przez Jan Gwalbert Pawlikowski | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011
Ochrona przyrody, której idea początek swój bierze zazwyczaj w sferach uczonych przyrodników i w tych też sferach miewa swą najsilniejszą ostoję, uważaną bywa przez szerszy ogół za jakąś specjalność zawodową. Zwyczajny obywatel, który nią się zajmuje, stawianym bywa w jednym rzędzie z filatelistą – jest to sport, jeśli nie maniactwo. Taki pogląd stanowi walną przeszkodę dla rozwoju idei i trzeba mu usilnie przeciwdziałać.
Pewna jednostronność przyrodniczego poglądu na tę sprawę nie jest tutaj bez winy. Przyroda jako źródło poznania, więc jako przedmiot badania naukowego, ma wartość niczym nie zastąpioną i olbrzymią, ale nie jest to (nie mówiąc oczywiście o wartościach materialnych) między idealnymi wartościami jej wartość jedyna; a co nie mniej jest ważnym, nie jest to wartość, która by przez szeroki ogół mogła być łatwo zrozumianą i przez którą można by go dla sprawy ochrony pozyskać. Ochrona przyrody zacieśniana do przyrodniczego wyłącznie punktu widzenia byłaby więc nie tylko niewystarczającą, gdyż pomijałaby inne ważne kulturalne cele, ale nadto przez takie zacieśnienie osłabiałaby swą siłę ekspansji. Inne, poza naukowo-przyrodniczym stojące cele ochrony, są dla ogółu daleko zrozumialsze i stanowią wdzięczniejszy materiał dla propagandy. Trzeba je sobie przypomnieć.
Przyroda jest dla nas wszystkich – dla wszystkich bez względu na zawód i stanowisko społeczne – wspólnym mieszkaniem, i to mieszkaniem, z którego wyprowadzić się nie można, chyba [że] na drugi świat. Oczywiście jest przeto w interesie wszystkich, aby to mieszkanie było jak najpiękniejsze i jak najmilsze. Jeżeli z tego nie wszyscy zdają sobie sprawę, to dla tego samego, dlaczego nawet w sferach materialnie uposażonych znajdujemy mieszkania niechlujne albo barbarzyńskie. Jest to brak kultury. A więc z szerzeniem się prawdziwej kultury duchowej powstaje poczucie potrzeby doskonalszej i szlachetniejszej kultury przedmiotowej, zatem wszystkiego, co nas otacza. I z tym uszlachetnieniem duchowym przychodzi poczucie, że w skład tej kultury przedmiotowej, która stanowi o obliczu ziemi, wchodzą nie tylko dzieła ręki ludzkiej, ale przede wszystkim wyższa ponad nie i nie zastąpiona niczym przyroda. Odróżnić w niej możemy dwie formy: przyrodę przeistoczoną przez pracę ludzką i przyrodę dziką, pierwotną. Obie te formy mają swoje idealne wartości i obie winny być pielęgnowane, sprawa jednak „ochrony przyrody” odnosi się przede wszystkim do tej drugiej. Ona posiada wartości idealne szczególne: oprócz wartości poznawczej, która dla dzisiejszego kulturalnego człowieka i poza sferą zawodowców nie jest obojętną, także szczególną wartość estetyczną i uczuciową, która właśnie przez kontrast ze wzmagającą się ciągle artyfikacją [„usztucznieniem”] życia nabiera ceny. W skład tego sentymentu wchodzi także uczucie umiłowania cech swojskich, zatem pewien rys tradycjonalizmu i nacjonalizmu, bez którego żadna w ogóle kultura nie ma fizjonomii [własnego oblicza] i podobną jest do fabrycznej tandety, tudzież – również z tym rysem związane – pragnienie zachowania historycznych lub choćby legendowych pamiątek.
Z takiego rozszerzenia zadań ochrony przyrody wynikają bardzo doniosłe następstwa: zmieniają się postulaty stawiane w tej dziedzinie ustawodawstwu, zmienia się charakter organizacji.
Co do ustawodawstwa ochronnego, to rysem jego zasadniczym jest wyjęcie z obiegu, względnie ograniczenie swobodnego rozporządzania rzeczami, które bez tego byłyby przedmiotem własności nieograniczonej, a to w imię „interesu publicznego”, z tymi rzeczami związanego. Z rozszerzeniem pojęcia ochrony, rozszerzają się granice tego interesu publicznego, a zatem i sfera ograniczeń. Ustawa musi przeto wyraźnie określić, jakie motywy ochrony uważa za złączone z interesem publicznym. Pod tym względem różne ustawodawstwa mają różny charakter, różne zajmując stanowisko wobec czterech motywów naczelnych, którymi są: motyw przyrodniczo-naukowy, estetyczny, pamiątkowo-historyczny, wreszcie wzgląd na charakter swoisty krajobrazu. W Prusach rozporządzenie ustanawiające Państwowy Urząd Ochrony Przyrody (z r. 1906) stoi na stanowisku naukowo-przyrodniczym i chce ochronić przede wszystkim te twory przyrody, które zachowały się tylko w resztkach i którym grozi zupełne wyginięcie; jest to ochrona „zabytków” przyrody. Życie jednak sprostowało tę jednostronność. Ochrona przyrody zostaje bowiem tutaj przeważnie w rękach towarzystw „ochrony swojszczyzny” (Heimatschutzvereine), które obok opieki nad cechami etnograficznymi pewnych okolic zajmują się zachowaniem wartości historyczno-pamiątkowych i estetycznych, a przede wszystkim zachowaniem swoistych cech krajobrazu. Ustawa francuska z r. 1906 nosi tytuł „prawa o ochronie pomników przyrody i okolic mających charakter artystyczny” i uwzględnia wyłącznie motyw estetyczny. Ustawa norweska z r. 1910 wymienia wszystkie motywy oprócz estetycznego; berneńska (z r. 1912) opuszcza motyw historyczny; heska (z roku 1902) i oldenburska (z r. 1911) uwzględniają wszystkie cztery motywy.
U nas pierwotne projekty rządowe stały na ciasnym stanowisku ochrony „zabytków” przyrody; pewien zwrot jednego z tych projektów wyrażał się nawet, że należy to chronić wśród wolnej przyrody, co się nie da schować w muzeum. Równocześnie jednak Ministerstwo Kultury i Sztuki podjęło inicjatywę ochrony krajobrazu z punktu widzenia estetycznego. Opinia rzeczoznawców wypowiedziała się wtedy w tym kierunku, że ustawa powinna być jedna i obejmować wszystkie motywy, zajmowanie się bowiem tym samym nieraz przedmiotem przez różne organa, z różnych punktów widzenia i na podstawie różnych przepisów prawnych, prowadziłoby do nieskończonych bałamuctw i zatruwałoby życie wszystkim działaczom, którzy woleliby się raczej od tego zamętu usunąć. Opinia ta ostatecznie zwyciężyła, a Tymczasowa Komisja Ochrony Przyrody w projekcie swych przepisów organizacyjnych wymienia jako przedmiot ochrony wszelkie twory przyrody, bądź pojedyncze, bądź ich zbiorowiska, a także całe krajobrazy i okolice, których zachowanie czy to ze względów przyrodniczo-naukowych, czy estetycznych, czy historyczno-pamiątkowych, czy ze względu na cechy swoiste – leży w interesie publicznym. /…/
Drugi wynik faktu, że postulat ochrony przyrody nie zamyka się wyłącznie w granicach interesu naukowo-przyrodniczego, jest jeszcze ważniejszy: dla sprawy pozyskuje się zainteresowanie szerokich warstw społecznych, można powiedzieć, że staje się ona „sprawą społeczną”. Z punktu widzenia przyrodnika jest to dlatego tak ważnym, że on postulaty swoje łatwiej urzeczywistnić może, związując je z tym szerokim prądem. Stawiam bowiem tezę, że żadne ustawodawstwo, żadna organizacja państwowa nie zdołają skutecznie spełnić zadań ochrony przyrody – bez oparcia się o szeroką podstawę społeczną. Od przejęcia się tym przekonaniem zależy, mym zdaniem, skuteczność wszelkiej pracy w dziedzinie ochrony przyrody. Ażeby udowodnić tę tezę, muszę naprzód ustalić pogląd na to, czym właściwie jest ustawodawstwo ochronne i na czym polegać może działalność państwa w tej dziedzinie.
Przed kimże to broni ustawa dany twór przyrody? Czy przed złodziejem i rabusiem lub przed szkodnikiem, którego czyn podpada pod przepis karny o złośliwym uszkodzeniu cudzej własności? Nie; do tego wystarczyłyby przepisy powszechnego prawa karnego lub przepisy karne innych ustaw, jak leśnej, rybackiej, łowieckiej, wodnej, o ochronie własności polnej itp. Co najwyżej można by tu podnieść szacunek wartości pewnych przedmiotów, jako szczególnie cennych, aby w ten sposób podnieść ich kwalifikację karną. Ale właściwe ustawodawstwo ochronne nie ma do czynienia z takimi tylko szkodnikami, zaczyna się ono dopiero tam, gdzie chodzi o ochronę danego przedmiotu przed jego prawnym właścicielem lub użytkownikiem. Własność jest prawem dowolnego rozrządzania rzeczą, jej użycia, przeistoczenia, zużycia i zniszczenia; ograniczenie właściciela w którymkolwiek z tych uprawnień jest częściowo odjęciem mu jego własności, jeżeli nie zupełnym to częściowym wywłaszczeniem.
Ograniczenie takie może być dwojakiego rodzaju: może to być ograniczenie przedmiotowego prawa własności, ścieśnienia niejako zakresu ustawowego pojęcia tego prawa, tak że z zakresu pojęcia własności wyłączone zostają pewne atrybuty, albo też może to być ograniczenie pewnego tylko podmiotowego, tj. indywidualnego prawa własności, którego źródłem jest w każdym wypadku specjalny akt prawny. Z reguły jest ten akt umową, gdyż właściciel tak jak może zbyć całą swą własność, tak też może zbyć albo jej część, albo poszczególny jej atrybut; w ten sposób powstaje np. służebność na rzeczy cudzej. Niekiedy jednak ma ten akt charakter jednostronny, zostaje on narzucony właścicielowi przez państwo; jest to naruszenie prawa własności. Ażeby ono było prawnie uzasadnione, muszą zaistnieć pewne szczególne warunki, określone w państwach cywilizowanych i praworządnych klauzulami konstytucyjnymi; w szczególności motywem musi być niewątpliwy i przeważający interes dobra publicznego, stwierdzony przez organ kompetentny i bezstronny, a nadto za odjęte prawo przysługiwałby właścicielowi odpowiedni ekwiwalent pieniężny. /…/
Prócz tego jednak samo faktyczne wykonanie ochrony, ażeby było skuteczne, musi szukać oparcia w społeczeństwie. Najlepszą żandarmerią są uświadomienie ogółu i opinia publiczna. Nie trzeba sądzić, że to jest cel zbyt odległy – na razie wystarczy bowiem założenie np. w gminie skromnego towarzystwa „przyjaciół drzew” lub coś podobnego, albo zainteresowanie choćby jednej osoby i powierzenie jej honorowej funkcji delegata itp.
Sprawa ochrony przyrody leżała zwykle w ręku stowarzyszeń; kiedy zajęło się nią państwo, pociągnęło ono do współdziałania również żywioły obywatelskie. Żywioł urzędniczy nie tylko nie wystarcza, ale z wielu względów do tej pracy się nie nadaje.
Najdalej w kierunku autonomii społecznej poszła była Bawaria; państwo zorganizowało tu tylko wydział centralny stowarzyszeń, który to wydział wzmocniło dodanymi urzędnikami. W nowszych czasach w podobnym kierunku poszła ustawa saska z 15 I 1934 r., która za organ centralny (odpowiadający naszej Radzie Ochrony Przyrody) uznała Saskie Krajowe Towarzystwo Ochrony Swojszczyzny. We Francji komisje departamentalne, utworzone na podstawie ustawy z 1906 r., składają się w większej części z żywiołów obywatelskich, więc z delegatów rad departamentalnych, z uczonych, artystów i literatów. W Prusach utworzono komitety prowincjonalne, do których wchodzą osoby powołane ze sfer obywatelskich, a w szczególności przewodniczący stowarzyszeń; centralny organ stanowi jednostka, uczony, profesor Conwentz. Periodyczne zjazdy reprezentantów stowarzyszeń i komitetów prowincjonalnych mają charakter informacyjny i dyskusyjny. Gdzie indziej, np. w Oldenburgu, doradczym organem rządu są konserwatorzy, instytucja podobna do znanych u nas konserwatorów zabytków sztuki; istnieją też rady kolegialne, tzw. rady pomników przyrody. Takie są rozmaite typy organizacji z udziałem żywiołu obywatelskiego. /…/
U nas przy tworzeniu pierwszej organizacji ustalono następujące zasady: Tymczasowa Komisja Ochrony Przyrody składa się z żywiołów obywatelskich, przeważnie uczonych przyrodników, ale także artystów i innych działaczy, tudzież z urzędników delegowanych przez poszczególne ministerstwa. W prezydium i w wydziale wykonawczym nie zasiadają wcale urzędnicy zawodowi. Z żywiołów obywatelskich, podobnie jak Komisja Główna, złożone są organy prowincjonalne: kuratoria ochrony przyrody. Tu rozszerza się jeszcze zakres udziału żywiołu obywatelskiego w radach kuratoryjnych, organie doradczym kuratoriów, do którego powoływane będą w szerokim zakresie osoby odpowiednio wykwalifikowane, rzeczoznawcy i działacze, między tymi zaś reprezentanci stowarzyszeń. W ten sposób inicjatywa i praca stowarzyszeń zostanie skoordynowaną i uzyska większą skuteczność, wchodząc w bezpośredni stosunek z organizacją państwową. Ale organizacja ta dalszymi jeszcze nićmi stara się wniknąć w społeczeństwo: na najbardziej nawet zapadłej prowincji, gdy tylko znajdzie osoby wykwalifikowane, mianuje „delegatów”, jako swych urzędowych reprezentantów, powierzając im funkcję przedstawiania sobie wniosków ochronnych, czuwania w porozumieniu z władzami administracyjnymi nad wziętymi w ochronę pomnikami przyrody, a nadto propagandy i inicjowania stowarzyszeń i wszelkiej samorzutnej akcji społecznej w dziedzinie ochrony przyrody. Prócz delegatów mianowani bywają jeszcze „korespondenci”, którzy nie mając charakteru urzędowego, pozostają z komisją lub kuratoriami w stosunkach jako informatorzy, a nabierając zainteresowania dla sprawy ochrony i zapoznając się z jej metodami, mogą się stać bardzo cennymi inicjatorami samorzutnej akcji społecznej w tej dziedzinie.
Przepisy organizujące Państwową Komisję Ochrony Przyrody nakazują jej zresztą inicjowanie stowarzyszeń, tudzież zachęcanie rozmaitych stowarzyszeń już istniejących (jak np. przyrodniczych, krajoznawczych, turystycznych, upiększania kraju etc.) do przyjęcia w zakres swych zadań także i ochrony przyrody. Towarzystwom takim mogą być powierzane delegacje PKOP, przez co akcja ich kierowana przez Komisję, zyskuje na wytrawności i konsolidacji. W ten to sposób organizacja ochrony przyrody wnika w społeczeństwo. /…/
Niezależnie od udziału społeczeństwa w akcji państwowej na polu ochrony przyrody, powstała w Polsce w r. 1928 społeczna organizacja ochrony przyrody pod nazwą Liga Ochrony Przyrody. Siedzibą Ligi jest Warszawa, koła i oddziały zakładane być mogą na obszarze całego państwa. Celem Ligi jest propaganda idei ochrony przyrody, gromadzenie funduszów na cele ochrony, organizowanie stowarzyszeń podejmujących zadania Ligi i współpraca w tym kierunku z innymi stowarzyszeniami, które poza tym mają cele specjalne (jako to towarzystwa krajoznawcze, leśne, rolnicze, łowieckie, rybackie, nauczycielskie, turystyczne itp.) oraz skupianie działalności tych stowarzyszeń i nadawanie jej wspólnego kierunku. Sądzę, że byłoby wskazane, aby do celów Ligi wciągniętą została oprócz ochrony przyrody, także ochrona swojszczyzny w szerszym znaczeniu, tak jak to ma miejsce u Heimatschutz niemieckich. W tym typie stowarzyszeń łączy się w doskonały sposób ideę ochrony cech etnograficznych pewnej okolicy, obyczaju, pamiątek historycznych, z ideą „upiększania” okolicy przy zachowaniu jej cech swoistych i z ideą ochrony przyrody, uważaną głównie jako dążenie do zachowania charakterystycznych cech lokalnych krajobrazu. Ochrona swojszczyzny jest ideą pokrewną patriotyzmowi, można też powiedzieć, że jest jego wychowawczynią; z tego powodu wnika ona łatwo do serc i ma w sobie wielką siłę propagandy. Pomijając wielką swoistą wartość, dla której winna być u nas zaszczepioną, z punktu widzenia ochrony przyrody jest ona kokoszą, która to jajko podłożone jej doskonale wygrzać potrafi. W Niemczech Heimatschutze są najsilniejszą ostoją idei ochrony przyrody.
Spopularyzowanie idei ochrony przyrody, a zwłaszcza spopularyzowanie jej w łączności z ochroną swojszczyzny, przynosi z sobą jeden skutek, z którym trzeba się liczyć. Jest nim wielkie rozszerzenie zakresu przedmiotów chronionych, nie tylko ze względu na ich kategorie, ale także ze względu na ich ważność, a więc i na ich ilość w obrębie kategorii poszczególnych. Występują przedmioty mające ważność tylko lokalną, różne niby „wielkości prowincjonalne”, drzewa uważane za olbrzymy tylko w Koziej Wólce, zwierzęta o kilkanaście mil dalej pospolite, głazy wzbudzające uśmiech politowania mieszkańca gór itp. Oczywiście państwowa organizacja ochrony przyrody nie ma żadnego powodu takimi osobliwościami się zajmować – z wyjątkiem gdyby była pytaną o opinię. Ale prądu tego rodzaju bynajmniej nie należy lekceważyć. Idzie on na rękę ochronie także prawdziwych i ważnych pomników przyrody; a oprócz tego ma też wartość swoistą. Każdy urządza sobie mieszkanie środkami na jakie go stać, a dobrze jest zawsze, jeśli robi co może i ubóstwem środków się nie zraża. Jest to sprawa odmiennej kategorii jak ochrona przyrody w ściślejszym tego słowa znaczeniu, sprawa która powinna być kierowaną raczej przez jakąś centralę towarzystw ochrony swojszczyzny, ale przecież dla celów ochrony przyrody nie obojętna. Podobny wypadek przedstawia sprawa tak zwanego upiększania okolic. Kiedy się o tym mówi, nie trzeba koniecznie mieć na myśli owych chińskich altanek stawianych na szczytach skał albo terakotowych gnomików wyzierających z paproci leśnych… Tego rodzaju wybryki głupoty i złego gustu, w których specjalistami są – a przynajmniej byli – zwłaszcza Niemcy, były powodem istnienia pewnego rodzaju stanu wojny pomiędzy ideą „upiększania” a ideą ochrony przyrody. W zapale walki padały zdania, że przyrody w ogóle upiększać nie można i trzeba ją zasadniczo pozostawiać taką jak jest. Takie hasło, bardzo trafne w odniesieniu do przyrody pierwotnej, zdaje się zupełnie zapominać, że większa część ziemi została zmieniona przez kulturę i sztukę ludzką. Czy jest jaki powód te zmiany, jeśli były kierowane niedbalstwem, nieświadomością, wyłącznie materialnymi względami lub złym gustem, uważać za nietykalne? Przeciwnie! Gdzie chodzi o przyrodę zartyfikowaną, sprawa jej ukształtowania, więc „upiększania”, jest sprawą bardzo dużego kulturalnego znaczenia. I jest to znowu odmienna kategoria od ochrony przyrody, ale i z tego prądu sprawa jej ochrony może i powinna korzystać. /…/ Dlatego nie leży żadna sprzeczność w zaleceniu nawiązywania stosunków pomiędzy organizacją ochrony przyrody a towarzystwami „upiększania kraju”; należy je przeciwnie wprost nakłaniać do przyjęcia w statuty swoje wyraźnie także zasady ochrony przyrody.
