Grabież ziemi w XXI wieku – akumulacja poprzez wywłaszczenia

Grabież ziemi – prowadzona przez ponadnarodowe korporacje albo prywatne firmy inwestycyjne, państwowe fundusze majątkowe z Bliskiego Wschodu i państwa, takie jak Chiny czy Indie – była w ostatnich latach gorącym tematem dla światowych mediów.

W lipcu 2013 r. ambasador Kolumbii w USA ustąpił ze stanowiska wskutek nagłośnienia jego zaangażowania w nie do końca legalną próbę wsparcia amerykańskiej korporacji Cargill w przejęciu – za pomocą podstawionych spółek – 52 000 ha ziemi. Na tym obszarze miała akurat odbywać się produkcja rolna, ale zagrabiona ziemia służy także do innych celów – wykorzystuje się ją pod budowę kopalń, dróg, budynków i zapór wodnych. Mówiąc wprost, grabież gruntów oznacza wywłaszczenie wielu ludzi i rodzin. Pozbawia się ich nie tylko podstaw egzystencji, ale także społecznego zakorzenienia i źródeł tożsamości.

Na obecną sytuację musimy spojrzeć z perspektywy historii rozwoju kapitalizmu. Nie chodzi o drobiazgowe przedstawianie tu historii ostatnich trzech wieków – raczej o spojrzenie przekrojowe, mniej lub bardziej zbieżne z chronologią wydarzeń. Konkretne przykłady wywłaszczania ludzi z ziemi pokażą, jak metody stosowane przez kapitał (albo rodzący się kapitał) zapewniają niekończący się napływ ludzi do miast. Będzie to oczywiście jedynie mała próbka opisu procederu, który trwa na całym świecie.

Utowarowienie ziemi – podstawowego surowca, niezbędnego elementu życia na naszej planecie, fundamentu ludzkiej cywilizacji – było punktem zwrotnym w procesie kształtowania się kapitalizmu. Od wczesnej nowoczesności po dzień dzisiejszy utowarowienie natury, czyli kupowanie ziemi (lub pozyskiwanie jej innymi środkami), i sprzedawanie, spekulowanie nią oraz wykorzystywanie jej do produkcji żywności, pasz dla zwierząt, materiałów lub paliwa, dobieranie uprawianych gatunków stosownie do klimatu i typu gleby, ale i opłacalności – leży u podstaw wywłaszczania ludzi.

Gdy mówimy o tym zagadnieniu, warto przytoczyć słowa z piosenki Woody’ego Guthriego o opryszku Pretty Boy Floydzie: Jedni obrabują cię z rewolwerem w ręce, inni – przy pomocy wiecznego pióra. Grabież ziemi przez ostatnie trzy wieki utorowała drogę akumulacji kapitału – niektórzy mówią tu wprost o akumulacji kapitału przez wywłaszczanie. Używa się do tego wielu różnorodnych środków: zarówno siłowych („rewolwer”), jak i „przekrętów” prawnych czy zwykłych oszustw („wieczne pióro”). Czasami jest to kombinacja tych metod. W innych przypadkach rolnicy i mieszkańcy wsi tracą ziemie wskutek działania kapitalistycznych mechanizmów ekonomicznych – nie mogąc konkurować na morderczym wolnym rynku lub gdy nie stać ich na płacenie czynszów, na które mogą sobie pozwolić więksi gracze, dysponujący pokaźniejszym kapitałem.

Wywłaszczanie przez ogradzanie. Pierwotna akumulacja i brytyjska rewolucja rolna

Aby kapitalizm mógł się rozwinąć, w feudalnym społeczeństwie musiało dokonać się wiele zmian w myśleniu o społeczeństwie, pieniądzu i zobowiązaniach wobec innych. Pieniądze (kapitał) trzeba było teraz gromadzić, a nie tylko wydawać na cele konsumpcyjne, jak w czasach feudalnych. Wreszcie – potrzebna była grupa zmuszona sprzedawać swoją pracę, żeby przeżyć. Rewolucja rolna w Europie, a szczególnie w Wielkiej Brytanii, była punktem wyjścia do tych zmian, podstawą akumulacji pierwotnej – fundamentu rewolucji przemysłowej.

Około 1700 r. w angielskim rolnictwie zaczęło się coś zmieniać – tempo produkcji wzrosło, a dzięki temu coraz rzadziej pojawiał się problem głodu. Około 1750 r. Anglia miała już taką nadwyżkę w produkcji zboża, że mogła eksportować 13 proc. swoich plonów. Na początku XIX w. nadwyżka zboża była już stała i znacząca. Szybki wzrost produkcji żywności oraz jej wydajności był rezultatem wielu czynników, takich jak zastosowanie koniczyny w płodozmianie czy eliminacja okresów, gdy ziemia leży odłogiem – praktyki stosowane przez improvement movement [ang. ruch na rzecz poprawy – przyp. redakcji NO]. Improve, słowo, którego obecnie używa się w sensie czynienia rzeczy lepszymi, pochodzi z anglo-francuskiego emprouwer, oznaczającego „zamianę w zysk”.

Większa wydajność rolna oraz zmiana w podejściu do ziemi – nowego źródła wielkiego i stabilnego zysku dla posiadaczy ziemskich – były impulsami, które rozpoczęły długotrwały proces rozwoju kapitalizmu przemysłowego. Ellen Meiksins Woods tak opisała wczesne relacje pomiędzy rolnictwem a rozwojem kapitalizmu w Wielkiej Brytanii: Według bogacących się właścicieli ziemskich i kapitalistycznych farmerów ziemia powinna być uwolniona od jakichkolwiek ograniczeń dla jej produktywności i zyskowności. Między XVI a XVIII wiekiem narastał nacisk na zniesienie zwyczajowych praw, które kolidowały z kapitalistyczną akumulacją. Mogło to oznaczać kilka rzeczy: podważanie wspólnej własności terenów i żądanie ich prywatyzacji; zniesienie niektórych praw do użytkowania prywatnej ziemi; kwestionowanie zwyczajowych praw własności, które umożliwiały wielu drobnym rolnikom rozporządzanie ziemią bez jednoznacznego tytułu prawnego. We wszystkich tych przypadkach tradycyjne koncepcje własności musiały ustąpić nowym, kapitalistycznym – własności nie tylko „prywatnej”, lecz dosłownie wykluczającej inne osoby i społeczności przez zniesienie lokalnych regulacji i ograniczeń dotyczących używania ziemi oraz zwyczajowych praw jej uprawy itd.

Wraz z postępowaniem procesów grodzenia gruntów wywłaszczeni znajdowali zatrudnienie w małych fabrykach na terenach wiejskich, a później w dużych miastach. Migrowali do kolonii w Ameryce Północnej, Australii i Afryce lub stawali się nędzarzami. Migracja kolonialna była bardzo istotnym wentylem bezpieczeństwa dla rodzącego się systemu: w drugiej połowie XIX w. wyemigrowały z Europy dziesiątki milionów ludzi.

Wywłaszczanie siłą. Dziewiętnastowieczna bawełna

Pierwsze fabryki rewolucji przemysłowej zostały zbudowane na potrzeby przemysłu bawełnianego. Bawełnę sprowadzano początkowo z Indii, później z Egiptu. W połowie XIX w. nastąpił prawdziwy boom na ten surowiec, a południowo-wschodnie stany USA stały się jednym z jego ważnych dostawców.

Grabież ziemi w koloniach podlegających europejskim mocarstwom (i krajach ostatecznie z tych kolonii powstałych) polegała zasadniczo na „przenoszeniu” tubylców do – różnie nazywanych – „rezerwatów”, „obszarów plemiennych” i „bantustanów”. Przesiedlenia rdzennych mieszkańców przekształcały ziemie, będące jeszcze do niedawna wspólnym dobrem lokalnych społeczności, w „otwarte” dla europejskich osadników – w rządową lub prywatną własność. Walter Johnson opisał ten proces na przykładzie południowych stanów USA i bawełny: Z końcem lat trzydziestych XIX w. plemiona takie jak Seminole, Krikowie, Czikasawowie, Czoktawowie oraz Czirokezi zostały całkowicie „przeniesione” na tereny na zachód od Missisipi. Odebrana im ziemia była podstawą dla jednego z najważniejszych sektorów światowej gospodarki w pierwszej połowie XIX w. W latach trzydziestych XIX w. setki milionów hektarów podbitej ziemi zostały wystawione na sprzedaż przez Stany Zjednoczone. Ta masowa prywatyzacja własności publicznej wywołała jeden z największych gospodarczych boomów w historii świata. Kapitał inwestycyjny z Wielkiej Brytanii, Europy i północnych stanów USA wszedł na rynek ziemi.

To właśnie bawełna – produkowana przez niewolników porywanych z Afryki do pracy na ziemiach odebranych plemionom indiańskich – była podstawowym surowcem, który umożliwił rozwój przemysłu włókienniczego w Manchesterze i miasteczkach hrabstwa Lancashire. Okres ten stanowił „złotą erę” dla zakładów tkackich, ponieważ nie brakowało robotników – dawnych rolników – których można było nająć do nisko opłacanej pracy fizycznej. Johnson zwięźle podsumował tę sytuację: Tak oto kombinacja indiańskiej ziemi, afroamerykańskiej pracy, atlantyckich finansów i brytyjskiego przemysłu stworzyła podstawy systemu opartego na rasowej dominacji, zysku i rozwoju gospodarczym na krajową i globalną skalę.

Plemiona południowo-wschodnich Stanów Zjednoczonych – w wyniku walki o pola bawełny przymusowo przesiedlone do dzisiejszego stanu Oklahoma – zostały przeniesione kolejny raz, za pomocą przeróżnych środków, w tym ogromnego oszustwa związanego z uchwaleniem ustawy Dawesa o powszechnym uwłaszczeniu w 1887 r. Nowe prawo uzasadniano m.in. tym, że przyznanie prywatnego prawa własności do ziemi pomoże Indianom dostosować się do amerykańskiego społeczeństwa i gospodarki. W rzeczywistości odebrano Indianom znaczne tereny wcześniej przez nich użytkowane.

Wywłaszczanie siłą. Kolonizacja Afryki

Największe wywłaszczenia subsaharyjskich Afrykanów miały miejsce w krajach z dużą populacją osadników rolnych – szczególnie w Afryce Południowej, Namibii (Afryce Południowo-Zachodniej), Zimbabwe (Południowej Rodezji), a także Zambii (Północnej Rodezji). Na przykład od końca XIX w. aż do połowy XX w. duża część ziemi rolnej Zimbabwe została przejęta przez osadników z Europy – w momencie uzyskania niepodległości ok. ⅓ ziemi rolnej w tym kraju była własnością Europejczyków. W Afryce Południowej w latach 30. XX w. biali osadnicy kontrolowali niemal 90 proc. całkowitej powierzchni kraju, w tym najlepszą ziemię rolną. W Namibii w 1990 r. w rękach białych była połowa gruntów.

Grabież ziemi w koloniach trwała nieprzerwanie przez cały XX w., do uzyskania przez nie niepodległości włącznie. W niektórych przypadkach w procederze tym brały udział amerykańskie i brytyjskie korporacje: Firestone zabiegała o plantacje kauczuku w formalnie niepodległej Liberii, Brooke Bond (aktualnie należąca do Unilever) o produkcję herbaty w Kenii, a Del Monte o produkcję owoców również w Kenii. W krajach takich jak Malawi, Angola i Mozambik na skutek masowego osiedlania się białych tubylcy opuszczali swoje terytoria.

Wywłaszczenie ekonomiczne. Monopol amerykański – kapitalistyczna gospodarka rolna

Przez sporą część XX w. produkcja żywności była dla kapitalistów marną inwestycją z powodu niskich cen zarówno plonów, jak i zwierząt. Chociaż w niektórych sektorach gospodarki rolnej dochody były możliwe do osiągnięcia, to stabilność zysków nie była satysfakcjonująca. W niektórych latach ceny były wysokie i farmerzy mieli się dobrze, podczas gdy w innych niskie ceny wpędzały ich w długi. W tym okresie „prawdziwych pieniędzy” należało szukać raczej w przemyśle „okołorolnym”. Dopiero ostatnie trzy, może cztery dekady to czas wzmożonej koncentracji własności i kontroli w sektorach związanych z produkcją nasion, nawozów, pestycydów i maszyn, obrotem produktami rolnymi oraz przemysłem przetwórczym światowego systemu rolno-spożywczego.

W okresie tym coraz większe gospodarstwa rolne produkowały coraz więcej żywności – nie tylko w USA, lecz także w Europie, Brazylii czy Chinach. Większa skala produkcji pomaga osiągać większe zyski. […] Nawet odsetki naliczane od kredytu są niższe, gdy wysokość pożyczki jest większa. Również cena sprzedaży towarów rolnych jest często wyższa dla większych gospodarstw. Większe gospodarstwa osiągają ponadto większą premię z wyzysku pracowników. W ten sposób dla drobnych rolników bardzo trudna, często wręcz niemożliwa, stała się produkcja podstawowych płodów rolnych – pszenicy, kukurydzy, soi, bawełny itp. – jeśli nie mieli oprócz tego pracy „w mieście”, stanowiącej podstawę utrzymania rodziny. Ten ogólny trend wywłaszczania z powodów ekonomicznych oraz przejmowanie mniejszych gospodarstw przez większe przyczyniły się do zmniejszenia liczby amerykańskich rolników o kilka milionów w dekadach następujących po wielkim kryzysie. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że niektórzy drobni rolnicy mimo wszystko odnieśli w tym czasie sukces, znajdując niszowych odbiorców w postaci lokalnych restauracji, indywidualnych klientów targowisk oraz kooperatyw (w systemie rolnictwa wspieranego przez społecznośćcommunity supported agriculture farms).

Duże firmy z branży produkcji drobiu i wieprzowiny (tzw. integratorzy), które wyparły z rynku dziesiątki tysięcy amerykańskich rolników, sprawiły, że określenie „farma przemysłowa” stało się jeszcze bardziej na miejscu. Wielu niezależnych rolników zastąpili tzw. farmerzy kontraktowi, którzy hodują świnie lub kurczaki w dużych gospodarstwach dla określonej korporacji-integratora. Farmerzy kontraktowi, według Richarda Lewontina, przypominają typowych robotników z pierwszych faz produkcji kapitalistycznej w XVII i XVIII w. Za cenę przyjęcia statusu pracownika „linii montażowej” farmer zyskał jedynie bardziej stabilny dochód. Z niezależnego producenta, sprzedającego swoje towary na rynku wielu nabywcom, stał się proletariuszem bez możliwości wyboru.

Wywłaszczenie ekonomiczne. Neoliberalne umowy handlowe

W ramach działań międzynarodowego kapitału na rzecz otwierania rynków państw Południa na łatwiejszą eksploatację, w krajach, które albo dobrowolnie podpisały umowy (np. Meksyk przystąpił do NAFTA, Północnoamerykańskiego Układu Wolnego Handlu), albo zostały zmuszone do zaakceptowania programów „strukturalnego dostosowania” Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego (Jamajka i Haiti), narzucono rolnikom niekorzystne warunki. Umowy te obniżyły cła na żywność importowaną. W rezultacie miliony małych producentów kukurydzy w Meksyku, w zasadzie wszyscy rolnicy na Jamajce oraz większość haitańskich producentów ryżu – zbankrutowali, nie będąc w stanie konkurować z niskimi cenami importowanej żywności. Destrukcja jamajskiego rolnictwa została przedstawiona w filmie dokumentalnym z 2001 r. pod tytułem „Życie i dług”.

W 1994 r. Bill Clinton zmusił Haiti do zaakceptowania programu dostosowania strukturalnego MFW/BŚ w zamian za zgodę na powrót na stanowisko prezydenta Jean-Bertranda Aristide’a. W 2010 r. Clinton, w owym czasie pełniący funkcję specjalnego przedstawiciela ONZ na Haiti, mającego wspomagać odbudowę po trzęsieniu ziemi, wyraził głęboki żal z powodu tego, co się stało. Na posiedzeniu Komisji Spraw Zagranicznych Senatu USA powiedział wtedy: Być może było to dobre dla niektórych farmerów w Arkansas, ale swojego zadania nie spełniło. To był błąd… Musiałem codziennie żyć ze świadomością konsekwencji utraty przez Haiti zdolności do produkcji ryżu, niezbędnego, żeby nakarmić mieszkańców tego kraju; winny temu byłem ja, nikt inny.

Artykuł na temat problemów, w które Jamajka, Haiti oraz inne karaibskie państwa popadły z powodu wysokich kosztów związanych z tak dużym importem potrzebnej im żywności, opublikował niedawno „New York Times”. Między 1991 a 2001 r. całkowity import żywności i napojów na Jamajkę zwiększył się 2,5-krotnie – do 503 mln dolarów amerykańskich, żeby zaraz potem jeszcze się podwoić. Początkowy wzrost zbiegł się w czasie z nadwyżkami na światowym rynku rolnym, a także zmianą gustów konsumentów… W latach 90. i na początku XXI w. wielu spośród 200 tys. jamajskich rolników zmniejszyło produkcję, ponieważ nie byli w stanie konkurować. Artykuł opisuje niektóre z kroków, jakie Jamajka i Haiti podejmują, aby odbudować swoje rolnictwo. Nie pojawia się jednak żadna wzmianka o tym, co spowodowało tę katastrofę.

Grabież ziemi w XXI wieku. Akumulacja przez wywłaszczenia rolne

U źródeł fali grabieży ziemi w XXI w. leży kilka czynników:

  1. Nowe międzynarodowe umowy handlowe, sprzyjające globalnemu kapitałowi (Światowa Organizacja Handlu, Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu itp.).
  2. Otwarcie globalnego Południa dla zagranicznych inwestycji bezpośrednich.
  3. Finansjeryzacja globalnej gospodarki i spekulacje finansowe graczy z bogatych krajów.
  4. Wzrost cen żywności spowodowany coraz częstszymi suszami i powodziami, które wpływają na zmniejszenie poziomu produkcji towarów rolnych – problem jest szczególnie dotkliwy dla krajów, które muszą importować dużo żywności; kryzys żywnościowy z 2008 r. i jego następstwa poważnie zaniepokoiły takie państwa.
  5. Amerykańska i europejska chęć posiadania tzw. biopaliw jako substytutu dla paliw konwencjonalnych – wiąże się to ze stymulowaniem upraw kukurydzy (do produkcji etanolu) oraz soi i oleju palmowego (do wytwarzania biodiesla).
  6. Uszczuplenie rezerw wody gruntowej w warstwach wodonośnych na ważnych obszarach rolnych, ponieważ woda jest wypompowywana szybciej, niż może być ponownie uzupełniana przez opady.

Powyższe tendencje, obok występującej w wielu krajach słabości tytułów prawnych rolników do uprawianych gruntów oraz powszechnej korupcji, doprowadziły do szybkich i zakrojonych na dużą skalę działań zagranicznego kapitału. Doszło do przejęcia kontroli nad olbrzymimi połaciami ziemi – głównie w Afryce, Azji Południowo-Wschodniej i Ameryce Łacińskiej – poprzez zakup gotówkowy albo długoterminowe umowy najmu/dzierżawy i usuwanie rolników z ich ziemi. Ponadto w kilku krajach, takich jak Kolumbia czy Brazylia, lokalny kapitał jest w dużej mierze inwestowany w zakup ziemi i rozwój wielkich przedsiębiorstw rolnych.

Ostatnia dekada wywłaszczeń, szczególnie lata po światowym kryzysie żywnościowym 2008 r., pod wieloma względami różni się od wcześniejszych. Przejmowanie ziemi przebiega dużo szybciej i toczy się w wielu krajach równocześnie – przede wszystkim na globalnym Południu. Istnieją np. niezależnie zarządzane państwowe fundusze majątkowe z krajów takich jak Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie czy Chiny, którym brakuje ziemi lub wody, niezbędnych aby wyprodukować wystarczającą ilość pożywienia do wykarmienia populacji, a które w celu zaspokojenia swoich potrzeb importowych nie chcą polegać tylko na „wolnym rynku”. Wysokie ceny żywności z 2008 r. aż nazbyt jasno ukazały, że w przyszłości mogą pojawiać się problemy ze zdobyciem pożądanego zaopatrzenia na światowych rynkach. Na dodatek zysków z produkcji żywności, biopaliw i innych rodzajów działalności rolnej spodziewają się inwestorzy kapitałowi, głównie z Europy i USA. Innym, mniejszym problemem jest to, że bardzo majętne osoby prywatne oraz organizacje ochrony przyrody z Północy kupują duże połacie ziemi na Południu, aby je „chronić” – również w tym przypadku lokalni mieszkańcy tracą prawo do użytkowania ziemi lub mogą to czynić w bardzo ograniczonym zakresie.

Brytyjska firma badawczo-inwestycyjna, zajmująca się tworzeniem różnego rodzaju raportów dla swoich klientów, Hardman & Co., tłumaczy popularność inwestycji w ziemię i produkcję rolną następująco: Nazywa się to nowym wywłaszczeniem; gorączką rolniczego złota. Mechanizm jest dobrze znany: mini-tsunami kapitału spekulacyjnego goniącego za najnowszym inwestycyjnym krzykiem mody. Źródłem nagłego zainteresowania rolnictwem ze strony funduszy hedgingowych i inwestycyjnych jest odkrycie rynku opartego o realne towary, na którym da się „grać” z zyskiem. Mamy jednak wrażenie, że za tym najnowszym trendem kryje się coś poważniejszego; to nie jest tylko inwestycyjna moda – ponowne odkrycie znaczenia rolnictwa wskazuje na fundamentalne wyzwania stojące przed całą ludzkością, związane z bezpieczeństwem żywnościowym w dobie szybkiego wzrostu liczby ludności i globalnego bogactwa, urbanizacji i zmian klimatycznych… Ziemia rolna staje się istotnym celem inwestycji. Z czasem jednak, jak się wydaje, uwaga inwestorów skupi się na zaawansowanej wiedzy naukowej, kompetencjach i technologiach umożliwiających wykorzystywanie nabytej ziemi do produkcji surowca, bez którego ludzkość nie może przetrwać – żywności.

Cały sektor opanowany jest przez spekulację, zasilaną mobilnym bogactwem epoki finansowej. Wpływowy menedżer funduszy hedgingowych Michael Burry twierdzi, że produktywna, bogata w zasoby wodne ziemia rolna stanie się w przyszłości bardzo cenna. Postawiłem na to mnóstwo pieniędzy. Tego typu inwestycje nie są koniecznie zorientowane na zyski z produkcji. Korporacje i fundusze inwestycyjne wykorzystują je do „pozycjonowania się” na globalnych rynkach wody, gleby, minerałów i węglowodorów. Ponieważ produkcja żywności wymaga bardzo dużej ilości wody, w procederze zagarniania ziemi na globalnym Południu gra toczy się w równym stopniu o dostęp do wody i gleby.

Afryka, arena wielu zagarnięć gruntów, jest czasami nazywana „ostatnią rubieżą rolnictwa”, gdyż posiada wielkie obszary ziemi „nieużywanej” lub mało wykorzystywanej i zasadniczo jej gospodarka rolna przynosi niewielkie plony. Kontynent jest większy, niż się wielu wydaje – większy niż połączone terytoria USA, Chin, Indii, Japonii, kontynentalnej Europy (zarówno Wschodniej, jak i Zachodniej) oraz Wielkiej Brytanii – toteż oferuje olbrzymie terytoria, na których nowy grabieżczy imperializm może się rozwijać. Ponadto tylko 10 proc. ziemi jest uznawane za czyjąś prawną własność. Jedynie Kenia, Afryka Południowa, Namibia i Zimbabwe mają znaczne obszary prywatnej ziemi – dawniej, a w wielu przypadkach również obecnie, będące własnością białych osadników i ich potomków.

Trudno zdobyć precyzyjne dane o tym, jaki areał ziemi uprawnej na globalnym Południu znajduje się pod kontrolą zagranicznego, a jaki lokalnego kapitału, jaka część ziemi ma prywatnych, a jaka państwowych właścicieli. Czasami zapowiedziane projekty nie są realizowane i często w praktyce wykorzystywano mniej ziemi niż zadeklarowano. Według szacunków z maja 2012 r. w rękach właścicieli zagranicznych znalazło się między 32 a 82 mln ha światowej ziemi rolnej i liczba ta cały czas rośnie. Najbardziej wyczerpujące dane dostępne są w Land Matrix – organizacji monitorującej światowy rynek handlu ziemią i dysponującej informacjami z poszczególnych krajów o gruntach wykupionych przez zagraniczne podmioty, wpływie tych przejęć na lokalną społeczność, plonach oraz kraju pochodzenia „grabieżców”. Według tych danyc prawie wszystkie państwa w największym stopniu padające ofiarą grabieży mierzonej w milionach hektarów znajdują się w Afryce i Azji Południowo-Wschodniej (patrz Tabela 1). Z kolei w pierwszej dziesiątce krajów, które inwestują w ziemię, znajdziemy – poza zwyczajowymi podejrzanymi – Malezję i Południowy Sudan, będące same celami grabieży gruntów. Ale kapitał z Północy zwykle asystuje – lub dominuje – w tego typu operacjach. Na przykład w przedsięwzięcie malezyjskiego Sime Darby, mające na celu produkcję oleju palmowego na bazie plonów z plantacji w Liberii, zaangażowany jest kapitał z Wielkiej Brytanii, Finlandii i Holandii.

