przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
W grudniu 2012 r., gdy socjalistyczny prezydent Wenezueli Hugo Chavez umierał na raka, na placu Biblii w Managui młodzi aktywiści lewicowego Frontu Sandinowskiego prosili Boga, by pomógł pokonać chorobę. Ba, nawet lewicowy prezydent Urugwaju José Mujica, skądinąd zadeklarowany ateista, uczestniczył we mszy świętej, którą sam zamówił w kościele franciszkanów w intencji o zdrowie przywódcy Wenezueli. To swoisty hołd dla Chaveza, którego „rewolucja boliwariańska” łączy – w sposób trudny do zrozumienia przez Polaków – antyklerykalizm i religijność.
Chavez pozostawał w ostrym konflikcie z hierarchią kościelną. W lipcu 2010 r. nazwał kardynała Savino, arcybiskupa Caracas, „niegodnym”, który „działa jak troglodyta”, usiłując zaszczepić wiernym strach przed komunizmem. Twardo podkreślał, że: Nasz lud nie może być manipulowany przez sutanny. Zarazem nie ukrywał chrześcijańskiej inspiracji swego „socjalizmu XXI wieku”. Jego język pełen był biblijnych odwołań, np. w czasie wyborów prezydenckich pisał na Twitterze: Idziemy z Bogiem i Matką Bożą Różańcową, nawiązując do przypadającego tego dnia święta maryjnego. Powiadał, że drogą Chrystusa jest sprawiedliwość, a socjalizm i chrześcijaństwo mogą iść ramię w ramię. Swój cel opisywał następująco: Królestwo Chrystusa jest królestwem miłości, pokoju, sprawiedliwości, braterstwa, królestwem socjalizmu. To jest królestwo przyszłej Wenezueli.
Nawet w Ameryce Łacińskiej nie zawsze tak było. W XIX wieku hierarchia kościelna sprzeciwiała się ruchom niepodległościowym, co spowodowało, że w niektórych państwach (np. w Meksyku) nowe liberalne elity polityczne, wywodzące się nieraz z masonerii, przeprowadzały rozdział Kościoła od państwa. Kościół, nierozerwalnie spleciony z klasami posiadającymi, pozostawał ostoją reakcji. Sam będąc jednym z największych posiadaczy ziemskich, stał na straży półfeudalnego status quo. Sobór biskupów latynoamerykańskich w 1899 r. opiewał ten stan rzeczy następująco: Bazyliki promieniowały blaskiem złota i srebra i wsłuchiwały się w dźwięczące w ich murach słodkie imię prawdziwego Boga. […] Herezja prawie całkowicie została wypleniona, wygasło niemal zupełnie bałwochwalstwo. Reakcyjny nurt katolicyzmu przetrwał w ruchu Tradycja Rodzina Własność (TFP), wspierającym ideologicznie dyktatury Pinocheta, Videli czy Banzera. Nic dziwnego, że jeszcze w 1968 r. chrześcijańscy działacze związkowi w swym „Liście otwartym robotników Ameryki Łacińskiej do papieża Pawła, obrońcy ludów ubogich” pisali z goryczą: Religią i Kościołem stale posługiwano się w Ameryce Łacińskiej dla usprawiedliwienia i umocnienia niesprawiedliwości, ucisku, prześladowań, wyzysku i morderstw dokonywanych na ubogich.
Warto w tym miejscu jednak pochylić się nad specyfiką latynoamerykańskiego katolicyzmu. Żywiołowy i głęboko emocjonalny, pozostawał zarazem owocem powierzchownej nieraz chrystianizacji przedchrześcijańskich wierzeń i obrzędów, co skutkowało nieprzywiązywaniem wagi do czystości doktrynalnej. Z kolei utrudniony kontakt z duchowieństwem (wiele parafii egzystowało bez kapłana, gdyż np. w 1967 r. w Brazylii jeden ksiądz przypadał na 6800 wiernych) sprawił, że ludowy katolicyzm pozbawiony jest rysu klerykalnego.
Około połowy XX w. rozpoczął się kryzys tradycyjnego modelu religijności. Gwałtowna urbanizacja, rozrywająca dotychczasowe więzi społeczne, sprzyjała laicyzacji. Zaogniały się konflikty społeczne. Aktywizacja polityczna mas zrodziła ruchy populistyczne typu peronizmu. Na pierwszej linii zmagań znalazły się katolickie organizacje społeczne: Latynoamerykańska Konfederacja Chrześcijańskich Związków Zawodowych (CLASC), Latynoamerykańska Federacja Chłopska (FCL), Robotniczy Ruch Akcji Katolickiej (MOAC), Katolicka Młodzież Robotnicza (JOC), Katolicka Młodzież Uniwersytecka (JUC). Siłą rzeczy przenosiły one radykalne nastroje swych środowisk do Kościoła. Na początku lat 60. Ameryką Łacińską wstrząsnął potrójny impuls: marksistowska rewolucja kubańska, reformistyczny Sojusz dla Postępu, zaproponowany przez prezydenta Kennedy’ego i polityka aggiornamento papieża Jana XXIII, owocująca II Soborem Watykańskim.
Od chadecji do Jezusa-partyzanta
Odpowiedzią na te wyzwania miał być ruch chrześcijańsko-demokratyczny. W Ameryce Łacińskiej chadecja pojawiła się późno, w zasadzie dopiero po II wojnie światowej (wcześniej Kościół wspierał partie konserwatywne). Będąc ruchem klas średnich, dążyła do reform i sprzeciwiała się panowaniu oligarchii, co w warunkach ostrego rozwarstwienia klasowego prowadziło do radykalizacji daleko odbiegającej od europejskiego pierwowzoru. Pierwszy latynoamerykański kongres chadecki w Montevideo w 1947 r. potępił jednym tchem imperializm, totalitarny neofaszyzm, komunizm i reakcję kapitalistyczną. Dziesięć lat później kongres w São Paulo zapowiedział umocnienie demokracji społecznej, co implikuje sprawiedliwość dla wszystkich i wyzwolenie klasy robotniczej.
Przywódca chilijskiej chadecji Eduardo Frei głosił w 1963 r., że w tej historycznej chwili trzeba być z ludem i nikt, kto myśli po chrześcijańsku, nie może być przeciwko nam z tego powodu, że jesteśmy na lewicy. Ideologia chrześcijańsko-demokratyczna miała charakter „trzeciej drogi” – „rewolucja w wolności” i „socjalizm wspólnotowy” miały być alternatywą zarówno dla oligarchicznego kapitalizmu, jak i dla rewolucji komunistycznej. II kongres Amerykańskiej Młodzieży Chrześcijańsko-Demokratycznej (JUDCA) w Caracas w 1962 r. podkreślał oryginalność doktryny chrześcijańsko-demokratycznej, która odrzuca zarówno kolektywizm marksistowski, jak i przywłaszczenie kapitalistyczne, i która proponuje wprowadzenie wspólnotowego ustroju społecznego. Wenezuelski chrześcijański demokrata Rafael Caldera twierdził, że: Ideologia natchniona przez Chrystusa w większym stopniu wyraża interesy uciskanych mas aniżeli ideologia komunistyczna, a Frei wyjaśniał różnice z marksizmem: Nikt w naszej partii nie sprzeciwia się procesowi socjalizacji w ramach pluralistycznej demokracji […]. Odrzucamy natomiast […] zbudowanie państwa – zwierzchnika całej gospodarki […], które poprzez absolutną kontrolę nad życiem narodu i środkami przekazu znosi […] zasadnicze swobody jednostki ludzkiej. Zarazem jednak dystansował się od wojującego antykomunizmu, pisząc o komunistach, że jest to partia, która opiera się o masy ludowe, […] jest częścią naszego narodu. Komunizmu nie można pokonać przy pomocy represji…
Partia Chrześcijańsko-Demokratyczna doszła do władzy w Chile w 1965 r., jednak nie udało jej się zrealizować swego programu (m.in. wskutek oporu prawicy) i doprowadzić do znaczącej poprawy sytuacji mas ludowych. W Brazylii chadecja poparła reformistycznego prezydenta Goularta, obalonego przez reakcyjny przewrót wojskowy w 1964 r. Podobna sytuacja miała miejsce w Dominikanie, gdzie popierany przez chadeków rząd Boscha upadł na skutek prawicowej rebelii i interwencji USA. Wszystko to prowadziło do radykalizacji części chrześcijańskich demokratów, zwłaszcza młodego pokolenia. III międzynarodowy kongres młodzieży chrześcijańsko-demokratycznej w Montevideo (1969) oznajmił: Dążymy do socjalizmu wspólnotowego, pojętego nie tylko jako utopia moralna, lecz także jako konkretny […] wytwór […], którego cechą charakterystyczną jest organizacja gospodarki opartej na społecznej własności dóbr produkcyjnych. Jeszcze dalej posunął się IV kongres JUDCA w Quito (1970). Głosząc, że racją bytu chrześcijańskiej demokracji jest być rewolucyjną, uznał marksizm za fundamentalny wkład metodologiczny w naukowej analizie społeczeństw i […] przewodnik w działalności rewolucyjnej, podczas gdy chrześcijaństwo miało inspirować tylko jako „siła kulturowa” a nie „system idei”. Nadal zaznaczano jednak dystans wobec komunizmu – celem miał być socjalizm nie państwowy, a wspólnotowy: personalistyczny, pluralistyczny, demokratyczny.
W praktyce oznaczało to przyłączanie się partii chrześcijańsko-demokratycznych do lewicowych koalicji wyborczych (Narodowy Związek Opozycji w Salwadorze w 1970 r., Szeroki Front Ludowy w Urugwaju w 1971) lub secesje chrześcijańskiej lewicy. W Urugwaju już w 1962 r. z chadecji wyodrębnił się Front Odnowionego Rozwoju (Frente de Avanzada Renovadora), który wbrew stanowisku episkopatu przystąpił do lewicowej Unii Ludowej. Od chilijskiej Partii Chrześcijańsko-Demokratycznej w 1969 r. oderwała się frakcja „rebelde” (zbuntowani), tworząc Ruch Jednolitej Akcji Ludowej (MAPU), dążący do rewolucji antykapitalistycznej na drodze jedności lewicy. Dwa lata później kolejna frakcja PDC – „terceryści” – utworzyła Lewicę Chrześcijańską (IC), która również przyłączyła się do koalicji Jedności Ludowej Salvadora Allende. W 1970 r. lewicowi działacze chadecji boliwijskiej założyli Rewolucyjną Partię Chrześcijańsko-Demokratyczną (PDCR), która przeszła do partyzanckiej walki o socjalizm. Po jej klęsce (1971 r.) lewica chrześcijańska skupiła się w szeregach Ruchu Lewicy Rewolucyjnej (MIR). W Argentynie powstały w 1971 r. dwa ugrupowania chrześcijańsko-demokratyczne: umiarkowana Chrześcijańska Partia Ludowa (PPC), popierająca peronistowską koalicję FREJULI, i radykalna Chrześcijańska Partia Rewolucyjna (PRC), postulująca „ludowy sojusz rewolucyjny”. Kolumbijski ksiądz Camilo Torres w 1965 r. założył Zjednoczony Front (Frente Unido) z programem bezkrwawej rewolucji antyoligarchicznej. Na Haiti przeciw dyktaturze Duvaliera (skądinąd powiązanego ze środowiskiem czcicieli voodoo) Partia Społeczno-Chrześcijańska zainicjowała walkę partyzancką, tworząc Haitańskie Rewolucyjne Siły Zbrojne pod dowództwem ks. Jeana Baptiste’a George. W Nikaragui lewicowi katolicy włączyli się w działalność Sandinowskiego Frontu Wyzwolenia Narodowego (frakcja „tercerystów”).
Ideologię tych ugrupowań odzwierciedla stanowisko MAPU: Jedność sił ludowych i wzbogacanie tego procesu przez udział w budowie socjalizmu reprezentantów różnych światopoglądów stanowią dla nas dwa zasadnicze warunki realizacji społeczeństwa ludzi. […] W Ameryce Łacińskiej lewicowi chrześcijanie przedstawiają sobą potencjalną siłę rewolucyjną […]. Marksizm jest doktryną społeczną, która wnosi największe możliwości analizy zagadnienia walki klas, i w tym punkcie nie ma nic do odrzucenia. Lecz z filozoficznego punktu widzenia […] uważamy, jako chrześcijanie, że istnieją zasadnicze różnice między naszą wizją świata a koncepcjami marksistowskimi.
Jeszcze częściej lewicowi chrześcijanie angażowali się w ośrodki refleksji intelektualnej, lokalne inicjatywy społeczne i nieformalne ruchy. Do najbardziej znanych należał utworzony w 1968 r. w Argentynie Ruch Księży Trzeciego Świata (MSTM). Stawiał on sobie za cel odrzucenie struktur kapitalistycznych i kolonializmu ekonomicznego, współuczestnictwo w życiu ludzi biednych oraz poszukiwanie specyficznej formy socjalizmu południowoamerykańskiego. Dystansował się natomiast od postulatów reformy wewnątrzkościelnej – O. Vernazza z Buenos Aires mówił: Naszym celem nie jest zerwanie z naszym stanem duchownym, lecz w pełni kapłańskie postępowanie w rewolucyjnym procesie południowoamerykańskim […]. Nie pociągają nas „rewindykacje” w naszym statusie kapłanów […]. Przekonani jesteśmy jednak, że powstające „nowe społeczeństwo” radykalnie odnowi podlegające reformie struktury Kościoła. W MSTM uczestniczył m.in. ks. Carlos Mugica – syn bogacza, który początkowo był sekretarzem osobistym kard. Caggiano, ale w 1963 r. na własną prośbę został przeniesiony na parafię do dzielnicy nędzy Mataderos. Nieformalnym organem Ruchu było pismo „Cristianismo y Revolución” Juana Garcíi Ellorio (zginął w 1970 r.). MSTM cieszył się poparciem biskupa Alberta Devoto z Goya, w 1972 r. poparty został również przez Perona.
