Samotni, zbędni, bezdomni – rozmowa z Adrianą Porowską

Samotni, zbędni, bezdomni – rozmowa z Adrianą Porowską

– Kieruje Pani Kamiliańską Misją Pomocy Społecznej w Ursusie. Niedawno na portalu ngo.pl opublikowała Pani mocny tekst o tym, że to polskie instytucje i prawo, czy szerzej – my jako społeczeństwo, jesteśmy odpowiedzialni za zły los osób bezdomnych. Skąd taki artykuł i takie wnioski?

Adriana Porowska: Jestem przewodniczącą Komisji Dialogu Społecznego i współprzewodniczącą Komisji Ekspertów ds. Przeciwdziałania Bezdomności przy Rzeczniku Praw Obywatelskich. Inicjatorem jej powstania jest dr Adam Bodnar, obecny RPO. Nierzadko rozmawiam z senatorami, posłami, osobami kreującymi politykę społeczną w naszym kraju, ale również z wieloma ludźmi na poziomie lokalnym, z bardzo wielu instytucji i środowisk, które pracują z bezdomnymi. Mam wrażenie, że utarł się w naszym społeczeństwie – jak pan zauważył, nie jest to sprawa jedynie polityków – bardzo negatywny sposób myślenia o bezdomności. Co więcej, uważam, że taki rodzaj myślenia odpowiada części osób/instytucji zajmujących się sprawami bezdomnych.

– Dlaczego?

– Sytuacja, gdy ustawiamy się w roli Matki Teresy z Kalkuty, wspaniałomyślnie pomagającej „wyrzutkom społecznym”, wspiera myślenie, wedle którego nieefektywność pomocy wynika wyłącznie z winy osób bezdomnych.

Przyjrzyjmy się bliżej pakietowi stereotypowych opinii o bezdomnych. Dlaczego osoba bezdomna nie pracuje? Bo jest leniwa. Dlaczego osoba bezdomna właściwie nie ma mieszkania? Bo z własnej winy nie płaciła za nie i ją stamtąd wyrzucili. Rzecz w tym, że to, co jest stereotypem, na ogół nie jest prawdą.

Proszę spojrzeć: ktoś zarabia 1500 złotych i latami czeka na mieszkanie komunalne. Gdy zarobi nawet sto złotych więcej – bo 1500 to górna bariera dochodów – to natychmiast jest skreślany z listy oczekujących. Mało tego, nie trzeba stu złotych – jeden z naszych podopiecznych w jednym miesiącu zarobił więcej o dziesięć złotych i skreślono go z listy. Musiał czekać od początku. Przecież to chore i nieludzkie! Najważniejsze jest kryterium finansowe. Czasem się zastanawiam, po co we wnioskach komunalnych wpisuje się jakąkolwiek biografię mieszkaniową tego człowieka, skoro w ogóle nie jest to brane pod uwagę. Ważne jest tylko, by odpowiednio mało zarabiał.

Jeśli usamodzielniam kogoś w Warszawie i jest on bardzo dobrym pracownikiem – bo przecież nie chodzi tylko o pieniądze, które ten człowiek zarobi – to zdarzają się przedziwne sytuacje. Miałam podopiecznego, którego pracodawca postanowił wysłać na szkolenia, ponieważ naprawdę dobrze wywiązywał się z obowiązków i szef chciał przenieść go na lepsze, lżejsze stanowisko. Bezdomnemu doliczono ten kurs do wynagrodzenia. No i koniec – wykreślono go z listy oczekujących na mieszkanie. Załamał się, bo czekał tyle lat, i trzeba mu było wtedy mocno pomagać. Ale dodam, że z mojej perspektywy to jest też blokowanie miejsc w schronisku.

– Pracujący bezdomni – wariacja na temat pracujących ubogich.

– Pomagamy m.in. ludziom, którzy już od dawna pracują i nie ma sensu trzymać ich w schronisku po dziesięć czy dwadzieścia lat. Mamy też mieszkania treningowe. To kolejna sprawa, która pokazuje powszechny sposób myślenia i działania. My te mieszkania musieliśmy wynająć na prywatnym rynku, ponieważ w Warszawie nie ma możliwości, żeby organizacja pozarządowa mogła korzystać z lokali komunalnych miasta. Od czterech lat słyszę, że to się zmienia, podobno decyzje zapadną wkrótce.

W każdym razie – wynajmujemy mieszkania na prywatnym rynku, koszty utrzymania ponoszą nasi podopieczni. Mieszkanie kosztuje miesięcznie 1500 zł, lokatorów jest np. trzech, płacą po 500 złotych plus rachunki. A przypomnę, że oni nie mogą zarobić więcej niż 1500 złotych, zostaje im na życie 900 zł miesięcznie, zatem czekają i biedują, a my w tym czasie dajemy zarobić prywatnym właścicielom lokali.

– Pomoc socjalna, która polega na konserwowaniu biedy – majstersztyk.

– Mogę przedstawić mężczyzn, którzy przychodzą do mnie i mówią, że szef chciałby ich awansować i dać podwyżkę. A ja muszę im odpowiedzieć: nie może się Pan na to zgodzić. Przecież wiem, że te np. 200 złotych ekstra, które oni ewentualnie zarobią, nie sprawi przecież, że pójdą do banku i dostaną kredyt. Gdyby tak było, to od razu powiedziałabym do nich: bardzo proszę! Proszę płacić kredyt lub wynajmować mieszkanie na wolnym rynku. Ale przecież zdajemy sobie sprawę, że to tak nie działa, że te 200 złotych więcej to zdecydowanie za mało, aby uzyskać zdolność kredytową. Ile musi dziś zarabiać osoba samotna po 50. roku życia, żeby dostać od banku kredyt na mieszkanie? Rozziew między możliwością wzięcia przez tych ludzi kredytu a otrzymaniem mieszkania to około pięciu tysięcy złotych.

Powiem więcej: „trzymanie” takich osób w schronisku jest nieopłacalne. Więcej: jeśli za długo przebywają w schronisku, oduczamy ich pewnych rzeczy, naprawdę samodzielnego życia. Dla nich tanie mieszkania komunalne byłyby wybawieniem. Przecież pracują, płacą podatki, sami się utrzymują. Po śmierci i tak zwalnialiby taki zasób.

W Berlinie około 70 proc. mieszkań jest na wynajem. Widocznie Niemcy nie czują aż tak silnej potrzeby posiadania mieszkań własnościowych. Szczerze mówiąc, też by mi to bardziej odpowiadało. Przecież czasem ludzie pracują najpierw w jednym, później w drugim końcu Warszawy. Rozrasta im się rodzina, zatem potrzebują większego lokum, albo tracą źródło utrzymania i wtedy potrzebują czegoś mniejszego i tańszego. Gdyby wynajem był w Polsce bardziej cywilizowany, wielu ludzi tylko by na tym zyskało. Dlatego, gdy pisałam wspomniany tekst dla ngo.pl, wcale nie myślałam jedynie o osobach bezdomnych.

– Z Pani tekstu wynikało również, że opinia publiczna właściwie nie ma świadomości, że zagrożenie bezdomnością nie jest w Polsce czymś niezwykłym.

– Nie ma u nas dyskusji o tym, że codziennie wiele osób ociera się o bezdomność. Zresztą ludzie, którzy do mnie przychodzą, często nie myślą o sobie jako o bezdomnych lub się do tego nie przyznają. W taki sposób widzą i opisują tylko innych. Niektórzy mieszkają w schronisku już drugi rok i wciąż nie postrzegają siebie jako osobę bezdomną. To powoduje też, że nie chcą się identyfikować z resztą grupy, często długo nie znają nawzajem swoich imion. Dodam, że wśród osób bezdomnych, które korzystają ze schronisk, 80 proc. to mężczyźni. Dokładnie odwrotna proporcja jest w ośrodkach pomocy społecznej: 80 proc. korzystających z nich to kobiety.

– Kobiety lepiej gospodarują swoją biedą, nie wstydzą się prosić o pomoc i w efekcie nie kończą jako bezdomne?

– Tak właśnie jest. Kobiety muszą się troszczyć o dzieci, mają na głowie dom, są odpowiedzialne nie tylko za siebie. Znacznie szybciej szukają pomocy, w związku z tym szybciej ją otrzymują i nie spadają tak nisko. I przeciwnie: mam w naszym ośrodku mężczyzn, którzy bardzo długo żyli na dworcach, ponieważ bali się przyjść tutaj. Co ciekawe, mieli również taki bardzo medialny obraz schronisk dla bezdomnych jako miejsc brudnych czy niebezpiecznych. I rzeczywiście niekiedy spotykam się z tym.

Poza tym organizacje pozarządowe, które pracują z osobami bezdomnymi, nie tak rzadko wpadają w pułapkę mówienia o sobie bardzo dobrze i nie przeszkadza im w tym zbieranie przez lata „na tę samą dziurę w dachu”. Z tego powstaje specyficzna filozofia „opiekowania się bezdomnymi”. Jestem pewna, że nie ma sensu pogłębiać przez taki paternalizm rzeczywistych problemów bezdomnych.

– Dawno temu jako nowicjusz w zakonie jezuitów pomagałem przez kilka miesięcy w przytulisku dla bezdomnych w Przegalinie koło Gdańska. To była druga połowa lat 90. Zdumiało mnie wówczas, że część tych mężczyzn miało normalną pracę, choćby jako ochroniarze na terenach okołostoczniowych. To nie byli ludzie absolutnie nieporadni, przynajmniej w codziennym funkcjonowaniu nie byli bardziej nieporadni niż wielu „zwykłych facetów”. I do dziś czasem się zastanawiam, jak wielu negatywnych czynników trzeba w tak zależnym od pieniędzy świecie jak nasz, by stać się bezdomnym.

– Tych czynników jest mnóstwo. Od poranienia psychicznego, przez zadłużenie, po egzekucje komornicze. Niestety, jest też tak, że w systemie „przechowywania bezdomnych” nikt nie pyta tych ludzi, kim chcieliby być, o czym marzą, albo co chcieliby osiągnąć w ciągu nadchodzącego roku.

Gdy czasem przychodzą do nas dziennikarze, to standardowy scenariusz polega na znalezieniu „ładnej sensacji”. Wiem, jak to działa. Czasem ktoś z mężczyzn godzi się na rozmowę z dziennikarzem i później słyszę zdziwione komentarze, że to przecież tacy sympatyczni, komunikatywni ludzie. Oczywiście, bywa różnie, ale to pokazuje, jak rzeczywistość zderza się ze stereotypem bezdomnego. Inna rzecz, że staramy się też, aby nasz ośrodek nie kojarzył się z miejscem, które stygmatyzuje. Dlatego oficjalnie nazywamy się pensjonatem. To pomaga ludziom nawet, gdy idą do pracy: mówią, że nocują w pensjonacie, nie muszą kłamać. To również jest ważne, obok odbudowywanego poczucia stabilności życiowej.

Niedawno przyjęłam pewnego pana z ulicy. W środę lub czwartek Straż Miejska przywiozła go w takiej specjalnej klatce, z odpadającą skórą z nóg. Jedna noga już jest niemal w porządku, druga jeszcze się leczy. W każdym razie: on już inaczej się zachowuje po tym tygodniu, zaczyna czegoś chcieć, nie jest taki skulony i przepraszający.

– Ale z potulnymi chyba łatwiej?

– Gdy przyjmuję nowych pracowników, to czasem skarżą się: „wiesz, ten człowiek jest bezczelny, ja do niego mówię, a on do mnie z jakimiś tekstami!”. Często odpowiadam: no i świetnie. Jak ktoś skrobie w drzwi, to cholernie ciężko jest mu pomóc, a jeśli ktoś puka do drzwi i mówi jasno, czego chce, to już można spożytkować tę energię. Gdy ktoś leży w łóżku wciąż z kołdrą na głowie, to mogę go tylko skierować do szpitala psychiatrycznego w Tworkach, żeby dali mu antydepresanty. Gdy ktoś już się upomina o swoje – bardzo proszę. Ale w takim systemie jak nasz mówi się o ludziach, którzy są w kiepskiej sytuacji, lecz upominają się o coś, że to trudny, roszczeniowy klient.

Gdy o tym rozmawiam, często mówię tak: ludzie, pomyślcie o sobie na ich miejscu. Gdyby wszyscy rzucali wam kłody pod nogi, gdybyście mieli swoją wizję świata, swoje pomysły, a inni wciąż i wciąż pokazywaliby wam, że jesteście nikim – to jak byście się czuli?

Jeszcze jedna rzecz: w sprawach wielu grup społecznych, tak czy inaczej definiowanych, toczą się kampanie społeczne, walczy się o tych ludzi. Ale gdy człowiek chory na raka, emeryt czy osoba z depresją wpada w bezdomność, to nie ma zmiłuj.

– Bo bezdomny jest brudny, śmierdzi i jest leniwy?

– Tak. Wtedy wszystkie ich problemy, które najpewniej przyczyniły się do bezdomności, znikają z pola widzenia. Przez lata, gdy zwracałam uwagę, że to krzywdzące, mówiono mi: za krótko pracujesz, nie masz doświadczenia, nie wiesz, o czym mówisz. Nie mogłam się doczekać, aż będę miała przynajmniej pięcioletni staż. Dziś mówię, że pracuję z bezdomnymi ponad dziesięć lat i jestem przekonana, że ci ludzie bywają bezdomni przez tych, którzy im pomagają. Bardzo wygodnie jest prowadzić placówkę z wiecznie tymi samymi ludźmi…

Oczywiście, wśród osób bezdomnych też są ludzie niezaradni, upośledzeni, którzy wymagają wręcz opieki pielęgnacyjnej. Tak, są takie osoby. Ale uważam, że wśród tych 36 tys. bezdomnych, którzy są „oficjalnie ewidencjonowani”, niewielu znajdziemy ludzi skrajnie nieporadnych.

To naprawdę są poważne problemy systemowe. Szczerze mówiąc, ja też nie czuję się zupełnie bezpieczna.

– W jakim sensie?

– Mam kredyt we frankach szwajcarskich. To nie było tak, że zamarzyłam o kredycie w tej walucie, której nawet na oczy nie widziałam. Poszłam do banku i tam okazało się, że z moimi zarobkami tylko taki kredyt mogę wziąć. Mieliśmy już z mężem roczne dziecko, wszyscy brali kredyty, więc wydawało się, że jest to super bezpieczne. Póki co skończyło się bardzo wysokimi ratami kredytu. Ale wiemy, że wystarczy stracić płynność finansową, zachorować, wystarczy nieszczęśliwe zdarzenie osobiste czy rodzinne – i już zaczynają się schody. Wiem, co mówię: najpierw zmarł mi ojciec, a cztery miesiące później moja matka zachorowała na raka. Do kwietnia mieliśmy płynność finansową, wszystko szło dobrym torem, a później świat się raptownie zmienił. W Polsce w tego typu sytuacjach ludzie zostają na ogół sami ze sobą. Próbują na przykład łączyć na różne sposoby obciążającą opiekę nad chorym współmałżonkiem z pracą zarobkową. Zastanawiają się wtedy, na co właściwie wydawać pieniądze – na raty kredytu, na leki, na rehabilitację, „amortyzowanie” wszelkich możliwych kosztów choroby? A jeśli jeszcze jest dziecko?

Znam najtragiczniejsze sytuacje, przecież ludzie przychodzą do nas również po porady. Zdaję sobie sprawę, że życia ludzkiego nie da się zapisać w żadnych rubryczkach, zmieścić wszelkich wydarzeń losowych w przepisach prawnych.

W dodatku sądzimy często, że bezdomność dotyka tylko ludzi źle wykształconych, wykonujących słabo opłacane prace fizyczne. Ale miałam u siebie również dwóch dziennikarzy. Jeden z nich właśnie się usamodzielnia, dostał mieszkanie. To przecież też zawód wykonywany obecnie najczęściej na umowę zlecenie. W sytuacji choroby zostali bez środków do życia, bo nie byli w stanie wykonywać swoich obowiązków. Nie zarabiali kokosów – w tej branży nie każdy ma dochody jak Kuba Wojewódzki. W związku z tym szybko skończyły im się pieniądze, które mogliby przeznaczyć na kolejny czynsz.

– Ktoś jednak powie, że np. kredyt mieszkaniowy bierzemy na własne ryzyko, a nikt nam nie gwarantuje długiego i pomyślnego życia.

– Tym bardziej nie może sensownie działać system mieszkaniowy, który polega na wpędzaniu ludzi w gigantyczne długi. A kredyt mieszkaniowy tym właśnie jest. Ludzie mają w ten sposób spętane ręce. Są wiecznie na dorobku – choć podobno „na swoim”. Trudno od nich w takiej sytuacji oczekiwać większej odwagi cywilnej czy aktywności społecznej.

Dodam jeszcze jedno. Koszt mieszkań, które powstają w Warszawie, to w większości nie jest koszt tych, którzy je budują. Duża część to czysty zysk. Gdyby samorząd budował mieszkania na wynajem lub na wynajem z prawem wykupu, to wiedziałabym, że wydane pieniądze poszły na przedszkole, do którego za moment będzie chodził mój syn. Ale to się nie zdarzy. Spójrzmy na Warszawę-Ursus. Wszystkie tereny sprzedano w prywatne ręce. Za chwilę powstanie tutaj wielotysięczne miasteczko, z którego okoliczna wspólnota nie będzie miała właściwie nic.

