przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | piątek 8 listopada 2013 | inspiracje, z Polski rodem
Czy anarchista może mieć coś wspólnego z endecją? Na pierwszy rzut oka takie przypuszczenie to absurd. A jednak największy w historii Polski ruch syndykalistyczny, w którym obecni byli również anarchiści, został zainicjowany przez dysydentów z endecji.
Pamiętać należy, że u swego zarania ruch narodowo-demokratyczny miał charakter zgoła odmienny od formy, jaką przyjął później. Był rewolucyjno-niepodległościowy, populistyczny (z akcentami radykalizmu społecznego), antyklerykalny. Dopiero polaryzacja polityczna z okresu rewolucji 1905 r. przyniosła gwałtowny zwrot w prawo – ku konserwatyzmowi społecznemu i antysemityzmowi – połączony z przyjęciem prorosyjskiego lojalizmu. Nie wszyscy narodowi demokraci zaakceptowali jednak tę ewolucję. Napotkała ona opór zwłaszcza w Związku Młodzieży Polskiej ZET, który broniąc starego programu dokonał tzw. frondy.
Frondyści czynnie włączyli się w paramilitarną działalność niepodległościową, w czasie I wojny światowej służyli w Legionach. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zetowcy postanowili kontynuować konspiracyjną działalność, tworząc 7 grudnia 1918 r. niejawny Związek Patriotyczny. Z tym środowiskiem związał się Kazimierz Zakrzewski – postać zaiste nietuzinkowa.
***
Żyjemy w czasach specjalizacji, w których politycy nie tylko utrzymują się z polityki, ale też nie są w stanie nic sensownego powiedzieć bez pomocy specjalistów od public relations. Tymczasem Zakrzewski był równocześnie działaczem społecznym, pełniącym niezliczone funkcje, oryginalnym myślicielem politycznym i autorytetem zawodowym w swej profesji.
Urodził się 4 listopada 1900 r. w Krakowie jako syn Konstantego, profesora fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jak napisał jego biograf, wzrastał w atmosferze wysokiej kultury umysłowej i szerokich zainteresowań społecznych. Nie był jednak pięknoduchem zamkniętym w wieży z kości słoniowej – w 1917 r., zaraz po uzyskaniu świadectwa maturalnego, patriotyczny zew porwał go w szeregi Legionów. Ranny trafił do szpitala polowego, a po tzw. kryzysie przysięgowym został internowany w obozie więziennym w węgierskim Huszt. Jako obywatela Austro-Węgier, wcielono go do armii austriackiej i wysłano na front włoski, gdzie brał udział w walkach w Dolomitach. Po upadku monarchii Habsburgów, jesienią 1918 r. rozpoczął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, lecz już w listopadzie przerwał je, wstępując do Legii Akademickiej. Nastolatek znalazł się wówczas w załodze pociągu pancernego, który w listopadzie 1918 r. walczył z Ukraińcami o Lwów. Nie był to koniec wojennych przygód chorowitego skądinąd (choroba płuc) młodzieńca. W czasie wojny polsko-bolszewickiej w lipcu 1920 r. zaciągnął się do Brygady Akademickiej w Rembertowie, jednak ostatecznie z powodu złego stanu zdrowia został zwolniony.
Po wojnie wznowił studia, kontynuowane na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Twardy żołnierz ujawnił wówczas naukowe talenty oraz zainteresowania historyczne, zaszczepione mu przez stryja Stanisława, wybitnego mediewistę. Już w 1923 r. uzyskał stopień doktora na podstawie pracy „Samorząd miast Achai rzymskiej. Arkadia – Messenia – Lakonia” i został asystentem w katedrze historii starożytnej. Dwa lata później jako stypendysta Sorbony wyjechał do Paryża, gdzie pogłębiał wiedzę u profesora Pierre’a Jougeta. Po powrocie do Polski habilitował się w 1927 r. rozprawą „Rząd i opozycja za cesarza Arkadiusa”. Po okresie pracy na Uniwersytecie Poznańskim wrócił w 1931 r. do Lwowa, gdzie uzyskał profesurę. Jego imponujący dorobek naukowy w zakresie historii Cesarstwa Zachodnio- i Wschodniorzymskiego (m.in. wznawiana do dziś synteza „Dzieje Bizancjum”) sprawił, że bizantynistyka została uznana za oddzielną dyscyplinę uniwersytecką. W 1935 r. objął utworzoną specjalnie dla niego Katedrę Historii Bizancjum na Uniwersytecie Warszawskim.
Mimo ogromnego wysiłku naukowego Zakrzewski znajdował czas na działalność społeczną. Już w 1920 r. opublikował „Zasady federalizmu w polskiej polityce kresowej”, odzwierciedlające stanowisko zetowców wobec polityki zagranicznej Rzeczpospolitej. Cztery lata później w zetowym dwutygodniku „Sprawy Polskie” ujawnił zainteresowania kwestią społeczną, określając przy okazji swoje poglądy mianem „lewicy narodowej”. Pobyt w Paryżu wykorzystał do pogłębiania wiedzy na temat syndykalizmu – zarówno teoretycznego, Georges’a Sorela, jak i praktycznego, Generalnej Konfederacji Pracy. Nic dziwnego, że wróciwszy do kraju, zaangażował się w tworzenie polskiego ruchu syndykalistycznego, pod auspicjami Związku Naprawy Rzeczypospolitej – legalnej przybudówki ZP, stanowiącej część składową obozu piłsudczykowskiego. W grudniu 1926 r. ukazał się pierwszy numer pisma „Solidarność Pracy”, zaopatrzonego w charakterystyczny podtytuł: „Dwutygodnik poświęcony sprawie uniezależnienia i zjednoczenia ruchu zawodowego w Polsce”. Znalazł się tam artykuł Zakrzewskiego „Nasza droga”, zawierający jego polityczne credo: Czym są dzisiaj związki zawodowe? Niczym! Czym być powinny? Wszystkim!
***
Do syndykalizmu doprowadził Zakrzewskiego jego patriotyzm czy też, jak kto woli, nacjonalizm – jeśli pod tym pojęciem będziemy rozumieć ideologię uznającą naród za centralną kategorię.
Zakrzewski wypracował jednak koncepcję narodu odmienną zarówno od etnicznego nacjonalizmu endecji, jak i od nacjonalizmu państwowego piłsudczyków. Twierdził, że naród to organizacja twórczości, […] to organizacja ciągłości w pracy dziejowej, ostro odróżniając naród jutra (zespół pracowników) od narodu wczoraj, czyli od masy ludzi będących konsumentami haseł patriotycznych. Podkreślał: Jedność narodowa to jedność pracy w narodzie, solidarność czynników twórczych, których wysiłki stanowią fragmenty narodowej służby dziejowej. Z tej produktywistycznej koncepcji narodu wynikało, że różnice etniczne są drugorzędne, to z kolei obligowało do tolerancji wobec mniejszości narodowych.
Charakterystyczny był tu stosunek Zakrzewskiego do kwestii żydowskiej i antysemityzmu, wyłożony przezeń na łamach „Frontu Robotniczego” w marcu 1936 r. Pisał tam, że kwestia żydowska ma charakter realny (a nie tylko wyimaginowany przez antysemitów), gdyż w Europie Środkowo-Wschodniej egzystują z jednej strony środowiska żydowskie o charakterze kapitalistyczno-pasożytniczym, z drugiej zaś – niezasymilowana masa żydowska, luźno tylko związana ze społeczeństwem kraju, o wadliwej, jednostronnej strukturze społeczno-gospodarczej. Jako rozwiązanie proponował z jednej strony dobrowolny odpływ Żydów do własnych siedzib narodowych, z drugiej – produktywizację ludności żydowskiej i włączenie jej w życie społeczne kraju. Odrzucamy natomiast – oznajmiał – wszelkie próby rozwiązania jej [kwestii żydowskiej – J. T.] w atmosferze nienawiści narodowej, […] jako próby, które […] odwodzą uwagę mas od […] ich walki z kapitalizmem.
Tym niemniej naród pozostawał dla Zakrzewskiego podstawową płaszczyzną uspołecznienia jednostki: Organiczny związek pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, pomiędzy jednostką a otoczeniem […] – istnieje w Narodzie. Za tym postępował swoisty egoizm narodowy – według Zakrzewskiego każdy naród musi sam ratować swe życie, swe wartości. Każdy musi się zdobywać na swoją własną wewnętrzną rewolucję. Za Stanisławem Brzozowskim wołał: Jesteście narodem? – walczcie! Przyznać jednak trzeba, że ów egoizm narodowy był złagodzony: Zakrzewski miał nadzieję, że upowszechnienie syndykalizmu w Europie zastąpi imperialistyczną ekspansję i konflikty zbrojne przez pokojową rywalizację.
Uznanie narodu za wspólnotę nadrzędną stawiało na porządku dnia problem usunięcia konfliktów rozdzierających tę wspólnotę. Zakrzewski przestrzegał: Naród wytwórców nie powstanie, dopóki nie usunie się tych głębokich antagonizmów. Celem było więc urzeczywistnienie jak najpełniejszej jedności narodu: W tym narodzie wytwórców giną różnice klasowe […]. Naród wytwórców sam stanowi klasę społeczną zespoloną i zwartą. […] Zwalczające się grupy […] zostają wyeliminowane poza nawias narodu wytwórców, podobnie jak wszystkie inne czynniki nie biorące udziału w pracy dziejowej narodu.
Zakrzewski w narodzie wyróżniał grupy twórcze i pasożytnicze, przy czym twórcze w Narodzie siły, istnieją w różnych klasach społecznych jako częściach składowych organizmu produkcyjnego. Charakterystyczne, że bronił nie tylko proletariatu, ale też burżuazji produkcyjnej przed symbiozą plutokracji i […] ochlokracji uosabianej przez banki i kasy chorych. To między producentami i pasożytami trwał jego zdaniem realny a nieprzezwyciężalny antagonizm, przez Zakrzewskiego identyfikowany z walką klas. Jej celem miała być „eliminacja” tych wszystkich, którzy nie walczą ani nie pracują. Zakrzewski przyznawał, że w dziedzinie gospodarki walka klas jest bodźcem postępu, zastrzegał jednak, że twórczy charakter możemy przyznać tylko takim walkom, […] które są dążeniem młodej, wznoszącej się elity sił robotniczych do przejęcia misji cywilizacyjnej, którą dotychczas piastowała burżuazja. W tych słowach rozpoznajemy raczej Pareto niż Marksa!
Wiązał się z tym specyficzny elitaryzm Zakrzewskiego. Definiował on elitę społeczną jako najtęższe, najzdrowsze i przy tym kierownicze siły, nurtujące w życiu społeczno-gospodarczym, odróżniając ją zarazem ściśle od zdegenerowanej, pasożytniczej oligarchii. Podkreślał, że elita ma służyć masie, jednak elita polityczna nie pokrywa się nigdy do końca ze społeczną i dlatego się degeneruje. Rozwiązaniem miał być syndykalizm, który stwarza nową elitę, nieodrywającą się od mas pracujących, które ją wyłaniają, ale pozostającą ich rdzeniem i duszą.
Uznanie klasy robotniczej za siłę wiodącą wynikało z wiary w heroiczny potencjał proletariatu – to była rzeczywista motywacja syndykalistycznego zaangażowania zetowców. Zakrzewski wielokrotnie wypowiadał się przeciw marksistowskiemu ekonomizmowi. Powtarzał za Brzozowskim: Nie idzie o fakt materialnej przynależności z urodzenia do samej klasy – idzie o wybór ideału. Według Zakrzewskiego robotnik miał być wzorem, ideałem wychowawczym, typem dziejowym – bardziej postawą psychiczną niż przynależnością klasową. Co więcej, w odróżnieniu od klasowych separatystów ze skrajnej lewicy Zakrzewski przewidywał, że naród wytwórców przejmie dorobek kulturalny zarówno proletariatu, jak i burżuazji.
Wyraźna i nieskrywana była tu inspiracja nacjonalizmem rewolucyjnym Brzozowskiego, poprzez którego endeccy dysydenci dotarli do Sorela. Zakrzewski otwarcie uważał myśl Brzozowskiego za filozoficzny fundament obozu Rewolucji majowej (tak syndykaliści i lewica sanacyjna nazywali przejęcie władzy przez Piłsudskiego w drodze przewrotu), gdyż idea Czynu przetworzyła się w ideę Pracy.
W ten sposób docieramy do radykalizmu społecznego. Wypływał on – podkreślmy to jeszcze raz – z nacjonalizmu. Syndykalizm miał być drogą do zapewnienia narodowi potęgi dzięki wzrostowi produkcji przez racjonalną organizację pracy i należytą jej intensyfikację. Zakrzewski odrzucał jednak wariant paternalistyczny nacjonalizmu – przewidujący udział robotników w zyskach czy upowszechnienie własności – gdyż oznaczałoby to, że klasa kapitalistyczna wchłonie w siebie klasę robotniczą, tymczasem syndykaliści wierzyli za Sorelem w wyższość moralną proletariatu.
Odrzucał zarówno kapitalizm państwowy faszystów, jak i socjalizm, który chce zastąpić kapitalistów niekompetentną ekonomicznie inteligencją. Jedyne rozwiązanie antagonizmów klasowych widział w przejęciu kontroli nad gospodarką przez klasę robotniczą, zorganizowaną w związki zawodowe. Aby ten cel zrealizować, należało najpierw uniezależnić związki zawodowe od partii. Proces uspołecznienia miał mieć charakter ewolucyjny: Pozostawiając na boku kwestię własności przedsiębiorstw, klasa robotnicza może dążyć do uzyskania udziału w kierownictwie i kontroli, […] dopóki nie uzyska wpływu decydującego. Czynniki twórcze […] zgrupują się wtedy dokoła ekonomicznych organizacji klasy robotniczej. Związki zawodowe obejmą rolę dzisiejszych spółek akcyjnych, których likwidacja […] będzie mogła się dokonać na drodze polubownej, bez rewolucyjnych wstrząsów. Również przedsiębiorstwa prywatne miały zostać podporządkowane jednolitemu planowi. Syndykalistyczna transformacja dotyczyć miała także rolnictwa – wedle Zakrzewskiego wieś była idealnym terenem dla syndykalizmu, czyli zrzeszeń wolnych wytwórców pod opieką państwa.
Ideologia produkcyjna Zakrzewskiego warunkowała krytykę konsumpcjonizmu, co umożliwiłoby pierwotną akumulację kapitału – w ten sposób polski syndykalizm okazywał się raczej ideologią forsownej modernizacji niż sprawiedliwości społecznej. Klasa robotnicza jako klasa heroiczna, uderzając w społeczeństwo burżuazyjne […] zmusza je do odrodzenia się moralnego, do […] zdobywczego stosunku do życia. Z tych pozycji Zakrzewski krytykował lewicę marksistowską – pisał, że robotnik polski opowiedział się za państwem, za bohaterstwem, za idealizmem, za cnotą żołnierską, a nie za materializmem rewolucji marksistowskiej. Co jednak ciekawe, lepiej oceniał komunizm niż zdegenerowaną do liberalizmu socjaldemokrację.
