Udział na niby

Udział na niby

Prawo gwarantuje społeczeństwu udział w decyzjach dotyczących środowiska naturalnego. Niestety, głównie w teorii.

Zadaniem oceny oddziaływania na środowisko (OOŚ) jest analiza wpływu planowanego przedsięwzięcia na ludzi, zabytki i przyrodę. Przygotowywana na jej potrzeby dokumentacja zawiera m.in. szczegóły techniczne inwestycji oraz inwentaryzację warunków środowiskowych w jej otoczeniu. Po zapoznaniu się z oceną, odpowiedni organ wydaje (lub nie) zgodę na realizację, często obwarowaną obowiązkiem podjęcia działań minimalizujących stwierdzone zagrożenia. Przepisy wymagają przeprowadzania OOŚ dla każdej większej inwestycji, np. przed wydaniem pozwolenia na budowę drogi, zapory czy spalarni odpadów.

Integralną częścią OOŚ są konsultacje społeczne. Poprzedzone mają zostać publicznym powiadomieniem o planowanej inwestycji lub projekcie dokumentu. Stosowna informacja powinna zostać zamieszczona w internetowym Biuletynie Informacji Publicznej urzędu prowadzącego sprawę, wywieszona w pobliżu miejsca przygotowywanej inwestycji (przy siedzibach ludzkich) oraz nagłośniona „w sposób zwyczajowo przyjęty” na danym terenie. Jednym z założeń konsultacji społecznych jest zasada czynnego udziału społeczeństwa, a więc m.in. zapewnienie możliwości wyrażenia krytyki danego projektu.

Nikt nic nie wie

Pod koniec lipca 2010 r. ogłoszono wyniki kontroli wykonywania w Polsce postanowień Konwencji z Aarhus o dostępie do informacji, udziale społeczeństwa w podejmowaniu decyzji oraz o dostępie do wymiaru sprawiedliwości w sprawach dotyczących środowiska. Najwyższa Izba Kontroli wzięła pod lupę 51 instytucji: Ministerstwo Środowiska, 7 urzędów marszałkowskich, 5 regionalnych dyrekcji ochrony środowiska, 12 starostw powiatowych, 9 urzędów miast na prawach powiatu oraz 17 gmin.

Według Izby, zdecydowana większość skontrolowanych urzędów (42) bezprawnie ograniczyła zakres informowania społeczeństwa o postępowaniach w sprawach dotyczących środowiska.NIK nie oszczędza nawet resortu środowiska, któremu zarzuca brak odpowiedniego powiadamiania obywateli przy wydawaniu zezwoleń na użycie organizmów genetycznie zmodyfikowanych.

Publiczny wykaz dokumentów zawierających informacje o środowisku, który urzędy powinny prowadzić na stronach internetowych, funkcjonował wadliwie w niemal 60% przypadków. Organ administracji powinien zamieszczać w nim np. powiadomienia o trwających OOŚ. – W większości miejsc ciągle funkcjonuje jedynie tablica ogłoszeń. Żeby z niej się czegoś dowiedzieć, trzeba się do urzędu wybrać osobiście i jeszcze trafić na taki moment, aby mieć czas na złożenie uwag – komentuje dr Marta Wiśniewska z organizacji ekologicznej WWF, redaktorka raportu „Jakość konsultacji społecznych w Polsce”.

Nieprawidłowości stwierdzone przez NIK polegały m.in. na całkowitym braku publicznie dostępnego wykazu, prowadzeniu go w sposób niepełny lub nierzetelny oraz wprowadzaniu danych z wielomiesięcznym opóźnieniem. Na skontrolowanych stronach internetowych zabrakło powiadomień aż o 29% „ekologicznych” postępowań administracyjnych. – Pierwszą instytucją, która nie przestrzega obowiązków w tym zakresie, jest Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, na końcu są gminy. Zaletą samorządów jest szybka edukacja, gdy przytaczamy paragraf wskazujący, że brak informowania społeczeństwa grozi więzieniem – mówi dr Paweł Pawlaczyk z Klubu Przyrodników.

Często informacje publikowane są w sposób sprawiający wrażenie, że urzędnikom zależało, aby nikt do nich nie dotarł. – Gmina Wierzchosławice kamuflowała je w BIP, np. umieszczała obwieszczenie o rozpoczęciu procesu inwestycyjnego, po czym po kilku miesiącach jedynie doklejała do niego link o nazwie zawiadomienie.pdf, prowadzący do pliku z nowym zawiadomieniem, o możliwości składania uwag – podaje przykład takiego procederu Robert Wawręty, prezes Towarzystwa na rzecz Ziemi (TnZ).

NIK stwierdziła także, iż w przypadku 16,4% postępowań w sprawie wydania decyzji nie przestrzegano wymaganych terminów składania uwag i wniosków. Prawo łamano również przy konsultacji dokumentów. Na przykład określony ustawą co najmniej 21-dniowy termin na składanie do resortu środowiska uwag do „Polityki ekologicznej państwa w latach 2009-2012” skrócono do 14 dni. Kontrolerzy zarzucili ponadto urzędom uchybienia w zakresie braku zapewnienia obywatelom czasu na zapoznanie się z dokumentacją.

Uwagi skierowane przez społeczeństwo do zbadanych przez Izbę urzędów miały wpływ na treść 73,5% dokumentów, do których zostały wniesione, a także na tok 53,4% zakwestionowanych postępowań. Liczby mogą się wydać imponujące, ale cień na nie rzuca m.in. fakt, że w 81% przypadków nie dokonano właściwego powiadomienia o toczących się postępowaniach. Co więcej, większość organów administracji utajnia procedury.

Prawo? Dobre sobie…

Współautorka tego tekstu przeszła szkolenie z dostępu do informacji o środowisku; resztę uczestników stanowili urzędnicy. Jeden z nich, przy aprobacie pozostałych, spytał, jak udzielić informacji, by nie odpowiedzieć na pytanie, nie narażając się przy tym na zarzut niedopełnienia obowiązku. TnZ w kilku naddunajeckich gminach nie uzyskało danych, o które prosiło, gdyż zdaniem wójtów nie mieściły się one w kategorii objętych ustawą o udostępnianiu informacji o środowisku. Wszystkie sprawy trafiły do Samorządowych Kolegiów Odwoławczych, które uchyliły decyzje samorządowców. W większości przypadków wójtowie nadal nie wydawali stosownych dokumentów, tym razem w ogóle tego nie uzasadniając. Z kolei dr Przemysław Chylarecki z Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków (OTOP) wspomina, że zdarzały mu się odmowy udostępnienia dokumentacji motywowane… ochroną praw autorskich. – To dość powszechny trik – przekonuje.

Chylarecki zauważa, że ideą BIP było zamieszczanie w Sieci m.in. konsultowanych dokumentów. – Niestety najczęściej sprowadza się on do tablicy ogłoszeń. To nie ma sensu, zwłaszcza gdy trzeba jechać 300 km, by móc zapoznać się z dokumentami bezpośrednio w pokoju „pań”, w godzinach 10-15. Zaś Wiśniewska uzupełnia: Owe „panie” często nie chcą ich kopiować, a o wydobyciu od nich wersji elektronicznej nawet nie ma mowy. Oczywiście jest to łamaniem prawa, nakazującego udostępnianie zainteresowanym kopii wszystkich jawnych dokumentów.

Co więcej, polscy obywatele mają ograniczone możliwości interwencji w przypadku potencjalnie szkodliwych przedsięwzięć. Prawo do zaskarżania decyzji administracyjnych przysługuje u nas tylko stronom postępowania (najczęściej – sąsiadom inwestycji), a także organizacjom ekologicznym. Jeśli lokalna społeczność chce wyrazić sprzeciw wobec planowanej inwestycji, musi założyć stowarzyszenie i zarejestrować je w sądzie, co bywa długą procedurą. Tymczasem unijna dyrektywa o OOŚ mówi nie o organizacjach ekologicznych, lecz o „zainteresowanej społeczności”, co jest pojęciem dość szerokim. Prof. Marek Górski z Zakładu Prawa Ochrony Środowiska Uniwersytetu Łódzkiego zastrzega jednak: W dyrektywie jest mowa o działaniu w interesie publicznym. Osoby, których prywatny interes jest zagrożony, nie mieszczą się w tej definicji.

Warto śledzić strony internetowe urzędów, tablice ogłoszeń i obwieszczenia w prasie, aby zdążyć założyć stowarzyszenie lub zainteresować już istniejące organizacje. – O działaniach drogowców i lokalnych urzędników wiedzieliśmy z monitorowanych stron WWW – wyjaśnia Małgorzata Górska z OTOP, zaangażowana w walkę w obronie Doliny Rospudy, wyróżniona Nagrodą Goldmanów, „ekologicznym Noblem”. – O sprawach trudnych często informują nas mieszkańcy – mówi dr Andrzej Kepel, prezes Polskiego Towarzystwa Ochrony Przyrody „Salamandra”. Jednak ten system ma wady. – Wielokrotnie próbowano nas „wpuścić” w prywatne interesy, toteż zanim podejmiemy się pomocy, najpierw sprawdzamy, kto o nią prosi – wyjaśnia Jakub Szumin, prezes Federacji Zielonych GAJA.

W słusznej sprawie

Prawo do zaskarżania decyzji zezwalających na inwestycję jest niebezpieczną bronią, zwłaszcza w rękach pieniaczy. Kluczowe organizacje ekologiczne idą ze skargą do sądu tylko, gdy istnieją solidne przesłanki merytoryczne i formalne, a nie ma już możliwości skorzystania z innych narzędzi prawnych. Dlatego wygrywają niemal wszystkie sprawy – choć dochodzenie do ostatecznego rozstrzygnięcia często trwa latami.

Przykładem jest słynna sprawa obwodnicy Augustowa, która miała przeciąć torfowiska Rospudy. Podobnie wyglądała trwająca dekadę walka z rozbudową kolei linowej na Kasprowy Wierch. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie przyznał, że przy wydawaniu decyzji zezwalającej na nią doszło do nadużycia władzy przez ówczesnego Ministra Ochrony Środowiska. Nakazał on dyrektorowi Tatrzańskiego Parku Narodowego pozytywne zaopiniowanie inwestycji. Tymczasem proces ten powinien być autonomiczny – tym bardziej, że od decyzji dyrektora można się było odwołać jedynie do ministra, co czyniło tę możliwość fikcją. Ostatecznie kolej została rozbudowana bez zezwolenia resortu środowiska i pozwolenia na użytkowanie, przy milczącej akceptacji wszystkich organów administracji. Wydana wcześniej decyzja o warunkach zabudowy została uchylona przez Naczelny Sąd Administracyjny. Oznacza to, że dla tej inwestycji nigdy nie przeprowadzono wymaganej prawem unijnym oceny oddziaływania na środowisko, w tym na przyrodę obszaru Natura 2000.

Obrońcy przyrody są oskarżani o awanturnictwo, mimo że stoją za nimi argumenty prawne, wsparte racjami naukowymi. Skarga do sądu jest wezwaniem do przestrzegania prawa. WSA w Warszawie w 2005 r. rozpatrywał skargę organizacji ekologicznej, która zarzucała inwestorowi i urzędowi rażące uchybienia merytoryczne i formalne. Stowarzyszenie wysłuchało tradycyjnych oskarżeń o „blokowanie inwestycji”. Sąd uznał jednak, że organizacja słusznie wskazała na uchybienia, więc powyższy zarzut jest nieuprawniony, a zapewnienie podstawowych zasad postępowania i staranności w przygotowaniu inwestycji na pewno usprawniłoby cały proces inwestycyjny.

Zbywane społeczeństwo

Dyrektywa w sprawie OOŚ stwierdza, że konsultacje społeczne powinny być rozpoczynane na tyle wcześnie, żeby wszystkie warianty inwestycji były możliwe do realizacji. Unijne wymogi nie wskazują terminu 21 dni na konsultacje społeczne (minimalny wymóg polskich przepisów), podkreślając, że należy przewidzieć „rozsądne ramy czasowe dla różnych faz”.

Nigdy się nie spotkałam, by ktokolwiek zastosował termin dłuższy niż 3 tygodnie – zauważa Wiśniewska. Absurd tej sytuacji najlepiej ukazują duże dokumenty, np. Krajowy Program Budowy Dróg, liczący… 10 tys. stron. Udział społeczny jest w ich przypadku właściwie niemożliwy – człowiek pracujący, posiadający rodzinę, nie znajdzie przecież czasu na błyskawiczną analizę tak obszernej dokumentacji. – Zwłaszcza jeśli koniec terminu przypada w okresie świąt Bożego Narodzenia – podsumowuje Wiśniewska. Podobnie było z polityką atomową państwa, mającą na kilka pokoleń określić model energetyki i bezpieczeństwa ekologicznego. Początek konsultacji przypadł na święta bożonarodzeniowe, a koniec pierwotnie podczas ferii zimowych – ostatecznie w tym przypadku, pod wpływem protestów, rząd nieco wydłużył czas na składanie uwag.

W Polsce prowadzenie konsultacji zazwyczaj nie wynika z rzeczywistego zainteresowania głosem społecznym, lecz z… dotacji unijnych. Każda większa inwestycja dofinansowana z funduszy wspólnotowych musi być poprzedzona OOŚ i konsultacjami społecznymi. – Niestety, w praktyce to tylko „odhaczanie” kolejnej uciążliwości – wzdycha Wiśniewska. I dodaje: Nikt nie myśli, że to przynosi korzyści również inwestorowi czy podejmującemu decyzje. Inwestycja lepiej funkcjonuje w otoczeniu mieszkańców, którzy mieli na nią wpływ. Jeśli społeczność lokalna ma jakieś uwagi, inwestor może zmodyfikować projekt i uniknąć konfliktów.

Często mają wręcz miejsce próby wyeliminowania głosów przeciwników inwestycji w jej planowanym kształcie. Istnieje kilka typowych scenariuszy takiego postępowania.

Najpowszechniejszym jest zbieranie uwag, ale puszczanie ich mimo uszu, maskowane rzekomą powagą i nieomylnością instytucji prowadzącej OOŚ. – Urzędnikom przyświeca zasada, że nawet jeśli pojawią się uwagi, to i tak je zignorują – ubolewa dr Wiśniewska. Klasyczne uzasadnienia decyzji odrzucających zastrzeżenia społeczne brzmią tak: „organ nie podziela opinii” i „organ uznaje argument za bezzasadny”. – Właśnie otrzymałam odpowiedź na uwagi do harmonogramu ochrony przeciwpowodziowej górnej Wisły. Dominują „odpowiedzi” typu „uwaga całkowicie niesłuszna” – irytuje się Wiśniewska.

Formalnie organ nie musi uwzględnić uwag czy opinii zgłoszonych w ramach konsultacji, przy czym uważa się, że powinien udzielić szerszej odpowiedzi. Od decyzji organu odwołać się mogą tylko strony biorące udział w postępowaniu administracyjnym – przypomina prof. Górski. W tym podejściu zasadą jest traktowanie obywateli jako „niemych widzów”. – W wielu przypadkach urząd prowadzący konsultacje społeczne wydawał potem decyzję nie uwzględniając żadnych naszych propozycji, nawet najbardziej konstruktywnych. W takiej formie konsultacje są całkowicie bezsensowne – uważa Szymon Bzoma z Grupy Badawczej Ptaków Wodnych „Kuling”.

Doświadczone organizacje nie pozwalają sobie jednak dmuchać w kaszę. – Na przypadki brutalnego traktowania naszych działań przez urzędników reagujemy równie brutalnie, z reguły skutecznie. Urzędnicy szybko się edukują. W naszym przypadku problemem jest tylko ilość spraw i ograniczone „moce przerobowe” organizacji – wyjaśnia dr Pawlaczyk.

Niech sobie pogadają

Kolejnym wybiegiem jest „dialog kreowany”: stwarzajmy pozory ustępstw i wykazujmy się „dobrą wolą”, tymczasem ostateczny rezultat rozmów jest z góry założony. Stronę społeczną pozostawia się w przekonaniu, że coś „ugrała”, jednak to coś było od początku przewidziane w scenariuszu.

Istotę „brania na dialog” dobrze oddają konsultacje projektów budowy spalarni odpadów w kilku miastach. Po stronie inwestycyjnej stoją ci sami ludzie, a OOŚ dla poszczególnych zakładów różnią się jedynie w niewielkich szczegółach, dotyczących konkretnych lokalizacji. W „spalarniowych” miastach modne jest organizowanie tzw. okrągłych stołów, podczas których daje się mieszkańcom prawo wyrażenia obaw, uwag, a niekiedy frustracji. To rodzaj „wentyla bezpieczeństwa”, którego istnienie pozwala na zachowanie pozorów dialogu społecznego, a tym samym wykazanie się przed Komisją Europejską.

Praktyczny instruktaż tego rodzaju manipulacji ze strony inwestora w Krakowie przeciekł do organizacji społecznych i został opublikowany w Internecie. W dokumencie znalazły się m.in. takie wskazówki:

  • należy unikać publicznych debat i polemik, ponieważ stanowi to wyłącznie reklamę protestu,
  • utworzenie obywatelskiej grupy wsparcia projektu,
  • nie należy przyjmować zaproszeń na żadne zebrania mieszkańców organizowane przez komitet protestacyjny […][lub] należy oddelegować na nie pracownika technicznego niższego szczebla,
  • w przypadku spotkań z mieszkańcami: należy zapewnić sobie udział części obecnych nastawionych przychylnie,
  • konsultacje z organizacjami ekologicznymi: zaangażowanie niektórych z nich do wsparcia działań projektu oraz nawiązanie przez niektóre z nich kontaktów z komitetem protestacyjnym i podjęcie próby zbadania jego aktualnego stanowiska,
  • nie należy przywiązywać zbytniej wagi do uchwał samorządu lokalnego sprzeciwiających się budowie spalarni, np. w okresie poprzedzającym wybory,
  • zaproszenie do negocjacji znanej i szanowanej osoby publicznej.

W inwestorskich scenariuszach konsultacji przewiduje się niekiedy wprowadzanie w szeregi przeciwników „swoich ludzi” w celu pozyskiwania informacji o planowanych działaniach czy „oddolnego” demontażu inicjatyw. Niepokojące jest również „tworzenie obywatelskich grup wsparcia projektów”, czyli hodowla klakierów. Mamy wiele przykładów takiego postępowania: stowarzyszenie z Bytomia propagujące rozbudowę ośrodka sportowo-rekreacyjnego „Sportowa Dolina” na terenie rezerwatu przyrody czy nowo powstałe lokalne stowarzyszenie działające na rzecz realizacji kompensacji przyrodniczych dla inwestycji narciarskich w Beskidach.

Kim pan jest, panie obywatel?

Wreszcie trzeci sposób „konsultacji” – ośmieszanie. Przeciwników inwestycji obdarza się epitetami. To już nie osoby zaniepokojone zagrożeniami dla ludzi i przyrody, lecz „ekoterroryści”, dla których „żabki i motylki są ważniejsze niż rozwój gospodarczy”. – Podczas spotkań nikt nie stara się zapamiętać naszych nazwisk, nie mówiąc już o tytułach naukowych – chyba się nie doczekam, by powiedziano do mnie „pani doktor”, tak jak do innych osób na sali mówi się „panie profesorze”. Jesteśmy zawsze „ekologami” – wyznawcami jakiejś „religii”, za którymi nie stoi żadna wiedza – zauważa Marta Wiśniewska.