– Wczoraj oglądałem przejmujący węgierski film dokumentalny poświęcony m.in. ubogiej eksmitowanej rodzinie. Samotna matka kilkorga dzieci mówiła w nim: „Jeśli mam do wyboru nakarmić dzieci i zapłacić rachunki, nakarmię głodne dzieci”. Z jednej strony widzimy dramat biedy. Z drugiej – w Polsce nie mówi się na ogół o ubóstwie i bezdomności inaczej niż przez pryzmat stereotypów dotyczących patologii. Ludzie, którzy spadają niżej na drabinie społecznej, z reguły są pokazywani jako jedyni winni swojego losu. No i z trzeciej – bezdomność to przecież dramat nadszarpniętych albo zniszczonych więzi międzyludzkich.

– Historie osób, które znam właśnie stąd, z naszego pensjonatu w Ursusie, to również opowieści ludzi, którzy mieli ojców, braci, matki, siostry, dzieci, współmałżonków. Bardzo często bezdomni sami izolują się od rodziny – ze wstydu. Zerwanie więzi pomaga udawać, że nic strasznego w ich życiu się nie wydarzyło. Jest u nas mężczyzna, który przed dwoma synami udaje, że pracuje w Warszawie i świetnie mu się wiedzie. Znam mężczyznę, który jest bezdomny, mieszka w ośrodku, ale wysyła pieniądze swojej siostrze, która żyje na wsi z mężem alkoholikiem.

Kiedyś naiwnie myślałam, że wystarczy porozmawiać z rodziną, wyjaśnić różnorakie kwestie związane z bezdomnością, żeby ludzie zrozumieli, co się dzieje z człowiekiem. Niestety, tak nie jest. Ludzie nie rozumieją bezdomności jako głębokiego osobistego przeżycia. Podobnie jak z alkoholizmem – wiele osób wciąż nie rozumie, że głębokie uzależnienie to nie jest kwestia wyboru, ale potężnych psychosomatycznych zmian w człowieku.

– Ale sama Pani wskazuje, że bezdomność to właściwie sytuacja mieszkaniowa. Ktoś może stwierdzić, że to zawężający punkt widzenia.

– Tak, bezdomność to sytuacja mieszkaniowa. W odróżnieniu od wielu osób nie koncentruję się na cechach charakterologicznych bezdomnych. To brak mieszkania równa się bezdomności, a przyczyny mogą być najróżniejsze. Miałam nawet taką sytuację, że żona przywiozła do mnie męża – mieszkali kątem u jej rodziców, kłócili się. Ze łzami w oczach przywoziła go do nas. Albo małżeństwo mieszkało całe życie z jej matką. A tej przestało się to podobać i mężczyzna wylądował u nas.

– Ale czy tak ukazując sprawy, nie zwalniamy ludzi od odpowiedzialności za własny los?

– Ale co kształtuje ten los na takim jak nasz rynku mieszkaniowym, przy braku tanich lokali na wynajem? Oczywiście, wśród bezdomnych są też ludzie, którym zawsze trzeba będzie pomagać, nawet jeśli w końcu dostaną mieszkanie komunalne. Trzeba będzie pilnować, czy płacą rachunki, czy w mieszkaniu panuje porządek. Ale wie pan – mój brat też czasem zapomina wyprasować koszuli. Znam mężczyzn, życiowo i biznesowo zaradnych, którzy nie wiedzą, jak włączyć pralkę. Niebezpiecznie byłoby ich zostawić na dłużej zupełnie samych. Wielu ludzi, którzy mają domy, nie ogarnia wszystkich mniejszych i większych obowiązków życiowych.

– Jak rozumiem, w przypadku trwałej bezdomności ludzie dodatkowo tracą umiejętność organizowania sobie przestrzeni domowej, dbania o nią?

– Nie generalizowałabym, ale tak się zdarza, a wówczas jest to poważny problem. Zresztą taka niesamodzielność wynika niekiedy również z kształtu i praktyk polskich instytucji pomocowych. Miałam podopiecznego, który całe życie spędził w domach dziecka, później mieszkał w hotelu robotniczym, a jeszcze później wylądował w schronisku dla bezdomnych. On naprawdę nie wiedział, co to na przykład znaczy płacić rachunki. Do tego niemal nie umie czytać i pisać. W każdym razie niedawno przyznano mu lokal. Jak pan myśli, co się zaczęło dziać?

– Już jest u was na nowo?

– Nie. Ale od razu pojawiły się u niego lęki, myśli samobójcze. On nagle został sam. I to nie w pokoju, ale w mieszkaniu. A całe życie ktoś był obok niego. Wciąż potrzebuje wsparcia.

– Bezdomni nie są przecież wycięci z jednej matrycy, podobnie jak i my wszyscy. Są wśród nich ludzie towarzyscy, są totalne mruki.

– Są u nas panowie, którzy dobrze się czują pośród innych. I przeciwnie: są też ludzie, którzy nie są w stanie przebywać w schronisku, ponieważ nie potrafią mieszkać z drugim obcym mężczyzną. Nam się wydaje, że gdy ktoś wchodzi do schroniska i dostaje wszystko za darmo, to właściwie jakby był na wczasach. Ale niech ktoś spróbuje, gdy ma 50 lat oraz swoje nawyki i przyzwyczajenia, mieszkać z dwoma, trzema obcymi ludźmi w jednym pokoju. Prosta sprawa. Jeden mówi: idę spać, bo rano wstaję do pracy. Drugi: wróciłem, mam jutro wolne, chcę pooglądać telewizję. Trzeci chce zapalić lampkę, żeby poczytać. To nie są uczniowie w internacie ani studenci w akademiku, gdzie przecież też bywa różnie.

Oczywiście, wiele osób przyczyniło się do tego, że są bezdomnymi i codziennie przyczynia się nadal do swojej bezdomności. I za nikogo z nich życia nie przeżyję. Ale można tak zmienić przepisy, tak ułatwić ludziom funkcjonowanie, żeby prawo nie blokowało większości z nich wyjścia z trudnej sytuacji. Ale u nas wciąż zwycięża myślenie: ja znam bezdomnych, bo jeden taki dostał za robotę pięć dyszek, poszedł do sklepu i wypił, no i jest mu świetnie. Ludzie! W czym mu jest świetnie? No w czym? W niczym nie jest mu świetnie…

Przez dom Misji Kamiliańskiej w ciągu dziesięciu lat, kiedy tutaj pracuję, przewinęło się kilka tysięcy osób. Nie znam ludzi, którzy wybraliby bezdomność jako coś naprawdę chcianego. Znam za to mnóstwo takich, którzy nie są w stanie z niej wyjść, ponieważ brak mieszkania wyzwala tysiące innych złych zależności. Był u nas kiedyś bezdomny człowiek, który pracował tu w kuchni. Wreszcie znalazł jako kucharz dobrą pracę na zewnątrz. Powiedziałam: świetnie, proszę pana, teraz składamy wniosek o lokal komunalny. Ale on nie był z Warszawy, lecz z innej miejscowości. Zwlekał i zwlekał z dostarczeniem odpowiednich dokumentów. Poprosiłam go do biura, przycisnęłam o to. Pyta: „Możemy porozmawiać w cztery oczy?”. A gdy wszyscy wyszli, mówi: „Ufam pani, ale nie wiem, jak to powiedzieć. Miałem wyrok dwadzieścia pięć lat. Dwadzieścia przesiedziałem. Zostałem zwolniony za dobre sprawowanie. Byłem młody i głupi, gdy to się stało, ja tam już nie wrócę”. No i okazało się, że ostatni adres meldunku to ten więzienny, a ja go chciałam usamodzielniać w Warszawie. Pomijając ekstremalny kontekst: on po prostu nie był stąd. To jest często problem dla instytucji.

Zdarza się też tak, że ktoś przez lata tkwił w aktywnym uzależnieniu. Psychoterapeuci mówią mu: pod żadnym pozorem nie wracaj w tamte strony, do takiego „gniazda”, bo wejdziesz znów w tamtejsze niedobre relacje i stare nawyki. Ale w jaki sposób zrobić inaczej, jeśli wszystkie przepisy mówią, że całe życie jesteś związany z tym miejscem, bo tam masz ostatni meldunek? Już nie mówiąc o tym, że nawet jeśli ten człowiek dostanie lokum komunalne w swoich stronach, gdzieś na prowincji, skąd ludzie wyjeżdżają, bo tam nie ma pracy, to jak je utrzyma?

– Nikomu nie zależy na tym, żeby dostosować realia prawne do zmieniających się czasów?

– Instytucje w Polsce myślą z opóźnieniem, a w dodatku te, które zajmują się polityką społeczną, po prostu są biedne. Zacznijmy od tego, że zasiłek z opieki społecznej, z którego często korzystają bezdomni, wynosi 630 zł. Jeżeli ktoś nie ma przepracowanej odpowiedniej liczby lat, nie dostanie ani renty, ani emerytury. Dla bezdomnych są właśnie takie pieniądze. Dwa pytania: wie pan, jak przeżyć za taką kwotę? Widzi pan już, jak się spycha ludzi w bezdomność? A gdy słyszę o tym, jakie renty i emerytury będą nas czekały, to myślę, na jak znaczny wzrost bezdomności musi się to przełożyć.

Od 2006 roku uczestniczyłam (z ludźmi decyzyjnymi bodaj na wszystkich możliwych szczeblach) w pracach nad zmianami ustawy zdrowotnej. Zabiegałam o to, żeby osoby nieubezpieczone, bezdomne, bez dowodu osobistego mogły uzyskać dostęp do podstawowych usług medycznych. To byłoby zresztą o wiele bardziej racjonalne ekonomiczne. Przecież dziś jest tak, że nie pójdziemy bez ubezpieczenia do lekarza, gdy choroba jest we wczesnym stadium. Ale gdy się nam pogorszy, jeżeli przeziębienie przerodzi się w zapalenie płuc i przewrócimy się na ulicy, to przyjedzie karetka, zrobią specjalistyczne badania, poleżymy w szpitalu. A system zapłaci za to więcej niż za wczesną diagnozę i szybkie leczenie…

– Widziałem to na własne oczy: ze szpitala parę dni później zawiozą bezdomnego pod schronisko. Czasem nawet za blisko nie staną, bo komuś w karetce głupio.

– Dokładnie tak to wygląda. Ale gdy próbuję to od lat tłumaczyć, to odpowiedzią jest: nie, nie, nie. Słyszę wówczas, że są specjalne „ubezpieczenia prezydenckie” (zależne od wójta, burmistrza, prezydenta miasta), które mogą otrzymać osoby bezdomne. Ale zanim bezdomny je dostanie, to rozwinie mu się grypa i powikłania związane z nią. A przecież chodzi o to, żeby mógł iść do lekarza jak każdy inny człowiek.

– Kilka lat temu głośna była sprawa „doktor Janosikowej” z Krakowa, czyli doktor Ilony Rosiek-Koniecznej, która była ciągana po sądach za wypisywanie nielegalnych recept na leki dla bezdomnych. Pamiętam że część opinii publicznej, w tym opiniotwórczy reprezentanci dużych mediów, nie wahali się nazywać jej działalności złodziejstwem.

– Powiem tak: jestem w stanie wyobrazić sobie, że są osoby, które pracują w naszym systemie i udzielają w ten sposób pomocy. Zresztą, gdyby się ktoś uparł, mógłby ciągać po sądach mnie, siostrę Małgorzatę Chmielewską albo Lekarzy Nadziei, którzy właśnie dostali nagrodę od Rzecznika Praw Obywatelskich za dwadzieścia pięć lat pracy wolontariackiej.

Nie wszyscy muszą to wiedzieć: w Warszawie funkcjonuje przychodnia Lekarze Nadziei. Działa w niej dwudziestu kilku lekarzy, którzy pracują woluntarystycznie po kilka godzin w tygodniu, opiekując się bezdomnymi. Jest tam na przykład dermatolog, pulmonolog – choroby skóry czy gruźlica u bezdomnych muszą być leczone przecież także w interesie tej „zdrowej tkanki społeczeństwa”, która w internecie żąda linczu na bezdomnych choćby za to, że ośmielają się wejść do środków komunikacji publicznej. Wszyscy ci lekarze wydają leki bezdomnym – a w świetle polskiego prawa nie mogą tego robić. No to po cholerę w ogóle diagnozować bezdomnego, skoro nie pójdzie i nie wykupi legalnie recepty? Lekarze Nadziei swoimi sposobami zdobywają potrzebne leki, żeby w ogóle leczyć tych ludzi.

– Sądzę, że działa to na zasadzie usankcjonowanej instytucjonalnej hipokryzji. Przecież zainteresowani wiedzą, że bezdomnych nie leczy się w takich ośrodkach zamawianiem chorób.

– Od wielu lat tłumaczymy odpowiednim instytucjom, że powinno to działać tak jak pomoc humanitarna. Mało tego, niedawno zmieniła się ustawa o pomocy społecznej, w której wprost jest napisane, że w schroniskach dla osób bezdomnych nie mogą przebywać osoby chore.

– Wyobrażam sobie samych zdrowych bezdomnych w przytuliskach w sezonie jesienno-zimowym…

– Wzięło to się stąd, że powstały prywatne domy pomocy społecznej, które wymknęły się spod kontroli państwa i nie bardzo wiadomo, co się w nich dzieje. No i tak oto, przy okazji walki z patologiami w takim biznesie, dostało się i nam. I co? Pójdziemy siedzieć? Przecież nie przestanę tych ludzi przyjmować. Siostra Małgorzata Chmielewska mówiła mi, że ostatnio kontaktowała się z kimś z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w tej sprawie, a oni odpowiedzieli, że za swoje pieniądze możemy robić, co chcemy. A siostra im na to, że właśnie się okazuje, że i tego nie możemy.

Kiedyś wydawało mi się, że instytucje pozarządowe to taka plomba tam, gdzie państwo nie może, nie potrafi, nie zauważyło itd. Dawno przestaliśmy pełnić tę rolę. Obecnie idziemy w poprzek.

– W jakim sensie?

– Często zdarzają się przepisy, które wykluczają pewną grupę osób z realnej pomocy. Zatem łaskawie pozwala się nam coś robić właściwie w instytucjonalnej „szarej strefie”. Organizacje zdrowotne, które zajmują się chorymi, w tym bezdomnymi, robią często to, z czego nie wywiązują się instytucje publiczne. To one załatwiają badania, specjalistyczną opiekę, rehabilitacje.

– Często słyszymy, że mieszkania komunalne to siedlisko patologii, że są niszczone przez „element”, w tym przez osiedlonych tam bezdomnych. Jak Pani to postrzega?

– Problem polega na tym, że trudne środowiska potrzebują realnego wsparcia. I to nie takiego, które polega na tym, że dopóki ktoś nie zapuka do drzwi Ośrodka Pomocy Społecznej, to nic nikogo nie interesuje. To właśnie instytucje powinny być aktywne. Nie mówię o policji czy straży miejskiej, ale np. o psychiatrycznej opiece środowiskowej. To temat rzeka, bo jest to absolutnie niedziałający element systemu zdrowotnego. Podkreślę mocno: to w ogóle nie działa.

Ludzie z różnego rodzaju problemami psychicznymi, z zaburzeniami osobowości, często zostają sami. Ich rodziny też zostają same. Tak, ludzie i rodziny często zostają samotni: ze schizofrenią, z ciężką depresją, z nerwicami, z silnymi lękami. Nie dość, że wszyscy dookoła mają serdecznie dość takiej osoby, niejednokrotnie chętnie by się jej pozbyli, wyrzucili z mieszkania, a sąsiedzi – z bloku, to w dodatku nie ma wsparcia z zewnątrz. A powinien przyjechać lekarz psychiatra albo pielęgniarka, którzy by zauważyli sedno problemu, zdiagnozowali, pomogli, sprawdzili, czy leki są odpowiednio dobrane, czy nie doszło do remisji choroby.

Dopóki chore osoby, które są naszymi potencjalnymi podopiecznymi, mają ojca, brata, siostrę, matkę – kogoś, kto poświęca życie temu, żeby funkcjonowali, to jeszcze jest dobrze. Ale gdy te wspierające osoby umierają lub z różnych przyczyn odchodzą, ta bliska, ten bliski, którzy poświęcili im życie, to tacy ludzie lądują na ulicy. W Warszawie można spotkać wiele osób brudnych, śmierdzących, z reklamówkami na nogach zamiast butów, zarośniętych mężczyzn, zniszczonych kobiet – od razu wiemy, że to bezdomni. Ale to nie jest cała prawda o 36 tys. oficjalnych bezdomnych – w takim obrazie nie ma ludzi z nierzucającymi się w oczy chorobami psychicznymi, skazanych na bezdomność, bo nie ma komu nimi się zająć, absolutnie nieporadnych społecznie z racji psychofizycznych.

– W autobusie linii 131, który startuje w stolicy spod Dworca Centralnego, zimą często podróżował bezdomny, który głośno skrzeczał, ni to do innych, ni to do siebie. Siedział z tyłu, miejsca obok pustoszały, czasem ktoś na niego krzyknął, żeby się zamknął. Wyobrażam sobie, że ten człowiek i inni ludzie podobni do niego nie nadają się do zwykłych przytulisk. Ale autobus też nie jest dla nich najlepszym miejscem. I to nie dlatego, że psują komuś komfort podróży.