***
Syndykalistyczna propaganda zaowocowała w maju 1928 r. powołaniem Generalnej Federacji Pracy. Był to klasyczny „żółty” związek zawodowy, tworzony przy wsparciu sanacyjnej administracji państwowej, wystrzegający się radykalnych postulatów, stroniący od strajków i akcji bezpośrednich. W maju 1931 r. połączył się z innymi prorządowymi centralami (solidarystyczna Konfederacja Gospodarczych Związków Zawodowych, część prawicowo-socjalistycznego Centralnego Zrzeszenia Klasowych Związków Zawodowych, nacjonalistyczne Polskie Związki Zawodowe „Praca” z Poznańskiego i Pomorza) w Związek Związków Zawodowych. Organizacja dzięki poparciu władz rychło stała się jedną z silniejszych w polskim ruchu zawodowym – w 1934 r. liczyła 169 tys. członków, co stawiało ją na drugim miejscu po socjalistycznym Związku Stowarzyszeń Zawodowych (245 tys.). ZZZ wydawał szereg czasopism, z „Frontem Robotniczym” na czele, prowadził działalność kulturalną poprzez Robotniczy Instytut Oświaty i Kultury im. Stefana Żeromskiego, współpracował z „naprawiackim” Związkiem Polskiej Młodzieży Demokratycznej.
„Trzy Zety” były jednak kolosem na glinianych nogach. Radykalnej antykapitalistycznej retoryce towarzyszyła oportunistyczna praktyka, robotnicy zapisywali się do Związku, by nie stracić pracy. Nic nie pomoże ZZZ, ostrzymy noże: zet, zet, zet – kpiła opozycja. W kierownictwie toczyła się walka między oportunistami, gotowymi firmować każde posunięcie rządu, a radykałami, poważnie myślącymi o obronie proletariatu i reformach społecznych. Wynikało to z faktu, że syndykaliści uważali się za integralną część obozu piłsudczykowskiego, wiążąc z nim nadzieję na przeprowadzenie reform. Zakrzewski pisał, że rewolucja majowa obaliła rządy oligarchii, rozwijającej się na gruncie ustroju parlamentarno-demokratycznego, i dzięki temu otwarły się możliwości ustanowienia nowego ładu ustrojowego. W rezultacie zetzetzetowcy śpiewali na przemian „Pierwszą Brygadę” i „Czerwony Sztandar” (choć nie „Międzynarodówkę”!), w swych pochodach nosili portrety Piłsudskiego i czarno-czerwone sztandary.
Pod wpływem kryzysu gospodarczego syndykaliści z „Naprawy” – Kazimierz Zakrzewski, Jerzy Szurig, Stefan Kapuściński – radykalizowali się, łącząc swe siły z byłym pepeesowcem Jędrzejem Moraczewskim. Choć początkowo zaakceptowali przystąpienie ZNR do Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, to po 1930 r. narastał w nich krytycyzm (np. w 1932 r. Zakrzewski domagał się zniesienia dyscypliny partyjnej w klubie poselskim BBWR). Przez pewien czas radykałowie łudzili się możliwością współpracy z autorytarną „grupą pułkowników” w łonie obozu sanacyjnego, jednak w 1935 r. doszło do otwartego konfliktu. Po śmierci Piłsudskiego jego autorytet przestał spajać sanację, a związkowcy przeciwstawili się namaszczaniu na następcę Komendanta generała Edwarda Rydza-Śmigłego. W lipcu 1935 r. syndykalistyczna lewica ZZZ skrytykowała antydemokratyczny projekt ordynacji wyborczej i wezwała – acz bezskutecznie – Związek do bojkotu wyborów.
Radykalizm syndykalistów doprowadził w 1936 r. do rozłamu w Związku Patriotycznym: lewicę poparło ok. 80 działaczy, prawicę 130. Prawa strona to urzędnicy i posłowie, lewa – wolne zawody i pracownicy społeczni – wspominał Stefan Szwedowski. Rozłam przeniósł się na Związek Polskiej Młodzieży Demokratycznej, z którego wyodrębnił się ZPMD-Lewica (później Stowarzyszenie Młodzieży Syndykalistycznej); Zakrzewski należał do tych seniorów organizacji, którzy poparli rozłamowców. Syndykalistom udało się utrzymać kontrolę nad Związkiem Związków Zawodowych i Robotniczym Instytutem Oświaty i Kultury. Na II zjeździe Instytutu w listopadzie 1936 r. Zakrzewski został prezesem Zarządu Głównego RIOK (pełnił tę funkcję do wybuchu wojny). W marcu 1937 r. doszło do decydującej rozgrywki. III kongres ZZZ odrzucił akces do faszyzującego Obozu Zjednoczenia Narodowego, przyjął szereg radykalnych rezolucji (np. w sprawie wojny hiszpańskiej, solidaryzując się z tamtejszymi anarchosyndykalistami), a do władz Związku wybrał lewicowców – m.in. w prezydium Centralnego Wydziału ZZZ znalazł się Zakrzewski.
Zerwanie z ekipą rządzącą doprowadziło do kryzysu w Związku. Doszło do serii rozłamów, nastąpił masowy odpływ członków. Już w 1937 r. nie udało się zorganizować syndykalistycznych pochodów pierwszomajowych na Śląsku, w Zagłębiu Dąbrowskim i Łodzi. Spadł gwałtownie nakład prasy syndykalistycznej, zmniejszyła się liczba wydawanych tytułów. Na swym IV kongresie w marcu 1938 r. ZZZ reprezentował już tylko 35 tys. członków. Represje dotknęły też przywódców. Przeciw Zakrzewskiemu już w 1936 r. wszczęto prokuratorskie dochodzenie w związku z udziałem syndykalistów w strajku protestacyjnym we Lwowie, umorzono je jednak ze względu na autorytet profesora. W 1938 r. Komitet Krzyża i Medalu Niepodległości odrzucił wniosek o przyznanie Zakrzewskiemu Krzyża Niepodległości. Mimo to Zakrzewski – w czerwcu 1939 r. wybrany wiceprezesem ZZZ – podtrzymywał radykalny kurs: występował przeciw otrzymywaniu ministerialnych subwencji i złagodzeniu opozycji wobec rządu, domagał się akcji strajkowej 1 maja.
Rozbrat z sanacją ukazał izolację syndykalistów. Do starego wroga – endeckiej prawicy – doszedł nowy: sanacyjny OZON. Stosunki z lewicą pozostawały skomplikowane. Najbliżej Związkowi Związków było do PPS, jednak Zakrzewski odrzucał pepeesowską koncepcję „frontu demokratycznego” z udziałem ludowców i chadeków; krytykował też sztandarowy dla socjalistów postulat wolnych wyborów, twierdząc, że wybory nie rozwiążą problemów robotników. Choć komuniści pozytywnie oceniali ewolucję ZZZ, Zakrzewski pozostawał pryncypialnie antykomunistyczny. Nieufny był też wobec anarchistów napływających w szeregi Związku i jego przybudówek – w 1937 r. zapowiedział, że w RIOK nie będzie żadnych anarchosyndykalistów i polityki. Zakrzewski głosił ideę ponadpartyjnego, antyfaszystowskiego frontu robotniczego, popularyzując ją w 1937 r. na łamach dziennika „Głos Powszechny”, w którym był zastępcą redaktora naczelnego. W praktyce sprowadzała się ona do współpracy z innymi lewicowymi dysydentami z obozu piłsudczykowskiego – Zakrzewski np. wziął udział w zebraniu założycielskim pierwszego Klubu Demokratycznego w Warszawie.
***
Ku opozycji pchał Zakrzewskiego i syndykalistów sprzeciw wobec totalitaryzmu, który prężność mas łamie żelazną ręką partyjnej dyktatury. Lewica „Naprawy” domagała się demokratyzacji systemu politycznego, potępiała policyjne metody. Był to jednak demokratyzm nietypowy, bo antyliberalny – Zakrzewski stawiał wręcz tezę o rozłączności i przeciwstawności demokracji i liberalizmu. Krytykował fałszywy indywidualizm, partyjnictwo i przerosty parlamentaryzmu.
Alternatywą zarówno dla parlamentaryzmu, jak i dyktatury miała być zakorzeniona w myśli syndykalistycznej koncepcja organicznej demokracji pracy. Zakrzewski precyzował: Liberalnej koncepcji czysto mechanicznego związku między bezlikiem absolutnie suwerennych jednostek-wyborców a Państwem przeciwstawiamy plan organicznego łączenia czynników gospodarczo-identycznych, realizujących jedność świata pracy w formie pozapartyjnej. Przekonywał, że państwo stałoby się w ten sposób organizacją samorządu ludności, jako społeczeństwa wytwórców. Wpływ na władzę miały mieć zapewnione wszystkie żywe siły narodu, co de facto oznaczałoby posiadanie praw politycznych jedynie przez producentów. Zakrzewski podkreślał, że państwo techniczne jest organem republiki wytwórców, w której nie ma miejsca dla pasożytów ani ludzi nieprzydatnych. W praktyce jednak jego projekt był mniej radykalny i ograniczał się do postulatu udziału związków zawodowych w organizacji władz państwowych. Zwieńczeniem opartego na związkach samorządu gospodarczego miała stać się Naczelna Izba Gospodarcza (czy też Izba Zawodów). Struktura państwa byłaby oparta na dualizmie obywatelsko-producenckim, który wyrażałby współistnienie zgromadzenia parlamentarnego i zgromadzenia syndykalnego.
Drugim filarem nowego ustroju miało być ustanowienie silnego rządu demokracji, opartego na bezpośrednio (plebiscytarnie) wyrażonej woli mas ludowych. Egzekutywa miała spoczywać w rękach prezydenta. W projekcie Zakrzewskiego prezydent wybierany byłby na siedmioletnią kadencję przez ogół obywateli spośród trzech kandydatów (jednego zgłaszanego przez ustępującego prezydenta i dwóch wyłanianych przez parlament). Głowa państwa miała być najwyższym i nadrzędnym wobec innych organem władzy państwowej, w jej gestii byłoby mianowanie i odwoływanie rządu.
Łączył się z tą wizją ustroju specyficzny militaryzm, nie ograniczający się do uznania prymatu armii, ale zakładający przetworzenie Polski w jeden obóz żołniersko-robotniczy, zorganizowany dla walki i pracy. Zakrzewski głosił: Naród pracujący jest jednolity, jak armia walcząca. Praca stanowi dlań zasadę jednoczącą, podobnie jak wojna dla armii. Oznajmiając braterstwo cnót żołnierskich i rewolucyjnych, pacyfizm postrzegał jako ideologię plutokracji.
Jak widzimy, model proponowany przez Zakrzewskiego niewiele miał wspólnego z anarchosyndykalistyczną utopią. Jak wspominał „naprawiacz” Tadeusz W. Nowacki: Anarchistyczne i antypaństwowe wątki syndykalizmu były nie do akceptacji w Zecie, który całą działalność kierował na uzyskanie niepodległości i budowę suwerennego państwa.
***
Nacjonalizm, syndykalizm, „demokracja antyliberalna”… Wszystko to mogło rodzić skojarzenia z faszyzmem. Nieprzypadkowo Zakrzewski w latach 20. utrzymywał kontakty z faszystowskim Zespołem Stu, który starał się zainteresować syndykalizmem. Rzeczywiście, początkowo syndykaliści przyglądali się z ciekawością eksperymentowi faszystowskiemu. Zakrzewski uważał, że syndykalizm faszystowski rozwija się całkiem pomyślnie, a w przeciwieństwie do ZSRR państwo faszystów dalekie jednak jest od skostnienia. W 1929 r. bronił włoskiego faszyzmu przed krytyką, jako niezupełnie sprawiedliwą, uważając, że twórcza, rewolucyjna energia ruchu włoskiego jest jeszcze daleka od wyczerpania. Faszyzm nie był traktowany jako antyteza syndykalizmu, ale jako krok we właściwym kierunku, jako forma przejściowa ku nowemu ustrojowi, forma bliższa ideałowi niż bolszewizm czy socjaldemokracja. Zakrzewski zwracał uwagę na to, że pod względem społecznym faszyzm nie idzie dalej, ale też nie pozostaje w tyle za socjaldemokracją, natomiast pod względem politycznym jest bardziej bezkompromisowy […] w stosunku do państwa mieszczańskiego, co pochwalał. Faszyzm – tak samo jak bolszewizm i… „rewolucja majowa” piłsudczyków – miał być przejawem rewolucji antyliberalnej, wyrażającej z jednej strony dążenie słabszych narodów do zdobycia niezawisłości od […] światowego imperializmu gospodarczego, z drugiej zaś – historyczną konieczność ustanowienia państwa omnipotentnego.
Nigdy nie była to jednak bezkrytyczna fascynacja, dostrzegano bowiem także wady. Krytyka pod adresem faszyzmu szła w dwóch kierunkach – przeciw jego reformizmowi oraz totalitaryzmowi. Zakrzewski zarzucał Mussoliniemu, że odrestaurował kapitalizm; negował w ogóle faszystowski korporacjonizm: uważamy przymusowe małżeństwo między kapitałem a pracą za najgorsze i nietrwałe rozwiązanie kwestii społecznej. Nie podobała mu się nie tylko reformistyczna treść, ale także totalitarna forma, tzn. upaństwowienie związków zawodowych. W „Przełomie” pisał, że faszystowski system korporacyjny jest reakcyjną karykaturą ustroju syndykalistycznego, w znacznej zaś mierze jego antytezą, że faszyzm wypaczył syndykalną koncepcję parlamentu przez zapewnienie decydującego wpływu kierownictwu partii. Zakrzewski wypowiadał się przeciw gwałtownej, brutalnej i rewolucyjnej metodzie faszyzmu oraz krucjacie antybolszewickiej Mussoliniego. Konkluzja była zdecydowana: będąc Polakami, nie możemy być faszystami.
Jak wytłumaczyć te sprzeczności? W tym przypadku u ich podłoża nie leżało niezrozumienie faszyzmu, tak częste w przypadku innych grup, ale jego oryginalna teoria, wypracowana przez Zakrzewskiego. Opierając się na koncepcji imperializmu sformułowanej przez Hilferdinga, wyszedł Zakrzewski od miejsca Italii w międzynarodowym podziale pracy, klasyfikując Włochów jako naród proletariacki. W tym ujęciu rewolucja faszystowska miała być koalicją burżuazji narodowej i proletariatu przeciw zależności Włoch od zachodniej plutokracji. Z tego heterogenicznego składu wynikać miała dwoistość faszyzmu: skrzydło robotniczo-syndykalistyczne traktuje ustrój korporacyjny jako pierwszy etap organizacji syndykalnego państwa pracy, podczas gdy skrzydło burżuazyjno-nacjonalistyczne widzi w nim tylko sposób do całkowitego zduszenia niezależnego ruchu robotniczego. Zakrzewski deklaruje się tu jako sympatyk lewego skrzydła faszyzmu. Faszyzm nie spełnił jednak swego zadania, gdyż – podobnie jak komunizm – nie ustanowił rządu wytwórców, tylko nową elitę polityczną.
Jak zauważyła Barbara Stoczewska, dopiero […] na początku lat trzydziestych […] syndykaliści zdecydowanie odwrócili się od faszyzmu. W 1934 r. patriotyczni syndykaliści rozliczyli się z faszyzmem piórem Zakrzewskiego, który pisał wtedy już bez złudzeń: Żywioły konserwatywne, zagrożone przez rewolucję komunistyczną, odstąpiły bez poważnego oporu władzę ruchowi syndykalistyczno-kombatanckiemu o niezupełnie jeszcze skonkretyzowanym obliczu […]. W ten sposób burżuazja zapewniła sobie możliwość dalszego istnienia we Włoszech, utrzymania przeciwko proletariatowi swej przewagi gospodarczej i zachowania wpływów politycznych. Zakrzewski był szczerym demokratą, który chciał tylko zmiany formy demokracji, a nie zanegowania samej jej zasady, dlatego faszyzm odrzucił. W miarę upływu czasu jego opozycja wobec faszyzmu zaostrzała się.
***
Faszystowskie zagrożenie zmaterializowało się we wrześniu 1939 r. Syndykaliści wierni swym ideałom stanęli z bronią w ręku przeciw okupantowi. Już 9 października 1939 r. w warszawskim mieszkaniu Zakrzewskiego odbyło się zebranie Centralizacji Związku Patriotycznego (lewicy) z udziałem Szwedowskiego i Szuriga. Po rozmowie z Moraczewskim, który nie zdecydował się przystąpić do konspiracji, 21 października utworzono Związek Syndykalistów Polskich, początkowo występujący pod kryptonimem Związku Wolność i Lud.
