazuje, iż żyjemy w społeczeństwie, którego samo funkcjonowanie oddziela jednostki od siebie, izoluje je nawet w rodzinach i wynosi w awansie, przeciwstawiając sobie. Żyjemy w społeczeństwie, które – jak żadne inne – wyzwala wszystkie siły, potencjał drzemiący w człowieku, ale też popycha każdą jednostkę do zrywania więzów solidarności z innymi, posługując się jednocześnie drugim człowiekiem. Nasze społeczeństwo żyje i prosperuje wyłącznie za cenę permanentnego deficytu solidarności. I nie wyobraża sobie ono nowych więzów solidarności inaczej, jak tylko negocjowanych w formie kontraktów. Jednakże nie wszystko, co buduje więź między ludźmi, co tworzy ich stosunki prywatne i publiczne, społeczne i intymne, co sprawia, iż żyją w społeczeństwie, ale muszą także tworzyć społeczeństwo, by żyć; nie wszystko to jest negocjowalne23.
W związku z tym stwierdza, podobnie jak Benedykt XVI w swojej encyklice, iż powrót do daru jest koniecznością wobec niezdolności rynku do rozwiązywania narastających problemów, dysproporcji i związanych z tym napięć. W tej sytuacji dar, jego zdaniem, jest na dobrej drodze do stania się obiektywnym, społecznie niezbędnym, warunkiem odtworzenia społeczeństwa. Nie będzie to dar polegający na wzajemnej wymianie równorzędnych przedmiotów i tym bardziej nie będzie to dar-potlacz, ponieważ ludzie, dla których będą przeznaczone te dary, mieliby spory kłopot, by je „zwrócić”, a jeszcze większy, by zwrócić je z nadwyżką24.
Wdrożenie czy promowanie tego rodzaju logiki napotyka na przeszkody ze względu na ekspansywny charakter logiki rynku. Rynek, jak łatwo można zaobserwować, jest niezaspokojony, pożera wszystko, co staje na jego drodze, wciąga w swoją logikę różnego rodzaju działania, instytucje i inicjatywy, które u zarania kierowały się zupełnie odmiennymi wytycznymi i zasadami. Niejednokrotnie „kolonizuje” całe obszary społecznej rzeczywistości, które wydawały się w fazie embrionalnej wolne od pryncypiów z nim związanych czy też usiłowały się im wymykać – przykłady można tutaj mnożyć: różnego rodzaju domy opieki, cały sektor „ekologiczny” czy „żywności organicznej”, idea komunikacji Peer-to-Peer, mikrokredyty itp. Benedykt XVI zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę, w związku z tym pesymistycznie ocenia możliwość przezwyciężenia logiki rynkowej odgórnie. Co więcej, podkreśla, że: Kiedy logika rynku oraz logika państwa znajdują porozumienie, by zachować monopol na obszarach swoich wpływów, z czasem w stosunkach między obywatelami zanika solidarność, współudział i poczucie wspólnoty, bezinteresowne działanie, które są czymś innym niż dać, aby mieć, znamionującym logikę wymiany, i dać z obowiązku, należącym do logiki zachowań publicznych narzuconych przez prawo państwowe. […] Wyłączne binomium rynek-państwo niszczy współżycie społeczne, natomiast solidarne formy ekonomii, najlepiej prosperujące w społeczeństwie obywatelskim, choć się do niego nie sprowadzają, tworzą współżycie społeczne25.
Jak nietrudno się zorientować, papież ni mniej ni więcej tylko zachęca do aktywności oddolnej, budowania „z dołu do góry”, a nie na odwrót, tworzenia społeczeństwa obywatelskiego wyposażonego w przeciwciała zdolne oprzeć się „jadowitym” wpływom logiki rynku26. Tutaj rzecz jasna trzeba też odnieść się do czegoś, co możemy określić mianem „ekonomii eucharystycznej”, będącej niejako wzorcem i podstawą tego sposobu rozumowania, w niej bowiem zostaje całkowicie zrelatywizowana granica pomiędzy „moim” a „twoim”. W Eucharystii Chrystus jest darem, dawcą i obdarowanym. Nie jesteśmy jedynie aktywni czy pasywni, ale uczestniczymy w życiu Boga, dzięki czemu jednocześnie jesteśmy karmieni i stajemy się pokarmem dla innych27.
