przez dr hab. Rafał Łętocha | czwartek 31 lipca 2014 | Lato 2014
Dwugłowy potwór, a może raczej czteronożny, określony przez George’a Bernarda Shaw mianem Chesterbelloc – znów atakuje. W ubiegłym roku ukazały się niemal jednocześnie polskie przekłady dwóch fundamentalnych prac autorów składających się na ten tandem. O ile w przypadku Gilberta Keitha Chestertona mamy do czynienia z przybliżaniem polskiemu czytelnikowi kolejnych już dzieł tego autora, o tyle jeśli chodzi o Hilairego Belloca, choć nazwisko to nie jest polskiemu czytelnikowi całkowicie obce, można mówić o deficycie jego twórczości na naszym rynku. Dotychczas z bogatej spuścizny brytyjsko-francuskiego pisarza ukazała się znikoma ilość pozycji, w tym o tematyce społeczno-politycznej jedynie rozprawa „Lichwa: kryzys gospodarczy”.
Chesterton i Belloc wychodzą w swoich książkach od konstatacji na temat kiepskiej kondycji współczesnego świata i człowieka. Diagnoza to tyleż trafna, co banalna. Wszelako Chesterton od razu wskazuje na coś, co będzie stanowić rdzeń obydwu omawianych prac. Podkreśla bowiem, iż głównym złem jest to, że nie pytamy, co jest dobre. Zły jest lęk przed przeszłością przy jednoczesnym zapatrzeniu w przyszłość, obawa przed spojrzeniem wstecz, przekonanie, iż dawne ideały są już niemożliwe do realizacji. Podkreśla on, że wielkie ideały przeszłości poniosły porażkę nie dlatego, że się przeżyły, ale dlatego, że nie zostały w wystarczającym stopniu wprowadzone w życie. Ludzkość nie przeszła przez średniowiecze; raczej wycofała się ze średniowiecza w popłochu. Nie było tak, że ideał chrześcijański wypróbowano i uznano za nieodpowiedni. Uznano go za trudny i pozostawiono niewypróbowany (s. 51). Rozpoznany tutaj zostaje jeden z podstawowych lęków nowoczesnego człowieka: strach przed cofnięciem się, przed uznaniem dawnych prawd jako lepiej odpowiadającym naturze i potrzebom człowieka niż te, które propagowały nowożytne utopie. W związku z tym obaj autorzy postulują zwrócenie się w przeszłość. Nie po to jednak, żeby naśladować ślepo dawne rozwiązania – brak tutaj znamion retrospektywnej utopii. Kreślą oni raczej zadanie dokończenia dzieł architektów z dawnych czasów, nad którymi w pewnym momencie, z różnych powodów, przerwano pracę. Historia bowiem, to nie zbudowane domy, które popadły w ruinę; to raczej domy zbudowane do połowy; porzucone przez budowniczego-bankruta (Chesterton, s. 56). W związku z tym postulaty, z którymi występują, nie mają posmaku nowości, są raczej niegdysiejszymi, nigdy nieprzetestowanymi ideałami, które zostały zaniechane w wyniku zmęczenia daremnym oczekiwaniem na ich realizację.
Jednym z głównych tego rodzaju ideałów jest własność. Nie jest ona już, pisze Belloc, ogólną cechą naszego społeczeństwa określającą jego charakter. Z drugiej strony, nieobecność własności i zależność od niepewnego zarobku oraz woli innych jest właśnie ogólną cechą naszego społeczeństwa i determinuje z kolei jego charakter. Rodzina nie posiada, niestety, tej wolności, która jest konieczna dla jej pełnego zdrowia moralnego, a z tego powodu i państwo, którego jest częścią. Dlatego właśnie nasze społeczeństwo popadło w chorą kondycję znaną jako kapitalizm przemysłowy. W tym państwie bowiem kontrola środków produkcji została przekazana stosunkowo małej liczbie ludzi, a w konsekwencji wolność ekonomiczna przestała być postulatem nadającym ton społeczeństwu (Belloc, s. 15). Instytucja własności została zniszczona we współczesnym świecie, a sam termin zszargany za sprawą kapitalistów. Słysząc rozmowy ludzi – pisze Chesterton – można by pomyśleć, że Rothschildowie i Rockefellerowie są po stronie własności. Ale to oczywiste, że są wrogami własności, ponieważ są wrogami własnych ograniczeń. Nie chcą swojej ziemi, ale cudzą. Kiedy przesuwają granicę pola sąsiada, przesuwają też swoją. […] Byłoby zaprzeczeniem własności, gdyby książę Sutherland posiadał wszystkie pola w okolicy, tak jak byłoby zaprzeczeniem małżeństwa, gdyby trzymał nasze żony w swoim haremie (Chesterton, ss. 61–62).
Kapitalizm, zdaniem obydwu myślicieli, to właśnie system, w którym mniejszość całkowicie kontroluje środki produkcji. Na pastwę losu pozostawia natomiast wywłaszczone masy obywateli, zwane proletariatem. Stan proletaryzmu wiąże się nie tyle z ubóstwem, ile z poczuciem ciągłej niepewności, niepokoju, co przyniesie następny dzień. Proletariusze to bowiem ci, którzy nie posiadają nic oprócz proles (potomstwa). Brak jakiejkolwiek własności, mogącej stanowić zabezpieczenie w sytuacjach kryzysowych, choroby, bezrobocia itp., powoduje utratę przez całą tę klasę wolności oraz życie w stanie ciągłego niedoboru i niepewności, nieustanne balansowanie na krawędzi nędzy i bankructwa.
Własność jest przez Chestertona i Belloca ściśle wiązana z wolnością. Te dwie instytucje funkcjonują niejako w symbiozie. Nie ma mowy o wolności ekonomicznej bez jak najszerszego rozpowszechnienia własności. I na odwrót – własność może spełniać swoje funkcje w społeczeństwie tylko w przypadku istnienia prawdziwej wolności. Jak podkreśla Belloc, istnieją trzy podstawowe warunki, które muszą zostać spełnione, zanim podejmie się próby praktycznego rozwiązania problemów społeczno-ekonomicznych epoki kapitalizmu przemysłowego i zaprowadzenia ustroju rozpowszechnionej własności, czyli dystrybucjonistycznego. Podkreśla, że nie można marzyć o doskonałości – chodzi przede wszystkim o to, aby wytworzyć sprzyjającą atmosferę dla tego rodzaju rozwiązań, aby własność zaczęła być zwyczajnie obecną w społeczeństwie. Na tym należy się skupić, zamiast marzyć o jej pełnym upowszechnieniu.
Po drugie, nie ma sensu zabierać się do tego rodzaju reform, jeśli nie wytworzymy korzystnego klimatu umysłowego, który zapewniłby, iż przeprowadzone zmiany będą miały charakter trwały, że wspierane i kultywowane będą instytucje podtrzymujące własność prywatną. Należy więc zmienić, jak pisze, filozofię społeczeństwa, w którym żyjemy. Dysponując bowiem fałszywą i trującą filozofią, która wytworzyła przemysłowy kapitalizm z jego stadem najemnych pracowników, mając też zniszczoną zwyczajną ludzką wolność ekonomiczną, musimy na powrót ustanowić rozsądną filozofię lub raczej społeczną religię, kiedy to nieodzownie trzeba będzie się zabrać za tworzenie właściwych instytucji. Musimy wiec nawrócić Anglię na słuszną religię, zanim będziemy mogli uczynić Anglików wolnymi (Belloc, s. 49).
Warunkiem trzecim natomiast jest zaangażowanie się w całe to przedsięwzięcie władz państwowych. Zwracając uwagę na potrzebę silnego, aktywnego państwa w sferze społeczno-gospodarczej, Belloc jednak wzdragał się przed jego rozrostem. Stąd na przykład mocna krytyka u niego koncepcji welfare state, zabierającego jakoby zbyt wiele wolności obywatelom. Ubolewa on także, iż w dzisiejszych czasach ludzie rozmawiają tylko w kategoriach zatrudnienia i wynagrodzenia […]. Własność prywatna z pewnością nie jest, niestety, przedmiotem zainteresowania większości ludzi. Jeśli bowiem mogłaby nim się stać, to już dawno temu mógłby również pojawić zakończony sukcesem protest przeciwko systemowi pracy najemnej (Belloc, ss. 26–27).
Belloc jest przekonany, że lepsze rozwiązanie niż praca najemna stanowią choćby spółdzielnie, ponieważ ich członkowie partycypują w zyskach i stratach. Pomimo tego jednak wyraźnie podkreśla, iż nie można o choroby gospodarcze naszych czasów, jak czynią to liberałowie, obwiniać interwencjonizm państwowy, bowiem złem jest utrata wolności. Interwencjonizm jako taki może do niej prowadzić, ale nie musi, równie dobrze bowiem może przyczyniać się do jej przywrócenia. W państwie właściwie zorganizowanym, realizującym ideały wolności i upowszechnienia własności, koniecznością jest istnienie państwowych gwarancji dla siły cechów rzemieślniczych, procesu dziedziczenia oraz ograniczenia wobec nadmiernych obciążeń fiskalnych. Musi też istnieć system instytucji służących popieraniu rozwoju małej własności, tak jak dzisiaj istnieje niestety urzędowy system popierania zniszczenia małej i szeroko rozpowszechnionej własności poprzez rozległą warstwę właścicieli. Oczywiście, wysiłek przywrócenia własności nie powiedzie się, jeśli zostanie ograniczony przez przesąd sprzeciwiający się użyciu siły jako narzędzia sprawiedliwości. Wszystkie władze państwa zostały przecież wykorzystane przez kapitalizm, aby przywrócić niewolnicze warunki życia społecznego. My z kolei nie powinniśmy reagować przeciwko tym niewolniczym warunkom, o ile sami nie skorzystamy z tych metod (Belloc, ss. 28–29).
Nie ma więc co liczyć na to, że w społeczeństwie kapitalistycznym dojdzie do upowszechnienia własności prywatnej za sprawą jakichś naturalnych procesów. Nie, system taki należy dopiero stworzyć, a następnie cały czas o niego dbać. Naturalne procesy, niekontrolowane w żaden sposób, będą bowiem zmierzać w kierunku kontroli środków produkcji przez niewielką garstkę – w stronę kapitalizmu i rządów plutokracji. Belloc zwraca więc tutaj uwagę na to, co w późniejszych latach uczynili osią swych koncepcji ordoliberałowie. Jeden z czołowych przedstawicieli tej szkoły, Walter Eucken, pisał, iż wolny, naturalny ustrój […] nie powstaje po prostu w ten sposób, że polityka gospodarcza pozostawia jego ukształtowanie się biegowi wypadków, ale tylko wtedy, gdy ona o ten ustrój zabiega1. Państwo ma więc być aktywnym graczem w sferze społeczno-gospodarczej. Powinno przeciwdziałać tworzeniu się monopoli i oligopoli poprzez wprowadzenie odpowiedniego ustawodawstwa. Przyznaje mu się także prawo do dekoncentrowania karteli, do takiego oddziaływania na przedsiębiorców, aby nie tworzyli zbyt dużych zakładów pracy, do planowania przestrzennego kraju itp.
Belloc słusznie podkreśla bowiem, że przecież kapitalizm nie powstał samorzutnie, jako wynik naturalnych procesów, lecz pojawił się w momencie, gdy zabezpieczenia gwarantujące właściwie podzieloną własność zostały rozmyślnie zniszczone przez zło ekonomiczne, któremu przeciwstawiono się niewystarczająco. […] już po ich unicestwieniu, pojawiło się wolne pole dla wzrostu plutokracji w polityce i kapitalizmu w ekonomicznej strukturze państwa (Belloc, ss. 32–33).
Rzeczywiście, jak wskazywał na to chociażby Karl Polanyi, wolny rynek nigdy nie powstałby, gdyby nie celowe działania państwa w tym kierunku. To państwo tworzyło gospodarkę leseferystyczną w Anglii, umożliwiając grodzenia (enclosure),zwane rewolucją bogatych przeciw biednym, a także wprowadzając cła, premie eksportowe, ujednolicając rynki itp.2. Chesterton pisze wręcz, że bogaci po prostu wyrzucili biednych […] na drogę, mówiąc im krótko, że to droga postępu. Dosłownie narzucili im pracę w fabrykach i współczesny niewolniczy system płac, przez cały czas zapewniając, że to jedyna droga do bogactwa i cywilizacji. Tak jak zabrali wieśniakowi klasztorne jedzenie i piwo, mówiąc, że ulice w niebie są wybrukowane złotem, tak zabrali mu później wioskowe jedzenie i piwo, mówiąc, że wybrukowane złotem są ulice w Londynie (Chesterton, s. 91). Drugi z nich zaś stwierdza, że rozkwit kapitalizmu nastał po tym, jak cała ta zła robota została wykonana, co więcej, można to było uczynić tylko dzięki tej złej robocie (Belloc, s. 33).
Belloc wskazuje siedem dróg prowadzących do degeneracji społeczeństwa i systemu gospodarczego. Jego zdaniem sprzyja temu mniejsza proporcjonalnie kosztochłonność większego przedsiębiorstwa, jeżeli chodzi o zarządzanie, większa zdolność dużej grupy ekonomicznej do nabywania wszystkich bardziej kosztownych narzędzi produkcji, dystrybucji i wymiany oraz możliwości wykorzystania reklamy, łatwiejszy dostęp do kredytów i otrzymywanie ich na o wiele korzystniejszych warunkach, przewaga finansowa skutkująca możliwością wykupienia mniejszego, czyli de facto eliminacji go z rynku, czy też możliwością stosowania cen dumpingowych w tym samym celu. Dalej: łatwiejsze warunki gromadzenia kapitału, możliwość wpływania na działalność ustawodawczą, a tym samym tworzenie prawa służącego interesom plutokracji, wpływ na wymiar sprawiedliwości (Belloc, ss. 35–47). Nie są to jednak żadne spiżowe, nienaruszalne prawa ekonomiczne. Nie istnieje konieczność powstawania coraz to większych grup kapitałowo-gospodarczych, a mówienie o nieuchronności tego procesu, dokonującego się jakoby automatycznie, samorzutnie, to nic innego jak kapitalistyczne „mydlenie oczu”. Ma ono przekonać, że należy pogodzić się z istniejącym stanem rzeczy.
Tymczasem, jak pisze Belloc, jedyny determinizm, z jakim mamy tutaj do czynienia, to logiczna konieczność następstw pewnych ludzkich ustaleń i założeń. To konsekwencja funkcjonowania w określonym paradygmacie społeczno-gospodarczym, stworzonym jednak i przyjętym przez samych ludzi. Tam, gdzie masz już ustalone zasady gry, i to niezależnie od każdego konkretnego sposobu, tam z konieczności zaistnieją pewne wynikające z nich konsekwencje, ale konsekwencje te będą wynikały tylko do czasu, kiedy zmienisz reguły gry. […] Jeśli, na przykład zadeklarowałeś nietykalność dla tych, którzy kradną zegarki, to z tej możliwości, jako swoista konieczność, wyniknie niepomierny wzrost kradzieży zegarków […] W ten sam sposób, jeśli nie będzie ograniczenia konkurencji zarówno co do skali własności, jak też wielkości połączeń kapitałowych i kontroli w takich przypadkach, wówczas rzeczywiście pojawi się pewien rodzaj konieczności działającej na rzecz wzrostu grupy ekonomicznej. Ale jest to „konieczność”, która trwa wyłącznie tak długo, jak obowiązują reguły. Dlatego wraz ze zmianą reguł zniknie też konieczność (Belloc, s. 65–66).
Trzy główne człony reformy nieodzownej do przeprowadzenia to zdaniem Belloca: a) przywrócenie społeczeństwu drobnego rolnika, handlowca i rzemieślnika, jak też rodzin w roli zatrudniających w ludzkim, rodzinnym tego słowa znaczeniu, to znaczy zajmujących się niewieloma, ale za to znanymi osobiście pracownikami; b) podział własności w przedsiębiorstwach, obecnie, z konieczności większych, pomiędzy udziałowców w wystarczającej ilości; c) zastosowanie tego zdrowego podziału za pośrednictwem instytucji, które powinny utrzymywać ten stan rzeczy oraz zabezpieczać przed powrotem degradacji własności przez kapitalizm (Belloc, s. 52). Wszystkie one winny być zastosowane jednocześnie, aby mogły przynieść pożądany skutek.
Jeżeli chodzi o przywrócenie społeczeństwu instytucji drobnego handlu, Belloc nie waha się napisać, iż wymaga to dwóch kompatybilnych ze sobą działań. Po pierwsze należy wprowadzić ekonomiczną ochronę drobnego sprzedawcy. Po drugie trzeba utrudniać życie wielkiemu handlowcowi poprzez zróżnicowane opodatkowanie skierowane jednocześnie przeciwko sieciom sklepów niszczących drobny handel, ale również dzięki swojej potędze nierzadko kontrolujących ceny sprzedaży, dystrybucji, a nawet produkcji, a także przeciw sklepom wielobranżowym i wielkiemu obrotowi w sprzedaży detalicznej. Celem tego jest ustanowienie instytucji, które drobnemu handlarzowi czy rzemieślnikowi dadzą sztucznie wytworzoną przewagę przeciwko wielkiemu handlowcowi. […] Jest to, oczywiście, posunięcie „nieekonomiczne”. Innymi słowy, jest to koszt tego wysiłku. Ale czyż tymi luksusami nie cieszą się dzisiaj osobiście wyłącznie wielcy kapitaliści? (Belloc, s. 61).
W działach gospodarki, gdzie dekoncentracja nie jest możliwa i gdzie w efekcie mamy do czynienia z rzeczywistą koniecznością istnienia wielkiej grupy kapitałowej (koleje, poczta, system dróg państwowych), należy zaś wprowadzać formy własności wspólnej – cechowej lub państwowej – oraz podział tejże własności za pomocą akcji. Stanowi to co prawda rodzaj półśrodka, ale mimo wszystko poddaje się dzięki temu przedsiębiorstwo jakiejś kontroli ze strony społeczeństwa.
Dystrybucjonizm, jak widzimy, nie wyklucza innych form własności poza prywatną. Nie wymaga też, aby każdy proces gospodarczy był domeną mikroprzedsiębiorstw. Chodzi natomiast o to, aby małe i średnie firmy stanowiły fundament i normę gospodarki jako takiej. Wyraźnie widoczny jest w tej koncepcji również swoisty rustykalizm bliski projektom lansowanym przez agrarystów. Zdrowe społeczeństwo to mianowicie takie, w którym odbudowana zostanie warstwa chłopska. Jej istnienie stanowić ma warunek sine qua non rozwoju w człowieku pierwiastków kreatywnych i wolnościowych, a praca rolnika traktowana jest w tej wizji jako swoisty wzór i punkt odniesienia dla pracy w ogóle. Belloc przywiązuje do tej kwestii tak wielką wagę, iż godzi się nawet na poważne koszty dla społeczeństwa, jakie wiązałyby się z odbudową stanu chłopskiego. Przywracanie chłopstwa musi rozpocząć się jako pewnego rodzaju społeczny „luksus”, a kiedy będzie już ono pozostawało w tym stanie początkowego „luksusu”, tak jak wszelkie luksusy musi ono, niestety, przesadnie kosztować, jednak… powodzenie oraz moralność wspólnoty powinien właśnie zbudować ten ekonomiczny wysiłek (Belloc, s. 90–91).