Nową organizację cechował ogromny dynamizm. Wydawano konspiracyjnie liczne pisma, z tygodnikiem „Akcja” na czele. Stworzono Oddziały Sabotażowo-Dywersyjne, z których w szeregi ZWZ przekazano co najmniej 1200 bojowców. Siecią organizacyjną objęto nie tylko Warszawę z okolicami, ale też Kielecczyznę, Lubelszczyznę i Rzeszowszczyznę. ZSP ściśle współpracował ze Służbą Zwycięstwa Polski (później Związkiem Walki Zbrojnej) – sam Zakrzewski był szefem referatu wewnętrzno-politycznego Biura Informacji i Propagandy ZWZ.
Aktywność syndykalistów nie mogła ujść uwadze Gestapo. 12 stycznia 1941 r. Zakrzewski został aresztowany przez okupanta. 7 marca z wyroku Polski Podziemnej ginie znany aktor filmowy, agent Abwehry, volksdeutsch Igo Sym. Cztery dni później Niemcy mordują w odwecie 17 Polaków więzionych na Pawiaku. Wśród rozstrzelanych w lesie w Palmirach jest Kazimierz Zakrzewski.
Tak zginął człowiek, którego przyjaciele wspominali: Jeżeli chodzi o ideę, w którą wierzy, jest nieustępliwy i twardy, choć w życiu osobistym i stosunkach koleżeńskich jest wrażliwy, delikatny i uczuciowy…
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | czwartek 31 października 2013 | Jesień 2013
Zygmunt Zaremba był postacią wyłamującą się z wszelkich schematów – enfant terrible naszego środowiska, jak sam o sobie pisał. Jego niekończące się boje na przemian z komunistyczną lewicą i z burżuazyjną czy oportunistyczną prawicą mogły sprawiać wrażenie chaotycznych. W rzeczywistości był to pryncypialny indywidualista, który konsekwentnie zachowywał niezmienne stanowisko w zmieniającej się sytuacji. Zaremba był lewicowym socjalistą, wiernym rewolucyjnej tradycji marksizmu i zasadom ludowładztwa.
***
Urodził się 28 kwietnia 1895 r. w Piotrkowie. Pochodził – co dość typowe dla tej generacji działaczy ruchu robotniczego, od Waryńskiego do Piłsudskiego – z rodziny ziemiańskiej o patriotycznych tradycjach. Pierwszy kontakt z piotrkowskimi socjalistami nawiązał jeszcze w szkole. Jako dziesięciolatek wziął udział w strajku szkolnym w 1905 r., rok później wstąpił do Związku Młodzieży Postępowo-Niepodległościowej, pozostającego pod wpływami Polskiej Partii Socjalistycznej. Młodociany radykał nie ukrywał swego wolnomyślicielskiego stanowiska, co poskutkowało oceną niedostateczną z religii i w rezultacie usunięciem go ze szkoły. Jak jednak wspominał sam Zaremba: Bardziej odpowiadało mi przyjęcie od Chrystusa szlachetnych i pięknych elementów jego nauki, co w życiu współczesnym reprezentował dla mnie socjalizm. Nie doszedłem więc do zasadniczego negowania religii, ale związane z nią obrządki stały się dla mnie obce.
W 1912 r. został członkiem Zarządu Warszawskiego ZMPN, a niebawem wstąpił do PPS – Frakcji Rewolucyjnej. W szeregach tej partii nie zagrzał jednak miejsca – szybko wszedł w konflikt z Piłsudskim, co skierowało go w stronę PPS – Opozycji. Była to grupa niepodległościowych socjalistów pod wodzą Feliksa Perla, krytykująca Frakcję za odchodzenie od socjalistycznych pryncypiów. Za tę działalność został aresztowany w 1914 r., ale wkrótce zwolniono go z braku dowodów – oskarżający prowokator zginął w zamachu. Pierwsza wojna światowa rzuciła Zarembę w głąb Rosji, do Charkowa, gdzie w 1915 r. sformalizował swój trzyletni już związek z Natalią Lipszycową. Pozostał aktywnym działaczem PPS – Opozycji, a po rewolucji lutowej współtworzył charkowskie Zjednoczenie Socjalistów Polskich. Miała to być jednolita organizacja skupiająca wszystkie polskie grupy socjalistyczne, uznająca rewolucję proletariacką za gwarancję niepodległości Polski.
Można powiedzieć, że już wtedy ukształtował się zasadniczy zrąb poglądów Zaremby. Uważał za najważniejsze zadanie socjalistów polskich – niepodległy byt narodowy, gdyż bez niepodległości nie jest możliwe wyzwolenie społeczne. Jak pisał: Gdy naród jest w niewoli politycznej na karku klasy robotniczej, oprócz własnego pasożyta burżuazji, […] rząd zaborczy siedzi. […] [dlatego] pierwszym zadaniem robotnika polskiego, pierwszym krokiem do socjalizmu musi być niepodległość. Podkreślał przy tym, że celem musi być pełna niepodległość Polski, a nie federalizm w ramach Austro-Węgier czy Rosji. Zarazem daleki był od zamykania sprawy socjalizmu w ramach narodowych – głosił konieczność triumfu socjalizmu w całej Europie. Z tym wiązał się – rzadki w szeregach PPS – postulat współpracy z rosyjskim ruchem rewolucyjnym. Zaremba poparł rewolucję październikową, widząc w niej początek nowej epoki. Choć krytykował rozwiązanie parlamentu przez bolszewików, to uważał, że obalenie […] władzy Rad Delegatów Robotniczych, Żołnierskich i Chłopskich – będzie obaleniem klasy robotniczej; dlatego opozycję mieńszewików określił jako zbrodnię wobec ruchu robotniczego.
Stanowisko takie sprawiło, że został pełnomocnikiem bolszewickiego Komisariatu do Spraw Polskich w Charkowie. Rewolucyjna polaryzacja doprowadziła jednak do rozpadu ZSP. Wobec fiaska tego „jednolitofrontowego” projektu Zaremba wstąpił do PPS i jesienią 1917 r. został wybrany w skład Centralnego Komitetu Wykonawczego w Rosji.
***
W 1918 r. wrócił do Polski i zamieszkał w Warszawie. Z marszu rzucił się w wir działalności politycznej, rychło wysuwając się na czoło partii. Uczestniczył w przejęciu przez PPS drukarni „gadzinowej” (tj. wydawanej przez niemieckie władze okupacyjne) „Gazety Polskiej”, na bazie której powstała partyjna poligrafia. W listopadzie 1918 r. wybrano go do CKW partii. W 1922 r. jako kandydat PPS został najmłodszym posłem w Sejmie, gdzie pozostawał do 1935 r. Należał do czołowych publicystów socjalistycznych, działał w ruchu spółdzielczym i związkowym. Przy tym wszystkim znajdował czas na czynny udział w dzielnicowej organizacji PPS w swym miejscu zamieszkania. Niepospolicie zdolny, inteligencja żywa, energiczny, dzielne pióro, mówca efektowny – tak oceniali go towarzysze.
W ruchu socjalistycznym reprezentował lewe skrzydło. Początkowo charakteryzowały go skłonności probolszewickie – pozostawał zwolennikiem współpracy z komunistami i obrony Sowietów, jako gwaranta postępu, polemizując w tej kwestii z A. Szczypiorskim. Nie odszedł jednak z PPS wraz z grupami Czeszejko-Sochackiego i Żarskiego, które przyłączyły się do partii komunistycznej. Charakterystyczne było jego stanowisko w czasie wojny 1920 r. Z jednej strony krytykował ekspansję na wschodzie, uważając, że Piłsudski realizuje interesy ziemiaństwa, i sprzeciwiał się udziałowi PPS w koalicyjnym „rządzie obrony narodowej”. Z drugiej współorganizował oddziały robotnicze do walki z najazdem bolszewickim i chciał niepodległej Ukrainy, bo bezpośrednie graniczenie z Rosją to wielkie niebezpieczeństwo dla naszej niepodległości. Sprzeczność? Niekoniecznie – Zaremba domagał się w tym czasie zwołania ogólnopolskiego zjazdu rad, który ustanowiłby niepodległą Polskę socjalistyczną.
Niewątpliwie barierą odcinającą go od komunizmu była kwestia niepodległości. Broniąc państwa narodowego, pisał: I nie chodzi tu bynajmniej, przez kogo to państwo jest rządzone […] – chodzi tu o samą treść państwa, […] o jego terytorium i naród. Państwo, które ma się stać terenem zwycięskiej rewolucji socjalnej […] musi być państwem jednolitym.
Ale krystalizując swe poglądy w sprawach ustrojowych, Zaremba dostrzegał też inne różnice – twierdził, za programem partii, że ustrój socjalistyczny nie może być urzeczywistniony wbrew większości społeczeństwa, musi tedy opierać się na zasadach demokratycznych, dodając, że akceptowalna jest tylko dyktatura większości społeczeństwa. Uważając, że w Polsce brak jest warunków dla rewolucji proletariackiej, sformułował postulat rządu robotniczo-chłopskiego: Istnienie […] silnego włościaństwa stwarza konieczność podziału władzy między proletariatem a włościaństwem. Formą tego „ludowładztwa” miały być Rady Delegatów Robotniczych i Chłopskich, uzupełnione o przedstawicieli inteligencji. Rady obdarzone inicjatywą ustawodawczą, uprawnieniami kontrolnymi i prawem weta miały stanowić uzupełnienie Sejmu. Takie stanowisko odróżniało Zarembę zarówno od komunistów z ich hasłem „Cała władza w ręce Rad!”, jak i od reformistycznej większości PPS, ograniczającej się do parlamentaryzmu.
U zarania niepodległości ukształtował też Zaremba zasadnicze założenia swej wizji ustroju społeczno-gospodarczego. Głosząc konieczność dopełnienia demokracji politycznej przez demokrację w zarządzie życiem przemysłowym, rzucił hasło: upaństwowić i uspołecznić zarazem zakłady pracy. W praktyce polegać miało to na zarządzaniu przemysłem przez komitety fabryczne – w ten sposób Zaremba nie tylko chciał ugruntować socjalizm, ale też zmienić psychikę robotnika-najemnika na psychikę robotnika-twórcy.
Poglądy te sytuowały Zarembę w kręgu oddziaływania tzw. austromarksizmu – kierunku w ruchu robotniczym pośredniego między komunizmem i socjaldemokracją, ukonstytuowanego w latach 1921–1923 w Międzynarodową Wspólnotę Pracy Partii Socjalistycznych (tzw. międzynarodówka wiedeńska albo Międzynarodówka II i 1/2). Z tych pozycji Zaremba występował (np. na XIX kongresie PPS w 1924 r.) przeciw udziałowi w rządach koalicyjnych i jednostronnemu parlamentaryzmowi, opowiadając się za współpracą z piłsudczykami (frakcja piłsudczykowska stanowiła wówczas w PPS radykalne, lewe skrzydło partii). Wywołało to konflikt Zaremby z jego dotychczasowym mentorem Perlem, który oświadczył, że opozycjoniści są malkontentami, którzy ułatwiają działalność komunistom. Konflikt zakończył się porażką Zaremby, popartego przez zaledwie 43 delegatów. Mimo to na XX kongresie partii w 1926 r. Zaremba został wybrany do Rady Naczelnej i CKW.
***
Uznanie dla radykalizmu piłsudczyków łączył Zaremba z nieprzejednaną wrogością wobec endecji, którą postrzegał jako ucieleśnienie zarówno społecznej reakcji, jak i narodowej ugody. Nic dziwnego, że w maju 1926 r. Zaremba poparł wraz z całą lewicą, komunistów nie wyłączając, przewrót Piłsudskiego (ba, jeszcze w 1962 r. bronił go, przypominając o zagrożeniu przez faszyzm endecko-witosowy). Szybciej jednak niż inni socjaliści przeszedł do krytyki nieodpowiedzialnych przed nikim klik militarno-biurokratycznych. Już w lipcu stwierdzał zdecydowany wpływ na rząd [Kazimierza Bartla] sfer kapitalistycznych i obszarniczych, a w grudniu 1926 r. na forum Rady Naczelnej PPS domagał się zaostrzenia kursu opozycyjnego. Rządy sanacji ocenił jako skrajną interwencję na rzecz utrzymania starego porządku, mówił o faszyzacji Polski.
Antysanacyjny kurs wymuszał przegrupowanie w ruchu socjalistycznym. Zaremba z jednej strony zaangażował się w walkę przeciw socjalistom-piłsudczykom, którzy w 1928 r. wyodrębnili się w PPS – dawną Frakcję Rewolucyjną, a z drugiej w rozmowy z „austromarksistowską” Niezależną Socjalistyczną Partią Pracy Bolesława Drobnera, która w tymże 1928 r. przyłączyła się do PPS. W tym okresie pozycja Zaremby w PPS umocniła się: nie tylko znów został wybrany do CKW na XXI kongresie, ale przejął też kierowanie polityką wydawniczą partii, zyskując sobie przydomek czerwonego Hearsta (od nazwiska amerykańskiego magnata prasowego). Akces drobnerowców zmienił układ sił w PPS. Zaremba, do tej pory plasujący się na pozycji lewoskrzydłowej, teraz znalazł się w centrum, moderując sprzeczne tendencje partyjnej prawicy (Zygmunt Żuławski, Adam Ciołkosz) i nowej lewicy (Drobner, Stanisław Dubois). Wbrew partyjnej prawicy uważał przejęcie władzy przez proletariat za cel bezpośredni PPS, ale zarazem – inaczej niż lewica – nie uważał tego za cel jedyny, podnosił rolę postulatów częściowych. Odrzucał zarówno komunistyczną formułę dyktatury proletariatu, jak i reformizm, który dla form demokratycznych gotowy byłby poświęcić treść społeczną nadchodzącego przewrotu.
Takie stanowisko znajdowało swe odzwierciedlenie w koncepcji sojuszów – tu również Zaremba reprezentował poglądy odmienne zarówno od prawego, jak i lewego skrzydła. Nie chciał ograniczania się do metod parlamentarnych, warunkującego sojusz z partiami centrowymi. Na XXII kongresie w 1931 r. wystąpił przeciw kompromisowi z najrozmaitszymi żywiołami na platformie politycznej demokracji, krytykując z radykalnych pozycji Centrolew. Chciał sojuszu z chłopami – ale nie z partiami chłopskimi. Bliżsi byli mu lewicowi piłsudczycy z Klubów Demokratycznych.
Sceptyczny pozostawał też wobec zbliżenia z komunistami (choć osobiście przyjaźnił się np. z Jerzym Borejszą). O ile początkowo skłonny był popierać tzw. pakt o nieagresji PPS i KPP, to po procesach moskiewskich 1936–1937, masakrujących starą gwardię bolszewicką, zmienił zdanie i uznał PPS za jedyną siłę polskiej klasy robotniczej. Konsekwentnie jednak domagał się legalizacji KPP – pisał: Demokracja polska musi czerpać swą siłę […] nie z zakazów i ograniczeń wolności, lecz z poczucia swej głębokiej słuszności […] skazywać, znosić, delegalizować wolno tylko na podstawie dokonanych czynów, a nie wyznawanych przekonań. W tym okresie Zaremba zrewidował swój stosunek do ZSRR – uznał, że próba budownictwa socjalistycznego w zacofanym kraju w warunkach izolacji doprowadziła do degeneracji systemu. W 1934 r. biurokratyczna nowa klasa rządząca pod wodzą Stalina przejęła ostatecznie władzę, ustanawiając państwo dyktatury nowej biurokracji. Odmawiał ustrojowi radzieckiemu miana socjalizmu, określając go jako amalgamat upaństwowionej gospodarki i despotyzmu barbarzyńskiego nowej rządzącej kasty. Tym niemniej państwowy kapitalizm ZSRR traktował jako ustrój przejściowy do socjalizmu.
