przez dr Rafał Bakalarczyk | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011, Wywiad - kwartalnik
W jakim stopniu poprzedni ustrój przyczynił się do modernizacji polskiej wsi, a w jakim – zakonserwował dysproporcje rozwojowe?
Barbara Fedyszak-Radziejowska: Krzysztof Gorlach wprowadził do polskiej socjologii wsi termin „polityka represyjnej tolerancji”, doskonale oddający istotę polityki PRL wobec wsi i rolników. Tworzyły ją z jednej strony represje, rozumiane jako ograniczenie prywatnej własności i uzależnienie rolnictwa od państwa, z drugiej – pewien margines tolerancji wobec rodzinnych gospodarstw chłopskich. Władze miały świadomość, że skolektywizowane rolnictwo nie wyżywi „klasy robotniczej”. To oznaczało, że ceną za brak napięć społecznych w miastach musi być tolerancja wobec produktywnych gospodarstw rodzinnych.
Pomysł, by traktować PRL jak państwo, które zmodernizowało wieś, uważam za postkomunistyczny stereotyp. Na swoisty „dorobek PRL” składa się zniszczenie autentycznej reprezentacji wsi, czyli PSL Stanisława Mikołajczyka, zamrożenie struktury agrarnej w wyniku fatalnej reformy PKWN 1944 r. oraz zaprzepaszczenie rodzącej się w II RP spółdzielczości w rolnictwie. Swoistym ukoronowaniem tego „dorobku” stały się głębokie pokłady nieufności mieszkańców wsi wobec polityki państwa, władzy i elit.
Pierwszym ciosem było jednak zniszczenie autentycznego ruchu ludowego, którego początki sięgały końca XIX w., a który odegrał ważną i bardzo pozytywną rolę w odbudowaniu poczucia własnej wartości chłopów i wyłanianiu ich elit. Agraryści, ludowcy stworzyli program zbudowany na wartościach konkurujących z lewicowo-proletariacką wizją świata. Dla agrarystów fundamentem wolności, nie tylko chłopskiej, była własność ziemi i niezależność wynikająca z autonomii właściciela gospodarstwa. Żadnego pana nad sobą – to była wartość dla ruchu ludowego zasadnicza.
Czy jednak polityka PRL wobec wsi była błędna głównie w wymiarze politycznym, czy także społeczno-ekonomicznym? I w jakim kierunku ewoluowała?
B. F.-R.: W sferze ekonomicznej możemy wyróżnić kilka etapów. Pierwszy to reforma PKWN 1944 r. i polityczne decyzje, w wyniku których powstało ok. 1,5 mln nowych, drobnych (2-5 ha) gospodarstw rolnych, zlikwidowano majątki ziemiańskie oraz powołano do życia na poniemieckich ziemiach Państwowe Gospodarstwa Rolne. Gdyby powstały tam gospodarstwa rodzinne, inaczej wyglądałaby dzisiaj Polska. Po reformie rolnej średnia powierzchnia gospodarstwa rolnego wzrosła z 5,0 ha w II RP do 5,2 ha w PRL. Reforma była raczej polityczną socjotechniką, która miała dać ludowej władzy legitymizację ze strony ludności chłopskiej, niż rozwiązaniem racjonalnym ekonomicznie.
Następny okres, stalinowski, to ogromna skalą represji wymierzonych w działaczy zlikwidowanego PSL, w „kułaków” sprzeciwiających się kolektywizacji i tworzeniu spółdzielni produkcyjnych, a także w rolników, którzy nie wywiązywali się z obowiązkowych kontyngentów. Wyznaczono je na poziomie wyższym, niż za okupacji niemieckiej!
W późniejszym etapie, gomułkowskim, nastąpiła pewna liberalizacja, zmniejszono kontyngenty, odstąpiono od kolektywizacji, a nawet pozwolono na rozpad tych spółdzielni produkcyjnych, które powstały wcześniej. I wreszcie najlepszy z punktu widzenia wsi okres Gierka.
Wielkim problemem, jaki tamten system pozostawił w spadku, okazały się PGR-y. Czy nie można było na poniemieckich ziemiach osadzić ludzi na własności ziemi? Ale marksistowsko-leninowska ideologia zrównująca „lud pracujący miast i wsi” nie przewidywała prywatnej własności ziemi, lecz tylko państwową – w PGR, i „wspólną” – w spółdzielniach produkcyjnych. Mało kto wie, że dopiero za Gierka rolnicy otrzymali prawo do ubezpieczeń zdrowotnych, czyli np. możliwość bezpłatnych wizyt u lekarza. Dopiero w drugiej połowie lat 70. wprowadzono emerytury dla rolników, przy czym żeby je uzyskać, trzeba było oddać ziemię. Do czasów Gierka chłop nie mógł prywatnie kupić traktora i maszyn rolniczych, tylko musiał wstąpić do kółka rolniczego i wspólnie z innymi dokonywać takich zakupów. Do 1970 r. praktycznie nie istniała także możliwość kupowania i sprzedawania ziemi.
Dlatego najlepszy okres PRL z punktu widzenia wsi to dekada gierkowska. Dopiero wtedy chłopi dostali akty własności ziemi z reformy PKWN, otrzymali prawo do kupowania gruntów i powiększania gospodarstw oraz zakupu maszyn rolniczych. Państwo zaczęło im nawet udzielać kredytów na ten cel. Względna normalność, czyli początki szans na modernizację rolnictwa w PRL, to lata 70.
Co nowego przyniósł wsi rok 1989?
B. F.-R.: Wydarzyła się wtedy bardzo istotna rzecz. Jeszcze rząd Rakowskiego wprowadził wolny rynek na produkty rolne, co sprawiło, że w ciągu kilku miesięcy sytuacja ekonomiczna rolników znacznie się poprawiła. Wynikało to także z tego, że pozostałe ceny nie uległy uwolnieniu, więc były nadal kontrolowane przez państwo i pozostały niskie. Gdy reforma Balcerowicza wprowadziła ceny rynkowe dla wszystkich towarów, dochody rolników gwałtownie spadły. Na początku lat 90. średnie dochody rolnicze spadły poniżej 70% średnich dochodów w mieście. Nic dziwnego, że Leszek Balcerowicz przez lata źle kojarzył się polskiemu rolnikowi.
Lata 90. zaczęły się dla polskiej wsi brakiem przemyślanej polityki rolnej oraz przyjęciem na siebie konsekwencji upadku „wielkich budów socjalizmu”, w których ukryte było bezrobocie. Redukując zatrudnienie zwalniano w pierwszej kolejności dwuzawodowców, czyli rolników dorabiających poza gospodarstwem. Wepchnięto tych ludzi ponownie w rolnictwo. Szacuje się, że na polską wieś wróciło wówczas ponad 600 tys. tzw. chłoporobotników. Nie otrzymywali zasiłków, gdyż wracali do swoich gospodarstw. Równolegle Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa przekształcała PGR-y w dzierżawione lub prywatne „gospodarstwa wielkoobszarowe”. Nie parcelowano ich, lecz tworzono duże organizmy, których nowi właściciele masowo zwalniali ludzi, chcąc zredukować nadmierne zatrudnienie. Dotyczyło to kolejnych 600 tys. osób. Zostawali oni w zasadzie bez niczego, bez własnej ziemi, bez pracy i bez żadnej osłony ze strony państwa, która zwykle towarzyszy masowym redukcjom, jak np. w górnictwie. Dodajmy, że byli to ludzie o bardzo niskich kwalifikacjach. Można powiedzieć, że polska transformacja odbyła się w dużej mierze poprzez zepchnięcie na wieś dwóch ważnych problemów społecznych – bezrobocia i ubóstwa.
Jedyne, co daliśmy rolnikom, to KRUS. Ten mechanizm wprowadził jeszcze rząd Mazowieckiego, z ministrem Balcerowiczem i ministrem Balazsem (minister rozwoju wsi). Chłoporobotnikom, którzy tracili pracę w przemyśle i wracali do swoich małych gospodarstw bez prawa do zasiłku dla bezrobotnych i bez szansy na emeryturę w ZUS, trzeba było dać jakąś perspektywę na starość. Tak powstał KRUS, dzięki któremu powrót do gospodarstwa nie stał się początkiem wielkiej „emerytalnej biedy” dla ponad 600 tys. ludzi. KRUS był jedną z niewielu rzeczy, jakie w III RP uczyniono, aby dramatyczny dla wsi okres pierwszych lat transformacji okazał się nieco mniej brutalny.
Czy po 1989 r. istniała w ogóle jakaś spójna wizja rozwoju wsi?
B. F.-R.: W III RP moim zdaniem – nie. Ale w Europie istniała Wspólna Polityka Rolna, jedna z pierwszych polityk realizowanych na poziomie ponadpaństwowym w powstałej pod koniec lat 50. Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej, poprzedniczce UE. Ze składek EWG 70% przeznaczano na wspieranie rolnictwa. Studiując problemy wsi i rolnictwa w Europie, dość szybko zorientowałam się, że bezkrytyczna wiara w wolny rynek jest nową wersją doktrynerstwa ludzi kochających idealne modele, ale bezradnych wobec realiów. Tymczasem, jeśli chcemy mieć tanią i dostępną żywność, to musimy dotować produkcję rolną. W przeciwnym razie dochody rolnicze, które zależą od kosztów produkcji, a te przecież stale rosną, będą zwiększane kosztem wzrostu cen żywności. Innymi słowy, albo biedna wieś i rolnicy, albo droga żywność i dotowanie jej najbiedniejszych konsumentów z pomocy społecznej. W „starej” Unii wprowadzono mechanizm, który sprawił, że wieś nie jest synonimem biedy, a jej mieszkańcy – marginalizowaną grupą społeczną. W Europie Zachodniej standard życia na wsi nie odbiega od standardu w średniej wielkości mieście.
Polscy socjologowie ubóstwa, jak prof. Elżbieta Tarkowska, wskazują, że w Polsce bieda ma głównie wiejskie oblicze, a na Zachodzie jest to zjawisko typowe raczej dla miast.
B. F.-R.: Relatywnie niskie ubóstwo na wsi w krajach UE jest częściowo efektem wspomnianego mechanizmu. Obecnie na Wspólną Politykę Rolną przeznaczane jest 40% budżetu UE. W 2001 r. było to ponad 60%, więc tendencja jest malejąca. Ale zwiększa się wsparcie tzw. II filaru – czyli rozwoju obszarów wiejskich. Wspólną Politykę Rolną wprowadzono już w Traktatach Rzymskich. Proszę pamiętać, że po wojnie w krajach EWG wspomnienie głodu i braku żywności było bardzo realnym i powszechnym doświadczeniem.
Zdaniem wielu przedstawicieli polskich elit, dopłaty bezpośrednie są złe, gdyż nierynkowe. Zabawne jest to myślenie, ponieważ w gruncie rzeczy są one pro-rynkowe. Bowiem ingerencja nie obejmuje dotowania cen, czyli nie zakłóca mechanizmów rynkowych, lecz wspiera w miarę podobnie dochody rolników, którzy mogą tanio sprzedawać swoją produkcję. Moim zdaniem to dobry mechanizm, dzięki któremu unikamy upokarzania na masową skalę ludzi biednych, których nie stać na żywność, przydzielaniem im „talonu na jedzenie”. Tania żywność poprawia zamożność całego społeczeństwa, bo więcej środków pozostaje na konsumpcję innych towarów. Ten mechanizm jest i pragmatyczny, i „godnościowy”.
Nie tylko ropa czy gaz ziemny, ale także żywność jest towarem, o którym powinniśmy mówić w kategoriach racji stanu i bezpieczeństwa narodowego. Bez ropy możemy jakiś, bardzo krótki czas wytrzymać, natomiast bez żywności nie jest to możliwe. Dotuje się dochody rolnicze także poza Unią. Szwajcaria i Norwegia, które nie są jej członkami, dotują swoje rolnictwo na poziomie dwa razy wyższym, niż średni poziom we Wspólnocie. W Norwegii byłam w połowie lat 90., kiedy Norwegowie ponownie odrzucili projekt wstąpienia do Unii Europejskiej. Jednym z argumentów przeciwników integracji było to, że po akcesji trzeba będzie obniżyć poziom dotowania rolnictwa. Ale wiadomo też, że tamtejsze rolnictwo na kiepskich ziemiach i w zimnym, trudnym klimacie nie wytrzyma konkurencji z południem Europy. Dlatego jest dotowane bardziej niż np. we Francji. Podobnie mocno dotuje się rolnictwo w Japonii. We wszystkich krajach, gdzie warunki geograficzne nie pozwalają na działalność farmerską w amerykańskiej skali, dochód gospodarstw rolnych składa się w większym stopniu z subwencji, niż ze sprzedaży na rynku. Także w UE, w przemysłowych gospodarstwach rolnych Holandii, Danii czy Niemiec, ponad połowa dochodów rolniczych pochodzi z płatności bezpośrednich. W Polsce to jeszcze wciąż mniej niż 50%.
Takie są reguły gry. Nawet w wolnorynkowych Stanach Zjednoczonych dotuje się rolnictwo, ale inaczej. Przykładowo, wspierane są banki, które udzielają specjalnych kredytów rolnych. Subsydiowanie rolnictwa w takim czy innym systemie jest więc praktyką powszechną, poza Nową Zelandią, która może sobie na to pozwolić ze względu na wyjątkowo sprzyjający klimat, trzy sezony rolne w roku oraz potężny, azjatycki rynek zbytu.
Patrząc na system dotacji w wymiarze globalnym, pojawia się dylemat: albo nie pomagamy naszym rolnikom, albo pomagamy im, ale koszty tego mogą ponieść producenci z krajów biednego Południa, którzy stają się mało konkurencyjni i nie mają szans na eksport produktów, pogrążając się w jeszcze głębszej nędzy.
B. F.-R.: Często spotykam się z taką argumentacją. Nie jest jednak do końca prawdą, że producenci z krajów rozwijających się nie mogą znaleźć rynków zbytu. Zapotrzebowanie na część ich produktów, np. owoce cytrusowe, i tak się utrzyma. Ale ważniejsza jest odpowiedź na bardziej ogólnym poziomie. Powiem może nieco brutalnie – czy jesteśmy pewni, że tamte kraje mają nadwyżkę żywności, która nie przyda się im w konsumpcji wewnętrznej? Czy eksport tej żywności jest zawsze korzystny dla społeczeństw, które głodują? Czy więc teza o osłabianiu tych krajów za sprawą dotacji dla rolnictwa w Europie nie jest trochę naciągana?
Na ile z punktu widzenia polskiej wsi akcesja do Unii Europejskiej była przełomem? Jedni mówią o skoku cywilizacyjnym, inni sugerują, że wejście w orbitę Wspólnej Polityki Rolnej – wbrew jej założeniom – przyczynia się do konserwowania niedorozwoju obszarów wiejskich.
B. F.-R.: Akcesja unijna na pewno była przełomem. W Polsce po raz pierwszy od 1945 r. pojawiła się sensowna, pragmatyczna i modernizacyjna polityka skierowana do rolnictwa i wsi. Po 1989 r. politycy III RP wymyślili tylko przekształcenia PGR – bardzo kosztowne społecznie, i KRUS. To wszystko, bo program osadnictwa się nie sprawdził.
Polscy politycy nie potrafili zrozumieć, że domaganie się wsparcia dla słabiej rozwiniętych regionów, grup i gospodarstw nie jest wyrazem nieuprawnionej roszczeniowości. Unia uczy nas polityki spójności i solidarności, bo na tych zasadach opiera się projekt europejski. Proszę zauważyć, że oprócz dopłat bezpośrednich, w wysokości 4000-6000 zł rocznie w małych gospodarstwach (co nie jest dużą kwotą, ale dla ludzi żyjących w ubóstwie – znaczącą), jest wiele innych programów skierowanych na wieś. Co piąte gospodarstwo rolne korzysta z programów dywersyfikacji dochodów rolniczych, czyli pomocy przy zakładaniu firmy, udziału w szkoleniach, tak aby oprócz prowadzenia działalności typowo rolniczej, gospodarstwo było zdolne do uzyskiwania dodatkowych środków finansowych. Ważny jest też Program LEADER – budujący kapitał społeczny, dzięki któremu społeczności lokalne mogą rozwijać wieś czy gminę, finansując inicjatywy ze środków, które trafiają bezpośrednio do Lokalnych Grup Działania.
Mentalność polskich elit jest tak agrofobiczna, że mam pewność, iż bez akcesji do Unii nie wprowadzono by takich programów. Przesłanką mojej tak ostrej oceny jest pamięć o okresie, kiedy negocjowaliśmy warunki integracji. Wówczas polskie elity polityczne i opiniotwórcze były przeciwne systemowi płatności bezpośrednich. Jedynie obawa przed odrzuceniem w referendum projektu wejścia do UE przez społeczność wiejską, reprezentowaną wówczas przez PSL i Samoobronę, skłoniła polskich negocjatorów do prowadzenia twardych negocjacji, zakończonych sukcesem.
Co ciekawe, obecnie nie tylko eksport naszej żywności do krajów Unii rośnie, ale także zmienia się perspektywa polityczna polskiej wsi. Samoobrony nie ma, PSL straciło monopol, a ludność wiejska głosuje niemal na wszystkie partie. Widać, że mieszkańcy wsi poczuli się bardziej niż dotąd obywatelami III RP.
Zatrudnienie w rolnictwie jednak stale maleje. Powstaje pytanie, czy polityka państwa powinna być nakierowana na mobilizowanie ludzi do opuszczania wsi na rzecz awansu poza nią, czy na stwarzanie bodźców, by ludzie pochodzący ze wsi, po zdobyciu wykształcenia w mieście, wracali w macierzyste środowisko.
B. F.-R.: Tu wracamy do kwestii specyfiki rolnictwa, bo ono źle mieści się w logice mechanizmów rynkowych. Mobilność rolników jest mniejsza, niż każdej innej grupy zawodowej – za sprawą przywiązania do ziemi, tradycji, gwary etc. To nie jest tak, że ziemię można uprawiać gdziekolwiek się chce. Zdarzają się rolnicy w pierwszym pokoleniu, ale bardzo rzadko, zaś dziedziczenie zawodu jest wyjątkowo częste. Jeśli ktoś urodził się na Podhalu, nie będzie szukał ziemi w zachodniopomorskim. Prędzej pojedzie do Ameryki „po dutki” i wróci na Podhale.
To taka specyfika społeczności wiejskich – z jednej strony przywiązanie do regionu, z drugiej tradycja migracji zarobkowych. Tu nie nastąpiła skokowa zmiana w związku z wejściem do Unii Europejskiej – to zjawisko było na dużą skalę obecne w polskiej historii ostatnich dwóch stuleci. Obecnie jest nawet nieco inaczej – istnieją mechanizmy i środki, które pozwalają na mierzenie się z problemem biedy we własnym regionie, bez konieczności emigracji za chlebem.
