przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Warunki, w których nastąpiło wskrzeszenie Państwa Polskiego, przesądziły kierunek jego polityki wewnętrznej w duchu najbardziej demokratycznym i współczesnym. Wybitna rola, jaką klasa robotnicza odegrała w polskim ruchu niepodległościowym przed wojną światową i podczas niej, nastroje społeczne, panujące w Europie i Ameryce w latach 1917 i 1918, wyraz, jaki one znajdowały podczas Konferencji Pokojowej, wrzenie rewolucyjne, otaczające Polskę od wschodu i od zachodu w okresie przywracania bytu państwowego, osobistość Józefa Piłsudskiego, któremu ustanowiona przez okupantów Rada Regencyjna przekazała w najkrytyczniejszej chwili (14 listopada 1918 r.) „obowiązki i odpowiedzialność względem narodu polskiego” – wszystko przyczyniało się do spotęgowania wpływów robotniczych i w ogóle radykalnych. […]
Gabinet Moraczewskiego przygotował i ogłosił ordynację wyborczą sejmu ustawodawczego, opartą na pięcioprzymiotnikowym powszechnym prawie wyborczym, przy zupełnym równouprawnieniu kobiet, i szereg innych dekretów, z których kilka dało zasadnicze podwaliny polskiej polityce społecznej. […] rząd Moraczewskiego stanął od razu na stanowisku konieczności zadośćuczynienia naczelnym hasłom warstw pracujących. Bezpośrednio po ogłoszeniu dekretu o najwyższej władzy reprezentacyjnej Republiki Polskiej nastąpił dekret o 8-godzinnym dniu pracy, ustalający 8-godzinny dzień i 46-godzinny tydzień pracy dla robotników i pracowników we wszystkich zakładach przemysłowych, górniczych, hutniczych, rzemieślniczych, przy komunikacjach lądowych i wodnych oraz w przedsiębiorstwach handlowych, z zastrzeżeniem, by skrócenie czasu pracy do tej normy nie pociągnęło za sobą obniżenia płacy. […]
Najpilniejszym zadaniem realnym było rozwiązanie zagadnienia bezrobocia. […] dekretem z dn. 27 stycznia 1919 r., w celu ułatwienia poszukiwania pracy oraz zapewnienia opieki wychodźcom polskim, powstały Państwowe Urzędy Pośrednictwa Pracy i Opieki nad Wychodźcami (PUPP). Zajęły się one rejestracją zgłoszeń osób poszukujących pracy, roztaczając szczególną opiekę nad robotnikami powracającymi z Niemiec, i podjęły inicjatywę w kierunku uruchomienia robót publicznych, fabryk i warsztatów. […] Zasadnicza akcja Państwowych Urzędów Pośrednictwa Pracy w kierunku dostarczenia zatrudnienia pozostałym na miejscu i powracającym bezrobotnym napotkała na razie oczywiście na nieprzezwyciężone trudności wobec całkowitego długoletniego zamarcia przemysłu. […]
W obliczu tej zatrważającej swym ogromem klęski przystąpiono śpiesznie do organizowania robót publicznych mimo nieodpowiedniej pory roku i pełnej świadomości, że nie ma żadnych gotowych projektów ani właściwego aparatu. Organami wykonawczymi uczyniono miejscowe komitety przy samorządach, zaś na ich czele postawiono Urząd Robót Publicznych. […] Jednocześnie podjęto udzielanie pomocy bezrobotnym za pośrednictwem specjalnych komitetów lokalnych, pozostających w ścisłej łączności z Urzędami Pośrednictwa Pracy i złożonych z przedstawicieli miejscowej władzy administracyjnej, rady miejskiej lub powiatowej instytucji opieki społecznej i delegatów organizacji przedsiębiorców i robotników, przy czym ci ostatni mieli zagwarantowaną połowę przedstawicielstwa. Już z dniem 26 grudnia 1918 r. rozpoczęto wydawanie zasiłków pieniężnych, po miesiącu zaś zaczęto stopniowo przechodzić od tej formy pomocy do zapomóg w naturze w postaci artykułów żywnościowych, mydła i drzewa. Nadto pozostający bez pracy właściciele mieszkań korzystali na zasadzie specjalnego dekretu z moratorium mieszkaniowego. […]
Czyniąc zadość potrzebom najbardziej palącym, nie tracono jednak z oka celów dalszych, zasadniczych. Przy oparciu się na razie o zasadę 8-godzinnego dnia pracy i przepisy ochronne zaborców, przystąpiono energicznie do przygotowania kadr personelu nadzorującego przestrzeganie tych przepisów. Rosyjscy inspektorzy fabryczni opuścili bowiem swe placówki podczas ogólnej ewakuacji władz rosyjskich, a władze okupacyjne nie pozwalały na rozwój warszawskiej inspekcji pracy, próbując powoływać do życia niemieckie placówki inspekcyjne. Wytworzoną w ten sposób próżnię postarano się zapełnić przy pomocy kilkomiesięcznych kursów kształcących, egzaminów kandydatów na inspektorów pracy i organizacji na razie dwudziestu kilku urzędów na podstawie dekretu tymczasowego o urządzeniu i działalności inspekcji pracy. Dekret ten, którego zasady rozciągnięto z czasem również na inne dzielnice Polski i który obowiązywał do roku 1928, rozszerzył znacznie właściwości organów nadzorujących wykonywanie ustaw ochronnych, poddając ich kompetencji pracę najemną we wszystkich gałęziach (przemysł, rzemiosło, handel i rolnictwo) bez względu na rozmiary przedsiębiorstwa.
Równolegle do działalności w dziedzinie ochrony pracy tworzono fundament polskich ubezpieczeń społecznych, które w b. zaborze rosyjskim istniały tylko pod postacią prawa do otrzymywania odszkodowania za wypadki przy pracy w większych przedsiębiorstwach górniczych, hutniczych i przemysłowych. Do opracowanego w okresie okupacji projektu o obowiązkowym ubezpieczeniu na wypadek choroby wprowadzono dzięki pomyślnemu przewrotowi w losach kraju daleko idące zmiany i ogłoszono (dn. 11 stycznia 1919 r.) dekret, w którym ustalono cztery dotychczas obowiązujące zasady tego ubezpieczenia: przymus ubezpieczenia, powszechność obowiązku ubezpieczenia w stosunku do pracowników najemnych wszystkich kategorii, rozmieszczenie kas chorych według zasady terytorialnej oraz ich autonomię. Rozpoczęto też zaraz organizację pierwszej kasy chorych w Warszawie, która rozpoczęła swe czynności od sierpnia tegoż roku. […]
Gdy […] fala strajków rolnych, szczególnie gwałtowna w południowo-wschodnim kącie b. Królestwa Kongresowego, nie opadała, gdy strajki te zaczęły grozić nie tylko przelotnymi ekscesami, ale i niewykorzystaniem właściwej pory robót polnych, co w obliczu braków aprowizacyjnych przedstawiało się jako klęska podwójna, sejm zażądał od rządu, by działalność inspektorów pracy niezwłocznie rozciągnąć na rolnictwo, jednocześnie grożąc przymusowym zarządem właścicielom majątków ziemskich „niezagospodarowanych wskutek opornego stanowiska właścicieli wobec słusznych żądań robotniczych i pojednawczej akcji inspektorów pracy”. Uchwała sejmu z 28 marca 1919 r. dała początek szerokiemu prawodawstwu o załatwianiu zatargów zbiorowych między pracodawcami a pracownikami w rolnictwie. Prawodawstwo to stworzyło aparat, dzięki któremu cały obszar Rzeczypospolitej pokrywał się stopniowo siecią zbiorowych umów ramowych, a strajki w rolnictwie traciły na ostrości przebiegu i stawały się coraz rzadszym wyjątkiem. Dzięki umowom zbiorowym położenie robotnika rolnego, który w okresie zaborów był najuboższym, najgorzej płatnym, lekceważonym składnikiem proletariatu polskiego, uległo znakomitej poprawie zarówno pod względem materialnym, jak i moralnym. […]
W miastach sprawę domagającą się zasadniczego uregulowania stanowiła pomoc dla bezrobotnych. Przejście przez doraźnie tworzone komitety do udzielania zasiłków w naturze zamiast w pieniądzach nie dało pożądanych rezultatów, nie zapobiegło nadużyciom i nie dostarczyło selekcji najbardziej potrzebujących. Mniemano, że złe strony doraźnej pomocy dadzą się usunąć przez stworzenie dla niej podstaw ustawowych, które powstały w postaci ustawy z dn. 4 listopada 1919 r. Ustawa ta przewiduje powiatowe komisje niesienia pomocy bezrobotnym, które oparły się w swej działalności o rejestry sporządzone przez Państwowe Urzędy Pośrednictwa Pracy, nadto zmieniła ustaloną poprzednio formę i wysokość zapomóg, obniżając je i przywracając system wypłaty w produktach. Przy tym już wówczas – przed powstaniem międzynarodowych koncepcji o wzajemności w traktowaniu obywateli własnych i cudzoziemców – uprawniono do korzystania z tej pomocy również obywateli państw obcych, zamieszkałych na terytorium państwa polskiego. […]
Dnia 12 grudnia 1919 r. ogłoszona została ustawa o czasie pracy w przemyśle i handlu, rozwijająca dekret wydany przed rokiem w tej samej sprawie. Ustawa zachowuje normę 8-godzinnego dnia i 46-godzinnego tygodnia pracy; wprowadza zakaz pracy w porze nocnej oraz w niedziele i dni świąteczne; przewiduje nieliczne wyjątki od powyższych zasad; ustala wysokość dodatku za godziny nadliczbowe na 50% płacy normalnej, jeżeli praca nadliczbowa odbywa się w dzień powszedni, na 100% zaś za pracę w porze nocnej, w niedzielę lub święto. Przy małym doświadczeniu zarówno obu stron zainteresowanych tą ważną sprawą, jak i miarodajnych czynników rządowych i przy niewyrobionych metodach pracy parlamentarnej ustawa o czasie pracy wypadła, w porównaniu z analogicznymi aktami na Zachodzie, nieco sztywno i nie dość wyczerpująco, wymagając z czasem licznych przepisów uzupełniających wykonawczych. Najbardziej zasadniczymi z nich są przepisy o czasie pracy w handlu (z dn. 14 lutego 1922 r.) oraz o dniach świątecznych (wydane jako rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej dn. 15 listopada 1924 r. i znowelizowane dn. 18 marca 1925 r.).
Tak samo uchwalona dn. 19 maja następnego roku ustawa o ubezpieczeniu na wypadek choroby pozostawiła nienaruszonymi podstawowe zasady dekretu poświęconego tej sprawie, wzmacniając powszechność i przymus ubezpieczenia przez ograniczenie dopuszczalności zwolnienia się od tego przymusu. Poza tym nowa ustawa przyniosła rozszerzenie niektórych świadczeń i pewne zmiany w organizacji orzecznictwa. […]
Ponadto z zakresu prawodawstwa pracy sejm konstytucyjny uchwalił ustawę z dn. 21 października 1921 r. o zarobkowym pośrednictwie pracy. Nabyte w ciągu dwóch i pół lat doświadczenie potwierdziło ważność w walce z bezrobociem należycie zorganizowanego pośrednictwa pracy; wykazało, że poszczególne biura nie mogą poprzestawać na stosunkach z pracodawcami jednego miasta czy nawet jednego okręgu, lecz winny być wplecione w ogólną sieć pośrednictwa; dowiodło, że pośrednictwo pracy uprawiane przez państwo może działać równie sprawnie jak biura prywatne, a posiada w stosunku do nich niezaprzeczenie wyższe walory moralne. Wszystkie te argumenty przemawiały za uznaniem prywatnych biur pośrednictwa pracy za formę przejściową, która winna ulec likwidacji w miarę rozwoju właściwych organów państwowych. Tymczasem zaś dalsze istnienie czynnych już prywatnych biur pośrednictwa zostało uzależnione od charakteru i kwalifikacji moralnych i fachowych ich kierowników i od złożenia kaucji; roczny termin udzielanej koncesji pozwala wywierać presję na prowadzenie biura zgodnie z wymaganiami władzy państwowej pod groźbą nieprzedłużenia koncesji. […]
W pierwszym okresie uruchomienia przemysłu, który zbiegł się, jak widzieliśmy, z nastrojem wielkich nadziei społecznych, zapewne pod wpływem idei „płacy sprawiedliwej” zapanował system dodatków rodzinnych: robotnik nieżonaty pobierał płacę zasadniczą, robotnik rodzinny otrzymywał do tej płacy dodatki na żonę i na każde dziecko – do pewnej ich liczby. Istotnie płaca robotnika pojedynczego obliczona była tak nisko, że owe niewielkie dodatki do niej posiadały pewne znaczenie w budżecie domowym. Taki system płac, utrudniający kalkulację kosztów produkcji, mógł powstać i utrzymywać się jedynie wówczas, kiedy kalkulację zastępowała spekulacja, oparta na kredytach rządowych, spłacanych w pieniądzu zdewaluowanym, i na cenach sprzedażnych, obliczanych w chwili dokonywania transakcji, bez oglądania się na koszt własny, wyłącznie w stosunku do popytu wewnętrznego i warunków zbytu zagranicą. Zapotrzebowanie zaś na towary wszelkiego rodzaju musiało być znaczne wobec powszechnej ucieczki przed zdewaluowanym pieniądzem. Zwykła w tych razach spekulacja paskarska pogarszała do ostateczności sytuację spożywcy. Robotnicy, po każdej wypłacie nie mogąc związać końca z końcem, coraz częściej dopominali się o podwyżki. […]
W uwzględnieniu samorzutnej praktyki prowincjonalnej i życzeń z wielu stron naraz zgłaszanych, w maju 1920 r. rada ministrów powołała do życia przy Głównym Urzędzie Statystycznym w Warszawie Komisję do badania wzrostu kosztów utrzymania rodzin pracowników zatrudnionych w przemyśle i handlu. Do Komisji tej, na wzór innych, zorganizowanych poprzednio przez strony w różnych ośrodkach lub gałęziach przemysłu, powołano w równej liczbie przedstawicieli pracodawców i pracowników oraz zainteresowanych ministerstw. Komisja warszawska i utworzone jej śladem komisje prowincjonalne (w Sosnowcu, Łodzi, Częstochowie, Lublinie, Poznaniu, Radomiu, Kielcach, Krakowie i Bydgoszczy), w braku realnego budżetu polskiej rodziny robotniczej, wzięły za podstawę swych obliczeń budżet teoretyczny, uwzględniający mniej więcej warunki życia i wartość kaloryczną pożywienia rodziny robotniczej, złożonej z 4 osób. Z tego punktu wyjścia rozpoczęto badanie zmian zachodzących w kosztach utrzymania – badanie, przeprowadzane początkowo co miesiąc. Przy coraz raptowniejszym spadku pieniądza i wzroście cen, komisje zmuszone były przejść na czas pewien na obliczenia dwutygodniowe. Większość fabryk regulowała płace swych robotników stosownie do wyników obliczeń komisji, a w rozpowszechniających się coraz bardziej umowach zbiorowych robotnicy zastrzegali jako jeden z warunków podstawowych dokonywanie zmian w cenniku płac według tej zasady.
Komisje do badania wzrostu kosztów utrzymania nie zdołały oczywiście całkowicie zabezpieczyć zarobków pracowniczych przed ujemnymi skutkami dewaluacji; przyczyniły się jednak w znacznej mierze do złagodzenia tych skutków i pozwoliły uniknąć wielu zatargów, skrócić je lub złagodzić ich przebieg.
