przez redakcja | piątek 16 grudnia 2011 | nr 4/2011
Bolszewicy przeciwstawiają demokracji żądanie dyktatury. Ale określają ją tak sprzecznie, że trudno nabrać wyobrażenia, co właściwie rozumieją pod mianem dyktatury. Powołują się oni na Marksa i Engelsa, którzy mówili o dyktaturze proletariatu. Niestety znaczenia tego swego powiedzenia bliżej nigdzie nie określili. Posługiwali się nim bowiem tylko w dorywczych uwagach. Bolszewicy natomiast podnieśli je do godności programu. […]
Engels oświadcza w r. 1831 w swojej przedmowie do trzeciego niemieckiego wydania „Wojny domowej we Francji”: Komuna Paryska była dyktaturą proletariatu.
Sam zaś Marks kreśli w tym piśmie zasady, na których opierał się ustrój Komuny: Pierwszy dekret Komuny był zniesieniem armii stałej i zastąpieniem jej przez uzbrojony lud (gwardię narodową). Komunę utworzyli radni miejscy wybrani w różnych okręgach Paryża na podstawie powszechnego prawa wyborczego… Policję, dotychczas narzędzie rządu państwowego, pozbawiono natychmiast jej właściwości politycznych i zamieniono w odpowiedzialne, w każdej chwili dające się usunąć narzędzie komuny… Komuna miała być formą polityczną najmniejszej nawet wioski, a miejsce wojska stałego na wsi zająć miała milicja ludowa o nadzwyczaj krótkim czasie służby… Nieliczne, lecz ważne czynności, które pozostały jeszcze rządowi centralnemu, nie miały być zniesione, lecz przekazane urzędnikom komunalnym, to znaczy w wysokim stopniu odpowiedzialnym.
Tak wyglądał ustrój, w którym urzeczywistnić się miała dyktatura proletariatu. […] cytowane tu wywody świadczą niezawodnie o tym, że Marks żądał dla fazy, którą Engels nazwał dyktaturą proletariatu, nader słabego rządu centralnego, bez stałej armii, bez policji politycznej i z niewielkim tylko zakresem działania, oraz wyboru urzędników drogą powszechnego prawa głosowania.
Jeśli to nie jest demokracją i to skrajną demokracją, to naprawdę nie wiem już, co by nią miało być. Ale ta tak daleko idąca demokracja nie jest bynajmniej pokłonem przed anarchizmem.
Pod wpływem badań nad rewolucją francuską, doszedł był Marks w swych socjalistycznych początkach do zapatrywania, które w wielu rzeczach zbliżało się do poglądu jakobińskiego i blankistycznego. Pod tym wpływem pisał jeszcze w r. 1850 w odezwie władz centralnych do związku komunistów o ich zadaniach w spodziewanym w najbliższym czasie ponownym wybuchu rewolucji: Demokraci dążyć będą albo wprost do republiki federacyjnej, albo jeśli jedna niepodzielna republika nie da się ominąć, będą się starali przynajmniej paraliżować rząd centralny przez możliwie największą samodzielność i niezależność gmin i prowincji. Robotnicy natomiast muszą działać w przeciwieństwie do tego planu, nie tylko w kierunku jednej i niepodzielnej republiki niemieckiej, lecz w jej obrębie w kierunku stanowczej centralizacji władzy w rękach państwa. Niech nie pozwolą się bałamucić demokratycznym gadaniom o wolności gmin, samorządzie itp. Jak we Francji r. 1793, tak dzisiaj w Niemczech przeprowadzenie jak najściślejszej centralizacji jest zadaniem istotnie rewolucyjnej partii.
Do tego sposobu pojmowania doskonale można zastosować słowo o dyktaturze proletariatu. Ale dalsze studia, jako też doświadczenia angielskie sprowadziły zasadniczą zmianę w poglądach Marksa na ukształtowanie się rewolucyjnej władzy państwowej, jak świadczą już powyżej przytoczone zdania jego o Komunie z r. 1871.
A i w innych wypadkach występuje Marks w późniejszych latach jako przeciwnik każdej silnej władzy państwowej. Tak na przykład pisze w słynnym liście, poświęconym krytyce socjalno-demokratycznego programu partyjnego z r. 1875: Wolność polega na przekształceniu państwa z organu stojącego ponad społeczeństwem w organ społeczeństwu podporządkowany. A na innym miejscu znów czytamy: Zupełnie niedopuszczalne jest wychowywanie ludu przez państwo. Należy raczej jednakowo wykluczyć kościół i państwo od wpływu na szkoły („Neue Zeit” IX, 2).
Jeśli Marks występuje tak stanowczo za demokracją, a przeciw silnej władzy państwowej, to nie nawraca się naturalnie tym samym na „wiarę w cuda demokracji”, którą wydrwiwa wyraźnie; na wiarę w ową regularną demokrację, która w demokracji widzi państwo tysiącletnie i nie ma pojęcia o tym, że właśnie w tej ostatniej formie ustrojowej społeczeństwa burżuazyjnego należy stoczyć ostateczną walkę klasową. Niemniej jednak stanowczo zwraca się przeciw poddańczej wierze sekty Lassalowskiej w państwo.
Równolegle ze zmianą poglądu na władzę państwową – szła druga zmiana, o której mówił Engels w przeddzień śmierci, w słynnej swej przedmowie do „Walk klasowych we Francji” Marksa, na którą tylu się powołuje. Wykazał tam, że pod wpływem powszechnego prawa glosowania oraz techniki wojskowej (także i rozwoju komunikacji) gruntownie zmieniły się warunki rewolucyjnej walki proletariatu. Około r. 1848 sądzili jeszcze rewolucjoniści wraz z Marksem i Engelsem, że rewolucja może być tylko rewolucją mniejszości. Powstanie proletariatu po zwycięstwie zamieniłoby się już w rewolucję większości: Historia nie potwierdza słuszności poglądów nas wszystkich, którzyśmy podobnie myśleli. Dziś przeciwnie socjaliści przekonują się coraz dobitniej, że nie mogą spodziewać się trwałego zwycięstwa, chyba że pozyskają przedtem wielkie masy ludu.
Pomimo tych wielkich i głęboko sięgających zmian, Marks i Engels później jeszcze mówili o dyktaturze proletariatu. Ale niewątpliwie nie można jej rozumieć w duchu jakobińskim. Jakżeż tedy wolno się dziś powoływać bolszewizmowi na Komunę Paryską i na Marksa z r. 1871?
Komuna i Marks domagali się zniesienia wojska stałego i zastąpienia go milicją. Rząd sowietów zaczął od zniesienia stałej armii, stworzył natomiast czerwoną armię, najsilniejsze stałe wojsko w Europie. Komuna i Marks żądali zniesienia policji państwowej; republika sowietów rozwiązała starą policję po to tylko, aby stworzyć czerezwyczajkę, policję o znacznie większym zakresie działania, bardziej wszechwładną i okrutną aniżeli ta, którą posługiwał się bonapartyzm francuski lub carowie rosyjscy. Komuna i Marks żądali zastąpienia biurokracji państwowej przez urzędników wybieranych przez lud powszechnym głosowaniem. Republika sowietów usunęła starą biurokrację cesarską, ale w jej miejsce postawiła nową, równie scentralizowaną, ze znacznie rozleglejszymi prawami niż poprzednia, albowiem reguluje ona całe życie gospodarcze i włada nie tylko wolnością obywateli, lecz także i źródłem ich egzystencji. Nigdzie społeczeństwo nie jest bardziej podporządkowane państwu, aniżeli w Rosji. […]
Bolszewicy mogliby odpowiedzieć, że ustrój Komuny, który Marks tak chwalił, nie da się przeprowadzić w nowoczesnym wielkim państwie. O tym dałoby się niejedno powiedzieć. Ale pospolitym fałszerstwem z ich strony jest powoływanie się na Marksa i Komunę w obronie dyktatury, którą wykonują. Marks i Komuna bowiem żądali wręcz przeciwieństwa tego, co przeprowadził bolszewizm. […]
Bolszewickie pojmowanie dyktatury jest niejasne i zawiłe, gdy uchodzić chce za dyktaturę klasową, dyktaturę proletariatu. Staje się jednak jasnym i prostym, jeżeli rozumie się je w utartym znaczeniu, jako dyktaturę rządu.
Rząd jest wtedy dyktatorskim, gdy panuje bez ograniczenia. Nadto istotą dyktatury jest jej przejściowość. Rząd nieograniczony, który stał się instytucją stałą, nazywa się despotyzmem. W starożytnym Rzymie, skąd pochodzi ta instytucja i jej nazwa, dyktator mógł urząd swój pełnić nie dłużej, niż sześć miesięcy. Bolszewicy zapowiadali również, że dyktatura ich będzie przejściowa, że skończy się w chwili, gdy socjalizm będzie przeprowadzony i zabezpieczony. Niestety oświadczyli sami, że to może potrwać nie sześć miesięcy, lecz całą generację ludzką. Tak określili sami jeszcze w okresie najbujniejszego rozkwitu swych iluzji, czas trwania dyktatury. […] Despotyzm stanowi punkt szczytowy w walce władzy państwowej z pierwotną demokracją. Kapitalistyczny przemysł i jego komunikacja wraz z następstwem ich, to jest wzrastającym i potężniejącym proletariatem oraz rozwojem inteligencji mas, niepowstrzymanie podkopuje rządy despotyczne. Tylko w najzacofańszych krajach mogą się dziś jeszcze utrzymać. […] Niepowstrzymanie kroczy demokracja naprzód; zdobywa i pomnaża jedną wolność za drugą. Jednym z jej najważniejszych zadań jest zabezpieczenie mniejszości i jednostki przed pogwałceniem ich praw ze strony organów władzy państwowej. […]
Powiada Trocki: Aby jednostka stała się świętością, trzeba znieść ustrój społeczny, który tę jednostkę skazuje na ukrzyżowanie. Zadanie to może być spełniane tylko żelazem i krwią („Terroryzm i komunizm”). Wojna domowa i terroryzm, rzezie bez końca, oto drogi, którymi Trocki obudzić i pogłębić pragnie poszanowanie dla życia ludzkiego. Zaiste, przedziwne są drogi Pańskie!
[…] Nawet w Rosji marksizm utorował sobie drogę, pomimo olbrzymich trudności, które sprawiało mu tam tak ekonomiczne, jak i polityczne zacofanie. Zacofanie ekonomiczne mówiło marksiście, że Rosja daleka jest jeszcze od dojrzałości do socjalistycznej wspólnoty. […]
Trwała podstawa dla ruchów masowych powstała w Rosji dopiero z rozwojem jej przemysłu i wzmocnieniem proletariatu. […] Pojawienie się proletariackiego ruchu masowego przy braku wszelkich swobód politycznych, nie uczyniło tajnej organizacji zbyteczną, przeciwnie, pomnożyło wydatnie jej zadania.
[…] tajne organizacje rosyjskiej socjalnej demokracji miały to wspólne ze spiskowcami, blankistami i bakuninistami, że rekrutowały się w większości z inteligentów, i dlatego występowały wobec nieuświadomionych mas z przewagą ludzi wykształconych. Z góry już mogli się czuć powołanymi przywódcami proletariatu. Ponadto nowe organizacje tajne zataczały szersze kręgi, niż dawniejsze. Partia coraz więcej potrzebowała sił i zyskiwała też środki, aby je utrzymywać. Stąd też powstał przy tajnym charakterze ruchu typ zawodowego konspiratora. […]
Olbrzymie trudności pracy partyjnej w Rosji, pociągnęły za sobą wieczne szukanie i kroczenie po omacku. Przy tym wszystkim jednak krystalizowały się różne poglądy coraz to wyraźniej w dwóch określonych tendencjach: jedna bardziej odpowiadająca stosunkom rosyjskim, wnosząca do marksizmu metody i sposoby środowiska spiskowego myślenia, i druga o charakterze raczej zachodnioeuropejskim, która marksizm pojęła w duchu jego założycieli.
Szermierzem pierwszego kierunku stał się Lenin. Po wieloletniej wspólnej pracy z Akselrodem i Martowem, zwrócił się przeciwko nim w r. 1903, na drugim kongresie socjalnej demokracji w Londynie. Rozwinął on później stanowisko swoje w książce pt. „Jeden krok naprzód a dwa wstecz”, którą omówiła dokładnie Róża Luksemburg w „Neue Zeit” (XXII, 2). Podajemy tu jej wywody. Dają one znakomitą, nadzwyczaj bystrą charakterystykę tendencji Leninowskich i okazują, że liczą one już prawie dwa dziesięciolecia. Wcześnie się jednak na nich poznano i je zwalczano, a czyniły to żywioły, które równocześnie stały w najbardziej stanowczej walce ze wszystkim, co wyglądało na oportunizm. Róża Luksemburg pisała (w r. 1904):
Leżąca przed nami książka Lenina, jednego z najwybitniejszych przywódców i szermierzy »Iskry«, w czasie jej przygotowawczej kampanii przed rosyjskim kongresem, jest systematycznym wyłożeniem poglądów ultracentralistycznego kierunku partii rosyjskiej. Zapatrywanie, które znalazło tu pełny i wyczerpujący wyraz, to najbezwzględniejszy centralizm, którego zasadą życiową jest z jednej strony ostro zarysowane wydobycie i wyodrębnienie zorganizowanych kadr uświadomionych i czynnych rewolucjonistów spośród otaczającego ich, wprawdzie niezorganizowanego, ale rewolucyjnego środowiska; z drugiej zaś strony surowa dyscyplina i bezpośrednie, rozstrzygające i stanowcze mieszanie się władz centralnych we wszystkie przejawy życiowe partii. Wystarczy zwrócić na to uwagę, że na przykład Komitet Centralny ma prawo w myśl tego poglądu organizować wszystkie inne komitety, a więc także oznaczać skład osobisty każdej poszczególnej organizacji lokalnej, począwszy od Genewy i Liege, aż do Tomska i Irkucka, nadawać jej ułożony przez siebie statut lokalny; rozwiązać ją swoim wyrokiem zupełnie i na nowo ją wskrzesić, a w końcu wpłynąć w ten sposób pośrednio na skład najwyższej instancji partyjnej, zjazdu partyjnego. W ten sposób Komitet Centralny przedstawia się jako właściwe czynne jądro partii, podczas gdy wszystkie inne organizacje są wyłącznie jego wykonawczymi organami.
Róża Luksemburg stwierdza dalej, że marksizm żąda wprawdzie pewnej centralizacji partyjnej, która jednak musi być zgoła inną, aniżeli ta, którą Lenin proponuje. Ruch socjalno-demokratyczny jest pierwszym w dziejach społeczeństw klasowych, który we wszystkich swych momentach i w całym swym przebiegu obliczony jest na organizację i samodzielną bezpośrednią akcję mas. Pod tym względem socjalna demokracja wytwarza zupełnie inny typ organizacyjny, aniżeli dawniejsze ruchy socjalistyczne, jak np. typu jakobińsko-blankistycznego.
Lenin zdaje się nie doceniać tego, jeśli w książce swojej twierdzi, że rewolucyjny socjalny demokrata nie jest przecież niczym innym, jak tylko nieodłącznie z organizacją uświadomionego proletariatu związanym jakobinem. W organizacji i w uświadomieniu klasowym proletariatu, w przeciwieństwie do spisku małej mniejszości, widzi Lenin wyczerpujące cechy, odróżniające socjalną demokrację od blankizmu. Zapomina, że związane z tym jest jeszcze gruntowne przewartościowanie pojęć o organizacji, nowa zupełnie treść dla pojęcia centralizmu i całkowicie nowe pojmowanie wzajemnego stosunku między organizacją a walką.
Po dalszych wywodach na ten temat, Róża Luksemburg mówi dalej: Stąd wynika już, że centralizacja socjalno-demokratyczna nie może opierać się na ślepym posłuszeństwie, na mechanicznym podporządkowaniu bojowników partyjnych centralnej władzy i że z drugiej strony nie można zbudować przegrody między zorganizowanym już w partii i kadrach klasowo uświadomionym proletariatem, a znajdującą się dokoła warstwą stojącą już w walce klasowej i przechodzącą proces uświadomienia klasowego. Budowanie centralizacji w socjalnej demokracji na tych dwóch podstawach – na ślepym podporządkowaniu wszystkich organizacji partyjnych, aż do najdrobniejszych szczegółów jednej władzy centralnej, która sama jedna za wszystkich myśli, działa i rozstrzyga, jako też na stanowczym wyodrębnieniu zorganizowanego jądra partii spośród otaczającego go środowiska rewolucyjnego, jak tego broni Lenin, wydaje nam się przeto mechanicznym zastosowaniem zasady organizacyjnej blankistycznego ruchu kół spiskowych do socjalno-demokratycznego ruchu mas robotniczych…
Zalecany przez Lenina ultracentralizm nie jest zdaniem naszym w swej istocie owiany duchem pozytywnie twórczym, lecz ogranicza się do roli bezpłodnej nocnej straży. Bieg jego myśli przystosowany jest głównie do kontroli działalności partyjnej, nie zaś do jej zapłodnienia, do zacieśnienia, a nie zatoczenia szerszych kręgów, do spętania sił, nie do skupienia ruchu. […]
Tak usunięto demokrację z obrębu bolszewickiej organizacji i zastąpiono ją dyktaturą komitetu centralnego, ze wszystkimi towarzyszącymi jej zjawiskami, na długo zanim bolszewizm wydał wojnę demokracji jako formie ustroju państwowego. Popierał ją w państwie i to jak najusilniej, jak długo sam nie osiągnął władzy państwowej. Kiedy w listopadzie roku 1917 udało mu się zdobyć tę władzę drogą zamachu, wziął się natychmiast do przystosowania ustroju państwowego do ustroju partii, którą nazwano komunistyczną. Do tej chwili chciała uchodzić za jedyną, rzeczywistą partię socjalno-demokratyczną w Rosji, teraz jednak nazwa ta nie dała się pogodzić ze zniesieniem demokracji.
Można było z lepszym niż dotąd wynikiem przystąpić do zniszczenia innych partii proletariackich teraz, gdzie obok oszczerstw i korupcji zastosować się także dał bezpośredni ucisk oraz zupełne zdruzgotanie fizyczne, w drodze terroru, inaczej myślących socjalistów.