Idea ochrony przyrody może więc, jak widzimy, przybierać różne modyfikacje i wsiąkać różnymi strumieniami w społeczeństwo. Ma ona związek z bardzo żywotnymi interesami tego społeczeństwa. Nie może być uważaną za jakąś ezoteryczną ideę pielęgnowaną w zamkniętych konwentyklach, bo wtedy minęłaby się ze swoim powołaniem, tak jak etyka, gdyby chciała być pielęgnowaną tylko w kołach specjalnych etyków. W ogóle idea ochrony przyrody ma z etyką dużo podobieństwa… Nie jest to gałąź wiedzy albo rzecz zawodu, ale jest to norma postępowania, która powinna być normą ogólną. Jest ona do norm etycznych jeszcze w tym podobną, że rozszerza pojęcie obowiązku i odpowiedzialności, tudzież uczucie solidarności i miłości, także poza sferę stosunków z ludźmi, na całe – jak to nazywał Mickiewicz – „królestwo nieme”. Tylko kierownictwo należy tu do specjalistów, działanie – do wszystkich. Każde zamiłowanie, każde uzdolnienie, może tu (zwłaszcza w organizacjach ochrony swojszczyzny) znaleźć dla siebie odpowiednie pole. Na pierwszy plan wysuwa się więc na razie sprawa inicjatywy i propagandy, celem zaszczepienia idei ochrony przyrody w szerokie masy społeczeństwa, tej idei, która tyloma nićmi związana jest z kulturą ogólną i obywatelską.
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Ochrona Przyrody”, zeszyt III, 1922. Następnie wersję nieco zmienioną przez autora zamieszczono w „O lice ziemi. Wybór pism Jana Gwalberta Pawlikowskiego”, wydawnictwo Państwowej Rady Ochrony Przyrody, Skład główny – Kasa im. Mianowskiego, Warszawa 1938. Przedruk za tym ostatnim źródłem, dokonując skrótów i poprawiając pisownię wedle obecnych reguł.
przez Gary Dorrien | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011
Od ponad stu lat jednym z marzeń teologów chrześcijańskich było stworzenie nowego ładu ekonomicznego, opartego na silnej demokracji i poszanowaniu dobra wspólnego. Wiek temu w Stanach Zjednoczonych narodził się ruch Ewangelii Społecznej (ang. Social Gospel), głoszący postulat demokracji gospodarczej. Po spektakularnej klęsce systemu kapitalistycznego na początku lat 30., teologowie podkreślali konieczność poszukiwania alternatywy. Z kolei w latach 70. dążenie do nowego, sprawiedliwego porządku gospodarczego znalazło wyraz w teologii wyzwolenia.
Jednak tych szlachetnych dążeń nie udało się zrealizować, a kapitalizm ostał się i przyjął globalne, bezwzględne oblicze. Wskutek tego, wszelkie propozycje stworzenia fundamentalnie nowej struktury ekonomicznej wydają się obecnie co najwyżej mrzonką, i to nawet pomimo tego, że niedawno kapitalizm po raz kolejny zachwiał się w posadach. Idea alternatywy systemowej nie wydaje się przekonująca w obliczu obiegających glob w mgnieniu oka potężnych sum pieniędzy, najczęściej istniejących jedynie w komputerach, oderwanych od jakiejkolwiek działalności produkcyjnej. W efekcie, nie istnieje dzisiaj żaden liczący się ruch społeczny, który byłby w stanie przeciwstawić się żarłocznemu kapitalizmowi. Jednak poczucie konieczności budowania takiego ruchu podzielają tysiączne, często działające całkowicie niezależnie od siebie, organizacje i wspólnoty. Wynika to z prostej przyczyny: problemy, które dały początek ruchom socjalistycznym, wciąż nie zostały rozwiązane. Na domiar złego, kapitalizm rodzi ciągle nowe zagrożenia dla przetrwania naszej planety.
W zasadzie każda z ważniejszych doktryn teologicznych, które powstały na przestrzeni ostatniego stulecia, przedstawiała inną wizję przyszłości. Wśród głównych myśli wyróżnić należy teologię liberalną, ruch Ewangelii Społecznej, teologię dialektyczną Karla Bartha, katolicką naukę społeczną, wczesny realizm Reinholda Niebuhra, ekumeniczną etykę społeczną, teologię wyzwolenia, ewangelicyzm postępowy oraz radykalną ortodoksję. Ruch Ewangelii Społecznej zaproponował wizję zdecentralizowanej demokracji gospodarczej, zwanej nieraz demokratycznym socjalizmem. Z kolei zwolennicy Bartha otwarcie deklarowali się jako socjaliści, choć jednocześnie starali się unikać mieszania teologii i polityki. W encyklice Rerum novarum z 1891 r., po raz pierwszy wprowadzono koncepcję opartej o solidaryzm i społeczną naukę Kościoła „trzeciej drogi”, mającej stanowić alternatywę zarówno dla kapitalizmu, jak i socjalizmu; została ona w pełni rozwinięta w encyklice Quadragesimo anno (1941). Przez dziesięciolecia ruchy ekumeniczne podtrzymywały głoszoną przez Ewangelię Społeczną nadzieję na socjalno-demokratyczną transformację kapitalizmu. Trwało to do momentu, gdy teologia wyzwolenia popchnęła Światową Radę Kościołów jeszcze bardziej „na lewo” pod względem gospodarczym. Teologia wyzwolenia opowiedziała się za rewolucyjnie marksistowską, a w niektórych przypadkach za demokratycznie socjalistyczną drogą wyzwolenia ze struktur ucisku i zależności. Wreszcie nie tak dawno, grupa „radykalnych ortodoksów”, związana z Johnem Milbankiem, połączyła silnie lewicowy program społeczny z tradycjonalistyczną teologią. Dwudziestowieczni teologowie i etycy społeczni bardzo często snuli wizje systemu gospodarczego opartego na zaspokojeniu potrzeb społecznych i poszanowaniu dobra wspólnego.
W każdym z tych przypadków społeczną misją chrześcijaństwa miała być w większym lub mniejszym zakresie zamiana kapitalistycznego samolubstwa i systemowych nierówności na coś lepszego. W Erze Postępui właściwie wszyscy przedstawiciele szerokiego i różnorodnego nurtu Ewangelii Społecznej używali przepełnionego optymizmem języka postępu i ewolucji społecznej, nawet jeśli reprezentowali środowiska radykalnie socjalistyczne. Im częściej chrześcijańscy radykałowie społeczni używali języka „trzeciej drogi”, tym mniej niepokojące zdawały się opinii publicznej ich postulaty. Nawołujący do reform postępowcy w rodzaju Washingtona Gladdena, Francisa G. Peabody’ego, Shailera Mathewsa czy etyka katolickiego ks. Johna A. Ryana, byli zwolennikami drogi pomiędzy kapitalizmem i socjalizmem, opartej o związki branżowe i spółdzielnie. Z kolei działacze tacy jak związany z Kościołem Baptystów Walter Rauschenbusch czy Harry F. Ward zabiegali o to, by zdjąć z chrześcijańskiego socjalizmu odium ekstremizmu.
Wielki Kryzys doprowadził do wykształcenia się chrześcijańskiego nurtu radykalnego, który nie uznawał „trzecich dróg”, operując opozycją „rewolucja albo barbarzyństwo”. Dla Reinholda Niebuhra i jego zwolenników, demokracja gospodarcza mogła być traktowana poważnie jedynie wtedy, gdy w ślad za nią szło przejęcie przez państwo kontroli nad gospodarką. Pod sztandarem politycznego realizmu, środowisko skupione wokół Niebuhra, podobnie jak inne grupy radykalnych socjalistów, nawoływało w latach 30. do wprowadzenia w życie szeregu chybionych koncepcji. Należały do nich całkowite odrzucenie rynku i produkcji dla zysku, w przekonaniu o kompetencjach centralnych planistów w zakresie wyznaczania cen, a także utożsamienie uspołecznienia środków produkcji z ich upaństwowieniem.
Na tym tle poglądy prezentowane przez Rauschenbuscha wyglądają całkiem rozsądnie, mimo że przez radykałów był on określany mianem nadmiernego idealisty. Przyznawał on podstawowe znaczenie demokratycznej kontroli pracowników nad środkami produkcji oraz zgadzał się z tezą, że w wolnym społeczeństwie nie jest możliwe zniesienie wymiany rynkowej. Był on głęboko przekonany o istnieniu zła w odniesieniu do jednostki, jak również zła zbiorowego, wierząc jednocześnie w zbawczą moc nadchodzącego socjalizmu. Z drugiej jednak strony, również Rauschenbusch nie był wolny od totalitarnej w swoim charakterze retoryki państwowego socjalizmu, przejął marksowską teorię wartości dodanej, dowodził, że w socjalizmie ceny powinny wynosić dokładnie tyle, ile kosztuje wytworzenie poszczególnych dóbr, zbyt wielkie nadzieje pokładał również w triumfalnym pochodzie socjalistycznej rewolucji moralnej.
Dla większości myślicieli chrześcijańskich w czasach Ery Postępu i Wielkiego Kryzysu, kapitalistyczne skupienie się na zaspokajaniu jedynie własnych potrzeb stało w jaskrawej sprzeczności z nauczaniem Chrystusa. Niektórzy z nich, lokujący się nawet bardzo daleko od marksizmu, poddawali bezwzględnej krytyce drapieżną amoralność kapitalizmu. Chrześcijańscy socjaliści przyznawali zwykle, podobnie jak Marks, że w rozwoju ludzkości kapitalizm stanowił ogromnym krok we właściwym kierunku, a odbywająca się w jego ramach akumulacja kapitału i uprzemysłowienie są niezbędnymi punktami wyjścia do budowy sprawiedliwego porządku społecznego. Z kolei dla teologa nawiązującego do myśli Bartha, Emila Brunnera, kapitalizm stanowił jedynie preludium do społecznej i moralnej katastrofy. W swojej pracy „The Divine Imperative” (Boski nakaz) opisywał on kapitalizm jako system, który zaprzecza wszystkiemu, co może się kojarzyć z porządkiem gospodarczym tworzonym na fundamencie wiary, w związku z tym praktycznie uniemożliwia on służbę Bogu i bliźniemu poprzez jakąkolwiek aktywność gospodarczą. Jest zaprzeczeniem ducha posługi, jest zepsuty i nieodpowiedzialny, można wręcz posunąć się do stwierdzenia, że jest nieodpowiedzialnością wyniesioną do rangi ustroju.
Anglikański biskup William Temple włączył podobne opinie na temat kapitalizmu do teorii systemu opartego na związkach branżowych – socjalizmu gildyjnego (guild socialism). W roku 1941, na krótko przed konsekrowaniem go na Arcybiskupa Canterbury, Temple wezwał do wprowadzenia podatku od ponadnormatywnych zysków, z którego dochód miałby zostać przeznaczony na tworzenie przedsiębiorstw zarządzanych przez robotników i lokalne społeczności. Rok później w książce „Christianity and the Social Order” (Chrześcijaństwo a porządek społeczny) zaprezentował pogląd, że duch i logika kapitalizmu stoją w sprzeczności z prawem naturalnym. Wskazywał, że chociaż produkcja w sposób naturalny służy konsumpcji, to kapitalizm odwrócił tę relację, czyniąc konsumpcję zależną od produkcji, a tę z kolei zależną od kapitału. Proponowana przez Temple’a alternatywa kładła znacznie większy nacisk na współpracę niż na zysk. Nawoływał on do osłabienia znaczenia inwestycji kapitałowych, wprowadzenia równoprawnego handlu międzynarodowego, demokracji gospodarczej i uspołecznionego systemu monetarnego, a także do wspólnotowego gospodarowania ziemią. Jak zauważył: Trzeba wciąż przypominać, że walka klas nie została proklamowana przez Marksa i Engelsa, lecz odkrył ją Adam Smith. Jedynym trwałym zakończeniem tej wojny będzie przejęcie przez Pracę częściowej kontroli nad przemysłem. Świat kapitału dostaje dywidendy, świat pracy otrzymuje płace; nie istnieje żaden fundamentalny powód, dla którego Kapitał miałby dodatkowo posiadać kontrolę nad środkami produkcji, a Praca być jej zupełnie pozbawiona.
Jedną z największych ironii współczesnej teologii jest to, że do uczestników ruchu Ewangelii Społecznej z lat 30. i 40. przylgnęła łatka naiwnych idealistów, głównie dlatego, że wielu z nich było jednocześnie pacyfistami. Tymczasem to Niebuhr, uważany za przenikliwego myśliciela, mylił się w ocenie Nowego Ładu, w przeciwieństwie do postępowych reformistów spod znaku Ewangelii Społecznej. Przykładowo, ruch ten popierał przyjętą w 1933 r. Ustawę o polityce kryzysowej wobec banków (Emergency Banking Act), zezwalającą nowo powstałemu Narodowemu Funduszowi Odbudowyii na skupowanie aktywów bankowych. W ciągu pierwszego roku działalności udało się zgromadzić akcje banków warte ponad 1 miliard dolarów, co stanowiło około jednej trzeciej całego kapitału zainwestowanego w amerykański sektor bankowy. Reformiści, poprzez Federalną Radę Kościołów, wzywali do ograniczenia spekulacji i porzucenia filozofii opartej na żądzy zysku, na rzecz modelu zakładającego twórcze współdziałanie, a także do wprowadzenia społecznego planowania i kontroli systemów: kredytowego i monetarnego, tak aby działały one na rzecz dobra wspólnego. Podczas gdy wspierali oni restrukturyzację kredytów hipotecznych, rozbudowę systemu zabezpieczeń społecznych, zatrudnienie w ramach interwencyjnych robót publicznych czy częściową nacjonalizację gospodarki, Niebuhr stał na stanowisku, że wszystkie te posunięcia są jedynie plastrem mającym poprawić samopoczucie moralnie wrażliwszych członków klasy średniej oraz porównywał cały Nowy Ład do znachorstwa.
Ruch Ewangelii Społecznej głosił konieczność stopniowej demokratyzacji stosunków społecznych, podczas gdy wizja Niebuhra była dwubiegunowa i nieledwie dramatyczna: świat wejdzie na drogę socjalizmu lub cofnie się do czasów barbarzyńskich. Ziszczenie się radykalnego socjalizmu, komunizmu czy faszyzmu miało być rzekomo bardziej prawdopodobne niż wyważonych prospołecznych idei socjaldemokratów, zwolenników Ewangelii Społecznej czy Nowego Ładu. Jednak po tym, jak radykalne projekty ostatecznie legły w gruzach, Niebuhr wycofał się do idei państwa opiekuńczego i głównego nurtu postępowego reformizmu.
W latach 50. ekumeniczna etyka społeczna, podobnie jak Niebuhr, zdecydowanie skorygowała kurs, z istotnymi wyjątkami w osobach m.in. Waltera Mueldera i Martina Luthera Kinga. Jednak w latach 60. i 70. socjalistyczny idealizm powrócił do etyki społecznej i teologii, dzięki powstałej w Niemczech teologii politycznej, stworzonej w krajach Trzeciego Świata teologii wyzwolenia, tzw. czarnej teologii i feminizmowi. Niemiecki teolog Jürgen Moltmann opisywał socjalizm demokratyczny jako ustrój idealnie spełniający chrześcijańskie nadzieje w obliczu bieżącej nędzy zarówno kapitalizmu i jego demokracji, jak i socjalizmu z jego dyktaturami. Zwolennik teologii wyzwolenia, Peruwiańczyk Gustavo Gutiérrez, ogłosił, że teologia chrześcijańska powinna mówić o rewolucji społecznej, nie o reformie; o wyzwoleniu, nie o rozwoju; o socjalizmie, nie o modernizacji istniejącego porządku. Przedstawiciel tego samego nurtu z Argentyny, José Míguez Bonino, posunął się do stwierdzenia, że dla niego prywatnie walka o transformację socjalistyczną jednoznacznie definiuje chrześcijańską powinność wobec świata.
Afroamerykański krytyk społeczny Cornel West usytuował się na lewo od demokratycznego socjalizmu, przyjmując neomarksistowski model reprezentowany przez Różę Luksemburg i Karla Korscha, podczas gdy teolożka feministyczna Rosemary Radford Ruether przekonywała do wizji społeczeństwa demokracji socjalistycznej, w którym możliwe będzie zniesienie hierarchii klasowych i płciowych oraz przywrócenie własności środków produkcji i możliwości zarządzania swoją pracą wspólnotom pracowniczym, które następnie utworzą sieci relacji gospodarczych i politycznych.
Podobne idee pojawiały się bardzo często w kręgach teologów w latach 70. i 80. Wielu z nich wprost wychwalało socjalizm demokratyczny, wśród nich Harvey Cox, Gregory Baum, Leonardo Boff, Robert McAfee Brown, Beverly W. Harrison, Kenneth Leech, Johann Metz, Arthur McGovern, Delores Williams, Ronald Preston, Dorothee Sölle, Franklin Gamwell, Phillip Wogaman, Gibson Winter, Daniel Maguire czy Joe Holland. Bodaj bez wyjątku podkreślali oni, że prawdziwy socjalizm nie ma nic wspólnego z komunizmem. Przedstawiciel nurtu Ewangelii Społecznej, Harry Ward, wraz z anglikańskim duchownym Hewlettem Johnsonem stanowili tu ostrzegawcze przykłady, pogrzebawszy swoją reputację wskutek zauroczenia czerwoną gwiazdą radzieckiego komunizmu. W swoich najlepszych wydaniach, socjalizm chrześcijański odcinał się również od ideologii socjalizmu państwowego.
Rozwijanym i głoszonym przez dziesięciolecia kluczowym elementem programów większości zachodnich partii socjalistycznych było skupienie w rękach silnej władzy najważniejszych gałęzi produkcji przemysłowej. „Socjalizm” oznaczał dla nich odgórne planowanie, nacjonalizację przemysłu oraz to, co Fabianieiii określali mianem racjonalizacji społeczeństwa: przekonanie, że każdy akt kolektywizacji przyczynia się do postępu racjonalnego planowania gospodarczego. Najbardziej godne uwagi odmiany chrześcijańskiego socjalizmu odrzucały siłę państwa jako fundament nowego ustroju. Anglikański socjalizm, prezentowany przez Temple’a, Charlesa Ravena, R. H. Tawneya oraz Charlesa Gore’a, miał korzenie w poprzedzającym marksizm anglikańskim kooperatyzmie F. D. Maurice’a, Charlesa Kingsleya i Johna Ludlowa, tak jak amerykański zdecentralizowany socjalizm reprezentowany przez W. D. P. Blissa, Justina Wroe Nixona oraz Waltera Mueldera czerpał garściami z założeń demokracji gospodarczej, opracowanych przez Ewangelię Społeczną. Wybitny teolog Paul Tillich podzielał wyrażaną przez chrześcijańskich socjalistów niechęć do kolektywizmu państwowego. Ostrzegając przed zbiurokratyzowaniem gospodarki, uznawał za oczywiste, że niezbędne jest zachowanie dyscypliny rynkowej oraz utrzymywał, że jedynie rynek jest w stanie właściwie ustalać poziom cen.