Należy też rozdzielić dwie rzeczy: zatrudnienie w rolnictwie i zamieszkiwanie terenów wiejskich. Mamy około 1,5 mln gospodarstw, których 20% daje 80% produkcji na rynek. Dla dużej części gospodarzy uprawy i hodowla są tylko jednym z obszarów działalności. Wielu produkuje na tzw. samozaopatrzenie, czyli na konsumpcję domową, a dochody pozyskuje z pracy poza gospodarstwem. Oczywiście ci, którzy mają ziemię, ale pracują na etacie lub mają dochodową, małą firmę, są w ZUS, nie w KRUS.
Czy jednak należy dążyć do wypychania mieszkańców wsi do wielkich miast? Jeśli poważnie traktujemy pluralizm i wolność wyboru, nie powinniśmy wymuszać zaniku wsi; ona musi istnieć, by można było ją wybrać. Jeśli wsie znikną ze społecznego krajobrazu, to nieodwracalnie – już ich, z całą lokalną tradycją, nie odbudujemy. Wyludnianie się wsi to problem, któremu w UE państwa próbują przeciwdziałać różnymi sposobami.
Kolejnym, bardzo cenionym dzisiaj walorem wsi jest jej wkład w ochronę przyrody i krajobrazu. Nie przypadkiem mówi się, że rolnictwo ekologiczne i ochrona bioróżnorodności to nowe zadanie rolników. Zaś mieszkańcy wsi stają się strażnikami krajobrazu. Wiele zmian polityki rolnej zmierza w kierunku traktowania wsi i jej krajobrazu jako dobra publicznego.
Chciałem zapytać o elity polityczne, także te lokalne. Na ile wykorzystały one szanse, które dla obszarów wiejskich stworzyło nasze przystąpienie do Unii?
B. F.-R.: W ramach tworzenia programów i planów rozwoju wsi mieliśmy dużą autonomię w wyborze instrumentów, ale w wykorzystywaniu środków z unijnej polityki rolnej obowiązują nas ogólne ramy i szczegółowe wytyczne, np. kwoty mleczne czy ograniczenia interwencji państwa. Wiele rzeczy się jednak udało, jak stopień absorpcji funduszy z Wspólnej Polityki Rolnej. Gdy w przypadku funduszy strukturalnych absorpcja sięga 30%, mówi się o sukcesie. W odniesieniu do dotacji na rolnictwo wynosi ona ponad 90%! Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa okazała się sprawna, łącznie z całą procedurą szkoleń, wspierania, pomocy w wypełnianiu formularzy etc. Były spory na tym tle – pamiętam, jak minister J. Miller chciał likwidować powiatowe oddziały ARiMR, ale szczęśliwie się z tego wycofał. Polacy nawet nie wiedzą, jakim sukcesem jest wejście polskiej wsi i rolnictwa do Wspólnej Polityki Rolnej. Przed akcesją mówiono, że środki dla wsi zostaną przepite albo zmarnowane, tymczasem te czarne scenariusze okazały się tylko obraźliwym stereotypem.
ARiMR, moim zdaniem, wniosła w relacje państwo – wieś prawdziwą zmianę cywilizacyjną. Gdy dawniej chłop przychodził do burmistrza lub do rady gminy, to zdejmował czapkę i czekał stojąc pod drzwiami. Dzisiaj w Agencji na korytarzu są krzesła, a gdy rolnicy wchodzą do pomieszczenia, to siadają przy stolikach a doradcy chodzą wokół nich, informują i pomagają wypełnić formularze. Nastąpiło odwrócenie ról, to urzędnikom „zależy”, bo są rozliczani z tego, czy środki zostały dobrze wykorzystane przez rolników. Jest w tym zasługa Unii, ale także zasługa środowisk wspierających wieś w Polsce. To one wywierały presję. Siedziby placówek są schludne, zadbane – to także ma znaczenie. W niektórych siedzibach gmin, np. na Podlasiu są punkty, do których dojeżdżają doradcy Agencji, żeby rolnicy nie musieli jeździć do powiatu. Tu się dokonała niemal rewolucja.
Na wsi wyzwoliły się też aspiracje edukacyjne.
B. F.-R.: Na początku obecnego wieku dwie grupy społeczne radykalnie podniosły swój poziom wykształcenia – rolnicy i mieszkańcy wsi oraz kobiety. Ten wzrost wśród rolników nie był ilościowo zbyt duży, ale jeśli wyższe wykształcenie miało przed 2002 r. niecałe 2% mieszkańców wsi, a w 2007 prawie 8,6% – to jest już sporo. Wspomniany skok zaczął się z końcem lat 90., lecz trwa nadal. Dla wiejskiej młodzieży ten wskaźnik jest jeszcze wyższy i przekracza 10%.
Wzrost średniego poziomu wykształcenia na wsi jest o tyle trudny, że gospodarstwo przejmuje zwykle jedno dziecko, a reszta kształci się, by znaleźć inną pracę i często osiada w mieście. Struktura poziomu wykształcenia na wsi zmienia się wolniej, tym bardziej, że wykształceni młodzi ludzie, którzy wracają do rodzinnego środowiska, nierzadko mają problem ze znalezieniem pracy. Ale często to oni okazują się bardzo aktywni: zakładają małe firmy, tworzą organizacje, które pozyskują środki unijne na rozwój wsi.
Czy nie częstsza jest frustracja wynikająca z braku perspektyw w miejscu zamieszkania?
B. F.-R.: Bywa również i tak. Ale jest też inny problem – niemożność zrealizowania wielu zamiarów przez ludzi młodych. Sondaże CBOS pokazały trudności towarzyszące aspiracjom edukacyjnym wiejskich dzieci. Z zajęć dodatkowych i korepetycji korzysta co drugie miejskie dziecko, ale tylko co czwarte mieszkające na wsi oraz ledwie co dziesiąte dziecko rolnika. Warto mieć świadomość tego problemu.
Chciałabym też zwrócić uwagę na ważne zjawisko, jakim jest wzrost kapitału społecznego na wsi w ostatnich latach. Pewien rodzaj kapitału społecznego był tam obecny od zawsze. Myślę o kapitale spajającym, zbudowanym na nieformalnych więziach sąsiedzkich i rodzinnych. W tej chwili powstają tam – co prawda skromniejsze niż w środowisku miejskim, ale coraz liczniejsze – organizacje społeczne i stowarzyszenia, oparte o wolontariat.
Nowością jest kapitał pomostowy, łączący ludzi z różnych środowisk. Wiele wiejskich organizacji pozarządowych korzysta z pracy ekspertów i działaczy z miast, autentycznie zainteresowanych działaniem na rzecz rozwoju wsi. Aktywność tę widać w programie LEADER, ale także w licznych organizacjach i przedsięwzięciach o profilu oświatowym. Jej przejawem była choćby walka o małe wiejskie szkoły, którym po reformie oświatowej groziła likwidacja, a które uratowali rodzice i nauczyciele wiejscy, wspierani przez Federację Inicjatyw Oświatowych z Warszawy.
Wciąż na wsi żyje się nieco gorzej niż w mieście, ale te różnice zmalały. Zmienił się także klimat, dawniej pełen nieufności, teraz coraz bliższy postawom wszystkich Polaków. Niegdyś na pytanie CBOS: „czy Pani/Pana zdaniem większości ludzi można ufać”, w miastach pozytywnie odpowiadało jeszcze w 2006 r. 19% respondentów, zaś wśród rolników tylko 5% (!). W 2008 r. większości ludzi ufało już 26% Polaków, 26% mieszkańców wsi oraz 20% rolników. Ta zmiana, w cztery lata po akcesji, jest znacząca.
Czyżby znów przyczyniła się do tego nasza obecność w Unii?
B. F.-R.: Sądzę, że tak. Jeśli jest stabilna polityka rolna, wszystko jedno, czy państwa, czy UE, to rośnie poziom zaufania. Ludzie wiedzą ponadto, że mogą coś zaplanować, że mają szansę na zmianę. Dotychczasowa podejrzliwość na wsi wynikała z tego, o czym mówiłam w kontekście PRL. Poczucie niepewności, że oto w majestacie prawa może ktoś przyjść i odebrać ziemię, sprawiało, że rolnicy stali się jedną z najbardziej nieufnych grup społecznych. Wspólna Polityka Rolna sprawiła, że polityka III RP wobec wsi nie zależy od wyniku krajowych wyborów, lecz ma oparcie w trwałych instytucjach unijnych. Mam nadzieję, że kryzys nie zmieni polityki rolnej UE.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 25 października 2010 r.
przez Michał Sobczyk | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011
Sprawne państwo stoi na straży nie tylko swoich granic. Dba także, aby zawartość talerzy obywateli była bezpieczna.
– Wydaje się, że system kontroli jakości i bezpieczeństwa żywności działa dość sprawnie. Rozporządzenia nakładają na producentów tyle warunków do spełnienia, że teoretycznie wszystko powinno być w porządku – mówi dr inż. Elżbieta Hać-Szymańczuk z Wydziału Nauk o Żywności SGGW. Przypomina, że w UE wszystkie firmy sektora spożywczego mają obowiązek stosowania systemu HACCP, pozwalającego na identyfikację zagrożeń dla bezpieczeństwa żywności podczas każdego etapu produkcji i dystrybucji.
Czy to jednak wystarczy? – Zakłady Constar w Starachowicach miały wszystkie możliwe certyfikaty jakości i bezpieczeństwa, amerykańskie i unijne. A jednak, jak ujawnił TVN, miało tam miejsce „odświeżanie” wędlin – przypomina Marek Kryda z Międzynarodowego Komitetu Sterującego Inicjatywy Odpowiedzialności Agrobiznesu.
W 2009 r. aż 14,8% partii wyrobów skontrolowanych przez Inspekcję Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych posiadało parametry niezgodne z przepisami o jakości handlowej lub z deklaracją producenta (w 2008 r. znacznie mniej – 9,4%). Co więcej, 35,1% było nieprawidłowo oznakowanych – np. błędna kolejność składników (powinny być wymieniane zgodnie z procentowym udziałem w gotowym wyrobie) czy brak informacji o występowaniu alergenów.
Zastrzeżenia dotyczą zwłaszcza firm, które produkują dla dużych sieci handlowych, wymuszających maksymalne ograniczanie kosztów. Fałszowane są jednak także wyroby delikatesowe, np. ekskluzywne wędliny marki Krakowski Kredens okazały się zawierać sztuczne dodatki, choć rzekomo produkowane są według starych receptur i nie konserwowane chemicznie.
Dr Zbigniew Hałat, prezes Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Konsumentów, przekonuje, że w pogoni za rynkową konkurencyjnością wielu producentów żywności stosuje „dumping sanitarny”. I podaje przykład: W cywilizowanych krajach obliczona naukowo norma odpadów zwierzęcych wynosi ok. 25-30% masy żywca, co pozwala ograniczyć rozprzestrzenianie się chorób odzwierzęcych. W Polsce tych odpadów jest ok. 15%. Może to świadczyć o tym, że znaczna ich część trafia na nasze stoły zamiast do utylizacji. Można się domyślać, że są składnikami pasztetów, parówek czy farszu pierogów.
Pokusa oszukania klienta zawsze będzie istniała, a dostępne ku temu metody są coraz doskonalsze. – Technologia żywności to dzisiaj jej fałszowanie – zastępowanie składników znanych od tysiącleci nowymi, które są tańsze – uważa dr Hałat. Stąd konieczność sprawnego państwowego systemu kontroli.
Na straży talerzy
Zgodnie z ustawą o bezpieczeństwie żywności i żywienia, zadania związane z kontrolą żywności wykonują: Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, Państwowa Inspekcja Sanitarna, Inspekcja Handlowa, Inspekcja Weterynaryjna oraz Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa.
W założeniu mają się one uzupełniać. IJHARS kontroluje producentów żywności, IH – sklepy i produkcję roślinną, IW – produkcję zwierzęcą. – W każdym przypadku, gdy którykolwiek organ stwierdzi, że nie jest upoważniony do przeprowadzenia kontroli, ma obowiązek poinformować o tym organ kompetentny. Przykładowo, gdy Wojewódzki Inspektor Inspekcji Handlowej stwierdzi, że sprzedawany w sklepie produkt jest zafałszowany, zawiadamia IJHARS, która ma prawo skontrolować producenta – mówi Agnieszka Majchrzak z Biura Prasowego Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, którego departament stanowi Inspekcja Handlowa. – Zdarzają się nam wspólne kontrole z inspekcją weterynaryjną – mówi rzecznik Głównego Inspektoratu Sanitarnego, Jan Bondar.
Prawo daje służbom kontrolnym całkiem mocne instrumenty. Do kompetencji IH należy wstrzymanie sprzedaży produktu do czasu poprawienia jego oznakowania lub wycofanie z obrotu, jeśli to konieczne ze względu na bezpieczeństwo konsumenta. Wojewódzki inspektor IJHARS oraz IH mogą nakładać kary za wprowadzanie do obrotu artykułów nie odpowiadających jakości określonej w przepisach lub deklarowanej przez producenta. Mogą one wynieść do pięciokrotnej wartości korzyści majątkowej uzyskanej z tego tytułu lub potencjalnej.
Z kolei za wprowadzanie do obrotu tzw. artykułów zafałszowanych grozi kara od 1000 zł do 10% całości przychodu osiągniętego w poprzednim roku rozliczeniowym. W obu przypadkach przyłapanym kolejny raz na tym samym oszustwie grożą mandaty o podwyższonej wysokości. Od 2008 r. istnieje także możliwość nałożenia kary za utrudnianie lub uniemożliwianie kontroli artykułów spożywczych, w wysokości do piętnastokrotnego przeciętnego wynagrodzenia. Co więcej, organy IJHARS mają obowiązek podawania do publicznej wiadomości danych przedsiębiorców, którzy fałszują żywność.
Każdego roku wspomniane instytucje biorą pod lupę ogromną liczbę produktów. Przykładowo, między październikiem a grudniem 2009 r. IJHARS przeprowadziła 17 666 kontroli jakości świeżych owoców i warzyw, artykułów mlecznych, przetworów rybnych, zbożowych, przetworów mięsnych, wyrobów cukierniczych i bułki tartej (2513 na rynku krajowym, 15 153 w obrocie z zagranicą).
Tymczasem…
Nic nie ujmując wysiłkom inspektorów, wiele wskazuje na to, że system nie jest szczelny. – Weźmy wspomnianą aferę Constaru – gdyby nie media, prawdopodobnie w ogóle nie ujrzałaby światła dziennego. Przy prawidłowo funkcjonującym państwowym systemie kontroli takie nadużycia nie mogłyby się wydarzyć – przekonuje Marek Kryda, określając nadzór nad produkcją żywności jako fatalny.
Jego zdaniem, „dziury” systemu obejmują szczególnie największe podmioty. – Łatwo ukarać mandatem bar za brak toalety, ale kiedy inspektor ma do czynienia z wielką firmą – woli się nie wychylać. Dotyczy to choćby korporacji amerykańskich, cieszących się wsparciem swojego kraju i lobbujących na poziomie ministerstw. – W krajach Zachodu jest z kontrolami dużo łatwiej, bo opinia publiczna jest silniejsza – dodaje Kryda. Uważa on, że mamy generalny kryzys państwa jako strażnika interesu ogółu. – Coraz więcej się mówi, że dany inwestor jest tak ważny, bo płaci podatki… Inspekcje nigdy nie alarmują, że jest jakiś problem i trzeba zamknąć duży zakład. O tym można przeczytać na forach internetowych pracowników.
„Bojaźliwość” służb – strach przed procesami o działanie na szkodę firmy – może być także wytłumaczeniem ich polityki informacyjnej. Inspekcja Handlowa zbadała niedawno jakość artykułów wyprodukowanych dla sieci handlowych, ujawniając takie „kwiatki”, jak ekstrakt kawy naturalnej zawierający 80% „domieszki” kawy zbożowej. Na stronie instytucji umieszczono m.in. informację, w ilu przypadkach skierowano zawiadomienia do organów ścigania. Nie dowiemy się z niej natomiast, kto okazał się oszustem. – Nie mamy zwyczaju, żeby tworzyć czarne listy – usłyszał w wyjaśnieniu dziennikarz „Polityki” od Dariusza Łomowskiego, wicedyrektora Inspekcji.
Innym, tradycyjnym problemem służb publicznych, jest brak pieniędzy. Zapewnienie wystarczających środków na realizację nałożonych zadań było jednym z postulatów pracowników stacji sanitarno-epidemiologicznych podczas protestów trzy lata temu. Podobnie protestowali weterynarze, domagając się m.in. zwiększenia zatrudnienia w inspektoratach weterynaryjnych i zakupu nowego sprzętu, oraz pracownicy PIORiN. Płace w inspekcjach są niskie, co nie sprzyja wydajnej pracy, jest natomiast korupcjogenne. Zatrudnienie jest za małe w stosunku do potrzeb – np. w woj. śląskim kilkunastu kontrolerów IH ma pod nadzorem kilkadziesiąt tysięcy podmiotów branży spożywczej.
Wątpliwości budzi także efektywność uzupełniania się poszczególnych służb. Swego czasu interwencyjny program telewizyjny „UWAGA!” wykazał, że inspektorzy sanitarni i handlowi mają tendencję do „spychologii”. Z kolei przy okazji prac legislacyjnych nad konsolidacją służb dały o sobie znać animozje między nimi. Przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy Weterynarii Inspekcji Weterynaryjnej, Telesfor Walterbach, publicznie stwierdził, że brakuje uzasadnienia dla istnienia IJHARS oraz że instytucja ta chce się podłączyć do nowej zintegrowanej inspekcji w zakresie bezpieczeństwa żywności, w której zadania dla Inspekcji Weterynaryjnej stanowią ponad 70% wszystkich zadań (po integracji powinny stanowić 100%), a co jest najgroźniejsze dla naszego zawodu, chce w nowej inspekcji przejąć stanowiska organów i rządzić lekarzami weterynarii, nie mając do tego żadnego merytorycznego przygotowania.
Do myślenia dają także liczby. Średnia wysokość kar nałożonych w pierwszym półroczu 2010 r. przez organy IJHARS wyniosła zaledwie 3092 zł, przy czym najwyższy mandat opiewał na ok. 60 tys. zł. Oznacza to, że dużym dostawcom marketów opłaca się ryzykować zaniżanie jakości produktów.
Wymowna jest historia dwóch mężczyzn, którzy w sklepie sieci Kaufland w Brodnicy (woj. kujawsko-pomorskie) w ciągu godziny namierzyli 734 przeterminowane produkty, gdy sklep obiecał specjalną premię tym, którzy w swoich zakupach odnajdą przedatowaną żywność. Tymczasem Wojewódzka Inspekcja Handlowa przez cały poprzedzający rok znalazła 21 przeterminowanych wyrobów w 250 sklepach regionu, a Sanepid kontrolował tę samą placówkę kilka tygodni wcześniej, nie stwierdzając żadnych uchybień.
