przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Gdy przed laty zmieniałem pracę, przenosząc się ze szkoły podstawowej do liceum, kierowały mną bardzo prozaiczne pobudki. Otóż obliczyłem sobie, że w ciągu kilku lat na skutekmalejącej liczby klas w podstawówce zabraknie godzin na etat dla historyka. Dlatego nie potrafię wyjść ze zdumienia postawą „ekspertów”, którzy dopiero niedawno zauważyli, że Polsce nie tyle grozi, co już trwa w niej zapaść demograficzna. Naprawdę nie dało się tego wcześniej przewidzieć i podjąć kroków zaradczych?
Dało się. Ale to była pieśń przyszłości – dopóki kryzys demograficzny nie uderzył bezpośrednio w Święte Świętych, czyli w równowagę budżetową. Podejmuje się więc teraz gorączkowe działania, mające doraźnie uratować sytuację: podwyższa się wiek przejścia na emeryturę (łamiąc przy tym bez skrupułów rzymską zasadę lex retro non agit), reformuje się system ubezpieczeń społecznych.
Z tym ostatnim akurat trudno się nie zgodzić: konstrukcja OFE to jeden z największych skandali transformacji. Obywatele zostali przez państwo opodatkowani na rzecz prywatnych korporacji, które do niczego nie są zobowiązane. Gdyby operując moimi pieniędzmi wypracowywały zysk, którym dzielilibyśmy się – uznałbym to za uczciwe. Ale z mojej składki najpierw potrącana jest prowizja – za nic, za łaskę pobierania moich pieniędzy! – a zysk może będzie, a może nie. Tym niemniej desperackie ruchy rządu Tuska to tylko półśrodki, tymczasem potrzebny jest plan globalny.
Pozwolę sobie takowy zaproponować. Niestety zgodzić się musimy, że zasada solidarności międzypokoleniowej – ów fundament welfare state – jest nie do utrzymania w warunkach zapaści demograficznej. Zarazem jednak system kont indywidualnych, w którym każdy sobie rzepkę skrobie, w praktyce spycha znaczną część emerytów w nędzę, zgodnie z duchem wilczego neoliberalizmu.
Uważam, że system emerytalny powinien z jednej strony zapewnić możliwość godnej egzystencji emerytom, z drugiej jednak – sprzyjać polityce pronatalistycznej, bez której niemożliwe jest odbudowanie państwa opiekuńczego. Te dwa cele można pogodzić na zasadzie „zindywidualizowanej solidarności międzypokoleniowej”, która zerwałaby z charakterystycznym dla obecnego systemu premiowaniem egoizmu.
Mówiąc najprościej: emerytura składałaby się z dwóch lub trzech części – pierwszą gwarantowałoby państwo na poziomie minimum socjalnego, druga tworzona byłaby ze składek płaconych przez dzieci konkretnego emeryta; ewentualna trzecia to konto indywidualne. Dzięki temu im więcej emeryt miałby dzieci i im wyższe byłyby ich zarobki, tym wyższa byłaby jego emerytura. Nie tylko sprzyjałoby to wzrostowi liczby urodzin, ale też skłaniałoby rodziców do dbałości o wykształcenie i właściwe wychowanie potomstwa. A dzieci, rzec można, zwracałyby po latach rodzicielom koszty swego utrzymania.
Oczywiście to tylko ogólna idea, dopracowania wymagają różne kwestie szczegółowe, np. rekompensaty dla osób bezpłodnych czy ludzi, którzy utracili dzieci. Wątpliwości może też budzić pośrednictwo państwa przy przekazywaniu pieniędzy. Wydaje się ono jednak być niezbędne ze względu na –spójrzmy prawdzie w oczy – osłabienie więzi rodzinnych. Ideałem byłaby sytuacja, w której ludzie pomagają sobie nawzajem z dobrej woli, nie wyręczając się państwem – dziś niestety to utopia.
Inny problem to podwyższanie wieku emerytalnego. Jest to uzasadnione o tyle, że wydłużyła się średnia długość życia. Ale zarazem zmuszanie ludzi do pracowania wciąż i wciąż dłużej wydaje się nieludzkie – człowiek powinien mieć prawo do odpoczynku jeszcze zanim zupełnie zniedołężnieje. Rozwiązaniem mógłby być system, w którym osoba osiągająca wiek dotychczas uprawniający do emerytury, przechodziłaby na nią połowicznie: otrzymywałaby połowę świadczenia, pracując zarazem na pół etatu. Byłoby to swoiste „miękkie lądowanie”, zapewniające ludziom w podeszłym wieku możliwość aktywności zawodowej i dzielenia się doświadczeniem z młodszymi, ale jednak nie wyciskające z nich ostatka sił.
Pozostaję pesymistą w kwestii możliwości zrealizowania tych propozycji. Jakakolwiek polityka pronatalistyczna może przynieść pierwsze pozytywne skutki dla gospodarki najwcześniej po dwudziestu latach – a to dla polityków perspektywa równie abstrakcyjna jak epoki geologiczne. W końcu, jak wiadomo: „Po nas choćby potop”.
przez Janina Petelczyc | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Kwestia ubezpieczeń społecznych rolników wzbudza kontrowersje, ponieważ dotowanie ich powoduje poważne obciążenie finansów państwa. „Zacznijcie od reformy KRUS!” – słyszymy w niemal każdej dyskusji o oszczędnościach budżetowych.
Co mamy?
Całościowy system ubezpieczenia społecznego rolników powstał w Polsce dopiero w 1977 r. Wcześniej, na początku lat 70. około 60% ludności zatrudnionej w rolnictwie objęte było ubezpieczeniami z różnych tytułów. Pracownicy PGR posiadali ubezpieczenie pracownicze, od 1962 r. prawo do emerytury mieli członkowie rolniczych spółdzielni pracowniczych, a 2 mln właścicieli drobnych gospodarstw rolnych było ubezpieczonych z tytułu zatrudnienia w charakterze robotników poza rolnictwem. Pozostali prowadzący własne gospodarstwa w ogóle nie mieli prawa do ochrony ubezpieczeniowej. Zmiany prawne w latach 60. i na początku 70. umożliwiały rolnikom otrzymanie dożywotniej renty, ale wyłącznie pod warunkiem zrzeczenia się gospodarstwa na rzecz państwa.
W 1977 r. przyjęto ustawę o zaopatrzeniu emerytalnym rolników oraz innych świadczeniach dla rolników i ich rodzin. Z kolei w 1982 r. weszła w życie ustawa o ubezpieczeniu społecznym rolników. Obie odchodziły od idei uspołecznienia rolnictwa. Świadczenia mogli uzyskiwać zarówno ci, którzy zrzekali się gospodarstw na rzecz państwa, jak i przekazujący je następcom z kręgu rodziny. Warunkiem było opłacanie składek i osiągnięcie wieku emerytalnego lub zakwalifikowanie do I lub II grupy inwalidzkiej. Początkowo renty i emerytury przyznawano wyłącznie na gospodarstwo, niezależnie od liczby osób w nim, co zostało zmienione ustawą z 1982 r. Mankamentem tych uregulowań był obowiązek sprzedaży produktów rolnych jednostkom gospodarki uspołecznionej.
W okresie transformacji reformę systemu zabezpieczenia socjalnego rolników rozpoczęła ustawa z 20 grudnia 1990 r. Na jej mocy utworzono Kasę Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego. Uniezależniono wówczas prawo do emerytury od przekazania gospodarstwa rolnego. Jedynym warunkiem uzyskania świadczenia było osiągnięcie 60 lat w przypadku kobiet i 65 u mężczyzn. System miał przede wszystkim charakter osłonowy, wieś bowiem mocno odczuła ciężar społecznych kosztów transformacji. Wielu chłoporobotników, którzy utracili pracę w przemyśle i powracali do gospodarstw, otrzymało możliwość uzyskania świadczenia.
We wspomnianej ustawie wyodrębniono dwie grupy ubezpieczeń. Pierwszą stanowiły ubezpieczenia wypadkowe, chorobowe i macierzyńskie, drugą – emerytalno-rentowe. Rolnik płaci więc dwie miesięczne składki. Ubezpieczeniem objęty jest zarówno on, jak i domownicy. Za domownika uważa się bliską osobę, która ukończyła 16 lat i mieszka z rolnikiem lub w jego najbliższym sąsiedztwie, nie będącą z nim związaną stosunkiem pracy. Należy podkreślić, że osoba taka musi pracować w danym gospodarstwie – sam fakt zamieszkania nie wystarczy, żeby być ubezpieczonym w KRUS.
Wysokość składki na ubezpieczenie emerytalno-rentowe wynosi 10% emerytury podstawowej (w II kwartale 2011 r. – 73 zł). Osoby, które równolegle prowadzą pozarolniczą działalność gospodarczą, płacą podwójną wysokość składki emerytalnej. Ponadto dodatkową składkę opłacają rolnicy z gospodarstw od 50 ha wzwyż. Składka na ubezpieczenie macierzyńskie, chorobowe i wypadkowe wynosi dla wszystkich rolników tyle samo i jest to obecnie 42 zł na miesiąc. Ubezpieczenie zdrowotne jest natomiast finansowane z budżetu. Sumaryczne obciążenia poszczególnych kategorii ubezpieczonych przedstawia tab. 1.
Tab. 1. Wysokość składki na ubezpieczenie rolników w zł

Źródło: opracowanie własne na podstawie KRUS.
Obecnie świadczenia kształtują się na następującym poziomie: podstawowa emerytura wynosi 728,18 zł, zasiłek chorobowy za 1 dzień – 10 zł, zasiłek macierzyński – 2912,72 zł miesięcznie1. Rolnicy otrzymują minimalne emerytury bez względu na wysokość składek. Warto wspomnieć, że od 2005 r. liczba ubezpieczonych jest wyższa niż świadczeniobiorców2.
Dostępne są w Polsce również renty strukturalne. Mają na celu poprawę struktury agrarnej i przyspieszenie procesu wymiany pokoleniowej wśród prowadzących gospodarstwa rolne. Poprawiają też konkurencyjność gospodarstw, ponieważ przejmują je osoby dobrze przygotowane do zawodu rolnika. Zakłada się, że w latach 2007-2013 z tego rozwiązania skorzysta ponad 50 tys. rolników. W zamian za rentę strukturalną należy przekazać gospodarstwo następcy lub włączyć swoje grunty na rzecz powiększenia innego gospodarstwa. Podstawowa wysokość renty strukturalnej wynosiła w 2010 r. 1013 zł, a dodatek na małżonka – 646 zł. Przekazanie powyżej 10 ha użytków rolnych osobie w wieku poniżej 40 lat podwyższa świadczenie o 102 zł. Rentę wypłaca się co miesiąc, nie dłużej niż do osiągnięcia przez beneficjenta 65. roku życia3.
Obecny system nie odpowiada zasadom ubezpieczenia społecznego, ponieważ jest w przeważającej mierze finansowany przez państwo, a nie samych rolników. Do tego Trybunał Konstytucyjny w wyroku z dn. 26 października 2010 r. uznał, że niezgodny z ustawą zasadniczą jest przepis, który zobowiązuje budżet państwa do opłacania w całości składki zdrowotnej rolników bez względu na wysokość ich dochodów. Ze składek pokrywa się ledwie 8% wydatków na rolnicze emerytury i renty. Ich dofinansowanie będzie w 2011 r. kosztować państwo 15,1 mld zł, natomiast ubezpieczenia zdrowotne rolników – 1,86 mld. Zanim zastanowimy się, jak reformować ten system, przyjrzyjmy się zabezpieczeniu tej grupy społecznej w innych krajach4.
Starość nad Sekwaną
Historia ubezpieczeń rolniczych we Francji jest znacznie dłuższa niż w Polsce. W 1889 r. istniało już 557 lokalnych towarzystw ubezpieczeniowych. Ustawa z 1900 r. uprawomocniła tworzenie rolniczych kas wzajemnych ubezpieczeń społecznych, uprościła formalności administracyjne, uwolniła od obciążeń fiskalnych i wprowadziła liczne zachęty, co spowodowało gwałtowny rozwój towarzystw. W okresie międzywojennym rolnictwo objęto także ochroną socjalną, gdyż uregulowano kwestię ochrony przed ryzykiem wypadku przy pracy, śmierci oraz trwałej niezdolności do pracy. W 1936 r. wprowadzono rolnicze zasiłki rodzinne.
W 1940 r. rozpoczęto unifikację instytucji ubezpieczeniowych rolników. Polityka społeczna wobec tej grupy została poddana kompetencji ministra rolnictwa, a wypłacanie jej świadczeń socjalnych powierzone wyłącznie kasom wzajemnych ubezpieczeń. W 1945 r. system kas, uwzględniający specyfikę zawodu, oparł się próbom włączenia go do powszechnego systemu ubezpieczeń społecznych.
W okresie powojennym rozszerzano zakres rolniczych ubezpieczeń. W 1952 r. utworzono ubezpieczenie emerytalne, którym zarządzanie powierzono MSA (Mutualité Sociale Agricole, Kasa Wzajemnych Ubezpieczeń Społecznych Rolników). W 1961 r. utworzono dla rolników ubezpieczenie chorobowe, macierzyńskie i inwalidzkie. Stali się oni pierwszą grupą wśród wykonujących wolne zawody, korzystającą z ochrony przed tymi rodzajami ryzyka.
MSA to podstawowa agencja odpowiedzialna za obowiązkowe ubezpieczenia społeczne rolników i osób zatrudnionych w rolnictwie. Poza Kasą Centralną posiada 82 kasy na poziomie departamentów. System jest zarządzany w sposób zdecentralizowany i demokratyczny. Każdy, kto podlega pod rolniczy system ubezpieczeniowy, uczestniczy w wyborach. Dzięki temu kasy są reprezentatywne dla ogółu populacji rolniczej.
We francuskim systemie emerytalnym, zarówno powszechnym, jak i rolniczym, istnieją dwie granice wieku uprawniającego do świadczeń. Osiągnięcie pierwszej uprawnia do emerytury w pełnym wymiarze wyłącznie wówczas, gdy świadczeniobiorca wykaże się odpowiednim stażem składkowym. Natomiast druga daje prawo do pełnej emerytury niezależnie od liczby lat opłacania składek. Wiek uprawniający do przejścia na emeryturę, który do końca 2010 r. wynosił 60 lat, będzie wskutek reformy emerytalnej stopniowo podnoszony do 62 lat od 1 stycznia 2018 r. Obecnie, aby otrzymać świadczenie w pełnym wymiarze, należy – oprócz skończonych 60 lat – mieć 163 kwartały opłacanych składek. Liczba ta będzie rosła wraz z podwyższaniem wieku uprawniającego do przejścia na emeryturę. Z kolei wiek osiągnięcia prawa do emerytury w pełnym wymiarze niezależnie od liczby kwartałów opłacanych składek wynosi obecnie 65 lat i 4 miesiące – również on będzie wzrastał, do 67 lat w 2018 r.
We Francji rolniczym systemem zabezpieczenia społecznego objęci są współmałżonkowie i członkowie rodziny właściciela lub użytkownika gospodarstwa rolnego. Zakłada się, że uczestniczą oni w pracach rolnych bez wynagrodzenia. Jeśli natomiast praca osoby żyjącej w obrębie danego gospodarstwa rolnego jest wynagradzana, może ona również być objęta systemem rolniczym, jednak musi wykazać udział w pracach na rzecz tego gospodarstwa. Wśród ubezpieczonych można zatem wyróżnić dwie podstawowe kategorie: osoby prowadzące samodzielnie lub wspólnie działalność rolniczą (użytkownicy rolni) i osoby pracujące w rolnictwie na podstawie umowy zawartej z rolnikiem (pracownicy rolni).
MSA obejmuje następujące ryzyka socjalne5: choroba i macierzyństwo, dożycie wieku emerytalnego, trwała lub okresowa niezdolność do pracy oraz śmierć żywiciela rodziny. Świadczenia na rzecz rolników należy podzielić na dwie grupy. Są to z jednej strony emerytury, renty i renty zdrowotne, a z drugiej – zasiłki dla repatriantów i odprawa dożywotnia, przysługująca wyłącznie rolnikom przyczyniającym się do odmłodzenia struktury wieku na wsi i powiększenia gospodarstw.