Wprowadzenie ubezpieczenia na wypadek choroby według przepisów polskich było odmienne w poszczególnych dzielnicach, zależnie od ich warunków politycznych i gospodarczych. W b. dzielnicach austriackiej i niemieckiej, gdzie istniały już takie instytucje, dokonano w latach 1920 i 1921 przystosowania ich do nowych przepisów. W ostatecznym wyniku prac, przeprowadzonych w tym celu w woj. poznańskim i pomorskim, zamiast 629 drobnych kas chorych różnego typu o znikomej nieraz ilości członków i różnych, przeważnie niskich świadczeniach, powstało 56 kas terytorialnych o jednolitej organizacji, które liczyły przeciętnie blisko po 10 000 członków, posiadały mocne podstawy finansowe i były zdolne do rozwinięcia zakreślonej im przez ustawę szerokiej działalności. Analogiczne wyniki dała reorganizacja w województwach południowych, gdzie zamiast 189 kas chorych, stworzonych za rządów austriackich, różnego typu i przeważnie wegetujących, powstało 71 kas terytorialnych, liczących przeciętnie po 6500 zamiast, jak dawniej, po 980 członków.
Natomiast w b. zaborze rosyjskim trzeba było stworzyć całkowicie nowy aparat, na terenie zupełnie nieprzygotowanym i w warunkach szczególnie niesprzyjających. Skutki działań wojennych, takie jak brak odpowiednich lokali, drożyzna środków leczniczych i narzędzi lekarskich, a obok tego brak dostatecznego personelu lekarskiego i pomocniczego zaciążyły poważnie na organizacji Kas Chorych. Toteż musiała ona być rozłożona na okres lat kilku (1920-1927). Wydatki organizacyjne znalazły pokrycie w pożyczkach bezprocentowych, asygnowanych przez skarb państwa i zwracanych następnie ratami po rozpoczęciu prawidłowego funkcjonowania instytucji przy normalnych źródłach dochodów. Pierwsze zostały uruchomione Kasy Chorych w głównych centrach przemysłowych: w Warszawie, Sosnowcu i Łodzi; następne w powiatach o większych skupieniach ludności. Trudności finansowe i wojna osłabiały tempo prac organizacyjnych: gdy więc w pierwszym roku po uchwaleniu ustawy o obowiązkowym ubezpieczeniu na wypadek choroby stworzono dwie największe Kasy Chorych, liczące po 100 000 członków każda, w roku 1921 poprzestano na reorganizacji Kas dawnych typów; w roku 1922 powstało 13, w roku 1923 – 8 nowych Kas Chorych. […]
Odszkodowania za wypadki przy pracy istniały pod różną postacią we wszystkich dzielnicach państwa. Pracownicy umysłowi ubezpieczeni byli tylko na zasadzie i w zakresie przepisów austriackich i niemieckich tam, gdzie przepisy te obowiązywały. Podczas wysiłków czynionych przez państwo polskie w kierunku naprawienia krzywd wynikających z dewaluacji, udało się przeprowadzić szereg reform znacznie ulepszających oba te systemy ubezpieczeń.
W b. dzielnicy austriackiej, gdzie obowiązywała znowelizowana po raz ostatni w 1917 r. ustawa o ubezpieczeniu robotników od wypadków, powstała przede wszystkim konieczność – obok przyznania dodatków drożyźnianych do zdewaluowanych świadczeń – usunięcia krzywdy powodowanej niskim wymiarem granicy pobieranego zarobku. Dano do tego podstawę w ustawie z dn. 7 czerwca 1921 r., która, wprowadzając dodatki, zarazem zniosła granicę pobieranego zarobku. Równocześnie, wychodząc z zasady powszechności ubezpieczenia, państwo polskie znacznie rozszerzyło zakres zakładów i osób podlegających obowiązkowi ubezpieczenia. Obecnie na obszarze działania ustawy austriackiej ubezpieczeni od wypadków przy pracy są wszyscy robotnicy, urzędnicy, uczniowie i praktykanci, zatrudnieni we wszelkich zakładach pracy, włącznie z gospodarstwami rolnymi o obszarze powyżej 30 ha (z wyjątkiem niektórych zakładów prowadzonych nie dla zysku).
W b. dzielnicy pruskiej na plan pierwszy wysunęło się zagadnienie organizacyjne: należało stworzyć instytucję ubezpieczeniową, która objęłaby funkcje po pozostałych w granicach państwa niemieckiego przemysłowych spółkach zawodowych (Berufsgenossenschaften), przeprowadzających ubezpieczenie od wypadków. Powołano przeto do życia Ubezpieczalnię Krajową w Poznaniu, która objęła ubezpieczenie od wypadków w przemyśle, ubezpieczenie inwalidzkie, a początkowo i ubezpieczenie pracowników umysłowych.
Istniejące na zasadzie ustawy z 1906 r. na ziemiach polskich przynależnych do Austrii ubezpieczenie pracowników umysłowych na wypadek niezdolności do zarobkowania, starości i śmierci wykonywane było przez dwa biura powszechnego zakładu pensyjnego dla funkcjonariuszy w Wiedniu oraz przez szereg zakładów zastępczych. Uznając zasadę terytorialności instytucji ubezpieczeniowych za najwłaściwszą, dokonano fuzji jednego z tych biur, które pozostało w granicach Polski, z Towarzystwem Wzajemnych Ubezpieczeń Urzędników Prywatnych, największym spośród zakładów zastępczych, i utworzono z nich (ustawą z dn. 10 czerwca 1921 r.) jeden Zakład Pensyjny dla Funkcjonariuszy we Lwowie. Jednocześnie zniesiono możność zastąpienia ubezpieczenia umową zastępczą między pracodawcą a pracownikiem oraz zaostrzono warunki tworzenia odrębnych zakładów zastępczych, wymagając od nich udzielania lepszych świadczeń, większej liczby członków i silniejszych gwarancji finansowych. Prócz tego zwiększono udział ubezpieczonych w organach kierowniczych. Tą samą ustawą rozszerzono zakres ubezpieczenia na pomocników handlowych i na wszystkich pracowników najemnych niezatrudnionych w charakterze służby czeladnej lub robotników oraz wydatnie podwyższono świadczenia. […]
Sejm konstytucyjny, w przewidywaniu bliskiego końca przeciągającego się swego istnienia, dał jeden poważnej treści akt prawodawczy o nowym znaczeniu dla świata robotniczego. Aktem tym była, uchwalona zgodnie na wniosek stronnictwa chrześcijańsko-demokratycznego, ustawa z dn. 16 maja o urlopach dla pracowników zatrudnionych w przemyśle i handlu. Przepisy tej ustawy zapewniają pracownikom fizycznym 8 dni płatnego urlopu, o ile przepracowali w danym przedsiębiorstwie nieprzerwanie przynajmniej rok jeden, i 15 dni takiegoż urlopu po 3 latach pracy, zaś pracownikom umysłowym – 2 tygodnie urlopu po nieprzerwanej pracy półrocznej i 1 miesiąc po roku takiej pracy. […] Dobrodziejstwo przepisów o urlopach okaże się w pełni dopiero wówczas, gdy wydadzą owoce wszechstronne prace nad właściwym zużytkowywaniem wczasów robotniczych, prowadzone od niezbyt dawna, głównie przy pomocy subwencji rządowych.
Najlepszym streszczeniem istoty myśli społecznej w okresie sejmu konstytucyjnego będzie powołanie się na traktujące o pracy artykuły uchwalonej przez ten sejm obowiązującej Konstytucji z dn. 17 marca 1921 r. Są to artykuły 102 i 103, częściowo art. 68 oraz wstęp do Konstytucji.
Art. 102 rozwija jedną z myśli zawartych we wstępie, który pośród celów ustawy konstytucyjnej wymienia „zabezpieczenie pracy poszanowania, należnych praw i szczególnej opieki państwa”. Art. 102 wyraża tę samą myśl w ten sposób, że „praca, jako główna podstawa bogactwa Rzeczypospolitej, pozostawać ma pod szczególną ochroną Państwa”, powtarzając to po raz trzeci w ustępie 2 tegoż artykułu: „Każdy obywatel ma prawo do opieki Państwa nad jego pracą, a w razie braku pracy, choroby, nieszczęśliwego wypadku i niedołęstwa – do ubezpieczenia społecznego, które ustali osobna ustawa”.
Opieka nad dzieckiem stanowi treść dwóch pierwszych ustępów art. 103:
„Dzieci bez dostatecznej opieki rodzicielskiej, zaniedbane pod względem wychowawczym – mają prawo do opieki i pomocy Państwa w zakresie oznaczonym ustawą”. […]
Opieka nad macierzyństwem ze strony Państwa wynika z ustępu 3 art. 103:
„Osobne ustawy normują opiekę macierzyństwa”.
Dwa ostatnie ustępy art. 103 wracają znów do spraw ochrony pracy, mianowicie zajmują się ochroną pracy dzieci, młodzieży i kobiet, od razu regulując te sprawy w sposób ogólnikowy, a zarazem bardzo szeroki:
„Praca zarobkowa dzieci niżej lat 15, praca nocna kobiet i robotników młodocianych w gałęziach przemysłu szkodliwych dla ich zdrowia jest zakazana”.
„Stałe zatrudnienie pracą zarobkową dzieci i młodzieży w wieku szkolnym jest zakazane”.
Wszystkie te przepisy Konstytucji polskiej trzeba uznać za zdecydowany i mocny, choć niezupełnie szczęśliwy w formie, wyraz nowej myśli gospodarczo-społecznej. […]
przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Niemal cała myśl polityczna oraz intuicja potoczna bazują na przekonaniu, że państwo jest obywatelom potrzebne po to, aby ich wspierało, ulepszało kondycję życia zbiorowego oraz pomagało dokonać tego, co przekracza możliwości oddolnych wysiłków, a co jest korzystne dla społeczeństwa. Jeśli państwo nie podejmuje takich działań, można postawić pytanie, po co ono w ogóle istnieje. Pytanie takie stawiają dziś Polacy przy wielu okazjach.
Przekaz, który płynie do nich od państwa, brzmi mniej więcej tak: „mam was gdzieś, sami martwcie się o siebie”. Państwo „nie ma” na benzynę do policyjnych radiowozów, państwo nie buduje dróg, państwo zamyka urzędy pocztowe i placówki sądowe w mniejszych miastach. Władze mówią nam, że nie stać ich właściwie na nic – czy będzie to wizyta obywatela u lekarza-specjalisty, czy zaopatrzenie biblioteki w nowe książki, czy nawet położenie chodnika. Za komuny pewien kabareciarz żartował, że nie ma nic prostszego niż praca w sklepie – wystarczy przez 8 godzin dziennie mówić „nie ma”. Dziś równie mało wymagająca jest praca włodarzy gminnych, powiatowych, wojewódzkich i ministerialnych: „nie mamy”.
Nic dziwnego, że w XXI w. nawet inwestycje w tak „nowatorską” i „luksusową” sferę, jak budowa sieci kanalizacyjnej, muszą być oznakowane tablicami informującymi, że 3 środków na ten cel pochodzi z programu operacyjnego numer milion sto dwadzieścia tysięcy dwieście szesnaście, łamane przez duże C, finansowanego przez najwyższy urząd ds. wykopów ziemnych, z siedzibą w lewym skrzydle gmachu Komisji Europejskiej. W Polsce na takie cuda, jak oczyszczanie ścieków – „nie mamy”.
Na domiar złego państwo kpi z obywateli. Choćby wtedy, gdy za pomocą reklamowych spotów zachęca ich do płodzenia dzieci, a zarazem likwiduje żłobki, przedszkola i szkoły. Lub gdy poucza bezrobotnych, że są roszczeniowymi cwaniakami i leniami, jednocześnie obcinając kwoty na programy aktywizowania osób pozostających bez pracy. Albo wtedy, gdy przekonuje obywateli, że powinni być „mobilni”, a w tym samym czasie masowo likwidowane są połączenia kolejowe i autobusowe oraz niszczeje cała towarzysząca im infrastruktura.
W kraju, w którym do aktów prawnych – od Konstytucji poczynając – oraz do wszelkich deklaracji czynników oficjalnych wpisywana jest równość szans, sprawiedliwość społeczna, ochrona życia itd., można przy odrobinie pecha umrzeć podczas transportu między wymigującymi się od odpowiedzialności placówkami służby zdrowia. Można zostać odciętym od elementarnych zdobyczy cywilizacyjnych i instytucji. Można po wypadku skutkującym utratą ręki lub nogi stawać co roku przed komisją orzekającą niezdolność do pracy („nie odrosło wam przypadkiem, obywatelu?”)…
To wszystko nie dzieje się przypadkiem. Choć zdarza się indolencja, brak wyobraźni, lenistwo czy wieloletnie zapóźnienia cywilizacyjne, większość tego rodzaju problemów ma przyczyny w przyjętej ideologii i wynikających z niej sposobach działania. Ideologia ta jest jawnie antyspołeczna, a na imię jej neoliberalizm. Mówiąc w dużym skrócie, zasadza się ona na przekonaniu, że państwo nie jest dla ogółu obywateli, lecz dla wybranych, choć nikt tego nie mówi wprost. To samo państwo, które „nie ma” na połączenia kolejowe dla obywateli, wykłada ogromne kwoty na rozwój infrastruktury mającej ułatwić zagranicznym koncernom wożenie towarów przez Polskę ze wschodu na zachód lub odwrotnie. Państwo, któremu „nie starcza” na przedszkola, jest zawsze gotowe obniżać podatki Kulczykowi i telewizyjnym celebrytom. Państwo, które za palenie papierosa lub picie piwa w niedozwolonym miejscu wręcza kilkusetzłotowy mandat bezrobotnemu lub emerytowi, podobnej wysokości kary nakłada na operującą w skali globu firmę handlową, której zyski bazują na zorganizowanym systemie wyzysku tysięcy pracowników. Innymi słowy, neoliberalizm jest socjalizmem dla bogatych.
W Polsce mamy do czynienia ze skrajną odmianą tej ideologii i towarzyszących jej rozwiązań. Wystarczy wspomnieć, że nawet w krajach symbolizujących liberalizm społeczno-gospodarczy istnieją systemy wsparcia obywateli na skalę, o której Polacy mogą tylko pomarzyć. W Stanach Zjednoczonych ponad czterdzieści milionów osób (!) otrzymuje od państwa talony na produkty żywnościowe, bo nawet liberałom nie mieści się w głowie, że w cywilizowanym kraju można być w dzisiejszych czasach głodnym. W Wielkiej Brytanii, przez którą przetoczyło się liberalne tsunami autorstwa Thatcher i jej następców, system wspierania rodzin i rodzicielstwa wygląda tak, że wśród polskich emigrantów zarobkowych w Londynie czy Glasgow – nie będących wszak nawet obywatelami owego kraju! – mówi się o prawdziwym baby boomie.
Jak wspomniałem, nie jest to dziełem przypadku, lecz efektem decyzji podjętych świadomie na progu tworzenia nowego ładu instytucjonalnego. Autorzy polskiej transformacji, niezależnie, czy mieli zawziętą twarz Leszka Balcerowicza, czy dobroduszne oblicze Jacka Kuronia, po prostu wypięli się na społeczeństwo, nie poczuwając się do jakichkolwiek obowiązków wobec niego. Żadnym usprawiedliwieniem nie jest przy tym fakt, że w nowe realia wchodziliśmy z garbem dziedzictwa 45 lat niewydolnego, marnotrawnego i rozsypującego się w oczach „realnego socjalizmu”. Nikt o zdrowych zmysłach nie oczekiwał przecież, że po chwili i bez wysiłku będzie nad Wisłą tak, jak nad Łabą, Sekwaną czy Tamizą. Problem polega jednak na tym, że decydenci celowo wybrali zupełnie inną drogę – drogę antyspołeczną.
Porównania z innymi krajami są zawsze obarczone ryzykiem błędu, czyli nieuwzględnienia tamtejszej historii, kultury i mentalności z jednej strony, z drugiej zaś położenia, naturalnych atutów lub takowych przeszkód. Dlatego też w niniejszym wydaniu działu „Nasze tradycje” przypominamy polską myśl prospołeczną sprzed lat. Ten sam kraj, podobne realia naturalne, podobne momenty historyczne – w ostatnich dekadach wychodzenie z komunizmu, w II RP zaś zmaganie się z dziedzictwem zaborów. Za to dwa zupełnie różne sposoby myślenia o społeczeństwie, roli państwa i jego powinnościach.