Systemowi sowieckiemu przeciwstawiał własną wizję socjalizmu, doprecyzowując wcześniejsze założenia. Uważając biurokratyczną skostniałość za główne zagrożenie dla socjalizmu, podtrzymywał nacisk na robotnicze współzarządzanie w przemyśle; pisał, że wewnętrzne życie przedsiębiorstwa państwowego musi się opierać o zasady słusznej płacy i demokratycznego zarządu z udziałem przedstawicieli związków zawodowych i organizacji konsumenckich. W polemice z komunistami podkreślał, że – w odróżnieniu od ZSRR – w procesie budowania socjalizmu w Polsce należy dążyć do szybkiego podniesienia stopy życiowej mas pracujących. To prowadziło do pewnych przewartościowań. W handlu podstawą nowego aparatu wymiany miała być spółdzielczość, ale dostrzeżemy tu nowy wątek – Zaremba zaznaczał: nie będziemy […] niszczyli nawet […] wyzyskującego ludność aparatu prywatnego pośrednictwa […], póki nie zbudujemy spółdzielczej organizacji o dostatecznej sile i sprawności. Kolejnym novum było uznanie trwałej roli drobnej własności w rzemiośle. To samo dotyczyło rolnictwa: tu nie przewidywano nacjonalizacji ziemi, lecz reformę rolną i rozwój dobrowolnej spółdzielczości wiejskiej, współistniejącej z gospodarstwami rodzinnymi.
Różnił się również od sowieckiego model ustroju politycznego. Zaremba wypracował odmienną od komunistycznej formułę dyktatury proletariatu. Pisał, że komunistycznemu hasłu dyktatury proletariatu przeciwstawił […] program PPS hasło rządów socjalistycznych, […] zdolnych do odparcia ataków reakcji, ale podległych kontroli mas i od tych mas zależnych. Podkreślał konieczność kontroli mas ludowych nad rządem robotniczo-chłopskim, jako że – jak wyznał – obawiam się zarówno biurokracji sanacyjnej, jak i swojej własnej. Służyć miały temu szerokie gwarancje praw obywatelskich, rozwój samorządności, przekazanie funkcji policyjnych samorządom, utworzenie armii typu milicyjnego. Zapowiadał: Skończy się biurokratyczne pasożytnictwo w instytucjach państwowych.
Ostrość konfliktów narodowościowych w latach 30. wymusiła na Zarembie podjęcie problemu mniejszości narodowych, a zwłaszcza żydowskiej. Działacz PPS ostro wystąpił przeciw antysemityzmowi, nie demonizował go jednak jako wcielenia metafizycznego zła, lecz poddawał marksistowskiej analizie. Pisał, że antysemityzm eksploatuje budzące się i nieświadome odruchy uczuciowe wywołane przez stosunki społeczne. Personifikuje źródło krzywdy w najbardziej powierzchownej, lecz bliskiej wyobraźni formie: Żyda konkurenta dla drobnomieszczanina, Żyda fabrykanta lub bankiera dla robotnika. Charakterystyczna była jego polemika z Janem Maurycym Borskim – ten publicysta PPS (notabene żydowskiego pochodzenia) w broszurze „Sprawa żydowska a socjalizm” przyjął punkt widzenia syjonistów: Żydzi stanowią osobny naród, który nie czuje związku z Polską, więc najlepszym rozwiązaniem będzie emigracja do Palestyny. Zaremba stanął na stanowisku wypracowanym przez sojuszniczy Bund, domagając się autonomii narodowo-kulturalnej dla Żydów w Polsce. Uzasadniał: Miarę dla Żydów i Arabów mam jednakową. Występuję przeciwko zmuszaniu Żydów do emigracji z Polski i nie mogę pogodzić się z tym, że Arabów wolno wypędzać z ich siedzib.
U schyłku lat 30. na intensyfikacji uległo zagrożenie ze strony hitlerowskich Niemiec – zagrożenie podwójne, bo zarówno dla bytu narodowego Polski, jak i dla socjalistycznego programu politycznego. W tych warunkach Zaremba złagodził swe opozycyjne stanowisko, licząc na ustępstwa ze strony sanacji; w 1939 r. opowiedział się za utworzeniem rządu obrony narodowej. Podkreślał jednak: dajemy […] przede wszystkim wyraz […] nieugiętej walki z każdą próbą targnięcia się na naszą niepodległość. Ale wraz z tym twierdzimy […], że nasze postulaty wewnętrznej przebudowy państwa to jedyna droga do jego rozwoju i zdobycia jak największej potęgi. Braterskie współżycie wszystkich narodowości […] zniesienie wyzysku kapitalistycznego.
***
Gdy Rzesza zaatakowała Polskę, Zaremba znów stanął w pierwszym szeregu aktywistów. Już 1 września 1939 r. współtworzył Robotniczy Komitet Pomocy Społecznej (potem Komitet Obywatelski Obrony Warszawy), a 5 września – przezwyciężając opór defetystycznie nastawionych wojskowych – przeforsował utworzenie Ochotniczej Robotniczej Brygady Obrony Warszawy. Po kapitulacji to od niego wyszła propozycja reorganizacji ruchu socjalistycznego: działalność PPS została zawieszona, a na jej miejsce w październiku powstał Ruch Mas Pracujących Miast i Wsi „Wolność – Równość – Niepodległość”. WRN budowany był na fundamencie partyjnego centrum, bez udziału radykalnych lewicowców i zwolenników Żuławskiego.
W socjalistycznym podziemiu Zaremba działał pod pseudonimem „Marcin”, posługując się również nazwiskami Czajkowski i Smreczyński. Zajmował się konspiracyjnymi wydawnictwami, reprezentował też WRN w namiastce podziemnego parlamentu – Głównej Radzie Politycznej. Najważniejszą rolę odegrał wszakże jako ideolog ruchu, pisząc wspólnie z ludowcem Stanisławem Miłkowskim i demokratą T. Wojeńskim „Program Polski Ludowej”, a w 1944 r. publikując rozprawę „Demokracja społeczna. Próba wizji okresu przejściowego”.
Zaremba wychodzi tu od analizy współczesnych stosunków społecznych. Stwierdza, że kapitalizm znajduje się w fazie schyłkowej, przekształcając się w menedżerski superkapitalizm – kartel karteli kapitalistycznych. Towarzyszyć miał temu kryzys demokracji burżuazyjnej, którego przejawem stał się faszyzm jako antydemokratyczna odpowiedź klas posiadających na zagrożenie ze strony mas ludowych. Faszyzm wszakże, pełniąc początkowo funkcję gwardii pretoriańskiej kapitalizmu, później uniezależnił się, co doprowadziło do kulminacji sprzeczności.
Zdaniem Zaremby kapitalizm wyczerpał już wszystkie możliwości, dlatego jedyną alternatywą dla świata pozostaje socjalizm. Podtrzymywał swój projekt gospodarki uspołecznionej, w której nacjonalizacji lub komunalizacji podlegałyby wszystkie zakłady zatrudniające ponad 50 pracowników; wciąż akcentował rolę samorządu pracowniczego (zwieńczonego Państwową Radą Planu Gospodarczego), pisząc, że bez ich [pracowników – J.T.] udziału w kierownictwie przedsiębiorstwa – nie do pomyślenia jest stworzenie społeczeństwa wolnych ludzi pracy. Zarazem – zapewne to ustępstwo na rzecz ludowców – wyraźniej zaznaczał, że podstawą ustroju rolnego będzie samodzielny warsztat rolniczy obrabiany rękami osiadłej na nim rodziny.
Pewnej modyfikacji (choć głównie w zakresie frazeologii) uległa wizja ustroju politycznego. Demokracja społeczna definiowana była już nie jako rząd robotniczo-chłopski, ale jako rządy większości, którym mniejszość musi się podporządkować, korzystając jednocześnie z praw kontroli i krytyki. Podkreślał, że wolność jednostki zapewniona będzie przez stałą kontrolę społeczną nad aparatem państwa, ta zaś – przez rozwój samorządności i system wielopartyjny.
Wyraźnemu zaostrzeniu uległ w tym okresie antykomunizm Zaremby. Oto komunizm bez maski! – pisał o pakcie Ribbentrop-Mołotow. Wykazał on nie przeciwieństwo, lecz pobratymstwo z faszyzmem – pokrewieństwo totalistycznego podkładu ideowego. W ZSRR uległa zaprzeczeniu kwestia najważniejsza, a mianowicie sam człowiek. Jego życie, jego zdrowie, jego wolność. W 1941 r. wraz z Pużakiem i Arciszewskim skierował list do socjalistów w Londynie, krytykujący układ Sikorski-Majski i postulujący stanowcze […] zwalczanie […] prądów sowietofilskich. Trzy lata później opowiedział się za wybuchem powstania w Warszawie (co wywołało sprzeciw Pużaka), a w czasie walk redagował „Robotnika”. Dla Zaremby antyfaszystowskie powstanie zbrojne było przejawem wierności imponderabiliom – zasadom Niepodległości i demokratycznego Socjalizmu. W odezwie z 3 października 1944 r. zapowiadał, że powstańcy, którzy dziś walczą o Polskę całą i niepodległą, jutro urzeczywistnią wielki program przebudowy społecznej i wolności obywatelskiej. W tym duchu napisał „Powstanie sierpniowe” – ujętą z lewicowego punktu widzenia relację z powstania warszawskiego, porównującą je do Komuny Paryskiej.
Po kapitulacji powstania Rada Jedności Narodowej (dawna Główna Rada Polityczna) wydelegowała Zarembę do Londynu, nie zdołał jednak tam wyjechać. Zamiast tego pod komunistycznym reżimem rozpoczął odbudowę konspiracyjnych struktur PPS-WRN, wydając w Krakowie biuletyn „AS”. Początkowo bierze pod uwagę, by zachowując krytyczne stanowisko, szukać sposobów włączenia się w nowy układ stosunków, dlatego utrzymuje kontakty z Józefem Cyrankiewiczem z prokomunistycznej „lubelskiej” PPS. 1 lipca 1945 r. na forum RJN oświadczył, nawiązując do powołania Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, że okres państwa podziemnego kończy się z chwilą utworzenia w kraju rządu, który zyskuje uznanie sprzymierzonych. Gdy jednak konspiracyjna PPS-WRN zdecydowała o samorozwiązaniu i wstępowaniu w szeregi PPS „lubelskiej” – Zaremba wraz z Pużakiem pozostał w opozycji.
***
Jesienią 1946 r. wyjechał do Francji, rozpoczynając ostatni, emigracyjny etap swego życia. Od 1947 r. wydaje socjalistyczny periodyk „Światło” i publikuje w nim, opracowuje program zjazdu PPS w Pont-a-Lesse. Na zjeździe polskich socjalistów w Ardenach w maju 1948 r. został wybrany przewodniczącym Rady Partyjnej, podczas gdy Ciołkosz stanął na czele Centralnego Komitetu Zagranicznego. Jako reprezentant PPS wiosną 1947 r. współtworzył Międzynarodowe Biuro Socjalistyczne, w 1949 r. przekształcone w Unię Socjalistyczną Krajów Europy Środkowo-Wschodniej, a od 1951 r. afiliowane przy Międzynarodówce Socjalistycznej. Od 1950 r. uczestniczył w pracach Committee of International Socialist Conference, w 1951 r. wziął udział w kongresie Międzynarodówki Socjalistycznej we Frankfurcie.
Aktywnie uczestniczy w życiu polskiego wychodźstwa. W 1947 r. poparł przejście PPS do opozycji wobec rządu Bora-Komorowskiego – z inicjatywy socjalistów powstał blok lewicy – Porozumienie Polskich Stronnictw Demokratycznych – z udziałem ludowców, Polskiego Stronnictwa Demokratycznego, Stronnictwa Pracy i postpiłsudczykowskiej grupy Niepodległość i Demokracja. Kilka lat później zmienił zdanie i zaangażował się w tworzenie Tymczasowej Rady Jedności Narodowej, opartej na kompromisie ze Stronnictwem Narodowym, choć nietrudno zauważyć, że wspólnym mianownikiem tego porozumienia był opór wobec mafii sanacyjnej.
Komunistyczne rządy wyostrzyły sprzeciw Zaremby wobec sowieckiego modelu socjalizmu. Uważał, że przeprowadzane w kraju reformy idą zbyt daleko; krytykował hipertrofię sektora państwowego i biurokracji, sposób przeprowadzania nacjonalizacji (likwidacja małych firm) i reformy rolnej, forsowną industrializację i kolektywizację rolnictwa, wreszcie – last but not least – uzależnienie od ZSRR. Postulował oparcie produkcji rolnej na […] samodzielnych gospodarstwach chłopskich zrzeszonych na zasadach dobrowolnej i demokratycznej spółdzielczości kredytowej. […] Zachowując w ręku państwa główne dźwignie życia gospodarczego i oddając środki produkcji pod bezpośredni zarząd i kontrolę producentów i konsumentów, gospodarka socjalistyczna winna zostawić swobodę drobnym producentom i rzemieślnikom […], aby mogli […] wypełnić luki w gospodarce państwowej. Z tego powodu domagał się prowadzenia nieustępliwej walki z imperializmem sowieckim i jego agenturami w imię odzyskania niepodległości, krytykując zachodnią socjaldemokrację za przemilczanie zbrodni sowieckich.
Poglądy Zaremby i tak odbiegały jednak od głównego nurtu polskiej emigracji. Twardo oznajmiał, że nie ma powrotu do czasów przedwrześniowych, występował przeciw walce zbrojnej. Już w 1946 r. gotów był zaakceptować granicę wschodnią, bronił też w imię elementarnych interesów narodowych granicy na Odrze i Nysie. Jesienią 1948 r. – po usunięciu Gomułki – dostrzegł wielonurtowość PPR.
W tym nurcie poszukiwania – jak to ujął Melchior Wańkowicz – trzeciego miejsca mieściła się idea Stanów Zjednoczonych Europy, jako socjaldemokratycznej siły przełamującej dwubiegunowy podział świata na bloki komunistyczny i kapitalistyczny. Warto jednak zwrócić uwagę, że federalizm Zaremby miał charakter nie tyle kosmopolityczny, co internacjonalistyczny – podmiotem pozostawały narody, a nie abstrakcyjna społeczność międzynarodowa. Pisał on: Socjalizm Międzynarodowy winien wysunąć ideę całkowitej wolności narodów i ras, pełnego […] ich samookreślenia oraz pełnej ich równości.
***
W miarę upływu lat narastał krytycyzm Zaremby wobec zdominowanego przez nostalgiczną prawicę środowiska emigracyjnego. Jak pisał, emigranci na pozór wybrali wolność, [a] w rzeczywistości wybierali dla siebie możliwość życia w dogodniejszych warunkach. Jego ideowy pryncypializm, wierność swej proletariackiej ideologii nakazywały PPS zajmowanie pozycji odrębnej i samodzielnej oraz stworzenie własnych organów […] o wyraźnie socjalistycznym charakterze. Dlatego coraz krytyczniej oceniał szopkę legalistyczną, domagał się wyraźnego rozgraniczenia elementów wstecznych od lewicowych i zerwania z konformistyczną frazeologią pseudopatriotyczną. Istotną rolę odgrywała postawa Zaremby – jak go określiła Wanda Czapska-Jordan: optymisty z natury – której istotą było nie obrażanie się na historię, lecz tkwienie w prądzie przyszłościowym. Zawsze starał się patrzeć w przyszłość i w niej odnajdywać symptomy zmian na lepsze. Podkreślał: Od roku 1945 nie liczę na wojnę [jako metodę obalenia komunizmu – J.T.], lecz na siły żywotne narodu i naszej klasy robotniczej.