– Przy całym naszym zaangażowaniu, z całą infrastrukturą, jaką mamy, tego typu ludzie nie są w stanie funkcjonować w zwykłych ośrodkach dla bezdomnych. Głęboko upośledzeni ludzie, bardzo często uzależnieni, potrzebują profesjonalnej opieki psychiatrycznej. Oni potrzebują nie mojego dobrego serduszka, nie zwykłego pracownika socjalnego, lecz specjalisty z farmakologią. Ale czegoś takiego nie ma.

Prowadzimy także streetworking. Jeżdżę do ludzi, którzy mieszkają na ulicy. Czasami nie mam im nic do zaoferowania i niedobrze mi się robi, gdy słyszę, że przecież mogę im zawieźć termos z ciepłą zupą i koc. To jest taka pomoc, że naprawdę… Za miarę sukcesów w branży uchodzi niekiedy duża liczba koców dostarczonych bezdomnym. A tych ludzi trzeba z ulicy pozabierać! Tylko że z nami nie jedzie żaden psychiatra. Niedawno udało mi się załatwić psychoterapeutę, który jeździ ze streetworkerami. I dzięki temu udaje się pomóc niektórym bezdomnym.

Przyszedł też do mnie mężczyzna z myślami samobójczymi. Ma depresję. Idę z nim do lekarza. A tam kolejeczka: może pani przyjdzie innym razem?

– Człowiek może nie doczekać.

– Dlatego najczęściej jeździmy z bezdomnymi do szpitala na oddział. Ale oni boją się szpitali psychiatrycznych, źle im się kojarzą. Nie dziwię się im, bo tamtejszy aranż nawet zdrowym robi źle: odpadające tynki, stare łóżka z metalowymi rurami, z których odłazi farba. Wystarczy wejść do takiej placówki, zobaczyć jak to z bliska wygląda – to wciąż masakra.

Powiem wprost: jeżeli ktoś w Polsce jest biedny, chory psychicznie i nie może zająć się nim ktoś z bliskich – jest bez szans. Dodam, że na miejsce w domu opieki dla osób z zaburzeniami psychicznymi czeka się z dziesięć lat. W dodatku trzeba spełnić liczne oczekiwania odpowiednich instytucji: nie uciekać z miejsca pobytu, być ciągle do dyspozycji na okoliczność kolejnych wywiadów środowiskowych.

Niewiele lepiej bywa w ośrodkach dla osób, które czekają na miejsce w „zwykłym” Domu Pomocy Społecznej. Zajmuję się obecnie sprawami pana, który piąty rok czeka na miejsce w DPS-ie. Warszawskie Centrum Pomocy Rodzinie, które odpowiada za kierowanie do takich placówek, doszło do wniosku, że skoro mężczyzna jest u nas, to „jest zaopiekowany”. Mam go zatem wyrzucić na ulicę, żeby dostał miejsce? To starszy człowiek, jest ciężko chory, po udarach, nie jest „patologią” – jest u nas właśnie po to, żeby nie musiał na ulicy czekać na miejsce w DPS.

– Ale rozumiem, że „patologia, która niszczy mieszkania komunalne” czy – ściśle mówiąc – zwykle ląduje na ulicy z braku tanich mieszkań na wynajem i cywilizowanej polityki społecznej, to nie tylko psychicznie chorzy?

– To są także pracujący ubodzy; to ludzie, którzy latami żyją gdzieś kątem i nie stać ich na jakikolwiek kredyt mieszkaniowy; to są ludzie, którzy wychodzą z domów dziecka lub od maleńkości wyrastają w patologicznych i dysfunkcyjnych rodzinach i są z reguły skreśleni na starcie.

Z bezdomnością wiąże się jeszcze jeden problem – samotność. Do nas często trafiają ludzie po prostu samotni – gdyby byli z kimś w związku, to pewnie razem udałoby im się wynająć jakąś kawalerkę.

Po części stąd nasz pomysł na mieszkania treningowe. W pewnym wieku trudniej znaleźć kogoś, kto będzie z tobą współdzielił kuchnię i rachunki. A razem jest taniej. I na to też pomagają mieszkanie treningowe. W takich przypadkach czasem mieszka razem kilku panów, ale czasem też pary, które wspólnie składają wnioski o tego typu lokum.

Dodajmy jeszcze ludzi, którzy zostali oszukani i wykorzystani na rynku pracy. Jeden z naszych podopiecznych został bez pracy i pieniędzy, które mu się za nią należały. Poszedł na dworzec. Po trzech dniach podszedł do niego jakiś bardziej sympatyczny policjant i zapytał, co się dzieje. Mężczyzna opowiedział, w czym rzecz, źle wyglądał, wysiadła mu psychika. Dostał od policjanta adres do nas, tu się wykąpał, przebrał, poszedł na rozmowę do potencjalnego pracodawcy. Gdy przychodzą do mnie ludzie oszukani na wypłatach przez pracodawców, to nie przyjmuję ich do schroniska – daję im pieniądze na stancję. W większości przychodzą i oddają te pieniądze. Oni wiedzą, że byli w naprawdę złej sytuacji, w której rzadko kto by im zaufał. I to zaufanie jest dla nich bardzo ważne – także na przyszłość.

– Właściwie cały czas mówimy o bezdomności mężczyzn. Wskazała Pani wyżej, dlaczego tak jest. A co z bezdomnością kobiet?

– Kobiety w bezdomności są znacznie trudniejsze. Bardzo często są to osoby straszliwie poranione psychicznie. One jeszcze częściej niż bezdomni mężczyźni nie dają sobie rady bez wsparcia psychiatrycznego. Bardzo często są to osoby, które doświadczyły różnego rodzaju przemocy: seksualnej, fizycznej, ekonomicznej. Krótka rozmowa z pracownikami ośrodka dla kobiet brutalnie uświadamia w tym względzie.

Niedawno miasto stołeczne Warszawa ogłosiło konkurs na schronisko dla bezdomnych kobiet i żadna organizacja się nie zgłosiła. Zapytałam ludzi, którzy zajmują się pomocą dla kobiet, dlaczego tak się stało. Powiedziano mi, że w takim ośrodku musi być psychiatra, musi być dodatkowa kadra, a na to z kolei potrzebna jest większa pula pieniędzy. Pomijam szczegół, że ze środków pomocy społecznej nie można sfinansować pielęgniarki czy psychiatry i trzeba wykonywać różne fikołki, żeby to obejść.

– I co z tymi pieniędzmi na ośrodek dla kobiet?

– Okazało się, że więcej środków nie da się zdobyć z odpowiedniej puli… ponieważ byłaby to dyskryminacja finansowa ośrodków dla mężczyzn. Oniemiałam, gdy to usłyszałam. Dzięki takiej „równości” kobiety bezdomne są na ulicy. Jakie wspaniałe „równościowe” prawo! Jak mówiłam: gdyby patrzeć jedynie na przepisy, mielibyśmy często skrępowane ręce w pracy z bezdomnymi.

Zresztą, teoretycznie nie powinnam przyjmować u siebie ludzi spoza stolicy, ponieważ, zgodnie z ustawą, finansuje nas tutejsza gmina. A przecież dobrze wiadomo, że do Warszawy w poszukiwaniu pracy przyjeżdża cały kraj. Właściwie bezdomni nie mają wolności poruszania się po kraju – kolejne konstytucyjne prawo, które w ich przypadku jest łamane – ponieważ są „gminnymi obywatelami”: gminy za nich płacą, oni „należą” do tamtejszej opieki społecznej. Przecież nie będę pytała człowieka, który siedzi na ulicy, czy jest stąd. A jak nie jest, to nie powiem mu: „to niech pan dalej tutaj siedzi”. Biorę go do siebie do pensjonatu. Ale na dobrą sprawę w każdym momencie miasto stołeczne Warszawa może mi powiedzieć: „nie, proszę pani, nie może tak być, że przyjmuje pani, kogo chce – przestajemy finansować schronisko”. A ja z kolei muszę spełnić szereg wymogów, żeby prowadzić placówkę i dostać dofinansowanie z gminy.

– Szuka Pani dodatkowych środków?

– Owszem, ale staram się unikać grantozy. Czasem ludzie mnie pytają: „o, a czemu nie wzięłaś od tych lub tamtych?”. No nie biorę, bo czasem, żeby wyremontować pokój dla osób bezdomnych lub wymienić brudną wykładzinę, muszę udowodnić, w jaki sposób ta wymieniona wykładzina aktywizuje osoby bezdomne. I ilu bezdomnych dzięki tej wykładzinie się usamodzielni. Nie zdradzę jak, ale da się to wykazać [śmiech].

– Ale pobyt w Pani ośrodku może finansować gmina, z której bezdomny pochodzi.

– To kolejna problematyczna sytuacja. Właśnie przebywa u mnie pan gdzieś z daleka. Chwytam za telefon i dzwonię do tamtejszej gminy: „pobyt u mnie kosztuje tyle a tyle, proszę o sfinansowanie”. Pani mi na to: „u nas jest odpowiednia placówka, niech on tutaj wraca”. Pan z kolei do mnie: „ale ja w życiu tam nie wrócę!”. A pani z gminy: „proszę pani, niech wraca do nas, nie ma dyskusji!”. Mogłabym teoretycznie założyć im sprawę w sądzie, ale kto robi takie rzeczy, skoro on najpewniej po jakimś czasie znajdzie pracę i się usamodzielni.

– Mam wrażenie, że ci ludzie traktowani są przez instytucje jak pionki.

– Najważniejsza rzecz, jaka jest łamana w przypadku bezdomnych, to godność osobista, ta ludzka godność, o której mowa w preambule do Konstytucji Rzeczpospolitej.

To ma swoje skutki praktyczne: godność bezdomnych jest łamana w bardzo licznych sferach życia. Problem polega na tym, że w Polsce nie ma dobrze skoordynowanej polityki przeciwdziałania/wychodzenia z bezdomności. Nie ma realnej jednostki, która ogarniałaby wszystkie istniejące przepisy i koordynowały pracę w ramach różnych resortów – od polityki społecznej przez zdrowotną po mieszkaniową – tak, żeby one się wzajemnie nie wykluczały.

Podkreślę – staram się postrzegać przepisy prawne nie przez pryzmat bezdomności, ale pomocy mieszkaniowej dla ludzi. To jest fundament, a do tego dopiero dochodzą inne kwestie, bo czasem mamy do czynienia z szeregiem komplikacji życiowych, a czasem wystarczy znaleźć człowiekowi pracę, towarzyszyć w momencie startu i można spodziewać się, że stanie na nogi.

– Gdyby miała Pani zrobić taki portret, to kim byłaby „przeciętna polska osoba bezdomna”?

– Im dłużej tutaj pracuję, tym trudniej stworzyć mi taki jednoznaczny portret. Mieszkał u mnie na przykład pan, który walczył w Powstaniu Warszawskim. Miał ponad osiemdziesiąt lat i mieszkał w samochodzie, bo miał taki honor i ambicję, że sam sobie da radę. Zimą zainteresowali się nim okoliczni mieszkańcy i udało się go namówić, żeby przyszedł do nas i skorzystał z pomocy.

Mam też w pensjonacie chłopaka, którego w wieku osiemnastu lat rodzina zastępcza odstawiła do schroniska dla bezdomnych, ponieważ nie chciał iść do pracy ani dalej się uczyć.

Ale podkreślę raz jeszcze: największym problemem jest niedostępny i bardzo drogi rynek mieszkaniowy. No i dotychczasowy brak alternatywy dla niego w ramach polityki państwa. Moim zdaniem będzie coraz więcej ludzi bezdomnych, a my będziemy ich karmili i ubierali, będziemy musieli budować coraz większe placówki dla bezdomnych i tak naprawdę utrzymywać tych ludzi, ponieważ chroniczna bezdomność wiąże się z utratą własnej tożsamości.

Trzeba też pamiętać, że bezdomność to również problem zniszczonych rodzin. Wspominałam już o tym, że kobiety, z wielu przyczyn, lepiej sobie radzą z kontaktami z instytucjami pomocowymi. Stąd bywa tak, że po rozpadzie małżeństwa kobieta z dzieckiem idzie swoją drogą, dostaje np. lokal komunalny, a mężczyzna trafia do schroniska dla bezdomnych.

Inna rzecz, że wchodzenie w bezdomność to również pewien proces. Na przykład najpierw z różnych przyczyn tracisz pracę, możliwość utrzymywania siebie i rodziny. Później do tego dochodzi rozpad więzi międzyludzkich. I wówczas, w sytuacji takiej samotności, bezdomność jest o krok.

– Państwo polskie nie zdaje sobie sprawy, jak niebezpieczna społecznie jest bezdomność?

– Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej od wielu, wielu lat – niezależnie od tego, jaki jest rząd, kto jest ministrem i jak wiele mówi o miłosierdziu –
uznaje, że sprawiedliwie jest co roku dawać pięć milionów na bezdomność. I to w skali kraju. To się nie zmienia od lat.

Co roku ogłaszany jest konkurs, który co roku nazywa się coraz bardziej poetycko, na przykład: „Powroty osób bezdomnych”. Ale kończy się na tych pięciu milionach złotych rocznie na cały kraj. Oczywiście, jest tak, że to gminy odpowiadają za politykę społeczną względem osób bezdomnych. Ale jak się pan o to spyta w gminach, to na ogół okazuje się, że takiej polityki tam nie ma.

Z mojego doświadczenia wynika ponadto, że instytucje publiczne tak naprawdę nie chcą zajmować się bezdomnością. W Warszawie nie ma ani jednej placówki samorządu, która zajmuje się bezdomnymi. To wszystko wzięły na swoje barki organizacje pozarządowe. W całej Polsce chyba na palcach jednej ręki można policzyć gminy, które prowadzą własne placówki – tam również zajmują się tym organizacje pozarządowe. Dużo placówek ma Monar, diecezjalne struktury Caritasu, placówki odwołujące się do Brata Alberta. Z tych pieniędzy, które są od samorządów, nie da się zrobić za wiele. Dlatego musimy wiele czasu poświęcać na pozyskiwanie środków.

Jest jeszcze jeden problem: jako organizacje pozarządowe zajmujące się bezdomnymi musimy wreszcie przejść od opieki do pomocy. Ale tego się nie da zrobić bez polityki usamodzielniania. A do niej potrzebne są mieszkania.

– Ale mieszkania kosztują.

– Miejsce w moim ośrodku kosztuje gminę 400 złotych miesięcznie. A pobyt w domu pomocy społecznej między trzy a pięć tysięcy, nawet do siedmiu tysięcy miesięcznie. Moim zdaniem dużo tańsza i skuteczniejsza byłaby pomoc w dofinansowaniu mieszkania komunalnego. Skoro gmina nie ma własnych zasobów – niech dofinansuje bezdomnemu mieszkanie na rynku prywatnym. To da się sensownie zrobić. Tym bardziej, że duża część tych ludzi naprawdę chce pracować.

Ale jest jeszcze inny problem: bezdomnych, którzy pracują, chętnie się wykorzystuje. To się trochę napędza: są pod ścianą, desperacko szukają pracy, więc biorą najgorszą, a ta jest nie tylko na umowie śmieciowej, ale wiąże się z ryzykiem, że „pracodawca” w ogóle nie zapłaci albo będzie długo zwlekał.

– Jak wygląda rynek pracy osób bezdomnych?

– Zacznę od tego, że gdybym spojrzała w listę, to około 70 z 80 osób, które teraz u nas przebywają, chodzi do pracy. A przecież tutaj jest bardzo szybka rotacja, co dodatkowo pokazuje, że bezdomni faktycznie podejmują pracę zarobkową. Niestety, część wraca do nas także dlatego, że sytuacja bezdomnych na rynku pracy jest bardzo niestabilna.

Większość z bezdomnych pracuje „na ochronie”, w firmach sprzątających. To praca, którą najłatwiej dostać. A wiem dobrze, że duża część z tych ludzi pracuje dla instytucji publicznych, które korzystają z usług prywatnych firm zewnętrznych. To jest skandal, na jak fatalnych warunkach ci ludzie są zatrudniani – i nie mówię tylko o pieniądzach. Gdy taki człowiek, który jest u mnie w ośrodku, na dwa tygodnie zachoruje, to jest pozbawiony jakiegokolwiek zarobku. Gdy prezesi czy dyrektorzy przechodzą obok takich ludzi, powinni wiedzieć, że odpowiadają za ich krzywdę. Zresztą, czasem jest tak, że bezdomni nie mogą uzyskać pracy jako ochroniarze, ponieważ mają niezapłacone mandaty za przejazd komunikacją lub problemy ze spłatą alimentów i nie dostaną zaświadczenia o niekaralności.

– Trudno kogoś rozgrzeszać z niepłacenia alimentów.

– Jeżeli zarabiają najniższą krajową, a komornik zabiera im 60 proc. wynagrodzenia, to z czego mają żyć? Uciekają do szarej strefy. Żeby tak nie było, to my w ich imieniu układamy się z komornikami, żeby mogli płacić miesięcznie po 300–400 zł. No bo co to komu da, jeżeli zwiążemy tym ludziom kompletnie ręce i nogi, zabierając prawie wszystko?

– Musielibyśmy zacząć rozmowę o polskich zarobkach.