W Chile działały grupy Młody Kościół (Iglesia Joven) w Santiago oraz Kościół Ludu (Iglesia del Pueblo) w Valparaíso, znane z takich akcji jak okupacja katedry w Santiago de Chile pod hasłem „Chrystus obecny wśród biednych potrzebuje działania tych, którzy weń wierzą” w sierpniu 1968 r. Jak napisał PRL-owski badacz, ich wizja socjalizmu była oparta na skrajnie idealistycznych przesłankach i silnie anarchizująca. W kwietniu 1971 r. w Santiago de Chile 80 księży zainicjowało ruch Chrześcijanie na rzecz Socjalizmu. Oznajmili oni: Głęboką przyczyną naszego zaangażowania jest nasza wiara w Jezusa Chrystusa, która pogłębia się, odnawia i ucieleśnia wśród okoliczności historycznych. Być chrześcijaninem to znaczy być solidarnym z ludem. Wyciągali z tego wniosek, że aby wiara była żywa, musi ona włączyć się w kontekst […] walki wyzwoleńczej, i w konsekwencji dochodzili do przekonania, że Socjalizm jest jedyną […] alternatywą, aby przezwyciężyć społeczeństwo klasowe. Wydawali periodyk „Pastoral popular”, w którym pisali: Mamy obowiązek brać udział w walce klasy proletariackiej, […] ze świadomością klasową, będąc zdecydowanymi na ostateczne i wyższe konsekwencje walki rewolucyjnej. Ruch ten popierał koalicję Jedności Ludowej – np. jezuickie pismo „Mensache” pisało, że program Allende jest programem o chrześcijańskiej wymowie. Odpowiada on […] życzeniom nowej i rewolucyjnej nauki społecznej chrześcijan.
Tego typu grupy rozkrzewiły się na całym kontynencie: w Brazylii był to „ruch presji moralnej i wyzwoleńczej” (33 biskupów z Hélderem Pessôa Câmarą na czele), w Kolumbii Ruch Katolicki Camilo Torresa (założony w 1968 r.) i tygodnik „Frente Unido” kierowany przez biskupa G. Guzmana Campesa, w Boliwii – Kościół i Społeczeństwo w Ameryce Łacińskiej (ISAL) o. F. Ziertona, w Meksyku Księża na rzecz Ludu…
Najbardziej radykalni duchowni sięgali po broń. Powszechnie znany jest przypadek ks. C. Torresa – po fiasku projektu Zjednoczonego Frontu pod koniec 1965 wstąpił w szeregi kolumbijskiej Armii Wyzwolenia Narodowego i zginął w lutym następnego roku. W Boliwii przystąpił do partyzantki franciszkanin Silvano Girotto. W Argentynie związki z trockistowską Rewolucyjną Armią Ludową (ERP) utrzymywali księża Antonio Gilla i Enri Praolini z La Rioja oraz o. Jacques Revenot z Formosa. Indagowany przez polskiego dziennikarza ksiądz-partyzant z Salwadoru wyjaśniał: widząc, jakie człowiek człowiekowi zgotował piekło na ziemi, chcemy przywrócić pokój. Jednak, aby zwyciężyć, musimy walczyć do samego końca. Nie jest to problem nienawiści, lecz poczucie krzywdy i sprawiedliwości. Bóg zawsze opowiada się za biednymi i skrzywdzonymi. Chrystus jest wśród nas. I popierał to cytatem ze św. Tomasza: ten, kto znajduje się w skrajnej potrzebie, ma prawo wziąć to, co niezbędne z bogactw innych. Zainspirowało to argentyńskiego malarza Carlosa Alonso do stworzenia słynnego obrazu Chrystusa-guerrillero z karabinem na ramieniu.
Największy sukces lewica chrześcijańska odniosła w Peru. W 1968 r. gen. Juan Velasco Alvarado dokonał tam przewrotu i proklamował rewolucję antykapitalistyczną, ale niemarksistowską. Jak wyjaśniał gen. Morales Bermúdez: Rewolucja peruwiańska […] ma charakter humanistyczny i chrześcijański oraz opiera się na takiej filozofii socjalistycznej, która nie jest ani dogmatyczna, ani totalitarna. Z kolei gen. Fernández Maldonado akcentował zasadniczą harmonię między duchem rewolucji peruwiańskiej i duchem Vaticanum II oraz wpływ, jaki wywarło chrześcijaństwo na stanowisko światopoglądowe i, jako forma wyzwolenia człowieka, na genezę rewolucji peruwiańskiej. W praktyce specyfika eksperymentu peruwiańskiego przejawiała się w nacisku na rozwój spółdzielczości i próbie stworzenia pozapartyjnego systemu reprezentacji społecznej SINAMOS. Rewolucja została poparta przez m.in. partie chrześcijańsko-demokratyczną i komunistyczną, które utworzyły nawet wspólny Antyimperialistyczny Front Młodzieży. Kryzys gospodarczy 1976 r. doprowadził jednak do upadku lewicowo-katolickiego rządu wojskowych.
Kościół walczący
Na Kościół latynoamerykański wpływ wywierało zarówno polityczne wrzenie otoczenia, jak i nowa polityka Watykanu. Stolica Apostolska poprzez nuncjusza Armando Lombardiniego nakłoniła biskupów Brazylii, by poparli reformistyczną politykę prezydenta Goularta. W 1963 r. komisja Episkopatu opublikowała dokument „»Pacem in terris« a rzeczywistość brazylijska”, w którym oznajmiała: Nasz porządek społeczny jest ciągle jeszcze zepsuty przygniatającym ciężarem tradycji kapitalistycznej, która dominowała na Zachodzie w ostatnich stuleciach. Jest to porządek rzeczy, w którym decydujący głos […] ma zawsze władza ekonomiczna – pieniądz, w którym mniejszość wyposażona w środki może korzystać […] ze zbytku i w którym większość jest […] pozbawiona możności korzystania z licznych podstawowych i naturalnych praw… Postawa zarówno kleru, jak i laikatu była niejednoznaczna – o ile kard. Carlos Motta popierał rząd, o tyle kard. Jaime de Barros Câmara pozostawał w opozycji; TFP organizowała antykomunistyczne „marsze rodzin katolickich ku wolności” – jednak ferment zaczął narastać.
W Argentynie Kościół, odpowiadając na wyzwanie antyklerykalnego ruchu peronistów, rozwijał apostolstwo ubogich, co zmuszało do refleksji nad ewangeliczną cnotą ubóstwa. Biskup Juan Jose Iriarte z Reconquista piętnował przypadki, gdy mamy głosić posłannictwo z wysokości naszych marmurowych ołtarzy i naszych pałaców biskupich, […] kiedy […] idziemy na spotkanie naszego ludu odziani w purpurę, w samochodzie najnowszego modelu. Biskup Henrique Golland Trindade z Botucatu postulował: Kościół musi zejść do ludu. […] Biskupi winni opuścić swoje pałace, zejść ze swych tronów i zmieszać się z ludem. Kropkę nad „i” postawiła Rada Episkopatu Ameryki Łacińskiej (CELAM): Pragniemy, aby nasze mieszkania i nasz styl życia były skromne, nasz strój prosty, nasze dzieła i instytucje pozbawione pompy i ostentacji. Nie były to tylko słowa. Arcybiskup diecezji Olinda i Recife, H. Câmara, brał udział w soborze odziany w starą czarną sutannę, z prostym drewnianym krzyżem. Biskup Eugênio de Araújo y Sales z São Salvador de Bahia zaprosił bezdomnych do swej siedziby, mówiąc: Bóg nie potrzebuje naszego przepychu, a pozostawienie ubogich na ulicy i w głodzie jest niezgodne z duchem chrześcijańskim. Wykładowcy i alumni seminarium duchownego w boliwijskim San José przenieśli się do dzielnicy nędzy.
Co więcej – nie były to tylko symboliczne gesty. W wielu krajach (m.in. Brazylii, Chile i Kolumbii) Kościół oddał swe ziemie chłopom. Argentyński biskup Manuel Tato przekazał bezrolnym 300 ha gruntów, biskup A.P. Torres z Catamarka 350 ha, arcybiskup Carlos Jurgens Byrne z Cuzco (Peru) 2000 ha. Arcybiskup Caracas J. H. Quintero w 1965 r. oddał pieniądze zebrane na budowę pałacu arcybiskupiego na schroniska dla bezdomnych, arcybiskup Tulio Botero Salazar przekazał swój pałac w Medellín na cele oświatowe. Biskup José Demmerta Bellido z Cajamarca odmówił przyjęcia subwencji państwowej na remont katedry, stwierdzając, że te pieniądze powinny sfinansować kanalizację i szpital. Kongres franciszkanów w Belo Horizonte postanowił sprzedać dobra zakonu i zbudować za te środki mieszkania dla biednych. Kard. José Clemente Maurer, przewodniczący Episkopatu Boliwii, w 1970 r. wystosował list z wezwaniem, by majątek Kościoła niesłużący bezpośrednio do celów kultu religijnego przekazać państwu na poprawę bytu najuboższych.
Duchowni angażowali się w rozliczne inicjatywy społeczne. Przychodnie i ambulanse chilijskiego Wikariatu Solidarności tylko w pierwszym kwartale 1976 r. udzieliły pomocy 26 tysiącom pacjentów. W Recife powstał bank ubezpieczeń społecznych, parafie z Bogoty utworzyły spółdzielnię spożywców, organizacja „Minuta dla Boga” zajmowała się budownictwem mieszkaniowym. Zakładali liczne kooperatywy rolne, jak np. chrześcijańska wspólnota rybaków, zainicjowana przez jezuitę Ernesto Cardenala na wyspie Solentiname. Krzewili oświatę – np. ks. A. Uribe z Cali zapewniał wykształcenie 8000 dzieci. Zacytujmy przy tej okazji fragment elementarza wydanego przez katolicki Ruch Wykształcenia Podstawowego pt. „Viver é lutar” („Żyć znaczy walczyć”): Rodzina Piotrowa jest głodna. Lud pracuje i jest głodny. Czy to jest słuszne, że rodzina Piotrowa jest głodna? Czy słuszne jest, że lud jest głodny? […] Naród Brazylii jest narodem wyzyskiwanym. Wyzyskiwanym nie tylko przez Brazylijczyków. Wielu cudzoziemców wyzyskuje nasz naród.
Stopniowo wśród zaangażowanych społecznie katolików narastało jednak przekonanie, że filantropia nie wystarcza. W marcu 1968 r. tysiąc brazylijskich księży wystosowało list do biskupów, stwierdzając w nim, że próbuje się załagodzić jej [nędzy – przyp. J.T.] konsekwencje, nie atakując przyczyn. Części współwyznawców zarzucano hipokryzję. Biskup Bellido stwierdzał: spośród uprzywilejowanych bogactwem katolików, którzy mają przecież obowiązek pomagania biednym, tylko nieliczni zajmują stanowisko zgodne z nauką Kościoła. […] godzą egoistyczne koncepcje liberalne swobodnego rozporządzania materialnymi dobrami z wiarą w Chrystusa. Biskup Pedro Casaldáliga w związku z tym apelował: Katolików, wielkich właścicieli ziemskich […] wzywamy, aby dokonali wyboru między swoją wiarą i egoizmem. Na nic zda się uroczyste obchodzenie świąt Bożego Narodzenia […], jeżeli równocześnie zamyka się oczy i serca na los robotników pracujących w ich przedsiębiorstwach. Jeszcze dalej posunął się kard. Antonio Caggiano: nie można się spodziewać, że wszyscy katolicy posiadają ducha ubóstwa. Dlatego w stosunku do tych, którzy gromadzą kapitały, musi nastąpić ingerencja władz…
Stąd już tylko krok do czynnego zaangażowania się w walki robotników, chłopów, biedoty. Duchowni (np. ks. Sanchez z Tucuman) często pomagali strajkującym i represjonowanym pracownikom. Biskup James Francisco De Nevares z Neguen nie tylko poparł strajk robotników zatrudnionych przy budowie zapory w El Chocon, ale nawet zabronił do czasu spełnienia żądań strajkowych odprawiania mszy w kaplicy zbudowanej przez przedsiębiorstwo. Na przełomie 1977/78 r. żony uwięzionych górników boliwijskich prowadziły strajk głodowy w obiektach kościelnych. Po ataku policji na strajkujących w kościele w Santa Cruz arcybiskup La Paz zagroził zamknięciem świątyń w diecezji. Wenezuelscy biskupi w 1958 r. wezwali nawet robotników do udziału w strajku generalnym! Solidarność działała też w drugą stronę. Gdy w 1967 r. argentyńska junta wymusiła dymisję popularnego biskupa Juana Podesty, w robotniczej diecezji Avellaneda wybuchły protesty uliczne. Z kolei górnicy kopalni w Llallagua strajkowali w obronie represjonowanych oblatów Roberto Durette i Gustavo Pelltriera.