Publikujemy teksty obrazujące, że nawet w trudnych warunkach władze publiczne i wspierający je specjaliści mogą dla obywateli wiele dokonać i jeszcze więcej planować. Zacofanie gospodarcze, niedobory budżetowe czy brak struktur instytucjonalnych ograniczają pole manewru, jednak nie stanowią nieprzezwyciężalnej bariery. Dla chcącego nic niemożliwego – zdają się mówić autorzy publikowanych rozważań.
Melania Bornstein-Łychowska, radca przedwojennego Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej, opisuje ogół wysiłków dopiero odtwarzanego państwa na rzecz pomocy swoim obywatelom. Z jej obszernej publikacji mogliśmy wybrać stosunkowo krótkie fragmenty, jednak nawet one pokazują, iż kraj biedny, pozbawiony właściwie wszystkich atrybutów nowoczesnego i stabilnego państwa, podjął na wielką skalę wysiłki zarówno praktyczne, jak i ustawodawczo-instytucjonalne, aby chronić słabszych. Nie oferował im oczywiście manny z nieba, dawał tyle, ile mógł, a zapewne mniej niż mógłby, jednak za oczywisty obowiązek uznawał nie tylko podejmowanie takich wysiłków, ale także ich intensyfikację i rozwój. Nawet jeśli ówczesna pomoc socjalna była z konieczności „dzieleniem biedy”, to była właśnie dzieleniem, solidarnym wobec współobywateli, nie zaś lekceważeniem ich i odwracaniem się plecami.
W kolejnym tekście dr Władysław Landau, naukowiec o poglądach prospołecznych, opisuje nie tylko dokonania. Jego rozważania w równej mierze poświęcone są temu, co dopiero można i należy zrobić. Nie ma w tym żadnego minimalizmu i spoczywania na laurach po „odfajkowaniu” pewnego zestawu zadań – jest odwaga wizji, chęć ulepszania rozwiązań i zmiany realiów w duchu ochrony słabszych i potrzebujących. Ba, sporo tu wyrażanego wprost niezadowolenia ze status quo, czyli niedostatecznych – wedle autora – wysiłków i efektów. Inaczej niż dzisiejsi mędrkowie na stabilnych, rządowych posadach, którzy zalecają społeczeństwu zaciskanie pasa, bycie konkurencyjnym (czytaj: mniej wymagającym) i równanie w dół, formułuje on zalecenia, abyśmy na drodze rozwoju gospodarczego nie zapominali o rozwoju społecznym, bo tylko wówczas będzie w ogóle można mówić o rozwoju jako takim. Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, gdy przypomnimy sobie, że „prospołeczny” i „wrażliwy” Jacek Kuroń miał w analogicznej sytuacji do zaoferowania kocioł z lichą zupą i odkładanie faktycznej troski o społeczeństwo do momentu „aż się wzbogacimy”, czyli w modelu neoliberalnym de facto na święty nigdy.
Ostatni z przypomnianych tekstów, autorstwa nie znanego nam nawet z pełnego imienia R. Siennickiego, to ciekawe studium przypadku, dotyczące bardzo konkretnych zagadnień, mianowicie dbałości o pracowników najemnych. Dbałości nie byle gdzie, bo w państwowym przedsiębiorstwie. Tym, co uderza dzisiejszego czytelnika, jest nie tylko afirmatywny opis dokonań, ale przede wszystkim wyrażane przez autora przekonanie, że do zakończenia wysiłków droga jeszcze daleka. Znów mamy zatem myślenie o rozwiązaniach prospołecznych nie w kategoriach przykrej powinności, której najlepiej byłoby się pozbyć pod byle pretekstem, lecz pozytywnie postrzeganego zobowiązania wobec słabszych członków wspólnoty.
Oczywiście czasy opisywane przez trójkę autorów były dalekie od ideału i nie ma sensu tworzenie fałszywego przeciwstawienia rzekomo cudownej II RP oraz koszmarnej Polski współczesnej. Tym, co warte podkreślenia, jest nie tyle odmienność realiów, lecz różnice w sferze mentalności. Celowo wybraliśmy teksty autorów, którzy niewiele mieli wspólnego z radykalizmem politycznym. Choć ich poglądy były niewątpliwie prospołeczne, były to zarazem poglądy głównego nurtu, a przynajmniej jednej z opcji ścierających się w jego ramach. Nietrudno byłoby znaleźć z tego samego okresu teksty znacznie bardziej radykalne, czy nawet krytykujące prezentowane tu stanowiska jako nazbyt zachowawcze. Nas jednak interesuje tym razem pokazanie, że takie opinie były pełnoprawnym elementem dyskursu publicznego.
Broszura Bornstein-Łychowskiej to oficjalna publikacja jednego z ministerstw. Tekst Landaua ukazał się w pracy zbiorowej, stanowiącej manifest ideowy lewego skrzydła rządzącego wówczas obozu sanacyjnego. Artykuł Siennickiego zamieszczono w pracy zbiorowej Instytutu Spraw Społecznych – instytucji utworzonej przy pomocy poważnych placówek publicznych, tj. zakładów powszechnych ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych.
Trudno sobie nawet wyobrazić, żeby dzisiaj teksty o takim przesłaniu i utrzymane w takim tonie stanowiły coś zwyczajnego w wywodach decydentów i osób z ich otoczenia, a tak właśnie było wówczas. Ówczesne państwo bowiem, mimo licznych wad i niedoskonałości, było państwem dla obywateli. Dzisiejsze jest państwem lekceważącym obywateli. Może już czas to zmienić?
R. O.
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Demokracja jest dziś czymś więcej niż tylko ustrojem politycznym. Stała się religią, której dogmaty nie podlegają kwestionowaniu. Uznanie kogoś za przeciwnika demokracji jest równoznaczne ze średniowieczną ekskomuniką. Politycy i dziennikarze spierają się tylko, kto jest bardziej prawdziwym demokratą. Często cytowane słowa Churchilla, że nikt nie wymyślił lepszego ustroju, sprawiają, iż nawet nie próbujemy sobie wyobrazić alternatywy. Co więcej, pojęcie demokracji cały czas ulega zawężaniu – zostało zarezerwowane dla jej szczególnego modelu: demokracji liberalnej i przedstawicielskiej.
Spróbujmy wypunktować tu dogmaty Nowej Religii Panującej:
- społeczeństwo jako wyraz umowy społecznej równych i wolnych jednostek
- społeczeństwo źródłem władzy
- poszanowanie praw człowieka – praworządność
- demokracja przedstawicielska oparta na mandacie wolnym
- pluralizm polityczny i wolność mediów
- podział władzy
- konstytucjonalizm
Fakt, że demokracja panuje dziś niepodzielnie, nie oznacza, że nie ma ona przeciwników. Jest ich więcej, niż się nam wydaje – spróbujemy ich usystematyzować.
„Poganie”: pozaeuropejskie ruchy antydemokratyczne
Gdybyśmy zapytali, kto jest współcześnie największym wrogiem demokracji, to prawdopodobnie najczęściej wskazywany byłby islamski fundamentalista – śniady, odziany w burnus, z kałasznikowem w ręce i pasem z materiałami wybuchowymi na biodrach. Takim obrazem karmią nas media.
To wróg bardzo wdzięczny, bo ogromnie się od nas różniący, a przez to łatwy do zidentyfikowania i odrzucenia. Rzeczywiście: fundamentaliści muzułmańscy spod znaku Al-Kaidy czy Hizb ut-Tahrir jasno i otwarcie odrzucają demokrację, tak jak każde inne rządy człowieka – także dyktaturę czy monarchię. Ich zdaniem, suwerenność przynależy wyłącznie Bogu, który objawił nam swe prawo (szariat), a rolą ludzi jest tylko poznawanie i interpretowanie boskich zasad. Dziedzictwo Oświecenia jest im obce jako przynależne do innej cywilizacji.
Ale choć polscy żołnierze walczą w górach Hindukuszu, to fundamentaliści muzułmańscy nie zagrażają bezpośrednio Rzeczpospolitej. Trudno sobie wyobrazić, by afgańscy talibowie dotarli pod Warszawę – dlatego możemy ich pominąć w naszych rozważaniach. Darujmy sobie też zwolenników konfucjańskiej teorii państwa. Zajmijmy się raczej tymi przeciwnikami liberalnej demokracji, których zrodziła nasza cywilizacja.
„Heretycy”: ruchy antydemokratyczne Zachodu
Przeciw demokracji występują z powodów zasadniczych anarchiści, zwłaszcza anarchoindywidualiści. Demokracja to wszak władza ludu – a oni odrzucają każdą władzę człowieka nad człowiekiem. Bardziej umiarkowana część anarchistów opowiada się za skrajnie zdecentralizowaną formą demokracji bezpośredniej – rządami permanentnych zgromadzeń ludowych – ale i ta wizja sprzeczna jest z parlamentaryzmem.
Większość ruchów antydemokratycznych nie neguje jednak władzy jako takiej, lecz tylko jej demokratyczną postać. Najczęściej kwestionują samą zasadę suwerenności ludu (społeczeństwa). Do kogo więc ta suwerenność miałaby należeć?
Najdalej idą tu reakcjoniści–legitymiści, którzy uważają, że wszelka władza pochodzi od Boga, ten zaś sprawuje ją – i tu jest różnica z fundamentalistami islamskimi – za pośrednictwem bożego pomazańca, czyli monarchy. Monarcha nie jest jednak władcą absolutnym, zmuszony bowiem pozostaje do poszanowania tradycji i prawa naturalnego. Legitymiści to margines marginesu, w Polsce reprezentowany przez niewielki Klub Zachowawczo-Monarchistyczny. W złagodzonej wersji podobne idee głoszą jednak integryści katoliccy spod znaku Radia Maryja, którzy akceptując zasady demokracji, nie dopuszczają jednocześnie, by działania demokratycznych władz naruszały prawo naturalne w ich wykładni.
Inaczej uzasadniają odrzucenie demokracji nowocześni „naukowi” elitaryści. Nie odwołują się do Boga, lecz do nauki, a ściślej do praw przyrody, które objawił im Darwin i jego uczniowie. Ich zdaniem, istotą natury jest nierówność, dlatego wszelka demokracja to w najlepszym razie fikcja – zawsze rządzą elity. Otwarcie takie idee głosi francuska Nowa Prawica (np. Klub Zegarowy), w Polsce nie mająca swego odpowiednika. Warto jednak zwrócić uwagę, że w formie zakamuflowanej takie koncepcje głoszą różnej maści technokraci, dla których wciąż ubezwłasnowolniany parlamentaryzm jest tylko parawanem dla „rządów fachowców”. Ludzi tego pokroju spotkamy w każdej partii. Pewnym wariantem „technokratyzmu oświeconego” jest też projekt Unii Europejskiej, w ramach którego referenda powtarza się tak długo, aż zmęczone społeczeństwa zagłosują „właściwie”. Demokratyczna legitymizacja jest tu zaledwie listkiem figowym merytokracji.
Niewątpliwie przeciwnikami demokracji są też ekstremiści ekologiczni, którzy odrzucają panowanie człowieka nad przyrodą. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich obrońców środowiska naturalnego, a tylko tych najbardziej skrajnych: wyznawców fińskiego ekofilozofa Pentti Linkoli, ekoterrorystów z grup takich jak Wyzwoliciele czy Front Wyzwolenia Ziemi. Linkola otwarcie mówi, że środowisko naturalne może uratować przed człowiekiem tylko „zielona dyktatura”. Choć od fundamentalistów religijnych różnią się prawie pod każdym względem, to łączy ich jedno – nie uznają człowieczeństwa, ludzkości za najwyższą wartość. Idą jednak dalej od fundamentalistów religijnych, gdyż człowiek nie jest dla nich koroną wszelkiego Stworzenia, najdoskonalszym z bożych dzieł, lecz planetarną chorobą, którą należy usunąć. Rzec można, że rozszerzają oni zasady demokracji na całą przyrodę ożywioną, a ludzkość zostaje wtedy „przegłosowana” przez inne gatunki.
„Schizmatycy”: ruchy alterdemokratyczne
Inna grupa przeciwników obecnego ustroju to ruchy nie tyle antydemokratyczne, co – przez analogię do alterglobalistów – „alterdemokratyczne”. To ruchy, które nie kwestionując samych fundamentów demokracji, tj. zasady suwerenności ludu, krytykują zarazem jej realizację, czyli liberalną demokrację parlamentarną. Twierdzą, że ta forma demokracji nie spełnia swych obietnic, tj. nie wyraża rzeczywistej woli ludu, lecz deformuje ją. Zgadzając się w aspekcie negatywnym, różnią się diametralnie w zakresie proponowanych rozwiązań.
Faszyści i bonapartyści uważają, że wola narodu najpełniej wyrażana jest poprzez genialną jednostkę: Wodza. Zarazemnaród postrzegają jako wspólnotę pokoleń, co pozwala Wodzowi podejmować decyzje sprzeczne z wolą aktualnej większości – wszak to on „wie lepiej”, co jest w interesie narodu.
Od koncepcji skrajnej prawicy odcinają się komuniści. Pomimo jednak formalnego uznania równości obywateli, głoszą wyższość mas ludowych nad klasami posiadającymi, proletariatu nad resztą pracujących, wielkoprzemysłowej klasy robotniczej nad robotnikami z małych zakładów, partii komunistycznej nad klasą robotniczą, kierownictwa partii nad szeregowymi członkami. Klasyczny system komunistyczny – władza rad w Rosji bolszewickiej – zorganizowany był na tej zasadzie, np. 1 delegata wybierało 10 robotników, ale 50 chłopów. Okazuje się tu, że jedynie komunistyczna awangarda uprawniona jest do artykułowania woli ludu.
Na pierwszy rzut oka pułapkę tę ominęli korporacjoniści, postulujący „demokrację organiczną”, w której podmiotem nie są jednostki, lecz grupy społeczne, zorganizowane w korporacje. W myśl tej koncepcji,przedstawicielstwo narodowe pochodzi nie z wyborów, a z delegacji, co pozwala lepiej odzwierciedlić skład społeczeństwa i zarazem związać posłów z wyborcami. Wizja ta jest jednak trudna do realizacji w warunkach mobilności społeczeństwa: zanim jednostka zdąży poczuć się związana z jakąś grupą zawodową czy terytorium – już zmienia miejsce pracy lub zamieszkania. W świecie koczowników korporacjonizm stałby się fikcją zdominowaną przez faktycznie niekontrolowanych biurokratów korporacyjnych.
Najpełniejszymi demokratami są populiści. Chcą demokracji rozumianej dosłownie – jako bezpośrednia władza wszystkich obywateli, realizowana poprzez referenda. Słabością ich koncepcji jest jednak to, że taka forma demokracji łatwo może przerodzić się w tyranię większości, nie wspominając już o podatności mas na demagogię. Plebiscyt w warunkach nieograniczonych możliwości manipulowania opinią publiczną przez media ma taki sam sens, jak w III Rzeszy.
„Zeloci”: minorytarianie
Wszystkie opisane tu ideologie to przeciwnicy demoliberalizmu rzec można odwieczni. Ale w ostatnich latach pojawił się przeciwnik nowy, który wyewoluował z demokracji jako hiperliberalizm. Demokracja została zredefiniowana: to już nie władza większości, szanująca prawa mniejszości, lecz prymat interesów mniejszości nad większością. Atomizacja społeczeństwa sprzyja nielicznym, ale głośnym i dobrze zorganizowanym lobbies. Ich działalność sprawia, że niejednokrotnie współczesna demokracja okazuje się zaprzeczeniem demokracji klasycznej.