Wysokość składek uzależniona jest od dochodów katastralnych lub wyliczana na podstawie dochodu teoretycznego, ustalanego w oparciu o wskaźniki dla poszczególnych upraw i hodowli. Natomiast dla przedsiębiorstw rolnych podstawę naliczania składek stanowi zryczałtowane wynagrodzenie kierownictwa przedsiębiorstwa i jego pracowników. Fundusz ubezpieczeń społecznych tworzony jest z obowiązkowych składek pracowników i pracodawców na ubezpieczenie chorobowe i emerytalne. Natomiast wyłącznie ze składek pracodawców finansowane są ubezpieczenia wypadkowe, od chorób zawodowych i świadczenia rodzinne. Wysokość i rozkład składek prezentuje tab. 2.
Tab. 2. Wysokość i rozkład stawek ubezpieczenia społecznego rolników we Francji.

Źródło: opracowanie własne na podstawie MSA.
W 2010 r. emerytowany francuski rolnik otrzymywał minimum 3122,08 € emerytury rocznie, czyli 260,17 € na miesiąc. Jest to pierwsza, bazowa część emerytury. Oprócz tego istnieje druga, opierająca się na systemie punktów emerytalnych, która w zależności od wysokości płaconych składek pozwala osiągnąć maksymalnie dodatkowe 3739 € rocznie6. Istnieją duże dysproporcje pomiędzy liczbą osób opłacających składki a emerytami. Obecnie tych pierwszych jest 1 259 800, a świadczeniobiorców – 4 288 8407.
Właśnie ze względu na nierównowagę demograficzną oraz niskie dochody do funkcjonowania systemu nie wystarczają przychody ze składek. 65% jego kosztów musi pokryć dotacja państwowa – w 2009 r. dofinansowanie rolniczych ubezpieczeń z budżetu wyniosło we Francji 32,7 mld euro8.
Za miedzą
Również w Niemczech tradycja ubezpieczeń rolniczych sięga XIX w. Jako jedno z pierwszych państw dostrzegły one zagrożenia zawodowe występujące w gospodarstwach rolnych. Pierwsze akty prawne dotyczące ochrony od następstw wypadku i choroby, obejmujące całą rodzinę rolnika, zostały wydane już w 1886 r. Powstawały wówczas stowarzyszenia rolnicze i leśne, zapewniające ubezpieczenia od wypadków przy pracy.
Ustawę o ubezpieczeniu emerytalnym wprowadzono w 1957 r. Niemcy stały się drugim po Francji krajem, w którym rolnicy uzyskali prawo do emerytury. Warunkiem otrzymania świadczenia było ukończenie 65 lat, opłacanie składek co najmniej do 60. roku życia przez minimum 180 miesięcy oraz przekazanie gospodarstwa następcy. W 1969 r. wprowadzono rentę za oddanie ziemi dla tych rolników, którzy nie mieli następców. Co ciekawe, była ona wyższa niż renta starcza, jak nazywano to świadczenie przed wprowadzeniem określenia „emerytura”. Do ubezpieczenia wypadkowego i na starość, dodano w 1972 r. ubezpieczenie chorobowe. W 1995 r. do Kodeksu Socjalnego dopisano Ustawę o ubezpieczeniu pielęgnacyjnym, czyli świadczenia w postaci usług pielęgnacyjnych i opieki stacjonarnej.
Zabezpieczenie społeczne rolników w Niemczech składa się zatem z czterech części: ubezpieczenia od wypadków przy pracy, emerytalnego, na wypadek choroby oraz pielęgnacyjnego. Są one na poziomie regionalnym zorganizowane w samorządowe korporacje, które na szczeblu krajowym tworzą Główny Związek Rolniczy Ubezpieczenia Społecznego (Spitzenverband der landwirtschaftlichen Sozialversicherung, LSV-SpV). Członkowie danej kasy wybierają przedstawicieli w tajnym głosowaniu. Reprezentanci decydują np. o powierzchni gospodarstwa rolnego, poniżej której użytkownik jest zwolniony z płacenia składki emerytalnej.
Obok ustawowych uregulowań ubezpieczenia rentowego istnieje w rolnictwie dodatkowe zaopatrzenie – Zusatzversorgung für Arbeitnehmer in der Land- und Forstwirtschaft (ZLA/ZLF). Oparte jest na umowach zbiorowych, a obowiązuje w starych landach federalnych (dawne RFN) i w Turyngii. Zastrzeżone jest ono dla pracowników leśnictwa i rolnictwa.
Obecnie obowiązek opłacania składek ciąży na każdym rolniku indywidualnym. Jeśli gospodarstwo jest prowadzone przez małżeństwo, wówczas składki opłaca tylko jeden z partnerów. Składka dla każdego ubezpieczonego jest w Niemczech jednakowa, lecz rolnicy otrzymują dopłaty do składek w zależności od sytuacji dochodowej – nawet do 80% kwoty składki. Po 15 latach płacenia składek każdy kolejny rok zwiększa przyszłe świadczenie emerytalne o 1%. Warunkiem uzyskania prawa do emerytury jest skończenie 65 lat (wiek ten będzie systematycznie podnoszony do 67 lat) i co najmniej 180-miesięczny (15-letni) okres składkowy. Niekorzystna struktura demograficzna wsi sprawia, że obecnie na 256 tys. opłacających składki emerytalne przypadają aż 622 tys. świadczeniobiorców9. Niemiecki system zabezpieczenia społecznego rolników wymaga dużego dofinansowania ze strony państwa.
Tab. 3. Wydatki na ubezpieczenia społeczne rolników w Niemczech finansowane ze składek i budżetu państwa.

Źródło: opracowanie własne na podstawie „Soziale Sicherheit in der Landwirtschaft”, październik 2010.
Średnia składka na ubezpieczenie emerytalne rolników wynosiła w 2010 r. 212 € dla landów zachodnich i 179 € dla wschodnich (b. NRD).
Na północy
Finlandia uznawana jest za najbardziej rolniczy kraj Unii Europejskiej, ponieważ według danych OECD populacja rolnicza stanowi tam aż 45% mieszkańców. Przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, że fiński system był w stanie zapewnić edukację i zabezpieczenie zdrowotne na najwyższym poziomie nawet w przypadku najodleglejszych obszarów wiejskich10. Jednak z rolnictwa lub leśnictwa utrzymuje się obecnie mniejszość ludności prowincji. Obszary wiejskie stały się raczej miejscem konsumpcji, rekreacji i wypoczynku niż produkcji, a często stanowią tylko „sypialnię” dla pracujących w mieście.
Jeszcze w roku 1960 istniał w Finlandii powszechny system emerytalny, opierający się na rentach państwowych, przyznawanych wszystkim na jednakowych zasadach. W 1962 r. wprowadzono system rent pracowniczych, opartych na składkach, a w 1970 r. wyodrębniono system rentowy farmerów. Na przełomie lat 60. i 70. Finlandia borykała się z nadprodukcją w rolnictwie i problemem ze zbytem nadwyżek na rynkach zagranicznych. Jednocześnie gospodarstwa rolne były niewielkie, a w populacji rolniczej dominowali ludzie starsi. Restrukturyzacji i „odmłodzenia” wsi próbowano dokonać za pomocą dwóch ustaw: W sprawie zamykania farm i Renta związana z wymianą pokoleń.
Pierwsza umożliwiała otrzymanie dodatkowej renty za oddanie ziemi bliskiemu sąsiadowi lub jej zalesienie. Druga natomiast przyznawała świadczenia rolnikom decydującym się na sprzedaż ziemi bliskim krewnym przed osiągnięciem wieku emerytalnego, tj. przed 65. rokiem życia. Do tej pory głównym przedmiotem działań jest zwiększanie średniej powierzchni gospodarstw kosztem drobnych oraz obniżanie średniego wieku ludności rolniczej.
Celem fińskiej polityki społecznej jest zapewnienie wszystkim obywatelom minimum socjalnego oraz dodatku zależnego od osiąganych dochodów. Dlatego system emerytalno-rentowy rolników opiera się na dwóch filarach. Pierwszy, bazowy system podlega Krajowej Instytucji Ubezpieczenia Społecznego (Kansaneläkelaitos, Kela) i gwarantuje minimalną emeryturę wszystkim obywatelom. W ramach Kela otrzymać też można świadczenia chorobowe, rodzinne, dla bezrobotnych i inne. W przypadku rolników system ubezpieczeń w ramach II filaru istnieje od 1970 r. i jest obsługiwany przez Instytucję Ubezpieczenia Społecznego Rolników (Maatalousyrittäjien eläkelaitos, Mela). Obejmuje farmerów, rybaków i właścicieli reniferów, a także członków ich rodzin. Obowiązek przynależności do systemu i opłacania składek ustalono dla osób, które ukończyły 18 lat. Od 2009 r. Mela zapewnia również zabezpieczenie społeczne artystom i pracownikom naukowym, którzy otrzymali dotację lub stypendium.
Prawo do emerytury rolniczej nie wyklucza otrzymywania renty pracowniczej, ponieważ wielu rolników w okresie aktywności zawodowej wykonywało też działalność pozarolniczą. Ważną cechą fińskiego systemu jest wdrażanie rozwiązań w drodze trójstronnych negocjacji pomiędzy pracodawcami, związkami zawodowymi i rządem. Pozwala to na uzyskanie szerokiej aprobaty dla wprowadzanych zmian.
Emerytura i inne świadczenia na rzecz farmerów są takie same, jak w systemie pracowniczym. Wiek emerytalny jest elastyczny i kształtuje się pomiędzy 62 a 68 lat. Wysokość emerytury zależy od czasu, przez jaki przynależało się do systemu. Każdy rok zatrudnienia powoduje wzrost świadczenia o 1,5% średniej zarobków przez całe życie danej osoby, tj. pełen 40-letni okres składkowy daje emeryturę w wysokości 60% średniej zarobków. Dochód w ramach emerytury rolników w 2011 r. nie może być niższy niż 3448,34 € rocznie (287,36 €/miesiąc)11, przy czym średnia emerytura rolnika w 2006 r. kształtowała się na poziomie 748 €/miesiąc12.
Wysokość składki zależy od wieku i dochodu ubezpieczonego. W 2011 r. dla osób przed 53. rokiem życia wynosiła 10,6% dla osiągających poniżej 24 160,65 € rocznie. Powyżej tego progu poziom składki stopniowo wzrasta, by osiągnąć 21,6% dla zarabiających od 37 966,79 €/rok. Wyższe składki są pobierane od osób starszych niż 53 lata. Ich składka wynosi od 11,22 do 22,9%. Średni poziom składek w 2011 r. jest szacowany na 11,3%13. Dochody rolników, od których naliczana jest składka, są określane na podstawie posiadanej powierzchni upraw rolnych i obszarów leśnych. Natomiast dochody rybaków i hodowców reniferów – na podstawie ich czasu pracy i zarobków, a w przypadku hodowców reniferów również liczby zwierząt.
Ubezpieczonych rolników jest w Finlandii 84 tys., natomiast osób otrzymujących świadczenia z systemu – 162 tys.14Składki nie wystarczają do samofinansowania systemu, pokrywają bowiem 27% wydatków, a pozostałe 73% jest dotowane przez państwo15.
Tab. 4. Porównanie systemów zabezpieczenia społecznego rolników w wybranych krajach europejskich.

Źródło: opracowanie własne.
Co z tego wynika?
Przyglądając się rozwiązaniom z innych państw, można wyciągnąć kilka wniosków dotyczących Polski. We wszystkich analizowanych krajach stworzono odrębne systemy zabezpieczenia emerytalnego rolników. Jest to decyzja słuszna – istnienie jakiejś formy oddzielnego systemu dla tej grupy uzasadniają specyficzne uwarunkowania zawodowe. Dochody rolników są niepewne i zależą od wielu czynników, nie tylko rynkowych, ale także np. od pogody. W przypadku likwidacji KRUS wielu rolników trzeba by skierować do systemu opieki społecznej, ponieważ nie będą w stanie sami zaspokoić podstawowych potrzeb. Wynika to z faktu, że zaledwie 7% z 2 mln polskich gospodarstw rolnych ma powierzchnię przekraczającą 20 ha. Przeważają małe, niewydajne gospodarstwa, nastawione na samozatrudnienie.
Wiele osób postrzega ubezpieczenia dla rolników jako niesprawiedliwe wobec uczestników systemu powszechnego. Obecny system jest jednak niekorzystny zarówno dla finansów publicznych, jak dla rolników, których przywileje są wątpliwe. Emerytura rolnicza wynosi zaledwie 706,29 zł. Od 2008 r. zmienił się sposób naliczania składek, które uzależniono od wielkości gospodarstwa, lecz mimo to rolnicy otrzymują minimalne emerytury bez względu na ich wysokość.
System powinien zostać uszczelniony. Nie powinny móc z niego korzystać osoby, które nabyły ziemię jedynie w celu ucieczki przed ZUS i OFE. Składki do ZUS powinny obowiązywać również osoby, dla których praca w rolnictwie jest dodatkowym źródłem przychodu. Dobrym rozwiązaniem mogłoby być zróżnicowanie wysokości składek wedle uzyskiwanych dochodów, przy jednoczesnym powiązaniu z nimi wysokości przyszłych emerytur. Obecnie właściciel 300-hektarowego gospodarstwa z maszynami za kilka milionów płaci składkę równą 1 składki pracownika Biedronki. Można wydzielić osobną kasę dla wspomnianych 7% największych gospodarstw. Inną ewentualnością jest stworzenie indywidualnych kont emerytalnych. Rolnicy chętniej będą płacić więcej, jeśli w efekcie wzrośnie ich przyszłe świadczenie.
Można także wprowadzić stopniowanie składek rolników zarabiających również poza rolnictwem. Jeśli rolnik nadal byłby ubezpieczony w KRUS, ale osiągał dochody zbliżone do dochodów osób prowadzących działalność gospodarczą, płaciłby składki takie, jak ubezpieczeni w ZUS, tyle że na rzecz ubezpieczalni rolniczej.
Nie można zmienić systemu ubezpieczeń rolniczych w oderwaniu od realiów polskiej wsi. Reforma nie może ograniczać się wyłącznie do instytucji KRUS. Konieczne jest m.in. ułatwienie młodzieży z rodzin rolniczych dostępu do dobrej edukacji. Dzisiaj, z powodu niskiego poziomu szkół średnich w małych miejscowościach, ich absolwenci mają mniejsze szanse na bezpłatne studia na uczelniach publicznych. Młodzież wiejska trafia najczęściej do płatnych szkół wyższych o niskiej jakości nauczania, które nie zwiększają istotnie jej szans na pracę poza rolnictwem. Ponadto, dla zwiększenia dostępu do przyzwoitej edukacji na poziomie średnim niezbędna jest lepsza komunikacja zbiorowa. Należy zatem równolegle przeprowadzać reformę infrastruktury transportowej, na czym skorzystają nie tylko uczniowie – dziś wielu rolników nie szuka pracy w mieście, ponieważ po prostu nie może tam dojechać. Zmiana struktury wsi wymaga też odpowiedzialnej polityki rynku pracy. W przeciwnym wypadku rzesze rolników szukające zatrudnienia w mieście nie znajdą go lub będą pracować na czarno.
Potrzebna jest zatem publiczna dyskusja o kierunkach i zasadach reform w systemie ubezpieczeń społecznych rolników, tak aby dokonując zmian pamiętać zarówno o finansach państwa, jak i o bezpieczeństwie socjalnym wszystkich obywateli. Należy przeprowadzić pogłębione badania nad dochodami rolników, łącznie z wyliczeniem wartości ich pracy. To przyczyniłoby się m.in. do wykrycia ogromnego rynku pracy na czarno. Układając plany reformy systemu, nie można stracić z oczu najważniejszego celu – ekonomicznej i socjalnej ochrony społeczności rolniczej.
Janina Petelczyc
Przypisy:
1 Zestawienie podstawowych wysokości świadczeń z ubezpieczenia społecznego rolników, http://www.krus.gov.pl/zadania-krus/swiadczenia/kwoty-swiadczen/, 20.03.2011 r.
2 KRUS w liczbach, http://www.krus.gov.pl/krus/krus-w-liczbach/, 21.03.2011 r.
3 Renty strukturalne – warunki, http://doplaty-unijne.eu/dotacje-dla-rolnikow/renty-strukturalne-warunki.html, 03.05.2011 r.
4 Poza omawianymi w artykule, wśród krajów unijnych osobne systemy ubezpieczeniowe dla rolników posiadają także Austria i Grecja; wszystkie sześć krajów wchodzi w skład ENASP – Europejskiej Sieci Rolniczych Systemów Zabezpieczenia Społecznego.