Tabela 1. Czołowa dziesiątka celów grabieży ziemi oraz krajów inwestujących w grunty

Kraje-cele

Kraje-inwestorzy

(mln ha)

(mln ha)

Sudan Południowy 4,1

Stany Zjednoczone 8,0

Papua Nowa Gwinea 3,9

Malezja 3,5

Indonezja 3,5

Zjednoczone Emiraty Arabskie 2,8

Demokratyczna Rep. Konga 2,7

Zjednoczone Królestwo 2,1

Mozambik 2,2

Singapur 1,9

Sudan 2,0

Chiny 1,6

Liberia 1,4

Arabia Saudyjska 1,5

Argentyna 1,3

Sudan Południowy 1,4

Sierra Leone 1,2

Chiny, Hongkong 1,3

Madagaskar 1,1

Indie 1,3

Źródło: Land Matrix, http://landmatrix.org

Przykładów grabieży ziemi w XXI w. jest tak dużo, że trudno wybrać przykłady do omówienia. Spójrzmy na początek na Sierra Leone i Indonezję – oba w pierwszej dziesiątce krajów-celów.

Sierra Leone jasno oświadczyło, że jest otwarte na biznes – w tym spekulację ziemią. Rządowa Agencja Promocji Eksportu (SLIEPA) na swoim portalu internetowym nie owija w bawełnę. Na stronie głównej znajdują się migające wiadomości, a pośród nich: „Grunty orne w wielkiej ilości”. Land Matrix sporządziło listę siedemnastu umów na około 1,1 mln ha na uprawę wszystkiego – od kauczuku do oleju palmowego, trzciny cukrowej, ryżu, manioku i drzew eukaliptusa. Największa ilość ziemi (ponad 600 tys. ha) znajduje się w rękach prywatnego kapitału brytyjskiego.

Jeśli chodzi o Indonezję, korespondent „Guardiana” John Vidal napisał cykl artykułów o zniszczeniu wielkich obszarów lasów deszczowych oraz poważnych konsekwencjach tego procederu dla ludzi i przyrody. Poniższy opis rzuca pewne światło na humanitarną i ekologiczną katastrofę, która ma tam miejsce: Konflikty o ziemię – pomiędzy rolnikami a właścicielami plantacji, koncernami wydobywczymi i deweloperami – przetaczają się przez całą Indonezję, gdyż lokalne i transnarodowe spółki zachęcane są do wykupu ziemi i wylesiania terenów należących do rdzennych mieszkańców, gospodarujących na nich zgodnie ze swymi obyczajami. W 2011 r. zanotowano ponad 600 poważnych konfliktów, w których miały miejsce 22 wypadki śmiertelne i setki rannych. Prawdziwa liczba poszkodowanych jest prawdopodobnie dużo większa – twierdzą organizacje watchdogowe.

Indonezyjska Komisja Praw Człowieka doniosła o ponad 5 tys. przypadków naruszeń praw człowieka w zeszłym roku – w większości związanych z wylesianiem terenów przez korporacje. – „Rośnie liczba zgonów rolników, spowodowanych coraz większą liczbą konfliktów w całej Indonezji” – mówi Henry Saragih, założyciel Indonezyjskiego Związku Rolników, który zrzesza 700 tys. osób.

– „Pojawienie się plantacji oleju palmowego wywołało falę nowego ubóstwa, doprowadziło do kryzysu dostępu do ziemi i głodu. Pogwałcenia praw człowieka występują wokół złóż naturalnych w całym kraju, a zastraszanie, przymusowe eksmisje i tortury są na porządku dziennym” – dodaje Saragih. – „Tysiące przypadków nie ujrzały światła dziennego. Wiele pozostaje ukrytych, szczególnie przez władze lokalne”.

Społeczności skarżą się, że nie są ostrzegane przed przymusowymi eksmisjami, nie prowadzi się z nimi konsultacji, nie otrzymują też rekompensat, gdy rozdaje się koncesje. Nie mają innego wyjścia, niż zrzec się swej niezależności i pracować za minimalne stawki dla koncernów.

Wywłaszczenia w Chinach. Przypadek szczególny

Sytuacja w Chinach jest na tyle odmienna od tej w innych krajach, że musimy ją rozpatrywać oddzielnie. W pewnym sensie jest to powrót do grabieży ziemi i wywłaszczenia jako środków prymitywnej, państwowej akumulacji. Jest to oczywiście kraj, w którym na szeroką skalę przeprowadzono reformę rolną, a następnie tworzono rolnicze komuny. Z kolei w latach 80. XX w., pod rządami Deng Xiaopinga, zaczęto przydzielać działki poszczególnym rodzinom w ramach tzw. systemu odpowiedzialności kontraktowej. Chińska ziemia należy albo do państwa, albo do społeczności wioski, a poszczególnym rolnikom przyznawane jest prawo użytkowania gruntów przez określony czas.

Lokalne i regionalne władze, które przekazują ziemię (lub prawa do jej użytkowania) deweloperom, ponoszą główną odpowiedzialność za wysiedlenia rolników. Wraz z rozwojem starych miast i budową nowych, ziemia była zabierana pod budowę infrastruktury, takiej jak drogi, tamy, lotniska i budynki publiczne. Korupcja wśród lokalnych decydentów w sprawach przyznawania praw użytkowania ziemi jest bardzo rozpowszechniona; po części wynika to z niedostatecznych funduszy przekazywanych ze szczebla centralnego i regionalnego. W związku z tym wciąż brakuje środków na zarządzanie wsiami i małymi miejscowościami. Jednym ze sposobów na ich pozyskanie staje się więc przyznanie praw do ziemi deweloperom. Jeden z profesorów Uniwersytetu Tsinghua ujął to następująco: Urbanizacja w Chinach często polega na tym, że urzędnicy odbierają rolnikom ziemię i wysyłają ich do bloków. Prowadzi to do tysięcy masowych protestów. Czasami wieśniakom udaje się coś wywalczyć – jak w przypadku Wukanu, gdzie mieszkańcy przejęli władzę w miejscowości i doprowadzili do wyboru własnych przedstawicieli. Gniew wywołany korupcją oraz procederem przejmowania rolniczej ziemi i domostw jest szeroko rozpowszechniony. Z badań przeprowadzonych w 2011 r. w 17 prowincjach przez amerykański Instytut Rozwoju Wsi Landesa, Uniwersytet Renmin oraz Uniwersytet Stanowy Michigan, wynika, że:

  • Około 4 mln rolników rocznie traci ziemię.
  • Średnia wysokość rekompensaty dla rolników za przeniesienie praw do ziemi wynosiła 17 850 dolarów amerykańskich za akr (ok. 0,4 ha).
  • Średnia cena sprzedaży komercyjnym deweloperom wynosiła 740 tys. dolarów amerykańskich za akr.

Niepokojące jest to, że rząd chiński planuje kolejny program przeniesienia olbrzymich mas ludzi z terenów wiejskich do miast. Zakłada się wysiedlenie 250 mln osób do roku 2025, wskutek czego chińska populacja miejska zwiększy się, zgodnie z zamierzeniami, z 50 proc. do około 70 proc. ogółu mieszkańców tego kraju. W ramach programu planowane jest zasiedlenie „miast widm”, które zostały zbudowane na fali spekulacji, a dziś świecą pustkami.

Co się zaś tyczy rolnictwa: Supermarkety obecnie bardzo rzadko współpracują bezpośrednio z drobnymi rolnikami. W ciągu ostatnich pięciu lat pojawiła się nowa generacja przedsiębiorstw, które zaopatrują je w żywność. Niektórzy z tych producentów – np. Chaoda, producent warzyw posiadający gospodarstwa w 29 różnych częściach kraju – zdołali wydzierżawić wystarczająco duże obszary ziemskie, aby prowadzić wielkie inwestycje. Agrobiznes omija drobnych rolników indywidualnych i negocjuje kontrakty na dostawy z lokalnymi urzędnikami, którzy kontrolują użytkowanie ziemi. Korporacje typu Starbucks (kawa) i PepsiCo (ziemniaki dla swej marki Frito Lay) produkują żywność na kontrolowanej przez siebie ziemi – PepsiCo jest największym plantatorem ziemniaków w Chinach – oraz zawierają kontrakty z rolnikami na dostawy plonów.

Wielkie, przemysłowe farmy mleczne – po 10 tys. krów na farmę, z automatycznymi dojarkami – są już rozlokowane w okolicach głównych chińskich miast. Powstają też hodowle świń, promuje się tworzenie wielkich farm uprawnych. Zakup przez Shuanghui International (firmę powiązaną z największymi chińskimi producentami wieprzowiny) korporacji Smithfield (amerykańskiej firmy, która posiada ponad 400 farm i umowy z 2100 farmerami kontraktowymi – największego w Stanach hodowcy świń i producenta wieprzowiny) jest kolejnym dowodem, że Chiny koncentrują się na przemysłowej hodowli jako podstawie zaopatrywania swoich obywateli w mięso.

Według depeszy jednej z chińskich agencji prasowych rząd centralny stwierdził w 2013 r., że pokieruje transferami praw do ziemi rolnej i będzie zachęcał, aby kontrakty ziemskie były zawierane z dużymi właścicielami ziemskimi, farmami rodzinnymi i spółdzielniami rolnymi, prowadząc do ich rozwoju. Rolnictwo na dużą skalę osiągnie większą wydajność z ziemi i pracy, a także da mocne wsparcie dla nowego typu urbanizacji kraju.

Plany masowego wywłaszczenia rolników z ziemi i przeniesienia tak wielu ludzi do wielkich miast mają na celu stworzenie samonapędzającej się gospodarki, opartej bardziej na indywidualnej konsumpcji niż inwestycjach infrastrukturalnych i eksporcie netto. – Urbanizacja może wyzwolić proces tworzenia wartości – mówi główny ekonomista Chińskiego Banku Rolnego. – Powinna zapoczątkować olbrzymi napływ kapitału – dodaje. Jednak inni ekonomiści są sceptyczni. Michael Pettis, profesor finansów na Uniwersytecie w Pekinie, pisze: Chiński plan przeniesienia 300 mln ludzi do wielkich miast traktuje się jako nowy fundament wysokiego wzrostu, jest to jednak podejście oparte na błędnym rozumowaniu. Po pierwsze – urbanizacja nie kreuje wzrostu. To wzrost kreuje urbanizację… Inaczej mówiąc: kraje nie rozwijają się dlatego że się urbanizują – one się urbanizują, ponieważ się rozwijają, a wtedy to w miastach jest więcej dobrych, zyskownych miejsc pracy niż na wsi.

Jak można się było spodziewać, podczas takiej przyspieszonej urbanizacji występuje wiele problemów – przede wszystkim niemożność stworzenia wystarczającej liczby nowych miejsc pracy dla wywłaszczonych i wysiedlonych rolników. Niektórzy wykorzystali fundusze z odszkodowań za przymusową relokację, kupując urządzenia takie jak pralki automatyczne i nowoczesne telewizory, które są dziś bezużyteczne, ponieważ osób tych nie stać na opłacenie rachunków za prąd. Jednocześnie w części południowych, rozwijających się regionów nadmorskich poszukiwani są młodzi robotnicy-migranci – szczególnie cenieni przez przemysł ze względu na możliwość łatwego wyzyskiwania ich. Skrajny wyzysk robotników pochodzących ze wsi jest kluczem do szybkiego wzrostu produkcji przemysłowej w regionach nadmorskich, a wielka ucieczka społeczności z terenów wiejskich poważnie ograniczyłaby problem deficytu takich osób. Koncepcja szybkiej urbanizacji, mającej na celu pozyskanie nowych konsumentów, którzy będą nabywać jeszcze więcej towarów – zamiast inwestycji i eksportu jako głównych kół napędowych gospodarki – jest, delikatnie mówiąc, dyskusyjna. Przesiedlanie ludzi do wielkich miast to postawienie wszystkiego na głowie, a cały ten projekt może zakończyć się fiaskiem z powodu swoich irracjonalnych przesłanek. A gdyby nawet (choćby częściowo) miał się powieść, konsekwencje dla środowiska będą olbrzymie – utrzymanie wzrostu gospodarczego wymagać będzie poniesienia ogromnych nakładów na napędzanie indywidualnej konsumpcji. Ponadto wywłaszczona ludność będzie pozostawiona sama sobie, dopóki nie zostanie stworzony przyzwoity system zabezpieczenia społecznego. Jeśli nastąpi spowolnienie gospodarcze, a ludzie stracą pracę, albo pracownicy zostaną wyrzuceni, aby nająć młodszych, nie będzie już możliwości powrotu na wieś i uprawy ziemi na potrzeby rodziny. […]

Konsekwencje stawiania na duże gospodarstwa na całym świecie

Przez wiele wieków ogromna większość ludzi pracowała na roli, produkując żywność dla siebie oraz dla relatywnie małej grupy tych, którzy jej nie produkowali. Obecnie, pierwszy raz w historii ludzkości, więcej osób mieszka w wielkich miastach niż na obszarach wiejskich. Pomimo tych dramatycznych zmian rolnictwo ma ciągle decydujące znaczenie dla życia całej populacji ludzkiej. Międzynarodowa Organizacja Pracy szacuje, że w 2013 r. około ⅓ wszystkich pracowników (ponad miliard ludzi) była zatrudniona w rolnictwie (a 44 proc. w usługach i 23 proc. w przemyśle).

Na wcześniejszych etapach rozwoju kapitalizmu istniały alternatywne miejsca pracy dla wysiedlanych rolników. Często, lecz nie zawsze, koszty społeczne ponosiły inne narody. W okresach szybkiego wzrostu produkcji przemysłowej wielu wywłaszczonych mogło emigrować do kolonii lub byłych kolonii, albo przeprowadzić się do miasta i pracować w przemyśle. Obecnie, w drugiej dekadzie XXI w., światowa gospodarka kapitalistyczna nie potrafi zapewnić wartościowego zatrudnienia dla wielkich mas ludzi, którzy nadal tracą ziemię. Los migrujących do miast lub innych krajów to nierzadko życie w slumsach i niepewna egzystencja w ramach gospodarki „nieformalnej” – około jedna trzecia mieszkańców miast żyje w slumsach. Zasilona przez błyskawiczne „odrolnianie” globalnego Południa, „światowa nieformalna klasa robotnicza”, opisana przez Mike’a Davisa w „Planecie slumsów”, liczy około miliarda osób, jest najszybciej rosnącą (i pozbawioną historycznych analogii) klasą społeczną na kuli ziemskiej.

Ciągłe powiększanie gospodarstw rolnych wraz ze wzrastającym poziomem mechanizacji powoduje zatem poważne konsekwencje. A następstwa dla drobnych rolników są zwykle takie same – niezależnie od tego, czy właścicielami dużych farm są podmioty krajowe (jak w przypadku Brazylii), czy obcokrajowcy. Duże gospodarstwa wypierają małych rolników bezpośrednio, przez wywłaszczenie (przy użyciu siły lub „legalnymi metodami”), albo pośrednio – poprzez konkurencję, wysoki poziom mechanizacji oraz większą wydajność pracy. W przypadku 160-hektarowego (400 akrów) gospodarstwa potrzeba około 7,8 godziny pracy na akr, aby wyhodować i zebrać kukurydzę, podczas gdy w 800-hektarowym gospodarstwie (2000 akrów) to samo zajmuje tylko 2,7 godziny. Około ⅓ wszystkich plonów w USA pochodzi z gospodarstw większych niż 800 ha (2000 akrów).

Redukcja liczby godzin pracy nie oznacza jednak większej produkcji na jednostkę ziemi. Małe gospodarstwa potrafią wyprodukować więcej żywności na określonej powierzchni dzięki użyciu śródplonów i innych technik. Mają też ze społecznego punktu widzenia tę przewagę, że zatrudniają więcej rąk do pracy. Małe gospodarstwa są jednocześnie bardziej ekologiczne niż duże, bazujące na silnych środkach chemicznych, których produkcja pochłania olbrzymie ilości energii. […]

Samir Amin twierdzi, że kapitalistycznym ideałem jest 20 mln wysoce zmechanizowanych farmerów, którzy produkowaliby całą żywność potrzebną na świecie. Wskazuje on jednak dwa związane z tym istotne problemy. Większe gospodarstwa trudniej prowadzić w sposób ekologiczny (np. używać płodozmianu, łączyć chów zwierząt i uprawę roślin, hodować zwierzęta w sposób humanitarny, zachowywać naturalne obszary przyrodnicze, stosować śródplony itp.). Druga kwestia: co zrobią setki milionów ludzi pracujących dzisiaj w rolnictwie, gdy stracą dotychczasowe źródło utrzymania? Większość prawdopodobnie ruszy tłumnie do miast (i slumsów), które nie mogą zaoferować im zatrudnienia. Ta „nadwyżka” populacji – ludzie, którzy nie są potrzebni ani w przemyśle, ani w rolnictwie, a jednocześnie nie mają już dostępu do ziemi, aby wyprodukować dla siebie żywność – rośnie bardzo szybko, napędzana przez kolejne wywłaszczenia i mechanizację rolnictwa. Jest to jeden z najbardziej zasadniczych problemów naszych czasów.

Uwagi końcowe

Od narodzin kapitalizmu dążenie do zysku stanowi główną siłę sprawczą stojącą za wywłaszczaniem chłopów i drobnych rolników z ich ziemi. Grodzenie gruntów było jedną z podstaw pierwotnej akumulacji u początków kapitalizmu przemysłowego – umożliwiając gromadzenie kapitału, kształtowanie się siły roboczej i rozwój rynku wewnętrznego. Wywłaszczenia miały miejsce, gdy drobni rolnicy nie byli już w stanie konkurować z większymi i bardziej zyskownymi gospodarstwami. Ważne były również „środki pozaekonomiczne”: ustawy znoszące zwyczajowe prawa do ziemi albo promujące inwestycje, rozwiązania siłowe, korumpowanie lokalnych, regionalnych i krajowych urzędników. Dzisiejsze wywłaszczenia przypominają w pewnym stopniu te z dawnych czasów. W niektórych krajach po dziś dzień trwa grabież ziemi przez lokalnych oligarchów. Jednakże skala globalnych wywłaszczeń, udział europejskiego i północnoamerykańskiego kapitału oraz państwowych funduszy majątkowych, syntezy międzynarodowych umów handlowych z lokalnym ustawodawstwem faworyzującym neoliberalne rozwiązania, szał na punkcie biopaliw, gwałtowne podwyżki cen żywności – wszystko to sprawia, że mamy do czynienia z nową, specyficzną transformacją. Wyjątkowa pod tym względem jest sytuacja w Chinach.

Na koniec warto przypomnieć, że wielu rolników nie oddaje pola bez walki. Ruchy takie jak La Vía Campesina sprzeciwiają się nowej fali grabieży ziemi. Również chińscy rolnicy, choć niezorganizowani, opierają się korupcji i zajmowaniu ich gruntów. Jest to walka z bardzo mocnym ideologicznie przeciwnikiem, a także policją i wojskiem. Jednak aby ludzkość miała zagwarantowany dostęp do pożywienia odpowiedniej jakości i w ilościach potrzebnych do życia na przyzwoitym poziomie, grabież ziemi i rozwój dużych, wysoce zmechanizowanych „fabryk” produkujących żywność muszą zostać zatrzymane. Konieczne jest, by państwa przejęły kontrolę nad gospodarką rolną – zachowując niezależność od wpływów międzynarodowych i sił rynkowych – i działały na rzecz swojej suwerenności żywnościowej, która powinna być oparta na rodzinnych gospodarstwach – albo, w niektórych przypadkach, większych spółdzielniach rolnych.

Morał z tej opowieści jest taki – pisał Marks w trzecim tomie „Kapitału” – że system kapitalistyczny działa wbrew racjonalnej agrokulturze, albo że racjonalna agrokultura jest niedopasowana do systemu kapitalistycznego (nawet jeśli sprzyja on rozwojowi technicznemu w agrokulturze) i potrzebuje albo drobnych rolników pracujących na własny rachunek, albo stowarzyszonych producentów.


Tłum. Tomasz Obrączka

Powyższy tekst pierwotnie opublikowano w listopadzie 2013 r. w nowojorskim lewicowym miesięczniku „Monthly Review”. Artykuł powstał na podstawie prelekcji wygłoszonej na corocznym spotkaniu Towarzystwa Socjologii Wsi w Nowym Jorku 7 sierpnia 2013 r. W przedruku poczyniono skróty w wątkach pobocznych oraz pominięto przypisy.

Cyfrowy tłum wychodzi na ulicę

„Rewolucji nie zobaczymy w telewizji” – powiedział Gore Vidal. Zapewne miał rację, choć dziś możemy z dużą dozą pewności dodać: „Bo zobaczymy ją na YouTubie”. Cyfrowy tłum wyrasta na wielki zbiorowy podmiot krajowej i międzynarodowej polityki.
Podobnie jak dawny proletariat, również współcześni pracownicy, w tym zatrudnieni na umowach śmieciowych (prekariat), powoli stają się samoświadomą wspólnotą wartości i interesu, zdolną wytwarzać postulaty, hasła i symbole zrozumiałe dla wszystkich członków. Ponad granicami narodów i podziałami kulturowymi narodziła się nowa kultura: memów, tweetów, smart-mobów. Powstał łatwy do odtworzenia i rozpowszechnienia model wyrażania niezadowolenia i postulowania przemian.

Trudno byłoby sobie wyobrazić Reformację bez wynalezienia druku czy Rewolucję Francuską bez oświeceniowej „Republiki Uczonych”. Podobnie trudne do wyjaśnienia byłyby opisane poniżej przykłady wielkich zrywów społeczno-politycznych, gdyby pozbawić je wątku cyfrowej mobilizacji, uzyskanej dzięki kluczowemu medium, jakim dla pokolenia Y stał się Internet.

Irańskie przebudzenie

Z czym kojarzy się przeciętnie wykształconemu człowiekowi Iran? Zapewne z (kontr)rewolucją islamską 1979 r. Można mieć nadzieję, że także z bogactwem perskiej kultury – słynnym winem, poezją i wynalezionymi tam przecież szachami. Być może jednak współczesna Persja – Iran – kojarzyć się nam będzie z czymś zgoła innym: z kulturą internetową i „rewolucją twitterową”.

Iran był jednym z pierwszych krajów w regionie, w którym można było korzystać z Sieci. Początkowo zjawisko miało bardzo ograniczony zakres, obejmując niemal wyłącznie pracowników akademickich. Nie trzeba było jednak długo czekać, aby młodzi Irańczycy spostrzegli, że globalna sieć może być nieocenionym źródłem informacji i narzędziem ich rozpowszechniania z dala od oczu cenzorów. Do czasu, kiedy władze w Teheranie zauważyły, jaki groźny potencjał tkwi w cyberprzestrzeni, było już za późno – internauci zdążyli się przywiązać do idei wolnego słowa i pluralizmu w Sieci. Na tym polegała jedna z głównych różnic między reżimem irańskim a irackim.

Początkowo cała atrakcja polegała na możliwości zapoznania się z tym, co głoszą zagraniczne ośrodki opiniotwórcze, nad którymi miejscowy reżim nie panował. Z czasem ważniejsze stały się jednak treści tworzone przez samych Irańczyków, dokumentujące ich doświadczenia życia w despotycznie rządzonym państwie. Dodatkową zaletą internetowych środków komunikacji było (niestety fałszywe, jak okazało się później) poczucie anonimowości, zachęcające do szczerych wynurzeń na temat sytuacji w kraju. Szacuje się, że w 2004 r. liczba blogów redagowanych w języku perskim wynosiła kilkadziesiąt tysięcy. Nie wszystkie traktowały wprost o polityce i prawach człowieka, ale w tamtych warunkach nawet strona poświęcona brytyjskiej muzyce, amerykańskim filmom czy francuskiej literaturze posiada polityczny wymiar. W państwie, które jest mniej niż totalitarne, ale więcej niż autorytarne, wszystko staje się polityką.

Prawdziwą próbą sił między reżimowymi mediami a wolną blogosferą była walka o uczczenie przyznania Pokojowej Nagrody Nobla Szirin Ebadi, bojowniczce o prawa człowieka (szczególnie prawa kobiet), represjonowanej przez teokratów. Oficjalne telewizja, radio i prasa przemilczały wyróżnienie Iranki. Próżnię informacyjną błyskawicznie wypełniły entuzjastyczne doniesienia pisane przez opozycyjnie nastawionych dziennikarzy obywatelskich. Poczytność tych relacji była na tyle znacząca, że w różnych częściach kraju zaczęły się odbywać manifestacje poparcia dla Ebadi – i dla wolnego słowa w Sieci.