Platformą politycznego zaangażowania Kościoła często była też obrona demokracji. Z otwartym protestem przeciw zamachowi stanu w Brazylii w 1964 r. wystąpiła grupa 19 biskupów z H. Câmarą na czele. Pięć lat później już cały episkopat solidarnie krytykował dyktaturę. W Chile po puczu Pinocheta (wrzesień 1973 r.) episkopat wprawdzie w pierwszej chwili uznał nowe władze, ale zarazem sprzeciwiał się odwetowi i apelował do junty, aby szanowała zdobycze robotników. Już w kwietniu 1974 r. Kościół potępił naruszanie praw człowieka i antyrobotnicze posunięcia reżimu, a we wrześniu większość biskupów odmówiła celebrowania mszy z okazji rocznicy przewrotu. Konferencja episkopatu w Punta de Talca w kwietniu 1975 r. potępiła represje i nędzę, wezwała do zniesienia stanu wyjątkowego. Pomocą represjonowanym przez dyktaturę zajmował się najpierw Komitet Współpracy na rzecz Pokoju, a po jego delegalizacji Wikariat Solidarności. Nic dziwnego, że Pinochet skarżył się, że nie otrzymuje wystarczającego poparcia ze strony Kościoła rzymskokatolickiego. Natomiast przywódca chilijskich komunistów Luis Corvalán powiedział: Kościół stanowi w obecnej chwili wielkie oparcie i pomoc dla ludu chilijskiego i sądzę, że w przyszłości będzie mógł odegrać jeszcze ważniejszą rolę.
Kościelne i okołokościelne struktury często udzielały wsparcia lewicowej opozycji. Nielegalny zjazd brazylijskiego Krajowego Związku Studentów (UNE) w 1967 r. odbył się w klasztorze benedyktynów w Campinas. W Chile ranni członkowie zbrojnego Ruchu Lewicy Rewolucyjnej leczeni byli w kościelnym szpitalu, a dwaj partyzanci schronili się w październiku 1975 r. w nuncjaturze. W 1972 r. boliwijska policja odkryła magazyn broni Armii Wyzwolenia Narodowego (ELN) – organizacji partyzanckiej utworzonej przez „Che” Guevarę – w żeńskim klasztorze w Achacachi. Symboliczny wymiar miała msza święta w intencji „Che”, odprawiona po jego śmierci przez H. Câmarę w obecności stu tysięcy wiernych.
Opozycyjna działalność katolików spotkała się z przeciwdziałaniem ze strony władz. Dotyczyło to nawet przedstawicieli Watykanu. Na murze nuncjatury papieskiej w Dominikanie pojawił się napis „Embajada comunista” (komunistyczna ambasada), a w stolicy rozlepiono plakaty obiecujące 100 tysięcy dolarów za głowę nuncjusza Clarizio. Gdy w Brazylii nuncjusz Biaggio próbował interweniować na rzecz uwięzionych duchownych, otrzymał odpowiedź, że władze nie pozwolą na ingerencję państw obcych. W sierpniu 1976 r. chilijska policja zorganizowała na lotnisku w Santiago de Chile demonstrację przeciw powracającym z zagranicy biskupom jako „sługusom marksistów”. Kościelne instytucje dotknięte były najściami i rewizjami, niekiedy bardzo brutalnymi – np. 30 lipca 1976 r. wojsko wtargnęło do kościoła w Buenos Aires w czasie mszy i uprowadziło dwóch księży. Wielu duchownych i świeckich katolików zostało aresztowanych – np. we wrześniu 1971 r. 47 księży w Rosario (Argentyna), w październiku 1970 cały personel kościelnego Instytutu Badań Społecznych w Rio de Janeiro. Niektórych, jak dominikanów z São Paulo jesienią 1969 r., poddano torturom. Cudzoziemskich misjonarzy deportowano, a w 1975 r. rząd Brazylii próbował wydalić nawet biskupa Casaldaligę. Władze zakazywały nie tylko politycznych manifestacji, ale nawet uroczystości religijnych: ceremonii Tinkunaco w argentyńskim La Rioja (1971) czy procesji w Dniu Matki Bożej w Chile (1975).
Jeszcze brutalniejsze metody stosowały ultraprawicowe szwadrony śmierci. W marcu 1968 r. taka bojówka uprowadziła arcybiskupa Mario Casariego y Acevedo w Gwatemali. We wrześniu 1976 r. członkowie Brazylijskiego Sojuszu Antykomunistycznego porwali biskupa Adriana Hypolito z Nova Iguaçu, a następnie pobili go, rozebrali do naga, oblali czerwoną farbą i pozostawili na jezdni. Prawicowi ekstremiści nie cofali się przed zabijaniem zbuntowanych duchownych. Z ich rąk zginęli m.in. współpracownik H. Câmary ks. Antônio Henrique Pereira Neto (1969), o. Joceo Burnier, o. Jose Tedeschi i ks. Francisco Suarez (1976), dwie francuskie zakonnice w Argentynie (1977), trzy amerykańskie zakonnice w Salwadorze (1980)… Gdy w 1971 r. dokonano nieudanego zamachu na ks. C. Mugicę, ten oświadczył: Nic i nikt nie przeszkodzi mi służyć Chrystusowi i jego Kościołowi, walcząc u boku ubogich o ich wyzwolenie, a jeśli Bóg udzieli mi niezasłużonego przywileju, że stracę życie w tej walce, oddaję się cały Jego woli. Zginął trzy lata później. Najszerszym wszakże echem odbiło się zamordowanie przez prawicowych terrorystów w czasie nabożeństwa arcybiskupa San Salvador Oscara Arnulfo Romero 24 marca 1980 r. Łącznie w latach 1968–1978 poddanych represjom zostało 850 duchownych w całej Ameryce Płd.
Szczytowym punktem radykalizacji Kościoła było Zgromadzenie CELAM w Medellín w sierpniu 1968 r. Biskupi stwierdzili, że Episkopat Ameryki Łacińskiej nie może być obojętny wobec okrutnych niesprawiedliwości społecznych. Uznali, iż spotykamy sytuację niesprawiedliwą, którą można nazwać przemocą zinstytucjonalizowaną, bowiem istniejące struktury gwałcą podstawowe prawa. Zarysowali perspektywę przemian społecznych w kierunku sprawiedliwego systemu ekonomicznego: Przedsiębiorstwo w systemie gospodarki naprawdę ludzkiej nie utożsamia się z właścicielami kapitału, bowiem jest ono w swej istocie wspólnotą osób i jednością pracy, która wymaga kapitałów dla wytwarzania dóbr. Co więcej, zasygnalizowali zrozumienie dla metod rewolucyjnych: jeżeli chrześcijanin wierzy w skuteczność pokoju w dojściu do sprawiedliwości, wierzy również, że sprawiedliwość jest nieodzownym warunkiem pokoju. Z Kościołem Ameryki Łacińskiej solidaryzował się papież Paweł VI, który w czasie wizyty na tym kontynencie przemawiał do robotników: Chcemy solidaryzować się z Waszą słuszną sprawą, sprawą ludu, sprawą ubogich. […] Braterstwo […], chociaż dopuszcza układy hierarchiczne i organiczne we wspólnocie społecznej, powinno jednak być uznawane w dziedzinie gospodarczej ze szczególnym uwzględnieniem sprawiedliwego rozdziału dóbr […], jak też w dziedzinie praw obywatelskich…
Nie oznaczało to w żadnej mierze utożsamienia się przez episkopat z marksistowską lewicą, a raczej walkę na dwa fronty. Komisja Biskupów do Spraw Społecznych CELAM w 1972 r. stwierdziła, że o ile kapitalizm wykorzystuje religię do swych celów i fałszywie interpretuje naukę Kościoła, by utrzymać przywileje, o tyle marksizm uważa Kościół za podporę kapitalizmu i dąży do zniszczenia jego instytucjonalnej formy. Biskup López Trujillo potępiał więc prawicowych katolickich integrystów: Integryści […] popierają utrzymanie status quo, rezygnując z wszelkiej krytyki, i stają się główną podporą systemu. […] Posługują się słowami, zmieniając nadaną im przez Kościół treść. Z symetryczną krytyką chrześcijan-marksistów występował kard. Raúl Silva Henriquez: Marksistowska waloryzacja klasy proletariuszy, jako jedynej nosicielki przyszłości ludzkości, jest absolutnie nie do pogodzenia z Ewangelią. Chrześcijaństwo sprowadza się tam do walki klasy rewolucyjnej; teologię zawęża się do ideologii, chrześcijaństwo sprowadza się do jedynego wymiaru przekształcenia społeczno-ekonomicznego jako chrześcijaństwa czysto socjologicznego, a nie mistycznego.
Teologia wyzwolenia
Przedmiotem krytyki ze strony reformistycznego „centrum” episkopatu był wielce zróżnicowany wewnętrznie nurt zwany „teologią wyzwolenia”. Jego źródeł szukać można w Europie, gdzie w latach 60. zachodnioniemiecki teolog Johannes Baptist Metz, uznawszy, że największym zagrożeniem dla wiary jest jej „prywatyzacja”, zaczął rozwijać tzw. nową teologię polityczną. Koncepcję tę podjął i rozwinął peruwiański jezuita o. Gustavo Gutiérrez w książce „Teología de la liberación. Perspectivas”. Napisał w niej: Wolność, do której jesteśmy powołani, zakłada wychodzenie na zewnątrz samego siebie, przełamywanie naszej samolubności i wszelkich struktur, które naszą samolubność podtrzymują; podstawą tej wolności jest otwartość na innych. Pełnią wyzwolenia […] jest zjednoczenie z Bogiem i innymi ludźmi. Tak rozumiane wyzwolenie dokonywać miało się na trzech nierozerwalnie splecionych płaszczyznach: społecznej, historycznej (antropologicznej) i etyczno-religijnej. Tradycyjna koncepcja wyzwolenia człowieka od grzechu połączona została z ideą wyzwolenia od warunków (struktur) sprzyjających grzechowi i przeniesiona w doczesność.
Dla zwolenników teologii wyzwolenia punktem wyjścia było zaangażowanie chrześcijańskie. Jezuita Fernando de Arango mówił: Jeżeli prawdziwym celem naszego kapłańskiego apostolatu ma być komunia ludzi z Bogiem, to nasza misja […] musi stawiać jako jeden z najważniejszych celów humanizację życia jako wartość […] nierozerwalnie zespoloną z Bogiem Stwórcą. Dlatego H. Câmara oburzał się: Jak długo panować będzie to egoistyczne przekonanie, że ten, co robi coś dobrego dla ludu, musi być komunistą? Chrześcijanie mieli kierować się uniwersalnym przesłaniem miłości i sprawiedliwości. Wychodząc z tych przesłanek, „Orędzie biskupów trzeciego świata” (sierpień 1967 r.) uznawało, że jeśli określony system przestaje służyć dobru wspólnemu i służy interesowi grup, Kościół winien […] potępiać taką niesprawiedliwość…
Kolejnym krokiem było określenie źródeł społecznego zła. Według grupy księży boliwijskich nowego człowieka i nowego społeczeństwa nie można osiągnąć drogami kapitalistycznymi, ponieważ siłą napędową wszelkiego typu kapitalizmu jest prywatny zysk i prywatna własność dla zysku. W końcu starano się nakreślić historyczne (doczesne) perspektywy rozwoju: nie ma innej drogi do wyzwolenia jak […] droga […], która prowadzi do społecznej własności środków produkcji. Stanowi ona fundament […] przekształcenia obecnego społeczeństwa w nowe społeczeństwo, w którym stanie się możliwe stworzenie obiektywnych warunków, które pozwolą uciśnionym odzyskać ludzkie oblicze… (deklaracja „Usłyszałem krzyk mego ludu” z 1973 r.). To socjalizm zapewnić miał ludzkości wyzwolenie ze „struktur grzechu”. „Orędzie biskupów trzeciego świata” z 1967 r. głosiło: nauczmy się z radością akceptować socjalizm jako formę życia społecznego bardziej dostosowanego do naszych czasów, a jednocześnie bardziej zgodnego z Ewangelią.
Socjalizm jest jednak pojęciem niejednoznacznym – hasła tego chętnie używały też antykomunistyczne ugrupowania populistyczne, z chilijską chadecją na czele. W przypadku teologii wyzwolenia mamy jednak do czynienia z wyraźną inspiracją marksizmem. Najdalej w tym kierunku poszedł ks. E. Cardenal, który powiadał: nie wierzę, aby zasady marksizmu zaprzeczały istnieniu Boga miłości, jakiego przedstawia nam Nowy Testament. Przecież sam Marks uznawał siły i rację tworzącą historię. Dla nas jest Bóg, dziełem którego jest cała nasza historia. Jezuita bagatelizował opozycję między marksistowskim materializmem a chrześcijańskim idealizmem, twierdząc, że można ją obejść przez odpowiednią interpretację pojęć […] do przyjęcia przez obie strony (podawał tu przykład zaadaptowania teorii ewolucji do chrześcijaństwa przez Pierre’a Teilharda de Chardin).