Podczas konsultacji dotyczących przebiegu autostrady A1 przez woj. łódzkie dyrektorka jednej z rządowych agend zapytała szefa rady osiedla Andrzejów w Łodzi: Jakie masz pan wykształcenie, że się pan odzywasz? Po kolejnych tego rodzaju wywodach starszy pan, wskazujący na błędnie zaprojektowane rowy melioracyjne (woda zaleje okoliczne domy), odparł: Od 40 lat wykładam meliorację na Politechnice, mam tytuł doktora inżyniera. Żadne uwagi zgłoszone przez obecnych na sali nie zostały jednak uwzględnione, a kilkustronicowa opinia zawodowego przyrodnika nie zasłużyła nawet na mantrę, iż organ nie podziela opinii.

Antyeko-szantaż

Ze strony inwestorów „konsultacjom” towarzyszy nieraz wręcz zastraszanie i szantaż. Przykładem może być pismo kancelarii prawnej, działającej w imieniu firmy Green Power Polska. Przedsiębiorstwo chce wybudować park elektrowni wiatrowych w gminie Ustka.

W liście z 12 czerwca 2009 r. do przeciwników inwestycji spółka nie kwestionuje ich prawa do korzystania ze […] środków prawnych. Przypominamy jednak, iż uprawnienie to […] ograniczone jest zasadami współżycia społecznego, dobrej wiary i ochrony praw nabytych. Następnie kancelaria informuje, że naruszeniem prawa jest sytuacja, gdy obywatel, wykorzystując procedury administracyjne, utrudnia innej osobie realizację jej zamiarów albo nęka organy administracji, składając różnego rodzaju skargi, zarzuty, pisma itp. i przyczyniając się wydatnie do przedłużenia postępowania. Uzasadnia to pozbawienie takiego obywatela ochrony prawnej. Prawnicy inwestora wskazują, że nadużyciem prawa mogłoby być opóźnianie realizacji inwestycji poprzez ich zdaniem „sztuczne” wszczęcie procedur odwoławczych.

W dalszej części listu pada ostrzeżenie, że w przypadku skierowania skargi lub odwołania, firma zmuszona będzie niezwłocznie wystąpić […] na drogę sądową, z roszczeniem o odszkodowanie z tytułu opóźniania realizacji inwestycji. […] udokumentowane wydatki z tego tytułu już teraz sięgają milionów euro. Ipodkreśla: roszczenie odszkodowawcze będzie obejmowało także utracone korzyści […], czyli kolejne dziesiątki milionów. Po wszystkim nadawca uprzejmie informuje mieszkańców, że ewentualne odszkodowania będą egzekwowane przez komornika z majątku osobistego.

Podobną strategię obrała firma Żywiec Zdrój S.A. w Jeleśni (Beskid Żywiecki) wobec przeciwników budowy nowych ujęć i wodociągów przemysłowych. Obawy mieszkańców o negatywne skutki inwestycji zostały potraktowane przez spółkę jako działania prowadzone na jej szkodę, podważające wiarygodność i godzące w dobre imię. Pierwotnie inwestor subtelnie poinformował społeczność, iż wobec kilku protestujących podjął odpowiednie kroki prawne i ma nadzieję, że pozostali nie podzielą ich losu. Następnie, wynajęta przez przedsiębiorstwo kancelaria wystosowała do aktywnych uczestników protestu ostateczne przedsądowe wezwanie do zapłaty, w którym wzywa ono do przelania na swoje konto 20 tys. zł odszkodowania za krytykowanie inwestycji.

Efekt zastraszenia udało się osiągnąć np. w gminie Walce (woj. opolskie), gdzie nikt nie chciał z nami rozmawiać; w innych mieszkańcy zgadzali się tylko pod warunkiem zachowania anonimowości. Naciski nie ominęły też organizacji ekologicznych. – Prawnik wynajęty przez firmę, której nadepnęliśmy na odcisk, rozesłał paszkwile na nasz temat, po których musieliśmy się tłumaczyć m.in. w naszym starostwie, że nie jesteśmy wielbłądami. Mieliśmy też telefony z „pytaniami”, czemu blokujemy ekologiczne inwestycje, z ministerstwa gospodarki i… ambasady Niemiec – relacjonuje Wawręty.

Wpływ obywateli na decyzje dotyczące środowiska modyfikuje także presja ekonomiczna. Spółka Murillo, planująca otworzyć drugi kamieniołom w miejscowości Rybnica Leśna w powiecie wałbrzyskim, zaproponowała, że po zakończeniu formalnej procedury, niezbędnej do rozpoczęcia inwestycji, przekaże wsi 200 tys. zł na cele społeczne. Oferta finansowa została skierowana również do lokalnej organizacji pozarządowej oraz do właściciela schroniska turystycznego „Andrzejówka”. Już wcześniej istniejący kamieniołom systematycznie dotował budowę Gminnego Centrum Edukacyjno-Sportowego, przekazując na ten cel 850 tys. zł.

Jednocześnie firma przez wiele lat działała niezgodnie z planem zagospodarowania przestrzennego oraz bez decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach inwestycji. Czy zatem wręczenie policjantowi 100 zł w zamian za przymknięcie oka na złamanie przepisu ruchu drogowego będzie łapówką, czy może tylko aktywnym dialogiem społeczeństwa z władzą?

Konieczne są zmiany

Najgorsze jest to, że obecny system zniechęca do korzystania ze swoich praw. – Jeśli ktoś raz został źle potraktowany, drugi raz się nie zaangażuje, a to niszczy społeczeństwo obywatelskie – smutno konkluduje Wiśniewska. Działacze ekologiczni zwracają uwagę, że wiele spraw powinno znaleźć finał przed wymiarem sprawiedliwości, niestety prokuratury często odmawiają wszczęcia postępowania z uwagi na rzekomo niską szkodliwość czynu. Jeden z mieszkańców Jeleśni, mówiąc o zmęczeniu swoim i sąsiadów, zakończył: Prawo w Polsce nie jest złe, tylko nie działa.

Często w obliczu zagrożenia mieszkańcy „na szybko” skrzykują stowarzyszenie. – Zazwyczaj podejmują wiele nietrafionych działań, np. składają pisma do niewłaściwych urzędów lub źle formułują postulaty. Marnują w ten sposób wiele czasu i energii, co powoduje wypalenie – dzieli się refleksjami Górska. – Wiele by nam dało, gdybyśmy w całej Polsce mieli setkę dobrze wyszkolonych osób, które zajmowałyby się takimi przypadkami – dodaje Pawlaczyk. Natomiast Kepel zauważa, że udział nawet dużych organizacji we wszystkich postępowaniach jest niemożliwy, choćby z powodów kadrowych. – Stąd tak ważne, żeby społeczności lokalne były zorientowane w tym, co mają i mogą utracić, i na tej podstawie interweniowałypodkreśla.

Są jednak i pierwsze jaskółki zmian. – Zdarza się, że inwestor aktywnie szuka stowarzyszeń do konsultacji, ale to nadal pojedyncze przypadki – zauważa Wiśniewska. Zaś szef „Salamandry” dodaje, że sporadycznie spotyka się z sytuacją, gdy urzędy proszą o konsultację części przyrodniczej OOŚ. Niestety jest wiele firm i instytucji, którym takie postępowanie przeszkadza. – Zaraz pytają, na jakiej podstawie jest marnowany czas pracownika urzędu – wyjaśnia Pawlaczyk.

Zmiany zaczęły się po wygranej batalii o Dolinę Rospudy. – Na początku starań o zmianę trasy Via Baltica nie traktowano poważnieOTOP-u i innych organizacji – wyjaśnia Górska. – Kontrargumenty były banalne, więc odwoływaliśmy się do sądów i tam wygrywaliśmy. W ten sposób działacze społeczni niejako „wychowali sobie” budowniczych dróg. Obecnie przedstawiciele OTOP regularnie spotykają się w grupach roboczych z Generalną Dyrekcją Dróg Krajowych i Autostrad jeszcze przed etapem projektowania, co pozwala uniknąć późniejszych konfliktów i zoptymalizować przebieg drogi. – Zmienia się podejście drogowców do nas i nasze do nich, a relacje można uznać za partnerskie – podsumowuje Górska.

Podobne zmiany zaszły wśród energetyków. Przy budowie wiatraków i zabezpieczaniu infrastruktury przesyłowej konsultują się z przyrodnikami, żeby uniknąć strat wśród ptaków i nietoperzy. Na przeciwległym końcu skali współpracy leży branża „wodna”.Niedawno przedstawiałam przed Komisją Europejską i Krajowym Zarządem Gospodarki Wodnej swój referat. „Chłopcy” z KZGW nie wytrzymali, ze łzami w oczach pytali, gdzie jest w tym wszystkim człowiek, nie dostrzegając, że rozwiązania ekologiczne chronią ludzi – opowiada Wiśniewska. Polska do 2015 r. musi przygotować plany zarządzania ryzykiem powodziowym. Z pewnością nie będą one mogły wyglądać tak, jak to sobie wyobraża lobby hydrotechniczne. – Wszystko wskazuje na to, że będziemy musieli z nimi przejść przez tę samą gehennę, co z drogowcami – przewiduje Górska.

Jest jeszcze jeden aspekt otworzenia się części urzędników na dialog: rodzące się wzajemne zaufanie, które skutkuje nieformalną współpracą. Kilku działaczy społecznych opowiadało nam o sytuacjach, gdy pracownicy administracji zmuszeni są wydać, pod wpływem nacisków „z góry”, pozytywne decyzje dla inwestycji ewidentnie szkodliwych. Wówczas urzędnicy, zazwyczaj ze ścisłego kierownictwa, po cichu pytają ekologów: „Uwalicie?”. – I uwalamy – mówi jeden ze znanych działaczy ruchu ekologicznego.

Konsultacje społeczne bywają nieczystą grą pozorów. Wiele sił i środków poświęca się, żeby wykazać ich szeroki zasięg i zgodność z wszelkimi standardami. Łatwo w tym wszystkim o uśpienie czujności. Rynek firm specjalizujących się w umiejętnym prowadzeniu konsultacji społecznych w interesie inwestorów jest coraz większy, coraz lepiej wykorzystują one metody marketingowe i narzędzia psychologiczne. Oczywiście odbywają się także konsultacje będące faktyczną platformą dyskusji, której rzetelne konkluzje mają realny wpływ na rzeczywistość. Na razie jednak stanowią one zdecydowaną mniejszość.

Udział na niby

Dokąd zmierzasz, biblioteko?

Według danych Biblioteki Narodowej, jedynie 44% Polaków w ciągu ostatniego roku (2010) miało jakikolwiek kontakt z dowolną książką. W podobnych badaniach w Czechach i Francji wskaźnik ten wyniósł odpowiednio 83 i 69%. Jednym z podmiotów, które mogą pomóc zmienić niepokojącą tendencję, są przyzwoicie finansowane i nowocześnie zorganizowane biblioteki publiczne.

Na pomoc (finansową)

W 2009 r. istniało w Polsce 8392 bibliotek publicznych oraz ich filii – 2888 w miastach oraz 5504 na wsiach. Od 1989 r. ubyło ich 1921, z czego aż 1467 na terenach wiejskich. Tymczasem, jak podkreśla Bronisława Woźniczka-Paruzel, profesor bibliotekoznawstwa UMK w Toruniu, biblioteki odgrywają bardzo ważną rolęw środowiskach lokalnych, zwłaszcza na terenach wiejskich i małomiasteczkowych. Nierzadko są tam jedynymi instytucjami kultury, które nie tylko współtworzą życie miejscowych społeczności, ale również kształtują społeczeństwo wiedzy i informacji.

Te, które przetrwały, zazwyczaj gnębią poważne niedobory finansowe. Wynika to m.in. ze stereotypowego podejścia decydentów różnego szczebla. Mają oni niewielkie pojęcie, jakie zadania stawia się dziś przed książnicami. – Wójt, sołtys czy prezydent miasta, którzy zresztą zwykle czytają mało lub niechętnie, mają w głowie obraz siermiężnej biblioteki szkolnej z czasów własnej młodości. Dlatego np. automatyzację bibliotek uważają za fanaberię – podkreśla pani profesor.

Rozbudowa dróg szybko przynosi widoczne skutki, natomiast inwestycja w instytucje czytelnicze daje efekty po latach i nie każdy uważa, że jest konieczna. – Bardzo ciekawe było, kiedy przeanalizowaliśmy 16 regionalnych programów rozwoju, tworzonych przez województwa w celu wykorzystania środków unijnych. Tylko w dwóch padło słowo „biblioteka” – zauważył na łamach prasy Grzegorz Gauden, dyrektor Instytutu Książki, powołanego przez resort kultury m.in. do popularyzacji czytelnictwa.

Jak wynika m.in. z oceny dokonanej na potrzeby Narodowej Strategii Rozwoju Kultury na lata 2004-2013, wydatki na tę dziedzinę życia społecznego w przeliczeniu na mieszkańca są u nas wyjątkowo niskie. Podczas gdy za międzynarodową normę zakupów nowości książkowych do bibliotek uznaje się 30 woluminów na 100 mieszkańców rocznie, w Polsce do 2004 r. współczynnik ten wynosił nieco ponad… 5 woluminów. Po okresie wzrostu nakładów budżetowych na ten cel, w 2009 r. Polska ponownie znalazła się w ogonie Europy (7,5 woluminów/100 mieszkańców/rok). W obliczu ogromnych rokrocznych ubytków (zagubienia, zniszczenia) w latach 2008 i 2009 księgozbiór nie tylko nie powiększył się, ale zmalał – o ponad 300 tys. woluminów.

W tej sytuacji niebagatelnym wsparciem dla bibliotek, zwłaszcza w małych gminach, stają się duże projekty pomocowe, jak Biblioteka+. Ten program Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, realizowany pod auspicjami Instytutu Książki, ma na celu przekształcenie bibliotek gminnych w nowoczesne centra dostępu do wiedzy, kultury oraz ośrodki życia społecznego. Biblioteki mogą ubiegać się m.in. o środki na internetyzację. – To przełamanie bariery cywilizacyjnej – podkreśla Gauden.

Wsparcie dla czytelnictwa przychodzi także czasem ze strony prywatnych darczyńców. Fundacja Billa i Melindy Gatesów we współpracy z Polsko-Amerykańską Fundacją Wolności powołała Program Rozwoju Bibliotek. Dzięki niemu ponad 3300 prowincjonalnych przybytków książki ma szanse m.in. wzbogacić się o sprzęt informatyczny i multimedialny. Wdrażaniem pięcioletniego programu (2009-2013), o łącznym budżecie 28 mln dolarów, zajmuje się Fundacja Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego (FRSI). Oprócz wyposażania instytucji w sprzęt, organizuje praktyczne szkolenia, dotyczące np. planowania rozwoju biblioteki, organizacji klubów filmowych, dokumentacji historii regionu, motywowania młodzieży do współpracy. Dodatkowo, placówkom które nie korzystały dotąd z oferty „Biblioteki z Internetem TP” (Grupa TP SA), zaoferowano darmowe podłączenie do Sieci.

Program uwzględnia element bardzo istotny z punktu widzenia budowy aktywnej „sieci społecznej”: integrację bardzo różnych podmiotów wokół podobnych celów. Przykładowo, w jego ramach Polskie Towarzystwo Bibliologiczne rozpoczęło współpracę z dziewięcioma uniwersytetami nad nowymi programami kształcenia bibliotekarzy, przygotowującymi do prowadzenia małej lokalnej biblioteki. We wszystkich województwach powstały Regionalne Partnerstwa na rzecz Rozwoju Bibliotek.

Wspólnota wokół książek

Zdaniem Małgorzaty Dąbrowskiej z FRSI, idealna instytucja czytelnicza łączy dotychczasowe funkcje z zupełnie nowymi. – Powinna być pomostem między światem słowa drukowanego a światem multimediów, z których w coraz większym stopniu czerpiemy wiedzę o rzeczywistości – przekonuje.

Jednak wykraczanie poza standardowe udostępnianie książek nie musi się opierać na nowych technologiach – bardzo wartościowe bywają także inicjatywy „staroświeckie”. Dobry przykład stanowią Dyskusyjne Kluby Książki (DKK), zainspirowane działalnością British Council. Można je określić jako inicjatywę oddolną, której formę nadaje jednak Instytut Książki. Z wysokości szczebla centralnego obserwuje on i wspiera kluby, m.in. przekazując specjalne pozycje książkowe. Jednak życie w ramy stworzone przez instytucję wlać muszą sami wielbiciele literatury, którzy spotykają się, żeby wymienić wrażenia po lekturze.

Od 2007 r. na terenie całej Polski wyrosło ok. 700 takich klubów. Łączy je idea delektowania się literaturą w większym gronie, ale sposoby „przyrządzania głównego dania” bywają rozmaite. Wiele zależy od osobowości moderatora, pełniącego funkcję swoistego „mistrza ceremonii”. Elżbieta Kalinowska, koordynująca program z ramienia Instytutu, wyjaśnia, że za jego sprawą spotkanie może przybrać formę tradycyjnej rozmowy, ale także stać się zaczątkiem bogatego życia kulturalnego – bywania na koncertach, w kinie itp. Jak zaznacza, okazało się, że dla wielu osób, zwłaszcza w małych miejscowościach, spotkanie w DKK to bardzo często jedyna okazja, żeby wyjść z domu w innym celu niż zakupy. I dodaje nie bez satysfakcji: Myślę, że to powoli przeradza się w jakiś ruch społeczny.

Rozwój bibliotek tworzy w danym miejscu pewnego rodzaju „wspólnotę kultury”. Dlatego pomysł na świątynię książki powinien uwzględniać potrzeby i ambicje danej społeczności. Przykładem ośrodka, który chce i potrafi przyciągnąć odbiorców w swoje mury, jest Miejska Biblioteka Publiczna w Opolu. Działa od 1947 r., w 2008 r. rozpoczęto budowę gmachu przy ul. Minorytów 4, w którym dziś znajduje się główna siedziba, gromadzącą oprócz książek m.in. filmy, muzykę oraz tzw. audiobooki. O atrakcyjności dla różnych grup odbiorców przesądza nie tylko nowoczesność placówki, ale także jej oferta.

W ramach biblioteki działa DKK, od 2004 r. organizowany jest Ogólnopolski Konkurs na Esej, początkowo skierowany tylko do uczniów szkół ogólnokształcących i zawodowych, a obecnie także do studentów. Odbywa się tu także konkurs dla opolan „Miasto Poetów czyta wiersze”. W grudniu 2010 r. ruszył cykl spotkań „Świat wokół nas”, adresowany do uczniów Zespołu Szkół Specjalnych. Ośrodek współtworzy również cykliczną Opolską Jesień Literacką – wydarzenie gromadzi zarówno lokalnych twórców, jak i artystów z całej Polski i świata. Uczestniczy też jako partner Instytutu Książki w Festiwalu „4 Pory Książki”, a w ramach warsztatów „SPOKOjnie to MATURA” pomaga uczniom przygotować się do egzaminu dojrzałości.