Debata, do której zawsze dążyli zwolennicy zdecentralizowanej demokracji gospodarczej, stawiała ich poglądy przeciw sympatykom socjalizmu państwowego, jako że komunizm był przez nich uznawany za wypaczenie niegodne miejsca w dyskusji na temat socjalizmu. Jednak po upadku Związku Radzieckiego nie udało się doprowadzić do takiej debaty. Różnice dzielące rozliczne ruchy odwołujące się do tradycji socjalizmu demokratycznego wydawały się pozbawione wszelkiego znaczenia w świecie zdominowanym przez obłąkańczą logikę kapitalizmu. Globalizacja gospodarcza zepchnęła na margines egalitaryzm i wartości wspólnotowe, będące przedmiotem troski socjalistów. Narody dawnego bloku wschodniego, które przez dziesięciolecia tkwiły w objęciach rządów komunistycznych, nie wykazywały żadnego zainteresowania budową systemów demokratycznych choćby w najmniejszym stopniu odwołujących się do socjalizmu. Skłaniało to do pytania, czy doktryna chrześcijańskiego socjalizmu ma w ogóle jeszcze coś wartościowego do zaoferowania. Jak wiele z wizji autentycznie demokratycznego porządku społecznego może zostać zachowane lub wprowadzone do kultury politycznej w krajach, w których „socjalizm” kojarzy się nieodłącznie z odpychającymi obrazami autorytaryzmu państwowego? Czy istniała jakaś możliwość odrodzenia chrześcijańskiego programu społecznego, opartego o demokratyzację gospodarki, w czasie, gdy korporacyjny kapitalizm przekształcał naszą planetę w jeden wielki rynek?
Niektórzy etycy chrześcijańscy uznali marzenie o demokracji gospodarczej za wypalone i skompromitowane. Luterański neokonserwatysta Robert Benne dopominał się od etyków społecznych przyznania, że ich myśl i tradycja były błędne w swoim poparciu dla demokratycznego socjalizmu. Zgadzali się z nim neoliberalni realiści, Max Stackhouse i Dennis McCann, którzy przekonywali, że upadek komunizmu niósł ze sobą bezpośrednie konsekwencje dla chrześcijańskiej etyki społecznej. Zwracali uwagę, że protestancka Ewangelia Społeczna, wczesny chrześcijański realizm, znaczna część ruchów neo-ortodoksyjnych, wiele nurtów katolickiego modernizmu, ruchy ekumeniczne dążące do likwidacji wykluczenia społecznego i rasowego, wreszcie teorie wyzwolenia, przekonywały, że demokracja, prawa człowieka i socjalizm są fundamentem nadchodzącego królestwa. Jednak, ich zdaniem, liberalne chrześcijaństwo myliło się w kwestii socjalizmu: Przyszłość nie przyniesie nam tego, co obiecywała współczesna teologia.Według Stackhouse’a i McCanna, werdykt historii był jednoznaczny nie tylko dla komunizmu, ale i dla wszelkich form demokratycznego socjalizmu, także tych, które przez wiele lat radykalnie sprzeciwiały się komunizmowi.Innymi słowy, socjalizm się skończył, co powinno być tożsame z kresem wysiłków liberalnych chrześcijan, by nadać mu ludzką twarz.
Według neokonserwatystów i części kontynuatorów myśli Niebuhra, jedynym zadaniem, które pozostało chrześcijańskiej etyce społecznej, było zastosowanie nauczek niebuhriańskiego realizmu w odniesieniu do porządku gospodarczego. Neokonserwatywny krytyk społeczny Michael Novak bezwzględnie sprzeciwiał się rozpraszaniu silnie skoncentrowanej potęgi gospodarczej. Zauważając, że Niebuhrowi nie udało się rozciągnąć politycznego realizmu w stronę krytyki socjaldemokratycznej wizji gospodarki, Novak ogłosił przejęcie pałeczki przez neokonserwatyzm i wypełnienie niedokończonego dzieła poprzez wyprzęgnięcie z tradycji postępowego chrześcijaństwa idei demokracji gospodarczej. Pisał on: Niebuhr nie przykładał właściwej wagi do kwestii ekonomicznych. I to właśnie obszar przez niego zaniedbany stał się inspiracją dla moich poglądów. Doszedłem do wniosku, że kolejne pokolenie jego uczniów powinno skupić się na wprowadzeniu przenikliwych intuicji Niebuhra do jedynego z kluczowych obszarów ludzkiej aktywności, który on w swoich rozważaniach zwykle pomijał.
Przyjęte przez Novaka założenia usytuowały go daleko na prawicy, skąd w latach 80. aktywnie wspierał Reagana jako główny ideolog amerykańskiego kapitalizmu. Zastosowanie idei Niebuhra do rzeczywistości ekonomicznej wymaga, zdaniem Novaka, odrzucenia raz na zawsze marzenia postępowych chrześcijan o stworzeniu demokratycznej gospodarki. Wartości i zasady ustanawiające porządek demokratyczny odnoszą się bowiem jedynie do sfery politycznej. Wymogiem modernizacji jest odrzucenie przykładania demokratycznych kryteriów – jak równość czy odpowiedzialność – do gospodarki. Realizm kładzie nacisk na generowanie bogactwa i pozwala rynkowi decydować o jego dystrybucji. Sprzeciwia się jednocześnie objęciu sektora finansowego rządowymi regulacjami i zarzeka się, że przyrastający dobrobyt elit gospodarczych spłynie z czasem również na klasę średnią i robotników. Wreszcie, realizm według Novaka akceptuje i świętuje triumf kapitalizmu korporacyjnego. Neokonserwatyzm rozwinął się w bardzo silny ruch polityczny poprzez przyjęcie linii programowej bazującej na ideologii wolnorynkowej, podsycaniu konfliktów kulturowych i wizji ładu globalnego opartego o amerykańską dominację.
Jak jednak przekonywałem w swoich dwóch książkach, „Reconstructing the Common Good” (Nowe spojrzenie na dobro wspólne”) z 1992 r. i „Soul in Society: The Making and Renewal of Social Christianity” (Duch w społeczeństwie: powstanie i odnowa chrześcijaństwa społecznego) wydanej trzy lata później, twierdzenie, że upadek komunizmu bezwzględnie dyskredytuje wizję demokracji społecznej i gospodarczej, jest przerażająco dziwaczne. Demokratyczni socjaliści byli z przekonania antykomunistami. Przez siedemdziesiąt lat nic ich bardziej nie irytowało niż wrzucanie ich do jednego worka z ich komunistycznymi adwersarzami. Przez wszystkie te lata z uporem, zaciekłością i bez względu na polityczną koniunkturę, socjalistyczni demokraci ostrzegali, że komunizm jest systemem dławiącym jednostkę i w ostatecznej perspektywie niezdolnym do przetrwania.
Dlatego niedorzeczna była dla nich teza, że wraz z upadkiem komunizmu również i oni mieliby przejść do historii. W końcu „błędy i wypaczenia” nieposkromionego kapitalizmu, które w pierwszym rzędzie przyczyniły się do powstania ruchów o charakterze socjalistycznym, nie zniknęły w obliczu triumfu korporacyjnej, jeszcze bardziej zglobalizowanej jego wersji. Nazywanie błędem całego ogromnego dorobku intelektualnego poszukiwań alternatywy dla systemu kapitalistycznego oznaczało nic innego niż oczekiwanie, by etyka chrześcijańska zaakceptowała status quo, zabezpieczające przywileje dobrze urodzonych i tych, którym się powiodło. Niż udawanie, że skupianie władzy gospodarczej w rękach nielicznych nie musi prowadzić do ograniczenia zakresu demokracji politycznej i pogorszenia położenia ubogich i wykluczonych. Wreszcie, niż przyjęcie równie błędnego założenia, że ziemski ekosystem, będący układem zamkniętym o fizycznych granicach, jest w stanie wytrzymać jeszcze kolejne stulecie „modernizacji” i nieograniczonego wzrostu gospodarczego, nie mówiąc o obłędnej logice kapitalistycznej globalizacji, która zapanowała po zakończeniu zimnej wojny.
William Temple jest kolejną po Rauschenbuschu postacią, której poglądy z perspektywy czasu okazały się całkiem sensowne. Chociaż „dobre urodzenie” i sentymentalna tradycja brytyjskiego imperializmu odcisnęły piętno na jego myśli, stworzył on jedną z najbardziej twórczych wizji chrześcijańskiego socjalizmu swoich czasów. Temple obawiał się, że słowo „socjalizm” zostało w permanentny sposób utożsamione z autorytarną lewicą. Argumentami potwierdzającymi to przekonanie były komunizm oraz występujące w państwach socjaldemokratycznych tendencje centralistyczne. Chociaż sam sprzeciwiał się państwowemu modelowi socjalizmu, doskonale zdawał sobie sprawę, że dla większości ludzi socjalizm oznacza nacjonalizację przemysłu. Dlatego unikał języka socjalizmu w swojej agitacji za zdecentralizowaną demokracją gospodarczą. Wyjaśnił to w swojej książce „Christianity and the Social Order”, w której wyraził nadzieję, że wszyscy chrześcijanie przyjmą jego argumentację wspierającą demokrację gospodarczą, nawet jeśli tylko niewielka część wierzących nie związanych z ruchem związkowym i lewicą wyznaje poglądy socjalistyczne.
Temple nie był zainteresowany wspieraniem podejrzanej ideologii autorytetem religii chrześcijańskiej. Dla niego znaczenie miało włączenie – na jej zasadach – religijnej części społeczeństwa do walki o sprawiedliwość społeczną. Ideę tworzenia socjalistycznych w istocie związków branżowych uważał za rozszerzenie refleksji chrześcijańskiej, nie zapominając o praktycznym wymiarze wypływającej z niej etyki społecznej. Z jego punktu widzenia, ideologia socjalistyczna stanowiła barierę dla etycznego celu chrześcijan – demokratyzacji społecznej i gospodarczej.Temple prezentował demokrację gospodarczą jako projekt etyczny wypływający z ducha chrześcijaństwa, wystrzegając się występujących w postępowych środowiskach religijnych tendencji do „uświęcania” ideologii socjalistycznej.
Różnica jest zupełnie zasadnicza. Postępowe chrześcijaństwo musi opowiadać się za sprawiedliwością społeczną, jednak ideologia socjalizmu budzi rozmaite wątpliwości oraz uderza w niej dogmatyzm, nawet po uwzględnieniu w jej ramach demokracji, różnic kulturowych i pluralizmu. Tak jak obawiał się Temple, radykalne ruchy teologiczne poczyniły wielkie szkody dla siły moralnego rażenia postępowego chrześcijaństwa wskutek łączenia go z ideologią socjalistyczną. Postępowe chrześcijaństwo powinno być dzisiaj bardziej pluralistyczne oraz pragmatyczne. Musi mieć na sztandarach radykalną demokrację polityczną i zdecentralizowaną demokrację gospodarczą, które będą dopasowane do konkretnych uwarunkowań społecznych i kulturowych.
Demokracja gospodarcza nie może zostać odgórnie narzucona, ani przeszczepiona. Jedyna droga do lepszego społeczeństwa prowadzi przez długoletnią walkę o kolejne zdobycze społeczne oraz pielęgnację i rozwój tradycji współdziałania. Projekt tego typu nie wymaga żadnych ogromnych inwestycji. Nie opiera się on też na złudzeniach na temat natury ludzkiej. Nie wieszczy on ani nie wymaga powstania żadnego „nowego człowieka”. Wystarczającym uzasadnieniem dla demokracji gospodarczej mogą być słowa Reinholda Niebuhra odnoszące się do demokracji jako takiej: Nasze wrodzone poczucie sprawiedliwości czyni demokrację możliwą, zaś skłonność do niesprawiedliwości – niezbędną.
Niebuhr nie zaprzeczał, że pragnienie sprawiedliwości napędzane jest u wielu ludzi przez autentyczne współczucie i odruchy solidarności. Nie miał jednak wątpliwości, że nasza natura nie jest również wolna od bardziej egoistycznych motywacji. Konkluzją tego rozumowania powinno być uświadomienie sobie, że demokracja jest koniecznością właśnie dlatego, iż na dobrą sprawę każdy człowiek jest egoistą. Ponieważ ludzie, którzy uzyskają jakiś rodzaj władzy, bardzo łatwo ulegają zepsuciu, demokracja musi istnieć po to, by tłumić zachłanność i nieodłączną od natury ludzkiej inklinację do górowania nad innymi.
W momencie rozwijania tego toku rozumowania w opublikowanej w 1944 r. książce „The Children of Light and the Children of Darkness” (Dzieci Światła i Dzieci Mroku), Niebuhr nie wykorzystywał go już jako argumentu za wprowadzeniem demokracji gospodarczej. Definitywnie zerwawszy w końcu z marksizmem, kilka lat później odszedł także od chrześcijańskiego socjalizmu. We wczesnych latach 40. nie zajmował się już możliwością stworzenia ustroju politycznego, który miałby zdemokratyzować i rozproszyć władzę gospodarczą. Dla Niebuhra istniały tylko trzy realne modele gospodarcze: kapitalizm wolnorynkowy, socjalizm oraz kapitalizm oparty na założeniach Nowego Ładu, przy czym socjalizm nieodłącznie wiązał się dla niego z nacjonalizacją oraz centralnym planowaniem. Wspierał on co prawda inicjatywę Delta Farm Cooperativeiv, jednak tego rodzaju eksperymentalne projekty były zbyt nieliczne, aby na ich podstawie budować poważne prototypy alternatywnych systemów społeczno-gospodarczych. W ramach swojej wizji realizmu porównywał zatem liberalny kapitalizm z realnie istniejącymi alternatywami historycznymi, nie zaś z projektowanymi wizjami demokracji gospodarczej.
Ten wniosek także dziś wydaje się całkiem rozsądny. Czy pozostaje jedynym możliwym, zależy głównie od tego, czy pominięte przez Niebuhra alternatywy, oparte o decentralizację i wrażliwy społecznie rynek, będą w stanie realnie konkurować z obecnym systemem. Niezłomność w wysiłkach zmierzających do demokratyzacji władzy, tak politycznej jak i gospodarczej, jest tożsama z trwaniem przy poobijanej, zmarginalizowanej i w coraz większym stopniu kontrkulturowej idei dobra wspólnego, głęboko zakorzenionej w historii amerykańskiego ruchu postępowego i postępowego chrześcijaństwa, które, pozostaje mieć nadzieję, nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa.
Gary Dorrien
tłum. Sebastian Maćkowski
Tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Tikkun”, w numerze styczniowo-lutowym 2010. Strona periodyku: www.tikkun.org.
Przypisy tłumacza:
i. Progressive Era – okres od 1890 do 1920 r. w USA, związany z obnażaniem korupcji w kręgach przemysłowo-politycznych; jednym z przedstawicieli tego ruchu był Theodore Roosevelt.
ii. Niezależna agencja rządu USA, powstała w 1932 r. Gromadzone w jej ramach środki przeznaczane były m.in. na pomoc dla rządów stanowych i samorządów terytorialnych, pożyczki dla instytucji finansowych, rozbudowę infrastruktury i wspieranie przedsiębiorczości.
iii. Członkowie Towarzystwa Fabiańskiego, organizacji społecznej powstałej w Wielkiej Brytanii pod koniec XIX w., której celem było stopniowe, pokojowe wprowadzanie w życie idei socjalizmu; obecnie centrolewicowy think tank zrzeszający ok. 6000 członków.
iv. Utworzona w 1936 r. przez ewangelickich misjonarzy w stanie Mississippi farma, która opierała się na współpracy i równości rasowej.
przez Jadwiga Bogdanowicz | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011
Ideę inwestowania odpowiedzialnego społecznie zapoczątkowali pod koniec XVIII w. kwakrzy z Filadelfii, gdy zabronili członkom swojej wspólnoty handlu żywym towarem. Inwestowanie etyczne pojawiło się na dobre w latach 70. XX w. w Stanach Zjednoczonych; w 1971 r. dwaj metodyści, dr Luther Tyson i dr Jack Corbett, założyli organizację Pax World. Nie chcieli wspierać finansowo wojny w Wietnamie i dlatego Pax World uruchomiła pierwszy fundusz społecznie odpowiedzialny. Zamierzali w ten sposób umożliwić inwestowanie w zgodzie z pewnymi wartościami, takimi jak pokój, ochrona środowiska, promowanie równości.
Rodzina funduszy inwestycyjnych Pax World obejmuje dzisiaj Balanced Fund, Growth Fund, Small Cap Fund, International Fund, High Yield Bond Fund, Global Women’s Equality Fund oraz Global Green Fund.
Taki sposób prowadzenia i pojmowania biznesu szybko stał się popularny również w Kanadzie. W Europie etyczne produkty finansowe pojawiły się nieco później. W 1983 r. swoją pionierską działalność we Francji rozpoczął Luc Meeschaert, menedżer prywatnego banku Financière Meeschaert, założonego w 1935 r. Odwiedziły go przedstawicielki trzech zgromadzeń zakonnych i poprosiły o zarządzanie pieniędzmi tych zgromadzeń „w sposób użyteczny dla ludzi”. Zrodziło to wiele pytań, bo jakie kryteria należy przyjąć, aby zaaprobować lub odrzucić propozycje inwestycyjne? Przykładem może być przemysł farmaceutyczny: nie inwestować, ponieważ produkuje środki aborcyjne, czy inwestować, bo produkuje tak potrzebne lekarstwa? W końcu wytypowano rodzaje działalności bezsprzecznie szkodliwe dla ludzi: przemysł tytoniowy, produkcja mocnego alkoholu, gry hazardowe. Z czasem opracowano 20 pozytywnych kryteriów oceny, które według Luca Meeschaerta można streścić jednym zdaniem: „wszystko, co przyczynia się do wzrostu człowieka w firmie i poprzez firmę”.
Firmy, których akcje kupują fundusze etyczne, są oceniane przez pryzmat wielu kryteriów. Pozytywne z nich to m.in. dbanie o rozwój pracowników, działania na rzecz oddłużenia Trzeciego Świata. Negatywne to np. inwestowanie w przemysł zbrojeniowy, popieranie działań zbrojnych i zbrodniczych reżimów, produkcja tytoniu, alkoholu, technologie nieekologiczne.
Warto zaznaczyć, że wiele z tych organizacji wyrosło na fali kampanii sprzeciwu wobec apartheidu w RPA, wojny w Wietnamie i dyskryminacji robotników katolickich w Irlandii.
Brak etyki to wymierne straty
Inwestowanie w zgodzie z etyką to nie tylko kwestia działania według pozytywnych wzorców moralnych. To także unikanie możliwych do przewidzenia strat finansowych. Przykładem bezmyślnej pogoni za zyskiem mogą być kredyty typu subprime, które w istotny sposób przyczyniły się do kryzysu finansowego, na początku w USA, a następnie na całym świecie. Część instytucji finansowych doszła do wniosku, że nie oglądając się na poziom zabezpieczeń, nie przyglądając się dokładnie zdolności kredytowej klientów, należy im pożyczać jak najwięcej. Jakie są tego efekty, obserwujemy do dzisiaj. Idea inwestowania odpowiedzialnego społecznie (IOS; ang. socially responsible investing, SRI) może w pewnym sensie stanowić antidotum na takie sytuacje.
Bogactwo samo w sobie nie jest ani etyczne, ani nieetyczne. O etyce możemy natomiast mówić w odniesieniu do sposobu wytwarzania i pomnażania bogactwa oraz do celów realizowanych przy jego wykorzystaniu. Dlatego tak istotne są zasady, wedle których prowadzona jest działalność gospodarcza (np. uczciwość w interesach lub to, jak pracodawca traktuje osoby zatrudnione). Ważne jest także, w kontekście rynku kapitałowego, gdzie kierowane są strumienie pieniędzy i jakie branże wspierają.