Co prawda, jeżeli spodziewano się dzięki rozwiązaniu wszelkich innych socjalistycznych organizacji partyjnych poddać rozpętane przez rewolucję masy robotnicze całkowicie wpływowi partii bolszewickiej i jej komitetu centralnego, tak, aby wszechmoc, czyli dyktatura robotników sama przez się przerodziła się w dyktaturę centralnego komitetu, to gorzko się rozczarowano. Aby sprowadzić tę dyktaturę, nie pozostawało nic innego, jak uciec się do dawnych metod carskich, choć zrazu pod złudną osłoną. […]
W państwie wprowadzono całkiem nową biurokrację, ściśle wedle wzoru, który w r. 1904 Lenin opracował był dla partii. Jeśli według wzoru tego centralna władza partyjna miała nadzorować wszelkie przejawy życia partyjnego i w ogóle ruchu robotniczego, kierować nimi i decydować o wszystkim, to teraz nowa biurokracja miała nadzorować wszelkie przejawy życiowe ogółu ludności, kierować nimi i o nich decydować nie tylko w życiu państwowym, lecz także w obrębie procesu produkcji i wymiany, a nawet w stosunku do całego życia społecznego, wszelkiej myślowej i uczuciowej działalności mas. […]
By uniemożliwić wszelki opór przeciw temu potwornemu polipowi, stworzono stałą milionową armię o żelaznej dyscyplinie oraz olbrzymi aparat policyjny nadzwyczajnych komisji (czerezwyczajek), który wyposażono we władzę usuwania bez ceremonii z drogi każdego, kto dyktatorom wydałby się niewygodnym lub choćby tylko podejrzanym. I przeniósłszy w ten sposób dyktaturę centralnego komitetu z partii do państwa, usiłuje się przekroczyć jeszcze dane granice państwowe. Napada się wśród pokoju niepodległe narody sąsiednie i poddaje w niewolę moskiewskiej dyktatury (patrz państwa kaukaskie).
Równocześnie zaś usiłuje się tymi samymi środkami, jakimi bolszewicy przed swym zamachem stanu zwalczali inne socjalistyczne partie Rosji, wprowadzić dyktaturę w międzynarodówce. Tylko że teraz szerzenie korupcji wśród skłonnych do tego żywiołów przybiera olbrzymie rozmiary, rozporządza się bowiem rosyjskim skarbem państwa. I znowuż spisek chce porwać w swe ręce kierownictwo masami. Nieznani, przed nikim nieodpowiedzialni wysłańcy Moskwy kontrolują komunistyczne partie pozarosyjskie i kierują nimi.
To, przeciw czemu Engels zwraca się w r. 1870, teraz zostało osiągnięte w trzeciej międzynarodówce: poddano ją rosyjskiej komendzie dyktatorów, których ona sama nie zna. Jeżeli bolszewizm w Rosji jest dyktaturą nad proletariatem, to w międzynarodówce jest on spiskiem przeciw proletariatowi. […]
Hasłu pierwszej i drugiej międzynarodówki, że wyzwolenie klasy robotniczej może być dziełem samej tylko klasy robotniczej, zadaje kłam praktyka trzeciej międzynarodówki, która opiera się na zasadzie, że wyzwolenie klasy robotniczej świata całego może dokonać się tylko drogą dyktatury centralnego komitetu komunistycznej partii Rosji.
Zerwanie z demokracją, rozpędzenie konstytuanty, zniszczenie wszystkich partii, nawet proletariackich, prócz panującej komunistycznej, wprowadzenie krwawych rządów policyjnych i w końcu zupełny zastój w produkcji i komunikacji: głód i nędza we wszystkich zakątkach kraju, wszystkie te skutki reżymu bolszewickiego tylko z wolna dotarły do świadomości Europy i nie znajdywały przeważnie wiary u socjalistów europejskich, którzy witali bolszewizm z entuzjazmem, jako pierwszy czysto proletariacki rząd w wielkim państwie i przyjmowali wszystko, co przemawiało na niekorzyść rewolucyjnego rządu z niewiarą, jako kłamstwo burżuazyjne, lub starali się przynajmniej łagodniej to ocenić. Wprawdzie zniesiono „formalną” demokrację, formalne równouprawnienie wszystkich, ale za to, wedle wiadomości moskiewskich zbudować miano demokrację wszystkich, pozbawić zaś tylko pasożytów praw obywatelskich. […]
Aby uniknąć kłamstw burżuazyjnych, wierzono chętnie bolszewickim bajkom o zdradzie mienszewików i prawicowych socjal-rewolucjonistów, którzy jakoby przeszli do obozu kontrrewolucji jako „białogwardziści”, co po dziś dzień twierdzi jeszcze Trocki. Wierzono w stan rozkwitu Rosji, we wspaniały rozwój jej rad robotniczych i swobodę ich działania. Ale gdy nie można już było przysłonić rzeczywistości i gdy bolszewicy sami choć w części musieli ją przyznać, pocieszano się tym, że nędza gospodarcza jest tylko następstwem wojny, tak zewnętrznej, jak i domowej, oraz blokady, i że wraz z niemi ustanie. Co się zaś tyczy terroru, no to przecież różami niepodobna usłać rewolucji. Proletariat zniósł już wiele nędzy i przelewu krwi. Jednakże, stale dotąd znosił to wszystko w interesie swych wyzyskiwaczy i ciemięzców, teraz zaś cierpi w swoim własnym interesie: bierze na się głód, niweczy demokrację, niszczy przeciwników terrorystycznym rządem gwałtów, aby sprowadzić stan, w którym panowałby dobrobyt i wolność dla wszystkich, a wszelki gwałt znikł raz na zawsze.
W rzeczy samej, gdyby bolszewickie rządy krwi i żelaza, głodu i trwogi, posunęły nas choćby o jeden krok naprzód na drodze do takiego stanu społecznego, to moglibyśmy, nawet musielibyśmy się pogodzić z nimi, jako z bolesną operacją, która jedynie jednak potrafiłaby wrócić ciężko choremu pacjentowi zdrowie i siły. Niestety, postępowanie bolszewickie należy do owych systemów kuracyjnych, u których końca powiada się: „Operacja świetnie się powiodła, ale pacjent umarł”. […]
Było to możliwe, tylko dlatego, że utracili wszelkie poszanowanie dla jednostki ludzkiej, dla jej życia i swobody. Pogarda dla jednostki ludzkiej, oto cecha znamienna bolszewików. Nieposzanowanie indywidualności własnych zwolenników, których ocenia się jedynie jako narzędzia i mięso armatnie, bezwzględne poniewieranie tymi, którzy nie pozwalają się użyć za narzędzie, których bez różnicy uważa się za przeciwników i stara wszelkimi środkami ugiąć lub złamać. […]
Ten w teorii i praktyce zdecydowanie reakcyjny charakter, który nie prowadzi w kierunku do socjalizmu, lecz od niego odwodzi, on to obok brutalności i chęci panowania odpycha coraz szersze kręgi proletariatu od bolszewizmu. Sprawi to, że zejdzie on z widowni, nie zostawiając po sobie nic prócz ruin i przekleństw.
Karl Kautsky
Powyższy tekst to fragmenty książki Karla Kautsky’ego „Od demokracji do niewolnictwa państwowego. Odprawa Trockiemu”, polskie wydanie nakładem Ludowego Spółdzielczego Towarzystwa Wydawniczego, Lwów 1922.Tytuł fragmentu pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”, uwspółcześniono pisownię wedle obecnych reguł.
przez redakcja | piątek 16 grudnia 2011 | nr 4/2011
Od lat istnieje teza – znana głównie osobom ponadprzeciętnie zainteresowanym dziejami tej opcji politycznej – która mówi, że nikt nie wyrządził lewicy tyle zła, co nominalnie przecież lewicowy komunizm. Komunistyczne zbrodnie, brutalne deptanie nawet podstawowych praw obywatelskich, niewydolność gospodarcza – wszystko to poszło na konto lewicy. Każdej lewicy.
Oczywiście sporo osób wie, że nie każda lewica to komuniści, że komunizm był tylko jedną z kilku „odnóg” myśli lewicowej, że lewica niekomunistyczna była przez realny komunizm zwalczana. Ale tylko garstka dokonuje tego rodzaju dokładnych rozróżnień. Dla pozostałych natomiast nierzadko „coś jest na rzeczy”, to znaczy uważają, iż granice między komunizmem a resztą lewicy są umowne i niejasne, a od socjalizmu czy socjaldemokracji nie jest wcale daleko do bolszewizmu i sowietyzmu. Jeszcze gorzej wygląda wszak sprawa ze „zwykłymi ludźmi” w krajach takich jak Polska, które mają za sobą kilkadziesiąt lat zamordyzmu przyobleczonego w czerwone sztandary.
Tutaj kojarzenie lewicy z komunizmem jest powszechne. Przede wszystkim dlatego, że poczynając od Bieruta i Bermana, przez Gomułkę i Kliszkę, a na Jaruzelskim i Rakowskim kończąc, włodarze PRL-u przedstawiali się jako lewica najprawdziwsza i najbardziej lewicowa ze wszystkich lewic. A bywało wręcz, że jako lewica jedyna, wszystko inne bowiem było wedle komunistycznej propagandy mniej lub bardziej reakcyjne czy „oportunistyczne” (zarzut w ustach partyjnych kacyków i biurokratów-karierowiczów doprawdy komiczny).
W dodatku te środowiska, które w PRL-u były opozycją wobec reżimu, a zarazem odwoływały się do demokratycznego socjalizmu czy do antykomunistycznych i antytotalitarnych wątków myśli lewicowej, po roku 1989 niemal gremialnie porzuciły takie identyfikacje. Znakomita większość tej formacji, z „Gazetą Wyborczą” na czele, ma dziś dla wszelkiej lewicowości – pomijając pomstowanie na „ciemnogród” oraz wspominanie „etosowej” młodości z czasów KOR-u – jedynie pogardę, streszczającą się w etykietowaniu niemal każdej postawy prospołecznej lekceważącym terminem homo sovieticus. Tym sposobem, a także namaszczając postkomunistów na „demokratyczną lewicę”, dawni opozycjoniści przykładają rękę do skojarzeń, że komunizm i lewica to w zasadzie „coś w podobnym stylu”.
Rozmaici nostalgicy PRL-u lubią się pocieszać sondażami, które wskazują na stosunkowo niezłą ocenę realiów sprzed roku 1989. Nie potrafią jednak odróżnić wspominania wyidealizowanej przeszłości (któż pomyśli źle o czasach, gdy był młody, zdrowy i wcześniej niż sąsiad dostał talon na „malucha”?) od chęci realnego powrotu do niej. Ta ostatnia postawa jest niszowa. Z tego też względu prawicy jest na rękę utożsamienie wszelkiej lewicowości z PRL-em. Wówczas można przedstawiać lewicowe pomysły jako chęć przywrócenia dawnych rozwiązań, za którymi mało kto tęskni, a dodatkowo nieustannie obarczać lewicę odpowiedzialnością za przeróżne „błędy i wypaczenia” czy po prostu zbrodnie komunizmu. Ileż to razy w „dyskusjach” o polityce prospołecznej, choćby jej zwolennicy proponowali rozwiązania nowoczesne i znane z najbogatszych krajów Zachodu, w odpowiedzi wysyłano ich na Kubę i do Korei Płn. oraz posądzano o chęć przywrócenia sklepów pełnych jedynie octu.
Polska prawica co prawda czasem wspomni, że zamiast postkomunistów chciałaby silnej lewicy „prawdziwej – takiej jak Bugaj albo dawny PPS”, ale gdy ktokolwiek formułuje postulaty właśnie w stylu dawnego PPS-u czy zachodnich socjaldemokracji, to i tak w odpowiedzi słyszy o gułagach, gierkowskich długach, kartkach na żywność, wielkim głodzie na Ukrainie, ubekach i Katyniu.
Jednak niezależnie od bieżących sporów, pomówień i tandetnej propagandypolitycznej, sprawa ta ma wymiar znacznie ważniejszy. Prawica lubi powtarzać za jednym ze swoich guru, że „tylko prawda jest ciekawa”. Tymczasem prawda mówi coś dokładnie przeciwnego niż prawicowa agitacja i skojarzenia większości opinii publicznej. Ta ciekawa prawda mówi mianowicie, że jednymi z pierwszych i najbardziej dobitnych krytyków komunizmu byli właśnie socjaliści. W dodatku, inaczej niż większość prawicy, nie krytykowali komunistów w sposób dla nich nieszkodliwy, czyli za pomocą gorzkich żalów, iż nie przejmują się „świętą własnością” burżujów lub samopoczuciem wrażliwych właścicielek ziemiańskich dworków.
Socjaliści natomiast krytykowali komunistów za to, że ich poczynania stanowią zaprzeczenie samego sedna idei lewicowych, marksizmu nie wyłączając. Pozbawiają społeczeństwo nawet tych swobód obywatelskich, które oferowała „demokracja burżuazyjna”, zamiast robotniczej kontroli nad środkami produkcji tworzą klasę nowych posiadaczy – biurokratów partyjnych, równość i braterstwo pod rządami komunistów okazują się systemem wodzowskim i terrorem policyjnej pałki, a wydanie gospodarki na łup „biernych, miernych, ale wiernych” prędzej czy później prowadzi do jej zapaści.
Historia lewicowej krytyki komunizmu jest bardzo długa. Już anarchista Bakunin punktował takie założenia teoretyczne marksizmu i taktyki jego zwolenników, które niosły ryzyko, że „lepszy świat” okaże się „większą tyranią”. Polski teoretyk „socjalizmu wolnościowego”, Edward Abramowski, już pod koniec XIX w. wskazywał z niemal proroczą przenikliwością, iż socjalizm „odgórny” czy „państwowy” może się przerodzić w ustrój jeszcze gorszy niż kapitalizm, bowiem uczyni ludzi niewolnikami kasty biurokratów, panującej nad nimi w każdej sferze życia. Przykłady takie można mnożyć.
Dziś przypominamy trzy takie głosy. Celowo pominęliśmy rozważania teoretyczne sprzed bolszewickiego przewrotu. Chcemy bowiem pokazać, iż lewica dokonała szybkiej i dogłębnej krytyki właśnie tego, co przeszło do historii jako „pierwsze państwo robotników i chłopów”. Nie był to, jak w przypadku choćby Bakuninowskiej krytyki marksizmu, spór na gruncie idei, wizji czy po prostu personaliów i temperamentów, lecz analiza zaistniałych faktów. Analiza pozbawiona złudzeń, niemal natychmiast celnie wskazująca, że sowiecka Rosja ma niewiele wspólnego z realizacją ideałów lewicowych. Pominęliśmy także teksty autorstwa polskich myślicieli i działaczy lewicowych, którzy bolszewizm i Związek Radziecki atakowali wielokrotnie i bez pardonu. Pojawiają się czasem opinie, że lewicowi Polacy krytykowali ZSRR jako kontynuację Rosji – doświadczenia z epoki zaborów miały rzutować na umiejętności „właściwej” oceny Kraju Rad, nasycając ją uprzedzeniami i fobiami. Z tego też względu oddajemy głos autorom z Zachodu i z… samej Rosji.
Pierwszym z nich jest Karl Kautsky (1854-1938), jeden z najwybitniejszych działaczy i myślicieli w dziejach lewicy, czołowy popularyzator marksizmu (szczególnie ekonomicznych aspektów tej doktryny) i teoretyk rozwijający jego rozmaite wątki, jeden z liderów niemieckiej socjaldemokracji, organizator wielu inicjatyw lewicowych. Kautsky to swoista ikona lewicy w ogóle, a szczególnie lewicy zarazem konsekwentnej w swych przekonaniach, jak i demokratycznej, nie godzącej się na zamordystyczne rzekome „drogi na skróty” do socjalizmu, bo jak trafnie oceniał, drogi takie wiodą nieodmienne na manowce. Wydana na początku lat 20. książka Kautsky’ego, której fragment zamieszczamy, nie była jego pierwszą krytyczną publikacją o bolszewizmie i państwie sowieckim, co oznacza, że lewica wierna swoim pryncypiom dostrzegła w zasadzie od razu, iż nic dobrego z tego nie będzie. Warte uwagi jest to, że Kautsky poddał system sowiecki krytyce w książce stanowiącej polemikę z Trockim. Ten ostatni w środowiskach ludzi naiwnych uchodzi do dziś za szlachetnego dysydenta, który chciał uchronić ZSRR przed błędami Stalina, za co zapłacił najwyższą cenę, zamordowany na jego polecenie. W rzeczywistości był to jedynie spór w rodzinie, bowiem jak wykazuje Kautsky, Trocki był żarliwym apologetą tych cech systemu sowieckiego, na bazie których wręcz musiał wyrosnąć „stalinizm”. Jeśli Trocki przedwcześnie spoczął w grobie, to tylko dlatego, iż sam go sobie wykopał.
Drugi z publikowanych tekstów wyszedł spod pióra Otto Bauera (1881-1938). Znów jest to postać wybitna i bardzo zasłużona dla lewicy, wieloletni lider socjaldemokracji austriackiej, ekonomista i filozof, jeden z głównych przedstawicieli austromarksizmu, akcentującego etyczne aspekty socjalizmu. Przedrukowane tu fragmenty jego książki, wcześniejszej jeszcze niż rozważania Kautsky’ego, bowiem napisanej na początku roku 1920, poświęcone są kwestii niezwykle ważnej, a stosunkowo rzadko poruszanej w analizach reżimu sowieckiego. Bauer wskazuje, że u zarania ZSRR nastąpiło odejście nie tylko od takich podstawowych zasad socjalizmu, jak swoboda przekonań i wolność organizowania się, co bolszewicy tłumaczyli „wojną prowadzoną z reakcją”. Już niemal na starcie porzucili oni również swoisty dogmat myśli lewicowej, tj. przekonanie, iż socjalizm oznacza społeczną własność środków produkcji, zarządzanie zakładami pracy przez robotników oraz egalitaryzm ekonomiczny. Austriacki myśliciel i polityk opisuje, jak w ciągu zaledwie dwóch lat istnienia nowego systemu zasady te zostały brutalnie złamane. Zamiast robotników – fabrykami rządzą biurokraci z partyjnej elity, wyzysk pracowników najemnych dokonuje się wedle reguł znanych z brutalnego kapitalizmu, a wręcz wprowadzany jest przymus pracy, co oznacza de facto powrót niemal do niewolnictwa. Zamiast wyzwolenia ludzi pracy jest ich zniewolenie pod butem garstki komunistów, posiadających władzę iście tyrańską.