Zaskoczone i zaniepokojone rozmiarami zjawiska władze postanowiły dawniejszą opieszałość zastąpić zwielokrotnioną bezwzględnością. Wprowadzono ścisły nadzór nad wszelkimi treściami publikowanymi w Internecie. Drastycznie ograniczono dostęp do zagranicznych stron, na krajowych internautów narzucono zaś obowiązek rejestrowania blogów i portali. Nad prawomyślnością publikowanych tam treści czuwa Ministerstwo Kultury i Przewodnictwa Islamskiego. U szczytu kampanii skierowanej przeciw „cyfrowym dysydentom” rząd zaczął opracowywać nawet projekt „drugiego Internetu”, stworzonego rękami reżimowych inżynierów. Równolegle zadowalano się mniej wymyślnymi metodami represji wolności słowa – jeszcze w 2001 r. rozpoczęła się fala aresztowań blogerów, wielu z nich było torturowanych i zamykanych w więzieniach. Najpopularniejsi z nich, często rekrutujący się spośród zawodowych dziennikarzy, mogli zapłacić kaucję i uciec na Zachód.

Myliłby się jednak ten, kto spisałby rodzącą się cyfrową opozycję na straty. Ich przykład inspiruje – i instruuje – następców. Tych odnaleźć mogliśmy niemało wśród uczestników rewolty z czerwca 2009 r. Tysiące Irańczyków wyszły wtedy na ulice, protestując przeciw sfałszowanym wyborom, które przyniosły reelekcję Mahmuda Ahmadineżada. Bunt rozpoczął się jednak nie na Placu Azadi, lecz w mediach społecznościowych. W szczytowym momencie uczestnicy zdarzeń zamieszczali niemal 4 tys. wpisów na minutę. Wiele z nich zawierało odnośniki do zdjęć i filmów. Cały świat oglądał nakręconą amatorsko śmierć 26-letniej studentki filozofii, zastrzelonej 20 czerwca na środku ulicy. Jej twarz pokazały wszystkie największe media na świecie, od Kalifornii po Kioto. Moment, w którym kręci się komórką ludzkie tragedie, to moment, w którym medium i przekaz zlewają się w jedno. Ludzie, którzy tak jak my korzystają z YouTube’a, którzy mają konta w mediach społecznościowych – z nazwiskami, datami urodzin, ulubionymi filmami – nie wydają się już tak odlegli. Widać to dobrze po skali wsparcia wyrażającego się w tweetach czy na fanpage’ach Facebooka, ale także po bardziej wymiernej pomocy, jakiej udzieliła Irańczykom grupa hackerska Anonymous, udostępniając im wskazówki i narzędzia informatyczne pomagające obchodzić cenzurę i unikać dekonspiracji.

Wśród francuskich konserwatystów sprzed stu lat modny był podział na pays légal i pays réel. Ten pierwszy to polityczne i kulturowe oblicze kraju kreowane przez rządzących poprzez ustawodawstwo i przymus administracyjny. Ten drugi to obraz rzeczywisty, spontaniczny, oddolny, nie będący produktem żadnej społecznej inżynierii czy propagandy. W tym kontekście Iran „legalny” to kraj urzędowej jednomyślności, religijnej ascezy i powszechnego posłuszeństwa względem rządzącego kleru. Iran „realny” tymczasem to kraj, którego władze wychowały sobie całe pokolenie nienawidzących ich młodych ludzi, mających więcej wiary w demokrację niż w teokrację i przeglądających Internet częściej niż Koran. Prawdziwi Irańczycy, wbrew religijnym i prawnym zakazom, palą papierosy, oglądają „wywrotowe” zachodnie filmy, redagują i czytają blogi. Trzeba pamiętać, że aż 60% mieszkańców tego kraju ma mniej niż 30 lat. Wielu z nich ma krewnych w innych krajach i dobre pojęcie o tym, jak wygląda życie w wolnym państwie. Wszyscy oni doskonale rozumieją się ze swoimi rówieśnikami na Zachodzie. Jeśli zatem chcemy dowiedzieć się czegoś o tym kraju, nie mamy lepszego pasa transmisyjnego niż ich konta na YouTubie, Facebooku czy Instagramie, niż tworzone i komentowane przez nich treści, funkcjonujące nie tyle poza oficjalnym obiegiem, ile przeciw niemu. Do rangi symbolu urasta w tym kontekście tytuł książki poświęconej irańskiej blogosferze, autorstwa Nasrin Alavi – „To my jesteśmy Iranem”.

Bitwa o Twittera

Masowy zryw „arabskiej wiosny” zdołał zapalić także przeciwległy niearabski kraniec „świata muzułmańskiego” – Turcję. Hasła, które podnosili protestujący, były jakby echem tych wykrzykiwanych na placach od Rabatu po Teheran. Wyjątkowość sytuacji w tym kraju polegała jednak na tym, że on jeden przeszedł już przez postępową rewolucję, kiedy to Mustafa Kemal obalił sułtanat i proklamował świecką, demokratyczną republikę. Ludzie, którzy zbierali się na placu Taksim, występowali więc jako obrońcy pewnego ładu i status quo. Mieli gotowy język, którym mogli krytykować władze tęskniące za osmańskimi czasami, mieli symbole, wokół których mogli się jednoczyć.

Młodzi Turcy odkryli na nowo młodoturecki republikanizm, wyrażający się w wierze w suwerenność ludu, laickość i europeizację. Umieli jednocześnie oczyścić go z osadu szowinizmu i nacjonalizmu, które splamiły karty najnowszej historii Turcji opowieściami o pogromach, przesiedleniach i wypędzeniach mniejszości etnicznych. Żądano więcej demokracji, bardziej prospołecznej polityki, przestrzegania zasady rozdziału władz świeckich i religijnych, tak kluczowej dla samoświadomości obywatelskiej dzisiejszych Turków. Wyraziście zarysowały się także postulaty przywrócenia pełnej wolności wypowiedzi w Internecie.

Bezpośrednią przyczyną zrywu była brutalna pacyfikacja obywatelskiego protestu przeciw prywatyzacji jednego z ostatnich zielonych punktów na mapie Stambułu – parku Gezi. Nieproporcjonalna, brutalna reakcja władz poskutkowała zmianą tematu i tonu narodowej debaty. Wówczas nie chodziło już tylko o prymat dobra publicznego nad prywatnym, ale przede wszystkim o prawa obywatelskie. Na to wszystko nałożyły się oskarżenia korupcyjne, sprowadzające się do stwierdzenia, że dzieje prywatyzacji parku Gezi są szemrane, podobnie jak kilkudziesięciu innych tego rodzaju inwestycji w ostatnich latach. Rząd Recepa Erdoğana, jakby celowo dążąc do konfrontacji, mnożył prowokacje: zakazał tradycyjnego przemarszu patriotycznego w Dzień Republiki (29 X), nakazał zdjąć flagę narodową z budynku parlamentu, wreszcie – w geście przypominającym nakaz Philippe’a Pétaina – usunął słowo „republika” z oficjalnej nazwy państwa. Uchwalane błyskawicznie ustawodawstwo obyczajowe uderzało szczególnie mocno w młodzież z zachodniej części kraju i jej liberalny styl życia. Horrendalny wzrost akcyzy równoznaczny był z pełzającą prohibicją („kto pije alkohol, jest alkoholikiem” – by przytoczyć złotą myśl szefa tureckiego rządu), zakazano nawet „publicznego okazywania czułości”.

Przełom maja i czerwca upłynął pod znakiem demonstracji – zrazu pod hasłem solidarności z aresztowanymi i pałowanymi w parku Gezi, później w imię demokratyzacji stosunków politycznych i gospodarczych oraz liberalizacji prawa obyczajowego. Protesty i walki z policją odbywały się w centralnym punkcie stolicy – na placu Taksim. Prawdziwym punktem zbornym demokratycznej opozycji szybko stał się jednak Twitter.

To właśnie za jego pośrednictwem ludzie byli informowani, gdzie gromadzą się protestujący, a gdzie policja. Łatwo można było tam znaleźć przyspieszone kursy: jak zdobyć płyn pomagający łagodzić efekty gazu łzawiącego lub gdzie znaleźć bezpieczne kryjówki przed policją. Szybko stał się on również rozsadnikiem obrazków propagujących hasła antyreżimowe. O kosmopolitycznym i głęboko osadzonym w kulturze internetowej charakterze tych wystąpień świadczy wszechobecność różnego rodzaju memów. I tak – na demonstracjach często przewijał się, parodiujący brytyjskie plakaty propagandowe z okresu II wojny światowej, mem „Keep calm…”. Tablice facebookowe i mury na ulicach pokrywały hasła takie jak „Erdoğan – Winter is Coming”, nawiązujący do serialu „Gra o Tron”. Protestujący często nosili na twarzach maski Guya Fawkesa, spopularyzowane przez film „V jak Vendetta”, a następnie Ruch Occupy. Podobnie jak w przypadku wydarzeń irańskich, media społecznościowe stały się najszybszym i często najpewniejszym źródłem informacji.

Rząd w Ankarze miał i ma nadal pełną świadomość tego, jakim zagrożeniem dla jego władzy jest przełamanie monopolu informacyjnego przez zaradnych internautów, którym asystują zagraniczni haktywiści. Recep Erdoğan w wywiadzie udzielonym Al-Dżazirze wymienił Twitter jako źródło niepokojów i narzędzie rozpowszechniania „najpodlejszych kłamstw”. Intuicyjnie każdy mógł przypuszczać, że te ostre słowa mogą stanowić preludium do zamachu na niezależność tego medium. Odpowiedź władzy była boleśnie typowa dla mentalności szefa tureckiego rządu: administracja zablokowała Twitter, a niedługo później także serwis YouTube.

Tureckie społeczeństwo obeszło blokadę tego samego dnia. Najpierw zareagował sam Twitter, przypominając o możliwości wysyłania tweetów przez SMS-y (marka ma zawarte specjalne umowy z kilkoma tamtejszymi operatorami telefonii komórkowych) – poprzedzenie wiadomości specjalnym kodem pozwala na skojarzenie numeru telefonu z kontem w medium społecznościowym i wysłanie tweeta. Kolejnym krokiem była masowa implementacja programu Tor – najpopularniejszego narzędzia do maskowania IP i lokalizacji komputera. Liczba użytkowników Tora wzrosła w Turcji z 25 tys. do 60 tys. w ciągu kilkudziesięciu godzin. Do użycia na szeroką skalę weszło także hakowanie ustawień nazw domen (DNS), umożliwiające podanie fałszywej lokalizacji urządzenia podłączonego do Sieci. Prosta operacja polegająca na wprowadzeniu kodów 8.8.8.8 lub 8.8.4.4 wystarczyła, by służby rządowe zupełnie utraciły panowanie nad tym, co dzieje się w mediach społecznościowych. Bezpieczne kody DNS można do dziś odnaleźć wymalowane na wielu stambulskich murach.

Wszystkie powyższe techniki przezwyciężania cenzury zaczęto rozpowszechniać metodami partyzanckimi. Oto kilka z nich:

  • Zabawa wspomnianym już memem „Keep calm…”, uzupełniona o logo Twittera wraz z adresem DNS pozwalającym na obejście blokady, niczym wirus udostępniana była w Sieci każdym możliwym sposobem (m.in. przez nadal otwarte kanały społecznościowe).
  • Tworzono także inne memy, np. obrazy stylizowane na wyborczy poster Baracka Obamy, zawierający slogan „Yes, we can”, tutaj przerobiony na „Yes, we ban”.
  • Aby podkreślić swój udział w przełamywaniu blokady i oporze wobec władzy, Turcy umieszczali po swoim nazwisku (na Twitterze, Facebooku, YouTube) litery CT, skrót od Türkiye Cumhuriyeti – Republika Turecka. W ten sposób protestowali także przeciw próbom rugowania republikańskiego, młodotureckiego dziedzictwa swojego kraju.
  • Turecko- i anglojęzyczne strony internetowe szybko wypełniły się instruktażami w rodzaju „Jak możesz pomóc Turkom ominąć cenzurę” (np. na „The Daily Dot”).
  • Oprócz wszechobecnego graffiti, na jednym z bloków zauważono ogromne prześcieradło z charakterystycznym adresem DNS.
  • Błyskawicznie spopularyzowany został hashtag #TwitterisblockedinTurkey.

Jaki był bilans tych przedsięwzięć? Cyfrowy tłum w Turcji pobił rekord wysłanych tweetów, „ćwierkając” przeszło 2,5 miliona razy, co oznaczało wzrost o kilkaset procent w ciągu kilkunastu godzin od nałożenia blokady! Charakterystyczny hashtag #TwitterisblockedinTurkey przepłynął przez cały świat, zwracając wszystkie oczy w stronę Turcji i decyzji premiera Erdoğana. Dwutygodniowe zmagania zakończyły się kapitulacją władz. 4 kwietnia zniesiono zakaz korzystania z Twittera. Dłużej trwał bój o YouTube, który okresowo przywracano i znowu blokowano. Definitywnie dostęp do tego serwisu Turcy odzyskali 9 kwietnia 2014 r. Zajścia te pokazują dobitnie, że w warunkach kryzysu cyfrowy tłum bardzo łatwo zachęcić do wyjścia z sieci na ulice, a za każdym nickiem czy adresem IP kryje się człowiek.

Demokracja internetowa

Błędem byłoby zakładać, że Internet i media społecznościowe mają coś do zaoferowania jedynie jako ersatz tradycyjnych mediów w autorytarnie zarządzanych państwach. Każde społeczeństwo, nawet takie, w którym zdążyły się już zakorzenić demokratyczne i pluralistyczne urządzenia, cierpi czasem na deficyt kontroli społecznej. W Korei Południowej tego rodzaju deficyt był więcej niż zauważalny.

W tym kraju pojęcie postępu zamknięto w bezpiecznych, techniczno-ekonomicznych ramach, sprowadzając je wyłącznie do kolektywnej pracy na rzecz wzrostu PKB. Przyrost jakości życia, swobód obywatelskich i sprawiedliwości społecznej rządząca elita zbywała epitetami: „ideologia”, „demagogia”, „roszczeniowość”. Ponadto nazbyt długo obawiano się, czy swobodne głoszenie tego rodzaju idei nie przysporzy popularności reżimowi z północy. Dziś brzmi to groteskowo, biorąc pod uwagę, że praktyka władzy w tym państwie, powstałym w tym samym roku, kiedy Orwell napisał „Rok 1984”, wygląda, jakby potraktowano tam ostrzegawczą powieść brytyjskiego socjalisty jako podręcznik wzorcowej organizacji państwa i społeczeństwa. Przez dekady jednak argument ten wydawał się na tyle zasadny, że wszystko, co lewicowe, choćby i najjednoznaczniej antykomunistyczne, obłożono prewencyjną anatemą.

Ceną, jaką Południe zapłaciło za prosperity, był więc – początkowo twardy, później coraz łagodniejszy – autorytaryzm. Z każdym pokoleniem malała moc argumentu o potrzebie rywalizowania z żebraczym sąsiadem władanym przez dynastię Kimów. Młodzież, wychowana przez telewizję i Internet w nie mniejszym stopniu niż przez zapracowanych rodziców, z zazdrością patrzyła na hedonizm i indywidualizm zachodniej kultury. Dostrzegała wreszcie, że Korea jest na tyle zamożna, by móc bardziej sprawiedliwie dzielić owoce wspólnej pracy, i na tyle wykształcona, by zrzucić paternalistyczną kuratelę biznesowo-wojskowego establishmentu.

Od śmierci piastującego urząd prezydenta pięć kadencji z rzędu generała Parka Chung-hee, sylwetka typowego kandydata na prezydenta Republiki wyglądała mniej więcej tak: mężczyzna, najczęściej urodzony jeszcze pod japońskim panowaniem, zachowawczy, wywodzący się co najmniej z klasy średniej, absolwent elitarnych szkół, wysoki stopniem wojskowy lub przynajmniej pomazaniec armii, dobrze żyjący z miejscowym establishmentem (tzw. klubem dżentelmenów). Kto przestał spełniać dwa ostatnie warunki, musiał się liczyć z utratą władzy.

Powolna, choć wyraźna demokratyzacja życia politycznego, narastająca od przełomu lat 80. i 90., znalazła swoją kulminację w wyniesieniu na najwyższy urząd w państwie człowieka, który nie spełniał żadnego z wymienionych warunków i którego bojkotowały wszystkie media w wyborach roku 2003. Roh Moo-hyun pochodził z ubogiej rodziny, był praktycznie samoukiem, w latach 60. brał udział w studenckiej rewolcie, zasłynął obroną studentów w procesach politycznych. Wszystko to wyglądało bardzo obiecująco z perspektywy 20- i 30-latków pragnących przemian. Największym atutem Roh był jednak fakt, że nie zlekceważył, w przeciwieństwie do konkurentów, roli Internetu w procesie wyborczym. Korea Południowa jest bardziej online niż jakikolwiek inny kraj na świecie. Przeciętny czas spędzany dziennie w Sieci przez jednego mieszkańca, odsetek mieszkańców grających w gry komputerowe online, ilość PKB wytwarzana w branży IT – we wszystkich tych statystykach Koreańczycy zajmują pierwsze miejsce. Roh epatował znajomością języka HTML, w którym tworzy się strony WWW. Wywiady z portalami internetowymi traktował nie mniej poważnie niż z wysokonakładowymi dziennikami. Zawsze był na bieżąco z tematami, które były istotne dla internautów, nawet gdy pomijały je media głównego nurtu.

Sposób, w jaki potrafił się wsłuchiwać w rejestry, którymi konkurenci zwyczajnie nie umieli operować, zademonstrował dobitnie przy okazji afery, jaka wybuchła, gdy amerykański wojskowy traktor zabił w nieszczęśliwym wypadku dwie młode Koreanki. Dla większości mediów było to zdarzenie tragiczne, ale politycznie nieistotne. Nie sposób nie wspomnieć, że podobne incydenty koreański establishment tuszował, obawiając się nadwyrężenia relacji z USA. Roh, który śledził falę oburzenia, jaka wezbrała w Sieci, wiedział, że to idealny moment, aby uderzyć. Jednym posunięciem przełamał zmowę milczenia i medialny bojkot własnej osoby. Wygłoszone przez niego wrogie wobec Amerykanów przemówienia zyskały potężny poklask. Wielu Koreańczyków uważało, że ich kraj był zbyt uległy wobec Waszyngtonu i wreszcie znaleźli polityka, który artykułował ten gniew. Wypowiedzi Roh, wiernie rozpowszechniane przez życzliwy mu portal OhmyNews, doprowadziły do największych antyamerykańskich wystąpień w historii Korei Południowej.

Slogan OhmyNews to: „Każdy obywatel jest reporterem”. Ilekroć ich kandydat tracił w sondażach, przeciwdziałali poprzez filmiki viralowe i masowe wysyłanie e-maili, w większości przez samych czytelników. Blogerzy, użytkownicy Facebooka, Twittera i YouTube’a nie pozostawali bowiem bierni. Roh wyrażał ich aspiracje. Chłopak z biednej rodziny, który dzięki własnej pracy doszedł do miejsca, z którego może rzucić wyzwanie tradycyjnym elitom i przetrwać, był dla nich inspiracją. Mieli gotową narrację. Wystarczyło kliknąć „wyślij” lub „udostępnij” – i Robin Hood został królem.

Roh umiał spłacać długi wdzięczności. Jako prezydent-elekt pierwszego wywiadu udzielił właśnie OhmyNews. Koreańskie i światowe gazety pisały o nadchodzącej „sieciokracji” (webocracy). Redakcja serwisu nie ukrywała, że odbiera zwycięstwo Roh jako własne, a ponad wszystko jak zwycięstwo Internetu nad tradycyjnymi mediami i „obywateli Sieci” nad „starymi elitami”. Nie było w tym przesady – ostatecznie kto chciałby podpaść serwisowi, który cieszy się 20 milionami odsłon dziennie w kraju zamieszkałym przez 40 mln ludzi?

Prezydentura Roh Moo-hyuna nie była jednak tak wyjątkowa, a jego władza – tak trwała. Wyniszczany przez konflikty z opozycją, pozbawiony stabilnego zaplecza politycznego, został ostatecznie pogrążony przez aferę korupcyjną, która zdyskredytowała go nawet w oczach wiernych internautów. Okrzyknięty „pierwszym internetowym prezydentem”, Roh popełnił samobójstwo 23 maja 2008 r. Tego samego dnia znaleziono list samobójczy adresowany do najbliższej rodziny. Był to plik tekstowy na dysku twardym osobistego komputera byłego prezydenta.

Cyfrowa nadzieja

Politycy w państwach demokratycznych nauczyli się korzystać z Internetu w celach informacyjnych i propagandowych. Tę samą lekcję w przyspieszonym tempie musiały odrobić ludy krajów zniewolonych. Dzisiejsze rewolucje nie różnią się tak bardzo od tych, które znamy z przeszłości. Przeniosły się one tylko na nowe płaszczyzny, w których przekaz wędruje szybciej i swobodniej, a stosunek sił w kwestii wymiany informacji jest między państwem a społeczeństwem bardziej wyrównany.

Powiada się, że im doskonalsze medium, tym błahszy przekaz. Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy tej tezy mogli tu znaleźć argumenty wspierające ich stanowisko. W swym najgorszym wydaniu kultura internetowa sprzyja przejściu od słowa do obrazka, od idei do memu, od demokracji do ochlokracji.

Sieć, ze swoją ogromną przestrzenią i zaludnieniem, anonimowością i możliwościami, jakie stwarza, przypomina miasto. Ma swoje muzea, biblioteki i galerie – ma także swoje ciemne uliczki i slumsy. Ma wreszcie swoją agorę, na której każdy może zabrać głos. Chcielibyśmy wierzyć, że tak jak wielu straciło zapał do internetowej polityki po lekturze komentarzy na dowolnym polskim portalu, tak przynajmniej część czytających te słowa odzyskała go po zapoznaniu się z historią „twitterowych rewolucji”.

Zielone dobro wspólne

Kapusta i pomidory na skwerach, pietruszka w osiedlowych zieleńcach, truskawki między blokami, a w donicach na balkonach i w skrzynkach zwisających z parapetów zioła – taka wizja miasta jest coraz bardziej popularna w Europie, gdzie prężnie rozwija się ogrodnictwo miejskie. Wisienką na torcie tego przedsięwzięcia są działki, bardzo modne nawet w bogatych krajach – niezwykłą popularnością cieszą się np. w Szwajcarii. Niestety polskie ogródki działkowe nie mogą liczyć na podobne uznanie i traktowanie przez decydentów, media i część opinii publicznej.

Ostatnio przed prywatyzacyjnymi zakusami polityków uratował je bodaj jedynie fakt, że działkowcy tworzą liczny i zmobilizowany elektorat. Poszczególnych działek jest ponad 960 tysięcy, korzysta z nich co najmniej milion osób (w praktyce doliczyć trzeba jeszcze rodzinę i znajomych działkowca), a powierzchnia zajmowana przez działki to niemal 44 tys. hektarów. Według nowej ustawy, podpisanej przez prezydenta w grudniu 2013 r., likwidowane ogródki działkowe można przeznaczyć wyłącznie na cele publiczne, a działkowcom należy się odszkodowanie za altankę i nasadzenia. Trzeba również wyznaczyć ogród działkowy w nowym miejscu. Widmo wykupywania terenów działek przez inwestorów na razie się oddaliło, chociaż Związek Miast Polskich domaga się nowelizacji ustawy, występując przeciwko ograniczaniu prawa własności gmin, które dostrzega w nowej ustawie. Spór pewnie nieprędko się skończy, zwłaszcza że wśród samych włodarzy miast nie ma zgody co do oceny ustawy obowiązującej od niedawna.

Poprzednią ustawę o ogródkach działkowych zakwestionował Trybunał Konstytucyjny, ponieważ czyniła Polski Związek Działkowców jedyną organizacją zarządzającą działkami. Obecnie działkowcy mogą zakładać pomniejsze stowarzyszenia, które zajmą się reprezentowaniem ich interesów. Mogą wiązać się z tym pewne trudności organizacyjne (np. kłopot z zebraniem liczby działkowców odpowiedniej do wystąpienia z PZD i założenia odrębnej organizacji), ale pojawia się przynajmniej teoretyczna możliwość wybrania innego zarządcy działek, której wcześniej brakowało.

Od polityki w ogródkach uciec się nie da. W końcu projekt, by najbiedniejsi, uprawiając w mieście ziemię, zbliżali się do przyrody i siebie nawzajem, przypomina realizację miejskiej utopii. Bardzo długo zresztą idea ogrodu w mieście była realizowana zgodnie z pierwotnymi założeniami, ale dzisiaj coraz częściej odstępuje się od dawnych zasad. Powinniśmy się temu przyglądać, ponieważ działki są dobrem wspólnym wszystkich mieszkańców miast, a nie tylko organizacji działkowców.