Wydarzenia 1956 r. w kraju – najpierw Poznański Czerwiec, potem Październik – były dla Zaremby dowodem na słuszność tego stanowiska. Pisał, że klasa robotnicza nie tylko żyje, ale potrafi również wznieść się na wyżyny rewolucyjnej manifestacji, natomiast tzw. antykomunistyczne siły, reprezentujące pełną negację zaszłych przemian […] były nieobecne w tym powszechnym poruszeniu serc i umysłów. Uważał, że klasa robotnicza na razie poparła Gomułkę, ale nie przestanie napierać w kierunku gruntownych przeobrażeń całego systemu. Dokonujące się na przełomie 1956 i 1957 r. przemiany uznał za realne (nie kosmetyczne) i pozytywne, ale niewystarczające, dlatego należy popierać […] utrwalenie się tych wyników przewrotu październikowego, które dały większe usamodzielnienie się Polski wobec ZSRR […]. Należy nie ustawać w walce o dalszy rozwój października, a w pierwszym rzędzie o odbudowanie niezależnego ruchu robotniczego. IV zjazd emigracyjnej PPS w 1957 r. dokonał pozytywnej oceny Października, a Zaremba usiłował uzyskać zgodę na rozpowszechnianie „Światła” w kraju.
Październik ‘56 okazał się niewykorzystaną szansą – po latach Zaremba oceniał, że batalia październikowa została przegrana, gdyż Gomułka uległ logice totalitarnej natury partii. Wydarzenia te wyznaczyły jednak nową strategię PPS pod kierunkiem Zaremby. W styczniu 1959 r. Rada Centralna partii w Lens zażądała wyjścia socjalistów z TRJN, w następnym roku doszło do zerwania współpracy z prezydentem Zaleskim. Zwrot ten doprowadził do secesji grupy socjalistów (Adam Pragier, małżeństwo Ciołkoszów) stojących na platformie jedności narodowej na emigracji. Dla Zaremby jedność narodowa była zawsze, jak pisał, oszustwem ideologicznym.
***
Nowa strategia stała się dla Zaremby okazją do pogłębienia i rozwinięcia analizy komunizmu. Uważał ewolucję ruchu i systemu komunistycznego za obiektywną i historycznie zdeterminowaną. Pisał, że nie ma możliwości zawrócenia z tej drogi [demokratyzacji – J.T.], że świat komunistyczny podlega głębokiemu i nieodwracalnemu […] procesowi przemian w kierunku dobrobytu i wolności. Zauważył, że przełom ideologiczny, jaki miał miejsce po śmierci Stalina, był skutkiem przemiany pokoleniowej, która do kierownictwa wprowadziła pragmatyków stawiających na pokojowe współistnienie z Zachodem. Punktem wyjścia była jego teoria nowej klasy rządzącej w państwach komunistycznych (oligarchiczna klasa […] biurokratów partyjnych i państwowych […] czerpiąca liczne przywileje z faktu posiadania nieograniczonej władzy i dysponująca wszystkimi środkami produkcji), którą, jak podkreślał, sformułował wcześniej niż powstała podobnie zwana teoria Milovana Dżilasa. Nowa klasa stopniowo odchodziła od frazeologii klasowo-proletariackiej na rzecz narodowej (co Zaremba krytykował z pozycji lewicowych), a rządzące partie komunistyczne stawały się partiami ogólnonarodowymi. W rezultacie monopartia przeistaczała się z zakonu w mikrospołeczeństwo – odzwierciedlenie realnego społeczeństwa – a sprzeczności klasowe przenoszone były do jej wnętrza.
Szczególnie wyraźnie widać było to, jego zdaniem, w państwach satelickich, gdzie występowało rozdwojenie partii na oddanych Rosji przywódców […] oraz na zwykłe pionki partyjne, żyjące troskami i nadziejami społeczeństwa. Co więcej, Zaremba dostrzegał w tych partiach działaczy, którzy chcą bronić własnej klasy robotniczej i najlepiej pojętych interesów własnego narodu. W ten sposób formowała się opozycja wewnętrzna w partiach komunistycznych, nacechowana dążeniem do uzyskania niezależności wobec Związku Radzieckiego.
Zaremba utożsamiał tę opozycję z tzw. rewizjonistami – nurtem ideowym młodej inteligencji komunistycznej, krytykującym marksistowsko-leninowski dogmatyzm. W jego oczach nie była to garstka intelektualistów, ale żywiołowy oddolny ruch, wyraz klasowych interesów […] proletariatu. Traktował rewizjonistów jako część opozycji demokratycznej działającą wewnątrz partii komunistycznej, a nawet jako opozycję socjalistyczną w obozie komunistycznym – zalą?ek żek nowego odrodzenia socjalizmu w naszych krajach. Krytykował co prawda rewizjonizm za niekonsekwencję (przede wszystkim za uznawanie systemu monopartyjnego), ale w oczach pryncypialnych antykomunistów takie stanowisko Zaremby i tak było nieledwie zdradą.
Tym bardziej, że Zaremba szedł jeszcze dalej, proklamując gotowość otwarcia na ruch komunistyczny jako taki. Pisał o konieczności rozbicia tumanu myślowego „antykomunizmu”, malującego diabła niezmiennie grożącego Ludzkości swymi widłami. Twierdził, że wśród komunistów przybywa coraz więcej ludzi rozumiejących, że socjalizm bez wolności człowieka jest potworną karykaturą. Z drugiej strony nie ukrywał swego krytycyzmu wobec ewolucji zachodniej socjaldemokracji, której zarzucał zatuszowanie klasowego oblicza, żałosne wrażenie demonstracji ideologicznej pustki, „upaństwowienie” socjalizmu w ramach istniejących stosunków. Nietrudno dosłyszeć tu echa modnej wtedy teorii konwergencji, zakładającej nie tylko koegzystencję, ale też wzajemne zbliżenie przeciwstawnych systemów. Na konferencji wschodnioeuropejskich socjalistów w Amsterdamie w październiku 1963 r. Zaremba wygłosił referat „O aktywną politykę socjalizmu wobec ruchu komunistycznego”, który – jak wspominał – wywołał święte oburzenie i dał okazje do wygłaszania płomiennych mów antykomunistycznych (powtarzanych od dziesięciu lat bez zmiany). Głosił w nim tezę o utrwaleniu rewizjonizmu jako stałego zjawiska wewnętrznego w ruchu komunistycznym, co miało umożliwić likwidację rozłamu w ruchu robotniczym. Zaremba oznajmiał jednak zarazem, że niemożliwa jest solidarność między więźniem i dozorcą. Odbudowa jedności ruchu robotniczego miała się odbywać na zasadach równości różnych kierunków (komunistycznego, socjaldemokratycznego, syndykalistycznego i chrześcijańsko-społecznego), niezależności od rządów i demokratycznej organizacji wewnętrznej partii robotniczych.
Jako warunki minimum kompromisu z komunistami Zaremba wysuwał żądania swobody stowarzyszeń (w tym stowarzyszenia wychowawczo-politycznego o charakterze socjalistycznym), wewnętrznej demokracji w ruchu związkowym i spółdzielczym, wreszcie wolnych wyborów do terenowych rad narodowych. W drugim etapie reform miała zostać odbudowana partia socjalistyczna, przeprowadzone wolne wybory parlamentarne i ustanowiona gospodarka trójsektorowa. Był to program wprowadzenia socjalistycznych zasad wolności na podłożu gospodarki upaństwowionej i scentralizowanej. Jak pisał, w warunkach dyktatury komunistycznej najważniejsza jest odbudowa demokracji. Twierdził zarazem, że demokracja to nie tyle określona struktura państwowa, co postawa obywateli, sygnalizując w ten sposób możliwość wykorzystania formalnie demokratycznych instytucji ustrojowych PRL na drodze żywiołowości i drobinkowego oddziaływania. Chcemy na tej drodze skupić wszystkie żywotne siły naszego społeczeństwa, bez względu na dawne i obecne podziały – dodawał, precyzując, że będzie to zgrupowanie sił demokratycznych […] od komunistycznych rewizjonistów do chrześcijańsko-społecznych. W praktyce próbował to realizować, nawiązując poprzez Barbarę Toruńczyk kontakty z grupą Kuronia, Modzelewskiego i Michnika. Strategię tę określił mianem neopozytywizmu socjalistycznego, przez analogię do neopozytywizmu katolickiego reprezentowanego przez grupę „Znak”.
Pewnej modyfikacji uległ też program Zaremby w zakresie polityki zagranicznej. Oczywiście wierny pozostał imponderabiliom – nieodmiennie twierdził, że sprawa Niepodległości jest ściśle związana ze sprawą Socjalizmu, gdyż proletariat nie ścierpi na dłuższą metę ani dyktatury, ani niewoli narodowej. Stwierdzając, że Polska to zamaskowana kolonia ZSRR, żądał pełnej swobody państwa polskiego w jego polityce zagranicznej i wewnętrznej. Jednak w swej publicystyce Zaremba nie wraca już do koncepcji paneuropejskich, zadowalając się neutralizacją Europy Środkowej od Renu po Bug: zjednoczonych Niemiec, Polski, Czechosłowacji i Węgier (bliski był tu przywódcy SPD Kurtowi Schumacherowi).
***
Idee Zaremby z lat 60. nie spotkały się ze zrozumieniem na emigracji. Po krytyce jego amsterdamskiego referatu zgłosił rezygnację ze stanowiska przewodniczącego Wydziału Zagranicznego CKZ. W 1964 r. założył nowy periodyk „Droga”, który miał skupiać wszystkich demokratów polskich stojących nogami na ziemi i myślących kategoriami jutra, a nie lat minionych (biorąc Październik ‘56 za punkt odniesienia), jednak wobec oporu towarzyszy inicjatywa ta nie odniosła sukcesu. Koncentrował się coraz bardziej na pracy teoretycznej, wydawał kolejne książki: „Narodziny klasy rządzącej w ZSRR” (1963), „Cel i droga” (1963), „Przemiany w ruchu komunistycznym” (1965), „Słowo o Wacławie Machajskim” (1967). Sterany życiem chciał wrócić do kraju, nie zdążył jednak tego uczynić. Zmarł 5 października 1967 r. w Sceaux.
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | środa 28 sierpnia 2013 | Solidarność
Gdy miałem naście lat i komunistyczne przekonania, wymarzyłem sobie robotniczą rewolucję w gierkowskiej Polsce. Rewolucję walczącą o urzeczywistnienie prawdziwie komunistycznych, proletariackich ideałów. Wyobraziłem sobie, że robotnicy zastrajkują, a na fabrycznych bramach zakwitną czerwone sztandary. I rewolucja wybuchła. Ale na bramach pojawiły się krzyże i flagi narodowe.
Stanąłem w obliczu wyzwania intelektualnego, odpowiedź na które zdeterminowała moją dalszą drogę życiową. W obliczu paradoksu – klasa robotnicza, mająca być opoką i beneficjentem socjalizmu, występuje przeciw temu socjalizmowi – musiałem wybrać: czy jestem z klasą robotniczą, czy z komunizmem. Wybrałem: uznałem, że pierwszeństwo mają realni ludzie przed abstrakcyjną ideą – i temu drogowskazowi pozostałem już wierny po dziś dzień. Oczywiście przełom nie nastąpił raptownie, nie stałem się Pawłem z Szawła w jedną noc. Początkowo łagodziłem szok zerwania z dotychczasowym światopoglądem wierząc, że to, przeciw czemu walczą robotnicy, to nie jest „prawdziwy socjalizm”, a oni prędzej czy później dojrzeją do ideologii marksistowskiej. Chciałem im w tym pomóc (choć, w ostatecznym rozrachunku, sam zostałem nawrócony).
Piszę to, by podkreślić, że mój stosunek do „pierwszej »Solidarności«” był ambiwalentny, sympatia i podziw mieszały się z niechęcią. Skrupulatnie wyszukiwałem wszelkie lewicowe, demokratyczne, egalitarne wątki w „Solidarności” i jej otoczeniu, tropiłem w jej szeregach trockistów, anarchosyndykalistów czy bodaj socjaldemokratów z równą pasją, co reżimowi propagandyści. Nie potrafiło to jednak zmienić faktu, że wśród członków i sympatyków „Solidarności” czułem się obco, niczym misjonarz na Czarnym Lądzie. Odstręczała mnie religijność postrzegana jako dewocja, raziły tendencje niepodległościowe i antyradzieckie, kojarzące mi się z nacjonalizmem, mierziło prozachodnie nastawienie ruchu. To rozdwojenie sprawiło, że nie dawałem się ponieść bez reszty fali ogólnonarodowego entuzjazmu – w tej masowej pieśni moje ucho wychwytywało zgrzytliwe dysonanse.
Grzechem pierworodnym „Solidarności” był w moich oczach zwłaszcza jej wynikający z niedojrzałości, zachłyśnięcia się sobą, naiwności po prostu – radykalizm. Trudno się dziwić – nie da się w ciągu kilkunastu miesięcy nadrobić braków w demokratycznej i społecznej edukacji, która wszak na Zachodzie ciągnęła się przez dwa stulecia. Uczyliśmy się na błędach, błąkając po manowcach hiperdemokracji (jak na strajku studenckim, gdzie absolutnie wszystkie sprawy były rozstrzygane głosowaniami na niekończących się, chaotycznych wiecach). Ludzie wierzyli, że wszystko jest możliwe, że np. uwolnienie gospodarki spod dyktatu PZPR i ZSRR zapewni automatyczny dobrobyt. W pewnym dowcipie załoga jednego z zakładów przegłosowała, że pracować będzie tylko we wtorki; natychmiast po ogłoszeniu tej decyzji z tylnych rzędów pada pytanie: „We wszystkie?”. Do tego dochodził antysowietyzm i antykomunizm przyjmujący formy wręcz paranoiczne – za prawdziwą uważano najbardziej absurdalną wiadomość, byle była niekorzystna dla Tamtych (np. jeden z moich znajomych z pełną wiarą opowiadał mi, jak to z czaszki Lenina wylała się cuchnąca zielonkawa ciecz, która wypełniała jego puszkę mózgową). Przekonanie, że wystarczy tupnąć, by imperium sowieckie rozsypało się jak domek z kart, tragicznie zaważyło na losach „Solidarności”. Postępujące w coraz szybszym tempie upolitycznianie ruchu i jego radykalizacja sprawiały, że zaczynał tracić on kontakt z coraz bardziej zmęczonym społeczeństwem. W tym dopatruję się względnej słabości oporu wobec stanu wojennego.
Przeminęło interludium jaruzelszczyzny, ale z „Solidarnością” czasu Okrągłego Stołu jeszcze trudniej było mi się utożsamić. Tu w pełni sprawdziło się znane powiedzenie Marksa, że historia się powtarza: za pierwszym razem jako opera, za drugim jako operetka. Nowa „Solidarność” była cieniem starej – cieniem wyblakłym, wyjałowionym, anemicznym, pozbawionym tego żaru i mocy, jaka cechowała poprzedniczkę. To wszystko sprawiło, że w pełni z ideami „S” z lat 1980-81 utożsamiłem się dopiero kilkanaście lat po Rewolucji Sierpniowej, gdy ta „Solidarność” zniknęła już w mroku historii. Niestety – wciąż się spóźniam. Zazdroszczę tym, co zawsze szli z duchem czasu: przed dekadą Gierka byli marksistami (choćby „rewizjonistycznymi”), w latach 80. katolickimi niepodległościowcami, w Trzeciej Rzeczpospolitej neoliberałami, a dziś zaczynają dyskretnie łypać okiem ku „alterglobalizmowi”. Zawsze na fali – nigdy nie poczuwający się do odpowiedzialności za swoje czyny w poprzednich wcieleniach. A ja, pod prąd modzie, wygrzebuję z zakamarków szaf zakurzone samizdaty z lat 80., wyczytuję z nich myśli może czasem naiwne i nieporadne, ale wciąż oryginalne.