Ostatni z prezentowanych tekstów to rozdział książki Victora Serge’a (Wiktora Kibalczicza, 1890-1947). Postać to niezwykle barwna – urodzony w Belgii w rodzinie rosyjskich emigrantów politycznych, najpierw anarchista, we Francji uwięziony za rzekomy udział w działaniach grupy polityczno-rabunkowej, w 1919 r. przybył do Rosji, gdzie wstąpił do partii bolszewickiej. Był wysokiego szczebla działaczem Kominternu, w połowie lat 20. związał się ze skupionym wokół Trockiego środowiskiem opozycyjnym wobec Stalina. Wyrzucony z partii, kilkakrotnie więziony, w 1936 r. uwolniony po protestach zachodnich lewicowych intelektualistów. Wyemigrował do Belgii, a następnie do Francji, zaś po zajęciu jej przez Niemcy – do Meksyku. Początkowo pozostał sympatykiem Trockiego, jednak zerwał z nim wskutek niezgody na niemal bezkrytyczną ocenę przez tego ostatniego „przedstalinowskiej” fazy w dziejach ZSRR. Serge po opuszczeniu Rosji sowieckiej opublikował kilka obszernych analiz degeneracji tamtejszego ustroju. Publikowany tutaj rozdział jednej z tych prac uderza w sam rdzeń wszelkich postaw filosowieckich. Nawet pośród lewicowców krytycznych wobec ZSRR spotyka się opinie, że owszem, bolszewicy bezpardonowo pogwałcili liczne zasady i wartości socjalistyczne, jednak przynajmniej zapewnili ludności Rosji awans materialny, byli więc mniejszym złem wobec carskiego feudalizmo-kapitalizmu. Victor Serge, który realia porewolucyjnej Rosji znał z autopsji, pozostał odporny na tego rodzaju wywody, zazwyczaj będące pochodną sowieckiej propagandy. W roku 1937, a więc dwie dekady po triumfie rewolucji październikowej, opisuje on szarą, a raczej czarną rzeczywistość radzieckich ludzi pracy: ich wyzysk, biedę, zażartą walkę o byt oraz ogromną rozpiętość dochodów między robotnikami a partyjnymi karierowiczami.
Cóż jeszcze można dodać oprócz tego, że lewica autentyczna, wierna swoim przekonaniom i zasadom, stała w pierwszym szeregu krytyków komunizmu? Wszystko jest jasne.
R.O.
przez redakcja | piątek 16 grudnia 2011 | nr 4/2011
Wielu ludzi sądzi, że dług publiczny jest długiem nas wszystkich. Są oni przekonani, iż wszyscy ponosimy jednakową odpowiedzialność za jego powstanie oraz odnosimy podobne korzyści lub straty w związku z jego istnieniem. Tak jednak nigdy nie było.
Dług publiczny nie jest zjawiskiem wiecznym, ani niezmiennym w swej genezie i strukturze. Warto przypomnieć, co na ten temat sądzili Karol Marks i Fryderyk Engels. Ten ostatni pisał, że w społeczeństwie opartym na ustroju rodowym nie było podatków. Organy ustroju rodowego cieszyły się szczerym, powszechnie uznawanym autorytetem. Jednak wraz z rozwojem cywilizacji, urzędnicy stanęli ponad społeczeństwem, a podatki przestały wystarczać. Zatem, państwo wystawia weksle na przyszłość, zaciąga pożyczki – „długi państwowe”1.
W republice demokratycznej bogactwo zaczęło sprawować władzę pośrednio, przy wykorzystaniu powszechnego prawa wyborczego, m.in. poprzez sojusz giełdy i rządu. Stał się on tym łatwiejszy, im bardziej rosły długi państwa i towarzystwa akcyjne opanowywały coraz to nowe sfery produkcji.
Marks zamiennie używa pojęć „dług publiczny” i „dług państwowy”, gdyż o jego powstaniu decydowały rządy państw, wówczas jeszcze bez udziału samorządów czy towarzystw ubezpieczeniowych. Marks, niezależnie od tego, jaki był ustrój w danym państwie, widział ogromną polityczną rolę długu publicznego. Określał go jako „wyprzedaż państwa”, która wyciska swe piętno na erze kapitalistycznej. Ponieważ dług publiczny przekładany był przez rząd na całe społeczeństwo, z ironią pisał on: Jedyną częścią tak zwanego bogactwa narodowego, która istotnie u nowoczesnych narodów znajduje się w posiadaniu zbiorowym, jest ich dług państwowy2. Część narodu tym bardziej wzbogacała się, im bardziej cały naród pogrążał się w długach.
Zdaniem Marksa, dług publiczny był jedną z najpotężniejszych dźwigni akumulacji pierwotnej kapitału. Pozwolił burżuazji na zdobycie przewagi nad szlachtą i właścicielami ziemskimi. Nie był on jednak obojętny dla funkcjonowania systemu politycznego. Każdy ustrój staje się zależny od tego, kto mu pożycza. Dzięki długowi publicznemu, nieproduktywny pieniądz był zamieniany w kapitał, bez ryzyka typowego dla inwestycji przemysłowych. Jednocześnie obligacje posiadane przez wierzycieli funkcjonowały w ich rękach, jak gdyby były gotówką. Powstała „próżniacza klasa rentierów”, spółki akcyjne, nowoczesna bankokracja. Bogacili się dzierżawcy podatkowi, kupcy, prywatni fabrykanci, zaś finansiści zaczęli odgrywać rolę pośredników między rządem a narodem.
Dług publiczny pozwolił na rozwój ażiotażu, czyli spekulacji na giełdzie, polegającej na wywoływaniu i wykorzystywaniu różnic kursów papierów wartościowych. Rosły wówczas kursy akcji banków, wierzycieli rządów. Powstały banki narodowe już nie tylko z nazwy, ale również ze względu na zasięg swojej działalności. Jedną ręką dawały, aby drugą więcej wziąć z powrotem, stawały się depozytariuszami krajowych zapasów złota. Pieniądz legł u podstaw istniejących stosunków społecznych. W tym samym czasie, gdy w Anglii przestano palić czarownice, zaczęto wieszać fałszerzy banknotów3.
Dług publiczny nie pełniłby funkcji redystrybucyjnej i nie byłby źródłem akumulacji pierwotnej, gdyby przejrzyste i uczciwe było wszystko, co z nim związane. Specjaliści od finansów i skarbowości stosowali w czasach Marksa i Engelsa cały szereg środków, żeby zamaskować „prymitywne chwyty”. Marks określał te metody jako „obrzydliwą scholastykę giełdową” i „alchemię finansową”4.
Wraz z długiem publicznym powstał międzynarodowy system kredytowy. Również on zaczął służyć pierwotnej akumulacji kapitału. Marks znajdował przykłady na to, że wierzycielami państw były inne państwa, które same przeżywały kryzysy. Dług publiczny ułatwiał budowę systemów represji wewnętrznej oraz prowadzenie wojen handlowych i podbojów kolonialnych. Torował przejście od staroświeckiego do nowoczesnego sposobu produkcji5.
Nadzwyczajne wydatki rządu, finansowane z długu państwowego, nie były od razu odczuwane przez podatników. Rządy zaciągały jednak ciągle nowe kredyty. Wcześniej czy później musiało to wywołać konieczność podniesienia podatków. Podwyżki podatków pośrednich i bezpośrednich stały się ogólną zasadą. Dług publiczny miał daleko idące konsekwencje dla klasy robotniczej i ogółu ludzi pracy. Zdaniem Marksa, ówcześni mężowie stanu doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Uważali oni wszakże, że był to najlepszy system, aby uczynić robotnika najemnego uległym, skromnym, pracowitym i… przeciążonym pracą6. Z punktu widzenia pierwotnej akumulacji kapitału, Marksa bardziej interesowało jednak spowodowane przezeń przymusowe wywłaszczenie chłopa, rzemieślnika, słowem, wszystkich warstw składających się na drobną burżuazję7.
Analizując doświadczenia Wiosny Ludów, Marks wskazywał, że dług publiczny był jedną z jej przyczyn pośrednich. Trudności finansowe rządu uzależniły monarchię lipcową (ustanowioną w 1830 r.) od wielkiej burżuazji, to zaś doprowadziło do ciągłego pogłębiania kryzysu finansowego. Dług publiczny wpłynął na demoralizację aparatu państwowego. Dopóki nie było równowagi budżetowej, trudno było budżet podporządkować „interesom produkcji narodowej”. Zadłużenie państwa leżało w interesie wielkiej burżuazji finansowej. Deficyt państwowy był akurat właściwym przedmiotem jej spekulacji i głównym źródłem jej bogacenia się. Co roku – nowy deficyt. Co 4-5 lat nowa pożyczka. A każda nowa pożyczka dawała arystokracji finansowej nową sposobność ograbiania państwa, sztucznie utrzymywanego na skraju bankructwa – państwo musiało zawierać umowy z bankierami na najbardziej niekorzystnych dla siebie warunkach. Każda nowa pożyczka nastręczała dalszą sposobność ograbiania publiczności lokującej swe kapitały w państwowych papierach procentowych8.
Jest bardzo charakterystyczne, że arystokracja finansowa nie była zainteresowana wydobyciem kraju ze stanu zapaści finansowej. Ta zapaść była bowiem źródłem jej dochodów i wysokiej pozycji w państwie. Politycy wykorzystywali w prywatnych interesach tajemnice państwowe, wahania kursów papierów państwowych. Rezultatem tych zjawisk była ruina mnóstwa drobniejszych kapitalistów i bajecznie szybkie bogacenie się wielkich graczy9. O skali procederu świadczy to, że nadzwyczajne wydatki za panowania Ludwika Filipa dwukrotnie przewyższały nadzwyczajne wydatki z czasów Napoleona, gdy Francja prowadziła wojnę z feudalną Europą. Ogromne sumy przechodzące w ten sposób przez ręce państwa dawały nadto sposobność do złodziejskich kontraktów na dostawy, do przekupstw, defraudacji i wszelkiego rodzaju oszustw. Okradanie państwa, odbywające się hurtowo przy pożyczkach, powtarzało się detalicznie przy robotach wykonywanych na zlecenie państwa10.
W rezultacie wykorzystania mechanizmu długu publicznego i opanowania ówczesnych środków masowego przekazu, monarchia lipcowa Ludwika Filipa była swoistym towarzystwem akcyjnym do eksploatacji francuskiego bogactwa narodowego; dywidendy szły do podziału pomiędzy ministrów, obie izby, 240 000 wyborców i ich klikę11.
Produkcja przemysłowa była niewielka w porównaniu z długiem publicznym, więc burżuazja przemysłowa była najbardziej zainteresowana obniżeniem kosztów produkcji i obniżką podatków, w przeciwstawieniu się spekulantom finansowym, którzy dążyli do pomnożenia bogactwa w sposób nieprodukcyjny.
Po wybuchu rewolucji lutowej w 1848 r., Rząd Tymczasowy dla podniesienia wiarygodności w oczach wierzycieli państwa, wypłacił im dywidendy jeszcze przed upływem terminów. Koszty operacji finansowej ponieśli wszyscy drobni ciułacze. Ich drobne oszczędności skonfiskowano i zamieniono na nie podlegającą spłacie pożyczkę państwową12. Rząd Tymczasowy zaczął również ratować przed bankructwem Bank Francji i zezwolił na podporządkowanie mu banków lokalnych. Bankructwo banku nie byłoby dla rewolucyjnej Francji złe – stałoby się potopem, który w jednej chwili zmiótłby z francuskiej ziemi arystokrację finansową – tego najpotężniejszego i najgroźniejszego wroga republiki […]. A po bankructwie to i sama burżuazja musiałaby przyznać, że stworzenie przez rząd banku narodowego i podporządkowanie kredytu państwowego kontroli narodu jest ostatnią, rozpaczliwą próbą ratunku. […] Tak więc rewolucja lutowa bezpośrednio umocniła i rozszerzyła tę bankokrację, którą miała obalić13.
Ponieważ w okresie Wiosny Ludów we Francji rozmiary produkcji były nieproporcjonalnie małe do rozmiarów długu publicznego, renta państwowa pozostawała głównym rynkiem lokaty kapitałów, pragnących pomnożyć się w sposób nieprodukcyjny – w takim kraju niezliczona masa ludzi ze wszystkich klas burżuazyjnych i półburżuazyjnych musi być zainteresowana w długu państwowym, grze giełdowej, finansach14. Aby zmniejszyć dług publiczny, należałoby zmniejszyć wydatki rządowe i możliwie mało administrować, jednak partia porządku nie mogła pójść tą drogą w okresie zaostrzania się sprzeczności i zwiększania protestów społecznych: musiała ona tym bardziej zwiększać swe środki represyjne, tym bardziej wzmagać oficjalne ingerowanie we wszystko w imieniu państwa i swą wszechobecność poprzez organy państwowe, im bardziej wielostronnie zagrożone było jej panowanie i warunki egzystencji jej klasy. Niepodobna zmniejszać stanu żandarmerii w tym samym czasie, gdy mnożą się przestępstwa przeciw osobom i własności15.
Można było również zmniejszyć dług publiczny obarczając „nadzwyczajnymi podatkami” klasy najbogatsze. Ale czyżby partia porządku – pytał Marks – miała dla wybawienia bogactwa narodowego od wyzysku giełdy złożyć w ofierze swe własne bogactwo na ołtarzu ojczyzny? Pas si bete! [Nie ma głupich]16.
Współczesne rządy, hołdujące doktrynie neoliberalizmu, obniżając podatki dla zamożnych warstw przyczyniły się do destabilizacji finansów publicznych. Zmusiło to państwa do emisji papierów wartościowych i rozbudowy rynków finansowych. Istnieją obecnie dwa podstawowe sposoby likwidacji długu publicznego. Pierwszy, neoliberalny, polega na ograniczaniu wydatków: cięciach w budżecie, redukcji administracji, płac, rent i emerytur. Istnieje jednak pewna granica, poza którą wydatki są nieredukowalne. Dalsze ich zmniejszanie prowadzi bowiem do degradacji ilości i jakości obiektów użyteczności publicznej i służb publicznych, co powoduje obniżenie jakości życia ludności i zagrożenie ładu społecznego przez niekontrolowany wybuch. Drugisposób polega na zwiększaniu dochodów Skarbu Państwa, zwłaszcza poprzez podnoszenie podatków, dodatkowe opodatkowywanie niektórych towarów, znoszenie ulg podatkowych.
Drugi sposób jest niepopularny, gdyż często oznacza odebranie przywilejów najlepiej sytuowanym klasom i warstwom. Alain Bihr, wyjaśniając powstanie długu publicznego, odwraca argumentację stosowaną przez neoliberałów. Jego zdaniem, dług publiczny nie bierze się stąd, że państwo nie jest wystarczająco bogate, nie produkuje czy nie zdobywa wystarczającej ilości dóbr w stosunku do jego koniecznych bieżących wydatków, ale stąd, że, z woli albo raczej z braku woli politycznej, państwo nie ściąga w formie podatków tej części bogactwa, która pozwoliłaby stawić czoła tym wydatkom […], państwo jest zadłużone, ponieważ postanowiło ograniczyć swoje dochody dla celów politycznych. Dług publiczny jest tworem czysto politycznym17.
Ulgi podatkowe dla zamożnych warstw społeczeństwa umożliwiają gromadzenie oszczędności, które służą z kolei sfinansowaniu długu publicznego, powodowanego przez te same ulgi podatkowe. Zamożna część społeczeństwa uzyskuje więc dzięki długowi publicznemu dodatkowy sposób, żeby się jeszcze bardziej wzbogacić. Państwo nie zaciągałoby długów, gdyby nie miało od kogo pożyczać. To oszczędności najlepiej sytuowanych warstw, choć wydaje się to paradoksalne, generują dług publiczny.Zadłużenie publiczne stanowi odpowiedź na popyt na różnego rodzaju bony skarbowe, stanowiące bezpieczną lokatę oszczędności.
Ten samonapędzający się mechanizm każdy rząd próbuje zamaskować ciągle modyfikowanymi i rozbudowywanymi, w myśl doktryny neoliberalizmu, planami cięć budżetowych. Funkcjonowania tej machiny nie wyjaśni Leszek Balcerowicz ze swoim zegarem pokazującym wzrost zadłużenia. Woli straszyć nim społeczeństwo w celu kontynuowania neoliberalnej polityki, pomimo jej historycznej porażki.
Alain Bihr pisze, że rozwiązanie problemu zadłużenia publicznego jest tylko jedno: trzeba po prostu anulować wszystkie długi publiczne, nie tylko państw peryferyjnych, ale i centralnych. I niech wielcy wierzyciele państwa nie protestują przeciwko zbrodni wywłaszczenia; wygaśnięcie ich wierzytelności nie będzie niczym innym niż ściągnięciem podatków, których państwo od dawna miało prawo się domagać. Niech się cieszą, że nie każe im się płacić kar za zwłokę18.
Marks i Engels sformułowali ogólne założenia strategii i taktyki rewolucyjnego ruchu robotniczego wobec podatków i długu publicznego w warunkach rewolucji burżuazyjno-demokratycznej. Świadomi robotnicy zawsze powinni być o krok do przodu w stosunku do żądań liberalnych demokratów. Jeżeli demokraci proponują podatek proporcjonalny, to robotnicy żądają progresywnego; jeżeli demokraci sami proponują umiarkowanie progresywny podatek, robotnicy powinni domagać się takiego podatku, którego progresja musiałaby zabić wielki kapitał; jeżeli demokraci żądają uregulowania długów państwowych, robotnicy powinni zażądać bankructwa państwa19.
dr Edward Karolczuk
Przypisy:
1. F. Engels, Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa [w:] K. Marks, F. Engels, Dzieła t. 21, Warszawa 1969, s. 188.
2. K. Marks, Kapitał. Krytyka ekonomii politycznej t. 1 [w:] K. Marks, F. Engels, Dzieła t. 23, Warszawa 1968, s. 895.
3. bidem, s. 896. Marks pisze, że panowanie burżuazji finansowej uzyskało swą pierwszą sankcję przez założenie banku, wprowadzenie długu państwowego. K. Marks, Recenzja broszury F. Guizota [w:] K. Marks, F. Engels, Dzieła t. 7, Warszawa 1963, s. 244.
4. K. Marks, Nowy trick finansowy, czyli Gladstone i pensy [w:] K. Marks, F. Engels, Dzieła t. 9, Warszawa 1965, s. 52.
5. K. Marks, Kapitał… op. cit., s. 898.
6. ibidem, s. 897.
7. ibid., ss. 897-898.
8. K. Marks, Walki klasowe we Francji 1848-1850 [w:] K. Marks, F. Engels, Dzieła t. 7,ss. 13-14.
9. ibidem, s. 14.
10. ibid.
11. ibidem, s. 15.
12. ibidem, s. 25.
13. ibidem, s. 26.
14. ibidem, s. 89.
15. ibid.
16. ibidem, s. 90.
17. A. Bihr, Nowomowa neoliberalna. Retoryka kapitalistycznego fetyszyzmu, Warszawa 2008, ss. 44-45.
18. ibidem, s. 49.