– To też byłaby rozmowa o przyczynach bezdomności. W Warszawie, do której ludzie przyjeżdżają z całej Polski w poszukiwaniu pracy, najniższa krajowa nie pozwala na samodzielne wynajęcie kawalerki. A gdzie pieniądze na przeżycie miesiąca…

Wiele osób bezdomnych pracuje też na liniach produkcyjnych, sporo zajmuje się budownictwem, wykończeniówką. Mieliśmy mechaników samochodowych, mamy sporo kierowców TIR-ów, ale także kierowców autobusów miejskich. Mieliśmy taksówkarzy, dziennikarzy, byłych zakonników, osoby z wyższym wykształceniem, w tym ekonomistę. Mieliśmy pracownika socjalnego.

Część ludzi, którzy tu mieszkają, ma swoje samochody. Potrzebują ich do pracy. Mieszka u nas na przykład mężczyzna, który ma ponad 70 lat i wciąż czynnie pracuje jako fotograf. Samochód jest mu niezbędny, wozi nim sprzęt, często musi gdzieś dojechać, a że ma już swoje lata, ciężko mu z takim bagażem poruszać się komunikacją publiczną. A czasami jest tak, że samochód jest jedyną cenną rzeczą, którą mają.

– Bezdomni mają samochody. Skandal! Widocznie wcale nie jest im tak źle…

– Bezdomni jako realni ludzie z ich faktycznymi problemami nie istnieją w wyobraźni społecznej. W politycznej czy urzędniczej często też. Bezdomnego widać, gdy śmierdzi i awanturuje się na ławce koło dworca Warszawa Śródmieście. Wtedy co najwyżej trzeba go stamtąd na chwilę zabrać, zmienić opatrunki, dać świeże ubranie i zupę. I tyle widać z bezdomności.

– Powiedzmy też sobie jasno: uzależnienia są dla bezdomnych kulą u nogi.

– To prawda. Alkoholizm jest śmiertelną chorobą. Nie każdy ma siłę zostać trzeźwym alkoholikiem. Mamy w naszym ośrodku psychologa-terapeutę na etacie, w wielu podobnych placówkach tego nie ma. Mamy też wolontariusza, fachowego psychologa. Część z bezdomnych chodzi do pobliskiego ośrodka na ośmiotygodniową otwartą terapię, która trwa przez większość dnia. Dla niektórych jest zamknięte leczenie w Tworkach.

Ostatnio zaczęliśmy też współpracę ze Stowarzyszeniem Zdrowiejących Motocyklistów (Association of Recovering Motocyclists – ARM), jego członkowie mają potężne motocykle i misję wspierania trzeźwiejących alkoholików. To jest świetna sprawa, ponieważ pojawiają się faceci, którzy stanęli na nogi, bo wytrzeźwieli, i są w stanie zaimponować innym mężczyznom po przejściach.

– Trzy lata temu przeprowadziłem dla „Nowego Obywatela” wywiad z dr Ireną Herbst na temat (anty)polityki mieszkaniowej w III Rzeczpospolitej. Ekspertka mówiła tak: „w każdym kraju, bogatym czy biednym, istnieje znaczna grupa ludzi, których nie stać na zakup własnego mieszkania. W Polsce struktura własności jest patologiczna: mamy 20 proc. mieszkań na wynajem, a 80 proc. prywatnych. To oznacza, że potrzebne są ogromne przedsięwzięcia ze strony państwa w zwiększaniu dostępu do dachu nad głową, bo w przeciwnym razie, w dłuższej perspektywie, ludzie będą lądować na dworcach. Od lat 2004–2005 znaczne środki przeznacza się na budowę noclegowni i innych tego typu ośrodków, które przestają być jedynie miejscem tymczasowego zamieszkania”.

– Z tego, co wiem, w mieście stołecznym Warszawie rocznie wydaje się dziewięć milionów złotych na bezdomnych, a trzynaście milionów na psy.

– To są roczne koszty po zsumowaniu? Przepraszam, ale z całym szacunkiem dla psów…

– Wie pan, o psy każdy się upomni. A o tych ludzi nie.

– Dziękuję za rozmowę.

Warszawa-Ursus, 19 maja 2016 r.

Za mało, za ciasno, za drogo – mieszkalnictwo w Polsce

Za mało, za ciasno, za drogo – mieszkalnictwo w Polsce

Prowadzenie sprawnej polityki mieszkaniowej, skutecznie odpowiadającej na potrzeby obywateli, to jedno z ważniejszych zadań każdej szanującej się wspólnoty politycznej. Nawet jeśli przyjmiemy i tak już ograniczoną koncepcję państwa, zgodnie z którą w sferze gospodarczej powinno się ono skupić jedynie na zapewnieniu odpowiedniej infrastruktury do wzrostu i swobodnej gry rynkowej, polityka mieszkaniowa wciąż pozostaje jedną z jego głównych kompetencji. Posiadanie dachu nad głową to sprawa zupełnie podstawowa.

Gdy brakuje wolnych i łatwo dostępnych mieszkań, zablokowana jest mobilność wewnętrzna, bo nawet gdy znajdzie się pracę w bogatym mieście, spać w nim już trzeba będzie na dworcu. Inaczej mówiąc – i przyjmując prostacką optykę stricte ekonomiczną – zła sytuacja mieszkaniowa utrudnia efektywną alokację siły roboczej. Coś jest z pewnością nie tak, gdy mieszkańcowi Raciborza łatwiej wyemigrować do Dublina niż do Katowic. Polityka mieszkaniowa jest więc newralgiczna także z punktu widzenia wzrostu gospodarczego, co powinno przekonać do niej również tych, dla których wszelkie argumenty socjalne czy prospołeczne są z gruntu podejrzane.

Jeśli prowadzenie sprawnej polityki mieszkaniowej to atrybut każdej szanującej się wspólnoty, to o naszej nie można tego niestety powiedzieć. Trudno uznać za poważny kraj, w którym obywatele są poupychani w klitkach tak ciasnych, że często nie mogą już na siebie nawzajem patrzeć. Trudno uznać za szanujące się społeczeństwo, w którym wielu trzydziestoletnich ludzi mieszka kątem u rodziców, okupując pokoiki dziecięce. Trudno uznać za sprawne państwo, które uporczywie udaje, że tej sytuacji nie widzi, a podjęte w tym obszarze działania przypominają raczej zorganizowane na szybko ersatze, nie zaś dobrze przygotowane i szeroko zakrojone projekty.

Rzeczpospolita mieszkaniami nie stoi

W ostatnim 25-leciu nastąpiła abdykacja państwa ze sfery mieszkaniowej. Pozostawienie procesom rynkowym tego newralgicznego obszaru spowodowało, że tkanka mieszkaniowa nad Wisłą przypomina raczej tkankę ciężko chorego organizmu niż „tygrysa Europy” i „prymusa przemian”. Zasób mieszkaniowy jest w Polsce bardzo zły zarówno pod względem ilościowym, jak i jakościowym.

Liczba mieszkań na tysiąc mieszkańców wynosi w naszym kraju ok. 360, tymczasem średnia europejska jest o prawie 100 lokali wyższa. Oczywiście prowadzi to w prostej linii do przeludnienia polskiej substancji mieszkaniowej. W Czechach na tysiąc obywateli przypada 458 mieszkań, na Węgrzech – 446, a w Rosji – 441. Według badań Eurostatu wskaźnik przeludnienia mieszkań w Polsce wynosi 44 proc., co oznacza z grubsza, że niemal co drugi obywatel dysponuje zbyt małym lokalem. Pod tym względem gorzej jest tylko w Rumunii. W Czechach i Estonii ten wskaźnik to zaledwie 21 proc., na Litwie – 28 proc., a na Łotwie – 31 proc., w wielu krajach zachodniej Europy zaś jest on jednocyfrowy. Niestety, stan ten niespecjalnie się zmienił w ciągu ostatnich lat. W 2012 r. ww. wskaźnik w naszym kraju wynosił 46 proc., co również było drugim wynikiem w UE – w tak złej sytuacji spadek o 2 punkty procentowe jest dalece niewystarczający.

Przeludnienie mieszkań nad Wisłą widać też, gdy obliczymy przestrzeń, którą ma do dyspozycji przeciętny obywatel naszego kraju. Na statystycznego Polaka przypada jej 26 m. kw., tymczasem na Austriaka czy Duńczyka po 50 m. kw., czyli niemal dwa razy więcej. W Polsce mamy zaledwie 1,1 izby mieszkalnej na osobę, chociaż średnia unijna to 1,6. Pod tym względem gorsza od nas w UE również jest Rumunia (1,0), a o wiele lepsze są m.in. Czechy (1,4) czy Estonia (1,6).

Nasze mieszkania są przepełnione do granic wytrzymałości, ale również ich stan, oględnie mówiąc, pozostawia wiele do życzenia. Wskaźnik deprywacji mieszkaniowej, który pokazuje odsetek lokali obciążonych co najmniej jedną de facto dyskwalifikującą je wadą (np. brak toalety, nieszczelny dach itd.) wynosi w Polsce 9,1 proc., co jest siódmym najwyższym wynikiem w UE. Średnia unijna jest niemal dwa razy niższa, w Czechach ten wskaźnik wynosi już tylko 3,5 proc., na Słowacji – 4,3 proc., w Estonii – 5,8 proc., a w wielu krajach zachodniej Europy oscyluje wokół 1–2 proc., co oznacza, że problem niemal tam nie występuje.

Poza fatalnym zasobem mamy również bardzo słabo rozwinięty rynek, co jest zresztą dość typowym paradoksem w sytuacji, gdy procesy rynkowe puści się samopas. Swoją drogą, doskonale obala to popularne teorie, według których rynki kształtują się samoczynnie, a gospodarka rynkowa to stan naturalny dla społeczeństw. Otóż zawsze i wszędzie rozwinięte rynki były kształtowane świadomą polityką państwa, która zaopatrywała je co najmniej w niezbędną infrastrukturę instytucjonalną, motywującą podmioty komercyjne do działania w danym obszarze. Doskonałym tego antyprzykładem jest polski nierozwinięty rynek mieszkaniowy. W zasadzie jedynym w miarę racjonalnym sposobem zapewnienia sobie dachu nad głową jest w Polsce zakup nieruchomości. Wynajem jest zupełnie nieopłacalny. Za równowartość ceny mieszkania w Warszawie można je wynajmować przez ok. 15 lat, tymczasem przeciętna dla europejskich stolic to 26 lat, a w Berlinie nawet 30 lat. W 2014 r. na 143 tys. zbudowanych lokali zaledwie 8 tysięcy było mieszkaniami komunalnymi, spółdzielczymi lub społecznymi – czyli jedynie 5,6 proc. mieszkań jest w Polsce budowanych na zasadach innych niż czysto komercyjne.

Sprawia to, że możliwości pozyskania dachu nad głową są nad Wisłą bardzo mało zdywersyfikowane. Według Eurostatu zaledwie 16,6 proc. Polaków wynajmuje mieszkanie (4,3 proc. po cenach rynkowych, a 12,3 proc. po cenach niższych niż rynkowe, co de facto oznacza, że są to lokale socjalne), tymczasem średnia unijna sięga 30 proc., a więc jest prawie dwa razy wyższa, w tym aż 19,1 proc. najmu dokonuje się tam po cenach rynkowych. W Niemczech aż 39,6 proc. obywateli mieszka w lokalach wynajmowanych na zasadach rynkowych, a łącznie z lokalami dotowanymi niemal połowa Niemców najmuje swoje miejsce zamieszkania. Odsetek Czechów wynajmujących lokale w cenach rynkowych jest cztery razy wyższy niż Polaków (ogółem najmuje mieszkanie co piąty Czech), a Słowaków niemal dwa razy wyższy.

Na słabo rozwiniętym rynku wynajmu cierpi mobilność wewnętrzna. Według OECD tylko 10 proc. Polaków zmieniło miejsce zamieszkania w obrębie kraju w ostatnich pięciu latach. Tymczasem w przypadku Niemców było to 22 proc., Francuzów – 27 proc., Duńczyków – 34 proc., a Szwedów – nawet 40 proc. A to z kolei nie pozostaje bez wpływu na gospodarkę – niska mobilność wewnętrzna źle oddziałuje na krajowy rynek pracy, w szczególności w kraju doganiającym, takim jak Polska, w którym między regionami występują znaczne różnice w płacach oraz w produktywności.

Z drugiej strony, zakup mieszkania jest w naszym kraju wyjątkowo trudny z powodu daleko posuniętego uśmieciowienia pracy oraz niskich płac. Możliwości pozyskania kredytu pozbawionych jest wiele osób pracujących na umowach celnie zwanych śmieciowymi, które OECD dla zmyłki nazywa terminowymi (umowy cywilnoprawne oraz umowy o pracę na czas określony) – a tych jest nad Wisłą niemal najwięcej na świecie (28,4 proc.; minimalnie wyprzedza nas jedynie Chile). Za przeciętne wynagrodzenie Polak nie kupi nawet metra kwadratowego mieszkania – według NBP wystarczy ono na zaledwie 0,84 m. kw. Według raportu Deloitte na zakup 70-metrowego mieszkania Polak musi wydać 7,2 średnich rocznych pensji, tymczasem Niemiec – tylko 3,3, a Hiszpan – 4,4.

To wszystko oczywiście sprawia, że z jednej strony Polacy często kupują zbyt małe mieszkania, a z drugiej – bardzo długo mieszkają w domu rodzinnym. Aż 44 proc. mieszkańców Polski w wieku od 25 do 34 lat zamieszkuje z rodzicami, tymczasem w Czechach to już tylko 33 proc., na Litwie 31 proc., w Estonii 20 proc., w Niemczech 17 proc., w Wielkiej Brytanii 14 proc., we Francji 11,5 proc., w Szwecji i Finlandii jedynie 4 proc., w Danii zaś – zaledwie 1,5 proc. Mieszkanie u rodziców do późnych lat ma negatywne konsekwencje społeczne (niska samodzielność młodych), a w szczególności demograficzne. Odkładanie na później założenia rodziny oraz kupowanie zbyt małych lokali odbija się na dzietności mieszkańców naszego kraju, która jest wyjątkowo niska. Wskaźnik dzietności w 2014 r. wyniósł w Polsce 1,32 i był niski nawet na tle Europy starzejącej się w szybkim tempie (średnia unijna to 1,58). Tymczasem dzietność jest najwyższa właśnie tam, gdzie młodzi obywatele szybko wyprowadzają się z domu – we Francji to 2,01, w Wielkiej Brytanii – 1,81, a w Szwecji – 1,88. Mała liczba rodzących się dzieci jest oczywiście groźna dla krajowych systemów zabezpieczenia społecznego, zmniejsza się bowiem grupa płacących składki, oraz dla rozwoju gospodarczego, ponieważ kurczy się grupa osób aktywnych zawodowo.

Państwo nie zdało egzaminu

Mamy więc do czynienia z charakterystyczną sytuacją, która powstaje, gdy państwo prowadzi bardzo ograniczoną politykę społeczną, skierowaną tylko do najuboższych warstw. Kształtuje się wtedy nowa klasa wykluczonych – zbyt bogatych, aby korzystać ze wsparcia państwa, i zbyt biednych, by kupować niezbędne usługi na rynku. Według danych przytoczonych przez rząd podczas prezentacji programu „Mieszkanie+”, 40 proc. Polaków nie ma zdolności kredytowej, a najem mieszkania jest poza ich możliwościami finansowymi. Traktowanie mieszkania komunalnego jako synonimu lokalu socjalnego sprawiło, że potrzeb mieszkaniowych nie ma jak zaspokoić wiele osób niebędących wcale na dnie, lecz z różnych powodów (zawodowych, rodzinnych) niemogących nabyć mieszkania na własność. To osoby, dla których wynajem na polskich zasadach rynkowych jest nie do przyjęcia lub leży poza zasięgiem możliwości finansowych. To jest też w istocie najbardziej zapomniana grupa polskich wykluczonych – nie ci najubożsi, ale pracujący i zarabiający umiarkowanie niewiele, będący już poza orbitą pomocy społecznej, którym państwo nie ma nic do zaoferowania, a rynek pozwala zaspokoić zaledwie część potrzeb.

Ewidentnie widać, że sektor prywatny nie poradził sobie z zapewnieniem Polakom odpowiedniej liczby łatwo dostępnych mieszkań o dobrej jakości. W takiej sytuacji rysuje się bezwzględna potrzeba interwencji instytucji publicznych – zarówno państwa, jak i samorządu. Państwo podejmowało tego rodzaju próby, jednak były one ograniczone i ułomne. Sztandarowym przykładem jest obfitujący w wady program Mieszkanie dla Młodych. Po pierwsze, jego źle dopasowane widełki cenowe powodowały, że wiele w miarę atrakcyjnych lokali było w jego ramach niedostępnych. Był to jeden z powodów, dla których aż 65 proc. środków przygotowanych na 2014 r. pozostało niewykorzystanych. Po drugie, przez większość czasu był on nakierowany tylko na rynek pierwotny, co bez wątpienia cieszyło deweloperów (2015 r. okazał się dla nich najlepszy w historii), ale niekoniecznie Polaków, którym znów zmniejszono wybór mieszkań. Po trzecie, ograniczenie dotacji tylko do pierwszych 50 m. kw. (a dla rodzin z trójką dzieci do 65 m. kw.) spowodowało, że rodziny z dziećmi szukające większych lokali niechętnie brały kredyt z MdM – stanowiły one zaledwie 27 proc. wszystkich beneficjentów. Tak więc MdM zamiast wspierać w pierwszej kolejności rodziny z dziećmi, szczególnie potrzebujące porządnego dachu nad głową, stał się programem wsparcia dla singli. Po czwarte wreszcie, jest to program ułatwiający jedynie zakup, a to przecież z najmem mamy największy problem. Tymczasem jedyny państwowy program, który obejmował także rynek najmu, jest zupełnie niepoważny. Fundusz Mieszkań na Wynajem miał za zadanie do 2018 r. udostępnić… 5,5 tysiąca mieszkań, a do końca 2015 r. oddał zaledwie 380 lokali. Przy luce mieszkaniowej, która wynosi według różnych szacunków między 1 a 3 miliony lokali, docelowa liczba mieszkań objętych FMnW jest wręcz śmieszna. W dodatku program ma działać przy stopie zwrotu 4 proc. Inaczej mówiąc, publiczny program polityki mieszkaniowej, kierujący się osiąganiem celów społecznych, powinien według zamierzeń inicjatorów przynosić zwrot jakieś 2–4 razy wyższy niż marża hipermarketów, kierujących się maksymalizacją zysku. Prowadzi to do takich absurdów jak w Poznaniu, gdzie ceny najmu niektórych z oddanych mieszkań były wyższe niż stawki rynkowe.