„Kapłani”: politycy
Przysłuchując się argumentom przeciwników demokracji nie sposób odmówić słuszności niektórym z nich. Demokracja rzeczywiście jest często nieefektywna, słaba, skorumpowana. Polska demokracja jest tu niezbyt budującym przykładem. Wszyscy potrafimy podać przykłady niekompetencji polityków. Nie zawsze jest to tylko niekompetencja – często również nieuczciwość. Do nieustannych informacji o wciąż nowych aferach zdążyliśmy już przywyknąć, nie robią na nas wrażenia. Polska jest na 49. miejscu w światowym Indeksie Postrzegania Korupcji, opracowanym przez Transparency International, wyprzedzona nie tylko przez Nową Zelandię, Danię czy Singapur, ale też np. przez Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kostarykę i Botswanę. Ale czy Polska jest odosobnionym przypadkiem? Choć u nas te patologie ujawniają się w sposób wybitnie jaskrawy, to przykład chociażby Silvio Berlusconiego pokazuje, że nie jesteśmy niechlubnym wyjątkiem.
Powiedzmy więc jasno: demokratyczni politycy osłabiają demokrację, dostarczając argumentów jej wrogom.
„Wierni”: społeczeństwo
Ale czy tylko politycy są tu winni? Przecież politycy nie wzięli się z Marsa. To my ich wybraliśmy. Każde demokratyczne społeczeństwo ma takich polityków, na jakich zasługuje. Przyjrzyjmy się więc społeczeństwu polskiemu. Socjologowie są zgodni: cechuje je dramatycznie niski poziom kapitału społecznego. Gdy Polaków pytano, czy można ufać innym ludziom, 3/4 odpowiedziało, że nie. To najgorszy wynik w Europie. To samo dotyczy stopnia uspołecznienia Polaków, mierzonego udziałem w stowarzyszeniach. Przykłady można by mnożyć. W rezultacie społeczeństwo nazbyt często okazuje się bezkształtną masą, dowolnie manipulowaną przez media. Gdy w czasie ataku na Jugosławię zaserwowały one odbiorcom umiejętnie spreparowaną porcję informacji o serbskich okrucieństwach (pomijając skrupulatnie wszystko, co nie pasowało do czarno-białego obrazu sytuacji), polska opinia publiczna poparła bombardowania tradycyjnie zaprzyjaźnionego kraju.
„Kościół bez Boga”
Apatia społeczeństwa nie bierze się jednak z niczego. Nie obarczajmy tu całą winą komunistycznej spuścizny: w Trzeciej Rzeczpospolitej wychowało się już całe pokolenie, a jego stopień uspołecznienia jest jeszcze niższy niż rodziców. Przyczyn szukać należy w głębiej zachodzących zjawiskach.
Otaczająca nas rzeczywistość staje się coraz bardziej skomplikowana, przeciętny człowiek przestaje ją ogarniać, zdając się na opinie polityków, ekspertów, dziennikarzy, celebrytów. W miarę postępów globalizacji ośrodki decyzyjne przenoszą się na coraz wyższy poziom – do Brukseli, do Waszyngtonu, wciąż i wciąż oddalając od obywatela. Wynik wyborów parlamentarnych ma coraz mniejsze znaczenie ze względu na zobowiązania międzynarodowe i nacisk rynków finansowych, potrafiących zdestabilizować przeciętną gospodarkę.
Proces profesjonalizacji objął nie tylko politykę, ale także obronność. Na współczesnym, wysoce stechnicyzowanym polu bitwy radzić sobie potrafi tylko zawodowy żołnierz, co sprawia, że kolejne państwa rezygnują z poboru, z armii obywatelskiej. Choć przeciętnego zjadacza chleba taka perspektywa raduje, to trudno nie zwrócić uwagi, że demokracja ateńska była dzieckiem falangi hoplitów, demokracja szlachecka – pospolitego ruszenia, demokracja współczesna – powszechnego poboru. Dziś lud wypuszcza oręż z rąk, zdając się na lojalność najemników. O święta naiwności!
W rezultacie ludzie czują, że tracą kontrolę nad własnym życiem. Nic dziwnego, że demokrację postrzegają jako spektakl, jako formę pozbawioną istotnej treści – coś na kształt Republiki Rzymskiej w okresie pryncypatu. Demokracja zaczyna przypominać Kościół bez wiernych. Ale czy możliwa jest demokracja bez demokratów?
przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Wendell Berry
Rolnik działający na rzecz ochrony przyrody ma dość bycia na podwójnie przegranej pozycji.
Jestem rolnikiem i działaczem na rzecz ochrony przyrody (conservationist), rzecznikiem Matki Natury i agrarystą1. Działam na rzecz ochrony dzikiej przyrody nie tylko dlatego, że czuję z nią osobistą więź – po prostu uważam to za konieczne z punktu widzenia życia na Ziemi oraz życia człowieka. Z tych samych względów pragnę również chronić naturalną równowagę i integralność ekosystemów użytkowanych przez człowieka: chciałbym, aby rolnicy, hodowcy i leśnicy na całym świecie mogli dobrze żyć i prosperować w społecznościach stabilnych, dostosowanych do lokalnych warunków i rozsądnie gospodarujących zasobami.
Oznacza to, że spędzam życie, broniąc interesów dwóch przegrywających stron. Odkąd pamiętam, światłe idee agraryzmu i ochrony przyrody odnoszą – mimo zwycięstw w niektórych sprawach – nieustanne porażki, z których wielu nie sposób zrekompensować. Trzecią stronę, tę, która wydaje się coraz bardziej zdecydowanie wygrywać, tworzą korporacje bezwzględnie eksploatujące środowisko. Celowo napisałem „wydaje się” – uważam bowiem, że złudna jest potęga takich przedsiębiorstw. Wersja kapitalizmu przez nie kultywowana, w ostatecznym rozrachunku opiera się nie na zasobach naturalnych, które lekkomyślnie niszczy, lecz na pielęgnowaniu iluzji. Całkiem niedawno pewien ekonomista zasygnalizował problem, mówiąc: „Gdyby konsumenci przestali żyć ponad stan, kryzys gospodarczy byłby nieunikniony”2. Kiedy trzecia strona ostatecznie pokona dwie pierwsze, przyrodę i tradycyjne społeczności wiejskie, oznaczać to będzie także jej koniec.
W ostatnim czasie jej przedstawiciele – być może świadomi niedorzeczności, na której opiera się ich działalność – bronią swoich interesów wyjątkowo zaciekle, dążąc do podporządkowania sobie polityki, mediów i nauki, ze szczególnym uwzględnieniem biotechnologii, którą gorączkowo komercjalizują z zamiarem przejęcia całkowitej kontroli nad światową produkcją żywności. Rosnąca przewaga wpływów korporacji nad mechanizmami demokratycznymi to bodaj najbardziej niepokojący proces od czasów wojny secesyjnej, a znakomita większość współczesnego świata nie widzi w nim nic nadzwyczajnego.
Smutek wypływający z wieloletniego obserwowania porażek dwóch bliskich mi stron jest tym większy, że konflikt istnieje nie tylko między każdą z nich a ich wspólnym wrogiem, ale także – i to niejako „z definicji”, jak się przyjęło – między nimi nawzajem. Jeszcze większy ból sprawia mi świadomość, że obie moje strony są głęboko uwikłane w różnego kalibru grzechy tej trzeciej.
Próbując konstruktywnych dróg wyplątania się z tego położenia, postanowiłem niedawno, że nie poprę już żadnej inicjatywy na rzecz ochrony dzikiej przyrody, jeśli jej celem nie będzie jednocześnie poprawa kondycji pobliskich obszarów wiejskich: zdrowia ich ekosystemów i jakości życia ich mieszkańców. Niezależnie od wynikających z tego trudności praktycznych, decyzja, by przeciwstawić się podziałowi na „dzikie” i „udomowione”, pozwoliła mi z większą wyrazistością dostrzec komplementarność czy nieledwie jednię spraw, o które walczę. Rozgraniczenie między naturą a kulturąjest w istocie zwodnicze – odwraca uwagę od faktu, że nawet w przypadku dzikich zwierząt należy mówić o swoistym „udomowieniu”, a przede wszystkim od całkowitej zależności tego, co udomowione, względem dzikiej przyrody, która w ostatecznym rozrachunku stanowi fundament dla wszelkich ludzkich poczynań. Wysuwając popularny obecnie zarzut, że ludzkość jest antropocentryczna (cóż za okropne określenie), łatwo zapomina się, że w takim razie dzikie owce są „ovicentryczne”, a wilki – „lupocentryczne”. Można by rzec, że to świat jest dziki, a wszystkie zamieszkujące go stworzenia instynktownie dążą do tego, by „zadomowić się” w nim – w tym celu łączą się w pary, opiekują potomstwem, szukają pożywienia i wygodnego schronienia. Zupełnie zapominamy też, że chociaż pod pewnymi względami dzikie owce istotnie różnią się od hodowlanych, to w sytuacji, gdy udomowione rasy całkiem zatracają swą dziką naturę, jak to się czasem zdarza, ich chów okazuje się dla rolnika nieopłacalny – pojawiają się wówczas np. problemy z płodnością. Wbrew pozorom, dzikość i udomowienie pozostają ze sobą w najściślejszym związku. W zasadniczej opozycji do obu stoi natomiast zinstytucjonalizowany, korporacyjny przemysł – gospodarcza rzeczywistość pozbawiona zakorzenienia w naturalnym środowisku i szacunku wobec surowców, które wykorzystuje.
Zagadnieniem, z którym musimy się zmierzyć, nie jest pytanie, czy to, co pierwotne, da się oddzielić od tego, co udomowione – istotne jest, w jaki sposób ten nierozerwalny związek powinien być pielęgnowany w ramach ludzkiego gospodarowania. Uznanie, że „dzikość” i „udomowienie” są ze sobą powiązane, i że my – ludzie – jesteśmy w dużym stopniu odpowiedzialni za stan tej relacji, wiąże się z przyjęciem na siebie konkretnych, ciężkich obowiązków. Przychodzą mi tutaj na myśl co najmniej dwie zasadnicze kwestie praktyczne. Po pierwsze: dlaczego każdy prawdziwy obrońca natury powinien aktywnie interesować się rolnictwem? Powodów jest wiele, z których najprostszy brzmi: on też musi coś jeść. Interesować się jedzeniem, nie interesując się jednocześnie zagadnieniami związanymi z jego produkcją, to czysty absurd. Ekolodzy mieszkający w miastach prawdopodobnie czują się tutaj usprawiedliwieni w swojej ignorancji z uwagi na fakt, że nie są rolnikami. Nie mogą jednak tak łatwo zostać zwolnieni z odpowiedzialności – nie mogliby jeść, gdyby nie to, że w ich imieniu, w konkretnym miejscu ktoś uprawia ziemię według określonych reguł. Gdyby zdecydowali się wziąć odpowiedzialność za swoje potrzeby żywieniowe, odkryją, że przywiedzie ich to prosto do tradycyjnych obszarów troski o naturę.
Zatem, czy „ochroniarze” chcieliby jadać dobrze, czy byle jak? Czy zależy im, by ciągłość zaopatrzenia w żywność była zagwarantowana? Czy woleliby, żeby to, co jedzą, było wolne od toksyn, antybiotyków i innych zanieczyszczeń, w tym genetycznych? Czy życzyliby sobie, by w ich diecie przeważały produkty naprawdę świeże? Czy chcieliby, żeby produkcja żywności trafiającej na ich talerze wiązała się z jak najmniejszym obciążeniem dla środowiska naturalnego? Jeśli poważnie zastanowimy się nad odpowiedziami na te pytania, będą one miały istotny wpływ na przemysł, sposób użytkowania gruntów, zdrowie ekosystemów. Obrońcy natury, którzy są gotowi zjeść wszystko, co oferują supermarkety, wspierają swoimi portfelami skrajnie uprzemysłowioną produkcję żywności: wielkie fermy tuczu zwierząt; zubożenie zasobów wód płynących i podziemnych; uprawy monokulturowe, prowadzące do stopniowej utraty różnorodności biologicznej i genetycznej; wzajemnie ze sobą powiązane zanieczyszczenie środowiska, zatrucia i faszerowanie zwierząt hodowlanych lekami; system dystrybucji oparty na długodystansowym transporcie, pochłaniającym niezliczone ilości paliwa i przyczyniającym się do rozprzestrzeniania szkodników i chorób; zastępowanie rodzinnych gospodarstw wiejskich przez coraz większe kombinaty rolne, w których jest coraz mniej miejsca na miłość do ziemi. Gdyby miłośnicy przyrody zaczęli się domagać, by w sklepach powszechnie dostępne były produkty spożywcze wysokiej jakości, wytwarzane w możliwie najbliższej okolicy z zachowaniem najwyższych standardów; gdyby poświęcali więcej uwagi krytycznej ocenie tego, co trafia na ich stoły – wówczas automatycznie wsparliby całkiem odmienny model gospodarki rolnej, zupełnie inaczej kształtujący charakter wsi. Na takiej wsi na jednego rolnika-opiekuna przypada znacznie mniejsza powierzchnia, dzięki czemu uprawy mogą być otoczone większą troską. Krajobraz takiej wsi jest o wiele bardziej zarówno „udomowiony”, jak i naturalnie dziki niż krajobraz przemysłowy. Czy wzrost liczby gospodarstw i pracujących w nich rolników może pozytywnie wpłynąć na jakość krajobrazu wiejskiego jako siedliska dla dzikiej flory i fauny, sprawiając, że miejscowa przyroda stanie się „bardziej pierwotna”? Niewątpliwie, a tym, co umożliwiłoby taką zmianę, byłby wzrost różnorodności. Nie zapominajmy, że mówimy o zmianach, których motorem miałby być rosnący popyt na lokalnie produkowaną żywność. Wyobraźmy sobie teraz współczesny amerykański krajobraz rolniczy, zdominowany przez wielkoobszarowe uprawy soi i kukurydzy oraz fermy przemysłowego chowu zwierząt. A teraz zastanówmy się, co by się stało, gdyby w pobliskim mieście istotnie wzrósł popyt na wytwarzane przez lokalnych producentów artykuły spożywcze wysokiej jakości. Aby odpowiedzieć na potrzeby konsumentów, miejscowe rolnictwo będzie musiało stać się bardziej różnorodne.
Gdyby popyt tego typu był znaczący w obu rozumieniach tego słowa – gdyby pochodził od świadomych i konsekwentnych w swoich wyborach konsumentów, zapewniając rolnikom wystarczające zaplecze ekonomiczne – wówczas skrajnie ujednolicony krajobraz rolniczy mógłby ulec zmianie. Jednogatunkowe uprawy i wielkie fermy ustąpiłyby miejsca gospodarstwom mieszanym, nastąpiłby powrót do wypasania stad zwierząt hodowanych z przeznaczeniem na mięso oraz do bydła mlecznego, a także do tradycyjnej hodowli drobiu, co wiązałoby się z koniecznością przekształcenia części gruntów w łąki i pastwiska. Gdyby nowa świadomość konsumencka objęła swoim zasięgiem również gospodarkę leśną i bogactwo darów lasu, możliwa byłaby analogiczna poprawa warunków naturalnych na terenach zalesionych i zwiększenie ich powierzchni. Nie zapominajmy przy tym, że rolnicy mogą z różnych względów, w tym po prostu dla przyjemności, rezygnować z eksploatacji części zalesionych przez siebie gruntów, pozostawiając je „dzikimi”. Gdyby krajobraz wsi urozmaiciły dodatkowe łąki i lasy, zwiększyłaby się także rozmaitość ptaków i innych zwierząt. Rozległe uprawy kukurydzy i soi, wykorzystywanych przede wszystkim jako pasza dla zwierząt lub surowiec dla przemysłu, ustąpiłyby owocom i warzywom, trafiającym na stoły mieszkańców pobliskich miast.
Wraz ze wzrostem powierzchni pokrytej roślinnością wieloletnią zwiększyłaby się zdolność magazynowania wody przez glebę i zmniejszyło nasilenie procesów erozji. Woda w potokach i rzekach uległaby oczyszczeniu, ustabilizowały się ich przepływy. Kolejną korzyścią z większej różnorodności produkcji na terenach wiejskich byłoby zmniejszenie przeciętnej wielkości gospodarstw i wzrost liczby osób mogących się utrzymać z uprawy ziemi. To z kolei przyczyniłoby się do obniżenia ilości środków chemicznych w rolnictwie, jako że stosuje się je po to, by zadośćuczynić biologicznym skutkom ubocznym upraw monokulturowych oraz jako zastępstwo dla rąk do pracy. W zdecentralizowanej gospodarce rolnej zwierzęce odchody nie stanowią skoncentrowanego źródła zanieczyszczeń, więcej – wykorzystuje się je jako nawóz. Reasumując, wskutek takiej transformacji krajobraz rolniczy, dziś niebezpiecznie ujednolicony, miałby szanse zmienić się w system zdrowy zarówno pod względem ekonomicznym, jak i ekologicznym.