19. K. Marks, F. Engels, Apel Komitetu do Związku Komunistów (marzec 1850) [w:] K. Marks, F. Engels, Dzieła t. 7 op. cit., s. 298.
przez redakcja | piątek 16 grudnia 2011 | nr 4/2011
Satelickość jako stan i postawę zwykło się u nas wiązać z okresem sowieckiego panowania. Niekiedy zauważa się, że miała ona miejsce już w czasach zaborów, gdy nadzieje na dalszy byt narodowy wiązano bądź z jednym z mocarstw zaborczych, wobec którego zajmowalibyśmy pozycję satelity, bądź, jak to było np. w epoce napoleońskiej, z mocarstwem pozostającym z nimi w konflikcie, wobec którego zajmowalibyśmy analogiczną pozycję. Jednak satelickość ma sens nie tylko polityczny. Właściwe jej wzory myślenia i zachowań kształtowały się w Polsce na długo przed utratą niepodległości.
Należy je wiązać z uwarunkowaniami gospodarczymi i społecznymi, stanowiącymi konsekwencję odmiennej od zachodniej drogi rozwoju, na którą wkroczyliśmy na przełomie XV i XVI w. Od tego czasu w niektórych krajach kształtują się kapitalistyczne formy produkcji i odpowiadające im stosunki społeczne, w innych proces ten przebiega wolniej lub ulega zahamowaniom. To zróżnicowanie doprowadziło do wyodrębnienia się obszarów charakteryzujących się suwerennym wzrostem gospodarczym oraz takich, które cechował wzrost satelicki. Rezultatem tego ostatniego było wytworzenie się stosunków zależności.
Centra i peryferie
Z perspektywy procesów akumulacji, co jest równoznaczne z możliwościami inwestycji, XVII-wieczną Europę można podzielić pod względem tempa wzrostu gospodarczego na trzy grupy krajów.
Do pierwszej należą Anglia i Niderlandy, gdzie najszybciej przebiegał rozkład stosunków feudalnych i kształtowanie się kapitalizmu. Anglia, nie wyróżniająca się jeszcze w XVI w. niczym szczególnym, już w wieku XVIII była potęgą gospodarczą o silnym przemyśle i najbardziej rozwiniętym handlu w Europie. Dominowały produkcja sukiennicza i metalurgiczna. Na coraz większą skalę zagospodarowywano minerały. Zajęciami przemysłowymi objęto także wieś, co sprzyjało usuwaniu przeszkód społecznych w rozwoju kapitalizmu. Zwiększano areał upraw dzięki coraz powszechniejszemu stosowaniu melioracji. Ulepszano narzędzia i systemy rolnicze. Postępowała specjalizacja gospodarstw.
Jedną z głównych przesłanek rozwoju stanowiło to, że wytwórczość można było oprzeć tylko na najemnej sile roboczej. W przeciwieństwie do szlachcica wschodnioeuropejskiego, dysponującego chłopem pańszczyźnianym, któremu mógł zwiększać obciążenia, angielski właściciel ziemski czy przedsiębiorca mógł znacząco obniżać koszty pracy tylko poprzez innowacyjność. W efekcie gospodarka wytwarzała coraz więcej lepszych i bardziej konkurencyjnych towarów, a Anglia skutecznie wypierała rywali z rynków światowych. Kraj ten osiągał także zyski z kolonii. Najistotniejsza była tutaj nie tyle ich wysokość, lecz to, że pomnażały nadwyżkę ekonomiczną, a jej przyrost, od razu w formie skoncentrowanej, trafiał do kapitalistów, którzy przeznaczali go na inwestycje. Analogicznie wyglądało to z nadwyżką z handlu. Taka droga uczyniła Wielką Brytanię największą potęgą świata w XIX w.
Najpierw jednak przewagę miały Zjednoczone Prowincje Niderlandów. Impulsem dla ich rozwoju było najgęstsze zaludnienie na kontynencie, co sprzyjało intensyfikacji upraw. Charakterystyczną cechą była rolnicza specjalizacja poszczególnych regionów. Rozwijał się przemysł sukienniczy i rolno-spożywczy. Holandia była także największą potęgą handlową i transportową. Jednak tempo wzrostu jej handlu już na początku XVIII w. było niższe niż od angielskiego i być może francuskiego. Choć rozwój poszczególnych działów gospodarki był w XVII w. dość proporcjonalny, później nastąpiło zachwianie na rzecz dominacji kapitału kupieckiego w produkcji przemysłowej i rolniczej, co negatywnie odbiło się na zdolności konkurowania z Anglią.
Drugą grupę stanowiły w XVII w. Francja, kraje skandynawskie, Niemcy, Czechy i Austria. Słabiej uczestniczyły w ekspansji kolonialnej lub w ogóle nie brały w niej udziału. Rozkład stosunków feudalnych był mniej zaawansowany, co sprawiało, że dynamika wzrostu była niższa. Wprawdzie zniszczenia w wyniku wojny trzydziestoletniej były ogromne, ale generowała ona także wzrost zapotrzebowania na różne dobra, co ożywiało produkcję i wymianę. Odbudowa po wojnie dokonała się już w oparciu o nowocześniejsze formy gospodarowania. Te dobre tendencje hamowała szlachta, która, włączając się w nurt stosunków towarowo-pieniężnych, nie dopuściła do zamknięcia dopływu korzyści pochodzących z przywileju feudalnego. Jednak rosnące mieszczaństwo coraz skuteczniej zmniejszało jej przewagę.
Trzecia grupa to w XVII w. kraje stagnacji i regresu – Hiszpania, Portugalia, Włochy i Turcja, a także Polska.
Złudna koniunktura
Zapoczątkowany w XVI w. podział na rolniczy i zrefeudalizowany Wschód oraz rozwijający kapitalizm i industrializujący się Zachód umożliwił temu drugiemu znacznie szybszy wzrost gospodarczy i uzależnienie Europy Wschodniej. Jednak w pierwszym etapie funkcjonowania dualizmu rozwojowego to właśnie kraje rolnicze, w tym przede wszystkim Rzeczpospolita, wyciągały z tego układu więcej bezpośrednich korzyści. Wiek XVI był bowiem w całej niemal Europie okresem znakomitej koniunktury na produkty rolne. Spowodowane to było rozwojem gospodarki towarowo-pieniężnej, przemianami demograficznymi i wzrostem zamożności mieszczaństwa. Nie należy zapominać, że produkty rolne były wówczas także głównym surowcem energetycznym – pomijając energię z wody i wiatru, wszystko, co pracowało, „chodziło” na żywność.
Wzrost cen w Polsce najszybszy był właśnie dla produktów rolnych, np. na rynkach Krakowa i Gdańska ceny żywności wzrosły w XVI w. o ok. 300%, a odzieży tylko o ok. 100%. Zarówno koniunktura krajowa, jak i ogólnoeuropejska stanowiły o największej opłacalności produkcji rolnej.
Aby zwiększać dochód, producent musiał dążyć do poszerzania areału i obniżania kosztów pracy. Ziemi, która czekała na zagospodarowanie, było dużo. Jednak ta okoliczność sprzyjała gospodarce ekstensywnej. Szybko okazało się też, że znaczącego obniżenia kosztów pracy można dokonać bez stosowania nakładów na usprawnienia. Szlachta, z racji przewagi w stanowej strukturze ustrojowej, powiększała folwarki głównie poprzez zagarnianie folwarków sołtysich i gospodarstw chłopskich (poddanych przenoszono na gorsze grunty) oraz zabieranie pustych łanów. Mogła również korzystać z darmowej pracy poddanych, a także udało jej się uzyskać taniego robotnika poprzez ograniczenie praw tzw. ludzi luźnych.
Przez cały XVI w. model folwarczny był bardzo dochodowy. Jeden łan ziemi folwarcznej przynosił właścicielowi 35-55 złotych polskich, gdy z łanu ziemi chłopskiej pan osiągał w postaci świadczeń 2,5-3,5 złp. Dlatego w ciągu XVI w. w gospodarce Rzeczpospolitej dominującą pozycję zdobyło rolnictwo, a w jego ramach zarysowała się silna tendencja do monokultury zbożowej. Folwark pańszczyźniany stał się podstawową formą gospodarki.
Jego upowszechnienie spowodowało początkowo szybki wzrost produkcji. Na eksporcie płodów rolnych opierał się dodatni bilans w handlu zagranicznym. Ten, jak się wydawało, znakomity interes zbożowy stworzył jednak solidne fundamenty naszej gospodarczej i cywilizacyjnej satelickości, która trwa do dzisiaj.
Regres
Od lat 80. XVI w. uległy zahamowaniu zwyżki cen najpierw na mięso, a później na zboże. W drugiej połowie XVII w. nastąpiła natomiast ich znaczna obniżka – najpierw w Europie Zachodniej, jednak z uwagi na rolę eksportu zboża w gospodarce Rzeczpospolitej, to na tej ostatniej odbiła się szczególnie negatywnie. Natomiast spadek cen na wyroby rzemieślnicze i przemysłowe był znacznie mniejszy, więc relacja stawała się coraz mniej korzystna dla rolnictwa.
Szlachta zareagowała zgodnie z feudalną logiką. Zwiększyła produkcję, ale nie poprzez zmodernizowanie procesu wytwórczego, co wymagałoby nakładu kapitałów, lecz przez poszerzanie areału ziemi folwarcznej, często zagarniając grunty chłopskie. Koszty pracy ponownie ograniczano poprzez zwiększenie pańszczyzny z tygodniowego poziomu 3 do 4 lub więcej dni z łanu. Redukowano też personel folwarczny, przerzucano na poddanych troskę o narzędzia i inwentarz pociągowy oraz zmniejszano hodowlę, co pogłębiało monokulturę zbożową. Doraźnie osiągano cel. W pierwszych dziesięcioleciach XVII w. notowano największy eksport. W 1618 r. wyeksportowano przez Gdańsk rekordowe 115 521 łasztów. Jednak wskutek pogorszenia nawożenia oraz obniżenia jakości pracy, wynikającego ze zwiększonych obciążeń, doprowadzono do wyjałowienia gleb i spadku plonów, a więc i globalnej produkcji. Zmniejszyła się ona w stosunku do poziomu z końca XVI w. o ok. 30%.
Musiało się to odbić negatywnie na międzynarodowej pozycji Polski. O ile wcześniej wojny dotykały tylko terenów peryferyjnych, to od 1648 do 1720 r. dochodziło do pustoszenia centralnych części kraju. Fakt ten był przejawem słabości państwa, niezdolnego już wtedy do obrony granic. Ogromne zniszczenia wojenne pogłębiały tę słabość. Momentem krytycznym była wojna ze Szwecją z lat 1655-1660. Wybuchła ona, gdy wojska rosyjskie opanowały większą część Wielkiego Księstwa Litewskiego, a na Ukrainie bardzo silna była pozycja Chmielnickiego. Po raz pierwszy został realnie zagrożony byt państwa oraz pojawiła się koncepcja rozbioru. Utrata większości Inflant izwierzchności nad Prusami Książęcymi poważnie osłabiły naszą pozycję nad Bałtykiem. Doszedł do tego głód i zarazy. Liczba ludności spadła o 1/3 w stosunku do początku XVII w.
Mimo ujawnienia się słabości ustroju, nie zdobyto się na żadne reformy. Wręcz przeciwnie. Zmiany, które się wtedy dokonały, zamknęły przed Rzeczpospolitą jakiekolwiek perspektywy rozwojowe. Rozpoczął się proces koncentracji produkcji rynkowej w folwarku, co prowadziło do zwiększania dystansu ekonomicznego między magnaterią a średnią szlachtą. Straty, jakie poniosło chłopstwo, doprowadziły do jego ostatecznego przekształcenia w klasę quasiniewolniczą.Oznaczało to utratę ogromnego potencjału pracy, ponieważ praca niewolnika nie jest tak efektywna jak wolnego człowieka, który ma perspektywy podniesienia poziomu życia.Straty wśród mieszczaństwa przesądziły o upadku miast i wyeliminowaniu czynnika podatnego na prowzrostowe rozwiązania kapitalistyczne.
Wspomniany wzrost dystansu ekonomicznego w obrębie szlachty sprawiał, że od II połowy XVII w. miało miejsce pogłębianie się klientelizmu politycznego. Służąc magnatowi, średni szlachcic mógł osiągnąć sukces. Magnat, uczestniczący w fakcyjnych walkach o władzę, nagradzał popierającego go klienta lukratywnymi urzędami i dzierżawami oraz zapewniał ochronę przed możniejszymi konkurentami. Tego rodzaju system powodował, że środek ciężkości podnoszenia własnej pozycji ekonomicznej przez średniego szlachcica przesuwał się z niezależnej aktywności gospodarczej w kierunku aktywności politycznej klienta.
Pod powierzchnią demokratycznych i republikańskich form ustrojowych kształtowała się niemal klasyczna drabina feudalna. Średni i drobny szlachcic związany był z magnatem i bardziej lojalny wobec niego niż wobec króla i państwa. Jednocześnie co możniejszy klient budował swój lokalny układ z drobniejszej szlachty. Potwierdzała się zasada, iż ustrój determinują rzeczywiste stosunki gospodarcze, a nie jego prawny opis.
W początku XVIII w. nasz eksport spadł do 10 tys. łasztów rocznie, a zdolności produkcyjne Rzeczpospolitej w końcu XVIII w. były mniejsze niż 200 lat wcześniej!W tej sytuacji nie tyle fakt likwidacji państwa przez sąsiadów musi budzić zdumienie, lecz raczej to, że dokonano jej tak późno…
Dysproporcje
Dysproporcje tempa.Produkt społeczny wzrasta tym szybciej, im większa jest stopa akumulacji oraz wydajność środków produkcji. W XVI w. różnice między poszczególnymi krajami pod tym względem są już widoczne. Stały się one jeszcze większe w wieku XVII. Tempo rozwoju i stopa wzrostu gospodarczego były najwyższe tam, gdzie najszybciej rozwijała się akumulacja kapitalistyczna, zaś akumulacja drobnotowarowa miała tendencję zniżkową na rzecz kapitalistycznej, czemu towarzyszył wzrost wydajności środków produkcji. Działo się tak w krajach wspomnianej pierwszej grupy. W krajach drugiej grupy, gdzie występowały akumulacja feudalna, kapitalistyczna i drobnotowarowa, tempo rozwoju i stopa wzrostu były mniejsze. Najniższe jednak były w trzeciej grupie, do której zaliczała się Rzeczpospolita ze swoją zrefeudalizowaną gospodarką. Właściwością bowiem gospodarki feudalnej są niski poziom akumulacji dla inwestycji produkcyjnych oraz niewielka wydajność środków produkcji, utrzymująca się wskutek możliwości korzystania z darmowej lub taniej pracy poddanych.
Dysproporcje ładu.W fazie startowej kapitalizmu kluczowe znaczenie miały właściwe proporcje między produkcją rolniczą i przemysłową. W krajach, w których zostały one zachwiane na rzecz rolnictwa, kształtowanie się kapitalistycznych, prowzrostowych stosunków produkcji rozciągało się na znacznie dłuższy okres. Prowadziło to także do zacofania rolnictwa. Rynek wewnętrzny bowiem, wskutek braku przyrostu ludności trudniącej się zajęciami pozarolniczymi, nie generował potrzeby zwiększania nadwyżek w rolnictwie i doskonalenia produkcji rolnej. Słabość przemysłu powodowała także gorsze wyposażenie techniczne rolnictwa, co obniżało jego wydajność. Słaby był również czynnik kulturowy przedsiębiorczości oraz innowacyjności w sferze technicznej i organizacyjnej, niewielka była wreszcie presja na zmiany ustrojowe w kierunku rozwiązań prowzrostowych.
Na początku kształtowania się gospodarki folwarcznej kondycja miast i rzemiosła w Polsce nie była zła, a nawet notowano rozwój produkcji rzemieślniczej. Około 23% ludności mieszkało w miastach. Dominowała produkcja cechowa, ale na niektórych obszarach i w pewnych dziedzinach pojawiały się już formy nakładu. Powstawały większe warsztaty i pierwsze manufaktury. Pojawiły się nowe dziedziny, jak papiernictwo i drukarstwo. Poważnie rozwijało się górnictwo i hutnictwo, na co znaczący wpływ miały kapitał i energia przedsiębiorców mieszczańskich. Jednak skierowanie wysiłku zdecydowanej większości społeczeństwa na produkcję rolną wpłynęło negatywnie na rozwój miast, rzemiosła i przemysłu. Gospodarka została zdominowana przez rolnictwo, a ustrój kształtował się pod kątem interesów właścicieli ziemskich. W efekcie mieliśmy do czynienia nie tylko z zahamowaniem wyłaniania się stosunków kapitalistycznych, ale także z recydywą feudalizmu.
Kto od kogo zależał
Pozornie wybór orientacji rolniczej był racjonalną i suwerenną odpowiedzią na uwarunkowania rynkowe. Jednak uwarunkowania te nie kształtują się same, lecz wynikają z określonych procesów rozwojowych. W gospodarce europejskiej XVI w. zaczęły odgrywać rolę czynniki, które wcześniej nie miały aż tak istotnego wpływu na rozwój: położenie geograficzne, warunki klimatyczne, cechy ludności itp. Państwa, które pod tymi względami znalazły się w sytuacji uprzywilejowanej, posiadały premię startową. Dawała ona lepszą pozycję na rynku. Dzięki temu uzyskiwano środki, które mogły być inwestowane. I tutaj dochodzimy do kwestii, jak potrafiono owe środki zagospodarować.
W dobie odkryć geograficznych, rozwoju żeglugi oceanicznej i ekspansji kolonialnej, do krajów najbardziej uprzywilejowanych należała Hiszpania. Premia startowa z tego tytułu była ogromna i przesądzała o jej pozycji w Europie. Jednak w chwili rozpoczęcia ekspansji kolonialnej nie ukształtował się jeszcze układ sił społecznych i gospodarczych umożliwiający racjonalne inwestowanie tej premii. W efekcie Hiszpania szybko stoczyła się do poziomu kraju satelickiego i peryferyjnego. Premię nie tylko stracono, ale wręcz przyczyniła się do regresu gospodarczego właśnie przez to, że przechwyciły ją i zagospodarowały kraje rozwijające przemysł i handel.
Odwrotnie Anglia i Zjednoczone Prowincje Niderlandów. Do ekspansji kolonialnej wystartowały, gdy wytworzył się już u nich układ sił społecznych i typ stosunków gospodarczych umożliwiające racjonalne wykorzystywanie nadwyżek. Kraje te potrafiły także znakomicie wykorzystać premię hiszpańską na rzecz własnego rozwoju. Również Francja dołączyła do beneficjentów ekspansji kolonialnej i hiszpańskiego sukcesu w momencie, gdy już ukształtował się tam układ społeczno-gospodarczy pozwalający racjonalnie korzystać z nadwyżek ekonomicznych z tego tytułu. W przeciwieństwie do Hiszpanii, w tych krajach premia kolonialna napędzała rozwój i sprzyjała ewolucji w kierunku prowzrostowym.