Opolska biblioteka to także miejsce przyjazne rodzinom. Działa tu „Klub Mam”, w ramach którego co czwartek matki z dziećmi mogą poznawać się, rozmawiać ze sobą i specjalistami z różnych dziedzin, wreszcie – zapewnić swoim pociechom kontakt z książką jako czymś naturalnym. Młodym odbiorcom książnica poświęca szczególną uwagę. Jest „Sobota z mamą i tatą w bibliotece” – zabawy plastyczne i literackie w specjalnym „Pokoju Bajek”. Co tydzień odbywają się „Słucham, czytam, tworzę” – spotkania z książką dla przedszkolaków. Ciut rzadziej: „Z książką na walizkach. Opolskie spotkania pisarzy z młodymi czytelnikami” – impreza organizowana z łódzkim wydawnictwem „Literatura”, łącząca spotkania autorskie z warsztatami literackimi, plastycznymi). Do tego „Rozczytane soboty” – cykl w ramach ogólnopolskiej akcji „Cała Polska czyta dzieciom”. Biblioteka organizuje również konkurs literacki „Legenda o Opolu” oraz „Dni Literatury Dziecięcej”.

To „zwykli odbiorcy” mogą najpełniej ocenić ofertę danego ośrodka. Arkadiusz Pieniążek z Opola, ojciec czteroletniej Alicji, mówi: Od otwarcia nowej biblioteki dość regularnie wstępuję tam podczas spacerów z córką, zwykle by mogła wybrać sobie nową płytę z bajkami. W zbiorach filmowych przeważa kino ambitne, lubię sięgnąć po moje ulubione animowane historie ze studia Ghibli albo nadrobić zaległości we współczesnej polskiej kinematografii, które powstały, gdy mieszkałem za granicą. Poniżej mediateki znajduje się sala, gdzie dzieci mogą się bawić, grać w gry planszowe, korzystać z komputerów. A tamtejsza czytelnia oferuje spory wybór tytułów, w tym także prasy zagranicznej, które są zwykle trudno dostępne, przynajmniej w wersji papierowej.

O tym, że również na prowincji biblioteka nie musi być miejscem nudnym czy schematycznym świadczy też inicjatywa z Wisznic k. Lublina. Alina Maniowiec, dyrektor tamtejszej Gminnej Biblioteki Publicznej, jest pomysłodawcą akcji „Odkurzyć zapomniane – młodzi reporterzy odkrywają historię małej ojczyzny”. Dzięki zbiorowemu wysiłkowi, zebranie materiałów zdjęciowych, wywiadów i pamiątek zaowocowało „Słowniczkiem nazw fizjograficznych gminy Wisznice”. – Noszę w sobie poczucie misji, że powinnam zbierać te wszystkie materiały, które gdzieś tam nam umykają, i gromadzić je w bibliotece, bo to miejsce między innymi do tego służy, żeby kiedyś, w przyszłości, każdy mógł do nich zajrzeć. W ten sposób rozwijamy regionalia – tłumaczy p. Maniowiec.

Piętnaścioro uczniów gimnazjum podjęło się wędrówki po miejscowościach gminy śladem przeszłości. Przede wszystkim tej niezapisanej, niknącej wraz z odchodzeniem starszego pokolenia. Wolontariusze nagrali wiele rozmów z mieszkańcami, stworzyli zasób przekazów ustnych, dotyczących zwłaszcza pochodzenia nazw własnych miejsc – lasów, łąk, pól. Udokumentowali zabytki dawnego języka, dzięki czemu mogli potem odczuwać dumę jako współautorzy słowniczka. Od tego czasu minęło parę lat i biblioteka w Wisznicach zorganizowała jeszcze kilka podobnych akcji, np. gromadzenie tekstów piosenek ludowych z okolicznych miejscowości, również uwieńczone wydaniem publikacji.

Przykłady te pokazują, jak różnym celom kulturalnym i społecznym może służyć „staroświecka” instytucja biblioteki.Gdy działa dobrze,może bez uszczerbku dla tradycyjnych celów pobudzać „wyobraźnię kulturową”, nastawioną na współuczestnictwo, oraz ożywiać działalność publiczną.

Biblioteka obywatelska

W biuletynie Instytutu Spraw Publicznych, pt. „Analizy i Opinie” (nr 116, styczeń 2011) opublikowano tekst Grzegorza Makowskiego i Filipa Pazderskiego „Biblioteki publiczne jako przestrzeń nieformalnej edukacji obywatelskiej”. Edukacja taka jest intencjonalna, ale nie musi być częścią jakiegoś systemu, ani być prowadzona w ramach statutowej działalności konkretnych podmiotów. Zdaniem autorów, wobec niedostatków edukacji systemowej daje ona często pogłębioną możliwość zdobywania wiedzy i kompetencji pozwalających na utrzymanie więzi z państwem i innymi członkami społeczeństwa.

Wedle Makowskiego i Pazderskiego, biblioteki są potencjalnymi miejscami oddziaływania tego rodzaju edukacji. Biblioteka jest wciąż w większości przypadków instytucją publiczną, dostępną dla każdego, ponadto przez swój instytucjonalny charakter reprezentuje państwo. Autorzy postulują przede wszystkim stosowne programy i regulacje prawne, szkolenia zapewniające umocnienie lub nabycie niezbędnych kompetencji, głównie z zakresu animowania lokalnych społeczności, zapewnienie wymaganej infrastruktury w ramach „przestrzeni bibliotecznej”, a także odpowiednie wynagradzanie pracowników.

Za bardzo ważną uznana została kwestia skonsolidowania środowiska bibliotekarzy i budowy platformy ich współpracy także z przedstawicielami innych podmiotów działających na poziomie lokalnym. Brakuje szerokiego, przekrojowego, poziomego kontaktu między różnymi aktorami lokalnego życia społecznego – organizacjami pozarządowymi, szkołami i innymi instytucjami publicznymi świadczącymi usługi publiczne. Tymczasem obywatelski potencjał bibliotek wydaje się znaczny. Makowski i Pazderski wskazują na możliwe formy skutecznej działalności tych placówek we wspomnianym zakresie, jak przekazywanie członkom lokalnych wspólnot wiedzy o ich prawach i obowiązkach czy tworzenie neutralnej przestrzeni dla debat i sporów, np. o charakterze samorządowym.

Zarzucanie sieci

Wszystkie te zadania mogą być realizowane jedynie przez dobrze przygotowane kadry. W 2008 r. wśród pracowników bibliotek kwalifikacje bibliotekarskie posiadało 68,9%, w tym 34,4% wyższe wykształcenie kierunkowe. Jednak często nawet absolwenci specjalistycznych studiów podczas pracy w bibliotece ograniczają się do wypożyczania książek. Nie aktywizują lokalnych społeczności, nie włączają dzieci i dorosłych do żadnych działań kulturalnych.

Aby bibliotekarze nie zapomnieli, że obcowanie z książką może być żywym i ciekawym doświadczeniem, organizowane są specjalne programy doszkalające i motywujące do aktywności. Centrum Edukacji Obywatelskiej stworzyło w ramach Programu Rozwoju Bibliotek właśnie taki projekt. Bibliotekarze pod opieką mentorów – zawodowych szkoleniowców wpierających ich działania, otrzymają możliwość realizacji wybranego pomysłu z udziałem młodzieży.

W programie chodzi o dwustopniową edukację. Z jednej strony rozwój intelektualny i interpersonalny młodzieży poszukującej literackich czy historycznych śladów w rodzinnych stronach, zakładającej kluby filmowe itp.; z drugiej – kształtowanie różnorakich kompetencji bibliotekarzy. Zuzanna Michalska, koordynatorka programu z ramienia CEO, ma również nadzieję, że dzięki niemu pracownicy bibliotek bardziej uwierzą w siebie, w przydatność swego zawodu i wykształcenia. – Praca z młodzieżą przy projektach tego rodzajuwymaga przede wszystkim wiedzy, gdzie szukać różnych informacji, a tę posiada każdy bibliotekarz – stwierdza.

Program ma również wspomagać powstawanie sieci relacji między instytucjami edukacyjnymi i wychowawczymi w obrębie społeczności lokalnej. Bibliotekarz nawiązałby współpracę z osobami zajmującymi się młodzieżą, a ta związałaby się silniej z przybytkiem książki, bo kontakt z nim wykroczyłby poza prostą wymianę kolejnych tytułów.Chcemy, żeby bibliotekarz poznał nauczyciela, harcmistrza; pozna też lepiej dzieci, gdy będzie z nimi coś robił. Celem jest wywoływanie fermentu w okolicy: szumu i aktywizacji obywatelskiej – podkreśla Michalska.

Marzenia do spełnienia

Należy jeszcze wiele zrobić, żeby działalność bibliotek przynosiła społecznościom lokalnym wszystkie wspomniane korzyści. Niezbędne będzie realne wsparcie władz samorządowych i centralnych, i to w postaci długoletnich planów, a nie jednorazowych akcji.

Bez tego niemożliwe będzie choćby zmniejszenie dysproporcji między miastem i wsią oraz między poszczególnymi województwami jeśli chodzi o zakup nowych książek czy wyposażenia. Przykładowo, w roku 2008 biblioteki w woj. mazowieckim na każdych 100 mieszkańców kupiły 10,4 woluminu, natomiast w woj. pomorskim jedynie 5,4. Według raportu o stanie książki, opublikowanego na potrzeby Kongresu Kultury Polskiej w 2009 r., szczególną bolączką jest problem lokalowy. Jednym z istotniejszych problemów, z jakimi boryka się większość bibliotek publicznych, jest zły stan pomieszczeń i budynków […] Wielu bibliotekom publicznym trudno nadążyć za zmianami w zakresie organizacji i przestrzennego zagospodarowania lokali bibliotecznych, które wynikają z przeobrażeń zachodzących w samych bibliotekach (zmiany realizowanych przez nie funkcji, poszerzający się zakres usług, wdrażanie nowych technologii komputerowych). Dotychczas prowadzone badania pokazały, że budownictwo biblioteczne jest dziedziną niedoinwestowaną. Sytuacja lokalowa w poszczególnych województwach jest bardzo zróżnicowana, przy czym różnice te nie wynikają z żadnych uchwytnych uwarunkowań społeczno-demograficznych czy struktury potrzeb – czytamy w opracowaniu.

Jeśli biblioteka ma dobrze funkcjonować, zwłaszcza na wsiach i w małych miasteczkach, jeśli ma odpowiadać na nowe potrzeby społeczności – jej potrzeby nie mogą być marginalizowane. Kluczowa jest tutaj zmiana myślenia: uznanie bibliotek za ważne instytucje, w których toczy się życie obywatelskie i wspólnotowe. Tak jak w modelu skandynawskim, który przywołał Grzegorz Gauden: W Szwecji w jednej z miejscowości biblioteka była głównym budynkiem, dumą władz. Dla mieszkańców powodem, by uznać, że władze dobrze pracują, było to, że biblioteka dobrze działa. Stojąca w centrum nowoczesna biblioteka, służąca ludziom przez 8-10 godzin dziennie, otwarta dla nich – to jest najlepsza rzecz, którą oni, pochodzący z wyboru społecznego, mogą dać głosującej na nich społeczności.


Podać pomocną książkę

Nie samym chlebem żyje człowiek. Gdybym był głodny i chory, nie żebrałbym na ulicy o chleb, lecz o pół chleba i książkę – powiedział hiszpański poeta Federico García Lorca, przemawiając podczas otwarcia biblioteki w swoim rodzinnym mieście w 1931 r.

Wśród pomysłów na twórcze wykorzystanie mocy oddziaływania literatury znalazła się koncepcja wspomagania dzieci i młodzieży borykających się z różnego rodzaju problemami. Odpowiednio skomponowane zajęcia terapeutyczne, których sedno stanowi opowieść, pozwalają zmierzyć się z trudnościami w kontaktach międzyludzkich, przepracować rozmaite traumy.

Jednak spotkanie ze słowem drukowanym uzdrawia także w sensie społecznym: włącza do wspólnoty, zaprasza do refleksji i dyskusji, a więc przełamuje wykluczenie. Taka „biblioterapia społeczna” uaktywnia się dzięki ludziom gotowym podjąć niecodzienną inicjatywę i „podać pomocną książkę”.

Idea „bibliotek podwórkowych” narodziła się w końcu lat 60. we Francji. Książka opuściła wtedy hermetyczne czytelnie oraz pachnące nowością księgarnie i z pomocą wolontariuszy „zeszła na ziemię” – do slumsów, blokowisk, zaniedbanych dzielnic całego globu – aby dać zamieszkującym je dzieciom szansę na odkrycie dla siebie świata literatury, wiedzy, nauki.

Ruch ATD Czwarty Świat, który prowadzi taki projekt, od ponad trzech lat również w Polsce „otwiera” uliczne biblioteki. Obecnie działają one w Warszawie, Kielcach, Lidzbarku, w 2010 r. powstały także w Mięcierzynie (woj. kujawsko-pomorskie) i Strzelcach Opolskich. Wolontariusze, najczęściej młodzi ludzie, przeprowadzają „rozpoznanie terenu”, szukają odpowiedniej lokalizacji, by „założyć” bibliotekę. – Wybieramy miejsca, gdzie mieszkają rodziny z dziećmi, z którymi chcielibyśmy się poznać i którym chcielibyśmy pomóc zaprzyjaźnić się z książkami – mówi Agnieszka Kaszkur z Ruchu. – Miejsce zajęć przygotowuje się prosto i szybko. Rozkładamy kocyki, stawiamy stołeczki, otwieramy walizkę z książkami – i już. Następuje czas na głośne czytanie, ale również zabawę, różne zajęcia – plastyczne, sportowe, muzyczne, zależnie od upodobań podopiecznych i opiekunów, oraz rozmowy – także o ważnych i trudnych sprawach.

Niezwykle istotne jest wprowadzanie w życie pomysłów młodych czytelników, ale w pierwszej kolejności docenianie wszystkich ich osiągnięć. – Dla wielu z nich chlebem powszednim są niepowodzenia, fundowane przede wszystkim przez szkołę. Sukcesem biblioteki jest każdy sukces, który odnosi dziecko uczestniczące w zajęciach – podkreśla Kaszkur. Spotkania odbywają się regularnie, w tych samych miejscach – to ważne, bo pozwala budować zaufanie i tworzyć więzi. Biblioteki podwórkowe nie są zwykłą akcją dobroczynną. – To działanie wpisane w walkę Ruchu ATD o respektowanie praw człowieka, małego i dużego, niezależnie od jego sytuacji życiowej. Jednym z nich jest przywilej korzystania z dóbr kultury.

„Biblioterapia społeczna” jest także pewną szansą dla osadzonych, których tysiące odsiadują wyroki w polskich więzieniach. Są zamknięci nie tylko w strzeżonym budynku, ale często i w sposobie odbioru rzeczywistości. Znalazł się jednak ktoś, kto zechciał „przerzucić za mury dynamit” – była to dziennikarka, krytyk sztuki i performerka, Agnieszka Kłos.

Zbierając w zakładzie penitencjarnym w rodzinnym Rawiczu materiały do tekstu o sztuce więźniów, odnalazła zaniedbaną bibliotekę, zaopatrzoną głównie w stare podręczniki do chemii i fizyki. Zbliżało się Boże Narodzenie (była zima 2006 r.) i Agnieszka Kłos postanowiła dać więziennej bibliotece szansę na zmianę oblicza. Dokonała przeglądu swoich zbiorów i przygotowała paczkę, można by powiedzieć, „z innego świata”: książki poszerzające horyzonty bardziej niż 50-letnie podręczniki nauk ścisłych.

Co więcej, jako osoba posiadająca, jak sama to określa, „talent do wynajdywania nisz i braków społecznych”, postanowiła nie poprzestać na jednostkowym wsparciu, lecz zaapelowała o pomoc do szerszego grona. – Napisałam tekst, w którym wyjaśniłam, czemu należy zebrać książki, wysłałam go do portali księgarskich, redakcji literackich i komercyjnych, ludzi sztuki, recenzentów, nauczycieli akademickich i intelektualistów. Ludzie ruszyli jak lawina – mówi p. Agnieszka. W ramach akcji „Książka za kraty” biblioteka więzienia w Rawiczu otrzymała książkowe wsparcie ze strony muzeów, redakcji pism (w tym „Obywatela”), osób publicznych, a także rodzin czy studentów.

Jak zaznacza Adam Piórkowski, specjalista Biura Penitencjarnego Centralnego Zarządu Służby Więziennej, popularyzacja czytelnictwa wśród osób pozbawionych wolności daje szansę na eliminowanie negatywnych skutków wynikających z faktu długotrwałego przebywania w warunkach izolacji. Jednocześnie, jest jednym z ważniejszych czynników kształtujących postawy prospołeczne, przez co przyczynia się bezpośrednio do skuteczniejszej realizacji procesu wtórnej socjalizacji osoby uwięzionej.


Udział na niby

Dbajmy o siebie, czyli patriotyzm konsumencki (część I)

Sukces twojego kraju zaczyna się w twojej lodówce.

Wiemy, że jako społeczeństwo jesteśmy systemem naczyń połączonych. Jednak ta wiedza niekoniecznie przekłada się na codzienne decyzje. Nie głosujemy, bo „to nic nie da”, nie zrzeszamy się, bo „to nie ma sensu”. Nie dostrzegamy związków pomiędzy wielką polityką a liczbą godzin, które jesteśmy skłonni poświęcić na działalność społeczną. Tymczasem nawet „zwykły człowiek” może zrobić wiele dobrego. Najprościej zacząć od własnej lodówki.

Oto pierwsza część opowieści o patriotyzmie konsumenckim – idei ważnej, lecz w Polsce zaniedbanej. Poświęcony jest diagnozie sytuacji, podczas gdy część druga, w kolejnym numerze, zawierać będzie konkretną „receptę” i projekt działania.

Z sumieniem w koszyku

„Zwykły” konsument podczas zakupów kieruje się indywidualną racjonalnością ekonomiczną. Bierze pod uwagę wyłącznie cenę i jakość nabywanych produktów i usług. Idea świadomej konsumpcji zakłada natomiast uwzględnianie także wybranych czynników natury etycznej/światopoglądowej. Bazuje ona na odwołaniu się do przeświadczenia lub wiedzy o dalekosiężnych konsekwencjach, jakie decyzja konsumencka będzie miała dla środowiska naturalnego czy społeczeństwa.

W ostatnich dwudziestu latach światowy ruch świadomych konsumentów koncentrował się na różnych wymiarach konsekwencji ekologicznych (tzw. ślad węglowy, eksploatacja lasów, ochrona zwierząt itp.). Drugim ważnym polem jego aktywności była refleksja na temat wpływu, jaki nabywanie określonych produktów ma na warunki życia w krajach Trzeciego Świata (koncepcja sprawiedliwego handlu, potępianie zjawiska sweatshopów czy sprzedaży tzw. krwawych diamentów). Można powiedzieć, że część konsumentów w krajach Centrum zaczęła przekładać swoją wiedzę na temat następstw współczesnego kolonializmu na codzienne decyzje zakupowe.