Podobne przypadki nie muszą jednak świadczyć o winie inspektorów. – Zgodnie z ustawą o swobodzie działalności gospodarczej, właściciel sklepu albo wyznaczony przez niego pracownik muszą uczestniczyć w kontroli. Dlatego należy powiadamiać przedsiębiorcę o zamiarze jej wszczęcia i ma on określony czas, by się do tego przygotować – mówi Katarzyna Kielar, rzecznik prasowy katowickiej IH.
Co więcej, przedsiębiorca otrzymuje informację o dokładnym zakresie kontroli – jeśli jej przedmiotem będzie np. stoisko z wędlinami, inspektorzy nie mają prawa badać świeżości nabiału. Katarzyna Kielar podkreśla jednocześnie, że przepisy dopuszczają niezapowiedziane kontrole żywności – i to one stanowią większość. Dzieje się tak, gdy np. na podstawie skargi lub innych informacji zachodzi podejrzenie zagrożenia bezpieczeństwa konsumentów, bądź podejrzenie popełnienia wykroczenia lub przestępstwa. Część zmian w prawie idzie jednak w kierunku ograniczania prawnych możliwości kontroli przedsiębiorców, co ma uniemożliwić ich „nękanie”, zmniejszać koszty itp.
Kontrole z przymrużeniem oka?
Kolejny znak zapytania wiąże się z faktem, że państwowe inspekcje łatają budżety komercyjnymi usługami. W tym także dla… nadzorowanych firm i instytucji. – Często nosi to znamiona wymuszenia. Bo co ma na myśli inspektor, który chce mi zamknąć lokal, mówiąc, że „trzeba było zlecić pomiary naszemu laboratorium”? Że wtedy miałbym spokój? – skarżył się prasie restaurator z Podhala.
W badaniach Najwyższej Izby Kontroli z 2003 r., na 39 skontrolowanych powiatowych stacji Sanepidu tylko jedna nie prowadziła działalności komercyjnej, a liczba badań laboratoryjnych w ramach usług była znacząco wyższa od przeprowadzonych w ramach nadzoru ustawowego. – Stacje wykonując badania w ramach dochodów własnych, podpisują umowę z klientem, w której zawarty jest zapis, iż w przypadku naruszenia norm zdrowotnych zostaną podjęte określone działania inspekcyjne – wyjaśnia Jan Bondar. Mimo wszystko wydaje się, że nie tędy droga – państwowe służby kontrolne powinny być „jak żona Cezara”, a drogą do tego jest jedynie wystarczające finansowanie ze środków publicznych.
Wątpliwości ugruntowuje kontrola NIK z maja 2009 r., dotycząca sprawowania przez Głównego Inspektora Sanitarnego koordynacji i nadzoru w zakresie działań antykorupcyjnych. Chodzi zwłaszcza o prowadzenie przez pracowników inspekcji działalności gospodarczej, np. w charakterze rzeczoznawców. Może to pozostawać w sprzeczności z obowiązkami służbowymi pracownika oraz wywoływać podejrzenie o stronniczość lub interesowność.
Jan Bondar informuje, że istnieją ograniczenia możliwości prowadzenia przez inspektorów dodatkowej pracy, zbieżnej z przedmiotem kontroli wykonywanej instytucji, która ich zatrudnia. – Między innymi, pracownik powiatowej stacji sanitarno-epidemiologicznej nie może wykonywać dodatkowej pracy na terenie swojego powiatu – tłumaczy. Jednak w okresie objętym kontrolą Izba stwierdziła zaniechanie działań sprawdzających przestrzeganie przez pracowników Państwowej Inspekcji Sanitarnej przepisów antykorupcyjnych.
Z kolei dr Hałat, na początku lat 90. w trzech kolejnych rządach Główny Inspektor Sanitarny i zastępca ministra zdrowia ds. sanitarno-epidemiologicznych, krytykuje niedawne podporządkowanie służb sanitarnych radom powiatów. – W ich skład wchodzą ludzie porządni, ale wielu z nich ma swoje firmy, np. piekarnię czy import produktów spożywczych. I ta rada będzie decydować, co ma robić inspektor sanitarny. To ostatecznie kompromituje i paraliżuje całą tę służbę – przekonuje.
Dziury w systemie
Niedomagania państwowego systemu kontroli dobrze obrazują konkretne przypadki.
Weźmy kwestię stosowania składników modyfikowanych genetycznie. – Już pięć lat temu NIK przygotowała raport na temat nadzoru nad środkami żywienia zwierząt. Wyraźnie wytknęła naszym inspekcjom, że nieskutecznie kontrolują je pod kątem zawartości GMO – mówi Kryda. W obrocie jest dużo kukurydzy i soi o niewiadomej domieszce modyfikowanego surowca. Dlatego producenci pasz, którzy pragną unikać ich stosowania lub choćby tylko zgodnie z prawem znakować wyroby, muszą na własną rękę wykonywać drogie testy.
Co gorsza, choć ciągle słyszy się o dostawach ziarna czy dodatków paszowych z Chin, żadne inspekcje w Polsce nie sprawdzają ich na obecność tzw. nielegalnych odmian GMO. – Testy nastawia się na konkretne, zarejestrowane w Unii odmiany. Przy takiej metodzie odmiana niezarejestrowana nigdy nie zostanie wykazana, a przecież należałoby zbadać, czy nie jest niebezpieczna. Nasze inspekcje zajmują się głównie kontrolą, czy deklaracja na etykiecie jest zgodna z rzeczywistością. Praktycznie nie są prowadzone szczegółowe badania GMO pojawiających się na rynku – podkreśla Kryda.
Dodaje też, że różne państwowe laboratoria potrafią wykazać w tej samej partii paszy bardzo różną zawartość GMO. – Najbardziej martwi mnie to, że inspekcja weterynaryjna, IJHARS czy Sanepid nie alarmują, że istnieją braki w sprzęcie lub metodach badawczych, powodujące, że ich działalność kontrolna może być nieskuteczna. Ustawa mająca uregulować kwestię kontroli organizmów modyfikowanych genetycznie utknęła w sejmowej Komisji Rolnictwa.
Warto tu przywołać sprawę modyfikowanego ryżu LL601. Uprawiano go na amerykańskich poletkach doświadczalnych i nigdzie nie dopuszczono do obrotu. Tymczasem wykryty został w sklepach m.in. w Polsce. – W Niemczech sieć handlowa Aldi podała nazwę producenta i markę produktu, gwarantując klientom zwrot pieniędzy. W Polsce rzeczniczka inspekcji sanitarnej stwierdziła w mediach, że nie ujawni ani producenta, ani nazwy produktu, ze względu na to, że ten sobie tego nie życzy – przypomina Kryda.
W dużej mierze poza nadzorem pozostaje także produkcja zwierzęca. Raport NIK z 2008 r. pokazał, że władze państwowe nawet nie wiedzą, ile działa w kraju ferm chowu wielkoprzemysłowego i gdzie się one znajdują. – Skoro nie ma wiedzy o tych fermach, to i nadzór nad nimi jest praktycznie żaden. […] Najgorzej wygląda nadzór weterynaryjny, który się tymi fermami nie interesuje, traktuje je jako zwykłe gospodarstwa hodowlane. Ale co się dziwić, jeśli ujawniono taki na przykład przypadek, że lekarz weterynarii, teoretycznie odpowiedzialny za nadzór nad fermą, jednocześnie wykonywał w tej fermie odpłatne usługi weterynaryjne – alarmował wówczas Janusz Wojciechowski, wiceprzewodniczący Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi Parlamentu Europejskiego i b. szef NIK.
Na pytanie, jak ocenia ochronę zdrowia konsumentów przez państwowe służby kontrolne, dr Hałat odpowiada krótko: „Jak najgorzej”. Lekarz zwraca uwagę, że norm nie spełnia nieraz już surowiec wykorzystywany w produkcji żywności: Żywność składa się w 80-90% z wody, dlatego jeżeli mówimy o jakości produktów spożywczych, to musimy też mówić o wodzie. Większość firm stosuje do produkcji zwykłą wodę z kranu, nierzadko o fatalnej jakości.
Niebezpieczne bywają zwłaszcza drogie surowce i produkty gotowe, jak np. miód. Ten krajowy często mieszany jest z chińskim, znacznie tańszym, przy którego produkcji stosowany jest chloramfenikol, jeden z najbardziej toksycznych antybiotyków, powodujący m.in. uszkodzenia szpiku kostnego. – Kilka lat temu wykryto go w miodzie i wycofano partię z rynku, od tego czasu – cisza. A przecież z literatury wynika jednoznacznie, że w innych krajach służby nadal wykrywają i wycofują z rynku skażony miód – mówi Hałat.
Widzi on także zagrożenie dla zdrowia konsumentów w bezkrytycznym traktowaniu produktów wprowadzonych do obrotu na obszarze Unii Europejskiej i rezygnacji z ich badania. – Tymczasem importerzy produktów fałszowanych lub zawierających składniki zagrażające zdrowiu, w sposób bezczelny szukają takich miejsc w Europie, gdzie mogą za łapówkę wprowadzić towar do obrotu na terenie całej Wspólnoty.
O niewydolności systemu może też świadczyć przypadek ptasiej grypy. Dr Hałat przypomina, że mimo pouczeń ze strony państwowych służb, iż temperatura 72°C jest zabójcza dla drobnoustrojów, w każdym sklepie można było znaleźć wędzone produkty drobiowe, posiadające przy stawach czerwoną krew. Był to jednoznaczny dowód, że w procesie produkcyjnym wspomniana temperatura nie została osiągnięta. – Opowieści o tym, co należy robić w domu, powinny być lansowane publiczności, gdy służby kontrolne zadbają, by producenci żywności nie łamali prawa sanitarnego – komentuje.
Inny przykład „widocznej gołym okiem” impotencji systemu, to ignorowanie prawnego obowiązku wywieszania w handlu informacji o tym, że dany produkt został poddany napromienieniu. Nigdzie się ich nie spotyka, powszechne są natomiast nie kiełkujące nigdy czosnek czy cebula z Chin, ewidentnie poddane temu zabiegowi.
Gdzie inspekcji pięć…
Zdaniem Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, lekarstwem na wiele niedomagań służb kontrolnych byłoby ustanowienie Państwowej Inspekcji Bezpieczeństwa Żywności, która zastąpiłaby Inspekcję Weterynaryjną, PIORiN oraz IJHARS. – Praktycznie zakończył się już etap ustaleń międzyresortowych, zostały zgłoszone różnego rodzaju uwagi, które aktualnie są rozpatrywane przez ministra. Dlatego można powiedzieć, że ustawa jest nadal w fazie projektowania. Gotowy projekt, zgodnie z planem prac rządu, powinien zostać opracowany do marca tego roku – informuje Jacek Ostapczuk z Departamentu Bezpieczeństwa Żywności i Weterynarii, odpowiedzialny za opracowanie założeń do projektu ustawy.
System „od pola do stołu” – czyli sprawowanie przez jeden podmiot nadzoru nad obrotem materiałem siewnym, wytwarzaniem i stosowaniem pasz, jakością handlową artykułów rolno-spożywczych itp. – ma zapewnić zwiększenie bezpieczeństwa i jakości żywności. Ponadto, kompleksowe kontrole mają być szybsze oraz generować mniejsze koszty dla budżetu i przedsiębiorców.
Zdaniem dr Agnieszki Szymeckiej-Wesołowskiej z Centrum Prawa Żywnościowego (www.food-law.pl), do pozytywnych aspektów planowanego modelu należy to, że w dużym stopniu zmniejszałby rozproszenie obecnych struktur i zwiększał przejrzystość ich działania. Dzisiejszy podział kompetencji pomiędzy poszczególnymi inspekcjami nie zawsze jest jasny, ich działanie regulują różne ustawy, a współpracę – w dużej mierze porozumienia, a nie „twarde” przepisy.
– Jednym z głównych plusów propozycji ministerstwa jest to, że zakłada ona nadanie planowanej inspekcji statusu niezespolonej, tj. niezależność terenowych struktur kontrolnych od wojewodów. Ma to tę podstawową zaletę, że pionizacja i „centralne kierowanie” ułatwia zarządzanie kryzysami, np. gdy choroby zakaźne zwierząt przekraczają granice województw – mówi dr Szymecka-Wesołowska. Dodaje też, że obecnie konsumenci nie wiedzą, która inspekcja czym się dokładnie zajmuje i do której się zwracać, jeśli napotkają na nieprawidłowości. – Na pewno w tym kontekście konsolidacja inspekcji byłaby korzystna.
Zwraca jednocześnie uwagę na słabe punkty projektu. Przykładowo, poza nową strukturą miałyby pozostać zadania powierzone Państwowej Inspekcji Sanitarnej. Tymczasem w założeniach ustawy nie ma ani słowa o koordynacji działań pomiędzy obiema służbami. – Obecnie zaledwie 11% zadań PIORiN ma związek z działaniami na rzecz bezpieczeństwa żywności. Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych zajmuje się przede wszystkim ochroną ekonomicznych a nie zdrowotnych interesów konsumentów, przez co kompetencyjnie bliżej jej do Inspekcji Handlowej niż Inspekcji Weterynaryjnej. Na tym tle można zatem wysnuć wniosek, że planowana konsolidacja dotyczy nie tyle administracyjnych struktur bezpieczeństwa żywności, ile struktur podległych Ministrowi Rolnictwa i Rozwoju Wsi – komentuje dr Szymecka-Wesołowska na blogu Centrum. Podkreśla ona też, że instytucjonalne umiejscowienie organu odpowiedzialnego za zapewnienie bezpieczeństwa żywności w resorcie rolnictwa może zwiększać ryzyko mieszania się interesów ekonomicznych i interesów ochrony zdrowia.
Zbigniew Hałat popiera ideę zintegrowanej służby. –Całkowitym nieporozumieniem jest to, że ledwo zamykają się drzwi za jedną kontrolą, przychodzi następna – zwłaszcza że badają nieraz te same obszary i wydają sprzeczne decyzje. Samą kontrolą znakowania żywności zajmuje się kilka służb: PIH, inspekcja sanitarna i IJHARS. Podkreśla jednocześnie, że dla poprawienia skuteczności działań służb kontrolnych, za zmianami organizacyjnymi musi iść zapewnienie podstaw finansowych – obecnie inspekcjom brakuje środków nawet na podstawową działalność. Zwraca też uwagę, że w nowym systemie powinien być koniecznie uwzględniony Sanepid. Służba ta musi zapewnić zagrożoną obecnie ciągłość szkolenia kadr oraz opierać się na fachowcach o odpowiednim wykształceniu – dotychczas kierownictwo inspekcji zbyt często pochodziło z nadania politycznego.
Poza planem konsolidacji państwowych inspekcji, pewną nadzieję budzą także regulacje wspólnotowe. I tak np. rolnicy pobierający unijne dopłaty podlegają wyrywkowym kontrolom, również w zakresie bezpieczeństwa żywności. Natomiast same organy kontrolne podlegają audytom Komisji Europejskiej, których pokłosiem mogą być sankcje nakładane na państwa członkowskie. Ponadto w związku z harmonizacją polskiego prawa z unijnym, naszym służbom dochodzą nowe obowiązki. Od tego roku inspekcja weterynaryjna zajmuje się m.in. kontrolą przestrzegania zakazu wprowadzania na rynek środków spożywczych i pasz szkodliwych dla zdrowia, nie nadających się do spożycia przez ludzi, zanieczyszczonych substancjami niebezpiecznymi itp.
– Od naszego wejścia do Unii praktyka współpracy służb kontrolnych w zakresie bezpieczeństwa żywności opiera się na obowiązkowym, wspólnotowym systemie RASFF, czyli systemie wczesnego ostrzegania o niebezpiecznej żywności i paszach. Zarówno w Głównym Inspektoracie Weterynarii, jak i w Głównym Inspektoracie Sanitarnym funkcjonują punkty kontaktowe tego systemu, tzn. weterynarze zgłaszają do niego wszelką żywność pochodzenia zwierzęcego, która nie spełnia wymogów bezpieczeństwa, natomiast inspektorzy sanitarni – pochodzenia roślinnego. Takie informacje, zebrane w formie elektronicznej, łatwo później przekazać „w teren”, np. gdy trzeba wycofać jakiś artykuł z obrotu – wyjaśnia Jan Bondar.
Strzeż się tych mięs
Choć mamy prawo domagać się od państwa kontroli nad bezpieczeństwem i jakością żywności, inspektorzy nigdy nie ochronią nas do końca. Dlatego dużo zależy od nas. Choćby z tego powodu, że skład wielu produktów spożywczych nie jest regulowany i jeśli tylko nie zawierają np. niedopuszczonych środków, inspektor jakości może jedynie sprawdzić, czy są zgodne z deklaracją producenta.
Tymczasem informacji na etykietach poszukuje tylko co piąty Polak, a ponad 3/4 badanych odpowiada, że przy wyborze produktu decydującym kryterium jest cena. Nie trzeba być inspektorem, żeby się domyślić, iż kiełbasa w cenie 4 zł za kilogram raczej na zdrowie nam nie wyjdzie…
Należy także pamiętać, że skuteczny nadzór nad żywnością leży w naszym wspólnym interesie nie tylko jako konsumentów. – Polska traci wiarygodność jako państwo cywilizowane, kontrolujące produkty tak, by konsument mógł być bezpieczny, oraz gwarantujące jakość eksportu – mówi Kryda. Dr Hałat podsumowuje: Zamiast wymachiwać szabelką i twierdzić wszem i wobec, że polska żywność jest najlepsza oraz wydawać pieniądze na jej promocję, należałoby te środki przeznaczyć na usprawnienie systemu kontroli. Bo obecnie jeśli jakiekolwiek państwo czy koncern zechce wykazać, że powinniśmy zostać z żywnością w naszym kraju, wystarczy że opublikuje wyniki badań zawartości w niej dioksyn czy GMO.
przez Bartłomiej Grubich | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011
Ruch konsumencki ma w Polsce całkiem długą historię, ale przede wszystkim – przyszłość. Jest bowiem o co walczyć.
Punkt wyjścia dla ochrony praw konsumenta stanowi Konstytucja, która jednoznacznie stwierdza, iż władze publiczne chronią konsumentów, użytkowników i najemców przed działaniem zagrażającym ich zdrowiu, prywatności i bezpieczeństwu oraz przed nieuczciwymi praktykami rynkowymi. Konkretne uprawnienia konsumentów określa przede wszystkim ustawa z 27 lipca 2002 r. o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej. Stanowi ona i porządkuje ramy dla regulacji w tej sferze, jednak wszystkie przepisy chroniące interesy konsumenta rozrzucone są po wielu dokumentach prawnych, na ustawie o języku polskim skończywszyi.