Nawet największe uprzywilejowanie geograficzne nie dawało trwale silnej pozycji. Dawał ją natomiast wcześniejszy i zakrojony na szerszą skalę start kapitalistyczny. Kształtujące się struktury sprzyjające wzrostowi i modernizacji, tempo samego wzrostu oraz coraz silniejsza orientacja na wytwórczość przemysłową i handel sprawiały, że kraje wcześniejszego startu niejako narzucały pozostałym – mając największy wpływ na rynek międzynarodowy – określoną specjalizację produkcyjną.
W Polsce pojemność rynku wewnętrznego, która wzrosła poważnie na przełomie XV i XVI w., odegrała ogromną rolę. Nie należy jednak nie doceniać czynnika zewnętrznego. Po pierwsze, stopień zaawansowania rozwoju produkcji rzemieślniczej i wczesnoprzemysłowej był w XVI w. na Zachodzie wyższy niż u nas. Postępujący tam wzrost cen na korzyść produktów rolnych objął również nasze ziemie, wskutek powiązań handlowych Polski z wieloma krajami zachodnimi. A zatem na niezwykłą koniunkturę zbożową decydujący wpływ miały procesy gospodarcze na Zachodzie. Po drugie, w tych warunkach Polska mogła osiągać dodatni bilans handlowy z tymi krajami przede wszystkim korzystając z koniunktury na zboże, a nie konkurując z ich produkcją przemysłową. Dzięki dodatniemu bilansowi, do kraju napływały kruszce szlachetne, niezbędne do realizacji wojskowych i administracyjnych funkcji państwa oraz umożliwiające gromadzenie bogactwa. Zwiększający się ponad potrzeby ówczesnej gospodarki obieg pieniądza skutkował jego deprecjacją i ogólnym wzrostem cen. Import towarów z krajów zachodnioeuropejskich, stopniowo po coraz wyższych cenach, także osłabiał siłę nabywczą pieniądza. Stabilność walutowa kraju zależała więc ostatecznie od eksportu produktów rolnych.
Gdy szlachta polska orientowała się na eksport zboża, podporządkowywała się uwarunkowaniom określonym przez kraje wcześniejszego startu. A zatem wybór specjalizacji produkcyjnej był przejawem satelickiej pozycji gospodarki Rzeczpospolitej względem gospodarek bardziej zaawansowanych. Jak się okazało, wybór ten prowadził do uzależnienia dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, od eksporterów wyrobów przemysłowych, po drugie – od popytu na zboże, kształtowanego przez procesy gospodarcze w krajach, które rozwijały stosunki kapitalistyczne. Utrzymywanie się takiego stanu skutkowało utrwalaniem stosunków gospodarczych, społecznych i politycznych, które uniemożliwiały reorientację gospodarczą w przypadku zmiany koniunktury. Tego rodzaju niemożność pogłębiała uzależnienie.
Wzrost satelicki, uzależniony od wzrostu suwerennego, nie zawsze jest mniejszy od tego drugiego. Gdy relacje cen kształtowały się korzystnie dla produkcji zbożowej, można mówić wręcz o pewnym uprzywilejowaniu geograficzno-klimatycznym i osiąganiu premii z tego tytułu. Premia ta mogła być inwestowana w rozwój przemysłu i handlu, co sprzyjałoby szybszemu kształtowaniu się kapitalizmu. Jednak korzystna dla rolnictwa relacja cen sprawiała, że nie było wystarczającego impulsu, aby inwestować w rozwój przemysłu, skoro jego produkty można było kupić za granicą za dochody ze sprzedaży płodów rolnych. Zyski z polskiego eksportu były zatem inwestowane w rozwój przemysłu w innych krajach. Taka sytuacja sprzyjała umacnianiu się pozycji rolnictwa kosztem wytwórczości rzemieślniczej i przemysłowej, co pogłębiało naszą satelickość. Umacniała się też pozycja szlachty, posiadającej dobra ziemskie. Bezpośredni interes klasy rządzącej i wąsko rozumiany interes kraju, nakazujący powiększać dochód z dobrej koniunktury, doskonale współgrały zatem z logiką uzależnienia gospodarczego.
W tego rodzaju gospodarce nie ma wystarczającej ilości czynnika ludzkiego, który charakteryzowałby się właściwym kapitalizmowi typem przedsiębiorczości równoznacznej z innowacyjnością. Nie ma wystarczająco silnych motorów modernizacji, a więc brak skutecznej presji na gospodarcze i ustrojowe formy prowzrostowe. Nie kształtuje się też kultura kapitalistyczna, która indukowałaby procesy modernizacyjne w rolnictwie. To także sprawiało, że szlachta bogacąca się na produkcji zboża nie inwestowała nadwyżek w modernizację, lecz przeznaczała je na luksusową konsumpcję (napędzając wzrost gospodarczy krajów, z których importowano towary luksusowe) lub tezauryzowała, przez co nie pracowały one na rzecz rozwoju. Podobnie jak w przypadku Hiszpanii, szlachta polska wchodząc w XVI w. do gry gospodarczej z krajami bardziej zaawansowanymi w rozwoju stosunków kapitalistycznych nie posiadała jeszcze rozwiniętego zmysłu rzeczywistej przedsiębiorczości. Premia startowa została zatem przechwycona przez innych.
Kraje rozwijające stosunki kapitalistyczne modernizowały rolnictwo, czego konsekwencją była rosnąca zdolność zaspokojenia własnych potrzeb. Polski właściciel ziemski musiał na rynku międzynarodowym konkurować z coraz bardziej efektywnym zachodnim przedsiębiorcą rolnym, a także z rosyjskimi dostawcami jeszcze tańszego zboża, którzy właśnie pojawili się na tym rynku. Jednocześnie w krajach rolniczych rynek wewnętrzny kurczył się wskutek upadku miejskiej wytwórczości.Brak kapitalistycznych mechanizmów rozwojowych oraz odpowiednich wzorów myślenia i zachowań powodowały, że szlachta ratowała swoje przedsięwzięcia poprzez natężenie eksploatacji poddanych i gospodarkę prowadzącą do wyjałowienia gleb. Wydajność i produkcja globalna systematycznie spadały. Dodatni bilans handlowy Rzeczpospolitej z krajami zachodnimi trwał do pierwszej połowy XVII w., a w drugiej był już melodią przeszłości. Satelicki wzrost gospodarczy zamienił się w trwały i postępujący satelicki regres.
W dodatku niemal wszystkie towary z Polski były eksportowane morzem przez Gdańsk na statkach kupców holenderskich. Darmowa praca chłopów sprawiała, że właściciel folwarku, dla którego liczył się globalny dochód, a nie zysk wynikający z relacji do wartości kapitału włożonego w produkcję, mimo wysokich kosztów transportu godził się na ceny proponowane przez kupców gdańskich i holenderskich. Koszty te i tak rekompensował sobie większą eksploatacją poddanych. Holendrzy przechwytywali część zysków z koniunktury zbożowej. W ten sposób traciliśmy szansę na powstanie wielkiego rodzimego kapitału kupieckiego, który byłby inwestowany w operacje handlowe, finansowe i przemysłowe oraz tworzył przesłanki dla rozwoju stosunków kapitalistycznych. Napędzaliśmy zaś rozwój takich stosunków w Niderlandach. Również importując sukno holenderskie przyczynialiśmy się do rozwoju tamtejszego przemysłu sukienniczego. Przez Śląsk do krajów niemieckich eksportowaliśmy skóry, futra, wełnę, len i konopie. Nieraz po przeróbce towary te wracały do Polski w postaci wyrobów gotowych. I w tym wypadku napędzaliśmy przemysł poza naszymi granicami.
Ogólnie polska wymiana handlowa wyglądała następująco: eksport – zboże, drewno, popiół, smoła, skóry, futra, wełna, len, konopie, woły; import – stal, narzędzia metalowe, noże, kosy, sierpy, sukna, płótna, barchan, jedwab, wina. Taka struktura prowadziła do pogłębiania zależności naszej gospodarki od zagranicznego przemysłu. Dla szlachty sytuacja taka była niezwykle korzystna, gdyż nie kształtowała się dzięki temu silna klasa handlowo-przemysłowa, zagrażająca jej pozycji ekonomicznej oraz politycznej.
Idee i złudzenia
Pojawia się pytanie, czy w tamtych czasach istniała świadomość konsekwencji przebiegu procesów rozwojowych, czy też wszystko odbywało się w sposób niejako spontaniczny. Odpowiedzi należy szukać w ideach ekonomicznych i ich związkach z praktyką poszczególnych państw. Bodaj najstarszym teoretycznym ujęciem zjawisk gospodarczych był bulionizm, wczesna koncepcja merkantylistyczna. Wedle niej, bogactwo było równoznaczne ze szlachetnymi kruszcami, których obfitość zapewniał dodatni bilans handlowy. Już wtedy uświadamiano sobie, że w przeciwieństwie do dóbr żywnościowych, które są nietrwałe, kruszce są wartością trwałą i ich posiadanie decyduje o potędze kraju. W Polsce stanowisko takie reprezentowali m.in. Wojciech Gostkowski, Szymon Starowolski i Stanisław Cikowski. Popierali gospodarkę folwarczną, gdyż ta kreowała dodatni bilans w obrotach z zagranicą, co zapewniało napływ kruszców.
Merkantyliści zachodni jednak, obserwując, że w Hiszpanii kruszce nie umacniały gospodarki, lecz były przeznaczane na import dóbr konsumpcyjnych, sformułowali założenia teoretyczne, które miały trwale zapewnić dodatni bilans handlowy i zabezpieczyć przed wypływem kruszców z kraju. Istotą tej koncepcji były z jednej strony orientacja na rozwój wytwórczości własnej i jej ochronę przed obcą konkurencją, z drugiej interes kupca, którego aktywność ma bezpośrednio zapewnić dodatni bilans handlowy. Realizację tych zasadniczych celów należało osiągać przez protekcjonizm celny, zwolnienia podatkowe i subwencje umożliwiające rozwój szczególnie nowych przemysłów o charakterze antyimportowym, dążenie do samowystarczalności w zakresie produkcji surowców strategicznych na potrzeby armii i floty, uniezależnienie się od importu zboża, popieranie polityki kolonialnej, aby zabezpieczyć dostawy surowców i towarów, stymulowanie wzrostu liczby ludności, dążenie do optymalnego wykorzystania potencjału pracy, sprowadzanie fachowców z zagranicy i zakaz emigracji fachowców własnych, aktywne kształtowanie gustów i przyzwyczajeń konsumpcyjnych społeczeństwa, aby były zorientowane na wyroby krajowe.
Odmianą rozwijanego od drugiej połowy XVI do pierwszych dziesięcioleci XVIII w. merkantylizmu był u schyłku wspomnianego okresu kameralizm, praktykowany w krajach niemieckich. Przyjmując wszystkie zasady merkantylizmu, skupiał się na dochodach osoby panującej, uosabiającej państwo. Wzrost tych dochodów można było zapewnić poprzez takie zorganizowanie gospodarki, aby możliwie najpełniej wykorzystać krajowy potencjał pracy. Dążono zatem do pełnego zatrudnienia ludności oraz uczono ją pracowitości i oszczędności. Kameralizm usprawniał działania praktyczne i podporządkowywał życie gospodarcze administracji centralnej, na czele której stał monarcha. Stosowano również skrajny protekcjonizm, co miało ożywić przemysł krajowy.
Te idee uwidaczniają, że kwestią centralną było osiągnięcie suwerenności gospodarczej, a jednocześnie dążenie do narzucenia własnej dominacji gospodarkom słabszym. W warunkach rozwijającego się kapitalizmu idee te odpowiadały bezpośrednim interesom przedsiębiorców przemysłowych, rolnych i kupców, którzy w dążeniu do maksymalizacji zysków potrzebowali takich narzędzi do skutecznego zwalczania obcej konkurencji. Siły społeczne związane z kapitalistycznymi formami produkcji, wzrastając podporządkowywały państwo swoim interesom. Jednocześnie powodzenie tych interesów zwiększało potęgę państwa. Nie można więc powiedzieć, że problemy suwerenności czy satelickości gospodarczej, aczkolwiek niekoniecznie wyrażane tego rodzaju terminami, były poza zasięgiem refleksji teoretycznej, lub że refleksja ta nie przekładała się na praktyczne działania.
W Rzeczpospolitej szlachta dążyła do wprowadzenia swobody handlowej, ale tylko w odniesieniu do eksportu produktów rolnych. Już w 1496 r. została zwolniona z opłat celnych za wywóz towarów wytworzonych w swoich dobrach i za import na własne potrzeby. Skutecznie ograniczała wolność handlu polskiego mieszczaństwa, zwłaszcza jeśli chodzi o eksport zboża. Cła nie były w Polsce narzędziem polityki gospodarczej, lecz miały charakter wyłącznie fiskalny. Można powiedzieć, że Rzeczpospolita rozwinęła swoisty liberalizm dla uprzywilejowanych. Duży wpływ na to miał brak konsekwentnej polityki gospodarczej państwa – słabego i podporządkowanego interesom właścicieli ziemskich.
Podsumowując, od przełomu XV i XVI w. Polska, mająca wówczas solidne perspektywy rozwojowe, zaczęła przekształcać się w peryferyjny i satelicki rejon eksploatacji gospodarczej dla krajów bardziej rozwiniętych. W efekcie, już w I połowie wieku XVIII charakteryzowała się wąskim rynkiem wewnętrznym, gospodarką ekstensywną, opartą na niewolniczej pracy poddanych, monokulturą eksportową, stosunkami społeczno-gospodarczymi i politycznymi utrwalającymi satelickość oraz rządami klasy właścicieli ziemskich, zhierarchizowanej według zasad klientelizmu, mającej interesy bezpośrednio skorelowane z logiką zewnętrznej zależności gospodarczej.
Ostatni etap
Początek akumulacji pierwotnej, a więc takiej, gdy zgromadzone środki zostają zaangażowane w inwestycje służące kształtowaniu się układu kapitalistycznego, przypada u nas dopiero na drugą połowę XVIII w. W tym okresie wzrasta koniunktura na żywność. Polski eksport osiąga wielkość 100 tys. łasztów. Zaczynamy ponownie notować wzrost gospodarczy. Jednak jego tempo było dwukrotnie niższe niż w Anglii czy Francji, a on sam – uwarunkowany rosnącym uprzemysłowieniem, wzrostem liczby ludności i powtarzającymi się wojnami na Zachodzie.
W okresie tym, chociaż dominuje pańszczyzna, postępuje jej zamiana na czynsz pieniężny. Zjawisko to, w połączeniu z narastającym zróżnicowaniem ekonomicznym na wsi, zapoczątkowało rynek pracy w Polsce. Wtedy też powstały w naszym kraju zalążki przemysłu, związane z tworzeniem manufaktur. W większości należały do wielkiej własności ziemskiej, która dysponowała wystarczającymi środkami do uruchamiania takich przedsięwzięć. Ale fakt zatrudniania w nich chłopów pańszczyźnianych sprawił, że wzrost podaży siły roboczej nie dynamizował procesu industrializacji.
Korzystna dla mieszczaństwa polityka państwa przywróciła mu możliwość uczestnictwa w handlu zewnętrznym, a zmiana systemu celnego sprzyjała aktywności. W drugiej połowie XVIII w. podejmowały działalność instytucje kredytowe, coraz częściej udzielające pożyczek na cele przemysłowe. Wywodzące się z wczesnokapitalistycznych operacji handlowych spółki szlachecko-mieszczańskie, tworzone w celu przyspieszenia akumulacji, u nas zaczęły powstawać także dopiero w tym okresie. Chociaż kapitał handlowy i bankowy nie przejawiał tak dużej aktywności jak na Zachodzie, to manufaktury mieszczańskie, w które inwestowano ostrożnie, miały stosunkowo trwały żywot, oparty na dobrej kalkulacji rynkowej. Natomiast inwestycje magnatów, oparte na eksploatacji surowców, wyzyskiwaniu taniej siły roboczej i zapewnieniu sobie odbiorców wśród poddanych, niekiedy zawodziły. Stąd krótkotrwały żywot wielu tego typu przedsięwzięć.
W Polsce nie było subwencji państwowych dla manufaktur prywatnych, co na Zachodzie stanowiło normę. Nie może to dziwić, skoro dochody skarbowe Rzeczpospolitej nie dorównywały nawet połowie wpływów skarbu brytyjskiego z papieru stemplowego, a na tle efektownego wzrostu dochodów skarbowych Rosji i Prus w okresie od 1700 do 1788 r., nasz skarb gwałtownie ubożał. Warto też pamiętać, że ta forma wytwórczości pojawiła się już w XIII w. we Flandrii i we Włoszech, rozwijała się w południowych Niemczech (XIV w.), Francji, Niderlandach i Anglii. Dotarła wprawdzie w XVI w. do Rzeczpospolitej, jednak w warunkach zrefeudalizowanej gospodarki nie miała szans na rozwój. Gdy w Polsce tego rodzaju przedsięwzięcia były szczytem nowoczesności, po skonstruowaniu maszyny parowej Europa Zachodnia stała u progu produkcji fabrycznej.
Satelickość polityczna
Pogłębienie zacofania gospodarki musiało dać skutki polityczne, tym bardziej, że naszymi sąsiadami były, łącznie z Rosją, kraje szybko się modernizujące i unowocześniające potencjał militarny. Dominacja magnaterii kierującej się własnymi interesami, postępująca anarchizacja typu feudalnego, walki fakcyjne, instytucje wolnej elekcji i liberum veto, sprzyjające bezprecedensowej korupcji politycznej, słabość władzy wykonawczej oraz instytucji egzekwowania prawa – stwarzały doskonałe możliwości ingerencji obcych potęg w wewnętrzne sprawy kraju.
Nasza satelickość stała się czymś oczywistym, niemal immanentną cechą naturalnego porządku świata. Świadczyło o tym także przekonanie bardziej oświeconej części elity, że w dziele uzdrawiania stosunków w kraju należy oprzeć się bądź na Rosji Katarzyny II (Familia przed pierwszym rozbiorem), bądź korzystając z antagonizmu między Prusami a Austrią i Rosją odwołać się do poparcia Prus (obóz reform po pierwszym rozbiorze). Ów bazujący na iluzjach i chwilowych zmianach koniunktur irracjonalizm polityczny wynikał z jednej strony z konieczności liczenia się z satelicką rzeczywistością, z drugiej zaś z przeświadczenia, że na drodze samej gry sił wewnętrznych nie da się wprowadzić kraju na tory rozwoju.
Powyższa sytuacja generowała satelickie myślenie i zachowania, więc nawet gdy działania podejmowano w imię słusznych celów, przyczyniała się do zakorzeniania takich wzorów w kulturze.