I tak, niektóre społeczeństwa zachodnie stopniowo uczyły się, że przywożenie cukru z plantacji w Ameryce Południowej zwiększa emisję CO2 do atmosfery, albo że kupowanie kawy określonych firm pogłębia słabość społeczności lokalnych w krajach Afryki. To oczywiście tylko wybrane przykłady. Konsumenci z Europy i Ameryki Północnej chcą na drodze świadomych zakupów dokonać de facto pewnego zadośćuczynienia wobec społeczeństw, które eksploatowali do tej pory, oraz wobec środowiska naturalnego, które okazało się być znacznie bardziej połączone w skali globalnej, niż się tego spodziewali. Można zaryzykować stwierdzenie, że w obszarze świadomej konsumpcji wymiary „Fair” oraz „Eko” przyjęły się dobrze, przy czym oczywiście ta kategoria postaw konsumenckich stanowi nadal ułamek ogółu decyzji rynkowych.

Konsumpcja Eko i Fair odwołuje się do wiedzy (czy wiesz, ile CO2 emituje TIR wiozący pomidory z Włoch), emocji (czy możesz pozwolić, by twoje dzieci bawiły się lalkami produkowanymi w strasznych warunkach przez ich rówieśników?) i poczucia winy (czy wiesz, jak okrutnie traktowano ludzi produkujących kawę, którą rozkoszujesz się codziennie rano?). Naturalnie w dużym stopniu ten typ świadomej konsumpcji nadal bazuje na odwołaniu do interesów jednostki. „Zwykły” konsument odczuwa subiektywną satysfakcję, bo kupił bułki w Lidlu tańsze o 5 groszy. „Świadomy” buduje pozytywny obraz samego siebie, nabywając koszulkę uszytą z ekobawełny. Na najbardziej podstawowym poziomie mamy tu więc do czynienia z egoizmem: mój portfel – moja satysfakcja płynąca z użycia wiedzy1. Rzecz jasna, w tym drugim zachowaniu można dopatrywać się także wymiaru altruistycznego, jednak nadal można je sprowadzić do kupowania dobrego samopoczucia.

Biało-czerwone zakupy

Trzeci typ świadomej konsumpcji, tzw. patriotyzm konsumencki (dalej – PK) w założeniu ma mocniej odwoływać się do wspólnotowości niż interesów jednostkowych. PK to postawa wobec codziennych decyzji zakupowych, polegająca na kierowaniu się pochodzeniem produktów i usług, w wyniku czego jednostka nabywa głównie te, które pochodzą z jej ojczystego kraju. O PK możemy mówić, gdy element związku między miejscem wyprodukowania towaru a miejscem określanym przez daną osobę jako „ojczyzna” jest kluczowy w krytycznym momencie decyzji o wydatkowaniu pieniędzy – chociaż oczywiście jego jakość i cena również mają na nią wpływ. W tym sensie PK jest przykładem świadomej konsumpcji.

Trzeba jednak przyznać, że idea ta jest rozwijana nieco inaczej niż wspomniane typy postaw wobec zakupów. Po pierwsze, ma ona zawsze charakter lokalny, skupiając uwagę konsumenta na jego kraju. Po drugie, w konsumpcji Eko i Fair mamy wiedzę, emocje i poczucie winy jako motory motywujące do działania. W przypadku PK ma być nim raczej idea bliskiej wspólnoty (regionalnej, narodowej, etnicznej) i jakaś wizja przyszłości, która realizować się będzie w oparciu o odpowiedzialne wybory konsumentów (kupuję fińskie pomidory zamiast hiszpańskich, bo wiem, że dzięki temu gospodarka fińska będzie rosła w siłę). W obu przypadkach mamy oczywiście do czynienia z przekonaniem o dalekosiężnych konsekwencjach naszych decyzji, wpływających na pewną wspólnotę – odpowiednio ludzkość (Eko i Fair) oraz naród/kraj (PK).

Zawsze jednak kluczowa jest wiedza. Konsument kierujący się PK musi opierać decyzje na informacji o kraju pochodzenia produktu. Istnieje tu założenie, że producent płaci podatki w kraju, w którym działa, zatrudnia tu ludzi, płaci za nich składki i korzysta z usług innych miejscowych firm, kreując efekt tzw. spillover. Taka wiedza jest w stanie mobilizować do określonych wyborów nawet wbrew doraźnemu rachunkowi ekonomicznemu (fińskie pomidory są droższe niż hiszpańskie, ale i tak je wybieram2). Oczywiście PK bazuje na przekonaniu o słuszności wspierania swojej wspólnoty, jaką jest naród czy społeczeństwo żyjące w granicach danego państwa.

Jednym z kluczowych elementów funkcjonowania PK jest wiedza o markach. Współczesny konsument orientuje się na marki. To do nich się przywiązuje, ceniąc często bardziej niż same produkty. To one budzą emocje i kształtują nawyki. Współczesny kapitalizm utrudnia jednak rozpoznanie właściwej relacji między marką a krajem pochodzenia. Czy kupione przez Chińczyków Volvo to nadal marka szwedzka? Czy polski Wedel jest nadal polski, skoro jego właścicielem jest japoński koncern Lotte?

Jeszcze innym problemem jest złożoność wielu produktów. Samochód, którego podzespoły powstawały w różnych krajach, telewizory składane w Polsce, ale z materiałów wyprodukowanych w Tajlandii – jak ocenić kraj pochodzenia podobnych produktów i marek je reprezentujących? Ten między innymi kłopot powoduje, że konsumenci, którzy chcą kierować się PK, często ograniczają się do branży spożywczej, jako tej, w której prostota produktu i jego specyfika mogą ułatwiać identyfikację kraju pochodzenia. Z pewnością zatem idea PK nie ma sensu, jeżeli nie stoi za nią zaufanie i uczciwość. Tak jak w przypadku konsumpcji Eko i Fair – producenci uczciwie ujawniają, jak produkują, a klienci ufając tej informacji wybierają ich produkty.

Czy jesteśmy gotowi?

Hasła nawołujące do PK pojawiają się dziś w warunkach rosnącej współzależności gospodarczej i narastającej konkurencji w globalnym kapitalizmie. Odwołania do tej idei pojawiają się wszędzie tam, gdzie elity gospodarcze nie mają charakteru kompradorskiego, a kraj nie jest „obszarem kłusowniczym” (używając metafory Andrzeja Zybertowicza). A więc tam, gdzie właściciele firm i przedsiębiorcy nie działają w myśl zasady hit and run, lecz wiążą własny długotrwały sukces ekonomiczny z sukcesem gospodarczym państwa, i gdzie politycy – dostrzegając ową postawę – tworzą warunki sprzyjające funkcjonowaniu takich przedsiębiorców.

W zasadzie we wszystkich krajach tzw. starej UE mamy do czynienia z różnymi formami działań nawołujących do PK. W Wielkiej Brytanii – kraju o najdłuższych w Europie tradycjach świadomej konsumpcji (już w XIX w. bojkot konsumencki objął tam plantatorów trzciny cukrowej wykorzystujących pracę niewolników) – obywatel otrzymuje szereg komunikatów informujących o słuszności kupowania tego, co brytyjskie, czy wręcz np. szkockie. W Niemczech urzędy państwowe mają obowiązek zakupu w pierwszej kolejności samochodów marki Volkswagen, a więc spółki z udziałem skarbu państwa. W Finlandii rozdaje się w sklepach magnesy na lodówki z napisem „Kupuję fińskie”.

W takiej sytuacji należy postawić pytanie – czy jesteśmy jako społeczeństwo gotowi do przyjęcia idei PK i wdrażania jej w życie? Aby odpowiedzieć na m.in. takie pytanie, odwołam się do części wyników badania, które przeprowadziłam w woj. kujawsko-pomorskim w grudniu 2010 i styczniu 2011 r.3 Zostało ono zrealizowane na próbie kwotowej, uwzględniającej parametry demograficzne typowe dla regionu. Wywiady kwestionariuszowe poruszały problem PK, analizując go w kilku wymiarach. Obok próby rozpoznania, na ile idea i sam termin są znane badanym, wywiady sprawdzały także, na wybranych przykładach, wiedzę konsumentów o krajach pochodzenia firm/marek i ich postawę względem koncepcji odpowiedzialności biznesu wobec społeczeństwa. Celem było zatem określenie pewnego – wycinkowego z racji ograniczeń badania i próby – stanu wiedzy, a także postaw w odniesieniu do działań i zjawisk związanych ze świadomą konsumpcją i PK.

Prawie połowa, bo 43% badanych, stwierdziła, że nie zna pojęcia patriotyzmu konsumenckiego. Ci, którzy zadeklarowali jego znajomość, w następujący sposób tłumaczyli, co według nich znaczy:

  • dla 50% PK to „kupowanie polskich produktów”,
  • dla 17% to „popieranie polskich producentów”,
  • dla 13% to „kupowanie produktów regionalnych/lokalnych”,
  • dla 9% to „przywiązanie do polskich marek/produktów”,
  • dla 8% to „kupowanie produktów wyprodukowanych w Polsce”,
  • dla 1% to „kupowanie polskich marek”,
  • 2% miało problem ze sprecyzowaniem tego pojęcia.

Idea PK rozciąga się zatem w polu skojarzeń z decyzjami zakupowymi opartymi o pochodzenie produktów/marek, z tradycyjnym (i może nawet emocjonalnym) przywiązaniem do pewnych produktów oraz z gotowością do wspierania lokalnych/krajowych firm. Jak widać, wśród osób deklarujących znajomość pojęcia PK ujawnia się pewien ważny problem – mianowicie rozbieżności pomiędzy ideą wspierania produktów, a wspierania marek. Jeśli przyjmiemy, że w świadomej konsumpcji kluczowa jest wiedza, to w przypadku PK nie jest ona klarowna. Przykład: Czy kupując przyprawy starej polskiej marki Winiary, wyprodukowane w fabryce w Kaliszu, nadal kieruję się PK?Czy też wiedza o kapitale zagranicznym, posiadającym obecnie firmę/markę Winiary, powinna mnie skłonić do wycofania się z zakupu?

Okazuje się, że gdy zapytaliśmy badanych, jakie atrybuty są kluczowe dla określenia, iż marka jest polska, wskazywano przede wszystkim na prowadzenie produkcji w Polsce. Na drugim miejscu jest fakt powstania marki w naszym kraju. Dopiero trzecim pod względem ważności atrybutem jest to, że właściciel firmy jest polski. Natomiast reklamowanie się jako produkt polski jest zdecydowanie na samym dole hierarchii konsumentów. Zgodnie z nią, na pytanie z akapitu powyżej należałoby zatem udzielić odpowiedzi twierdzącej: Winiary to polska marka, bo firma produkuje u nas w kraju.

Co ciekawe, w wywiadach pogłębionych, przeprowadzonych w ramach wspomnianego badania z kadrą zarządzającą dużych i średnich polskich przedsiębiorstw, uzyskiwałam w większości odpowiedzi, że najważniejsze jest pochodzenie kapitału, który kontroluje firmę! Na drugim miejscu wskazywano zaś fakt prowadzenia produkcji w Polsce, na trzecim historię marki, czyli to, że powstała ona nad Wisłą. Dla producentów, jak widać, hierarchia kryteriów polskości marki jest trochę inna.

Nie rozwijając tego wątku, można powiedzieć, że stwierdzony wśród konsumentów rozkład atrybutów polskości marki jest efektem dwóch dekad zmian w krajowej gospodarce. Gdy firmy i marki powstałe w PRL lub wcześniej, były sprzedawane, ich kapitał symboliczny (renoma, rozpoznawalność itp.) przechodził w ręce zagranicznych koncernów. I dziś przeciętny konsument będzie miał pewien problem z diagnozą, które marki są lub nie są polskie – i dlaczego.

W tym samym czasie większość respondentów w tym badaniu (aż 85%) uważa siebie samych za „świadomych konsumentów” – jedynie 13% miało wątpliwości, czy zaklasyfikować się do tej grupy, a 2% powiedziało, że na pewno nie są takimi konsumentami. Wiemy już, że konsumenci świadomi muszą kierować się jakąś wiedzą. Jak na razie jednak badani raczej orientują się na marki, czyli na wiedzę pochodzącą od firm i z ich reklam.

Mocne marki

Respondenci wskazywali, że posiadają ulubione marki w zaproponowanych w badaniu kilku branżach. Najczęściej mieli ulubione marki kosmetyczne i spożywcze, a najrzadziej potrafili je podać dla branży budowlanej. Takie deklaracje nie muszą przekładać się na rzeczywiste decyzje. Co prawda 35% deklaruje, że nie lubi kupować produktów bez wyraźnej marki, ale pewną przewagę (43%) stanowią osoby, które twierdzą, że gdy dokonują zakupów, nie nastawiają się z góry na kupno produktów markowych4. Zobaczmy jednak, jakie są korelacje pomiędzy uważaniem się za świadomego konsumenta a kierowaniem się krajem pochodzenia produktu.

Wśród osób, które mają ulubione marki spożywcze i jednocześnie uważają się za świadomych konsumentów, 20% wybierało je ze względu na to, że są polskie. W przypadku branży kosmetycznej było to 23%. Wśród osób posiadających ulubione marki odzieżowe, 18% wybierało je ze względu na polskość firmy/marki, natomiast w przypadku branży obuwniczej już tylko 7%. W niektórych branżach ważniejsza jest dla konsumentów dostępność lub to, że marka pasuje do ich stylu życia.

Należy jednak podkreślić, że w przypadku osób uważających się za świadomych konsumentów, gdy pytaliśmy ich o motywy wyboru ulubionej marki w podziale na branże, dominująca część nie umiała wskazać żadnego powodu, dla którego wybiera właśnie ją. A zatem można zakładać, że tak naprawdę osoby te nie są świadomymi konsumentami. Najwyraźniej widać to w odniesieniu do takich branż, jak finanse, RTV/AGD czy branża budowlana, w przypadku których średnio ok. 70% respondentów nie potrafiło podać powodów, dla których wybrało konkretne marki.

Wydawać by się mogło, że coś w tym zakresie może zmienić edukacja poprzez różne kampanie. Znane akcje, takie jak „Teraz Polska” czy „Dobre bo polskie”, okazują się jednak nie mieć dużego wpływu na konsumentów. Aż 31% naszych respondentów nie zwraca w ogóle uwagi na takie znaki na opakowaniach, 38% zna owe znaki i certyfikaty, ale się nimi nie kieruje, a tylko 17% uważa, że są one dowodem wysokiej jakości produktu, co może skłaniać ich do zakupów. Dość wyraźnie widać zatem, że dotychczasowe kampanie straciły moc mobilizacyjną.

W sytuacji, gdy rodzime produkty nie są szczególnie często wybierane, poprosiliśmy badanych o wskazanie, czego ich zdaniem brakuje polskim markom. Najwięcej z nich stwierdziło, że mogłyby mieć lepszą reklamę – być może więc Polacy odczuwają niedostatek informacji o krajowych wyrobach oraz zachęt ze strony ich producentów. Według 20% ankietowanych, polskie produkty mogłyby mieć lepszą jakość i być „bardziej solidne”. Co ciekawe, mała grupa (3%) wskazała, że nasze marki potrzebują wsparcia ze strony państwa, niewiele osób zwróciło też uwagę, że krajowym produktom brakuje lepszego oznakowania, informującego o tym, iż są to marki polskie.

Podsumowując, część badanych wydaje się być gotowa do odgrywania roli świadomych konsumentów. Wykazują oni jednak brak praktycznej wiedzy o kraju pochodzenia produktów. Na przykład 29% twierdziło, że szwedzki koncern odzieżowy H&M to polska firma, a 66% uznało pieluszki Happy – produkowane przez TZMO w Toruniu – za produkt zagraniczny. Widać też u badanych, że często kierują się dawną wiedzą o marce i na tej podstawie określają polskość produktów – np. 79% myśli, że Pekao SA to polski bank.

Diagnoza powszechności PK nie jest więc optymistyczna, przynajmniej jeśli chodzi o województwo poddane badaniu. Tym niemniej z racji istnienia pewnego gruntu – jak wyraźna chęć bycia poinformowanym konsumentem czy fakt, że 64% badanych zadeklarowało, iż wiedza o nieetycznych działaniach firmy bądź niekorzystnym wpływie na lokalne społeczności i środowisko mogłaby ich zniechęcić do zakupu jej produktów – należy przyjąć, że PK ma szanse rozwoju w polskim społeczeństwie. Wyraźnie trzeba jednak zmienić strategie propagowania tej idei.

Od diagnozy w kierunku recepty

Zastanówmy się, dlaczego konsumpcja Eko i Fair przyjęła się w wielu krajach. Na pewno dzięki dekadom kampanii społecznych, reklam oraz istnieniu firm gotowych zaangażować się w podobne działania. Ale także dlatego, że mimo bazowania na wiedzy, tak ważnej dla świadomej konsumpcji, trendy te opierają się również na bardzo silnych emocjach – głównie na poczuciu winy oraz na chęci podbudowy własnego ego i wizerunku, w mniejszym stopniu na miłych skojarzeniach z przyrodą, szczęśliwymi dziećmi, miłymi misiami panda itp. Dlaczego zatem – można zapytać – Eko i Fair nadal nie udało się zostać dominującymi kierunkami konsumpcji?

Przyczyn jest oczywiście wiele. Wśród nich na pewno znajduje się wyższa cena, jaką często trzeba zapłacić za takie produkty. Ale również to, że świadoma konsumpcja to wysiłek sprzeczny z naszymi automatyzmami. Jak pokazują badania psychologiczne, nawyki są silniejszym bodźcem niż informacja przyjmowana świadomie. Krótko mówiąc, gdy od dziecka segregujesz śmieci, to wydaje ci się to naturalne – ręka z plastikową butelką „sama” wędruje w stronę odpowiedniego kosza. Gdy jako 30-latek masz zacząć to robić, trudno zwalczyć automatyzm wrzucania śmieci do jednego worka. W przypadku świadomej konsumpcji wymaga się od konsumentów dodatkowego wysiłku – mają wyszukiwać informacje, budować indywidualne bazy wiedzy, a potem jeszcze szukać odpowiednich produktów.

Jak zatem nakłonić do takiego wysiłku? Czynnik wiedzy jest istotny (w końcu zdecydowana większość z nas chce być „świadomymi” konsumentami, a nie sterowalnymi marionetkami!), ale trzeba ją połączyć z odpowiednimi emocjami. Być może pewne niepowodzenia Eko i Fair biorą się stąd, że zbyt mocno bazują na poczuciu winy. Negatywne emocje nie są bowiem dobrym „wehikułem sprzedaży”. Z kolei dotychczasowe kampanie nawiązujące do PK miały dość wąski i może niezbyt trafnie dobrany wachlarz emocji wspierających informację, która na dodatek bywała myląca (vide przyznanie niemieckiej sieci marketów Lidl znaku „Teraz Polska”). Wiele można w tym zakresie poprawić – ale o tym będzie kolejna część opowieści o PK. Teraz postawmy sobie tylko pytanie: czy społeczeństwo polskie zasługuje na takie samo emocjonalne i konsumenckie wsparcie, jak kraje Trzeciego Świata i misie panda? Czy jesteśmy tego warci? Zadbajmy o siebie.