5 Ryzykiem socjalnym jest niebezpieczeństwo wystąpienia w przyszłości zdarzenia niepewnego, przynoszącego straty i niezależnego od człowieka (J. Jończyk).
6 Calculer la retraite d’un agriculteur, http://www.linternaute.com/argent/epargne/calculer-sa-retraite/agriculteur.shtml, 28.03.2011 r.
7 http://www.msa.fr/, 28.03.2011 r.
8 Ministere de l’Agriculture, de l’Alimentation, de la Peche, de la Ruralité et de l’Aménagement du territoire, http://agriculture.gouv.fr/, 28.03.2011 r.
9 Auf einen Blick, „Soziale Sicherheit in der Landwirtschaft”, październik 2010, http://www.lsv.de/spv/02_lsv/statistiken/aufeinenblick_2010.pdf, s. 5, 02.04.2011 r.
10 Międzynarodowe badania PISA wskazują, że poziom wykształcenia fińskich uczniów ze wsi jest niemal tak wysoki jak tych z miast, a przeważnie wyższy od uczniów ze wsi i miast innych państw OECD.
11 The farmer’s insurance, http://www.etk.fi/Page.aspx?Section=41877, 3.04.2011 r.
12 Finland’s response to questionnaire on social protection of older persons, http://www.ohchr.org/Documents/Issues/EPoverty/older/Finland.pdf, 03.04.2011 r.
13 The farmer’s…
14 Insured wellbeing from Mela, http://www.mela.fi/Esitteet/Insured_wellbeing_from_Mela.pdf, 03.04.2011 r.
15 Pension expenditure by pensions act and mode of financing, http://www.mela.fi, 03.04.2011 r.
przez Jordan Cibura | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
„Klasyczna” firma składa się z szefa oraz z podwładnych, którzy mają do wyboru wykonywać jego polecenia albo pożegnać się z posadą. Tymczasem w Zurychu od prawie 30 lat istnieje gazeta, która funkcjonuje na zupełnie innych zasadach.
WOZ, czyli po prostu „Wochenzeitung” (niem. „tygodnik”), bo tak się ona nazywa, należy do spółdzielni Infolink. Każda osoba zatrudniona w gazecie na co najmniej pół etatu, jest jednocześnie członkiem kooperatywy i ma prawo współdecydowania o jej losach. Postanowiłem przyjrzeć się, w jaki sposób podejmowane są decyzje w przedsiębiorstwie, gdzie każdy jest szefem. Miałem przyjemność rozmawiać z prawie jedną trzecią załogi i uczestniczyć w kilku zebraniach.
Jakość, równość, niezależność
Lata 70. w Szwajcarii obfitowały w lewicowe ruchy społeczne, jak choćby protesty przeciw elektrowniom atomowym. Jako platforma intelektualna służyły im dwa miesięczniki, jednak zapotrzebowanie było zdecydowanie większe. W 1981 r. grupa idealistów, w tym studentów, założyła spółdzielnię i rozpoczęła wydawanie nowego lewicowego tygodnika.
– Od początku chcieliśmy działać w formie spółdzielni. Tylko ludzie, którzy tutaj pracują, są jej członkami i mają prawo współdecydowania o losach przedsięwzięcia – opowiada Jürg Fischer, jeden z założycieli WOZ. – Chcieliśmy być niezależni od wszelkich nacisków z zewnątrz, przede wszystkim ze strony sponsorów i reklamodawców oraz polityków; zarządzać swoim miejscem pracy zupełnie samodzielnie. Wszyscy na równych prawach – bez względu na to, czy ktoś pracuje jako redaktor, w dziale sprzedaży czy przy druku gazety.
Minęły już niemal trzy dekady od wydania pierwszego numeru, a w WOZ nadal konsekwentnie przestrzega się zasady równości. Praktykant i dziennikarz z dziesięcioletnim stażem wracają do domów z identyczną wypłatą, a podczas podejmowania decyzji dotyczących przyszłości przedsiębiorstwa głos każdego pracownika ma jednakową wagę.
Drugą zasadą, której tygodnik hołduje od lat, jest nacisk na jak najwyższą jakość tekstów. Zanim trafi do druku, każdy artykuł jest starannie czytany przez co najmniej pięć osób, dlatego literówki i błędy stylistyczne zdarzają się w WOZ niezwykle rzadko. Jednak nie styl czy interpunkcja sprawiają, że dany tytuł można zaliczyć do Qualitätszeitungen,czyli gazet o wysokiej jakości. Kluczowa jest wnikliwość w ustalaniu faktów i rzetelne ich przedstawianie, czemu tygodnik poświęca szczególną troskę. Jako jedna z niewielu gazet daje dziennikarzom dość czasu, by mogli naprawdę gruntownie zgłębić temat, nie narzuca też sposobu jego ujęcia. – Mamy swobodę, jakiej nie spotka się prawdopodobnie nigdzie indziej w Szwajcarii. Nikt nam nie mówi, co mamy myśleć – z nieskrywaną dumą oznajmia Yves Wegelin, dziennikarz działu zagranicznego.
Długie poszukiwania, potwierdzone dane, obszerne teksty, dające czytelnikowi pełniejszy obraz sytuacji – wszystko to wiąże się ze znacznymi kosztami. Dlatego niezależnie od spółdzielni wydającej gazetę, funkcjonuje stowarzyszenie „ProWOZ”, które wspomaga finansowo jej edycję. Zrzesza ono obecnie ok. 800 osób, które zdecydowały się płacić co najmniej podwójną kwotę za prenumeratę. Dzięki zebranym pieniądzom, WOZ jest w stanie finansować także bardziej kosztowne projekty z zakresu niezależnego dziennikarstwa.
Opłaca się mieć zasady
Ostatnie lata były bardzo ciężkie dla szwajcarskiej prasy. W 2008 r. rynek ogłoszeń skurczył się o prawie 6%, a w 2009 r. – o ponad 21%. Wielu dziennikarzy straciło pracę wskutek programów oszczędnościowych i restrukturyzacji. Przykładowo, w roku 2009 grupa NZZ (wydaje dziennik „Neue Zürcher Zeitung”) zmniejszyła liczbę pełnych etatów o prawie 100, pomimo przejęcia kilku pomniejszych konkurentów. Sprzedaż prawie wszystkich tytułów spadła. Wśród nielicznych szczęśliwców, którzy zdołali uchronić się przed kryzysem, znalazł się również WOZ. Udało mu się w tym czasie nawet nieznacznie zwiększyć sprzedaż.
Można jedynie spekulować, co bardziej przyczyniło się do wzrostu liczby czytelników – lewicowy profil gazety, który w czasach kryzysu bez wątpienia cieszył się większym zainteresowaniem, czy nienaganne dziennikarstwo? Faktem jest, że WOZ, jako jeden z nielicznych tytułów, nie był zmuszony do cięć finansowych ani kompromisów w dziedzinie jakości.
Duży wpływ na utrzymanie pozytywnego bilansu finansowego podczas kryzysu miał fakt, że tygodnikowi od lat udaje się utrzymać bardzo nietypowe proporcje przychodów z reklam do wpływów ze sprzedaży gazety. Wynoszą one mniej więcej 1:2, choć w branży medialnej są zazwyczaj odwrotne. WOZ chce pozostać niezależny od reklamodawców, mimo że oznacza to m.in. niskie płace. Taka jest jednak wola większości spółdzielców, w pełni świadomych konsekwencji swojej decyzji. Nikt im jej nie narzucił, gdyż nie ma szefa, który mógłby kogokolwiek do czegoś zmusić.
Odpowiedzialność za słowo
Brak szefa nie oznacza oczywiście braku organizacji ani rezygnacji z podziału zadań według kompetencji. – Nie mamy hierarchii w powszechnym znaczeniu tego słowa. Oczywiście posiadamy komisję rewizyjną, komisję kierowniczą itp. Mamy swoje struktury – wyjaśnia Roman Schürmann, członek wewnętrznego gremium kontrolnego. – Działamy zgodnie z zasadami demokracji uczestniczącej, gdzie naprawdę każdy może wyrazić swoje zdanie, jeśli tylko chce. Nie jest to jednak demokracja rozumiana tak, że każdy może wszystko. Musimy utrzymać się na rynku. Trzeba funkcjonować w tym kapitalistycznym świecie i nie możemy sobie pozwolić, by gazeta przynosiła straty.
Dlatego kompetencje poszczególnych organów spółdzielni są jasno zdefiniowane. Najważniejszym z nich jest plenum, czyli zebranie ogółu członków. W zależności od potrzeby, zwoływane jest kilka razy do roku i rozstrzyga się na nim za pomocą głosowania kwestie dotyczące całego przedsiębiorstwa lub takie, które wykraczają poza kompetencje poszczególnych organów. Te ostatnie to Rada Kierownicza (Geschäftsleitung), Komisja Rewizyjna (Geschäftsausschuss), Redakcja, w ramach której funkcjonują osobne działy (np. Kraj, Zagranica, Kultura), Rada ds. Kadrowych, Dział Wydawniczy (tu m.in. reklamy, prenumeraty, rachunkowość) oraz grupy robocze, tworzone na potrzeby bieżących projektów.
Choć każdy pracownik może swobodnie wyrazić zdanie w dowolnej kwestii, to jednak poszczególne działy „rządzą się” zupełnie autonomicznie. Jeśli ktoś zauważy, że coś jest „nie tak”, zawsze może poruszyć temat na plenum, które kolektywnie rozstrzygnie sprawę. Decyzje nie zapadają jednak bez przygotowania. Zazwyczaj najpierw odbywa się tzw. Infoplenum, na którym wszyscy są informowani o danym problemie, następnie mają czas, aby się zastanowić, co można zrobić z daną kwestią. Gasch, bo tak zdrobniale nazywa się wewnętrzną komisję rewizyjną, zbiera te przemyślenia i przygotowuje głosowania. Jest to bardzo ważny organ, który umożliwia sprawne podejmowanie decyzji bez zbędnego tracenia czasu. W jego skład wchodzi 5 osób, po jednej z głównych działów. W węższym gronie łatwiej przedyskutować i w razie potrzeby wykluczyć scenariusze niemożliwe do zrealizowania (np. ze względów finansowych).
Niedawno pracownicy WOZ podnieśli sobie pensje. Jak wygląda proces podejmowania podobnych decyzji opowiedział mi Martin Clalüna, informatyk. – Płace są u nas chronicznie niskie. Właściwie od lat 80. ciągle oscylują wokół płacy minimalnej i rosły jedynie porównywalnie ze wzrostem cen. Jak na Zurych, to bardzo mało – podkreśla.W tej sytuacji, gdy po kilku latach wymuszonych oszczędności udało się trwale zbić wydatki, a jednocześnie zwiększyć sprzedaż pisma, Gasch poddała pod dyskusję kwestię podwyżki wynagrodzeń. – Wyglądało to mniej więcej w ten sposób: „Chcemy podwyżki – tak czy nie?”, „Jeśli tak, to o 100 czy 200 franków?”. Nigdy nie dyskutowaliśmy na temat podniesienia płac np. o 1000 franków. Gasch wszystko przeliczyła, sformułowała budżet i przedstawiła nam trzy warianty do wyboru. Dzięki temu mieliśmy pewność, że żadna z możliwych decyzji nie doprowadzi do katastrofy. Wszystko było oczywiście transparentne i mogliśmy na bieżąco otrzymywać dodatkowe informacje.
Clalüna zwraca uwagę, że nie wszyscy w takim samym stopniu rozumieją rachunkowość. Dlatego dane finansowe są przedstawiane tak, żeby każdy był w stanie ocenić, czy spółdzielni idzie na tyle dobrze, że możliwy jest wzrost płac lub inwestycje. – Ostatecznie zadecydowaliśmy, że podniesiemy pensje o 200 franków. Kto nie mógł przyjść na plenum, mógł zagłosować listownie.
Podejmowanie takich decyzji wymaga gruntownej wiedzy o kondycji finansowej przedsiębiorstwa. Dlatego Gasch stale kontroluje finanse gazety i co miesiąc przedstawia stosowny raport. Jego kopia znajduje się na wewnętrznym serwerze i każdy z pracowników może go przeczytać w dowolnej chwili. Ponadto kluczowe dane finansowe są na bieżąco aktualizowane i wywieszane obok automatu z kawą, czyli miejsca, gdzie każdy zagląda. Oprócz raportów, do wglądu są także protokoły ze wszystkich ważniejszych zebrań – można w ten sposób „podejrzeć”, czym zajmują się inni.
Nauczki z kryzysu
Jak widać, w WOZ bardzo się dba, aby wszyscy znali dane finansowe. Nie zawsze tak było. W 2005 r. gazeta stanęła na skraju bankructwa. Główną przyczyną był właśnie niedostateczny i mało profesjonalny controlling. W atmosferze euforii, której powodem była rosnąca popularność gazety, po prostu zapomniano o rzetelnej kalkulacji kosztów.
W 2003 r. zmieniono szatę graficzną, zwiększono zatrudnienie i rozpoczęto nowe, ambitne projekty. Wydatki wzrosły nieproporcjonalnie do przychodów, co dwa lata później nieomal skończyło się katastrofą. Do tego doszły jeszcze problemy w rachunkowości, w efekcie czego bomba z opóźnionym zapłonem, jaką był przesadny wzrost kosztów, została wykryta dopiero pięć minut przed wybuchem. Nie było czasu na zbędne dyskusje; należało działać bardzo szybko, aby uchronić spółdzielnię przed upadkiem.
W niesamowitym tempie ok. dwóch tygodni, pracownicy zupełnie zrestrukturyzowali przedsiębiorstwo. Bettina Dyttrich, której wraz z innymi udało się uratować WOZ, zdradziła mi kilka szczegółów operacji. – Musieliśmy bardzo oszczędzać. Na pewien czas gazeta skurczyła się o kilka stron, zmniejszyliśmy sobie zarobki, a nawet zwróciliśmy pewną część już wypłaconych pensji. Wielu z nas musiało odejść. To był niezwykle dramatyczny okres, ale też bardzo dużo się nauczyliśmy. W tej chwili jest już niemożliwe, aby podobna sytuacja się powtórzyła. Od tamtej pory ludzie, których zatrudniamy w Dziale Wydawniczym, nader dokładnie patrzą na nasze wydatki. Patrząc z perspektywy czasu, dobrze się stało, że przytrafił nam się ten kryzys. Kooperatywa zyskała na profesjonalizmie, finanse są na bieżąco monitorowane, a informacje na ich temat przekazywane w przystępnej formie reszcie zespołu.
Co dwie głowy…
Przyglądając się działaniu tej spółdzielni, można się pokusić o wyciągnięcie bardziej ogólnych wniosków. Byłem ciekaw, jakie zdaniem pracowników są wady i zalety prowadzenia działalności w formie firmy, gdzie nie ma szefa lub – jeśli ktoś woli – wszyscy są szefami.
Zdaniem Bettiny Dyttrich, model partycypacyjny ma same zalety w porównaniu z klasycznymi, hierarchicznymi organizacjami. – Typowym przesądem jest, że w takich organizacjach jak nasza dyskusje ciągną się miesiącami, jeden wtrąca się w sprawy drugiego i nie można podjąć żadnej decyzji. Tak było może 20 lat temu. W tej chwili mamy różne grupy, które zajmują się swoimi sprawami. Jeśli coś dotyczy wszystkich, Gasch przeprowadza wewnętrzną dyskusję na ten temat, a następnie informuje o jej wynikach. Rozważamy wtedy sprawę na plenum i podejmujemy odpowiednią decyzję. Uważam to za bardzo efektywny model zarządzania. Nie tracimy przy tym wiele czasu – zapewniadziennikarka. – W sytuacjach kryzysowych decyzje są podejmowane bardzo sprawnie. Wszystkie siły koncentrowane są na jednym zadaniu, dopóki nie zostanie wykonane – wyjaśnia Camille Roseau, specjalistka ds. marketingu.