Konsekwencje
Najtrafniej zacofanie Rzeczpospolitej można określić odnosząc je do stadiów rozwoju, autorstwa ekonomisty Walta Rostowa. Stadium społeczeństwa przejściowego datuje on na koniec XVII i pierwszą połowę XVIII w. Charakteryzowało się ono postępem w rozwoju narzędzi produkcji (inwestycje w produkcję manufakturową) i handlu światowego, zmianami w strukturze społecznej, upowszechnianiem się idei racjonalizmu, wyłanianiem elit kreujących programy rozwoju społeczno-gospodarczego. W tym czasie Rzeczpospolita wykazywała wszelkie cechy społeczeństwa i gospodarki tradycyjnej: dominacja rolnictwa, ograniczone możliwości produkcyjne, wynikające z niedostatecznego poziomu postępu technicznego, słabe wykorzystanie zasobów ludzkich i bogactw naturalnych, skupienie władzy w rękach posiadaczy ziemskich, mała mobilność i inicjatywa ludzi, hierarchiczna struktura.
Tak drastyczne przesunięcie w fazie rozwojowej mogło tylko pogłębić w nowej epoce naszą satelickość, tym bardziej, że utraciliśmy własną państwowość, czynnik kluczowy w tworzeniu i wdrażaniu wszelkich strategii niwelowania dystansu.
W epoce nowożytnej, w której nastąpiło rozejście się dróg rozwojowych między obiema częściami Europy, wykrystalizowały się kulturowe fundamenty współczesnych narodów. W toku historycznego procesu uzależniania kształtowały się właściwe satelickości wzory myślenia i postępowania.
Można mówić o wzorach dwojakiego rodzaju. Pierwsze odnosiły się do relacji gospodarczych z innymi krajami. Relacje te, obiektywnie satelickie, przez długi czas nie były postrzegane jako takie. Mogły być nawet rozumiane jako świadczące o wyższości Rzeczpospolitej i jej urządzeń ustrojowych. Do nierozpoznania satelickiego charakteru relacji gospodarczych z krajami bardziej zaawansowanymi przyczyniało się to, że nie dotyczyły one sfery bezpośrednio politycznej. Jeśli zaś nie uświadamiano sobie tego na co dzień, tym silniej satelickie wzory utrwalały się w kulturze.
Drugi rodzaj wzorów myślenia i zachowań nie dotyczył bezpośrednio relacji zewnętrznych, lecz odnosił się do wewnętrznych stosunków gospodarczych i społecznych, determinowanych w istotnym stopniu przez satelicki status naszej gospodarki. Stanowiąc barierę dla procesów modernizacyjnych, wzory te uniemożliwiały tym samym zmianę owego statusu. Wytworzona konfiguracja wyuczonych zachowań stopniowo obejmowała kolejne sfery życia, a od pewnego momentu była przekazywana z pokolenia na pokolenie. Przekazywane były także, poprzez kontakt społeczny i system stosunków międzyludzkich, określone dyspozycje psychiczne. W ten sposób formowały się, utrwalały i były internalizowane normy i reguły właściwe satelickości.
Widoczna w XVIII w. przewaga obszaru metropolitalnego budziła już wtedy w części naszych elit prowincjonalną fascynację. Wyrażało się to w dążeniu do naśladowania zewnętrznych przejawów kultury metropolii, nie zaś w absorpcji jej istotnych i użytecznych elementów. W ten sposób redukowano napięcia generowane przez dysonans poznawczy, którego źródłem był nasz obiektywnie niższy status cywilizacyjny. Taka postawa skutkowała zanikiem zdolności do samodzielnego kreowania nowych wartości, umacniając kulturową i mentalną satelickość. Symptomatyczne, że podobna postawa cechuje „elity” i społeczeństwo III RP.
Istotnym czynnikiem kształtowania kultury satelickiej było to, że XVIII-wieczni reformatorzy nie tworzyli swoich koncepcji w sposób intelektualnie suwerenny, lecz czerpali inspiracje i wzory z krajów centrum. Dobre i to. W kraju tak zacofanym, jak XVIII-wieczna Rzeczpospolita, tendencja do wzorowania się na lepszych jest naturalna. Po pierwsze dlatego, że lepsze rozwiązania już istnieją, są sprawdzone i łatwiej spróbować je skopiować, niż trudzić się nad poszukiwaniem rozwiązań oryginalnych. Zwłaszcza, że w zrefeudalizowanym kraju rolniczym, a więc statycznym, nawet wśród światłej części elit mobilność intelektualna jest niższa niż w kraju należącym do czołówki rozwojowej. W tym drugim bowiem elity nieustannie muszą szukać odpowiedzi na problemy, które nigdy i nigdzie wcześniej się nie pojawiły. Wreszcie, odwoływanie się do istniejących wzorów obcych pozwala żywić w kraju zacofanym iluzję, że jest się człowiekiem nowoczesnym i pracuje na rzecz podniesienia własnej ojczyzny.
Tego rodzaju postawa również stanowi przejaw mentalności satelickiej, a przez to, że jest reprezentowana przez warstwę kulturotwórczą, upowszechnia taką mentalność w społeczeństwie. Niestety, od elity kraju takiego, jak Polska wtedy i dziś, należy wymagać suwerenności intelektualnej, która jest matką wszystkich rodzajów suwerenności. Kraj zacofany, chcąc nadrobić dystans, potrzebuje rozwiązań skuteczniejszych niż te, które funkcjonują w krajach zaawansowanych. Jeżeli elita kraju takiej suwerenności nie wykazuje, jest tylko lokalnym pasem transmisyjnym władzy krajów tworzących centrum danej cywilizacji do krajów stanowiących jej peryferia.
Okres zaborów owe negatywne zjawiska tylko pogłębił. W PRL-u satelickie myślenie i zachowania osiągnęły rangę dogmatu. Dzisiaj bez protestów przyjmujemy narzucany nam kapitalizm zależny i godzimy się na peryferyjny status, traktując to jako rzecz normalną. Niepokoju „elit” i społeczeństwa nie budzi to, że w ramach współczesnego dualizmu rozwojowego – zbudowanego na różnicach między starymi i nowymi dziedzinami wytwórczości oraz na różnicach w zdolności do kreowania nowych technologii – plasujemy się w obszarze produkcji o niskiej wartości dodanej. Charakteryzuje się ona niskimi wskaźnikami innowacyjności, a tym samym intensywnym wykorzystaniem niskopłatnej siły roboczej. Natomiast stosunek importu do eksportu przyczynia się do dynamicznego wzrostu zadłużenia, a to, co jest jeszcze istotne dla rozwoju cywilizacyjnego, pozostaje w rękach lub pod kontrolą obcego kapitału. Taka postawa nie powinna dziwić. Satelickość ma bowiem w Polsce bardzo starą genezę i mocne korzenie.
przez redakcja | piątek 16 grudnia 2011 | Jesień 2012, nr 4/2011
Przekleństwo wydajności energetycznej, znane jako paradoks Jevonsa, to zjawisko opisane po raz pierwszy przez Williama Stanleya Jevonsa w XIX w. Zjawisko polega na tym, że wzrost wydajności energetycznej, a także bardziej wydajne wykorzystywanie zasobów, nie prowadzi do zachowania tychże, lecz do ich zwiększonego zużycia.
Chociaż teoria ta była zapomniana przez większą część XX wieku, w ostatnich dziesięcioleciach została odkryta na nowo i jest istotnym głosem w debacie dotyczącej ochrony środowiska.
Wiek XIX był wiekiem węgla. To właśnie węgiel napędzał brytyjski przemysł, a więc i całe Imperium. W 1863 r. przemysłowiec sir William George Armstrong w mowie skierowanej do Brytyjskiego Stowarzyszenia Popierania Rozwoju Nauki zastanawiał się, czy wiodąca w skali świata pozycja Wielkiej Brytanii w produkcji przemysłowej nie jest zagrożona perspektywą wyczerpania się dostępnych rezerw węgla. W tamtych czasach nie prowadzono jeszcze rozległych badań na temat zużycia węgla i jego wpływu na wzrost gospodarczy.
Odpowiedzi Armstrongowi udzielił William Stanley Jevons, jeden z twórców neoklasycznej szkoły ekonomii, w książce „Problem węgla. Rozwój narodowy a prawdopodobne wyczerpanie się zasobów naszych kopalń” („The Coal Question: An Inquiry Concerning the Progress of the Nation, and the Probable Exhaustion of Our Coal-Mines”, 1865). Jevons twierdził, że rozwój brytyjskiego przemysłu jest uzależniony od taniego węgla. Wzrost cen surowca – spowodowany koniecznością sięgania po niego coraz głębiej – doprowadzi prawdopodobnie „w ciągu jednego pokolenia” do utraty „dominacji handlowej i produkcyjnej”, a „w ciągu stulecia” do „bezruchu” w gospodarce. Nie zmieni tego jego zdaniem ani postęp technologiczny, ani zastępowanie węgla innym źródłem energii.
Książka Jevonsa zyskała szeroki rozgłos. John Herschel, ważna postać brytyjskiej nauki, zgadzał się z Jevonsem, pisząc: W stale rosnącym tempie trwonimy nasze zasoby i podwyższamy poziom życia – prędzej czy później musi nadejść straszny dzień zapłaty. W kwietniu 1866 r. John Stuart Mill chwalił „Problem węgla” w Izbie Gmin, skłaniając się jednocześnie ku pomysłowi Jevonsa, by w odpowiedzi na kurczenie się złóż tego ważnego surowca zmniejszyć dług publiczny. Sprawę podjął również ówczesny minister skarbu William Gladstone, który wezwał parlament do działań na rzecz zmniejszenia zadłużenia, uzasadniając to obawą przed rychłym wyczerpaniem się zasobów węgla. Nic zatem dziwnego, że książka Jevonsa szybko stała się bestsellerem.
W swoich obliczeniach autor jednak bardzo się pomylił. Produkcja węgla w Wielkiej Brytanii zwiększyła się w ciągu 30 lat od publikacji książki – wraz ze wzrostem popytu – ponad dwukrotnie. W tym samym czasie w Stanach Zjednoczonych wzrosła ona dziesięciokrotnie, pozostając jednak nadal na poziomie niższym niż w Wielkiej Brytanii. Mimo to, na przełomie wieków nie wybuchła żadna panika na tle obaw przed wyczerpaniem się dostępnych zasobów surowca. Zasadniczym błędem Jevonsa – w którym nie był osamotniony wśród wybitnych postaci swoich czasów – była nieumiejętność przewidzenia takich alternatywnych źródeł energii dla przemysłu, jak ropa naftowa czy elektrownie wodne. W 1936 r., siedemdziesiąt lat po sensacji, jaką w parlamencie wzbudziła książka Jevonsa, John Maynard Keynes odniósł się do wizji autora, oceniając, że prognozy na temat spadku dostępności węgla były naciągane i przesadzone. Można by jeszcze dodać, że perspektywa Jevonsa była dość wąska.
Paradoks Jevonsa
Sam paradoks Jevonsa jest jednak w ekonomii ekologicznej wciąż uważany za przełomowy. W rozdziale siódmym „Problemu węgla”, zatytułowanym „O ekonomii paliwa”, Jevons odniósł się do popularnego poglądu, że nowe, bardziej efektywne i oszczędne sposoby wykorzystania węgla rozwiążą problem zmniejszającej się dostępności tego surowca, oraz że pożytek z węgla można zwielokrotnić, utrzymując jego zużycie na takim samym poziomie lub nawet je zmniejszając. Jevons zdecydowanie odrzucił ten pogląd, stwierdzając, iż bardziej efektywne wykorzystywanie węgla prowadzi – wbrew temu, czego można by się spodziewać – jedynie do zwiększonego popytu na ten surowiec.
Wraz ze wzrostem wydajności następuje bowiem dalsza ekspansja ekonomiczna.To wielkie nieporozumienie przypuszczać, że oszczędne wykorzystywanie paliwa równa się jego zmniejszonemu zużyciu. Jest wprost odwrotnie. Nowe, bardziej ekonomiczne sposoby gospodarowania prowadzą do zwiększonego zużycia danego zasobu. Pokazują to doświadczenia z wielu podobnych przypadków. […] Tym bardziej tyczy się to tak powszechnie wykorzystywanego surowca jak węgiel. To właśnie bardziej efektywne gospodarowanie węglem prowadzi do jego zwiększonego zużycia – pisał.
Opisując szczegółowo rozwój silników parowych, autor „Problemu węgla” wskazywał, iż każde usprawnienie w ich produkcji sprawiało, że były bardziej wydajne pod względem termodynamicznym. Wraz z ulepszeniami wzrastało jednak zużycie węgla. Silnik Savery’ego, jeden z pierwszych silników parowych, miał tak niską wydajność, że – jak stwierdził Jevons – nie opłacało się go używać; jego współczynnik spalania był tak wysoki, że nie zużywał on węgla wcale. Kolejne modele, takie jak słynna maszyna parowa Watta, były bardziej wydajne, co sprawiało, że zapotrzebowania na węgiel rosło. Za każdym razem, gdy do użytku zostaje wprowadzony ulepszony silnik, zużycie węgla wzrasta. Jest to bowiem bodziec dla każdej gałęzi przemysłu – praca robotników zastępowana jest przez pracę maszyn, a duże przedsięwzięcia, które wcześniej były nieopłacalne ze względu na wysoki koszt energii parowej, mogą zostać zrealizowane.
Chociaż Jevons uważał, że paradoks ten dotyczy nie tylko węgla, w swej książce skoncentrował się właśnie na tym surowcu, który postrzegał jako główny czynnik industrializacji i bodziec dla branż dóbr inwestycyjnych. Węgiel był nie tylko paliwem dla nowoczesnych silników parowych. W połowie XIX w. stanowił także główny surowiec wykorzystywany w wielkich piecach wytapiających żelazo – najważniejszy produkt przemysłu i fundament dominacji gospodarczej1. Z racji ogromnego rozwoju tej branży, w 1870 r. Wielka Brytania, nazywana „warsztatem świata”, odpowiedzialna była za produkcję mniej więcej połowy żelaza na ziemi. Wzrost wydajności w wykorzystaniu węgla sprawił, że można było wyprodukować więcej żelaza. To doprowadziło do rozwoju całego przemysłu, a więc do wzrostu zapotrzebowania na węgiel.
Jevons ujął to w następujący sposób: Jeśli ilość węgla zużywanego w wielkim piecu zmniejszy się w stosunku do ilości gotowego produktu, zysk sektora wzrośnie, przyciągnie to nowy kapitał, cena surówki spadnie, ale popyt na nią wzrośnie. Wraz ze wzrostem liczby pieców – mimo większej wydajności każdego z nich – zużycie węgla zwiększy się. Nawet jeśli nie zawsze dzieje się tak w przypadku pojedynczej gałęzi przemysłu, należy pamiętać, że rozwój dowolnej gałęzi jest bodźcem dla nowej aktywności w większości pozostałych. To prowadzi pośrednio, jeśli nie bezpośrednio, do zwiększonego wydobycia naszego węgla.
Takie spostrzeżenie było wówczas niezwykle istotne. Zdawano sobie bowiem sprawę, że rozwój przemysłowy uzależniony jest od możliwości taniej produkcji żelaza. Mniejsza ilość węgla potrzebnego w piecach oznaczała ekspansję przemysłową, zwiększenie zdolności produkcyjnej, zawładnięcie nowymi rynkami, a także – w efekcie – wzrost zapotrzebowania na czarne złoto. W 1869 r. zużycie węgla przez brytyjski przemysł żelazny i stalowy wynosiło 32 miliony ton i przekraczało poziom jego łącznego zużycia w produkcji ogólnej (28 mln ton) oraz na potrzeby kolei (2 mln ton)2.
Była to era kapitału i przemysłu. O sile gospodarki decydowała wówczas ilość produkowanego węgla i surówki. Produkcja węgla i żelaza rosła w tym czasie w Wielkiej Brytanii w jednakowym tempie – pomiędzy 1830 a 1860 r. potroiła się. Jak stwierdził Jevons: Zaraz po węglu […] fundamentem naszej potęgi jest żelazo. To kręgosłup naszego systemu wytwórczego. Pisarze polityczni słusznie uznawali wynalezienie wielkiego pieca na węgiel za najważniejsze źródło naszego bogactwa […] Produkcja żelaza, surowca, z którego zbudowane są nasze maszyny, jest najlepszym miernikiem naszego bogactwa i potęgi.
Czytając książkę Jevonsa nie można nie dostrzegać wpływu, jaki na przemysł miałoby bardziej wydajne użycie węgla i jego zwiększone wydobycie, do którego by w rezultacie doszło. Ekonomiczność – pisał Jevons – pomnaża wartość i wydajność naszego najważniejszego surowca; nieskończenie zwiększa nasze bogactwa i ilość środków potrzebnych do życia, prowadzi do wzrostu populacji, rozwoju naszych manufaktur i handlu – to wszystko daje nam w tym momencie zadowolenie, ale nie będzie trwało wiecznie.
Prawo naturalne
Opisując węgiel jako „najważniejszy surowiec” dla brytyjskiego przemysłu, Jevons zwrócił uwagę na zastąpienie jednego „produktu podstawowego dla przemysłu” przez inny. Wielki spór wokół ustaw zbożowych pokazał (zwracał na to uwagę już m.in. ojciec Jevonsa, Thomas), że niższa cena produktu podstawowego napędza popyt i ostatecznie prowadzi do niedoborów, co w przypadku zboża oznaczało konieczność jego importu. Pod koniec XIX w. o niedoborze w sensie maltuzjańskim mówiono już jednak nie w kontekście zboża, lecz węgla.
Jevons postawił w swojej książce tezę – zwracał uwagę Keynes – że warunkiem utrzymania dobrobytu i przywództwa gospodarczego przez Wielką Brytanię jest stały rozwój przemysłu ciężkiego, co przełoży się na geometryczny wzrost zapotrzebowania na węgiel. Jevons zaproponował tę zasadę jako uzupełnienie statycznej teorii zasobów Malthusa i nazwał ją naturalnym prawem rozwoju społecznego […] Stąd już tylko krok do zastąpienia w teorii Malthusa zboża węglem.
Jevons podkreślał, że o ile liczba ludności wzrosła od początku XIX w. czterokrotnie, to zużycie węgla wzrosło szesnastokrotnie. Wzrost produkcji węgla był jego zdaniem konieczny dla szybkiego rozwoju przemysłowego, który prędzej czy później musi się skończyć. Autor „Problemu węgla” nie poświęcił uwagi zasadniczej sprzeczności, która jest sednem opisywanego przez niego paradoksu – dynamice akumulacji lub rozszerzonej reprodukcji, właściwym dla kapitalizmu. Jako jeden z pierwszych ekonomistów neoklasycznych, Jevons w odróżnieniu od ekonomistów klasycznych nie skupiał się na klasach i akumulacji. Jego analiza ekonomiczna przybrała formę statycznej teorii równowagi. Jevonsowi brakowało zatem odpowiedniego aparatu pojęciowego, by poradzić sobie z problemami akumulacji i wzrostu gospodarczego.