Korzenie

Pomysł, by w miastach uprawiać niewielkie ogródki owocowo-warzywne rozwijał się równolegle w kilku krajach. Pierwsze działki powstały już w XVIII w. w Danii, ale dziś ogródki kojarzą się przede wszystkim z Anglią, Francją i Niemcami. W XIX-wiecznej Anglii, zmęczonej intensywnym uprzemysłowieniem i obawiającej się masowych protestów biednej ludności, działki miały uzupełniać bardzo niskie płace robotników i umożliwić im produkcję żywności na własne potrzeby. Gdy w połowie XIX w. w Wielkiej Brytanii zakończył się proces grodzenia, a więc wywłaszczania chłopów z ziemi rolnej, działki w miastach były formą zadośćuczynienia za zniszczenie dotychczasowej struktury społecznej i za przymuszenie mas ludności do pracy w fabrykach.

Podobny zamysł przyświecał twórcom ogródków działkowych we Francji – tu zwykle nazywane były ogródkami robotniczymi albo „polami dla biednych”. W latach 30. XX w. ogródki reklamowano jako miejski odpowiednik „domków na wsi” na kieszeń robotnika. Ogródki robotnicze miały też w zamyśle stanowić element profilaktyki antyalkoholowej – wierzono, że po pracy robotnicy chętniej wybiorą zajęcia na świeżym powietrzu niż upijanie się, jeśli otrzymają taką możliwość.

Ogródki powstawały również w dziewiętnastowiecznych Niemczech. Początkowo miały być ogrodami dla dzieci, w których najmłodsi mogliby zażywać ruchu na świeżym powietrzu. W Szwecji i Szwajcarii celem zakładania działek było wzmacnianie więzi rodzinnych.

Dzisiaj ogródki są bardzo popularne m. in. w Czechach, Hiszpanii, Holandii, Szwajcarii oraz oczywiście w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Rozprzestrzeniają się nawet poza Europą – na Filipinach pierwsze działki powstały w 2003 r.

Niewątpliwym atutem działek w krajach spoza dawnego bloku wschodniego jest fakt, że nie są obciążone stereotypami o „złym pochodzeniu”, często spotykanymi w polskim kontekście. W długiej historii istnienia polskich działek okres PRL-u były jednak tylko etapem. Ogródki powstawały w Polsce już od końca XIX w., aby biedni mogli wzbogacić skromny jadłospis o płody z własnych upraw, i długo pełniły tę właśnie funkcję. W II RP tworzono je często na terenach publicznych w okresie wielkiego kryzysu gospodarczego i masowego bezrobocia. Sytuacja zaczęła się zmieniać w okresie transformacji, kiedy wiele osób rezygnowało z uprawy warzyw i owoców na działkach, zdając się na to, co dostępne w sklepach. W latach 90. z pracą na działce nie wiązał się już żaden atrakcyjny społecznie model zachowania.

Działki, lokowane dawniej na obrzeżach miast, wraz z przyrostem liczby mieszkańców i rozrostem zabudowy miejskiej znalazły się niejednokrotnie w ich centrach. Korzystne położenie ogródków jest szczególnie istotne dla tych spośród ich użytkowników, którzy nie mają możliwości wypoczynku poza miejscem zamieszkania. Do tej mało mobilnej grupy zaliczają się osoby starsze, matki z dziećmi oraz osoby o niskim statusie społeczno-ekonomicznym. To dla nich projektowane były ogródki w miastach i z ich powodu składka za korzystanie z działki jest niewygórowana.

Idea ogródka działkowego w wielu krajach Europy ma się bardzo dobrze. Niekiedy, jak np. w Niemczech, określa się powierzchnię działki, która musi być przeznaczona pod uprawę warzyw, owoców i ziół. W Polsce działkowcy coraz chętniej traktują jednak działkę przede wszystkim jako miejsce odpoczynku, sadząc na niej co najwyżej drzewka owocowe. Zamienianie działki w prywatny mini-park z grządkami kwiatów, gdzie można się do woli opalać i grillować, jest jednak niesprawiedliwe względem mieszkańców, którzy na działki „nie załapali się”, a poza tym pozbawia ogród funkcji pożytecznych dla otoczenia społecznego i środowiskowego. Rozwiązania instytucjonalne, podobne do niemieckich, pomogłyby zachować pierwotny cel działki.

Działka dla seniora i młodziaka

Chociaż coraz więcej działkowców poprzestaje na uprawach ozdobnych, wciąż istnieje silna grupa, która na działce pracuje, uprawiając warzywa i owoce. Są to głównie osoby starsze.

Z badania, które zrealizował CBOS w 2012 r., dowiadujemy się, że w sumie ponad połowa emerytów uprawia działkę lub ogród regularnie albo od czasu do czasu. Częściej działką zajmują się mężczyźni niż kobiety i mieszkańcy małych miasteczek niż dużych miast. Bardzo ważne jest również to, że na działce można tanio odpocząć – wiele starszych osób nie wyjeżdża na wakacje ani nawet za miasto, i to na działce spędzają swój wolny czas.

Starsi użytkownicy działek często opowiadają o tym, że w ogrodzie zapominają o swoich chorobach i słabościach: Ja pani powiem tak, jak ja siedzę w domu, to noga mnie gdzieś boli, krzyż mnie boli, tu coś boli. A jak przychodzę na działkę, to nic mnie nie boli. Jak dwie wanny wody napompuję, wyleję i wracam do domu zdrowa, jak nie wiem co! Można traktować ten uzdrowicielski wpływ działki z przymrużeniem oka, jednak naukowcy przekonują, że praca na działce i w ogrodzie (hortiterapia) rzeczywiście ma wysoką wartość terapeutyczną, łagodzi fizyczne i psychiczne dolegliwości, jest pomocna przy resocjalizacji. Aktywność na działce łatwo podlega zróżnicowaniu, można wykonywać zadania mniej wymagające fizycznie, dostosowywać pracę do swoich możliwości. Na działce łatwo dać też upust pomysłowości – wybierając kompozycje roślin, próbując nowych metod ochrony przed szkodnikami albo upiększając teren zgodnie z własną wizją. Poza tym praca na działce nierzadko ma zbawienny wpływ na samoocenę ogrodnika – wyhodowanie własnych pomidorów czy jabłek wzmacnia jego poczucie samodzielności. Najsędziwsi działkowcy wysiewają na działce już tylko trawę i kwiaty, ale nawet krzątanina przy niewymagających roślinach przynosi dobroczynne skutki. Do pracy w ogrodzie trzeba się zresztą mobilizować, ponieważ zarząd działek sprawdza, jak działkowcy dbają o swoje ogródki.

Dla seniorów ważne jest również to, że na działce toczy się życie społeczne. Praca na niej przynosi więcej pozytywnych skutków niż pielenie przydomowego ogródka właśnie ze względu na utrzymywanie kontaktu z innymi działkowcami. Znajomości na działkach zawiązują się wokół wspólnej pasji ogrodniczej. Użytkownicy przekazują sobie informacje o skutecznych metodach uprawy, rozszczepiania, próbują nowych metod zwalczania szkodników. Praktykę uprawiania ogrodu, podobnie jak na przykład praktykę rzemiosła, przekazuje się w działaniu, tzn. demonstrując, co i jak powinno być wykonane.

Osób młodych, do 35. roku życia, jest wśród użytkowników działek ponad 12%. Część z nich ulega modzie na sadzenie wyłącznie trawy i iglaków, ale niektórzy próbują uprawiać prawdziwy ogródek z warzywami i owocami.

Bezcenna działka

To, że wśród działkowców dominują osoby starsze, ma znaczenie dla bioróżnorodności, a więc zachowania dużej liczby różnych odmian roślin, najlepiej przystosowanych do lokalnych warunków. Dojrzałych działkowców cechuje zapobiegliwość, dlatego zbierają nasiona. Nierzadko okazuje się, że ich zasoby są niepowtarzalne, bo nasion tradycyjnych roślin nie da się już kupić. Po fali wycinania starych wiejskich sadów, która przeszła przez Polskę w ostatnich dekadach, działki są również rezerwuarem dawnych odmian drzew owocowych, np. jabłoni i grusz.

Zamiłowanie do uprawiania ziemi wykracza poza zwykłą radość z pracy fizycznej i dorodnych plonów. Działki mają dla swoich użytkowników wartość autoteliczną, której nie da się sprowadzić do prostego połączenia pracy i odpoczynku wśród zieleni. Takie gospodarowanie jest sposobem na życie, a praca w ogrodzie dla setek tysięcy Polaków stanowi główny punkt dnia od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Marek Kosmala, badacz działek, szacuje liczbę „codziennych” działkowców na 500 tys. osób, które spędzają na działce kilka godzin dziennie!

Nie da się działki niczym zastąpić, chociaż niektórzy sądzą, że podobne funkcje spełniają parki i inne publiczne tereny zielone. Park jest miejscem, gdzie można przyjść na spacer, ale nie zapewni zajęć na cały dzień: Wie pani… No ja nie będę kłamać, że to jest jakaś oaza ciszy i spokoju, idylla jakaś […] Samochody faktycznie słychać. […] W górach inaczej wypoczywam. Ale tu, w mieście, nie ma innego, równie cudownego miejsca. Park to jest park, jest tam pięknie, można posiedzieć […]. Ale tam można na chwilę usiąść i tyle.

Może jednak zamiana parków w obszary bardziej przyjazne różnym kategoriom mieszkańców sprawi, że działkowicze częściej będą spędzać czas w parku – miejscu publicznym, oraz przychylniej spojrzą na pomysł otwarcia ogrodów działkowych? Wydzielone obszary ogrodów mogłyby przecież, jak często ma to miejsce w Europie, odgrywać rolę terenów zielonych dostępnych wszystkim. Alejki wewnątrz ogrodu byłyby miejscem publicznym, a prywatną część stanowiłaby dopiero pojedyncza działka. W Polsce tylko w szczególnych wypadkach wolno osobie niebędącej działkowiczem wejść na teren ogrodu, chociaż czasami działkowcy wieszają na ogrodzeniach kosze z owocami i warzywami dla przygodnych spacerowiczów – trochę by zyskać ich przychylność, a trochę by zapobiec kradzieżom. Zwykle jednak osobie postronnej nie wolno nawet przejść przez teren ogrodu działkowego, dlatego okoliczni „bezdziałkowi” mieszkańcy nadkładają drogi. Trudno się w tej sytuacji spodziewać, by stali się oni zwolennikami działek – z ich perspektywy postrzeganymi często jako przywilej podarowany nielicznym. Z drugiej strony, im mniej zieleni miejskiej, zwłaszcza takiej, którą mogą wspólnie kształtować mieszkańcy, tym większe prawdopodobieństwo, że wśród samych działkowców będzie się pogłębiał syndrom oblężonej twierdzy, a każda osoba z zewnątrz jawiła jako intruz. Ci szczęśliwcy, którzy posiadają „własne” działki, strzegą ich bowiem tym bardziej zazdrośnie, im mniej możliwości mają pozostali miastowi, by korzystać z odpoczynku na świeżym powietrzu.

Pomysłowi otwarcia ogrodów sprzeciwia się wiele osób – nie tylko działkowców. Takiego rozwiązania nie przewiduje także nowa ustawa. Działkowcy wyjaśniają swój opór kradzieżami i dewastacjami mienia. Już dzisiaj problem ten dotyka właściwie wszystkich działkowców, mimo że ogrody są zamknięte. Co znika z działek? Warzywa i owoce w porze zbiorów, kwiaty w okresie świąt albo popularnych imienin, czasem narzędzia, ale te kradzione są rzadziej, ponieważ kosztują stosunkowo niewiele. Za to coraz częściej złodzieje, korzystając z nieuwagi działkowca pracującego w ogrodzie, kradną zegarki, portfele i telefony komórkowe pozostawione w altankach. Jednak znacznie bardziej niż kradzieży działkowcy obawiają się dewastowania działek, któremu trudno przypisać jakikolwiek sens. Patrole działkowiczów są w stanie kontrolować tylko wybrane fragmenty ogrodu, a profesjonalne systemy monitoringu są drogie. W ciągu dnia na pewno odstraszająco działa obecność sąsiada, a i samą działkę można dość nietypowo zabezpieczyć – dosłownie obrzydzić ją potencjalnym złodziejom.

Kultura odzysku

Charakterystyczne dla działkowców jest urządzanie działek niewielkim kosztem. Do dzisiaj, chociaż w dużo mniejszym stopniu niż 20–30 lat temu, na działkach wykorzystuje się niemal wszystko, co wpadnie ogrodnikom w ręce: rzeczy zużyte, odpady, półprodukty itp. Drugie życie działkowe wiodą rzeczy stare i zniszczone. Postronnych obserwatorów może to razić, bo kłóci się z koncepcją działki jako miejsca estetycznego, dobrego do odpoczynku. Taki oszczędny styl wyposażenia działki wynika czasem z niedostatku materialnego, czasem z chęci wykorzystania wszystkich dóbr do końca. Jednocześnie jest to mimowolna realizacja zasad ograniczonej konsumpcji, która poleca odnajdowanie nowych zastosowań dla przedmiotów wysłużonych.

Poza tym działka, na której widać przedmioty mające czasy świetności dawno za sobą, zniechęca do kradzieży. Ogródek idealny przyciąga złodziei, którzy spodziewają się znaleźć w altance pieniądze czy wartościowe rzeczy, więc działkowcy z rozmysłem „postarzają” swoje działki. Na skłonność działkowców do inwestowania wpływają także zakusy gmin czy inwestorów, żeby ogrody zlikwidować lub przenieść. Często są to plany nierealizowane, ale wśród działkowców w większych miastach krążą pogłoski o tym, dlaczego jakiś ogród zostanie przeniesiony, i co powstanie na jego miejscu.

Dbałość o estetykę działek nie zawsze jest korzystna z punktu widzenia dobra publicznego. Nadmierne uporządkowanie szkodzi zwierzętom i glebie. Zagrabione liście wyglądają schludnie, ale miejsce do żerowania tracą jeże, a rozłożone liście nie użyźnią ziemi. Stosunkowo łatwe w utrzymaniu tuje, świerki i inne modne iglaki mogą być trujące dla pozostałych roślin. Oczko wodne, które nie jest prawidłowo utrzymywane, sprzyja lęgnięciu się komarów. Z powodu stosowania herbicydów i insektycydów coraz rzadziej uświadczyć można na działce pożytecznych gości, takich jak ropuchy czy żaby, a inne, większe zwierzęta, kiedyś masowo odwiedzające czy zamieszkujące ogródki, pojawiają się sporadycznie. Działkowcy nadal dokarmiają jednak dzikich lokatorów, zwłaszcza zimą. Niejednokrotnie pomagają im sadząc konkretne gatunki roślin, np. specjalne odmiany krzewów, w których łatwo ukryją się małe ptaki. Ze względu na obecność dzikich zwierząt, nawet jeśli ich liczba jest dziś dużo mniejsza niż przed laty, ogródki działkowe wymykają się wizji miasta „od linijki”. Dlatego warto spojrzeć z wyrozumiałością na ich charakterystyczną estetykę i nie wymagać równania do katalogowych standardów.

Po co miastu działka?

Działki, wraz z parkami, cmentarzami czy podwórkowymi zieleńcami, współtworzą miejską zieleń. Ta zaś napowietrza miasto, obniża jego temperaturę latem oraz umożliwia spływanie wód opadowych w bezpieczny i tani sposób. Jest bardzo ważna dla mikroklimatu miasta. Z takich funkcji obszarów zielonych – także działek – korzystają wszyscy mieszkańcy. W polskich miastach mamy niestety do czynienia z epidemią „unowocześniania”, które często sprowadza się do zalewania betonem miejsc ładnych, funkcjonalnych i przyjaznych ludziom, i wydzielania na zieleń skromnego terenu w imię tworzenia miasta-salonu. Tymczasem im więcej istnieje szczelin i wyłomów w zabetonowanej strukturze, tym lepiej. Kraje Europy Zachodniej odchodzą od polityki pokrywania betonem każdego skrawka przestrzeni, a mieszkańcy nawet jej największych metropolii z dumą spędzają czas w przydomowych ogródkach, zbierając jajka od własnych kur. Taki widok nie jest niczym wyjątkowym na przykład w Londynie, którego części odróżnia od angielskiej wsi tylko gęsta sieć metra.

Myśląc o przyszłości miejskich działek warto zastanowić się, jak jeszcze mieszkańcy mogliby z nich korzystać. Produkcja żywności wydaje się najbardziej oczywistym pomysłem. Regiony, w których trudno o świeże warzywa i owoce, bo nie ma ich w sklepach, nazywa się food deserts – pustyniami żywnościowymi. W takich miejscach, np. na terenach poprzemysłowych, zaczyna rozwijać się miejska produkcja żywności. Jednak czy, zważywszy na zanieczyszczenia, produkowana w mieście żywność jest bezpieczna? Na przykład gleba w silnie zanieczyszczonej Łodzi spełnia normy dotyczące skażenia metalami ciężkimi. Ponadto rośliny różnią się odpornością na zanieczyszczenia. Na miejskiej glebie nie używa się pestycydów ani nawozów sztucznych, stosowanych powszechnie przy masowej produkcji warzyw i owoców. Kłopotem jednak nie są ani działki, ani ich usytuowanie. Polska jest drugim w Europie krajem, tuż po Bułgarii, jeśli chodzi o zanieczyszczenie powietrza. I to, a nie umiejscowienie działek czy uprawianie warzyw w miejskich parkach, jest problem, z którym powinny zmierzyć się władze. Skoro czystość powietrza i gleby jest tak zła, że nie da się na jakimś terenie uprawiać roślin jadalnych, może w ogóle nie powinni mieszkać tam ludzie?

W czasach PRL-u to działki (a nawet duże tereny zielone między blokami) rekompensowały ciasne, głośne, zbudowane byle jak mieszkania. Zdobywszy upragniony dom za miastem, ludzie nierzadko ograniczają interakcje społeczne do grona rodziny i najbliższych sąsiadów, i skupiają się głównie na odpoczynku w przydomowym ogrodzie. Czy ogródki działkowe spełniają dziś podobnie izolującą funkcję dla tych, których nie stać na wyprowadzkę za miasto? Być może coś jest na rzeczy: Jest to odskocznia od codzienności, taka izolacja od własnej rodziny. Tu człowiek o całym bożym świecie zapomina. Skupia się tylko na tym, co ma zrobić. Jestem tu do około 17.30, a potem, jak wracam do domu, mogę udać zmęczonego. Potem dostaję w zamian obiad, po czym przeglądam prasę. Potem także zastanawiam się wieczorami, co jeszcze można tam zrobić, żeby ten ogród usprawnić jakoś. I tak to życie ucieka. Ale człowiek ma przynajmniej wewnętrzny spokój, że coś zrobił.

Niektórzy działkowcy odsuwają się więc od zgiełku i codziennych problemów, ale i od rodziny, która nie podziela ogrodniczego zacięcia, od innych obowiązków, a czasem nawet od siebie nawzajem. Mają świadomość, że pracując na działce, nie robią czegoś innego. Często spotykane iglaki, sadzone gęsto wzdłuż ogrodzenia, mają zapewnić działkowcom prywatność, lecz są też komunikatem: działka należy tylko do mnie, nie podzielę się nawet jej widokiem. Na drugim biegunie są działkowcy towarzyscy – ci przeważają wśród ogrodników starszych wiekiem.

Przyszłość działek

Wielu działkowców chciałoby zabezpieczenia w postaci prawa własności. Grunty, na których znajdują się działki, należą do Skarbu Państwa albo do jednostek samorządu terytorialnego, które oddają ziemię PZD w wieczyste użytkowanie. Czy prawo własności nie kłóci się z wizją działek jako dobra wspólnego w miastach? Trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie działek, gdyby poszczególni działkowcy zdecydowali się swoje ogródki sprzedać. Dlatego potrzebne jest nie prawo własności, lecz ochronny parasol państwa i polityka miejska korzystna zarówno dla działkowców, jak i dla pozostałych mieszkańców, którzy również czerpią z korzyści z istnienia takich terenów.

W takiej polityce powinno mieścić się dbanie o to, co na działkach rośnie. Kiedyś na polskich działkach zabronione były zarówno monokultury, jak i rośliny ozdobne. Dzisiaj wpadliśmy w drugą skrajność. Działka ma być czysta i zadbana, ale nikt nie stawia wymagań dotyczących roślin i gospodarowania ziemią. Narzucane z góry regulacje mogłyby budzić sprzeciw, ale warto popierać sadzenie roślin charakterystycznych dla regionu, odpornych na choroby i szkodniki, najlepiej dostosowanych do lokalnych możliwości. Konkursy na najpiękniejszą działkę są oczywiście ważne i decydują o „działkowym prestiżu”, ale dlaczego nie poszerzyć ich o wymiar ekologiczny? Promujmy działki przyjazne wszystkim – działkowcom, pozostałym mieszkańcom miasta, roślinom i dzikim zwierzętom. Ostatecznie bowiem należą do nas wszystkich.


Wszystkie przytoczone cytaty z wypowiedzi działkowców pochodzą z: Małgorzata Szczurek, Magdalena Zych (red.), Dzieło-działka, Kraków 2012.

Bibliografia

Małgorzata Szczurek, Magdalena Zych (red.), Dzieło-działka, Kraków 2012.

Współczesne życie działkowca, audycja programu drugiego Polskiego Radia w paśmie „Rozmowy po zmroku”, 29.04.2014., http://www.polskieradio.pl/8/2222/Artykul/1113646,Ogrodki-dzialkowe-mialy-zapelnic-wolny-czas-robotnikom, dostęp 10.05.2014.

Marek Kosmala (red.), Ogrody działkowe w miastach – bariera czy wartość?,Toruń 2013.

Agata Bielska, Miejskie rośliny jadalne, „Magazyn Miasta” nr 3

Komunikat dotyczący wyników przeprowadzonego przez PZD badania pt.: Kim są polscy działkowcy w 2011 roku, publikacja 18.11.2011; http://pzd.pl/artykuly/4329/59/Komunikat-dotyczacy-wynikow-przeprowadzonego-przez-pzd-badania-pt-Kim-sa-polscy-dzialkowcy-w-2011-roku.html, dostęp 10.05.2014.

Informacja o wynikach kontroli zapewnienia warunków dla prawidłowego funkcjonowania rodzinnych ogrodów działkowych, Najwyższa Izba Kontroli, Warszawa wrzesień 2010, http://www.nik.gov.pl/plik/id,2146,vp,2668.pdf, dostęp 10.05.2014.

Komunikat KR PZD w sprawie raportu NIK, http://www.pzd.pl/archiwum/strona.php?2903, dostęp 03.04.2014.

Sposoby spędzania czasu na emeryturze, komunikat z badań CBOS, Warszawa sierpień 2012, BS/106/2012 http://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2012/K_106_12.PDF, dostęp 10.05.2014.

Poradnik TEEB dla miast: usługi ekosystemów w gospodarce miejskiej, Kraków 2011.

Zrównoważony rozwój – zastosowania 1, red. naukowa Tomasz Bergier, Jakub Kronenberg, Wrocław 2010.

Zrównoważony rozwój – zastosowania 2, Kraków 2011.

Zrównoważony rozwój – zastosowania 3, red. naukowa Tomasz Bergier, Jakub Kronenberg, Kraków 2012.

Małgorzata Minta, Jedzenie (rośnie) na mieście, „Gazeta Wyborcza”, Magazyn Świąteczny, 26–27 kwietnia 2014.

Roch Sulima, Antropologia codzienności, Kraków 2000.

Bartłomiej Kozek, Ogródki działkowe, „Magazyn Miasta” nr 2.

Air quality in Europe – 2013 report, EEA Report, no. 9/2013

Katarzyna Kajdanek, Suburbanizacja po polsku, Kraków 2012.

Żyjmy dłużej, ale lepiej – rozmowa z dr. Piotrem Szukalskim

Znaczący wzrost liczby osób starszych oznacza konieczność daleko idących zmian w systemie społecznym.

Piotr Szukalski: Radosne tendencje też bywają źródłem kłopotów, nieprawdaż? Żyjemy dłużej i są z tym różne zmartwienia. Niestety, polityki publiczne z dużym opóźnieniem reagują na szybkie zmiany. Świetnie to widać na przykładzie opieki zdrowotnej. W ciągu ostatnich dwudziestu kilku lat liczba urodzeń w naszym kraju zmniejszyła się o około 40 proc., natomiast stale przybywało seniorów. W tym okresie liczba pediatrów i oddziałów położniczych praktycznie nie uległa zmianie, tymczasem geriatria pozostaje silnie niedoinwestowana. Dlaczego tak się stało, pomijając społeczne preferencje wobec dzieci? Ponieważ przy planowaniu budżetów wychodzi się zwykle z założenia, że wszystkie działy powinny otrzymać przynajmniej tyle środków, ile w zeszłym roku, bez uwzględniania zmian w sferze potrzeb. Wszystkie inne problemy są pochodnymi niedostatecznego finansowania. Trzymając się przykładu służby zdrowia: jeśli lekarz wybierze geriatrię, ma nikłe szanse na znalezienie etatu, a w dodatku wie, że w porównaniu do innych specjalności relatywnie mało osób będzie gotowych zapłacić mu prywatnie za wizytę. Który racjonalnie myślący lekarz zdecyduje się kształcić w zakresie medycyny wieku podeszłego?