Ideologia pierwotnej „Solidarności” była czymś wyjątkowym. W pamięć zapadło mi zdanie jakiegoś zachodnioniemieckiego publicysty – skwapliwie cytowane przez „Trybunę Ludu” – że dla takiego ruchu nie ma miejsca na scenie politycznej RFN: dla lewicy jest nazbyt nacjonalistyczny i klerykalny, natomiast dla prawicy to lewacki anarchosyndykalizm. Ale to, co w oczach doktrynerów (w tym także moich w tym czasie) wygląda absurdalnie, przez zwykłych ludzi odbierane jest jako oczywistość. Niedługo przed Sierpniem omawiano w „Polityce” wyniki badań socjologicznych, konstatując ze zdumieniem, że światopogląd przeciętnego Polaka to eklektyczna mieszanina elementów egalitarno-socjalistycznych, narodowo-chrześcijańskich i liberalnych. „Solidarność” tworzyli właśnie tacy zwykli ludzie, bez politycznego doświadczenia, bez ideologicznych klapek na oczach. Brak kompleksów – wynikający właśnie z tej ideowej dziewiczości – pozwolił im spontanicznie wypracować ideologię, która odpowiadała polskim warunkom. Ani socjaldemokratyzm KOR, ani wojowniczy nacjonalizm KPN, ani oazowa religijność nie były w stanie samodzielnie zapewnić sztandaru społeczeństwu zorganizowanemu w „Solidarności”. Chorągiew, która załopotała nad dziesięciomilionowym ruchem, była pozszywana z fragmentów najróżniejszych flag.
„Solidarność” ówczesna czerpała, zapewne bezwiednie, z nie mniej niż czterech źródeł: katolicyzmu, liberalizmu, socjalizmu i nacjonalizmu (czy też patriotyzmu, jak kto woli). „Solidarność” była chrześcijańska nie tylko w sferze symboliki, nie tylko w przywiązaniu do tradycyjnej obyczajowości; była też chrześcijańska „z ducha”: z tego wyrastał zarówno jej pacyfizm, jak i specyficzny moralizatorski ton, „ethos”. Liberalny filar „S” to obrona praw człowieka i egzekwowanie swobód obywatelskich, samoorganizacja społeczna, a docelowo upodmiotowienie społeczeństwa poprzez przywrócenie mu suwerenności w państwie. Socjalistyczny był w „Solidarności” egalitaryzm i dążenie do upodmiotowienia pracy poprzez samorządność – cechy zapomniane w czasach, gdy „człowiekiem Sierpnia” okazał się być Balcerowicz. Pierwiastki narodowe wreszcie to obrona historyczno-kulturalnej tożsamości narodu i jego politycznej niepodległości; warto tu zwrócić uwagę, że „Solidarności” udała się trudna sztuka odcedzenia ksenofobii od patriotyzmu.
Leszek Kołakowski zapytał kiedyś, jak być liberalno-konserwatywnym socjalistą. Miała to być w zamierzeniu błyskotliwa prowokacja intelektualna, prowadząca wszakże do konstatacji, że twór taki w praktyce nie jest możliwy. „Solidarność”, rzec można, odpowiedziała pozytywnie – i to na skalę masową! – na pytanie postawione przez filozofa. Czyżby miała to być najwyższa synteza wszystkich wielkich idei, kończąca erę wojen między ideologiami? Tak zdawał się sugerować Wojciech Giełżyński w swej niesłusznie zapomnianej książce „Ani Wschód, ani Zachód” z 1987 r., pisząc o „zaczynie syntezy”. Do owej syntezy jednak nie doszło. Chyba najbardziej dopracowaną formułę tej ideologii zaprezentowała w latach 80. Solidarność Walcząca i jej polityczna przybudówka Wolni i Solidarni. Dziś jednak już nikt o nich nie pamięta…
Prawa polityki są bezwzględne – w miarę dojrzewania, krzepnięcia dochodzi do polaryzacji. Wchodzący w świat polityki nowi aktywiści nie zaprzątają sobie głowy tworzeniem oryginalnej ideologii (czy bodaj jej pielęgnowaniem), tylko sięgają po sprawdzone wzory, wchodzą w utarte koleiny. W rezultacie w „Solidarności” też zaczęły się krystalizować różne nurty (socjaldemokratyczny, katolicki, niepodległościowy, nacjonalpopulistyczny), ale do stanu wojennego pozostała ruchem pluralistycznym i wielonurtowym, bodaj jedynym, w którym obok trockistów działali endecy.
Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Ale zraszanie z tego powodu łzami pożółkłych szpargałów nie ma najmniejszego sensu. Muzea są potrzebne jako punkty odniesienia, ale nie można w nich spędzać życia. „Trzeba z żywymi naprzód iść!”. Sentymentalna Panna S. była piękna nie dlatego, że w taki właśnie a nie inny zestaw idei była odziana. Fascynowała intelektualistów i porywała masy, bo była autentyczna i spontaniczna, nie zawracała sobie głowy dogmatami, wyrastała z realiów, z życia. Przyniosła niezapomniane poczucie wspólnoty, szczególnie cenne w naszych czasach atomizacji i egoizmu, w tej Nowej Epoce Lodowcowej.
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | piątek 26 lipca 2013 | Lato 2013
dr Jarosław Tomasiewicz

CC-BY eisenbahner, flickr.com/photos/eisenbahner/4568743112/
Komunistyczna Partia Polski przedstawiana jest dziś z reguły jako agentura obcego mocarstwa, wyzuta z wszelkiego patriotyzmu, wprost ziejąca nienawiścią do Polski i polskości. Nie przecząc, że takie tendencje występowały w ruchu komunistycznym, zwrócić trzeba uwagę, że to obraz nazbyt uproszczony. I tu występowały jaśniejsze półcienie, bez znajomości których nie zrozumiemy, dlaczego na orbicie kompartii znalazł się niejeden żołnierz Legionów (by przywołać choćby postać Władysława Broniewskiego). Nawet antykomunistyczny publicysta, agent sanacyjnej „defensywy” Józef Mitzenmacher (Jan Alfred Reguła) w swej „Historii KPP” zwracał uwagę, że wielki procent jego [polskiego komunizmu – J.T.] wyznawców nie zatracało poczucia polskiej państwowości i że istniała możliwość spolszczenia partii komunistycznej. Najdalej w tym kierunku miał iść Julian Brun, znany też pod swym partyjnym pseudonimem Bronowicz.
***
Życiorys Bruna to klasyczna biografia „zawodowego rewolucjonisty”, karnego żołnierza międzynarodowej Rewolucji. Urodził się 21 kwietnia 1886 roku w Warszawie. Jak wielu komunistów miał burżuazyjne pochodzenie – jego ojciec Teodor był właścicielem fabryki tytoniowej, choć od 1905 r. pracował w tej fabryce jako majster. W rodzinie żywe były też sentymenty patriotyczne, gdyż dziadek Bruna, Julian Kaufman, należał do organizatorów powstania styczniowego w Krośniewicach, a po jego upadku był wraz z żoną więziony przez Rosjan. Być może ta właśnie buntownicza tradycja skłaniała Juliana ku antycarskiej opozycji – już jako szesnastolatek wziął udział w demonstracji pierwszomajowej, za co został w 1902 roku usunięty z progimnazjum. Potem uczył się w szkole handlowej w Zgierzu, ale również jej nie skończył.
W 1903 roku wstąpił do Związku Młodzieży Socjalistycznej, łączącego młodych sympatyków zarówno PPS, jak i SDKPiL, i współpracował przy redagowaniu pisma ZMS „Ruch”. Z powodu tej działalności został w lutym 1904 r. aresztowany, jednak już w maju zwolniono go z uwagi na brak dowodów. Kolejne aresztowanie nastąpiło podczas zbrojnej demonstracji socjalistów na Placu Grzybowskim w Warszawie 13 listopada 1904 r. Bruna więziono wtedy na Pawiaku i w warszawskiej Cytadeli, zanim został zwolniony za kaucją.
Rewolucja 1905 roku przyśpieszyła krystalizowanie się postaw politycznych. Brun spośród różnych partii socjalistycznych – PPS, III Proletariatu, SDKPiL – wybrał tę ostatnią, kierowaną przez Różę Luksemburg. Działał jako esdecki agitator na terenie Warszawy, Lublina i Zagłębia Dąbrowskiego. Latem 1905 r. wraz ze Stanisławem Bobińskim udał się do Austro-Węgier. W czasie powrotu w październiku został zatrzymany za nielegalne przekroczenie granicy i osadzony w więzieniu w Będzinie, potem przewieziono go do stolicy, jednak po miesiącu uwolniono. W listopadzie 1905 r. opublikował w „Przeglądzie Społecznym” swój pierwszy publicystyczny artykuł „O platformie pojednawczej”. Tekst dotyczył rozłamu w PPS i propagował zbliżenie z lewicowymi socjalistami, co w sekciarskiej SDKPiL stanowiło rzadką postawę. W tym czasie Brun wszedł w skład praskiego Zarządu Dzielnicowego SDKPiL, jednak już niebawem – w czasie demonstracji w Alejach Ujazdowskich – znów został aresztowany.
Zwolniono go po dwóch miesiącach za kaucją, pozbawiony jednak możliwości kontynuowania nauki w kraju wyjechał do Paryża. Studiował tam socjologię na Sorbonie, zdał też egzamin wstępny do Instytutu Języków Obcych. Jesienią 1907 r. przyjechał do Warszawy na swoją rozprawę sądową – został wówczas skazany na sześć miesięcy więzienia z zaliczeniem na jego poczet wcześniejszego aresztu; po odbyciu kary wrócił w marcu 1908 roku do Paryża. Ożenił się wtedy z angielską malarką May Houghton i w 1909 r. wyjechał do Londynu, by uczyć się tam fotograwerstwa. Po powrocie do Francji pracował jako grawer. W czasie pobytu w Paryżu nie zaniedbywał działalności politycznej w szeregach tamtejszej sekcji SDKPiL. Jesienią 1912 r. przyjechał do Krakowa, gdzie ożenił się ponownie, tym razem ze Stefanią Unszlicht. Już jednak wiosną następnego roku choroba żony zmusiła go do wyjazdu do Bułgarii. Pracował tu jako korespondent handlowy (w Ruszczuku) i urzędnik bankowy (w Sliven), utrzymując zarazem polityczne kontakty z tzw. tesniakami – radykalną frakcją „ścisłych socjalistów” w Bułgarskiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej. W czasie I wojny światowej został internowany przez władze jako obywatel rosyjski.
W 1919 roku wrócił do kraju, wstępując z miejsca do Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Jako komunista, został latem 1920 r., w czasie ofensywy bolszewickiej, aresztowany przez władze wojskowe na letnisku pod Warszawą i postawiony przed sądem doraźnym. Przetrzymywano go w Mińsku Mazowieckim, potem na Pawiaku, jednak po przekazaniu sprawy sądowi zwykłemu został w 1921 r. zwolniony. Po uwolnieniu wrócił do pracy partyjnej. Był członkiem Centralnego Wydziału Rolnego i Centralnej Redakcji KPRP, współredagował organy partii „Czerwony Sztandar” i przeznaczoną dla wsi „Gromadę”, współpracował też z legalnymi pismami komunistycznymi, takimi jak „Walka Robotnicza”, „Nowa Kultura” czy „Trybuna Robotnicza”. W lutym 1922 r. Komitet Centralny KPRP delegował go do Moskwy na posiedzenie I Rozszerzonej Egzekutywy Międzynarodówki Komunistycznej, gdzie został powołany w skład Komisji Związkowej MK. U schyłku tego roku uczestniczył w IV kongresie Kominternu w Piotrogrodzie i Moskwie.
Poglądy Bruna w tym okresie wciąż bliskie były luksemburgizmowi, cechowało je charakterystyczne dla dawnych esdeków sekciarstwo. Kontestując możliwość i celowość porozumienia z PPS, faktycznie negował taktykę jednolitego frontu robotniczego w Polsce. Na III konferencji KC KPRP (w Gdańsku w kwietniu 1922 r.) skrytykował też zapożyczone od bolszewików hasło „ziemia dla chłopów bez wykupu”. Luksemburgistowska ultralewica w polskiej kompartii uważała, że lepiej rozwinięta gospodarczo Polska nie musi przejmować rozwiązań z zacofanej rolniczej Rosji i może przejść wprost do socjalizacji ziemi (swą wyższość podkreślano nawet akcentowaniem „robotniczego” charakteru w nazwie partii). Na II zjeździe KPRP (wrzesień-październik 1923 w Bołszewie) Brun jako członek podkomisji rolnej i narodowościowej podtrzymywał to stanowisko – w sprawie rolnej proponował hasło „ziemia dla bezrolnych i małorolnych” zamiast „ziemia dla chłopów”.
Na tymże zjeździe Brun wybrany został do Komitetu Centralnego partii. W lipcu 1924 r. I konferencja Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom (zajmującej się wsparciem dla więzionych komunistów) wybrała go do Komitetu Wykonawczego MOPR. W tym samym czasie osiągnął szczyt partyjnej kariery: na V kongresie Kominternu został wybrany przez Komisję Polską MK na członka tzw. Piątki – prowizorycznego kierownictwa KPRP. Awans ten był owocem walk frakcyjnych. Dominująca dotąd tzw. większość (Maria Koszutska-Kostrzewa, Adolf Warski-Warszawski, Henryk Horwitz-Walewski) opowiadała się za jednolitym frontem w formie rządu robotniczo-chłopskiego, co oznaczało kompromis z PPS i radykalnymi ludowcami, poparcie dla postulatu reformy rolnej i podjęcie hasła niepodległości Polski, a w dodatku wystąpiła w obronie Trockiego w jego konflikcie ze Stalinem. Spotkało się to z reakcją Stalina, pod naciskiem którego powołane zostało nowe kierownictwo, zdominowane przez dawnych luksemburgistów.
Nie dane było jednak Brunowi stanąć na czele kompartii. 8 sierpnia 1924 r. został aresztowany w Warszawie wraz z całą Centralną Redakcją i skazany na 8 lat więzienia. Karę odbywał w więzieniach na Pawiaku i na Mokotowie, wykorzystując czas do napisania „Stefana Żeromskiego tragedii pomyłek”. Jego esej w 1925 roku publikowany był w odcinkach na łamach „Skamandra”, najpopularniejszego wówczas polskiego pisma literackiego, a w następnym roku został wydany w formie broszurowej. Tezy zawarte w „Tragedii…” wywołały konsternację towarzyszy partyjnych – Brun został skrytykowany za „nacjonalbolszewizm”, odsunięty od pracy w Komunistycznej Partii Polski i oddany do dyspozycji Kominternu.
W lutym 1926 roku w drodze wymiany więźniów wyjechał do ZSRR, nie przebywał tam jednak długo. Już w następnym roku został skierowany do Paryża jako korespondent radzieckiej agencji prasowej TASS, ale jego publicystyka sprawiła, że po kilku miesiącach wydalono go z Francji. Jesienią 1927 r. został korespondentem TASS w Wiedniu, ale i ta posada okazała się nietrwała. W maju 1928 r. Brun uczestniczył w III plenum KC KPP w Berlinie i wraz z innymi uczestnikami został aresztowany przez władze niemieckie. Samowolny udział w nielegalnym posiedzeniu KPP wywołał niezadowolenie Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików), która ukarała Bruna naganą.