Joanna Szalacha

Przypisy:

1 Przypomina mi się odcinek serialu „South Park”, gdzie przesadne samozadowolenie (ang. smug) ludzi jeżdżących ekologicznymi Lexusami zaczęło generować zanieczyszczenie środowiska, takie jak rzeczywisty smog ze spalin.

2 To być może skrajna postawa, ale akurat w Finlandii nierzadko spotykana, bazując na osobistej obserwacji żyjącego tam znajomego.

3 Badanie zostało sfinansowane w ramach grantów badawczych Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu (z dofinansowaniem z UE – projekt nr POKL.04.01.01-00-126/09).

4 Tu pewne wyjaśnienie – respondenci we wcześniejszym, otwartym pytaniu poruszającym kwestię ulubionych marek w danej branży, wyraźnie uważali za „markowe” te produkty, które są powszechnie reklamowane. Oto kilka przykładów: dla branży spożywczej ulubione marki to m.in. Amino, Bakoma, Coca-Cola, Danone, Delecta, dla kosmetyków – Rexona, Soraya, Chanel, dla odzieży – Solar, Wrangler, Puma.

Udział na niby

Profity z profilaktyki

Ograniczona obecność działań profilaktycznych w polskiej polityce zdrowotnej nie jest przypadkowa. Wyraża ona głębsze deficyty naszego systemu społecznego.

Przede wszystkim zapobiegać – to częste zalecenie w kontekście problemów społecznych i indywidualnych. Profilaktykę może być odnoszona do wielu obszarów polityki publicznej, ale szczególną popularność zyskuje w polityce zdrowotnej. Profilaktykę zdrowotną rozumie się zazwyczaj jako wczesne wykrywanie choroby lub czynników ryzyka w celu zapobiegnięcia jej powstaniu lub rozwojowi. Mówiąc dokładniej, profilaktyka to zespół działań zapobiegawczych: edukacyjnych i medycznych, które mają przeciwdziałać konkretnym chorobom1. W ramach tej kategorii wyróżnia się szereg faz, zależnych od stadium choroby.

Fazy profilaktyki

  • Profilaktyka wczesna – mająca na celu utrwalenie prawidłowych wzorców zdrowego stylu życia i zapobieganie szerzeniu się niekorzystnych wzorców zachowań w odniesieniu do osób zdrowych;
  • Profilaktyka pierwotna (I fazy) – mająca na celu zapobieganie chorobie poprzez kontrolowanie czynników ryzyka w odniesieniu do osób narażonych na nie;
  • Profilaktyka wtórna (II fazy) – zapobieganie konsekwencjom choroby poprzez jej wczesne wykrycie i leczenie (badania przesiewowe, mające na celu wykrycie osób chorych);
  • Profilaktyka III fazy, której działania zmierzają w kierunku zahamowania postępów choroby oraz ograniczenia powikłań.

Profilaktyka wczesna nie przez wszystkich jest uważana za element profilaktyki właściwej. Jednak bynajmniej nie znaczy to, że można ją bagatelizować. To właśnie obecność w społecznej świadomości zasad zdrowego stylu życia i czynników będących zagrożeniem dla zdrowia stanowi bodaj najtrwalsze podłoże dla poddawania się przez obywateli działaniom profilaktyki właściwej. Stąd też warto patrzeć na profilaktykę w ramach szerszej kategorii prewencyjnej polityki zdrowotnej, której jednym z instrumentów jest edukacja zdrowotna.

Znaczenie profilaktyki nie wynika wyłącznie z uniwersalnej zasady, że łatwiej zapobiegać niż później prowadzić działania naprawcze, gdy negatywne zjawisko już się rozwinie. Jej wagę możemy też wyprowadzić ze struktury czynników, które warunkują zdrowie. Wiele klasyfikacji rozwija sformułowaną w latach 70. w raporcie kanadyjskiego ministra zdrowia, Marca Lalonde’a, koncepcję „pól zdrowia”. Z opracowania wynikało, że na zdrowie publiczne wpływ mają (w kolejności według rangi czynnika): styl życia, środowisko fizyczne, uwarunkowania genetyczne i dopiero na końcu system służby zdrowia (patrz diagram).

diagram

Przyjęcie takiej perspektywy prowadzi do wniosku, że nasze zdrowie w decydującej mierze zależy od tego, w jaki sposób żyjemy i czy podejmujemy zawczasu działania na rzecz ograniczenia ryzyka choroby.

Wspólna odpowiedzialność

Pojawia się jednak pytanie, czy to, jak żyjemy, zależy tylko od nas samych? W neoliberalnej doktrynie uważa się, że zasadniczo tak. Zatem każdy musi dbać o zdrowie i ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje. Toteż państwowe działania na rzecz zmiany zachowań zdrowotnych są niepotrzebne, a wręcz ryzykowne, mogą bowiem prowadzić do narzucania jednostkom wzorców postępowania, tłamsząc ich indywidualną wolność wyboru.

Bardziej rozsądne wydaje się stanowisko, które dopuszcza, a nawet zaleca stymulowanie określonych zachowań prozdrowotnych poprzez inicjatywy sektora publicznego. Ważne jednak, żeby nie był to bezwarunkowy przymus, a raczej system bodźców zachęcających lub zniechęcających do danych zachowań. Przede wszystkim zaś ważna jest dystrybucja informacji oraz usług diagnostycznych i doradczych. Szereg przesłanek uzasadnia tezę, że profilaktyka zdrowia to nie tylko kwestia indywidualna czy kulturowa – tj. zależna od systemu norm i wzorców postępowania danej społeczności – ale także systemowo-polityczna.

Po pierwsze, nasze życie nie zależy tylko od nas samych. Istotne są również warunki w znacznej mierze niezależne od jednostek (jak status rodziny czy miejsce zamieszkania) i z którymi nieraz – wbrew wizji w pełni mobilnej, elastycznej jednostki – wiążą nas tożsamości, emocje czy zobowiązania. Społeczeństwo, szanując to, powinno za pomocą instytucji państwa dążyć, żeby owe uwarunkowania w jak najmniejszym stopniu determinowały dostęp do praw społecznych, m.in. prawa do zdrowia.

Po drugie, w pełni racjonalny wybór uniemożliwia ograniczona dostępność informacji, a także możliwości zweryfikowania ich rzetelności. Aby jednostki szukające wiedzy na temat zdrowego trybu życia nie były wydane na pastwę sił rynkowych, które w pogoni za zyskami rozpowszechniają także nierzetelne informacje – potrzebne są programy organizowane, sponsorowane lub przynajmniej akredytowane przez instytucje publiczne.

Po trzecie, państwo powinno mieć możliwość wdrażania takich programów ze względu na to, że jest wciąż odpowiedzialne za zapewnienie opieki zdrowotnej. Jeśli oczekujemy, że państwo wspomoże nas w obliczu utraty zdrowia, powinniśmy dać mu instrumenty, by mogło pośrednio zabezpieczyć się, a bezpośrednio nas, przed zaistnieniem owego ryzyka socjalnego, którego koszt będzie musiało ponieść.

Zachowania prozdrowotne i funkcjonowanie służby zdrowia wpływają na siebie wzajemnie. To, jak dbamy o zdrowie, wpływa na skalę i strukturę dolegliwości, na które odpowiada opieka medyczna. Z drugiej jednak strony, funkcjonowanie służby zdrowia wpływa na to, jak korzystamy z profilaktyki. Nie dość rozwinięta infrastruktura i niekorzystna pozycja pacjenta w systemie mogą ograniczać skłonność do poddawania się profilaktycznym badaniom przesiewowym, mającym na celu wczesne wykrycie ewentualnej choroby.

Widzimy zatem, że wyodrębnione uprzednio „pola zdrowia” nie są wyizolowanymi obszarami, lecz płaszczyznami przylegającymi, a nieraz wręcz nakładającymi się na siebie i powiązanymi siecią zależności. Owe zależności powinny być kształtowane w sposób świadomy w ramach jasnej i całościowej wizji polityki zdrowotnej państwa. Profilaktyka, zwłaszcza w formie poddawania się badaniom skriningowym, jest tym mechanizmem, który najsilniej integruje sposób życia z systemem opieki zdrowotnej.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt profilaktyki. Jak pisze D. Seredyńska, Samoopieka, do której możemy zaliczyć badania profilaktyczne, jest jedną z form udziału społeczeństwa w polityce prozdrowotnej państwa. Oparta na ogólnych zasadach Zdrowia dla Wszystkich pozwala mieć udział w podejmowaniu decyzji2. Wpisuje się ona we współczesny paradygmat tzw. aktywnej polityki społecznej, której powodzenie uzależnia się od współpracy służb społecznych z beneficjentami. Jednocześnie w Polsce tego rodzaju „partycypacyjne” podejście napotyka wciąż pewne bariery, zarówno instytucjonalne, jak i mentalne – nie tylko po stronie obywateli-pacjentów, ale także decydentów. Jesteśmy przyzwyczajeni do patrzenia na chorobę w wąskim, medycznym sensie, a po drugie jako coś, co się nam przytrafia w niewielkim związku z warunkami i sposobem życia. To zakorzenione myślenie części społeczeństwa można jednak zmienić.

Finlandia i inni

Strategia profilaktyczna powinna być zorientowana zadaniowo, a nie resortowo. Takie zadaniowe myślenie powinno integrować podmioty wielu sektorów i to na różnych szczeblach, ale w ramach skoordynowanej strategii. Przykładów takich programów dostarcza Finlandia, której społeczeństwo jeszcze kilka dekad temu cechował niezdrowy tryb życia i związane z tym np. wysokie wskaźniki otyłości i chorób układu krążenia. W połowie lat 70. postanowiono to zmienić, inicjując kompleksowy program promocji zdrowia.

Jednym z jego elementów było wprowadzenie tzw. recept na ruch, polegających na tym, że lekarz zapisywał pacjentowi nie tylko lekarstwo, ale także odpowiednie ćwiczenia i działania na rzecz zdrowia. Strategia wykorzystywała również wiele innych instrumentów – poczynając od prawnych (jak zakaz reklamowania wyrobów tytoniowych czy nakaz sprzątania śniegu przed domami przez samych mieszkańców), przez informacyjne aż po finansowe (przekazanie samorządom środków na promocję aktywności fizycznej). Jej cele realizowano m.in. poprzez budowę basenów i ścieżek rowerowych, nakłady na dodatkowe oświetlenie, aby można było przebywać na powietrzu do późnych godzin (w Finlandii w okresie zimowym zmierzch zapada bardzo wcześnie), a także umożliwienie dzieciom niezależnie od statusu materialnego korzystania z szerokiego wachlarza zajęć sportowych3.W Polsce w tym kierunku zmierza program budowy tzw. orlików).

Skuteczna prewencja zdrowotna powinna rozpoczynać się nie tylko w jak najwcześniejszej fazie rozwoju ewentualnej choroby, ale także już we wczesnej fazie życia człowieka, właściwie jeszcze przed jego urodzeniem. Badania prenatalne oraz popularyzacja właściwych zachowań matek w okresie okołoporodowym mają zasadnicze znaczenie dla rozwoju dziecka i jego podatności na choroby. W wielu krajach Europy korzystanie z tego typu badań jest standardem, podczas gdy w Polsce istnieją bariery nie tyle instytucjonalne, co mentalne, i to nie zawsze po stronie pacjentów, ale często także wśród lekarzy. Część z nich w obawie, że na skutek ewentualnej diagnozy uszkodzenia płodu rodzice mogą zdecydować się na aborcję, nie kieruje kobiet na odpowiednie badania. Zapomina się przy tym, że dzięki nim można wyeliminować jeszcze w okresie prenatalnym pewne poważne schorzenia i części dzieci uratować nie tylko zdrowie, ale i życie4.

Niestety, jak czytamy w raporcie o zdrowiu dzieci, zamówionym przez Rzecznika Praw Obywatelskich, Z opinii specjalistów, towarzystw naukowych (Polskie Towarzystwo Ginekologiczne, Polskie Towarzystwo Pediatryczne), organizacji pozarządowych (Fundacja „Rodzić po Ludzku”), a także z doniesień medialnych, wynika, iż w ostatnich latach pogorszyła się dostępność kobiet ciężarnych i rodzących oraz noworodków do adekwatnej do potrzeb opieki profilaktyczno-leczniczej. Jakczytamy dalej, Od 2001 roku zaprzestano realizacji programu optymalizacji opieki okołoporodowej, od 2003 roku Narodowy Fundusz Zdrowia zaprzestał finansowania świadczeń udzielanych w ramach szkół rodzenia, a także ograniczył do 7 dni od porodu bezpłatną hospitalizację matek karmiących piersią. Opieka profilaktyczna nad ciężarną, szczególnie w pierwszym trymestrze ciąży, jest w wielu rejonach kraju niezadowalająca5.

Zapobieganiu negatywnym procesom rozwojowym nie sprzyja także niski poziom instytucjonalizacji opieki nad dziećmi w wieku przedszkolnym i żłobkowym. Powszechne objęcie nią najmłodszych Polaków mogłoby ułatwić zdiagnozowanie w porę deficytów rozwojowych i zastosowanie środków zaradczych.

Szkoła (zdrowego) życia

Przestrzenią o dużym potencjale w kwestii profilaktyki zdrowia jest szkoła. Powrót medycyny szkolnej byłby sensownym krokiem, ponieważ szkoła to instytucja powszechna, więc umożliwia szerokie objęcie dzieci badaniami. Nie uzależnia ich szans od zamożności czy poziomu świadomości zdrowotnej rodziców, z którymi, jak wiadomo, bywa różnie. Nie wszystkie rodziny są w stanie czy chcą w porę zapewnić dzieciom dostęp do opieki profilaktycznej – raczej istnieje skłonność do udawania się do lekarza dopiero, gdy już wystąpi choroba.

Ryzyko nieobjęcia dziecka profilaktyką zdrowotną jest większe zwłaszcza w środowiskach o niskim kapitale społecznym, gdzie jednocześnie warunki życia mniej sprzyjają zachowaniu zdrowia. Medycyna szkolna mogłaby częściowo łagodzić te nierówności. Niestety w latach 90. zapoczątkowano proces jej likwidacji. Już na początku transformacji ze szkół zniknęli lekarze szkolni. Obecnie mają w nich być przynajmniej pielęgniarki, ale i z tym różnie bywa. Polskie Towarzystwo Pediatryczne apeluje od lat o przywrócenie opieki medycznej do szkół.

Jak stwierdza J. Szymborski, Jeśli dziś powszechnie uważa się, iż jednym z najważniejszych błędów polityki zdrowotnej okresu transformacji w Polsce była rozpoczęta w 1992 r. likwidacja medycyny szkolnej z „wyprowadzeniem” stomatologów i pediatrów ze szkół, to niezrozumiałe staje się niepodejmowanie przez Ministerstwo Zdrowia i Ministerstwo Edukacji Narodowej konkretnych kroków zaradczych6.

Szkoła powinna być wielofunkcyjną instytucją, za pośrednictwem której zaspokajana jest szeroka gama potrzeb dzieci i młodzieży. Aby jednak sprzyjała działaniom profilaktycznym, nie wystarczy obecność gabinetów lekarskich i pielęgniarskich. Konieczny jest także określony przekaz programowy, który rozwijałby u uczniów świadomość zdrowotną, w tym zawierał profilaktykę uzależnień. Szkoła jako instytucja, której racją bytu jest transmisja wiedzy, norm postępowania i kompetencji, wydaje się szczególnie predestynowana, by pełnić te funkcje w odniesieniu do samoopieki zdrowotnej. Pojawiają się wręcz postulaty powołania osobnego przedmiotu, „zdrowia”, który przekazywałby informacje o zdrowiu ludzkim, sposobach dbałości o nie oraz o czynnikach wpływających na jego zdrowie.

Obecnie elementy powyższych zagadnień pojawiają się w ramach innych przedmiotów. Zgodnie z obowiązującą podstawą programową, w przedmioty od godziny wychowawczej po chemię wpisane są wzmianki o aspektach zdrowotnych omawianych zagadnień. Czy to jednak wystarczy? Czy tak duże rozproszenie wiedzy zdrowotnej, przekazywanej zresztą w śladowych ilościach, nie spowoduje, że te informacje nie skupią na sobie odpowiedniej uwagi uczniów? Wprowadzenie wspomnianych treści jest słuszne, ale zapewne należałoby je uzupełnić o mocny akcent w postaci osobnej ścieżki przedmiotowej, która wzbogacałaby i porządkowała wiedzę zdobytą na innych lekcjach. Zdrowie człowieka to pewna całość, nie zaś zbiór wzajemnie niepowiązanych czynników; obecna podstawa programowa chyba nie do końca to uwzględnia.

Trzecim ważnym zadaniem zdrowotnym systemu edukacji (ale nie tylko jego) jest kształtowanie odpowiednich nawyków żywieniowych i sportowych. W krajach rozwiniętych otyłość jest traktowana jako poważna choroba cywilizacyjna, czemu poświęcone zostały raporty OECD na temat strategii profilaktycznych. Pod względem skali występowania tego problemu wśród najmłodszych pokoleń Polska nie jest na szczęście w czołówce, choć zjawisko to występuje również u nas.

Należymy za to do krajów europejskich o najwyższym poziomie niedożywienia dzieci i młodzieży. W odpowiedzi na ten problem podjęto szereg inicjatyw, w tym finansowanych ze środków publicznych. Przykładem jest prowadzony od 2004 r. przez Agencję Rynku Rolnego program „Szklanka mleka”, dotowany przez Unię Europejską. Jego celem jest zapewnienie dzieciom możliwości wypicia codziennie 0,25 l świeżego mleka, a tym samym promocja zdrowego odżywiania7.

W podobnym duchu działa od 2009 r. uruchomiony przez Komisję Europejską program „Owoce w szkole”, finansowany w 75% ze środków unijnych i w 25% z budżetu państwa. Jego adresatami są uczniowie klas I-III szkół podstawowych, a celem długoterminowa zmiana nawyków żywieniowych poprzez zwiększenie udziału owoców i warzyw w codziennej diecie8. Do programu przyłączyło się 8,6 tys. szkół (obejmuje 76% uprawnionych)9.

Cel akcji jest niewątpliwie słuszny, cieszy też jej skala, choć pamiętajmy, że program uruchomiono z inicjatywy UE, nie zaś naszej własnej. Tylko czy żeby dokonać długoterminowej zmiany nawyków wystarczą pierwsze trzy lata edukacji szkolnej? A co z uczniami starszych klas?

Wszystkie wspomniane wymiary – medycyna szkolna, programy żywieniowo-ruchowe, a także oddziaływania na świadomość zdrowotną – powinny stanowić komponenty całościowej polityki zdrowotno-edukacyjnej. Obecnie w Polsce nie tylko nie tworzą one skoordynowanej całości, ale realizacja poszczególnych elementów (zwłaszcza pierwszego z wymienionych) pozostawia wiele do życzenia.