Praca Belloca ma raczej postać programu, charakteryzuje ją w miarę systematyczny sposób przeprowadzania wywodu, autor przedstawia określone postulaty i zastanawia się nad możliwościami i sposobami ich realizacji. Belloc był pragmatykiem, jak pisał o nim Chesterton w swojej „Autobiografii”: Dlatego właśnie współcześni zupełnie nie zrozumieli Belloca, na przykład jego pracy historycznej „Państwo niewolnicze”. Ponieważ Anglicy, do których się zaliczam, są romantyczni i lubią myśleć, że Francuzi też są romantyczni i że – co jeszcze bardziej niedorzeczne – Belloc jest Francuzem, to w ogóle nie zauważają, kiedy pisze on naukowo. Jego praca na temat państwa niewolniczego jest ściśle naukowa, tak jak mapa wojskowa jest wojskowa. […] Przed przeczytaniem książki Belloca krytycy zaczęli krytykować to, co prawdopodobnie mógłby on napisać. Potem powiedzieli, że straszy nas przerażającym koszmarem zwanym „państwem niewolniczym”3. W przypadku Chestertona mamy natomiast do czynienia raczej z błyskotliwym esejem dotyczącym „nowoczesnych zabobonów”. Mniej tutaj konkretu, planu politycznego, kwestii związanych ze strategią realizacji pożądanych reform. Lektura ta pokazuje też specyfikę sojuszu i przyjaźni, z którymi mieliśmy do czynienia w przypadku tych dwóch wybitnych postaci. Duet ten niewątpliwie doskonale się uzupełniał, jeżeli chodzi o sposób przedstawiania i popularyzacji idei, którym obydwaj hołdowali.
Obaj pisarze, co warto podkreślić, nie należą do grona hurraoptymistów, którzy z łatwością rzucają obietnice na wiatr. Belloc niejednokrotnie na kartach swojej książki przypomina, iż zadanie, które stawia przed sobą i społeczeństwem, nie jest ukierunkowane na doskonałość. Chodzi jedynie o to, aby proces upowszechnienia własności zapoczątkować, zmienić obowiązujący paradygmat, zatrzymać procesy prowadzące w kierunku coraz większej centralizacji, rozwarstwienia i zniewolenia. Po drugie, wskazuje, że jeśli tego nie zrobimy, wolność nie będzie mogła istnieć – gdy pozostawimy sprawy swojemu biegowi, nieuniknioną konsekwencją będzie niewolnictwo.
Podobnie Chesterton zalecał metodę małych kroków, które prowadzić będą do wyznaczonego celu. Pisał o potrzebie takiego opodatkowania umów, aby zniechęcić do sprzedaży małej własności wielkim posiadaczom oraz stymulować rozdrobnienie wielkiej własności pomiędzy rzeszę właścicieli. Akcentował również potrzebę wprowadzenia prawa dla ubogich, chroniącego małą własność przed wielką, o dotacjach, wspomaganiu i inicjowaniu różnego rodzaju eksperymentów wspierających małą własność, pozwalających jej się rozwijać i upowszechniać4. Największym złem czasów współczesnych jest bowiem jego zdaniem to, że nieustannie przemy do przodu, ponieważ boimy się zawrócić. Socjalista twierdzi, że własność jest już skupiona w trustach i domach towarowych, jedyną nadzieją jest jeszcze bardziej skupić ją w państwie. Ja twierdzę, że jedyną nadzieją jest ją rozproszyć, to znaczy wyrazić skruchę i powrócić, jedynym krokiem naprzód jest krok wstecz (Chesterton, s. 319).
Hilaire Belloc, Esej o przywróceniu własności, Warszawa 2013; Gilbert Keith Chesterton, Co jest złe w świecie, Sandomierz 2013.
Przypisy:
- W. Eucken, Podstawy polityki gospodarczej, Poznań 2005, s. 95.
- K. Polanyi, Wielka transformacja. Polityczne i ekonomiczne źródła naszych czasów, Warszawa 2010, ss. 41–154.
- G. K. Chesterton, Autobiografia, Warszawa-Ząbki 2010, s. 218.
- G. K. Chesterton, The Outline of Sanity, http://www.chesterton.omne.pl/the_outline_of_sanity.html
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 31 lipca 2014 | Lato 2014
„Suburbanizacja po polsku” Katarzyny Kajdanek to lektura obowiązkowa dla osób, które poszukują pogłębionej wiedzy o zjawiskach społecznych, kulturowych i gospodarczych we współczesnej Polsce. Tym bardziej że dotyczy tematyki, która rzadko przebija się do opinii publicznej. A przecież jest to – dosłownie i w przenośni – jeden z coraz istotniejszych elementów rodzimego krajobrazu.
Autorka zawodowo zajmuje się socjologią miasta i socjologią społeczności lokalnych, bada zjawiska dotyczące przeobrażeń struktury miejskiej pod wpływem procesów urbanizacji, metropolizacji i globalizacji. Nie bez znaczenia pozostaje też jej zainteresowanie problematyką lokalnych społeczności, ich podmiotowością, tożsamością i dysfunkcjami. Te kwestie docenił recenzent „Suburbanizacji…”, prof. dr hab. Zdzisław Mach, stwierdzając, iż Kajdanek chyba najwięcej uwagi poświęca obojętności, jaka cechuje nowych mieszkańców podmiejskich wsi, obojętności wobec siebie i wobec zasiedziałych mieszkańców wiosek, oraz towarzyszącej temu zjawisku wzajemnej niechęci mieszkańców i lokalnych liderów. Ewidentnie nie ma mechanizmów, które mogłyby zachęcać do tworzenia nowych wspólnot. Stąd „społeczny krajobraz” podmiejskich osiedli zwykle straszy pustką.
Analizy zawarte w książce bazują na badaniach ankietowych przeprowadzonych w kilku niewielkich miejscowościach Dolnego Śląska: Jeżów Sudecki, Kruszyn, Łagów, Sobin, Wioska, Stronie Śląskie Wieś. Zdecydowanym walorem publikacji jest zwrócenie uwagi na rodzimą specyfikę zasiedlania suburbiów, odmienną w swych przyczynach niż na Zachodzie. Wśród powodów „ucieczki” z miasta na przedmieścia Kajdanek wymienia m.in. stały, wysoki deficyt mieszkaniowy, pogarszanie się stanu technicznego mieszkań komunalnych w okresie transformacji, złą kondycję wielorodzinnej, miejskiej zabudowy, rachityczność procesów rewitalizacji, degradację przestrzenną i społeczną wielkich zespołów mieszkaniowych z lat 60. i 70. Autorka zwraca też uwagę na zaznaczające się w tej materii tworzenie potrzeb przez podmioty działające na rynku mieszkaniowym, czyli na prestiż przypisywany posiadaniu domu pod miastem, kreowany przez deweloperów i media.
Wiele ludzkich nadziei związanych z przeprowadzką na wieś okazuje się jednak mrzonką. Główną przyczyną tego zjawiska jest słabość infrastruktury technicznej i społecznej w urbanizujących się wsiach. Po 1990 roku trwałym elementem krajobrazu usług stała się niewłaściwa alokacja zasobów przeznaczonych na infrastrukturę społeczną. Samorządów nie stać na utrzymanie istniejących placówek (żłobków, przedszkoli, świetlic, domów kultury), nie budują też nowych. W efekcie takiej polityki polskie suburbia powstają w pustce instytucjonalnej i funkcjonalnej. […] Kiedy wyraźnie zaczął rosnąć popyt na ziemię pod miastami, włodarze podmiejskich gmin w nowych miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego przekształcili i przeznaczyli na zabudowę (i na sprzedaż) niemal każdy skrawek ziemi. Nie pomyślano ani o spójnych warunkach zabudowy, ani o przestrzeniach publicznych– stwierdza Kajdanek. Taka sytuacja dodatkowo stymuluje poczucie wzajemnej obcości nowych i starych mieszkańców, sprzyjającej „wsobnym” strategiom egzystowania w otoczeniu, które staje się niemal niewidzialne i zbędne, a przy tym pozbawione jakichkolwiek czynników kulturotwórczych. Polskie suburbia to często ziemia jałowa, na których nie ma szans wyrosnąć żadna realna wspólnota.
Badaczka stopniowo wprowadza czytelnika w zagadnienia decydujące o specyfice życia w podmiejskich okolicach. Niebagatelne są tu wcześniejsze „historie mieszkaniowe” migrujących osób oraz kalkulacja ekonomiczna i walory przestrzenne (dostępność miasta, wyposażenie infrastrukturalne, w dalszej kolejności uroda miejsca). Większość osiedli mieszkaniowych jest zdecydowanie chaotycznych, ale „raczej nijakich” niż brzydkich. Rzadko kiedy zabudowa mieszkaniowa znajduje dopełnienie w postaci wystarczającej ilości nowych dróg, chodników, ścieżek rowerowych. Autorka akcentuje także rolę samochodu (transportu prywatnego) w przestrzeni suburbiów. W takich okolicach rzadko kiedy można dojść pieszo/dojechać rowerem do szkoły, urzędu, ośrodka zdrowia, pracy. Stąd samochód, który z jednej strony jest koniecznym narzędziem funkcjonowania, a z drugiej skutecznie oddziela od siebie przestrzeń domu, miejsca pracy, załatwiania codziennych spraw i spędzania wolnego czasu, co wprost przekłada się na złą kondycję i rozpad lokalnych wspólnot.
Choć autorka niejednokrotnie podkreśla specyfikę polskich suburbiów, to wskazuje też, że zdiagnozowane problemy korespondują z wnioskami analiz zachodnich badaczy. Mowa przede wszystkim o wycofywaniu się mieszkańców do sfery prywatnej, ograniczonych stycznościach sąsiedzkich, braku zaangażowania w działania wspólnotowe. Nowi mieszkańcy starych wsi nie sąsiadują „po wiejsku”: nie chcą informować o sobie i wiedzieć o innych. Niewykluczone, że tego typu nawyk jest przeniesiony z „relacji miejskiej” w nowe otoczenie. Większość nowych mieszkańców długo zwleka ze zmianą meldunku. Co gorsza, zdecydowanie przeważająca część z nich nie wykazuje obywatelskiego zaangażowania w działalność wiejskich organizacji czy to starego (koła gospodyń wiejskich, koła parafialne), czy nowego typu (lokalne grupy działania, organizacje III sektora). To sprawia, że tkanka obywatelska podmiejskich wsi jest niemal zupełnie martwa.
Co interesujące, jednym z nielicznych miejsc łączności z nową społecznością jest nierzadko wiejska szkoła. Daje się tu zaobserwować nowe zjawisko: nie jest już rzeczą niezwykłą, że wiejskie szkoły mają do zaoferowania więcej niż pobliskie placówki miejskie. Ich walory to mniejsze klasy, większa troska nauczycieli, wysoki poziom nauczania, doskonałe wyposażenie itp.
Na podstawie analizy przeprowadzonych ankiet badaczka uważa, że istotą mechanizmu „suburbanizacji po polsku” są odrzucenie skromnych warunków życia w blokach, głód mieszkaniowy oraz dążenia do zamieszkiwania w zasobach mieszkaniowych wyższej jakości, które gwarantują nie tylko większy metraż, ale przede wszystkim własność powiązaną z nadzieją na ciszę, spokój, dostęp do zieleni i większe zadowolenie z życia. Ale miasto wciąż jest stałym punktem odniesienia, a wieś nie przypomina wymarzonej Arkadii. To te kwestie decydują często o wyborach życiowych osadników, niekiedy – paradoksalnie – umacniając jeszcze ich pełną dystansu postawę wobec okolicy, w której przyszło im zamieszkać.
Znacznym walorem książki jest ukazanie wpływu decyzji dorosłych na potomstwo, jego potencjalne perspektywy życiowe, sposobów przenikania się światów dorosłych i dzieci w nowej sytuacji. Zwykle zdecydowanie aspołeczny, indywidualistyczny charakter życia w podmiejskiej sferze wyraźnie oddziałuje na najmłodsze i młode pokolenie: dopóki wychowujące się w suburbiach dziecko jest w wieku wczesnoszkolnym, a jego świat społeczny ogranicza się do świata rodziców oraz [częściowo – przyp. K.W.] innych dzieci spotykanych w przedszkolu, jego podmiejskie życie jest beztroskie.
Z kolei starsze dzieci bardzo szybko przekonują się o dysfunkcjach nowych miejsc i coraz bardziej doskwierającym ograniczeniu ich dawnej sieci rówieśniczej/społecznej. Jak wspomniałem, suburbia w znacznym stopniu pozbawione są nie tylko sprawnie działającej komunikacji publicznej, ale w ogóle infrastruktury kulturalnej i społecznej. Poza tym nowe miejsce jest dla ich rodziców obce, zatem nie powstają typowe relacje sąsiedzkie. Równocześnie konieczność zapewnienia dzieciom stylów życia uznawanych choćby za typowe dla klasy średniej powoduje, że rodzice przyjmują na siebie rolę „darmowej taksówki”. Uzgodnienie rytmu życia dorosłych opiekunów z rytmem funkcjonowania ich dorastających dzieci powoduje znaczne obciążenia finansowe i psychiczne.
Na mniejszą skalę, ale na mocy podobnego mechanizmu dochodzi do zakorzenienia się nowego zjawiska/roli społecznej i domowej, szczególnie wśród kobiet. Zachowując wszelkie proporcje, autorka porównuje „podmiejskie matki” z amerykańskimi soccer moms, które podporządkowały życie dorastaniu i (potencjalnej karierze) nastoletnich dzieci. Z zasady nieodzownym narzędziem dla spełnienia tej roli jest własne auto. Warto zwrócić uwagę na niemal absurdalną cechę tej sytuacji. Otóż z pozoru spokojniejsze życie w wiejskim otoczeniu rodzi nowy rodzaj zmęczenia, stresu i frustracji (wyraźnie obecnych w przeprowadzonych przez Kajdanek ankietach) właśnie dlatego, że sieć kulturowa i społeczna oraz komunikacyjna jest tak rachityczna. Rekrutujący się często z szeregów konserwatywnego liberalizmu piewcy „własnego samochodu”, utożsamionego niemal z autonomiczną „wartością rodzinną”, szydzący z takich przeżytków jak „socjalistyczny” publiczny transport, również w tej materii pokazują swoją ignorancję w kwestii procesów społecznych i skutków indywidualizacji.
Inne interesujące zjawisko zaznacza się w odniesieniu do podmiejskich szkół podstawowych. O ich rosnącej wartości edukacyjnej była mowa. Problemem jest jednak to, że zarówno władze gminne, jak i szkolne często w ogóle nie rozumieją zachodzących na ich terenie zjawisk społecznych związanych z nową grupą osadniczą. Nie kojarzą też w sposób świadomy szkoły jako jednego z już nielicznych kulturotwórczych miejsc na własnym terenie. Z pewnością częściowo determinują to kłopoty finansowe samorządów, ale także przyjęty i wcielany w życie model modernizacji, traktowanej jako przyrost pewnego materialnego zasobu dóbr. Szkoły nierzadko ulepszają infrastrukturę, nie bez znaczenia jest także pozytywna rola obiektów sportowych związana z wdrożonym przez rząd Platformy Obywatelskiej projektem „Orliki”. Równocześnie jednak rzadkością są wciąż inicjatywy zmierzające do wzmocnienia sfery społecznej. Placówka oświatowa w tym kontekście jest wciąż bardziej gmachem, w którym odbywa się „obowiązek szkolny”, niż miejscem, gdzie w sposób przemyślany i celowy dokonuje się integracja lokalnej wspólnoty. To zdecydowany błąd, gdyż zdaniem autorki „Urbanizacji po polsku” miejscowe władze powinny wykorzystać potencjał tkwiący w lokalnych szkołach do generowania zasobów wiedzy, zaufania i poczucia więzi pomiędzy starymi i nowymi mieszkańcami, zaczynając od dzieci szkolnych i ich rodziców.
W jednej z kolejnych części pracy, „Podmiejska wspólnota?”, autorka szczegółowo analizuje charakterystyczne dla małomiasteczkowych suburbiów zjawiska, które skutecznie blokują rozwój badanych społeczności. Kajdanek stara się odpowiedzieć na pytania: dlaczego ludzie o podobnych statusach, sprowadzający się do osiedli podmiejskich, nie są w stanie stworzyć wspólnoty, oraz w jakim stopniu posiadane zasoby pozwalałaby im to uczynić? Jedna z wiodących tez, pojawiających się często w książce, jest klarowna: fatalna kondycja wiejskich przestrzeni publicznych jest idealnym odzwierciedleniem stanu podmiejskiej wspólnotowości.
Wśród czynników determinujących słabą więź wspólnotową badaczka wyróżnia ulotność i krótkotrwałość relacji sąsiedzkich – nowi mieszkańcy zamykają się w domu, gdy tylko zostanie on wybudowany. Ankiety wskazują, że osadnicy znają na ogół sąsiadów z zaledwie 2–5 pobliskich domostw. W dodatku „nowi” programowo unikają tradycyjnych, wiejskich przestrzeni publicznych, wiążąc sposoby spędzania wolnego czasu choćby z centrami handlowo-rozrywkowymi, położonymi w odległości dającej się pokonać za pomocą samochodu. W najgorszych przypadkach prowadzi to do upowszechnienia w mentalności lokalnych społeczności podziału na „my” i „oni”, w „najlepszych” – do obojętności i postawy „niewchodzenia sobie w drogę”.
To „strukturalne nieprzystosowanie” skutkuje także niskim poziomem wzajemnego zaufania. I tak część osadników twierdzi, że zamiast prosić o opiekę nad domem/kluczami sąsiadów, woli zwrócić się do rodziny, założyć alarm czy wynająć kogoś do pilnowania posesji. To bardzo interesujący wątek, wprost pokazujący cechy charakterystyczne współczesnej atomizacji Polaków. Wyraźnie zaznacza się tu istotna i bardzo typowa dziś antynomia. Mamy do czynienia z ucieczką we „wsobną familiarność” lub „rodzinne wyobcowanie”, albo ze zdaniem się na procesy związane z komercjalizacją życia, nawet w jego wymiarach domowych, bardzo przecież osobistych: wykupienie technologii i usługi, związanie bezpieczeństwa domu z prywatną firmą ochroniarską lub finansową „rekompensatę” za pewne dobro, wynikające, zdawałoby się, z elementarnych pobudek etycznych. W większości przypadków zachowania pseudosąsiedzkie reguluje poczucie obowiązku i norma wzajemności z naciskiem na szybkie odwzajemnienie usługi, a nie zaufanie, które kumuluje się do postaci kapitału społecznego.
Przyjrzyjmy się bliżej kwestii przestrzeni publicznej na podmiejskich osiedlach. Tradycje życia wiejskiego wyróżniają zwykle takie miejsca jak place przykościelne, boiska szkolne, remizy strażackie, tamtejsze świetlice. Miejsca te pełnią funkcję wspólnotową na mocy organizowanych na ich terenie wydarzeń, dotyczących działania samorządu, rady sołeckiej czy parafialnej, odbywających się festynów czy odpustów, czasem giełdy rolnej, a także inicjatyw Ochotniczej Straży Pożarnej i Koła Gospodyń Wiejskich. Jednak nowym mieszkańcom nie są one potrzebne: lokalna polityka nie jest dla nich interesująca, na niedzielną Mszę św. często jeżdżą „w stare strony”, a wiejskich rozrywek nie uważają za swoje.
Nie oznacza to jednak, że nowa przestrzeń jest kompletnie nieinteresująca dla osadników. Zwykle dostrzegają walory cennych przyrodniczo/krajoznawczo miejsc położonych w najbliższej okolicy. Irytuje ich też fakt, że domy tracą często na wartości, gdy piękne widoki zasłaniają kolejne budowle stawiane przez jeszcze-bardziej-nowych-mieszkańców, którzy stają się dla już-mniej-nowych-mieszkańców intruzami, zabierającymi kolejne fragmenty niezabudowanego horyzontu za oknem. Jednak pozostająca do ich dyspozycji przestrzeń ogólnodostępna niekoniecznie staje się przestrzenią wspólną/publiczną. Kajdanek pokazuje, w jaki sposób najbliższa, pozadomowa przestrzeń poddana zostaje indywidualizacji, nie prowadzi do wyjścia ku innym ludziom. Położone w sąsiedztwie wsi niewielkie połacie lasów (Sobin), ciekawe ścieżki spacerowe (Łagów, Kruszyn), stawy czy Arboretum (Wioska) zostają uznane za miejsca szczególnie atrakcyjne i są z przyjemnością odwiedzane. Nawet jeśli na spacerze mieszkańcy spotykają tam sąsiadów, to zwykle zachowują się tak, jakby byli sami i spacerowali w izolowanych korytarzach. Wiejskie miejsca publiczne mają zatem przede wszystkim walory związane z prywatną rekreacją. Mówiąc dosadnie: pełnią rolę spacerniaków w miejscu traktowanym jako obce.