Faktem jest, że źle przygotowane zebrania mogą być frustrujące i mało produktywne. WOZ przez 30 lat istnienia miał dość czasu, aby wypracować mechanizmy zapobiegające takim przypadkom. W zasadzie wszyscy, z którymi rozmawiałem, zgodnie twierdzili, że zdarzają się one obecnie niesłychanie rzadko. Należy jednak pamiętać, że nawet przy bardzo sprawnych procedurach, tak jak to ma miejsce w WOZ, kolektywne podejmowanie decyzji wymaga więcej czasu, niż gdyby robiła to jedna osoba (szef). Ludzie muszą zostać poinformowani, musi odbyć się dyskusja, muszą zostać udzielone odpowiedzi na zgłaszane pytania. Mimo to gra jest warta świeczki. Więcej osób zaangażowanych w wypracowanie rozwiązania oznacza, że na problem patrzy się z wielu perspektyw. Prawdopodobieństwo, że podjęte postanowienie będzie lepiej przemyślane, jest bardzo duże. Co więcej, jego realizacja przebiega potem bardzo płynnie. Nikt przecież nie będzie sabotował własnych decyzji.
Z kolei wśród zagrożeń związanych z modelem spółdzielczym warto wspomnieć o delegowaniu osób na poszczególne stanowiska. W WOZ kompetencje kierownicze czy kontrolne pracowników są demokratycznie potwierdzane przy pomocy wyborów. Jeśli kandydatów jest więcej niż funkcji do obsadzenia, wiąże się to z pewnym niebezpieczeństwem. Przegrana w wyborach nie należy do najprzyjemniejszych. – WOZ zebrał bardzo negatywne doświadczenia związane z tego typu głosowaniami. Jeśli do wyboru były dwie osoby, wówczas ta, której nie wybrano, najczęściej opuszczała gazetę. Nie jesteśmy politycznymi mandatariuszami, którzy w razie przegranej mogą wrócić do swego zawodu. Po wyborach trzeba dalej pracować z ludźmi, którzy w jakimś sensie okazali nam brak zaufania, a to po prostu boli – tłumaczy Camille Roseau. Dlatego zdecydowano się na pragmatyczne rozwiązanie: w wyborach do poszczególnych organów startuje zawsze tylu kandydatów, ile jest stanowisk do obsadzenia.
To działa!
Według raportuopublikowanego w lutym 2011 r. przez Instytut Gallupa, dwie trzecie niemieckich pracowników nie czuje się związanych z pracodawcą, a co piąty mentalnie już podjął decyzję o wypowiedzeniu umowy. Gdyby przeprowadzono analogiczne badania w Polsce czy Szwajcarii, wynik zapewne wyglądałby podobnie. Jednak kooperatyści z WOZ bez wątpienia znaleźliby się wśród 1/3 zadowolonych. W spółdzielni więź z „pracodawcą” jest ogromna, co niejednokrotnie podkreślali moi rozmówcy. Bardzo obrazowo ujął to Jan Jirat, jeden z dziennikarzy: Tutaj jest się człowiekiem… Gdyby WOZ był spółką akcyjną, wtedy pieniądz, nie człowiek, byłby jego esencją. WOZ to my – jako ludzie.
Zatrudnieni w WOZ cenią sobie wolność, jaką daje im firma. Nie tylko elastyczny czas pracy, wyrozumiałość, jeśli ktoś zachoruje czy musi odebrać dziecko z przedszkola, lecz również dziennikarską niezależność. – W porównaniu z innymi gazetami WOZ jest bardzo nietypowy. Możemy pisać dłuższe teksty, na które mamy więcej czasu, aby zebrać większą ilość rzetelnych informacji. Do tego mamy swobodę w pisaniu na tematy polityczne. Jak to się mówi – możemy każdemu bez obaw nasikać na nogę – dodaje Jirat.
W przeciwieństwie do reszty gazet, które muszą dbać o reklamodawców, WOZ nie boi się także otwartej krytyki pod adresem bogatych koncernów. Trudno się nie zgodzić z Bettiną Dyttrich, która dodaje, że to, co i jak piszą dziennikarze „Wochenzeitung” bezpośrednio wypływa z tego, jak są zorganizowani:Gdybyśmy mieli szefa i zróżnicowane zarobki, pisalibyśmy zupełnie inaczej. To przecież oczywiste.
Dynamicznie zarządzana firma, która dostosowuje się do stale zmieniającego się otoczenia. Sprawnie podejmowane, ale i przemyślane decyzje. Nieskrywana duma, z jaką zadowoleni i zmotywowani pracownicy opowiadają o pracodawcy i owocach wspólnych wysiłków. Czy takie miejsce pracy mogłoby być rzeczywistością dla większej liczby ludzi? Według Bettiny Dyttrich – jak najbardziej. Uważam, że dużo więcej przedsiębiorstw we wszystkich możliwych branżach mogłoby funkcjonować na podobnych zasadach, jak my. Bo to działa!
przez Konrad Malec | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Związek zawodowy to strajk, zadyma, zablokowany ruch w Warszawie. Takie skojarzenia nie obejmują jednak coraz bardziej istotnych – a co więcej, skutecznych – form działalności związkowej.
Mądry związkowiec po szkoleniu
Organizacje pracodawców oraz większe firmy mają do dyspozycji całe sztaby ekonomistów, prawników i innych specjalistów. W razie sporu, pracownicy zazwyczaj zmuszeni są liczyć na własne umiejętności i wiedzę. Aby Dawid mógł się zmierzyć z Goliatem, musi umieć dobrze wymierzyć cios. W tym celu związki zawodowe regularnie organizują szkolenia dla swoich członków.
– Mają one na celu lepszą organizację pracowników i ich siły. Uczą, jak tej siły użyć – wyjaśnia Elżbieta Wielg, kierownik Biura Szkoleń i Programów Europejskich NSZZ „Solidarność”. – Komisje Zakładowe są często niewielkie. Uczymy, jak organizować pracowników, żeby poczuli potrzebę bycia w związku. Tłumaczymy też, dlaczego bez nich Komisja nie jest w stanie niczego zrobić – informuje p. Elżbieta. – Zdarza się, że po szkoleniach działacze czują taką moc, iż uważają się za gotowych do negocjacji z pracodawcą. Uczulamy ich, że sama wiedza nie wystarczy, trzeba mieć wokół siebie ludzi, którzy będą kibicowali, gdy zaczną się rozmowy.
Kursy innego rodzaju uczą działaczy, w jaki sposób przedstawiać postulaty, aby stać się równorzędnym partnerem pracodawcy. – Szkolimy z prowadzenia negocjacji i sztuki kształtowania wizerunku, które w działaniach związkowych są niezbędne – wyjaśnia Leszek Miętek, szef Związku Zawodowego Maszynistów Kolejowych w Polsce.
Choć niektóre szkolenia, np. z dialogu społecznego, organizuje większość związków, prawie każdy dodaje do nich „coś od siebie”. – Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych prowadzi szkolenia z komunikacji społecznej nie tylko z załogą i pracodawcą, ale też ze społecznością lokalną, na którą składają się również związkowcy – podkreśla wiceprzewodniczący centrali, Andrzej Radzikowski. – Jako reprezentatywny związek zawodowy opiniujemy nie tylko ustawy ogólnokrajowe, ale także prawo lokalne – dodaje.
Coraz częstsze są także zajęcia z rachunkowości i finansów oraz z prawa. – Omawiamy wszystkie przepisy, które dotyczą pielęgniarek, np. ustawę o działalności leczniczej. Tak, byśmy wiedziały np. jak nie dać się zmusić do przejścia na kontrakt – informuje Dorota Gardias, do czerwca 2011 r. przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych. Związek Nauczycielstwa Polskiego robi podobne szkolenia dla nauczycieli, górnicy zaś dokształcają społecznych inspektorów pracyi… aktywizują kobiety. – Przez „męską dominację” w branży członkinie naszej organizacji są słabo zauważalne. Chcemy, żeby ich głos był również brany pod uwagę w naszych działaniach – wyjaśnia Edyta Piórkowska ze Związku Zawodowego Górników w Polsce (ZZGwP).
Choć „Solidarność”, która liczy niemal 700 tys. członków, zatrudnia wielu specjalistów, często sięga również po szkoleniowców z zewnątrz. – Najczęściej prowadzą oni zajęcia dla naszych trenerów, prawników, osób odpowiadających za wizerunek związku czy jego politykę informacyjną – wyjaśnia p. Wielg. Podnoszenie kwalifikacji związkowców odbywa się w sposób nowoczesny, obejmuje zarówno przyswajanie teorii, jak i warsztaty umiejętności praktycznych. Działacze „eski” coraz częściej biorą także udział w konferencjach i seminariach.
Wielokrotnie mniejsza Konfederacja Pracy świetnie potrafi wykorzystywać wiedzę o obowiązkach szkoleniowo-prewencyjnych różnych instytucji, czym znacząco obniża koszty edukacji. – Przy szkoleniach dotyczących mobbingu poprosiliśmy o pomoc inspektorów pracy, którzy przeprowadzili je za darmo, w ramach swoich obowiązków. My zapewniliśmy salę i catering – wyjaśnia Michał Lewandowski, skarbnik związku.
Dzięki zabiegom OPZZ wprowadzono prawną możliwość tworzenia w zakładach funduszu szkoleniowego, służącego zwiększaniu umiejętności załogi. – Niestety nie jest on obligatoryjny – ubolewa Radzikowski. Co więcej, w obliczu nieudolności urzędów pracy związki podjęły się organizowania szkoleń zawodowych, pozwalających na przekwalifikowanie pracowników. Aby było to możliwe, lokalne struktury największych central ubiegają się m.in. o pieniądze z funduszów europejskich. – W Małopolsce przeprowadziliśmy szkolenia fryzjerskie, manicure, pedicure, w Szczecinie organizowaliśmy kursy dające uprawnienia kierowców zawodowych, w jeszcze innych miejscach – uczyliśmy obsługi urządzeń biurowych – wymienia wiceszef Porozumienia.
Środki uświęcają cel
Wzorem firm i organizacji pozarządowych, związkowcy szybko uczą się sięgać po środki unijne, np. z Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Najczęściej pozyskują je na wzmacnianie dialogu społecznego. OPZZ prowadzi duży projekt „Kompetentny uczestnik dialogu społecznego”, ZNP – „Dialog społeczny”, zaś ZZGwP – „Profesjonalnego związkowca”.
Ponadto pierwszy z wymienionych związków zorganizował za wspólnotowe dotacje obserwatorium regionalnych rynków pracy. – Podobne rzeczy robią urzędy pracy, ale one opisują tylko stan zastany, który każdy widzi. My staramy się prognozować przyszłą sytuację, co daje możliwość działania, by zmniejszyć bezrobocie – wyjaśnia Grażyna Różanek z Zespołu ds. Funduszy Europejskich. Co istotne, obserwatorium nadal działa pomimo zakończenia finansowania. Z kolei Konfederacja Pracy wykorzystuje fundusze unijne, żeby przybliżać członkom nowe zjawiska prawno-pracownicze czy społeczne.
Tego rodzaju inicjatywy są okazją do udowodnienia, że dla dobra pracowników związki potrafią współpracować także z oponentami. – Szkolenia z efektywnych narzędzi komunikacjiprowadzimy wspólnie z organizacjami pracodawców – mówi Radzikowski. Podobnie postępują górnicy. – W naszym projekcie udział biorą nie tylko związkowcy, ale także przedstawiciele Związku Pracodawców Górnictwa Węgla Kamiennego – mówi Karina Pater, koordynator Biura Szkoleniowego ZZGwP. – Przełamujemy stereotypy pracodawców o związkowcach, i odwrotnie. Pokazujemy, że związkowiec nie tylko krzyczy i żąda. Na pierwszym seminarium związkowcy usiedli po jednej stronie, pracodawcy po drugiej. Podobnie było w przerwach. Podczas kolejnych grona coraz bardziej się mieszały, a rozmowy były konstruktywne.
Mimo to Leszek Miętek zauważa pewien brak zaufania do działaczy społecznych. – W Unii organizacje pracowników zarządzają funduszami – tylko w Polsce dystrybuują je urzędnicy. Gdyby te środki znajdowały się pod zarządem związków, z pewnością szybciej byłyby rozdzielanie i wykorzystane w całości, jak w pozostałych krajach UE.
Eksperci świata pracy
„Solidarność” dawno dostrzegła, że samymi protestami wiele nie zdziała. – Rozmowom z pracodawcą nie towarzyszy walenie pięścią w stół, lecz merytoryczna wymiana argumentów – przekonuje Małgorzata Benc, szefowa biura terenowego związku w Zawierciu. Z tego powodu zarówno na szczeblu centralnym, jak i w regionach organizacja stara się pozyskiwać do współpracy ekspertów z różnych dziedzin, szczególnie ekonomistów i prawników, którzy będą w stanie np. wykazać, że pracownicy powinni otrzymać podwyżkę. „Solidarność” dorobiła się nawet własnego Biura Eksperckiego, działającego przy Komisji Krajowej.
„Eska” od lat współpracuje także z S. Partner, jedyną w Polsce firmą dostarczającą ekspertyzy dla związków zawodowych. Efektem kooperacji „Solidarności” i S. Partner jest np. opracowanie „Praca Polska 2010” – stustronicowa analiza sytuacji pracowników i dostępu do pracy, w odniesieniu do ogólnej sytuacji gospodarczej. Świetnie przygotowany raport, któremu zorganizowano premierę w błysku fleszy, został znakomicie przyjęty, a zawarte w nim treści, jak np. dowody na spadek płac realnych – trafiły do mediów. – Od 30 lat przygotowujemy ekspertyzy, które pomagają nam formułować postulaty – podkreśla Jacek Rybicki z Komisji Krajowej. Jednak takie opracowania, nawet jeśli były skuteczne w poszczególnych negocjacjach, nie wpływały na ton debaty publicznej.
Zmiana nastąpiła w 2007 r., gdy „Solidarność” w kampanii „Niskie płace barierą rozwoju Polski” publicznie podpierała się stosowną ekspertyzą. – Uprzedziliśmy zarzuty, że związkowcy chcą, aby „nalewano z pustego”. Raport pokazywał czarno na białym, że niskie pensje są nie tylko dotkliwe dla pracowników, ale także hamują rozwój gospodarczy kraju – wyjaśnia Rybicki. W kolejnych latach podobnie przeprowadzono kampanie „Polska przyjazna pracownikom” i „Solidarność na kryzys”.
Z tych działań zrodził się pomysł na swego rodzaju podsumowanie dotychczasowych prac właśnie za pomocą „Pracy Polskiej 2010”. – To nasza odpowiedź na słowa premiera Tuska, że Polska jest „zieloną wyspą”. Z punktu widzenia pracowników nasz kraj zasłużył na zupełnie inny kolor – zżyma się Rybicki. O profesjonalnym przygotowaniu raportu może świadczyć doskonałe przyjęcie go przez środowiska akademickie. Po takim sukcesie związkowcy przygotowują drugą część, poświęconą polityce przemysłowej. Ważnym impulsem do takiej aktywności był brak autentycznej debaty nad kierunkami rozwoju Polski. „Solidarność” postanowiła przełamać medialną jednomyślność i pokazać możliwe alternatywy.
Obywatel związkowiec
Efektem działań eksperckich są obywatelskie projekty ustaw. W 2005 r. udało się przeforsować przygotowaną przez „Solidarność” nowelizację przepisów o emeryturach i rentach. W kwietniu 2011 r. „eska” rozpoczęła zbiórkę podpisów pod projektem ustawy o podniesieniu płacy minimalnej do wysokości połowy średniej krajowej (obecnie jej wysokość jest corocznie ustalana przez rząd, w 2010 r. wynosiła 42% przeciętnego wynagrodzenia). – Projekty przygotowuje nasze Biuro Eksperckie. Czasem, gdy zachodzi konieczność, korzystamy także z usług zewnętrznej kancelarii – wyjaśnia Henryk Nakonieczny z Prezydium Komisji Krajowej.
Również ZNP, aby skuteczniej walczyć o równy dostęp obywateli do edukacji, postanowił odwołać się do inicjatywy ustawodawczej. – Zebraliśmy wymaganą liczbę podpisów pod projektami ustaw mających upowszechnić edukację przedszkolną, by każde dziecko mogło z niej skorzystać. Po raz pierwszy taki projekt, z 200 tys. podpisów, złożyliśmy w Sejmie w 2008 r. Niestety ustawa nie przeszła pomyślnie przez parlament, dlatego w ubiegłym roku zgłosiliśmy podobny, poparty przez 150 tys. osób – wyjaśnia Magdalena Kaszulanis, rzecznik prasowy związku.