Niemal dla każdej dziedziny usług i wielu kategorii produktów istnieją specyficzne akty prawne, do których niezadowolony konsument może się odwoływać. Osobne ustawy i rozporządzenia regulują świadczenie usług telekomunikacyjnych, turystycznych oraz finansowych; do jednych dokumentów należy dotrzeć w przypadku reklamacji związanych z żywnością, do innych – jeśli sprzedano nam niepełnowartościową odzież. Prawnik Dariusz Krupski, prezes Obywatelskiego Stowarzyszenia Konsumentów i Przedsiębiorców „W Jedności Siła” jednoznacznie stwierdza, kim powinien być „skuteczny” konsument: Musi być dobrym szperaczem. Przykładowo, jeśli chcemy skutecznie egzekwować nasze prawa związane z zakupem butów, oprócz ustawy o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej powinniśmy znać kodeks cywilny, klauzule niedozwolone, ustawy o świadczeniu usług oraz masę innych przepisów, z kodeksem wykroczeń włącznie.
Sprawy nie ułatwia specjalistyczny język – ktoś, kto nie ma doświadczenia w czytaniu aktów normatywnych, po prostu nie zrozumie wspomnianych przepisów. – Jako pełnomocnik występuję przed sądami i np. ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym często nie rozumieją do końca nawet sami sędziowie, a co dopiero człowiek, który na co dzień zajmuje się czymś innym. Nawet jeśli się na jakąś ustawę powołuje, to nie zawsze potrafi ją dobrze zinterpretować – mówi Krupski. Oczywiście problem dotyczy także usługodawców i sprzedawców, którzy nie zawsze są świadomi własnych obowiązków. – Akty prawne liczy się w tysiącach; to są miliony stron, nie do przeczytania w ciągu całego życia, a niestety jeśli konsument nie zna tych przepisów, to działa to na jego niekorzyść – komentuje pan Dariusz.
Nieliczne przekrojowe badania polskich konsumentów potwierdzają tę opinięii. Słabo znamy swoje prawa konsumenckie – tak twierdzi prawie ¾ respondentów (przeciwnego zdania jest tylko 14%). Większość pytanych uważa, że polskie prawo jest w tym względzie zbyt skomplikowane (63%), nieprecyzyjne (61%), a w sporze ze sprzedawcą lub producentem uniemożliwia udowodnienie swoich racji (50%). Równocześnie aż 69% obywateli uznaje, że nie trzeba znać swoich praw, bo zawsze można zwrócić się z reklamacją do sprzedawcy.
Wśród ekspertów wydaje się jednak dominować opinia, iż – mimo powyższych wad – rodzime prawo gwarantuje ochronę konsumenta na dobrym poziomie, również na tle krajów zachodnich. Oczywiście w znacznej mierze wymusza to wymóg zgodności naszych regulacji z polityką konsumencką Unii Europejskiej.
Tyle teorii, ponieważ praktyka pokazuje, iż konsument w Polsce ma bardziej „pod górkę” niż jego odpowiednik ze Szwecji, Wielkiej Brytanii czy Niemiec. Doktor Izabela Sowa z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach twierdzi, że polscy konsumenci są zdezorientowani ze względu na często zmieniające się prawo. Również Dariusz Krupski uważa, że sedno problemu nie tkwi w przepisach: Są sprzedawcy, którzy bardzo ładnie prowadzą procedury reklamacyjne, jednak to wyjątki. Generalnie u nas zniechęca się konsumenta, wciska mu się, że to jego wina, że kupione buty rozleciały się, gdyż powinny być noszone tylko w muzeum albo w słoneczną pogodę, mimo że nikt o tym podczas zakupu nie informował. Tymczasem jeżeli w Niemczech czy w krajach skandynawskich reklamuje się towar, który posiada widoczne gołym okiem uszkodzenie, to nie powołuje się biegłych czy rzeczoznawców, lecz oddaje pieniądze lub prosi klienta, aby wybrał sobie inny. Wydaje mi się, że to nie przepisy, ale przede wszystkim mentalność jest tam inna: powszechny szacunek dla klienta i wiara w to, że jeśli wyjdzie zadowolony, to firma na tym zyska, bo pocztą pantoflową będzie jej robił dobrą opinię. Tymczasem polski konsument bardzo często (56% odpowiedzi) jest przekonany, że składając reklamację traktowany będzie jako oszust próbujący coś wyłudzić.
Nie sami sobie
Na szczęście konsument może ubiegać się o wsparcie podmiotów działających na rzecz ochrony jego praw. Należą do nich zarówno organy państwowe, jak i organizacje pozarządowe. Naczelną instytucją jest tutaj Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który jednak nie zajmuje się „pojedynczymi” sprawami, z czego wielu Polaków nie zdaje sobie sprawy. Jednak to właśnie UOKiK zleca organizacjom pozarządowym i samorządom terytorialnym wykonywanie określonych zadań, jak prowadzenie bezpłatnego poradnictwa prawnego, badanie towarów i usług, edukowanie i informowanie.
Indywidualnymi przypadkami zajmują się rzecznicy konsumentów – miejscy lub powiatowi. Oferują m.in. poradnictwo, składanie wniosków, występowanie w sprawach. Co warto podkreślić, ich rola w systemie ochrony konsumentów jest bardzo pozytywnie oceniana przez ekspertów. – Na pewno zdarzają się powiaty, gdzie rzecznik jest beznadziejny, tak samo jak zdarzają się beznadziejni lekarze czy nauczyciele. Natomiast sama idea i jej realizacja, a przede wszystkim to, że coraz więcej konsumentów ma świadomość, iż taki rzecznik istnieje i że mogą się do niego zwrócić o pomoc, a on np. pokieruje ich do właściwej instytucji – myślę, że ten aspekt reformy jak najbardziej się sprawdza – stwierdza Izabela Sowa.
Dla skutecznej ochrony praw konsumenta niezbędna jest współpraca pomiędzy instytucjami państwowymi i organizacjami pozarządowymi. W Polsce działają dwie podstawowe organizacje pożytku publicznego, których głównym celem jest ochrona interesów konsumentów: Federacja Konsumentów oraz Stowarzyszenie Konsumentów Polskich. Obie realizują zadania finansowane przede wszystkim przez UOKiK, takie jak poradnictwo (np. prowadzenie infolinii) oraz tworzenie i dystrybucja materiałów informacyjnych i edukacyjnych. Doceniając wartość tych działań, należy odnotować, że na tle Europy Zachodniej ich skala jest niewielka. Przykładowo, we Francji czy w Niemczech funkcjonuje około dwudziestu powstałych oddolnie organizacji reprezentujących konsumentów, posiadających zarówno oddziały lokalne, jak i struktury ogólnokrajowe. Trzeba mieć przy tym na uwadze istotną różnicę: organizacje zachodnie często działają jedynie na rzecz własnych, zarejestrowanych członków, natomiast w Polsce dostęp do wsparcia ze strony nielicznych istniejących organizacji konsumenckich jest zasadniczo nieograniczony.
Federacja Konsumentów jest najstarszą i największą konsumencką organizacją pozarządową w Europie Środkowo-Wschodniej. – Od lat 50. środowisko naukowe uważało, że należy powołać organizację, która niezależnie od różnych instytucji państwowych zajmowałaby się problemami konsumenckimi: wyłącznie nimi, i to w sposób niebiurokratyczny. Jednak do powołania takiej organizacji doszło dopiero w 1981 r., na fali ówczesnych zmian politycznych – mówi Elżbieta Połczyńska, prezes oddziału w Poznaniu. Federacja posiada biuro w Warszawie oraz 47 jednostek terenowych. W każdym z oddziałów można otrzymać bezpłatną pomoc prawną, która jest podstawową formą działalności organizacji.
Prawnik ustala, czy roszczenia konsumenta są uzasadnione, a następnie pomaga w podjęciu odpowiednich kroków. Jeśli sprawa tego wymaga, dochodzi do interwencji u producenta lub sprzedawcy. Gdy pozostaje ona bez odzewu, Federacja może wystąpić do sądu i nieodpłatnie prowadzić sprawę w imieniu poszkodowanego. Stowarzyszenie jest najbardziej rozpoznawalną organizacją w dziedzinie ochrony praw konsumenta, kojarzoną przez 31% Polaków. Nie dziwi więc skala zainteresowania jego działalnością. W roku 2008 r. udzieliła 7298 porad pisemnych, 39 697 bezpośrednich oraz 54 025 porad i interwencji telefonicznych. Elżbieta Połczyńska przyznaje jednocześnie, że działalność mogłaby być jeszcze szersza i bardziej skuteczna, gdyby nie ograniczenia finansowe.
Z kolei Stowarzyszenie Konsumentów Polskich założone zostało w 1995 r. i działa przy Stowarzyszeniu Porad Konsumenckich, które udziela pomocy prawnej mieszkańcom Warszawy i okolic. Tym, co wyróżnia SKP, jest prowadzenie jedynej w Polsce bezpłatnej infolinii konsumenckiej, dostępnej na terenie całego kraju pod numerem 800 800 008, codziennie od 9 do 17. Maria Beca, prawnik ze Stowarzyszenia, mówi, że konsumenci dzwonią cały czas. – Większość spraw dotyczy typowej sprzedaży konsumenckiej, czyli problemów ze złożeniem reklamacji, tego, jakie mamy uprawnienia, gdy towar się zepsuje itp. Oprócz tego ludzie zwracają się do nas z prośbą o pomoc w wielu innych sprawach, np. dotyczących usług bankowych, telekomunikacyjnych, energetycznych. Zdarzają się też problemy związane z ubezpieczeniami, sprzedażą przez Internet czy akwizytorów – wylicza.
Zastrzega przy tym, że istnieją problemy, których nie sposób rozwiązać „na odległość”. – Należy mieć świadomość, że wiele spraw wymaga analizy umowy. Tam, gdzie jest umowa i prawnik nie ma dostępu do jej treści, nie zawsze jest w stanie pomóc – wyjaśnia pani Beca. – W ramach porad telefonicznych przede wszystkim podpowiadamy, na jakie przepisy konsument może się powołać, co napisać w reklamacji, jakie praktyczne kroki przedsięwziąć.
Wsparcia konsumenci szukają także w Internecie. Sieć umożliwia powstawanie nieformalnych grup, w ramach których użytkownicy (często eksperci w danej dziedzinie lub prawnicy) przekazują fachowe porady. Na jednym z najpopularniejszych forów prawnych codziennie pojawia się kilkanaście pytań konsumentów (http://forumprawne.org/prawa-konsumenta/). Chociaż nie zawsze możliwa jest rzetelna pomoc (np. ze względu na brak wglądu w dokumenty), żadne zapytanie nie pozostaje bez odpowiedzi.
W ten sposób internauci w sposób oddolny promują praktyczną wiedzę na temat praw konsumentów, czego niestety bardzo brakuje w tradycyjnych mediach. – Nadawane są programy konsumenckie, jednak docierają one do niewielu osób – twierdzi Dariusz Krupski. – Są bowiem emitowane albo w godzinach późnowieczornych, albo przedpołudniowych, dlatego mogą je oglądać jedynie bezrobotni czy emeryci. Takich programów jest zresztą bardzo niewiele, a co gorsza mówią głównie o tym, jak wybierać czy kupować towar, natomiast nie ukierunkowują prawnie. A to jest naprawdę ważne – co z tego, że dowiemy się z telewizji, na co zwracać uwagę, gdy okaże się, że już zostaliśmy oszukani? Jak następnie mamy egzekwować swoje prawa? Tutaj poradnictwo się kończy – publiczne media nie dbają, by obywatele otrzymali taką informację. Są zdani tylko na siebie.
Czy wiesz, co jesz?
W krajach zachodnich na straży interesów nabywców stoją różnorodne testy konsumenckie, mające długą tradycję i opinię rzetelnych. Przykładem jest Stiftung Warentest, niemiecka organizacja będąca wydawcą magazynu „Test”. Co roku publikuje on około 200 testów, osiągając nakład ponad pół miliona egzemplarzy (!). Pozytywne oceny danego produktu przekładają się na zwiększone zainteresowanie klientów. Natomiast negatywne powodują oburzenie producentów i sprzedawców, a nierzadko procesy sądowe – wydawca twierdzi, że jest ich średnio dziesięć rocznie – jednak od roku 1964 Stiftung Warentest nie przegrało ani jednego z nich.
W Polsce właściwie jedynym medium zajmującym się testami konsumenckimi w ścisłym znaczeniu jest magazyn „Pro-Test”, będący kontynuacją wcześniej istniejącego „Świata Konsumenta”. Zamieszczane są w nim testy porównawcze m.in. żywności, kosmetyków i sprzętu AGD i RTV. „Pro-Test” nie jest jeszcze tak popularny jak jego zachodnie odpowiedniki, z którymi ściśle współpracuje. Tamte czasopisma istnieją już od kilkudziesięciu lat. Być może rozwiązaniem byłoby wsparcie państwa dla tego typu publikacji (jak często dzieje się w krajach „starej” Unii) – obecnie „Pro-Test” przeprowadza testy za pieniądze zarobione na płatnej publikacji ich wyników w Internecie, wydawaniu książek oraz z dotacji Komisji Europejskiej. Piotr Koluch, redaktor naczelny „Pro-Testu”, z ironią zauważa, iż władze z Brukseli są bardziej niż polski rząd zainteresowane dostępem Polaków do niezależnych testów. I już na poważnie dodaje: Na początku każda tego typu organizacja musi dostać wsparcie od rządu. Szczególnie, iż testy konsumenckie, takie jak te publikowane przez „Pro-Test”, wymagają nieraz nakładów w wysokości setek tysięcy euro. Warto dodać, że z inicjatywy Federacji Konsumentów w latach 90. powstał w Polsce Konsumencki Instytut Jakości, jednak z powodów finansowych zakończył działalność.
Dostęp do wyników niezależnych testów konsumenckich pozwala zaoszczędzić pieniądze, zdrowie, a nawet zapewnić bezpieczeństwo – jak w przypadku niedawno opublikowanego raportu na temat opon zimowych albo testu, który ujawnił, jakie zabawki zawierają szkodliwe substancje. Barwnym przykładem, wywracającym potoczne myślenie do góry nogami, jest przeprowadzone przez „Pro-Test”, rzetelnie udokumentowane badanie wód mineralnych i źródlanych. Okazuje się, iż tzw. kranówa w Warszawie bywa lepsza – jeśli chodzi o zawartość minerałów, substancji niepożądanych, jak rad i uran, choć już nie o smak – od wody butelkowanej, natomiast atest Instytutu Matki i Dziecka jest jedynie chwytem marketingowym, nie zaś wyznacznikiem jakości. – Ja preferuję wodę z kranu – deklaruje redaktor naczelny pisma. – O kwestiach takich jak zapach czy smak się nie dyskutuje. Mnie ta woda smakuje. Na całym świecie pije się „kranówkę”, w restauracjach w Grecji czy Włoszech podaje się ją do posiłków i nie słyszałem jeszcze, żeby komuś zaszkodziła. Czasami woda źródlana w Polsce ma mniej minerałów, niż woda z kranu, która kiedyś była gorszej jakości, a dziś za nią płacimy, więc się o nią dba.
Niestety, w polskiej prasie częściej niż z tego typu fachowymi testami mamy do czynienia z porównawczymi zestawieniami produktów i usług. Publikowane są przede wszystkim przez czasopisma kobiece i specjalistyczne (np. komputerowe, fotograficzne). Piotr Koluch jednoznacznie stwierdza, iż tego typu zestawienia to wprowadzanie ludzi w błąd. – Tamte testy nie są robione w laboratoriach, nie są opracowane przez naukowców, lecz przez dziennikarzy. To subiektywna ocena, my robiąc testy bazujemy na kryteriach obiektywnych. Co więcej, pisma popularne stają przed dylematem przypodobania się lub narażenia potencjalnym reklamodawcom. Dodatkowo wiele badań jest przeprowadzanych przez same zainteresowane firmy, co wzbudza uzasadnione wątpliwości.
Alternatywą byłyby rzetelne kontrole produktów przez instytucje państwowe, np. Państwową Inspekcję Handlową. Niestety między tą instytucją i innymi tego typu, a „Pro-Testem”, występuje jedna różnica, kluczowa dla konsumenta. Piotr Koluch wyjaśnia: My ujawniamy, oni nie ujawniają nazw badanych marek. To państwo powinno przekazywać informacje, które my przekazujemy. Nie wiem, jaka jest polityka państwa. Wydaje ono na badania miliony złotych, po czym dowiadujemy się lakonicznie: 20 produktów okazało się złych, a 80 dobrych. Jakie próbki, czyje, kto „nawala”, jakie kto kary dostaje – tego się nie dowiemy. I tym różnimy się od Zachodu, gdzie konsument otrzymuje takie informacje.
Razem, bracia konsumenci
Zorganizowani konsumenci mogą skuteczniej walczyć o swoje prawa. W Polsce dzieje się to jednak wyjątkowo rzadko. Tymczasem na Zachodzie zorganizowane akcje konsumenckie (np. bojkotowanie produktów określonych firm, lobbing itd.) wpisały się w stały repertuar działań obywatelskich. Ciekawym przykładem jest sytuacja z niemieckiego Kassel, gdzie konsumenci zmusili lokalne władze do wprowadzenia podatku dla sieci fast food od jednorazowych opakowań, wbrew mocnemu sprzeciwowi firm wytwarzających i sprzedających tego typu żywność. Za przykładem Kassel poszły inne miasta, mimo iż de facto wiązało się to ze wzrostem cen dla konsumentów.
W Polsce spektakularną walkę o swoje interesy rozpoczęli klienci mBanku i Multibanku, którzy zaciągnęli tam kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich. Osobom, które podpisały umowy przed 1 września 2006 r., oprocentowanie naliczano w taki sposób, że gdy stopy procentowe w Szwajcarii rosły, ono również wzrastało, natomiast kiedy spadały – bank nie reagował. Zawiedzeni klienci założyli stronę internetową, gdzie dokładnie opisali swoje roszczenia (mstop.pl), oraz forum, liczące ponad 3200 użytkowników, gdzie wymieniają się opiniami, rejestrując przy tym wszelkie medialne wzmianki o swojej inicjatywie (nabiciwmbank.pl).
Skala podjętych działań jest w skali naszego kraju ewenementem. – W ciągu ponadpółtorarocznej działalności udało nam się wiele osiągnąć – mówił dla „Przeglądu” B!gj@ck, administrator forum. – Zorganizowaliśmy pierwszą w kraju konsumencką kampanię billboardową, prowadziliśmy akcje marketingu wirusowego w serwisach takich jak Facebook, Blip i Twitter, oklejaliśmy nasze samochody w przestrodze przed bankiem, udało nam się zmobilizować do działania Komisję Nadzoru Finansowego i UOKiK.
BRE Bank (właściciel mBanku) początkowo sprawę bagatelizował, później jednak zaproponował zmiany w naliczaniu odsetek. Propozycja została zaakceptowana, lecz jedynie przez część klientów – mówi się o ok. 20% niezadowolonych, którzy nadal dążyli do zmian. Nowy impuls pojawił się latem 2010 r., gdy ustanowiono prawną możliwość składania pozwów zbiorowych. Niezadowoleni klienci BRE, jako „Grupa na bank”, rozpoczęli przygotowania do złożenia wspólnego pozwu, do którego przyłączyło się już ponad 200 osób. Warto dodać, że wcześniej grupa poprosiła o pomoc Miejskiego Rzecznika Konsumentów w Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy – Małgorzata Rothert zgodziła się reprezentować ich przed sądem.