W jaki sposób można zdobyć tego typu wiedzę i co z niej wynika dla portfeli inwestorów? Najlepiej prześledzić to na przykładzie konkretnych działań. W 1997 r. powstała firma E. Capital Partners, która zajmuje się m.in. opiniowaniem działalności emitentów papierów wartościowych właśnie pod kątem tego, czy prowadzą biznes w sposób etyczny. Badana jest zarówno część finansowa, jak i rzetelność prowadzenia księgowości czy relacje pracownicze. Sprawdza się, czy nie dochodzi do przypadków łapownictwa, czy zawierane kontrakty są klarowne itd. Klientami firmy są Credit Suisse, Union Investment, Sal. Oppenheim, UPS, Merrill Lynch i wiele innych.
Zarządzający, którzy korzystali z informacji i wsparcia firmy E. Capital Partners, z dużym wyprzedzeniem wycofali z portfeli swoich klientów akcje takich firm, jak Morgan Stanley, który został wykluczony ze spektrum inwestycyjnego już w czerwcu 2005 r., a w wyniku kryzysu subprime w grudniu 2007 r. poniósł bardzo wysokie straty w związku z potrzebą tworzenia potężnych rezerw. Już w kwietniu 2006 r. wykluczono Bear Stearns – wtedy w tej firmie stwierdzono przypadki korupcji, a w marcu 2008 r. groziła jej niewypłacalność.
Inne przykłady: Enron wykluczony ze spektrum inwestycyjnego w maju 2001 r. – zbankrutował w grudniu tego samego roku. Powody wykluczenia: złe zarządzanie firmą, konflikt interesów, ekspozycja na ryzyko niewypłacalności kontrahentów. WorldCom, wykluczony w sierpniu 2001 r., zbankrutował w lipcu 2002 r. Gdyby papiery tych właśnie firm pozostały w portfelach inwestycyjnych klientów, ponieśliby oni wymierne straty. Powyższe przykłady jasno pokazują, że monitorowanie działalności emitentów pod kątem etycznym jest w stanie skutecznie bronić interesów inwestorów. Oczywiście nie jest idealnym lekarstwem na wszystko, ale takich lekarstw nie ma.
Innym sposobem realizowania strategii IOS jest kierowanie się w zarządzaniu inwestycjami gotowymi indeksami giełdowymi. Pierwszy powstał 20 lat temu w USA, to Domini 400 Social Index. Działają również: Dow Jones Sustainability Indexes (międzynarodowe), FTSE4Good (Wielka Brytania), DAX (Niemcy), BOVESPA ISE (Brazylia), ECI – Ethical Canadian Index (Kanada) czy FTSE KLD 400 Social Index (akcje amerykańskie). Pierwszy w Polsce giełdowy indeks spółek odpowiedzialnych – RESPECT Index – pojawił się na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie jesienią 2009 r.
Organizacje wspierające
Inwestowanie odpowiedzialne społecznie to nie tylko budowanie portfela w zgodzie z etyką. To również łączenie działalności ekonomicznej z próbami rozwiązywania kwestii społecznych.
W Belgii w 2001 r. powstała Europejska Federacja Banków Etycznych i Alternatywnych (FEBEA), która zrzesza instytucje finansowe oraz banki. Nie jest to działalność charytatywna, bo inwestorzy poszukują zysków, ale celem członków FEBEA jest nie tylko zysk. Wspierają oni inicjatywy ekonomiczne dotyczące m.in. wzrostu liczby miejsc pracy (szczególnie zatrudnienie socjalne) oraz zrównoważonego rozwoju (odnawialne źródła energii, rolnictwo ekologiczne, różnorodność biologiczna). FEBEA dba o etyczną i kulturową różnorodność, promuje międzynarodową solidarność i sprawiedliwy handel. Organizacja ta wspiera podmioty, które miałyby problem z pozyskiwaniem funduszy od „zwykłych banków”, np. rolników, którzy rozpoczynają produkcję ekologiczną, finansuje też kampanie społeczne. W ramach FEBEA działają fundusze inwestycyjne i fundusz gwarancyjny. W kwietniu 2006 r. członkiem Federacji stał się BISE – Bank Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, który od listopada 2007 r. jest częścią banku DnB NORD.
Na Starym Kontynencie działa również Eurosif (European Sustainable Investment Forum) – paneuropejska grupa propagująca zasady zrównoważonego rozwoju poprzez rynki finansowe. To organizacja typu non profit, zrzeszająca ok. 80 funduszy emerytalnych, dostawców usług finansowych, ośrodków akademickich, instytucji badawczych i organizacji pozarządowych, dysponujących bądź zarządzających aktywami o wartości kilkuset miliardów euro.
W Stanach Zjednoczonych funkcjonuje Social Investment Forum, zrzeszające 500 członków. To finansiści, analitycy, firmy zarządzające aktywami, banki, fundusze inwestycyjne, ośrodki badawcze, fundacje, uczelnie i organizacje działające na rzecz lokalnych społeczności. Celem SIF jest rozwój idei i tworzenie narzędzi służących IOS. Członkowie w swojej działalności inwestycyjnej uwzględniają czynniki ekonomiczne, społeczne, z zakresu ochrony środowiska i zarządzania, a SIF wykorzystując zgromadzoną wiedzę i prowadząc specjalne programy, stara się im to ułatwić.
W Kanadzie działa Social Investment Organization. To ponad 400 członków obsługujących ponad 500 000 kanadyjskich deponentów i inwestorów. Celem SIO jest podnoszenie świadomości społecznej w zakresie idei IOS. Stanowi ona forum wymiany opinii oraz źródło informacji o inwestowaniu społecznie odpowiedzialnym.
W Azji funkcjonuje Association for Sustainable & Responsible Investment in Asia. Skupia 50 członków. Propaguje wspólną odpowiedzialność i społeczną troskę wśród inwestorów regionu Azji i Pacyfiku, dostarcza informacji o rozwoju IOS w Azji i na świecie. Organizuje również konferencje, seminaria i warsztaty, prowadzi liczne programy badawcze i wydaje publikacje dotyczące szeroko rozumianej kwestii inwestowania społecznie odpowiedzialnego.
Etycznie – zysk przez lata
Potocznie uważa się, że etyczne i społecznie odpowiedzialne fundusze inwestycyjne osiągają gorsze wyniki niż fundusze tradycyjne. Tymczasem tego typu inwestycje mają dobre wyniki pod warunkiem inwestowania w długim horyzoncie czasowym. Dlaczego? Choćby dlatego, że inwestowanie w pracowników (np. w szkolenia) prowadzi do wzrostu wydajności pracy.
Według organizacji badawczej Ethical Investment Research Service, aż 80% spółek notowanych na FTSE All-World Developed Index ma problemy ze źle zarządzanym ryzykiem środowiskowym, społecznym i dotyczącym ładu korporacyjnego. Trudno uznać, że nie będzie to miało wpływu na ich wyniki. W etycznym inwestowaniu chodzi, wbrew pozorom, nie tylko o moralne kryteria oceny firm, ale również o zysk – fundusze inwestycyjne nie są przecież organizacjami charytatywnymi. Rozumie to rosnąca liczba inwestorów, którzy mają coraz większe zaufanie do tego typu inwestycji. Według raportu włoskiej agencji ratingowej Vigeo, liczba europejskich funduszy inwestujących w firmy odpowiedzialne społecznie wzrosła ze 159 w 1999 r. do 537 w 2008 r., gromadząc ponad 48 mld euro. Największymi środkami zarządzają francuski Société Générale, szwajcarski Julius Baer i włoski Pioneer.
W Stanach Zjednoczonych w funduszach typu SRI ulokowanych jest już ponad 2,7 bln dolarów. Według badania Eurosif, całkowity poziom etycznie zarządzanych aktywów (assets under management – AUM) wynosi w Europie prawie 2,7 bln euro (stan na 31 grudnia 2007 r.), co oznacza wzrost o 102% w ciągu dwóch lat. Dla porównania, w tym samym czasie indeks MSCI Europe wzrósł tylko o 16,16%. Aktywa SRI w całości zarządzanych aktywów w Europie stanowią 17,6%. Eurosif szacuje globalny rynek SRI na 5 bln euro. Z kolei badanie przeprowadzone przez Social Investment Forum pokazuje, że aktywa SRI w USA wzrosły o ok. 18% pomiędzy 2005 a 2007 r., w porównaniu do 3-procentowego wzrostu ogółu aktywów w tym czasie. Aktywa zainwestowane zgodnie z koncepcją SRI reprezentują obecnie 11% wszystkich aktywów zarządzanych w USA – innymi słowy, 1 na każdych 9 dolarów trafiających do różnego rodzaju funduszy jest inwestowany w sposób odpowiedzialny społecznie.
IOS w Polsce
Pierwszy etyczny fundusz inwestycyjny w Polsce uruchomiło TFI SKOK SA. Pierwsza wycena SKOK SFIO Etyczny 1 miała miejsce 23 grudnia 2008 r. TFI SKOK wprowadzając taki fundusz dało inwestorom możliwość lokowania środków w oparciu o względy etyczne, takie jak ochrona życia ludzkiego, zdrowia i środowiska naturalnego, obrona praw człowieka i pokoju, odpowiedzialność społeczna przedsiębiorstw.
Środki funduszu SKOK SFIO Etyczny 1 inwestowane są w tytuły uczestnictwa emitowane przez fundusz zagraniczny Oppenheim Ethik Bond Opportunities. Mogą one stanowić od 80 do 100% aktywów funduszu. Pozostałe środki mogą być lokowane w depozyty w bankach krajowych lub instytucjach kredytowych. Ponieważ fundusz wyceniany jest w złotych, stosuje się również narzędzia dla zabezpieczenia ryzyka kursowego.
Oppenheim Ethik Bond Opportunities Fund jest austriackim funduszem inwestycyjnym, zarządzanym przez firmę Sal. Oppenheim Asset Management. Działa ona od 1971 r., zatrudniając ponad 300 pracowników i zarządzając aktywami o wartości 30 mld euro. Polityka inwestycyjna austriackiego funduszu oprócz tradycyjnych kryteriów ekonomicznych opiera się na kryteriach etycznych, bazujących na nauce społecznej Kościoła katolickiego.
Fundusz obligacyjny Oppenheim Ethik Bond Opportunities, z którym współpracuje SKOK SFIO Etyczny 1, nie kupuje np. papierów dłużnych rządu amerykańskiego, ponieważ USA nie zniosły kary śmierci, ani chińskich, ponieważ tam z kolei wykorzystuje się pracę dzieci w fabrykach. Jednak zarządzający tym funduszem sami nie decydują o tym, czy dany emitent papierów wartościowych prowadzi etyczną działalność gospodarczą. Zajmują się tym dwie inne instytucje. Jedną z nich jest Osservatorio FINETICA – grono naukowców z Uniwersytetu Laterańskiego i Uniwersytetu Bocconi, jednej z najlepszych uczelni ekonomicznych we Włoszech. Osservatorio opracowało metodologię klasyfikacji emitentów pod względem etycznym. Selekcja prowadzona jest zarówno według kryteriów negatywnych, jak i pozytywnych. ECPI, stosując w praktyce metodologię opracowaną przez Osservatorio, wybiera firmy najlepsze według kryteriów etycznych. Dodatkowo współpracuje w tym względzie z takimi organizacjami, jak Greenpeace, Human Rights Watch czy ONZ.
Żyjemy w kraju w znakomitej większości katolickim, a dopiero TFI SKOK SA – jako pierwsze w Polsce – uruchomiło w pełni etyczny fundusz. Dlaczego? – Ta „jedynka” w nazwie funduszu nie jest przypadkowa. To pierwszy utworzony i zarejestrowany w Polsce fundusz etyczny, chociaż na świecie produkty tego rodzaju cieszą się rosnącą popularnością – przypomina Rafał Matusiak, prezes TFI SKOK SA. – Możemy je znaleźć w Europie Zachodniej, USA czy Kanadzie. Dlaczego w Polsce wcześniej nie pojawił się taki fundusz? Społeczeństwo musi najpierw osiągnąć pewien stopień zamożności, by myślenie w obszarze ekonomicznym i gospodarczym nie było ukierunkowane tylko i wyłącznie na zysk. Jeżeli chcemy budować społeczeństwo na zdrowych podstawach i myślimy o rozwoju długofalowo, a nie na krótką metę, to działalności gospodarczej powinny towarzyszyć wartości etyczne. Kryzys, który ogarnął cały świat, w mojej opinii wziął się właśnie z krótkoterminowego myślenia, ukierunkowanego wyłącznie na zysk. W pogoni za zyskiem przekroczono granicę bezpieczeństwa. Budując instrument finansowy należy analizować, jakie skutki przyniesie jego zastosowanie. Tutaj patrząc wyłącznie w horyzoncie krótkoterminowym stwierdzono, że skoro jest to instrument, który jest w stanie w krótkim czasie wygenerować znaczący zysk, to znaczy, że jest on dobry. Nie zastanawiano się, że za chwilę funkcjonowanie tego mechanizmu spowoduje jakiś problem w innym miejscu. A wystarczyło wcześniej do kryteriów ekonomicznych dodać kryteria etyczne i zdroworozsądkowe.
Jadwiga Bogdanowicz
Tekst w nieco zmienionej formie pierwotnie ukazał się w „Biuletynie Instytutu Stefczyka” nr 4, 2010 r. Przedruk za zgodą redakcji.
Kryteria doboru w SKOK SFIO ETYCZNY 1:
Obligacji rządowych
– wypełnianie postanowień najważniejszych porozumień dotyczących praw człowieka (np. ONZ); z tego względu ze spektrum inwestycyjnego wykluczone są m.in. obligacje rządu amerykańskiego, ponieważ w Stanach Zjednoczonych stosuje się karę śmierci;
– ochrona praw pracowniczych (konwencja Międzynarodowej Organizacji Pracy);
– kontrola poziomu zanieczyszczania środowiska (protokół z Kioto, konwencja bazylejska).
Współpracujących organizacji pozarządowych i ponadnarodowych
– lobbowanie na rzecz zaprowadzenia dobrobytu w krajach Trzeciego Świata oraz rozwoju społeczności lokalnych.
Papierów korporacyjnych
Kryteria pozytywne
– ochrona środowiska (recykling, zarządzanie odpadami, energia odnawialna);
– otwartość w działaniu (innowacyjność, elastyczność, nowe wyzwania);
– misja (zasady etyczne, wyznawane wartości);
– zasady współżycia społecznego (dialog społeczny, prawa człowieka);
– dostawcy (jakość, źródła finansowania, warunki umów);
– jakość zarządzania (wynagrodzenia, płatności specjalne, polityka księgowa);
– pracownicy (relacje interpersonalne, współudział w rozwoju firmy, polityka szkoleń);
– konkurenci (wykorzystujący np. korupcję lub zmowy kartelowe);
– udziałowcy (współdecydowanie, przejrzystość, sposoby komunikacji);
– klienci i produkty (zaufanie, satysfakcja, innowacyjność, bezpieczeństwo).
Kryteria negatywne
– przemysł tytoniowy,
– przemysł wojskowy i obronny,
– produkcja alkoholu,
– gry hazardowe,
– pornografia,
– produkcja i wykorzystanie energii nuklearnej,
– środki antykoncepcyjne.
Jadwiga Bogdanowicz
(ur. 1965) – przez wiele lat dziennikarka newsowa w codziennej prasie trójmiejskiej („Dziennik Bałtycki”, „Głos Wybrzeża”), zajmowała się tam również tematami gospodarczymi (stocznie), społecznymi i publicystyką; następnie zajęła się tematami finansowymi – pisząc do „Gazety Bankowej”. Obecny zawód to skutek poszukiwania swojego miejsca w życiu (wcześniej pracowała m.in. jako fotograf czy dekorator). Uważa, że doświadczenie zdobyte pracą w wielu zawodach pozwala jej patrzeć na życie z różnych stron. Nałogowo czyta, słucha i ogląda wiadomości – w mediach różnych opcji, żeby dojrzeć sedno problemu. Z wyboru zrezygnowała z samochodu na rzecz komunikacji miejskiej.
przez Janina Petelczyc | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011
Rok 2010 zaznaczył się w Europie szczególnie gwałtownymi protestami przeciwko zapowiedziom cięć budżetowych. W jakim kierunku ewoluować będzie polityka społeczna? Rozwiązania francuskie są tu ciekawym przyczynkiem do dyskusji.
Wielkie cięcie
Stary Kontynent stoi przed wielkim wyzwaniem. Państwa Unii Europejskiej, dotknięte kryzysem gospodarczym i coraz większym deficytem, zaczęły skłaniać się ku cięciom budżetowym. Najczęściej polegają one na zmniejszaniu wydatków socjalnych, ograniczaniu świadczeń i zaostrzaniu warunków ich otrzymania.
Ostre cięcia zapowiedziała w ostatnim czasie m.in. Angela Merkel, która zamierza znacznie obniżyć wysokość zasiłków dla bezrobotnych oraz świadczeń rodzinnych. Brytyjski minister finansów, George Osborne, przedstawił parlamentowi rządowy projekt cięć budżetowych. Zakłada on m.in. zmniejszanie wydatków na świadczenia socjalne o 7 mld funtów rocznie oraz podniesienie powszechnego wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn do 66 lat już w 2024 r., czyli o 4 lata wcześniej niż planowano. W całej Unii tylko trzy państwa – Szwecja, Polska i Malta – nie wprowadziły radykalnych programów oszczędnościowych. Przy czym tylko to pierwsze zdążyło wdrożyć reformę finansów publicznych przed kryzysem finansowym, dzięki czemu nie stoi obecnie przed problemem równoważenia budżetui.
Powstaje pytanie, czy obniżanie świadczeń socjalnych nie spowoduje na dłuższą metę większego rozwarstwienia społecznego i w rezultacie nie będzie wymagało w przyszłości znacznie wyższych nakładów finansowych na programy służące jego zmniejszaniu.
Jednym z państw objętych reformami jest Francja. Rządowe projekty zmierzają do obniżenia deficytu do 3% PKB w 2013 r., czyli oszczędności muszą sięgać 100 mld euro rocznie. Dotyczy to także systemu emerytalnego, który odnotowuje obecnie 13-miliardowy deficyt. Po długich debatach projekt reformy systemu emerytur został ostatecznie przyjęty pod koniec października przez francuski Senat, a następnie przez Zgromadzenie Narodowe. Oznacza to, że ustawa, która m.in. podnosi wiek uprawniający do emerytury z 60 do 62 lat, została ostatecznie przyjęta mimo olbrzymich strajków i dezaprobaty społecznej.
Kryzys na kryzysie
Aby lepiej zrozumieć sytuację we Francji, warto wspomnieć o najważniejszych założeniach reformy.
Tym, co wzbudziło największe kontrowersje, było podwyższenie wieku emerytalnego. Obecny próg 60 lat będzie co roku zwiększany o kolejne 4 miesiące i w 2018 r. osoby urodzone w 1956 r. i młodsze uzyskają prawo do emerytury w wieku 62 lat. Pozostały jednak pewne wyjątki od tej zasady. Prawo do uzyskania świadczenia w pełnym wymiarze w wieku 60 lat zachowały osoby zatrudnione w szczególnych warunkach, tj. gdy wskutek wykonywanej pracy stan ich zdrowia znacznie się pogorszył. Również ci, którzy bardzo młodo wkroczyli na rynek pracy (przed 18. rokiem życia) mogą uzyskać świadczenie już jako 60-latkowie, pod warunkiem odpowiedniego stażu pracy.
Przed uchwaleniem reformy prawo do emerytury w pełnym wymiarze, niezależnie od stażu pracy, czyli okresu składkowego, miały osoby, które skończyły 65 lat – teraz wiek podniesiono do 67 lat. Wyjątkiem są kobiety, które wychowały trójkę lub więcej dzieci, przerywając w tym celu karierę zawodową, a także rodzice dzieci niepełnosprawnych, którzy musieli w celu opieki przerwać pracę – otrzymają oni pełne świadczenie w wieku 65 lat.