***
Utowarowienie życia przybiera w dzisiejszych czasach coraz bardziej groteskowe i przerażające rozmiary. Jak wiemy, hasło „wszystko jest na sprzedaż” nie jest już tylko chwytliwym sloganem czy ostrzeżeniem ze strony krytycznych obserwatorów kondycji współczesnej cywilizacji. W dzisiejszych czasach trzeba odczytywać je literalnie. Nie znaleźlibyśmy rzeczy, których nie wystawiono na sprzedaż; co jakiś czas krótkotrwałą sensację budzą informacje o osobach, które składają na portalach internetowych coraz bardziej ekstrawaganckie oferty sprzedaży własnej duszy, dziewictwa, części ciała itp. Co więcej – każdą myśl, słowo lub obraz chroni się patentem lub copyrightem, zamieniając je w znak towarowy strzeżony prawem. Już nie dzielimy się czymś: przechwytujemy, zastrzegamy, wyprzedzamy, sprzedajemy. Pewnego dnia może się okazać, że nie jesteśmy w stanie sformułować żadnej wypowiedzi, bo wszelkie wypowiedzi stały się czyjąś własnością i za każde otwarcie ust trzeba płacić prawa autorskie28.
Przypisy:
- Benedykt XVI, Caritas in veritate (dalej CIV), nr 37.
- Loc. cit.
- Encyklika bardziej duszpasterska niż społeczna. O mocnych i słabych stronach encykliki z dominikaninem o. Maciejem Ziębą rozmawia ks. Tomasz Jaklewicz, „Gość Niedzielny” 2009 nr 29.
- K. Marks, Kapitał. Krytyka ekonomii politycznej, Warszawa 1951, t. I, s. 187.
- Benedykt XVI, Spe salvi, nr 27–28.
- Abp R. Marx, Kapitał. Mowa w obronie człowieka, Kraków 2009, s. 78.
- K. Polanyi, Wielka transformacja. Polityczne i ekonomiczne źródła naszych czasów, Warszawa 2010, s. 165.
- Ibid., ss. 66–67.
- Ibid., ss. 195–196.
- M. Mauss, Szkic o darze. Forma i podstawa wymiany w społeczeństwach archaicznych, [w:] Idem, Socjologia i antropologia, Warszawa 1973, ss. 308–309.
- Ibid., s. 318.
- Ibid., s. 321.
- Ibid., s. 330.
- K. Rutkowski, Powrót Dionizosa, „Krasnogruda” 2002 nr 15.
- M. Godelier, Zagadka daru, Kraków 2010, s. 19.
- Loc. cit.
- Ibid., s. 21.
- S. Žižek, First as Tragedy, Then as Farce, London-New York 2009, ss. 54–55.
- P. Dobrosielski, M. Napiórkowski, Zbieranie nakrętek, czyli o wyrzutach sumienia w późnym kapitalizmie, „Kultura Współczesna” 2012 nr 3, s. 132.
- Ibid., s. 133.
- W.T. Cavanaugh, Pożarci. Gospodarka a powołanie chrześcijańskie, Warszawa 2010, ss. 151–152.
- CIV, nr 35.
- M. Godelier, op. cit., s. 255.
- Ibid., s. 254.
- CIV, nr 39.
- M. S. Archer, The „Logic of the Gift”: Can it find a place within normal economic activity?, http://www.secondspring.co.uk/uploads/articles_19_953760526.pdf (dostęp 15.09.2014)
- W. T. Cavanaugh, op. cit., s. 156.
- K. Rutkowski, op. cit.