Mistrzowie dekomunalizacji

O ile jeszcze o państwie możemy, przy bardzo dużej dawce dobrej woli, powiedzieć, że chociaż próbowało coś zrobić, o tyle samorządy zawiodły na całej linii. A przecież w debacie publicznej powtarza się niemal do znudzenia, że co jak co, ale samorządy to nam się udały.

Gmina jest zobowiązana do zaspokajania potrzeb swojej wspólnoty lokalnej, a jedną z podstawowych potrzeb człowieka jest posiadanie mieszkania. Dlatego też gminne budownictwo mieszkaniowe został wymienione w ustawie o samorządzie gminnym jako jedno z zadań własnych gminy. Ustawa o ochronie praw lokatorów wprost nakłada na nie obowiązek zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych gospodarstw domowych o niskich dochodach oraz zapewniania lokali socjalnych. Do rzetelnego wypełniania tych obowiązków niezbędne jest posiadanie dobrze rozbudowanego komunalnego zasobu mieszkaniowego, jednak zasoby mieszkaniowe polskich gmin nie tylko są wyjątkowo ubogie, ale dodatkowo z roku na rok stają się coraz bardziej ograniczone. Możemy wręcz powiedzieć, że w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z daleko posuniętą dekomunalizacją tkanki mieszkaniowej.

Według GUS w latach 2002–2013 liczba mieszkań w Polsce wzrosła o 18 proc. W tym samym czasie nastąpił bardzo wyraźny spadek liczby mieszkań w zasobie gmin – wyniósł on aż 31 proc. W 2002 r. gminy były właścicielami 11,6 proc. ogólnej liczby mieszkań, tymczasem w 2013 r. posiadały już tylko 6,75 proc. lokali. Ten sam trend wykazała NIK, według której tylko w latach 2009–2011 komunalny zasób mieszkaniowy 34 kontrolowanych gmin skurczył się o 5,4 proc. Na przykład w Zielonej Górze spadek ten wyniósł aż 12,7 proc., w Opolu – 8,3 proc., a w Kielcach – 8,6 proc.

Ograniczanie gminnych zasobów powoduje, że lokale komunalne mają na rynku mieszkaniowym niewielkie znaczenie. Jak już wspomniałem, lokale komunalne stanowiły w 2013 r. tylko 6,75 proc. ogółu mieszkań w Polsce. Dodatkowo wskaźnik ten różni się znacznie zależnie od regionu kraju. O ile, według GUS, w województwie śląskim kształtuje się on na poziomie 10,5 proc., o tyle np. w województwie podkarpackim na poziomie 2,7 proc., a więc niemal cztery razy niższym. Zastanawiające jest, że odsetek mieszkań komunalnych w ogólnej liczbie mieszkań jest najniższy w niezamożnych województwach Polski wschodniej – w lubelskim wynosi 2,9 proc., w podlaskim – 3,8 proc., a w świętokrzyskim – 3 proc. W tych regionach kraju mieszka stosunkowo najwięcej osób o niskich dochodach, którym to właśnie gminy zgodnie z ustawą powinny zapewniać mieszkania, tymczasem komunalne zasoby są tam najuboższe. Dużo lepiej sytuacja prezentuje się w zachodnich regionach kraju – najwyższy wskaźnik mamy w dolnośląskim (11,6 proc.), ale niewiele gorzej jest we wspomnianym śląskim, a więc na terenach bardziej zamożnych, w których potrzeba utrzymywania większych zasobów wydawałaby się mniejsza.

Równolegle do liczby mieszkań komunalnych spada też liczba gminnych pustostanów, czyli lokali niezamieszkanych. Według GUS w 2002 roku wynosiła ona 49 149, czyli 3,6 proc. wszystkich lokali mieszkalnych w zasobie gminy. W 2013 r. ich liczba spadła do 39 845, co stanowiło już większą część wszystkich mieszkań komunalnych, a mianowicie 4,3 proc. Oznacza to, że nie tylko zmniejsza się zasób mieszkaniowy gmin, lecz także spada efektywność jego wykorzystywania. Z drugiej strony, trzeba zauważyć, że jednak pustostany stanowią marginalną część tych zasobów i, jakkolwiek ich zagospodarowywanie jest potrzebne i może być pożyteczne z perspektywy mikro, to w żaden sposób nie rozwiąże ono problemów mieszkaniowych w makroskali. W żadnym z województw odsetek mieszkań niezamieszkanych nawet nie zbliża się do 10 proc. zasobu komunalnego – najwyższy jest w mazowieckim (7,6 proc.), a względnie wysoki również w łódzkim (6,8 proc.). W pozostałych województwach jest on znacznie niższy, a w lubuskim wynosi jedynie 1,8 proc. Również w liczbach bezwzględnych zasób mieszkalnych pustostanów jest wyjątkowo ubogi. Najwięcej niezamieszkanych lokali mieszkalnych znajduje się w województwach mazowieckim (9746), śląskim (6675) i łódzkim (6317). Trzeba pamiętać, że nawet te liczby mogą być zawyżone, ponieważ – jak wykazała kontrola NIK – aż 22,7 proc. pustostanów znajduje się w budynkach przeznaczonych do rozbiórki, a kolejne 26 proc. wymaga gruntownego remontu.

Liczba niezamieszkanych mieszkań komunalnych w województwie

Bardzo ubogi zasób mieszkaniowy gmin uniemożliwia im zaspokajanie potrzeb mieszkaniowych wspólnot lokalnych. W 34 gminach skontrolowanych przez NIK na koniec 2011 r. na mieszkanie komunalne oczekiwało 48,4 tysiąca gospodarstw domowych. W tym okresie liczba komunalnych lokali niezamieszkanych wynosiła w tych gminach 14 378, a po odjęciu mieszkań do wyburzenia już tylko 11 111 mieszkań, co oznacza liczbę czterokrotnie mniejszą niż liczba zgłoszeń. W latach 2009–2011 skontrolowane gminy przydzielały rocznie po 7,3 tysiąca lokali, co sprawiało, że co roku mieszkanie komunalne otrzymywało zaledwie 15 proc. oczekujących. Wydłużało to do absurdalnych rozmiarów okres oczekiwania na lokal – według NIK w skontrolowanych 34 gminach wynosił on od co najmniej kilku do niemal 26 lat. Najdłużej na mieszkanie komunalne trzeba było czekać w Kielcach – na 10 wniosków skontrolowanych przez NIK najkrócej czekano na lokal 19 lat, a najdłużej – 25 lat i 11 miesięcy.

Jeśli gminy wypełniają zapotrzebowanie wspólnot na lokale mieszkaniowe w zaledwie 15 proc., a czas oczekiwania rozrósł się do nawet kilkudziesięciu lat, to ktoś tu sobie kpi w żywe oczy z ustawowych zadań, które na nim spoczywają. Czas odrzeć samorządy z nimbu sukcesu 25-lecia i powiedzieć głośno, że zarządzanie wspólnotą lokalną nie polega na remontowaniu parków, lecz na dostarczaniu usług publicznych wysokiej jakości, takich jak mieszkania komunalne czy opieka przedszkolna.

Nie tylko dla najbiedniejszych

W 2013 r. zamieszkanych było 895 018 mieszkań komunalnych. Średnio w Polsce na jedno mieszkanie przypada 2,78 osoby, oznaczałoby to zatem, że w lokalach komunalnych mieszkało niecałe 2,5 miliona osób. Tymczasem, według danych GUS, w 2014 r. w skrajnym ubóstwie żyło ich 2,8 miliona, a przecież gminy powinny zaspokajać także potrzeby mieszkaniowe osób żyjących poniżej granicy ubóstwa ustawowego (granica interwencji socjalnej – 4,6 miliona osób) oraz poniżej granicy ubóstwa relatywnego (co daje w sumie grupę 6,2 miliona osób). Przytoczone dane pokazują, że gminy do wypełnienia tego zadania nawet się nie zbliżają. Tymczasem wspólnoty lokalne mogłyby stać się znaczącym podmiotem na rynku mieszkaniowym nie tylko z perspektywy osób ubogich, lecz także wszystkich pozostałych obywateli. Byłoby znakomicie, gdyby udało się zerwać ze stereotypem, zgodnie z którym mieszkanie komunalne to produkt przeznaczony tylko dla osób o najniższych dochodach.

Są przykłady państw, w których zdecydowana większość społeczeństwa mieszka w lokalach zapewnianych przez sektor publiczny. Na przykład w Singapurze aż 82 proc. obywateli zamieszkuje w lokalach wybudowanych przez państwo. Ich zapewnieniem zajmuje się tamtejsza Rada Rozwoju Mieszkalnictwa (HDB). Dzięki wykorzystaniu efektu skali oraz przemyślanym regulacjom, np. ułatwiającym wykup ziemi na cele publiczne, HDB zapewnia lokale tańsze nawet o kilkadziesiąt procent od kupowanych za ceny rynkowe. Dzierżawi je mieszkańcom na 99 lat. Wszyscy obywatele, którzy z jakichś względów nie mogą zaspokoić swych potrzeb mieszkaniowych za pomocą transakcji rynkowych, także w Polsce powinni mieć faktyczne prawo korzystania z publicznych usług mieszkaniowych. Tych względów może być mnóstwo – niepewna sytuacja zawodowa, nieoczekiwana zmiana sytuacji rodzinnej, niskie zarobki. Trudno mówić o podejmowaniu suwerennych decyzji ekonomicznych, gdy człowiekowi wisi nad karkiem bicz w postaci lęku o przyzwoity dach nad głową. Aby to zmienić, niezbędne jest znaczne zwiększenie gminnych zasobów mieszkaniowych.

Bez wątpienia polityka mieszkaniowa to podstawowe wyzwanie dla polskich instytucji publicznych. Z powodu ograniczonych zasobów powinniśmy porzucić projekty wspierające zakup mieszkań. Nacisk należy położyć na rozbudowę programów mieszkań na wynajem, gdyż to właśnie z rynkiem najmu, który jest newralgiczny z punktu widzenia mobilności wewnętrznej, mamy nad Wisłą największy kłopot. Wolne środki, zgromadzone w wyniku chociażby zakończenia wątpliwego programu MdM, powinny zostać skierowane np. na państwowy program mieszkań na wynajem na wzór choćby tego z Singapuru. Bezwzględnie trzeba też zrezygnować z absurdalnego pomysłu, by taki program przynosił czteroprocentową stopę zwrotu – jego budżet powinien się co najwyżej bilansować. Należy też zadbać o ustawowe instrumenty kontroli gmin w zakresie zaspokajania potrzeb mieszkaniowych ich mieszkańców. Skoro można w ustawie o finansach publicznych wpisać odpowiednie poziomy zadłużenia, kontrolowane następnie przez RIO, to nie widzę problemu, żeby w odpowiednich przepisach umieścić np. maksymalny czas oczekiwania na lokal komunalny oraz wskazać konkretne sankcje za jego nieprzestrzeganie.

Być może niezłym pomysłem byłyby kasy oszczędnościowo-budowlane, pozwalające obywatelom odkładać środki na mieszkanie na preferencyjnych warunkach, dzięki czemu nie musieliby być skazani na wieloletni kredyt. Takie kasy nieźle sprawdzają się w Austrii i Niemczech. W miejscach, w których trudno zmobilizować dostateczny zasób publicznych środków, należałoby rozważyć partnerstwo publiczno-prywatne, w którym podmiot prywatny przy pomocy środków publicznych oraz własnych wykonywałby inwestycję publiczną, a w zamian za zainwestowane zasoby stawałby się na jakiś czas operatorem obiektu, pobierając z tego tytułu regulowane opłaty w czynszu.

Wiele z powyższych rozwiązań zawiera program „Mieszkanie+” ogłoszony niedawno przez obecną ekipą rządową. „M+” zakłada budowę tanich mieszkań na wynajem, w których czynsz wynosiłby, zależnie od lokalizacji, od 10 do 20 zł za m. kw. Do tych kwot najemca musiałby jeszcze doliczyć opłaty za media oraz ewentualnie ok. 20 proc. dodatkowej składki, jeśli chciałby za 30 lat opłacania tego podwyższonego czynszu wejść w posiadanie mieszkania na własność. Atrakcyjne warunki cenowe rząd zamierza zaoferować dzięki wykorzystaniu gruntów należących do Skarbu Państwa, co pozwoli uzyskać średni koszt budowy metra kwadratowego na poziomie 2,5 tys. zł. Inwestycje będą realizować podmioty prywatne, które następnie przekażą gotowe mieszkania publicznemu zarządcy. Program w dłuższej perspektywie ma sie samofinansować z czynszów, jednak początkowe etapy zostaną opłacone z kredytów zaciągniętych pod zastaw gruntów, na których powstaną planowane inwestycje. O mieszkania będą mogli starać się wszyscy, jednak preferencyjnie będą traktowane osoby o niższych zarobkach oraz rodziny z dziećmi. Oprócz tego „M+” zakłada także zwiększenie dopłat budżetowych do mieszkań komunalnych do 55 proc. wartości inwestycji, a także stworzenie Indywidualnych Kont Mieszkaniowych w bankach komercyjnych, do których obywatele po co najmniej 5 latach oszczędzania będą mogli dostać dopłatę ze środków publicznych do wykorzystania na szeroki wachlarz celów mieszkaniowych.

Jeśli spełnią się początkowe założenia, to „M+” zaoferuje mieszkania w bardzo konkurencyjnych cenach zarówno na wynajem, jak i na kredyt. Problemem może być uzyskanie średniego kosztu budowy metra kwadratowego na poziomie 2,5 tys. zł, ponieważ w dużych miastach trudno będzie zejść już poniżej 3 tys. Mimo tego zastrzeżenia jest szansa, że w końcu doczekamy się kompleksowego programu mieszkaniowego, który z jednej strony nie będzie rodzić podejrzeń, że leży w interesie kogoś innego niż obywatele, a z drugiej strony jego skala sprawi, że Polacy autentycznie odczują poprawę w tej sferze życia. Cieszy też, że po latach zachłystywania się ideą własności prywatnej powstaje program, który umożliwi atrakcyjny wynajem od publicznego dostawcy. Dzięki temu, że opcja najmu będzie nieco tańsza, a stawki w jej przypadku wyjątkowo atrakcyjne wobec cen rynkowych, możemy zakładać, że znacząca część osób zdecyduje się na korzystanie z „M+” bez dążenia do własności, co sprawi, że nasz rynek mieszkaniowy stanie się bardziej zrównoważony, a mobilność wewnętrzna wzrośnie. Mocną stroną „M+” jest także elastyczność oraz wielowymiarowość, co pokazuje, że jego twórcy próbowali spojrzeć na problem z szerszej perspektywy, uwzględniając różne potrzeby i scenariusze, zawierając je w jednym dużym programie, a nie rozmywając w kilku.

W kreowaniu skutecznej polityki mieszkaniowej oczywiście nie chodzi o to, żeby instytucje publiczne udostępniały większość lokali. Niemal we wszystkich gospodarkach rynkowych to podmioty prywatne zapewniają dominującą część substancji mieszkaniowej. Ważne jednak, aby państwo oraz samorządy stały się poważnymi graczami na rynku mieszkaniowym, których świadome działania pozwolą im na kształtowanie rzeczywistości w kierunku odpowiednim dla naszej wspólnoty politycznej. Jak dotąd było z tym niestety bardzo źle. Miejmy nadzieję, że „M+” stanie się impulsem do zmian na lepsze.

Kto tu naprawdę rządzi? – rozmowa z dr. hab. Tomaszem Zaryckim

Kto tu naprawdę rządzi? – rozmowa z dr. hab. Tomaszem Zaryckim

– W świecie idei jednym z Pana znaków rozpoznawczych jest teza, że kluczową, dominującą pozycję zajmuje w polskim społeczeństwie inteligencja, że to ona – a nie możni oligarchowie, menedżerowie największych spółek czy klasa partyjno-biurokratyczna – de facto rządzi Polską. Ma Pan na to jakieś dowody?

Prof. Tomasz Zarycki: Mało kto chce mi uwierzyć na słowo. Co oznacza w Polsce władza? Są kraje, w których odpowiedź na to pytanie rozumie się sama przez się, np. w Rosji, gdzie prezydent Władimir Putin i jego otoczenie może nie pociągają za wszystkie sznurki, ale dla wszystkich jasne jest, że mają ogromne wpływy, nieporównywalne z innymi podmiotami. A w takim kraju jak Polska, gdzie mamy dużo słabsze państwo, w kraju położonym w „strefie przejściowej”, w której krzyżują się różne wpływy geopolityczne, co wiąże się z niestabilnością i nawracającymi historycznymi wstrząsami, odpowiedź na takie pytanie jest dużo trudniejsza.