Rząd zdecydował się przeprowadzić reformę zaalarmowany przez raport Rady Programowej ds. Emerytur, składającej się z parlamentarzystów, partnerów społecznych i ekspertów. Ukazał on, jak trudna jest sytuacja systemu emerytalnego po okresie kryzysu oraz do czego doprowadzi utrzymanie obecnych trendów. W raporcie zaprezentowano trzy scenariusze, wedle różnych wariantów sytuacji demograficznej i gospodarczej kraju. Obejmowały one zarówno perspektywę średnioterminową (lata 2015-2020), którą określa wpływ kryzysu ekonomicznego, jak i długoterminową (do 2050 r). Z opracowania wynika, że z uwagi na sytuację demograficzną wpływy ze składek będą malały do 2050 r., natomiast wzrosną wydatki związane z wypłatą emerytur. Kryzys demograficzny dotyka – choć w mniejszym stopniu niż inne kraje Europy – także Francję. Społeczeństwo się starzeje, szeregi osób pobierających emeryturę znacząco wzrosną, natomiast liczba osób opłacających składki, z których finansuje się bieżące wypłaty świadczenia, będzie coraz niższa. Już w 2010 r. konieczność dofinansowania systemu emerytalnego wzrosła o 1,7% PKB w stosunku do roku poprzedniego, osiągając poziom przewidywany w raporcie z 2007 r. dopiero na rok 2030. Sytuację systemu emerytalnego pogorszył kryzys ekonomiczny lat 2008-2009. Wzrost bezrobocia sprawił, że skurczyły się wpływy ze składekii.
Za niskie progi?
Nie sposób nie zgodzić się, że system emerytalny we Francji wymagał reform. Jedną z nich powinno być podniesienie wieku emerytalnego, który został obniżony z 65 do 60 lat w 1982 r. przez François Mitterranda. Decyzja ta spowodowała, że coraz więcej osób korzystało z możliwości wcześniejszego przejścia na emeryturę, a ci, którzy nie mieli takiego zamiaru, byli do tego zmuszani, ponieważ pracodawcy mogli zerwać z nimi kontrakt i często tak czynili. Skutkiem tego Francja stała się krajem o najniższej aktywności zawodowej osób pomiędzy 55. a 64. rokiem życia – stopa ich zatrudnienia wynosi tylko 38,2%iii.
Przed reformą Francuzi cieszyli się najniższym wiekiem uprawniającym do przejścia na emeryturę w Unii Europejskiej. Z tego powodu spędzali najwięcej lat na emeryturze – mężczyźni średnio 24,5 roku, kobiety 28,1 roku. Sprawiało to, że system był wyjątkowo narażony na wysokie wydatki publiczne.
Wiek emerytalny w wybranych państwach UE
| Państwo |
Wiek uprawniający do przejścia na emeryturę |
| Mężczyźni |
Kobiety |
| Austria |
65 |
60 (do 2033 r. wzrośnie do 65) |
|
Belgia
|
65
|
65
|
| Czechy |
65 |
62-65 (w zależności od liczby posiadanych dzieci) |
| Dania |
65 (wzrośnie do 67 w latach 2024-2027) |
65 (wzrośnie do 67 w latach 2024-2027) |
|
Finlandia
|
65
|
65
|
| Francja |
60, z prawem do emerytury w pełnym wymiarze w wieku 65 (po 2018 r. odpowiednio 62 i 67) |
60, z prawem do emerytury w pełnym wymiarze w wieku 65 (po 2018 r. odpowiednio 62 i 67) |
| Grecja |
65 |
65 |
| Hiszpania |
65 |
65 |
|
Holandia
|
65
|
65
|
|
Luksemburg
|
65
|
65
|
| Niemcy |
67 |
67 |
| Polska |
65 |
60 |
| Portugalia |
65 |
65 |
| Słowacja |
62 |
62 |
| Szwecja |
61 |
61 |
| Wielka Brytania |
65 (wiek ten będzie systematycznie podnoszony do 66 w 2028 r., 67 w 2036 r. i docelowo do 68 w 2046 r.) |
60 (do 2020 r. nastąpi wyrównanie wieku emerytalnego kobiet do 65, następnie wiek ten będzie systematycznie podnoszony do 66 w 2028 r., 67 w 2036 r. i docelowo do 68 w 2046 r.) |
| Włochy |
65 |
60 |
Źródło: opracowanie własne na podstawie: Pensions at a Glance 2009, Retirement-Income Systems in OECD Countries, OECD 2009.
Na ulicach o emeryturach
Zmiany proponowane przez rząd francuski od początku były kwestionowane przez osiem najważniejszych związków zawodowych. Zorganizowały one „Dni strajków dla emerytur 2010”.
Najważniejsze manifestacje odbyły się w największych miastach Francji 27 maja, 24 czerwca, 7 września, 23 września i 2 października. Ta przedostatnia miała największy zasięg – według obliczeń Powszechnej Konfederacji Pracy (CGT) w 239 miastach na ulice wyszły 3 mln osób, w tym 300 tys. w stolicyiv. Był to największy protest społeczny we Francji od ponad 15 lat. Nawet po przyjęciu reformy tłumy demonstrantów wychodziły na ulice. Strajki w przemyśle naftowym spowodowały niedobory benzyny, także podróż publicznymi środkami transportu była utrudniona ze względu na protesty pracowników kolei i komunikacji miejskiej. Zamknięto wiele szkół i urzędów. Do najliczniejszych grup strajkujących należeli licealiści.
Należy dodać, że działalność związków zawodowych nie ograniczała się do organizowania protestów. 7 lipca 2010 r. powstała deklaracja, którą podpisały wszystkie najbardziej liczące się związki zawodowe. W oświadczeniu zarzucono rządowi, że reforma dokona się głównie kosztem pracowników, którzy mają dłużej pozostawać na rynku pracy i dłużej opłacać składki, natomiast przedsiębiorstwa, które mają najwyższe dochody, są obciążone pięciokrotnie mniejszymi składkami i nie zostaną one podniesione. Zdaniem związkowców, wymaganie coraz większego wkładu od pracowników znacznie zmniejsza bieżącą siłę nabywczą ich dochodów.
Oprócz tego każda z organizacji zaproponowała swoje rozwiązania, z których część uwzględniono. Ochronie podlegać będą np. najsłabsze grupy, czyli osoby, które weszły na rynek pracy najwcześniej i musiałyby pracować ponad 45 lat do otrzymania świadczenia. Ich wiek emerytalny, jak wspomniałam, utrzymano na poziomie 60 lat. Jednak już osoby, które późno weszły na rynek pracy, np. po studiach, mogą nie przepracować odpowiednio wielu lat składkowych, aby móc liczyć na pełną emeryturę w wieku 65 lat i będą musiały pracować do 67. roku życia. Podobne problemy mogą mieć kobiety, częściej zatrudnione w niepełnym wymiarze czasu pracy.
Grunt to rodzina
Warto wspomnieć, że mimo wszystko Francja znajduje się w lepszej sytuacji niż inne państwa unijne. Jednym z największych wyzwań dla współczesnych systemów emerytalnych w Europie są przemiany demograficzne. Dotyczy to także Francji, gdzie emerytury opierają się na metodzie repartycji, czyli obecne pokolenie pracujących finansuje świadczenia dzisiejszym emerytom.
Według najnowszych przewidywań Narodowego Instytutu ds. Badań Statystycznych i Ekonomicznych (INSEE), Francja z bardzo wysokim współczynnikiem zastępowalności pokoleń (1,9 dziecka przypadającego na statystyczną kobietę) i wysokim dodatnim saldem migracji (100 tys. osób rocznie) może liczyć na to, że ilość osób aktywnych zawodowo będzie rosła w najbliższych latach. Współczynnik obciążeń demograficznych, czyli obciążenie ludności w wieku produkcyjnym ludnością w wieku przed- i poprodukcyjnym, który wynosi teraz 40%, w 2050 r. ma wynieść 69%v. Tymczasem według szacunków w całej Europie współczynnik ten będzie wówczas wynosił aż 94%vi.
Na tak pozytywne w skali europejskiej wyniki demograficzne z całą pewnością wpływa rozbudowana polityka rodzinna. Jej historia we Francji sięga jeszcze XIX w. Kraj ten, jako pierwszy na świecie, zaczął przewidywać problem starzenia się ludności. Już wskutek Rewolucji Francuskiej wzrosło znaczenie wartości i postaw indywidualistycznych, skutkiem czego rodziło się mniej dzieci. Dostrzeżono to w latach 1870-1871, kiedy przyczyn porażki w wojnie z Niemcami dopatrywano się w zbyt małej liczbie rekrutów. Zaczęły się wówczas pojawiać pierwsze rozwiązania prawne w celu zwiększenia populacji kraju. Okres międzywojenny przyczynił się do rozwoju polityki rodzinnej, natomiast fundamenty dzisiejszego systemu odnaleźć można w polityce rządu Vichy i w okresie po II wojnie światowej. Były one na tyle skuteczne, że wskaźnik dzietności wzrósł z 1,82 w 1941 do 2,9 w 1965 r.vii
Na system składały się wypłacane od drugiego dziecka zasiłki dla nowo narodzonych, zasiłek na niepracującą żonę, rodzinny zasiłek mieszkaniowy oraz korzystna dla rodzin z dziećmi polityka fiskalnaviii. W latach 70., 80. i 90. nastąpił odwrót od uniwersalnej polityki rodzinnej i reorientacja na rodziny ubogie oraz wielodzietne. Jednak obecnie, wskutek reform z lat 2001 i 2006 polityka rodzinna ponownie ma charakter uniwersalny, niezależny od dochodów rodziców i opiekunów.
Głównymi celami prowadzonej na szeroką skalę polityki rodzinnej we Francji jest obniżenie kosztów posiadania dziecka oraz umożliwienie rodzicom (zwłaszcza kobietom) łączenia kariery zawodowej z wychowaniem, co w dalszej perspektywie powinno wpłynąć na wzrost dzietności. Stosowane są różne instrumenty: liczne i wysokie świadczenia rodzinne, z których korzystać może każdy rodzic, szeroka opieka instytucjonalna nad małymi dziećmi, pozytywne bodźce w systemie emerytalnym (podniesienie emerytur z tytułu wychowania co najmniej trojga dzieci, specjalne regulacje dotyczące okresów składkowych, ubezpieczenie dla osób, których zawodem jest wychowywanie dzieci). Bardzo ważny z punktu widzenia polityki rodzinnej państwa jest też podatek dochodowy. Osoby, które wychowują dzieci, mogą odpisać sobie od niego znaczne kwoty. Instrument ten to tzw. iloraz rodzinny (quotient familial). Dochód rodziny, który podlega opodatkowaniu, dzielony jest przez odpowiednią liczbę części fiskalnych, w zależności od liczby dzieci i sytuacji matrymonialnej rodzicówix.
Podkreśla się często, że na tak wysoki współczynnik dzietności ma wpływ wysoka rozrodczość wśród emigrantów. Badania tylko częściowo potwierdzają tę tezę. Wynika z nich, że w ostatnim dziesięcioleciu 81,8% nowo narodzonych dzieci pochodziło ze związku dwojga rodowitych Francuzów (czyli takich, których rodzice także byli Francuzami), 10,9% ze związku mieszanego, a 7,3% ze związku dwojga imigrantów, nie posiadających narodowości francuskiejx.
Polityka rodzinna znajduje się w centrum francuskiej polityki społecznej. Jest kierowana głównie do rodzin z klasy średniej. Dzięki niej nie tylko rodzi się więcej dzieci, ale też zwiększa się pozytywna korelacja między dzietnością a zamożnością – w miejsce dawnej zależności między dzietnością a ubóstwem.
Nie samym wydłużaniem…
Bardzo popularne stało się ostatnio mówienie o konieczności wydłużenia okresu pracy, ze względu na coraz większe trudności systemów emerytalnych opartych na zasadzie repartycji. Jednak ograniczenie się tylko do podniesienia wieku emerytalnego nie rozwiąże zasadniczych problemów, z którymi boryka się obecnie wiele europejskich systemów.
Chociaż wskaźniki demograficzne są we Francji lepsze niż w innych państwach Unii, to reforma emerytalna jest mimo wszystko konieczna. Wobec rozwiązań rządu pojawia się jednak wiele zastrzeżeń.
Po pierwsze, decyzji takich nie powinno się podejmować na podstawie danych o wzroście średniej długości ludzkiego życia, lecz na podstawie tego, jak długo żyjemy w dobrym zdrowiu, umożliwiającym pracę. Według badań, obecnie jest to we Francji wiek 63,1 lat dla mężczyzn i 64,2 lat dla kobiet. Wiele także zależy od rodzaju wykonywanego zawoduxi. Podnoszenie więc wieku emerytalnego do 62 lat wydaje się uzasadnione, lecz granica uprawniająca do świadczenia w pełnym wymiarze od wieku 67 lat jest w tym kontekście zawyżona.
Po drugie, dobrym rozwiązaniem byłoby stopniowe podnoszenie wieku emerytalnego, jednak z uwzględnieniem sytuacji poszczególnych grup. Niektóre z nich powinny być uprawnione do wcześniejszej emerytury. Przy dokonywaniu zmian należałoby zachować długi okres vacatio legis i przeprowadzić je zgodnie z zasadą ochrony praw nabytych i będących w trakcie nabywania.
Poza tym, co najważniejsze, ze względu na trudną sytuację na rynku pracy Francja potrzebuje nie tylko reformy emerytalnej, ale także szeroko zakrojonych zmian na innych płaszczyznach życia społeczno-ekonomicznego. Konieczna jest poprawa stanu edukacji i polityki zatrudnienia, aby efektywniej tworzyć miejsca pracy dla absolwentów oraz osób powyżej 55. roku życia. Niezbędne jest także prowadzenie aktywnej polityki integracji imigrantów. Potwierdza to raport Zgromadzenia Narodowegoxii dotyczący najważniejszych francuskich problemów związanych z rynkiem pracy. Należy do nich właśnie niski stan zatrudnienia młodzieży i osób w wieku powyżej 55 lat oraz nieudolna polityka integracyjna wobec imigrantów. Jak wspomniano, stopa zatrudnienia osób pomiędzy 55. a 64. rokiem życia wynosi zaledwie ok. 38%. Stopa zatrudnienia absolwentów to 77,4%, w porównaniu z 83,1% średniej unijnej.
Ważnym problemem jest kwestia imigracji. Następuje szybka integracja prawna przybyłych, czyli uzyskiwanie przez nich obywatelstwa, a co za tym idzie prawa do opieki społecznej, przy jednoczesnej bardzo słabej integracji gospodarczej. Często dotyka ich bezrobocie, a stopa zatrudnienia imigrantów jest o 20 punktów procentowych niższa od stopy zatrudnienia rodowitych Francuzów. Do tego imigranci charakteryzują się niskim wykształceniem. Około 2/3 z nich ma wykształcenie niższe niż średnie lub nie może się legitymować żadnym, gdy np. w Anglii zjawisko obejmuje tylko 1/3 przybyłych. Wyższe wykształcenie zdobyło tylko 15% imigrantów we Francji, w Anglii jest to aż 40%. To kwestia bardzo ważna również dlatego, że Francja znajduje się na pierwszym miejscu w Europie pod względem ubiegających się o azyl (średnio 65 tys. osób rocznie). Osoby te pozostają zazwyczaj bez prawa do pracy, przez co nie uczestniczą w tworzeniu dochodu narodowego.
Wszystko to sprawia, że mimo dość korzystnej sytuacji demograficznej, we Francji może nastąpić znaczny kryzys systemu emerytalnego. Problemy rynku pracy przekładają się bowiem na system emerytalny. Z tego powodu należy tak kształtować system edukacji, aby ułatwiał absolwentom wejście na rynek pracy. Powinno się również promować zatrudnienie w każdym wieku i tak modernizować prawo, aby tworzyć miejsca pracy dla osób powyżej 55. roku życia oraz prowadzić aktywną politykę integracji imigrantów.
Z welfare state do workfare state
Obecna reforma systemu emerytalnego we Francji jest przykładem liberalnego przechodzenia od tradycyjnego państwa opiekuńczego do państwa opartego na pracy (z welfare do workfare state). W modelu tym świadczenia nie są uniwersalnym prawem każdego obywatela, lecz pozostają uzależnione od jak najdłuższego pozostawania na rynku pracy.
Reformy wydają się uzasadnione, jednak mija się z celem samo podwyższanie wieku emerytalnego bez wprowadzania zmian na innych płaszczyznach życia społeczno-gospodarczego. Może stać się tak, że wiele osób niezdolnych do pracy ze względów zdrowotnych lub nie mogących znaleźć zatrudnienia, znajdzie się po prostu poza systemem i stanie beneficjentami opieki społecznej. Narażeni są na to szczególnie ludzie powyżej 55. roku życia, absolwenci i imigranci.
Warto też zwrócić uwagę na fakt, że tradycyjne systemy emerytalne są zaprojektowane dla mężczyzn zatrudnionych na pełny etat, bez przerw w karierze. Nie zabezpieczają one zatem potrzeb osób zatrudnionych w trybie nietypowym. Rozwój współczesnej gospodarki i konieczność kształcenia ustawicznego wymagają rozwiązań, które będą stymulować powrót do nauki po okresie pracy czy ponowne zatrudnienie po przejściu na emeryturę. Obecne programy emerytalne sztywno przyjmują trzy okresy życia człowieka: naukę, pracę i emeryturę. Nie odpowiada to aktualnym realiom i potrzebom rynku pracy.
Obecny francuski rząd powinien przyjrzeć się zatem także innym dziedzinom życia i szerzej spojrzeć na system emerytalny. W przeciwnym razie ulegnie on całkowitej destabilizacji.
Janina Petelczyc
Przypisy:
i D. Walewska, Cięcie wydatków najczęstszym lekiem dla finansów publicznych, „Rzeczpospolita”, 25.10.2010 r.
iiConseil d’orientation des retraites, Retraites: perspectives actualisées à moyen et long terme en vue du rendez-vous de 2010, http://www.cor-retraites.fr/IMG/pdf/doc-1327.pdf, 26.09.2010 r.
iiiA. Rémond, Les retraites en question, La Documentation française, Paris 2009, s. 185.
iv„Le Parisien”, http://www.leparisien.fr/economie/retraites/retraites-la-bataille-des-chiffres-23-09-2010-1080059.php, 29.09.2010 r.
vA. Rémond, Retraites… op. cit., s. 147.
viONZ, World Population Prospects: The 2008 Revision, Population Division of the Department of Economic and Social Affairs of the United Nations Secretariat, http://esa.un.org/unpp/, 04.01.2010 r.
viiK. Starzec, Polityka rodzinna we Francji: historia, bilans i kierunki rozwoju, IPiSS, Warszawa 1999, s. 8.
viiiIbidem, s. 11.
ixP. Szukalski, Publiczne wsparcie dla rodzin we współczesnej Francji, Ekspertyza przygotowana na zlecenie Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, http://www.kobieta.gov.pl/zal/f184_1.pdf, s. 23, 07.03.2010 r.
xIbidem, s. 4.
xiPhilippe Marliere, Why French Workers Reject Sarkozy’s Pension Reform, http://www.social-europe.eu/2010/10/why-french-workers-reject-sarkozy’s-pension-reform, 07.10.2010 r.
xiiAssemblée nationale, Les perspectives démographiques de la France et de l’Europe à l’horizon 2030: analyse économique, http://www.assemblee-nationale.fr/12/rap-info/i2831.asp, 03.01.2010 r.
przez dr hab. Jerzy Żyżyński | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011
Reforma systemu emerytalnego z 1999 r. głęboko zawiodła. Coraz częściej pojawiają się głosy nawołujące do neutralizacji jej skutków, np. umożliwienia rezygnacji z uczestnictwa w tzw. II filarze. Minister pracy i polityki społecznej w rządzie Donalda Tuska konsekwentnie dąży też, przy wsparciu ministra finansów, do obniżenia składki na Otwarte Fundusze Emerytalne. Na to wszystko bardzo gwałtownie reaguje lobby związane z sektorem ubezpieczeń emerytalnych. Warto przyjrzeć się istocie problemu oraz proponowanym rozwiązaniom z punktu widzenia logiki ekonomicznej.