Wiąże się to z jeszcze jednym czynnikiem, dość typowym dla dzisiejszej polskiej „wspólnotowości”, budowanej na wzniosłych sloganach, ale nie na realnym osadzeniu w świecie: na tych obszarach nie ma żadnej infrastruktury ani małej architektury pozwalającej zatrzymać się, przysiąść, by kontemplować przyrodę, a przy okazji w niekrępujący sposób być z innymi ludźmi. Nic dziwnego, że analizy poświęcone tej kwestii badaczka podsumowuje krótkim zdaniem wypowiedzianym przez jednego z ankietowanych mieszkańców Sycowa: Tu nie ma miejsc, gdzie się spędza czas. To subiektywne przekonanie (bo nierzadko stara infrastruktura wciąż jednak istnieje, choć jest skromna) rzutuje na ogląd całego świata, który otacza nowych mieszkańców starych wsi. Polacy przeprowadzają się na wieś, jakiej nie znają z miast, w których było im źle. Jednak na wsi nie czują się u siebie, a do miast muszą wracać ze względu na pracę, przyszłość dzieci, większą pulę świadczonych tam usług itp.
Ogromnym walorem książki Katarzyny Kajdanek jest fakt, że podjęła się tematyki, która właściwie nie budzi niczyjego zainteresowania i dobrze wpisuje się w strategię przemilczenia problemów i zagadnień społecznych, jakie są udziałem „milczącej większości” Polaków. W zakończeniu swojej pracy badaczka posługuje się publicystycznym ozdobnikiem, by oddać bardzo smutną treść: polska suburbanizacja jest siermiężna, a nie sexy. Nie jest to temat dyskutowany publicznie, traktowany jako element programowych debat politycznych, strategii rozwojowych władz samorządowych i centralnych. Stąd opinia autorki, że skoro nie ma rozbuchanych i zbiorowych oczekiwań, to rozczarowania przechodzą bez echa. Stają się indywidualnymi zmartwieniami, jednostkowymi porażkami, a nie doświadczeniem blisko 70 tysięcy uchwyconych w Spisie Powszechnym 2011 przybyszy z miasta na wieś, choć ich faktyczną liczbę należałoby, wedle moich ostrożnych szacunków, pomnożyć trzykrotnie.
Katarzyna Kajdanek, Suburbanizacja po polsku, Zakład Wydawniczy NOMOS, Kraków 2012.
przez Jarosław Górski | czwartek 31 lipca 2014 | Lato 2014
Dwa lata po uroczystych obchodach Roku Korczakowskiego – ogłoszonych na pamiątkę 70. rocznicy śmierci Starego Doktora – warto przypomnieć zmarłą dwa lata po nim Marynę Falską. Jego współpracownicę i dyrektorkę drugiego po Domu Sierot ośrodka realizującego korczakowski system wychowawczy, a także jedną z posągowych postaci polskiej lewicy.
Młodość heroiczna i tragiczna
7 lutego 1877 r. w Czaplinie na Podlasiu urodziła się Maria Rogowska. Jej ojciec dzierżawił majątek rolny w Dubnie, matka zajmowała się domem i liczną rodziną (urodziła trzech synów i pięć córek). Młoda Maria odebrała w domu dość staranne wychowanie i wstępną edukację, która wystarczyła jej do złożenia eksternistycznych egzaminów nauczycielskich i podjęcia pracy wychowawczyni, początkowo najprawdopodobniej w prywatnych domach.
Jeszcze w Dubnie uwielbiała swojego najstarszego brata Bronisława, działacza robotniczego i kulturalnego, który w Łodzi prowadził społeczną bibliotekę robotniczą, będącą także miejscem wielu działań kulturalnych, odczytów i spotkań robotników z inteligencją. Bronisław, odwiedzając rodziców, przywoził legalne i nielegalne publikacje, które podsuwał chłonnej i ciekawej świata siostrze. Pod koniec lat 90. XIX w. Maria zamieszkała w Warszawie u teściów Bronisława. Zaczęła pogłębiać swoją wiedzę poprzez uczestnictwo w wykładach Uniwersytetu Latającego oraz systematyczne samouctwo. Pracowała także w czytelniach Towarzystwa Dobroczynności, legalnych, jednak często rewidowanych i kontrolowanych przez policję, inwigilowanych przez szpicli i prowokatorów.
Rogowska wstąpiła do konspiracyjnej PPS. Używała pseudonimów partyjnych „Janina” i „Hilda”. Poznała wielu prominentnych działaczy partii, w tym Józefa Piłsudskiego, którego została bliską i lojalną współpracownicą. Zwróciła na siebie również uwagę carskiej policji i tajnych służb – prowadzono przeciw niej śledztwo, które oficjalnie zostało umorzone, wciąż jednak była inwigilowana. Władze wiedziały, że odwiedzała w Łodzi mieszkanie Piłsudskiego i jego żony Marii, używających wtedy fałszywego nazwiska Dąbrowskich. W lutym 1900 r. żandarmeria przypadkowo odkryła w tym mieszkaniu działającą od lat tajną drukarnię „Robotnika” i aresztowała wszystkich, którzy je odwiedzali, w tym Rogowską, która bez procesu przetrzymywana była przez kilka miesięcy w X Pawilonie warszawskiej Cytadeli. Później jeszcze kilkakrotnie wypuszczana, zatrzymywana i więziona m.in. na Pawiaku, w końcu w lipcu 1903 r. po procesie skazana została na 3 lata zesłania do Wołogdy w europejskiej części Rosji.
Po powrocie w 1905 r. natychmiast odnowiła kontakty partyjne i przystąpiła do pracy konspiracyjnej, wówczas, po wybuchu powstania, szczególnie potrzebnej, ale i niebezpiecznej. Wróciła też do legalnej pracy kulturalnej i nauczycielskiej. Ponieważ władze Towarzystwa Dobroczynności obawiały się policyjnych szykan i niechętnie patrzyły na zaangażowanych politycznie pracowników i czytelników, działacze PPS, z Bronisławem Rogowskim na czele, założyli Towarzystwo Czytelń Miasta Stołecznego Warszawy. Maria prowadziła jedną z czytelń przy ul. Szarej, współprowadziła inną przy ul. Żelaznej, jednocześnie zatrudniając się jako nauczycielka w szkole powszechnej V Oddziału Kultury Polskiej przy ul. Marszałkowskiej. Tam zapewne wstąpiła do Związku Nauczycielstwa Polskiego. Uczyła również w szkole dla ochroniarek (wychowawczyń małych dzieci) we Włochach.
W 1906 r. Rogowska poznała Leona Falskiego (pseudonim partyjny „Hipolit”). Był to dziesięć lat od niej starszy lekarz, działacz robotniczy, partyjny i niepodległościowy, organizator związków zawodowych wśród łódzkich włókniarek i włókniarzy, z wielkim autorytetem wśród towarzyszy i piękną kartą niezłomnego bojownika: przez cztery lata więziony na warszawskiej Cytadeli i Pawiaku, przez pięć lat zesłaniec syberyjski. Zapewne pod jego wpływem (a może także Marii Koszutskiej – „Wery Kostrzewy” – z którą oboje się przyjaźnili) Rogowska po rozłamie w partii wybrała PPS-Lewicę. W 1910 r. Rogowska i Falski pobrali się w Londynie. Ani w zaborze rosyjskim, ani w austriackim nie było wtedy ślubów cywilnych, a oboje – pryncypialni antyklerykałowie – nie chcieli słyszeć o ceremonii kościelnej. Falscy wrócili do kraju, ale wycofali się z pracy partyjnej i z konspiracji. Podobnie uczyniło wtedy wielu działaczy, zmęczonych ukrywaniem się i widzących, że efekty ich poświęcenia są mizerne wskutek represji i tendencji społecznych po powstaniu lat 1905–1907.
Małżonkowie osiedlili się w Wołożynie, małym białoruskim miasteczku w połowie drogi między Lidą a Mińskiem. Niewiele wiadomo o tym, jak wyglądało wspólne życie Falskich. Wiemy tylko tyle, że oboje odnaleźli się w pracy dla białoruskiej, żydowskiej i polskiej biedoty Wołożyna. On – uwielbiany przez swoich pacjentów za ofiarność i bezinteresowność – leczył, ona uczyła. Rok lub dwa po ich przyjeździe do miasteczka Falska urodziła córeczkę Hanię. I wiemy, że wkrótce potem Leon Falski zmarł na tyfus, którym zaraził się podczas epidemii, niosąc pomoc chorym. Społeczność miasteczka pożegnała bohaterskiego lekarza – przekonanego ateistę i antyklerykała – po swojemu: wspaniałą i tłumną ceremonią pogrzebową, oczywiście religijną. Młoda wdowa uległa uczuciom ludzi i zgodziła się na taką uroczystość, jednak sama na nią nie przyszła. I ateizm, i antyklerykalizm traktowała pryncypialnie i poważnie, bez kompromisów.
Po pogrzebie, szukając dla siebie miejsca i utrzymania, wyjechała z dzieckiem do siostry Ludwiki do Kijowa, później do Moskwy, do drugiej siostry, Wiktorii, pod której opieką pozostawiła córeczkę, a sama udała się w podróż w poszukiwaniu zajęcia. W 1914 r. Hania najprawdopodobniej przeziębiła się i zmarła. Falska już do końca życia będzie nosiła żałobę po mężu i córeczce. A może, jak sugerował Igor Newerly, nosiła się na czarno i smutno już wcześniej, wdowieństwo tylko jakby zalegalizowało sposób bycia wypływający z jej głębokiego charakteru. Do końca życia pozostanie samotna.
Korczak jak deus ex machina
Czy Maria Falska, nazywana już wtedy przez znajomych i wychowanków panią Maryną, poznała Korczaka w grudniu roku 1915 w Kijowie, czy też znała go, choćby ze słyszenia czy z widzenia, jeszcze w czasach warszawskich? Środowisko lewicowych działaczy zainteresowanych wychowaniem nie było zbyt liczne, a Korczak był już znany i jako prozaik, autor „Dziecka salonu”, i jako publicysta, i jako lekarz-społecznik. Mogli poznać się na wykładach Uniwersytetu Latającego, oboje otarli się o środowisko sympatyków Edwarda Abramowskiego. Jednak właśnie kijowskie spotkanie miało stać się dla obojga początkiem twórczej znajomości.
Falska była wtedy kierowniczką internatu dla 60 polskich chłopców, przeważnie sierot wojennych, uczących się rzemiosła. Korczak, służący jako lekarz wojskowy w armii rosyjskiej, podczas kilkudniowego urlopu w Kijowie trafił do zakładu prowadzonego przez Falską. Musiało to być kilka wyjątkowo intensywnych dni, bo Korczak przekonał nie tylko kierowniczkę, ale i wychowanków do przyjęcia rozwiązań pedagogicznych, które zdążył już wypróbować podczas pracy w Domu Sierot. W zakładzie powstały więc samorząd, sąd, gazeta, do której każdy wychowanek i każdy wychowawca mógł napisać artykuł (wiele z nich napisała Falska).
Współpraca obojga pedagogów – co warto podkreślić, wobec częstego przedstawiania Falskiej jako osoby z kręgu Korczaka, realizatorki jego koncepcji – była od początku partnerska i równorzędna. Stary Doktor w Kijowie trafił przecież do instytucji prowadzonej przez panią Marynę już od ponad pół roku. Instytucji dobrze działającej mimo ogromnych trudności finansowych i organizacyjnych, mimo pracy z bardzo trudnymi, często zdemoralizowanymi wychowankami. Falska – rówieśnica Korczaka – była wówczas osobą w pełni ukształtowaną zarówno intelektualnie, jak i moralnie, doświadczoną w działaniu i w życiu. Przyjęcie metod Korczaka było jej decyzją, podjętą świadomie dla dobra wychowanków i zakładu. Kilka dni obecności Korczaka wystarczyło, by zaszczepić jego pedagogiczne pomysły, ponieważ grunt był podatny. Pamiętajmy, że były to lata, w których wielu wychowawców uważało, iż najlepszym środkiem pedagogicznego oddziaływania jest przemoc, a czas wojenny usprawiedliwiał ich nawet najbardziej drastyczne poczynania. Decyzją Falskiej, jeszcze przed zjawieniem się – niczym deus ex machina – charyzmatycznego doktora, kijowski zakład nie stał się kolejnym sierocińcem z militarnym drylem. Przyjęcie, wdrożenie i pielęgnowanie – gdy Korczak wyjechał, by powrócić pod koniec 1917 r. – nowatorskich i rewolucyjnych metod wychowawczych wymagało od kierowniczki internatu nadzwyczajnej odwagi i przekonania o ich skuteczności.
W roku 1918, po ewakuowaniu kijowskiego internatu do Warszawy, Falska przez jakiś czas pracowała w sierocińcu przy ul. Krochmalnej, ale tam i ona, i dochodzący z pobliskiego Domu Sierot na wizyty lekarskie Korczak nie mieli wpływu na przyjęte metody pracy.
Nasz Dom
Latem 1919 r. Wydział Opieki nad Dzieckiem lewicowej Centralnej Komisji Związków Zawodowych powierzył Falskiej zorganizowanie i kierownictwo pierwszej powołanej przez siebie placówki – Naszego Domu. Wydzierżawiona w Pruszkowie przy ulicy Cedrowej 14 kamienica niespecjalnie jednak nadawała się do tego celu. Mimo starań robotników remontujących i przystosowujących budynek do potrzeb schroniska nie było tam instalacji wodnej i kanalizacji, nie było dużych sal, w których dzieci mogłyby przebywać i bawić się w ciągu dnia, nie było jadalni. Dom pomimo tego należało koniecznie otworzyć jeszcze przed zimą. Kraj pełen był wojennych sierot i wciąż – wszak trwała wojna z bolszewikami – ich przybywało. Otwarcie nastąpiło 15 listopada 1919 r.
Gdy przyjechały dzieci do Naszego Domu – wspominała Falska w gazecie, którą w zakładzie prowadziła razem z Korczakiem i wychowankami – brakowało u nas ławek, stołów, nie było elektryczności; drzewa do pieców było mało, mało było żywności i chleba. Nie było szatni – nie było palt gdzie powiesić, rzeczy nie było gdzie schować1. Zakupione ze składek robotniczych zapasy węgla i drewna rzeczywiście były niewystarczające, nie było też wiadomo, kiedy uda się zdobyć następną dostawę (zapasów gotówki nie było prawie wcale), zimą więc palono w piecach bardzo oszczędnie, żeby w pewnym momencie nie zostać zupełnie bez opału. Podobne kłopoty były z zaopatrzeniem w żywność i dzieci oraz dorośli opiekunowie często nie dojadali. Szybko okazało się, że prowadzenie instytucji wychowawczej utrzymywanej wyłącznie z robotniczych składek to piękna idea, ale niezwykle trudna w realizacji.
Początki Naszego Domu wymagały także ogromnego wysiłku wychowawczego. Falska przyjęła system Korczakowski i zaczęła wraz z jego twórcą – przyjeżdżającym do Pruszkowa 1–2 razy w tygodniu – wdrażać go bez żadnego okresu wstępnego czy przejściowego. Sześćdziesiątka wychowanków, wśród których ponad ⅔ stanowili chłopcy, trafiła więc do świata, gdzie obowiązywały zasady zupełnie odmienne od tych, jakich doświadczyli w domach i na ulicy. Do świata, który z jednej strony ofiarował dzieciom fizyczne bezpieczeństwo, dach nad głową, skromne, ale pewne i bezwarunkowe utrzymanie, ofiarował – dla wielu z nich egzotyczne i wcale nie takie łatwe do zaakceptowania – szacunek i uwagę wychowawców, z drugiej jednak strony wymagał ciągłego samodoskonalenia, ciągłego przyglądania się sobie i relacjom ze światem, współtworzenia własnego środowiska.
Falska zamieszkała, podobnie jak Korczak w Domu Sierot na Krochmalnej, w pruszkowskiej siedzibie Naszego Domu. Jej mieszkaniem był jeden pokój, który wobec szczupłości miejsca w budynku i wykorzystania każdego wolnego skrawka miejsca do pracy z dziećmi – stał się także miejscem spotkań Rady Pedagogicznej, kancelarią oraz biblioteką zakładową. W ciągu dnia więc mógł tam wejść każdy, nie było mowy o minimalnej choćby intymności. Wieczorami, kiedy dzieci położyły się już spać, dyrektorka w swoim pokoju prowadziła dokumentację i zapiski, spisywała „momenty wychowawcze”, pedagogiczne casusy i spostrzeżenia. Prowadziła ogromną (niestety, ocalałą czy odnalezioną tylko w drobnym ułamku) korespondencję z wychowawcami i współpracownikami, także z tymi, których miała pod ręką. Pisanie było jej naturalnym sposobem komunikacji, również do dzieci lubiła pisać, i to zarówno teksty publikowane w gazecie Naszego Domu, takie, które były przeznaczone do publikacji w pismach dla dzieci (m.in. w prowadzonym przez Stefanię Sempołowską dwutygodniku „W słońcu”), jak i poufne listy do wychowanków.
Przyglądaj się sobie
Falska zachęcała także dzieci do spisywania własnych przemyśleń, refleksji, wrażeń. W Naszym Domu – podobnie jak w Domu Sierot Korczaka – prowadzony był systematycznie tzw. Kalendarz, czyli codzienny wieczorny zapis opowieści dzieci, które z jakichkolwiek powodów chciały utrwalić swoje przeżycia, przygody, sny czy przemyślenia. Opowieści dzieci spisywane były przez wychowawców (wiele z nich przez samą Falską) bez żadnych poprawek czy językowych korekt, dziecko mogło opowiadać, co chciało i jak długo chciało, mogło też bez podania przyczyny zrezygnować z opowiadania. Z opowieści wychowanków Naszego Domu wspominających własne, młodsze lata, powstała przejmująca książka „Wspomnienia z maleńkości”. Pisanie, a więc porządkowanie myśli i emocji, przyglądanie się im i poddawanie krytycznej refleksji, dzielenie się z innymi, miało pomagać dzieciom w nabywaniu samoświadomości, rozumieniu samych siebie i innych, obserwowaniu własnych przemian i postępów.
Bardzo wymowne jest powojenne świadectwo Leonarda Szczęsnego, wychowanka z lat 1922–25, który trafił do zakładu jako szczególnie zdemoralizowany i zbuntowany dziewięciolatek, z którym nie dawali sobie rady ani samotna matka, pracująca w wytwórni papierosów i dorabiająca wróżbiarstwem, ani wychowawcy. Z zachowanej dokumentacji możemy wnosić, że Falska wraz ze współpracownikami miała z małym Leonardem mnóstwo problemów. Chłopak wciąż podawany był do sądu za agresywne i złośliwe zachowania (i zmuszony w ten sposób do zrozumienia, że jego czyny i słowa oddziałują na innych ludzi), wciąż w plebiscytach oceniany przez współwychowanków jako „uciążliwy przybysz” (i w ten sposób otrzymujący jasną informację zwrotną na temat swoich relacji z innymi, a jednocześnie bolesną, choć niezbędną sugestię zmiany własnego postępowania). Samotnik i złośnik unikany przez kolegów, którym niejednokrotnie zalazł za skórę i którzy tylko złego się po nim spodziewali, łobuziak, a jednocześnie fantasta obdarzony wspaniałą wyobraźnią, dyktujący Falskiej do kalendarza (i uczący się w ten sposób rozpoznawania własnych emocji) jednym tchem i zdaje się bez świadomości zmiany statusu opowieści swoje dzienne przeżycia, sny i niestworzone historie, w jakich niby miał uczestniczyć. A przy okazji po prostu dziecko wyrwane z półświatka: nieporadne społecznie i językowo, myślące najprostszymi kategoriami ludzkiej dżungli.