Dokładnie to samo – niedostrzeganie czy bagatelizowanie problemów, które nabiorą znaczenia za rok, dwa czy pięć lat – jest na rynku pracy. Dotyczy to również pracodawców, którzy nie myślą o tym, jak będzie on wyglądał w bliskiej przyszłości. Tymczasem władze publiczne próbują zmieniać ich mentalność po linii najmniejszego oporu. Bardzo wątpię, aby jakikolwiek skutek odnosiło plakatowanie miast czy emitowanie reklam społecznych o tym, że starszy pracownik też jest dobry. Zamiast tego należałoby docierać do pracodawców z kilkoma konkretnymi informacjami. Po pierwsze – starszy pracownik nie jest – wbrew pozorom – dużo mniej wydajny, zwłaszcza jeśli stanowisko pracy zostanie odpowiednio dostosowane. Po drugie – na rynku już za kilka lat zacznie brakować ludzi z kwalifikacjami i doświadczeniem. Po trzecie – klient, który ma 50 czy więcej lat, z różnych względów woli, aby obsługująca go osoba była w tym samym wieku. Przedsiębiorcy jakoś tego nie dostrzegają, a myślę, że takie informacje w większym stopniu wpłynęłyby na zmianę ich postaw niż najpiękniejsze programy rządowe, które starają się najzwyczajniej w świecie „kupić” pracodawców, oferując im bodźce finansowe. A przecież nie tylko pieniądze decydują o ich zachowaniu. W końcu biznes żyje przyszłością, dlatego trzeba mu pokazać, że mówi ona jasno: pracownik 50–60-letni, a nawet starszy, już niedługo będzie bardzo cenny.

Działania na rzecz zmiany mentalności są bez wątpienia potrzebne, jednak bez systemowych dostosowań do zmieniającej się sytuacji demograficznej chyba się nie obejdzie.

W ramach projektu „Wzmocnienie szans osób 50+ na rynku pracy”, realizowanego przez Centrum Rozwoju Zasobów Ludzkich i Uniwersytet Łódzki dla Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, dokonaliśmy analizy rozwiązań z innych krajów europejskich w celu znalezienia takich, które mogłyby zostać wdrożone w Polsce. Zacznijmy od kwestii, która budzi najwięcej kontrowersji, czyli od wieku emerytalnego. Dziś w Europie wszyscy pogodzili się z tym, że nie ma czegoś takiego jak stały wiek przechodzenia na emeryturę. Na przykład w Czechach dla osób urodzonych do 1977 r. wynosi on 67 lat, natomiast każdy kolejny rocznik będzie pracował o 2 miesiące dłużej w stosunku do poprzedniego. W Holandii i Włoszech również mamy do czynienia z automatycznie podnoszącą się granicą, przy zachowaniu ścisłego związku między liczbą lat składkowych a wysokością świadczenia, co ma zachęcać do jak najpóźniejszego wychodzenia z rynku pracy. Formuły służące do wyliczania wieku emerytalnego, weryfikowanego raz na kilka lat, uwzględniają przede wszystkim wzrost średniego trwania życia. Dzięki temu możliwe jest zachowanie równowagi między okresem wpłacania składek i okresem pobierania świadczeń, a więc i stałej relacji pomiędzy wynagrodzeniem a emeryturą. W przeciwnym razie konieczne byłoby jej obniżenie – albo w systemie pojawi się niedobór. Teoretycznie rzecz biorąc, można sobie wyobrazić sytuację, gdy utrzymujemy niższy – od gwarantującego zachowanie równowagi systemu emerytalnego – wiek wychodzenia z rynku pracy. Jednak byłoby to związane albo z koniecznością finansowania niedoboru długiem publicznym, albo z podniesieniem podatków, albo z obniżeniem wysokości świadczeń. Żadnego z tych rozwiązań nie da się utrzymać na dłuższą metę.

Drugą tendencją w dostosowywaniu systemów emerytalnych do procesu starzenia się społeczeństw jest tworzenie zachęt do dłuższego pozostawania na rynku pracy – takich jak instytucja emerytury częściowej. Osobom w pewnym wieku umożliwia się jednoczesne otrzymywanie części świadczenia emerytalnego oraz pracę na niepełny etat. W efekcie część seniorów, którzy nie są już w stanie pracować w pełnym wymiarze, wciąż jest aktywna zawodowo – my zaś płacimy im tylko, dajmy na to, połowę świadczenia, które uzyskiwaliby, gdyby całkowicie zrezygnowali z wykonywania pracy. Polskie prawo również przewiduje taką możliwość, ale jest ona bardzo słabo spopularyzowana i rzadko stosowana.

Jak dotąd wylicza Pan rozwiązania mające zmusić lub zachęcić seniorów do jak najdłuższego pozostawania na rynku pracy. Ale dla wielu z nich problemem jest raczej znalezienie czy utrzymanie zatrudnienia i „dopracowanie” do wieku emerytalnego…

Dlatego potrzebne są rozwiązania ukierunkowane także na inne podmioty rynku pracy. W Hiszpanii pracodawcy są zachęcani do utrzymywania miejsc pracy osób w wieku przedemerytalnym poprzez stopniowe obniżanie przypisanych do nich składek na ubezpieczenie społeczne. Przykładowo: jeśli ktoś ma wiek niższy o 4 lata w stosunku do tego uprawniającego do przejścia na emeryturę, zakład pracy zapłaci za niego składkę od wynagrodzenia obniżoną o 20%, w następnym roku już o 40% i tak dalej. A gdy taki ktoś osiągnie wiek emerytalny i nadal będzie pracował (nie pobierając świadczenia), pracodawca w ogóle niech nie płaci składki. Myślę, że warto rozważyć wprowadzenie w Polsce podobnego rozwiązania, bo jest ono korzystne dla pracowników, pracodawców oraz, wbrew pozorom, z punktu widzenia finansów publicznych. Strata związana z niższymi składkami jest przecież mniejsza niż oszczędności związane z niewypłacaniem emerytury, zasiłku dla bezrobotnych czy świadczenia przedemerytalnego, w zależności od sytuacji danej osoby.

Jesteśmy świadkami wyłaniania się nowej polityki rynku pracy, świadomej kilku nieoczywistych kwestii. Po pierwsze – działania powinny być w większym stopniu ukierunkowane na ludzi pracujących, przewidując problemy i starając się im zapobiec. Przyjęło się koncentrować wysiłki na bezrobotnych, zwłaszcza długotrwale, tymczasem gdy się ma 57 czy 60 lat, to bardzo trudno wrócić na rynek pracy – bardziej skuteczne są działania pozwalające z niego nie wypaść. Po drugie – powoli coraz lepiej zdajemy sobie sprawę, że działania na rzecz osób starszych powinny przede wszystkim polegać na działaniach… na rzecz osób młodszych. Bo u ponad 50-letniego pracownika bez aktualnych kompetencji informatycznych „luka technologiczna” raczej nie pojawiła się nagle, lecz narastała przez dekadę lub dwie. Dlatego interwencje zaczynamy lokować coraz wcześniej, wychodząc z założenia, że jeśli nie będziemy w stanie skutecznie działać na rzecz czterdziestolatków, to zapewne nie uda nam się to w odniesieniu do pięćdziesięciolatków.

Kraje skandynawskie, mające najlepsze osiągnięcia w kwestii zatrudnienia osób starszych, swoją pozycję osiągnęły dzięki skutecznym modelom szkoleń dla 40–50-latków. Ich organizowaniem zajmują się związki zawodowe w porozumieniu z pracodawcami. Program jest dostosowany do potrzeb zakładów pracy i kompetencji pracowników, więc znacznie zwiększa szanse na znalezienie zatrudnienia w przypadku jego utraty – na analogicznym lub podobnym stanowisku. Na dodatek temu modelowi kształcenia coraz częściej towarzyszy wprowadzanie bodźców mających zachęcić pracowników do uczestnictwa. Rozwiązanie występujące póki co tylko w Holandii, ale według mnie bardzo ciekawe, polega na obowiązkowych odpisach pracodawcy na fundusz podnoszenia kwalifikacji pracowników. Część środków trafia na indywidualne konta pracownicze, jednak nie można ich wziąć do kieszeni, a jedynie „wydać”, uczestnicząc w szkoleniu – jeśli w określonym czasie nie zrobi się tego, wówczas przepadają. W związku z tym pracownik jest zainteresowany udziałem, bo nic nie boli tak jak świadomość, że tracimy pieniądze, które się nam należą. Podobne działania w długim okresie mają przyczynić się do tego, aby ludzie zostawali dłużej na rynku pracy nie dlatego, że czują się zmuszeni, lecz ponieważ sami czują, iż jeszcze mogą wykonywać swoje obowiązki, a ich pracodawcy mają pewność, że faktycznie tak jest.

Nowoczesna polityka rynku pracy kładzie coraz większy nacisk właśnie na udostępnianie przedsiębiorcom wiedzy na temat tzw. zarządzania wiekiem. Władze publiczne starają się im wyjaśniać, dlaczego starsi pracownicy są cenni, ale także dostarczać praktycznych informacji, jak umożliwiać takim osobom kontynuowanie kariery zawodowej. We Francji niektóre elementy zarządzania wiekiem są obowiązkowe, aczkolwiek pracodawca ma możliwość rezygnacji z tych działań, w zamian przeznaczając równowartość 1 proc. funduszu płac na specjalny fundusz aktywizacji zawodowej seniorów.

W wielu przypadkach dalszą pracę uniemożliwia nie brak aktualnych kwalifikacji, lecz zły stan zdrowia. Był to jeden z najmocniejszych argumentów przeciwko podniesieniu wieku emerytalnego.

Dłuższe trwanie życia i wyższy wiek przechodzenia na emeryturę oznaczają konieczność zmian w systemie rehabilitacji zawodowej. Obecnie od momentu pierwszej wizyty poważnie chorej osoby u lekarza do momentu rozpoczęcia rehabilitacji mija z reguły od 10 do 14 miesięcy, tymczasem nierozwiązany problem zdrowotny uniemożliwia wykonywanie pracy zazwyczaj już po pół roku, co prowadzi do konieczności starania się o świadczenie rentowe zamiast chorobowego. Rozwiązanie, jak łatwo się domyślić, jest tylko jedno. Całkiem niedawno Szwedzi mieli podobny kłopot i uporali się z nim, przeznaczając przez dwa lata duże dodatkowe kwoty na zlikwidowanie kolejek, tak by od pojawienia się dolegliwości do przejścia przez komplet specjalistycznych badań mijało maksymalnie kilka tygodni. To był świadomy wybór priorytetów w ramach systemu opieki medycznej.

W krajach wysoko rozwiniętych polityka aktywizacji osób starszych coraz częściej oddziałuje na karierę zawodową za pomocą oddziaływania na inne sfery życia. Dotyczy to zwłaszcza „kariery zdrowotnej”, czyli stanu zdrowia jednostki, oraz „kariery rodzinnej”. Przecież bardzo często dojrzały pracownik jest jednocześnie opiekunem wnuków albo chorego współmałżonka czy rodzica. Próbuje się zatem budować rozwiązania uwzględniające różne role rodzinne i ułatwiające wykonywanie związanych z nimi obowiązków, np. zachęcając pracodawców do wprowadzania schematów zatrudnienia umożliwiających pracę w niepełnym wymiarze czasu czy w nietypowych godzinach.

Jakie inne rozwiązania mogą uczynić przedsiębiorstwo bardziej przyjaznym dla seniorów?

Niezwykle istotne jest dostosowywanie stanowisk pracy, co świetnie widać nawet w przypadku zajęć biurowych. Problemy z krążeniem sprawiają, że osoby starsze rzeczywiście bywają trochę mniej wydajne, jednak ta różnica zanika po podniesieniu o 1,5–2 stopnie temperatury w pomieszczeniach, w których pracują. Trzeba zapewnić lepsze oświetlenie, czasami także przystosować siedziska i inne elementy „twardej infrastruktury” do ograniczeń osób cierpiących na określone problemy zdrowotne.

Niezbędne są również rozmowy z pracownikami pomagające im zaplanować karierę. Muszą być świadomi, jakie działania powinni podjąć, jeśli chcą zostać w firmie 7 czy 10 kolejnych lat, oraz jaka będzie wysokość ich świadczeń przy przejściu na emeryturę w wieku 62, 65, 67, 68 lat. Po to, żeby pracownik mógł dokonać samodzielnego, ale przemyślanego wyboru, zaś pracodawca miał pewność, że warto inwestować w daną osobę, np. sfinansować jej dodatkowe szkolenia. Tego rodzaju działania są prowadzone na Zachodzie i uchodzą za skuteczne.

Myślę, że większości czterdziestokilkulatków wciąż brakuje świadomości, iż muszą przygotować się do pracy przez jeszcze 20–30 lat, w zmieniających się realiach zawodowych, zdrowotnych, społecznych itd. Pierwsza rzecz, która mi przychodzi do głowy, to przeprowadzenie akcji uświadamiającej: „Zastanów się, czy nie warto zrobić bilansu swoich kompetencji i stanu zdrowia. Jeśli uznasz, że tak – tutaj masz 15 krótkich pytań, które ci w tym pomogą”. Po to, żeby ludzie zdali sobie sprawę z własnych braków, z tego, że należałoby podnieść pewne kompetencje lub nabyć nowe. Być może części z nich trzeba uzmysłowić, że niestety pracują w branżach schyłkowych albo w zawodach, które za 15 lat na pewno nie dadzą im utrzymania. Bo jak już wcześniej mówiliśmy, najbardziej skuteczne są działania ukierunkowane na pracujących, modyfikujące ich zachowania, dzięki czemu będą mogli zachować ciągłość zatrudnienia. W przypadku osób starszych pracodawcy najbardziej boją się bowiem długiej przerwy w pracy.

Myślę, że taka akcja byłaby relatywnie tania. Narzędzi ułatwiających planowanie kariery zawodowej czy zmianę zawodu jest mnóstwo, przeznaczyliśmy na ich powstanie setki milionów czy nawet miliardy publicznych złotych z Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Niektóre z nich są sensowne, ale niewykorzystane – kończy się projekt i „umierają”, po to tylko, żeby w następnym projekcie, nieco zmodyfikowane, znów zostały zastosowane na bardzo ograniczoną skalę. Warto wybrać najlepsze rozwiązania, zgromadzić w jednym miejscu (w dwóch pulach: dla starzejących się pracowników oraz dla pracodawców) i zrobić tylko jedną, solidną kampanię – uświadamiania. To, czego nam potrzeba, to zachęcenie ludzi, żeby z nich skorzystali.

Przykładem kraju, który prowadzi świetną politykę informacyjną, jest Francja. Mają wspaniałą stronę internetową o sytuacji osób starszych znajdującą się na portalu tamtejszego ministerstwa pracy. Jeśli ktoś jest, dajmy na to, pracodawcą starającym się o wsparcie w zatrudnieniu pracownika 60+, nie tylko dowie się z niej wszystkiego na ten temat, ale także prosto i szybko załatwi za jej pośrednictwem wszelkie formalności, bez konieczności wizyty w jakimkolwiek urzędzie. Natomiast u nas na stronach urzędów pracy mamy zazwyczaj skopiowany fragment Dziennika Ustaw, więc trzeba wczytywać się w ileś tam rozwiązań i jeszcze znaleźć wyjaśnienie, co to znaczy „zgodnie z definicją z art. 7 ust. 1”. We Francji ludzkim językiem jest napisane, na co można liczyć jako pracodawca lub pracownik, a gdy wypełnimy króciutki formularz i klikniemy na mapce miejscowość, w której mieszkamy, możemy przestać się przejmować: dokument został złożony. Kiedy ludzie wiedzą, że pewne działania są tak łatwe, zachęca to do ich podejmowania. Często wystarczy skonstruować odpowiednie narzędzie i zadbać o czytelne podanie niezbędnych informacji.

Cały czas podkreśla Pan znaczenie budowania świadomości oraz ułatwiania dostępu do wiedzy. Co jednak z „twardszymi” rozwiązaniami, zapewne nierzadko wymagającymi znacznych nakładów finansowych?

Istotna oraz niedoceniana wydaje mi się kwestia zwiększania kompetencji technologicznych osób w średnim wieku. Powiedzmy sobie szczerze: Polacy koło pięćdziesiątki, zwłaszcza nieposiadający wyższego wykształcenia i mieszkający poza największymi miastami, są zazwyczaj na bakier z nowymi technologiami. Co więcej, często nie rozumieją ich znaczenia, podobnie zresztą jak władze publiczne. Te ostatnie wydają się nie dostrzegać, że to, co dzisiaj określamy jako wykluczenie cyfrowe, w przyszłości będzie oznaczało daleko idącą marginalizację w podstawowych sferach życia społecznego. Boję się, że w pewnym momencie duży odłam społeczeństwa nie będzie miał – z powodu nieumiejętności posługiwania się nowoczesnymi rozwiązaniami technicznymi – dostępu do wielu informacji i usług, a przynajmniej będzie zmuszony korzystać z nich po wyższym koszcie.

Niezbędne jest także inwestowanie w rozwój instytucji kształcenia przez całe życie. Cechą wspólną dobrych rozwiązań w tej sferze jest to, że zachęcają do uczestnictwa. Jeśli chodzi o osoby aktywne zawodowo, to bardzo mi się podoba model holenderski, o którym wspominałem. Zachętą może być również odpowiednie planowanie szkoleń. Czterdziesto-, pięćdziesięcio- oraz sześćdziesięciolatkowie mają zupełnie inny sposób uczenia się, co wynika m.in. z różnej szybkości reagowania na bodźce. Co więcej, słuchaczom w pewnym wieku wiedzę powinno się przedstawiać bardziej kontekstowo, w powiązaniu z ich życiowym doświadczeniem. Dlatego nauka jest najbardziej efektywna w grupach w miarę jednolitych pod względem wieku. Tym bardziej że dochodzą do tego inne czynniki – zobrazuję je na przykładzie z innej sfery. Moja koleżanka z pracy, która kilka lat temu przeszła na emeryturę, chodziła na zajęcia fitness. Po pewnym czasie jednak zrezygnowała, mimo że bardzo jej na nich zależało. „W mojej grupie były prawie same dwudziesto- i trzydziestolatki. Atmosfera niby była dobra, ale jakoś tak czułam, że jestem nie na miejscu, zwłaszcza kiedy zrobiłam coś wolniej niż one”. Myślę, że w wielu wypadkach szkolenia, jeśli nie są specjalnie zaprojektowane, sprawiają, że człowiek nie ma już ochoty na następne.

Natomiast w przypadku osób, które zakończyły aktywność zawodową, w związku z czym ich edukacja nie ma czysto utylitarnego charakteru, kluczowe jest prowadzenie zajęć w sposób jak najbardziej interesujący i mobilizujący do nabywania nowych umiejętności, niekoniecznie przydatnych w życiu codziennym. W odniesieniu do takich osób edukacja ma bowiem nieco inne cele – przede wszystkim powinna aktywizować do udziału w życiu społecznym. Moje doświadczenia potwierdzają, że studenci Uniwersytetów Trzeciego Wieku często przychodzą pół godziny przed zajęciami. Są one dla nich okazją, żeby wyjść z domu, elegancko się ubrać… Również dla mojego starszego rodzeństwa ciotecznego uczestnictwo w tego typu wykładach dwa razy w tygodniu jest traktowane jak małe święto. Trzeba się przygotować, przemyśleć harmonogram na cały dzień, wcześniej wstać, żeby zdążyć przygotować obiad. Uczestnictwo w instytucjach, w ramach których można jednocześnie trochę poszerzyć horyzonty i spotkać się z innymi, układa seniorom czas, aktywizuje i poprawia samopoczucie.

Do jakiego stopnia decydenci zdają sobie sprawę z tego, jak ważne są działania na rzecz seniorów? Czy można mówić o kompleksowej i długofalowej strategii w tym zakresie?

Pod koniec ubiegłego roku rząd przyjął założenia polityki senioralnej, wobec których mam mieszane uczucia. Trudno zresztą, żeby było inaczej, gdyż jestem przeciwnikiem prowadzenia polityki senioralnej jako takiej. To, czego nam potrzeba, to przemyślana polityka wobec całego cyklu życia jednostki. Tym bardziej że gdy prowadzone są jakieś nadzwyczajne działania adresowane do osób starszych, zawsze bardzo się boję, iż wszyscy odczytają je bardzo prosto: „oni muszą być w tragicznej sytuacji, więc najwidoczniej są tacy jacyś inni”. Amerykanie stworzyli na to specjalny termin: compassionate ageism (współczujące dyskryminowanie ze względu na wiek).

Trzeba jednocześnie przyznać, że ostatnie lata przyniosły odczuwalny wzrost zainteresowania instytucji publicznych problemami tej grupy. Wydaje mi się, że pierwszy był śp. Janusz Kochanowski, poprzedni rzecznik praw obywatelskich. Powołał on zespół ekspercki, w którym miałem okazję pracować, w celu przeglądu stanu przestrzegania praw seniorów w różnych sferach. Te działania są kontynuowane przez obecną panią rzecznik, Irenę Lipowicz. Bardzo ważnym wydarzeniem był rok 2012, który Unia Europejska ogłosiła rokiem aktywnego starzenia się oraz solidarności międzypokoleniowej. Z tej okazji zaczęto prowadzić chociażby – z początku pokazowe, żeby nie było niedomówień – działania mające wspierać obywatelskość seniorów. Powstał Rządowy Program na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych (ASOS), którego budżet stopniowo wzrasta, oraz Departament Polityki Senioralnej w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej, odpowiedzialny m.in. za przygotowanie wspomnianych założeń polityki senioralnej.

Jeśli chodzi o sam dokument, to jest on sprzeczny wewnętrznie (np. pojawiają się w nim trzy różne granice wieku senioralnego) i zajmuje się nie do końca wiadomo czym („aktywnym starzeniem się”? osobami starszymi?). Sprawia niestety wrażenie, jakby powstał na podobnej zasadzie jak wiele innych „strategii”: opiszmy w jednym miejscu wszystkie już prowadzone działania w danej sferze i nazwijmy je jakoś ładnie, np. „polityką wobec”, nie przejmując się specjalnie, czy tworzą one razem jakąś spójną całość.

Coś jednak zaczyna się dziać. Do decydentów dotarło wreszcie może nie tyle to, że społeczeństwo się starzeje, ile że starzeją się wyborcy. Bardzo dużą rolę odgrywa też polityka Unii Europejskiej, która jednoznacznie podkreśla choćby to, że umożliwienie aktywności zawodowej po 60. roku życia jest kluczowe dla trwałości rozwoju i długookresowej stabilności finansów publicznych. Patrząc z tej perspektywy, Bruksela odwala dla nas kawał dobrej roboty, zmuszając do przyjmowania rozmaitych dokumentów. Nieraz mają one fasadowy charakter, ale – chcąc nie chcąc – uruchamiają procesy, które prędzej czy później powinny przynieść owoce. Tymczasem musimy zdawać sobie sprawę, że gdyby nie upór i nieformalne kontakty kilkunastu osób, to np. program ASOS czy Kongres Uniwersytetów Trzeciego Wieku nigdy by nie zaistniały…

Realia stopniowo wymuszają zajęcie się problemami seniorów, a z drugiej strony młodych rodziców czy absolwentów wchodzących na rynek pracy. Tymczasem jakby zniknęły nam z oczu osoby w średnim wieku.

Przyjmuje się, że pewne grupy mają małe problemy czy wręcz nie mają żadnych. W polskich realiach uchodzą za nią 40–50-latkowie, przede wszystkim relatywnie dobrze wykształceni mężczyźni. Rzeczywiście, osoby w tym wieku są z reguły na szczycie kariery zawodowej, co oznacza również względnie przyzwoite zarobki. Przeważnie pozbyły się większości problemów związanych z wychowaniem własnych dzieci, a nie są jeszcze obarczone pomocą w opiece nad wnukami. Dopiero od niedawna polityki publiczne zaczynają powoli dostrzegać, że w ich przypadku ważnym obciążeniem, zasługującym na wsparcie, jest konieczność udzielania opieki rodzicom, teściom, małżonkom czy starszemu rodzeństwu, którzy mają poważne problemy zdrowotne.