Coś takiego niewątpliwie istnieje, nie tylko jako element retoryczny. Prof. Elżbieta Mączyńska wiąże ją z racjonalnością proponowanych rozwiązań, wykorzystywaniem wieloaspektowego rachunku ekonomicznego, uwzględnianiem kosztów i efektów zewnętrznychi. Prof. Ryszard Domański mówi o niej raczej implicite, jako spójnym rozumowaniu i umiejętnym posługiwaniu się pojęciami ekonomicznymi w prawidłowym myśleniu ekonomicznym, którego brak zarzuca jednemu z czołowych twórców nowego systemu emerytalnegoii.
Kluczowym elementem logiki ekonomicznej jest ujmowanie zagadnień w kategoriach strumieni i zasobów – łącznie. Domański słusznie zwraca uwagę, że analizowanie miejsca systemu emerytalnego w gospodarce tylko w kategoriach podziału PKB, a więc strumieniowo, jest błędne. Powinno się bowiem uwzględniać konsekwencje kapitałowe współudziału w tworzeniu przez pracujących majątku gospodarczego, rozumianego całościowo (np. łącznie z kapitałem ludzkim). To natomiast jest ważnym uzasadnieniem ich udziału w podziale dochodu narodowego po przejściu na emeryturę, gdy już bezpośrednio go nie tworzą.
Wpływy i… wypływy
Na polski system emerytalny składają się: I filar – Fundusz Ubezpieczeń Społecznych obsługiwany przez ZUS, II filar – OFE, III filar – ubezpieczenia dobrowolne, tzw. Indywidualne Konta Emerytalne. Trzeci filar praktycznie nie istnieje, bo wciąż znaczny odsetek Polaków z powodu niskich dochodów nie ma żadnych oszczędnościiii, zaś ci, którzy mają większe nadwyżki, preferują bardziej efektywne formy zwiększania bogactwa.
Trzonem zmian w systemie jest przesunięcie części siły nabywczej przekazywanej bezpośrednio na rzecz ludzi, którzy zakończyli okres aktywności zawodowej, do instytucji kumulujących kapitał i operujących nim na rynkach finansowych.Reforma zasadniczo zmieniła zatem logikę przepływów pieniężnych w gospodarce. W jej efekcie olbrzymi strumień środków został wyrwany i przetransferowany do prywatnych instytucji finansowych dla „wypracowania zysków”.
Rys. 1. Logika ekonomiczna systemu repartycyjnego.

Źródło: opracowanie własne.
Jak pokazuje rys. 1, w systemie repartycyjnym ma miejsce bezpośredni transfer środków od aktualnie pracujących do aktualnych emerytów. Jeśli system ma zdefiniowaną składkę i określone emerytury, staje się oczywiście wrażliwy na stan rynku pracy. Zmniejszenie strumienia środków wypływającego od pracujących, np. w wyniku spowodowanego kryzysem zwiększenia bezrobocia (lub rozrostu szarej strefy), co jest reprezentowane przez odpływ zaznaczony linią przerywaną, powoduje wzrost deficytu systemu, który musi być pokryty przez budżet państwa. Ten uzupełniający wydatek budżetu generuje jednak dodatkowy popyt, co stabilizuje gospodarkę i pozwala szybciej wyjść z kryzysu – tak realizuje się antycykliczna funkcja systemu emerytalnego.
Rys. 2. Logika ekonomiczna systemu repartycyjno-kapitałowego.

Źródło: opracowanie własne.
Jak widzimy na rys. 2, inna jest logika systemu utworzonego wskutek reformy. Znaczna część środków zostaje przekazana do instytucji finansowych, które inwestują na rynkach finansowych, głównie na giełdzie. Teoretycznie pełnią one rolę pośredników przekazujących środki do gospodarki, gdzie mają „pomnażać swą wartość”. Środki te są uszczuplone o prowizje i „opłaty za zarządzanie”, przez co strumień trafiający na rynki finansowe jest wyraźnie cieńszy od tego, co wpłynęło do funduszy.
Jednak giełda jest przede wszystkim rynkiem wtórnym, zatem do samej gospodarki – i do tego tylko niewielkiej jej części, która funkcjonuje na rynkach finansowych – trafia część środków: ta inwestowana w papiery wartościowe na rynku pierwotnym. Na rysunku przedstawia to odpływ do gospodarki cieńszy niż to, co wpływa do OFE. Większość środków jest „obracana” na rynkach wtórnych, przyczyniając się do „nadymania baniek spekulacyjnych” itp.
W rezultacie system zostaje narażony na trzy stopnie ryzyka:
- kryzysu w gospodarce realnej;
- kryzysu na rynkach wtórnych („pęknięcie bańki spekulacyjnej”)
- ogólnego ryzyka związanego z wrażliwością cen papierów wartościowych na relacje między popytem a podażą.
W efekcie rzeczywiste transfery ku zbiorowości emerytów mogą okazać się dużo mniejsze od oczekiwań – reprezentują to strumienie zaznaczone linią przerywaną.
Zauważmy, że skoro do systemu kapitałowego jest przekazywana 1/3 środków, „wyrwana” z szerokiego frontu składek ZUS-owskich wszystkich pracujących, to logiczne byłoby, gdyby były one przekazywane przynajmniej do 1/3 gospodarki – by tam wypracować zysk dla przyszłych emerytów. Tak jednak nie jest, gdyż na rynkach finansowych funkcjonuje znacznie mniej niż 1/3 gospodarkiiv. A skoro tak, to musiałyby zostać wypracowane nadzwyczaj wysokie zyski, aby kapitałowa część systemu emerytalnego dawała realną korzyść. Ta logika niewątpliwie została złamana.
Czarna dziura
Dystrybutorem zbierającym środki i przekazującym część składki emerytalnej do OFE, jest FUS. Tab. 1 przedstawia podstawowe elementy wykonania budżetu FUS w okresie obowiązywania nowego systemu, tab. 2 – bilans Funduszu, szczególnie istotny z punktu widzenia systemu emerytalnego.
Tab. 1. Wykonanie budżetu FUS w latach 2000-2009, mld zł
| Wyszczególnienie |
2000 |
2001 |
2002 |
2003 |
2004 |
2005 |
2006 |
2007 |
2008 |
2009 |
| Przychody |
81,3 |
94,8 |
99,0 |
102,3 |
107,7 |
112,6 |
123,9 |
129,7 |
137,3 |
140,5 |
| składki |
65,4 |
71,4 |
70,4 |
72,0 |
73,4 |
77,4 |
80,5 |
88,4 |
81,6 |
85,3 |
| z budżetu |
15,4 |
21,2 |
27,0 |
28,3 |
23,0 |
20,1 |
24,5 |
23,9 |
33,2 |
30,5 |
| fundusz emerytalny |
29,2 |
33,9 |
31,5 |
34,5 |
34,7 |
35,9 |
39,0 |
45,1 |
47,0 |
46,9 |
| fundusz rentowy |
29,4 |
28,6 |
28,9 |
28,3 |
30,0 |
32,2 |
31,9 |
32,9 |
22,0 |
22,4 |
| fundusz chorobowy |
4,2 |
4,7 |
5,0 |
4,6 |
5,0 |
5,2 |
5,4 |
6,1 |
7,7 |
10,5 |
| fundusz wypadkowy |
2,6 |
2,6 |
2,3 |
2,3 |
3,7 |
4,1 |
4,2 |
4,4 |
4,9 |
5,5 |
| Wydatki |
89,6 |
98,9 |
102,8 |
104,2 |
108,7 |
111,2 |
119,8 |
126,0 |
153,1 |
170,7 |
| fundusz emerytalny |
40,3 |
46,1 |
49,0 |
52,9 |
58,0 |
61,0 |
69,2 |
75,2 |
85,7 |
97,0 |
| fundusz rentowy |
31,0 |
34,3 |
34,7 |
32,3 |
31,6 |
31,2 |
37,2 |
31,3 |
32,9 |
34,3 |
| zasiłki chorobowe |
3,0 |
3,2 |
3,4 |
3,8 |
3,8 |
3,8 |
5,2 |
4,0 |
4,9 |
6,6 |
| fundusz wypadkowy |
3,3 |
3,6 |
3,7 |
3,6 |
3,6 |
3,5 |
4,4 |
3,6 |
3,8 |
3,9 |
| transfery do OFE |
10,3 |
8,7 |
9,5 |
9,9 |
10,6 |
12,6 |
14,9 |
16,2 |
19,9 |
21,1 |
| jako % przychodów FUS |
13 |
9 |
10 |
10 |
10 |
11 |
12 |
13 |
14 |
15 |
| jako % przychodów funduszu emerytalnego |
35 |
26 |
30 |
29 |
31 |
35 |
38 |
36 |
42 |
45 |
| jako % wydatków funduszu emerytalnego |
26 |
19 |
19 |
19 |
18 |
21 |
22 |
22 |
23 |
22 |
Źródło: Obliczenia własne na podstawie Sprawozdań z wykonania budżetu państwa za kolejne lata, publikowanych na stronie internetowej Ministerstwa Finansów.
Tab. 2. Przychody, wydatki i deficyt funduszu emerytalnego FUS, mld zł.
| Wyszczególnienie |
2000 |
2001 |
2002 |
2003 |
2004 |
2005 |
2006 |
2007 |
2008 |
2009 |
| fundusz emerytalny – przychody |
29,2 |
33,9 |
31,5 |
34,5 |
34,7 |
35,9 |
39,0 |
45,1 |
47,0 |
46,9 |
| fundusz emerytalny – wydatki |
40,3 |
46,1 |
49,0 |
52,9 |
58,0 |
61,0 |
69,2 |
75,2 |
85,7 |
97,0 |
| Niedobór przychodów |
-11,2 |
-12,2 |
-17,5 |
-18,4 |
-23,3 |
-25,1 |
-30,1 |
-30,1 |
-38,7 |
-50,1 |
| jako % przychodów |
38 |
36 |
56 |
53 |
67 |
70 |
77 |
67 |
82 |
107 |
Źródło: Obliczenia własne na podstawie Sprawozdań z wykonania budżetu państwa.
Dane te pokazują stopniowe narastanie deficytu funduszu emerytalnego, przy czym największa dynamika jego wzrostu miała miejsce w 2002 r. (o ponad 40%) i w ostatnich latach (w 2008 r. o 28%, w 2009 r. o ponad 29%). Konsekwencją była konieczność znacznego dofinansowania FUS z budżetu, co ukazuje tab. 1. Jak łatwo zauważyć, jedną z podstawowych przyczyn narastania wspomnianego deficytu i ostatecznie obciążeń budżetu było odprowadzanie znacznej części środków do OFE. Transfery te zwiększyły się z 10 mld zł w 2000 r. do ponad 20 mld zł w 2009 r.
Do OFE przesłano w całym okresie łącznie ponad 130 mld zł, co stanowiło 12% przychodów FUS i 21% jego wydatków emerytalnych. Można zatem powiedzieć, że 1/3 środków emerytalnych przepłynęła do funduszy kapitałowych. Jednocześnie wydatki FUS były wyższe od przychodów w sumie o 68%, deficyt wyniósł 256 mld zł (średniorocznie 25,7 mld zł); w 2009 r. sięgnął 50 mld zł, współtworząc zasadniczą część długu publicznego.
W wyniku tych transferów i inwestowania środków, aktywa zgromadzone w OFE w 2009 r. osiągnęły poziom 179 mld złv. Od początku funkcjonowania nowego systemu do końca 2008 r. fundusze pobrały w ramach tzw. opłaty za zarządzanie około 10,5 mld zł. Stanowiło to 9% środków przekazanych imvi – dużo jak na zapłatę komuś, kto zarządza cudzymi pieniędzmi i nie osiąga nadzwyczajnych wyników (o czym dalej).
Można powiedzieć, że nastąpiło złamanie zasadniczego elementu logiki ekonomicznej. Rentowność kapitału na poziomie 9% jest bowiem akceptowalnym, normalnym wynikiem, ale pod warunkiem, że dotyczy własnych środków. Jak zauważa wybitny amerykański finansista J.C. Bogle, od roku 1900 do 2007 całkowity średni roczny zwrot na akcjach obliczany na 9,5% składał się w całości z zysków z inwestycji, w tym około 4,5% pochodziło z uśrednionego zysku z dywidend, a 5% ze wzrostu rentowności akcji notowanych na giełdzie przedsiębiorstw […] w tym samym okresie zysk, który określam mianem zysku spekulacyjnego […] okazuje się równać zeruvii.
Zgarniając 9% od kapitału emerytalnego, zarządzający OFE poczynają sobie tak, jakby spijali zyski z własnych zainwestowanych środków. Pobieranie takiej opłaty za zarządzanie cudzymi środkami nie może być nazwane inaczej jak rabunek, a politycy, którzy to zaakceptowali, są współwinni tej karygodnej sytuacji. Tak wysoki wskaźnik zysku jest zatem nadzwyczajną i bardzo hojną premią – do tego za bardzo marne efekty, wiele funduszy nie zdołało nawet osiągnąć realnie dodatniej stopy zwrotu.
Można stwierdzić, że jest to kolejne złamanie zasad logiki ekonomicznej. Ludzie oczekują, że fundusz, któremu powierzane są ich oszczędności na emeryturę, powinien dawać minimalną, gwarantowaną stopę zwrotu – wyższą od tej, jaką uzyskaliby na zwykłym koncie oszczędnościowym, a dopiero z realnego zysku przekraczającego tę stopę powinien mieć prawo pobierać opłatę, która stanowiłaby jego dochód. Wbrew opiniom niektórych finansistów, byłoby to możliwe, jednak silne lobby funduszy zablokowało ustawowe nałożenie takich racjonalnych ram działania. Przecież logiczną ekonomicznie i akceptowalną byłaby zapłata za zarządzanie naszymi kapitałami na poziomie 1% – a gdyby do takiego poziomu ograniczyć ich marżę, to i realny wzrost kapitału emerytalnego byłby wyższy.
Składka na hazardzistów
Reforma emerytalna miała logiczne uzasadnienia, czy raczej usprawiedliwienia, albo lepiej: preteksty.
Pierwszym był znaczny zakres ucieczki od płacenia składek. Potęgowała to bardzo ekspansywna propaganda przeciwko funkcjonującemu systemowi, o którym mówiono, że jest elementem wysokiego opodatkowania, że „marnuje nasze ciężko zarobione pieniądze”. Dyskredytowano ZUS za pomocą wyrafinowanego „czarnego PR-u”, określając go jako socjalistyczny przeżytek – podczas gdy w rzeczywistości był to wariant pragmatycznego systemu wymyślonego przez kanclerza Bismarcka, którego o związek z socjalizmem posądzać nie sposób.
Drugim uzasadnieniem reformy była wrażliwość systemu repartycyjnego na stan rynku pracy. Wzrost bezrobocia i spadek realnych płac oznaczają osłabienie strumienia podatków, co przyczynia się do finansowej słabości państwa oraz powoduje zmniejszenie strumienia składek do systemu emerytalnego.
Po trzecie, w długim okresie, wskutek procesów demograficznych, ma miejsce zwiększenie liczby emerytów przypadających na zatrudnionego. W efekcie, dla utrzymania realnej wartości emerytur, musi rosnąć deficyt systemu repartycyjnego, co z czasem wymusza zwiększanie składek. Koszty utrzymania emerytów przez pracujących zaczynają być dokuczliwe, co staje się argumentem za przekształceniem systemu obciążającego nasze dochody „składką na obcych” – w system „oszczędzania dla siebie”. Skoro poziom składki po reformie się nie zmienił, wydawałoby się, że świadomość płacenia jej na własne konto emerytalne powinna zmniejszyć skłonność do ucieczki w szarą strefę. Fakty jednak temu przeczą – wiele wskazuje wręcz, że skala zjawiska uległa zwiększeniuviii.
Podstawowym uzasadnieniem reformy była jednak chęć przestawienia strumieni finansowych w gospodarce tak, aby większa część środków została skierowana na giełdę – dla jej ożywienia. I rzeczywiście, OFE stały się tam jednym z ważniejszych graczy – udział zaangażowanych środków w kapitalizacji GPW na poziomie prawie 13%. Mogą na giełdzie inwestować 40% środków; resztę – w obligacje skarbowe i inne instrumenty dłużne. Fundusze jedynie 5% środków mogą inwestować za granicą, co przez niektóre osoby przedstawiane jako eksperci jest mocno krytykowane. Jeremi Mordasewicz z PKPP Lewiatan twierdzi, że powinno się zwiększyć ten próg do co najmniej 30% oszczędności ubezpieczonych. Sugeruje wręcz konieczność tworzenia tzw. funduszy agresywnych, inwestujących nawet 80% środków w akcje, by emerytury były możliwie wysokie. Inni przedstawiani jako eksperci idą w swych propozycjach jeszcze dalejix.
Takie opinie świadczą o całkowitym niezrozumieniu logiki funkcjonowania systemu finansowego gospodarki, w szczególności giełdy, oraz miejsca, jakie w tym systemie powinien pełnić system emerytalny.
Należy pamiętać, że giełda jest tylko rynkiem wtórnym, swego rodzaju targowiskiem, na którym handluje się specyficznym towarem, jakim są akcje przedsiębiorstwx. Jako rynek wtórny, bezpośrednio nie przynosi kapitału emitentom akcji, a jedynie stanowi miejsce, gdzie weryfikowana jest wartość walorów i poprzez sprzedaż – realizowany zysk. Rynek ten jest jednak bardzo wrażliwy na relacje między popytem a podażą i na różne czynniki decydujące o stanie rynków finansowych (stan rynków zagranicznych, kursy walutowe, stopy procentowe, nastroje inwestorów, ogólna sytuacja gospodarcza itd.). Dlatego powierzanie oszczędności emerytalnych swoistej efemerydzie, jaką jest koniunktura na giełdzie, nie wydaje się zbyt odpowiedzialne – świadczy raczej o niezrozumieniu natury giełdy. Nie bez przyczyny po nastaniu kryzysu finansowego pojawiły się informacje, że OFE straciły na giełdzie 800 mln złxi.
Takie wahnięcia mogą spowodować, że świadczenia dwóch osób gromadzących takie same kapitały emerytalne, w krótkim odstępie czasu przechodzących na emeryturę – jedna przed kryzysem, druga w jego trakcie – będą się radykalnie różnić, bo w międzyczasie znacznie spadnie wartość rynkowa zgromadzonych aktywów. Spowoduje to destabilizację pozycji emerytów i wpłynie na destabilizację gospodarki, gdyż odbierze systemowi emerytalnemu jego antycykliczną funkcję ekonomiczną. Stoi to w sprzeczności z podstawową logiką systemu emerytalnego.