I ten oto Leonard, po ćwierćwieczu (w 1948 r.), tak wspominał wpływ wychowawczyni na swoje życie: W tym czasie, kiedy byłem najbardziej dokuczliwy dla otoczenia, broniąc swej skóry przed zbawienną cywilizacją i przeobrażeniem mnie w człowieka, pani Maryna Falska była dla mnie najlepszą i najbardziej wyrozumiałą, jakby nie dostrzegając moich postępków. Nie zrażała się do mnie, okazując zawsze jednakowe uczucie. Jej zainteresowanie się moją osobą zaczęło mnie w końcu intrygować i otrzeźwiać stopniowo moją zapalczywość, budzić gdzieś w głębi ukryty wstyd i ambicję, zaczął się okres mojej poprawy. […] Pani Maryna Falska była […] nie tylko dobrym wychowawcą – psychologiem o subtelnej intuicji duchowej, który z wrodzoną delikatnością umiał rozpoznać charakter dziecka, wczuć się w proces jego przejawów duchowych, jego załamań i wzlotów psychicznych oraz jego samopoczucie, ocenić jego wartości moralne i duchowe, zrozumieć je, a znalazłszy drogę do duszy dziecka, nawiązać i utrzymać z nim kontakt, opanować je zwolna i umiejętnie podporządkować swej woli wychowawcy. […] Lubiłem ją i szanowałem jako dziecko, które ona zrozumiała i nauczyła patrzeć na świat śmiało otwartymi oczami2. Tutaj, jak sądzę, nie sama ocena wychowanka jest najlepszym świadectwem pedagogicznego kunsztu Falskiej, ale jej język. O „subtelnej intuicji duchowej” mówi przecież człowiek, który w dzieciństwie był troglodytą i który według potocznego przekonania powinien pozostać nim na zawsze.
W wielu świadectwach byłych, jeszcze pruszkowskich wychowanków przewija się obraz Falskiej jednakowo życzliwej wszystkim, choć szczególnie wiele czasu i uwagi poświęcającej tym kłopotliwym. Pani Maryna, podobnie jak Korczak, uważała, że wychowawca jest wyjątkowo potrzebny tym dzieciom, które mają kłopoty z samymi sobą i z relacjami z innymi. Jeśli wychowankowie nabędą już podstawowe umiejętności społeczne, przestaną być dla innych szczególnie uciążliwi, można dużą część pracy wychowawczej pozostawić ich rówieśnikom oraz im samym. To właśnie samowychowanie – a nie moralizatorstwo czy tym bardziej musztra – było według Korczaka i według zgodnej z nim Falskiej najskuteczniejszym działaniem pedagogicznym. A pani Maryna, która zdawała sobie sprawę z własnej skłonności do moralizowania i oceniania, w ramach samowychowania często właśnie powstrzymywała się od personalnej ingerencji w relacje między wychowankami, w ich wybory i życiowe poszukiwania, zachęcając ich tylko do autorefleksji i przestrzegania wspólnych reguł.
Bądź, kim jesteś
Po pięciu latach mozolnego pokonywania ciągłych finansowych i organizacyjnych trudności sytuacja zakładu zaczęła się odmieniać. Do Towarzystwa „Nasz Dom”, które powołano w 1921 r., gdy już wiadomo było, że składki związkowców nie będą wystarczały na utrzymanie placówki, wstąpiło sporo prominentnych weteranów niepodległościowej części PPS. To dzięki nim w 1925 r. dzieci z zakładu, wraz z wychowawcami, zostały zaproszone do warszawskiej Filharmonii na uroczysty koncert, którego honorowym słuchaczem był marszałek Piłsudski. Ze swojej loży wypatrzył dawną współpracownicę (a może ktoś mu ją wskazał?), zszedł do niej i przywitał się bardzo serdecznie. Kilka tygodni później prezydent Stanisław Wojciechowski odznaczył panią Marynę – właśnie za działalność konspiracyjną sprzed lat – najwyższym cywilnym odznaczeniem: Złotym Krzyżem Zasługi. A niedługo później do Towarzystwa „Nasz Dom” wstąpiła pani Aleksandra Piłsudska, druga żona Marszałka. To ona przejęła w Towarzystwie zadanie pozyskiwania środków na działalność zakładu, a jej starania – choć dwuznaczne zwłaszcza po zamachu majowym – były bezcenne dla samego istnienia Naszego Domu. Dzięki protekcji Piłsudskiej (a także pierwszej żony prezydenta Mościckiego – Michaliny Mościckiej) Towarzystwo otrzymało dochodową koncesję na prowadzenie hurtowni papierosów oraz składu soli. Sierociniec otrzymywał także z Urzędu Celnego skonfiskowane przemytnikom produkty żywnościowe i materiały niezbędne dla codziennego funkcjonowania. Udało się również szybko pozyskać fundusze, za które zakupiono na warszawskich Bielanach działkę pod nowy, już własny, nowoczesny – zaprojektowany w kształcie samolotu przez Zygmunta Tarasina – obszerny gmach. Jak podkreślali wychowankowie: dom był wesoły, jasny, chciało się w nim żyć. Zakład przeprowadził się tam w 1927 r.
Znamienne jest wspomnienie Leokadii Ambrzykowskiej, wieloletniej krawcowej Naszego Domu. W Pruszkowie [Falska – przyp. J.G.] cały dzień poświęcała dzieciom. Bardzo często bawiła się z nimi i wtedy zapominała, że jest osobą dorosłą. Kiedy dzieci urządziły chrzciny lalki i Maryna Falska była księdzem – ubrała się w kapę, spięła klamrą i trzymając w ręku gałązkę asparagusa, ochrzciła lalkę, dając jej imię Rozalia, potem urządziła przyjęcie, nakryła stół własnym prywatnym obrusem, tańczyła z dziećmi. Dzieci lubiły bardzo, jak pani Maryna tańczyła w kółeczku, bawiła się jak dziecko, zaśmiewając się szczerze. Później w Warszawie nie zauważyłam już tego. W Warszawie była bardzo poważna i często długo zamyślała się, paląc papierosa.
W pamięci mojej pozostała:
W Pruszkowie – wesoła, radosna.
W Warszawie – poważna, zamyślona, a zawsze wielka duchem i sercem, wielkim umiłowaniem dzieci i pracy nad dziećmi – człowiekiem idei3.
I wspomnienia wychowanków Naszego Domu zdają się potwierdzać to spostrzeżenie: o ile ci z Pruszkowa wspominają wychowawczynię jako pełną energii, żywą, roześmianą, to ci z Bielan, jak na przykład Bronisław Jarząbkowski, pamiętają już, że twarz miała przeważnie poważną, znużoną, bo naprawdę dużo pracowała nie tylko w dzień, ale i w nocy. Czesław Prokopczyk, wychowanek nie samego domu dziecka, ale przedszkola, które przy Naszym Domu działało podczas okupacji, oglądający Falską z pewnego oddalenia, wspominał po latach: Czarna pani o poważnej i surowej twarzy – była to właśnie pani Maryna Falska, cała ubrana na czarno, prócz sztywnych mankietów i kołnierzyka, które lśniły białością5.
W czasach bielańskich Falska także chętniej niż wśród maluchów przebywała wśród starszych dzieci i młodzieży, również wśród młodych wychowawców. Oczywiście mali wychowankowie wciąż mieli kontakt z dyrektorką, wciąż mogli liczyć na jej zainteresowanie i zwracać się do niej ze swoimi sprawami. Jednak wygląda na to, że sama Falska szukała towarzystwa właśnie młodych, doroślejszych już ludzi, z kontaktów z nimi czerpała energię i, rzadko uzewnętrznianą, radość. To chyba różniło ją od Korczaka, który czerpał radość z samego bycia z dziećmi, z przebywania w ich świecie, z obcowania z ich wyobraźnią i fantazją, a także – to wydaje mi się najistotniejsze – z dziecięcą nieświadomością krótkości, kruchości i tragizmu ludzkiego życia. Falska była intelektualistką, jej żywiołem była nie zabawa, nie wyobraźnia niedająca ująć się w karby, ale rozmowa, wymiana myśli, idei, rozważanie kwestii moralnych. Korczakowi przebywanie z dziećmi, zabawa, przestawianie się na dziecięcy sposób myślenia i przeżywania świata przychodziły lekko, Falska musiała się przełamywać. Korczak – można to tak ująć – sam był dzieckiem, a Falska nie. Korczak – to także istotne – sam podjął decyzję o tym, że zostanie wychowawcą, a decyzja ta wypływała z głębi niego. Falska jako kobieta nie mogła podejmować takich decyzji. Zawód pedagoga był jednym z niewielu wtedy dostępnych dla kobiet, zaczęła go wykonywać, bo nie miała szerokiego pola wyboru. Jednak skoro się tego podjęła i dojrzała jego społeczną i moralną doniosłość, to oddała mu całą swoją istotę, bez reszty. Oczywiście, dostrzegała wartość korczakowskich pomysłów, dostrzegała też wartość dzieciństwa i dziecięcej wrażliwości, ale intelektualnie i moralnie, nie instynktownie.
W niej już dziecka nie było, a im była starsza, tym mniej może miała sił do przeczenia swojej konstytucji, do działań, które nie wypływały wprost z niej, nie były zgodne z jej charakterem i temperamentem. A może po prostu zauważała, że takie działania wychowawcy, do których musi on naginać swoją osobowość i upodobania, które nie wypływają bezpośrednio z jego woli i miłości, ale są wyrozumowane, mogą uczynić więcej złego niż dobrego? Falska była osobą bardzo samoświadomą i bardzo – czasem boleśnie – szczerą wobec siebie i innych. Swoich wychowanków zachęcała do tego, aby byli tym, kim są, i nikogo nie udawali. Sama była właśnie tym, kim była. Tak charakteryzował ją Igor Newerly: Nigdy nie istniała po prostu i dla samej siebie. Epicki stan duszy, jak dawniej mawiano, był normalnym jej stanem. Musiała żyć, oddychać w klimacie wielkiej, czystej sprawy. I nie, żeby raz kiedyś, ale permanentnie, od zarania do końca. […] U Maryny każda rzecz, i czynność, wszystko było czemuś podporządkowane, było funkcją czegoś nadrzędnego. Pojawiało się to bezwiednie w pospolitych drobiazgach codzienności. Dla Maryny wszystko (idea, sprawa, przyjaźń) istniało bez najmniejszej skazy, albo nie istniało wcale6.
Dzieci wychowują dzieci
Różnice psychologiczne i osobowościowe dyrektorów mogły mieć wpływ na praktykę funkcjonowania obydwu zakładów. Oczywiście pewne wycofanie się pani Maryny z bliskiej i bezpośredniej pracy z maluchami wcale nie oznaczało ich porzucenia, a wręcz przeciwnie, mogło przynieść sporą wychowawczą korzyść zarówno im samym, jak i starszym dzieciom i młodzieży zakładu. W praktyce Naszego Domu – staraniem jego dyrektorki – wspaniale bowiem funkcjonował system wzajemnego wychowywania się dzieci, troski starszych o młodszych, zmniejszania się ingerencji dorosłego wychowawcy w życie domu i w relacje między dziećmi (choć oczywiście nie oznaczało to zmniejszenia się dostępności wychowawców dla dzieci). Dobrze ujął rzecz Prokopczyk: Musi w tym [w praktyce Naszego Domu i zamyśle Falskiej – przyp. J. G.] uderzać zbieżność z nowoczesną pedagogiką, upatrującą w środowisku ludzkim (dziecięcym) dominującą siłę oddziałującą, kształtującą i wychowującą człowieka (dziecko). […] Środowisko wychowawcze najmłodszego dziecka na terenie internatu to nie tylko wychowawca, to przede wszystkim jego najbliższe otoczenie składające się ze starszych kolegów, którzy są dla tego dziecka ucieleśnieniem jakichś ideałów, wartości, celów, powtarzających się na każdym niemal kroku życia codziennego. Tak więc, ta pozornie daleko poza najmłodsze dziecko wybiegająca działalność p. Maryny wracała jednak do niego, co prawda pośrednią, ale bardzo istotną i skuteczną drogą. Sygnalizowany na początku brak bezpośredniej i odczuwalnej przez przedszkolaków troski i dbałości osobistej ze strony p. Maryny okazuje się po prostu tylko innym typem opieki nad małym dzieckiem. Była to troska pogłębiona intelektualnie, oparta na mistrzowskim znawstwie procesu wychowania, jego komponentów i wymagań organizacyjnych, troska pełna poważnego traktowania dziecka. Nie chodziło o to, by dokonać czegoś ze względu na siebie, liczyła się tu tylko sprawa dziecka. Postawa p. Maryny dosyć wyraźnie, zwłaszcza w zestawieniu z dr. Korczakiem, pozbawiona była widocznych elementów emocjonalnych7.
Korczak o wiele bardziej niż Falska realizował i potrzeby wychowawcze, i swoją własną potrzebę ekspresji, życia, istnienia, w bezpośrednim, wręcz zmysłowym kontakcie wychowawcy z dzieckiem. Kontakcie – dodajmy – który zachodził na dziecięcych warunkach, a więc w którym należało dopuścić również sporą dozę spontaniczności, przypadkowości, a także – co istotne – wychowawczej niekonsekwencji. Dziecko fascynowało Korczaka między innymi dlatego, że żyło o wiele pełniej i o wiele bardziej niż człowiek dorosły, którego i własne, i zbiorowe doświadczenie uczyło tłumienia życia8. I w myśli, i w praktyce Korczaka nadrzędną wartością jest życie – życie wręcz biologiczne, tu i teraz, dla samego życia, dla chwili, w której jest przeżywane, dla radości uwalniania instynktu i woli, a co za tym idzie, także niedające się do końca ująć w karby, uporządkować, umoralnić – a więc wszelkie potrzeby wychowawcze są tej wartości podporządkowane. Falska w zasadzie zgadzała się z filozofią Korczaka, jednak – ujawniło się to zwłaszcza w bielańskim okresie – inaczej rozumiała rolę wychowawcy. A sam Korczak, nota bene, za to właśnie cenił Falską, że w ich współpracę wnosiła nie posłuszne wykonawstwo jego idei, ale ciągłą własną twórczość, trzeźwość oceny, a nawet, momentami bardzo surowy, wręcz brutalny krytycyzm. W latach 30. drogi obojga pedagogów co prawda rozeszły się, Korczak wycofał się z pracy w Naszym Domu, jednak – mimo że sam bardzo brutalnie nieraz wypowiadał się o innych placówkach opiekuńczych i ich personelu – nigdy nie wyraził się lekceważąco czy dyskwalifikująco o tym, w jaki sposób jego dawna współpracownica samodzielnie kontynuuje to, co zaczęli razem.
Dom otwarty na świat
Falska potrafiła – jak mało który wychowawca – spojrzeć na stworzoną przez siebie instytucję, na jej praktykę, a nawet ideowe fundamenty, z niezwykle brutalną przenikliwością. Jakiej trzeba intelektualnej i moralnej uczciwości, aby w liście do współpracownika (tu: młodego wychowawcy Jana Pięcińskiego) napisać choćby takie słowa: Jaką dziecinną zabawką, jakim szychem jest każdy „samorząd” szkolny czy internatowy w porównaniu z żywą mową życia środowiska przyrodzonego dziecku. Jakim sztucznym tworem. Im w lepszych warunkach internat postawiony, tym jest niebezpieczniejszy w znaczeniu wytwarzania specjalnej psychologii, że tak powiem, spożycia gotowego. Im lepsza techniczna organizacja, tym mniej daje sposobności do twórczego nastawienia się młodzieży. („Twórczego” – to nie jest określenie tu właściwe. Wytwórczego raczej. Aktywnego może). Nasz Dom jest specjalnie niebezpieczny. Poza granicami zakładu dzieci i młodzież czują możną opiekę. Zeszłoroczny „akt święcenia domu, który zgromadził najwyższych prawie dostojników państwa” – „64 samochodów – pisały mi dzieci – na placu stało”, jest b. wymownym i jaskrawym ujawnieniem tego niebezpieczeństwa wychowawczego.
[…] Nie można stworzyć wylęgarni „nowego człowieka”. Ogólne podłoże społeczne tworzy typ człowieka. W Naszym Domu w ramach istniejącego układu społecznego zajmuje pasywne stanowisko. Stąd młodzież, która przebyła wiele lat internatu naszego, jest bierna i bez tendencji powiązania się z życiem aktywnym na zewnątrz. Zainteresowań umysłowych także Dom nasz nie dawał do tej pory.
Nie lubię, gdy ktoś określa internat jako „małe społeczeństwo”. Społeczeństwo składa się ze spożywców i wytwórców. Nie do pomyślenia jest „społeczeństwo” samych spożywców. To nie jest nawet kolektyw. To zbiorowisko – luźnie z sobą powiązanych jednostek przypadkowo skupionych na jednym terenie9.
Zapewne te niewesołe refleksje stały się dla Falskiej i jej współpracowników impulsem dla otwierania Naszego Domu na zewnątrz, oferowania dziennej opieki i pomocy wychowawczej dzieciom niemających stałej pracy mieszkańców osiedla Zdobycz Robotnicza (i zapewne nie tylko ich – pod koniec lat 30. do Naszego Domu uczęszczało ponad 160 przedszkolaków z zewnątrz). Falska zamknęła zainicjowaną przez Korczaka eksperymentalną zakładową szkołę dla pierwszoklasistów, a otworzyła przedszkole dla robotniczych maluchów i świetlicę dla starszych dzieci. Zlikwidowała bursę dla dorosłych wychowanków, a latem zorganizowała w Naszym Domu półkolonie dla żoliborskich dzieci, niemających co ze sobą zrobić w czasie wakacji. Wychowankowie Naszego Domu obsługiwali czytelnię dla małych i dorosłych mieszkańców dzielnicy, wyświetlali sąsiadom filmy i przeźrocza, zapraszali na przedstawienia teatralne i koncerty zakładowej orkiestry. Codziennie trzydziestka biedniejszych dzieci spoza zakładu jadła z mieszkańcami Naszego Domu posiłki. Dom otwierał się, a Falska zauważała z entuzjazmem, że wychowankom wychodzi to na dobre.
Warto jednak pamiętać, że otwarcie Naszego Domu możliwe było dzięki bardzo dobrej kondycji finansowej Towarzystwa. Dokonywało się właśnie wtedy, gdy Dom Sierot Korczaka doświadczał ogromnych trudności finansowych i organizacyjnych. W czasach światowego kryzysu, który tak mocno dotknął Polskę, indywidualni donatorzy byli o wiele mniej hojni, ale dochody z koncesji tytoniowych i ilości towarów konfiskowanych przemytnikom rosły… Zupełnie inna sytuacja niż na początku działania Naszego Domu, który zaczynał od pruszkowskiej biedy, gdy Dom Sierot zaznawał względnego dostatku. Może ta różnica doprowadziła czy wzmogła niesnaski między Falską a Korczakiem? On wciąż potrzebował innowacji, eksperymentów, które – takie jak choćby szkoła dla maluchów – wobec biedy na Krochmalnej próbował forsować na Bielanach. Ona miała własną wizję Naszego Domu.
Jednak nawet kiedy w czasach okupacji zakład stracił dochody z koncesji i musiał – podobnie jak na początku działalności – liczyć na organizacje charytatywne (m.in. Radę Główną Opiekuńczą) i skromne dochody z kwest i zbiórek, jego mieszkańcy nie zamknęli się na świat zewnętrzny, ale właśnie jeszcze bardziej otworzyli. Zakładowa stołówka gościła więcej dzieci z Żoliborza, wciąż działały przedszkole i świetlice. Wielu starszych wychowanków wstąpiło do konspiracyjnych organizacji, o czym Falska zapewne wiedziała, choć ze względów bezpieczeństwa młodszych dzieci sama nie włączała się w podobne działania. Jednak Nasz Dom stał się schronieniem dla kilkanaściorga dzieci żydowskich, którym dyrektorka wyrobiła „aryjskie” papiery i fałszywe życiorysy, zadbała o to, by inni wychowankowie – w końcu także dzieci – w żaden sposób nie zdradzili się ze swoją wiedzą lub podejrzeniami. A kulminacją otwarcia Naszego Domu był czas powstania warszawskiego, kiedy to urządzono w nim powstańczy szpital i ochronę dla dzieci, które podczas walk zgubiły swoich opiekunów. Ręka w rękę pracowały w nich wychowawczynie i starsze wychowanki (starsi chłopcy i męscy wychowawcy przystąpili do oddziałów powstańczych, wielu z nich zginęło).