Aprobata marksizmu pociągała za sobą nawet uznanie teorii walki klas, negowanej przez część chrześcijańskiej lewicy. Walka klas jest częścią naszej […] społecznej […] i religijnej rzeczywistości, stwierdzał Gutiérrez. Wielu dostrzegało przejawy walki klas nawet w samym Kościele. Hierarchia, podobnie jak część kleru i laikatu, należy do klasy ciemiężców […]. Inna część kleru i znaczna większość ludu chrześcijańskiego stanowi część klasy uciskanych – deklarowała kolumbijska tzw. Służba Społeczna w 1973 r. Logiczną konsekwencją było usprawiedliwienie rewolucji. Meksykański biskup Sergio Méndez Arceo mówił, że gwałtowna rewolucja jest usprawiedliwiona tym, że usuwa zło, które doszło do szczytu. Nawet nikaraguański arcybiskup Miguel Obando y Bravo, reprezentujący umiarkowane skrzydło Kościoła, napisał: Inicjatywa gwałtu nie pochodzi najczęściej od biednych i uciśnionych. Pochodzi ona raczej od tych, którzy mają władzę […]. Rewolucja wydaje się nieunikniona, a nawet konieczna, jeżeli chce się wyzwolić masy. […] guerilla jest jedynie krzykiem niepowstrzymanym narodu, który […] stara się rozerwać formy, które go duszą.
Musimy jednak pamiętać, że nie każdy reformizm jest socjalizmem, nie każdy socjalizm – marksizmem, nie każdy marksizm – komunizmem w sowieckim stylu. Większość zwolenników teologii wyzwolenia zaznaczała swój dystans wobec wschodnioeuropejskiego komunizmu, marząc o wypracowaniu oryginalnego latynoamerykańskiego modelu socjalizmu. Chrześcijańska lewica w Ameryce Łacińskiej pozostawała pod silnym wpływem „teorii zależności” (pisałem o tym w tekście „Wojna światów. Wokół teorii zależności”, „Obywatel” nr 6/2005), która kładła nacisk na suwerenność i własną drogę rozwoju. Według H. Câmary dopóki […] nie uzupełnimy niepodległości politycznej nieodzowną niepodległością ekonomiczną, nie będziemy mogli mówić o niepodległości. Câmara brzmiał więc wiarygodnie, deklarując, że nowy socjalizm jest konieczny, lecz bez wypaczeń w stylu radzieckim lub chińskim. Jedynie bodaj biskup Arceo akceptował „realny socjalizm”, uznając, iż w społeczeństwie kubańskim, w jego prostocie i surowości, w programie wspólnej pracy i w równości urzeczywistniają się w pełni ideały chrześcijańskie.
Teologia wyzwolenia, teologia rewolucji nie zdobyła sobie Kościoła. Już papież Paweł VI w 1974 r. skrytykował koncepcję wyzwolenia, które jest ograniczane wyłącznie do spraw społeczno-gospodarczych, wzmaga nienawiść i służy gwałtom, […] pcha ludzi do wyniszczającej rewolucyjnej walki. III Zgromadzenie CELAM w Puebla w 1979 r. zaprezentowało stanowisko bardziej umiarkowane niż zgromadzenie w Medellín. Podtrzymując „opcję na rzecz ubogich”, mocniej akcentowało solidaryzm (Wzywamy wszystkich bez różnicy klas, by zaakceptowali i przyjęli na siebie sprawę ubogich…) i ostrzej krytykowało marksizm, zarzucając mu ubóstwianie bogactw w kolektywnej formie i reżim totalitarny. Kolejne dekady przetrzebiły katolicką lewicę. Z jednej strony sprawiła to antykomunistyczna kontrofensywa Watykanu podczas pontyfikatu Jana Pawła II, potępiającego ideologie nienawiści i przemocy, które nie są ewangeliczne i które przynoszą tyle ran współczesnej ludzkości. Z drugiej, przyczynił się do tego kryzys marksistowskiej lewicy: nowa lewica, skoncentrowana na sferze nadbudowy, jest dużo trudniejszym partnerem dla lewicowych chrześcijan – choć z entuzjazmem przyjmuje najlżejszą krytykę kapitalizmu ze strony liberałów, to od wierzących żąda nie tylko totalnej rewolucyjności, ale wręcz wyrzeczenia się własnej tożsamości ideowej.
Do zmiany tego trendu przyczynił się wszakże wybór na Stolicę Piotrową w 2013 r. kard. Jorge Mario Bergoglio, reprezentującego socjalreformistyczny (czyli nie marksistowsko-rewolucyjny) nurt Kościoła latynoamerykańskiego. Leonardo Boff (jeden z czołowych teologów wyzwolenia) zareagował entuzjastycznie: Cieszę się z wyboru papieża, który pozostaje wierny przekonaniu, że Kościół powinien stać po stronie ubogich. Imię Franciszek, jakie przybrał, ma charakter programowy: Franciszek z Asyżu to uosobienie ubogich i uciskanych, odpowiedzialności za środowisko człowieka oraz odrzucenia luksusu i ostentacji przez duchowieństwo. Następca Chaveza, Nicolás Maduro, też miał swoją teorię: Wiemy, że nasz Comendante osiągnął niebo. Musiał coś zrobić, żeby papieżem został przedstawiciel Ameryki Południowej… i tam Chrystus powiedział: nadszedł czas Ameryki Łacińskiej.
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | piątek 14 listopada 2014 | Jesień 2014
W marcu 1968 r., gdy oficjalna pisownia słowa „syjonizm” nie była jeszcze ustalona (alternatywną wersją był „sjonizm”), opowiadano następujący dowcip: „– Tato, jak właściwie pisze się syjonizm? – Teraz to nie wiem, ale przed wojną pisało się przez »ż« z kropką”. Słowo „syjonista” dla antysemitów stało się kryptonimem Żyda, dla antysyjonistów – synonimem reakcyjnego, ekspansywnego, rasistowskiego szowinizmu. Rzeczywistość jest bardziej złożona.
Syjonizm narodził się jako ruch religijny – kolejny przejaw żydowskiego mesjanizmu usiłujący przyspieszyć odkupienie Żydów poprzez powrót do Palestyny. Toruński rabin Cwi Hirsz Kaliszer w 1860 r. zorganizował zjazd poświęcony osadnictwu żydowskiemu w Ziemi Izraela, w wyniku czego powstał Izraelicki Związek dla Kolonizacji Palestyny. Sekularyzacji syjonizmu dokonał Theodor Herzl, który swymi pracami „Judenstaat” (1896) i „Altneuland” (1902) pchnął ruch na tory świeckiego liberalnego nacjonalizmu. Nie wszystkim jednak wystarczała wizja Herzla – część syjonistów ciążyła ku socjalizmowi.
Pierwsi żydowscy socjaliści (jak Aaron Lieberman, który w 1876 r. założył w Londynie organizację Agudat ha-Sozialistim ha-Ivrim) obojętnością na kwestię narodową przypominali działaczy naszego Proletariatu – ich zdaniem socjalizm miał automatycznie rozwiązać wszelkie problemy narodowościowe. Impulsem, który wpłynął na powstanie pierwszej żydowskiej partii robotniczej Bund, była konstatacja, że jeśli chce się pozyskać żydowskich robotników dla sprawy rewolucji, trzeba mówić językiem zrozumiałym dla nich – czyli w jidysz. Bundyści, skądinąd zazdrośnie strzegący odrębności żydowskiego proletariatu, pozostawali jednak wrodzy wobec burżuazyjnego i utopijnego w ich oczach syjonizmu. W tym samym wszakże roku (1897), w którym powstał Bund – Powszechny Żydowski Związek Robotniczy Litwy, Rosji i Polski – pojawił się na I Kongresie Syjonistycznym w Bazylei pierwszy syjonista-socjalista Nachman Syrkin. W swej publikacji „Die Judenfrage und der sozialistische Judenstaat” (1898) rozprawił się z kosmopolityzmem żydowskich socjalistów: Żydowscy socjaliści Europy Zachodniej, którzy wyrośli ze zasymilowanej żydowskiej burżuazji, nieszczęśliwie uosabiają […] ten sam brak szacunku dla samych siebie i duchowe ubóstwo, poza faktem, że moralny upadek socjalistycznej odmiany asymilacji jawi się bardziej jaskrawym. Syrkin założył w Berlinie pierwsze grupy socjalsyjonistyczne Hessiona (1901) i Heirut (1902).
Najbujniej socjalsyjonizm rozkwitł w ówczesnym Cesarstwie Rosyjskim. Działający tam Bund sprzeciwiał się emigracji Żydów do Palestyny, uważając, że los narodu żydowskiego związany jest z Europą Wschodnią. Przeciwstawiał też propagowanemu przez syjonizm językowi hebrajskiemu kulturę opartą na jidysz. W 1901 r. Bund wykluczył syjonistów ze swych szeregów.
W tym samym roku młody żydowski socjaldemokrata Ber Borochow założył w Jekaterynosławiu grupę Robotnicy Syjonu (Po’alei Zion, Poalej Syjon). Zapoczątkowany przez niego ruch dynamicznie rozwijał się w kolejnych latach. W 1903 r. emigranci z Rosji zakładają organizację PS w Nowym Jorku, dwa lata później rozwinęła się ona w Socialist Jewish Labour Party Poale Zion. W 1904 r. wokół wiedeńskiego pisma „Der jüdische Arbeiter”, wydawanego przez Szlomo Kapłańskiego, powstała federacja Poalej Syjon w Austrii. Początkowo skupiała ogół robotników-syjonistów, nie propagując żadnej szczególnej doktryny. Dopiero w 1906 r. przyjęła program socjalistyczny i nazwę Żydowskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej Poalej Syjon. W 1905 r. na zjeździe w Ciechocinku ukonstytuował się Związek Socjalistów Żydowskich Poalej Syjon w Królestwie Polskim. W 1906 r. Icchak Ben-Zvi założył zaś pismo „Onfang”, inicjując tym samym poalejsyjonizm w Palestynie. W tym samym roku na konferencji w Połtawie Borochow zjednoczył rosyjskie grupy poalejsyjonistyczne w Żydowską Socjaldemokratyczną Partię Robotniczą Poalej Syjon. Wreszcie w 1907 r. na kongresie w Hadze powstał Światowy Związek (Welt-Verband) Poalej Syjon, skupiający partie z Rosji, USA, Austro-Węgier, Wielkiej Brytanii, Rumunii, Palestyny i Argentyny. Związek jako tzw. Sonderverband wszedł w skład Światowej Organizacji Syjonistycznej. Po klęsce rewolucji rosyjskiej ruch poalejsyjonistyczny przechodzi jednak kryzys. Drastycznie, z 25 tys. do 300, spada stan liczebny rosyjskiej organizacji Poalej Syjon. Narastać zaczął też konflikt między marksistowską frakcją Borochowa i reformistyczną Kapłańskiego, ujawniony już na IV konferencji Związku w 1913 r.
Borochow, który swoje poglądy określał mianem „żydowskiego naukowego socjalizmu”, starał się wykorzystać teorię marksistowską do rozwiązania problemu żydowskiego, daleki jednak był od dogmatyzmu. Rozszerzył marksowskie pojęcie „stosunków produkcji” o czynniki geograficzne, antropologiczne i historyczne, wprowadzając kategorię „warunków produkcji”. Pozwoliło mu to zdefiniować naród jako społeczność zjednoczoną świadomością indywidualnych członków i pokrewieństwem wynikającym ze wspólnej historycznej przeszłości, której korzenie tkwią w tych samych warunkach produkcji. Naród, by rozwijać swą gospodarkę, musi posiadać terytorium.
Logicznie wypływał stąd wniosek, że przyczyną złej sytuacji Żydów było wykorzenienie z ojczyzny, czyniące z nich mniejszość podrzędną ekonomicznie i bezsilną politycznie. Zgodnie z dokonanymi przez Borochowa analizami ekonomicznymi rozwój nowoczesnej gospodarki skazywał żydowskie drobnomieszczaństwo na bezrobocie, natomiast robotnicy żydowscy pozostawali skoncentrowani w zacofanych i nieprodukcyjnych gałęziach gospodarki. Jak głosiła jedna z żydowskich partii robotniczych: Wskutek całego szeregu przyczyn historycznych i społecznych, żydowscy robotnicy nie zajmują żadnej pozycji w nowoczesnych zakładach przemysłowych i w gospodarstwie rolnym. Są oni najczęściej zatrudniani w małych […] warsztatach i dlatego najsilniej odczuwają jarzmo kapitalistycznego ustroju. […] W taki sposób liczba robotników żydowskich pozostaje ograniczona i dla żydowskich mas, popychanych koniecznością pójścia z życia pasożytniczego do zdrowej fizycznej pracy proletariackiej, która coraz bardziej staje się jądrem władzy politycznej i życia, przejście to staje się niedostępnym.
Diaspora była według Borochowa społeczną aberracją sprawiającą, iż społeczna psychologia ludu żydowskiego jest organicznie chora. Zdecydowanie przeciwstawiał się zarazem asymilacji, którą uważał za moralnie podejrzaną (jako sukces jednostki kosztem uciśnionej zbiorowości) i obiektywnie niemożliwą ze względu na nieprzezwyciężalne uprzedzenia większości. Jedynym wyjściem miało być stworzenie przez Żydów własnej „niezależnej bazy ekonomicznej” – zdrowego fundamentu społeczno-ekonomicznego, który będzie podstawą bytu narodowego i narodowej kultury, oraz bazą dla […] socjalistycznej transformacji życia narodowego. Dlatego głosił konieczność migracji Żydów do Palestyny w celu stworzenia tam autonomicznego żydowskiego społeczeństwa.