Analityk finansowy przytacza bardzo pouczający przykład: Japoński indeks Nikkei był na poziomie ponad 40 000 pkt. niemal 20 lat temu, a teraz oscyluje wokół 10 000 pkt. Amerykański Nasdaq dziesięć lat temu sięgał 5100 pkt., teraz połowy tej wartości. Można spojrzeć na lata 1968-1983 w USA. Prawie linia prosta na wykresach, a inflacja szalona. Trudno było też tam zarobić w latach 1999-2010. Można powiedzieć, że to wypadki przy pracy. Być może. Problem w tym, że od wielu lat rynki finansowe zmieniają charakter. Coraz więcej na nich spekulacji i coraz mniej inwestycji w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Uważam, że jesteśmy w okresie wieloletnich turbulencji z nieoczekiwanymi zmianami kierunków indeksów i cen aktywów. Ryzyko inwestycyjne jest bardzo duże, a pieniędzy emerytów na takie ryzyko wystawiać nie można.xii
Ekonomia baniek
Autorzy i propagatorzy systemu OFE zdają się nie rozumieć pewnej bardzo ważnej kwestii. Otóż zgromadzić środki i zamienić je na jakieś walory niepieniężne jest stosunkowo łatwo, i że mogą one w wyniku dobrej koniunktury, zwłaszcza pchanej przez bańki spekulacyjne, osiągnąć dużą wartość rynkową. Jednak zamiana tych aktywów na pieniądze – z zyskiem – może okazać się bardzo trudna. Niemożliwa stanie się, gdy system emerytalny „dojrzeje” i przyjdzie czas na większe wypłaty emerytur, gdyż bardzo prawdopodobna stanie się wtedy przewaga podaży papierów wartościowych – w wyniku skierowania ich na rynek przez OFE – nad popytem na nie. Przede wszystkim z tego powodu rząd powinien podjąć szybkie kroki ograniczające zakres kapitałowej części systemu emerytalnego.
Po drugie, nieprofesjonalni „eksperci” nie dostrzegają niebezpieczeństwa włączenia OFE w sieć powiązań finansowych, w których zaczną one pełnić w coraz większym stopniuxiii rolę pożyczkodawcy w operacjach tzw. krótkiej sprzedaży. Polegają one na tym, że inna instytucja, np. bank związany z funduszem, pożycza od niego akcje, by je sprzedać na giełdzie i po spadku wartości odkupić i oddać – oczywiście mające mniejszą wartość niż w momencie brania w pożyczkęxiv. W manipulacjach takich najpierw spekulacyjnie „pompuje się” rynek, a potem go deprecjonuje, wykorzystując różne metody wpływania na wartość akcji – ogólnie lub wybranych walorów.
Te swoiste „finansowe perpetuum mobile” są manipulacjami, które po ostatnim kryzysie zostają na świecie obejmowane zakazami, bo jest to po prostu mechanizm wysysania oszczędności z rynku poprzez operacje nie przynoszące żadnego wzrostu gospodarki realnej, a destabilizujące rynek. Niestety, zapewne z powodu niezrozumienia, „krótka sprzedaż”, która pod względem formalnym istnieje na naszym rynku od 21 grudnia 1999 r., została szeroko dopuszczona od 1 lipca 2010 r.xv Operacje takie są swoistymi „pompami kapitału”, które powodują straty dla pożyczających akcje i dla nowo wchodzących na rynek, zwłaszcza wtedy, gdy manipulatorzy doprowadzają do znacznych spadków na giełdzie. Mamy tu zatem kolejne złamanie logiki ekonomicznej. J.C. Bogle mówi wprost: przestawienie branży funduszy z długiej perspektywy inwestycyjnej na perspektywę „krótkiej sprzedaży” jest szkodliwe z punktu widzenia inwestorówxvi.
Po trzecie, eksperci, zwłaszcza związani ze środowiskiem rodzimego biznesu, powinni być zainteresowani tym, aby polskie oszczędności „pracowały” w polskiej gospodarce. Sposoby, w jaki mogą to robić, są różne – nawet jeśli przeznaczone są na zakup obligacji skarbowych, to również pracują dla naszej gospodarki, choćby poprzez stymulowanie popytu wewnętrznego. Zatrudnieni przez organizacje polskiego biznesu na stanowiskach ekspertów, głoszący, że więcej środków OFE powinno być wyprowadzanych za granicę, działają zatem, z braku profesjonalnego przygotowania, na szkodę swych mocodawców.
Po czwarte, system emerytalny musi być w możliwie dużej części transferem siły nabywczej, jak w systemie repartycyjnym. Po prostu musimy część naszych dochodów przeznaczać na utrzymanie tych, którzy zakończyli aktywność zawodowąxvii. W tej części, w której jest on nastawiony na generowanie „oszczędności na starość”, powinny działać mechanizmy zapewniające, by akumulowane środki były inwestowane w realny wzrost gospodarki, np. tworzenie nowych miejsc pracy. Natomiast w sensie finansowym – aby były lokowane w stabilne instrumenty finansowe: papiery wartościowe o wartości kształtowanej na stabilnych rynkach, nie narażonych na generowanie baniek spekulacyjnych i ich eksplozje, a z drugiej strony w obligacje skarbowe, bo wtedy przyczynią się do poprawienia koniunktury, co sprzyja ogólnemu klimatowi inwestycyjnemu. Peter L. Bernstein, wybitny ekspert w dziedzinie inwestycji finansowych, propagował praktyczną regułę inwestowania w 60% w akcje i 40% – obligacje.xviii
Rolą tzw. III filaru byłoby otworzenie osobom skłonnym do ryzyka możliwości, jakie daje lokowanie nadwyżek oszczędności w różne potencjalnie wysoko rentowne inwestycje. Zauważmy, że szansę na to mają nieliczne fundusze emerytalne, o elitarnym charakterze, działające na obrzeżach rynku finansowego, w jego wysoko rentownej części (np. inwestycje typu venture capital). Fundusze o masowym członkostwie, wprowadzające na rynki finansowe gigantyczne kwoty, mogą jedynie pompować bańki spekulacyjne.
Na nie-wariackich papierach
Dla stabilności kapitału emerytalnego niebagatelne znaczenie mają inwestycje w obligacje skarbowe, jako najbardziej bezpieczne instrumenty finansowe. Ich funkcja gospodarcza nie jest jednak rozumiana. Zwłaszcza w kryzysie stanowią ważny czynnik antycykliczny, gdyż skierowują poprzez budżet państwa część niewykorzystanych oszczędności krajowych do gospodarki, co sprzyja koniunkturze – i powinno być popierane przez organizacje biznesowe.
Papiery skarbowe kupowane przez obywateli własnego kraju (bezpośrednio lub poprzez fundusze emerytalne) stają się składnikiem ich majątku, a płacone odsetki stanowią dodatkowy dochód, który poprzez kapitalizację może powiększać kapitał. Oczywiście wykup obligacji po osiągnięciu przez nie terminu płatności jest realizowany przez państwo z podatków lub poprzez tzw. rolowanie długu, czyli zaciąganie następnych pożyczek. Zatem jeśli obligacje są częścią portfela inwestycyjnego przyszłych emerytów, to oznacza to tylko tyle, że wtedy, gdy państwo odkupuje obligacje, emerytury de facto finansują podatnicy. Jedna forma finansowania (składkami na rzecz systemu repartycyjnego) zostaje zastąpiona inną (wykupem obligacji); czego nie chce się zapłacić z lewej kieszeni, płaci się z kieszeni prawej. Ale przecież twierdzenie, że staje się to obciążeniem społeczeństwa, nie ma sensu, bo jest to tylko pewna forma redystrybucji dochodów i absorbowania oszczędności na rzecz nabywców obligacji, którzy są częścią tego społeczeństwaxix.
W redystrybucji są dwie strony: beneficjenci oraz obciążeni na ich rzecz, co oczywiście w jakimś stopniu jest dla nich uciążliwe. Stopień tej uciążliwości może być zmniejszony, jeśli przesuniemy wiek emerytalny i zmniejszymy tym samym liczbę emerytów, ale tylko pod warunkiem, że powstają nowe miejsca pracy dla pokoleń wchodzących na rynek pracy. Zasadnicze znaczenie ma zatem realny wzrost i rozwój gospodarki.
Natomiast gdy fundusze kupują akcje, to z jednej strony zostają obciążone finanse przedsiębiorstw, bowiem zysk funduszy częściowo pochodzi z dywidend – fundusze jako współwłaściciele przedsiębiorstw zawsze będą się starały, aby były one wypłacane. Z drugiej zaś strony, źródłem zysku musi być wzrost rynkowej wartości akcji, by OFE mogły zarobić na swych „długich pozycjach”, czyli z zamiany akcji na gotówkę na wtórnym rynku. Wtedy jednak społeczeństwo płaci koniecznością ciągłego pompowania rynku wtórnego, system musi być wciąż zasilany nowymi środkami – a te w końcu się wyczerpują, podaż akcji na wtórnym rynku zacznie przeważać nad popytem – i nadzieje na wysokie emerytury z inwestowania przez fundusze w rynki akcji rozwiewają się z każdą pękająca bańką spekulacyjną.
Trzeba podkreślić, że zarówno realne skutki inwestycji w kapitałowej części systemu emerytalnego, jak i efekty działania systemu repartycyjnego, zawsze będą zależeć od stanu gospodarki. Ten zaś zależy tak od inwestycji w sferę realną, jak i od stabilności systemu, zapewnianej przez odpowiednią strukturę wydatków budżetowych i przez wspieranie przez państwo czynników służących rozwojowi w długim okresie – jak nauka, edukacja, sprawnie funkcjonujący system ochrony zdrowia itd. – z czym nie jest u nas najlepiejxx.
Finansowe iluzje
Bezpośrednim skutkiem złamania przez twórców nowego systemu emerytalnego zasad logiki ekonomicznej stały się narastające problemy z „dopięciem” zobowiązań i przychodów FUS. Jak zostało pokazane, w 2009 r. deficyt Funduszu był prawie pięciokrotnie wyższy niż w 2000 r., jego przychody zwiększyły się w tym czasie tylko o 60%, a wydatki – o 140%. Ułudą okazują się obietnice autorów reformy, że niedobory systemu skompensuje się przychodami z prywatyzacji: majątek możliwy do wyprzedania szybko się skończy, a zobowiązania i skutki narastającego od lat niedoboru – pozostaną.
To jednak nie wszystko. Chociaż reforma była działaniem wbrew logice ekonomicznej, to jednak, paradoksalnie, nowy system też ma swoją logikę, której złamanie rodzić będzie poważne problemy. Dlatego propozycja czasowego zmniejszenia transferów do OFE w wyniku arbitralnej decyzji rządu nie jest dobrym rozwiązaniem. Spowoduje przecież zmniejszenie wartości kapitału zgromadzonego w II filarze, co obniży przyszłe emerytury – jakie by one nie były. Dlatego warunkiem musi być skompensowanie obniżenia transferów do OFE odpowiednim zwiększeniem ZUS-owskiej części emerytury, co bardzo komplikuje wszelkie kalkulacje. Dlatego powinno się raczej dać możliwość wyboru zero-jedynkowego: albo system kapitałowy, albo powrót do systemu repartycyjnego – z odpowiednimi gwarancjami państwa.
Najbardziej niepokojące jest to, że w gruncie rzeczy doprowadzono do sytuacji patowej: zarówno podjęta w końcu lat 90. reforma, jak i obecne propozycje podważają zaufanie do państwa, którego jednym z podstawowych zadań jest dbałość o to, by obywatele mieli zabezpieczone godne życie na terenie własnego kraju zarówno w okresie aktywności zawodowej, jak i po przejściu na emeryturę.
dr hab. Jerzy Żyżyński
Przypisy:
i Co by rekomendowała RSSG?, rozmowa z prof. E. Mączyńską, Biuletyn PTE, Nr 4 (38), październik 2008.
ii R. Domański, recenzja książki Marka Góry pt. System Emerytalny, PWE Warszawa 2003; „Opere et Studio pro Oeconomia” nr 3, lipiec 2005.
iii 74% Polaków nie ma żadnych oszczędności (pb.pl, 27.10.2010), choć jeszcze dwa lata temu było to ok. 60%.
iv Dla pokazania, jaka część gospodarki funkcjonuje na giełdzie, podaje się stosunek kapitalizacji giełdy do PKB, co jest zasadniczo błędne, albowiem stanowi porównanie wielkości majątkowej ze strumieniową. Oczywiście takie porównanie i budowanie wielkości wskaźnikowej jest możliwe i ma pewien walor poznawczy, ale trzeba pamiętać, że nie można mówić, iż kapitalizacje giełdy to część PKB – kapitalizacja to część wartości kapitału produkcyjnego, wykorzystywanego do wytwarzania dóbr i usług, a ten jest wielokrotnie większy niż PKB i dużo trudniejszy do pomiaru.
v Raporty finansowe OFE, Biuletyn roczny. Rynek OFE 2009, Komisja Nadzoru Finansowego.
vi Marcin Jaworski, Bartosz Marczuk, Ile płacimy za zarządzanie OFE, Infor.pl/Finanse, 13.03.2009.
vii J.C. Bogle, Dość. Prawdziwe miary bogactwa, biznesu i życia, Warszawa 2009, s. 59.
viii Wielkość szarej strefy szacuje się na 29% (Prof. dr Friedrich Schneider, Szara strefa w Polsce. Jak systemy płatnicze mogą pomóc w zwalczaniu szarej strefy, Wrocław 29.09.2009).
ix Interia.pl, 3.11.2009 r.
x Z tego powodu prywatyzacja giełdy, czyli przekształcenie w spółkę akcyjną dostępną dla szerokiej rzeszy dowolnych inwestorów, jest nieporozumieniem i może być brzemienna w bardzo poważne konsekwencje. Rolą targowiska nie jest przynoszenie dochodu właścicielowi, lecz ułatwianie handlu. Źle jest, jeśli targowisko jest własnością osób postronnych, które chcą się wzbogacić na swej własności, bo spowoduje to tylko wzrost kosztów handlowania, za co ostatecznie zapłacą klienci. Najlepiej, jeśli targowisko jest własnością publiczną lub osób na nim handlujących, gdyż wtedy prywatny charakter własności sprzyja handlowaniu i obniża koszty – dlatego giełdy na świecie są raczej własnością maklerów lub państw, miast itp.
xi Money.pl, 07.08.2007
xii Piotr Kuczyński, Nasze pieniądze w OFE są naszym długiem, Parkiet.com 27.11.2010.
xiii Wiele wskazuje, że już pełnią taką rolę; zob. http://inwestujwsiebie.blogspot.com/2009/02/krotka-sprzedaz-na-gpw-funduszy. html, 20 lutego 2009 r.
xiv Oczywiście zysk zawsze uzyskuje się sprzedając drożej, niż się kupiło. Tyle że normalnie najpierw się kupuje, a potem drożej sprzedaje – i to jest nazywane operacją na „długich pozycjach”, bo sprzedaje się to, co ma się na własność w wyniku operacji zakupu i czeka się (czasami długo), aż rynkowa wartość tego wzrośnie. W operacji „krótkiej sprzedaży” kolejność jest odwrócona: najpierw się sprzedaje, a potem się kupuje, a jest to możliwe tylko dlatego, że operuje się nie swoim walorem.
xv Rozporządzeniem Ministra finansów z dn. 20 listopada 2009 r. ws. trybu i warunków postępowania firm inwestycyjnych, banków, o których mowa w art. 70 ust. 2 ustawy o obrocie instrumentami finansowymi, oraz banków powierniczych.
xvi J.C. Bogle, op. cit, s. 173.
xvii Pojawiające się ostatnio silne naciski na podniesienie wieku emerytalnego nie biorą pod uwagę tego, że przechodzący na emeryturę zwalniają miejsca pracy, co jest szczególnie ważne w sytuacji wysokiego bezrobocia wśród osób młodych. Te propozycje miałyby sens, gdy na rynku pracy brakowało ludzi, natomiast w obecnej sytuacji nakazywanie ludziom starszym, by dłużej pracowali, ma niewielki sens – świadczy raczej o nieumiejętności szerszego spojrzenia na problem.
xviii J. C. Bogle, s. 69.
xix K. Łaski słusznie zastrzega, że teza, iż finansowanie deficytu jest „zadłużaniem na koszt przyszłych pokoleń”, jest uprawniona tylko wtedy, gdy obligacje skarbowe są sprzedawane nabywcom zagranicznym – bo to im, a nie naszemu społeczeństwu trzeba będzie przyszłości płacić za wykupywane obligacje (K. Łaski, Mity i rzeczywistość w polityce gospodarczej i w nauczaniu ekonomii, Warszawa 2009, s. 61 i nast.)
xx Por. J. Żyżyński, Budżet i polityka podatkowa, Warszawa 2009, s. 93 i nast.
przez Konrad Malec | czwartek 27 stycznia 2011 | nr 1/2011
Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. To przysłowie dobrze oddaje realia polskiego rolnictwa. Producenci zboża, warzyw czy mięsa nie potrafią współpracować. Korzystają na tym firmy nie związane z wsią i prowincją, przechwytując znaczną część zysków. Widać już jednak pierwsze jaskółki zmiany. Zamiast się bić, dwóch zaczyna współdziałać, zaś trzeci traci możliwość żerowania na ich pracy. Owe jaskółki nazywają się grupami producentów rolnych.
W rozsypce
Jedna z firm działających na północy Polski zrezygnowała ze skupu gęsi i zaczęła zaopatrywać się na południu kraju. Dlaczego? Hodowcy na północy zaczęli się zrzeszać, natomiast na południu są niezorganizowani i nie mają w związku z tym żadnej siły negocjacyjnej. Nie jest to bynajmniej odosobniony przypadek. Firmy zajmujące się skupem i przetwórstwem zastraszają rolników, by ci nie organizowali się w grupy producentów rolnych (GPR), grożąc im w takim przypadku odmową kupna towaru. Panicznie boją się siły, która tkwi w jedności.
– W Polsce mamy 5-6% zorganizowanych rolników, tymczasem średnia dla „starej” Unii wynosi 65%. Rolnicy-producenci zrzeszają się tam głównie w spółdzielnie, które są na Zachodzie bardzo silne – wyjaśnia Marcin Martynowski z Krajowej Rady Spółdzielczej (KRS). – Podobny procent przetwórstwa i kanałów dystrybucji należy tam do spółdzielczości, tymczasem u nas przetwórstwo jest zorganizowane, ale nie należy do rolników.
W kraju istnieje ok. 1,5 mln gospodarstw rolnych o powierzchni powyżej 1 ha. Wśród nich już tylko ok. 800 tys. ma ponad 5 ha, a w tej grupie ledwie połowa przekracza powierzchnię 10 ha. Taka struktura, choć stanowi podstawę bytu znacznej części społeczeństwa, była anachroniczna już w połowie ubiegłego wieku. Jedyną szansą na dalsze utrzymywanie się z rolnictwa tej rzeszy ludzi jest konsolidacja wysiłków. Tym bardziej, że to nie zbyt mała powierzchnia gospodarstw jest najsłabszą stroną naszego rolnictwa, lecz właśnie brak współpracy drobnych producentów.
Polscy właściciele niewielkich i średnich gospodarstw działają w pojedynkę. Osobno kupują maszyny, nawozy i środki ochrony roślin, więc płacą drogo. Gdy sprzedają płody rolne, również są rozproszeni i słabi, czyli skazani na niskie ceny i mało korzystne zasady. Tymczasem łączenie się w zrzeszenia pozwoliłoby rolnikom taniej nabywać środki produkcji, z drugiej zaś strony – przejąć znaczną część marży pośredników w handlu płodami rolnymi. Razem dałoby to poważne wzmocnienie ekonomiczne polskiej wsi.
Raport „Organizowanie się gospodarcze polskich rolników po 1990 roku”, wydany przez KRS, konkluduje: Polski rynek produktów rolnych jest coraz bardziej zagospodarowywany przez prywatne firmy handlowe, a tworzące się organizacje gospodarcze rolników muszą o to miejsce, już obecnie, toczyć często nierówną walkę. W związku z tym należy podejmować wszelkie możliwe działania pozwalające, w perspektywie 5-10 lat, zwiększyć udział zorganizowanych producentów w rynku do minimum 20-25%, a w niektórych regionach i branżach do około 50%.
W grupie raźniej
Samoorganizacja wsi stała się o tyle prostsza, że Unia Europejska wspiera – także finansowo – powstawanie grup producentów. Dobrym przykładem zalet tego rozwiązania są sprawnie funkcjonujące zrzeszenia producentów tytoniu. Aż 90% rolników uprawiających tę roślinę jest skupionych w grupach, liczących od 300 do 2,5 tys. osób.