Maria Falska zmarła 7 września 1944 r., kiedy na Bielany weszli hitlerowcy i kazali ewakuować zakład. Dzieci z Naszego Domu, zanim odeszły znów do Pruszkowa, tym razem do obozu dla wychodźców z Warszawy, zbiły z desek trumnę, wykopały grób i pochowały swoją wychowawczynię.
Autor serdecznie dziękuje za pomoc i inspiracje pani Marcie Ciesielskiej z Archiwum Korczakowskiego.
Przypisy:
- Maria Falska, Nasz Dom. Zrozumieć, porozumieć się, poznać, wybór i opracowanie Marta Ciesielska, Barbara Puszkin, Warszawa 2007, t. 1, s. 140.
- Nasz Dom 1919–1989. Kronika, listy, wspomnienia, fotografie, oprac. Zofia Kowalska, Zygmunt Bobrowski, Warszawa 1989, s. 26.
- Tamże, s. 25.
- Tamże, s. 26.
- Czesław Prokopczyk, Nasz Dom. Wspomnienia i refleksje z przedszkola i internatu okresu okupacji, Korczakianum, Archiwum Korczakowskie Muzeum Warszawy, teczka 0409, s. 65.
- Igor Newerly, Żywe wiązanie, Warszawa 2001, s. 175.
- Prokopczyk, dz. cyt. s. 72–73.
- Pisałem o tym więcej w artykule Korczak, jakiego znać nie chcemy, „Nowy Obywatel” nr 6(57), jesień 2012.
- Maria Falska, dz. cyt. t. I, s. 268–272.
przez Václav Bělohradský | czwartek 31 lipca 2014 | Lato 2014
We Włoszech, kraju portów i doków, era azbestu kosztowała wiele ludzkich istnień. Opowieści „ofiar azbestu” utrwaliło kilka odważnych filmów dokumentalnych. W jednym z nich robotnik, któremu rak krtani odebrał naturalny głos, mówi w imieniu wszystkich ofiar sztucznym głosem. Wspomina przyjaciela, który często o poranku w warsztacie wymiotował, krył się z tym jednak z obawy przed utratą pracy, a ostatecznie zmarł w wieku 45 lat. Z kolei o własnym śmiertelnym niebezpieczeństwie nie miał pojęcia, najwyżej coś przeczuwał: Byliśmy zaledwie robotnikami, mówię teraz w imieniu ich wszystkich tym oto nowym głosem. Ten głos dochodzi do nas jakby z wnętrza opuszczonych budynków przemysłowych, przypominających obozy zagłady – cień Holocaustu przywołuje zresztą także ścieżka dźwiękowa dokumentu, który poświęcono pamięci ofiar włoskiego postępu przemysłowego: głosom, które zmusił do milczenia oraz miejscom, które skaził.
Fabryka produkująca materiały z azbestu, używane do wszechobecnych niegdyś falistych dachów i rur, nosiła nazwę Eternit, od eternitas, czyli wieczność. W innym dokumencie pod tytułem „Indistruttibile” (Undestroyable) [Niezniszalne – przyp. red. NO] kobieta, która przez 30 lat pracowała w tym zakładzie, opowiada, jak produkcja eternitu wniosła do miasteczka Casale Monferrato życie, przyciągnęła masy robotników, którzy kupowali bułki z mortadelą w piekarni naprzeciw fabryki. Przychodzili w niebieskich ubraniach roboczych pokrytych białym pyłem, który wirował wszędzie dookoła. Jako dziecko chętnie patrzyła na tę ludzką masę i obserwowała robotników wracających na rowerach z pracy. Na drzwiach byłej fabryki widnieje dziś napis: „Uwaga, skrajne niebezpieczeństwo”.
Później rozpoczęły się procesy sądowe, jednak większość menedżerów spółki została uniewinniona. Prawo dotyczące ochrony środowiska pochodzi z roku 1986, a fabryka zakończyła działalność wcześniej. Ekspertyzy nie są jednoznaczne, niektóre na przykład stwierdzają, że azbest jest tylko jedną z wielu przyczyn raka opłucnej i płuc. Uznany włoski dziennikarz Giorgio Bocca napisał: Czy wielkie przedsiębiorstwo, jeden z fundamentów gospodarki narodowej, może stracić lata lub dziesięciolecia produkcji, czekając na dowody potwierdzające niebezpieczeństwo jakiejś substancji? Nie, nie może. Międzynarodowy rynek spożywczy pełen jest produktów modyfikowanych genetycznie, co do których nie wiemy, jakie ryzyko przynoszą. W przemyśle i nauce nigdy nie uda się wykazać złych intencji. Zabijała szalona krowa karmiona mączką z martwych zwierząt. Czy ktoś został za to ukarany pozbawieniem wolności? Czy ponadnarodowe koncerny działały w złej wierze, produkując i sprzedając tę mączkę? Czy sprawiedliwość, stając twarzą w twarz z brakiem odpowiedzialności przemysłu i nauki, może rozwiązać kwadraturę koła?
Czy przedsiębiorca musi być świadomy ryzyka związanego z tym, co produkuje? Kiedy dokładnie ekspertyzy zaczynają być wiążące? Kto jest odpowiedzialny za śmierć ludzi wystawionych na działanie substancji, których niebezpieczeństwo odkryto po dziesięcioleciach ich stosowania? Od którego momentu producenci telefonów komórkowych będą zobowiązani do poważnego traktowania rosnącej ilości poszlak na temat związku pomiędzy używaniem takich urządzeń a rakiem mózgu?
Czym jest odpowiedzialność w społeczeństwie późnonowoczesnym?
Społeczeństwo nowoczesne powstaje w procesie tzw. funkcjonalnego zróżnicowania, w którym rozpada się ono na wyspecjalizowane części. Te stopniowo ulegają „odpolitycznieniu”, czyli emancypują się spod wpływu autorytetów występujących „w imię całości” – gospodarka, kultura, administracja publiczna i nauka zaczynają kierować się jedynie własnymi kodami. Procesu funkcjonalnego zróżnicowania nie da się zatrzymać, szkoła przejmuje od rodziny wychowanie dzieci, sprawiedliwością zajmują się prawnicy, państwo jest zarządzane przez wyspecjalizowanych urzędników, nauka rozpada się na coraz bardziej szczegółowe dziedziny, a eksperci coraz słabiej potrafią się nawzajem zrozumieć. Tego, co jednoczy, raptownie ubywa, również filozofia i wykształcenie humanistyczne stają się jedynie „wyspecjalizowanymi dziedzinami”, w których orientują się wyłącznie specjaliści uznający za realne tylko to, co potrafią opisać w swym wyspecjalizowanym języku. Świat społeczny otaczający jednostkę, który przekraczałby wszystkie indywidualne kody, oniemiał. Język całości przeżywa w sztuce, choć tylko jako doświadczenie tego, co znika, czego brak. Określenie „wiek skrajności” wskazuje na konsekwencje reżimów politycznych uzasadnianych namiastkami idei całości – jak na przykład rasa, klasa, dzieje, nacjonalizm.
Społeczeństwo „nowoczesne” staje się społeczeństwem „późnonowoczesnym” w momencie, gdy funkcjonalne zróżnicowanie uzyskuje w nim prymat, którego nie potrafi skompensować żaden legalny autorytet, żaden reprezentant całości. Pojęcie „autorytetu”wskazuje na podzielane modele reprezentacji całości, funkcjonujące niczym zwierciadła, w których członkowie jednego społeczeństwa przeglądają się w swej współzależności jako części tego społeczeństwa. Wszelkie uświęcone modele reprezentacji całości, które w przeszłości czyniły z jednostek części jednego społeczeństwa, w późnej nowoczesności wyczerpują się: państwo narodowe i jego mit, hegemonia klasowa i podzielany szacunek dla elit, polityczne religie i ruchy polityczne jak socjalizm, liberalizm, konserwatyzm. Wielkie zwierciadła, które w przeszłości odbijały obraz jednostek jako części jednego społeczeństwa, popękały i zmatowiały. Ludzie nie mają „w czym” się przeglądać jako jednostki odpowiedzialne wobec autorytetu reprezentującego całość społeczeństwa. Współczesna fala populizmów jest próbą wprowadzenia takiego zwierciadła za pomocą „antypolitycznych środków” – apelem do ludu, narodu, „porządnych ludzi” – a przez to przezwyciężenia neurotyzujących konsekwencji zniknięcia tego, co nas jednoczy.
W społeczeństwie późnonowoczesnym wszystko przemienia się w decyzję – prawda, przyroda, Bóg, obiektywność nauk – pisze Ulrich Beck. Owa przemiana wszystkiego, co stałe i dane, nakłada na nas ogromne brzemię odpowiedzialności – musimy poszukiwać dobrych argumentów dla naszych decyzji i je odnajdywać, od tego bowiem zależy trwanie Ziemi jako „domostwa ludzkości”. Przyroda czy planeta Ziemia nie są już po prostu dane tu oto, musimy się na nie zdecydować. Jesteśmy skazani na poszukiwanie nomos Ziemi, praw, które zagwarantują przeżycie ludzi jako mieszkańców planety. Jak potwierdzają współczesne spory o globalne ocieplenie, znalezienie przekonywających argumentów jest sprawą katastrofalnie skomplikowaną.
Społeczeństwo późnonowoczesne zamienia ideologiczne hasła przeszłości – takie jak „wolny rynek”, „własność prywatna” czy „suwerenność ludu” – w „nostalgiczne frazesy”. Czyż jakikolwiek proces we współczesnej gospodarce odbywa się w sposób wolny? Czy konsumenci kolonizowani przez globalną reklamę to „osoby myślące niezależnie”? Czy wzrost gospodarczy stanowi przedmiot decyzji suwerennego ludu? Co można traktować jako prywatne na planecie, gdzie machnięcie skrzydeł motyla w Brazylii może wywołać huragan w Europie, a awaria jednego tankowca potrafi zniszczyć historyczne (bio)światy formowane przez stulecia?
„Oresteja”, trylogia tragiczna Ajschylosa, opowiada o szeregu morderstw dokonanych z powodu zemsty i gniewu. Bogini Atena próbuje przeciąć łańcuch przemocy, ustanawiając „trybunał” złożony z najlepszych obywateli, którzy nie splamili się zbrodnią. Mają oni orzec o winie lub jej braku i wydać wyrok na tych, wokół których krążą Erynie żądne dalszej krwi. Figura trybunału wskazuje tutaj na siłę zdolną poddać gniew, zemstę i namiętności sprawiedliwemu osądowi. Orzeczenie sędziów musi zostać uznane także przez Erynie – mroczne siły przeszłości przeciwne rozumowi, którym obcy jest wszelki rozsądek. Rozum stoi wprawdzie w pozycji sędziego, ale musi wejść z tymi siłami w kompromis.
Mit o Orestesie to jedna z opowieści założycielskich Zachodu: ustanawia trwały związek między sprawiedliwością i odpowiedzialnością a orzeczeniem niezawisłych sędziów, których ocena, poparta argumentami, stanowi zaporę przeciw siłom ciemności, przeciwko gniewowi i zemście. Myślę o tej opowieści dzisiaj, gdy place naszych miast zalewają tłumy „oburzonych”, które twierdzą o sobie, że reprezentują 99 procent społeczeństwa, lecz ich protesty są bezskuteczne. Jaki sprawiedliwy sąd mógłby uciszyć ich rozgoryczenie?
Pojęcie „sprawiedliwego sądu” miało do tej pory bliski związek z wyobrażeniem odnowy władzy autentycznego ośrodka, autentycznych reprezentantów całości wewnątrz jej wszystkich części, a także odnowy władzy „domowych” – tych, którzy są tam, gdzie się decyduje, „w domu”. Prymat funkcjonalnego zróżnicowania przeobraża pojęcia „centrum”, „reprezentacji” czy „domostwa” w nostalgiczne frazesy, niczego nie da się już rozwiązać poprzez odnowę centrum, reprezentacji ludu czy też przez powrót do miejsca, do którego należymy. Antagonizmy społeczeństwa późnonowoczesnego stanowią „nadwyżkę” nad wszelkimi wyobrażalnymi centrami, reprezentacjami lub domostwami, nie dadzą się rozwiązać poprzez powrót do „jedynego” centrum, autentycznej reprezentacji ludu czy „pierwotnego” domostwa. Nie znajdujemy również żadnej instancji, która posiadałaby autorytet zdolny do ich rozwiązania przez odwołanie się do bezstronnego sądu. Możemy jedynie dojść do porozumienia w sprawie pewnego „progu zrównoważenia”, tak aby antagonizmy nie rozerwały społeczeństwa na autystyczne fragmenty.
W społeczeństwie późnonowoczesnym antagonizm wszystkich antagonizmów jest prosty, sformułujmy go następująco: Liczba osób, które zostały dotknięte skutkami (prywatnego lub publicznego) działania innych osób, skandalicznie przewyższa liczbę osób, których zgoda jest konieczna, by takie działania były legalne. W warunkach intensywnej komunikacji sytuacja ta jawi się nader wyraźnie, przez co staje się trwałym powodem rozgoryczenia demokracją. Rozwiązanie mogłaby przynieść demokratyzacja – zwiększenie liczby ludzi, których zgoda jest konieczna, by pewne działanie było legalne – co jednak prowadziłoby do nadmiernych kosztów negocjacji pomiędzy 99 procent aktorów, którzy nie są uprawnieni do decydowania, aczkolwiek ponoszą konsekwencje decyzji, a 1 procent upoważnionych do decydowania, których (ekonomiczne, polityczne, kulturowe) przywileje umożliwiają im uniknięcie konsekwencji własnych decyzji.
Nieustannie pogłębia się przepaść pomiędzy stale zmniejszającą się mniejszością shareholders – osób mających legalne uprawnienia do decydowania, a zarazem określanych mianem kompetentnych – a stale zwiększającą się większością stakeholders – osób mających coś at stake, do stracenia, lecz niemających uprawnień do udziału w decydowaniu, określanych mianem niekompetentnych. Społeczeństwo późnonowoczesne rozpada się tym samym na dwa obozy: obóz niekompetentnych, rozgoryczonych zagrożonych oraz obóz kompetentnych i bezpiecznie ryzykujących. Posługują się one antagonistycznymi językami – rozgoryczeni i nieuprawnieni do udziału w decydowaniu mówią językiem „zagrożeń”, kompetentni i uprawnieni do decydowania mówią językiem „ryzyka”. Menedżerowie z wyspecjalizowanych branż uzasadniają swoje decyzje wiedzą ekspercką. Ryzyko, które zrzucają na „całe społeczeństwo”, jest „racjonalne, naukowo uzasadnione”, natomiast protesty przeciwko niemu są „nieracjonalne, nienaukowe, niemające podstaw prawnych”, jak na przykład niemieckie czy austriackie protesty przeciw elektrowni jądrowej Temelín w oczach czeskich „ekspertów od atomu”.
Można ogólnie przyjąć, że to, co ekspertom z wyspecjalizowanych branż jawi się jako racjonalnie uzasadnione ryzyko, laikom pozostającym „na zewnątrz” takich branż ukazuje się jako zagrożenie. W społeczeństwie późnonowoczesnym każdy z nas jest jednocześnie osobą zagrożoną i zagrażającą, ofiary ryzyka i osoby ryzykujące nieustannie przeplatają się ze sobą, każdy z nas ryzykuje w dziedzinie własnych kompetencji i zagraża całej reszcie społeczeństwa. Kierowca, który dobrze zna natężenie ruchu na danej trasie o określonej porze, bierze na siebie ryzyko i decyduje się na wyprzedzanie na zakręcie, racjonalnie zakładając, że na drodze natężenie ruchu jest jak zawsze niewielkie. Dla kierowcy, który przypadkowo jedzie w kierunku przeciwnym, stanowi jednak zagrożenie. Jak przypomniała choroba szalonych krów, czasem okazuje się, że prawda leży po stronie niekompetentnych zagrożonych, podczas gdy decyzje racjonalnie ryzykujących, wsparte opiniami kompetentnych ekspertów, potrafią zabić tysiące ludzi. Nikt jednak nie został ukarany, ryzyko było uzasadnione, a ryzykujący nie mają obowiązku ponoszenia odpowiedzialności wobec niekompetentnych zagrożonych.
Bogini Atena rozwiązała napięcie pomiędzy językiem tradycji a językiem rozumu przez ustanowienie trybunału bezstronnych sędziów, lecz jaki trybunał mógłby rozwiązać spór pomiędzy grupą zagrożonych a grupą ryzykujących? Ile ludzkich istnień kosztowała nas racjonalnie uzasadniona decyzja produkowania azbestu? W jaki sposób uciszyć gniew zagrożonych, żądających kary lub zadośćuczynienia? Język ryzykujących jest naukowy i racjonalny, język zagrożonych ma korzenie w micie, uprzedzeniach i doświadczeniach historycznej społeczności. Hasło zagrożonych brzmi „Chcemy pewności”, lecz żaden specjalistyczny podsystem nie może zapewnić niczego więcej niż stopień ryzyka dostosowany do okoliczności. „Pewność” jest pojęciem religijnym i metafizycznym, tylko język mitu może nam ją zagwarantować. Nie może zatem stanowić uzasadnionego żądania w społeczeństwie późnonowoczesnym, w którym jednostka zmuszona jest przyjąć „uzasadnioną niepewność” za nieunikniony warunek życia. Sporu pomiędzy językiem zagrożonych a językiem ryzykujących nie da się rozwiązać, można jedynie porozumieć się w sprawie pewnego progu zrównoważenia.
Rozwiązaniem sporu nie może być decyzja, by za prawomocne uznać tylko takie żądania obywateli, które zostały wyrażone językiem ryzyka, tak jakby język zagrożeń był zaledwie nieprawowitym pogrobowcem „czasów przednaukowych”. Przeciwnie, często odpowiedzialny i niezawisły sędzia musi swym orzeczeniem bronić prawa mitu i historycznego doświadczenia przed agresywnością poznania naukowego. Zapewne istniały racjonalne naukowe argumenty, na podstawie których menedżerowie podjęli decyzję używania mączki mięsno-kostnej z martwego bydła jako karmy dla innych zwierząt. Istniały jednakże irracjonalne powody oraz mitologiczne uprzedzenia, by taką praktykę odrzucić – przeświadczenie, że uczynienie mięsożerców i kanibali z istot roślinożernych jest obrazą ładu stworzonego świata. Przykładowo na Nowej Gwinei u członków ludożerczego plemienia Fore, rytualnie zjadającego mózgi zabitych nieprzyjaciół, występuje choroba o nazwie kuru – rodzaj BSE. Dlaczegóżby nie interpretować jej jako kary bożej za kanibalizm? Odrzucenie z powodów religijnych stosowania mączki mięsno-kostnej z martwego bydła jako karmy dla bydła żywego uchroniłoby kraje Unii Europejskiej w bardziej efektywny sposób niż wiara w zdolność ekspertów do oszacowania stopnia ryzyka w naukowy sposób. Podobnie makabryczne obrazy z Hiroszimy albo Czarnobyla są wprawdzie nienaukową, lecz mimo wszystko skuteczną przestrogą przed demonicznym zagrożeniem kryjącym się w energii jądrowej.