Aby to zmienić, potrzebne jest przestawienie się na myślenie zadaniowe, zamiast resortowego. Celem strategicznym powinno być podniesienie kapitału ludzkiego wśród polskich uczniów w wielu aspektach, stąd potrzeba jeszcze silniejszego współdziałania dwóch głównych segmentów usług publicznych – służby zdrowia i oświaty. Poligonem doświadczalnym dla takiej polityki na większą skalę może okazać się program „Szkoły promujące zdrowie”10. Rozpoczęto go na mocy porozumienia między ministrem zdrowia, ministrem edukacji narodowej oraz ministrem sportu i turystyki w sprawie promocji zdrowia i profilaktyki problemów dzieci i młodzieży z dn. 23 listopada 2009 r. Jak wynika z informacji MEN, dotąd w programie wzięło udział 2000 szkół, spełniając określone kryteria11. W założeniach współpraca ma na celu wypracowanie dobrych praktyk, które następnie zostaną upowszechnione.

Marne szanse?

Profilaktyka i medycyna prewencyjna są kluczowe nie tylko w okresie najbardziej intensywnego rozwoju biologicznego i poznawczego, ale także w późniejszych fazach życia. Dziś mówi się o uczeniu przez całe życie, a kolejne publikacje z zakresu polityki społecznej próbują opisywać sytuację społeczną człowieka, uwzględniając zmienność jego potrzeb i możliwości na kolejnych etapach życia. Tworzenie zachęt do indywidualnej prewencji zdrowotnej i profilaktyki jest jednak trudne w odniesieniu do osób, które wyszły już z głównego systemu edukacji. Pojawiają się także dodatkowe bariery, związane z kształtem stosunków społecznych, w tym stosunków pracy.

Po pierwsze, realne możliwości powszechnego dbania o swoje zdrowie ogranicza fakt, że Polacy pracują średnio więcej niż mieszkańcy innych krajów Unii. Oznacza to, że mają mniej czasu i energii, by regularnie chodzić na badania czy prowadzić zdrowy, systematyczny tryb życia. Dodatkowo, ze względu na niski poziom instytucjonalizacji opieki nad osobami zależnymi, część zatrudnionych musi po pracy angażować się w powinności rodzinne w stopniu większym niż w wielu innych krajach. Prowadzi to do przeciążenia, a z drugiej strony do jeszcze większego skurczenia zasobów czasowych, które można wykorzystać na aktywność profilaktyczną.

Problemy te pogłębia niewielka skłonność pracodawców do takiego kształtowania czasu pracy, które jest korzystne dla pracownika. Niewielka elastyczność i sztywne godziny pracy sprawiają, że nie zawsze łatwo jest wygospodarować czas, by poddać się badaniom.

Osobny problem stanowi szczególny rozkwit w Polsce pozakodeksowych form zatrudnienia, powodujący rodzenie się warstwy określanej mianem prekariatu. O ile Kodeks pracy nakłada na pracodawcę obowiązek skierowania pracownika na badania profilaktyczne (wstępne, okresowe i kontrolne), zaś na pracownika – poddania się nim, o tyle wspomniane przepisy nie dotyczą osób zatrudnionych na umowy cywilne. Zazwyczaj nie obejmują ich również szkolenia BHP, co zwiększa zagrożenie dla ich (i nie tylko ich) zdrowia. Jednocześnie pracownicy ci pozbawieni są możliwości korzystania z urlopów, w tym zdrowotnych. W efekcie tląca się w organizmie choroba często może nie zostać zduszona w zarodku, tylko rozwinąć się u osób, które choć nie są zdrowe, to pracują (co nieraz zagraża także zdrowiu współpracowników). Mechanizm ten idzie zupełnie pod prąd idei profilaktyki, wczesnego reagowania i leczenia.

Czy możemy zatrzymać demontaż stosunków pracy opartych na umowie o pracę – to pytanie godne obszernej rozprawy. Być może niekorzystną sytuację mogłaby częściowo łagodzić moda na tzw. społeczną odpowiedzialność biznesu (CSR), a w ramach tego finansowanie pracownikom np. rodzinnych karnetów na basen lub szkoleń w zakresie profilaktyki określonych chorób12. Wprowadzenie takich działań na szerszą skalę będzie możliwe, jeśli pracodawcy zrozumieją, że nie tylko podnoszą one prestiż firmy, ale także zwiększają wydajność pracowników oraz ich przywiązanie do przedsiębiorstwa. Pytanie tylko, czy w ramach współczesnego kapitalizmu, w którym dominuje paradygmat uelastyczniania stosunków społecznych, powszechny może być model pracownika zachowującego przez lata zatrudnienie w tym samym przedsiębiorstwie i wiążącego z nim swą tożsamość. Elastyczny rynek pracy powoduje, że stosunki pracodawcy i pracownika mają niezbyt trwały charakter i w związku z tym motywacja do inwestowania w zatrudnionych jest niewysoka.

Abstrahując od tego, w jakim stopniu w ramach globalnej konkurencji ograniczanie zjawiska prekariatu leży w zasięgu możliwości podmiotów gospodarczych czy systemów krajowych, nietrudno dostrzec, że jest ono niekorzystne z punktu widzenia zdrowia pracownika i jego samoopieki zdrowotnej. Już sam fakt ciągłej niepewności o zachowanie pracy lub znalezienie następnej – przy skromnym zakresie działań kompensacyjnych ze strony publicznego zabezpieczenia społecznego – musi generować stres i oddziaływać niekorzystnie na zdrowie, a także na możliwości konsekwentnego dbania o nie. Aby móc świadomie kształtować swoje życie, co wymaga pewnej systematyczności, potrzeba minimum stabilizacji.

***

Po prześledzeniu powyższych zależności, aż ciśnie się na usta marksowska teza o determinowaniu świadomości przez byt. Przy obecnej sytuacji zawodowo-społecznej dużej części ludności zadowalająca świadomość zdrowotna ma niewielkie szanse szybko wykiełkować, zwłaszcza że jest słabo obecna w naszej kulturze. Jednocześnie barierą jest dezinstytucjonalizacja polityki społecznej na wielu polach. Część instytucji przez dwie dekady transformacji zmniejszyła zakres podmiotowy (przedszkola, żłobki, Kodeks pracy), część zaś, zachowując charakter powszechny, zmniejszyła zakres swoich funkcji (np. szkoła w kontekście opieki medycznej). Owa dezinstytucjonalizacja nie prowadzi – jak utrzymywali niektórzy – do „uspołecznienia”, lecz raczej do zmniejszenia możliwości realizacji praw społecznych. Widać to także na przykładzie prewencji zdrowotnej.

Powracamy tu do problemu poruszonego na początku: na ile mała obecność profilaktyki w Polsce jest kwestią indywidualnych wyborów obywateli, na ile rezultatem kulturowo-historycznych doświadczeń, do jakiego zaś stopnia skutkiem niekorzystnych uwarunkowań społeczno-ekonomicznych oraz instytucjonalnych? Zasygnalizowane procesy pokazują, że ta ostatnia grupa czynników powinna być w centrum naszego zainteresowania, jeśli chcemy zbadać głębsze bariery dla zastosowania profilaktyki zdrowotnej na szerszą skalę.

Rafał Bakalarczyk

Przypisy:

1 Danuta Seredyńska, Badania profilaktyczne jako element zachowań zdrowotnych (doniesienie z badań) [w:] Maria Kuchcińska (red.), „Zdrowie człowieka i jego edukacja gerontologiczna”, Bydgoszcz 2004, s. 25.

2 Tamże, s. 23.

3 Por. Rafał Bakalarczyk, Zdrowy rozsądek zza morza, „Obywatel” nr 2(49)/2010.

4 Por. Martyna Bunda, Badania prenatalne. Nakazać czy zakazać?,„Polityka”, 22 sierpnia 2009 r.

5 Zdrowie dzieci i młodzieży w Polsce, raport RPO, Warszawa 2008.

6 Janusz Szymborski, Zdrowie – zapomniany priorytet, „Polityka Społeczna”, wrzesień 2009.

7 http://www.mlekowszkole.pl/index.php?show=szklanka&dzial=program

8 http://www.owocewszkole.com/

9 Owoce i warzywa przy szkolnej tablicy, „Dziennik Gazeta Prawna”, 6-8 maja 2011 r.

10 http://www.ore.edu.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=556&Itemid=1105

11 http://www.men.gov.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=1846%3Aszkoa-promujca-zdrowie&catid=119%3Aycie-szkoy-aktualnoci&Itemid=2

12 Szerzej kwestię CSR w kontekście zdrowia omawia Anna Daria Nowacka w tekście Społeczna Odpowiedzialność Biznesu a zdrowie [w:] Małgorzata Bonikowska, Mirosław Grewiński (red.), „Usługi społecznie odpowiedzialnego biznesu”, Warszawa 2011.

Udział na niby

A mury rosną

Przez stulecia mury obronne chroniły mieszkańców miast przed najeźdźcami. Dziś przebiegają wewnątrz nich. Oddzielają „młodych i przedsiębiorczych” od „nieudaczników”.

III RP(A)

Polska na tle większości państw europejskich zdecydowanie wyróżnia się liczbą zamkniętych osiedli. Z kolei na tle naszego kraju szczególną pozycję zajmuje Warszawa, gdzie już cztery lata temu było ich ponad 400. Dla porównania, w Berlinie jest tylko jeden taki obiekt, a w Paryżu – trzy. Aż 60% warszawiaków chce mieszkać na zamkniętym osiedlu, a w Trójmieście taką potrzebę deklaruje 1/3 mieszkańców.

Generalnie, w całej Europie Środkowej uwidacznia się popularność takich inwestycji. Jednak to Polska jest nieformalnym liderem. Na zachód od Odry nieco więcej jest ich w Wielkiej Brytanii, ale tamtejsze samorządy podjęły działania uniemożliwiające ich powstawanie przez wymuszenie na deweloperach zasady „bezpieczeństwa przez projekt” (będzie jeszcze o tym mowa); podobna polityka prowadzona jest w Holandii. Dużą popularnością cieszą się natomiast „zony” w USA i Ameryce Łacińskiej. Aż 1/3 terytorium Sao Paulo jest zamknięta, 2 mln ludzi pracuje w ochronie (policjantów jest niespełna 500 tys.). Krajem szczególnie obfitującym w ten specyficzny rodzaj gett jest RPA, gdzie poza podziałem na bogatych i resztę dochodzi spadek po apartheidzie. Oprócz tego możemy je zaobserwować w krajach Trzeciego Świata.

Miasto u samych podstaw było tworem otwartym. Mieszkańców łączyła wspólnota interesów i zarządzania przestrzenią. Świat zewnętrzny był obcy, wewnątrz były prawa i obowiązki. Kiedy w środku powstaje enklawa, dotychczasowy układ zostaje zaburzony – tłumaczy dr hab. Jan Skuratowicz z Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, specjalista w dziedzinie zabudowy rezydencjonalnej.

W przeszłości całe kwartały bywały zamieszkane przez przedstawicieli jednego zawodu lub ludzi o podobnym stopniu zamożności. Wynikało to jednak z przyjętej tradycji lub miało uzasadnienie praktyczne. Poszczególne części miasta nie były od siebie odcięte, a mieszkańcy mogli się między nimi swobodnie przemieszczać. Dziś w dużych i średnich miastach coraz częściej jest inaczej.

O osiedlu zamkniętym możemy mówić wówczas, gdy za ogrodzeniem, z ograniczeniem dostępu, znajduje się kawałek terenów publicznych, jak ulica, sklep czy plac zabaw – informuje dr Jacek Gądecki z Katedry Socjologii Ogólnej i Antropologii Społecznej AGH, autor książki „Za murami. Osiedla grodzone w Polsce – analiza dyskursu”.

Gdy takie osiedla pojawiały się w kolejnych polskich miastach, zwykle były witane entuzjastycznie. Media widziały w nich kolejny etap rozwoju, „doganianie Zachodu”. W tym samym czasie krytyczne uwagi pod adresem „polskiego fenomenu” wnosili… niemieccy badacze miast.

Wyspy bezpieczeństwa?

Pierwsze takie obiekty powstawały w latach 60. w Stanach Zjednoczonych. Były to swoiste oazy dla emerytów, którzy nie akceptowali zachodzących zmian, zwłaszcza związanych z młodzieżową rewoltą. W ten sposób chcieli obronić swój styl życia. Nie były one chronione przez strażników – strzegły ich płoty i oddalenie od właściwego miasta. Zjawisko nasiliło się dwadzieścia lat później na fali przestępczości i wojen gangów, jakie przetoczyły się przez USA. Wówczas pojawiły się osiedla strzeżone, na których wzorowane są ich polskie odpowiedniki.

Głównym deklarowanym powodem zamieszkania na zamkniętym osiedlu jest właśnie poszukiwanie bezpieczeństwa. – Ten czynnik był najczęściej wymieniany przez uczestników targów mieszkaniowych, wśród których prowadziłam badania. Tuż za nim było: mieszkanie na osiedlu zamkniętym. To wartość sama w sobie – mówi dr hab. Maria Lewicka, kierująca Katedrą Psychologii Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego. Przekonanie o konieczności zapewnienia sobie ochrony wynika m.in. z braku wiary Polaków w państwo i jego służby. – Wówczas pojawia się chęć fizycznego odcięcia się od złego otoczenia, by zapewnić sobie poczucie kontroli – uważa dr Gądecki. – Trudna historia sprawiła, że policjanta często postrzegamy jako organ represji, nie darzymy go szacunkiem – uzupełnia Jan Skuratowicz.

Czy przeprowadzenie się do ogrodzonego i strzeżonego bloku rozwiązuje problem? – Przeświadczenie, że mieszkanie na takim osiedlu zapewnia bezpieczeństwo, jest dość złudne. Statystyki, choć dość wyrywkowe, pokazują, że jest inaczej – zwraca uwagę prof. Bohdan Jałowiecki, socjolog z Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych UW. – Naprawdę duże osiedla właśnie kiedy są zamknięte, stają się niebezpieczne dla swoich mieszkańców. Na wewnętrzne zagrożenia wskazują m.in. badania przeprowadzone w USA. Również w Polsce mamy pierwsze jaskółki zagrożeń „od środka”. Niedawno w Poznaniu doszło do serii podpaleń samochodów w garażach. Sprawcą okazał się ochroniarz. Wcześniej między mieszkańcami doszło do wojny o miejsca parkingowe, toczonej na spuszczane z kół powietrze i wezwania straży miejskiej do nieprawidłowo zaparkowanych aut.

Pojawiają się zorganizowane grupy, wyspecjalizowane we włamaniach na zamkniętych osiedlach. Jacek Gądecki przytacza przykład mężczyzny, który pomógł dwóm innym załadować telewizor do furgonetki, myśląc, że pomaga sąsiadowi się wyprowadzić. – Dopiero gdy odjechali, zdał sobie sprawę, że przypominał jego własny – opowiada naukowiec i wspomina, że na początku pobytu w Krakowie wynajmował mieszkanie w grodzonym apartamentowcu, w którym został okradziony. – Ludziom się wydawało, że w takim miejscu są bezpieczni. Zostawiali na korytarzach wózki czy rowery i te rzeczy ginęły.

Zdarza się, że szajki używają specjalistycznych urządzeń, znajdujących się na wyposażeniu straży pożarnej, by np. wystawić z zawiasów drzwi antywłamaniowe. Co więcej, osiedla są najczęściej strzeżone przez ochroniarzy najniższej rangi, bardzo słabo opłacanych, a więc podatnych na korupcję; bywa, że współpracują z gangami. – Bardziej niż o bezpieczeństwie możemy mówić o poczuciu bezpieczeństwa. Ludzie, kupując mieszkania na takich osiedlach, nabywają raczej wyobrażenia niż realny produkt – kwituje naukowiec z AGH.

Praktyka pokazuje, że o wiele większy wpływ na bezpieczeństwo ma architektura niż ogrodzenie. Przykładem jest koncepcja „bezpieczeństwa przez projekt”, polegająca na projektowaniu miasta w taki sposób, by nie było w nim ciemnych zaułków. Mieszkańcy wyglądający z okien powinni mieć dobry widok na to, co dzieje się w okolicy. Całość powinna być dobrze oświetlona, z dużą ilością przestrzeni wspólnej, z zielenią i ławeczkami, sprzyjając integracji mieszkańców podczas spacerów i lokalnych imprez, organizowanych przez rady osiedli lub administrację.

Pierwsze osiedla zgodne z tą filozofią zbudowano w Siechnicach pod Wrocławiem oraz w Szczecinie, podobne zaczynają powstawać w Warszawie. Chuligani czy wandale raczej nie pojawiają się w takich miejscach, nie czują się w nich dobrze. – Badania prowadzone przez Katarzynę Zaborską pokazują, że te osiedla zapewniają wyższy poziom bezpieczeństwa, a jednocześnie zwiększają identyfikację z miejscem i polepszają relacje sąsiedzkie. A najlepszym gwarantem bezpieczeństwa jest dobry sąsiad – podkreśla Maria Lewicka. – Tymczasem im więcej płacimy za mieszkanie w „bezpiecznym miejscu”, tym mniejsze zaangażowanie w naturalną kontrolę społeczną i zainteresowanie tym, co dzieje się u sąsiadów – podsumowuje dr Gądecki.

Niestety, wspólnych przestrzeni brakuje nie tylko w odciętych „zonach”, ale także na niegrodzonych osiedlach, powstających według widzimisię deweloperów. Tworzenie przyjaznych przestrzeni zawsze podnosi koszty, które ciężko przerzucić na nabywcę.

Szumowiny, czyli my wszyscy

Mieszkańcy nowo powstałych osiedli zamkniętych są najczęściej młodzi (średnia wieku poniżej 35 lat), wykształceni, zatrudnieni na dobrych posadach. Wiemy też, że w miejscu zamieszkania spędzają niewiele czasu. – Nie wiadomo, czy czują się tam źle, czy też daje o sobie znać wpływ czynników socjodemograficznych. Prowadzą bowiem odmienny tryb życia od przeciętnego robotnika czy osoby o licznych kontaktach lokalnych – zastrzega dr hab. Lewicka.

Wiele ich codziennych zachowań wskazuje na to, że czują się lepsi od mieszkańców „świata zewnętrznego”. Opryskliwe traktują np. doręczycieli ulotek. Ci ostatni w Internecie skarżą się na „panów zza płotów”, którzy nierzadko witają wyzwiskami ludzi chcących jedynie wykonać swoją pracę. Na problemy natknęli się także studenci robiący ankiety wśród mieszkańców takich miejsc – potencjalni rozmówcy nie tylko odmawiali, lecz nawet przeliczali swój czas na pieniądze i byli gotowi odpowiedzieć na pytania za 300-500 zł.

Rezydentka jednego z bogatych stołecznych osiedli skarżyła się, że musi na siłę organizować nastoletniemu dziecku sieć kontaktów, bowiem nie przewidziano miejsc sprzyjających integracji najmłodszych mieszkańców. Jest tylko pół boiska do koszykówki, tak usytuowanego, że gdy dzieci zaczynały grę, pogłos powodował telefon sąsiadów do ochrony. Kobieta wozi więc syna po całym mieście na różne zajęcia. Plac zabaw na osiedlach zamkniętych lub półzamkniętych okazuje się nierzadko wygrodzoną klitką, w obrębie której dzieci nie mogą swobodnie biegać.