Palestyna miała stać się bazą walki klasowej żydowskiego proletariatu, a żydowski robotnik – „pionierem żydowskiej przyszłości”. Zdaniem Borochowa koncentracja Żydów w Palestynie była koniecznością dziejową, skutkiem obiektywnych procesów, co powtarzali za nim tzw. prognostycyści. W ruchu poalejsyjonistycznym istniała jednak również frakcja „pryncypialistów”, głoszących, że żydowska kolonizacja Palestyny będzie dziełem ludzkiej woli wynikającym z pryncypiów syjonizmu. Poalejsyjoniści dystansowali się wszakże od „burżuazyjnego” ruchu syjonistycznego i w 1909 r. wycofali się ze Światowej Organizacji Syjonistycznej.
Poalejsyjonizm nie był jedynym wariantem syjonistycznego socjalizmu. Krystalizowanie się programu syjonistycznego i towarzyszące mu dyskusje prowadziły do licznych rozłamów w ruchu. Na początku XX stulecia doszło do perturbacji związanych z tzw. planem Uganda, tj. brytyjską koncepcją stworzenia żydowskiej siedziby narodowej w Afryce Wschodniej. Znalazły one odzwierciedlenie także wśród socjalsyjonistów, spośród których część skłonna była domagać się dla Żydów jakiegokolwiek terytorium, niekoniecznie w Palestynie. Pod wodzą Syrkina uformowali oni na konferencji w Odessie w 1905 r. Syjonistyczno-Socjalistyczną Partię Robotniczą (Cionistisz-Socialistiszer Arbeter Partaj). Jeszcze dalej od programu syjonistycznego odeszli tzw. sejmiści, czyli Socjalistyczna Żydowska Partia Robotnicza (Socialisticzeskaja Jewrejskaja Raboczaja Partija, Sjerp), utworzona w 1906 r. w Kijowie przez m.in. Mojżesza Zylberfarba. To związane z rosyjskimi socjalistami-rewolucjonistami, a więc niemarksistowskie ugrupowanie domagało się dla ludności żydowskiej eksterytorialnej autonomii narodowo-politycznej, nieco szerszej niż postulowana przez Bund autonomia narodowo-kulturalna. Wszystkie te „narodowo-socjalistyczne” (wedle własnego określenia) partie – przednią straż proletariatu żydowskiego w walce o jego zupełne wyzwolenie socjalne i narodowe – łączyło przekonanie, że zupełne wyzwolenie narodu żydowskiego osiągnąć można tylko po upadku ustroju kapitalistycznego. Twierdziły, iż nikt nie jest tak zainteresowany w rewolucji jak my, ciemiężeni wśród ciemiężonych. Zarazem krytykowały nieżydowskich marksistów za ignorowanie żądań Żydów, głosząc: Żydowski robotnik nie mógł się […] w żadnym wypadku wyrzec swoich żądań narodowych, ponieważ byłoby to czynem samobójczym.
O ile poalejsyjoniści przypominali polskich niepodległościowych socjalistów spod znaku Kazimierza Kelles-Krauza, usiłujących połączyć postulaty narodowe z ideologią marksistowską, o tyle młodosyjoniści byli odpowiednikiem rodzimych „zetowców” – zradykalizowanych społecznie dysydentów z ruchu nacjonalistycznego. Ruch Młodzi Syjonu (Ze’irei Zion, Cejrej Syjon) uformował się w łonie rosyjskiego syjonizmu około 1903 r. Zgodnie z nazwą skupiał on młodych działaczy prących do większej aktywności w dziele kolonizacji Palestyny. Młodosyjoniści chcieli też umasowienia ruchu poprzez włączenie do niego żydowskiej biedoty. Członkowie Cejre Syjon uczestniczyli ponadto w walce o demokratyzację Rosji, co w naturalny sposób pchało ich ku lewicy społecznej. W wymiarze ideologicznym ruch ten usiłował połączyć idealistyczny pierwiastek syjonizmu z socjalistycznym materializmem. Uważano, że warunki ekonomiczne wymuszają emigrację Żydów, zaś sentyment wskazuje Palestynę jako jej kierunek. Palestyna miała być odzyskana przez żydowską pracę, a nie kapitał, co determinowało egalitarny ideał ustrojowy. Zarazem jednak cejresyjoniści byli przeciwni walce klas, uważając, że nacisk arabskiego otoczenia wymusza na Żydach solidaryzm. Współtwórca Cejrej Syjon, Josef Sprinzak, pisał: Jesteśmy socjalistami dla przyszłości. Z utworzeniem niepodległej […] Erez Israel [Ziemi Izraela] będzie dla nas możliwe być socjalistami. Młodosyjoniści złagodzili też stanowisko w kwestii językowej, uznając, że o ile w przyszłości językiem Żydów będzie hebrajski, o tyle w codziennym użyciu diaspory może być na razie używany jidysz.
Ruch młodosyjonistyczny rósł szybko, obejmując zasięgiem nie tylko Europę Wschodnią, ale i Palestynę, Południową Afrykę, Austro-Węgry, Niemcy, Wielką Brytanię, USA oraz Amerykę Południową. Zwieńczeniem tego procesu stała się konferencja w Wiedniu z 1913 r., z udziałem 30 działaczy Cejrej Syjon reprezentujących diasporę i 26 przedstawicieli palestyńskiej organizacji Młody Robotnik (Hapoel Hatzair, Ha-Po’el ha-Za’ir).
Palestyńskim odgałęzieniem Cejrej Syjon była Federacja Młodych Robotników Ziemi Izraela (Histadrut ha-Po’alim ha-Ze’irim be-Erez Israel) – pierwsza żydowska partia zrodzona w Palestynie, potocznie zwana Hapoel Hatzair. Założona jesienią 1905 r. przez Shlomo Zemaha i Eliezera Shohata głosiła „podbój pracą” (ang. conquest of labour): Koniecznym warunkiem realizacji syjonizmu jest opanowanie wszystkich gałęzi produkcji w Ziemi Izraela przez Żydów. W praktyce oznaczało to najmowanie się młodych imigrantów do pracy fizycznej, zwłaszcza w rolnictwie (dotąd zdominowanym przez tańszych pracowników arabskich).
Ideologię młodorobotniczą rozwinął Aaron Dawid Gordon – robotnik rolny i filozof, który osiedlił się w Palestynie w 1904 r. Myśl Gordona czerpała obficie z inspiracji religijnych – uważał, że poprzez religię człowiek może poczuć się integralną częścią kosmosu, choć zarazem krytykował zbytnie przywiązanie do form poszczególnych wyznań (dostrzegamy tu wpływ Lwa Tołstoja). Gordon uznawał jedność człowieka i kosmosu, choć więź ta jego zdaniem wymykała się kategoriom czysto racjonalnym, uchwytna była tylko intuicyjnie. Porzucając ziemię dla miasta, człowiek odcinał się jednak od kontaktu z naturą, utylitarnej degeneracji ulegały też jego stosunki z innymi ludźmi. Dlatego Gordon głosił konieczność odrodzenia moralnego człowieka: Nasza droga prowadzi do natury poprzez pracę fizyczną. To praca (najlepiej na roli) zapewnia człowiekowi kontakt z przyrodą i kosmosem, zaś duchowa więź z ziemią umożliwia wewnętrzną odnowę (jeśli odrzucić uwielbienie ziemi, podobny kult pracy dostrzeżemy u Stanisława Brzozowskiego). Wspólna praca pozwala też na uszlachetnienie człowieka i przezwyciężenie egoizmu. Gordon był kolektywistą, wierzącym, że człowiek jako indywiduum skazany jest na uwiąd, a tylko będąc cząstką organizmu społecznego, może się rozwijać. Naturalnym środowiskiem jednostki miała być zatem organiczna, homogeniczna kulturowo wspólnota, poprzez którą człowiek łączy się z kosmosem.
Gordon pozostawał krytyczny zarówno wobec państwowotwórczego nacjonalizmu, jak i wobec kosmopolityzmu. Jego „kosmonacjonalizm” zakładał, że wspólnota etniczna jest pośrednikiem między jednostką a ludzkością. Oznajmiliśmy, że człowiek jest stworzony na podobieństwo Boga. Musimy pójść dalej i powiedzieć: naród musi być stworzony na podobieństwo Boga – pisał. Daleki od egoizmu narodowego, propagował pokojową koegzystencję z ludnością arabską, krytyczny był wobec tworzenia Legionu Żydowskiego czy nawet Deklaracji Balfoura1. Tym niemniej uznanie pracy za wartość najwyższą oznaczało w palestyńskim kontekście intensyfikację działalności kolonizacyjnej. Według Gordona kraj należy do tego, kto w walce o ziemię wycierpiał najwięcej. […] tu nie ilość już decyduje, ale jakość: kto więcej będzie pracował, kto stworzy więcej, włoży więcej miłości, ten zyska więcej prawa moralnego i władzy nad tą ziemią. Oto współzawodnictwo pokojowe i szlachetne. W praktyce przekładało się to na tworzenie kolektywnych gospodarstw produkcyjnych (kibuców), z których pierwsze powstało w 1909 r. w Deganyah. Zespołowa praca i gromadne życie miały umożliwić odrodzenie narodu żydowskiego i jednocześnie wyeliminowanie przejawów pasożytnictwa. Ten praktyczny komunizm nie miał jednak nic wspólnego z marksizmem, postrzeganym przez Gordona jako produkt jednostronnego intelektu, zrodzony z cywilizacji technologicznej i kapitalizmu. Po śmierci Gordona ideologię Hapoel Hatzair („ludowy socjalizm”, Volkssozialismus) rozwijał Chaim Arlosoroff, czerpiący z dorobku Gustava Landauera i Martina Bubera.
Innym wartym odnotowania ugrupowaniem lewicowo-syjonistycznym był młodzieżowy ruch Młoda Straż (Hashomer Hatzair, Ha-Shomer ha-Za’ir). Powstał w 1913 r. w Galicji na styku Cejrej Syjon i żydowskiego skautingu Ha-Shomer, stawiając sobie za cel przygotowanie młodzieży do pracy w Palestynie. Osiedlający się na Ziemi Izraela członkowie ruchu zakładali kibuce, które w 1927 r. połączyły się w federację Kibbutz Artzi. Pod względem ideologicznym Młoda Straż łączyła marksizm Borochowa, egzystencjalizm Bubera i psychoanalizę Siegfrieda Bernfelda.
Pierwsza wojna światowa i rewolucja rosyjska dogłębnie przeorały pejzaż socjalistycznego syjonizmu. Po Deklaracji Balfoura rację bytu stracili terytorialiści i sejmiści: partie te w 1917 r. połączyły się w Żydowską Socjalistyczną Partię Robotniczą „Zjednoczeni” (Jidisze Socjalistisze Arbajter Partaj „Ferajnigte”), która – według jej przywódcy Józefa Kruka – należąc do ogólnoświatowej armii socjalistycznej, kieruje walką klasową proletariatu żydowskiego zgodnie z zasadami i celami socjalizmu międzynarodowego i w ten sposób walczy dla narodu żydowskiego o autonomię narodową. Już w 1922 r. Ferajnigte zdecydowali się zjednoczyć z polską Partią Niezależnych Socjalistów, uznając konieczność sojuszu proletariatu żydowskiego i nieżydowskiego.
W poalejsyjonizmie doszło do rozłamu. Ruch bardzo zradykalizował się pod wpływem rewolucji październikowej i na światowej konferencji Poalej Syjon w Wiedniu w 1920 r. ogłosił akces do Kominternu, z czym nie pogodziły się partie z USA, Wielkiej Brytanii i Palestyny. Lewica (Jakub Witkin ps. Zerubawel, Nuchim J. Rafałkes) zorganizowała się we Wszechświatowy Żydowski Komunistyczny Związek Robotniczy (Altweltlicher Jidiszer Komunistiszer Arbeterfarband) Poalej Syjon pod hasłami walki o socjalizm na całym świecie oraz popierania żydowskiej emigracji i koncentrowania jej w Palestynie, mającej stać się komunistycznym centrum robotniczym. Według poalejsyjonistów-komunistów proletariat żydowski miał być awangardą dyktatury proletariatu na Bliskim Wschodzie. Zmianie uległo wszakże stanowisko partii w kwestii językowej – jidysz miał pozostać językiem Żydów także w Erez Israel. W zakresie ustroju politycznego głoszono: tam, gdzie jeszcze nie osiągnięto dyktatury proletariatu, poale-syjonizm korzysta nawet z instytucji demokracji burżuazyjnej, ale rozprasza iluzje, jakoby instytucje te były w stanie zmienić życie żydowskie […]. Na tej podstawie postulowano przekształcenie poszczególnych partii Poalej Syjon Lewicy w żydowskie sekcje krajowych partii komunistycznych, a Wszechświatowego Związku – w sekcję żydowską Międzynarodówki Komunistycznej. Ich zadaniem miała być praca na rzecz proletariackiej emigracji do Palestyny i zaspokajanie potrzeb kulturalnych proletariatu żydowskiego.