O mieście, które funkcjonowałoby w dużej mierze w oparciu o to, co zapewniają pobliskie pola i lasy, należy myśleć w kontekście całego lokalnego systemu gospodarczego, na który składałyby się także niewielkie, nie zanieczyszczające środowiska zakłady przetwórcze i sklepy wkomponowane w krajobraz tak, by maksymalnie ograniczyć koszty ekologiczne i społeczne. Taki model gospodarki promować będzie małe, niezależne firmy oraz „pracę na swoim”, a ponadto pozwoli ograniczyć ilość paliwa zużywanego na transport, a (jak się wydaje) nawet tego niezbędnego do produkcji towarów.
Taki model jest możliwy do osiągnięcia, nie ma co do tego wątpliwości – dysponujemy odpowiednimi rozwiązaniami i zapleczem technicznym. Liczne historyczne przykłady z różnych zakątków świata udowodniły również, że przyroda jest w stanie dostosować się, a nawet czerpać korzyści z tak rozumianej symbiozy z gospodarką. Warto przywołać choćby modele wypracowane przez Indian Ameryki Północnej – niektóre przeszły już do historii, inne praktykowane są do dziś – lub wciąż kultywowane np. we wspólnotach amiszów tradycje osadników amerykańskich. A przecież podobne praktyczne przykłady odnaleźć można także wśród współczesnych rozwiązań; jak widać, nie są to wszystko tylko mgliste rojenia.
Nieco większe wątpliwości budzi natomiast zdolność współczesnego człowieka do świadomego wyboru proponowanego modelu oraz do utrzymania go. Co najmniej od półwiecza byliśmy przyzwyczajani, że rozwiązania stosowane w uprawie ziemi są determinowane przez procesy przemysłowe, a „opłacalność rolnictwa” ocenia się z perspektywy korporacji. Nadeszła najwyższa pora, by zerwać z takim myśleniem: społeczne, ekologiczne, a nawet ekonomiczne koszty tego paradygmatu stały się zbyt wysokie i nieustannie rosną na całym świecie.
Nadszedł czas, by nauczyć się myśleć kategoriami rolnictwa opartego o prawidła biologii, a nie logikę przemysłu. Sześćdziesiąt lat temu [niniejszy tekst powstał w 2002 r. – przyp. red. „Obywatela”] Sir Albert Howard, prekursor współczesnego rolnictwa ekologicznego, postulował taką zmianę standardów; obecnie podobne poglądy głosi m.in. Wes Jackson, reformator z Kansas. Według nich, aby można było mówić o zrównoważonym rozwoju w rolnictwie, konieczne jest dopasowanie upraw i hodowli do zasad, którymi rządzi się miejscowy ekosystem; konieczne jest utrzymywanie możliwie największej różnorodności biologicznej, dbałość o zachowanie żyzności gleb i ich ochrona przed erozją, wtórne wykorzystywanie odpadów powstających w gospodarstwie itp. Jak wyłożył to 70 lat temu geograf ekonomiczny J. Russel Smith, trzeba w pierwszym rzędzie „dostosować rolnictwo do roli”, a nie do dostępnych technologii czy oczekiwań rynku, przy całej świadomości ich ogromnego znaczenia. Konieczne jest, mówiąc krótko, utrzymywanie równowagi między „udomowionym” a „dzikim”. Nadrzędnym standardem, pozwalającym ocenić efekty tej pracy, należy uczynić kondycję obszaru, na którym jest ona wykonywana.
Trzeba podkreślić, że taka transformacja to nie gotowy schemat, który możemy przyjąć tak, jak przyjmuje się – a potem porzuca – chwilową modę. Nie ma też co liczyć, że z czasem wymusi ją kryzys ekologiczny na wielką skalę. Będzie ona możliwa jedynie wtedy, gdy duże grupy – konsumenci i producenci, mieszkańcy miast i wsi, ci, którzy chcą środowisko chronić, i ci, którzy żyją z eksploatacji jego zasobów – połączą siły i zaczną działać.
Oto część z powodów, dla których obrońcy przyrody powinni żywo zainteresować się problematyką rolnictwa i razem z mieszkańcami wsi działać we wspólnej sprawie. A teraz pora na drugą z zasadniczych kwestii praktycznych.
Dlaczego rolnik miałby zacząć działać na rzecz ochrony przyrody? Choć może lepiej byłoby zapytać: dlaczego jedynie działacz na rzecz przyrody może być dobrym rolnikiem? Rolnicy żyją i pracują na styku natury i gospodarki – tam, gdzie potrzeba ochrony przyrody jest najpilniejsza i najbardziej oczywista. W swojej pracy mogą „dostosować rolnictwo do roli”, podporządkować się prawom natury, pozostawiając jej potencjał nienaruszonym. Mogą też przeciwstawić się im, przyczyniając się do pogłębienia długu ekologicznego, który w przyszłości trzeba będzie spłacić (nie o takim rolnictwie myślę, gdy zachęcam obrońców przyrody do popierania rolników).
Odpowiedzialni rolnicy, którzy poważnie podchodzą do swoich powinności względem Stworzenia oraz spadkobierców własnych gospodarstw, przyczyniają się do budowania społecznego dobrobytu w znacznie większym stopniu, niż zwykliśmy to przyznawać, a wręcz uświadamiać sobie. Dostarczają wartościowe produkty, co dla każdego oczywiste, ale ponadto pomagają chronić glebę, wody, dzikie rośliny i zwierzęta oraz krajobraz.
Tym właśnie powinni zajmować się rolnicy godni tego miana. Tymczasem we współczesnym społeczeństwie, w którym miarą wszechrzeczy uczyniono zysk, a „realia ekonomiczne” odmienia się przez wszystkie przypadki – tak postępujący gospodarze nie otrzymują za swoje produkty godziwej zapłaty, a za działania na rzecz środowiska nie są wynagradzani w ogóle. Rolnik może w dzisiejszych czasach oferować wysokiej jakości artykuły spożywcze i wyświadczać społeczeństwu wszystkie wymienione przysługi, a mimo to nie będzie go stać na opłacenie ubezpieczenia zdrowotnego, a dla mediów pozostanie prostaczkiem z prowincji, „wsiokiem” bądź „burakiem”. I jeszcze będzie słyszał od „ekonomicznych realistów”: „Kombinuj, jak stworzyć kombinat, albo sprzedaj ziemię i się zwijaj. Dostosuj się lub giń”.Co udało się osiągnąć po pięćdziesięciu latach dyktatury tak rozumianego „realizmu”? Uprawy monokulturowe na wielką skalę, fermy hodowlane przypominające fabryki i coraz wyższe koszty tego stanu rzeczy – społeczne, ekologiczne, a koniec końców także gospodarcze.
Co sprawia, że tylu rolników dochowuje wysokich standardów produkcji, choć za swój wysiłek wynagradzani są tak nędznie, oraz że dobrze dbają oni o przyrodę, mimo iż nie są za to wynagradzani w ogóle? Wszystko to, dodajmy, bez oglądania się na to, czy mają komu przekazać gospodarstwa, a przecież wielu z nich wie już, że nie znajdą następców.
Cóż, pochodzę z rolniczej rodziny, sam uprawiam ziemię, podobnie wychowana przeze mnie dwójka dzieci – co ośmiela mnie do stwierdzenia, że mam przynajmniej ogólne wyobrażenie o rolnikach. Przez całe lata razem z rzeszą podobnych mi osób zastanawiałem się: dlaczego właściwie to robimy? Wszak trudna sytuacja ekonomiczna jest, w obliczu wszystkich innych przeciwności i frustracji typowych dla tego rzemiosła, zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Odpowiedź może być tylko jedna: miłość. To dla niej rolnicy trwają przy swoich gospodarstwach. Pracują z zamiłowania do rolnictwa: z pasją doglądają upraw, uwielbiają pracę na świeżym powietrzu i życie w otoczeniu zwierząt. Pragną mieszkać tam, gdzie pracują i pracować tam, gdzie mieszkają. W mniejszych gospodarstwach we wspólną pracę mogą zaangażować się całe rodziny. Względna niezależność, jaką nadal może zapewnić posiadanie własnego gospodarstwa, jest dla ich właścicieli ukochaną wartością. Jestem przekonany, że wielu rolników jest gotowych znosić liczne niedogodności właśnie ze względu na możliwość samostanowienia, choćby tylko przez część życia.
A zatem tym, co jako ochroniarze przyrody rolnicy muszą chronić w pierwszej kolejności, jest pasja wobec własnego rzemiosła i umiłowanie niezależności. Oczywiście wartości te uda się zachować tylko wówczas, gdy możliwe będzie przekazanie ich swoim następcom. Być może największym wyzwaniem dla każdego z nas – ludzi, którzy pragną „prawdziwego” jedzenia – jest przekonanie dzieci dorastających na terenach wiejskich, by w przyszłości przejęły gospodarstwa rodziców. Musimy mieć świadomość, że będzie to możliwe tylko wtedy, gdy uwarunkowania ekonomiczne będą sprzyjać takim decyzjom. Obecnie trudno się dziwić, że dzieci rolników marzą o innym życiu, skoro obserwują swoich rodziców zawożących zbiory do hurtownika tylko po to, by im je ukradziono, tj. zakupiono po cenie niższej niż koszty produkcji.
Jednak nie tylko o przekazanie umiejętności i pasji tu chodzi – rolnicy są odpowiedzialni za dużo więcej. Była już powyżej mowa o tym, dlaczego w równym stopniu jak aktywiści ekologiczni powinni oni zabiegać o ochronę dzikiego życia: w sposób nieunikniony zależy od niego ich własny los. Ktoś, o kim myślę jako o „dobrym rolniku”, potrafi instynktownie rozpoznać podstawową różnicę między tym, co naturalne a tym, co wytworzone przez człowieka – wie, że traktowanie gospodarstwa jako fabryki z żywymi istotami zamiast maszyn albo akceptacja inżynierii genetycznej w rolnictwie, prędzej czy później spowoduje nieszczęście, a także dodatkowe koszty. Traktowanie żywych istot jak automatów jest błędem o ogromnych konsekwencjach praktycznych.
Dobrzy rolnicy wiedzą także, iż natura może być sprzymierzeńcem gospodarki. Sir Albert Howard i Wes Jackson pokazali, że jeśli będziemy ją uważnie naśladować, zachowamy zdrowie i żyzność gleby – na dłuższą metę to jedyny sposób. Co więcej, „naturalne” znaczy „tanie”. Stosowanie nawozów naturalnych, zwłaszcza w perspektywie długoterminowej, jest tańsze niż zakup sztucznych. Dbanie o zdrowie zwierząt opłaca się bardziej niż faszerowanie ich antybiotykami. Energia słoneczna, jeśli ją umiejętnie wykorzystywać – w tym np. wychwytywać za pomocą pastwisk, które następnie służą zwierzętom roboczym – jest tańsza niż ropa naftowa. Wysoko uprzemysłowione gospodarstwa są w pełni zależne od „środków produkcji”, w które muszą zaopatrywać się na zewnątrz. Gospodarstwo tradycyjne natomiast, działając w harmonii z otaczającą je przyrodą, korzysta z jej bogactwa, co pozwala na większą samowystarczalność i znaczące oszczędności.
Mamy zatem uznać, że dobry rolnik dąży do tego, by być bliżej natury jedynie z przyczyn praktycznych i oszczędnościowych? Nie sądzę.
Przyjmuje się, że od momentu, kiedy ludzkość zaczęła uprawiać ziemię i hodować bydło, zrezygnowała ze zbieractwa i polowań. A jednak przetrwały one do dziś jako nieodłączna i wciąż żywa część tradycyjnego stylu życia na wsi w moim regionie. Okoliczni mieszkańcy od wieków polowali, łowili ryby w stawach i strumieniach; wiosną zbierali zioła, jesienią orzechy, w lasach szukali jagód i innych owoców, wybierali dzikim pszczołom miód. Nie ma wątpliwości, że takie zabiegi były ważnym uzupełnieniem produkcji w gospodarstwie, były jednak również źródłem przyjemności doświadczanej podczas obcowania z naturą – bardzo podobnych uczuć doświadczają wszyscy miłośnicy przyrody, z aktywistami ekologicznymi włącznie. Większość rolników, których poznałem, a z pewnością najbardziej interesujący z nich, czerpie niekłamaną radość z wędrówek po okolicy, podczas których mogą zachwycić się widokiem polującego lisa czy też poczuć dreszcz ciekawości, widząc tajemnicze tropy na śniegu.
Wraz z wyludnianiem się wsi i nadejściem ciężkich czasów dla rolników te „dzikie” rozrywki zeszły na dalszy plan, ale nie zostały całkiem poniechane; symbolizują istotę najlepszych tradycji rolnictwa i zasługują na to, by ocalić je od zapomnienia i spontanicznie kultywować. Między innymi dlatego właśnie uważam, że dobry rolnik jest jednocześnie działaczem na rzecz ochrony przyrody oraz że każdy rolnik powinien nim być.
Moim celem była próba wykazania, że istnieje wspólnota dążeń i interesów między rolnikami a aktywistami ekologicznymi. Identyfikacja owych wspólnych interesów oraz uświadomienie sobie tego, o czym pisałem na początku – że obie grupy mają tych samych wrogów – nasuwa naglące pytanie: dlaczego otwarcie i zdecydowanie nie zaakcentują one kwestii, co do których się zgadzają, i nie dadzą szansy współpracy?
Nie mam zamiaru umniejszać różnic między tymi środowiskami – dostrzegam je i zdaję sobie sprawę, że nie są błahe. Jednak pomimo tego uważam, że współdziałanie jest potrzebne i możliwe. Skoro plantatorzy tytoniu ze stanu Kentucky potrafili usiąść do stołu z grupami antynikotynowymi, określić „wartości podstawowe”, co do których wszyscy byli zgodni, i zacząć wspierać się nawzajem3 – to coś podobnego mogłoby nastąpić także w relacjach między „ochroniarzami” a rolnikami prowadzącymi gospodarstwa rodzinne, lokalnymi właścicielami lasów i tartaków etc. Na dobrą sprawę podobny proces już ma miejsce, ale jak dotąd na małą, lokalną skalę. Konieczne jest zainteresowanie i aktywny udział większych organizacji reprezentujących każdą ze stron.
A jednak póki co te dwa środowiska, które powinny ze sobą współpracować, trwają w konflikcie. W czym tkwi problem? Wydaje mi się, że odpowiedzi należy szukać w sferze ekonomicznej. Właściciele małych gospodarstw robią wszystko, by przetrwać w świecie gospodarki kontrolowanej przez wielkie korporacje, a to oddala ich od natury, która jest przecież fundamentem gospodarki rolnej. Często nie poświęcają też należytej uwagi dysproporcjom między nieustająco balansującymi na granicy załamania lokalnymi systemami ekonomicznymi a nieustająco kwitnącym systemem wielkich korporacji, który na nich żeruje.
Z drugiej strony, większość obrońców przyrody mieszka w miastach i przejawia głęboką ignorancję w kwestii trudności ekonomicznych, z jakimi borykają się na co dzień właściciele gospodarstw rodzinnych. Zdecydowanie zbyt mało uwagi poświęcają analizie związków między „miejską” gospodarką a degradacją środowiska naturalnego. Trudno im dostrzec, że nieodpowiedzialne praktyki w rolnictwie i leśnictwie, wobec których deklarują sprzeciw, odbywają się niejako w ich imieniu i za ich przyzwoleniem – dzięki wsparciu ekonomicznemu, które oferują korporacjom jako konsumenci.