Jaki sens mają mikroprzestrzenie o ograniczonym dostępie? Prof. Jałowiecki: Dają poczucie pewności, że nasza pociecha nie spotka się z jakimś „niesłusznym” dzieckiem i nie nabierze złych nawyków. Dr hab. Lewicka dodaje: Ta sama motywacja każe wozić dzieci do szkoły na drugim końcu miasta, choć w okolicy mamy całkiem przyzwoitą placówkę. To bardzo groźne dla dzieci tych mieszkańców. Wychowywane są w enklawach, odcięte od reszty społeczeństwa. Człowiek dorastający w takich warunkach obawia się spotkania z innymi ludźmi.

Konsekwencją strachu jest postrzeganie świata przez pryzmat stereotypów oraz brak zaufania do przedstawicieli innych grup, co uniemożliwia współpracę. – W Polsce mamy najniższy w Unii Europejskiej stopień zaufania do innych ludzi. Nasze badania wykazały, że jest to główna przesłanka potrzeby zamykania się – wyjaśnia Maria Lewicka. – Konsekwencją będzie dezintegracja społeczeństwa – ostrzega Bohdan Jałowiecki.

Rezydenci zamkniętych osiedli rzadko przyznają się, że o wyborze miejsca zamieszkania zadecydowały inne powody niż poszukiwanie bezpieczeństwa czy ładne, zadbane otoczenie. Tymczasem ważną, nierzadko zapewne najważniejszą, rolę odgrywa łączący się z nim prestiż. – Podkreślają w ten sposób swój sukces materialny – uważa Jałowiecki. Prowadzi to do silnych podziałów klasowych, nawet w obrębie spójnej, wydawałoby się, grupy. Najlepszym przykładem jest Marina Mokotów, której mieszkańcy najpierw odgrodzili się od innych warszawiaków, a następnie „jeszcze bogatsi” oddzielili się od bogatych.

Obserwujemy przyspieszone wchodzenie w poszczególne klasy społeczne. W kolejnych latach przypisanie do nich będzie coraz silniejsze i bardzo świadome. Nie będzie już możliwe mówienie o „kolegach z podwórka” jak w ostatniej kampanii prezydenckiej – uważa Jacek Gądecki. Pogardę już „odciętych” względem pozostających po zewnętrznej stronie muru najlepiej widać na zapewniających anonimowość forach internetowych. Panują na nich określenia: „blokersi”, „żule”, „szumowiny” czy wręcz „podludzie”, a świat poza osiedlem określany jest jako „syf za płotem”. Nic dziwnego, że w odpowiedzi pojawia się niechęć, zawiść, a w końcu wrogość. Ciekawa jest w tym kontekście historia przytaczana przez Marię Lewicką: dzieci z otwartego osiedla przedostały się na zamknięty plac zabaw. Początkowo rówieśnicy z osiedla grodzonego się ucieszyli, bo było ich niewielu i nagle zyskali kompanów do zabawy. Rozpoczęła się gra w piłkę. Wszystko było dobrze, póki „lepsze” dzieci nie zaczęły przegrywać. Wówczas jedno z nich poszło po ochronę i kazało wyprosić intruzów.

Miasto szeroko zamknięte

Osiedla zamknięte fatalnie wpływają na miasto, które staje się zbiorem oddzielnych wysp – uważa architekt Jerzy Gurawski, wykładowca Politechniki Poznańskiej. – Ci, którzy zostają na zewnątrz, są uważani za potencjalnie niebezpiecznych.

Odpowiedzią na sąsiedztwo nowo powstałego, odciętego terenu, bywa wtórne grodzenie starych osiedli. Przyczyną jest chęć odwetu: skoro oni nas nie chcą, to my ich też nie chcemy u siebie. Częściej jednak wymusza je proza koegzystencji: mieszkańcy elitarnych enklaw chętnie korzystają z dóbr przeznaczonych dla „plebsu”. Zostawiają auta na sąsiednich terenach – bo „u nich” deweloper zaplanował zbyt małą liczbę miejsc parkingowych, za które dodatkowo trzeba zapłacić. Wyprowadzają psy na spółdzielcze trawniki – bo nie wypada, by ich pupilek załatwiał się na prywatnych. Przyprowadzają dzieci na place zabaw, które w nowobogackiej przestrzeni często są zbyt małe.

Obawy o żerowanie przez „lepszych” na cudzym-wspólnym mieli mieszkańcy Spółdzielni Budowlano-Mieszkaniowej Politechnika w Warszawie, którzy w pierwszej chwili po wybudowaniu luksusowej Mariny Mokotów chcieli się odgrodzić od nowego sąsiedztwa. Płot póki co nie powstał, ale jeśli z Mariny zostanie wybudowany nowy wyjazd, ukierunkowany na środek starej zabudowy, nie wykluczają sięgnięcia po to rozwiązanie.

W grodzeniu przestrzeni istotną rolę odgrywają władze lokalne. – To skandal, że do tego dopuszczają – prof. Jałowiecki nie zostawia suchej nitki na samorządowcach. Takie praktyki można bowiem znacznie ograniczyć odpowiednimi zapisami planu zagospodarowania przestrzennego. Problem w tym, że większość miast sporządziło takie plany dla zaledwie kilku procent powierzchni. Ponieważ zaś ich nie ma – lub są tworzone „pod inwestorów” – powstaje olbrzymi chaos urbanistyczny, przyspieszający tworzenie kolejnych osiedli zamkniętych. I koło się zamyka.

Paradoksalnie władze często widzą dobry interes w dogadaniu się z deweloperem, w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. Cieszą się, że inwestor pociągnie kawałek asfaltu i wodociągu, albo obok swoich budynków postawi kino. Dla porównania: pod czeską Pragą stanęło grodzone osiedle. Samorząd był przeciw, odmówił jego oznakowania i podzielenia działki. W efekcie, wszyscy mieszkańcy byli zameldowani pod jednym adresem, co stało się przyczyną poważnych perturbacji. W ich wyniku przedsiębiorca musiał spuścić z tonu.

Utrudnić grodzenie można także przy użyciu innych przepisów, np. egzekwując prawo wodne – w Warszawie i Poznaniu niektóre osiedla dochodzą do samej rzeki, do której w świetle ustaw powinien być zachowany swobodny publiczny dostęp. Sprawdzić by się mogły również przepisy przeciwpożarowe. Powszechnym problemem dla służb ratunkowych jest utrudniony dostęp na zamknięty teren. Pierwszy kłopot to znalezienie wjazdu, zwłaszcza w przypadku nowych obiektów. Nawet jeśli ratownicy wiedzą, którędy dostać się do środka, często oznacza to konieczność nadłożenia drogi i utratę bezcennego czasu. Zdarza się też, że muszą dzwonić do alarmującego, by raczył zejść otworzyć bramę, którą można uruchomić tylko pilotem.

Płot jest osobną budowlą, na którą urzędnicy nie muszą się godzić. – Niestety, władze miejskie w Polsce nie są szczególnie operatywne ani sprawne. Wszyscy widzimy, jak wyglądają nasze miasta – zżyma się prof. Jałowiecki. Maria Lewicka dodaje, że niewielu polskich samorządowców i urzędników potrafi myśleć o mieście jako całości. – Skutkuje to gettoizacją od razu w bardzo ostrej formie – kwituje Gądecki.

Ciekawe, że polskie strefy luksusu często odbiegają od zachodnich norm. Większość apartamentowców nie spełnia standardów tego typu obiektów. Zamierzony efekt osiąga się przez ogrodzenie i strażnika, dających poczucie prestiżu, co pozwala na cięcie kosztów przy jednoczesnym windowaniu cen za metr. Z drugiej strony, trudno nabyć mieszkanie na rynku pierwotnym, które nie posiadałoby przynajmniej ogrodzenia i podwójnego zabezpieczenia domofonami.

Mury i ochroniarze sprawiają, że coraz częściej mieszkańcy stref zamkniętych domagają się zwolnienia z podatków lokalnych. Administratorom czy deweloperom nie przeszkadza to jednak domagać się od samorządów np. poszerzenia dróg prowadzących do osiedli. – W Dreźnie to inwestor musi zapewnić dojazd – inna rzecz, że na grodzenie nie dostałby zezwolenia. W Polsce inwestorzy są silniejsi od władz i to oni dyktują warunki – wyjaśnia dr hab. Skuratowicz. – U nas obowiązuje myślenie: zapłaciłem za ekskluzywne mieszkanie w ładnej okolicy, to mi się należy. Tymczasem gdy w Norwegii rozpisano referendum w sprawie obniżenia podatków – obywatele zagłosowali przeciw, bo wiedzą, że coś z nich dostają, że przyczyniają się one do dobra wspólnego – podsumowuje dr hab. Lewicka.

Warto jednocześnie pamiętać, że odcięcie się od otoczenia bywa bronią obosieczną. – To oni mają problem, bo nie mogą się przedostać na naszą część. Nawet do szkoły czy kościoła muszą chodzić naokoło – wyjaśnia Zbigniew Staroń, prezes wspomnianej spółdzielni Politechnika. – Nasi mieszkańcy już się przekonali, że nie ma tam po co chodzić. Teraz to tamtym zależy, by dostać się do nas.

Wilki u bram

Pojawiają się inicjatywy pomysłowo krytykujące nowy trend. Jedną z pierwszych i ciekawszych było zamknięcie łańcuchami przez warszawskie środowiska kontrkulturowe bram czterech osiedli na Kabatach we wrześniu 2006 r. Łańcuchom towarzyszyła informacja, że poza enklawą (nowo)bogactwa znajduje się Teren nie-prywatny (publiczny, niestrzeżony). ZAKAZ WSTĘPU. Grozi spotkaniem z biednym, chorym lub brudnym.

Pomimo deklaracji organizatorów happeningu, że akcja ma charakter czysto symboliczny – łańcuchom celowo towarzyszyła maleńka kłódka, by nie sprawić nadmiernych utrudnień spieszącym się rano do pracy – doszło do nerwowych reakcji, dzwonienia po ochronę i biegania strażników od bramy do bramy z nożycami do metalu.

Dwa lata później, szwajcarski artysta San Keller, zszokowany ilością warszawskich „twierdz”, poprowadził „watahę wilków” pod ich bramy. Ponad dwadzieścia osób wyło pod Mariną Mokotów, Rezydencją nad Potokiem, na Kopie Cwila oraz u wrót Eko Parku. Keller tłumaczył później, że wilki w naszej świadomości symbolizują zagrożenie, ale są też symbolem wolności, oraz że podobnie jak ludzie tworzą społeczność, którą zamknięte osiedla niszczą. Na „zaatakowanych” osiedlach ochrona w pośpiechu zamykała bramy i wzywała posiłki. Zaskoczeni mieszkańcy nie mogli się dostać do swych bastionów ani się z nich wydostać. Happening przebiegał spokojnie, a „wilki” zamilkły o 22.00, by uszanować ciszę nocną.

***

W średniowieczu każdy mieszkaniec miał prawo do miasta i obowiązki wobec niego. Żebrak miał prawo do stopnia przed kościołem, do dachu w przyklasztornym przytułku, ale i obowiązek jego obrony w przypadku napaści. Obcy wchodzący do miasta musieli zapłacić. – Problem w tym, że dzisiejsi mieszkańcy używają miasta, ale w nim nie mieszkają. Myślą o nim w kategoriach archipelagów, a co za tym idzie, nie wykazują dbałości o wspólną przestrzeń – podsumowuje dr Gądecki.

W Polsce nastała era grodzenia. Odcinamy się od świata i od innych ludzi, nawet bliskich. Dla porównania, w Skandynawii nie tylko nie grodzi się fragmentów miast, ale nawet pojedyncze domostwa bardzo często nie posiadają choćby symbolicznego płotu. Niestety, mimo iż tyle się mówi o „doganianiu” czy „naśladowaniu” Europy, bliżej nam pod tym względem do Afryki lub Ameryki Południowej niż do zamożnych krajów europejskiej Północy.

Udział na niby

Pracownicy gorszej Europy

W państwach naszego regionu pracownicy protestują mniej, za to pracują więcej niż na Zachodzie.

Europejska Fundacja na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy (Eurofound) prowadzi projekt Europejskie Obserwatorium Stosunków Przemysłowych (EIRO). W jego ramach gromadzone są dane umożliwiające analizę porównawczą natężenia konfliktu przemysłowego oraz treści regulacji i układów zbiorowych we wszystkich państwach członkowskich Unii Europejskiej i Norwegii.

Choć nie wszędzie obowiązują identyczne standardy i definicje, a dane są niekompletne, lektura raportów EIRO dostarcza interesującej wiedzy i uzmysławia wyraźne różnice pomiędzy „starą piętnastką” a nowymi członkami Wspólnoty. Dwie z nich chciałbym omówić. Pierwsza obejmuje skalę i przyczyny protestów pracowniczych, druga zaś wymiar czasu pracy. Przywoływane dane odnoszą się do 2009 r., choć autorzy podali również statystyki z poprzednich lat, aby umożliwić uchwycenie trendów.

Protest niejedno ma imię

Raport pt. „Developments in industrial action 2005-2009” poświęcony jest akcjom protestacyjnym – szczególnie tym, które przyniosły pracodawcom straty z tytułu odejścia pracowników od stanowisk. Za podstawę analizy przyjęto liczbę roboczych dni straconych w ciągu roku w przeliczeniu na 1000 zatrudnionych.

Dane zgromadzone przez EIRO nie mogą być kompletne. W przypadku niektórych państw zostały uzyskane w sposób, który uniemożliwia stuprocentową porównywalność. Wynika to przede wszystkim z braku uzgodnionych międzynarodowo definicji strajków i innych akcji protestacyjnych. Przykładowo, we Francji jako strajk nie zostanie zakwalifikowany protest w firmie zatrudniającej mniej niż 10 pracowników. W Niemczech i Wielkiej Brytanii taka właśnie liczba osób musi wziąć udział w akcji, by została ona ujęta w statystykach, zaś w Austrii odnotowuje się tylko legalne strajki. W Portugalii wyłącza się ze statystyk protesty organizowane przez pracowników administracji publicznej. Wreszcie, nie istnieją wspólne ustalenia co do minimalnego czasu trwania akcji protestacyjnej.

Porządek panuje w Polsce

Przeglądając dane dla poszczególnych państw w kolejnych latach, dochodzi się do wniosku, że wysokość interesującego nas wskaźnika wykazuje istotne zróżnicowanie geograficzne, brak natomiast wyraźnych prawidłowości, jeśli chodzi o jej zmiany w czasie.

Wyraźny trend wzrostowy dało się zaobserwować między 2005 i 2009 r. w Hiszpanii: w kolejnych latach gospodarka tego kraju straciła 40,2; 47,1; 58,1; 73,9 oraz 82,7 dni roboczych w przeliczeniu na 1000 pracowników. W pozostałych państwach w tym okresie występowały silne wahania – po okresie wzrostów następował spadek lub odwrotnie. Różnice między kolejnymi pomiarami są często duże, nawet do dwóch rzędów wielkości. Przykładowo, w Danii po trzech latach umiarkowanych strat na poziomie 20-30 dni rocznie, nastąpił rekordowo duży skok aż do 701,2 dni (najwyższy wynik spośród wszystkich analizowanych państw), podczas gdy kolejny, 2009 r. był wyjątkowo „pokojowy” – w gospodarce doszło do straty jedynie 6 dni roboczych w przeliczeniu na 1000 zatrudnionych.

Wyraźny wzrost statystyk może zostać spowodowany nawet przez jedną i skoncentrowaną w nielicznych segmentach gospodarki, ale długotrwałą i intensywną akcję protestacyjną. Tak było właśnie w Danii, gdzie w 2008 r. doszło do dwumiesięcznego strajku pielęgniarek, opiekunek domowych oraz wychowawców dzieci i młodzieży.

Wyciągnięcie dla poszczególnych państw średniej z kolejnych lat unaocznia bardzo wyraźną prawidłowość. Średnia dla 25 analizowanych krajów (brak danych dla Bułgarii, Czech i Grecji) to 30,6 straconych dni roboczych na 1000 pracowników. Przy czym średnia dla „piętnastki” i Norwegii wynosi 43,6, zaś dla 12 nowych państw UE – tylko 11 dni. Najwyższe wyniki, przekraczające średnią dla „piętnastki”, uzyskały: Dania (159,4), Francja (132), Belgia (78,8), Finlandia (72,9) i Hiszpania (60,4). Są jednak również państwa „starej” Unii, które wykazują bardzo niski poziom strat wywołanych otwartym konfliktem przemysłowym. Należą do nich Austria (0), Luksemburg (4,1), Holandia (5,7), Niemcy i Szwecja (po 6,2). Państwa te uzyskały wyniki niższe niż średnia dla nowych państw członkowskich.

Bardzo niskie straty zanotowano we wszystkich postkomunistycznych państwach Europy Środkowo-Wschodniej, podczas gdy Cypr i Malta osiągnęły wyniki „zachodnioeuropejskie”. Być może wynika to ze specyfiki regionu śródziemnomorskiego, w którym dość powszechnie występują stosunkowo wysokie straty. Poza wymienioną wcześniej w grupie najbardziej dotkniętych protestami państw Hiszpanią, również Włochy notują relatywnie wysoką średnią (34,8), co sytuuje je na 9. miejscu, zaraz za Irlandią, a przed Wielką Brytanią i Norwegią. Brak niestety szczegółowych danych dla Grecji, jednak z innych źródeł można wnioskować, że uzyskałaby ona raczej wysoką pozycję w zestawieniu.

Wśród państw naszego regionu wszystkie poza Słowenią uzyskały wynik poniżej 10. W Polsce tracono średnio 6,5 dnia roboczego na 1000 pracowników rocznie. Nieco bardziej aktywnie od nas protestowali Litwini.W pozostałych dwóch republikach nadbałtyckich oraz na Słowacji straty mieściły się w przedziale 0-2 dni roboczych rocznie.

Nie będzie chyba dużym zaskoczeniem, że to spory o wysokość płac stanowiły najczęstszą przyczynę straty dni roboczych w badanych krajach. Były one podstawową kwestią, którą uzasadniano prowadzenie akcji protestacyjnych w Polsce w latach 2005-2007, jako główną wskazano je w przypadku Francji, Litwy, Portugalii, Rumunii i Wielkiej Brytanii. Z kolei tylko na Cyprze, w Hiszpanii i Holandii płace nie występowały wśród głównych przyczyn, dla których pracownicy opuszczali swoje stanowiska. Kraje te trapiły przede wszystkim problemy z zawarciem porozumień zbiorowych bądź ich zrywanie, względnie kwestie „nie związane z rokowaniami zbiorowymi” – ta kategoria w odniesieniu do Hiszpanii obejmuje m.in. kwestie restrukturyzacji, redukcji miejsc pracy, organizacji pracy, zdrowia i bezpieczeństwa, zwolnień, dyscypliny, naruszeń umów oraz niewypłaconych wynagrodzeń. Ta grupa przyczyn jako szczególnie istotna wskazana została jeszcze m.in. w odniesieniu do Rumunii oraz naszego kraju. W przypadku Polski jako protesty z przyczyn „wykraczających poza definicję rokowań zbiorowych” wskazano spory związane z problematyką reform i prywatyzacji, które w 2008 r. stanowiły nad Wisłą najczęstsze źródło pracowniczego sprzeciwu. Nasi pracownicy prowadzili zmagania również w bardziej powszechnie konfliktogennych w skali Europy sprawach, takich jak warunki pracy czy prawa związków zawodowych.