Jest jeszcze jedna praktycznie niedostrzegana grupa: osoby 80+. Nawet w polityce senioralnej specyfika ludzi najstarszych, w zdecydowanej większości wymagających codziennego wsparcia, jest uwzględniona bardzo słabo. A to już nie jest starsza matka, która potrzebuje pomocy przy większych zakupach czy wieszaniu firanek. Trzeba przygotować obiad, zrobić bieżące zakupy (bo ta osoba raczej już nie wychodzi z domu, przynajmniej w niesprzyjającą pogodę) i tak dalej. Za mało myśli się o tym, że liczebność wspomnianej grupy będzie niezwykle dynamicznie rosnąć, zwłaszcza po roku 2025. Boję się, że jeśli zawczasu nie zaczniemy się do tego przygotowywać, nie będziemy w stanie w żaden sposób rozwiązać towarzyszących temu problemów. Co prawda można mieć nadzieję, że z pomocą przyjdzie nam gerontechnologia, czyli różnego rodzaju rozwiązania techniczne wspomagające samodzielność. Tyle że jeśli dzisiaj nie zainwestujemy w sześćdziesięciokilku- i siedemdziesięciokilkulatków, oswajając ich z nowoczesnymi technologiami, to później za żadne skarby nie nauczymy osiemdziesięciokilkulatków, jak z nich korzystać…

W ten sposób wracamy do tego, co wielokrotnie przewijało się przez naszą rozmowę: konieczna jest całościowa polityka wobec człowieka posuwającego się po linii życia.

Dziękuję za rozmowę.

Łódź, 16 stycznia 2014 r.

Rok niełatwy – do oceny

Rok Rodziny, ogłoszony w 2013 r. przez polski rząd, przyniósł sporo praktycznych zmian, poczynając od urlopów rodzicielskich, a kończąc na przygotowaniu programu „Mieszkanie dla młodych”. Pojawiło się wiele zapowiedzi i projektów, ale także zaniechań i błędów. Jaki zatem obraz wyłania się z rządowych poczynań? Co władza – przedstawiając ów czas jako pasmo sukcesów na niwie rodzinnej – pominęła? Co warto rozważyć i naprawić w przyszłości?

Przy ocenie polityki rodzinnej nie da się zignorować normatywnego układu odniesienia, czyli spojrzenia na nią pod kątem wartości i celów. Niżej podpisanemu bliskie jest w tej sprawie podejście socjaldemokratyczne, przy czym jego poszczególne założenia wydają się nieobce także zwolennikom innych perspektyw. Co się na nie składa? Przede wszystkim przeświadczenie, że polityką na rzecz rodziny powinny kierować takie wartości jak równość, solidarność i wolność.

Za hasłem równości idą postulaty wyrównywania materialnych warunków życia polskich rodzin, zapewnienia im równego dostępu do podstawowych dóbr i usług (zdrowotnych, opiekuńczych, edukacyjnych itd.), stworzenia równych możliwości uczestnictwa w życiu społecznym dla wszystkich, bez względu na status rodzinny, promocja równości obojga rodziców w sferze zawodowej i rodzinnej (ograniczenie wpływu ról rodzinnych na szanse odnalezienia się na rynku pracy).

Jeśli chodzi o solidarność, ważne jest wsparcie dla rodzin wychowujących dzieci, w tym wzmożone wsparcie dla rodzin o szczególnych potrzebach wynikających z niepełnosprawności, ubóstwa lub innych trudnych sytuacji życiowych.

Z kolei wolność możemy tu rozpatrywać w kontekście umożliwiania ludziom decydowania, w jakim stopniu chcą się oddać opiece, a w jakim pracy, w jakiej formie i zakresie chcą korzystać z instytucji opiekuńczych i wspierających. Ten układ odniesienia miejmy na uwadze, analizując konkrety polityki na rzecz rodziny.

Działania rządu w Roku Rodziny trudno zamknąć w kalendarzowych ramach. Niektóre decyzje, brzemienne w skutki, zostały podjęte jeszcze w 2012 r., by skonkretyzować się w roku następnym, jak choćby nowe zasady przyznawania niektórych świadczeń opiekuńczych czy uprawnienia do becikowego. Inne zaś, choć przyjęte w 2013 r., zaczęły obowiązywać w roku 2014, jak program „Mieszkanie dla Młodych”. Kalendarzowo w Rok Rodziny najdokładniej wpisują się wprowadzenie urlopów rodzicielskich oraz zmiany organizacyjne i finansowe w zakresie udostępniania opieki przedszkolnej i żłobkowej. To od nich warto więc zacząć wędrówkę po polityce rodzinnej.

Polityka rodzinna obejmuje bardzo rozległy obszar. Obok działań dedykowanych wszystkim rodzinom, jak urlopy i zasiłki rodzicielskie, opieka nad małym dzieckiem i regulacje w zakresie stosunków pracy, składają się na nią także poczynania adresowane do osób w trudnej sytuacji rodzinnej, jak przeciwdziałanie przemocy w rodzinie i organizacja pieczy zastępczej. Nie sposób omówić je wszystke, wobec czego skupię się na kilku wymiarach, szczególnie tych, które stanowiły główny przedmiot politycznej agendy, oraz tych, w których rząd w mojej opinii poniósł fiasko, a wymagających wdrożenia pilnych i kompleksowych zmian w najbliższym okresie.

O działaniach rządu na rzecz rodziny można dowiedzieć się z portalu rodzina.gov.pl oraz pomniejszych, poświęconych konkretnym obszarom: rodzicielski.gov.pl i zlobki.mpips.gov.pl. Już same nazwy portali wskazują na to, co było w minionym okresie emblematem polityki rządu, chętnie przezeń przywoływanym. Istnienie tego typu platform informacyjno-komunikacyjnych jest rzeczą dobrą, ułatwia zorientowanie się w zmieniającym się systemie i sprawniejszą jego obsługę. Zarazem jednak wiedza stamtąd płynąca jest siłą rzeczy niekompletna, nie pokazuje działań rządu w sposób krytyczny, a także pomija mniej chlubne aspekty polskiej polityki rodzinnej.

Więcej publicznej opieki

Jednym z najważniejszych instrumentów nowoczesnej polityki rodzinnej jest upowszechnianie dostępu do opieki przedszkolnej i żłobkowej. Za pomocą tego typu działań można jednocześnie osiągnąć zróżnicowane cele: ułatwienie godzenia obowiązków opiekuńczych z zawodowymi, stymulowanie rozwoju dziecka poprzez integrację w grupie rówieśniczej, wczesne identyfikowanie i ograniczanie deficytów rozwojowych dzieci oraz wyrównywanie szans dzieci o różnym statusie społecznym. Należy pamiętać, że zinstytucjonalizowana opieka nad małym dzieckiem nie zastępuje opieki ze strony rodziców, ale ją uzupełnia, tak by rodzice mogli realizować się również w innych rolach, a dziecko mogło stopniowo przyzwyczajać się do przebywania w otoczeniu innym niż domowe. Ułatwiając godzenie życia rodzinnego z zawodowym, pośrednio osiąga się i inne cele, np. zmniejszenie ryzyka ubóstwa rodzin z dziećmi, gdy rodzic nie musi wycofywać się na długi czas z rynku pracy. Ponadto dostęp do usług opiekuńczych skłania do częstszych decyzji prokreacyjnych, gdyż zmniejsza obawę, że wychowywanie dziecka będzie oznaczało poważne trudności w sferze zawodowej. Wszystko to prowadzi do wniosku, że tworzenie dostępu do opieki nad małym dzieckiem powinno stanowić ważne wyzwanie publiczne. Czy jest tak w istocie?

Dekady po transformacji były niestety okresem zapaści publicznej opieki przedszkolnej, a w jeszcze większym stopniu żłobkowej, w efekcie czego znaleźliśmy się na ostatnich miejscach wśród krajów UE w kategorii udziału dzieci w systemie opieki we wczesnej fazie życia. Ostatnie lata, poczynając od pierwszej kadencji rządów PO-PSL, przyniosły tu zmiany na lepsze.

Wiązało się to po części z korzystnymi zmianami legislacyjnymi, pozwalającymi na otwieranie nie tylko przedszkoli, ale także – łatwiejszych do założenia i prowadzenia – klubów i punktów przedszkolnych, uruchamianych np. przy oddziałach szkolnych. Kroki te miały duże znaczenie dla obszarów peryferyjnych, zwłaszcza wiejskich, gdzie możliwości zakładania i prowadzenia placówek opieki przedszkolnej są szczególnie ograniczone. Pewną rolę odegrały w tym procesie także środki unijne. Należy jednak pamiętać, że we wspomnianym okresie wzrost poziomu uprzedszkolnienia był w ogromnej mierze spowodowany rozwojem instytucji prywatnych oraz (częściowo także w ramach edukacji przedszkolnej prowadzonej przez samorządy) odbywał się przy dużym udziale kosztów ponoszonych bezpośrednio z kieszeni rodziców. Dla wielu z nich stanowi to bardzo duże obciążenie, a niekiedy warunek zaporowy, ograniczający możliwości korzystania z przedszkolnej oferty. Ostatni rok rozpoczął zmianę sytuacji w słusznym kierunku.

Od września 2013 r. ustawowo obniżono opłaty dla rodziców za pobyt dziecka w przedszkolu. Czas pobytu bezpłatnego ustala gmina, ale nie może on wynosić mniej niż 5 godzin dziennie, zaś każda kolejna godzina nie może kosztować więcej niż złotówkę. Ponadto od tego roku wszystkie dzieci pięcioletnie i sześcioletnie mają zagwarantowane miejsce w przedszkolach. Od września 2014 r. zasada ta ma objąć każde dziecko czteroletnie, a w 2015 r. również dzieci trzyletnie. Obowiązek zapewnienia takiej opieki ma spocząć na gminach.

Jeśli chodzi o finansowanie, to na ten cel została przygotowana specjalna dotacja, z której – pod warunkiem zagwarantowania rodzicom odpowiednio niskiej opłaty – mogą skorzystać także placówki niepubliczne. Wspomniane działania należy ocenić zasadniczo pozytywnie. Prowadzą one do dwóch powiązanych ze sobą zjawisk – zwiększenia dostępu i zmniejszenia indywidualnych kosztów ponoszonych przez rodziców.

Równie istotne – i idące w podobnym kierunku – są działania na rzecz opieki nad dzieckiem do lat 3. Przed kilkoma laty przyjęto tzw. ustawę żłobkową, która miała utorować drogę dla rozwoju różnych form opieki nad dzieckiem w pierwszych latach życia. Po pierwsze – zliberalizowano przepisy dotyczące wymogów w związku z zakładaniem i prowadzeniem żłobków, które dotychczas były dość wyśrubowane, wzorowane na standardach, jakie muszą spełniać placówki opieki medycznej. Po drugie – powołano nowe, alternatywne dla tradycyjnych żłobków formy opieki: klubik dziecięcy i opiekun dzienny, a także stworzono prawne i finansowe bodźce do legalnego zatrudnienia niani, które z reguły (również obecnie) wykonują swoją pracę w szarej strefie. Realizację ustawy miał wspierać uruchomiony i kontynuowany w kolejnych latach ministerialny program „Maluch”, w ramach którego przekazywano z budżetu dotacje na zakładanie żłobków. Warto przy tym wspomnieć o zmniejszeniu udziału wkładu własnego samorządu przy staraniu się o wsparcie z programu „Maluch” z dotychczasowych 50 proc. do 20 proc. Działania te można uznać za korzystne, gdyż oznaczają zwiększenie odpowiedzialności państwa za zapewnianie rodzinom z małymi dziećmi dostępu do usług opiekuńczych.

Urlop rodzicielski czy dłuższy macierzyński?

Innym sztandarowym projektem rządu w ubiegłym roku było rozszerzenie uprawnień urlopowych związanych z rodzicielstwem. Służyło temu wprowadzenie tzw. urlopu rodzicielskiego, czyli dodatkowych miesięcy płatnego urlopu ponad przysługujące w ramach urlopu macierzyńskiego, a możliwych do wykorzystania przez oboje rodziców.

W czerwcu 2013 r. weszła w życie zmiana Kodeksu Pracy i niektórych innych ustaw. W jej wyniku rodzice dysponują dziś łącznie 52 tygodniami urlopu, na co składają się:

  • 20-tygodniowy urlop macierzyński (z czego 14 tygodni po porodzie zarezerwowanych jest tylko dla matki),
  • 6-tygodniowy urlop macierzyński dodatkowy,
  • 26-tygodniowy urlop rodzicielski.

Z dwóch ostatnich rozwiązań mogą na równych prawach korzystać matka i ojciec dziecka. Oprócz tego istnieje jeszcze 2-tygodniowy urlop ojcowski.

Rodzicielskie uprawnienia urlopowe przysługują niestety tylko pracownikom zatrudnionym w oparciu o umowę o pracę. Jest to warte podkreślenia, gdyż w warunkach polskich duża część osób wykonuje pracę zawodową na podstawie znacznie gorzej chronionych form pozakodeksowych.

Wspomniane zmiany przedstawiano jako wyraz troski państwa o rodziny z dziećmi. Jednak duża część środowisk jeszcze przed wejściem zmian w życie wskazywała na zagrożenia. Eksperci z Instytutu Spraw Publicznych argumentowali, że bez silniejszych zachęt do korzystania z urlopów ze strony ojców prawo to może okazać się szkodliwe dla ochrony kobiet na rynku pracy. Przede wszystkim dlatego, że dłuższy urlop, także w części teoretycznie nieprzysługującej matkom (ale w praktyce najczęściej przez nie wykorzystywanej), może oznaczać ryzyko ich dłuższej absencji w zakładzie pracy. To zaś może okazać się sygnałem dla potencjalnego pracodawcy, by patrzeć jeszcze mniej przychylnym okiem na zatrudnianie kobiet w wieku prokreacyjnym. Pojawia się ryzyko, że krok ten przełoży się w skali mikro na jeszcze większe trudności młodych kobiet w odnalezieniu się na rynku pracy. Ten sam argument podaje dr D. Szelewa z Fundacji ICRA. Wskazuje przy tym, że także cel promowania dzietności niespecjalnie osiąga się tą drogą. Jako przykłady podaje Czechy i Węgry – kraje o bardzo długich urlopach, które borykają się, podobnie jak Polska, z niskimi współczynnikami dzietności.

Nastawieni krytycznie do ostatecznej konstrukcji prawa do urlopu rodzicielskiego sugerują wprowadzenie, wzorem np. krajów skandynawskich, tzw. daddy quota,czyli części urlopu przeznaczonej wyłącznie dla ojca dziecka. W razie jego niewykorzystania ta część urlopu przepadałaby, co silniej motywowałoby mężczyzn do kontaktu z dzieckiem, zaś dla pracodawcy ryzyko przy zatrudnieniu mężczyzn i kobiet byłoby bardziej zrównoważone. Niestety na ten krok się nie zdecydowano.

Becikowe

Z początkiem 2013 r. weszły w życie zmiany w becikowym, czyli prawie do jednorazowej zapomogi z tytułu urodzenia dziecka. Zachowano jej dotychczasową wysokość na poziomie 1000 zł, ale wprowadzono kryterium dochodowe uprawniające do korzystania z pomocy. Co ciekawe, nie pokrywa się ono z kryteriami dochodowymi uprawniającymi do świadczeń rodzinnych lub pomocy społecznej (czyli odnoszącymi się do rodzin niezamożnych i ubogich), lecz jest ustanowione na poziomie 1922 zł netto… na osobę w rodzinie, poniżej którego becikowe nie przysługuje. Z grubsza biorąc, nie ma więc odsiać ubogich od nieubogich, jak w innych świadczeniach opartych na kryterium dochodowym, lecz niebogatych od bogatych. Trudno o jednoznaczną ocenę tego kroku.

Warto przypomnieć, że pierwotnie planowano wprowadzenie progu dochodowego przy przyznawaniu becikowego, ale zaoszczędzone środki miały być przeznaczone na zwiększenie świadczenia dla uboższych. Tak się jednak nie stało. Działanie takie nie było zatem sposobem na przekierowanie pieniędzy od bogatszych do uboższych, lecz na szukanie oszczędności budżetowych.

Pozostawienie wysokości becikowego na stałym poziomie od czasu wprowadzenia tego świadczenia oznacza realny spadek jego wysokości, gdyż w międzyczasie koszty życia wzrosły. Jednocześnie wprowadzenie kryterium dochodowego rodzi szereg utrudnień proceduralnych. Wymaga czasu – zarówno ze strony starających się o świadczenie, jak i służb weryfikujących uprawnienie. Zasoby kadrowe i czasowe można by spożytkować znacznie rozsądniej.

Oprócz becikowego istnieje jeszcze wsparcie z tytułu urodzenia dziecka, skierowane do rodzin niezamożnych jako dodatek do zasiłku rodzinnego. To świadczenie również wynosi 1000 zł i, podobnie jak becikowe oraz pozostałe dodatki do zasiłku rodzinnego, nie było od lat waloryzowane. Można zatem powiedzieć, że realna wartość wsparcia z tytułu urodzenia dziecka w ostatnich latach – w tym w 2013 r. – spadła.

Problemem jest jednak nie tyle wysokość pomocy materialnej z tytułu samego urodzenia dziecka, ile zakres pomocy materialnej związanej z jego wychowywaniem. Podwyższone w związku z narodzinami koszty życia rodziny to nie jednorazowe obciążenie, lecz stały czynnik ekonomiczny, który towarzyszy przez kolejne lata wychowywania dziecka. Dlatego warte rozważenia wydawałoby się nie zwiększenie becikowego, ale modyfikacja go w taki sposób, żeby było mniejsze, lecz wypłacane w sposób ciągły, np. kwartalnie, w wysokości 500 zł przez cały okres dzieciństwa lub przez pierwsze lata życia dziecka.

Ubogie wsparcie ubogich rodzin

Ważnym i wciąż nierozwiązanym problemem pozostaje ubóstwo rodzin z dziećmi, od lat występujące w Polsce na dużą skalę, często przybierające skrajną postać.

Można zapytać, czy w obliczu tego zagadnienia i niespadającej stopy ubóstwa przedsięwzięto odpowiednie kroki. Odpowiedź jest o tyle trudna, że warunki materialne rodzin, a zatem także zagrożenie ubóstwem, zależą od większej liczby czynników niż tylko od dostępności i poziomu świadczeń adresowanych do rodzin, które już znalazły się w ubóstwie. Zaliczają się do nich nie tylko struktura płac, stopy zatrudnienia i bezrobocia, ale także czynniki pośrednie, jak dostęp do usług opiekuńczych nad dzieckiem, warunkujące realne możliwości pozostawania obojga rodziców – choćby w pewnym wymiarze – na rynku pracy, co przekłada się na dochody rodziny. Możliwości godzenia pracy z opieką, przywoływane już przy okazji omawiania zmian w dostępie do opieki żłobkowej i przedszkolnej, w części związane są z prowadzoną polityką publiczną w wymiarach regulacyjnym i finansowym, ale zależą także od aktywności podmiotów pozapaństwowych, np. postaw pracodawców lub podmiotów decydujących się świadczyć na rynku usługi opiekuńcze.

W zakresie wpływu państwa kierunek poczynań rządu można ocenić pozytywnie. Gdy idzie o sytuację rodzin na rynku pracy, wpływ państwa jest również pośredni i całościowy bilans jego roli wymagałby szerszego omówienia. Dlatego mówiąc o przeciwdziałaniu ubóstwu rodzin, odniosę się jedynie do wsparcia socjalnego dla rodzin niezamożnych. Nie stanowi ono podstawy, ale konieczne uzupełnienie polityki państwa na rzecz rodziny w sytuacji, gdy dochód z pracy nie pozwala na zaspokojenie potrzeb.

W Polsce wsparcie odbywa się w takich przypadkach głównie poprzez system świadczeń rodzinnych, a konkretnie poprzez zasiłek rodzinny i dodatki do niego. Są to świadczenia przeznaczone dla rodzin niezamożnych. Polityka rządu na tym polu od lat nie przedstawia się imponująco, a ostatni rok nie przyniósł zmian, co może sugerować, że rząd nie dostrzega wagi problemu braku środków do życia w niejednej polskiej rodzinie.

Zarówno wysokość zasiłku, dodatków do niego, jak i kryterium dochodowe do nich uprawniające są wciąż na niskim poziomie. W związku z tym krąg odbiorców wsparcia jest zawężony (część niezamożnych rodzin przekracza kryterium i znajduje się poza systemem pomocy), zaś beneficjenci systemu otrzymują niewiele, co nie pozwala im wydźwignąć się z ubóstwa i wykluczenia. Wprawdzie pod koniec 2012 r. nieznacznie podwyższono kryteria dochodowe (do 529 i 623 zł netto na osobę w rodzinie) oraz kwotę zasiłku (w zależności od wieku dziecka 77–115 zł), ale nie są to zmiany satysfakcjonujące.

Po pierwsze – wspomniana podwyżka jest jedynie rekompensatą nagromadzonych zaległości. Ustawa o świadczeniach rodzinnych mówi o cyklicznej weryfikacji wysokości zasiłku, której przez lata, powołując się na trudności budżetowe, nie przeprowadzano. Podwyżka powinna mieć miejsce znacznie wcześniej, a w 2012 r. nastąpić kolejna, co się nie stało. Po drugie – wysokość zasiłku sprzed podwyżki była niska w relacji do potrzeb. Wobec tego przydałoby się jego zwiększenie o znacznie wyższą kwotę. Po trzecie – to samo można powiedzieć o samym progu dochodowym. Nadal pozostaje on na tak niskim poziomie, że krąg rodzin uprawnionych do zasiłku niedostatecznie pokrywa się z rzeczywistym zapotrzebowaniem na materialne wsparcie.

Po czwarte – nadal nie podniesiono dodatków do zasiłku rodzinnego. Ustawa wyróżnia siedem jego rodzajów: z tytułu urodzenia dziecka, posłania dziecka do szkoły, rehabilitacji i kształcenia dziecka niepełnosprawnego, nauki poza miejscem zamieszkania, przebywania na urlopie wychowawczym, wychowywania dziecka w rodzinie wielodzietnej oraz samotnego wychowywania dziecka. Poza dodatkiem z tytułu urodzenia dziecka (1000 zł) wysokość wszystkich pozostałych dodatków nie przekracza 100 zł, co oznacza, że są one na poziomie bardzo niskim, nieadekwatnym do kosztów, jakie mają pokrywać. Ich dalsze niepodnoszenie sprawia, że realne wsparcie, jakie mają w założeniach stanowić, jest coraz skromniejsze.

Również w przypadku świadczeń pieniężnych z pomocy społecznej mamy do czynienia z problemem niskich progów i świadczeń, co zawęża krąg uprawnionych oraz oznacza jedynie symboliczną zapomogę. Wysokość progu dochodowego ma tu nie mniejsze znaczenie niż w przypadku świadczeń rodzinnych, gdyż zależy od niej wysokość zasiłku (obliczana jako różnica kryterium dochodowego i dochodu rodziny) oraz możliwość korzystania z innych programów wsparcia, np. „Wyprawka szkolna”, stypendium szkolnego i programów dożywiania.

Niedostateczne wsparcie rodziny w kryzysie

Nierozwiązanym problemem pozostaje to, że ubóstwo rodzin wciąż często stanowi przesłankę do odbierania dzieci rodzicom. Z formalnego punktu widzenia nie sama bieda, ale zagrożone dobro dziecka może być powodem decyzji o odebraniu go rodzicom. Jednak w praktyce granica ta się zaciera. Przede wszystkim skrajna bieda sama w sobie ogranicza warunki rozwoju dziecka, a często, choćby z uwagi na warunki lokalowe, także jego bezpieczeństwo. Ponadto życie w biedzie i wykluczeniu może sprzyjać rozwojowi dysfunkcji w życiu rodzinnym, które ostatecznie doprowadzą do rozdzielenia rodziców i dzieci, zazwyczaj z ogromną emocjonalną dla nich stratą. To zagrożenie jest kolejnym argumentem na rzecz znacznie bardziej intensywnego i kompleksowego podejścia do zapewnienia rodzinom z dziećmi godziwych warunków życia. Często jednak rozwiązania nie stanowią tylko transfery pieniężne czy zapewnienie odpowiedniego lokum, gdyż wykluczenie bywa wielowymiarowe. Dlatego konieczne jest również podjęcie działań reintegracyjnych i pozwalających przezwyciężać życiowe problemy materialne i pozamaterialne. Od niemal trzech lat obowiązuje ustawa o wsparciu rodziny i pieczy zastępczej, która zawiera instrumenty wsparcia rodziny w kryzysie, głównie poprzez instytucję tzw. asystentów rodzinnych. Warto zapytać, jak zmienia się skala ich wykorzystania, i czy były to zmiany na lepsze.