Zakłada on finansowanie przedszkoli z subwencji oświatowej, a więc z budżetu centralnego. O ile początkowo koalicja rządząca była temu rozwiązaniu przeciwna, dziś samo MEN proponuje podobną zmianę, co daje dużą szansę powodzenia inicjatywy. – Podpisy zbieraliśmy w środowisku nauczycielskim i za jego pośrednictwem, ale też wychodziliśmy ze stolikami do obywateli i zachęcaliśmy ich do poparcia naszego przedsięwzięcia, co cieszyło się dużym uznaniem. Wiele osób opowiadało nam, jak ciężko zapisać dziecko do przedszkola – relacjonuje Kaszulanis.
Do ustawodawczej mobilizacji społeczeństwa sięgnęło też OPZZ, które przy poparciu niemal 300 tys. obywateli zaproponowało wprowadzenie możliwości przejścia na emeryturę dla kobiet po 35 oraz mężczyzn po 40 latach pracy, niezależnie od wieku. – Projekt ustawy stworzyliśmy z myślą o osobach, które rozpoczęły pracę przed 18. rokiem życia lub niewiele później. W tej chwili są dość mocno wyeksploatowane, a przez te lata już dawno wypracowały swoje emerytury – wyjaśnia Grzegorz Ilka, sekretarz prasowy Porozumienia oraz przewodniczący Konfederacji Pracy. – Podobny dezyderat zaistniał już wśród 21 postulatów w sierpniu 1980 r. PO jest temu projektowi przeciwna, jednak trafił do prac w podkomisjach.
Grosz do grosza, a będzie… 6 milionów
Niemal każdy nosi w portfelu karty uprawniające do zniżek. Mają służyć lojalności klientów wobec np. sieci handlowej. Dlaczego podobne rozwiązanie miałoby się nie sprawdzić jako sposób wzmocnienia identyfikacji ze związkiem zawodowym?
Piotr Gołąb, koordynator ds. rozwoju w podbeskidzkiej „Solidarności”, długo zastanawiał się, jak wcielić w życie statutowy zapis o pomocy członkom związku w różnych sferach życia. W 2003 r. wymyślił „Grosik” – kartę oferującą osobom zrzeszonym w „esce” możliwość tańszych zakupów w wybranych sklepach i punktach usługowych. Początkowo program objął Podbeskidzie, po czym stopniowo rozszerzał zasięg na inne regiony.
Równolegle w Wielkopolsce i Zagłębiu Miedziowym związkowcy z zakładów Volkswagena zainicjowali przedsięwzięcie opierające się na identycznej filozofii, które szturmem zdobyło oba regiony. – Nasz program jest efektem kontaktów ze związkami z krajów skandynawskich i z Niemiec – wyjaśnia Dariusz Dąbrowski, przewodniczący „Solidarności” w Volkswagen Motor Polska i koordynator Programu Rabatowego „Twój Partner” w Zagłębiu Legnickim. Gdy „Grosik” objął całą Polskę, związkowcy z wspomnianych regionów pozostali przy swoim programie, ponieważ był on już dobrze znany lokalnym kupcom.
W 2008 r. związkowcy posiadający kartę „Grosik” mogli liczyć na zniżki w ponad 2 tys. obiektów na terenie kraju. Rabatem objęto zarówno podstawowe produkty spożywcze, jak i usługi tak wyszukane, jak nauka języków obcych, ubezpieczenia czy wycieczki turystyczne. – Nie samą pracą człowiek żyje, dlatego dbamy o rozrywkę. Oferta obejmuje m.in. zniżki na bilety do aquaparków, kin i teatrów. To daje oszczędności całej rodzinie – wyjaśnia Małgorzata Benc, która wdrażała program w Regionie Śląsko-Dąbrowskim. Podobnie działa „Twój Partner”, który liczy 15 tys. uczestników, mogących kupować z rabatem od ok. 5% w sklepach spożywczych do nawet 40% w punktach z techniką grzewczą.
– Zdarza się, że gdy w zakładzie panuje dobra sytuacja, ludzie zaczynają się zastanawiać, po co w ogóle płacić składki – wyjaśnia pomysłodawca „Grosika”. Zaś Dariusz Dąbrowski dodaje: Chcieliśmy w jakiś sposób wyróżnić naszych członków, że chce im się należeć do związku. Tym bardziej, że wielu z nas zarabia naprawdę grosze, zdarzają się nawet czasowe zawieszenia płacenia składek. Używanie naszej karty pozwala pracownikom zrekompensować sobie związkową „daninę”, i to wielokrotnie. W 2008 r. program pozwolił członkom „Solidarności” zaoszczędzić łącznie 6 mln zł.
„Grosik” cieszy się dobrą opinią specjalistów ds. biznesu i marketingu. Akcentują oni nie tylko ekonomiczny wymiar programu, ale i jego potencjał w promocji związku, którego logo znajduje się na karcie i naklejkach wskazujących, że dany punkt ją honoruje.
O podobnej inicjatywie myślał związek maszynistów, jednak z uwagi na duże rozproszenie członków oraz znacznie mniejszą ich ilość zrezygnowali z tej koncepcji. Udało im się za to zorganizować korporacyjną sieć telefoniczną u jednego z głównych operatorów w Polsce. – Byliśmy pierwsi wśród związków zawodowych – nie kryje dumy Rafał Zarzecki z ZZM. Dzięki temu zrzeszeni maszyniści mają co dwa lata możliwość otrzymania atrakcyjnego telefonu w dobrej cenie, przy tanich połączeniach. – To nie tylko oszczędność dla naszych członków, ale też wymiar praktyczny. Jeśli jest nagła sytuacja, np. akcja strajkowa, mamy możliwość wysłać do wszystkich grupowego SMS-a – zauważa Zarzecki.
Związkowcy wszystkich narodów, współpracujcie!
Dzięki temu, że „Solidarność” i OPZZ są członkami Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych, mogą łatwiej korzystać z wiedzy i umiejętności pracowników z innych państw. Także współpraca największych central z S. Partner, będącą polską filią grupy konsultingowej Syndex, która na całym świecie udziela wsparcia związkom zawodowym, daje dostęp do międzynarodowych doświadczeń.
– Mamy 450 ekspertów, wśród nich np. 70 specjalizujących się w sektorze metalurgicznym, 40 ekspertów sektora finansowego, 60 specjalistów ds. branży chemicznej. Stanowimy cenne i stale aktualizowane – przez 40 lat działalności! – źródło informacji na temat przedsiębiorstw i sektorów, w całości do dyspozycji pracowników – zapewnia dr Stéphane Portet, socjolog i ekonomista, który w przeszłości był ekspertem m.in. Międzynarodowej Organizacji Pracy oraz Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju. Z usług S. Partner coraz częściej korzystają również organizacje branżowe i regionalne, a nawet zakładowe.
OPZZ bierze aktywny udział w pracach MOP. Poza byciem członkiem EKZZ oraz Międzynarodowej Federacji Związków Zawodowych, współpracuje w ramach porozumień regionalnych, np. Związkowej Sieci Morza Bałtyckiego czy Związkowej Grupy Wyszehradzkiej. Doświadczeniami wynikającymi z kryzysu gospodarczego wymienia się m.in. z organizacjami z Hiszpanii, Portugalii i Bułgarii. Porozumienie ma też przedstawiciela w Europejskim Komitecie Ekonomiczno-Społecznym – ciele doradczym Komisji, Parlamentu i Rady Unii Europejskiej. Druga co do wielkości polska centrala prowadzi współpracę z konkretnymi związkami zawodowymi w innych krajach. Najlepiej jest ona rozwinięta z brytyjskim UNISON (Związek Pracowników Usług Publicznych), przy którym Porozumienie ma od trzech lat oddelegowanego przedstawiciela. – Stara się on namawiać pracujących tam Polaków do wstąpienia do UNISON, a następnie koordynować ich działania oraz udzielać bieżącej pomocy – wyjaśnia dr Piotr Ostrowski z Zespołu ds. Międzynarodowych i Integracji Europejskiej OPZZ.
Współpracę międzynarodową prowadzą też związki branżowe. – Współpracujemy w ramach ALE – Międzynarodowej Federacji Maszynistów – ze związkowcami z 16 krajów Europy. Warte podkreślenia jest to, że do ALE wstąpiliśmy jeszcze przed akcesją do UE – nie ukrywa zadowolenia Leszek Miętek, będący obecnie wiceprezydentem federacji. Ambicją ponad stutysięcznej ALE jest skupienie maszynistów ze wszystkich, nie tylko unijnych, państw Europy. Należą do niej związkowcy z Chorwacji czy Szwajcarii. – W świecie znikających granic problemy maszynistów w różnych krajach stają się podobne. Dążymy do ujednolicenia, przynajmniej w obrębie Unii, przepisów dotyczących naszej grupy zawodowej, by móc lepiej bronić jej interesów – wyjaśnia Miętek. Już dziś maszynista przekraczający granicę i napotykający tam na problemy może liczyć na skuteczną pomoc kolegów ze sfederowanego związku, znającego miejscowe realia.
Politykę międzynarodową prowadzą również nauczyciele, budowlańcy i inne duże związki. Dobrym przykładem branżowej współpracy jest porozumienie Związku Zawodowego „Budowlani” z jego ukraińskim odpowiednikiem, podpisane przy okazji przygotowań do Euro 2012. – To wspólna inicjatywa na rzecz wzrostu bezpieczeństwa pracy na budowach w obu krajach – wyjaśnia Ostrowski. ZNP współpracuje z niemieckimi kolegami z GFF, m.in. w ramach edukacji antydyskryminacyjnej. Poza obszar wąsko rozumianej międzynarodowej działalności związkowej wychodzą też górnicy, których przedstawiciel w EKES zajmuje się tematyką energetyki.
„Solidarność”? Lubię to!
– Polacy, zwłaszcza młodzi, postrzegają „Solidarność” przez pryzmat historii, składania kwiatów pod pomnikami i trzech „najazdów” na Warszawę rocznie. Mało kto wie, że prowadzi ona setki działań będących codzienną „pracą u podstaw” – zauważa Norbert Kilen z agencji kreatywnej Think Kong. Realizuje ona na zlecenie związku nowoczesne kampanie społeczne, które pomagają przełamać wspomniane stereotypy.
Jak wyjaśnia Krzysztof Zgoda, były szef Działu Rozwoju Związku, zachodnie organizacje pracowników oprócz bezpośrednich nacisków na pracodawców często kierują działania w stronę obywateli wrażliwych społecznie. Chcąc skłonić koncern IKEA, aby zainteresował się wyzyskiem ochroniarzy zatrudnianych przez jego podwykonawcę, firmę Solid Security, „Solidarność” zwróciła się do klientów meblowego giganta z prostym pytaniem: „Czy IKEA jest OK?”.
Akcja, o której mowa, jest modelowym przykładem, jak powinno się walczyć z międzynarodowymi molochami. Polscy aktywiści przy wsparciu miejscowych związków przeprowadzili pikietę przed sklepem IKEI w Sztokholmie. Poświęcono jej kilkuminutową relację w głównym wydaniu tamtejszych wiadomości! Wydarzenie było zaskoczeniem dla miejscowej opinii publicznej, wobec której IKEA prezentuje się jako firma odpowiedzialna społecznie. – Tego samego dnia w największym szwedzkim dzienniku ukazało się półstronicowe ogłoszenie z opisem ciężkiego losu pracowników ochrony w polskich oddziałach koncernu – relacjonuje Zgoda. Co ważne, solidarność pracowników zadziałała nie tylko w macierzystym kraju firmy. – Podobne pikiety zorganizowały związki zawodowe w Korei, Niemczech, USA, Szwajcarii, Australii i Wielkiej Brytanii – wspomina działacz. Pracownicy Solid Security otrzymali także ogromne wsparcie od polskich internautów.
Głównie w Sieci prowadzona była inna kampania, „UśmiechniętaKasjerka.pl”, mająca zwrócić uwagę klientów hipermarketów na warunki pracy kasjerek. Ciężki los pracowników handlu „Solidarność” nagłaśniała także w grudniu 2010 r., gdy przed sklepami wielkich sieci kolportowane były ulotki z dołączonym opłatkiem, stylizowane na list pisany rączką dziecka, martwiącego się, że mama pracująca w markecie znowu spóźni się na Wigilię.
Wymienione akcje przyniosły nie tylko uświadomienie części społeczeństwa w zakresie problemów wybranych grup zawodowych, ale i bardzo wymierne efekty. Solid Security stworzyło fundusz dla pracowników w potrzebie, w Tesco i Kauflandzie powstały związki zawodowe, z kolei nagłośniony w mediach list, jak się wydaje, stanowił dla wielu sieci handlowych argument przesądzający o skróceniu czasu pracy w Wigilię.
Los pracowników ochraniających urzędy miała z kolei poprawić akcja „NaciśnijUrzędnika.pl”. W jej ramach opisywano nadużycia, jakich dopuszczają się firmy opłacane ze środków publicznych. Za pośrednictwem strony internetowej kampanii obywatele mogą w prosty sposób zwracać się do wybranych ministrów z żądaniem, aby podlegający im urzędnicy wymagali od wynajmowanych firm przestrzegania czasu pracy ochroniarzy.
Mniej „elektroniczne”, ale równie dobre i pomysłowe kampanie społeczne prowadzi ZNP. Przykładem może być „Dobra szkoła” czy „Nie dajmy popsuć naszej szkoły”, stanowiące głos w obronie publicznej edukacji na wysokim poziomie. – W ich ramach w szkołach pojawiły się plakaty, ulotki, a na budynkach zawisły bannery – wyjaśnia Kaszulanis. Tego typu kampanie są tańsze niż działania medialne, a mają szansę być nawet bardziej skuteczne – póki co rodzice częściej mają ze szkołą kontakt bezpośredni, niż elektroniczny.
Podobnie jak „Solidarności”, również związkowcom z Konfederacji Pracy leży na sercu tzw. społeczna odpowiedzialność biznesu. Niestety, jak przyznaje Michał Lewandowski, zainteresowanie projektem z tego zakresu było mniejsze niż oczekiwane przez związek. – Chcieliśmy trafić do pracowników i pracodawców, by zwiększyć świadomość społeczną oraz chęć wdrażania wysokich standardów w zakładach pracy – wyjaśnia. – Niestety pracodawcy nie są chętni, by wprowadzać w życie cokolwiek, czego nie muszą, a dla związkowców zmuszonych do walki o to, co tak naprawdę należy się pracownikom choćby na mocy zapisów Kodeksu pracy, społeczna odpowiedzialność biznesu to zbyt duża abstrakcja.
To nie jedyna nowatorska „działka”, którą zajęła się organizacja. Wcześniej związkowcy z Konfederacji jako pierwsi podjęli temat mobbingu. Uczyli pracowników, w jakich sytuacjach dochodzi do nadużyć i kiedy mogą wystąpić na drogę prawną. – Jeśli „wchodzi” coś nowego, to zależy nam, żeby wiedza możliwie szybko trafiła do pracowników – podsumowuje pionierskość swego związku Lewandowski.
Każda z opisanych kampanii „Solidarności” ma stronę na Facebooku, związek nagłaśnia też ogół swoich inicjatyw na tym popularnym portalu. W jego ślady coraz częściej idą kolejne organizacje. – Konfederacja jest kadrowo młodym związkiem i wielu jej członków korzysta z Internetu jako źródła informacji – uzasadnia Ilka. – Chcieliśmy tym sposobem przyciągnąć do nas młodych. Ponadto portale społecznościowe oferują szybką i łatwą możliwość spojrzenia na to, co się dzieje w związku, często mimochodem – odsłania motywy maszynistów do „wejścia w Sieć” Zarzecki. U górników pomysł wyszedł od związkowej młodzieży, informujewiceprzewodniczący ZZGwP Wacław Czerkawski, który wskazuje też, że dzięki nowoczesnym mediom pracownicy w zakładach rozrzuconych po całej Polsce wiedzą, co dzieje się w innych częściach kraju. Z kolei ZNP podkreśla, że wykorzystuje Internet nie tylko z myślą o własnych członkach. – Staramy się za jego pośrednictwem dotrzeć również do osób spoza związku, zwłaszcza do rodziców – wyjaśnia Kaszulanis.