W swoich próbach zidentyfikowania kluczowych struktur i „węzłów” sprawowania władzy skupiłem się na wymiarze „długiego trwania” i reprodukcji elit, uznając, że zdolność do przekazania pozycji społecznej kolejnym pokoleniom jest jedną z najważniejszych cech autentycznej elity władzy. Tym różni się ona jako formacja od pojedynczych ludzi, którzy zdobywają nawet bardzo wielkie wpływy, ale zamykają się one w jednym, dłuższym lub krótszym życiorysie. Interesowały mnie więc elity, które posiadając realną zdolność sukcesji, stanowią stały element funkcjonującego w Polsce systemu społecznego, niezależnie od historycznych zawirowań. Przy tych założeniach teza o inteligenckiej hegemonii sama się nasuwa – to jedyna grupa w Polsce, która jest w stanie przekazywać sobie z pokolenia na pokolenie pozycję i wpływy.

– Kiedy patrzę na rodzinę Kulczyków, nie bardzo wyobrażam sobie, co miałoby powstrzymać swobodną reprodukcję elit finansowych czy oligarchów. Przecież obecnie w Polsce najbliżsi krewni nie są nawet objęci podatkiem spadkowym…

– A jednak statystycznie rzecz biorąc, przekazanie pozycji w tego typu środowiskach okazuje się trudne. Nawet największe fortuny rozsypują się wskutek przede wszystkim nieumiejętnego zarządzania przez kolejne pokolenia właścicieli. W Polsce zresztą obecne, powstałe u schyłku komunizmu czy jeszcze później środowisko przedsiębiorców po raz pierwszy w swojej historii musi stawić czoła tzw. problemowi sukcesji i za wcześnie jest, by powiedzieć, jak da sobie z nim radę. Poza tym należy pamiętać, że w perspektywie historycznej polskie elity ekonomiczne tracą większość majątku w wyniku kryzysów pojawiających się cyklicznie w naszym regionie. Podobnie rzecz ma się z elitami politycznymi czy urzędniczymi.

– A czy dominację inteligencji da się Pana zdaniem zaobserwować też w codziennym życiu współczesnych Polaków, bez odwoływania się do kategorii długiego trwania?

– Myślę, że tak. Bardzo trudno zrozumieć polską kulturę, także tę współczesną, bez odwołania do schematu pan–cham, który stanowi jedno z istotnych narzędzi budowania pozycji inteligencji. Bycie „człowiekiem kulturalnym” jest w Polsce bardzo ważnym atutem i potężną bronią, umożliwiającą przyjmowanie dominującego miejsca w hierarchii społecznej. Osoby, które mogą zostać skutecznie zdezawuowane z pozycji kulturowych, są z kolei odsuwane od gry o kluczowe stawki i pozycje. Przy czym ta gra kulturowa ma oczywiście charakter względny – w różnych sytuacjach ta sama osoba może być zarówno „panem”, jak i „chamem”.

Innym sposobem na pokazanie kluczowej roli inteligencji we współczesnym życiu społecznym jest rekonstruowanie sieci inteligenckich jako konkretnych środowisk towarzysko-rodzinnych. A właściwie głównie towarzyskich, bo rodzinność ma największe znaczenie w modelu arystokratyczno-ziemiańskim, a taka czysta inteligencja jest mniej rodzinna, ma krótszą pamięć i kwestia krwi jest dla niej mniej istotna. Pionierką tego typu podejścia jest amerykańska antropolożka Janine Wedel. Jej pierwsza książka, pt. „Prywatna Polska”, poświęcona realiom społecznym późnego PRL, stanowi właściwie z mojego punktu widzenia empiryczny dowód na to, jak to działa: że są to konkretni ludzie obecni w wielu różnych instytucjach, którzy dzięki swojej „sieciowości” mogą zdobyć istotny wpływ na wiele rzeczy, czasem przesądzający.

– Ale czy owa sieciowość jest w Polsce wyłącznym atrybutem inteligencji? I czy da się łatwo odróżnić – w sensie narzędzi i sposobów działania – sieci inteligenckie od tych tworzonych przez inne grupy społeczne?

– Sieci to oczywiście atrakcyjne hasło, bo jak ktoś dobrze poszuka, to można znaleźć je wszędzie, gdyż wszyscy jesteśmy z kimś połączeni. I niejedna z nich jest zapewne „gęstsza”, czyli bardziej zwarta, zdolna do egzekwowania od swoich członków konkretnych zobowiązań, a więc bardziej efektywna w realizacji celów niż sieć inteligencka. A jednak to właśnie sieć inteligencka wydaje mi się szczególnie istotna dla zrozumienia relacji władzy w polskim społeczeństwie. Jest wysoko umocowana i ma silne poczucie tożsamości zbiorowej. Ponadto w ramach sieci obejmującej ogół środowisk inteligenckich funkcjonują „podśrodowiska”, które często mają już bardzo gęsty charakter. Te podśrodowiska znają się, a przynajmniej wiedzą o sobie nawzajem. W pewnych przypadkach potrafią rozpoznać się jako części jednej całości i działać wspólnie, a w innych – prowadzą wojny między sobą. Czasami ogłaszają przy tym np. podział Polski i przekonują inne grupy społeczne do brania stron w ich konflikcie.

Gdy weźmiemy nasze elity pod, umownie mówiąc, mikroskop, to te środowiska, granice pomiędzy nimi i osoby, które w nich funkcjonują, można całkiem łatwo namierzyć. I zobaczyć, że chociażby dla polskiego życia instytucjonalnego bardzo ważne jest wykorzystywanie zasobów z innych pól, a tym najpotężniejszym polem jest sieć inteligencka. Osobom, które są spoza inteligencji, szczególnie spoza tzw. warszawki, brakuje tego zaplecza i wydatnie wpływa to na ich kariery, ścieżki awansu itp.

– Wspomniał Pan o warszawskiej elicie inteligenckiej – to chyba istotne spostrzeżenie, że sama inteligencja jest grupą silnie hierarchiczną. Może warto tu też powiedzieć, jak właściwie definiuje Pan inteligencję, bo można odnieść wrażenie, że zajmuje się Pan relatywnie wąskim gronem ludzi, którzy z wykształcenia i powiązań towarzysko-rodzinnych uczynili swój atut, a nie np. szeroką rzeszą ludzi posiadających wyższe wykształcenie, wszelkiego rodzaju pracownikami umysłowymi itp.

– Definiuję inteligencję na dwa sposoby – przez kapitał kulturowy jako główny atut oraz wskazując na konkretne sieci. Ale faktem jest, że inteligencja jest silnie hierarchiczna i zwykle skupiam się na jej wyższych warstwach. Istnieją też warstwy niższe, które bardzo często nie mają dostępu do najbardziej elitarnych dóbr, pozostając niejako na peryferiach głównych sieci inteligenckich. Czasem jednak, nawet będąc inteligentami „niższego szczebla”, mogą relatywnie skorzystać na swojej klasowej przynależności, „załapać się” – np. w sytuacji rewolucyjnej. Tak było w przypadku „Solidarności”, gdy rozpoznanie kogoś jako inteligenta wydatnie zwiększało jego dostęp do uprzywilejowanych pozycji na różnych poziomach struktur tego ruchu.

Istotną cechą wyróżniającą inteligencję jest też odwoływanie się do szczególnego etosu. Ma on kluczowe znaczenie zarówno dla budowy wspólnej inteligenckiej tożsamości grupowej, jak i dla gry o miejsce w hierarchii wewnętrznej. Istotne jest też szersze społeczne rozpoznanie etosu inteligenckiego – ludzie mogą mieć bardzo różne podejścia do konkretnych osób czy środowisk, ale istnieje szeroko rozpowszechnione przekonanie, że istnieje pewna misja inteligencji, pewien ideał, i że są osoby, które lepiej lub gorzej ten ideał realizują, którym można w związku z tym przyznać szczególne role społeczne, np. w polityce, ale nie tylko. Wielu badaczy i teoretyków inteligencji zarzuca mi, że lekceważę ten ostatni, najważniejszy ich zdaniem, czynnik. Przekonują oni – np. Andrzej Walicki – że albo się ten etos ma i wtedy jest się inteligentem, albo się go nie ma, i wtedy można być „mieszczaninem”, „przedstawicielem klasy średniej” albo kimkolwiek innym, ale nie inteligentem. Mój stosunek do etosu rzeczywiście może się na tym tle wydawać lekceważący czy też cyniczny, bo widzę go jednak bardziej jako narzędzie niż istotę inteligenckiej gry. Jest to jednak przede wszystkim moja próba wypracowania narzędzi analitycznych do badania określonego środowiska i nie zakłada ona oceny takich czy innych ideałów.

– Mówi Pan o budowaniu inteligenckiej tożsamości i funkcjonowaniu w środowisku inteligenckim jako pewnego rodzaju grze. Jakie są zasady tej gry? Czy każdy może wziąć w niej udział?

– Gra polega na wejściu, utrzymywaniu się i walce o miejsce w konkretnej – najlepiej elitarnej – sieci społecznej, która daje dostęp do najróżniejszych zasobów. Mogą to być wszystkie zasoby, jakimi dysponują inni uczestnicy sieci i którymi są gotowi się wymieniać, a więc w przypadku inteligencji zarówno wiedzy, dobra materialne (np. atrakcyjne zlecenia), a przede wszystkim „kontakty” w przeróżnych instytucjach i nieformalnych środowiskach, także poza granicami kraju. Trudno mówić jednak o jakichkolwiek jednolitych regułach tej gry – one są szalenie relatywne i relacyjne, spersonalizowane, zależne od konkretnej osoby, konkretnej sieci, konkretnej sytuacji.

– Czyli warunkiem wstępu do gry jest umiejętność wyczucia zasad wstępu do niej?

– Tak. Kolejnym krokiem jest odnalezienie się w tych zasadach, a także rozpoznanie, jakie środowisko jest w twoim zasięgu. Bo jeśli zbliżysz się do niewłaściwego środowiska, to ono cię odrzuci albo każe ci wiele lat „terminować” na pozycjach aspirujących. A jeśli dobrze wybierzesz, to załapiesz się od razu, po dziesięciu minutach rozmowy, bo odkryją jakiś twój cenny zasób: co robią twoi rodzice, jaką szkołę kończyłeś, jakich masz znajomych, zainteresowania albo sposób bycia… Kryteria bycia uznanym za „swojego” są różne.

Rola rodziny jest u inteligencji – jak już mówiłem – trochę wypierana. Każdy inteligent jest przekonany, że swoją pozycję wypracował sam, ale – jak wskazuje Wedel – rodzina ma w istocie kluczowe znaczenie, co wynika m.in. ze szlacheckiego rodowodu. Jeśli urodziłeś się w „dobrej rodzinie”, drastycznie zwiększa to twoje szanse na wejście do kręgów elitarnych. W kręgach tych często mówi się o kimś – w charakterze rekomendacji – że jest wnukiem tego czy tamtego, synem profesora itp.

– Jak liczna jest właściwie w Polsce ta elita inteligencka? Ile osób należy do grona, które się rozpoznaje i które jest „grupą trzymającą władzę” w najbardziej bezpośrednim sensie?

– Nigdy nie próbowałem tego policzyć, zajmowałem się raczej „jakościową” stroną tych zjawisk. Byłoby to trudne – tym bardziej, że mówimy o hierarchicznej strukturze, w której nie tak łatwo jednak jest oddzielić „górę” od „dołu”. Wyzwaniem jest też niski poziom instytucjonalizacji elit inteligenckich. W wielu krajach zachodnich przynależność do elit dużo łatwiej można powiązać czy to z ukończonymi szkołami, czy z członkostwem w określonych organizacjach, klubach itp. W Polsce byłby z tym dużo większy problem – wiadomo na przykład, jakie uczelnie są uznawane za najlepsze, ale ani ich ukończenie nie gwarantuje miejsca w elitarnych środowiskach, ani studiowanie gdzie indziej nie przekreśla szans na nie. Większe znaczenie dla miejsca w hierarchii społecznej miewają elitarne szkoły średnie, ale także im daleko jest do jakiegoś monopolu na kształcenie „ludzi kulturalnych” – wciąż można skończyć trochę gorsze liceum i się załapać. Najłatwiej jest policzyć ludzi, którzy znajdują się na samym szczycie hierarchii społecznej – bo wszyscy ich znają i wiedzą, że na tym szczycie są – a im niżej schodzimy, tym węższy krąg będzie te osoby rozpoznawał.

– A jak wyglądał historyczny proces kształtowania się inteligenckiej hegemonii? Czy możemy wyznaczyć jakiś moment, w którym – w Pana ocenie – skończyło się panowanie Polski ziemiańskiej i mieszczańskiej, a zaczęło – inteligenckiej?

– Początki inteligencji to XIX wiek. Znane sprawy: upadek gospodarki folwarcznej, migracja szlachty do miast, a jednocześnie – kształtowanie się nowoczesnego szkolnictwa. Do I wojny światowej – a nawet w pierwszych latach II RP – kluczowymi czynnikami wejścia w szeregi rodzącej się inteligencji były ukończenie gimnazjum i matura. Decydująca dla uzyskania przez inteligencję statusu hegemonicznego była jednak – moim zdaniem – rewolucja bolszewicka 1917 r.

Inteligenci to miało być po prostu wykształcone mieszczaństwo imperiów – podobne warstwy społeczne powstały też w większości państw zachodnich. Tylko że tam, w momencie upadku imperiów i erozji arystokracji, pozycje dominujące zachowały burżuazja i państwo. W Polsce państwo było słabe, zalążkowe. Rewolucja w Rosji wbiła gwóźdź do trumny polskiego ziemiaństwa, odcinając je od największych majątków rolnych na Wschodzie, ale pośrednio podcięła też skrzydła przemysłowcom i handlowi, zanim one zdołały się na dobre rozwinąć. Reszty dokonał Wielki Kryzys. Inteligenci nie mieli z kim przegrać konkurencji o władzę.

– A skąd się w tym wszystkim wziął etos, przekonanie o szczególnej misji inteligenckiej?

– W dużej mierze z długoletniego braku własnych struktur państwowych i związanego z tym poczucia odpowiedzialności wykształconych elit za walkę narodowowyzwoleńczą i ciągłość kulturową. Istotny, zwłaszcza pod koniec XIX w., był też czynnik klasowy: poczucie odpowiedzialności za los materialny klas niższych. Etos klasowej solidarności występuje także wśród elit kapitału kulturowego na Zachodzie, tyle że tam nie są one elitami przywódczymi.

– Od rewolucji bolszewickiej nikt już w Polsce nie zagroził inteligenckiej hegemonii?

– Były próby jej podważenia. Do budowy silnej elity państwowo-urzędniczej i osłabienia wpływów inteligenckich dążyła w pewnej mierze sanacja. Ale jednocześnie ona sama miała mocno inteligencki charakter, właściwie należałoby ją uznać za jedną z frakcji inteligencji, która wymyśliła, że użyje państwa do wzmocnienia swojej pozycji w grze. To się wszystko zawaliło, bo państwo było słabe, a reszty dokonała wojna. Można zastanawiać się, co by się stało, gdyby wojna nie wybuchła. Gdyby projekt sanacji udało się zrealizować, mogłaby powstać państwowa nomenklatura i wziąć inteligencję pod but, a układ społeczny w Polsce zbliżyłby się nieco do rosyjskiego. Ale, z drugiej strony, wiele osób wskazuje, że sanacja była jednym ze słabszych reżimów w Europie lat 30., że zapewniała względną wolność słowa i w związku z tym nie ogranicza nadmiernie tej inteligenckiej gry.

Kolejną próbą zmiany układu sił był stalinizm. Również w tym przypadku mieliśmy do czynienia z przejęciem sterów państwa przez jedną z frakcji inteligencji i z tylko ograniczoną ingerencją w prymat inteligenckich wartości.

Kolejną „powtórkę z rozrywki”, próbę wzmocnienia państwowego wymiaru władzy z wykorzystaniem poparcia ludzi z awansu, mamy oczywiście w marcu 1968 r. Ale i tym razem efekty – z punktu widzenia długofalowej struktury relacji władzy w Polsce – okazały się dość słabe. Można też zauważyć, że antyinteligencka frakcja w ówczesnym starciu, pomimo radykalizmu niektórych swoich haseł, zmierzała de facto nie tyle do obalenia inteligenckiej hegemonii, ile do przejęcia w ramach inteligenckiej gry pozycji „starej”, lewicowej inteligencji.

– To może inteligenckie przewroty i rewolucje, wykorzystywanie politycznych instrumentów, a czasami też represji do międzyfrakcyjnej rywalizacji, też są w jakimś sensie częścią gry?

– Ci, którzy w niej przegrywają, zwykle przedstawiają każdy taki „przewrót” jako wymierzony w inteligencję traktowaną jako całość – bo w końcu wymierzony w nas, którzy inteligencję i jej cnoty najlepiej uosabiamy. Ale rzeczywiście – próbujący ingerować poważniej w społeczne relacje władzy zwykle sami są inteligentami lub przynajmniej osobami aspirującymi do inteligencji, uznającymi inteligencką ramę odniesienia.