Samoorganizacja poszkodowanych przez mBank zachęca do działania kolejne grupy, np. klientów niezadowolonych z usług banków grupy Santander oraz Reiffeisen. Już sam fakt, że pojawia się powszechna świadomość, iż można walczyć o swoje nawet z takimi molochami, niewątpliwie wzmacnia pozycję polskiego konsumenta.
Pojawia się pytanie, dlaczego taka samoorganizacja możliwa była dotychczas tylko w przypadku konfrontacji z wielkimi instytucjami finansowymi. W następujący sposób tłumaczy to Elżbieta Połczyńska: Nie zbierze się wszystkich, którzy w różnych porach roku kupują buty – jedni na sezon zimowy, inni na letni. Nie zbierze się ich pod kolejnymi sklepami, bo jest ich wiele, tymczasem mBank jest jeden. Przede wszystkim jednak to kwestia wielkości roszczeń finansowych poszczególnych osób. Tego się nie da porównać. Należy jednocześnie podkreślić, że w krajach Europy Zachodniej konsumenci potrafią się oddolnie zorganizować nawet w drobnych sprawach, jak zbyt wysokie opłaty za przejazd koleją. Ponownie pojawia się więc kwestia świadomości i edukacji konsumenckiej, nadal słabo u nas rozwiniętych. – Z jednej strony ludzie z biegiem czasu dowiadują się, gdzie ewentualnie mogą szukać pomocy – twierdzi Połczyńska. Jednocześnie zauważa, iż Polacy niby słuchają, że należy uważać na taką bądź inną firmę czy praktykę, lecz prawdziwie interesują się swoimi prawami dopiero, gdy problem dotknie ich bezpośrednio. – „Myślałem, że MNIE coś takiego nie może się przytrafić” – bardzo często słyszymy od konsumentów, którzy do nas docierają.
Miej świadomość
UOKiK zorganizował lub wsparł finansowo sporo kampanii informacyjnych. W latach 2004-2006 przeprowadzono największą z dotychczasowych, pod hasłem „Moje konsumenckie ABC”. W jej ramach przygotowano wiele publikacji i materiałów edukacyjnych (broszury, podręczniki, skrypty, wydawnictwa audiowizualne, ulotki, komiksy i kolorowanki dla dzieci), stronę internetową przeznaczoną dla młodych konsumentów (www.konsumenckieabc.pl), 30-sekundowy spot emitowany w telewizji, cykle warsztatów szkoleniowych dla rodziców i nauczycieli oraz konferencji regionalnych, happeningi dla studentów uczelni o profilu ekonomicznym, poświęcone etyce prowadzenia działalności gospodarczej. Powstał także program „Konsument” emitowany w TVP2. Oprócz tego, szereg kampanii edukacyjno-informacyjnych przeprowadzają organizacje pozarządowe, zwłaszcza wspomniane dwie największe.
Gorzej wygląda sprawa z edukacją w szkołach. Mimo iż na samorządzie terytorialnym spoczywa obowiązek wprowadzania do programów nauczania elementów wiedzy konsumenckiej, w praktyce poświęca się temu zagadnieniu jedynie… 1-3 godziny w ramach lekcji przedsiębiorczości. Należy jednocześnie odnotować istnienie takich projektów, jak „Co młody konsument wiedzieć powinien?”, przeprowadzony we współpracy i przy wsparciu Urzędu przez Polską Zieloną Sieć. Zrealizowano go w latach 2006-2007 na terenie całego kraju. W jego ramach przeszkolono około 14 tysięcy uczniów 480 szkół różnych szczebli. Tego typu projekty powinny jednak uzupełniać, a nie zastępować rzetelne działania państwa na rzecz edukacji konsumenckiej najmłodszych.
Dodatkowo ważne jest, by kampanie informacyjne docierały do obu stron „barykady”, tj. także do sprzedawców i usługodawców. – W ustawie o ochronie konkurencji i konsumentów jest zapis, że powiat prowadzi bezpłatne poradnictwo poprzez rzecznika konsumentów, natomiast gmina ma zapewnić edukację konsumencką. Ważne jest połączenie tych dwóch sił, nastawienie na lokalne programy edukacyjne, wspierane na szczeblu krajowym przez UOKiK, który powinien przygotowywać materiały i broszury informacyjne. Powinny być one adresowane nie tyle nawet do konsumentów, co do przedsiębiorców, usługodawców i sprzedawców – mówi Krupski.
Wyjaśnia on, że przestrzeganie praw konsumentów często opłaca się bardziej niż wielotysięczne wydatki na reklamę. – Firmy, które potrafią o swoich klientów dbać i solidnie postępują np. przy zgłoszeniach reklamacyjnych i jeszcze dodadzą jakiś prezent, zwiększają obroty, gdyż cieszą się dobrą renomą. Klienci wiedzą, że w danym sklepie można kupować bez ryzyka – stwierdza. Dodaje, iż w sytuacjach, gdy firmy uchylają się od realizacji obowiązku reklamacji, powinny otrzymywać kary finansowe, co niestety ma miejsce zbyt rzadko.
W dziedzinie ochrony praw polskiego konsumenta nadal pozostaje bardzo dużo do zrobienia. Współpraca pomiędzy państwem a organizacjami pozarządowymi nie zawsze jest efektywna i m.in. dlatego brakuje im środków, przez co wiele projektów pozostaje niezrealizowanych. Jednocześnie konsumenci, choć zagubieni, są coraz bardziej chętni do szukania rozwiązań, porad – i coraz częściej je znajdują. A kiedy firmy naprawdę mocno nadepną im na odcisk, potrafią się zjednoczyć przeciwko nim. W ten sposób stopniowo tworzy się w Polsce fundament pod uznanie konsumenta za realny podmiot życia publicznego. Miejmy nadzieję, że wkrótce bycie konsumentem przestanie stanowić jedynie konieczną, narzuconą rolą społeczną, a stanie się także świadomą postawą obywatelską.
Przypisy:
i Najważniejsze akty prawne dotyczące ochrony konsumentów znaleźć można na stronie: http://www.uokik.gov.pl/ochrona_konsumentow_.php
ii Wykorzystałem wyniki badań z następujących publikacji, dostępnych na stronie Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (http://www.uokik.gov.pl): „Znajomość i korzystanie z praw konsumenckich”, „Znajomość praw i organizacji chroniących konsumentów”, „Konsumentów portret własny: świadomość praw, sposoby podejmowania decyzji, bariery utrudniające bezpieczne i satysfakcjonujące uczestnictwo w rynku”.
przez dr Joanna Szalacha-Jarmużek | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011
Modernizacja wyłącznie poprzez rozbudowę infrastruktury to pole do popisu dla „kręcenia lodów”. Postrzeganie jej jedynie w wymiarze obyczajowym sprawia, że i tak już silne grupy społeczne stają się jeszcze silniejsze. Impulsem do autentycznej modernizacji – jest odwaga i jej instytucjonalne zaplecze.
Demony modernizacji
Modernizacja jest demonem współczesności. Jest nam potrzebna, bo czujemy naturalną być może potrzebę zmierzania wciąż przed siebie, pokonywania własnych słabości. Modernizacja jest też niestety ideologiczna w swym rdzeniu, bo daje możliwości manipulacji całymi zbiorowościami. Bywa zbawieniem, bywa też wielką iluzją, która prowadzi do zwiększenia nierówności społecznych. Posiada wiele twarzy – ma być procesem wprowadzania nowych technologii, przejściem od społeczeństwa tradycyjnego do nowoczesnego, ma bazować na industrializacji, urbanizacji, demokratyzacji. Jednak im więcej twarzy modernizacji – tym więcej okazji do manipulacji.
Modernizacja to słowo-wytrych. Zarówno ono, jak i wszelkie jego derywaty użyte być mogą do dokonywania zmian według widzimisię tego, kto wytrycha potrafi użyć. Wszystko może być bowiem zadeklarowane jako nie dość nowoczesne, opóźnione, spetryfikowane, a więc – wymagające modernizacji. Na tym polega w gruncie rzeczy ideologiczność każdej modernizacji: ktoś potrafił kogoś przekonać/zmusić do tego, żeby uznał, iż unowocześnianie na jego modłę to właściwa decyzja, którą trzeba poprzeć czynem.
Modernizacja zawsze oznacza jakąś zmianę, i to zmianę rozumianą przez modernizatorów pozytywnie (chociaż nie każda zmiana jest rozumiana jako modernizacja i nie każda modernizacja jest faktycznie pozytywna). Jakaś forma modernizacji jest więc zawsze konieczna, nie jest przy tym nigdy do końca jasne, na czym lokalnie miałaby ona polegać, ani jak intensywna miałaby być. Te dwie zmienne modernizacji są więc podatne na ideologizację, poddanie woli zewnętrznych grup interesu oraz wszelkiej maści miejscowych grup antyrozwojowych (używając określenia Andrzeja Zybertowicza). To ogólne idee. Natomiast polskie społeczeństwo wpada niestety wciąż w te same pułapki – są to pułapki dwóch paradygmatów modernizacji.
Paradygmat pierwszy: budujemy nowy kraj
Stosowane po 1945 r. z różnym nasileniem, ale i różnymi celami, hasło modernizacji było jednym z przewodnich sloganów partii komunistycznej. Zaczęto od odbudowy kraju i od tej chwili postulat modernizacji materialnej, przy braterskiej współpracy ze Związkiem Sowieckim, nigdy kraju nie opuścił. Tak rozumiana modernizacja polegała na nacjonalizacji przedsiębiorstw i dóbr prywatnych oraz na tworzeniu nowych form i zakładów produkcji: kombinatów rolnych i fabryk produkujących zupełnie nowoczesne artykuły. Wszystkie te elementy gospodarki miały być zarządzane z centrali, poddane wyższej sile, która planowała nawet nie w skali Polski, ale całego obozu bratnich państw, ze stolicą w Moskwie.
Modernizacja miała jeszcze jeden wymiar: moralno-społeczny. Zgodnie z komunistycznym paradygmatem, celem zmian było stworzenie nowego społeczeństwa, bezklasowego oraz równego w dostępie do wszelkich dóbr materialnych. Dla realizacji tego zamierzenia należało zniszczyć stare struktury społeczne, a więc „pogonić pana i plebana”. Dokonano wielu zmian o charakterze inżynierii społecznej, zaczynając od przesiedleń ludności, które zniszczyły tradycyjne wspólnoty i więzi zaufania. Prawdą jest, że przesiedlenia były wynikiem pojałtańskiej utraty Kresów przez Polskę, ale przymusowe migracje oraz nowe granice miały służyć zburzeniu starego społecznego porządku, opartego na tradycyjnej wspólnocie, w skali szerszej niż tylko nowa Polska. Więzi społecznych nie udało się już odtworzyć, skazując szereg osób na alienację. Dla przykładu, mieszkańców wiosek z Wileńszczyzny przesiedlano na Mazury, gdzie zasiedlali opuszczone gospodarstwa razem z nowymi przybyszami z Pomorza i centralnej Polski, którzy przyjechali tam zwabieni wizją posiadania gospodarstwa na własność. Nowe społeczności składały się najczęściej z przypadkowych mieszkańców, a wiekowa struktura dawnych wspólnot i zaufania społecznego została na zawsze złamana.
Niszczenie tradycyjnej inteligencji oraz zastępowanie jej na kluczowych pozycjach w państwie ludźmi, u których brak kompetencji rekompensowany był absolutną lojalnością wobec władzy ludowej, to kolejny etap. Wreszcie masowa inwigilacja poprzez tajne służby wszelkich struktur społecznych, które nosić mogłyby znamiona reakcjonizmu, przypieczętowała rozpad społeczeństwa i izolację grup społecznych. Wprawdzie więzi międzyludzkie na poziomie rodzin i kręgów towarzyskich mogły być silniejsze niż dziś, jednak ponad tym poziomem występowała próżnia socjologiczna – brak zaufania do władzy, obcych i innych grup. Był to zresztą kolejny czynnik budujący na długie lata i aż do dzisiaj deficyt zaufania społecznego wśród Polaków.
Warto retorycznie zapytać: czy osiągnięto tym sposobem modernizacji społeczeństwo bezklasowe, z równym dostępem do dóbr? Zaraz po tym, kiedy pognębiono „przedwojennych wyzyskiwaczy”, miejsce dawnych elit zajął „prostak i cham”, polujący w Łańsku, jeżdżący na wczasy do Soczi, palący kubańskie cygara i pijący gruzińskie koniaki. I w tym samym czasie, gdy posyłał on na ulice ZOMO, żeby strzelało do protestujących robotników, robił się coraz bardziej cyniczny, wysyłając swoje dzieci na stypendium Fulbrighta, aby uczyły się zasad zgniłego kapitalizmu, który miał nadejść i w Polsce.
Wiele haseł i działań modernizacyjnych prowadzonych w Polsce po 1989 r. jest dziwnie bliskich temu, co miało miejsce w Afryce w latach 60. i 70. Po demontażu systemu kolonialnego w jego dotychczasowej wersji, nowe państwa afrykańskie weszły na drogę szybkiej modernizacji „indukowanej”. Jej założenia mówiły, że wystarczy wprowadzić do zacofanych regionów pewne instytucje społeczne i organizacje znane z krajów zachodnich, a reszta społeczeństwa odpowiednio się unowocześni. Impulsem strategicznym dla rozwoju Afryki miały być uniwersytety, powszechne prawo wyborcze, radio i telewizja, które generując znane z Zachodu potrzeby, miały tworzyć naciski modernizacyjne, m.in. rozbudzając ambicje i potrzeby konsumpcyjne. Pewien brytyjski profesor – biolog i psycholog – opowiadał nam, jak w latach 60. w Zambii Brytyjczycy pomagali tworzyć uczelnie wyższe i inicjowali tworzenie na nich takich kierunków, jak medycyna czy budownictwo. Tymczasem większość chętnych pragnęła studiować nauki polityczne i stosunki międzynarodowe, by (jak uważali) zostać ambasadorami i ministrami…
Obok takich zmian szła też ścieżka modernizacji industrialnej. Tyle że tu rzadko kiedy bazowano na własnym potencjale społeczności afrykańskich. Fabryki budowano więc bardziej pod kątem potrzeb eksportu do Europy i Ameryki, niż wizji rozwoju społecznego. A beneficjentami pozostawali lokalni kacykowie, elity kompradorskie i zagraniczni inwestorzy. Osiągnięto oczywiście pewną formę modernizacji, bo w wielu krajach Afryki struktura społeczna ulegała zmianie, odchodząc od preindustrialnych modeli działania. Nadal jednak Afryka nie jest klonem Pierwszego Świata, chociaż więc skok cywilizacyjny został dokonany, to lądowanie nastąpiło w innym miejscu, niż zapowiadano.
Polskie społeczeństwo też ma „skakać”. Okazuje się zawsze, że to, co zrobiliśmy do tej pory, nie jest wystarczające. Pierwszy świat znowu nam uciekł: mamy za mało autostrad, za mało lotnisk, za mało nowoczesnych metropolii, hoteli, boisk… Skaczemy więc.
Paradygmat drugi: równość, wolność i siła dla równiejszych
Po tym, jak komunizm został rozmontowany, pozostał spory potencjał ludzi i instytucji o charakterze kulturowym i inteligenckim, niechętnych temu, aby powróciła jakakolwiek forma przedkomunistycznej Polski. Dość szybko zawarli oni sojusz z postępowymi siłami z Zachodu, związanymi m.in. z tzw. tęczową koalicją. Niewielu przeszkadzało to, że jeszcze dwie dekady temu, w ramach takich akcji jak „Hiacynt”, władze PRL zdobywały „haki” na przedstawicieli mniejszości seksualnych. Wrażliwość starych „towarzyszy” i ich młodych pretorianów na problemy prześladowanych grup niespotykanie bowiem wzrosła po roku 1989.
Dla tych formacji modernizacja jest synonimem definitywnego zwalczenia Ciemnogrodu. Realizacja tego postępu może mieć miejsce wyłącznie poprzez wytropienie wszystkich elementów tradycyjnych, narodowych, religijnych (głównie w wydaniu katolickim), ksenofobicznych, uznanych za „faszystowskie”, reakcyjnych i tak dalej, a następnie napiętnowanie i skazanie ich na śmierć społeczną. W ramach tak rozumianej modernizacji daje się wyróżnić dwa postulaty: ośmieszenie i napiętnowanie wszystkiego, co kulturowo tradycyjne, oraz ręcznie sterowane upodobnienie się do społeczeństw typu multi-kulti. Realizacja tych postulatów, zdaniem ideologów tego nurtu, doprowadziłaby do ostatecznego szczęścia w kraju nad Wisłą.
Tzw. postępowcy mają za plecami potężne środki budżetowo-medialne: mnóstwo autorytetów i funduszy przeznaczonych na zwalczanie nietolerancji i dyskryminacji zarówno faktycznej, jak i wyimaginowanej. Stałe tropienie wroga jest warunkiem koniecznym, żeby korzystać z owych środków. Ponieważ zaś środków jest dużo, to pole kreacji wroga musi być stale utrzymywane i rekonstruowane. Przy czym wróg musi być niezbyt groźny i w miarę biedny.
Postępowcy wpisują się w nurt tak zwanej nowej lewicy. Nie interesuje ich zatem aspekt ekonomiczny funkcjonowania społeczeństwa, lecz wyłącznie obyczajowy i etniczny. Robotnik z byłego PGR-u nie jest ich wymarzonym targetem. Nie jest zatem prawdą, że modernizacja społeczna ma w praktyce dotyczyć wszystkich pokrzywdzonych grup. Postępowcy podążają bowiem za modą i związaną z tym koniunkturą finansową. Tam, gdzie pieniądz, tam serce ich. Nie interesuje ich kwestia mniejszości serbołużyckiej w Niemczech Wschodnich, ani światowe media rozwodzące się o polskich (sic!) obozach koncentracyjnych, ani problem nieuznawanej mniejszości polskiej w Niemczech czy zakazy publicznego używania pisanego języka polskiego na Litwie.
Postępowcy boją się nadepnąć na odcisk wielkiemu kapitałowi, zwłaszcza medialnemu, który za nimi bezpośrednio stoi. Dlatego też szczytem odwagi jest dla nich wetknięcie polskiej flagi w zwierzęce odchody (zbiera się wtedy ogromne oklaski za bohaterstwo!), albo zniszczenie Biblii w miejscu publicznym (jakoś nie rwą Koranu czy Tory). Przedstawione motywy walki o lepszy świat, pozbawiony nietolerancji wobec tzw. słabszych, są dla postępowców wystarczającym powodem, by starszych i najczęściej biednych ludzi, o tradycyjnych przekonaniach oraz najgorszych doświadczeniach Polski XX w., nazywać moherami i Ciemnogrodem. Dzieje się to bez najmniejszej nawet refleksji, że jest to jaskrawy wyraz dyskryminacji faktycznie najsłabszych. Na tym ma bowiem właśnie polegać ostateczny triumf nowoczesności nad tradycją: na nietolerancji wobec tych, którzy nie pasują do postępowej wizji klasy średniej z fundacji na rzecz postępu.