To bez wątpienia bardzo poważne problemy, pokazujące, że ekonomia nie kończy się na gospodarce przemysłowej, choć tej ostatniej znakomicie udaje się kreować takie fałszywe wyobrażenia. Zbyt wielu rolników i zbyt wielu ekologów bezrefleksyjnie przyjmuje pogląd, że dostępność dóbr zależy wyłącznie od zasobności portfela i od mechanizmów rynkowych. Innymi słowy wierzą w to, do czego między wierszami starają się ich przekonać korporacje: że można bezpiecznie oddzielić ekonomię od ekologii, a to, co wytworzone przez człowieka od tego, co naturalne. Uprzemysławiający się rolnicy zbyt łatwo przyjęli, że ziemia, którą gospodarują, może bez protestów podporządkować się technologii, a ochronę przyrody można z powodzeniem zostawić aktywistom. Ci ostatni natomiast zbyt pochopnie uznali, że prawidłowe funkcjonowanie Przyrody można zabezpieczyć poprzez wyłączanie z użytkowania dziewiczych zakątków kraju, a dbałość o kondycję terenów wiejskich można z powodzeniem zostawić agrobiznesowi, przemysłowi drzewnemu, zadłużonym rolnikom i sezonowo najmowanym pracownikom rolnym.
Wygląda na to, że u podstaw konfliktu między wspomnianymi grupami leży kurczowe przywiązanie każdej z nich do własnych interpretacji. Co można z tym zrobić? Myślę, że niewiele, dopóki obie strony nie otworzą się na dialog i nie spróbują wypracować wspólnego języka. Aktywiści ekologiczni muszą się gruntownie zapoznać z problematyką gospodarki rolnej, rolnicy natomiast uświadomić sobie, że istnieją ważkie powody, również ekonomiczne, dla których należy poważnie traktować kwestie związane z ochroną przyrody.
Nie podejmując współpracy, obie strony pozwolą na łatwe zwycięstwo ich wspólnego wroga – totalistycznych korporacji, które coraz sprawniej jednoczą się pod szyldem „globalnej gospodarki”, by całkiem zdominować zarówno przyrodę, jak i żyjące w niej ludzkie wspólnoty.
Wendell Berry
tłum. Magdalena Gorzak
Tekst pierwotnie ukazał się w „Sierra Magazine”, maj-czerwiec 2002. Strona pisma: www.sierraclub.org/sierra
Przypisy:
1 Tj. zwolennikiem doktryny głoszącej, że podstawą rolnictwa, mającego stanowić ekonomiczny i moralny fundament społeczeństwa, powinny być niewielkie, samodzielne gospodarstwa (przyp. tłum.).
2 Warto zwrócić uwagę, że tekst ten napisany został kilka lat przed wielkim kryzysem na amerykańskim rynku finansowym, który „rozlał się” na cały świat (przyp. red. „Nowego Obywatela”).
3 W 1998 r. kilkadziesiąt organizacji rolniczych, prozdrowotnych i religijnych opracowało katalog wspólnych postulatów, jak przeznaczanie wpływów z akcyzy od produktów tytoniowych na zdrowie publiczne oraz wsparcie społeczności lokalnych uprawiających tę roślinę, czy obowiązek podawania na etykiecie udziału krajowego surowca w danym wyrobie (przyp. red. „Nowego Obywatela”).
przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Japonia to kraj, który najdobitniej pokazał, że amerykańska wersja kapitalizmu nie musi być „tą jedyną”.
W grudniu 2010 r. zmarł mało znany w Polsce naukowiec i intelektualista, Chalmers Johnson. Jego prace łączyły wysoki poziom warsztatu naukowego ze znacznym zaangażowaniem politycznym. Postawę Johnsona można nazwać lewicowym republikanizmem – troskę o losy swojej ojczyzny, Stanów Zjednoczonych, łączył z niechęcią wobec środowisk neokonserwatywnych i neoliberalnych. Jego ostatnie dzieło to trylogia „Blowback”1, będąca wnikliwym opisem kondycji współczesnej Ameryki Północnej, która według niego chyli się ku upadkowi. Zdaniem Johnsona, chęć utrzymania dominacji na arenie międzynarodowej przez USA doprowadzi kraj do bankructwa, a być może nawet spowoduje zmianę wewnętrznego systemu politycznego.
W środowisku naukowym Johnson zasłynął jako błyskotliwy badacz krajów Azji Wschodniej. Swoją pozycję zawdzięczał m.in. wydanej w 1982 r. książce pt. „MITI and the Japanese Miracle: The Growth of Industrial Policy, 1925-1975”2. Formalnie jest to monografia japońskiego Ministerstwa Handlu Zagranicznego i Przemysłu, tytułowego MITI (Ministry of International Trade and Industry). Jednak naprawdę praca ta stanowi wnikliwą i rozbudowaną analizę rozwoju japońskiej polityki gospodarczej.
Johnson wprowadza czytelników w wydarzenia, które ukształtowały współczesne japońskie myślenie o gospodarce. Rozpoczyna analizę od czasów rewolucji Meiji, a kończy na latach 70. dwudziestego stulecia Tak rozległa perspektywa jest o tyle zaskakująca, że samo ministerstwo powstało dopiero kilka lat po II wojnie światowej. Johnson dowodzi jednak, że skuteczność ministerstwa w pobudzaniu rozwoju gospodarczego kraju wynikała z wielu dekad japońskich doświadczeń związanych z procesem modernizacji.
Polityka gospodarcza Japonii rozwijała się na styku dwóch środowisk: gospodarczego i politycznego. Johnson pokazuje, jak zaraz po przewrocie pałacowym 1868 r., który dał początek tzw. rewolucji Meiji, nikt nie wiedział, jak należy unowocześniać gospodarkę, a także kto ma tego dokonać.
Pierwsze lata po przewrocie to dość chaotyczny proces formowania nowych elit politycznych i gospodarczych. Rozwijały się one w symbiozie, czego najdobitniejszym przykładem była karna wyprawa na Formozę (dzisiejszy Tajwan) w 1874 r. Przed jej rozpoczęciem japońska armia, nie mająca wielu okrętów, wypożyczyła część statków od niejakiego Iwasaki Yataro, pozostałą część floty kupując od innych armatorów. Zaraz po zakończeniu konfliktu Iwasaki nie tylko otrzymał z powrotem okręty, ale także nabył po okazyjnej cenie statki zakupione wcześniej przez armię. Dzięki takim transakcjom położył podwaliny pod istniejący do dzisiaj koncern Mitsubishi.
Jednak rozwój relacji świata gospodarki i polityki nie opierał się jedynie na korupcyjnych powiązaniach. Zarówno po stronie bogacących się potentatów przemysłowych, jak i nowych elit politycznych istniała potrzeba profesjonalizacji działania. Dlatego też od początku XX w. w środowiskach gospodarczych coraz silniejszą grupę zaczęli stanowić zawodowi menedżerowie, zaś w sferze polityki na znaczeniu zyskiwali wysoko wykwalifikowani urzędnicy. Pomiędzy tymi dwoma środowiskami zaczęła się toczyć dyskusja, w jaki sposób unowocześniać japońską gospodarkę oraz jak łączyć patronat państwa nad gospodarką z jej efektywnym rozwojem.
Ostatecznie dylemat ten został rozstrzygnięty w dość nieoczekiwany sposób. Wskutek przegrania przez Japonię II wojny światowej zanikły dawne polityczne, militarne i gospodarcze elity, a ich miejsce zajęli wspomniani menedżerowie i biurokraci. To im, dzięki wsparciu Amerykanów, udało się stworzyć system pozwalający na skoordynowany przepływ informacji między administracją państwową a środowiskami gospodarczymi. Jednym z elementów tego systemu było opisane przez Johnsona Ministerstwo Handlu Zagranicznego i Przemysłu.
Praca Johnsona była ważna z tego powodu, że bodaj jako pierwsza dała tak głęboki i systematyczny wgląd w to, jak zarządzana jest gospodarka japońska, a także pośrednio gospodarki Korei Południowej czy Singapuru. Johnson za pomocą tej książki spopularyzował pojęcie developmental state. Opisuje ono model rozwoju, w którym gospodarka rozwija się pod kuratelą państwa, ale jednocześnie procedury administracyjne nigdy nie zastępują mechanizmów wolnorynkowych.
Książka ukazała się w momencie szczególnym dla Stanów Zjednoczonych – na początku pierwszej kadencji Ronalda Reagana. W tym czasie debata publiczna była w coraz większym stopniu zdominowana przez Nową Prawicę. Dla tych środowisk rozwój gospodarczy, jak też istnienie kapitalistycznej gospodarki były nierozerwalnie związane z powstrzymywaniem ingerencji państwa w procesy ekonomiczne: rynek miał być wolny od wpływu polityki. Książka Johnsona pokazywała, że tak nie musi być. Uświadamiała, że na początku lat 80. Stany Zjednoczone za największych konkurentów gospodarczych mają państwa, które opierają fundamenty rozwoju jednocześnie na mechanizmach wolnorynkowych oraz na administracyjnym nadzorze nad nimi. Krajem, który najdobitniej w owym czasie ilustrował to, że kapitalizm może objawiać się w bardzo różnych formach – a więc jego amerykańska wersja nie musi być „tą jedyną” – była właśnie Japonia.
Polityczny szkielet gospodarki
Obecnie doskonale wiemy, że gospodarka rynkowa może funkcjonować pod kuratelą państwa. Pokazała to Japonia, ale przede wszystkim Chiny oswoiły nas z takim obrazem współczesnego kapitalizmu. To one są obecnie najbardziej dynamicznie rozwijającą się gospodarką, udowadniając tym samym, że kapitalizm może kwitnąć nawet pod rządami partii komunistycznej. Wydaje się więc, że współcześnie kwestią zasadniczą nie jest to, czy gospodarką wolnorynkową można politycznie zarządzać, lecz w jaki sposób to robić – w jakich proporcjach łączyć samosterowność rynków z ich zewnętrzną, polityczną kontrolą.
To pytanie bardzo istotne w kontekście obecnego załamania gospodarczego. Oto bowiem kryzys przeżywają nie tylko nadmiernie (wedle standardów neoliberalnych) regulowane gospodarki europejskie, ale także ciesząca się znaczną autonomią gospodarka USA. Trwający od 2007 r. kryzys gospodarczy nie tyle obnażył słabość niezależnych od instytucji publicznych mechanizmów rynkowych, ale przede wszystkim ukazał fikcyjność owej niezależności. Pokazał, że szkielet nawet najbardziej liberalnych gospodarek opiera się na polityce, że u podstaw każdego systemu ekonomicznego istnieje polityczna wola, aby gospodarka działała w ten, a nie inny sposób.
Z tych też zapewne powodów sięga się coraz częściej do napisanej podczas II wojny światowej książki Karla Polanyiego pt. „The Great Transformation”3. Polanyi usiłuje wytłumaczyć pojawienie się europejskich totalitaryzmów, a za głównego winnego uznaje XIX-wieczny kapitalizm. Jego zdaniem, rozwój kapitalizmu był niczym innym jak realizacją niebezpiecznej utopii. Utopii, która w przekonaniu ówczesnych elit intelektualnych odzwierciedlała naturalną kondycję człowieka, w rzeczywistości zaś narzucała całym narodom nie dające się znieść warunki życia. Owa utopijna wizja społeczeństwa opierała się zdaniem Polanyiego na dwóch fałszywych przesłankach. Pierwsza dotyczyła sposobu, w jaki funkcjonuje społeczeństwo, druga odnosiła się do utowarowienia pracy, ziemi i pieniądza.
Wedle autora „Wielkiej transformacji”, czołowi XIX-wieczni filozofowie społeczni doszli do błędnego przekonania, że społeczeństwo może podlegać samoregulacji. Pomimo wszystkich dzielących ich różnic, Adam Smith, William Townsend czy Edmund Burke podobnie uważali, że prawa natury na tyle sprawnie regulują zachowania jednostek, że nie ma konieczności celowego zarządzania nimi. Równowagę w relacjach między ludźmi zapewniają bowiem np. ograniczone zasoby żywności.
Implikacje takiej tezy były dość znaczące. Uznanie samoregulacji za podstawowy mechanizm kierujący społeczeństwem skłaniało do ograniczania roli państwa, którego jedynym zadaniem powinna być troska, aby naturalny porządek społeczny mógł rozwijać się w sposób harmonijny. Państwo zatem nie powinno np. wspierać ani w żaden dodatkowy sposób kontrolować ludzi biednych. Naturalne prawa wolnego rynku tworzą z nich bowiem zdyscyplinowaną przez głód siłę roboczą.
Drugą przesłanką utopii społeczeństwa rynkowego było przeświadczenie o możliwości utowarowienia pracy, ziemi i pieniądza, co Polanyi nazywa fikcją utowarowienia. Jego zdaniem, ani praca, ani ziemia, ani też pieniądze nie powstały, żeby być przedmiotem obrotu handlowego. Praca jest po prostu jedną z form naturalnej aktywności ludzkiej. Ziemia to z kolei jeden z wielu wytworów natury. Pieniądze zaś są jedynie symbolem siły nabywczej; nie są produkowane, lecz kreowane przez system bankowy. Jednak ponieważ dla poprawnego funkcjonowania rynku konieczne jest, aby praca, ziemia i pieniądz zostały utowarowione, cały XIX wiek można opisać jako nieustanny wysiłek podtrzymywania fikcji komodyfikacji tych trzech dóbr.
Ów wysiłek z kolei można opisać jako niekończącą się obronę stanu naturalnego. Wszelkie próby zwiększenia roli państwa w gospodarce były postrzegane jako nienaturalne, gdyż zaprzeczające odkrytemu dzięki nauce mechanizmowi kierującemu życiem społecznym. A zatem w odtwarzanych przez Polanyiego XIX-wiecznych społeczeństwach polityka była wykorzystywana przeciw polityce. Siła państwa była używana do tego, aby nie pozwalać ludziom działać we wspólnocie, tylko spychała ich do roli zatomizowanych jednostek, walczących o własne przetrwanie.
Taka sytuacja wytwarzała zdaniem Polanyiego dwa rodzaje napięć. Pierwsze polegało na tym, że poszczególne państwa próbowały przerzucić na siebie nawzajem koszty utrzymywania wolnorynkowej utopii. Drugie – na tym, że coraz więcej ludzi szukało schronienia przed nią w jeszcze bardziej niebezpiecznych utopiach systemów totalitarnych. Utopia wolnego rynku miała zostać zamieniona na utopię wszechwładnego państwa.
Aby do tego nie dopuścić, Polanyi postulował ograniczenie mechanizmów rynkowych. Należy przywrócić właściwą rangę polityce, czyli intencjonalnym działaniom nakierowanym na określony cel. Należy zakończyć politykę przeciwstawiającą się polityce i przestać oczekiwać, że społeczeństwo będzie samodzielnie i nieintencjonalnie dążyć do naturalnego stanu równowagi. Konieczne jest podjęcie świadomego, zbiorowego wysiłku politycznego, zmierzającego do stworzenia takiego ładu instytucjonalnego, który zapewni sprzyjające warunki dla rozwoju społecznego. W tym systemie jest miejsce na gospodarkę wolnorynkową, ale nie może być ona wzorem dla funkcjonowania całego społeczeństwa. Potrzebne jest stworzenie demokratycznego systemu, opartego na zasadzie przynajmniej częściowego odtowarowienia m.in. pracy ludzkiej. Dla ratowania demokracji w świecie zachodnim należy, zdaniem Polanyiego, podejmować działania, które dzisiaj nazwalibyśmy programami polityki społecznej.
Drugi krach
Książka Polanyiego stała się znów aktualna. Kolejny raz bowiem kończy się okres, w którym dominowało przekonanie, że wolny rynek jest nie tylko optymalnym modelem działania gospodarki, ale także najlepszym modelem funkcjonowania społeczeństwa. Ponownie też odkrywamy ze zdziwieniem polityczne fundamenty ponoć apolitycznego świata gospodarki. Krach na rynkach finansowych odsłonił polityczne uwarunkowania instytucji, które wydawały się neutralnymi aktorami, działającymi w obrębie samoregulującej się gospodarki.