Konsumenci często postrzegają rolnictwo ekologiczne jako ratunek przed zagrożeniami „epoki toksycznej”. Takie rolnictwo niesie jednak ze sobą nowe ryzyko, ponieważ pleśnie, które mogą się rozwinąć na pokarmie niepoddanym obróbce chemicznej, produkują milion razy więcej substancji toksycznych dla organizmu ludzkiego niż powszechnie używane pestycydy, których działanie jest dobrze zbadane. Odpowiedzialnie oceniać oznacza poszukiwać progu zrównoważenia między językiem ryzyka a językiem zagrożeń, nie zaś redukować jeden język do drugiego.
W społeczeństwie późnonowoczesnym antagonizm klasowy przybiera postać antagonizmu między ryzykującymi a zagrożonymi. Długofalowe masowe protesty w kwestii budowy autostrad, biotechnologii, elektrowni jądrowych czy składowisk odpadów toksycznych pokazują, że taki antagonizm jest nie mniej dramatyczny, choć w odróżnieniu od pojęcia „równości społecznej” pojęcie „równego podziału ryzyka” jako celu polityki demokratycznej jeszcze nie znalazło swego pełnego uzasadnienia.
Być rozsądnym i odpowiedzialnym w społeczeństwie późnonowoczesnym oznacza, najogólniej, bronić równowagi między językiem zagrożeń a językiem ryzyka przeciwko nieodpowiedzialnemu „idiotyzmowi” ekspertów (od gr. idio – ograniczony, własny – „być uwięzionym we własnym świecie”). Procesy takie jak biurokratyzacja i specjalizacja instytucjonalizują nieodpowiedzialność – biurokrata niczym idiota jedynie przestrzega przepisów, specjalista niczym idiota jedynie stosuję swoją metodę. Sfera publiczna w społeczeństwie późnonowoczesnym została opanowana przez dyskurs neoliberalny, który idiotyczną obojętność menedżerów wszelkich wyspecjalizowanych branż wobec sprzeciwu i protestów 99 proc. ludzi przedstawia jako „spontaniczne decydowanie wolnych właścicieli i konsumentów”, legitymizując tym samym zinstytucjonalizowaną nieodpowiedzialność jako normalny stan społeczeństwa.
Równowaga między językiem zagrożeń a językiem ryzyka nie może zostać nigdzie i przez nikogo z góry ustanowiona. Jest każdorazowo wyznaczana podczas protestów i nagłych buntów zagrożonych jednostek przeciwko idiotyzmowi ryzykujących ekspertów. A często także podczas słusznych protestów ryzykujących przeciwko idiotyzmowi zagrożonych! Warto dodać, że głos zagrożonych może uzyskać znaczenie i rezonans społeczny wtedy, gdy zaangażowana sztuka nada mu skuteczną formę, a krytyczne dyscypliny humanistyczne dostarczą silnych argumentów.
Tłum: Krzysztof Kołek
Tekst pierwotnie ukazał się w czeskim tygodniku literackim „Salon”. Przedruk za zgodą autora.
przez Piotr Wójcik | czwartek 31 lipca 2014 | Lato 2014
Początki świata, w którym obecnie żyjemy, sięgają XVI wieku1. Można nie zgadzać się z wieloma tezami Immanuela Wallersteina, można uznawać je za zbyt daleko idące lub niepoparte wystarczającymi dowodami, jednak z tym zdaniem zgodzić się trzeba. Zręby współczesnego zglobalizowanego świata tworzyły się podczas wielce ciekawego dla historii gospodarczej okresu od XVI do XVIII wieku. To wtedy powstawały fundamenty kapitalizmu, tworzyły się podstawy światowego podziału pracy, kreowały zasady globalnej wymiany, a pozycje, które w tamtym okresie zajmowały poszczególne kraje, do dziś odbijają się we współczesnym układzie gospodarczym. Dlatego dla zrozumienia, czemu Polska jest w tym miejscu, w którym jest, dlaczego stanowi co najwyżej półperyferię gospodarczego centrum zachodniego świata, dlaczego pomimo całkiem dynamicznego rozwoju w ciągu ostatnich 25 lat wciąż wlecze się w ogonie państw wysokorozwiniętych, niezbędne jest przyjrzenie się tamtemu okresowi – I Rzeczpospolitej.
Nieprzypadkowo Anna Sosnowska swą pracę na temat sporu historyków o gospodarcze dzieje ówczesnej Polski zatytułowała „Zrozumieć zacofanie”. Aby zrozumieć nasze zapóźnienie względem krajów Zachodu, potrzeba głębokiej refleksji nad tamtym okresem, który miał niebagatelny wpływ na wszystko, co wydarzyło się po nim. Nie chcę tutaj zabierać głosu w dyskusji, czym była demokracja szlachecka albo jaką cezurę dziejową powinniśmy przyjmować, gdy mówimy o I Rzeczpospolitej. Zamierzam przyjrzeć się relacjom ekonomicznym w Polsce od XVI do XVIII wieku. Relacjom, na które największy wpływ miały panujące wtedy zjawiska poddaństwa chłopów oraz pańszczyzny.
Zachodni chłop niewolnikiem nie jest
Poddaństwo można podzielić na trzy typy – osobiste, gruntowe i sądowe. Pierwszy z nich to najbardziej ścisły wymiar poddaństwa, oznaczający ograniczenie wolności osobistej poddanego przez wolę pana, np. zakaz zmiany siedziby bez zezwolenia. Drugi typ obejmował ograniczenia w dysponowaniu posiadaną ziemią, trzeci oznaczał poddanie się pańskiej jurysdykcji sądowej. Nietrudno się domyślić, iż pierwszy z nich stanowił najmniej przyjemne, z naszego punktu widzenia, zjawisko. W XVIII w. na zachodzie Europy było ono jednak w zasadzie w zupełnym zaniku – albo stanowiło ledwo pamiętany relikt przeszłości (zachodnie Niemcy), albo wręcz było kompletnie zapomniane (Francja). Pozostały tam już tylko głównie elementy poddaństwa gruntowego i sądowego2. Fernand Braudel przytacza cytat duchownego z Górnej Austrii z 1646 r., który wiele powie o tamtejszej sytuacji: Bogu niech będą dzięki, że nie ma już teraz w okolicy ludzi niewolnych i że każdy może i powinien pracować tam gdzie chce3.
Poza typem poddaństwa sytuację na wsi określał także typ ustroju rolnego. Można ich wymienić cztery: bazujący na drobnej własności, czynszowy (wielka własność oparta o sieć małych gospodarstw płacących czynsz właścicielowi), folwarczno-pańszczyźniany (oparty o wielkie folwarki uprawiane głównie przez chłopów przymusowo odrabiających pańszczyznę) oraz folwarczny (w wielkich folwarkach pracują robotnicy najemni). O ile w zachodnich Niemczech dominowała wielka własność (drobna stanowiła z reguły kilka do kilkunastu procent), o tyle już we Francji bardzo duże znaczenie miała własność drobna (nawet do 50 proc. obszarów wiejskich w środkowej Francji). Jeśli mowa o wielkiej własności, to była ona na zachodzie Europy przede wszystkim czynszowa. Folwarki częściej występowały w południowo-zachodnich Niemczech, jednak były znacznie mniejsze niż te w Europie Środkowo-Wschodniej. Przede wszystkim jednak we wszystkich typach gospodarstw dominowała praca najemna. Pańszczyzna, nawet jeśli jeszcze gdzieś występowała, nie wynikała z poddaństwa osobistego (np. w Hanowerze z sądowego), a jej wymiar był minimalny (np. we Francji kilka do kilkunastu dni w roku). Poza tym sytuacja materialna chłopów była na tyle dobra, że często sami się wykupywali z pańszczyzny. Jeśli chodzi o samą wysokość obciążeń, to sytuacja wyglądała różnie – w niektórych regionach były one bardzo niskie, a w niektórych z kolei dość wysokie (np. w Beauvais dochodziły do 40 proc. dochodów). Zasadniczo jednak miały one tendencje do spadku. Stosunkowo wysokie obciążenia istniały w Anglii, aczkolwiek w zamian za to tamtejsza szlachta wzięła na siebie intensywną modernizację rolnictwa, co odciążyło chłopstwo z tego obowiązku4.
Wieś polska – mechanizmy wyzysku
W Polsce czasów tzw. demokracji szlacheckiej rzecz przedstawiała się zgoła inaczej. I to w zasadzie na wszystkich poziomach. Poddaństwo było absolutnie jednym z najważniejszych czynników kształtujących ówczesną polską rzeczywistość. Co więcej, był to czynnik właściwie suwerennie kształtowany przez szlachtę, w której rękach spoczywała władza ustawodawcza, czyli sejm. Rozróżnianie poddaństwa w Polsce na powyższe trzy typy ma charakter czystego teoretyzowania, gdyż wszystkie one tworzyły spójną całość w ramach jednej instytucji poddaństwa, w której zależność osobista była rozbudowana do znaczących rozmiarów.
Ustrój rolny kształtował się także zupełnie inaczej niż na Zachodzie. W zasadzie w całym omawianym okresie dominowała wielka własność ziemska – własność drobnoszlachecka stanowiła zdecydowaną mniejszość, a własność włościańska (chłopska) z oczywistych względów nie istniała (miała co najwyżej cechy użytkowania). Charakter tej własności był w przeważającej części folwarczno-pańszczyźniany. Nawet jeśli według niektórych szacunków pod koniec XVIII w. chłopskie grunty rolne stanowiły ok. połowy wszystkich, to z powodu dominacji pańszczyzny nad czynszami były one uzależnione od folwarków. W tych ostatnich występowała czasami praca najemna, lecz była ona zupełnie drugorzędna. Cały system opierał się na przymusowej pracy chłopów, do czego dochodzono stopniowo5.
W niektórych regionach Polski jeszcze na początku XVI w. na rolach pańskich w znaczącym stopniu pracowali pracownicy najemni, a wymiar pańszczyzny był niewielki. Jednak właśnie w pierwszej połowie XVI w. rozpoczął się proces zwany „refeudalizacją”. Sejmy bydgoski i toruński z lat 1520 i 1521 wprowadziły pańszczyznę tygodniową, co oznaczało, że jej wymiar od tej pory miał być określany względem jednego tygodnia (wcześniej wynosiła ona najwyżej kilkanaście dni w roku). Rozpoczęło się niepozornie – od jednego dnia pańszczyzny tygodniowo z łanu (łan to dawna jednostka miary powierzchni pól). W drugiej połowie XVI w. wynosiła ona już 3 dni, a około roku 1600 – 6 dni. Oczywiście było to liczone dla gospodarstwa, tak więc jednołanowe trzyosobowe gospodarstwo w razie pracy wszystkich członków jednocześnie mogło odrobić pańszczyznę w dwa dni robocze.
To jednak nie wszystko – panowie wymyślili tzw. pańszczyznę… dodatkową. Ordynowaną w razie potrzeby – np. usługi transportowe, pomoc przy spławie zboża rzeką itp. Myliłby się, kto myśli, że w takim razie zrezygnowano z pozostałych danin, np. w naturze. Te sumiennie ściągano, podobnie zresztą jak czynsze, które w wieku XVI stanowiły równowartość około 5 proc. chłopskich dochodów (1 zł z łanu). Podliczając to wszystko, ok. 1570 r. pan średnio w 60 proc. czerpał dochody z darmowej pracy chłopa w ramach pańszczyzny na folwarku, a w 40 proc. z obciążenia owoców pracy chłopa w gospodarstwie włościańskim (czyli zabierał ok. 30 proc. tego, co chłop wypracowywał na „własnej” roli)6.
Nie ulega wątpliwości, że suma obciążeń chłopów była dużo wyższa w krajach gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej niż czynszowej. Jednak na poddaństwo nie składały się same tylko obciążenia pracy. Wielkie znaczenie miał osobisty wymiar poddaństwa. Jednym z jego przejawów było przywiązanie do ziemi, co oznaczało zakaz zmiany miejsca zamieszkania bez zgody pana. Lokalnie była czasami wymagana także zgoda przy zawieraniu związków małżeńskich, choć ten zwyczaj nie był akurat rozpowszechniony. Jednym z bardziej bulwersujących faktów z tamtych czasów była możliwość… sprzedania lub podarowania chłopa. Jeszcze większe oburzenie wywołuje kara za zabicie chłopa – otóż wynosiła ona 30 grzywien. Średni roczny dochód z folwarku wynosił ok. 115 grzywien, tak więc w zasadzie panowie mogli zabijać chłopów bezkarnie7. Wszystkie te fakty jasno wskazują, że sytuacja chłopa z czasów Pierwszej Rzeczpospolitej była de facto sytuacją niewolnika i tylko praktyka idealizowania polskiej historii spowodowała, że nie jest to tak nazywane w dzisiejszym dyskursie.
System niewolniczy kwitnie
Cały proces zniewalania chłopów przebiegał stopniowo i wręcz niepostrzeżenie dla nich samych. W XVI w. nastąpił znaczny wzrost cen zboża, na którego uprawie oparły się folwarki, co znacznie zwiększyło ich zyski. Odbiło się to pozytywnie także na sytuacji materialnej chłopów, dlatego też podczas początkowych etapów refeudalizacji panowie nie odczuwali żadnego oporu z ich strony8. Te znakomite warunki wymiany wpłynęły na ukształtowanie się charakteru gospodarki polskiej na kolejne lata. Przytłaczającą część swych dochodów z gospodarstwa folwarcznego panowie czerpali z produkcji rolnej – było to ok. 80 proc. Hodowla zwierząt przynosiła jedynie ok. 10 proc. dochodów, a resztę stanowiła marginalna działalność sadownicza czy warzywnicza9.
Jednak zyskowność folwarków nie wynikała tylko z wysokich cen zboża, lecz przede wszystkim z pańszczyzny. Jej istnienie fundamentalnie zmniejszyło kapitał potrzebny folwarkom do funkcjonowania. Za pracę nie trzeba było płacić, ponieważ była ona darmowa. Za narzędzia również, gdyż chłopi musieli przynosić swoje i dbać o nie we własnym zakresie. Podobnie rzecz miała się z inwentarzem żywym. O modernizacji rolnictwa przez szlachtę, jak w Anglii, nie było mowy. Tutaj szlachcic, niczym rasowy współczesny „przedsiębiorca”, starał się maksymalnie ciąć ponoszone koszty i możliwie dużo przenosić ich na chłopa.
Wydatki na zakup ziemi w razie potrzeby także nie występowały – wystarczyło tylko odebrać ją włościanom, zgodnie z przyjętym założeniem, że gospodarstwa chłopskie mają ograniczyć się jedynie do produkcji niezbędnej do przeżycia. To rozwiązanie nie tylko umożliwiło darmowy dostęp do ziemi, ograniczony wyłącznie egzystencjalnymi potrzebami poddanych (które zresztą można było nagiąć – pod koniec XVIII w. rozmiary gospodarstw chłopskich momentami znajdywały się poniżej limitu „działki wyżywieniowo-produkcyjnej”)10, ale też skutecznie wyrugowało chłopów z rynku, czyli szlachta pozbyła się konkurencji. Miało to również wyraz w prawie – wszelkie nadwyżki produkcji chłopskiej były obowiązkowo skupywane przez szlachtę, aby żaden z bardziej przedsiębiorczych włościan nie zaczął nimi samodzielnie handlować. To dowolne wręcz kształtowanie areału upraw powodowało, że korzyści z tzw. dobrych lat czerpał przede wszystkim folwark. Gdy na horyzoncie widać już było dobre zbiory, panowie po prostu zwiększali powierzchnię roli, oczywiście kosztem włościan, by móc sprzedać jeszcze więcej zboża. Była to w zasadzie metoda nieograniczonego wyzysku, a jeśli ograniczonego, to tylko fizyczną wytrzymałością chłopa. Według wyliczeń Witolda Kuli, w latach 1550–1750 dochody magnatów wzrosły o 100 proc., szlachty o 42 proc., natomiast chłopów spadły o 7,5 procent11.
Jednak ten sposób gospodarowania musiał w końcu odbić się negatywnie na rolnictwie. Wzrost sprzedaży oparty na prostackiej wręcz ekspansji, polegającej jedynie na zwiększaniu areału upraw i ewentualnie cięciu kosztów, zupełnie niepoparty modernizacją, innowacjami czy inną próbą zwiększenia produktywności, prowadził prosto w ślepą uliczkę. Już na początku XVII w. coraz wyraźniejsze stawało się wyczerpywanie dostępnych powierzchni rolnych, intensywnie wyjaławianych ekstensywną gospodarką. Powszechna była również bardzo mizerna praca chłopów, którzy nie byli zainteresowani wzrostem dochodów z niej, gdyż nie mieli z tego żadnych korzyści. Podczas odrabiania pańszczyzny pracowali najgorszymi narzędziami (pan i tak nie miał lepszych, bo nie miał ich wcale), niejednokrotnie sabotowali prace folwarków w odwecie za ucisk. Zdecydowanie efektywniej pracowali we własnych gospodarstwach, jednak te systematycznie traciły na znaczeniu w krajowej produkcji z powodu ograniczania ich wielkości i zakazu inwestowania przez chłopów. Spadek efektywności produkcji rolnej, na której opierała się cała polska gospodarka, był dramatyczny. Jeszcze w XVI w. z jednego wysianego ziarna otrzymywano pięć, w kolejnym stuleciu już tylko cztery, natomiast w połowie XVIII w. zaledwie trzy12. Oczywiście w reakcji na spadające dochody panowie zwiększali wymagania wobec chłopów (czy to przez wzrost pańszczyzny, czy odbieranie kolejnych połaci ziemi), co jeszcze gorzej odbijało się na produktywności. Takie błędne koło musiało prowadzić do katastrofy – nie tylko gospodarczej, ale i politycznej. A to, jak wiemy, nastąpiło pod koniec XVIII w.
Gdańsk daje zarobić – obcym
Produkcja rolna, która w związku ze wzrostem cen zboża i rozwojem pańszczyzny zdominowała polską gospodarkę, była przygotowywana zarówno na rynek zewnętrzny, jak i wewnętrzny. Produkcja na rynek zewnętrzny rozwijała się bardzo dynamicznie z dwóch powodów. Po pierwsze – w Niderlandach nastąpił znaczny wzrost popytu na polskie zboże, które kupcy z Amsterdamu ochoczo nabywali, zresztą nie tylko na swój rodzimy rynek, ale też w innych krajach. Po drugie – warunki wymiany, czyli tzw. terms of trade, znacząco polepszały się właśnie dla zewnętrznego handlu zbożem. Czynnik ten badał Witold Kula i stwierdził, że dla sprzedawców zboża warunki wymiany zagranicznej w latach 1550–1750 wzrosły ośmiokrotnie, co znaczy, że za ten sam sprzedany kontyngent towaru można było zakupić osiem razy więcej produktów. Natomiast wzrost dla wymiany krajowej wyniósł tylko 50 procent13. Tak więc eksport zboża stawał się najbardziej opłacalny, jednak pozwolić sobie na to mogła wyłącznie magnateria dysponująca odpowiednią ilością zboża oraz kapitału potrzebnego chociażby do jego transportu.
Sytuacja, w której najbardziej opłacalna działalność jest dostępna tylko dla najbogatszej i najbardziej uprzywilejowanej grupy, musiała skończyć się dalszym rozwarstwianiem dochodów i petryfikowaniem sytuacji. W XVI i XVII w. nastąpił znaczny wzrost zamożności magnatów, tymczasem bieda szerzyła się nawet wśród drobnej szlachty14. Magnaci, którzy z roku na rok coraz bardziej monopolizowali środki produkcji w Polsce, w ogóle nie byli zainteresowani jej modernizowaniem czy szukaniem nowych sposobów działalności gospodarczej, ponieważ mieli pod ręką łatwy sposób zarabiania. A zatem jedyna grupa, która miała możliwości, aby wprowadzić Polskę na wyższy poziom rozwoju, zupełnie nie zakładała takich planów. I RP upodabniała się do zacofanego państwa rentierskiego, eksploatującego bezlitośnie swoje bogactwa naturalne i sprowadzającego z zagranicy wszelkie luksusowe lub bardziej skomplikowane produkty.