Konkludując, społeczeństwo nowoczesne to według postępowców takie, w którym i tak już silne grupy społeczne staną się jeszcze silniejsze dzięki płaszczowi politycznej poprawności, który niczym drut kolczasty razi każdego, kto podejmuje się najmniejszej choćby próby krytyki. W społeczeństwie tym trzeba stale podkreślać, że kogoś się lubi, kocha i szanuje, aby nie narazić się na zarzut jakiejś fobii. Przy czym kochać trzeba tych, którzy posiadają siłę zdolną zmusić do tej miłości.
Oczywiście sam postulat obrony słabszych jest nie tylko wzniosły, ale i konieczny. Jednak sposób jego realizacji może tylko zniechęcać. Podmiotem starań nie są bowiem wiejskie gospodynie, biedota z miasta czy dzieci robotników ze „sprywatyzowanych” zakładów. Przedmiotem (i podmiotem) modernizacji są ci, którzy mogą pojawić się w modnych programach telewizyjnych, w topowych fryzurach i ciuchach, by perorować, jak to Ciemnogród ich dyskryminuje.
Paradygmat trzeci: otwartość i odwaga
Trzeci paradygmat modernizacji to póki co jedynie postulat, który szuka aktorów gotowych go poprzeć. Nie bierze się on jednak z próżni, lecz z określonej wizji przeszłości.
Polska wydaje się być krajem wiecznej wręcz zmiany i nigdy przez ostatnie półwiecze nie spełnianych postulatów modernizacyjnych: krajem na ciągłym dorobku, nieustannie reformowanym i nieustannie wymagającym reformy, bez względu na to, kto nim rządzi. Nawet pobieżny przegląd listy wszystkich reform – od czasów powojennych do obecnych „rządów miłości” – skłania do przekonania, że starczyłoby ich, aby zmodernizować nie jeden kraj, lecz cały kontynent.
Każde zjawisko społeczne odbywa się w jakimś kontekście dziejowym i nie sposób rzetelnie o nim rozprawiać, pomijając jego historyczne ugruntowanie. Nie sposób więc, zastanawiając się nad problemem modernizacji w Polsce, nie wziąć pod uwagę okresu zaborów i odzyskania niepodległości.
Powszechnie uważa się, że wiek XIX był przełomowy dla procesów unowocześniania Starego Świata. W kłębach pary i stukocie maszyn upadał porządek feudalny, a właściwie reformował się, zaś w tym samym czasie rodziły się nowe grupy rozdające karty, kumulowano kapitał, powstawały podstawy późniejszego bogactwa i władzy w Europie. Jako że nie było wtedy suwerennej Polski, procesy te na naszych ziemiach postępowały z intensywnością kontrolowaną przez zaborców. Nie znaczy to, że Polacy pozostawali bierni: w tym okresie powstało wiele odważnych innowacji społeczno-technicznych o całkowicie rodzimym pochodzeniu. Wszystkie one jednak mogły być skonsumowane i upowszechnione tylko w takim zakresie, w jakim nie kolidowały z interesami poszczególnych zaborców. Polska w pewnej mierze została więc zmuszona do hibernacji w kwestii postępu, a stało się to w momencie europejskiej fazy modernizacji.
Próby nadrobienia tego zapóźnienia podjęła się II Rzeczpospolita. I chociaż można mieć do niej wiele różnych zastrzeżeń, to jednak dzięki mądrym posunięciom władz i szerokiemu poparciu społecznemu, nowa Polska rozwijała się gospodarczo, technologicznie i kulturowo. Nie miejsce tu, żeby opisywać udaną reformę waluty, połączenie trzech zaborów, budowę COP-u, Gdyni czy skuteczną obronę przed bolszewizmem w roku 1920. W II RP nawet na tle ówczesnych czasów globalnej dekoniunktury, pojawił się zalążek państwa podmiotowego, lidera nie tylko regionu, ale i przyszłej Europy. Dość wspomnieć, że ówczesna Warszawa miała – zgodnie z planami jej wielkiego prezydenta, Stefana Starzyńskiego – skończyć budowę wszystkich nitek metra w latach 70. Także sektor prywatny rozwijał się prężnie. Polskie firmy przedwojenne reprezentowały niemalże każdą branżę ówczesnego świata, dając nadzieję na rzeczywistą gospodarczą konkurencję z innymi państwami. Większość tego dziedzictwa została jednak zaprzepaszczona: II wojna światowa upośledziła Polskę na długie lata.
Trzeci paradygmat odwołuje się do tej tradycji, bazując na przekonaniu o konieczności stworzenia takich warunków społecznych, które dają możliwości samorealizacji różnym żywotnym grupom społecznym, minimalizując przy tym działania antyrozwojowych grup interesów. Modernizacja w tym ujęciu obejmuje budowę nowych dróg, szpitali, lotnisk czy boisk, a także proces emancypacji słabszych grup społecznych oraz zwiększanie egalitaryzmu. Tyle że żadnego z tych procesów nie stawia na piedestale. Te procesy, ich zakres i kierunek powinny być konsekwencją działań i woli społecznej, a nie efektem ślepego małpowania innych krajów przez elity wątpliwej proweniencji i lojalności.
Punktem wyjścia warto uczynić pytanie: skąd właściwie biorą się impulsy dla unowocześniania, ulepszania, które pozwalają skorzystać z możliwości modernizacji wszystkim zainteresowanym członkom społeczeństwa? Czy impulsem są tylko pobudki szlachetne? Modernizacja pojawia się przecież także z powodu chciwości, ambicji, dążenia do władzy czy ochrony własnych interesów, a każdy z tych impulsów może prowadzić do zejścia na złą drogę, dlatego wymaga ramy zabezpieczającej interes innych żywotnych grup interesu społecznego.
Impulsem, który postrzegamy jako pozytywny, jest odwaga. Modernizacja płynąca z odwagi ma miejsce wtedy, gdy różne jednostki, grupy społeczne, grupy interesu nie tylko mają śmiałość podjęcia działań i dostrzegają przestrzenie do realizacji własnych planów unowocześnienia, ale przede wszystkim, gdy ta odwaga nie musi oznaczać konieczności przełamywania zakulisowych działań i ukrytych mechanizmów blokujących.
Społeczeństwo „zmodernizowane” to dla nas społeczeństwo odważne. Plany unowocześnienia Polski w czasie II RP płynęły z odwagi, czasem wręcz szalonej. I nie mamy tu na myśli tylko liderów, którzy realizowali wielkie projekty infrastrukturalne, ale także tych, którzy w małych miastach otwierali własne zakłady naprawy automobilów czy niewielkie fabryczki; tych, którzy unowocześniali własne gospodarstwa rolne i wracali nieraz z dalekiej Ameryki, by tu pracować. Fundamentem było jednak przekonanie, że aparat państwa i nastawienie większości elit nie wytworzą barier ostatecznie blokujących marzenia. Blokady oczywiście były. Nie było jednak paraliżującego przekonania, że nie warto rozwijać własnej przedsiębiorczości, bo liczba czyhających hien jest zbyt duża, przemożna. Bo i tak ktoś naszą firmę wykończy, doprowadzi do upadłości, a potem przejmie, bo urzędnicy państwowi „siedzą w kieszeni” zagranicznej korporacji, a polskojęzyczna prasa robi grunt społeczny pod kolejny akt niemocy Państwa Polskiego wobec następnej „dziejowej konieczności”, która w dziwny sposób realizuje interesy wszystkich stron, tylko nie Polski.
Modernizacja, którą postulujemy, nie dokonuje się w warunkach anarchii. Odwaga – by prowadzić kontrowersyjne badania, by pomagać grupom społecznie upośledzonym, by założyć spółdzielnię producentów rolnych – bierze się z określonych warunków kulturowych. A te powstają w dużej mierze dzięki działaniom elit. Gdy te wykazują strach, uległość i nielojalność, to czego możemy oczekiwać od reszty społeczeństwa…
Rozwojowe grupy interesów – podobnie zresztą, jak i ich antyrozwojowe odpowiedniki – potrzebują warunków brzegowych oraz impulsów strategicznych, płynących od elit. Aspekty te można z łatwością wymienić. Państwo które chce, aby powstały rozwojowe grupy interesów, musi:
- w gospodarce stosować jasne i przejrzyste zasady, obowiązujące wszystkie podmioty w równym stopniu, oraz bezlitośnie karać wszelkie przejawy korupcji i tzw. kreatywnej księgowości, zaczynając od wielkich firm „dojących” budżet państwa, co skłoni mniejsze firmy do większej lojalności;
- w kulturze nie szczędzić środków na budowanie dobrego stereotypu i autostereotypu państwa i obywateli oraz popularyzować wszystkie wątki historyczne i kulturowe, które są budujące dla „szarego obywatela”;
- w prawie i jego stosowaniu kierować się przystępnością, prostotą i nieuchronnością działania;
- w polityce zagranicznej stawiać przede wszystkim na swój własny interes, nawet gdy budzi to sprzeciw silniejszych państw;
- w kwestii szeroko rozumianego bezpieczeństwa zapewnić swoim obywatelom, mniejszości polskiej za granicą, podmiotom prawnym zarejestrowanym w kraju oraz polskim za granicą wszelkie możliwe wsparcie i zabezpieczenie w wypadku, gdy stają się zagrożone lub przysługujące im prawa są łamane lub nie są realizowane;
- w kwestii edukacji dbać o dobrą i szeroką ofertę edukacyjną, z naciskiem na budowanie przekonania, że razem możemy dużo więcej i że jesteśmy częścią większego i starszego projektu niż doraźność;
- w kwestii polityki informacyjnej (mediów) zadbać o to, aby media nigdy nie zostały zmonopolizowane, a ich właścicielami byli przede wszystkim obywatele, których interes jest związany z interesem Państwa Polskiego.
Oczywiście można dyskutować, czy powyższe postulaty wystarczą, aby napełnić działania obywateli odwagą. Bez nich jednak nie ma mowy o żadnej formie kształtowania własnego państwa. Być może już samo wprowadzenie tych postulatów w życie jest modernizacją, jednak według nas, to dopiero pierwszy etap – stworzenie ramy. Etap zasadniczy musi być w rękach suwerenów. To my wspólnie powinniśmy zmienić otaczającą nas rzeczywistość. Aby jednak to się stało, nie możemy bać się tego, że zachodnia korporacja zniszczy naszą firmę korzystając z pomocy jakiegoś urzędu, albo że nie zostaniemy prawnikiem, bo pochodzimy z rodziny bez prawniczych i pezetpeerowskich korzeni.
Trzy paradygmaty – trzy problemy
Pierwszy paradygmat dostarcza naszym zdaniem niewystarczających impulsów i stanowi pożywkę dla aktorów społecznych de facto spowalniających powstanie społeczeństwa nowoczesnego i otwartego. Modernizacja wyłącznie poprzez rozbudowę infrastruktury to pole do popisu dla korupcji, konfliktów interesów i „kręcenia lodów”.
Jednym z powodów, dla których żyjemy ciągle w modernizacyjnym transie, jest nielojalność wielu wpływowych grup społecznych wobec interesów państwa. Grupy te bezboleśnie przeszły z jednego systemu do drugiego. Ich interes nie pokrywał się z interesem wyzwalanych mas społecznych. Nie były one lojalne wobec społeczeństwa w czasach komunistycznych – sprawując władzę na różnych poziomach administracji i społecznej infrastruktury – więc nie są i w III RP. Ich główny cel to zabezpieczenie stanu posiadania i przyszłości. Grupy te cechuje cynizm i antyspołeczny egoizm (w odróżnieniu od prospołecznego i propaństwowego), który zawsze był i będzie skierowany przeciwko wprowadzeniu równych zasad działania dla obywateli, gdyż sukces tych środowisk opiera się właśnie na przewadze w społecznej grze. Co gorsza, skoro ich stary pan, czyli PRL, rzekomo upadł, to jako najemnicy do wynajęcia odrestaurowali stare sieci oraz oddali się na służbę nowych, zewnętrznych panów, o interesach zupełnie innych niż interes Rzeczpospolitej. Modernizacja rozumiana jako rozbudowa infrastruktury tworzy pożywkę dla najemników, ich starych i nowych panów.
To oczywiście każe wspomnieć o kolejnym aspekcie wiecznego przemeblowywania państwa – o konflikcie interesów. Jak się wydaje, wiele proponowanych oficjalnie (przez komisje sejmowe, posłów, ministrów i ich sekretarzy) zmian, postulowanych jako modernizacyjne, powstaje w sytuacji konfliktu interesu. Ma to miejsce wtedy, gdy osoby występując w roli urzędników publicznych łamią oficjalnie deklarowaną lojalność wobec państwa i społeczeństwa, bo działają de facto na rzecz innych, często niejawnych grup interesu. „Ulepszenia” funkcjonowania różnych branż produkcyjnych czy usługowych, nowe prawa i regulacje mające poprawić ich „zły stan” – bardzo często mają w swoim horyzoncie konkretnych beneficjentów. I niestety, często nie są nimi ci, których interesu obiecali bronić inicjatorzy zmian.
Drugi paradygmat dostarcza z kolei fałszywego dylematu. Prezentując emancypację wybranych grup społecznych jako sedno modernizacji, jednocześnie dyskryminuje wiele równolegle funkcjonujących grup społecznych, narzucając im wycinkową wizję lepszego świata. Zwolennicy tego paradygmatu postrzegają modernizację w wymiarze obyczajowym i specyficznie postrzeganej etyki. Dodatkowo w oficjalnej wykładni rzeczywistości traktuje się tu kwestie kulturowe i mentalności jako w pełni wyjaśniające wszystkie problemy. To więc narodowe wady Polaków mają stać na przeszkodzie ich pomyślności – ten właśnie, w gruncie rzeczy antypolski motyw jest podejmowany przez mainstream. Dlatego też hasła zgody, w praktyce promujące serwilizm wobec obcych interesów – bo czy zgoda na wszystko jest właściwą postawą? – stanowią tak atrakcyjny lep dla tych, których wyuczono źle myśleć o możliwościach własnej wspólnoty i własnych.
Trzeci postulowany przez nas paradygmat boryka się z problemem braku silnych aktorów, gotowych do podjęcia się realizacji wypływającej z niego wizji modernizacji. Wiele organizacji posiadających odpowiednie zasoby i kapitały nie widzi interesu w „odważnym” społeczeństwie. Bo takie społeczeństwo miewa także odwagę powiedzieć „sprawdzam” w grze w politykę czy w gospodarkę.
przez Edward Karolczuk | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011
Posiadanie przez dane społeczeństwo rozbudowanej domeny publicznej jest miarą jego swoistej infrastruktury demokratyczności.
August Friedrich von Hayek (1899-1992), uznawany za głównego ideologa neoliberalizmu, rozróżniał gospodarkę pojmowaną jako organizacja, w której ludzie postępują planowo, by osiągać wyznaczone cele, oraz system rynkowy, będący porządkiem spontanicznym, nie pozwalającym realizować celów stojących wyżej w hierarchii przed mniej ważnymi. Wszelka ingerencja w ten spontaniczny porządek może go tylko popsuć. Hayek nie dopuszczał możliwości korekty rynku w imię sprawiedliwości, która w ramach jego koncepcji jest ideą pozbawioną sensu.
Komentując poglądy Hayeka, Urs Marti pisał, że brak naukowych dowodów jakoby wolny rynek był w stanie zagwarantować dobrobyt większości społeczeństw, nie da się też wykazać, że nierówny podział dóbr jest wiernym odbiciem nierównych wysiłków i nierównych zdolnościi. Na ceny towarów i wartość siły roboczej wpływ ma prawo podaży i popytu, nie mające nic wspólnego z dyspozycjami i osiągnięciami poszczególnych ludzi. Potrzeby wielu ludzi nie mogą być wyartykułowane na rynku poprzez popyt. Prawo „głosu” ma na nim bowiem tylko ten, kto dysponuje godną odnotowania sumą pieniędzy – jedynie potrzeby poparte pieniędzmi mają szanse się ujawnić i zostać zaspokojone.
Celem utowarowienia jest udostępnienie kapitałowi nowych płaszczyzn akumulacji, o których wcześniej sądzono, że ze względu na istotne potrzeby społeczne nie można w nich kierować się zyskiem. Według neoliberałów, te nowe obszary to przedsiębiorstwa użyteczności publicznej (transport zbiorowy, wodociągi, telekomunikacja, energetyka), świadczenia socjalne (renciści, emeryci, zakłady opieki zdrowotnej), instytucje publiczne (więzienia, szkoły wyższe, laboratoria badawcze), publiczne złoża surowców. Utowarowienie i komercjalizacja są formą wywłaszczenia szerokich rzesz społecznych. Pozbawiają masy prawa do własności publicznej, rozwiązującej ich problemy.
Sprowadzenie polityki do rynku i urynkowienie stosunków społecznych ma daleko idące konsekwencje dla stylu życia, sposobu myślenia i świadomości społecznej. Przyczynia się także do infantylizacji debaty publicznej, przede wszystkim dlatego, że za podstawę do podejmowania decyzji uznają tylko taką wiedzę, która da się wycenićii.
Neoliberałowie, dążąc do urynkowienia możliwie największej liczby produktów i stosunków społecznych, robią jeden wyjątek – z rynku pracy wyrzucono miliony ludzi w wyniku „strukturalnych dostosowań”. Powtórne włączanie doń bezrobotnych ma ograniczony charakter i nie odbywa się poprzez tworzenie stanowisk gwarantujących prawa pracownicze, lecz poprzez mnożenie „luźnych” form zatrudnienia (umowy krótkookresowe, na zastępstwo, na zlecenie i chałupnicza). O tym, jak bezrobotni próbują ponownie wcisnąć się na rynek pracy, świadczy tragedia drogowa koło Nowego Miasta nad Pilicą, w której w przeładowanym busie zginęło 18 osób.
Doświadczenie historyczne pokazuje, że oddzielenie instytucji demokratycznych od ekonomicznych nie służy demokracji. Do mitów neoliberalizmu należy pogląd, że rynek służy wsparciu demokracji oraz że rozwój demokracji ma służyć samodzielności rynków. Zdaniem Artura MacEwana, Kiedy neoliberałowie opowiadają się za deregulacją, to, w istocie, domagają się innego rodzaju regulacji. Zamiast takiej regulacji, która polega na ograniczaniu przez rządy ram funkcjonowania rynków, neoliberalizm narzuca taką, która gwarantuje wyłączenie rynków spod społecznej kontroliiii. Ma to bardzo negatywny skutek: nieuregulowany rynek nadaje firmom władzę polityczną, zdolną obezwładnić proces demokratycznyiv. Mechanizm „rynkowy” okazuje się mechanizmem organizacji przywilejów dla stosunkowo wąskiej grupy.