W kontekście USA warto przywołać choćby przypadek Fannie Mae4. Instytucja ta, stworzona z myślą o ułatwianiu mniej zamożnym Amerykanom dostępu do mieszkań, stała się stopniowo, pod wpływem działań administracyjnych, katalizatorem boomu na rynku kredytów mieszkaniowych. Fannie Mae, działając jako instytucja autonomiczna, a jednocześnie mająca wszelkie gwarancje finansowe rządu federalnego, doprowadziła do niebezpiecznego połączenia spekulacyjnego rynku finansowego z rynkiem kredytów mieszkaniowych dla niższej klasy średniej. Dzięki temu mariażowi kredyty mieszkaniowe zwykłych Amerykanów stały się pożądanym towarem na tamtejszych giełdach. To spowodowało z kolei, że dostępność kredytów mieszkaniowych niesłychanie wzrosła. Cały ten system, sprawiający wrażenie samoregulującego się, funkcjonował dobrze do momentu, w którym nad Fannie Mae zawisło widmo bankructwa. Wtedy rynki finansowe uznały, że większość kredytów mieszkaniowych jest bezwartościowych, gdyż nie poręcza już za nie w pełni wypłacalna instytucja publiczna. Nastąpił wówczas trwający do dziś głęboki kryzys rynku mieszkaniowego w USA.
Przykład Fannie Mae dobrze obrazuje współczesne próby ukrywania polityki i tworzenia systemów z pozoru samosterujących. Historia tej instytucji pokazuje również, jak duże mogą być koszty konserwowania utopii w pełni wolnego rynku – ok. 700 mld dolarów zostało wydanych przez Departament Skarbu tylko w pierwszych miesiącach kryzysu, aby podtrzymać istnienie amerykańskiego rynku kredytów mieszkaniowych.
Ex oriente lux?
Czy zatem krytykując ukrytą politykę samoregulujących się rynków powinniśmy podążać drogą państw Azji Wschodniej i promować rozwiązania jawnie odwołujące się do interwencji politycznych w gospodarce? Pokusa jest silna. Tym bardziej, że wspomniane państwa nie tylko wykształciły dość oryginalny model polityki gospodarczej, ale i równie swoisty model polityki społecznej.
Inny badacz Azji Wschodniej, Ian Holliday, w nawiązaniu m.in. do pracy Johnsona zauważa, że polityka społeczna w wielu krajach regionu była lub jest podporządkowana polityce gospodarczej. „Produktywistyczny” reżim dobrobytu charakteryzuje się uzależnieniem zakresu praw socjalnych jednostki od wielkości jej wkładu w rozwój gospodarczy kraju. W tym modelu polityki społecznej wspierane są te grupy społeczne, które najlepiej wpisują się w promowany przez rząd program rozwoju kraju, zaś relacje pomiędzy państwem, rynkiem a rodziną są kształtowane tak, aby odpowiadały potrzebom realizowanej w danym momencie polityki gospodarczej. Zdaniem Hollidaya, w Azji Wschodniej mamy do czynienia nie tyle z jednym modelem polityki społecznej, co wręcz z odrębnym „światem” państw stawiających przed polityką społeczną ten sam cel – sprzyjanie dynamicznemu wzrostowi gospodarczemu.
Czy istnieje jakiś złoty środek pomiędzy światem opisanym przez Polanyiego i tym przedstawionym przez Johnsona? Czy można znaleźć alternatywę pomiędzy samoregulującym się rynkiem a wszechobecnym państwem? W moim przekonaniu – tak, i jest ona podobna do tej, którą Polanyi zarysował pod koniec II wojny światowej. Stanowi ją demokratyzacja gospodarki.
Problem w tym, że żyjemy w czasach, w których polityka uzyskała nad wyraz wiele form artykulacji. Dzieje się tak, ponieważ nie tylko przeżywamy dzisiaj kryzys neoliberalnej gospodarki, ale także kryzys demokracji. Nie polega on jednak, w moim przekonaniu, na deficycie demokratycznych instytucji, lecz raczej na współistnieniu bardzo różnych form instytucjonalizacji ideału demokracji.
Najlepiej widać to na przykładzie Unii Europejskiej. Wewnątrz niej ścierają się instytucje, które bez wyjątku odwołują się do demokratycznego mandatu. Parlament Europejski, Komisja Europejska, rządy narodowe, krajowe parlamenty, lokalne samorządy, a wreszcie większe lub mniejsze organizacje pozarządowe, działające w skali lokalnej, krajowej lub międzynarodowej – wszystkie te instytucje w jakimś stopniu opierają działania na procedurach, które można uznać za demokratyczne. Jednocześnie widać, że te demokratyczne instytucje bardzo często wchodzą ze sobą w konflikt, usiłują realizować projekty nawzajem się wykluczające.
Świadomość problemów wynikających ze zderzenia różnych instytucjonalnych form demokracji jest może szczególnie silna w krajach skandynawskich. Jednym z elementów przekształceń, jakie zachodzą w tamtejszym modelu polityki społecznej, jest bowiem zwiększona rola organizacji pozarządowych. Ich pojawienie się jest jednak interpretowane w bardzo rozmaity sposób. Jedni widzą w tym szansę na zwiększenie roli obywateli w silnie scentralizowanym państwie dobrobytu, inni z kolei – zagrożenie dla polityki społecznej, opierającej się na szerokim porozumieniu społecznym. Być może najtrafniej ową sprzeczność wyraziła Eva Sorensen5 z Uniwersytetu Roskilde. Wprowadziła ona w nawiązaniu do prac innych autorów rozróżnienie na demokrację zorganizowaną terytorialnie i demokrację zorganizowaną funkcjonalnie. Demokracja zorganizowana terytorialnie to ta część narodowego systemu politycznego, w obrębie której toczy się spór między różnymi grupami społecznymi. To charakterystyczny dla demokracji reprezentatywnej mechanizm sporu politycznego, który prowadzi do wyłonienia z wielu poglądów różnych grup społecznych – jednego dominującego. Z kolei demokracja zorganizowana funkcjonalnie opiera się na zaangażowaniu obywateli w rozwiązywanie konkretnych problemów i świadczenie określonych usług. Obywatele jako finalni odbiorcy działań instytucji publicznych, komercyjnych czy społecznych organizują się, aby kształtować ostateczny efekt działania tych instytucji.
Sorensen uważa, że współcześnie coraz wyraźniej zarysowują się napięcia pomiędzy mechanizmami demokracji terytorialnej i funkcjonalnej. Upraszczając wnioski Sorensen, można powiedzieć, że opisuje ona zderzenie instytucji demokracji przedstawicielskiej z instytucjami demokracji partycypacyjnej, wyrażanej współcześnie w formie działania różnych organizacji pozarządowych.
Obecnie zatem wiemy, że kapitalizm można budować odgórnie, przy wykorzystaniu instrumentów administracyjnych, co Johnson pokazał na przykładzie Japonii. Wiemy także, iż kapitalizm nawet w swojej najbardziej wolnorynkowej formie opiera się zawsze na działaniach politycznych, co udowodnił Polanyi. Nie wiemy jednak dzisiaj, jak w sposób harmonijny wpleść demokratyczną polityczność w proces gospodarczy. Możemy opierać się na wielkich projektach gospodarczych, realizowanych przez Unię Europejską, możemy odwołać się do narodowych polityk gospodarczych, możemy wreszcie włączać polityczność do gospodarki na poziomie mikro – choćby przez promocję rozwoju gospodarki społecznej. Możliwości jest bardzo wiele. Polityczność w gospodarce wydaje się bowiem czymś oczywistym. To, co nie jest oczywiste, to ile w tej polityczności ma być demokracji, oraz jakie formy owa demokracja ma przyjmować.
Bartosz Pieliński
Przypisy:
1 Chalmers Johnson, Blowback: The Costs and Consequences of American Empire, Holt Paperbacks 2001; idem, The Sorrows of Empire: Militarism, Secrecy, and the End of the Republic, Owl Books 2005; idem, Nemesis: The Last Days of the American Republic, Metropolitan Books 2007.
2 Chalmers Johnson, MITI and the Japanese Miracle: The Growth of Industrial Policy, 1925-1975, Stanford University Press 1982.
3 Książka została w końcu przetłumaczona na polski: Karl Polanyi, Wielka transformacja. Polityczne i ekonomiczne źródła naszych czasów, Warszawa 2010.
4 Bartosz Pieliński, Od kryzysu do kryzysu. Przypadek Federalnego Narodowego Stowarzyszenia Hipotecznego, [w:] M. Księżopolski, B. Rysz-Kowalczyk, C. Żołędowski (red.), Polityka społeczna w kryzysie,Warszawa 2009, ss. 243-259.
5 Eva Sorensen, New forms of democratic empowerment: Introducing user influence in the primary school system in Denmark, „Statsvetenskaplig Tidskrift” 1998, nr 2, ss. 129-143.
przez redakcja | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
CCS to trzy litery, za którymi kryje się wielka ekonomiczna, społeczna i ekologiczna niewiadoma. Zajrzenie za kulisy finansowania tej technologii pozwala zrozumieć, kto wyznacza kierunki rozwoju Unii Europejskiej.
Mowa o nowoczesnej technologii wychwytywania i składowania dwutlenku węgla (ang. Carbon Capture and Storage), emitowanego głównie przez elektrownie. W Europie istnieje już 16 pilotażowych instalacji CCS, ale nadal nie wiadomo, czy technologia ta przyjmie się na skalę przemysłową. Bełchatowski projekt CCS, przygotowywany przez Polską Grupę Energetyczną (PGE) oraz francuski koncern Alstom, ma być jej kolejnym testem. Zakłada wychwytywanie ok. 1,8 mln ton CO2 rocznie ze spalin najnowszego bloku energetycznego bełchatowskiej elektrowni. Ten gaz ma następnie znaleźć miejsce „wiecznego spoczynku” w pokładach solankowych, położonych poniżej 1000 m pod ziemią.
Gdyby polskich obywateli poprosić o opinię na temat CCS, większość z nich nie miałaby żadnej, ponieważ nigdy o tej technologii nie słyszała. W mediach brak jakiejkolwiek debaty na jej temat. Jednak od 2009 r. także w Polsce odbywają się coraz liczniejsze konferencje poświęcone CCS, w dziedzinie którego Unia Europejska miałaby się stać światowym liderem. Choć technologia ta nie od razu podbiła unijne salony negocjacyjne, stopniowo zdobywała przychylność polityków, co pod koniec 2008 r. doprowadziło do ustanowienia mechanizmu finansowania demonstracyjnych projektów CCS – NER300. Wielkim zwolennikiem wychwytywania i podziemnego składowania CO2 jest prof. Jerzy Buzek, który ponadto gorąco kibicuje polskiemu udziałowi w rozwijaniu tej technologii. CCS ma wedle entuzjastów stanowić szansę na zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych bez potrzeby rezygnacji z węgla w energetyce oraz stać się atrakcyjnym produktem eksportowym.
Obawy…
Brukselski sen o potędze rzadko śni się mieszkańcom terenów potencjalnego składowania CO2. Dominują raczej obawy o skażenie wód gruntowych substancjami towarzyszącymi pompowanemu pod ziemię dwutlenkowi, o możliwość jego niekontrolowanego wycieku oraz o spadek wartości gruntów w okolicach składowisk. CCS wkracza do woj. łódzkiego jako potencjalne zagrożenie dla inwestycji w geotermię, od lat propagowanej przez lokalną organizację, Centrum Zrównoważonego Rozwoju. Nikogo też nie cieszy wysoki koszt inwestycji, który przełoży się na wzrost cen prądu. Obawy łagodzi nieco wizja korzyści finansowych dla gmin składujących CO2, na razie nie wiadomo jednak, o jakich kwotach mowa.
PGE wraz z Państwowym Instytutem Geologicznym, głównym partnerem naukowym przedsięwzięcia, starają się rozwiewać wątpliwości, rozdając kolorowe ulotki na spotkaniach informacyjnych. Jednak mimo uspokajających zapewnień, mieszkańcy Pabianic i Lutomierska w kwietniu i maju 2010 r. ostro protestowali przeciwko pracom Geofizyki Toruń, wykonującej odwierty badawcze na zlecenie PGE. Nie chcieli wpuścić pracowników na swoje działki, a na płotach wywieszali transparenty z napisem „Precz z CO2” lub „CO2 to drugi Czarnobyl”.
Obawom towarzyszy zasadnicze pytanie: po co nam ten projekt? Kto wymyślił CCS i dlaczego PGE spośród dziesiątek innowacyjnych projektów technologicznych wybrała właśnie ten?
…i nadzieje
Technologia zatłaczania CO2 od lat wykorzystywana jest w przemyśle wydobywczym jako EOR (Enhanced Oil Recovery), czyli intensyfikacja wydobycia ropy naftowej. Gdy eksploatowane złoże jest prawie puste, pompuje się sprężony gaz, który wypycha resztki ropy na powierzchnię. Jednak metoda ta nie zakłada trwałego więzienia CO2 w strukturach geologicznych. Uzasadnieniem dla rozpoczęcia prac nad technologią, która to umożliwi, była chęć redukcji przemysłowych emisji gazu, oskarżanego o powodowanie zmian klimatu.
Obecnie głównym instrumentem owej redukcji w Unii Europejskiej jest handel uprawnieniami do emisji [więcej o tym w tekście autorki w „Obywatelu” nr 47 – przyp. red.], przy czym nie jest on celem samym w sobie, lecz narzędziem wspomagającym przechodzenie do „gospodarki zeroemisyjnej”. Początkowo, według pomysłu Komisji Europejskiej, europejski rynek dwutlenku węgla (Emission Trading Scheme, ETS) miał być „technologicznie neutralny”. Firmy oraz kraje członkowskie wybierałyby, w które technologie zainwestują w celu uniknięcia wysokich opłat za zakup uprawnień do emisji CO2. Mogłyby to być wiatraki, fotowoltaika, spalanie biomasy, geotermia, czy też – po wydarzeniach w Japonii znów kontrowersyjna – energetyka jądrowa.
Jednak Dyrektywa 2009/29/WE, ustanawiająca nowe zasady handlu uprawnieniami do emisji po 2012 r., powiązała go m.in. z rozwojem technologii CCS: Do 300 milionów uprawnień [tj. pozwoleń na emisję łącznie 300 mln ton dwutlenku węgla] z rezerwy dla nowych instalacji jest dostępne do dnia 31 grudnia 2015 r. w celu wsparcia budowy i uruchomienia nie więcej niż 12 komercyjnych projektów demonstracyjnych, których celem jest bezpieczne dla środowiska wychwytywanie i geologiczne składowanie CO2 (CCS), oraz projektów demonstracyjnych w zakresie innowacyjnych technologii energetyki odnawialnej na terytorium Unii. Uprawnienia zostają udostępnione dla wsparcia projektów demonstracyjnych, przewidujących rozwój szeregu technologii CCS oraz innowacyjnych technologii energetyki odnawialnej, które nie są jeszcze ekonomicznie opłacalne, w równomiernie rozmieszczonych pod względem geograficznym lokalizacjach. Przyznanie uprawnień jest uzależnione od zweryfikowanego zapobiegania emisjom CO2.
Dwutlenek na platformie
Pierwsze inicjatywy badawcze w zakresie wychwytywania i składowania (tzw. sekwestracji) CO2 przewidziano już w Trzecim Europejskim Programie Ramowym z lat 1990-1994. Kolejne unijne programy ramowe coraz intensywniej wspierały projekty CCS. W roku 2005 pojawiły się pierwsze próby usankcjonowania tej technologii jako ważnego narzędzia ochrony klimatu.
Przełomowym momentem było wskazanie na nią przez Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) jako rozwiązanie, które może znacząco przyczynić się do redukcji emisji z przemysłu. W tym samym roku KE powołała platformę technologiczną, mającą na celu rozwój metod sekwestracji dwutlenku węgla – Platformę Zeroemisyjną (Zero Emission Platform, ZEP). Rok później Komisja opublikowała „Europejską strategię na rzecz zrównoważonej, konkurencyjnej i bezpiecznej energii”. Zapisano w niej, że CCS jest jedną z istotnych technologii, możliwych do zastosowania w celu redukcji emisji CO2.