Po powrocie do Moskwy pracował przez pewien czas jako zastępca kierownika Wydziału Zagranicznego centrali TASS, przede wszystkim jednak udzielał się politycznie. Brał udział w I zjeździe Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi (autonomicznej struktury KPP) pod Orszą latem 1928 roku i nieco później w VI kongresie Kominternu w Moskwie. Na III plenum Komitetu Centralnego KPZB w październiku 1929 r. został dokooptowany do składu KC, w tym samym roku wrócił do pracy w Centralnej Redakcji KPP z siedzibą w Berlinie. Jako przedstawiciel Centralnej Redakcji uczestniczył w V zjeździe KPP, gdzie został wybrany zastępcą członka KC. W czasie posiedzenia rozszerzonego Biura Politycznego KPP w Berlinie w sierpniu 1931 r. Brun znowu został aresztowany przez niemiecką policję; gdy zwolniono go z nakazem bezzwłocznego opuszczenia Niemiec, wrócił niebawem do Berlina, by pracować w Redakcji Zagranicznej KPP. VI zjazd KPP (październik 1932 roku) potwierdził wybór Bruna na zastępcę członka KC, od końca tego roku pełnił też funkcję przedstawiciela KPP przy kierownictwie KPZB. W końcu 1933 r. został wysłany do Kopenhagi, gdzie w Centralnej Redakcji zastępował jej kierownika Jerzego Rynga (Herynga). To „życie na walizkach” nie sprzyjało rodzinnej stabilizacji – w tym okresie Julian Brun rozszedł się ze Stefanią i poślubił Eugenię Heyman.
Zarazem jednak Brun dojrzewał ideologicznie. Już w czerwcu 1931 r. podczas V plenum KC KPZB przyczynił się do zwrotu białoruskich komunistów w stronę szerokiego sojuszu narodowo-wyzwoleńczego. Przemyślenia z „Tragedii pomyłek” okazały się przydatne, a zastosowane do sytuacji narodu uciskanego nie wzbudzały takich kontrowersji jak poprzednio. W 1933 roku dojście Hitlera do władzy obnażyło absurd stalinowskiej teorii „socjalfaszyzmu”, uznającej partie socjaldemokratyczne za głównego wroga, jako „lewe skrzydło faszyzmu”. Brun należał do pierwszych krytyków tej teorii.
Na VII kongresie Kominternu (lipiec-sierpień 1935) zapadła decyzja o przyjęciu strategii „antyfaszystowskiego frontu ludowego” – wspólnie z socjaldemokratami, liberałami i postępowymi kołami chrześcijańskimi. Brun jako członek Prowizorycznego Biura Politycznego KPP przebywał wówczas w Kopenhadze, jednak reorientację ruchu komunistycznego przyjął z entuzjazmem. Latem 1936 r. został wysłany do Brukseli, gdzie zorganizował ośrodek wydawniczy polskiej kompartii. Na lata 1936–1938 przypada jego największa aktywność publicystyczna. Redagował „Przegląd” i „Biblioteczkę Popularną”, pisał w jednolitofrontowym „Dzienniku Popularnym”, „Nowym Przeglądzie”, „Informacjach Prasowych” (Paryż) oraz w kominternowskich pismach „Bolszewik”, „Kommunisticzeskij Intiernacyonał” i „Internationale Presse Korrespondenz”.
Ciosem była dla niego decyzja Stalina o rozwiązaniu KPP w 1938 roku. Ciężko chory na serce skoncentrował się od tej pory na pracy naukowej – zajmował się głównie kwestią narodową, a także Wielką Rewolucją Francuską, w której dostrzegał źródło idei narodowej. Owocem tych badań była m.in. książka „La naissance de l’armée nationale (1789–1794)”, którą opublikował w 1939 roku pod pseudonimem Jules Leverrier; napisał też zarys historii Polski do 1903 roku.
Internowany w maju 1940 r. przez władze belgijskie został przewieziony do obozu St. Cyprien we Francji. Po ucieczce z obozu we wrześniu tego roku przebywał w Martizay, potem w Grenoble, gdzie kontynuował pracę badawczą (napisał m.in. „Rewolucyjne pochodzenie idei narodowej”). W czerwcu 1941 r. wraz z ewakuowanymi pracownikami ambasady radzieckiej w Vichy wyjechał do ZSRR. Początkowo pracował w polskiej redakcji wydawnictw międzynarodowych w Moskwie, potem w polskiej redakcji radia w Saratowie. Pozostawał aktywny publicystycznie, wydał broszurę „Ziemie polskie pod jarzmem niemieckim”. Była to ostatnia z niemal 200 pozycji publicystycznych i naukowych w jego dorobku. Zmarł w Saratowie 28 kwietnia 1942 r.
***
Brun-Bronowicz zdobył rozgłos dzięki broszurze „Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek”. Pod pozorem szkicu krytycznoliterackiego Brun przemyca tu program polityczny wyraźnie odbiegający od marksistowsko-leninowskiej ortodoksji, bliski natomiast rosyjskiej „smienowiechowszczyźnie” – ideologii części „białych” emigrantów, postulujących kompromis z bolszewizmem na gruncie interesu narodowego.
Reinterpretując Marksa, Brun dowodził, że internacjonalizm proletariacki nie wyklucza bynajmniej poczucia narodowego: w przeciwieństwie do kosmopolitycznej burżuazji klasa robotnicza […] jest głęboko, immanentnie narodowa […], co więcej – to proletariat staje się hegemonem, awangardą i rzecznikiem narodu. Rosja miała być tego przykładem – Brun twierdził, że rewolucja rosyjska pomimo swych haseł kosmopolitycznych jest […] przede wszystkim rewolucją narodową przeciwko nowożytnemu feudalizmowi finansowemu. Nie jest to rewolucja społeczna, przewidziana przez Marksa […], lecz bunt krajów eksploatowanych przeciwko służebności ekonomicznej na rzecz krajów starego kapitalizmu. Brun-Bronowicz był tu prekursorski wobec współczesnej „teorii zależności”, rozpatrującej stosunki międzynarodowe w kategoriach konfliktu „rdzenia” i „peryferii”. Wyjaśniał: Rosja porewolucyjna nie godzi się z rolą eksploatowanej kolonii. Potędze akumulowanych w ciągu wieków kapitałów Zachodu przeciwstawia ona maksimum koncentracji własnych zasobów w rękach państwa. Proklamuje zasadę, że państwo, którego ważne ośrodki gospodarcze są w posiadaniu obcego kapitału, nie może być uważane za państwo istotnie niepodległe. Swój niebywały system ekonomiczny zwraca, jako potężną fortyfikację obronną, przeciwko temu, co określa się tam mianem kapitalistycznego imperializmu. System bolszewicki okazuje się być tylko metodą realizacji interesu narodowego – rozciągnięciem suwerenności państwa na sferę gospodarczą.
Brun piszący swoją książkę w okresie rozkwitu Nowej Polityki Ekonomicznej prezentował ustrój społeczno-gospodarczy ZSRR jako faktycznie kapitalizm państwowy – podkreślał, że poza upaństwowieniem przemysłu cały mechanizm społeczeństwa kapitalistycznego doznał zmian stosunkowo nieznacznych i funkcjonuje na ogół w ten sam sposób, co w reszcie świata, a sowieckie przedsiębiorstwa państwowe […] zorganizowane są […] na podobieństwo nowożytnych trustów i koncernów kapitalistycznych. Zaletą tego systemu miało być unarodowienie troski o los fabryk – wzmocnienie łączącej naród więzi psychicznej.
Jeszcze bardziej oryginalna była wizja radzieckiego ustroju politycznego. Brun przekonywał, skądinąd słusznie, że bolszewicka monopartia nie jest typowym stronnictwem politycznym, ale zakonem świeckim o surowej regule i żelaznej dyscyplinie, co więcej, że wyraża dążność do wysegregowania z mas ludowych najlepszych […] jednostek jako elity rządzącej. Dodawał w szokującej sprzeczności z oficjalną doktryną: Można to nazwać arystokracją, […] lecz z kwalifikacji osobistych. Ta elita nie mogła podlegać wyborczej weryfikacji, gdyż parlamentaryzm podatny jest na korupcyjne wpływy wielkiego kapitału: przy tym wielkim eksperymencie dziejowym o powołaniu do władzy nie może decydować arytmetyka wyborcza, lecz probierz ideowy i moralny. […] fanatyzm idei, wsparty na surowej, barbarzyńskiej sile. Nie oznaczało to jednak oderwania od mas, ale odmienne kanały komunikowania się z nimi, w wersji Bruna uderzająco podobne do koncepcji korporacjonizmu. Pisał: W przeciwieństwie do demokracji zachodniej, która […] walczyła ze zrzeszeniem obywateli, dążąc do rozproszkowania społeczeństwa na izolowanych, „suwerennych” wyborców, hasłem sowietyzmu jest objęcie wszystkich obywateli przez organizacje zawodowe, […] itd. Totalitaryzm okazuje się alternatywnym wariantem demokracji.
Prymat interesu narodowego, rządu zorganizowanej elity opartej na korporacjach społecznych – czyż nie przypomina to co bardziej radykalnych projektów piłsudczykowskich? „Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek” była w istocie ofertą programową skierowaną do radykalnej inteligencji, przede wszystkim kół legionowych. Warunkiem miało być zerwanie z ideologią „przedmurza Zachodu” w imię samodzielnej realizacji interesu narodowego. Brun pisał wprost, że na czele rewolucji narodowej może stanąć nie tylko proletariat, ale też burżuazja, jednak ideowa martwota i polityczna słabość polskiej burżuazji otwierały pole działania dla inteligencji. Choć „socjalizujący romantyzm” Piłsudskiego uważał za sztuczną syntezę ideologii szlacheckiej i proletariackiej, to jednak w piłsudczykach Brun widział elitę młodzieży inteligenckiej, robotniczej i chłopskiej. Wspólną była pogarda dla „połaniecczyzny” – beztroskliwego sybarytyzmu chwili bieżącej (z tym że według Bruna cechować miało to jedynie burżuazję, nie naród jako taki) – przenoszona na obóz narodowy. Zaskakiwać musi jednak w tym kontekście pobłażliwe stanowisko Bruna wobec burżuazyjnego antysemityzmu endecji – pisał, że dążenie do wzmocnienia pozycji drobnego handlu chrześcijańskiego było ruchem w pewnym okresie nieuniknionym i zdrowym.
Zmuszony do samokrytyki Brun zdystansował się od poglądów głoszonych w „Tragedii pomyłek”, redukując je do propagandowego manewru (Sądziłem, że w ten sposób dopomogę bodaj jednostkom z tego środowiska […] przełamać głęboko tkwiące opory umysłowe). W swych publikacjach z lat 30. Brun wrócił na pozycje ortodoksyjnego marksizmu-leninizmu czy nawet stalinizmu. Najdobitniej widać to w jego atakach na konkurentów Stalina, gdy demaskuje ohydne oblicze kontrrewolucyjnej bandy trockistowskiej, operującej ręka w rękę z Gestapo.
Charakterystyczne jednak, że Brun szczególnie dobitnie krytykował trockistów za ich ultralewicowe awanturnictwo, wyrażające się w kwestii stosunku pomiędzy proletariatem a chłopstwem. Głęboko rewidując swe dawne poglądy, występował w obronie drobnej własności chłopskiej. Z aprobatą cytował hiszpańskiego komunistę V. Uribe, mówiącego: Chłopi z natury swej nie są reakcyjni. […] chłopu przysługiwać musi tak samo jak robotnikowi bezwzględna swoboda rozporządzania owocami swej pracy. Jednolitofrontowe stanowisko Bruna widać było też w jego stosunku do wierzących – mimo całego swego bojowego antyklerykalizmu, postulującego odstawienie księży, rabinów, popów od polityki, głosił, że miejsce ludzi pracy – wierzących katolików jest w obozie antyfaszystowskim. Dodajmy wreszcie, że Brun nadal dowartościowywał rolę narodu i patriotyzmu.
Oczywiście, jako komunista, Brun deklarował bezwzględną wrogość wobec wszelkiego nacjonalizmu. Nacjonalizm wszakże nie był u Bruna epitetem, ale precyzyjnie zdefiniowanym zjawiskiem. Wśród jego cech wymieniał: 1) uznanie narodu za wartość najwyższą, 2) traktowanie narodu jako zjawiska ponadhistorycznego i w swej istocie niezmiennego, 3) negowanie podziałów klasowych w łonie narodu i wynikający stąd imperatyw narodowej solidarności, 4) postrzeganie dziejów przez pryzmat antagonizmu między narodami, co prowadziło do egoizmu narodowego i (lub) mesjanizmu. W walce z nacjonalizmem Brun starał się zdemistyfikować pojęcie narodu, wykazując jego historyczność i stosunkowo niedawną – bo sięgającą rewolucji francuskiej – genezę.
Tu jednak warto poczynić trzy spostrzeżenia. Po pierwsze, dostrzegając początki narodu, nie prognozował jego końca, przeciwnie – pisał, że poczucie narodowe […] jako trwały dorobek minionej epoki wrosło niejako organicznie w psychikę współczesnego człowieka. Po drugie, historyczne podejście do pojęcia narodu prowadziło Bruna do akcentowania jego rewolucyjnej genezy i postępowej roli. Głosił, że naród, miłość ojczyzny, patriotyzm – są to na równi z ideą demokracji, zwierzchnictwa ludu, przedstawicielstwa ludowego wytwory ideologiczne rewolucji burżuazyjno-demokratycznej, pociski wybuchowe myśli rewolucyjnej, zrodzone w ogniu walki klasowej. Po trzecie wreszcie, Brun daleki był od teorii redukujących naród do zjawiska prostego, opartego na jednym czynniku. W jego ujęciu wspólnota narodowa stanowiła „całość stosunków społecznych”, obejmując wspólnotę języka i terytorium, jednolitość życia ekonomicznego, wspólnotę dziedzictwa kulturowego oraz afirmację tej wspólnoty w zbiorowej świadomości. Aby prawidłowo rozwijać się, naród winien dysponować własną organizacją państwową, dlatego Brun uważał państwo narodowe za „wielką zdobycz” mas ludowych (na równi z demokracją).
Ten teoretyczny fundament stanowił podstawę do konstruowania programu politycznego. Jego aksjomatem było twierdzenie, że zasadniczy stosunek partii proletariatu do dążeń wyzwoleńczych narodów ujarzmionych polega na uznaniu bez zastrzeżeń ich prawa do stanowienia […] o swojej przynależności państwowej. Co więcej, miał to być trwały składnik programu komunistycznego, gdyż postulat prawa narodów ujarzmionych do samookreślenia […] należy do takich żądań demokratycznych, które […] nie stracą swojego rewolucyjnego znaczenia, lecz zachowują je w całej pełni także w rewolucji socjalistycznej. Na tej podstawie Brun podkreślał tożsamość sprawy narodowej i interesu proletariatu (Sprawa mas ludowych […] zawsze i wszędzie jest prawdziwą, niesfałszowaną sprawą narodową), krytykując odrzucenie haseł niepodległościowych przez polską lewicę rewolucyjną. Leitmotivem jego publicystyki był postulat wiązania sprawy niepodległości Polski z rewolucyjną walką wyzwoleńczą mas ludowych całego świata i wszystkich mas ludowych. Skwapliwie akcentując, że Polska odzyskała niepodległość dzięki rewolucji rosyjskiej, twierdził, że jest to wartość niekwestionowana – walka toczy się jedynie o to, czy Polska będzie państwem imperialistycznym, […] czy też republiką socjalistyczną. To socjalizm miał urzeczywistnić prawdziwie wielką Polskę, w której […] bujnie zakwitną talenty […] i wytrysną energie, tkwiące w ludzie polskim. To socjalizm miał obronić niepodległość Polski przed neokolonialnym uzależnieniem od Zachodu i agresją hitlerowskich Niemiec.