W związku z koniecznością dostosowania polskich przepisów do unijnych norm, zostali oni zmuszeni do zrzeszenia się jeszcze przed akcesją. Choć odbiło się to negatywnie na możliwościach wykorzystania dopłat – wyłącznie na samoorganizację i koszty administracji (po akcesji do UE zmieniono interpretację przepisów i zrzeszający się rolnicy mogą uzyskać środki także na inwestycje) – to jednak wiele zyskali. Głównie dzięki zsumowaniu siły przetargowej podczas zakupów maszyn i środków ochrony roślin oraz negocjacji cen z koncernami tytoniowymi.
Współdziałanie chwalą sobie też producenci owoców i warzyw, których zrzeszyło się już niemal 2 tys. Niestety, tylko te dwie kategorie grup producenckich mają się w Polsce nieźle. W ponad 20 branżach rolno-spożywczych w ogóle nie zaistniały, w innych są słabe lub nieliczne. Dotychczas powstało niemal 600 grup producentów rolnych oraz prawie 200 grup sadowników i warzywników. Najwięcej wśród producentów zbóż i roślin oleistych (119 grup), trzody (97) i drobiu (81). Siły połączyło natomiast niewielu np. producentów buraków cukrowych, jaj czy szyszek chmielowych. Najsłabiej zrzeszają się pszczelarze, kwiaciarze i hodowcy koni (po jednej grupie). Blisko 80% grup powstało w ostatnich czterech latach, dzięki projektom realizowanym przez KRS.
Pod względem współpracy przodują woj. wielkopolskie (90), dolnośląskie (74) i kujawsko-pomorskie (68). Najsłabiej prezentuje się świętokrzyskie (6), łódzkie (9, przy czym skupiają najmniej osób – 83) i małopolskie (10). Zaraz za nimi plasują się województwa wschodnie. Raport KRS stwierdza, że w tych województwach nie ma szans na powstawanie GPR na dotychczasowych zasadach. „Ogon” charakteryzuje się drobnymi gospodarstwami o różnorodnej produkcji, w znacznej mierze na własne potrzeby.
Współpraca przy produkcji i zbycie to nie wszystko. Największy dochód kryje się bowiem w przetwórstwie. – Musimy utworzyć silne grupy, które wejdą w ten segment. To trudne zadanie, ale nie niemożliwe do zrealizowania – mówi Martynowski. I wyjaśnia: Póki co, nasze grupy są jeszcze słabe ekonomicznie, a np. wspólna ubojnia, w której można by wstępnie rozbierać mięso, to duże koszta. Widzimy jednak pierwsze jaskółki, np. w Wielkopolsce powstała spółdzielnia grup, mająca uruchomić wspólne przetwórstwo.
Trend ten popiera Krystyna Ziejewska, prezes Krajowego Związku Grup Producentów Rolnych – Izba Gospodarcza (KZGPR-IG), a ponadto prezes lub wiceprezes trzech GPR i społecznik popularyzujący współdziałanie. Ma jednocześnie pewne zastrzeżenia. – Kto poprowadzi taką przetwórnię? Hodowcy nie mają stosownych kompetencji. Zastanawiałam się, czy nie podjąć tego wyzwania, ale doszłam do wniosku, że najlepiej znam się na hodowli i to właśnie chcę robić. Oczywiście można pozyskać kogoś do zarządzania, ale dobrych menedżerów jest w naszej branży niewielu, a ich pracodawcy dbają o to, by nie odeszli – mówi.
Tu są pieniądze
Grupy producenckie mogą się starać o pięcioletnie dofinansowanie. Aby je otrzymać, w ciągu pół roku od zarejestrowania grupy przez marszałka województwa należy złożyć wniosek do Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Następnie dyrektor regionalnego oddziału Agencji ma dwa miesiące na jego rozpatrzenie. Wypłata pierwszych środków następuje po roku, na podstawie wniosku o płatność, przy czym dyrektor ma trzy miesiące na jego rozpatrzenie, a potem potrzeba jeszcze dwóch kolejnych, by pieniądze znalazły się na koncie grupy.
Żeby uzyskać dofinansowanie, grupa musi ułożyć pięcioletni plan działania; wypłata kolejnych transz zależy od jego efektywnej realizacji. – Jeśli się robi wszystko zgodnie z wytycznymi, to spełnienie warunków nie jest trudne – zapewnia Tadeusz Zelek z Sadowniczej Spółdzielni Handlowej „Łososina” z Łososiny Dolnej (powiat nowosądecki). Od dobrego zaplanowania celów i działań zależy zatem pomyślność grupy.
W pierwszych dwóch latach wsparcie wynosi równowartość 5% przychodów ze sprzedaży, 4% w trzecim, 3% w czwartym i 2% w ostatnim, jeśli wspomniane wpływy nie przekraczają miliona euro. Jeżeli grupa przekracza ten pułap, w kolejnych latach otrzymuje odpowiednio 2,5%, 2,5%, 2%, 1,5% i 1,5%. Dla grup sadowniczych i warzywniczych wsparcie jest przewidziane na poziomie dwukrotnie wyższym. Na taką pięcioletnią pomoc grupa producencka może liczyć tylko raz w ciągu istnienia. Przy wsparciu ARiMR grupy mogą się ubiegać także o preferencyjne kredyty inwestycyjne, których część oprocentowania spłaca Agencja. Pozyskane w ten sposób pieniądze można przeznaczyć na zakup budynków, silosów, elewatorów czy maszyn.
System wsparcia dla GPR nie kończy się jednak na dotacjach i dogodnych kredytach. Są one zwolnione z podatku dochodowego od sprzedaży wytwarzanych produktów, jeśli uzyskane kwoty zostaną wykorzystane na zakup środków produkcji lub szkolenia. Grupy nie płacą również podatków od nieruchomości wykorzystywanych do wytwarzania i sprzedaży produktów. Inna sprawa, że wspomniane ulgi są póki co teoretyczne, ponieważ niewiele grup posiada własne budynki, a niemal żadna nie wypracowuje nadwyżki przychodów nad kosztami, która podlegałaby opodatkowaniu. Na pewno jednak takie przepisy pozwalają bardziej optymistycznie patrzeć w przyszłość i planować rozwój działalności.
Są też inne możliwości, z których grupy mogą skorzystać. – Można otrzymać dotacje na tworzenie lub rozwój mikroprzedsiębiorstw, którymi przecież są także grupy. To środki na zwiększanie zatrudnienia, w zależności od liczby zatrudnionych osób można uzyskać nawet do 300 tys. zł – wyjaśnia Martynowski.
Równie ważne są możliwości wynikające nie z systemowego wsparcia, lecz z samej natury spółdzielczości. – Wyobraźmy sobie, że grupa producentów zbóż kupuje kombajn. Dziś rolnicy muszą mieć swój lub płacić za wynajem, a przecież jednym można obsłużyć nawet 50 gospodarzy, rozkładając wydatek na wszystkich – zauważa Martynowski. Jak już wspomniano, duże grupy mogą też negocjować ceny i warunki płatności, osiągając dzięki temu lepsze efekty niż rozproszeni rolnicy. Jeżeli grupa ma własne magazyny, to często odbiorcy sami przyjeżdżają po towar, odpadają więc koszty transportu. Jest jeszcze ważniejsza zaleta rolniczej spółdzielczości. – Grupy często podpisują kontrakty długoterminowe, a to zapewnia rolnikom stabilność dochodów – podkreśla p. Marcin.
O podjęciu współpracy często przesądzają jednak dotacje. – O powołaniu grupy zadecydowały, co tu kryć, pieniądze. Chcieliśmy uzyskać dopłaty – mówi Stanisław Wicha, prezes Grupy Producentów „Rolnik” sp. z o.o. z Kostomłotów na Dolnym Śląsku. Z kolei Piotr Witkowski, młody mazurski rolnik, mówiąc o grupie, którą chce założyć, jako główny powód podaje „dobre pieniądze ze sprzedaży”. Tadeusz Zelek wśród głównych korzyści wymienia wspólne zaopatrzenie i wspólny zbyt. – Po prostu finansowo jest to wszystko opłacalne, ale to nie jedyne korzyści. Dzięki wzajemnemu wsparciu, powiększamy swoją wiedzę – dodaje.
Tam, gdzie są pieniądze, często pojawiają się konflikty. Wielu rolników, obawiając się poróżnienia z sąsiadami „o traktor”, decyduje się nie powoływać grup lub nie wstępuje do istniejących. – To złe nastawienie. Teraz w ogóle nie mają żadnego „traktora”. Jeśli go nabędą z dotacji, nie będą mieli się czym przejmować, w końcu te pieniądze pochodzą z zewnątrz. Obecnie nie mają się o co kłócić, a jeśli później mają się pokłócić, to i tak to zrobią, nawet bez „traktora” – wyjaśnia p. Krystyna.
Razem, czyli z kim?
Powołując grupę producencką, jej członkowie muszą wybrać formę działalności. Grupa może zaistnieć jako spółdzielnia (136 na koniec 2009 r.), sp. z o.o. (315), zrzeszenie (48) lub stowarzyszenie (10). Każdy, kto chce założyć grupę producentów rolnych, może liczyć na wsparcie KRS, KZGPRIG oraz wojewódzkich ośrodków doradztwa rolniczego. Ze strony www.krs.org.pl można pobrać dobrze przygotowaną instrukcję zakładania grupy spółdzielczej oraz znaleźć szereg informacji o grupach producenckich i ich funkcjonowaniu. Rada prowadzi także punkt konsultacyjny, w którym chętni uzyskają wszelkie informacje niezbędne przy zakładaniu grupy.
– Kontakt z nowymi osobami, chcącymi założyć GPR, zaczynam od pytania, czy jest ich co najmniej pięcioro – wyjaśnia Magdalena Kleitz-Osmańska z Warmińsko-Mazurskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego. – Kiedy mam już przedstawicieli chętnych do zawiązania grupy, pytam, czy mogą zorganizować u siebie spotkanie. Łatwiej nam pojechać do rolników, niż w drugą stronę – relacjonuje Czesław Elzanowski z Pomorskiego ODR. – Po jednym z takich szkoleń założyliśmy grupę – przyznaje p. Zelek. – To nie jest tak, że ludzie nie chcą się zrzeszać, to bardzo płytkie stwierdzenie. Po prostu często nie mają świadomości, że można i warto to zrobić. Właśnie podczas takiego szkolenia rozmawiałem z Grzegorzem Sedleckim, młodym rolnikiem. – Wydaje mi się to przyszłościowe, razem z kolegami chcę założyć grupę producentów trzody – podzielił się planami.
Podczas wyboru formuły często decyduje sytuacja majątkowa członków grupy inicjatywnej. Przykładowo, dla powołania spółki założyciele muszą zgromadzić 100 tys. zł kapitału zakładowego. W przypadku spółdzielni wystarczy 5 tys., co przy dziesięciu członkach daje 500 zł na osobę, czyli kwotę bardziej dostosowaną do możliwości większości rolników. Zróżnicowane wymogi finansowe przekładają się na elitarność lub egalitarność grupy. Wprawdzie spółek jest więcej niż spółdzielni, jednak 80% liczy zaledwie 5-6 osób, często spokrewnionych. Wśród spółdzielni organizacje tak nieliczne stanowią zaledwie 2%. Różnice w poziomie egalitaryzmu widać też przy przyjmowaniu nowych członków. W okolicy Grójca funkcjonują dwie, dość zamożne, grupy producenckie: jedna jest spółką, druga spółdzielnią. Pierwsza w ogóle nie przyjmuje nowych członków, do drugiej można przystąpić dosłownie w każdej chwili.
Ustawa o grupach producentów rolnych i ich związkach, z 2000 r., określa, że żaden członek nie może mieć więcej niż 20% udziałów, toteż najmniejsze z nich liczą 5 członków. W przypadku zrzeszenia musi się zebrać 10, natomiast stowarzyszenia – 15 osób, co wynika z ich charakteru, określonego w odrębnych aktach prawnych. Podstawowym celem działania spółki jest zysk, natomiast dla spółdzielni liczą się również cele społeczne. Zrzeszenie łączy oba te cele, mając przy tym charakter zawodowy, zaś stowarzyszenia powinny być nastawione na cele społeczne. Te dwie ostatnie formy są jednak coraz rzadziej rejestrowane jako GPR, ich formuła nie sprawdza się w działalności gospodarczej. Wiele GPR funkcjonowało wcześniej jako stowarzyszenia, zresztą do dziś wiele stowarzyszeń funkcjonuje równolegle do grup, zrzeszając często większą liczbę osób i będąc m.in. „poczekalnią” dla chętnych do wstąpienia do grupy.
– Spółki zakłada zwykle niewielka grupa, której łatwiej inwestować, a w razie podziału – uzyskać więcej dla siebie. Tymczasem spółdzielnia jest lepsza, gdy mamy większą liczbę osób – wyjaśnia p. Czesław. Potwierdza jego słowa p. Tadeusz: W sąsiedniej wsi jest mniejsza grupa, która zawiązała spółkę. Ma powiązania rodzinno-kapitałowe i inwestuje więcej niż my. Podobnie widzi to p. Magda: Spółdzielnie działają bardziej po bratersku, w spółkach zdarzają się licytacje między członkami, kto jest ważniejszy. Martynowski dodaje: Im bardziej masowy charakter, tym większa trwałość. Małe grupy łatwo zlikwidować po zakończeniu dotowania.
Aby lepiej wykorzystać swój potencjał, grupy powołały wspomnianą Izbę Gospodarczą. – Działamy w dość nowatorski sposób, nie mamy biura, za to mamy dobrze działającą stronę internetową www.kzgpr.pl, na której ma się znaleźć wszystko, co najważniejsze. Każda grupa posiada na niej swój profil – taki Facebook dla producentów – mówi p. Ziejewska. Statutowymi celami KZGPR-IG jest reprezentowanie grup wobec administracji, tworzenie warunków dogodnych dla ich rozwoju, powołanie platformy wymiany doświadczeń, pomoc w prowadzeniu grup i rozwój współpracy między nimi oraz popularyzowanie i wsparcie tworzenia GPR.
Wiele do zrobienia
– Niemcy w ogóle sobie nie wyobrażają, że można nie należeć do grupy. Tam jeśli ktoś funkcjonuje samopas, to albo coś poważnego przeskrobał i go usunięto, albo jest skrajnym indywidualistą, nie potrafiącym współdziałać z innymi – wyjaśnia pani Krystyna.
Stosunkowo niewielka liczba grup w Polsce znajduje odbicie w stopniu wykorzystania środków przewidzianych na ich wsparcie. Z 17 mld euro przeznaczonych na lata 2007-2013 na tworzenie GPR w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich, wykorzystaliśmy jak dotąd… niecały 1%. Udało się co prawda osiągnąć założenia PROW w kwestii liczby grup na koniec 2009 r., tyle że zamiast planowanych 12 tys. rolników zrzeszyło się w nich zaledwie 4,5 tys., głównie o dużych potencjałach produkcyjnych, przy niemal zerowym udziale małych i średnich gospodarstw.
Wpływ na taki stan rzeczy ma m.in. brak kapitału niezbędnego do rozpoczęcia wspólnej działalności przez małych i większość średnich gospodarzy. Raport KRS stwierdza: Tak mały stopień zorganizowania rolników wynika przede wszystkim z braku wdrożenia równolegle z uchwaleniem ustawy kompleksowego programu wsparcia procesu gospodarczego organizowania się producentów rolnych. Tworzenie grup wiąże się z rozpoczęciem działalności gospodarczej – utworzeniem firmy, z czym rolnicy nie byli w stanie sobie poradzić. Nie były również w stanie pomóc im instytucje otoczenia rolnictwa. […] Poza tym brak jest liderów, którzy na początku chcieliby zająć się społecznie organizowaniem grupy.
Być może grup byłoby więcej, gdyby wraz z ustawą wprowadzono możliwość rejestracji w tej formule już istniejących spółdzielni (po odpowiedniej modyfikacji statutu) i spółek. Niestety, stało się to dopiero w grudniu 2006 r.; od tamtej pory powstało 7 grup wyodrębnionych z istniejących spółdzielni. Ich niewielka liczba wiąże się z tym, że członkami resztek spółdzielni rolniczych są najczęściej właściciele drobnych gospodarstw, którzy samodzielnie nie są w stanie podołać wyzwaniom związanym z prowadzeniem własnej firmy.
Dodatkową barierą dla powstawania GPR jest istnienie minimów produkcyjnych, jakie muszą one osiągnąć, by móc skorzystać z dotacji. W kolejnych latach limity te były obniżane, jednak nadal niewystarczająco. W warunkach dużego rozproszenia polskiego rolnictwa trudno znaleźć wytwórców tego samego produktu, którzy by się znali i wzajemnie ufali, a jednocześnie dysponowali wystarczającym łącznym potencjałem produkcyjnym.
Z pewnością na niechęć rolników do współdziałania innego niż pomoc sąsiedzka wpływają też złe doświadczenia z przeszłości. – Spotykając się z rolnikami, zaczynam od wyjaśnienia, że grupy producentów to nie to samo, co w czasach PRL, kiedy „spółdzielczość” wiązała się z przymusowością, komasacją gruntów i idącą za tym ich utratą – wyjaśnia Ziejewska.
Ważnym problemem jest niewystarczająca liczba doradców, głównie ekonomistów i prawników, którzy byliby w stanie dotrzeć do rolników. Magdalena Kleitz-Osmańska wypracowała ciekawą formułę: Na spotkania zapraszam przedstawicieli istniejących grup, bo są żywym przykładem, że „się da”. Co ważne, prezesi grup na ogół chętnie przystają na społeczny udział w takich szkoleniach.
Po prostu razem
Aby silniej związać ze sobą uczestników grupy, ich liderzy starają się o dodatkowe atrakcje. – Wyjazdy szkoleniowe i wycieczki znakomicie integrują – mówi p. Zelek. Pani Krystyna co roku stara się zorganizować wyjazd za granicę, by uczyć się od bardziej doświadczonych kolegów. Organizuje też konferencje i wyjazdy integracyjne dla członków „swoich” grup.
Najdłuższe doświadczenia wspólnej pracy w ramach GPR posiadają plantatorzy tytoniu. Ich przykład potwierdza, że duże grupy są trwałe i wydatnie ułatwiają rolnikom funkcjonowanie. – Nawet jeśli założyciele myśleli o 5-letnim okresie działalności, zwykle zżywają się ze sobą, odnotowują korzyści i dalej współpracują – zauważa p. Elzanowski. Zaznacza jednak, że o rzeczywistej trwałości będziemy mogli mówić za kilka lat, ponieważ skok w kwestii powstawania nowych grup notujemy od 2-3 lat. – Przede wszystkim przetrwają te, które mają mądrych liderów – uważa p. Magda.
Chłopi są jedną z grup, które najbardziej straciły podczas transformacji ustrojowej. Również nadzieje na poprawę jakości ich życia po wejściu do UE nie do końca zostały spełnione. Jeżeli nie chcemy, by drobni rolnicy w szybkim tempie zasilili grono wykluczonych społecznie, Polska – i w równym stopniu oni sami – musi podjąć niezbędne działania. Dobrym pomysłem byłoby powołanie „Narodowego programu tworzenia i rozwoju struktur gospodarczych rolników – ze szczególnym uwzględnieniem formy spółdzielczej”, postulowanego przez KRS, a więc instytucję o największym dorobku we wspieraniu grup. W jego ramach warto wprowadzić np. powiązanie wysokości świadczeń wypłacanych w ramach innych programów, jak „Modernizacja gospodarstw rolnych” czy „Ułatwienie startu młodym rolnikom”, z udziałem beneficjentów w grupach. Rząd powinien także zabezpieczyć w Brukseli niewykorzystane środki na tworzenie GPR, w budżecie na lata 2013-2020. Ważne, by zmiany wdrożyć jak najszybciej.
Konrad Malec
Współpraca Ilona Pietrzak