OPZZ i ZZM założyły profile na YouTube. Zaletą kilkuminutowych filmów umieszczanych w Sieci jest nie tylko potencjalnie nieograniczona liczba osób, do których można dotrzeć bez ponoszenia dodatkowych kosztów. – Odbiór oglądanego człowieka jest łatwiejszy niż np. wywiadu z nim w związkowym biuletynie – zauważa Ilka. Klipy wideo i w ogóle ekspansja w Internecie mają być też dla związków sposobem „ucieczki do przodu”. – Gazety, nie tylko związkowe, zmniejszają nakłady, coraz mniej osób po nie sięga – wyjaśnia sekretarz prasowy OPZZ. Działacze Porozumienia podkreślają, że filmy na YouTube to krok w stronę własnej telewizji internetowej, jakkolwiek droga do niej jeszcze daleka.
Zaprzyjaźnić się ze społeczeństwem
Działania PR znacząco ociepliły wizerunek związkowców. – Miałem liczne sygnały, że ludzie lepiej nas postrzegają, gdy organizujemy kampanie takie jak ta na rzecz pracowników handlu, niż gdy palimy opony. PR wzbogaca nasze działania – uważa Krzysztof Zgoda. Zastrzega jednocześnie, że podstawą aktywności związków powinna pozostać samoorganizacja pracowników i odwaga w walce o swoje. Zaś Kilen dodaje: Bardzo się cieszę, że takie akcje docierają do młodych i nowoczesnych osób. To pomaga związkowcom zaprzyjaźnić się ze społeczeństwem.
To „zaprzyjaźnianie się” obejmuje nie tylko działania wizerunkowe. OPZZ i Konfederacja Pracy uczestniczą w Polskim Forum Społecznym, mającym być platformą wymiany myśli i poglądów między związkami zawodowymi, partiami i organizacjami społecznymi. – Pracownicy to też obywatele. Jest coraz więcej oddziaływań różnych grup na siebie, współpraca staje się koniecznością – zauważa Radzikowski.
Związkowcy starają się trafiać „pod strzechy” z informacjami na temat swoich inicjatyw oraz samą ideą pracowniczej samoorganizacji. Wielkopolska „Solidarność” nawiązała współpracę ze stowarzyszeniem kibiców Lecha Poznań, a także z samym klubem. Wśród związkowców jest wielu kibiców „Kolejorza”, którzy chcieliby promować zarówno związek, jak i ukochaną drużynę. Dzięki współpracy trybuny mają być pełniejsze, a ideały związkowe docierać do nowych osób.
Protesty, blokady i strajki niewątpliwie pozostaną ważnym orężem związków zawodowych, jednak jest to broń ostateczna. Na co dzień aktywiści pracowniczy posługują się innymi metodami – zazwyczaj mniej spektakularnymi, ale nierzadko bardzo skutecznymi.
przez Michał Sobczyk | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Wielu Polaków postrzega górnictwo jako obciążenie dla gospodarki.
Wacław Czerkawski: Górnictwo jest z wielu powodów bardzo ważną branżą. Podstawowym jest bezpieczeństwo energetyczne. W Polsce, o czym nie wszyscy wiedzą, aż 95% energii powstaje z węgla, dlatego nie musimy się obawiać, że jej zabraknie – mamy własną. Warto też przypomnieć, że istnieją technologie umożliwiające przetwarzanie węgla na paliwo. Było o tym dość głośno, potem jednak z niejasnych powodów prace zanikły. Być może wpłynął na to lobbing sektora gazowego lub naftowego, dla których węgiel mógłby stać się zbyt dużą konkurencją.
Po drugie, 29 kopalń zatrudnia bezpośrednio prawie 115 tys. górników, a każde miejsce pracy w górnictwie generuje średnio 3-4 kolejne w jego zapleczu. Ostatnio złożyli nam wizytę stoczniowcy, którzy mieli problemy, ponieważ utrudniono im przeładunek polskiego węgla podczas kryzysu węglowego. Dzięki górnictwu pracę mają ludzie od Śląska do Pomorza. Przemysł chemiczny w dużej mierze opiera się na węglu, z kolei koksownie produkują z niego wysokiej jakości koks, który jest następnie wykorzystywany przez huty. Wiele osób znajduje również zatrudnienie w sferze usługowej wokół kopalń, w małych i dużych zakładach, produkujących choćby odzież czy środki ochronne.
Gdy w ramach wielkiej restrukturyzacji górnictwa zlikwidowano 24 kopalnie, górnikom wypłacano odprawy na założenie własnego biznesu. Okazało się, że w gminach, które zostały bez swojego „głównego żywiciela”, po kolei wszyscy bankrutowali. W lokalnych społecznościach kopalnie zatrudniające 3-4 tys. ludzi są bardzo ważnymi zakładami pracy.
Co najważniejsze, wbrew obiegowej opinii, że do górników wszyscy dopłacają, górnictwo od lat generuje zyski. Rok w rok odprowadza do Skarbu Państwa 7-8 mld zł w postaci różnego rodzaju danin i podatków. Jak obliczyliśmy, jest ich łącznie 23, a w kwietniu Sejm uchwalił nowe Prawo geologiczne i górnicze, które wprowadza kolejny podatek, od wyrobisk podziemnych. Już 35% dochodu górnictwa jest odprowadzane do budżetu państwa i samorządów.
Kolejne obiegowe skojarzenie z górnictwem to zacofanie tej branży.
W. C.: Z wydobyciem węgla ściśle łączą się prace badawcze, nowe technologie, fabryki produkujące na jego potrzeby wszelkiego rodzaju maszyny. Najnowocześniejsze z nich, jak zdalnie sterowane strugi, można porównywać do technologii kosmicznych. Nauka ma także duży udział w opracowywaniu rozwiązań z zakresu bezpieczeństwa górnictwa, przeciwdziałania naturalnym zagrożeniom, od tąpnięcia, poprzez metan, aż po pożary i wodę. Część powyższych osiągnięć znajduje zastosowanie także w innych gałęziach przemysłu.
Polska jest ważnym producentem bardzo nowoczesnego sprzętu górniczego, jednak w dużej mierze trafia on na eksport – nas po prostu nie stać na te maszyny. Sprzęt wykorzystywany w polskich kopalniach jest bardzo zdekapitalizowany, wiele maszyn ma już 30 lat, co woła o pomstę do nieba i np. w Niemczech byłoby nie do pomyślenia.
Następne utrwalone przekonanie: węgiel jest „brudnym” źródłem energii.
W. C.: Przetwarzania węgla jeszcze nie mamy na takim poziomie, jak byśmy chcieli. Przepisy unijne spowodują, że produkcja energii w polskich elektrowniach na węgiel będzie szalenie droga. Tutaj otwiera się duże pole do popisu dla środowisk naukowych. Już teraz istnieją technologie tzw. czystego spalania węgla, które nie emituje tyle CO2.
Pod warunkiem stosowania nowoczesnych technologii, produkcja energii z węgla nie szkodzi środowisku. Nauka poszła bardzo do przodu i na Śląsku już widać tego efekty. Gdy dawniej wracałem znad morza, od razu wiedziałem, że jestem u siebie, bo było czarno i ciemno. To się bardzo zmieniło, bo technologie są zupełnie inne.
Rozmawiałem z działaczami ekologicznymi i okazało się, że jest dużo niezrozumienia, na czym polega spalanie węgla czy działalność kopalń. Doszliśmy już prawie do konsensusu, że węgiel nie jest tak szkodliwy, jak niektóre organizacje ekologiczne próbują go przedstawiać. Mało tego, nawet elektrownie wiatrowe mogą być od niego bardziej szkodliwe, gdyż same potrzebują energii produkowanej z węgla, a ponadto zniekształcają krajobraz.
Zatem jeśli chcemy sobie dokopać, ekolodzy i górnicy, to możemy. Pytanie – po co, skoro można szukać wspólnego mianownika, jakim są technologie czystego spalania węgla. Niestety, są one bardzo kosztowne. Polskiego przemysłu i górnictwa nie stać na odpowiednie finansowanie ich rozwoju, jeśli przy obecnym obciążeniu daninami publicznymi mają w gospodarce rynkowej „wychodzić na plus”.
Rozwój energetyki odnawialnej również wymaga znacznych nakładów, jednak jej zwolennicy przekonują, że zwrócą się one z nawiązką, m.in. w postaci nowych miejsc pracy. Z kolei rząd wyraźnie stawia na rozwój energetyki jądrowej.
W. C.: Energia wiatrowa, słoneczna czy biopaliwa są na razie wykorzystywane w niewielkim stopniu i nie zagrażają dominującej roli węgla. Przy czym ja bym w ogóle nie patrzył na to w kategoriach rywalizacji, gdyż górnictwo i energetyka odnawialna mogą istnieć i rozwijać się równolegle.
Mam sceptyczny stosunek do energetyki jądrowej, a ostatnia tragedia w Japonii pokazała, że nie jest to bezpieczna technologia. Do tego dochodzi problem odpadów radioaktywnych. Jednak jeśli powstaną w Polsce elektrownie atomowe, również mogą funkcjonować obok węglowych, nie zagrażając górnictwu. Niedawno sprowadzaliśmy z zagranicy 11 mln ton węgla rocznie, gdyż nasze kopalnie nie były w stanie zaspokoić całości krajowego zapotrzebowania. Zamiast importować węgiel, lepiej rozwijać alternatywne sposoby produkcji energii.
Podsumowując, nie ma potrzeby traktować węgla i pozostałych źródeł energii jako śmiertelnych wrogów, gdyż mogą one wzajemnie się uzupełniać. Zapotrzebowanie na energię rośnie i wcale niekoniecznie musi być zaspokajane wyłącznie siłami kopalń.
Jednak kopalnie już mamy, natomiast energetykę jądrową musielibyśmy zbudować od podstaw.
W. C.: Gdyby środki, o jakich jest mowa w kontekście elektrowni atomowych, skierowano na rozwój górnictwa węgla kamiennego, można by produkować dodatkową energię dużo bezpieczniej, taniej, z pożytkiem dla środowiska i gospodarki. Znając jednak życie i patrząc na to, co się dzieje w polityce, nie widzę możliwości, żeby jakiekolwiek większe środki publiczne zainwestowano w górnictwo.
Należy się spodziewać, że elektrownie atomowe, mające zdecydowanych zwolenników, prędzej czy później u nas powstaną. Górnictwu w niczym to nie zaszkodzi, szkoda tylko, że ogromne środki pójdą na technologię powodującą powstawanie niebezpiecznych odpadów, zamiast na bezpieczne wydobywanie i czyste spalanie surowca z polskich kopalń.
Polityka państwa wobec górnictwa jest od lat krytykowana przez związki zawodowe.
W. C.: W 2007 r. związki zawodowe, pracodawcy i strona rządowa wspólnie opracowali strategię dla górnictwa do 2015 r. Mówimy w niej, że nie ma przeszkód, by przedsiębiorstwa tego sektora wchodziły na giełdę, jeśli tylko spełnione zostaną pewne warunki. Są one następujące: zachowanie pakietu większościowego w rękach Skarbu Państwa, podpisanie porozumień społecznych, 15% akcji dla pracowników prywatyzowanego podmiotu. Już w 2010 r. złamano pierwszą zasadę, prawie w całości sprzedając „Bogdankę”.
Przykład tej kopalni, która osiąga świetne wyniki finansowe, często podaje się jako argument za prywatyzacją. To kłamstwo: zmiany własnościowe w żaden sposób nie wpłynęły na jej kondycję ekonomiczną. „Bogdanka”, w której nie zmienił się ani zarząd, ani załoga, była przed prywatyzacją tak samo dobrym przedsiębiorstwem, m.in. dzięki korzystnym warunkom górniczo-geologicznym.
Mało kto natomiast wspomina, że był okres, gdy „Bogdanka” była przeznaczona do likwidacji – uratowano ją dzięki determinacji związków zawodowych. Mówię o tym, bo o wielu kopalniach słyszy się, że są „trwale nierentowne”. My nie uznajemy tego terminu, dla nas kopalnie dzielą się na takie, które mają zasoby węgla oraz takie, które ich nie mają. Tym pierwszym zdarza się nieraz trudna sytuacja geologiczna i mogą przez rok, dwa czy trzy osiągać gorsze wyniki. Potem jednak wchodzą w dobre pokłady i generują zyski. Właśnie dlatego są skupione w spółkach węglowych typu Katowicki Holding Węglowy czy Kompania Węglowa, że kiedy są w słabszej kondycji, wtedy te, które mają dobry okres, mogą zrównoważyć ich straty.
Źródłem rozczarowania związkowców był także brak budżetowego wsparcia dla tzw. inwestycji początkowych w górnictwie.
W. C.: Przepisy unijne zezwalały na pomoc publiczną dla inwestycji umożliwiających eksploatację nowych złóż. Polska nie korzystała jednak z tego prawa, argumentując, że nasze górnictwo świetnie sobie radzi. Dopiero w ubiegłym roku udało nam się, brutalnie mówiąc, wyrwać z budżetu środki na udostępnienie nowych pokładów węgla. Te pieniądze bardzo szybko się zwrócą w formie różnego rodzaju podatków.
Niestety, od 2011 r. taka pomoc jest już zabroniona. W międzyczasie, przy okazji tego jednorazowego wsparcia wrócił mit całej Polski dopłacającej do górników. Tymczasem wystarczy zestawić 7 mld zł corocznych wpływów do budżetu w postaci danin z wspomnianą pomocą, która wyniosła zaledwie 400 mln zł. To dobitnie świadczy o tym, że górnictwo nie jest dotowane przez państwo, jak myślą niektórzy.
Niechęć do górnictwa budowały również medialne doniesienia o licznych patologiach w tej branży, związanych np. ze spółkami pośredniczącymi w obrocie węglem.
W. C.: Patologie dotykają górnictwo w takiej samej skali jak inne branże, jednak wszelkie afery są w jego przypadku o wiele bardziej nagłaśniane.
Największe przestępstwa czy podejrzenia nadużyć miały miejsce, gdy górnictwo było fatalnie zarządzane, nieskonsolidowane, a jednocześnie istniała presja, aby poszczególne kopalnie były dochodowe. Różni pośrednicy w sprzedaży węgla mieli wówczas ułatwione zadanie. Kryminogenny był zwłaszcza system kompensat, tj. płacenia węglem za usługi i materiały, na czym kopalnie często traciły, natomiast pośrednicy dorabiali się majątków. Mówiliśmy wówczas, że na węglu zarabiają wszyscy oprócz samych górników.
Górnictwo generuje kilkadziesiąt miliardów obrotu rocznie. Wszędzie, gdzie są takie pieniądze, w nieunikniony sposób pojawiają się ludzie nieuczciwi. Nie znaczy to, że można im dać przyzwolenie na taką działalność, a przynajmniej ze strony związków zawodowych nie ma żadnej taryfy ulgowej dla zachowań niezgodnych z prawem. Powiem więcej: jak dotąd to właśnie związki najczęściej ujawniały różnego rodzaju nieprawidłowości, co często spotykało się z lekceważeniem albo niedowierzaniem.
Na szczęście mamy to za sobą, jednak pojawił się nowy problem. Luka pokoleniowa spowodowała, że w kopalniach zaczęto najmować dużo firm zewnętrznych. Jak się szacuje, zatrudniają już 20% pracowników górnictwa. Wśród nich znalazły się liczne „firmy w walizkach”, mające zdecydowanie najniższe koszty, gdyż zatrudniające emerytów, pracowników bez umowy (którym nieraz nie płaciły) itp. Wielokrotnie sygnalizowaliśmy, że ci ludzie pracują w skandalicznych warunkach. Do legendy przechodzą opowieści o górnikach zjeżdżających na dół w trampkach. To zauważono, także dzięki związkom zawodowym.
Medialny stereotyp przedstawia górnicze związki jako skupione na wąsko rozumianym interesie własnej grupy zawodowej, gotowe walczyć o kolejne podwyżki bez oglądania się na interesy ogólnospołeczne.
W. C.: Jeżeli np. walka o bezpieczeństwo pracy w górnictwie jest partykularnym interesem górniczych związków zawodowych, to rzeczywiście walczymy o partykularne interesy.
Trzeba sobie zdać sprawę, że uzwiązkowienie w kopalniach sięga 100%, co jest ewenementem w skali kraju, gdzie średnio nie przekracza 15%. Jesteśmy bardzo dobrze zorganizowani, więc stać nas na więcej. Jeśli my decydujemy się wyjść na ulice, robimy to w konkretnym celu i w taki sposób, że nie da się nas nie zauważyć. Tak jak ostatnio, gdy przez Katowice przemaszerowało 7 tys. górników, skandując hasła nie tylko górnicze. Mówiliśmy m.in. o prawach pielęgniarek.