ZEP zrzesza ok. 40 firm, organizacji pozarządowych oraz instytucji badawczych i rządowych. Świat biznesu reprezentują koncerny energetyczne, jak BP, Shell, RWE, E.ON, GDF, Vattenfall, EDF czy Endesa, a od stycznia 2009 r. również PGE oraz Tauron. W 2007 r. Elektrownia Bełchatów, obserwując działalność ZEP jeszcze z zewnątrz, zaczęła pierwsze przymiarki do realizacji własnego projektu CCS. W platformie aktywni są również dostarczyciele technologii energetycznych, jak Alstom czy Siemens, oraz instytucje naukowe, m.in. IPSE, NTUA czy TNO.
Organizacje pozarządowe zaangażowane w prace ZEP to m.in. norweska Bellona i rodowodem brytyjska E3G (Third Generation Environmentalism). Łatwo docierają do europosłów i skutecznie lobbują na rzecz poszczególnych pomysłów, często narodzonych w firmach typu Shell. Mają też odpowiednie do tego środki. Na stronie internetowej wśród swoich sponsorów E3G wymienia m.in. od lat promujący handel emisjami, amerykański think tank Environmental Defense, Esmée Fairbairn Foundation czy działającą od kilku lat, ale bardzo zamożną European Climate Foundation. Bellona do 2008 r. była finansowana głównie przez Statoil, obecnie trudniej znaleźć informacje o jej sponsorach.
W 2006 r. ZEP wydała swój pierwszy dokument określający strategię dla CCS. W tamtym okresie głównym celem było stworzenie ogólnej wizji rozwoju tej technologii i jej wprowadzania w Europie. Obecnie do tych celów doszło skomercjalizowanie CCS do 2020 r. poprzez unijny program demonstracyjny oraz przyspieszenie badań nad technologiami sekwestracji i ich szerokie rozpowszechnienie po wspomnianej dacie. Z tymi celami wiążą się działania na rzecz ustanowienia nowego mechanizmu technologicznego w ramach kolejnego po Protokole z Kioto międzynarodowego porozumienia klimatycznego. Mechanizm promowany m.in. przez koncern Shell ma tworzyć dla CCS światowy rynek zbytu.
Od słów do… pieniędzy
Gdy na początku 2008 r. KE przedstawiła projekt tzw. pakietu klimatyczno-energetycznego, okazało się, że dyrektywie regulującej zatłaczanie CO2 pod ziemię nie towarzyszą propozycje finansowania rozwoju CCS. Brytyjski europoseł Chris Davies, główny sprawozdawca dyrektywy, w owym roku stał się również czołowym rzecznikiem utworzenia mechanizmu finansowania projektów demonstracyjnych CCS, które w marcu 2007 r. postanowiła stworzyć Rada Unii Europejskiej. Bez takiego mechanizmu – jak mówił – dyrektywa nie ma sensu.
Jednym z możliwych rozwiązań, zaproponowanym przez organizację ekologiczną WWF, jest zmuszenie europejskich elektrowni do inwestowania w CCS poprzez wprowadzenie dla nich norm poziomu emisji (Emission Performance Standards, EPS). Davies szybko zdobył poparcie Komisji Ochrony Środowiska Naturalnego, Zdrowia Publicznego i Bezpieczeństwa Żywności Parlamentu Europejskiego i EPS zaczęłyby obowiązywać od 2015 r., gdyby Francja, sprawująca wówczas przewodnictwo w UE, nie powiedziała im kategorycznego „nie”. Jedynym rządem, który zdecydowanie popierał ten pomysł, był holenderski.
W 2007 r. ZEP zamówiła raport w Climate Change Capital – brytyjskim banku wspierającym ekologiczne inwestycje. Platforma oczekiwała konkretnych pomysłów i nie zawiodła się. W listopadzie raport był gotowy, a w nim propozycja przeznaczenia kilkuset milionów pozwoleń na emisję, z rezerwy dla nowych instalacji wchodzących do ETS – na potrzeby instalacji CCS. Według mojego rozmówcy, pomysł ten nie pochodził bezpośrednio z Climate Change Capital, lecz z koncernu Shell. Po otrzymaniu raportu kilku najbardziej zmotywowanych członków ZEP (Bellona, Climate Change Capital, Shell, Alstom, E3G i Vattenfall) utworzyło specjalną grupę zadaniową, CCS Leadership Group. Jej celem było przekonanie Parlamentu Europejskiego, Komisji Europejskiej i w końcu Rady UE do mechanizmu finansowania CCS. Najbliższym, a zarazem niezwykle skutecznym współpracownikiem grupy stał się właśnie Davies. Propozycja Shella/Climate Change Capital stała się więc drugim rozwiązaniem promowanym przez niego w 2008 r.
Mimo że Davies był sprawozdawcą Dyrektywy CCS, zaproponował mechanizm finansowania CCS jako poprawkę do Dyrektywy ETS, nowelizującej dyrektywę o handlu emisjami z 2003 r. Mając poparcie głównej sprawozdawczyni Dyrektywy ETS, irlandzkiej europosłanki Avril Doyle, udał się 7 października do Komisji Ochrony Środowiska PE na głosowanie nad poprawkami zgłoszonymi do owego aktu. Wynik był trudny do przewidzenia. Noc przed głosowaniem, według moich rozmówców z europejskich organizacji ekologicznych, to noc „linczu na Doyle”, której „zielone” poglądy były nie do przełknięcia dla wielu jej kolegów z Europejskiej Partii Ludowej. Najwięcej przeciwników miała wśród niemieckich europosłów, którzy starali się ratować rodzimy przemysł przed wysokimi kosztami rozwiązań popieranych przez Irlandkę. Przedstawiciel Bellony, obserwujący wspomniane głosowanie z boku, wspomina, że nie spodziewał się niekorzystnego obrotu sprawy. Co prawda proponowany mechanizm nie miał zbyt wielu zwolenników, ale też nie miał w Komisji zawziętych przeciwników. Wynik głosowania nad tzw. poprawką kompromisową był jednak zaskoczeniem: 33:33 i jedna osoba wstrzymująca się od głosu. Poprawka nie została przyjęta, niemal półroczna praca grupy – zmarnowana, tymczasem Komisja Ochrony Środowiska miała być tylko pierwszym, łatwym krokiem na drodze do ustanowienia mechanizmu finansowania projektów CCS.
Jednak procedura nie została całkiem zakończona. Po rozpatrzeniu poprawek kompromisowych nadszedł czas na poprawki pierwotne. W przypadku mechanizmu finansowego obie poprawki proponowane przez Daviesa były praktycznie takie same, ale szansa na przejście pierwotnej jest zazwyczaj mniejsza. Podczas głosowania nie prowadzi się dyskusji, lecz Brytyjczyk poprosił o możliwość zabrania głosu w sprawie porządku obrad. Wstał i powiedział: Wiem, że wielu moich kolegów z nowych krajów członkowskich obawia się, iż zmniejszenie rezerwy dla nowych instalacji przez przeznaczenie kilkuset milionów pozwoleń na inwestycje w CCS będzie dla nich niekorzystne. Chciałbym jednak zapewnić, że podczas negocjacji z Radą Unii Europejskiej udowodnimy, że tak się nie stanie. Przewodniczący Komisji zganił europosła za złamanie regulaminu i ogłosił przejście do głosowania. Wynik: dwie trzecie za poprawką. Mechanizm finansowy CCS został wprowadzony do Dyrektywy ETS poprawką Komisji Ochrony Środowiska PE.
Następnym bastionem do zdobycia była Komisja Europejska. Tu największy opór napotkano w Dyrekcji Generalnej ds. Środowiska. Komisarz Stavros Dimas zdecydowanie sprzeciwił się idei, by system handlu emisjami współfinansował technologię, dzięki której węgiel będzie można spalać przez kolejne setki lat, podczas gdy istnieje tyle różnych alternatyw. Natomiast w Dyrekcji Generalnej ds. Energii i Transportu pomysł się spodobał, nie było jednak woli bezpośredniego lobbowania za nim.
W Radzie UE nikt oprócz Brytyjczyków i Holendrów nie był specjalnie zainteresowany kwestią finansowania CCS. Davies zaczął więc od przekonywania osób, które byłyby w stanie wywrzeć wpływ na innych uczestników negocjacji. Taką osobą był Mogens Peter Carl, były szef Dyrekcji ds. Środowiska, a w drugiej połowie 2008 r. doradca Prezydencji Francuskiej w Radzie UE ws. pakietu klimatyczno-energetycznego. Dzięki niemu pozyskano ważnego sojusznika – Francję. Jednak francuscy negocjatorzy nie mieli ochoty prezentować pomysłu, który natychmiast zostałby odrzucony, a wszystko na to wskazywało.
Pod koniec października KE przyszła z pomocą. Daviesowi i CCS Leadership Group udało się ją namówić, żeby dała wyraźny sygnał poparcia dla tzw. poprawki Doyle-Daviesa. 10 listopada 2008 r. Komisarz ds. Energii, Andris Piebalgs, w przemówieniu na forum ZEP zapowiedział, że jeśli proponowany mechanizm nie zakłóci funkcjonowania ETS, Komisja Europejska udzieli mu wsparcia. W tym czasie Chris Davies podjął wysiłek promowania mechanizmu w Madrycie, Pradze, Berlinie i Warszawie – stolicach krajów, w których węgiel ma nadal znaczący udział w produkcji energii elektrycznej. Powtarzał tam jedno fundamentalne pytanie, na które praktycznie nikt nie potrafił odpowiedzieć: „Jaka jest alternatywa wobec naszej propozycji finansowania CCS?”.
Davies wspomina nasz kraj jako najgorszego rozmówcę: Polska dostanie pieniądze na projekt demonstracyjny, ale ministrowie w kółko powtarzali „nie” na moją propozycję. To były najtrudniejsze, najbardziej bezproduktywne spotkania. Pytaliśmy ich – skąd weźmiecie pieniądze? A oni wymyślali różne bezsensowne odpowiedzi, np. ze Wspólnej Polityki Rolnej, z Dyrekcji ds. Badań i Rozwoju. Odpowiadałem: dobrze, ale tam są tylko miliony euro, a nam potrzebne są miliardy na sfinansowanie tych inwestycji. To nie miało absolutnie żadnego sensu, zwłaszcza, że oni chcieli mieć w Polsce swój projekt CCS.
Hiszpania stanowczo domagała się objęcia takim samym mechanizmem finansowania technologii z dziedziny energetyki odnawialnej – co w końcu zostało przyjęte przez Radę. Davies wspomina, że zarówno Czesi, jak i Niemcy byli przychylni jego pomysłowi, przynajmniej do czasu: Z Niemcami dobrze się rozmawiało w ich biurach, ale potem w Radzie Unii Europejskiej zmieniali zdanie i byli przeciwni. W końcu nadszedł grudzień i szczyt Rady UE, na którym miały zapaść ostateczne decyzje w sprawie pakietu klimatyczno-energetycznego. Nadszedł też czas, gdy prawie roczna praca Daviesa oraz całej CCS Leadership Group miała zaowocować konkretnym przepisem w prawie UE. Francuscy negocjatorzy rzucili na stół 200 mln „wolnych” pozwoleń na emisję pod przyszłe finansowanie demonstracyjnych projektów CCS oraz innowacyjnych technologii energetyki odnawialnej.
Nie była to kwota, o którą walczyli Davies i spółka: zdecydowanie za mało, żeby sfinansować 12 projektów demonstracyjnych. Pod koniec obrad Sarkozy wyszedł z sali, by wziąć udział w konferencji prasowej. Wtedy padła propozycja przeznaczenia na wspomniane dwa cele 300 mln pozwoleń z rezerwy dla nowych instalacji. Mechanizm nazwano NER300.
Kto definiuje polską modernizację?
Zerkanie za kulisy pozwala poznać mechanizmy, które zazwyczaj pozostają dla nas ukryte. Kto w Unii ustala, jak będą się modernizować europejskie społeczeństwa? Jak to się dzieje, że państwo takie jak Polska – o znacznym dorobku w dziedzinie nowoczesnych metod zgazowania węgla oraz o wielkich zasobach wód termalnych – zaczyna inwestować w rozwój technologii, której produktem końcowym jest składowisko dwutlenku węgla pod ziemią? Czy jest to technologia przyszłości? Raczej nie, bo składowiska nie da się przerobić na towar, a zgazowany węgiel – tak. A rozwój w dzisiejszym kapitalistycznym świecie polega na kolonizacji coraz to nowych obszarów i tworzeniu z nich towarów.
Opowieści Chrisa Daviesa oraz moich pozostałych rozmówców słuchałam z lekkim niedowierzaniem – przede wszystkim dlatego, że otwarcie i z dumą dzielili się informacjami o działalności lobbingowej. Czy to nie niepokojące, że mała grupa osób powiązanych z wielkimi firmami, takimi jak Shell, Alstom czy Vattenfall, skutecznie lobbuje w Brukseli za przekierowaniem miliardów euro na projekty, które następnie będą przez nie realizowane?Dlaczego państwa unijne podczas głosowania w Radzie UE faktycznie sankcjonują interesy wielkiego biznesu?
Mój rozmówca nie miał takich rozterek. Myślę, że kierowała nim szczera wiara w konieczność ochrony klimatu oraz pewność przyszłych zysków Europy ze sprzedaży technologii CCS w innych częściach świata. Czy brak tej wiary i pewności to główne różnice pomiędzy rządami „starej Europy”, promującej CCS, a Polską? Czy brak kapitału oraz mechanizmów gwarantujących naszemu krajowi udział w zyskach z promowania tej technologii na innych kontynentach skazały rząd na bierność w czasie negocjacji?
Nie tylko Chris Davies, ale również inny rozmówca, wysoki urzędnik Dyrekcji ds. Środowiska, wspomniał, że zainteresowanie polskiego rządu Dyrektywą CCS oraz mechanizmem finansowania tej technologii było znikome. Tymczasem wydawałoby się, że obie sprawy powinny mieć dla Polski wielkie znaczenie – zważywszy, że w 2008 r. bardzo mocno walczyła ona o miejsce węgla w „zeroemisyjnej Europie przyszłości”. Nastawienie do CCS zmieniło się u nas po uchwaleniu mechanizmu finansowania. Polska zaczęła aktywniej uczestniczyć w pracach toczących się wokół CCS w Komisji Europejskiej. Bełchatowski projekt został wraz z pięcioma innymi zakwalifikowany do otrzymania dotacji w kwocie 180 mln euro. Umowa dotacji pomiędzy Elektrownią Bełchatów i Komisją Europejską została podpisana 5 maja 2010 r. W lutym 2011 r. Elektrownia Bełchatów złożyła kolejny wniosek o dofinansowanie.
Dlaczego tak niewiele mówi się o tym projekcie? Może dlatego, że rząd nie ma ochoty przyznać się, iż rozwijamy CCS, ponieważ bierzemy się za to, co podaje się nam w Brukseli na talerzu – choć i w takiej sytuacji potrzebny jest nam „Dżerzi” Buzek, żeby ten talerz odszukał i podsunął pod sam nos. Rząd mógłby być również zmuszony powiedzieć obywatelom, że w Brukseli ustala się technologiczną przyszłość Europy bez naszego większego udziału, a nawet bez większego zainteresowania przedstawicieli naszego rządu tymi tematami. Łatwo jest nas przy tym do różnych rzeczy przekonać, bo sami nie potrafimy przekonywać Europy do technologii, które od lat są w Polsce rozwijane. Nie potrafimy też generować mechanizmów zmieniających wysiłki polskich naukowców w chodliwe towary oraz podczepiać ich pod wielkie ideologie. Rząd musiałby potwierdzić, że to nie polskie państwo definiuje polską modernizację, choć bezpośrednio do niej dopłaca.