W Sejmie mówiła o tym wiceminister pracy i polityki społecznej Elżbieta Seredyn: W 2012 r. zatrudniono 2,1 tys. asystentów rodziny, którzy są zupełnie nowym narzędziem wsparcia rodziny wychowującej dzieci. Z pracy asystentów rodziny skorzystało w 2012 r. ok. 19 tys. rodzin. W przypadku ponad połowy rodzin, z którymi zakończono w roku sprawozdawczym pracę, została ona uwieńczona sukcesem, co oznacza pozostawienie dzieci we własnym środowisku rodzinnym. […] Natomiast, co warto podkreślić, w I połowie 2013 roku zatrudnionych było już 2486 asystentów rodziny, a więc tylko w ciągu 6 miesięcy ich liczba zwiększyła się o 19%. […] Zatrudnianie asystentów rodziny w znacznej mierze jest dofinansowane ze środków budżetowych. W 2012 roku przekazano na ten cel kwotę 17,5 mln zł. Stanowi to 45 proc. ogółu wydatków na ten cel w 2012 r. Dzięki temu dofinansowano zatrudnienie blisko 1200 asystentów, tj. ok. 57% ogółu asystentów zatrudnionych w 2012 r. Z usług asystentów skorzystało w 2012 r. 18947 rodzin.

Kierunek działań wydaje się korzystny, co sugerują coraz większa liczba asystentów i rodzin korzystających z ich wsparcia, oraz duży udział państwa w finansowaniu tej instytucji. Wspomniane liczby pokazują jednak, że wciąż daleko do powszechności wykorzystania tego instrumentu. Poszczególne przypadki, gdy z przyczyn społecznych lub, co gorsza, socjalnych dziecko zostaje rozłączone z rodziną, przekonują, że w tej materii wciąż jest wiele do zrobienia.

Istnieją jednak okoliczności, w których stanowcza interwencja, mogąca skończyć się nawet odebraniem (czasowym lub trwałym) dziecka, wydaje się uprawniona. Chodzi mianowicie o sytuacje, gdy zachodzi przemoc w rodzinie, rozumiana zarówno jako bezpośrednie znęcanie się, jak i rażące zaniedbanie dziecka. Miniony rok nie przyniósł istotnych zmian, lecz unaocznił – za sprawą kontroli NIK – słabości polityki państwa. W komunikacie Najwyższej Izby Kontroli czytamy: W ocenie NIK zmienione w 2010 i 2011 roku przepisy nie polepszyły dotąd sytuacji ofiar przemocy w rodzinie. Okazuje się, że odpowiednie instytucje wciąż mają problemy ze sprawnym udzieleniem pomocy. Przewlekłe i zbiurokratyzowane procedury działają demotywująco zarówno na ofiary, jak i na tych, którzy chcą im pomóc. I dalej: Nowa procedura „Niebieskie Karty” jest nadmiernie zbiurokratyzowana i czasochłonna. Zdaniem NIK może to zniechęcać osoby pokrzywdzone do zgłaszania przypadków przemocy. Zgodnie ze zmienionymi przepisami poszkodowane osoby wzywane są na spotkanie zespołu interdyscyplinarnego lub grupy roboczej, gdzie przed szerokim audytorium muszą opowiedzieć o tym, co je spotkało. Wezwania kierowane przez zespoły interdyscyplinarne są często ignorowane przez sprawców, zespoły nie mają bowiem żadnych narzędzi, aby wyegzekwować od nich przybycie. W konsekwencji zmniejsza się odsetek ujawnianych przypadków przemocy w rodzinie. Tymczasem skala zjawiska nie maleje, bowiem liczba interwencji domowych pozostaje praktycznie niezmieniona.

Raport wskazuje również na nieskuteczność obecnej formuły działania zespołów interdyscyplinarnych ds. przeciwdziałania przemocy. Wyniki kontroli NIK wskazują, że utworzenie zespołów interdyscyplinarnych i grup roboczych opóźnia pomoc dla rodzin dotkniętych przemocą. Wcześniej działania podejmowała sama Policja, i to w terminie nieprzekraczającym siedmiu dni od zgłoszenia problemu. Obecnie organem decydującym o terminie wizytacji nie jest już Policja, ale zespół interdyscyplinarny. Przepisy jednak nie precyzują terminów spotkań zespołów. W dodatku ich uczestnicy – najczęściej osoby aktywne zawodowo – nie otrzymują żadnej rekompensaty za poświęcony czas. Taki stan rzeczy sprawia, że mimo niemałego zaangażowania wielu ludzi, zespoły interdyscyplinarne nie działają efektywnie.

Jak z tego wynika, zarzuty nie dotyczą wyłącznie nieprawidłowości w stosowaniu prawa, ale odnoszą się do mechanizmów przewidzianych ustawą. Ich usprawnienie wydaje się pilnym zadaniem dla rządu.

Niewystarczająca pomoc dla rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi

Słabą stroną dotychczasowej polityki rodzinnej są działania na rzecz rodzin z niepełnosprawnymi dziećmi. To grupa, która jest w sposób szczególny zagrożona ubóstwem i wykluczeniem społecznym, co wynika z kilku równocześnie występujących przesłanek. Po pierwsze – niepełnosprawność dziecka lub jego przewlekła choroba rodzą dodatkowe koszty związane z leczeniem, rehabilitacją, specjalnym kształceniem, transportem itd. Tym samym w rodzinie dziecka niepełnosprawnego o danym poziomie dochodów duża ich część przeznaczana jest właśnie na finansowanie specjalnych potrzeb, wobec czego pula środków na te codzienne – jak wyżywienie, zabawki czy opłaty mieszkaniowe – ulega uszczupleniu. Po drugie – niepełnosprawność dziecka w wielu przypadkach oznacza dla jego opiekuna ograniczenia udziału w rynku pracy, wobec czego kurczy się dochód uzyskany z zatrudnienia. Tam, gdzie nie ma dodatkowego żywiciela (np. w postaci drugiego rodzica), redukuje się on do zera, co uzależnia poziom dochodu rodziny od niewielkich świadczeń społecznych. Po trzecie, pojawienie się niepełnosprawności dziecka– w szczególności głębokiej, trwającej od urodzenia – powoduje obciążenia psychiczne pozostałych członków rodziny, co nie tylko ogranicza wydajność ich pracy (o ile nadal ją podejmują) i zmniejsza dochód, ale też zwiększa prawdopodobieństwo rozpadu rodziny. Wiele rodzin z niepełnosprawnymi dziećmi to rodziny monoparentalne, gdzie dzieci wychowuje najczęściej samotna matka. Istnieje zatem szereg powiązanych czynników, które silnie zwiększają ryzyko ubóstwa i wykluczenia w tego typu rodzinach. Można je jednak łagodzić poprzez kompleksową politykę w tym zakresie. Czy jest ona prowadzona?

Ustawa o świadczeniach rodzinnych przewiduje zasiłek pielęgnacyjny dla podopiecznego i świadczenie pielęgnacyjne dla rodzica, który rezygnuje z pracy, aby zająć się opieką. Kwota zasiłku pielęgnacyjnego, niewaloryzowana od 10 lat, to zaledwie 153 zł. Ze wzrostem kosztów życia jej realna wartość spada. Niestety do tej pory nie zaproponowano, a tym bardziej nie zrealizowano projektów, które naprawiałyby to rażące zaniedbanie.

Również kwota świadczenia pielęgnacyjnego do niedawna przedstawiała się skromnie. Od kwietnia 2013 r. wynosi ona – wraz z 200 zł podwyżki w ramach rządowego programu – 820 zł. Wiele wskazuje jednak na to, że do wspomnianej podwyżki nie doszłoby (albo stałoby się to później) bez marcowego, kolejnego już, protestu rodzin osób niepełnosprawnych. Działania rządu w tym obszarze następowały z reguły pod wpływem presji społecznej. W styczniu 2014 r. zorganizowano protest pod znamiennym hasłem: „Jestem niepełnosprawny – jestem głodny”. Ponieważ nie przyniósł on wymiernych skutków, protestujący zdecydowali się pod koniec marca na bardziej radykalne kroki – głośny protest okupacyjny kilkorga rodziców w Sejmie, trwający ponad dwa tygodnie. Jego wynikiem było przyjęcie nowelizacji ustawy o świadczeniach rodzinnych, zgodnie z którą od maja tego roku świadczenie pielęgnacyjne wzrosło do 800 zł (przy zachowaniu 200 zł z rządowego programu), a do początku 2016 r. ma zrównać się z wysokością płacy minimalnej. Wprowadzono też mechanizm jego stałej waloryzacji.

Zwiększenie wysokości świadczenia nie było jednak jedynym postulatem tego środowiska, oczekującego debaty wokół kwestii składających się na całościowy system wsparcia. Chodzi tu o sprawy refundacji leków, wysokości zasiłków pielęgnacyjnych i rent socjalnych, zasad wykorzystywania subwencji oraz finansowania pomocy naukowych i sprzętu rehabilitacyjnego. Jakkolwiek wiele przywołanych tu problemów wiąże się z poziomem finansowania, to jednak całościowa polityka na rzecz rodziny z dzieckiem niepełnosprawnym wymaga podjęcia działań nie tylko zwiększających ilość pieniędzy, ale również reformujących jakość działania instytucji i prawa w obszarze rynku pracy, opieki zdrowotnej i edukacji. Wtedy polityka publiczna nie tylko chroniłaby przed ubóstwem, ale także służyła społecznemu i – w miarę możliwości – zawodowemu włączeniu osób niepełnosprawnych i ich opiekunów oraz normalizacji ich funkcjonowania w środowisku. Samo podniesienie świadczenia pielęgnacyjnego tego nie gwarantuje, a gdy przysługuje ono tylko opiekunom całkowicie rezygnującym z pracy, jego większa wysokość może sprzyjać życiowym strategiom zawodowej dezaktywizacji i bardzo intensywnemu oddaniu się długoterminowej opiece ze strony rodzica, co nie zawsze służy jej jakości.

W okresie trwania protestu uruchomiona została społeczna kampania społeczna „Jestem mamą. Nie rehabilitantką. Jestem tatą. Nie terapeutą”, wskazująca na potrzebę przemodelowania systemu wsparcia tak, by rodzic opiekujący się niepełnosprawnym dzieckiem nie musiał robić tego kosztem wszystkich innych ról społecznych. Niestety, w analizowanym okresie taka perspektywa nie znalazła wyrazu w prowadzonej polityce państwa. Polityka rządu okazała się bardzo niemrawa, o czym świadczy brak zdecydowanych działań w roku 2013, a w kolejnym – działania wycinkowe, wymuszane presją i w istocie będące jedynie gaszeniem pożarów, a nie tworzeniem podstaw pod stabilne warunki życia rodzin z niepełnosprawnymi.

Wykluczenie opiekunów osób dorosłych i starszych

Nie lepiej wygląda sytuacja rodzin osób, które niepełnosprawność dotknęła już w okresie dorosłości. Większość tej grupy stanowią opiekunowie osób starszych, ale zaliczają się do niej również sprawujący opiekę nad osobami, których upośledzenie nastąpiło w wyniku wypadku czy choroby w wieku produkcyjnym. Status społeczno-ekonomiczny tej grupy pogorszył się w minionym roku drastycznie, co stanowi chyba największe obciążenie dokonań rządu. Jeszcze u schyłku 2012 r. w życie weszła zmiana ustawy o świadczeniach rodzinnych pozbawiająca niepracujących zawodowo opiekunów dorosłych osób niepełnosprawnych prawa do dotychczas otrzymywanego świadczenia pielęgnacyjnego (utrzymano je tylko dla opiekunów osób niepełnosprawnych od dziecka).

Jako substytut wprowadzono tzw. specjalny zasiłek pielęgnacyjny, stanowiący wsparcie zdecydowanie mniej korzystne. Nie tylko jeśli chodzi o kwotę – 520 zł. Przede wszystkim dlatego, że ów zasiłek obwarowano licznymi, trudnymi do spełnienia kryteriami, które w praktyce wykluczyły wielu faktycznych opiekunów z możliwości korzystania z niego, a zarazem pozbawiły ich dotychczasowego zabezpieczenia emerytalno-rentowego i zdrowotnego. Trudnym do spełnienia kryterium okazał się dochód na poziomie 623 zł na osobę, którego wprowadzenie oznaczało, że przekroczenie owego progu dochodowego choćby o kilka złotych nie daje podstaw do otrzymania wsparcia. Innym uciążliwym kryterium okazała się konieczność wykazania rezygnacji z pracy ze względu na sprawowanie opieki, co uderzyło w osoby wcześniej niepracujące (np. bezrobotne lub nieaktywne zawodowo ze względu na opiekę nad inną osobą zależną). W efekcie zastosowania tych progów około 150 tys. osób zostało nie tylko bez świadczenia pielęgnacyjnego, ale i bez niższego specjalnego zasiłku pielęgnacyjnego. Dopóki otrzymywali świadczenia, organ wypłacający odprowadzał za nich składki na ubezpieczenia emerytalno-rentowe i zdrowotne. Gdy tytuł do świadczenia wygasł, składki przestały być odprowadzane. W rezultacie ogromna liczba ludzi została nie tylko bez środków do życia, ale także bez elementarnych praw społecznych. Trzeba pamiętać, że mowa tu o grupie, statystycznie rzecz biorąc, w wieku wczesnej starości lub u jej progu, z problemami zdrowotnymi. Ponadto sama opieka – zwłaszcza bez pomocy zewnętrznej – często prowadzi do izolacji, przeciążenia i wypalenia, w konsekwencji do wzrostu ryzyka utraty zdrowia, a nawet samodzielności.

Wykluczeni opiekunowie, jak sami o sobie mówią, rozpoczęli długą i wyczerpującą walkę w obronie swoich praw. Punktem zwrotnym był wyczekiwany wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 5 grudnia 2013 r., który stanowił, że państwo, odbierając wspomnianej grupie prawo do świadczeń pielęgnacyjnych, złamało konstytucję, a mówiąc ściślej – naruszyło zasady zaufania do państwa i zachowania praw nabytych. W wyroku tym zobowiązano ustawodawcę, żeby bez zbędnej zwłoki dostosował prawo do treści wyroku. Mimo nakazu bezzwłocznego działania prace nad zmianami zaczęły się przeciągać. Ustawę, mającą naprawić szkody, Sejm przyjął dopiero na początku kwietnia 2014 r. Jej kształt budzi zastrzeżenia środowiska opiekunów, kwestionujących jej zgodność z wyrokiem, oraz faktyczność powrotu do odebranych uprzednio praw. Ustawa nie przywróciła bowiem wcześniej otrzymywanego świadczenia pielęgnacyjnego, a jedynie zasiłek dla opiekuna w wysokości 520 zł. Tymczasem wysokość świadczenia pielęgnacyjnego znacznie wzrosła, zwłaszcza jeśli dodamy do tego 200 zł z rządowego programu. Pobierającym zasiłek dla opiekuna te podwyżki nie przysługują. W opinii zainteresowanych jest to kontynuacja, zapoczątkowanego we wcześniejszych latach, dzielenia środowiska, prowadzącego do nierównego traktowania osób opiekujących się niesamodzielnymi bliskimi. W świetle wspomnianych zmian ustawowych część opiekunów rezygnujących z pracy i niespełniających kryterium dochodowego nie kwalifikuje się nadal do żadnej z form wsparcia, w tym powiązanych z nimi ubezpieczeń zdrowotnego i emerytalno-rentowego. Ustawodawca jest głuchy na argument, że grupa ludzi pozostaje nie z własnej winy wielowymiarowo wykluczona.

Warto wspomnieć, że cały rok 2013, zwłaszcza jego druga połowa, a także pierwsza połowa roku 2014, to czas walki o przetrwanie tej grupy oraz wyczerpujących, intensywnych starań reprezentacji opiekunów, aby odzyskać odebrane środki. Rozpaczliwym wyrazem ich zmagań był wielotygodniowy protest przed siedzibą Sejmu. Z pozycji obserwatora, i po części uczestnika, mogę przyświadczyć towarzyszącym protestowi rozczarowaniom oraz poczuciu permanentnej niepewności i niestabilności. Doprowadzenie do wykluczenia grupy tak słabej i tak dotkniętej przez los niesamodzielnością bliskich jest jedną z większych porażek rządu i jedną z największych kompromitacji polityki społecznej na rzecz rodziny w ciągu ostatnich lat.

Podsumowanie

Obraz polityki rodzinnej w minionym roku i zarazem ogólnie w latach rządów koalicji PO-PSL nie jest jednoznaczny. Z pewnością jest o wiele mniej korzystny, niż to wynika z treści dostępnych na oficjalnych platformach promujących dokonania władzy.

Poproszony kilka lat temu przez redakcję „Zielonych Wiadomości” o głos podsumowujący dokonania PO w dziedzinie polityki rodzinnej, doszedłem do następującego wniosku: o ile polityka ta znacznie lepiej chroni rodziny w wymiarze rozmaitych usług wspierających, o tyle słabością jest materialny wymiar życia polskich rodzin. Tamta uwaga wydaje mi się aktualna. Faktycznie poprawił się dostęp do usług opiekuńczych i zwiększyło się wsparcie w środowisku życia, ale wciąż bardzo dużo rodzin żyje w niedostatku, a niewiele podjęto działań, by temu skutecznie zapobiec. Najsłabszym ogniwem polskiej polityki rodzinnej pozostało właśnie wsparcie najsłabszych – rodzin w kryzysie wychowawczym, materialnym bądź wywołanym chorobą lub niepełnosprawnością. Mając w pamięci tę uwagę i cały uprzedni wywód, spróbujmy raz jeszcze wskazać osiągnięcia i słabości polityki rządu w omawianym okresie.

Dość mocną stroną jest zwiększenie zaangażowania państwa we wsparcie usługowo-opiekuńcze dla rodzin z małymi dziećmi. Podjęto w tej dziedzinie działania na rzecz zwiększenia dostępności oraz zmniejszenia ciężaru finansowego opieki nad dziećmi najmłodszymi (w wieku do 3 lat) i w wieku przedszkolnym. Szczególnie uwidacznia to zapis gwarantujący 5 godzin bezpłatnej opieki przedszkolnej i bardzo niewielką odpłatność za godziny dodatkowe. Jest to krok przełomowy na drodze wprowadzanie cywilizowanych standardów w Polsce, zgodnie z którymi dostęp do opieki i edukacji na poziomie przedszkolnym jest społecznym prawem obywatelskim. Kolejne lata mają przesunąć prawo do korzystania z opieki przedszkolnej na jeszcze młodsze dzieci, co jest perspektywą pomyślną. Warto zauważyć, że wraz z przypisaniem nowych uprawnień najmłodszym obywatelom i ich rodzicom przekazano na ten cel środki z budżetu. Jest to również dobry znak. Dotychczas – także w poczynaniach obecnie rządzących – częstą praktyką było zapisywanie co do zasady słusznych praw, ale brakowało transferu pieniędzy na ich realizację. Zwłaszcza aktorzy polityki rodzinnej i społecznej niejednokrotnie mogli się o tym przekonać. Zresztą ta słabość – reformowanie bez pieniędzy – jest nadal widoczna na innych odcinkach polityki wobec rodziny. Dobrym przykładem jest funkcjonowanie na mocy ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie interdyscyplinarnych zespołów, które wskutek braku gratyfikacji bywają mało skuteczne.

Znacznie mniejszym entuzjazmem napawa druga ze sztandarowych reform, czyli wprowadzenie urlopów rodzicielskich. Choć zasadniczo polityka wsparcia rodzicielstwa, a nie tylko macierzyństwa, jest słuszna, to jednak w obecnej postaci może okazać się przeciwskuteczna. Istnieje przecież ryzyko, że wprowadzone urlopy rodzicielskie będą w praktyce zbyt często zamieniały się w wydłużone urlopy macierzyńskie, a to z kolei może uderzyć w sytuację kobiet na rynku pracy. I to nie tych, które świadomie wybierają dłuższy pobyt z dzieckiem (do czego mają prawo), lecz tych, które wbrew własnej woli mogą za sprawą obaw pracodawców nie otrzymać szansy zatrudnienia. Wprowadzenie urlopów rodzicielskich można by uznać za krok we właściwym kierunku, gdyby istotnie wzmocniono bodźce motywujące ojców do korzystania z uprawnień urlopowych (np. pod postacią daddy quota).

Słabą stroną polityki rodzinnej pozostaje wsparcie rodzin niezamożnych i w trudnej sytuacji życiowej. Tu władza nie może poszczycić się osiągnięciami. Zasiłki rodzinne i z pomocy społecznej oraz progi uprawniające do nich pozostały na niskim poziomie. Wielu potrzebujących w ogóle nie korzysta z materialnego wsparcia, a osoby, którym się to uda, otrzymują kwoty bardzo niskie, niepozwalające na godne życie choćby na skromnym poziomie. Kształtowanie kryteriów uprawniających do wsparcia wymaga daleko idącej rewizji. Radykalnemu podniesieniu powinny ulec także zamrożone progi uprawniające do zasiłku rodzinnego. Część z nich być może powinna funkcjonować jako niezależne od kryterium dochodowego dla zasiłku rodzinnego osobne świadczenia, adresowane do rodzin w szczególnych sytuacjach. Należy też nadal rozwijać sieć wsparcia usługowego dla rodzin w kryzysie, czemu mogą przysłużyć się asystenci rodzinni.

Inną słabością, która pogłębiła się w minionym roku, jest wsparcie dla rodzin opiekujących się niepełnosprawnymi. Mimo długiej walki zainteresowanych i obietnic rządzących czas ten nie został należycie wykorzystany ani na istotne podniesienie świadczeń dla rezygnujących z pracy rodzin niepełnosprawnych dzieci, ani na stworzenie kompleksowego programu wsparcia rodzin dzieci z niepełnosprawnością, który obejmowałby na przykład opiekę wytchnieniową lub wyższe zabezpieczenie emerytalno-rentowe na wypadek śmierci. Nie stworzono też prawnych ani ekonomicznych mechanizmów pozwalających godzić pracę zawodową z opieką. Według obecnej wiedzy takie potrzebne zmiany nie nastąpią także w nadchodzących miesiącach. Polityka publiczna nie zabezpieczyła również bytu rodzinom z osobami starszymi pod opieką. Ba, grupa ta uległa na skutek nieroztropnych działań prawnych jeszcze głębszemu wykluczeniu. Zostali bez środków, ubezpieczenia zdrowotnego i emerytalnego. Właśnie trwa proces naprawiania szkód, ale wiele wskazuje na to, że w najbliższym czasie nie wszyscy pokrzywdzeni zostaną objęci wsparciem.

Widać zatem, że jeśli chodzi o modernizację polskiej polityki rodzinnej – zwłaszcza w wybranych jej obszarach – jeszcze wiele przed nami.

Jednomandatowe problemy wyborcze

Spór o kształt systemu wyborczego trwa w Polsce nie od dzisiaj. Chociaż największe siły polityczne już nie zaprzątają sobie tym tematem głowy, zmiana ordynacji do Sejmu – na system głosowania większościowego w jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW) – jest ważnym elementem programów wielu mniejszych ruchów i ugrupowań.

Okręgi jednomandatowe w wyborach do Sejmu są szansą na naprawę państwa. Koniecznym warunkiem jakichkolwiek gruntownych zmian jest wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych. Chcemy posłów odpowiedzialnych przed wyborcami – takie i inne wypowiedzi padają od lat m.in. z ust Pawła Kukiza, znanego muzyka i lidera inicjatywy Zmieleni.pl. Wtóruje mu Przemysław Wipler ze Stowarzyszenia Republikanie oraz inni reprezentanci środowisk konserwatywno-liberalnych. Poparcie dla jednomandatowych okręgów wyrażali także znani działacze samorządowi, m.in. prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz.

O ile motywacje zwolenników JOW-ów są często szlachetne, o tyle proponowane przez nich panaceum na bolączki polskiego systemu demokratycznego to wyraz naiwności. Jak bowiem inaczej nazwać ślepą wiarę w to, że ordynacja większościowa i jednomandatowe okręgi wyborcze, czyli system, w którym mandat poselski w każdym okręgu otrzymuje jeden kandydat (zdobywca najwyższej liczby głosów), jest lekiem na całe zło, a ordynacja proporcjonalna jest tego zła bezpośrednim winowajcą?

Orędownicy JOW-ów na poparcie swoich racji przytaczają często fakt, że postulowany przez nich system stosowany jest w najważniejszych państwach Europy (Wielkiej Brytanii i Francji), najpotężniejszym mocarstwie świata (Stanach Zjednoczonych) oraz najludniejszym kraju demokratycznym (Indiach)1. U nich działa, więc u nas też musi. Bardzo słaba argumentacja.

Ruch Zmieleni.pl szczególnie chętnie powołuje się na przykład brytyjski, gdzie stosowany jest system większości względnej: Jednomandatowe okręgi wyborcze takie jak w Wielkiej Brytanii to najstarszy, najprostszy i sprawdzony w ponad dwustuletniej praktyce system wyborczy – czytamy na ich stronie internetowej. Uczciwość wymaga jednak kilku dopowiedzeń. Po pierwsze, system dwupartyjny pojawił się w Zjednoczonym Królestwie wcześniej niż okręgi jednomandatowe. JOW-y zostały ustanowione w większości okręgów w ramach reformy lat 1884–85, a dopiero w roku 1950 utworzono je w całym kraju. Po drugie, coraz częściej podnoszone są głosy, że systemu, z którym mamy do czynienia w tamtym kraju, nie można już nazywać dwupartyjnym, choćby dlatego że ok. 25 proc. społeczeństwa głosuje w wyborach na którąś z partii trzecich. Najbardziej poszkodowani są Liberalni Demokraci. W wyborach w 1983 r. sojusz Partii Liberalnej i Partii Socjaldemokratycznej uzyskał ok. 25 proc. głosów, co dało mu zaledwie 3,5 proc. mandatów. Mniejsze partie opowiadają się z tego względu za systemem proporcjonalnym. Zwolenników reformy brytyjskiego systemu wyborczego przybywa.