Utowarowienie a własność
Istnieją pośrednie i bezpośrednie powiązania między utowarowieniem a własnością prywatną. Utowarowienie albo jest formą prywatyzacji, albo otwiera do niej drogę. Utowarowienie zakłada istnienie praw własności w odniesieniu do procesów, rzeczy, jak również relacji społecznych; zakłada, że wszystko to może zostać wycenione i stać się przedmiotem transakcji handlowej, uregulowanej prawnym kontraktem. Zakłada się, że rynek we właściwy sposób kieruje wszelkim ludzkim działaniem – innymi słowy spełnia funkcję właściwą etycev.
Wycofywanie się państwa z zadań pomocy socjalnej, wprowadzanie opłat za szereg usług publicznych, zmiany w strukturze zatrudnienia w wyniku postępu technicznego, zaostrzanie polityki imigracyjnej – sprawiają, że siła robocza jest na rynku zdominowana przez kapitał. W tych warunkach nawet osłony socjalne stają się towarem, kupowanym na rynku przez indywidualnych konsumentów. Już dzisiaj wiele firm ma wykupione dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne dla swoich pracowników. Wraz z utowarowieniem znikają wszystkie bezpłatne przestrzenie i ludzie coraz bardziej stają się więźniami pościgu za wzrostem dochodu, bez którego byliby pozbawieni szeregu usług niezbędnych do życia – od ochrony zdrowia poczynając, a kończąc na udziale w kulturze.
Charakter współczesnych form własności prywatnej prowadzi do kilku zjawisk. Po pierwsze, do niedoceniania utowarowienia i komercjalizacji dla kształtowania stosunków własnościowych. Po drugie, do ignorowania wpływu stosunków własności na dochody i zróżnicowanie społeczne. Po trzecie, do wysuwania koncepcji teoretycznych o zmierzchu roli własności we współczesnym świecie. Tymczasem, posiadacz kapitału akcyjnego o takich rozmiarach, który mu zapewnia środki utrzymania i zwalnia od konieczności podjęcia jakiejś pracy produkcyjnej lub nieprodukcyjnej, korzysta z należących prawnie do danej korporacji środków produkcji w taki sam sposób, jak to czynił niegdyś wielki kapitalista, „kapitan przemysłu”, korzystający z należących do niego, również prawnie, środków produkcji. Posiadacz kilku kopalni węgla czy kilku hut korzystał ze swoich środków produkcji w taki sam sposób, jak współczesny posiadacz akcji korzysta ze środków produkcji będących prawną własnością korporacji. Jednemu i drugiemu własność środków produkcji zapewnia posiadanie tych wszystkich dóbr materialnych i duchowych, które są wymienialne na pieniądz. Jeden i drugi, dzięki własności środków produkcji ma zapewnione bez pracy elementarne i luksusowe środki egzystencji – pisze Stanisław Kozyr-Kowalskivi.
To poprzez rynek poszczególne klasy i warstwy społeczne realizują swoje interesy. Nie przypadkiem „towar” uczynił Marks kategorią wyjściową do analizy całego kapitalistycznego sposobu produkcji. Jego osobliwością jest właśnie przekształcenie wszystkich czynników procesów produkcyjnych w towar. Tak jak prywatyzacja służy utowarowieniu różnych rzeczy i stosunków społecznych, i utowarowienie otwiera drogę nowym prywatyzacjom, tak też odtowarowienie jest ściśle związane ze zmianą stosunków własności i zniesieniem pewnych form zawłaszczania efektów produkcji. Nie chodzi o całkowitą likwidację rynku, ale o podporządkowanie go potrzebom i interesom społecznym.
Przekształcanie politycznego w niepolityczne
Demokracja, zdaniem Rancière’a, jest walką przeciwko oligarchii, wszechwładzy bogactwa, prywatyzacji – procesem rozszerzania sfery publicznej, ale bez dążenia państwa do totalitaryzmu. Jest ogólnospołeczną walką o płace i warunki pracy, o systemy ubezpieczeń społecznych, renty i emerytury.
Ludziom pracy chodzi w tej walce o odprywatyzowanie stosunku płacowego, o to, by przyznano, iż nie jest to ani relacja pana do służącego, ani prosty kontrakt formułowany indywidualnie w oparciu o poszczególne przypadki, między dwiema prywatnymi jednostkami, lecz jest to sprawa publiczna […]. „Prawo do pracy” […] oznaczało przede wszystkim nie żądanie pomocy ze strony „państwa opiekuńczego”, ale uznanie pracy za strukturę życia zbiorowego, wyrwanie jej spod panowania samego tylko prawa prywatnych interesów, narzucenie ograniczeń na z natury nieograniczony proces akumulacji bogactwavii. Rancière odrzuca więc ideę liberałów, że w demokracji „każdy troszczy się o siebie, a Pan Bóg o wszystkich”. Demokracja wymaga przeciwstawienia się wysiłkom oligarchii w kierunku prywatyzacji życia publicznego pod hasłem większej jego przejrzystości czy efektywności. Z kolei sprawiedliwa polityka socjalna stanowi podstawę demokracji.
Dlatego według Rancière’a każde państwo, które dąży do przekazania rozwiązywania problemów publicznych w ręce prywatne, staje się oligarchiczne. Odejście od demokracji nie dokonuje się z dnia na dzień, lecz jest pewnym procesem. Oligarchia, która stanowi zdecydowaną mniejszość społeczeństwa, opanowała sztukę forsowania swoich propozycji w warunkach demokratycznego systemu wyborczego. Wszystkie poglądy niezgodne z neoliberalnym kanonem zostają wyeliminowane z debaty pod zarzutem ignorancji, przywiązania do przeszłości, fanatyzmu rewolucyjnego lub religijnego, otrzymując wspólne miano populizmu.
Granice pomiędzy tym, co polityczne i niepolityczne, co publiczne i prywatne, są zmienne i zależą od układu sił klasowych. Panujące siły społeczne określają więc pole polityki ekonomicznej, jej przedmiot i dopuszczalne kompetencje poszczególnych podmiotów. Obecnie prawica próbuje zmienić stosunki społeczno-ekonomiczne stosownie do swoich interesów, zmierzając do ich odpolitycznienia, czyli do wykluczenia interesów mas pracujących ze sfery publicznej i uznania ich za prywatne. Do uwolnienia rodziny, gospodarki, dochodów, spraw socjalnych czy kultury – od polityki. Ofensywa oligarchii oznacza pozbawienie mas możliwości udziału w sprawowaniu władzy przez mechanizmy rynkowe, kwestionowanie równouprawnień socjalnych i pracowniczych, grozi przesunięciem granic między tym, co polityczne a tym, co niepolityczne do tego stopnia, że może na tym ucierpieć ludzka wolnośćviii.
Dążenie do odpolitycznienia demokracji w imię „dobrego zarządzania” łączy się z marginalizacją suwerena (ludu, narodu). Odpolitycznione ma być również prawo. Jest to utopia lub polityczna maskarada oligarchii, która pragnie w ten sposób zaprzeczyć istnieniu form ekonomicznej dominacji, które nadają strukturę społeczeństwu. Tymczasem chodzi o to, aby ekonomia stała się rzeczywiście polityczna. Nie chodzi o to, że proces polityczny zawsze oznacza demokrację, tylko o to, że jeśli decyzje poddamy wyłącznie mechanizmowi rynkowemu, to proces demokratyzacji okaże się niemożliwy.
Prywatne jest oligarchiczne
Prywatyzacja odbija się na praktycznym funkcjonowaniu demokracji. Czym innym jest bowiem pięknie brzmiące hasło neoliberałów, że moje zdrowie zależy od moich osobistych wyborów, a czym innym praktyka funkcjonowania służby zdrowia z wielomiesięcznymi kolejkami do specjalistów, gdzie jedynym sposobem zaspokojenia potrzeb medycznych jest płacenie wygórowanych składek zbiurokratyzowanym, ale jednocześnie rentownym towarzystwom ubezpieczeniowym. Towarzystwa te mają moc definiowania, na jakie choroby wolno obywatelowi chorować i jak długo oraz z jakich zabiegów terapeutycznych i kiedy korzystać, aby nie narazić ich na straty.
W polskiej polityce ochrony zdrowia ciągle trwa dyskusja nad „koszykiem świadczeń podstawowych”, tak jakby nawet dolegliwość drobna dla jednej osoby, nie mogła być dla innej istotną i nie mogła prowadzić do całego szeregu powikłań. Dla zdrowia oligarchii cała ta dyskusja nie na żadnego znaczenia, gdyż, z uwagi na znajomości i powiązania, może korzystać z usług służby publicznej, a z uwagi na osiągane wysokie dochody stać ją na korzystanie z usług prywatnej służby zdrowia.
Antydemokratyczny i oligarchiczny charakter prywatyzacji polega na tym, że w imię wolności zysków i dysponowania własnością prywatną, większość ludzi zostaje pozbawiona praw do kształtowania ramowych warunków własnego życia i pracy, do wyboru modelu gospodarczego, do równości, do wolności.
W oficjalnym dyskursie mówi się jedynie o konieczności ochrony prawa poszczególnych osób do posiadania własności prywatnej, która daje możliwość zaspokajania indywidualnych potrzeb. Pomija się prawo do własności społecznej, która daje możliwości kontroli i kształtowania warunków istotnych dla rozwiązywania problemów publicznych (społecznych). Wolność jest warunkowana przez własność środków produkcji. Urs Marti pisze w związku z tym, że im więcej prywatnej własności zbierze się w rękach niewielkiej i wciąż malejącej garstki ludzi, tym większym zagrożeniem stanie się dla wolności nieposiadającychix. Każdy system demokratyczny ustala własne granice między tym, co publiczne i tym, co niepubliczne, prawem do własności prywatnej i prawem do własności społecznej; określa specyficzny model prawa własności. Oligarchia zainteresowana jest maksymalną prywatyzacją.
dr Edward Karolczuk
Przypisy:
i Urs Marti, Niedotrzymana obietnica demokracji, Warszawa 2010, s. 207.
iiTamże, s. 241.
iiiArtur MacEwan, Neoliberalizm a demokracja: władza rynku kontra demokratyczna, [w:] Neoliberalizm przed trybunałem, red. Alfredo Saad-Filho i Deborah Johnston, Warszawa 2009, s. 276.
ivTamże, s. 278.
vDavid Harvey, Neoliberalizm. Historia katastrofy, Warszawa 2008, s. 223.
viStanisław Kozyr-Kowalski, Klasy i stany. Max Weber a współczesne teorie stratyfikacji społecznej, Warszawa 1979, ss. 88-89.
viiJacques Rancière, Nienawiść do demokracji, Warszawa 2008, s. 71.
viiiUrs Marti, Niedotrzymana obietnica... op.cit., s. 117.
ix Tamże, s. 220; „Tak rozumiane prawo do własności jest tym samym, co prawo do uczestnictwa we władzy politycznej”, tamże, s. 228.
przez Aleksander Bibkow | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011
Trwa nowa walka o władzę nad rosyjskimi uniwersytetami. Walka między dwoma scenariuszami: „czarnym”, prywatnym oraz państwowym – scentralizowanym i pozornie bardziej transparentnym. W rzeczywistości są to dwa różne określenia tego samego zjawiska: żywiołowego prokapitalistycznego neokonserwatyzmu. Co więcej, rządy w innych krajach Europy starają się naśladować państwo rosyjskie, które z powodzeniem czerpie zyski z publicznych uczelni.
Rosyjskie ministerstwo edukacji zdecydowało się na wdrożenie procesu bolońskiego w 2003 r., a więc po pięciu latach od jego zapoczątkowania. Zwłoka ta, której towarzyszyły wyraźna niepewność rządu i zdecydowana niechęć władz uczelni, sprawiła, że rosyjski uniwersytet zdawał się być kolejnym przykładem spóźnionej modernizacji. Był i jest to argument chętnie podnoszony przez zwolenników reformy, na szczeblu krajowym i międzynarodowym. Uniwersytet, jako instytucja pobierająca znaczne kwoty z publicznej kasy, jest na każdym kroku potępiany przez rynkowych dogmatyków, dla których nigdy nie jest on dość wydajny.
W rosyjskiej debacie próbuje się kreować wyrazistą opozycję: między pożądaną przyszłością szkolnictwa wyższego, które miałoby stać się częścią światowego rynku, a zaściankową i pokraczną radziecką przeszłością. Perspektywa historyczna nie tłumaczy jednak obecnego pędu ku reformie. Jeśli oddzielimy nowy model uniwersytetu od jego aspektów technicznych (system transferu punktów ECTS, ujednolicone etapy studiów, wzajemne uznawanie stopni naukowych), zobaczymy, że jego rosyjska wersja, podobnie jak w innych miejscach świata, jest wyrazem globalnego trendu politycznego. Trend ten określany jest przez trzy główne zasady: obniżanie kosztów sektora publicznego, prywatyzację wspólnych dóbr i marginalizację samorządnych ciał decyzyjnych.
Powrót do przyszłości
Budżety państwowych uniwersytetów w Europie kontynentalnej (Francji, Niemczech) składają się w 8-10% ze środków pozapublicznych. W przypadku Wielkiej Brytanii, często przywoływanej przez zwolenników reformy, wpływy części uniwersytetów z kapitału żelaznego i czesnego oraz inne pozapubliczne środki stanowią do 28% ich budżetów. Rosyjskie uniwersytety nie udostępniają podobnych statystyk, tłumacząc się trudnościami w zliczaniu wpływów lub stosując formułę „zależy, co jest brane pod uwagę”. Jednak w prywatnych rozmowach przedstawiciele kilku dużych uniwersytetów i wydziałów wskazali, że udział prywatnych środków w budżecie wynosi „około 50%”. Dane te zgadzają się z szacunkami ekspertów, którzy na początku bieżącej dekady podali, że odsetek ten waha się między 45 a 55%.
Taka finansowa samowystarczalność, w porównaniu ze skromnymi 10-28 procentami w przypadku uniwersytetów europejskich, jest dość kusząca. Dlaczego zatem tak często można usłyszeć narzekania na żenujący poziom edukacji na postsowieckich uniwersytetach, zarówno z ust profesorów, jak i przedstawicieli władz? Wbrew wyobrażeniom, finansowa samowystarczalność i zysk osiągany w warunkach rynkowych prowadzą nie do podwyższania, lecz do obniżania standardów edukacyjnych.
Pod wpływem rynku „zliberalizowanego” w wyniku reform wczesnych lat 90., a także w obliczu braku instytucji mogących i chcących inwestować w edukację i badania nie przynoszące zysku, rosyjskie uniwersytety zdecydowały się na sprzedaż określonych dóbr. Miało to zagwarantować im przetrwanie. To nie gruntowna wiedza była jednak najczęściej kupowanym dobrem; usługi edukacyjne w pierwszych latach po upadku ZSRR były wciąż czymś egzotycznym. Oferowano przede wszystkim powierzchnię użytkową budynków uniwersyteckich i grunty należące do uczelni. Dzierżawiły je spółki handlowe na potrzeby przedsięwzięć komercyjnych. Handlowano również dyplomami, których uzyskanie niekoniecznie było uwarunkowane posiadaniem określonej wiedzy lub uczestnictwem w zajęciach. Ważnym powodem gwałtownego rozwoju „przemysłu dyplomowego” było zwolnienie z obowiązku służby wojskowej studentów dużych publicznych uczelni. Wszystkie te działania balansowały na granicy legalności, a nierzadko ją przekraczały. Instytucje państwowe przymykały oko na ten proceder. Wszakże one same – „jak wszyscy w tym kraju” – były skorumpowane.
Chociaż takie „zarządzanie kryzysowe” sprawiło, że uniwersytety przetrwały, nie zapewniło ono odpowiedniej jakości kształcenia ani rywalizacji w zdobywaniu wiedzy. Generowany dochód przeznaczany był na opłacanie rachunków za prąd i podstawowych (mizernych) pensji dla nauczycieli akademickich. Korzystały z niego również władze uczelni, które stały się częścią nowej rosyjskiej klasy średniej, zbijając fortunę w momencie pojawienia się wolnego rynku.
Taki model zarządzania uniwersytetem wymagał „oczywiście”, by decyzje podejmowane były przede wszystkim bezpośrednio przez najwyższe władze uczelni. W czasie, gdy rosyjski przemysł był prywatyzowany metodą kuponową, a menedżerowie stawali się właścicielami, rady naukowe, które nigdy nie były zbyt silne, uległy marginalizacji, a proces decyzyjny został zmonopolizowany przez kadry zarządzające uczelni. W ten sposób paternalizm w kierowaniu uniwersytetem stał się bardziej dotkliwy niż w czasach sowieckich. Publiczne uczelnie nie zostały nigdy sprywatyzowane de iure, ale były (i są) zarządzane jak własność prywatna. Fakt ten rzutuje nie tylko na finanse. Również tak ważna dziedzina, jak rekrutacja personelu, została zawłaszczona przez dziekanów i kierowników katedr. Sprawiło to, że obowiązkowe konkursy na wolne stanowiska, formalnie wymagane nawet w czasach sowieckich, zostały zawieszone.
Ultraliberalny rząd z początku lat 90. uważał, że wyzwolenie ducha przedsiębiorczości i pozwolenie lokalnym władzom na zarządzanie, będą ważnymi czynnikami, które pozwolą rosyjskiemu systemowi edukacji wytwarzać konkurencyjną wiedzę i zapomnieć o wszystkich wadach systemu sowieckiego. Wolny rynek zniszczył jednak zarówno pewność zatrudnienia kadry profesorskiej, jak i jej własny system kontroli jakości. Doprowadziło to do wtórnego utrwalenia struktur sowieckiego uniwersytetu oraz jego bazy naukowej. Jakość nauczania obniżyła się na tradycyjnie silnych wydziałach nauk przyrodniczych, czemu towarzyszył natężony drenaż mózgów przez światowe potęgi naukowe. Nic dziwnego, że nauki społeczne, rozwijające się po okresie sowieckim, nie były w stanie wypracować przełomu epistemologicznego – nauczyciele akademiccy i naukowcy zajęci byli bowiem poszukiwaniem dodatkowych etatów na uniwersytecie i poza nim. Chcieli dorobić do mizernych pensji, destabilizując tym samym jeszcze bardziej własną sytuację ekonomiczną i naukową.
Trudny okres skończył się na początku nowej dekady wraz ze wzrostem publicznych nakładów na edukację ponadpodstawową i wyższą oraz wprowadzeniem wsparcia instytucjonalnego w postaci programów celowych i grantów. Budżet rosyjskich uniwersytetów zasilany był nie tylko coraz szerszym strumieniem publicznych pieniędzy, ale też z rosnących opłat za studia, które oficjalnie wprowadzono już w połowie lat 90. W połowie pierwszej dekady XXI w. płaciło 62% studentów pierwszego roku państwowych uczelni. Czesne na głównych uniwersytetach (w Moskwie i Petersburgu) rzadko było niższe niż 3000 dolarów na rok. W przypadku regionalnych uczelni kwota ta była nie niższa niż 1500 dolarów. Rynek usług edukacyjnych znacząco rozwinął się pod wpływem modelu zarządzania charakteryzującego się odejściem od kolegialnego podejmowania decyzji.