Projekt ten zakończył się fiaskiem, ponieważ Komintern zażądał rezygnacji z idei państwa żydowskiego w Palestynie i koncepcji autonomii żydowskich komunistów w diasporze. Lewicowi poalejsyjoniści twierdzili (cokolwiek na wyrost), że winę za to ponosili komuniści pochodzenia żydowskiego: Zasymilowana inteligencja żydowska uprawia bardzo często politykę antysemicką w szeregach [komunistycznej – J.T.] partii polskiej, byleby skryć swoje pochodzenie. VI konferencja Poalej Syjon Lewicy (Gdańsk 1922 r.) odrzuciła kominternowskie warunki, stwierdzając, że ich przyjęcie oznaczałoby zdradę interesów robotnika żydowskiego. Ruch pogrążył się jednak w kryzysie. W Palestynie na bazie lewicowo-poalejsyjonistycznej Socjalistycznej Partii Robotniczej (Mifleget Po’alim Sozyalistim) powstała Palestyńska Partia Komunistyczna, w Związku Radzieckim Żydowska Partia Komunistyczna (Jidisze Komunistisze Partaj Poalej-Cion) uległa samorozwiązaniu, a Żydowska Komunistyczna Partia Robotnicza została zdelegalizowana w 1928 r. Na placu boju pozostały tylko polska sekcja ruchu (Jidisze Socjalistisz-Demokratisze Arbeter Partaj Poalej-Cion in Pojlen) i palestyńska grupa Abrahama Revusky’ego (Po’alei Zion Smol) – w 1926 r. zorganizowały międzynarodową konferencję poalejsyjonistyczną w Paryżu.
Umiarkowane skrzydło poalejsyjonizmu (Wszechświatowy Żydowski Socjalistyczny Związek Robotniczy – Altweltlicher Jidiszer Socjalistiszer Arbeterfarband Poalej-Cion: Kapłański, Mordechaj Jarblum, Berl Locker) związało się najpierw z tzw. Międzynarodówką II½, zajmującą pozycję centrową między Kominternem a socjaldemokratyczną II Międzynarodówką, a następnie weszło w skład Socjalistycznej Międzynarodówki Robotniczej (powstałej z połączenia międzynarodówek II oraz II½). Jego program uznawał socjalizm za cel, a walkę klas za drogę ku niemu, domagał się dla Żydów autonomii terytorialnej w Palestynie i narodowo-personalnej2 w diasporze, przy czym w Palestynie miał obowiązywać język hebrajski, a w diasporze jidysz.
Środek ciężkości umiarkowanego poalejsyjonizmu przesunął się w tym czasie do Palestyny. W 1919 r. z inicjatywy Icchaka Ben-Zvi i Dawida Ben Guriona utworzona została partia Zjednoczenie Pracy (Ahdut ha-Avodah), rok później centrala związkowa Histadrut ha-Owdim. Nowa partia oddalała się od marksizmu. Ben Gurion na III zjeździe Ahdut ha-Avodah w Hajfie w 1922 r. mówił: To nie poszukiwanie ani marzenie o nowym, harmonijnym, perfekcyjnym porządku społecznym i gospodarczym kieruje naszym postępowaniem. Naszą wielką i przyćmiewającą wszystko troską […] jest zdobywanie i rozbudowywanie kraju za pomocą zakrojonej na szeroką skalę imigracji. Jak komentuje Göran Rosenberg: Socjalizm w tym kontekście nie był ideą głoszącą uniwersalną zmianę społeczeństwa, lecz przede wszystkim „mobilizującym mitem”, rozumianym jako jeden z warunków przeprowadzenia narodowej rewolucji.
Ta ewolucja sprawiła, że dochodzi do zbliżenia między Poalej Syjon Prawicą a radykalizującą się lewicą młodosyjonistyczną. Na konferencji w Charkowie w 1920 r. tzw. Frakcja Ludowa Cejrej Syjon przekształciła się w Syjonistyczną Partię Socjalistyczną (Cionistisze Socjalistisze Partaj) Cejrej Syjon, która rok później przystąpiła do Międzynarodówki II½. W 1925 r. oba ruchy oraz Syjonistyczno-Socjalistyczna Federacja Wolność (Cionistisze-Socjalistisze Federacje „Dror”) połączyły się, tworząc Altweltlicher Jidiszer Socjalistiszer Arbeterfarband Poalej-Cion (Farajnigt mit Ceire-Cion Farband) – Wszechświatowy Żydowski Socjalistyczny Związek Robotniczy Poalej-Syjon (Zjednoczony ze Związkiem Cejrej Syjon) z sekcjami w Palestynie, Polsce, Niemczech, Rumunii, Litwie, Belgii i USA.
Natomiast prawe skrzydło Cejrej Syjon na zjeździe w Pradze w 1920 r. zjednoczyło się z Hapoel Hatzair, tworząc Światową Syjonistyczną Partię Pracy (Mifleget ha-Avodah ha-Ziyyonit, Internationale Cionistisze Arbajts Partaj) „Hitahdut”. Centrala partii mieściła się w Jerozolimie, natomiast sekcje działały w 17 krajach, m.in. w Niemczech (Zionistische Volkssozialistischen Partei Hapoel Hazair – Syjonistyczna Partia Ludowo-Socjalistyczna Młody Robotnik), Austrii, Polsce, Rosji, Litwie, Łotwie, Estonii, Rumunii, Włoszech, Belgii, Francji, Turcji, USA, Południowej Afryce, Ameryce Południowej i oczywiście Palestynie. Do czołowych działaczy należeli – oprócz Arlosoroffa – Uriel Friedland, Jakub Hellman i Abram Kacenelson. Hitahdut również uważała się za partię socjalistyczną i w 1925 r. przystąpiła do Socjalistycznej Międzynarodówki Robotniczej. Postulowała udział [Żydów – J.T.] jako narodu we wspólnej walce całej pracującej ludzkości, w walce, w której partia solidaryzuje się ze wszystkimi wyzyskiwanymi i narodowo uciskanymi, gdyż, jak głosiła, socjalizm wprowadzi narodowość żydowską, jako równouprawnionego członka, do przyszłej rodziny socjalistycznej narodów. Socjalizm młodosyjonistów miał jednak wyraźnie solidarystyczny i reformistyczny charakter. Zgodnie ze swoim programem Światowa Syjonistyczna Partia Pracy Hitahdut jest zjednoczonym ruchem robotników palestyńskich oraz tych odłamów żydowskiego narodu w diasporze, które pracują produkcyjnie lub które zmierzają do takiej pracy produkcyjnej. Usiłuje ona połączyć wszystkich Żydów, pracujących fizycznie i umysłowo, którzy skazani są na wyniki własnej pracy oraz wszystkich tych, których dążeniem jest praca produkcyjna dla wspólnych zadań, mających na celu wyzwolenie narodu żydowskiego pod względem narodowym i społecznym. Całkowite urzeczywistnienie tej niepodzielnej pracy partia Hitahdut uważa za możliwe uskutecznić przez wytworzenie wolnego pracującego społeczeństwa w Palestynie, jako jedynego centrum narodowego na podłożu socjalistycznej wspólnoty gospodarczej, wolnej od wszelkiego wyzysku […] i wypełnionej pracą w zakresie kultury hebrajskiej; […] Wychodząc z powyższych […] założeń, partia rozważa narodowe i społeczne wyzwolenie Żydów, jako jednolity ewolucyjny proces, którego charakter przede wszystkim o cechach konstrukcyjnych uzewnętrznia się w realnych stosunkach życia ludowego i dla którego rozwoju największe znaczenie mają – działalność pionierska i doskonalenie się jednostki. Prymat kolonizacji Palestyny sprawiał, że Hitahdut uczestniczyła w instytucjach ogólnosyjonistycznych.
Kolejny etap rozwoju ruchu socjalistyczno-syjonistycznego rozpoczął się w 1930 r., gdy w Palestynie doszło do zjednoczenia Ahdut ha-Avodah i Hapoel Hatzair w Robotniczą Partię Ziemi Izraela (Mifleget Poalei Erez Israel, Mapai). Miała to być syjonistyczna partia socjalistyczna wierząca w ideał narodowego odkupienia i ideał socjalizmu w ojczyźnie. Socjalizm Mapai miał charakter pragmatyczny, polegał przede wszystkim na postulacie stopniowego uspołeczniania środków produkcji. Miał też charakter narodowy: praca została uznana za centralną siłę narodu, odpowiedzialną za osiąganie narodowych celów. Ben Gurion ujął to formułą „mi-maamad le-am” (od klasy do ludu). Podejście takie pozwoliło na zawarcie sojuszu z religijno-syjonistyczną partią Mizrachi. Narastał natomiast antagonizm z syjonistyczną ultraprawicą, tzw. rewizjonistami, którzy zostali oskarżeni o zabójstwo Arlosoroffa w 1933 roku. Jedność dwóch głównych nurtów lewicowego syjonizmu w Palestynie zaowocowała niebawem zjednoczeniem socjalsyjonistów w skali międzynarodowej. Na kongresie w Gdańsku w 1932 r. Poalej Syjon Prawica i Hitahdut połączyły się w ha-Ihud ha-Olami. W rezultacie na kongresie syjonistycznym w Pradze w 1933 r. blok lewicy Liga Pracujących Palestyny zdobył większość, majoryzując Mizrachi i rewizjonistów.
Hegemonię Mapai usiłowały kontestować – chociaż bez większych rezultatów – Po’alei Zion Smol i Hashomer Hatzair. Ta ostatnia opierała się głównie na ruchu kibucowym, ale w 1936 r. utworzyła działającą w miastach Socjalistyczną Ligę Palestyny. Młoda Straż ewoluowała w kierunku marksizmu, coraz mocniej akcentując walkę klas. Co więcej – pod wpływem pacyfistycznej grupy Brit Shalom (Martin Buber, Gershom Scholem) jako jedyna żydowska partia uznawała prawa narodowe palestyńskich Arabów i postulowała ustanowienie w Palestynie państwa dwunarodowego (żydowsko-arabskiego). Przywódca Młodej Straży Meir Jaari krytykował Mapai: Propozycja Ben Guriona całkowicie pomija fakt, że milion Arabów żyje tu razem z nami – jakby w ogóle nie istnieli. Na arenie międzynarodowej Hashomer Hatzair była związana z tzw. Międzynarodówką III½ (właściwie Międzynarodowe Rewolucyjne Centrum Marksistowskie), skupiającą partie lewicowo-socjalistyczne i komunistyczną „Prawą Opozycję” bucharinowców. Dodajmy, że działaczem polskiej sekcji Hashomer Hatzair był m.in. Mordechaj Anielewicz, legendarny przywódca Żydowskiej Organizacji Bojowej w getcie warszawskim.
W 1944 r. lewicowa frakcja Mapai – Si’ah Bet – oderwała się od partii, odbudowując Ahdut ha-Avodah, dwa lata później połączyła się z Po’alei Zion Smol. Odrodzone Zjednoczenie Pracy cechował radykalizm społeczny i narodowy. Partia reprezentowała orientację proradziecką, jej ideologią proklamowano „naukowy socjalizm” o wyraźnie marksistowskiej genezie. Ahdut ha-Avodah wypowiadało się zarazem przeciw podziałowi terytorium Palestyny. Berl Kacenelson, reprezentujący związany ze Zjednoczeniem ruch Ha-Kibbutz ha-Me’uhad, mówił: Syjonizmu socjalistycznego […] nie da się wprowadzić w podzielonym Erez Israel, a jedynie w Kraju Izraela jako całości, w hebrajskim państwie socjalistycznym należącym do narodu żydowskiego […] i Arabów żyjących na tej ziemi – cała Palestyna w jej naturalnych granicach [jest] historyczną ojczyzną narodu żydowskiego. Nieprzypadkowo szturmowe oddziały armii izraelskiej Palmach rekrutowały się w dużej mierze z Ahdut ha-Avodah.
W 1948 r. Ahdut ha-Avodah Po’alei Zion połączyło się z Partią Robotniczą Młoda Straż (założoną dwa lata wcześniej na bazie Hashomer Hatzair), tworząc Zjednoczoną Partię Robotników (Mifleget ha-Po’alim ha-Me’uhedet, Mapam). Rok później w skład Mapam weszła Hebrajska Partia Komunistyczna Eliezera Premingera, stawiająca sobie za cel scalenie teorii komunizmu z narodowym i społecznym wyzwoleniem narodu hebrajskiego w Palestynie. Nowa formacja okazała się jednak tworem niestabilnym. Proces Slansky’ego (czechosłowackiego komunisty żydowskiego pochodzenia, oskarżonego o udział w syjonistycznej konspiracji) zmusił Mapam do reorientacji swego stanowiska wobec bloku radzieckiego, co spowodowało z kolei secesję prokomunistycznej Frakcji Lewicy (Si’ah Smol) Moshe Sneha w 1952 r. Dwa lata później działacze niechętni komunizmowi i członkostwu Arabów w partii ponownie reaktywowali Ahdut ha-Avodah Po’alei Zion. Ugrupowanie to występowało przeciw normalizacji stosunków z Niemcami w 1952 r. i przeciw wycofaniu się z Półwyspu Synajskiego w 1956 r. Przywódca Zjednoczenia Itzhak Tabenkin wywodził zaś prawo Izraela do Synaju z… Dziesięciorga Przykazań. Po wojnie sześciodniowej 1967 r. połączył socjalsyjonistów (takich jak Nathan Alterman, Rachel Yanait Ben-Zvi, Icchak Cukierman, Zivia Lubetkin, Eliezer Livneh, Moshe Shamir) z syjonistami-rewizjonistami w Ruch Wielkiego Izraela (HaTenu’a Lema’an Eretz Yisrael HaSheleima), domagając się żydowskiego osadnictwa na terytoriach okupowanych3.