Sympatycy JOW-ów pomijają przede wszystkim fakt, że od przyjętych regulacji prawnych często zdecydowanie ważniejszy jest specyficzny kontekst, w jakim funkcjonują. W tym – kultura polityczna państwa. Ten sam system wyborczy może mieć różne konsekwencje w zależności od otoczenia, w którym został wprowadzony.

Aby skuteczniej zmierzyć się z argumentami zwolenników okręgów jednomandatowych, przyjrzyjmy się kwestii systemów wyborczych w całej jej złożoności.

Wybory do Sejmu. Tło historyczne

Wybory do Sejmu I kadencji z 27 października 1991 r. przeprowadzono na podstawie ordynacji proporcjonalnej. 391 posłów wybierano w okręgach wyborczych z zastosowaniem metody Hare-Niemeyera, uznawanej za najbardziej „proporcjonalny” sposób liczenia głosów, a 69 (15%) z list ogólnopolskich zmodyfikowaną metodą Sainte-Laguë2. Listy ogólnopolskie mogły zgłaszać komitety wyborcze, którym udało się zarejestrować listy w co najmniej pięciu okręgach wyborczych.

Na nieuformowanej jeszcze scenie politycznej przyjęta ordynacja wyborcza doprowadziła do dużego rozdrobnienia systemu partyjnego. Spośród 111 zarejestrowanych komitetów wyborczych mandaty do Sejmu uzyskało aż 29. Najwięcej głosów zdobyły: Unia Demokratyczna (62 mandaty), Sojusz Lewicy Demokratycznej (60 mandatów), Wyborcza Akcja Katolicka (49 mandatów), Polskie Stronnictwo Ludowe (48 mandatów), Konfederacja Polski Niepodległej (46 mandatów), Porozumienie Obywatelskie Centrum (44 mandaty), Kongres Liberalno-Demokratyczny (37 mandatów), Porozumienie Ludowe (28 mandatów) oraz NSZZ „Solidarność” (27 mandatów). Tych 9 ugrupowań uzyskało łącznie 409 mandatów. Pozostałe 51 przypadło aż 20 różnym komitetom wyborczym.

Wkrótce do wyborów proporcjonalnych wprowadzono progi, co okazało się efektywne – nastąpiła koncentracja głosów i zmniejszenie rozdrobnienia systemu partyjnego (w Sejmie II kadencji obecnych było już tylko 6 ugrupowań). Spory wokół systemu wyborczego były wyraźne już w toku prac nad nową konstytucją3. Wszystkie projekty stanowiły, że wybory do Sejmu są: powszechne, równe, bezpośrednie i odbywają się w głosowaniu tajnym. Projekty: prezydencki, SLD, PSL i UP oraz KPN jako zasadę prawa wyborczego wymieniały także proporcjonalność. Obywatelski Projekt Konstytucji NSZZ „Solidarność” stanowił natomiast: Co najmniej 2/3 ogólnej liczby posłów jest wybieranych w wyborach większościowych z zastrzeżeniem, że w pierwszej turze głosowań dla wyboru potrzebna jest bezwzględna większość ważnie oddanych głosów (art. 60).

Podczas dyskusji w Komisji Konstytucyjnej kwestia proporcjonalności wzbudzała spore kontrowersje. Michał Drozdek, który reprezentował w pracach konstytucyjnych Mariana Krzaklewskiego, krytykował ów zapis, argumentując, że wybory proporcjonalne podtrzymują stan rozdrobnienia partyjnego i oderwanie partii politycznych od zaplecza społecznego. W trakcie drugiego czytania w Zgromadzeniu Narodowym senator Zbigniew Romaszewski i poseł Wojciech Błasiak (związany do dziś z ruchem na rzecz wprowadzenia JOW-ów) zgłosili poprawkę, która przewidywała skreślenie wyrazu „proporcjonalne” z projektu konstytucji. Zbigniew Romaszewski stwierdził, że ordynacje proporcjonalne: […] odbierają wyborcom bezpośredni wpływ na obsadę kadrową parlamentu. […] Albowiem posłowie, na dobrą sprawę, są nominatami swoich kierownictw partyjnych, a nie są wybierani przez wyborców.

Ostatecznie jednak proporcjonalność wyborów do Sejmu została zawarta w Konstytucji RP.

Zarys systemu wyborczego do Sejmu

Sam zapis o proporcjonalności wyborów do Sejmu RP w art. 96 ust. 2 Konstytucji RP nie daje nam rzecz jasna pełnego obrazu systemu wyborczego. O jego ostatecznym kształcie decyduje bowiem wiele czynników. Bardzo istotna jest m.in. wielkość okręgów wyborczych, metoda podziału mandatów, próg ustawowy (lub jego brak). Nie bez znaczenia jest także np. to, czy listy są zamknięte, czy otwarte, tj. czy wybiera się listę partyjną, czy konkretnego kandydata, oraz czy wyborcy oddają tylko jeden głos, czy więcej.

W Polsce w wyborach do Sejmu mamy do czynienia z systemem proporcjonalnym w nierównych pod względem wielkości wielomandatowych okręgach wyborczych4. Terytorium państwa podzielono na 41 okręgów, których wielkość wynosi od 7 do 20 mandatów5. Próg ustawowy wynosi 5 proc. dla pojedynczych partii, 8 proc. dla koalicji wyborczych i jest ustanowiony na poziomie krajowym6. Do obsadzenia jest łącznie 460 mandatów, a ich przydział odbywa się z zastosowaniem metody d’Hondta (jeden ze sposobów podziału mandatów w systemach proporcjonalnych). Każdy wyborca oddaje jeden głos preferencyjny na półotwartą listę – to znaczy głosuje na listę partyjną, wskazując jednocześnie, który kandydat ma mieć pierwszeństwo do objęcia mandatu.

Warto wspomnieć, że w wyborach do Sejmu dwukrotnie użyta została zmodyfikowana metoda Sainte-Laguë: do podziału miejsc na liście krajowej w roku 1991 oraz w wyborach w 2001 r. Arend Lijphart, wybitny znawca systemów wyborczych, wskazuje, że w porównaniu z metodą d’Hondta, która jest korzystna dla dużych partii7, zmodyfikowana formuła Sainte-Laguë jest bardziej proporcjonalna (najbardziej proporcjonalna jest „czysta” metoda Sainte-Laguë)8. Zmiany ordynacji w 2001 r. dokonał – przed wyborami, które miały przynieść zwycięstwo jego przeciwnikom politycznym – rząd koalicji AWS-UW. Jak się okazało, było to posunięcie skuteczne – zamiast ponad 240 mandatów (w przypadku zastosowania metody d’Hondta) sojusz wyborczy SLD-UP przy 41,04 proc. głosów otrzymał 216 mandatów. W 2002 r. powrócono do metody d’Hondta.

Wybór systemu rozdzielania mandatów ma istotne znaczenie polityczne. Dlatego też większość parlamentarna ulega czasem pokusie zmiany dotychczasowych rozwiązań. W 2006 r. nowelizacja ordynacji wyborczej do rad gmin, rad powiatów i sejmików województw została uchwalona z zaledwie sześciodniowym okresem dostosowawczym. W związku z tymi doświadczeniami Trybunał Konstytucyjny sformułował zasadę, że wszelkie istotne zmiany prawa wyborczego muszą być w przyszłości dokonywane z przynajmniej półrocznym wyprzedzeniem.

System proporcjonalny vs. większościowy

Wszystkie systemy wyborcze można podzielić na dwa podstawowe typy – ordynację większościową i proporcjonalną:

  1. Wybory większościowe mają miejsce, kiedy zwycięża ten kandydat, który otrzymuje większość (absolutną lub względną).
  2. Wybory są proporcjonalne wtedy, kiedy polityczna reprezentacja możliwie najdokładniej odzwierciedla podział głosów między partie9.

Powyższe, często przywoływane definicje są poprawne, ale nie ułatwiają porównywania systemu większościowego i proporcjonalnego. Porównując oba systemy, można brać pod uwagę przykładowo wielkość okręgu wyborczego. Często przyjmuje się, że w systemie wyborów większościowych w okręgu wyborczym wybierany jest tylko jeden poseł, a w systemie wyborów proporcjonalnych więcej niż jeden. Należy jednak pamiętać, że w okręgach dwu- lub trzymandatowych mamy raczej do czynienia z wynikami odległymi od proporcjonalności. Dobrym przykładem są tutaj wybory do polskiego Senatu, w których przed wprowadzeniem JOW-ów (w 2011 r.) funkcjonowały właśnie tego typu okręgi – w każdym województwie wybierano 2 lub 3 senatorów według systemu większościowego. Już wówczas gros mandatów przypadało największym ugrupowaniom (prawidłowość ta utrzymała się również po wprowadzeniu JOW).

Można definiować systemy wyborcze poprzez ich następstwa – np. w odniesieniu do pewnego progu proporcjonalności liczby otrzymanych głosów względem liczby otrzymanych mandatów. Należy jednak pamiętać, że stopień proporcjonalności, który uzyskują systemy wyborcze, zależy też od kilku zewnętrznych czynników, np. stopnia sfragmentaryzowania systemu partyjnego i od wzorców zachowań aktorów politycznych10. Wpływ takich czynników może doprowadzić do sytuacji, gdy w wyborach opartych na względnej większości – czyli takich, w których do zdobycia mandatu wystarczy zdobycie najwyższej liczby głosów w okręgu – stopień proporcjonalności będzie wyższy niż w wyborach proporcjonalnych.

Różnice między ordynacją większościową a proporcjonalną są najbardziej dobitne, gdy patrzymy na cele, jakie stawiają przed sobą oba systemy wyborcze. Niemiecki politolog Dieter Nohlen ujął to w bardzo trafny sposób: Zakładanym celem politycznej zasady reprezentacji wyborów większościowych są: rządy jednej partii, niezależnie od tego, czy mogą się one oprzeć na większości głosów. Główną funkcją (i skalą wartościowania) systemu większościowego jest jego zdolność do wyłonienia większości rządowej (partyjnej). […] W systemach wyborów proporcjonalnych wyraża się w zasadzie dążenie do tego, by możliwie najwierniej odzwierciedlić znajdujące się w społeczeństwie siły społeczne i grupy społeczne. Udziały głosów i udziały mandatów powinny sobie mniej więcej odpowiadać11.

Zastanawiając się, który system jest „lepszy”, należałoby więc odpowiedzieć na pytanie, które z powyższych założeń jest dla nas ważniejsze.

Wady i zalety obu systemów

Ostatecznym celem systemu proporcjonalnego jest realizacja postulatu równości głosów. Często twierdzi się wręcz, że jedynie reguła proporcjonalności zapewnia realizację tej zasady, która stanowi przecież jeden z podstawowych definicyjnych wymogów demokratycznego procesu wyborczego. Przy zastosowaniu ordynacji proporcjonalnej znacząco większa część elektoratu zyskuje realny udział w kształtowaniu wyników wyborów. Dla wyniku wyborów liczy się każdy głos, a w związku z tym partie mają silną motywację, aby walczyć o poparcie. To z kolei może prowadzić do wyższej frekwencji wyborczej12.

W systemach proporcjonalnych występuje wiele różnych reguł przeliczania głosów. Niektóre z nich są bardzo skomplikowane. Jest to niewątpliwie wadą systemu proporcjonalnego, gdyż utrudnia wyborcy zrozumienie, co właściwie dzieje się z jego głosem. Argument ten często podnoszony bywa przez przeciwników systemu proporcjonalnego.

Ordynacja proporcjonalna łączona jest zwykle z okręgami wielomandatowymi, a często również z zamkniętymi listami, co może być postrzegane jako wada tego systemu. W Polsce mamy do czynienia z listą półotwartą. Oznacza to, że wyborca przez swój głos wyraża preferencje jednocześnie w stosunku do listy oraz wobec określonego kandydata. Wprowadzenie takiego rozwiązania wynika z chęci większej personalizacji wyborów proporcjonalnych.

Jak podkreśla Dieter Nohlen: Im mniejsze doświadczenie obywateli w zakresie wyborów i demokracji, tym ważniejszy dla integracji narodowej, kształtowania reprezentacji społecznych, dla utrwalania demokracji oraz dla znajdowania adekwatnych rozwiązań problemów politycznych i gospodarczych stał się sposób ukształtowania systemu politycznego oraz same partie polityczne. W takich wypadkach zamknięte listy zdają się mieć więcej zalet i być właściwsze. Im większe natomiast doświadczenie w sferze demokracji, im niższy poziom systemu politycznego (gmina, region), oraz im mniejsza rola partii (na poziomie komunalnym są one zwykle konkurencją dla stowarzyszeń społecznych i inicjatyw obywatelskich), tym bardziej zalecane są listy otwarte lub listy wolne13.

W debacie nad systemem wyborczym często zwraca się uwagę na różnice w roli deputowanego oraz partii w zależności od zastosowania systemu większościowego lub proporcjonalnego. W przypadku systemu większościowego wskazuje się na związanie deputowanego z okręgiem wyborczym, a co za tym idzie – na silniejszy związek wyborców i wybranych. Przyjmuje się często, że deputowany jest ponadto bardziej niezależny od swojej partii, niż ma to miejsce w przypadku systemu proporcjonalnego.Jak czytamy na stronie internetowej inicjatywy Zmieleni.pl: JOW przywróci odpowiedzialność osobistą posła przed wyborcami w jego okręgu. W tzw. ordynacji proporcjonalnej poseł najpierw zależy od szefa partii, który decyduje o listach wyborczych, a dopiero w dalszej kolejności od wyborcy. A od kogo polityk zależy, wobec tego jest lojalny. W rzeczywistości nie jest to jednak reguła powszechnie obowiązująca. Nie można bowiem zapominać, że również przy zastosowaniu systemu większościowego o kandydaturze rozstrzyga zwykle określone gremium partyjne – centralne albo działające na obszarze danego okręgu wyborczego.

Konsekwencje wyboru pomiędzy systemem proporcjonalnym a większościowym są politycznie bardzo znaczące. W wyborach większościowych może się przykładowo zdarzyć, że partia, która zdobywa tylko 35 proc. głosów, uzyskuje absolutną większość mandatów, podczas gdy partia, która regularnie osiąga 15–20 proc. głosów, zdobywa nieliczne mandaty albo wręcz nie otrzymuje ich wcale. W wyborach proporcjonalnych możliwe jest natomiast, że mała partia, która otrzymuje tylko 3 proc. głosów, wchodzi do parlamentu, a wielka partia, której do absolutnej większości głosów brakuje zaledwie kilku punktów procentowych, nie uzyskuje absolutnej większości mandatów.

Implikacje polityczne poszczególnych typów systemów wyborczych są oczywiście różnie oceniane i wartościowane przez odmienne środowiska ideowe i grupy interesu14. Przykładowo dla jednych zaletą ordynacji proporcjonalnej jest to, że w jej następstwie w parlamencie reprezentowana jest szeroka gama poglądów i interesów obecnych w społeczeństwie, a koniecznym elementem dla powstania rządzącej większości są negocjacje, w ramach których różne siły dążą do kompromisów. Inni będą postrzegać to jako wadę, podkreślając, że system większościowy prowadzi do konsolidacji systemu partyjnego oraz łatwiejszego wyłonienia jednopartyjnej większości rządzącej, która może działać bardziej efektywnie niż rząd koalicyjny. Podobnie zwolennicy systemu proporcjonalnego będą chwalić większą elastyczność systemu – czyli fakt, że nowe prądy polityczne mogą w miarę łatwo uzyskać przedstawicielstwo parlamentarne – a ich oponenci będą postrzegać to jaką wadę tej ordynacji. Nierzadko zatem zalety danego systemu w oczach jednych, są dla innych argumentem przeciwko tej ordynacji.

Ordynacja to nie wszystko

Warto pamiętać, że powyższe argumenty, które opanowały debatę o systemach, wyrastają z typowo idealistycznego ujęcia i w konsekwencji nie uwzględniają wielu aspektów społecznego i historycznego kontekstu powstawania poszczególnych systemów wyborczych15.

O wpływie systemu wyborczego na liczbę partii, relacje sił i ideologiczne dystanse między nimi oraz formy interakcji (opozycyjność, bloki, obozy, koalicje) pisało wielu badaczy. W skrajnych przypadkach autorzy uznawali system wyborczy za rozstrzygającą zmienną w kształtowaniu systemu partyjnego (przysłuchując się aktualnej debacie, można odnieść wrażenie, że w Polsce pogląd ten dominuje). Ulubiony przez zwolenników JOW-ów francuski politolog Maurice Duverger znany jest ze sformułowania reguły, że wybory większością względną prowadzą do systemu dwupartyjnego z wymieniającymi się wielkimi i niezależnymi partiami. Zwolennicy JOW-ów nie wiedzą lub nie chcą pamiętać, że ten sam Duverger po wielu latach sprowadził wyniki swych badań do „roboczych hipotez”16 i stwierdził, iż nie należy ich rozumieć jako praw deterministycznych. Nowe badania systemów wyborczych coraz wyraźniej wskazują na znaczenie czynnika kontekstowego dla systemu wyborczego.

Warto spojrzeć w tym miejscu na polską scenę polityczną. Stopniowo, w warunkach ordynacji proporcjonalnej, doszliśmy do sytuacji, gdy w Sejmie mamy dwie dominujące partie. Krajobraz partyjny w naszym kraju po 1989 roku determinowało – oprócz progów wyborczych wprowadzonych w wyborach z 1993 roku i zmian metod przeliczania głosów – wiele różnych czynników.

Często podkreśla się, że w warunkach ordynacji proporcjonalnej rzadko dochodzi do ekstremalnych zwrotów politycznych u sterów państwa. W Polsce, poza ostatnimi wyborami do Sejmu, zawsze dochodziło do tego rodzaju zmian ekipy rządzącej. Szczególnym przykładem tej tendencji są wybory z 1993 roku, w trakcie których duża część społeczeństwa, rozczarowana reformami obozu postsolidarnościowego, opowiedziała się za koalicją Sojusz Lewicy Demokratycznej. To dobitny dowód na wagę czynników kontekstowych, szczególnie w warunkach kształtującego się dopiero systemu demokratycznego.

Istotny wpływ na oblicze systemu partyjnego ma również mechanizm finansowania partii politycznych. W Polsce duże znaczenie mają subwencje z budżetu państwa. Żeby ją otrzymać, partia musi uzyskać w wyborach do Sejmu co najmniej 3 proc. głosów oddanych na jej okręgowe listy kandydatów w skali kraju, gdy tworzy komitet wyborczy samodzielnie, bądź 6 proc., jeśli startuje w koalicji. Progi te stanowią oczywiście barierę wstępu dla nowych sił politycznych. W ostatnim czasie pojawiły się pomysły likwidacji finansowania partii „z kieszeni podatnika”. Jednak konsekwencje takiego kroku byłyby prawdopodobnie jeszcze bardziej zabójcze dla mniejszych ugrupowań. Funkcjonujący od wielu lat w większości państw europejskich system dotowania partii z budżetu państwa pokazuje, że rozwiązanie to na dłuższą metę leży w interesie społeczeństwa i ma korzystny wpływ na poziom demokracji – zapewniając partiom niezależność finansową ogranicza bowiem choćby zachowania korupcyjne. Zniesienie subwencji dla partii politycznych postuluje Platforma Obywatelska. Motywacje Donalda Tuska, który chciałby w ten sposób podciąć skrzydła konkurencji politycznej, są zrozumiałe. Niepokój budzi jednak fakt, że zasłania się on populistycznymi hasłami, które trafiają na podatny grunt w społeczeństwie niechętnym łożeniu na partie z podatków. Wtórujący Platformie Obywatelskiej Paweł Kukiz występuje tu w roli „pożytecznego idioty”.

Frekwencja wyborcza również nie pozostaje bez wpływu na rzeczywistość polityczną, kształtując pośrednio podział mandatów. Brzmi to oczywiście jak banał, ale warto o frekwencji wspomnieć, bowiem jest ona wypadkową wielu skomplikowanych procesów społecznych. Motywacje wyborców, którzy decydują o pójściu lub niepójściu do urn, bywają skrajnie różne. Często można usłyszeć opinie, że niska frekwencja w wyborach parlamentarnych w Polsce jest spowodowana kryzysem demokracji w naszym kraju, brakiem zaufania do partii politycznych czy wreszcie… ordynacją proporcjonalną. Jednocześnie eksperci stawiają hipotezę, że wyborcy po prostu nie widzą sensu zmian i dlatego zostają w domu. Odpowiednia identyfikacja motywacji wyborców mogłaby pomóc w podjęciu decyzji co do ewentualnych zmian w systemie wyborczym i wprowadzeniu mechanizmów zachęcających ludzi do głosowania. Należy jednak pamiętać, że dla ugrupowań o zdyscyplinowanym elektoracie wyższa frekwencja ogólna niekoniecznie jest czymś pożądanym. Warto w tym miejscu przywołać chociażby casus ugrupowania Janusza Korwin-Mikkego, które dzięki niskiej frekwencji w tegorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiej zdobyło relatywnie dużo mandatów.

JOW-y nas nie zbawią

Z powyższej analizy systemów proporcjonalnego i większościowego wyraźnie wynika, że nie należy wierzyć tym, którzy na rozwiązanie złożonych problemów proponują proste rozwiązania. Rzeczywistość – również ta wyborcza – jest bowiem zdecydowanie bardziej złożona, niż się niektórym wydaje.

Propagatorzy JOW-ów często rozprawiają o systemach wyborczych jak o pewnych idealnych konstruktach, których wdrożenie pociąga za sobą zawsze pewne określone skutki. Tak jednak nie jest, czego dowodzi ewolucja naszej sceny politycznej.

Ze względu na fakt, że skutki systemów wyborczych zależne są od czynników kontekstowych, Dieter Nohlen postuluje, aby ocena zalet i wad wyborów większościowych i proporcjonalnych nie odbywała się tylko na płaszczyźnie ogólnej. Nie oznacza to jednak, że należy powstrzymywać się od wartościowania tych systemów wyborczych. Zastanawiając się nad tym, który z nich jest pożądany, należy po prostu zawsze mieć na względzie cel, który chcemy osiągnąć.

Jeśli wierzyć orędownikom JOW-ów, chcą oni poprawić jakość polskiej demokracji m.in. poprzez „odpartyjnienie” sceny politycznej. Zanim jednak damy się porwać ich wizji, zastanówmy się, czy proponowany przez nich środek jest rzeczywiście adekwatny dla tak zdefiniowanego celu. Obawiam się, że w polskich warunkach na wprowadzeniu JOW-ów zyskaliby jedynie ci, których Paweł Kukiz i spółka od władzy chcą odsunąć.

Fragmenty artykułu zostały wykorzystane przez autora przy edycji hasła „Ordynacja wyborcza” w polskiej Wikipedii.


Przypisy:

  1. http://zmieleni.pl/czym-sa-jow-y/
  2. D. Nohlen, Prawo wyborcze i system partyjny. O teorii systemów wyborczych, Warszawa 2004, s. 15.
  3. Zob. R. Chruściak, Sejm i Senat w Konstytucji RP z 1997 r. Powstawanie przepisów, Warszawa 2002, ss. 50–53.
  4. D. Nohlen, dz. cyt., s. 166.
  5. Wg typologii D. Nohlena (zob. tamże s. 81).
  6. W wyborach sejmowych istnieje szczególny wyjątek od zasady progów wyborczych. Komitety wyborcze zarejestrowanych organizacji mniejszości narodowych mogą korzystać ze zwolnienia od jednego z tych wymagań. Jeżeli dana mniejszość jest skoncentrowana na terenie jednego lub kilku województw (np. mniejszość niemiecka) i uzyska wystarczająco dużo głosów w jednym lub kilku okręgach, może tam zdobyć mandaty, nawet jeśli nie zdobędzie 5 proc. głosów w całym kraju.
  7. Zob. J. Haman, Demokracja Decyzje Wybory, Warszawa 2003, s. 143.
  8. A. Lijphart, The Electoral Systems Researcher as Detective: Probing Rae’s Suspect „Differential Proposition” on List Proportional Representation, w: Electoral Politics, pod red. D. Kavanagh, Oxford 1992, ss. 235 i n.
  9. D. Nohlen, dz. cyt., s. 120.
  10. Tamże, s. 122.
  11. Tamże, ss. 128 i n.
  12. Tamże, s. 133.
  13. Tamże, s. 98.
  14. Tamże, ss. 140 i n.
  15. Tamże, s. 140.
  16. Tamże, s. 406.