– Jeśli trzymać się zaproponowanego przez Pana momentu symbolicznego początku inteligenckiej hegemonii, w przyszłym roku obchodzić będziemy jej stulecie. Spróbujmy w takim razie dokonać bilansu: jakie problemy i jakie społeczne korzyści wynikają z „przewodniej roli inteligencji”?

– Można mówić o plusach i minusach tego systemu społecznego, rzecz jednak w tym, że nie bardzo mamy dla niego realne alternatywy. Jak bardzo byśmy tej naszej specyfiki nie krytykowali, powstała ona wskutek działania czynników i procesów historycznych silniejszych od czyjejkolwiek woli i mam wrażenie, że na inną ścieżkę po prostu nie było nas stać. Ale na pewno warto mieć świadomość problemów i obciążeń, jakie się z tym wiążą. Można wśród nich wymienić np. marginalizację problemów ekonomicznych i deprecjację związanych z nimi elit połączone z obsesją na punkcie spraw kultury, tożsamości, historii, która jest implikowana przez inteligencką hegemonię, a z perspektywy międzynarodowej może jawić się jako kompensacyjny czy też zastępczy wymiar debat społecznych.

Oprócz minusów można też mówić o relatywnych plusach. Skrótowo rzecz ujmując, inteligencja stanowi tutejszy substytut burżuazji i w jakiejś mierze się w tej roli sprawdziła. Wiele rzeczy, które w Polsce mniej więcej funkcjonują tak jak powinny, można wyprowadzić z podzielanych w społeczeństwie norm, wartości i pewnej spoistości, za które to sfery w dużym stopniu właśnie inteligencji należy przypisać odpowiedzialność.

Można też oczywiście wskazywać na relatywne zalety naszego modelu i władzy inteligenckiej na tle np. Rosji czy innych państw Wschodu. W tle jest tu oczywiście zabieg, który sam krytykuję, czyli orientalizm – przekonanie, że Rosjanie i inne narody Wschodu są cywilizacyjnie gorsze, dzikie. A dodatkowo, że wobec tego „syfu na Wschodzie” nie bardzo wypada nam krytykować to, co jest w Polsce. Ale zawsze się śmieję, że chociaż sam napisałem kilkanaście tekstów na temat tych mechanizmów, czasem trudno mi się oprzeć temu podejściu. Weźmy chociażby system opieki społecznej – wiele osób słusznie ubolewa, że został on u nas rozmontowany, że mamy duże nierówności itd., ale gdy się spojrzy na to, co zrobiono z systemem opieki społecznej na Ukrainie czy w Rosji, to widać, że u nas jednak rozmontowano go w dużo mniejszym stopniu. I myślę sobie, że w jakiejś mierze zawdzięczamy to inteligenckim wartościom i środowiskom – że to one nie pozwoliły nam tego rozwalić.

– Jak to? Przecież to inteligenci wprowadzali i uzasadniali „bolesne reformy”. Czy nie należałoby raczej powiedzieć, że jeśli czegoś nie rozmontowali, to głównie ze względu na realny lub potencjalny opór klas pracujących?

– Oczywiście, to jest też jakieś wyjaśnienie. Prawdą jest również, że według sondaży Polacy oczekują od państwa spełniania funkcji opiekuńczych, że mają dużo bardziej prospołeczne poglądy niż klasa polityczna. Ale na ile to, że jakieś elementy państwa dobrobytu pozostawiono, było efektem patrzenia w te sondaże, strajków czy protestów, a na ile istotny był np. czynnik inteligencki? Trudno na to pytanie odpowiedzieć, bo to wszystko jest ze sobą wzajemnie powiązane. Chodzi o to, że znaczenie ma zarówno obecność protestów, jak i ich recepcja po stronie warstw dominujących. W polskim przypadku elita projektuje się jako inteligencka – i jako taka dostaje społeczną legitymizację – a inteligent ze względu na etos może tłumaczyć robotnikom, że to on wie lepiej, co jest dobre dla ogółu, że reformy są bolesne, ale niezbędne, natomiast nie bardzo może sobie pozwolić na to, żeby być w stosunku do nich cyniczny i obojętny. Dlatego w Polsce łatwiej jest być wysłuchanym; efekt może być niemal zerowy, ale to retoryczne wysłuchanie też stanowi jakiś fakt społeczny.

Z kolei klasy pracujące przez okres PRL same nauczyły się tego, że aby były skuteczne, również muszą odwoływać się do rezerwuaru wartości i norm inteligenckich. To jeden z powodów, dla których największy polityczny sukces odniosła w PRL „Solidarność”, a nie np. strajkujący robotnicy w 1956 czy 1970 r.

Pamiętajmy też, że – realnie patrząc – jeśli w naszym kraju była w momencie przełomu 1989 r. jakakolwiek alternatywa dla władzy inteligenckiej, to był nią raczej postkomunizm, hegemonia wyrosłych na prywatyzacji oligarchów, nomenklatury i technokratów, którzy być może zachowywaliby się nawet bardziej brutalnie niż Leszek Balcerowicz – a nie jakiś demokratyczny syndykalizm. To taka moja mała „realpolityczna” próba ratowania reputacji inteligencji jako formacji.

– W swoich wystąpieniach zwraca Pan uwagę na to, że rola inteligencji w polskim społeczeństwie jest ściśle związana z pozycją naszego kraju w globalnej gospodarce i polityce. Na czym polega specyficzna symbioza pomiędzy polską inteligencją a światowymi centrami?

– Józef Chałasiński mówił, że już w okresie międzywojennym inteligent zmieniał swoją funkcję, z rezydenta dworu stając się rezydentem obcego kapitału. Kompradorski charakter elity inteligenckiej zdaje się nieodłącznym elementem jej roli od tego czasu. W okresie PRL-u, w szczególności w odniesieniu do okresu do 1968 r., można chyba mówić o legitymizacji przez znaczną część inteligencji zależności Polski od ZSRR i narzucanego przez ten kraj ustroju. Lata kolejne to stopniowy proces podważania przez inteligencję tego układu, i być może właśnie to wycofywanie placetu inteligencji dla ówczesnych władz i zależności od Związku Sowieckiego było jedną z kluczowych przyczyn ich narastającej słabości.

Po 1989 r. duża część inteligencji weszła z nowym entuzjazmem w rolę rezydentów kapitału. Można więc powiedzieć, że o ile na poziomie krajowym pozycja inteligencji jest w Polsce na tle standardów świata kapitalistycznego wyjątkowo wysoka, o tyle jeśli spojrzymy na nasze społeczeństwo z perspektywy ponadnarodowej, wszystko nam się zaczyna zgadzać. Jeżeli uwzględnimy fakt, że – funkcjonalnie rzecz biorąc – nasza wyższa burżuazja jest po prostu na Zachodzie, to rola inteligencji okazuje się analogiczna do tamtejszych jej odpowiedników – jest klasą „obsługującą” kapitał i legitymizującą relacje władzy (w tym także przez ich krytykę). Ale jako że Polska jest jednak oddzielnym państwem, ze swoją własną kulturą, a elity zachodniego kapitału, pomimo że pełni on kluczową rolę w naszej gospodarce, nie są prawie zupełnie obecne w krajowym życiu publicznym, powstaje wrażenie, że burżuazja jest w nim stosunkowo mało widoczna i to inteligencja wyrasta na dominującego aktora w tej narodowej przestrzeni.

– Wspomniał Pan o roli inteligencji jako „producenta” legitymizacji dla systemu, w tym przez krytykę. Na czym ten mechanizm polega, w jaki sposób radykalna czy krytyczna inteligencja wzmacnia istniejące relacje władzy?

– Inteligencki dyskurs krytyczny spełnia funkcję wentylu bezpieczeństwa dla nastrojów antysystemowych, a dodatkowo pokazuje, że system jest otwarty i elastyczny, że na krytykę pozwala. Najskrajniejszym przykładem tej roli inteligencji są wydziały humanistyczne części zachodnich uniwersytetów, na których nierzadko ludzie są znakomicie opłacani za projektowanie antykapitalistycznych rewolucji. Kraje nietolerujące krytycznych intelektualistów, w szczególności na publicznych uczelniach, zwykle okazują w ten sposób swoją słabość i strach elit władzy przed przewrotem mogącym nastąpić w każdej chwili. Z kolei legitymizująca funkcja konstruktywnej krytyki wiąże się z pokazywaniem „uczenia się systemu” – inteligencja sygnalizuje strukturalne problemy, a system stopniowo je uwzględnia, wprowadzając reformy. Efektem jest z jednej strony realna poprawa systemu, a z drugiej umocnienie go, obniżenie ryzyka pojawienia się jakiegoś wybuchu społecznego.

– W roli inteligenta widać pewne napięcie. Z jednej strony to ktoś, kto – produkując narracje obsługujące lokalne interesy międzynarodowego kapitału – utrzymuje Polskę w relatywnym zapóźnieniu czy też zależności. Jednocześnie naczelnymi wartościami dla inteligenta są bodaj najczęściej modernizacja i postęp.

– Nie do końca zgodzę się z oskarżeniem inteligencji o hamowanie rozwoju czy utrzymywanie zapóźnienia. Generalnie jestem pesymistą, uważam, że jeśli chodzi o system światowy i pozycję, jaką zajmuje w nim Polska, niewiele dało się zmienić. W debacie historycznej jest cała wielka dyskusja nad rolą szlachty. Niektórzy uważają, że to właśnie ona odpowiada za wprowadzenie Polski do systemu światowego w roli dostarczyciela zboża, skazując nas na ścieżkę rozwoju zależnego i peryferyjność. I tu też myślę, że bardzo trudno jest rzetelnie odpowiedzieć na pytanie, czy istniała jakakolwiek alternatywa. Koncentracja kapitału w świecie zachodnim była wtedy już zaawansowana, a wybór był taki, że albo przyjmujemy ofertę Holendrów, albo pozostajemy jeszcze jakiś czas „poza systemem”. Na pewno nie było opcji stworzenia w Warszawie – samą siłą politycznej woli tutejszych warstw dominujących – nowego Amsterdamu.

Możliwości zmiany, bardziej podmiotowego kształtowania swojej pozycji w światowym ładzie gospodarczym, testuje od kilkunastu lat Władimir Putin. Wymyślił sobie jakiś czas temu na przykład, że zbuduje w Moskwie jeden z węzłów kapitalistycznej akumulacji, własne „City”, podobne do tych, które funkcjonują w Londynie, w Hong Kongu czy w Nowym Jorku. I zbudował. Nazywa się Moskwa City. Jest pięknie: wspaniałe wieżowce, chyba najwyższe w Europie. I stoją prawie całkowicie puste. Był taki artykuł w „New York Timesie” obśmiewający ten projekt, w którym napisano m.in., że w jednym z pięćdziesięciopiętrowych budynków na którymś tam piętrze zrobiono hostel studencki, bo ceny wynajmu są tak niskie. Przekaz był prosty: nie wystarczy za środki z handlu ropą i gazem zbudować wieżowce, żeby spowodować akumulację kapitału. A co dopiero mówić o Polakach, którzy nie mają ropy ani własnego kapitału na stawianie wieżowców i muszą poprzestać na użytkowaniu tych budowanych tu przez światowych graczy. Trudno w tego typu kontekście jakoś szczególnie obwiniać inteligencję – ona po prostu skorzystała z możliwości, jakie tu miała.

Rzeczywiście inteligenci sporo mówią o postępie i modernizacji, co można postrzegać jako hipokryzję, bo wiele zmienić nie są w stanie. Ale działają zazwyczaj w dobrej wierze i czasem nawet jakieś małe kroczki w dobrym kierunku udaje się im zrobić. Można słusznie krytykować ich za tę hipokryzję, za brak zrozumienia mechanizmów ekonomicznych, ale żeby zaraz coś hamowali? Gdybyśmy naszą inteligencję rozgonili, raczej nie nastałby wzrost i ogólna szczęśliwość.

– To jakie właściwie jest i w jakich granicach mieści się to pole władzy inteligencji nad rzeczywistością społeczną w Polsce, które może ona uprawiać względnie swobodnie? Bo jeśli jest władza, to powinna być też jednak jakaś odpowiedzialność.

– Obszarem najbardziej ograniczonej suwerenności inteligencji jest ekonomia – została ona oddana w dużym stopniu, także w sensie własnościowym, pod zarząd kapitału zachodniego, a w sferze regulacji jej działania podlegamy w znacznej mierze Unii Europejskiej i innym ponadnarodowym podmiotom. Podobnie jak m.in. Jadwiga Staniszkis uważam, że był to w dużym stopniu świadomy wybór polityczny. Otwarcie się na zachodni kapitał miało spełnić potrójny cel – było jednocześnie elementem walki z postkomunizmem, programu modernizacyjnego oraz geopolitycznej integracji ze światem zachodnim. Z tego wyboru można w jakimś stopniu inteligencję rozliczać, ale czy aby na pewno nomenklatura postkomunistyczna byłaby zdolna stworzyć lepszy, skuteczniejszy projekt modernizacyjny niż elity inteligenckie? Można powątpiewać.

Dużo większy wpływ lokalne elity mają na wąsko rozumianą politykę – ustrój państwa i samorządu, system partyjny itp. – choć i tu istnieją pewne ograniczenia, związane m.in. z integracją europejską oraz ze słabością polskich struktur państwowych. To, na jak wiele taka elita może realnie sobie w tej dziedzinie pozwolić, testuje w tym momencie w Polsce aktualna ekipa rządząca.

Niemal pełną suwerennością dysponuje natomiast nasza inteligencja w sferze kultury. I chyba dzięki temu może tworzyć dowolnie absurdalne mity dotyczące polskiej historii czy swojej roli dziejowej.

– A jak zdefiniowałby Pan rolę, którą odgrywa w Polsce klasa średnia? Pomijając nawet przepowiednie niektórych publicystów, że wraz z procesem modernizacji zastąpi ona anachroniczną inteligencję, to chyba nie da się powiedzieć, że jest pozbawiona znaczenia politycznego. Od dobrych 20 lat zdobycie jej poparcia wydaje się wręcz być warunkiem objęcia władzy w Polsce.

– Przejście pomiędzy klasą średnią a inteligencją jest u nas dość płynne. Stosunkowo najłatwiej jest zobaczyć granice w przypadku wyższej warstwy klasy średniej. Możemy w niej wyróżnić tych, którzy realizują inteligenckie wzorce albo do nich dążą, i tych, którzy je odrzucają, budując swoją pozycję wyłącznie na kapitale ekonomicznym – mówiąc inteligenckim językiem są „nowobogaccy” – i nie przejmują się, że są w związku z tym postrzegani jako „niekulturalni”. Bogacąc się, szukając wpływów i ignorując przy tym inteligenckie snobizmy, grupa ta stanowi dla inteligenckiej hegemonii największe zagrożenie. Niewątpliwie trzeba się z nią liczyć. Jak już jednak wspominałem, wątpliwą kwestią w polskich warunkach pozostaje jej zdolność do stania się podmiotem wielopokoleniowym. Na pewno za wcześnie byłoby mówić, że jej przedstawiciele są jakąś burżuazją i myślę, że będzie im się trudno w burżuazję przekształcić. Inteligencja się ich boi – szczególnie taka bardziej etosowa – jako „chama, który się wzmacnia”, ale jednocześnie polityczność wyższej klasy średniej jest słaba i inteligencja jest ją w stanie rozgrywać, np. wpychając ją, jak wszystkich, w do bólu inteligenckie podziały polityczne.

– W jakim sensie nasze podziały polityczne są inteligenckie?

– Inteligencki charakter mają wszystkie pytania, które nam się zadaje. Po której stronie inteligenckiej gry jesteś, kogo uważasz za prawdziwego inteligenta i na czym polega inteligenckość? Kto jest prawdziwszym patriotą i kto jest „lepiej inkulturowany”, jak to ostatnio powiedział prezes PiS Jarosław Kaczyński? Kto jest pierwszego, a kto drugiego sortu? Przy czym oczywiście chodzi o sort inteligenckości. To zupełnie arbitralne, abstrakcyjne kategorie, gdy się temu bliżej przyjrzeć spoza polskiej perspektywy. Ale ludzie to kupują i angażują się, często bardzo emocjonalnie, po którejś ze stron takich czysto kulturowych sporów. Także klasa średnia, włącznie z nowobogackimi, posłusznie dzieli się według tak narzuconych linii konfliktu, zamiast bronić swoich interesów klasowych.

– Jak interpretuje Pan w tym kontekście polityczny projekt Kaczyńskiego? Czy to jest po prostu kolejny epizod wewnątrzinteligenckiej walki frakcyjnej, mający na celu jakąś korektę narodowego panteonu, czy stoi za tym coś więcej – np. projekt budowy nowej narodowej burżuazji, wzmocnienia państwa albo dowartościowania prowincji?

– Co Kaczyński planuje, nie wiem i chyba nikt tego do końca nie wie. Ale na pewno widzę, jak ważną zmienną jest dla niego walka o inteligenckie pole. Cała ta jego ofensywa jest dla mnie potwierdzeniem aktualności diagnozy o inteligenckiej hegemonii. Poza tym są tam na pewno jakieś nawroty koncepcji sanacyjnych, wykorzystanie struktur państwowych do ingerencji w strukturę społeczną, może próba budowy jakiejś nowej narodowej nomenklatury czy klasy średniej, ale cokolwiek to jest, mam poważne wątpliwości, czy może się powieść. W kontekście słabości naszego państwa i zewnętrznych ograniczeń, o których już rozmawialiśmy, a także doświadczeń poprzednich tego rodzaju prób, sukces co ambitniejszych projektów wydaje mi się bardzo mało prawdopodobny.