Przyrost liczby ludności, rozwój przemysłu, a także wzrost zapotrzebowania na węgiel (jako głównego surowca w przemyśle) był zdaniem Jevonsa, który bazował na teorii Malthusa, po prostu wynikiem abstrakcyjnego „naturalnego prawa rozwoju społecznego”. Autor „Problemu węgla”postrzegał kapitalizm nie jako pewien twór społeczny, lecz w kategoriach czegoś naturalnego. Nic więc dziwnego, że wytłumaczenia wciąż rosnącego popytu szukał on w jednostkowym zachowaniu, maltuzjańskiej demografii i mechanizmie cenowym. Zamiast skupić się na motywie zysku, odwoływał się do abstrakcyjnego prawa siły, sformułowanego przez Justusa von Liebiga: Cywilizacja, twierdzi baron Liebig, to ekonomia siły, a naszą siłą jest węgiel. Jevonsowi brakowało też realistycznego spojrzenia na ekonomię i społeczeństwo kapitalistyczne. Świadczy o tym fakt, że siły stymulujące ekspansję gospodarczą i industrializację – a więc prowadzące do wzrostu zapotrzebowania na węgiel – przedstawił on, o dziwo, jako słabe i nierozwinięte.
Przemysłowa dominacja – tak, zrównoważony rozwój – nie
Jevons nie przejmował się ekologią. Zamiast tego martwiła go perspektywa utraty przez Wielką Brytanię dominującej pozycji na świecie. Chociaż poświęcił dużo uwagi problemowi kurczenia się zasobów, nie zastanawiał się nad konsekwencjami, jakie dla środowiska będzie miało wyczerpanie się zasobów energii. Ignorował nawet spowodowane przez produkcję węgla zanieczyszczenie powietrza, ziemi i wody. Milczał również w kwestii chorób zawodowych i niebezpieczeństw czyhających na robotników kopalni i fabryk, w których jest on spalany.
Jevons zakładał po prostu, że masowa degradacja powierzchni ziemi jest czymś naturalnym. Chociaż perspektywa wyczerpania się węgla prowokowała pytanie o możliwość zatrzymania wzrostu gospodarczego, autor ten nie podjął nigdy kwestii zrównoważonego rozwoju. Odnawialne źródła energii, jak woda i wiatr, były w opinii Jevonsa niepewne, ograniczone do konkretnego czasu i przestrzeni. Gospodarka musi jego zdaniem przecież pozostawać w ciągłym ruchu. Węgiel zapewniał natomiast kapitałowi uniwersalne źródło energii zasilające produkcję i nie zakłócające dotychczasowego modelu działalności.
Autor „Problemu węgla” nie znał odpowiedzi na opisany przez siebie paradoks. Wielka Brytania mogła postąpić ze swoim tanim źródłem energii na dwa sposoby: zużyć węgiel szybko lub wolniej. Jevons opowiadał się za pierwszym rozwiązaniem: Jeżeli będziemy ponadprzeciętnie pomnażać nasze bogactwa, zarówno materialne jak i intelektualne, trudno nie docenić korzystnego wpływu, jaki obecnie możemy wywierać [na resztę świata]. Utrzymanie takiej pozycji jest jednak fizycznie niemożliwe. Musimy dokonać historycznego wyboru pomiędzy krótkotrwałą, ale prawdziwą potęgą, a długotrwałą przeciętnością.
Jeżeli stawia się sprawę w taki sposób, wiadomo, co wybrać: ścieżkę chwały dziś i drastyczne obniżenie poziomu życia jutro. Jevons nie wiedział jak zaradzić nieuniknionemu i szybkiemu – jak sam twierdził – wyczerpaniu się krajowych złóż węgla. Brytyjski kapitał i rząd nie widziały zaś alternatywy dla business as usual. Ostatecznie, co ciekawe, książka Jevonsa posłużyła jako argument na rzecz ograniczenia zadłużenia państwa. W obliczu spodziewanego zahamowania wzrostu gospodarczego miał to być środek zapobiegawczy. Jak pisał Keynes: Teza, że trwonimy nasz kapitał naturalny sprowokowała nieracjonalną reakcję, iż potrzebne jest szybkie obniżenie długu publicznego martwego.
Cała uwaga świata polityki skupiła się, jak na ironię, na przedostatnim rozdziale książki Jevonsa, zatytułowanym „Podatki i dług narodowy”. Jevons oraz inne osoby podzielające jego pogląd, jak Mill czy Gladstone, nigdy nie opowiedzieli się za zachowaniem złóż węgla. Engels pisał w jednym z listów do Marksa, że przemysłowy kapitalizm trwoni energię słoneczną z przeszłości, czego dowodem jest, że marnotrawi on nasze zapasy energii, nasz węgiel, kruszec, lasy itd. W analizach Jevonsa próżno szukać podobnych tez. Obcy był mu pogląd, że społeczne stosunki produkcji powinny być kształtowane nie przez pogoń za zyskiem, lecz przez ludzkie potrzeby oraz społeczną i ekologiczną równowagę. Użycie innych niż węgiel paliw kopalnych (jak ropa i gaz ziemny) oraz elektrowni wodnych, a także wykorzystywanie zasobów całej planety, sprawiło, że problemy, które przewidział Jevons, zostały odsunięte w czasie. Dziś, gdy stajemy przed globalnym problemem ekologicznym, paradoks Jevonsa powraca.
Ponowne odkrycie paradoksu Jevonsa
Paradoks Jevonsa był zapomniany przez trzy czwarte XX w. – w erze ropy naftowej. Powrócił w latach 70. wraz z rosnącym niepokojem wywołanym perspektywą wyczerpania się zasobów. Obawy te przybrały na sile podczas kryzysu naftowego lat 1973-74. Wraz z wprowadzeniem pomiarów efektywności energetycznej, ekonomiści zaczęli zastanawiać się nad ich skutecznością. To sprawiło, że na przełomie lat 70. i 80. ponownie zwrócono uwagę na zasadniczą w paradoksie Jevonsa kwestię, którą nazwano efektem zwrotnym.
Jest to pogląd, że wraz ze wzrostem wydajności produkcyjnej cena efektywna danego towaru spada, co prowadzi do zwiększonego popytu na ten towar. W ten oto sposób korzyści z wzrostu wydajności nie przekładają się na zmniejszenie zużycia towaru. Paradoksem Jevonsa nazywano często skrajną postać efektu zwrotnego, gdzie wraz z „oszczędnościami w produkcji” następuje nie spadek, lecz wzrost zużycia danego zasobu. Optymiści przekonywali, że efekt zwrotny jest niewielki, co oznacza, iż problemy ekologiczne można rozwiązać w dużej mierze dzięki innowacjom technicznym. Doprowadzą one do bardziej wydajnego zużycia energii i surowców (dematerializacja). Istnieją jednak mocne dowody na to, że efekt zwrotny jest znaczny.
Na przykład techniczne usprawnienia w pojazdach silnikowych doprowadziły po 1980 r. w USA do 30-procentowego wzrostu średniej liczby mil przejechanych na jednym galonie paliwa. Całkowite zużycie energii przez te pojazdy jednak nie spadło. O ile zużycie paliwa przez jeden pojazd pozostało na tym samym poziomie, o tyle wzrost wydajności sprawił nie tylko, że zwiększyła się liczba samochodów i ciężarówek na drogach (i przebytych mil), ale też ich wielkość i osiągi (przyspieszenie, prędkość itd.). Na autostradach w USA królują teraz samochody sportowo-użytkowe (SUV) i minivany.
W skali makro paradoks Jevonsa ujawnia się w tym, że chociaż wydajność energetyczna (oszczędność zużycia prądu przez dane urządzenia) w Stanach Zjednoczonych po 1975 r. wzrosła dwukrotnie, drastycznie zwiększyło się zużycie energii. Juliet Schor zauważa, że przez ostatnie 35 lat: zużycie energii na dolara PKB zmniejszyło się o połowę. Zapotrzebowanie na energię, zamiast spaść, wzrosło jednak o 40%. Warto dodać, że popyt wzrasta najszybciej w tych sektorach, w których odnotowano największy wzrost wydajności – w transporcie i gospodarstwach domowych. Wydajność lodówek zwiększyła się o 10%, ale liczba tych urządzeń wzrosła o 20%. W lotnictwie zużycie paliwa na milę spadło o ponad 40%, lecz w związku ze wzrostem liczby osobomil, całkowite zużycie paliwa wzrosło o 150%. Podobnie wygląda sytuacja w przypadku samochodów. Wzrostowi popytu towarzyszył zaś wzrost emisji dwutlenku węgla – w tych dwóch sektorach wyniósł on 40%.
Ekonomiści i ekolodzy, którzy próbują ocenić bezpośredni wpływ wydajności na obniżenie ceny i występowanie efektu zwrotnego, uważają zazwyczaj, że ów efekt jest stosunkowo niewielki. Ich zdaniem, wynosi on 10-30% w branżach, w których zużywane jest dużo energii, takich jak chłodnictwo i ciepłownictwo czy motoryzacja. Gdy jednak weźmie się pod uwagę pośrednie efekty na poziomie makro, paradoks Jevonsa okazuje się bardzo istotny. To właśnie na poziomie makro dają się we znaki efekty skali – zwiększenie wydajności energetycznej może obniżyć efektywny koszt różnych produktów, napędzając całą gospodarkę i zwiększając całkowite zużycie energii. Mario Giampietro i Kozo Mayumi, ekonomiści zajmujący się ekologią, twierdzą, że paradoks Jevonsa może być zrozumiany tylko poprzez model makroewolucyjny, gdzie lepsza wydajność prowadzi do zmian w tablicach przepływów, co ostatecznie prowadzi do wzrostu skali i tempa systemu jako całości.
Analizy paradoksu Jevonsa są zazwyczaj dość ogólne. Autorzy skupiają się w nich na pojedynczych skutkach technologicznych, nie uwzględniając kontekstu historycznego. Tak samo jak Jevons, ignorują oni charakter industrializacji. Brakuje im również realistycznego spojrzenia na rozwój kapitalistyczny, napędzany przez akumulację. System ekonomiczny nastawiony na zysk, akumulację i ekspansję, będzie bez końca wykorzystywał każdy wzrost wydajności oraz każdą redukcję kosztów, by zwiększyć skalę produkcji.Technologiczna innowacyjność jest podporządkowana tym samym ekspansywnym celom. Każdy ze sztandarowych wynalazków wieków XVIII, XIX i XX (tj. silnik parowy, kolej, samochód) był dlatego przełomowy, że stymulował akumulację kapitału i prowadził do wzrostu całej gospodarki. Efekty skali, będące rezultatem ich rozwoju, z konieczności przewyższyły wzrost wydajności technologicznej. Zachowanie zasobów jest co prawda w kapitalizmie niemożliwe, stosunek wyjście/wejście może jednak w procesie produkcji danego dobra zostać zwiększony. Dzieje się tak, ponieważ wszystkie oszczędności są bodźcem dla dalszych inwestycji, oczywiście jeśli dostępne są rynki zbytu. Prawidłowość ta dotyczy zwłaszcza zasobów o zasadniczym znaczeniu dla przemysłu – „produktów podstawowych”, jak pisał Jevons.
Mit dematerializacji
Paradoks Jevonsa to wytwór systemu kapitalistycznego, który w skali makro jest niezdolny do zachowania zasobów naturalnych. System ten dąży wciąż do maksymalizacji przepływu energii i materiału – od źródła do ścieku. Energia zaoszczędzona w kapitalizmie, wykorzystywana jest na dalszy jego rozwój. Jak ujął to Alfred Lotka, zamiast minimalnej produkcji energii, system ten powoduje jej „maksymalną cyrkulację”. Bezwzględna oszczędność energii (w odróżnieniu od względnej) nie leży w naturze kapitalizmu. System ten zaprzedał się bogom produkcji i zysku. Jak szydził Marks: Akumulujcie, akumulujcie! Tak rzecze Mojżesz i prorocy!
Jeżeli spojrzymy na paradoks Jevonsa w kontekście społeczeństwa kapitalistycznego, zobaczymy, iż demaskuje on współczesny mit, że problemy ekologiczne trapiące ludzkość mogą zostać rozwiązane wyłącznie dzięki technologii. Ekonomiści ekologiczni głównego nurtu odwołują się często do zjawiska „dematerializacji” lub „rozdzielenia” (ang. decoupling) wzrostu gospodarczego od zużycia energii i zasobów. Wzrost wydajności energetycznej jest często traktowany jako żelazny dowód na to, że problemy ochrony środowiska przechodzą do przeszłości. Oszczędności materiału i energii w kontekście danego procesu produkcji nie są, jak widzieliśmy na powyższych przykładach, czymś nowym; są one wpisane w rozwój kapitalizmu. Każdy nowy silnik parowy, podkreślał Jevons, był bardziej wydajny od poprzedniego. Jak zauważył socjolog ochrony środowiska, Stephen Bunker, Działania mające na celu oszczędność surowców są starsze niż rewolucja przemysłowa i ewoluowały na przestrzeni dziejów kapitalizmu.
Każdy pogląd, że wyższa wydajność energetyczna zazwyczaj prowadzi do oszczędności energii, nie bierze pod uwagę faktu, na który zwracał uwagę Jevons. To, co zostaje zaoszczędzone, służy dalszym inwestycjom i mnożeniu towarów, co z kolei prowadzi do zwiększonego zapotrzebowania na zasoby. Fakt, że wzrost wydajności skutkuje zwiększeniem zużycia energii i surowców, nie jest w „systemie władzy kapitału” czymś nadzwyczajnym. Jak stwierdzają autorzy „Wagi narodów” („The Weight of Nations”, 2000), ważnego dzieła prezentującego badania na temat przepływów materiałowych w ostatnich dekadach w pięciu krajach przemysłowych (Austrii, Niemczech, Holandii, USA i Japonii), Wzrosty wydajności, będące efektem rozwoju technologii i nowych sposobów zarządzania, były równoważone przez skalę wzrostu gospodarczego.
W efekcie mamy do czynienia z wciąż rosnącymi górami towarów, zmniejszającymi się kosztami jednostkowymi i jeszcze większym marnotrawstwem zasobów. W kapitalizmie monopolistycznym towarom nadawana jest sztuczna wartość użytkowa – substytut dla autentycznych ludzkich potrzeb. Odpowiada za to potężna machina marketingowa, a celem jest zwiększenie popytu na te towary i wzrost znaczenia ich wartości wymiennych dla konsumentów. Produkcja zbytecznych dóbr służy jedynie osiąganiu lepszych wyników ekonomicznych i odbywa się kosztem środowiska naturalnego. W obecnym systemie każda próba zahamowania procesu degradacji środowiska oznacza jednak ekonomiczną katastrofę.
Zdaniem Jevonsa, „historyczny wybór” w warunkach business as usual jest prosty: albo „krótkotrwała, ale prawdziwa potęga”, albo „długotrwała przeciętność”. Jevons opowiadał się za pierwszą opcją – maksymalną cyrkulacją energii. Półtora wieku później w naszej dużo większej, bardziej globalnej gospodarce stawką w grze nie jest już tylko narodowa supremacja, lecz los całej planety. Oczywiście są tacy, którzy utrzymują, że powinniśmy „żyć na wysokiej stopie i pozwolić, by przyszłe pokolenia same o siebie zadbały”. Taka ścieżka prowadzi jednak do globalnej katastrofy. Jedynym skutecznym rozwiązaniem dla ludzkości (w tym przyszłych pokoleń) i całej planety jest zmiana społecznych stosunków produkcji i stworzenie systemu, w którym wydajność nie jest już przekleństwem – lepszego systemu, w którym równość, rozwój społeczny, wspólnota i zrównoważony rozwój są najwyższymi celami.
John Bellamy Foster, Brett Clark, Richard York
tłum. Mateusz Batelt
Przedruk za „Monthly Review”, listopad 2010 r. Poczyniono drobne skróty oraz pominięto większość przypisów, przeważnie mających charakter stricte bibliograficzny i odnoszących się do literatury anglojęzycznej.
Przypisy:
1. Jeszcze w 1842 r. piece w brytyjskich domach odpowiadały za 2/3 krajowego zużycia węgla. Gdy Jevons pisał książkę dwie dekady później – już tylko za 1/5 piątą. Dlatego autor „Problemu węgla” nie poświęcił temu dużo uwagi. Skoncentrował się zaś na wykorzystaniu węgla w przemyśle – głównym źródle popytu na ten surowiec. Pisał on: Nie mówię tu o zużyciu węgla w gospodarstwach domowych. Można je bowiem zredukować, a jedyna szkoda byłaby taka, że zmniejszyłaby się nasza wygoda i zmieniły nasze narodowe przyzwyczajenia.
2. Do 1903 r. proporcje te zmieniły się – zużycie węgla przez przemysł żelazny i stalowy wyniosło 28 mln ton (mniej niż w czasach Jevonsa), w produkcji ogólnej wzrosło do 53 mln ton, a na potrzeby kolei do 13 mln ton.
przez redakcja | piątek 16 grudnia 2011 | nr 4/2011
Gdy w 2006 r. główny propagator idei mikrokredytu – profesor Muhammad Yunus i założony przez niego Grameen Bank otrzymali Pokojową Nagrodę Nobla, rola mikrofinansów w rozwoju najbiedniejszych społeczeństw stała się niezwykle popularnym tematem.
Koncepcja mikrokredytu stanowiła wyjątkowo interesujące zagadnienie w kontekście licznych porażek dotychczasowej polityki rozwojowej w krajach ubogich oraz dyskusji o efektywności zewnętrznej pomocy, świadczonej przez kraje rozwinięte. Nie opierała się bowiem na zasadach pomocy charytatywnej, nie pochodziła z krajów bogatych, charakteryzowała się natomiast niespotykaną dotąd skutecznością w walce z ubóstwem. W swojej przemowie przed komisją noblowską prof. Yunus stwierdził, iż znalazł skuteczny sposób walki z biedą i jest w stanie sprawić, że nasze wnuki będą znały to pojęcie jedynie z lekcji historii.
W kilka lat po wygłoszeniu tych słów bengalski „bankier ubogich” został oskarżony o defraudację zagranicznych dotacji, „wysysanie krwi ubogich pod przykrywką walki z ubóstwem”, a rząd Bangladeszu usunął go ze stanowiska prezesa Grameen Banku. Te same media, które kilka lat wcześniej ogłaszały rychły koniec biedy, zaczęły donosić o fali samobójstw wśród zadłużonych klientów instytucji mikrofinansowych, a mikrokredyt okrzyknęły współczesną lichwą. Czy słuszna jest tak brutalna rewizja poglądów?