Często wspieramy inne grupy, jak np. właśnie pielęgniarki. Prowadzimy także działalność w sferze międzynarodowej, jesteśmy silnie umocowani w europejskich strukturach związkowych. Górnicy nie myślą tylko o sobie, lecz starają się współdziałać z całym społeczeństwem.
Przeciętnemu telewidzowi górnik raczej nie kojarzy się z dialogiem społecznym, prędzej z paleniem opon.
W. C.: Oczywiście zdarzają się sytuacje ekstremalne, jak podczas demonstracji w Warszawie, gdzie dochodziło do regularnych walk. Również niedawno grupa protestujących wybiła kilka szyb w siedzibie Katowickiego Holdingu Węglowego. Mamy o to do nich pretensje, gdyż w ten sposób zniweczyli wysiłek kolegów, którzy przyszli z konkretnymi postulatami, a media pokazały tylko wybite szyby. Próbujemy walczyć z takimi ekscesami, które psują nam opinię i dają pretekst do sięgania po stereotyp górnika-zadymiarza.
Jesteśmy dobrze zorganizowani i właśnie o to największe pretensje mają do nas politycy, którzy stale kombinują, jak nas podzielić, oczernić, zrobić z nas awanturników. Tymczasem związkowcy nieustannie, w cywilizowanym trybie, rozmawiają z pracodawcami i rządem, np. na forum Zespołu Trójstronnego ds. Bezpieczeństwa Socjalnego Górników. Organizują także ze środków unijnych szkolenia dotyczące dialogu społecznego czy wiedzy o prawie pracy. Nikt o tym jednak nie mówi.
Gdy w imieniu swojej centrali załatwię coś pozytywnego, prawie nigdy nie spotyka się to z jakimkolwiek oddźwiękiem. Jednak kiedy któryś z górników wybije szybę, wtedy jestem popularny i mogę udzielać wywiadów. Niestety, nie na temat problemów górnictwa, tylko o zadymie i palonych oponach…
O co obecnie walczą górnicze związki zawodowe?
W. C.: Jednym z priorytetów zawsze będzie dla nas bezpieczeństwo pracy. Górnicy nierzadko pracują ponad 1000 m pod ziemią, są narażeni na tąpnięcia, wybuch metanu i inne zagrożenia. Cały czas staramy się, aby zwiększyć ich bezpieczeństwo, co wymaga spełnienia wielu warunków, np. sprzętu, który odpowiada światowym standardom.
Mimo różnego rodzaju działań, mimo deklaracji pracodawców o coraz większych nakładach na bezpieczeństwo, nadal jest ono niewystarczające. Statystycznie rzecz biorąc, rok 2010 był lepszy niż 2009, jednak dopóki będą ofiary, będziemy to nagłaśniać, apelować, podejmować wszelkie działania zmierzające do poprawy bezpieczeństwa. Wciąż daleko nam do standardów niemieckiego przemysłu wydobywczego. Dyrektor jednej z tamtejszej kopalń chwalił się nam, że w minionym roku nie wydarzył się w niej ani jeden wypadek. Dało nam to dużo do myślenia, bo u nas nie zdarzają się lata bez wypadków.
Poza postulatami związanymi z bezpieczeństwem, w tej chwili skupiamy się na ustawie, która zakłada przeniesienie nadzoru właścicielskiego z Ministerstwa Gospodarki do Ministerstwa Skarbu, co grozi nam szybką, dziką, bolesną prywatyzacją. Nadal toczą się dyskusje na temat optymalnej organizacji polskiego górnictwa. Naszym pomysłem jest utworzenie Polskiego Węgla, w ramach którego spółki węglowe mogłyby się wspierać kapitałowo. Czy to idealne rozwiązanie – nie mnie oceniać. Ważne, że my jakiś pomysł mamy, w przeciwieństwie do rządu, który nie ma żadnego. Premier Tusk, podobnie jak nikt z Platformy w ogóle z nami nie rozmawia, czego dowodem jest nasz apel o spotkanie z posłami, na który odpowiedziały jedynie PiS i SLD. Trudno z kimś prowadzić dialog nie rozmawiając, dlatego nie ma się co dziwić, że ludzie wychodzą na ulice.
Wobec podwyżek cen cukru, benzyny itd. doszły do tego kwestie płacowe. Od ładnych paru lat górnicy nie otrzymali podwyżek, jedynie waloryzację płac o wartość inflacji, której wysokość jest zresztą bardzo różnie oceniana. Weszliśmy w spory zbiorowe, chcemy wzrostu wynagrodzeń o 10%. To ważny postulat, bo podwyżki to inwestycja w ludzi. Muszą oni wiedzieć, za co pracują i narażają życie. Obecnie średnia płaca pracownika kopalni wynosi ok. 4750 zł brutto.
Pracownikom dużych, państwowych przedsiębiorstw jest bez porównania łatwiej się organizować.
W. C.: Nie ma się co dziwić, że górnicy boją się prywatyzacji. Widzą, jak pracują ich koledzy z firm zewnętrznych, dlatego obawiają się, że gdy „przyjdzie prywatny”, nie będą mieli żadnych praw. Choć ustawa o związkach zawodowych działa zarówno w firmie państwowej, jak i prywatnej, to jednak rzeczywistość nie jest tak różowa. Niejednokrotnie spotykamy się z sytuacją, gdy pracownicy chcący założyć związki zawodowe słyszą od prezesa, że on tu jest związkiem zawodowym, a jak się nie podoba, to znajdą się inni na ich miejsce.
W firmach takich jak Przedsiębiorstwo Robót Górniczych czy Przedsiębiorstwo Budowy Szybów – z tradycjami, powstałych na bazie przedsiębiorstw państwowych – istnieją związki zawodowe, a prawa pracownicze są przestrzegane. W pozostałych firmach zewnętrznych nie ma wielkich szans na powstanie związków. W prywatnej kopalni próbowaliśmy inicjować tworzenie struktur związkowych, jednak odpuściliśmy, by nie narażać zatrudnionych na szykany.
Pracodawcy boją się powstawania związków, panuje bowiem opinia, że działają one na niekorzyść zakładu pracy. To nieprawda. W ramach realizowanych przez związki projektów szkolimy się razem z pracodawcami. Okazuje się, że niejednokrotnie znajdujemy wspólny język, bo i dla nich, i dla nas priorytetem jest dobro firmy. Nie będzie pracodawcy bez związkowców, tak jak nie będzie pracowników bez kadry zarządzającej. Wszyscy oni muszą współdziałać, ale na razie są to jedynie pobożne życzenia.
Nie będzie również górnictwa bez zaplecza edukacyjnego, które w toku transformacji znacznie zredukowano.
W. C.: Gdy zamykano kopalnie, przy okazji zlikwidowano szkoły górnicze. Wydawało się wtedy, że przemysł górniczy jest schyłkowy. Nikt się nie garnął do pracy na kopalni, bo i po co, skoro i tak zaraz zostanie zlikwidowana. Szybko się okazało, że bez górnictwa Polska się nie obejdzie. Sytuacja zmieniła się diametralnie, otwarto wiele szkół. Dwie wyższe uczelnie nadal kształcą na wysokim poziomie inżynierów górnictwa. Wymaga jednak czasu, zanim kolejne roczniki wypełnią braki kadrowe.
Zmienił się stosunek młodych ludzi do górnictwa. W każdej spółce węglowej jest po kilka tysięcy podań osób, które chcą w niej podjąć pracę. Jak się okazało, górnictwo jest jednym z ostatnich bastionów, gdzie można uzyskać co prawda mało bezpieczną, ale za to stabilną pracę, gdzie pracownicy mają możliwość samoorganizacji, a ich prawa są w miarę przestrzegane. Związki zawodowe każdego dnia prowadzą ciężką walkę, żeby nadal tak było.
Dziękuję za rozmowę.
Katowice, 22 marca 2011 r.
przez Michał Sobczyk | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Polacy kojarzą co najwyżej pojedyncze nazwiska obrońców praw człowieka w ZSRR, tymczasem miały tam miejsce bardzozróżnicowane formy oporu wobec władzy komunistycznej.
Mikołaj Iwanow: Był to niezwykle szeroki wachlarz grup dysydenckich – komunistów, którzy chcieli naprawić ustrój, socjalistów, nacjonalistów, syjonistów, Tatarów Krymskich, Czeczenów itd. Praktycznie każdy naród radzieckiego imperium miał swój własny ruch dysydencki. Od czasów rewolucji październikowej środowiska opozycyjne wobec władzy bolszewików nigdy nie zaprzestały działalności. Nie było w Związku Radzieckim żadnego „wczesnego Gomułki”, kiedy kierownictwo partyjne cieszyłoby się względnie szerokim zaufaniem społecznym, zaś aktywność opozycyjna praktycznie ustała.
Ruch dysydencki w Sowietach raz był większy, raz mniejszy, niekiedy także zbrojny – dość wspomnieć Armię Własowa. Nie wszyscy w Polsce wiedzą, że niechęć wobec komunizmu była tak wielka, że podczas wojny po stronie Niemców-agresorów walczyło prawie milion obywateli sowieckich! Przy czym należy podkreślić, że w ruchach opozycyjnych rdzenni Rosjanie zawsze byli w mniejszości. Trzeba pamiętać, że stanowili w ZSRR tylko połowę ludności; również w rewolucji bolszewickiej, którą Sołżenicyn nazywa „śmiertelnym złamaniem kręgosłupa narodowi rosyjskiemu”, stanowili oni mniejszość. Z kolei wśród „białych”, walczących przeciwko oddziałom rewolucyjnym, praktycznie nie było przedstawicieli mniejszości narodowych.
Do dziś, gdy rozmawiam z przyjaciółmi w Moskwie, często słyszę: to, że w 1612 r. zajęliście nam Kreml, możemy Wam wybaczyć; to, że wraz z Napoleonem wkroczyliście do Moskwy 200 lat później – również; jednego Polaka, który przelał najwięcej krwi rosyjskiej – Dzierżyńskiego – wybaczyć Wam nie możemy. Ale czy ktokolwiek w Polsce, będąc przy zdrowych zmysłach, szczyci się Dzierżyńskim?
Od 20 lat działa w Moskwie organizacja „Memoriał”, która za jeden z celów przyjęła propagowanie wiedzy o ofiarach komunistycznego terroru – większość z nich do dzisiaj pozostaje anonimowa. Jest to – jak przyznają członkowie „Memoriału” – praca na dziesiątki lat. Polski Ośrodek „Karta” wydaje kilkutomową encyklopedię ruchu dysydenckiego w Związku Radzieckim, której redaktorem jest Natasza Gorbaniewska. Jeśli weźmiemy własowców, trockistów, powojennych opozycjonistów rosyjskich, to każdy, kto choćby tylko opowiadał kawał czy wznosił toast przeciwko Stalinowi, prędzej czy później lądował w więzieniu, był rozstrzeliwany lub skazywany na 25 lat.
Dopiero w 1965 r. pojawił się fenomen grupy dysydenckiej, składającej się z dwóch pisarzy, Andrieja Siniawskiego i Julija Daniela, którzy odważyli się publikować swe utwory na Zachodzie – i oto raptem władza ani ich nie rozstrzelała, ani nawet nie wsadziła do więzienia. Zamiast tego, członkom grupy urządzono w Moskwie proces, w którym przyznano obrońców z urzędu. Obrońca to było wówczas w Związku Radzieckim coś absolutnie nie do pomyślenia. Datę tę można uznać za narodziny współczesnego ruchu dysydenckiego.
Władimir Bukowski, Natasza Gorbaniewska i kilka innych osób urządziło wówczas manifestację w obronie sądzonych, która nie spotkała się z represjami. Daniel i Siniawski dostali wyroki zadaje się 5 i 7 lat – w porównaniu z czasami stalinowskimi były one śmieszne. Pojawiło się więzienie dla „politycznych” we Włodzimierzu, gdzie dawano im gazety i traktowano już nieco inaczej. Przed rewolucją więzień polityczny miał prawo dostępu do prasy, nie musiał pracować, nie wolno było go bić – Związkowi Radzieckiemu (jak również i dzisiejszej Rosji) do czasów carskich pod tym względem było jeszcze daleko, ale nastąpił wielki postęp.
W 1968 r. stała się kolejna rzecz, wydawałoby się nie do pomyślenia – 7 osób urządziło na Placu Czerwonym protest przeciwko inwazji ZSRR na Czechosłowację. Od tego momentu organizacje opozycyjne powstają jak grzyby po deszczu. Litwini zakładają cieszący się prawie powszechnym poparciemkomitet obrony Kościoła katolickiego. W Moskwie działało wiele grup dysydenckich. W latach 70. należałem do grupy Młodych Socjalistów – robiliśmy to, co w Polsce w latach 60. Modzelewski z Kuroniem,tylko w ścisłej konspiracji i bez poparcia społecznego. Nie byliśmy co prawda członkami partii, lecz komsomolcami i chcieliśmy „komunizmu z ludzką twarzą”.
Co ciekawe – Żydzi, którzy zawsze w Rosji siedzieli cicho z powodu antysemityzmu, zaczęli zakładać organizacje emigracyjne i władza pod naciskiem Zachodu zmuszona była wypuszczać ich z kraju. Na Białorusi zaczęło się odradzanie narodowej kultury, podobnie na Ukrainie. W latach 70. powstał w ZSRR „drugi obieg” – samizdat. Ja i moi przyjaciele z uczelni, z których wielu było dziećmi członków KC KPZR, czytaliśmy tę literaturę, np. „Archipelag Gułag” Sołżenicyna, a także powielaliśmy ją na maszynie. Zacząłem wtedy wydawać w Mińsku czasopismo, które nazywało się „Nowaja Nasza Niwa”. W Moskwie moi koledzy wydawali czasopismo „Na Lewo Zwrot”, nawiązujące do Komuny Paryskiej, która była dla nas świętością. Ruch dysydencki powoli robił się masowy, chociaż oczywiście nie na skalę polskiej „Solidarności”. W latach 70.ludzie powoli, ale nieuchronnie zaczęli tracić wiarę w komunizm. Łagodnieje represyjność ustroju.Większość osób, które przeszły przez tzw. psychuszki, wyszło z nich z jakimś uszczerbkiem na zdrowiu, ale praktycznie nikogo nie zabito – władze raczej nie stosowały już represji, które stanowiłyby zagrożenie dla życia. Ustrój zaczynał rdzewieć.
Czy istniały jakieś kanały komunikacji dysydentów ze społeczeństwem, czy też było to zjawisko elitarne?
M. I.: W zasadzie nie istniały. Gdy drukowałem w Mińsku swoje pismo, zawsze wiedziałem, komu je dam – tylko zaufanym osobom. Ruch dysydencki był absolutnie elitarny, angażujący niemal wyłącznie inteligencję, i stąd też wzięła się przepaść między narodem a jego elitą. Inteligentów nie przyjmowano do partii komunistycznej, natomiast robotników wręcz zmuszano do tego. Ta praca władzy radzieckiej, izolującej elitę intelektualną od reszty społeczeństwa, nie poszła na marne – do dzisiaj w wielu kręgach słowa „inteligent” i „demokrata” mają negatywny wydźwięk. I na tym gra dzisiejsza władza na Kremlu. Dlaczego prawdopodobnie ponad 70% najwyższych urzędników państwowych stanowią w Rosji byli pracownicy KGB? Dzisiejsze państwo rosyjskie wywodzi się w prostej linii z tej służby. Ale nie zaryzykuję stwierdzenia, że podobny układ władzy jest czymś negatywnym dla kraju. Pamiętajmy: KGB od lat jakby wysysało z własnego narodu śliwki intelektualne, odbierało najzdolniejszych, aby ratować to, czego w końcu nie dało się uratować…
Czy działania radzieckich dysydentów były nagłaśniane przez zachodnie media?
M. I.: W 1975 r., gdy Breżniew podpisał porozumienia helsińskie, przez jakiś czas zagraniczne rozgłośnie przestały być zagłuszane. Opozycjoniści wyjeżdżający na Zachód zyskiwali trybunę, z której ich głos mógł być słyszany w ZSRR. Sołżenicyn był tutaj wyjątkiem – zaszył się w USA w stanie Vermont, który mu przypominał Syberię [śmiech], by skończyć jako nacjonalista rosyjski.