Taki stan utrzymywał się również z innych powodów. Jednym z nich było przekonanie szlachty, że ich kraj jest „spichlerzem Europy”, że żywi kontynent itp. Przekonanie to było zupełnie błędne. Nawet w szczytowym momencie eksportu polskie zboże stanowiło zaledwie ok. 0,5 proc. europejskiego spożycia, tak więc dla zachodniej konsumpcji miało ono znaczenie wręcz marginalne15. Eksport polskiego zboża miał fundamentalne znaczenie przede wszystkim dla polskich możnowładców, którzy czerpali z tego gros swych sporych dochodów. Innym z czynników stabilizujących ten niekorzystny dla Polski stan była niewątpliwie działalność kupców holenderskich, którzy zdominowali polski handel zbożem i byli zainteresowani utrzymywaniem takiej sytuacji. Czynili to różnymi sposobami, np. płacąc za zboże z góry w formie zaliczek jeszcze przed zbiorami, dzięki czemu kontrolowali ceny, które nawet w przypadku słabszych lat dla nich nie wzrastały – szlachta oczywiście w takiej sytuacji przerzucała koszty albo na chłopów, albo na klientów wewnętrznych. Trudno jednak uznać ten wpływ zewnętrzny za decydujący, jak chcieliby zwolennicy teorii kolonialnej (np. Wallerstein). Bogata polska szlachta miała narzędzia i możliwości, by wydostać się z zaklętego kręgu zacofania. Nie uczyniła tego, gdyż nie zamierzała komplikować swego przyjemnego życia. Sami sobie zgotowaliśmy ten los – nikt za nas tego nie uczynił.
Stary kontynent miastami stoi
XVI wiek rozpoczął się okresem dynamicznej urbanizacji na zachodzie Europy. Wzrostowi znaczenia miast towarzyszył także szybki rozwój miejskiego przemysłu. Miasta w tym okresie stawały się motorami rozwoju gospodarczego, rosnącej wymiany handlowej między nieraz bardzo odległymi terenami, a także swoistymi inkubatorami innowacji. Ich pozytywne oddziaływanie promieniowało na bardzo duże połacie krajów, w których były usytuowane. Już od końca średniowiecza blisko współpracowały one także z państwem, a patrycjat miejski często spełniał niebagatelną rolę państwowotwórczą16. Ich reprezentanci zasiadali w krajowych ciałach przedstawicielskich, takich jak np. francuskie Stany Generalne. Poszczególne miasta potrafiły wypracować sobie bardzo znaczącą pozycję w skali całego kontynentu. Z polskiej perspektywy wielce istotny był Amsterdam, który dominował w handlu polskim zbożem, ale także inne miasta kupieckie były potęgami gospodarczymi – np. włoskie Wenecja czy Genua. Pas Antwerpia-Wenecja był największym zagłębiem ówczesnej urbanizacji na zachodzie Europy. Właśnie mniej więcej w tym pasie znajdowała się m.in. Norymberga, która zdaniem Johannesa Müllera była wręcz geometrycznym centrum aktywnego życia Europy. Jej kontakty handlowe rozpościerały się aż do Afryki i Bliskiego Wschodu i była ważnym czynnikiem boomu gospodarczego w XVI-wiecznych Niemczech17. Przykładem niezwykle szybkiego rozwoju jest Londyn, który w ciągu stu lat, między 1600 a 1700 rokiem, zwiększył liczbę mieszkańców o 100 proc. – do pół miliona. Jego pozytywny wpływ dał się odczuć także w Walii i Szkocji, dzięki niemu rozwijały się dziesiątki brytyjskich miasteczek, które znalazły w nim dla siebie duży rynek zbytu. To tylko wybrane przykłady.
XVI wiek to dynamiczny rozwój nie tylko miast, ale także całej zachodniej gospodarki, a pośrednio innych obszarów życia społecznego. W okresie tym zaczyna dominować merkantylizm – doktryna polityki gospodarczej charakterystyczna dla czasów monarchii absolutnych, jednak pełniąca istotną rolę zarówno po okresie absolutystycznym, jak i w krajach, które tego okresu w ogóle nie przeszły (np. w USA za czasów Alexandra Hamiltona na stanowisku sekretarza skarbu)18. Merkantylizm miał różnorakie oblicza, jednak była to doktryna mocno protekcjonistyczna, stawiająca na rozwój rynku wewnętrznego, dla której niezmiernie istotne było gromadzenie możliwie dużej ilości kapitału (w tamtych czasach głównie drogocennych kruszców) w danym kraju. Była to doktryna stricte kapitalistyczna, gdyż bazująca na akumulacji kapitału.
Jak zgiąć kark mieszczucha
Słabsze położenie miast z naszego regionu względem zachodnich sięga jeszcze średniowiecza, w którym to okresie zachodnioeuropejskie miasta zyskały znaczącą pozycję. Faktem jest jednak, że na fali ożywienia gospodarczego, podczas którego świat odreagowywał kryzys wieku XIV spowodowany m.in. epidemią dżumy, polskie miasta także przeżywały rozwój, aż do ostatniej ćwierci XVI wieku19. Ich status zaczął się jednak stopniowo pogarszać wraz z postępującą refeudalizacją. Działo się tak zarówno w wyniku procesów gospodarczych rozpoczętych przez szlachtę, jak i wskutek świadomych działań tej warstwy.
Przede wszystkim w mieszczan I RP uderzała polityka handlowa szlachty, która sama zbudowała sobie pozycję największych krajowych dostawców artykułów, rezygnując z pośredniej roli kupców. Handlowa rola patrycjatu miejskiego w zdecydowanej większości polskich miast została bardzo ograniczona, co wyraźnie odbijało się na ich dalszym rozwoju. Przygniatająca większość eksportu była wysyłana bezpośrednio do Gdańska, z pominięciem miast i patrycjatu z głębi kraju. Mimo to nawet w Gdańsku rola mieszczan rodzimych została wyraźnie ograniczona, a w mieście tym znakomitą pozycję osiągnął patrycjat amsterdamski i ewentualnie antwerpski, choć na pewno sytuacja patrycjatu gdańskiego była nieporównywalnie lepsza niż sytuacja mieszczan z innych polskich ośrodków. Szlachta bojąca się konkurencji ze strony patrycjatu i oskarżająca go regularnie choćby o drożyznę, podejmowała także stanowcze kroki zmierzające do umniejszenia roli miast. Mieszczanie, podobnie jak chłopi, zostali wykluczeni ze wspólnoty politycznej, co przejawiało się m.in. w tym, że nie zasiadali w sejmie i nie mieli dostępu do pełnienia państwowych urzędów. W 1565 r. sejm podjął uchwałę, która zakazywała polskim kupcom eksportu oraz importu, i faworyzowała kupców zagranicznych. Nawet jeśli uchwała ta w zasadzie nigdy nie była przestrzegana, to i tak jasno wskazuje na wrogie nastawienie szlachty do mieszczan, którzy jawili się jako realne zagrożenie dla dominującej pozycji posiadaczy ziemskich. Szlachta zapewniła sobie monopol na skup nadwyżek z gospodarstw chłopskich (co odbywało się w sposób przymusowy), a dodatkowo aktywnie zwalczała prawo niektórych miast (np. Torunia) do składu towarów. Zaciekle zwalczała wszelkie ograniczenia celne w nią uderzające – w 1479 r. wzniesienie komory celnej we Włocławku spotkało się z gwałtownym jej oporem. I dopięła swego – po pewnym czasie została zupełnie zwolniona z ceł eksportowych i importowych20. Nie należy również zapominać, że niektóre grupy mieszczan także musiały odrabiać pańszczyznę. Szczególnie dotyczyło to ludności mniejszych miast uprawiającej takie zawody jak rzeźnictwo czy młynarstwo21.
Nie dla szlachty patriotyzm (gospodarczy)
Tylko największe miasta były w stanie poradzić sobie z tak zorganizowaną polityką szlachty wymierzoną przeciw nim. Oprócz Gdańska dobrze rozwijającym się miastem w Polsce był jeszcze Toruń, jednak ich wpływ nie promieniował na otoczenie tak jak wpływ miast zachodnich. W zasadzie powodzenie Gdańska i Torunia było autonomiczne wobec reszty gospodarki, która nie miała możliwości czerpania korzyści z ich niektórych sukcesów. Nie należy również zapominać, że rozwój Gdańska wcale nie musiał wpływać na wzrost znaczenia gdańskich kupców. Sytuację na gdańskim rynku dobrze obrazuje proporcja statków przepływających przez Sund – cieśninę na Bałtyku między Danią i Szwecją. O ile w 1497 r. przepłynęło tamtędy 567 statków niderlandzkich oraz 113 gdańskich, to już w roku 1540 ta relacja wynosiła 890 do 5622.
Ucisk mas chłopskich oraz poddaństwo osobiste wpłynęły na ograniczenie swobody siły roboczej, co w sposób oczywisty uderzyło w rynek pracy najemnej i poważnie utrudniło jakąkolwiek bardziej skomplikowaną produkcję miejską23. Znaczny eksport surowców oraz dominacja szlachty także w handlu wewnętrznym bardzo wyraźnie ograniczyły mieszczanom dostęp do materiałów, co w krajową produkcję uderzyło jeszcze bardziej. Odsunięcie chłopów od rynku sprawiło też, że dramatycznie zawęził się rynek wewnętrzny, m.in. popyt na produkty rodzimego rzemiosła. Stosunki między wsią a mniejszymi miastami zostały ograniczone do tego stopnia, że po obu stronach odrodziła się wręcz gospodarka naturalna. Szlachta, czyli jedyna grupa społeczna, która dysponowała poważną siłą nabywczą i kapitałem, zupełnie nie była zainteresowana nie tylko zakupem miejscowych towarów, ale też inwestowaniem w rozwój rodzimego przemysłu. Przede wszystkim jednak handlowa polityka szlachty, która zwolniona z jakichkolwiek ceł masowo eksportowała produkty nieprzetworzone, a wszelkie bardziej skomplikowane wyroby przemysłowe czy rzemieślnicze importowała, destrukcyjnie uderzyła w polski rynek wewnętrzny, na którym wytwory rodzimych producentów nie mogły konkurować z dużo lepszymi wytworami producentów z Zachodu, wspieranymi przez politykę merkantylną własnych państw. Tak więc, gdy cała zachodnia Europa prowadziła merkantylizm, chroniąc na wszelkie sposoby własnych producentów, nasza szlachta prowadziła politykę antymerkantylną we wszystkich chyba możliwych wymiarach, co doprowadziło do zapaści własnych producentów. A wszystko to spowodowane było dbałością o własne partykularne interesy ekonomiczne (chęć utrzymania dominacji na rynku) oraz polityczne (strach przed wzrostem znaczenia jakiejkolwiek innej warstwy społecznej). Tak krótkowzroczna polityka musiała prowadzić do katastrofy.
III Rzeczpospolita Szlachecka
W zainteresowaniu gospodarczymi dziejami I Rzeczpospolitej nie chodzi o to, aby znęcać się nad polską historią lub udowadniać, jak zacofani jesteśmy względem krajów wyżej rozwiniętych. Nie chodzi o wzbudzenie kompleksów albo obniżenie poczucia dumy narodowej. Wręcz przeciwnie – głęboka refleksja nad owym okresem jest niezbędna, aby nasz kraj przezwyciężył istniejące od tamtego czasu hamulce rozwoju. Krytyczne spojrzenie na nasze dzieje to właśnie wyraz miłości do kraju i troski o jego losy, by ustrzec się błędów popełnionych w przeszłości.
Bez wątpienia ze zjawiskami występującymi w wieku XVII mamy często do czynienia również obecnie, w nieco zmienionej formie. Czy współczesna strategia części polskich przedsiębiorców, oparta na maksymalnie niskich kosztach pracy, nie przypomina strategii szlachty bez skrupułów wykorzystującej darmową siłę roboczą? Czyż zapatrzenie w niskie koszty pracy nie ogranicza rynku wewnętrznego i nie osłabia siły nabywczej mieszkańców Polski, tak jak było to w czasach szlacheckiej Rzeczpospolitej? Czy nie jest tak, że wciąż mamy spore problemy z innowacyjnością, ponieważ skupiliśmy się na cięciach kosztów i tylko tym potrafimy konkurować? Czy wciąż nie jest tak, że nasz naprawdę spory eksport to głównie towary mniej skomplikowane, a produkcja wysokiej techniki odbywa się gdzie indziej? Czy wciąż nie jesteśmy dla Zachodu głównie rezerwuarem taniej siły roboczej, tak jak niegdyś dla Holendrów rezerwuarem taniego zboża? Wszystkie wysoko rozwinięte państwa doszły do swego poziomu dzięki silnie protekcjonistycznej (moglibyśmy powiedzieć: merkantylnej) polityce, tymczasem w Polsce znów, tak jak w czasach szlacheckiego państwa, panuje polityka antymerkantylna. I ponownie polityka ta jest w dużej mierze efektem wpływu rozwiniętego Zachodu, dla którego jest ona wyraźnie korzystna. Podobne analogie można ciągnąć w nieskończoność. Nie ulega wątpliwości, że mamy w Polsce bogate tradycje tworzenia niesprawiedliwych porządków społecznych. Aby te tradycje zmienić, musimy krytycznie pochylić się nad źródłami naszego zacofania.
Przypisy:
- I. Wallerstein, Analiza systemów-światów, Warszawa 2007, s. 41.
- J. Rutkowski, Wieś europejska późnego feudalizmu, Warszawa 1986, s. 38–44.
- F. Braudel, Kultura materialna, gospodarka i kapitalizm XV–XVIII w. Gry wymiany, Warszawa 1992, s. 236–237.
- M. Małowist, Wschód a zachód Europy w XIII–XVI wieku, Warszawa 2006, s. 283.
- J. Rutkowski, Wieś…, s. 49–79.
- J. Topolski, Przełom gospodarczy w Polsce XVI wieku i jego następstwa, Poznań 2000, s. 39–77.
- M. Trojan, I Ty jesteś chłopem, http://jagiellonski24.pl/2014/02/15/trojan-i-ty-jestes-chlopem/
- M. Małowist, Europa i jej ekspansja XIV-XVI wiek, Warszawa 1993, s. 95.
- J. Rutkowski, Wokół teorii ustroju feudalnego, Warszawa 1982, s. 406–408.
- A. Sosnowska, Zrozumieć zacofanie, Warszawa 2004, s. 243.
- J. Topolski, Przełom…, s. 88.
- Tamże, s. 95.
- A. Sosnowska, Zrozumieć…, s. 245–246.
- M. Małowist, Wschód…, s. 290.
- J. Sowa, Fantomowe ciało króla, Kraków 2011, s. 138.
- A. Sosnowska, Zrozumieć…, s. 245.
- F. Braudel, Kultura…, s. 164–166.
- H-J. Chang, 23 rzeczy, których nie mówią Ci o kapitalizmie, Warszawa 2013, s. 99–105.
- M. Małowist, Wschód…, s. 282.
- M. Małowist, Europa…, s. 93.
- J. Rutkowski, Wokół…, s. 341.
- M. Małowist, Wschód…, s. 264.
- F. Braudel, Kultura…, s. 242–243.
przez Debbie Nathan | czwartek 31 lipca 2014 | Lato 2014
System egzaminacyjny wprowadzony w USA na mocy ustawy No Child Left Behind (Żadne dziecko nie zostanie w tyle) miał pomóc w identyfikacji uczniów z kłopotami w nauce. Część dyrektorów wykorzystała go jednak do decydowania, kto powinien zostać wyrzucony ze szkoły.
Kiedy zapukałam do jej drzwi pod koniec ubiegłego roku, Sonia S. właśnie opuściła szpital po urodzeniu dziecka. Nie miała pojęcia, dlaczego odwiedziłam ją w domu w biednej dzielnicy miasta El Paso w Teksasie. Wyjaśniłam, że znalazłam jej nazwisko na liście uczniów, którzy podchodzili do egzaminu doniosłego w liceum im. Bowiego w El Paso1. Ze wspomnianej listy wynikało, że Sonia oblała egzamin i że przewidywano, iż także w przyszłości go nie zda. Zapytałam ją, czy została wyrzucona ze szkoły. Kołysząc dziecko, odpowiedziała: „Tak”. Stało się to dwa i pół roku temu. Gdy się spotkałyśmy, miała 20 lat.
Odnalazłam również 20-letniego Leo G., mieszkającego z matką i swoją ciężarną dziewczyną w mieszkaniu komunalnym. On też znalazł się na liście osób, które prawdopodobnie nie zdadzą egzaminu TAKS – Texas Assessment of Knowledge and Skills (Teksańska Ocena Wiedzy i Umiejętności), i został wyrzucony ze szkoły. Podobna rzecz przytrafiła się 22-letniej Yanderier G., na którą natrafiłam po odnalezieniu Soni i Leo. Yanderier opowiedziała mi, że wybierała się do college’u, chciała zostać księgową i otworzyć własną firmę. Nic z tego nie wyszło, a teraz pracuje w pizzerii. Zaprosiła mnie do siebie, zrobiła kawę i zaczęła płakać.
TAKS objął dzieci w stanie Teksas na mocy ustawy federalnej z 2001 r., znanej jako No Child Left Behind. Zgodnie z nią do 2014 r. każdy uczeń w danej szkole miał opanować na określonym poziomie materiał z zakresu czytania i matematyki. Każdy stan musiały wykazać, że uczniowie z jego terenu osiągają „odpowiednie roczne postępy”, głównie w postaci wyników standaryzowanych testów. Dobre wyniki egzaminów miały przekładać się na nagrody dla szkół, dyrektorów i nauczycieli, zaś złe skutkowałyby karami, w tym zamykaniem placówek i zwolnieniami nauczycieli. Następnie TAKS został zastąpiony przez nowszy i trudniejszy egzamin o nazwie State of Texas Assessments of Academic Readiness (Ocena Gotowości Akademickiej Stanu Teksas).
W 2004 r., podczas Krajowej Konwencji Partii Republikańskiej, prezydent George W. Bush, przechodząc nagle na hiszpański, z teksańskim akcentem tłumaczył „No Child Left Behind” jako „No dejaremos a ningún niño atrás”. „Egzaminując wszystkie dzieci, sprawdzimy, które potrzebują pomocy” – przemawiał. Jak pokazały doświadczenia Leo, Soni i Yanderier, ustawa No Child Left Behind wcale im nie pomogła. Zamiast tego wyrządziła trudne do oszacowania szkody ogromnej liczbie młodych ludzi, wśród których znaczny odsetek stanowią Latynosi. System ten sprawił, że wiele dzieci ze słabymi wynikami wyrzucono ze szkoły.
W Nowym Jorku między 2001 a 2004 rokiem tysiące uczniów opuściło licea, żeby rozpocząć edukację w szkołach dla dorosłych i przystąpić do egzaminu GED2 tylko po to, aby nie zdawać egzaminu, którego wyniki miały oceniać władze federalne. W Birmingham w stanie Alabama w 2002 r. dyrektorzy szkół przyznali, że wyrzucili 522 uczniów i skierowali ich na egzamin GED, by poprawić średnią wyników egzaminów doniosłych. W Orlando na Florydzie w ciągu dwóch lat tylko w jednym liceum „skierowano” na takie zajęcia 440 słabszych uczniów. Prawie wszyscy zakończyli wtedy edukację. Kolejny przykład pochodzi z Houston, gdzie wicedyrektorzy działali jak „bramkarze”, wyłapując gorszych uczniów i zapraszając ich do gabinetu. Tam informowano ich o usunięciu ze szkoły i zalecano wybór innej ścieżki kształcenia. Władze szkolne nie były zainteresowane tym, czy uczniowie rzeczywiście ją znaleźli. Najbardziej poszkodowani przez takie poczynania byli uczniowie wywodzący się z mniejszości etnicznych.