Mateczniki oporu

W zbadanych państwach największą liczbę dni roboczych stracono wskutek akcji protestacyjnych w sektorze produkcji przemysłowej, zwłaszcza w branży metalowej (szczególna koncentracja strajków w kolejnych latach miała miejsce w Czechach i we Włoszech). Na drugim miejscu znalazły się usługi publiczne: edukacja, opieka zdrowotna, opieka społeczna i administracja publiczna. Protesty w tym sektorze były częste m.in. w Bułgarii, Danii, na Słowacji i na Węgrzech. Na kolejnym miejscu ulokował się transport i komunikacja – powtarzające się problemy w tej branży notowano we Francji. Sektor usług świadczonych przez podmioty prywatne był stosunkowo mniej narażony na straty, choć te również miały miejsce m.in. w Niemczech (sprzedaż detaliczna), na Cyprze i we Włoszech (hotele, handel) czy w Norwegii (finanse). Z kolei specyficzna dla Grecji przez większość rozpatrywanego okresu była dominacja strajków powszechnych.

W Polsce w pierwszej trójce najbardziej dotkniętych protestami branż figurowała rokrocznie służba zdrowia. Dwukrotnie odnotowano tam największe straty dni roboczych, dwa razy ustąpiła pierwszego miejsca edukacji, zaś raz produkcji przemysłowej i transportowi (w 2005 r.). Konfliktogenne było również górnictwo (dwukrotnie w czołówce rankingu), a także transport, przemysł odzieżowy i energetyczny.

Autorzy raportu podjęli również kwestię grożenia strajkiem jako ważnej techniki negocjacyjnej. Nie należy jej utożsamiać z krótkimi tzw. strajkami ostrzegawczymi, prowadzonymi w Estonii, Niemczech, na Węgrzech, Litwie i w Polsce. Wiadomo, że jest stosowana w bardzo wielu państwach, jednocześnie w mało którym gromadzone są dotyczące jej statystyki. Przykładem kraju, w którym strony zasiadają do rokowań, mając świadomość, że niedotrzymanie ustalonych terminów lub zerwanie negocjacji oznacza rozpoczęcie protestu, jest Norwegia. Pogotowie strajkowe stanowi tam bodziec do poszukiwania porozumienia. Groźba strajku jest zwyczajną taktyką również w Szwecji i Irlandii. Można przypuszczać, że sytuacji tego rodzaju nie było (lub stanowiły margines) jedynie na Cyprze, w Danii, Luksemburgu i na Litwie. Żadnych danych na ten temat nie gromadzono w Grecji, Hiszpanii, Holandii i Słowenii.

Perspektywa niekorzystnego scenariusza „pomogła” w zawarciu porozumień m.in. we Francji, gdzie wzrosły płace w branży transportowej, oraz w Austrii, w której zrezygnowano ze zwiększenia tygodniowego wymiaru czasu pracy nauczycieli w zamian za ustępstwo z ich strony – zgodę na redukcję premii. Zazwyczaj pogotowie strajkowe odwoływano, gdy związkom udało się wywalczyć realizację postulatów lub wynegocjować warunki kompromisowe. W Belgii groźba protestu skłoniła partnerów społecznych do przełamania poważnego impasu w rokowaniach i ich kontynuacji.

Wyrywkowe dane na temat przypadków ogłaszania pogotowia strajkowego uzyskano jedynie we Włoszech i Wielkiej Brytanii. W pierwszym z tych państw monitoringowi podlegają ważne usługi publiczne, których deficyt mógłby stwarzać zagrożenie dla obywateli. W 2008 r. odnotowano 2195 sytuacji, gdy istniała groźba protestu; w 39% z nich strajki ostatecznie się nie rozpoczęły. W odniesieniu do Zjednoczonego Królestwa możliwe było porównanie liczby wszczętych sporów z liczbą referendów strajkowych, które przyniosły decyzję o podjęciu protestu. Sytuacje, w których groźba strajku urzeczywistniła się, stanowiły w poszczególnych latach od 14 do 22%.

W przypadkach, gdy protest nie jest organizowany przez pracowników usług publicznych, państwo – nie będące stroną w sporze – nie ma podstaw do podejmowania interwencji. Jednak jako podmiot posiadający instrumenty regulacji stosunków społeczno-gospodarczych, a także uczestniczący w instytucjach dialogu trójstronnego, może pośrednio oddziaływać na pozostałych aktorów.

Poza odgrywaniem roli mediatora, rządy w pewnych okolicznościach sięgały niekiedy po dostępne instrumenty regulacyjne, dzięki którym możliwe było przywrócenie równowagi w branżach objętych protestami i załagodzenie sporu. Tak było we Francji w 2009 r., kiedy to pracodawcy z sektora hotelowego i gastronomicznego mogli zaproponować korzystniejsze warunki zatrudnienia dzięki temu, że rząd zdecydował się utrzymać na czas nieokreślony obniżone stawki podatku VAT. W konsekwencji tego posunięcia odstąpiono od planowanych strajków.

Państwo posiada większe pole manewru w sytuacji, gdy do protestów dochodzi w sferze budżetowej. We Włoszech i Norwegii może po prostu dyscyplinować pracowników, jeżeli dojdzie do sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa obywateli. Władze pierwszego z tych krajów mogą wręcz nakazać pracownikom ważnych usług publicznych powrót na stanowiska pracy.

Innym sposobem łagodzenia konfliktów jest uciekanie się do decyzji budżetowych, które usatysfakcjonują pracowników i funkcjonariuszy publicznych. Do jeszcze innego rodzaju sytuacji dochodzi w przypadku przedsiębiorstw państwowych, w których decyzje strony rządowej mogą być bezpośrednio kontestowane przez pracowników. Tego rodzaju przypadek miał miejsce m.in. w polskiej spółce KGHM – protesty w 2009 r. wiązały się z żądaniem utrzymania większościowego udziału państwa w jej strukturze własnościowej.

Uzupełnieniem wiedzy z omawianych badań w ramach EIRO są konkluzje z edycji 2009 Europejskiego Badania Przedsiębiorstw (ECS), opartego m.in. na wywiadach z pracownikami z poszczególnych państw UE. Na pytanie, czy respondent spotkał się z jakąś formą protestu w swoim miejscu pracy, średnio co piąty odpowiedział twierdząco. Najczęściej o akcjach protestacyjnych wspominali Grecy (45%), Portugalczycy (26%), Francuzi (25%) i Włosi (16%). Spośród ogółu przebadanych pracowników z krajów UE 7% stwierdziło, że byli świadkami protestu trwającego co najmniej jeden dzień.

Dane te jednak nie mogą w prosty sposób służyć analizom porównawczym, gdyż poszczególne państwa dość znacznie różnią się stopniem, w jakim pracownicy są reprezentowani na poziomie zakładów. Grecja pod tym względem znajduje się w unijnym „ogonie” – uzwiązkowione firmy należą w tym kraju do mniejszości. Największy ich udział odnotowano w gospodarce Szwecji.

Najczęściej relacjonowaną przyczyną protestów także w tym badaniu były płace (74% wskazań). Na dalszych miejscach znalazły się zmiany w organizacji pracy (37%) oraz restrukturyzacja, fuzje i relokacje (28%).

Przodownicy pracy

Wnioski z drugiego raportu Europejskiego Obserwatorium Stosunków Przemysłowych, który chciałbym tu omówić, również odnoszą się do zagadnienia czasu. Podobnie jak poprzednio, rysuje się zauważalna różnica między krajami nowo przyjętymi do Unii oraz „starą piętnastką”. Wśród zatrudnionych na pełny etat osoby z tej pierwszej grupy spędzają przeciętnie więcej czasu w miejscu pracy. Dotyczy to zarówno wymiaru tygodniowego, jak i rocznego, wiąże się z ustawową długością trwania płatnych urlopów i liczbą dni ustawowo wolnych od pracy; odnosi się do obowiązujących w prawie limitów, treści porozumień zbiorowych, ale też empirycznie ustalonych danych.

Średni roczny czas pracy dla całej Unii Europejskiej (wraz z Norwegią) wynosił w 2009 r. 1750 godzin. W przypadku „piętnastki” i Norwegii było to nieco ponad 1700, zaś w nowych krajach członkowskich nieznacznie więcej niż 1800 godzin. Najwięcej w ciągu roku pracują Węgrzy (1856 godzin), zaś najmniej Francuzi (1595). Stosunkowo krótko w skali roku przebywają w miejscu pracy także Duńczycy (1628 godzin), Niemcy (1655) i Szwedzi (1662). Polscy „etatowcy” uplasowali się na 5. miejscu międzynarodowego zestawienia, przepracowując w 2009 r. średnio 1840 godzin, podobnie jak ich estońscy, litewscy i rumuńscy koledzy.

Powyższe dane skalkulowano na podstawie przeciętnego tygodniowego wymiaru godzin pracy uzgodnionego w ramach układów zbiorowych, liczby dni płatnego urlopu oraz dni ustawowo wolnych od pracy. Przyjrzyjmy się poszczególnym składowym dla różnych państw, w tym Polski.

Dziwić może w obliczeniach wykorzystanie danych dotyczących wymiaru czasu pracy uzgodnionego w ramach układów zbiorowych. W raporcie podane zostały również empirycznie stwierdzone średnie, dość znacznie różniące się od zapisów wynegocjowanych przez pracodawców i związkowców. Z badania Eurostatu z IV kwartału 2009 r., uwzględniającego absencje oraz nadgodziny (płatne lub nie), wyłania się nieco inny obraz niż z omawianych niżej danych, dotyczących wymiaru czasu pracy, wynegocjowanego wszak tylko dla pewnej części zatrudnionych.

Przykładowo, polscy pracownicy uplasowali się dopiero na 14. miejscu (39,5 godziny tygodniowo), tuż powyżej średniej dla całej Unii Europejskiej (39,3). Choć w państwach przyjętych do Wspólnoty w 2004 i 2007 r. notowano wyższy wymiar czasu pracy niż w „piętnastce” (odpowiednio 39,9 oraz 38,8 godzin), to w czołówce zestawienia, za przodującą Rumunią (ponad 41 godzin), znalazły się m.in. Wielka Brytania i Luksemburg. Te dane nie zostały jednak wykorzystane, mimo że autorzy przyznali, iż negocjacje zbiorowe w nowo przyjętych państwach odgrywają niewielką rolę w ustalaniu tygodniowego wymiaru czasu spędzanego na stanowisku – albo uzgodnienia nie różnią się od ustawowych 40 godzin, albo w ogóle nie podejmuje się tej kwestii.

Średni tygodniowy czas pracy na pełnym etacie, ustalony w negocjacjach zbiorowych dla wszystkich 28 państw objętych analizą, to 38,7 godziny w 2009 r., dla państw przyjętych do UE przed 2004 r. – 37,9, zaś dla nowych członków – 39,5. W dużej części tych ostatnich krajów, w tym także w Polsce, obowiązuje 40-godzinny tydzień pracy. Wyjątek stanowią Słowacja, Czechy i Cypr. Z kolei ten wymiar czasu pracy w grupie krajów „piętnastki” uzgodniono w Grecji. Najmniejszą liczbę godzin mają spędzać w miejscu pracy objęci układami zbiorowymi Francuzi (nieco ponad 35,5), Duńczycy (37), Szwedzi (nieco ponad 37), Brytyjczycy (37,25), Norwegowie, Holendrzy i Finowie (po 37,5).

Przy okazji warto wspomnieć, że przeanalizowano pod kątem wymiaru czasu pracy układy zbiorowe w trzech różnych branżach: chemicznej (wybranej jako przykład gałęzi przemysłu), sprzedaży detalicznej (segment usług) oraz usług publicznych. Z badania wynikło, że największy tygodniowy wymiar czasu pracy ustalono w branży sprzedaży detalicznej – 39,1 godziny dla UE, 38,5 godziny dla „piętnastki” i Norwegii oraz 39,8 godziny w nowo przyjętych państwach. Najmniejszy natomiast w usługach publicznych – odpowiednio: 38,4; 37,4; 39,6 godzin. Pomiędzy tymi sektorami ulokowała się branża chemiczna ze średnią unijną 38,8 godziny, średnią dla „piętnastki” i Norwegii 38,2 oraz 39,4 dla nowych członków.

Raport porusza również kwestię ustawowych maksimów tygodniowego oraz dobowego czasu pracy. Dyrektywa unijna (2003/88/EC) wyznacza w tym zakresie ogólne ramy, do których muszą stosować się państwa członkowskie: maksymalnie 48-godzinny wymiar tygodniowy czasu pracy oraz minimum 11 godzin odpoczynku dobowego. Ponadto obowiązuje maksymalnie 8-godzinny wymiar dobowy czasu pracy dla zatrudnionych na nocnej zmianie.

19 państw, w tym Polska, dopuszcza tygodniowy czas pracy na poziomie wyznaczonym przez dyrektywę. Pozostałe kraje ustaliły 40-godzinne maksimum. Wyjątek stanowi Belgia, gdzie wyznaczono 38-godzinny limit. Nie oznacza to jednak, że w drugiej grupie państw nie wolno zatrudniać w wyższym wymiarze – podane maksimum w praktyce jest ustawowym tygodniowym czasem pracy, do którego można doliczać nadgodziny. Polska została przytoczona jako przykład państwa, w którym – obok wymiaru maksymalnego – obowiązuje także krótszy, ustawowy czas pracy. Z kolei w części państw, m.in. w Holandii, zapewniono elastyczność, pozwalającą podwyższyć wymiar czasu pracy – za zgodą związków zawodowych lub rad pracowniczych – do 60 godzin tygodniowo. Jednocześnie limit 48 godzin nie może być przekraczany dłużej niż przez 16 kolejnych tygodni, a zatrudnienie w wymiarze 55 godzin dopuszczalne jest w 4-tygodniowym okresie.

Dość częste jest również okresowe podwyższanie maksymalnego dziennego wymiaru czasu pracy – m.in. w Bułgarii, Czechach, Niemczech i Hiszpanii. Okres ten jest każdorazowo ustalany bądź określony ustawowo. W sześciu państwach (Cypr, Dania, Irlandia, Włochy, Szwecja, Wielka Brytania) maksymalna długość dnia pracy – 13 godzin – wynika z wymogów dyrektywy unijnej. Polska zalicza się do państw z maksimum ustalonym na najniższym, 8-godzinnym poziomie, podobnie jak m.in. Niemcy, Finlandia i Litwa.

Cywilizowany Zachód

Kolejnym czynnikiem wpływającym na roczny wymiar czasu pracy, jest długość płatnego urlopu. Pomiędzy krajami istnieją w tym zakresie stosunkowo duże różnice, wynikające z układów zbiorowych. Wyraźnie najdłuższymi płatnymi urlopami mogą cieszyć się objęci nimi pracownicy w Danii, Niemczech (po 30 dni rocznie) oraz Włoszech (28). Średnia dla 16 państw, z których uzyskano dane, to niecałe 25 dni. Najkrótsze płatne urlopy wynegocjowano w przypadku Słowacji, Rumunii, Cypru i Estonii (20-21 dni). Różnica między starymi i nowymi państwami członkowskimi wynosi ok. 5 dni na korzyść tych pierwszych.

Brak danych m.in. dla Polski. W jej przypadku podano jedynie ustawowe minimum, wskazane zresztą dla wszystkich objętych analizą państw. Nasz kraj – a także wszystkie inne w regionie – należy do grupy 18 członków UE, w których wynosi ono 20 dni. W Austrii, Danii, Francji, Luksemburgu i Szwecji obowiązuje minimum 25 dni, co stanowi największy notowany wymiar. Ciekawe rozwiązanie przyjęto w Wielkiej Brytanii, gdzie formalnie obowiązuje rekordowo długi, 28-dniowy ustawowy wymiar płatnego urlopu. Wliczone jednak w to zostało 8 dni ustawowo wolnych od pracy, aby ukrócić dotychczasową praktykę niektórych pracodawców, polegającą na ujmowaniu ich jako części urlopu. Obecnie więc w Zjednoczonym Królestwie obowiązuje de facto 20-dniowy płatny urlop w skali roku, jednak bez narażania pracowników na ryzyko, że zostanie on w sprytny sposób skrócony.

Ostatnią podstawę do wyliczenia rocznego wymiaru czasu pracy przez autorów raportu stanowiła liczba dni ustawowo wolnych od pracy. W Polsce była ona przez pewien czas tematem obecnym w debacie w związku ze społeczną inicjatywą wprowadzenia wolnego w Święto Trzech Króli. W 2009 r. największą liczbę dni ustawowo wolnych od pracy odnotowano w Hiszpanii i na Cyprze (14) oraz w Portugalii i na Słowacji (13). Wyraźnie najmniej było ich w Holandii (6), niewiele także na Węgrzech i w Wielkiej Brytanii (8). Średnia dla wszystkich państw wynosiła 10,5 dnia, dla państw „piętnastki” z Norwegią 10,4, zaś dla nowych członków UE 10,7, podczas gdy w Polsce było ich 10.

Sumując powyższe liczby z danymi o długości płatnych urlopów, autorzy stwierdzili znaczną, bo aż 45-procentową różnicę pomiędzy państwami z najdłuższym i najkrótszym okresem zapewnionego pracownikom odpoczynku – Niemcami (40,5 dnia) i Węgrami (28). Polska została zakwalifikowana do grupy krajów z najmniejszą w skali roku liczbą dni wolnych obok Bułgarii, Estonii, Litwy i Rumunii.

Na Wschodzie bez zmian

Czas na podsumowanie. Z analiz EIRO wynika, że pracownicy w nowych krajach członkowskich UE pracują w skali roku dłużej, w wyższym tygodniowym wymiarze czasu pracy oraz posiadając skromniejsze prawa do płatnych urlopów.Dzieje się tak, mimo iż jednocześnie w skali gospodarek narodowych statystycznie przysparzają oni pracodawcom mniej strat roboczogodzin z tytułu akcji protestacyjnych w porównaniu ze swoimi kolegami z „piętnastki”.

Co więcej, nie stwierdzono tendencji konwergencyjnych. W porównaniu z 2008 r. tygodniowy wymiar czasu pracy obowiązujący w ramach układów zbiorowych w nowych państwach członkowskich wzrósł o 0,1 godziny, podczas gdy w pozostałej części Unii utrzymał się na tym samym poziomie. W skali długookresowej – czyli od 1999 r., od kiedy dane są systematycznie gromadzone – nastąpiła redukcja tego wymiaru o 0,7 godziny w krajach „piętnastki”. Zmiana ta dokonała się głównie przed 2003 r. Z kolei właśnie od tego roku gromadzone były dane dla nowych członków UE, gdzie do 2009 r. nastąpiło zmniejszenie tygodniowego wymiaru czasu pracy jedynie o 0,1 godziny.