– Skoro to nie wielki projekt wyjścia z peryferyjności, to może chociaż na froncie wewnątrzinteligenckim ma szanse powodzenia – dokonanie trwałej zmiany w układzie sił, odebranie „pakietu kontrolnego” stronnictwu liberalnemu?

– Po raz pierwszy od wielu lat poważnie ograniczany jest dostęp liberalnej frakcji do zasobów państwowych, ale jednocześnie przecież największe wpływy ma ona w tych sektorach, na które bezpośredni wpływ rządzących jest stosunkowo niewielki – na uniwersytetach czy w instytucjach kultury.

Innym ważnym atutem liberalnej inteligencji, w który bardzo trudno będzie Kaczyńskiemu uderzyć, jest jej dostęp do zasobów globalnych, wsparcia różnych międzynarodowych grup, fundacji itd. Czeka nas konfrontacja, która będzie dla obu stron testem, jej wyniku nie podejmuję się przewidzieć, ale myślę, że bardzo trudno będzie odnieść stronie konserwatywnej pełny sukces. Nie ma w Polsce potencjału do budowy retoryki antyeuropejskiej jak w Rosji, bardzo trudno będzie całkiem wypchnąć środowiska liberalne z pola władzy, a w związku z tym jakiś kompromis będzie w ostatecznym rozrachunku konieczny. To samo dotyczyć będzie drugiej strony – obóz liberalny nie będzie w stanie wykluczyć Kaczyńskiego z gry.

Trzeba odróżnić pole polityczne od pola władzy – w polu politycznym mieliśmy wybory, które ze względu na podział głosów i bardzo nieproporcjonalną ordynację dały PiS samodzielną większość w Sejmie mimo bardzo niewielkiej przewagi. Technicznie rzecz biorąc, w polityce Kaczyński jest silny. Ale gdy przyjdzie do wyborów, wystarczy jedna skuteczna kampania medialna, strajk generalny w służbie zdrowia albo chwilowy zastój w gospodarce, żeby wahadełko odchyliło się o te cztery punkty w drugą stronę i koniec, już mamy zmianę władzy. Wszystko to nie zmienia konfiguracji w polu władzy, która sprawia, że obie strony konfliktu są zasadniczo bezpieczne. Poza tym, wbrew pozorom i powszechnemu przekonaniu, że mamy do czynienia ze społeczną przepaścią, zarówno partie, jak i elektorat są w dużym stopniu mobilne i elastyczne, dostosowują się do bieżącej sytuacji politycznej, w zależności od kontekstu potrafią zmieniać sympatie, dzielić się albo zawierać sojusze. A to, kto ma na dłuższą czy krótszą chwilę władzę polityczną, nie ma zasadniczego znaczenia dla układu sił w inteligenckiej grze.

– Jednocześnie trudno chyba zanegować, że działania obecnej władzy mają dosyć poważne – na tle ostatnich dekad – konsekwencje w sferze społecznej dystrybucji bogactwa i prestiżu. A to już chyba może się jakoś odbić na warunkach gry.

– Może, ale nie musi. Zasady inteligenckiej gry są takie, że ludzie z awansu są w niej dużo słabszymi „kartami”. Można tu przywołać marzec 1968 r. jako przykład. Ekipa Moczara i Gomułki wprowadziła do gry trochę ludzi z awansu, wypchnęła w dużym stopniu liberalną elitę na emigrację wewnętrzną albo zewnętrzną. Ale na uczelniach do dzisiaj ludzie się śmieją z docentów marcowych. Jeśli ktoś został w tamtym okresie awansowany, to w polu naukowym nie ma prestiżu porównywalnego z tymi, którzy szli normalną ścieżką. Można powiedzieć, że technicznie Gomułka wygrał i przez jakiś czas górę nad inteligentami w grze politycznej wzięła bardziej technokratyczna warstwa aparatczyków, ale potem nagle okazało się, że przyjechał papież, powstała „Solidarność” i wkrótce „kontrrewolucja” wzięła prawie wszystko, co było do wzięcia. Tak samo dziś – można otworzyć ścieżki awansu, jakąś grupę wypromować i dowartościować, ale jeśli jest to robione – z inteligenckiego punktu widzenia – w sposób zbyt nagły i bezceremonialny, to karty tych osób w grze będą dużo słabsze. Nic nie gwarantuje, że przy sprzyjających okolicznościach strona lekko zepchnięta nie wróci z jeszcze większym niż uprzednio impetem i nie przechyli szali jeszcze mocniej na swoją korzyść. W każdej grze musi być zawsze „trochę ty, trochę ja”; czasowa przewaga jednej ze stron nie stanowi zagrożenia dla gry i dopóki ona się toczy, dopóty obie strony wzajemnie się wzmacniają – nawet jeśli taktycznie oponenta jakoś tam wypychają z pola.

– Przynajmniej na tym poziomie taktycznym można jednak odnieść wrażenie, że sukces polityczny drugiej strony wprawił stronę liberalną w lekką dezorientację, czego efektem jest swoiste przegrupowanie. Jedni mają poczucie, że porażka zobowiązuje ich obóz do przeprowadzenia jakiegoś rodzaju autorozliczenia („byliśmy głupi”), a drudzy stawiają na okopywanie się na swoich pozycjach i mobilizację „twardego elektoratu”. Ma to chyba związek z pojawieniem się w łonie tej części inteligencji podziałów pokoleniowych, stanowiących m.in. owoc różnicy doświadczeń na rynku pracy ukształtowanym w okresie transformacji…

– Zapewne różnice doświadczeń w okresie transformacji nie są bez znaczenia, ale sprowadzenie ich, jak to czynią niektórzy, do kwestii materialnych zysków w tym okresie to straszny ekonomizm, jak na inteligenckie standardy. To, że dzisiaj nie masz na restaurację czy nawet akademik, to nie znaczy, że wypadasz z gry. Prawdziwemu inteligentowi bycie przez pewien czas ubogim potrafi nawet dodawać pewnego towarzyskiego blichtru. Dlatego trochę się buntuję przeciwko łączeniu inteligencji z prekariatem. Ile ja się nasłuchałem na różnych panelach dyskusyjnych opowieści przedstawicieli elity inteligenckiej, jak to – szczególnie za komuny – w jednej koszuli chodzili, spali kątem gdzieś tam i byli bez grosza przy duszy. A jednocześnie z kontekstu wynikało, że byli w ścisłym centrum gry, bo „wszystkich” znali.

Wracając do pytania, mam wrażenie, że ta grupa „samokrytyczna” w obecnej sytuacji politycznej skazuje się na marginalizację w kontekście głównych sporów politycznych, ale bardzo trudno według mnie przewidywać przyszłość polskiego pola władzy, a w szczególności poszczególnych frakcji inteligencji. Kto wie, czy, dziś mogące się wydawać nieco śmiesznymi w swoim idealizmie czy wyalienowanym intelektualizmie, grupy o charakterze silnie etosowym nie wypłyną w nowej konfiguracji na o wiele bardziej widoczne i znaczące politycznie pozycje?

– A jednak jest w tych kształtujących się podziałach w ramach inteligencji element generacyjny. Weźmy np. średnią wieku na demonstracjach KOD. Może jednak jakiś model sporu wewnątrzinteligenckiego się wyczerpuje?

– Może. Prof. Radosław Markowski referował niedawno wnioski ze swoich wieloletnich badań nad zachowaniami wyborczymi Polaków i wynika z nich, że wybory polityczne osób do 25. roku życia są nieprzewidywalne i niestabilne. W szczególności – mówił – jest w tej grupie ogromny przechył na prawo, nadreprezentacja zwolenników Korwin-Mikkego, i gdyby wszyscy wyborcy Korwina z ostatnich 20 lat zostali przy swoim pierwszym wyborze, to dzisiaj miałby on ogromne poparcie. Ale po ukończeniu dwudziestki piątki sytuacja się zmienia i ludzie wybierają już spomiędzy dominujących opcji. I coś w tym jest – dopóki młodzież się nie zestarzeje, to trudno powiedzieć, jaki wpływ wywrze na życie polityczne.

– A propos młodzieży – głównym polem Pana aktywności jest na co dzień uniwersytet. Na ile sama uczelnia – zarówno po stronie studentów, jak i akademików – jest areną inteligenckiej gry o miejsce w inteligenckiej hierarchii?

– Oczywiście w ogromnym stopniu. Uniwersytet jest strukturą par excellence inteligencką. Jego istnienie i względna autonomia zarówno od gry rynkowej, jak i politycznej, stanowią dla inteligencji niezwykle istotny zasób i źródło siły. Trudno żeby tak ważne dla inteligencji miejsce nie było obszarem intensywnej gry i rywalizacji. Czasem to są wojny „etosowe” (jakie stanowisko wypada wyrazić lub poprzeć, a jakie nie), czasem „środowiskowe” (kogo warto popierać, a od kogo się dystansować i dlaczego – np. bo ktoś jest bardzo kulturalny, związany z zasłużonym profesorem, który zwykle oprócz tego, że ma na koncie wybitne dokonania naukowe, był też wielkim inteligentem, reprezentował nieskazitelną postawę moralną itp.), a czasem polityczne, choć od otwartej polityczności zwykle się na uniwersytecie ucieka.

– Często wśród problemów polskiego szkolnictwa wyższego wymienia się „uczelniany feudalizm”. Ale na podstawie tego, co Pan mówi, mam wrażenie, że powinniśmy wskazywać raczej na patologie typowo inteligenckie.

– Rzeczywiście to, o czym mówi się jako o „kulturze feudalnej” czy „klientyzmie” na uczelniach, pokrywa się w dużej mierze z rytuałami inteligenckimi. Ważną rolę w budowaniu hierarchii w środowiskach akademickich odgrywają oceny moralno-środowiskowe, oceny „jakości życiorysów”, w przeciwieństwie do kryterium tak prymitywnego, jak jakaś tam mieszczańska merytokracja. Ale nie sprowadzałbym problemu uczelnianego feudalizmu do inteligenckiej hegemonii, ponieważ wiele z patologicznych układów nie ma wiele wspólnego z grami inteligenckimi, za to dużo z klasycznymi konfliktami interesów materialnych. Mam natomiast wrażenie, że można powiedzieć, że ich utrzymywaniu się sprzyja silna autonomia uniwersytetów, która jest broniona przede wszystkim jako kluczowa wartość inteligencka. Inteligencja walczy o nią jako o ważny przywilej, ale często nie za bardzo przejmuje się tym, że jest ona potem nadużywana i wykorzystywana do celów niekoniecznie zgodnych z ideałami deklarowanymi przez jej obrońców.

– Ciekawy jest ten kontrast między odwołaniami do uniwersalnych wartości a klanowo-feudalną praktyką.

– Myślę, że takie napięcie pomiędzy odwoływaniem się do uniwersalnych wartości a nastawieniem na realizację partykularnych interesów istnieje wszędzie. Można je od zawsze zauważyć w Kościele. Z jednej strony głosi on uniwersalną moralność, a z drugiej strony ma feudalną, hierarchiczną strukturę i całkowicie antymerytokratyczne zasady działania, a wielu krytyków przypisuje mu interesowność. Jednocześnie oczywiste jest przecież, że ani Kościół, ani inteligencja czy uczeni, nie są w stanie funkcjonować bez posiadania określonych zasobów materialnych, o które nie wypada im jednak zabiegać zbyt otwarcie. Aby funkcjonować skutecznie, inteligenci, a w szczególności ci z nich, którzy odgrywają role intelektualistów i uczonych, a więc zsekularyzowanych kapłanów, muszą odwoływać się do ideologii bezinteresownego daru i służby, którą pełnią wobec społeczeństwa. Można też wskazywać, że żaden uniwersalizm nie może opierać się na czysto demokratycznych zasadach, nie może być efektem ciągłego plebiscytu, że musi posiadać swoich dosłownych czy symbolicznych kapłanów przekazujących jego wartości z pokolenia na pokolenie. Feudalizm uczelni jest więc w jakimś stopniu nieunikniony, pytanie jednak, kiedy staje się wyłącznie patologią, a kiedy służy bardziej budowaniu szkół naukowych, które trudno jest rozwijać w warunkach ciągłej niepewności statusu i dostępu do niezbędnych zasobów.

– Innym stałym elementem inteligenckiego rytuału, nie tylko na uniwersytecie, jest – o czym często Pan wspomina – motyw „schyłku”, powtarzanie, że prawdziwej inteligencji już nie ma.

– To kolejny quasi-religijny aspekt hegemonii inteligencji: mit o minionym złotym wieku, którego tak naprawdę nigdy nie było. Jeśli przyjrzymy się dyskursowi minionych epok, okazuje się, że inteligencja bodaj od swojego powstania była w kryzysie, schyłku i nikła pod naporem wszechobecnego „chamstwa”. Szczególnym wariantem tego rytuału są elegie i mowy pogrzebowe, które przez opowieść o „schyłku” służą w istocie pokazaniu ich autorów jako godnych następców tych, którzy odeszli. To świecki kult świętych, wiara w dawny upadły świat chodzących po świecie „nadludzi”. Stopień rozpowszechnienia tej wiary potwierdza tylko, że w rzeczywistości hegemonia inteligencji trwa w najlepsze.

– Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, czerwiec 2016 r.

Mapa polskiej zapaści

Kolejne rządy lubią mówić o sukcesach. Głosiciele wizji zielonej wyspy przegrywają z głosicielami wizji Polski w ruinie, a następnie zaczynają głosić wizję Polski w ruinie przeciwko wizji zielonej wyspy obozu rządzącego. I tak mniej więcej w kółko. Sęk w tym, że rządy się zmieniają, a problemy pozostają.

Polska klasa polityczna lubi nas przekonywać o dwóch rzeczach. Że jest doświadczona i wiele już dokonała – oraz że ma czyste ręce, niesplamione sumienie i nic złego na koncie. A przecież, gdy się przyjrzeć temu wszystkiemu nieco uważniej, są to od lat wciąż ci sami ludzie w rozmaitych konfiguracjach, mający spory wkład w kondycję współczesnej Polski. Dokonali tego myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Nie jest oczywiście tak, że wszyscy są tak samo winni i wszyscy zrobili tyle samo dobrego. Jednak o sukcesach lubią mówić, a błędy chcieliby przemilczeć. Nas partyjne przepychanki interesują bardzo umiarkowanie, a po 16 latach edycji pisma możemy powiedzieć, że to wszystko już przerabialiśmy – i opcje polityczne, i partie, i idee, i slogany, i wizje, i obietnice, i nadzieje, i rozczarowania. Znamy to na pamięć. I znamy jałowość partyjnych przepychanek i pyskówek, w których cieniu pozostają wciąż nierozwiązane problemy.

W niniejszym numerze „Nowego Obywatela” sporo piszemy właśnie o problemach systemowych. Wywiad z Adrianą Porowską ukazuje nam straszną rzeczywistość osób bezdomnych oraz sposobów pomagania im, sposobów nierzadko rozbijających się o brak sensownej polityki państwa. Piotr Wójcik porusza temat pokrewny i opisuje niedobory – bardzo poważne – polskiej polityki mieszkaniowej oraz ich skutki. Rafał Bakalarczyk omawia problemy seniorów w naszym kraju, a także rosnącą skalę tego zjawiska. Z rozmowy z dr. Michałem Wolańskim dowiemy się natomiast sporo o tym, jak wygląda rozkład transportu zbiorowego na polskiej prowincji. Z kolei wywiad z Martą Dzido i Piotrem Śliwowskim obnaża słabości polskiego kultywowania pamięci o bohaterach niedawnej przeszłości oraz mielizny polityki kulturalnej. Wszystkie te materiały prowadzą do smutnych wniosków na temat stanu państwa. Staramy się jednak nie tylko „narzekać”. Z artykułu Karola Trammera dowiecie się, jak wygląda odrodzenie tramwajów w polskich miastach, a Olga Drenda opisuje oddolne przywracanie pamięci o kulturze ludowej.

W tym numerze sporo miejsca poświęciliśmy także zagranicy i problemom globalnym. Rozmowa z Flávio Eiró szczegółowo omawia program, dzięki któremu w Brazylii miliony ludzi udało się wyrwać z nędzy i marginalizacji. Przed wyborami w USA pokazujemy, że elektorat prawicowego demagoga składa się w pewnej mierze z ludzi, którzy są, a raczej mogliby być naturalnym elektoratem rozsądnej lewicy. Inny z tekstów omawia rzecz w Stanach Zjednoczonych niesłychaną – identyfikację wykształconego młodego pokolenia z klasą robotniczą oraz przyczyny tego stanu rzeczy. Z kolei Krzysztof Wołodźko recenzuje książkę, która pokazuje, że coraz bardziej zarysowuje się nam wybór między prospołeczną i ekologiczną gospodarką a barbarzyństwem i krachem dzikiego kapitalizmu.

A oprócz tego, poza wszelkimi blokami tematycznymi, choć nie bez znaczenia dla odpowiedzi na pytanie, kto jest winny obecnemu stanowi Polski, mamy dla Was wywiad z dr. hab. Tomaszem Zaryckim. Stawia on kontrowersyjną tezę, że Polską rządzą inteligenci…

To oczywiście nie wszystkie materiały, które przygotowaliśmy. Zapraszam do lektury!