Informacje o nadużyciach związanych z No Child Left Behind dotarły po pewnym czasie do opinii publicznej, a uczniów usuniętych ze szkół zaczęto postrzegać jako ofiary nowego systemu egzaminowania. W 27 stanach, również w Teksasie, uczniowie mają prawo pozostać w szkole publicznej do ukończenia 21. roku życia, a wysłanie ich na zajęcia przygotowujące do GED jest nielegalne. Mimo to podobne praktyki nadal miały miejsce. W El Paso ledwie trzy lata temu setki młodych Latynosów zostały nielegalnie skierowane na ścieżkę GED. Donosiły o tym media stanowe i ogólnokrajowe, ale skupiono się jedynie na fakcie łamania prawa. Niewiele uwagi poświęcono szkodom, jakie te działania wyrządziły uczniom wypchniętym poza system. Dlatego postanowiłam poszukać Yanderier, Soni i Leo.
Niepokojąca lekcja
Liceum Bowiego mieści się nad rzeką Rio Grande. Subsydiowane obiady są tu normą, a najbliższe otoczenie szkoły, pełne rozpadających się domów i mieszkań przegrzanych pustynnym słońcem, jest jednym z najbiedniejszych miejsc w kraju. Jednak Liceum Bowiego jest dla lokalnej społeczności ważną instytucją.
Populacja El Paso to w 81 procent Latynosi, głównie pochodzenia amerykańsko-meksykańskiego lub meksykańskiego. Wielu mieszkańców nie zna angielskiego, nie ma amerykańskiego obywatelstwa i żyje w wielkiej nędzy. Rodzice i dzieci znoszą niesprawiedliwość w ciszy, strachu i bezsilności. Łatwo ich wyzyskiwać, zwłaszcza gdy popadną w kłopoty.
A Yanderier, Sonia i Leo mieli kłopoty.
W przypadku Leo nie chodziło tylko o problemy z nauką, ale także o wychowawcze, związane z wydarzeniami z dzieciństwa. Kiedy miał 4 lata, jego roczny brat Sergio zachorował na raka. Samotna matka Leo nie miała rodziny, u której mogłaby zostawiać Leo na czas, gdy zajmowała się umierającym dzieckiem. Leo spędził wiele miesięcy w ośrodkach opieki dziennej, rzadko widując się z matką. Miał 7 lat, gdy Sergio umarł. W wieku 8 lat zaczął mieć problemy z koncentracją, nauką i kontrolowaniem emocji. W piątej klasie stwierdzono u niego ADHD i zaburzenia opozycyjno-buntownicze, musiał zażywać leki na ADHD. Leo zachowywał się w sposób typowy dla osób z tymi przypadłościami, ale karano go wysyłaniem do szkół specjalnych dla trudnych dzieci. Jak wynika ze szkolnych dokumentów, Leo oblał prawie każdy egzamin TAKS od piątej klasy. W bogatej kartotece chłopca nie ma mowy o tym, że ktoś w szkole zainteresował się przyczyną tak wielu niepowodzeń ucznia.
Sonia opowiadała, że jej ojciec był uzależniony od narkotyków, dlatego też w wieku 7 lat zamieszkała z babcią. Babcia Soni pracowała jednak na pełny etat, więc dziewczyną opiekowała się chrzestna. Ta z kolei zaniedbywała zarówno pracę, jak i Sonię. Gdy nikogo innego nie było w domu, ciągnęła ją za włosy, przeklinała i nazywała złą dziewczynką. Sonia ma teraz własne dziecko i myśli o tym, w jaki sposób wyzwiska jej chrzestnej zostały samospełniającym się proroctwem. W wieku 14 lat zaczęła zachowywać się źle. Wcześniej była dobrą uczennicą, a nagle przestała się uczyć. Wagarowała i biła się z innymi dziewczynami, wyzywała nauczycieli. I oblewała egzaminy TAKS.
Rodzina Yanderier jest pochodzenia meksykańskiego i gdy dziewczyna była dzieckiem, wszyscy mieszkali po meksykańskiej stronie granicy, w Ciudad Juárez. Yanderier urodziła się jednak w El Paso i jako jedyne dziecko w całej rodzinie posiadała amerykańskie obywatelstwo. Dlatego rodzice, zwłaszcza ojciec, ulokowali w niej swoje ambicje. Ojciec chciał, żeby w przyszłości pracowała w Stanach Zjednoczonych i żyła amerykańskim snem.
Gdy powiedziano Yanderier, że nie może zostać przyjęta do publicznego liceum w Juárez, ponieważ nie jest Meksykanką, zamieszkała u brata w El Paso, aby tam rozpocząć naukę. W 2005 r. trafiła do dziesiątej klasy Liceum Bowiego. Bardzo dobrze pamięta pierwsze dni w tej szkole. Prawie nie mówiła po angielsku, ale jeden z nauczycieli powitał ją, mówiąc, że szybko nauczy się języka i wszystko będzie dobrze. Yanderier zaaklimatyzowała się i szybko zaczęła czytać, pisać i mówić po angielsku. Poznała wiele osób i dołączyła do działającego w szkole Korpusu Rezerwy (Junior Reserve Officers’ Training Corps), federalnego programu prowadzonego w szkołach, mającego na celu propagowanie wartości obywatelskich i patriotycznych oraz szacunku dla sił zbrojnych USA, krzewienie kultury fizycznej, a także przygotowanie młodych ludzi do ewentualnej przyszłej kariery wojskowej.
Kiedy zaczynała naukę w szkole Bowiego, często widywała dyrektora placówki, Lionela Rubio, wysokiego, przyjaźnie wyglądającego mężczyznę, spacerującego po korytarzu i rozmawiającego z uczniami. Wielu z nich było w trudnej sytuacji zarówno materialnej, jak i emocjonalnej. Rubio był życzliwy i uważnie słuchał uczniów opowiadających o swoich problemach. Podobnie postępowało w tej szkole wielu nauczycieli.
Na początku 2006 r. okręg szkolny El Paso zatrudnił nowego kuratora, Lorenzo Garcíę. Wcześniej był on dyrektorem renomowanej szkoły w Dallas. Gdy tylko objął stanowisko w El Paso, ogłosił, że podejmie zdecydowane kroki, aby podnieść poziom szkół w mieście, który przez władze stanowe jest uznawany za niemożliwy do zaakceptowania. Najgorsze było ponoć właśnie liceum Bowiego.
Wkrótce po tej deklaracji dyrektor Rubio odszedł ze szkoły. Na początku 2008 r. jego miejsce zajął Jesus Chavez, sprowadzony spoza miasta przez Garcíę. Jak mówią Yanderier, Leo i Sonia (która, podobnie jak Leo, była wtedy w dziewiątej klasie), wszystko się wtedy zmieniło. Yanderier opowiada, że Chavez wydawał się zimny i nieczuły. Rzadko mówił uczniom coś miłego i nie przechadzał się po szkole. Zamiast tego, jak ktoś zauważył, na korytarzach pojawiły się kamery monitoringu.
Uczniom rzuciły się w oczy dziwne rzeczy dziejące się na granicznym moście w pobliżu szkoły – pracownicy szkoły pojawiali się tam z aparatami fotograficznymi. Uczniowie nie wiedzieli, że García kazał robić zdjęcia wychowankom szkoły, którzy rano przybywali z Juárez. Chciał w ten sposób dowiedzieć się, którzy z nich nie mieszkają w El Paso. Od pokoleń w tej dwunarodowej społeczności rozumiano, jak skomplikowane bywają położenie życiowe i status obywatelski. Wobec tego o wiele lepiej będzie edukować uczniów, niż dyskryminować ich z powodu tego, gdzie nocują. Dla Garcíi głównym problemem było jednak to, że dwunarodowi uczniowie znają angielski w ograniczonym stopniu i prawdopodobnie osiągaliby niskie wyniki w egzaminach TAKS. Dlatego należało się ich pozbyć.
García skupił się także na uczniach od dawna mieszkających w El Paso, którzy mieli problemy w nauce. Zaczął wyrzucać ich ze szkoły przy użyciu metod jawnie przestępczych. Stworzył system uniemożliwiający przystąpienie do egzaminu uczniom źle rokującym w kwestii wyników TAKS. Kazał pozbywać się takich osób ze szkoły. Aby dokonać selekcji uczniów, García polecił podwładnym korzystanie z programu komputerowego o nazwie INOVA, który analizował wyniki egzaminów każdego z uczniów i przewidywał, czy mają szansę zdać następnym razem. Oficjalnym celem było wskazanie osób, które potrzebują pomocy w nauce przed przystąpieniem do kolejnego egzaminu. García wykorzystał program w innym celu – żeby się ich pozbyć.
Leo był jednym z pierwszych wyrzuconych. Gdy rozpoczął się semestr zimowy 2008 r., został wezwany do gabinetu i usłyszał, że powinien rozpocząć edukację GED w Sunset High School, szkole dla dorosłych, gdzie warunkiem przyjęcia jest ukończenie siedemnastego roku życia. Leo miał 16 lat, ale i tak został tam skierowany.
Trzy miesiące po rozpoczęciu nauki w liceum Bowiego Yanderier przeniosła się do ojca do Juárez. Miała dobre oceny, ale egzaminy TAKS były dla niej stresujące i nie udawało jej się ich zdać. Pod koniec pierwszego roku w szkole zaczęła mieć problemy z frekwencją – częste wielogodzinne korki na moście sprawiały, że Yanderier regularnie spóźniała się na lekcje. Jesienią 2008 r., po nieudanym wiosennym egzaminie końcowym, Yanderier chciała powtarzać ostatnią klasę. Miała wtedy 18 lat. Została wezwana przez dyrekcję i powiedziano jej, że jest za stara, aby kontynuować naukę w tej szkole. Kazano jej zwrócić podręczniki i odejść. Zrobiła tak, nie wiedząc, że ma prawo do pozostania w Bowie do 21. roku życia.
Sonia, która również nie zdała egzaminu TAKS, opuściła szkołę rok po Yanderier. Problemy dziewczyny zaczęły się na początku 2008 r. Stanęła przed sądem, oskarżona o nazwanie nauczyciela „pieprzonym staruchem”. Potem pociągnęła innego ucznia za włosy. Ani dyrektor, ani pedagog szkolny nie porozmawiali z nią o problemach. Znów stanęła przed sądem i ponownie trafiła do policyjnych kartotek. W listopadzie 2009 r. udała się do dyrekcji i powiedziała, że chce opuścić szkołę.
Miała wtedy 17 lat, a zgodnie z prawem obowiązek szkolny trwa w Teksasie do 18. roku życia. Ale Sonia i jej babcia mówią, że dyrekcja zamiast jakoś zareagować, stwierdziła: „Jeśli ktoś cię zapyta, po prostu powiedz, że przeprowadziłaś się do Juárez”. W kartotece Soni jako powód opuszczenia szkoły podano przeprowadzkę do innego kraju. Dzięki temu szkoła nie musiała ujmować jej w charakterze kogoś, kto „odpadł”. To wyglądałoby źle z perspektywy wytycznych No Child Left Behind.
Sonia wcale nie zamieszkała w innym kraju. Została w El Paso, nudząc się niesamowicie. Trzy miesiące po tym, jak opuściła szkołę, założyła najlepsze ubrania i wybrała się do Bowiego, żeby ponownie złożyć papiery. Powiedziano jej, że z powodu uprzednich problemów z zachowaniem oraz rychłego ukończenia 18. roku życia nie może wrócić. A jednak dwukrotnie wracała, błagając o ponowne przyjęcie. I dwukrotnie spotkała się z odmową. Nie wiedziała, że prawo powtórnego przyjęcia przysługuje każdemu uczniowi przed ukończeniem 21 lat.
Oszukańczy plan dyrektora Garcíi zadziałał. Po pozbyciu się słabych i sprawiających kłopoty uczniów – zwanych przez dyrekcję Bowie los problemáticos – wyniki TAKS w tej placówce nagle znacząco się poprawiły. Do tego stopnia, że ze szkoły w tarapatach liceum Bowiego stało się placówką spełniającą stanowe normy. García dostał ponad 56 tys. dolarów premii. Dwa razy otrzymał nominację na kuratora stanowego.
Wszystko zaczęło jednak wychodzić na jaw w 2009 r., gdy Dan Wever, były członek rady szkoły, zauważył, że rocznik z 2007 r., liczący początkowo 381 uczniów, stopniał po roku do zaledwie 170. Weverowi wydało się to podejrzane, a swoimi wątpliwościami podzielił się z ówczesnym senatorem Eliotem Shapleighem. Razem zaczęli wgłębiać się w szczegóły sprawy. FBI przyjrzało się również innym działaniom Garcíi – kontraktowi opiewającemu na sumę 450 tys. dolarów, który zawarł ze swoją partnerką. W międzyczasie lokalny dziennik „El Paso Times” przeprowadził własne dochodzenie w sprawie domniemanych oszustw w liceum Bowiego, zaś FBI wszczęło wstępne śledztwo. W ubiegłym roku García został uznany winnym oszustw i skazany na karę 42 miesięcy pobytu w więzieniu federalnym. Był pierwszym kuratorem w kraju skazanym za oszustwa i fałszowanie wyników egzaminów w zamian za korzyści majątkowe.
Dyrektor Jesus Chavez zrezygnował ze stanowiska w ubiegłym roku. Niedługo potem lokalne władze oświatowe zostały zawieszone i zastąpione przez zarząd ustanowiony przez władze stanowe, upoważniony do zarządzania okręgiem El Paso przez dwa lata. Na czele tego gremium stoi Dee Margo, republikanin i były deputowany teksańskiej Izby Reprezentantów. Dwa lata wcześniej głosował za obcięciem wydatków na edukację publiczną o kwotę 5,4 mld dolarów.
Doniosłe oszustwo
Miecz Damoklesa wisi nad szanowanymi instytucjami edukacji publicznej, służącymi – jak liceum Bowiego – niezamożnym uczniom znającym angielski od niedawna. Jeśli nie będą oni osiągać wystarczająco dobrych wyników, szkołom zagrozi zamknięcie. Nauczyciele lekceważą trudności uczniów mających kłopoty z nauką i problemy emocjonalne. Zamiast pomóc – karzą ich. System egzaminów doniosłych podsyca przy tym obsesję na punkcie śledzenia i dzielenia imigrantów na zasługujących i niezasługujących na środki publiczne. To z kolei wywołuje strach i konflikty w lokalnej społeczności.
Pedro Noguera, naukowiec z Uniwersytetu Nowojorskiego, jest zdania, że nawet jeśli uczniowie nie zostaną wyrzuceni ze szkoły, egzaminy doniosłe nie zwiększą ich wiedzy i nie pomogą im osiągnąć sukcesu na dalszych etapach edukacji. – „Trudno w tej sytuacji mówić o kształceniu młodzieży” – argumentuje. Różnice w wynikach między uczniami zamożnymi i biednymi, białymi i z mniejszości etnicznych, to, jak mówi, „kwestia nierówności”. – „Egzaminy doniosłe nie rozwiązują problemu nierówności”.
Jednak wypychanie słabszych uczniów poza system edukacji trwa, przynajmniej w Nowym Jorku. Jennifer Solar z Advocates of Children, organizacji broniącej praw obywatelskich uczniów, mówi, że jej grupa zajmuje się obecnie dokumentowaniem przypadków pozbywania się osiemnastolatków ze szkół. Noguera wskazuje zaś, że tak długo, jak ten system będzie obowiązywał, niewiele będzie można zrobić, aby całkowicie wyeliminować nadużycia. Łatwo jest bowiem dyrekcji przekonać osiemnastolatków i dziewiętnastolatków, że edukacja GED jest lepszym pomysłem niż pozostanie w dotychczasowej szkole.
Po ubiegłorocznym Bożym Narodzeniu okręg szkolny El Paso ogłosił, że odnajdzie wyrzuconych uczniów i zaoferuje im zajęcia wyrównawcze. Władze stanowe uchwaliły ustawę, na mocy której takie działania stały się dla okręgu obowiązkowe.
Poszukiwania okazały się jednak w dużej mierze nieskuteczne. Wielu uczniów przeprowadziło się i nie można było ich odnaleźć. Inni mają już małżonków, partnerów, dzieci, pracę i dużo obowiązków. Zamiast dopasować czas i miejsce zajęć do indywidualnych okoliczności, okręg szkolny zaoferował wielogodzinne zajęcia w stałych lokalizacjach, odbywające się tylko w dni robocze. Spośród setek uczniów z El Paso, którzy zostali wypchnięci ze szkoły, tylko 19 było w stanie i chciało dalej się uczyć.
Wspomnienie szkolnych dni
Leo spędził ostatnie trzy i pół roku, pracując w niepełnym wymiarze godzin w domu opieki dla osób chorych i starszych. Zarabia kilkaset dolarów miesięcznie. Czuje się jak w pułapce – bez dyplomu ukończenia szkoły, bez porządnej pracy, bez możliwości utrzymania swojej dziewczyny i ich rocznej córki.
Dopiero rozmowa ze mną uświadomiła mu, że naruszono jego prawa. Znalazł prawnika z lokalnego oddziału organizacji Disability Rights Texas, który złożył skargę do Teksańskiej Agencji ds. Edukacji w imieniu czterech byłych uczniów z El Paso. Napisano w niej, że okręg szkolny nie był w stanie zapewnić osobom takim jak Leo odpowiedniej edukacji. Zdaniem prawnika Constance’a Wannamakera skarga ta zostanie uwzględniona. Jeśli tak się stanie, Leo uzyska możliwość uczestnictwa w programie przygotowawczym do GED dostosowanym do jego możliwości czasowych i potrzeb.
Yanderier nie rozmawiała z ojcem, odkąd opuściła szkołę. Gdy powiedziała mu o tym, co się stało, wpadł w szał. – „Zrobiłabyś coś ze swoim życiem!” – krzyczał. – „Jesteś nikim!”. Dziewczyna wciąż myśli o tym dniu i tej kłótni. Wróciła do Juárez, aby tam zdobyć dyplom w prywatnej szkole. Potem wyszła za mąż za Jonathana J., mieszkańca El Paso i kolegę z liceum, który również został zmuszony do opuszczenia Bowiego. Gdy dowiedziała się ode mnie, że jej prawa zostały pogwałcone, nawiązała kontakt z działaczami społecznymi ds. edukacji w El Paso. Za radą jednego z nich rozpoczęła kurs księgowości w dwuletnim college’u. Ma nadzieję, że pewnego dnia będzie pracować w banku w El Paso.
Sonia ma teraz 21 lat i mieszka w El Paso z mężem oraz rocznym synkiem. Odkąd trzy lata temu nie przyjęto jej do Bowiego, kilka razy próbowała kontynuować naukę w trybie wieczorowym. Dziecko oraz praca skutecznie jej w tym jednak przeszkadzały. W zeszłym roku rozpoczęła edukację w szkole letniej, ale jej mąż, który jest mechanikiem, stracił pracę. Drugiego dnia szkoły zadzwonili do Soni z firmy, gdzie ubiegała się o pracę. Poinformowano ją, że mają wolne stanowisko. Ponownie zrezygnowała z nauki. Obecnie pracuje na stacji benzynowej jako kasjerka. Dawna szkoła nadal nie daje jej spokoju. – „Czasami śni mi się, że jestem ze znajomymi w klasie, uczę się, piszę. Wtedy budzę się, wiedząc, że to był tylko sen. Że nie mogę tam wrócić”.
Tłum. Mateusz Batelt
Tekst pierwotnie ukazał się w lewicowym amerykańskim miesięczniku „In These Times”, w numerze z listopada 2013 r. Strona internetowa pisma: inthesetimes.com. Na potrzeby przedruku poczyniono drobne skróty dotyczące nieistotnych dla polskiego czytelnika kwestii natury geograficznej i historycznej.
Przypisy tłumacza:
- High-stakes (ang.), typ egzaminu, decydującego np. o przyjęciu na studia. TAKS (ang.), Texas Assessment of Knowledge and Skills, czyli Teksańska Ocena Wiedzy i Umiejętności.
- General Educational Development, amerykański egzamin powszechnie uznawany za odpowiednik dyplomu ukończenia szkoły średniej.