Uniwersytet-jako-przedsiębiorstwo, mający do dyspozycji coraz więcej pieniędzy z publicznej kasy i źródeł komercyjnych, pozostaje ważnym graczem czarnej i szarej strefy. Nowy model jest powiązany genetycznie i funkcjonalnie z wcześniejszymi. Trudniąc się w dalszym ciągu nielegalnym handlem dyplomami i sprzedażą części z puli 38% wolnych miejsc (tzw. miejsca budżetowe), które zostały już opłacone z budżetu państwa, władze niektórych uczelni podwójnie korzystają na finansowej autonomii.
To wszystko dzieje się pomimo coraz ostrzejszych państwowych regulacji, które wymierzone są w niekoncesjonowany handel i korupcję – pozostałości po „szalonych latach dziewięćdziesiątych”. Zjawisko odsprzedaży miejsc opłaconych z budżetu państwa było znane już w czasie obowiązywania surowego prawa sowieckiego. Praktyka ta stała się jednak dużo bardziej rozpowszechniona wskutek daleko idącej deregulacji. Obraz uniwersytetu jako instytucji łamiącej podstawowe zasady sprawiedliwości społecznej nie zmienił się, a wręcz wzmocnił po upadku ZSRR. Niezależność ekonomiczna pozwoliła jednak postsowieckiemu uniwersytetowi utrzymać płynność finansową i była czynnikiem motywującym dla kadry zarządzającej. Prestiżowym uniwersytetom zdarzało się pobierać opłaty w wysokości nawet 50 tys. euro za przyjęcie na wolne „miejsce budżetowe”.
Kolejnym kluczowym elementem tego modelu były obowiązkowe egzaminy wstępne. W 2009 r. w ich miejsce wprowadzono ujednolicone w skali kraju egzaminy maturalne [model podobny jak w Polsce – przyp. red. „Obywatela”]. Była to próba uregulowania kwestii dochodów ze źródeł prywatnych, w tym korupcji, które stanowiły fundament finansowej samowystarczalności uczelni.
Państwo dąży do przejęcia nieoficjalnych dochodów, które od początku lat 90. były kontrolowane przez różne grupy w ramach uniwersytetów. Rywalizacja między frakcją uczelnianych menedżerów i rządem rosyjskim nie jest jednak konfliktem między dwiema przeciwstawnymi ideami – między autonomią uniwersytetu a silnym państwowym nadzorem. Jest to raczej walka między dwoma antagonistycznymi modelami komercjalizacji sektora edukacji: „czarnym” i prywatnym oraz scentralizowanym i pozornie bardziej transparentnym. Sytuacja ta przez obserwatorów z zewnątrz jest często postrzegana w sposób błędny – jako rywalizacja między odradzającym się despotyzmem państwa i rozszerzającą swoje wpływy mafią. Jeśli przyjrzymy się tym dwóm modelom dokładniej, zobaczymy, że są one tylko nieznacznie różniącymi się wcieleniami żywiołowego neoliberalizmu.
Dla zachodnich zwolenników „modernizacji”, obawiających się widma ascetycznego despotyzmu państwa rosyjskiego, musi to być dużą ulgą. Prawicowe rządy w Europie są pełne zrozumienia dla zmian w Rosji. Ekipy Sarkozy’ego i Berlusconiego wykazują podobne polityczne i ekonomiczne skłonności, postrzegając państwo rosyjskie jako skuteczne przedsiębiorstwo, które potrafi zarabiać na dobrach publicznych.
Komercjalizacja = hierarchia
Rosyjskie spory o kształt edukacji toczą się w atmosferze swoistego konsensusu – prawie nikt nie kwestionuje komercyjnego i menedżerskiego/korporacyjnego porządku. Ma to kilka wzajemnie powiązanych następstw.
Po pierwsze, ani rząd, ani władze uczelni nie zaprzątają sobie głowy problemem nierówności w dostępie do edukacji i osiąganiu sukcesów w tej dziedzinie. Kwestie sprawiedliwości społecznej są najczęściej przedmiotem zainteresowania lewicy, która w procesie decyzyjnym nie odgrywa znaczącej roli, a jedynie z nostalgią wspomina „wysoką jakość” sowieckiego systemu edukacji.
Po drugie, studenci mogą liczyć na mniejsze publiczne dofinansowanie do czesnego i innych wydatków (np. na mieszkanie). Towarzyszy temu znaczące zmniejszenie się geograficznej mobilności studentów w porównaniu z latami 80. Nie dotyczy to osób z bogatych rodzin, które stać na zapewnienie dzieciom studiów w prestiżowych ośrodkach, również międzynarodowych. Dla większości żaków, zwłaszcza z małych i średnich miejscowości, tani akademik i w ogóle niższe koszty życia są głównymi czynnikami, które biorą pod uwagę. Innymi słowy – przy wyborze uniwersytetu możliwości finansowe studenta mają często większe znaczenie niż poziom kształcenia lub atrakcyjność danego kierunku. Jak wynika z badań przeprowadzonych w kilku głównych miastach Rosji na początku pierwszej dekady XXI w., od 70 do 95% studentów pochodziło z regionu, w którym mieści się ich uniwersytet.
Trzeci istotny czynnik dotyczy tego, że spora część rodziców (50-60%) płaci oficjalnie za studia swoich dzieci. W rzeczywistości nie kupują oni jednak zaawansowanej wiedzy czy umiejętności przydatnych na rynku pracy. Płacą za dyplom, którego posiadanie jest jedynie warunkiem wstępnym zdobycia zatrudnienia. Uniwersytet stopniowo przestaje być miejscem, gdzie wytwarzana jest wiedza. Przeistacza się w swoistą maszynkę do zarabiania na wystawianiu dyplomów – instytucję szczególnie atrakcyjną dla młodych mężczyzn chcących uniknąć służby wojskowej. Postsowiecki uniwersytet wypadł w ten sposób z domeny światowej kultury, w znacznej mierze odnajdując się następnie w gospodarce „pogoni za zyskiem”, tym samym dobrze wpisując się w krajobraz Nowej Rosji.
Kolejny, czwarty problem, to wzrastające opłaty i niewystarczające wsparcie socjalne. Czynniki te przekształcają uniwersytety w miejsca wymuszonego konsensusu, gdzie nikomu nie zależy na tym, by żądać zbyt wiele. Rodzice nie pytają, za co płacą, profesorowie nie wymagają od studentów wytężonej pracy, a ci ostatni boją się czegokolwiek domagać. Konsensus tego rodzaju objawia się na różne sposoby, m.in. bardzo niskim odsetkiem osób powtarzających rok. Na początku nowego wieku stosunek liczby absolwentów do liczby studentów pierwszego roku sprzed pięciu lat wynosił niewiarygodne 102%. Na początku lat 90. było to jedynie 63%. Jak na ironię, ostatnio w Europie z rządową krytyką spotkał się niski odsetek osób kończących studia (20-30% studentów we Włoszech, 40% we Francji). Z rosyjskiego uniwersytetu, „zliberalizowanego” ponad 15 lat temu, student nie zostaje nigdy wyrzucony. Kończy on studia bez względu na umiejętności i wyniki egzaminów. Finansowa niezależność uniwersytetu sprawiła, że wyższa edukacja przestała być przedsięwzięciem osobistym, a stała się poważną rodzinną inwestycją.
Po piąte, komercjalizacja sama w sobie nie łata największych dziur w systemach; przykładem mogą być egzaminy wstępne, jedno z głównych źródeł korupcji. Zamiast eliminować słabe strony danego modelu, komercjalizacja sprawia, że stają się one bardziej opłacalne. Organizowane na szczeblu lokalnym, obowiązkowe egzaminy ustne i pisemne (z 3-5 przedmiotów), będące przepustką na studia, do niedawna były ważnym źródłem nielegalnych dochodów kadry uniwersyteckiej. Jak wspomniałem, obowiązkowe pisemne egzaminy państwowe w formie testów, zdawane w szkołach i organizowane przez ministerstwo (a nie przez uniwersytety), dość bezmyślne w swojej konstrukcji, zastąpiły niedawno poprzedni system przyjęć na uczelnie. Procedura oraz podmiot odpowiedzialny uległy wprawdzie zmianie, ale w gruncie rzeczy wszystko zostało po staremu. W obu przypadkach miał miejsce rozwój sektora usług związanych z przygotowywaniem do egzaminów i podział wolnych miejsc na te opłacane z budżetu państwa oraz te, za które płaci rodzina studenta. Podczas długotrwałych sporów, które towarzyszyły wstępnym przymiarkom do wprowadzenia nowego systemu, niektórzy przedstawiciele władz uniwersyteckich przyznawali, że żadna z metod selekcji nie mierzy w sposób efektywny umiejętności kandydatów. Nowa metoda, pomimo zapewnień, że „gwarantuje odpowiedni poziom” przy naborze, daje podobne efekty jak poprzednia – wyciąga, legalnie bądź nie, pieniądze od studentów.
Szósty problem polega na tym, iż rozkład sił między uczelnianymi menedżerami a ciałami kolegialnymi zmienił się mocno na korzyść tych pierwszych, co w efekcie doprowadziło do różnych form prywatyzacji uniwersytetu. Skupienie władzy w rękach kadry kierowniczej, przy jednoczesnym spontanicznym wdrożeniu modelu „efektywnego” uniwersytetu-firmy, odsunęło od podejmowania decyzji rady naukowe, zarówno przy ocenie pracowników, jak i w kwestiach związanych z dydaktyką. Na proces rekrutacji kadry naukowej wpływa nie tylko wspomniana marginalizacja rad naukowych, ale też fakt narzucania przez ministerstwo programów studiów (od czasów ZSRR). Uczelnie ubiegające się o akredytację, muszą postarać się, by wykładowcy prowadzili zajęcia zgodnie z ministerialnymi „standardami”. Ten układ sił raczej nie ulegnie zmianie w warunkach paternalistycznego, nastawionego na zysk uniwersytetu, który odporny jest na krytykę i modyfikacje.
Siódmym negatywnym zjawiskiem, a zarazem jednym z następstw opisanego modelu, jest postępująca destabilizacja sytuacji materialnej nauczycieli akademickich. W latach 90. podejmowali oni pracę na kilku źle opłacanych etatach. Obecnie, w obliczu kryzysów demograficznego i finansowego, muszą stawić czoła redukcji stanowisk, powiązanej ze zwiększeniem liczby godzin do przepracowania. Ministerstwo edukacji ustaliło normę, zgodnie z którą nauczyciele akademiccy muszą przepracować 900 godzin dydaktycznych rocznie. Na uczelniach europejskich jest to natomiast nie więcej niż 200 godzin. W obliczu braku aktywnych związków zawodowych i ciał kolegialnych, nauczyciele akademiccy, zwłaszcza młodsi, muszą często podejmować nieodpłatnie dodatkowe zajęcia administracyjne, dydaktyczne czy wręcz czysto biurowe. W tej sytuacji jeszcze trudniej prowadzić badania i publikować. Wiele uniwersytetów nie daje nawet swoim pracownikom naukowym kopii umowy o pracę. Niektóre z nich skonstruowane są zaś tak, by w każdej chwili można było zwolnić pracownika, nie ryzykując przegranej w sądzie. Pozwy w środowisku akademickim należą oczywiście do rzadkości. Warto wspomnieć, że proletaryzacji kadry nauczycielskiej towarzyszy nie mniej „naturalna” ewolucja władz uczelni, które stały się częścią nowej burżuazji i korzystają z „danin” wpływających do uniwersyteckiej kasy. Wzrost nierówności społecznych nastąpił nie tylko wśród studentów, ale także w gronie pracowników uniwersytetu.
Po ósme wreszcie, zaburzona struktura władzy na uczelniach przekłada się na niski stopień solidarności pracowników, a także na ich nikłe zaangażowanie w sprawy publiczne. Widać to wyraźnie choćby przy okazji dyskusji dotyczących wyznaczania granic dyscyplin naukowych czy w sporach wokół reform systemu edukacji. I tak – niezadowolenie kadry nauczycielskiej ze zmian wynika przede wszystkim z faktu odsunięcia jej od podejmowania decyzji, co jest na rękę władzom uczelni. Wszystko to oznacza, że niemożliwa jest powtórka „francuskiego scenariusza” (z 2009 r.), gdzie po jednej stronie barykady stanęli nauczyciele akademiccy i studenci, a po drugiej – rząd i rektorzy. Nastroje sprzeciwu, które pojawiły się w wielu miejscach Europy, zrodziły się bowiem w łonie samorządnych organizacji pracowników naukowych, rad uniwersytetów lub wydziałów itd. W Rosji to władze uniwersyteckie oraz ministerstwo są głównymi zwolennikami zmian, a ich działania znajdują się poza kontrolą (a nawet debatą) społeczną.
Jajko czy kura?
Żywiołowy „zwrot menedżerski”, który nastąpił na początku lat 90., a także postępująca komercjalizacja uczelni, dostarczyły dowodów, że transformacja w podobnym kierunku nie wpływa pozytywnie na efektywność szkolnictwa wyższego. Zliberalizowany rynek edukacyjny, który ograniczył rolę zbiorowych ciał decyzyjnych, słabych już w czasach ZSRR, doprowadził do sytuacji odwrotnej od tej, której spodziewali się „rosyjscy Chicago Boys”.
Uniwersytet nie zdołał wyrwać się ze szponów przerośniętej biurokracji: przy jednoczesnej prywatyzacji władzy, uczelnie doświadczyły przyrostu liczby pracowników oraz zwiększonego wpływu ciał administracyjnych w każdej sferze działań.
Samowystarczalność finansowa rosyjskich uniwersytetów, która pod koniec lat 90. była na poziomie 50% kosztów, ani nie odciążyła budżetu państwa, ani nie wpłynęła pozytywnie na jakość kształcenia. Pozyskując fundusze od rodzin studentów, uniwersytet-jako-przedsiębiorstwo tylko w nielicznych przypadkach inwestował w produkcję wiedzy nie przynoszącej zysku (tj. badania), w rozwój długofalowej współpracy między naukowcami lub w motywowanie studentów. Częściej przeznaczano je na remonty lub budowę nowych budynków, przyciąganie nowych studentów, tworzenie kierunków zorientowanych na potrzeby biznesu, płace, utrzymanie biurokracji, wydatki reprezentacyjne itd.
Innymi słowy – komercjalizacja uniwersytetu ani nie doprowadziła do wzrostu konkurencyjności w wytwarzaniu nowoczesnej wiedzy, ani nie przysłużyła się rozwijaniu umiejętności potrzebnych na rynku pracy. Neoliberalne reformy doprowadziły do powstania czegoś zgoła odmiennego od wyzwolonej, dynamicznej i obytej w świecie inteligencji, tak bardzo pożądanej w pierwszych latach po upadku ZSRR. Wytworzyły one nową zaściankową racjonalność, która zdominowała sposób myślenia. To ona sprawia, że uniwersytet chętnie czerpie dochody z dodatkowych źródeł, takich jak dzierżawa budynków, zwolnienia ze służby wojskowej, sprzedaż dyplomów i ocen, tworzenie kierunków na potrzeby polityczne i rynkowe itd. Mimo stanowczego werbalnego nacisku na „efektywność”, wysoce skomercjalizowane i na nowo zhierarchizowane współczesne uniwersytety okazały się jeszcze mniej funkcjonalne pod względem dydaktycznym od „upaństwowionych” uczelni z czasów sowieckich.
Wszystko to przez obserwatorów spoza Rosji jest często postrzegane jako „lokalny specjał”, jak kawior, Teatr Bolszoj, sfałszowane wybory czy Gazprom. Należy oczywiście pamiętać, że marginalizacja ciał kolegialnych – przy wzmocnieniu najwyższych władz uniwersytetu – odbyła się we wspomnianym kraju w trakcie kryzysu ekonomiczno-społecznego, którego wymiar był niewyobrażalny w Europie i Ameryce ostatnich dwóch dekad. Komercjalizacja, która nastąpiła po politycznej liberalizacji z końca lat 80., położyła kres nadziejom na system edukacyjny, który zapewniłby dobry poziom nauczania i był sprawiedliwy społecznie. Patrząc na plany aktualnych reform w Europie, które przewidują duży udział państwa w przeprowadzeniu zmian, oraz deregulację dokonaną w Rosji na początku lat 90., można dojść do wniosku, że między doświadczeniami postsowieckimi i europejskimi nie ma żadnego związku. Krajowa specyfika nie jest tu oczywiście bez znaczenia. Nie powinno się jednak ignorować podobieństw między tymi reformami na poziomie strukturalnym.
Rosyjska transformacja wyeliminowała słabą opozycję w łonie radzieckich uniwersytetów, zniechęcając tym samym zarówno instytucje, jak i nauczycieli akademickich do współzawodnictwa w dziedzinie nauki. W nowej Rosji marginalizacja kadry nauczycielskiej była spontanicznym działaniem uniwersyteckich menedżerów; we współczesnej Europie jest częścią rządowej polityki. Czy jednak oba przypadki rzeczywiście tak bardzo się różnią? Doświadczenia rosyjskie z lat 90. są tak samo ważne, jak najnowsze europejskie. Pokazują one bowiem, że komercjalizacja, obojętnie czy „liberalna”, czy też prowadzona przez państwo, zmusza uniwersytety do pójścia na trudny kompromis między „starym” a „nowym”. Faworyzuje ona takie rozwiązania, które nie wymagają kolektywnego działania i osobistego zaangażowania.
Nastawiony na zysk, paternalistyczny model zarządzania, niepewna sytuacja pracowników i stopniowe odchodzenie od produkcji wiedzy pojawiły się też na uniwersytetach w innych krajach. Europejska i prawdopodobnie również amerykańska transformacja przebiegały w bardziej ewolucyjny sposób. Obecnie jednak europejskie rządy (jak wcześniej w USA) starają się odtworzyć taką samą strukturę instytucjonalną, która istniała w Rosji w niespokojnym okresie tuż po upadku ZSRR. Swoisty „stan wyjątkowy”, charakteryzujący się przyznaniem nadzwyczajnych uprawnień najwyższym władzom uczelni, trwa dalej, stając się czymś zupełnie normalnym. Taka sytuacja prowadzi do pewnego paradoksu, który zbyt często postrzegany jest jako kolejna rosyjska „egzotyka”. Wdrażając model zarządzania dostosowany do warunków kryzysu, tworzy się bowiem – nawet pomimo kontroli ze strony władz państwowych, działających przypuszczalnie w dobrej wierze – rozwiązania, które prowadzą ostatecznie do jeszcze większego kryzysu. Stworzenie silnej armii często kończy się przecież wielką wojną.
Aleksander Bikbow
Tłum. Mateusz Batelt
Powyższy artykuł przedrukowujemy, z niewielkimi skrótami, za „Eurozine” (www.eurozine.com), lipiec 2010.