Niekwestionowaną hegemonię na izraelskiej scenie politycznej sprawowała jednak Mapai. W wyborach do Knesetu w 1949 r. uzyskała 36% głosów, w 1951 r. – 37%, w 1955 r. – 32%, w 1959 r. – 38%, w 1961 r. – 35%, w 1965 r. – 37%. Dla porównania – druga co do siły syjonistyczno-rewizjonistyczna Cherut nigdy nie przekroczyła 14% głosów poparcia. Nic dziwnego, że Robotnicza Partia Izraela sprawowała rządy praktycznie niepodzielnie, posiłkując się sojuszami zarówno z partiami socjalistycznymi, jak i… religijnymi. Partia uważała się za socjalistyczną, głosząc (1965 r.), że głównym celem Mapai jest nadal budowanie społeczeństwa socjalistycznego w Izraelu i partia użyje wszystkich środków nacisku państwowego i społecznego, by zmniejszyć istniejące różnice w dochodach różnych grup ludności. Środkiem wiodącym w tym kierunku miała być gospodarka planowa połączona z rozwojem konstruktywnych przedsiębiorstw prywatnych. Socjalizm Mapai przeniknięty był wszakże nadrzędnym „poczuciem państwowości” – mamlachtiut, co może przywodzić nam na myśl ideowe tendencje piłsudczyków. Pryncypium solidarności narodowej skłaniało ponadto Ben Guriona do rewaloryzacji społecznej roli religii. W 1957 r. mówił o Biblii jako tekście narodotwórczym: Przekazy o naszych przodkach sprzed 4000 lat […] są dla młodego pokolenia, żyjącego dziś w ziemi Izraela, bardziej aktualne, bliższe, bardziej budujące od wszystkich przemówień i dyskusji bazylejskich kongresów. Charakterystyczne, że Partia Robotnicza nie przyjmowała w swe szeregi Arabów, preferując raczej współpracę z satelickimi grupami palestyńskimi, takimi jak Demokratyczna Lista Nazaretu. Wspierana przez Ben Guriona frakcja „młodych” (m.in. Moshe Daian, Shimon Peres) szła jeszcze dalej w kierunku pragmatycznego nacjonalizmu. Gdy w 1965 r. Mapai wbrew Ben Gurionowi zawarła sojusz z Ahdut ha-Avodah, „młodzi” utworzyli nową partię Robotnicza Lista Izraela (Reshimat Po’alei Israel, Rafi). Rafi domagała się wzmocnienia siły militarnej Izraela i większościowej ordynacji wyborczej, na platformie obronności współpracując z prawicowym blokiem Cherut i liberałów.
W 1968 r. Ahdut ha-Avodah, Mapai i Rafi (bez grupy Ben Guriona, który utworzył ciążącą ku prawicy Listę Narodową) zjednoczyły się w Izraelską Partię Pracy (Mifleget HaAvoda HaYisraelit, Mai). Zapoczątkowało to nowy rozdział w dziejach lewicowego syjonizmu. Zarówno klasowy internacjonalizm Borochowa, jak również romantyczny idealizm Gordona nie przystawały do nowej rzeczywistości, w której syjonistyczna socjaldemokracja stała się technokratyczną partią władzy. Co więcej, zwycięska wojna 1967 r. podminowała etos socjalistycznego syjonizmu. Jak wyjaśnia Göran Rosenberg w swej książce „Kraj utracony (Moja historia Izraela)”: Ideologiczne różnice w polityce międzynarodowej i obronnej między partiami Cherut i Mapai zostały drastycznie zredukowane. Również ich retoryka zaczęła się do siebie upodabniać. […] Państwo stało się ważniejsze od klas, armia – głównym symbolem narodu, syjonistyczny ideał pionierów nabrał jeszcze bardziej nacjonalistycznego zabarwienia i zawierał teraz wymaganie poświęcenia się służbie państwu. – Innymi słowy, wojnę przetrwał mit partii Cherut i rewizjonizmu, a nie syjonizmu pracy.
Przypisy:
- Legion Żydowski był złożoną z żydowskich ochotników jednostką wojskową walczącą na Bliskim Wschodzie u boku armii brytyjskiej 1917–1918. Deklaracja Balfoura (1917) obiecywała Żydom stworzenie siedziby narodowej w Palestynie przez rząd brytyjski. Oba fakty tworzyły fundamenty przyszłej żydowskiej państwowości, sceptycznie postrzeganej przez Gordona.
- Autonomia narodowo-personalna to koncepcja instytucjonalizacji praw mniejszości narodowych wypracowana przez austromarksistów (Otto Bauer), a przejęta m.in. przez Bund. Zakładała tworzenie eksterytorialnych instytucji kulturalnych, oświatowych, opiekuńczych itd. podległych samorządowi poszczególnych grup etnicznych.
- Kolonizacja Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy miała umocnić żydowski charakter tych obszarów i organicznie scalić je z Państwem Izrael; pozostaje zarazem sprzeczna z prawem międzynarodowym zabraniającym zmiany stosunków ludnościowych na terenach okupowanych.
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | środa 30 kwietnia 2014 | Wiosna 2014
Wczoraj
Zacząć powinienem od wyznania, że byłem eurosceptykiem. Należałem do wątłej 23-procentowej mniejszości, która w referendum 2004 r. wypowiedziała się przeciw akcesji1.
W polskim społeczeństwie, którego wskaźnik euroentuzjazmu grubo przewyższa średnią europejską, takie stwierdzenie wymaga tłumaczenia się. Otóż mój eurosceptycyzm wynika przede wszystkim z faktu, że jestem sceptykiem w ogóle. Niezmiernie trudno ulegam entuzjazmowi, automatyczny opór wywołują u mnie wszelkie dominujące trendy i obiegowe opinie2. Nie rozumiem więc, dlaczego akurat integracja europejska miałaby być tym jednym jedynym niekwestionowanym dogmatem polskiego dyskursu politycznego od PiS-u (a nawet Ruchu Narodowego, jak świadczą o tym pewne wypowiedzi Artura Zawiszy) po Twój Ruch i jego pozaparlamentarne przyległości. Zwróćcie na to uwagę: o ile istnienie polskiej państwowości jest kwestionowane przez znaczącą siłę polityczną (palikotowców), to nie ma liczącego się ugrupowania negującego Unię Europejską!
Ale to nie tylko patologiczny nonkonformizm leży u podłoża mego stanowiska. W eurosceptycyzmie ogniskują się różne motywacje. Najstarsza ma rodowód marksistowski. Zawsze zdumiewali mnie ci pryncypialni skądinąd lewicowcy, którzy obdarzali kredytem zaufania czy zgoła życzliwością kapitalistyczną instytucję skupiającą najbogatsze mocarstwa świata. Róża Luksemburg wszak pisała: Za każdym razem, gdy politycy burżuazyjni podnosili ideę europejskości, związku państw europejskich, miało to jawnie lub skrycie ostrze skierowane przeciw „żółtemu niebezpieczeństwu”, przeciwko „czarnej części świata”, przeciwko „mniej wartościowym rasom”, krótko: Stany Zjednoczone Europy były zawsze poronionym pomysłem imperializmu. […] Nie solidarność europejska, lecz solidarność międzynarodowa, wszystkich części świata, ras i narodów jest filarem marksistowskiego socjalizmu. Każda solidarność częściowa nie jest krokiem do urzeczywistnienia prawdziwego internacjonalizmu, lecz jego przeciwieństwem i jego wrogiem.
Marksiści pozostawali zgodni, że państwa takie jak Wielka Brytania, Francja czy Niemcy mają charakter imperialistyczny – jak wobec tego z sumy (czy nawet iloczynu) tych imperializmów, jaką jest Unia Europejska, może powstać coś nieimperialistycznego? To nie jest kwestia subiektywnych odczuć czy nawet ideologii głoszonej przez europejskie rządy, lecz obiektywnej pozycji w międzynarodowym podziale pracy. Europa zajmuje miejsce uprzywilejowane w stosunku do krajów peryferyjnych. Oczywiście z tego faktu można wyciągnąć wniosek (i większość Polaków takowy wyciąga), że lepiej być po stronie wyzyskiwaczy niż wyzyskiwanych. Rzecz jednak w tym, że również sama Unia jest systemem, w którym dominujące centrum wyzyskuje wewnętrzne peryferie. Integracja krajów o różnym poziomie rozwoju rodzi zagrożenia wynikające z braku równowagi.
Drugi rodzaj motywacji ma charakter narodowy – wartościami dla mnie istotnymi są tożsamość i suwerenność narodowa. Wprawdzie dla tożsamości główne zagrożenie stanowi globalna popkultura, ekspandująca niezależnie od integracji europejskiej, pozostaje jednak kwestia samostanowienia, samorządności, autonomicznego określania celów i wartości przez społeczeństwo.
W ten sposób docieramy do najważniejszej z przyczyn mego oporu: pryncypium suwerenności ludu. Akcesja Polski do Unii oznaczała przekazanie części prerogatyw instytucjom unijnym, a co za tym idzie – oddalenie się ośrodków decyzyjnych od obywateli. Po części wynika to z niedemokratycznej struktury UE: realna władza należy do instytucji niepodlegających obywatelskiej kontroli. Ale nawet w przypadku radykalnej demokratyzacji tych instytucji trzeba pamiętać o matematycznie ścisłej zasadzie, że im większa grupa, tym mniejszy wpływ jednostki na całość. I jeszcze jedno: istotą republiki jest idea wspólnoty obywateli – ludzi, którzy czują więź ze sobą i uznają istnienie wspólnego dobra. W Europie taką wspólnotą jest naród – w politycznym, nie etnicznym rozumieniu tego słowa. Mimo dziesięcioleci paneuropejskiej propagandy naród pozostaje wciąż jedynym bytem realnie legitymizującym władzę, rzec można – naturalnym środowiskiem demokracji. Mechaniczne połączenie różnych wspólnot oznaczałoby po prostu marginalizację mniejszych – już dziś nietrudno ukazywać tego przykłady. Często można spotkać się w Polsce ze stanowiskiem akceptującym tę sytuację – wielu ludzi (także na lewicy) spodziewa się, że pozytywne zmiany zostaną raczej wymuszone naciskiem z zewnątrz niźli wolą polskiego społeczeństwa. Nietrudno jednak dostrzec, że takie podejście jest z gruntu antydemokratyczne, a także niebezpieczne w długofalowej perspektywie. Pozwólcie sobie przypomnieć, towarzysze, że odgórnie narzucone zmiany są na ogół nietrwałe – o czym świadczy dobitnie doświadczenie PRL.
Uzbrojony w takie argumenty występowałem w latach 90. przeciw akcesji. Czy widziałem jakąś alternatywę? Tak. Nigdy nie byłem zwolennikiem Lecha Wałęsy (także wtedy, gdy do jego najbliższych współpracowników zaliczali się bracia Kaczyńscy), ale uważam, że jego koncepcja „EWG bis”, skupiającej państwa Europy Środkowo-Wschodniej o podobnym potencjale, poziomie rozwoju i bagażu historycznym, była interesująca. Gdyby udało się „EWG bis” zharmonizować ze skandynawsko-alpejską EFTA, powstałaby dużo bardziej zrównoważona konstrukcja integracji europejskiej. Tak zresztą widziała to na początku lat 90. Polska Partia Socjalistyczna Piotra Ikonowicza, głosząca w swym programie „Lewica pracownicza”: Zapewnić sobie właściwe miejsce w Europie poprzez odtworzenie więzi gospodarczych w Europie Środkowo-Wschodniej oraz budowę regionalnego systemu zbiorowego bezpieczeństwa3.
Dziś
Czy po dziesięciu latach od akcesji zmieniłem zdanie? I tak, i nie. Problem w tym, że nie da się rozdzielić zysków od strat – to dwie strony jednego zjawiska. Stąd ambiwalentna ocena procesów integracyjnych. Z jednej strony unijne fundusze stanowią liczący się zastrzyk finansowy dla polskiej infrastruktury, z drugiej – ingerencja Brukseli w nasze życie przekroczyła największe obawy4. O ile anachroniczne lęki przed „niemiecką kolonizacją” w stylu „Placówki” Prusa się nie sprawdziły, to wykupywanie polskich areałów przez zachodnie firmy okazało się rzeczywistością, o czym świadczą protesty rolników w Zachodniopomorskiem. Upadek jednych branż (np. rybołówstwo, hutnictwo) został zrekompensowany rozwojem innych.
Generalnie musiałem zrewidować poglądy, gdyż nie spełnił się szereg moich pesymistycznych przewidywań. Nie mogę pozostawać ślepym na to, że w ciągu tej dekady poziom życia w Polsce wyraźnie wzrósł. Pomyliłem się w ocenie ekonomicznych skutków akcesji. Błędnie zakładałem, że Polska pozostanie rynkiem zbytu dla gospodarki „starej Unii” – tak jak w latach 90., gdy na mocy układu stowarzyszeniowego importowaliśmy z Zachodu bezrobocie5. Tak się nie stało. Zamiast tego nastąpił modelowy przykład „rozwoju zależnego”, w którym rozwój peryferii jest pochodną rozwoju „rdzenia” (centrum).