Trzeba wspomnieć, że niemal wszystkie najważniejsze europejskie rozgłośnie radiowe nadawały wówczas także w języku rosyjskim. Władza często organizowała protesty przeciwko „ingerencji w sprawy ZSRR”, lecz wtedy, pod koniec lat 70., prawie nic nie można było już przemilczeć. Zachodnie media odegrały ogromną rolę w upadku komuny.
A czy działalność opozycji wewnątrzradzieckiej miała istotne znaczenie dla zawalenia się systemu?
M. I.: Nie ulega wątpliwości, że tak. Ale też nie była to, rzecz jasna, przyczyna najważniejsza. O ile w przypadku Polski można powiedzieć, że „Solidarność” odegrała jedną z kluczowych ról w upadku reżimu, to radziecki ruch dysydencki był, o czym wspomniałem, elitarny. Przyczyna upadku komunizmu w ZSRR była bardziej prozaiczna: po prostu nie było tam czego jeść. Państwo, które wydaje na zbrojenia 50% budżetu (lub, jak twierdzą niektórzy, prawie 70%), nie ma racji bytu. Gdy przyjechałem do Polski 30 lat temu, był to dla mnie szok cywilizacyjny. W ZSRR na święta dostawaliśmy od władzy np. puszkę konserw mięsnych. W latach 80. nawet te symboliczne prezenty robiły się coraz rzadsze. Gdy rozpoczęła się pierestrojka, jej ruchem napędowym byli komuniści.
Czym był Komitet Założycielski Wolnych Związków Zawodowych w ZSRR, którego był Pan członkiem? Ten rozdział historii radzieckiego ruchu dysydenckiego jest w Polsce zupełnie nieznany.
M. I.: Była to grupa studentów, wychowanków wydziału historycznego Uniwersytetu Moskiewskiego, którzy już na trzecim roku studiów narazili się władzom, robiąc jakąś gazetkę ścienną. Nieformalnym przywódcą tej grupy był późniejszy znany dysydent, nieżyjący już Andriej Fadin, który po upadku komuny nie zaprzestał działalności opozycyjnej i protestował np. przeciwko wojnie czeczeńskiej (zginął w wypadku samochodowym po powrocie z Kaukazu – mało kto w Rosji wierzy, że faktycznie był to wypadek). Był on synem kierownika Wydziału Ameryki Łacińskiej Komitetu Centralnego KPZR, wychowywał się w tym samym domu, w którym mieszkał Breżniew. Drugim liderem był Paweł (Pasza) Kudiukin, który później, w epoce Jelcyna, był ministrem pracy w rządzie Gajdara. Uważaliśmy siebie za prawdziwych „leninowców”, wydawaliśmy wspomniane „Na Lewo Zwrot”.
Pewnego dnia w 1978 r., gdy przyjechałem do Moskwy z Mińska, gdzie mieszkałem, spotkaliśmy się w parku (nigdy nie konspirowaliśmy w prywatnych mieszkaniach). „Idę w lud” – zadeklarował wtedy Fadin, wzorem tzw. narodowolców, którzy pod koniec XIX w. praktykowali chożdienie w narod. Grupa została jednak rozbita przez KGB i do „wejścia w lud” nie doszło… Idea założenia w Rosji radzieckiej wolnych związków zawodowych, która narodziła się w kręgu lewicowych moskiewskich inteligentów, nigdy nie wyszła poza komitet założycielski – w systemie totalitarnym nie było na to szans.
W 1979 r. ożeniłem się z Polką, rok później urodził mi się syn. Przypadek zdecydował, że przez żonę, która pracowała we Wrocławskich Zakładach Elektronicznych „Elwro” – prawdopodobnie największym w Układzie Warszawskim przedsiębiorstwie produkującym komputery – nawiązałem pierwsze kontakty z Kornelem Morawieckim. Przed I Zjazdem „Solidarności” Andriej zaproponował, byśmy napisali własną odezwę na Zjazd, którą następnie – zapamiętaną – „przywiozłem” do Polski.
Jakie były w Związku Radzieckim reakcje na powstanie „Solidarności”? Czy to wydarzenie znalazło jakiś oddźwięk w społeczeństwie?
M. I.: Stosunek do ówczesnych wydarzeń w Polsce był dwojaki. Z jednej strony – zachwyt i ogromne zainteresowanie wśród rosyjskich inteligentów; Fadin uważał, że to początek końca komuny. A jednocześnie 80-90% społeczeństwa odnosiło się wobec „Solidarności” bardzo niechętnie, i ten stosunek niestety przetrwał do dzisiaj. Władza włożyła wiele wysiłku w skompromitowanie tego ruchu jako organizacji zdradzieckiej.
Byliśmy wtedy przekonani, że Polskę czeka podobny los jak Czechosłowację w 1968 r., że ta pokojowa rewolucja nie może się udać. Ale przekonaniu towarzyszyła euforia spowodowana tym, że szerokie rzesze Polaków powiedziały władzy „nie”.
Czy Pana zdaniem istniała jakakolwiek realna alternatywa dla modelu transformacji, który ostatecznie został przyjęty tak w ZSRR, jak i w PRL? „Solidarność Walcząca” od początku krytycznie oceniała kierunek przemian ustrojowych.
M. I.: „Solidarność Walcząca” pozostała na marginesie przemian głównie dlatego, że tworzyli ją – włącznie ze mną – ludzie „nawiedzeni”, idealiści o często skrajnych poglądach, którym o wiele łatwiej przychodzi walczyć z kłamstwem i niesprawiedliwością niż budować w warunkach transformacji nowe państwo, co wymaga nieraz kompromisów moralnych. Ludziom, którzy ich nie uznają, zawsze trudno żyć.
Uważam jednak, że Polska uzyskała optimum tego, co mogła uzyskać. PRL była prawdopodobnie jedynym krajem bloku wschodniego, w którym nie została doszczętnie zniszczona przedsiębiorczość. W Rosji powiada się czasem: „Tam, gdzie Polak przeszedł, Żyd nie ma co robić”. Za czasów radzieckich nawet polscy „komsomolcy”, wizytując ZSRR, handlowali czym popadnie – przywozili spodnie, kosmetyki czy choćby prezerwatywy (których też brakowało). Ten duch przedsiębiorczości pomógł Polsce wyjść z transformacji obronną ręką.
W odróżnieniu od Polski, w Rosji zmysł przedsiębiorczości został całkowicie zniszczony. Natomiast biorąc pod uwagę doświadczenie dziesiątków lat komunistycznego terroru, uważam, że to, jak Rosja się dziś rozwija, stwarza nadzieję, że już następne pokolenie zbuduje normalny kraj, nie zaś rządzony według zasad „chicagowskich”. Zresztą wszyscy ci oligarchowie czy mafiosi rosyjscy wysyłają dzieci na najlepsze uczelnie na świecie; to pokolenie zbuduje nową Rosję.
Tymczasem demokracja w tym kraju nadal odbiega od standardów zachodnich, np. istnieją tam „więźniowie sumienia”. Jaka jest w Rosji kondycja opozycji politycznej, skala jej poparcia w społeczeństwie?
M. I.: Za czasów Jelcyna mieliśmy co prawda więcej demokracji, ale niestety wielkim kosztem. Znakomita większość Rosjan wspomina ten okres jako czas chaosu, zaś na rosyjskiej ulicy „demokrata” nadal jest epitetem negatywnym. Politycy opozycyjni często słyszą: rządziliście już za czasów Jelcyna i jaka była wówczas inflacja? Ugrupowania liberalne, demokratyczne, są w Rosji elitarne i uważane za partie inteligenckie, mając prawdopodobnie ok. 5% poparcia. Najwyższe wyniki wyborcze osiągają w ośrodkach uniwersyteckich, zaś na prowincji praktycznie zerowe. Rozmawiając z prostymi Rosjanami, często słyszę: „Co pan nam tu mówi o demokracji, przecież my już przechodziliśmy tę demokrację, gdy przez pół roku nie dostawaliśmy pensji, a teraz na wszystko nas stać”.
Nie wierzę w konflikt między Miedwiediewem i Putinem – uważam, że jest on pozorowany. Obaj przywódcy rozgrywają spektakl, w którym jeden wciela się w rolę złego, drugi zaś dobrego policjanta. I to działa. Podejrzewam, że wspomniany tandem rzeczywiście ma poparcie większości społeczeństwa. Czy jest to – jak wskazywałyby wyniki wyborów oraz sondaży – 70%, czy może raczej 50%, trudno powiedzieć. Na pewno wybory nie są w pełni transparentne, bez wątpienia zdarzają się przypadki fałszowania wyników, ale skalę tych zabiegów bardzo trudno ocenić.
Dzisiejsza Moskwa jest miastem wielkiego luksusu i przepychu, dochód na mieszkańca sytuuje się tu na poziomie Niemiec zachodnich, a zarobki rzędu 3-4 tys. euro są na porządku dziennym; „zachodnie” są także ceny. Na prowincji czy w centralnej Rosjiżyje się oczywiście znacznie gorzej, jednak i tam tak dobrze jak teraz nigdy nie było. I dlatego obecna ekipa władzy ma realne, wysokie poparcie społeczeństwa. Przy czym trzeba też pamiętać, że z kraju wraz z oligarchami wyjeżdża rocznie ponad 100 mld dolarów – jedna czwarta całego polskiego PKB.
Rosja ma inne problemy niż deficyty demokracji, poczynając od tego, że kraj wymiera. Putin wprowadził becikowe rzędu 25 tys. zł za jedno dziecko, ale pojawił się inny problem – ludzie zaczęli rodzić dzieci, aby otrzymać to olbrzymie becikowe, a następnie się ich pozbywać… Rosja to trudny kraj, o wielkich dysproporcjach między centrum a prowincją, a także między elitą kulturalną czy intelektualną a resztą społeczeństwa. Przemierzając środkową Rosję mija się setki opuszczonych wsi, widzi się ogromne połacie nieuprawianej ziemi. Rosja carska kontrolowała 50% światowego handlu zbożem, głównie pochodzącym z Wołynia, gdzie uprawiali je Polacy w wielkich latyfundiach. Za Chruszczowa, a następnie Breżniewa, Rosja musiała kupować nawet 60-70 mln ton ziarna rocznie. Dzisiaj kraj znów eksportuje zboże. Trzymam kciuki za Rosjan, ale przed nimi nadal bardzo duże trudności.
A młode pokolenie – nie buntuje się przeciwko obecnym władzom?
M. I.: Istnieje choćby ruch anarchistyczny czy nacjonal-bolszewicki, tzw. limonowcy. Przy czym Limonow, enfant terrible opozycji, odgrywa w dzisiejszej Rosji rolę podobną do Żyrinowskiego – często opowiada zupełne bzdury, lecz niekiedy mówi to, co rząd myśli, lecz czego sam nie może lub nie wypada mu powiedzieć. Co może być wspólnego między neobolszewikiem Limonowem a Niemcowem, byłym wicepremierem Rosji, i jego nową prawicą? Pozornie nic, a jednak pojawiają się wspólnie na każdej manifestacji. Wydaje mi się, że jest to powtórka z czasów radzieckich ruchów dysydenckich, kiedy obok siebie działali i prawicowcy, i ukraińscy nacjonaliści, i neoleniniści. W obecnym ruchu antyrządowym są po prostu wszyscy, co z kolei ułatwia władzom antyopozycyjną propagandę.
W Polsce znacząca część dawnych działaczy opozycji uczestniczy w życiu publicznym, często piastując ważne stanowiska w polityce czy odgrywając istotną rolę w życiu intelektualnym, z drugiej strony – część historycznych liderów ruchu „Solidarności” znalazła się na marginesie.
M. I.: W przeciwieństwie do Polski, gdzie ludzie „Solidarności” stanowią elitę rządzącą i opozycyjną, nikt albo prawie nikt z dysydentów radzieckich nie jest u władzy. Wołodia Bukowski był co prawda namawiany do kandydowania na stanowisko mera Moskwy, ale się nie zgodził. Mój kolega, Paweł Kudiukin, był przez krótki czas wiceministrem. Nie potrafiłbym chyba wymienić bodaj jednego innego opozycjonisty z czasów sowieckich, który w nowej Rosji piastowałby ważne stanowisko. Ludzie byłej opozycji nadal walczą z ustrojem, np. w ramach „Memoriału” czy Komitetu Helsińskiego, pozostając cały czas na politycznym marginesie. Jeżeli ktokolwiek w Polsce liczyłby na to, że ci niezłomni, walczący z ustrojem komunistycznym dojdą w Rosji do władzy, byłby człowiekiem naiwnym.
Czy w dzisiejszej Rosji istnieje realny pluralizm mediów?
M. I.: Zdecydowanie tak. Nie ulega wątpliwości, że nie ma w Rosji państwowego terroru wobec dziennikarzy. Przypadki ich pobić czy nawet zabójstw łączy się zazwyczaj z przestępczą działalnością grup biznesowych. Jest za to inny problem – za odpowiednie pieniądze można w Rosji napisać o każdym praktycznie wszystko. Na przykład Borys Bieriezowski opłacał audycję wymierzoną w swoich przeciwników. Media rosyjskie są wolne politycznie, ale nie są wolne od „dyktatu”pieniądza. Przed wyborami prezydenckimi na Białorusi chcieliśmy wydrukować w jednej z czołowych gazet rosyjskich wywiad z Aleksandrem Milinkiewiczem. Zadzwoniłem w tej sprawie do redaktora naczelnego. Otrzymaliśmy zgodę, ale pod warunkiem wpłacenia 50 tys. dolarów… O ile w Polsce niektórzy dziennikarze piszą teksty na zamówienie i biorą za to pieniądze, o tyle w Rosji jedynie niektórzy tego nie robią.
Wykłada Pan na polskim uniwersytecie stosunki polsko-rosyjskie, wiele lat mieszkał Pan w obu krajach, zakładał organizację Straż Mogił Polskich na Wschodzie, działającą na rzecz ocalenia polskiego dziedzictwa narodowego na terenie b. ZSRR. Jak z perspektywy historyka, ale także osobistych doświadczeń ocenia Pan dzisiejszy stan oraz przyszłość wzajemnych relacji naszych narodów? Rosnąca siła wschodniego sąsiada wywołuje u nas zrozumiały niepokój, jednak np. przy okazji katastrofy smoleńskiej widać było, że sami Rosjanie są raczej życzliwi Polakom.
M. I.: Polacy i Rosjanie to bardzo bliskie kulturowo narody. Zajmuję się obecnie prowadzonym przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych programem „Z Warszawy z miłością” – wydajemy w języku rosyjskim książki, które mówią prawdę o Polsce i Polakach. Program ten spotyka się w Rosji z dużym zainteresowaniem i zrozumieniem. Owszem, istnieją tam także polakożercy, podobnie na Ukrainie czy na Białorusi, ale jestem absolutnie przekonany, że to zdecydowana mniejszość. Rosjanie chcą być Europejczykami. Tak więc w kwestii relacji polsko-rosyjskich jestem optymistą.
Czy jednak oba narody wiedzą o sobie nawzajem dostatecznie dużo, aby móc budować poprawne, a nawet przyjazne stosunki?
M. I.: Wiedza wzajemna jest wypaczona przez wiele lat kłamstwa komunistycznego. W Rosji nadal nie brakuje ludzi twierdzących, że w Katyniu zabijali Niemcy. Z kolei w Polsce prawie nikt nie wie o tym, jak Rosjanie oceniają odejście Armii Andersa z „nieludzkiej ziemi” – przypomnijmy, że działo się to podczas bitwy stalingradzkiej, gdy np. uwolnieni z łagrów Czesi poszli wraz z Rosjanami na front. Sikorski za wszelką cenę próbował przekonać Andersa, żeby został; uważał, że Polska nie będzie wyzwalana z Zachodu, lecz przez Armię Czerwoną. Z drugiej strony, Andersa można zrozumieć – katowali go na Łubiance, zamknęli w łagrze… Polska i tak stała się „najweselszym barakiem w obozie socjalistycznym”, ale niewykluczone, że na skutek tamtej decyzji straciła swoją szansę na tzw. finlandyzację. Ale wracając do pytania – oba narody mają tutaj do wykonania dużą pracę. Najważniejsze, że istnieje świadomość jej konieczności.
Dziękujemy za rozmowę.
Oborniki Śląskie, 13 kwietnia 2011 r.