Tego typu hasła łatwo zakwestionować, jako demagogię na użytek patriotycznych mas – demagogię, za którą krył się brutalny postulat wcielenia Polski do ZSRR. W przypadku Bruna mogło to jednak wyglądać nieco odmiennie. Choć wychwalał Związek Radziecki, jako państwo gwarantujące swobodę rozwoju wszystkim narodowościom, to zarazem – powołując się na Stalina! – podkreślał, że przyszłe radzieckie Niemcy, radziecka Polska, radzieckie Węgry, radziecka Finlandia, narody, które istniały jako samodzielne państwa, które mają własną państwowość, swoją własną armię, swoje własne finanse, mogą ułożyć swój stosunek państwowy do Związku Radzieckiego inaczej niż tworzące ZSRR narody byłego imperium rosyjskiego, gdyż federację radzieckiego typu – mogłyby one uważać za pomniejszenie swojej samodzielności państwowej, za zamach na swoją samodzielność. W publicystyce Bruna znaleźć też można zawoalowaną krytykę eksportu rewolucji.
Pomimo to Brun nie przestawał być komunistą. Odrzucał jakiekolwiek kompromisy z PPS, krytykując niepodległościowych socjalistów za reformizm i kolaborację z klasami posiadającymi. Oznajmiał: Leninowska krytyka Róży Luksemburg […] nie zbliża nas […] ani na jotę do stanowiska zajmowanego przez PPS i piłsudczyznę. Czasem wypowiadał się jeszcze dobitniej, nie pozostawiając złudzeń, po której stronie opowiedzą się komuniści: Kiedy wojna dwóch państw […] staje się wojną klasową – rozstrzyga front klasowy.
Komunistyczny patriotyzm Bruna miał pewne cechy szczególne, wyraźnie odróżniające go od szczerze lewicowego patriotyzmu polskich socjalistów. Pierwszą była zaczerpnięta wprost od Lenina teoria o współistnieniu w każdym narodzie dwóch klasowych kultur – wyzyskiwaczy i mas ludowych. Ponieważ klasy te dzielił nieprzezwyciężalny antagonizm, nie mogła w związku z tym istnieć też wspólna kultura narodowa. Pisał więc: Ciągłości duchowe są w narodzie różne. Masy ludowe poczuwają się do ciągłości duchowej z tymi z poprzednich pokoleń, którzy łączyli sprawę Polski ze sprawą wyzwolenia uciskanych i ciemiężonych […]. Klasy posiadające pielęgnują inną ciągłość duchową: ze szlachetczyzną, wstecznictwem klerykalnym, jezuityzmem deprawującym umysły i serca, z wielkopańskim pomiataniem człowiekiem pracy. Brun – pozostający tu (jak zauważył Marian Stępień) pod wyraźnym wpływem Stanisława Brzozowskiego – „prawdziwy naród” utożsamiał z ludem pracującym, warstwy eksploatatorskie uważając za zdegenerowaną, pasożytniczą, anachroniczną narośl na tymże narodzie.
Drugim wyróżnikiem Brunowskiego patriotyzmu był pryncypialny internacjonalizm, rygorystycznie odmawiający własnemu narodowi jakichkolwiek szczególnych praw, choćby wynikających z sentymentu. Choć polemizując z luksemburgistami mawiał, że nasz stosunek do Polski musi się chyba czymś różnić od stosunku, powiedzmy, do Katalonii, to jednak nie przekładało się to na konkretny program polityczny – Polska w wizji Bruna była tylko jednym z elementów wszechświatowej rewolucji. Brun udowadniał to, popierając bezwarunkowo prawo mniejszości ukraińskiej i białoruskiej do samostanowienia (rozumianego w praktyce jako przyłączenie do radzieckich republik Ukrainy i Białorusi). Polemizując z socjalistą A. Rembowskim, Brun pisał: Czym, jak nie wybiegiem nacjonalistycznym jest biadanie nad losem mniejszości polskiej krajów, gdzie narodowo uciskaną i gnębioną jest większość ukraińska i białoruska? Szczególnie ostro i emocjonalnie potępiał antysemityzm określany przezeń jako zgnilizna i łajdactwo obu odłamów: endecji i sanacji – polskich klas posiadających. Jego zdaniem pod osłoną antysemityzmu reakcja kieruje swoje pociski przeciw dążeniom i ideałom mas ludowych. Zauważał przy tym, że nawet emigracja wszystkich Żydów […] nie przyniosłaby żadnej zmiany na lepsze dla mas ludowych.
***
Komunistyczny patriotyzm Bruna-Bronowicza istotnie odbiegał od wszystkich innych wariantów patriotyzmu – nie tylko endeckiego, konserwatywnego czy piłsudczykowskiego, ale nawet PPS-owskiego. Tym niemniej nie można mu odmówić narodowego sentymentu ani tym bardziej wysiłku intelektualnego starającego się zasymilować kwestię narodową w obrębie ideologii komunistycznej.
Powyższy tekst jest rozszerzoną wersją rozdziału „Odchylenie narodowe w Komunistycznej Partii Polski” z książki „Rewolucja narodowa. Nacjonalistyczne koncepcje rewolucji społecznej w Drugiej Rzeczypospolitej” (Warszawa 2012).
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | piątek 28 czerwca 2013 | opinie
„Człowiek miarą jest wszechrzeczy” – to dumne wyznanie antropocentryzmu przestaje być drogowskazem naszych czasów. Dziś Protagorasa zastępuje Nietzsche z jego rojeniami o nadczłowieczeństwie. To już nie tylko marzenia szalonego filozofa, nie tylko chałupnicze próby XIX-wiecznych eugeników i XX-wiecznych nazistów – obecnie za projektowanie i produkcję supermenów bierze się nauka z błogosławieństwem rządów i korporacji.
Cel jest – jak zawsze – szczytny: udoskonalenie człowieka. Któż nie chciałby być mądrzejszy, zdrowszy, piękniejszy? A jednak mnie, uznającego człowieka za jedyny praktyczny (bo weryfikowalny) punkt odniesienia, pomysły „przezwyciężania człowieczeństwa” poprzez modyfikacje genetyczne czy cyborgizację przerażają.
Mamy tu do czynienia z najskrajniejszym jak dotychczas projektem zmiany ludzkiej natury. Próby takie podejmowane były od dawna, dotychczas wszakże opierały się na lamarkistowskiej teorii o decydującej roli środowiska i przeświadczeniu o plastyczności ludzkiej natury. Mówiąc w skrócie: wierzono, że zmieniając otoczenie człowieka, zmieni się zasadniczo jego samego. Na ogół jednak te próby kończyły się fiaskiem. Skutki rzadko odpowiadały zamiarom. Inżynieria społeczna budzi więc uzasadnioną nieufność.
W tej sytuacji Poprawiacze Człowieka skapitulowali przed nieprzyjazną rzeczywistością, po cichu wycofując się z dogmatu o naturalnej dobroci ludzi. Postanowili pójść na skróty: po co zmieniać ustrój, kulturę, stosunki międzyludzkie – zmienimy człowieka. Zdecydowali się na „ucieczkę do przodu”, wspierając inżynierię społeczną inżynierią genetyczną. Postanowili połączyć Lamarcka z Darwinem, zasadę środowiska z zasadą genotypu, „ziemię” i „krew”. Ta synteza ma dać nam Człowieka Doskonałego.
Ale doskonałe jest wrogiem dobrego. Jak przypomina nam ludowa mądrość, dobrymi chęciami piekło wybrukowano. Projekt ten może być atrakcyjny dla ludzi, którzy za każdą cenę chcą uciec od samych siebie, problemem jest jednak właśnie ta – każda! – cena. Projekt transhumanistyczny jest najskrajniejszą formą uprzedmiotowienia człowieka, który okazuje się być nawet nie narzędziem, lecz tworzywem. Człowiek ma się wyrzec swej istoty, swego człowieczeństwa w imię… no właśnie – w imię czego? W imię jakich wartości? Kto miałby prawo narzucenia innym swojego wzoru? Jak miałby wyglądać nadczłowiek?
Kto decydowałby o kierunku transhumanistycznej ewolucji człowieka. Rodzice? Nietrudno sobie wyobrazić, że znaczna część (w Polsce pewnie większość) postanowiłaby, iż dzieci mają „umieć sobie radzić w życiu”, więc wszczepiłaby im gen „przebojowości”, tj. chamstwa, cynizmu, interesowności, egoizmu. Każdy sam, wedle swej fantazji? To doprowadziłoby do wykształcenia się wielu odmiennych – niekompatybilnych, być może wrogich – gatunków. Stanisław Lem w „Podróży XXI” Ijona Tichego opisuje w humorystyczny, acz wielce prawdopodobny sposób historię społeczeństwa sterującego swoją ewolucją biologiczną. To może państwo? Ale w myśl jakiej ideologii? W imię jakich wartości, wedle jakiego wzoru ludzkość miałaby być przekształcana? Chrześcijańskiego? Muzułmańskiego? Buddyjskiego? Faszystowskiego? Anarchistycznego? Komunistycznego? Liberalnego?
Transhumaniści lewicowi (daruję sobie dyskusję z neonazistami z Euvolution.com, śniącymi o aryjskim Homo galacticus) oczywiście mają nadzieję na stworzenie człowieka pasującego do ich wizji społeczeństwa egalitarnego. Jak to jednak osiągnąć? Czy równość totalna nie jest możliwa tylko przy jednakowości? Jeśli tak, to jest po prostu niecelowa. Społeczeństwo istnieje dlatego, że istnieje podział pracy; podział pracy wynika ze zróżnicowania ludzi. Jeśli zaś np. wyhoduje się istoty, które same siebie będą mogły zapładniać, to przestanie istnieć rodzina. Nie będzie nie tylko ludzi, ale i społeczeństwa oraz będącej jego wytworem kultury, tylko jakieś zbiorowisko monad. Równość jest ważną wartością, ale nie na tyle, żeby poświęcać dla niej swe niedoskonałe człowieczeństwo. Żadna wartość nie jest warta tego, by dla niej poświęcać inne wartości.
To jednak i tak puste rozważania. Lewica pozostaje w głębokim kryzysie, od trzech dekad znajduje się w defensywie i realnych szans na wdrożenie swego projektu nie ma. A to oznacza, że dominująca ideologia neoliberalna będzie kształtowała człowieka na wzór i podobieństwo swoje. Nietrudno się domyślić, że Człowiek Idealny ucieleśni się w postaci Idealnego Konsumenta albo Idealnego Robotnika, być może też Idealnego Żołnierza, Idealnego Błazna, Idealnej Prostytutki. Człowieczeństwo zostanie zredukowane do jednej z funkcji. Powstałoby społeczeństwo zróżnicowane na wzór termitiery. Tak wyglądałby świat, gdyby to w latach 30. istniały możliwości inżynierii genetycznej i ludzkość została uformowana według panujących wówczas ideałów.
Być może w jakimś idealnym społeczeństwie transhumanizm miałby sens. Teraz to jest bomba atomowa. Hodowanie ludzi daje każdej władzy w ręce najpotężniejszą broń, jaką można sobie wyobrazić. Po wydarzeniach w NRD w 1953 roku Bertolt Brecht napisał wiersz, który głosił, że naród zawiódł zaufanie rządu i rząd postanowił ten naród odwołać. Była to poetycka wizja rozśmieszająca swoją absurdalnością, ale inżynieria genetyczna pozwoli ją urzeczywistnić. Bo chyba nie ulega wątpliwości, że o kierunku ewolucji decydować będzie elita finansowa, klasa polityczna, „Grupa Trzymająca Władzę”.
Na pewno nie cała ludzkość dokonałaby jednoczesnego przekształcenia: część nie chciałaby, części może nie byłoby stać. Inżynieria genetyczna – jak każda nowość – byłaby początkowo dostępna tylko dla nielicznych, dla elity. Czy elita zechciałaby poczekać na resztę? Wątpliwe. Raczej zapewniłaby swojemu potomstwu status nadludzi. Co stałoby się wówczas z nieprzekształconą częścią ludzkości? Obawiam się, że spotkałby ją los Tasmańczyków wytępionych w XIX wieku. Nie sądzę, by nadludzie traktowali ludzi lepiej niż ludzie traktują się nawzajem.
Dziś człowieczeństwo to jedyny pewny grunt, jedyny punkt odniesienia, jedyny wspólny mianownik. Wartości są zmienne, wtórne, względne. W sytuacji kryzysu humanistycznej Utopii, w sytuacji dogorywania religijnej Tradycji, ludzka natura z jej atawizmami to już naprawdę ostatni szaniec broniący świata przed zapędami inżynierii społecznej – wszystko jedno: totalitarnej czy wolnorynkowej.
Sprzeciw wobec transhumanizmu wynika więc z tych samych powodów co sprzeciw wobec totalitaryzmu. Wrogość do transhumanizmu ma też wspólny – humanistyczny – mianownik z antykapitalizmem: kapitalizm zdetronizował człowieka z pozycji wartości najwyższej, zastępując go zyskiem, transhumanizm natomiast człowieka zastępuje nadczłowiekiem.
Marzenie wszelkich totalitaryzmów – Nowy Człowiek – urzeczywistnić ma się jako człowiek GMO. Homo perfectus będzie gatunkiem odmiennym od naszego. Cieszyć się z tego mogą tylko mizantropi – tylko czy mizantropia jest do pogodzenia z lewicowością?
Na tym tle najmniej ważną jest obawa o niezaplanowane uboczne skutki nieudanych eksperymentów (jakieś epidemie, kalekie mutanty itp.)…
Oczywiście wobec tych wszystkich zastrzeżeń pozostaje jeszcze jeden, ostateczny argument – o nieuchronności transhumanistycznej ewolucji. Osobiście pozostaję sceptyczny wobec koncepcji zdeterminowanego jednokierunkowego „postępu”. Uważam to za wdrukowany w naszą świadomość Oświeceniowy schemat, któremu raz po raz zaprzeczają fakty. Nieuchronne nie znaczy dobre – wiele faktów, jak globalne ocieplenie czy wymieranie gatunków, wskazuje, że zmierzamy ku katastrofie, a ludzie Zachodu żyją wiarą w „postęp”. Poza tym dopóki coś się nie wydarzy, dopóty nieuchronność tego nie została dowiedziona.
…Lewica od dekad stoi w rozkroku, który staje się coraz bardziej bolesnym szpagatem. Ma dwa zobowiązania: iść z postępem oraz bronić słabszych. U fundamentów lewicowości leży przekonanie, że te dwa cele są tożsame lub zbieżne, albo przynajmniej niesprzeczne – że postęp pomaga słabszym. Tymczasem od początku Epoki Globalizacji zmiany idą w kierunku przeciwnym do lewicowych ideałów. W swej ostatniej książce Günther Wallraff pisze, że zaczynając pracę ponad czterdzieści lat temu, miał nadzieję, iż świat zmienia się na lepsze. Obecnie zauważa tendencję odwrotną – wzrost niesprawiedliwości i pogorszenie stosunków międzyludzkich. Mamy coraz mniej bezpieczeństwa, coraz mniej solidarności, coraz większe rozpiętości majątkowe. „Postęp” jest bezlitosny dla tych, którzy za nim nie nadążają. „Postęp” gnębi słabych.
Rozwój biotechnologii te podziały pogłębi. To już nie będzie walka klas, lecz walka odmiennych biologicznie gatunków. Słabsi przegrają. Wyginą. Na tym polega „postęp”.
Wszak tak nauczał Darwin. Tako rzecze Zaratustra.