Historia współczesnego systemu mikrofinansów sięga początku lat 70. i klęski głodu, która wówczas nawiedziła Bangladesz. Yunus, wówczas wykładowca na Uniwersytecie Chittagong, opuścił mury uczelni, by przeprowadzić badania terenowe w pobliskiej wsi Jobra. Pomysłodawca Grameen Banku dostrzegł bezużyteczność wykładanych przez siebie teorii ekonomicznych wobec realnych problemów najuboższej części społeczeństwa Bangladeszu. W Jobrze spotkał Sufię Begum – młodą matkę, która zarabiała na życie wyplatając bambusowe stołki. Rozmowa z nią uświadomiła mu, jak ważne jest zapewnienie ubogim dostępu do usług finansowych. Zapoczątkowała także formułowanie teorii, która kilka lat później zrewolucjonizowała systemy finansowe w krajach rozwijających się.
Begum do wytworzenia stołków potrzebowała materiałów o wartości 5 taka (0,22 USD), lecz wskutek braku kapitału niezbędnego do tej niewielkiej inwestycji zawierała niekorzystną umowę z dostawcą – pożyczała od niego materiały i zobowiązywała się sprzedać pod koniec dnia gotowe produkty za 50 paisa (0,02 USD). Tak mały dzienny zarobek nie pozwalał na jakiekolwiek oszczędności. Brak równowartości 22 centów uniemożliwiał jej zatem wyrwanie się z błędnego koła niekorzystnych umów.
W ciągu tygodnia naukowiec znalazł w Joroba 42 osoby w podobnej sytuacji. Cała grupa potrzebowała w sumie 856 taka (27 USD), by wyrwać się z zależności od pośredników. Dla ubogich z Jobry jedynym źródłem kapitału na inwestycje było zapożyczenie się u lokalnych lichwiarzy. Takie nieformalne źródło kredytu nie cieszyło się popularnością, ponieważ pozyskawszy nowego klienta lichwiarz robił wszystko, by nie mógł on się uniezależnić.
Z kolei komercyjne banki w Bangladeszu nie uznawały ubogich za godnych zaufania, z uwagi na brak majątku do poręczenia i niskie dochody. Dlatego nie udzielały im pożyczek. Przez wiele lat dominowało przekonanie, że kredyty dla ubogich gospodarstw domowych są skazane na porażkę. Koszty takich transakcji są za wysokie, ryzyko zbyt duże, a oszczędności tych gospodarstw – zbyt małe.
Na przekór tym opiniom, Muhammad Yunus postanowił przekonać menedżera lokalnego banku do eksperymentu polegającego na przyznawaniu ubogim mikrokredytów. Projekt rozpoczął się w 1976 r. Na początku eksperymentem objęty był tylko jeden oddział Krishi Banku w Jobrze. W pierwszym dniu oddział, Grameen, udzielił pożyczek na 52 000 taka (1 500 USD) 24 mieszkańcom wsi. W ciągu kilku miesięcy suma ta zwiększyła się do 15 tys. USD dla 400 osób, z czego 1 stanowiły kobiety. Eksperymentalna faza projektu (1977-1979), przeprowadzona w rejonie Chittagong, zakończyła się wielkim sukcesem. Projektem obejmowano coraz to nowe części Bangladeszu, a w październiku 1983 r. Grameen został przekształcony w niezależny bank, który w swą misję wpisał likwidację ubóstwa.
Ideolodzy Grameen Banku uważali, że biedni pozostają biedni nie dlatego, że nie mają umiejętności lub unikają ciężkiej pracy, lecz przez instytucjonalne rozwiązania, które nie pozwalają wydostać się z ubóstwa. Pomoc charytatywna, uzależniając ubogich, nie tylko nie rozwiązuje problemu biedy, lecz go pogłębia. Wszyscy ludzie mają potencjał przedsiębiorczości i jedyne, czego potrzebują, to sprzyjających okoliczności, żeby go uwolnić.
Począwszy od lat 80., na całym świecie zaczęły powstawać repliki bengalskiej instytucji, a idea walki z ubóstwem poprzez udzielanie mikropożyczek zyskiwała coraz więcej zwolenników. Jednak przejście od mikrofinansowej ewolucji do dynamicznej rewolucji wyznacza rok 1997, w którym zorganizowany został pierwszy World Microcredit Summit. Uczestniczyło w nim ponad 3000 polityków, szefów organizacji międzynarodowych, działaczy społecznych, ludzi biznesu i przedstawicieli agencji rozwojowych ze 137 krajów. Wyznaczono wówczas cel – zapewnienie do 2005 r. dostępu do mikrokredytu 100 mln najbiedniejszych rodzin na świecie. Zadeklarowano także środki na jego realizację: 21,6 mld dolarów na pomoc w zakładaniu organizacji typu Grameen Bank.
Od tamtej pory mikrokredyt stał się światowym narzędziem walki z ubóstwem. Prof. Muhammad Yunus podczas ceremonii otwarcia World Microcredit Summit podkreślał doniosłość tego momentu: Ten szczyt jest okazją do pożegnania się z finansowym apartheidem. Tym szczytem udowodniliśmy, że kredyt to coś więcej niż biznes. Tak jak jedzenie, kredyt jest prawem człowieka.
Szczyt z 1997 r. rozpoczął proces scalania globalnego ruchu mikrofinansów, który wyszedł naprzeciw olbrzymiemu zapotrzebowaniu na usługi finansowe dla ubogich. W 1998 r. Zgromadzenie Ogólne ONZ w uznaniu dla roli mikrokredytu w zwalczaniu ubóstwa ogłosiło rok 2005 Międzynarodowym Rokiem Mikrokredytu. Tym samym ONZ uznała mikrokredyt za jeden z głównych środków do osiągnięcia Milenijnych Celów Rozwoju, szczególnie celu nr 1: Zmniejszenia o połowę liczby ludzi, których dochód nie przekracza 1 dolara dziennie i zmniejszenia o połowę liczby ludzi, którzy cierpią głód.
W roku 2007 osiągnięto cel ustanowiony dziesięć lat wcześniej na międzynarodowym szczycie mikrokredytu. Przyjmując, że średnia wielkość rodziny w krajach rozwijających się to pięć osób, oznacza to, że instytucje mikrofinansowe wpłynęły na życie ponad pół miliarda najuboższych ludzi. Pomimo tego, że cel został zrealizowany z dwuletnim opóźnieniem, było to przełomowe osiągnięcie w walce z ubóstwem. Wzrost z 7,6 mln klientów w 1997 r. do ponad 106 mln w 2007 r., oznacza, że w ciągu dekady sektor mikrofinansów powiększył się o ponad 1300%.
W 2006 r. prof. Yunus i założony przez niego Grameen Bank otrzymali Pokojową Nagrodę Nobla. Komitet Noblowski uzasadniał decyzję wielkim wpływem nagrodzonych na życie milionów ludzi oraz pozytywnymi zmianami, które idea mikrokredytu wywołała we współczesnym systemie bankowym. Zanim Yunus wprowadził w życie swą koncepcję, pożyczki dla najbiedniejszych wydawały się czymś nierealnym. W ciągu trzech dekad naukowiec za pośrednictwem Grameen Banku przekształcił mikrokredyty w jeden z najważniejszych instrumentów w walce z ubóstwem. Trwały pokój nie może być osiągnięty, póki wielkie grupy społeczne nie znajdą drogi ucieczki od ubóstwa. Mikrokredyt jest jedną z tych dróg. Oddolny rozwój społeczeństw służy umacnianiu się demokracji i praw człowieka. Każda jednostka na świecie ma zarówno potencjał, jak i prawo do dostatniego życia. Działając w różnych kręgach kulturowych i cywilizacyjnych Yunus i Grameen Bank udowodnili, że nawet najbiedniejsi z biednych mogą skutecznie pracować dla swojego rozwoju – usłyszeli uczestnicy ceremonii wręczenia nagrody.
Obecnie na całym świecie działa olbrzymia liczba prywatnych i państwowych, komercyjnych i nie nastawionych na zysk instytucji, które mają na celu pomoc ubogim poprzez udostępnianie usług finansowych. Sektor mikrofinansów nieustannie się rozszerza i działa coraz bardziej profesjonalnie i efektywnie, nawet konwencjonalne banki zaczynają otwierać się na usługi dla ubogich.
Od początku historii mikrokredytu nie brakuje jego krytyków, którzy podważają skuteczność tego narzędzia. Nie zgadzają się oni z podstawowym dla wizji prof. Yunusa twierdzeniem, że każdy człowiek ma w sobie przedsiębiorczy potencjał, który można uwolnić zapewniając mu jedynie środki na inwestycje.
Według wielu ekonomistów, możliwość korzystania z usług mikrofinansowych nie stanowi gwarancji sukcesu nowo powstałego mikroprzedsiębiorstwa. Ich zdaniem, bez powiązań na rynku oraz odpowiednich szkoleń wiele inicjatyw ekonomicznych osób ubogich skazanych jest na porażkę. Ponadto według krytyków wizji prof. Yunusa samozatrudnienie nie stanowi remedium na problem ubóstwa, ponieważ tylko niewielka część społeczeństwa ma tzw. zmysł przedsiębiorczości i jest w stanie prowadzić własną działalność gospodarczą. Dlatego osoby ubogie, zamiast otwierać własne przedsiębiorstwa, zazwyczaj wolą zostać zatrudnione.
Sukces Grameen Banku często przypisywany jest wyjątkowym zdolnościom przywódczym i charyzmie jego założyciela, a nie rewolucyjnym rozwiązaniom nowoczesnego sektora mikrofinansów. Krytycy tego systemu zarzucają mu również uzależnianie ubogich od kredytu, porównując organizacje mikrofinansowe do lichwiarzy. Ponadto, zdaniem przeciwników mikropożyczek nie są one zazwyczaj przeznaczane na inwestycje, lecz na bieżącą konsumpcję, co przyczynia się do wzrostu popytu na dobra oferowane przez zamożniejszych przedsiębiorców i światowe koncerny. Dlatego – ich zdaniem – cały system nie wspiera najuboższych, lecz pomaga umocnić hegemonię bogatych.
Paradoksalnie, z największą krytyką Grameen Bank spotyka się w kraju, o którego rozwój walczy od ponad 30 lat. Przedstawiciele bengalskiego rządu oficjalnie zarzucają Yunusowi nadużycia finansowe oraz brak efektywności jego instytucji. Ich zdaniem, jeśli Grameen Bank faktycznie skutecznie zwalczałby ubóstwo, to po trzech dekadach działalności na tak wielką skalę, Bangladesz nie pozostawałby wciąż jednym z najbiedniejszych krajów świata. Od początku 2011 r. władze prowadzą otwartą wojnę z instytucją prof. Yunusa, do której rozpoczęcia sygnał dały oskarżenia duńskich dziennikarzy o defraudację niemal 100 mln dolarów z dotacji rządu Norwegii. I choć norweskie śledztwo w tej sprawie, o które zaapelował sam podejrzany, nie wykazało żadnych nieprawidłowości, rząd Bangladeszu nie zszedł z wojennej ścieżki. Yunus na początku 2007 r. stwierdził, że dramatyczna sytuacja ekonomiczna Bangladeszu jest wynikiem nieudolności tamtejszych polityków. Prezes Grameen Banku zarzucił im nepotyzm, korupcję, egoizm i krótkowzroczność w działaniu. Od tamtego czasu nie mógł liczyć na przychylność miejscowej klasy rządzącej. W marcu 2011 r. decyzją Sądu Najwyższego został usunięty ze stanowiska prezesa Grameen Banku. Oficjalnym powodem był jego wiek – zgodnie z bengalską konstytucją, 71-latek powinien przejść na emeryturę 11 lat temu.
Oprócz zarzutów skierowanych pod adresem Grameen Banku, nie brak również krytycznych uwag co do samego systemu mikrofinansowego. Jednym z głównych zastrzeżeń jest wysokość oprocentowania pożyczek. Te oferowane przez Grameen Bank oprocentowane są zazwyczaj w wysokości ok. 20%, lecz na świecie nie brak instytucji, gdzie ów wskaźnik znacznie przekracza 30%. Tak wysokie oprocentowanie mikrokredytu usprawiedliwiane jest specyfiką sektora, która implikuje znaczną liczbę transakcji o niewielkiej wartości. Koszty administracyjne są więc znacznie wyższe niż w tradycyjnych bankach, co rekompensowane jest wysokim oprocentowaniem. Nie ulega jednak wątpliwości, że taka praktyka stwarza duże pole do nadużyć wobec najuboższych, którzy pozbawieni są innych źródeł finansowania.
Istnieje również pewien dysonans między ideami, które zapoczątkowały nowoczesny system mikrokredytowy, a rzeczywistością. W większości przypadków najubożsi z ubogich (poorest of the poor) nadal znajdują się poza zasięgiem usług finansowych. Instytucje mikrofinansowe kierują produkty przeważnie do osób, które już prowadzą jakąś działalność gospodarczą. W praktyce mikrokredyt sprawia, że „biedni stają się odrobinę zamożniejsi”, natomiast osoby najuboższe pozostają ekonomicznie marginalizowane. „Finansowy apartheid”, którego upadek prof. Yunus ogłosił w 1997 r., nadal istnieje.
W odpowiedzi na te zarzuty w 2003 r. Grameen Bank wprowadził tzw. beggar loan – nieoprocentowany mikrokredyt przeznaczony dla osób, których jedynym źródłem dochodu jest jałmużna. Produkt nadal znajduje się w fazie eksperymentalnej, jednak dotychczasowe wyniki (m.in. stopy zwrotu oraz wpływ na status materialny beneficjentów) są optymistyczne.
Najpoważniejszym oskarżeniem wobec współczesnego systemu mikrofinansowego jest wykorzystywanie najuboższych, których wpędza w spiralę długów zamiast emancypować ekonomicznie. Na początku 2011 r. świat obiegły doniesienia o fali samobójstw klientów indyjskich instytucji mikrofinansowych. Od tego czasu coraz częściej dało się słyszeć, że idea, za którą prof. Yunus został wyróżniony Nagrodą Nobla, jest zakamuflowaną formą lichwy.
Weryfikacja takiego zarzutu nie jest możliwa bez analizy pierwotnej idei mikrokredytu i zmian, jakie w niej zaszły w ciągu 30 lat. Po pierwsze, w założeniu mikrokredyt przeznaczony był przede wszystkim dla kobiet. Według Yunusa, koncentrowanie się na udzielaniu pożyczek kobietom ma nie tylko kluczowe znaczenie dla równouprawnienia płci, lecz jest również poparte przesłankami ekonomicznymi. Z doświadczeń Grameen Banku wynika, że kredyt udzielany kobietom jest wykorzystywany efektywniej. Kobiety lepiej radzą sobie podczas procesu samozatrudnienia, dlatego przyznawane im środki szybciej przyczyniają się do poprawy sytuacji materialnej rodzin. Ponadto, kobiety częściej inwestują w gospodarstwo domowe oraz w edukację dzieci. Dlatego kredyt korzystnie wpływa na sytuację ekonomiczną całej rodziny oraz gospodarstwa domowego, a nie tylko osoby kredytobiorcy, co często zdarza się w przypadku środków przyznawanych mężczyznom.
Po drugie, główną formą zabezpieczenia spłaty mikrokredytu nie jest poręczenie majątkowe. Co więcej, w systemie zaprojektowanym przez prof. Yunusa osoby, którym nie udaje się spłacić zobowiązań, nie ponoszą konsekwencji prawnych. Współpraca Grameen Banku z klientami opiera się przede wszystkim na zaufaniu oraz stałym i bliskim kontakcie. Dlatego w przypadku problemów ze spłatą bank renegocjuje warunki umowy (zmniejsza raty, wydłuża czas spłaty). Jeśli i to nie przyniesie skutku, kredyt zostaje odpisany bez możliwości egzekucji komorniczej lub udziału bengalskiego aparatu wykonawczego.
Poza tym w systemie wymyślonym przez Yunusa to nie klienci przychodzą do banku, lecz bank wychodzi do klienta. Dzięki temu pracownicy instytucji mikrofinansowych mogą upewnić się, że mikrokredyt przeznaczany jest na cel inwestycyjny, a nie konsumpcyjny. Poprzez częste kontakty z klientem oraz wywiady środowiskowe bank dba, aby jego klienci nie zadłużali się w kilku instytucjach jednocześnie oraz nie spłacali rat kredytu poprzez zaciąganie kolejnego.
Instytucje mikrofinansowe, które odpowiedzialne są za falę samobójstw swoich klientów, łączy z takim modelem jedynie niewielka wysokość kredytu. Troszczą się one wyłącznie o zysk z działalności pożyczkowej, dlatego śrubują oprocentowanie oraz stosują agresywne metody ściągania należności, całkowicie pomijając wszystkie zasady, na których zbudowany został system mikrofinansów. Muhammad Yunus nazywa je wilkami w owczej skórze, które pod szyldem pomocy ubogim niszczą reputację całego sektora.
Jego zdaniem, wydarzenia z początku 2011 r. nie są wynikiem błędnej koncepcji systemu mikrofinansów, lecz patologicznych zmian, jakie zaszły w nim przez koncentrowanie się tylko na jednym celu – maksymalizacji zysku. Nie jesteśmy cierpliwi. Nie jesteśmy powściągliwi. Nie potrafimy się postawić w sytuacji drugiego człowieka. Wykorzystujemy go do robienia pieniędzy. To nas oślepia w świecie, w którym liczy się głównie pieniądz. Musimy zacząć widzieć ludzi, nie zysk – przekonywał Yunus w jednym z wywiadów.
Nie ulega wątpliwości, że działalność organizacji mikrofinansowych powinna być rentowna. Odróżnia ją to od pomocy charytatywnej i ma ścisły związek z niespotykaną dotąd w polityce rozwojowej skutecznością. Jednak coraz częściej koncept stanowiący fundament całego systemu jest zniekształcany i wykorzystywany przez instytucje, dla których walka z biedą pozostaje pustym zapisem w statucie. Ostatnie 30 lat pokazało, że mikrokredyt stanowi niezwykle skuteczną broń w walce z biedą, lecz jest to broń obosieczna – instytucje mikrofinansowe zamiast emancypować najuboższych mogą również pogłębiać zjawisko ubóstwa.
Skuteczność produktów mikrofinansowych zależna jest od równowagi pomiędzy ekonomicznymi i społecznymi celami instytucji, które je oferują. Dlatego warunkiem koniecznym stabilnego rozwoju sektora mikrofinansów jest zahamowanie jego komercjalizacji. Instytucje mikrofinansowe muszą na powrót bardziej koncentrować się na najuboższych niż na chęci zysku.