Mimo to pozostaję sceptykiem. Gospodarka oparta na call-centers – zaplecze usługowe centrum – nie ma perspektyw rozwoju, zdana jest na zmienne trendy generowane w „rdzeniu”. Ekonomiści Zachodu podnoszą już dziś konieczność reindustrializacji. Pierwszorzędne znaczenia ma pozycja w międzynarodowym systemie gospodarczym: w którym kraju będą ośrodki dyspozycyjne i jednostki badawcze, a w którym montownie. Uzależnienie – sprowadzenie do roli podwykonawcy oczekującego na zlecenie – skutkuje osłabieniem innowacyjności. W rezultacie, choć podobno zaczynamy doganiać czy nawet wyprzedzać pogrążone w recesji kraje Południa, to dystans dzielący nas od poziomu Niemiec pozostaje ten sam6.
Wewnętrzne peryferie UE – nie tylko Polska, ale również Litwa, Rumunia, Bułgaria – pełnią też rolę rezerwuaru taniej, a dobrze wykwalifikowanej i łatwo adaptującej się siły roboczej. Nie jest to pozycja chwalebna, podobną odgrywały bantustany w RPA i Autonomia Palestyńska w Izraelu. Nie przestaje mnie więc zdumiewać, że polskiemu społeczeństwu taka rola wcale nie przeszkadza, ba – jest powodem do dumy7. Żebyśmy dobrze się rozumieli – nie dziwię się ludziom, którzy wyemigrowali, a tym bardziej ich nie potępiam. Emigracja w wymiarze jednostkowym może być oceniana pozytywnie (podniesienie poziomu życia, umożliwienie samorealizacji, poszerzanie horyzontów). W wymiarze społecznym jest zjawiskiem negatywnym: pod względem ekonomicznym prowadzi do „wykrwawienia” społeczeństwa z najbardziej dynamicznego elementu, pod względem socjologicznym rozbija rodziny i więzi społeczne8.
Inna kwestia jest jeszcze trudniejsza do wyważenia. Trudno zaprzeczyć, że UE wymusza pozytywne (z mojego punktu widzenia) zmiany w dziedzinie np. ekologii, prawa pracy, opieki nad niepełnosprawnymi. Ale i tu nachodzą mnie wątpliwości. Weźmy taki przykład: „Solidarność” wysłała do Komisji Europejskiej skargę w sprawie nadużywania w Polsce umów „śmieciowych” i KE zdecydowała o wszczęciu postępowania w tej sprawie. Wspaniale! Niewątpliwy sukces związkowców, którzy pozyskali potężnego sojusznika dla swych postulatów. Ale ten doraźny sukces na dłuższą metę może skutkować osłabieniem ruchu społecznego. Antyszambrowanie w gabinetach i kuluarach, uwikłanie w biurokratyczne procedury, supliki do rządzących – to wszystko demobilizuje, demoralizuje, a nawet korumpuje ruchy społeczne.
To tylko wycinek szerszego problemu. Wielu lewicowców widzi zbieżność między swymi wartościami a ideologią unijną w kwestiach takich jak wielokulturowość, tolerancja, prawa człowieka, swobody obyczajowe – dlatego entuzjastycznie wspiera w tym zakresie ingerencję UE w sprawy krajowe. Warto jednak zastanowić się nad ewentualnością zmiany orientacji ideologicznej przez europejski establishment, np. w kierunku neokonserwatywnym (sytuacja taka jest hipotetyczna, ale przecież realna). Czy budowa „Festung Europa” też będzie entuzjastycznie przyjmowana przez lewicę?
Nie podejmuję się natomiast ustalenia, czy Polska w Unii jest bezpieczniejsza. Aby odpowiedzieć na to pytanie, należałoby najpierw określić, co nam (a ściślej – jakim preferowanym przez nas wartościom) zagraża. Stwierdzę tylko, że pusty śmiech mnie ogarnia, gdy patrzę na „mocarstwowe” zadęcie niektórych „silnych sojusznikami” polskich polityków. Jest taka anegdota o słoniu i mrówce idących przez most. Mrówka do słonia: „Aleśmy tupali!”.
Jutro
Unia Europejska to projekt ideologiczny, wykreowany przez chadeków (Adenauer, Schuman, De Gasperi), później przepoczwarzający się w kompromis pomiędzy neoliberalizmem a blairowsko-schroederowską socjaldemokracją, a więc konsensus rynkowo-biurokratyczny połączony z progresywizmem kulturowym. Dalsza ewolucja UE pozostaje wielką niewiadomą.
Dziś Unia znajduje się w kryzysie bodaj największym od chwili powstania. Elity chcą wyjść z tego kryzysu, dokonując „ucieczki do przodu” w kierunku europejskiego państwa federalnego. W wymiarze międzynarodowym oznaczać będzie to wzmocnienie państw „rdzenia”, w wymiarze instytucjonalnym – wzmocnienie unijnej technobiurokracji, a w wymiarze społecznym (co jest skutkiem poprzedniego) – wzmocnienie wielkich grup kapitałowych, jako że małe grupy nacisku nie mają siły przebicia na tym poziomie.
Na lewicy popularne są projekty „demokratyzacji eurofederalizmu”, sprowadzające się do rozszerzenia uprawnień Parlamentu Europejskiego. Obawiam się jednak, że nie zda się to na wiele. Parlament Europejski faktycznie reprezentuje nie obywateli, lecz europejską klasę polityczną – zawodowych polityków delegowanych (poprzez listy partyjne) przez partie. Wystarczy przyjrzeć się mechanizmom selekcji: ordynacja proporcjonalna zawsze grozi alienacją posłów, w przypadku europartii (nie będących realnymi bytami, a owocem zakulisowych porozumień) jest to jeszcze wyraźniejsze.
W takim razie – że zacytuję Lenina – co robić? Zacznijmy od konstatacji, że Unia jest rzeczywistością, a bunt przeciw rzeczywistości jest mało produktywny. Alternatywą dla superpaństwa byłoby, moim zdaniem, wzmocnienie roli parlamentów narodowych, których legitymizacja jest nieporównanie silniejsza niż Parlamentu Europejskiego. Przypomnę, że w swym pierwotnym kształcie Zgromadzenie Parlamentarne Wspólnot Europejskich tworzone było przez reprezentacje parlamentów narodowych. Wzmocnienie parlamentów narodowych mogłoby się dokonać też dzięki obligatoryjnemu ratyfikowaniu aktów prawa unijnego przez te parlamenty. Idąc jeszcze dalej, można by wprowadzić wymóg zatwierdzania zmian w traktatach unijnych przez referenda we wszystkich krajach, tak jak wymaga tego konstytucja Irlandii.
To tylko jeden aspekt problemu. Unia nie składa się jednak z członków o jednakowym potencjale i znaczeniu – krzyżują się w niej podziały między Zachodem („stara Unia”) a Wschodem („nowa Unia”), Północą a Południem. Kryzys ujawnił faktyczne oblicze UE – bezwzględny dyktat państw „rdzenia”, a zwłaszcza Niemiec. Jeśli Unia ma być wspólnotą równoprawnych narodów, potęga centrum musi zostać zrównoważona. Za znakomity pomysł uważam ideę pierwiastkowego systemu głosowania, wymyśloną, ale niestety też zarzuconą przez polskich polityków9. Na polskim podwórku możemy się do tego przyczynić także, budując sojusz krajów Środkowo-Wschodniej Europy – wraca tu w nowej formule stara idea Międzymorza. Nie łudźmy się, nie będzie to łatwe. Widzę dwa zagrożenia. Subiektywnym jest snobizm łączący polskie elity ze społeczeństwem w pragnieniu, by za każdą cenę znaleźć się w „elitarnym klubie” państw centrum. Obiektywnym – partykularne sprzeczności interesów między krajami „nowej Unii” w żebrackiej konkurencji o unijne fundusze.
To tylko garść luźnych pomysłów – nie jestem politykiem, nie czuję się więc zobligowany do formułowania programów politycznych. Niemniej jedno jest pewne – przed polską lewicą stoi odkładane cały czas zadanie przemyślenia integracji europejskiej. Na razie cechujący (jakoby) lewicę krytycyzm automatycznie wyłącza się, gdy chodzi o Unię Europejską. Sam fakt jej ponadnarodowości – by nie wspomnieć o domniemanej „postępowości”, mającej być puklerzem chroniącym przed rodzimym ciemnogrodem – rozbraja lewicowców. Ci sami ludzie, którzy z pasją demaskują burżuazyjny charakter państwa narodowego, zadowalają się sentymentalną iluzją Unii jako organizacji bez mała charytatywnej, a już na pewno instytucji ponadklasowej. Lewica stała się niejako zakładnikiem integracji europejskiej, wiążąc z nią swój los na dobre – i na złe. „Wczoraj Moskwa, dziś Bruksela”, rzekłbym, gdybym był złośliwy.
Lewicowa analiza integracji europejskiej powinna zająć się dwoma – co najmniej – aspektami: po pierwsze, rolą różnych klas i grup społecznych w unijnym systemie politycznym10; po drugie, miejscem poszczególnych krajów i regionów w międzynarodowym podziale pracy, zarówno w skali świata, jak i wewnątrz UE. Lewica powinna zdekonstruować mit „Europy”, patrząc na nią przez pryzmat nie idei, lecz interesów. Może przydatną będzie następująca przypowieść z Talmudu: Otóż siedzieli sobie kiedyś razem rabbi Juda bar Ilai, rabbi Jose ben Halafta i rabbi Szymon bar Jochaj, a obok nich siedział Juda, syn prozelitów. Rabbi Juda zaczął od spostrzeżenia: „O, jak piękne są dzieła Rzymian! Wybudowali drogi, zbudowali mosty, wznieśli łaźnie”. Rabbi Jose nic nie powiedział, natomiast rabbi Szymon rzekł: „Wszystko co zrobili, zrobili dla siebie. Zbudowali place, żeby wystawały na nich nierządnice. Zbudowali łaźnie, żeby się w nich odmładzać, a mosty po to, żeby zdzierać na nich myto” (Talmud Bawli, Szabat 33b)11.
Polska lewica, niepewna własnej wartości, trzyma się Unii jak pijany płotu. Może jednak warto wytrzeźwieć i ruszyć w drogę na własnych nogach.
Przypisy:
- Choć przyznaję, że w swoim czasie interesowała mnie idea Imperium Europejskiego, lansowana przez zachodnioeuropejską Nową Prawicę.
- Pozwolę sobie tu odwołać się do współczesnej popkultury: w filmie „World War Z” przywołano izraelską „regułę dziesiątego”, w myśl której jeśli dziewięciu zgadza się w jakiejś sprawie, to obowiązkiem dziesiątego jest zakwestionowanie konsensusu i zaprezentowanie alternatywy.
- „Socjalista” (Pismo OKR PPS w Katowicach) nr 4/1994.
- Nie przypominam sobie, żeby nawet w najgłębszej PRL to Moskwa decydowała o takich sprawach jak budowa obwodnicy w powiatowym mieście czy parametry klatek dla drobiu.
- Każde rondo zbudowane przy udziale unijnych funduszy opatrzone jest stosowną tablicą. Ale przed wieloma zamkniętymi zakładami powinny znaleźć się podobne tablice, że nastąpiło to wskutek unijnej konkurencji.
- Niestety nie mam dostępu do nowszych danych, ale Charles Gati w artykule „Słabnące uczucie. W krajach Europy Środkowej kończy się miłość do Ameryki” („Sprawy Międzynarodowe” nr 4/2008) napisał: Bogatsze społeczeństwa Unii Europejskiej rozwijają się szybciej od społeczeństw wschodniej i środkowej Europy. Dystans pomiędzy nimi nadal się powiększa.
- Pracę na Zachodzie dowartościowują nie tylko wymierne korzyści ekonomiczne, ale też wcześniej przeze mnie nieuwzględniany czynnik psychologiczny – snobizm. Snobizm, który sprawia, że nawet strona internetowa jednej z trockistowskich grupek zachwala przynależność Polski do „elitarnego [sic!] klubu” UE!
- O politycznych skutkach emigracji dla polskiej lewicy pisałem w tekście „Eksport nadziei. Rewolucjoniści wyjechali do Irlandii”, „Trybuna Robotnicza” nr 7/2006. Kwestii dumpingu socjalnego w wykonaniu migrantów nie będę rozwijał. Akurat w tym przypadku lewica, dotąd ignorująca to zjawisko, po rozszerzeniu 2004 r. nagle zaczęła dostrzegać problem „polskiego hydraulika” zaniżającego zachodnie standardy socjalne.
- Na wszelki wypadek przypomnę, że system ten opierał się na kryterium wagi, odpowiadającej liczbie ludności danego kraju podzielonej przez jej pierwiastek kwadratowy, co wzmacniało pozycję małych (a w drugiej kolejności także średnich) krajów.
- Drobny przykład: analiza skutków przyjęcia waluty euro przez pryzmat interesów różnych grup społecznych. Skłonny jestem domniemywać, że korzyści przypadną klasie wyższej i średniej, natomiast koszty spadną przede wszystkim na klasy niższe.
- Muszę przyznać ze wstydem, że nie jestem znawcą Talmudu. Powyższy cytat znalazłem na wielce erudycyjnym blogu Ebenezera Rojta „Kompromitacje” http://kompromitacje.blogspot.com/.
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | piątek 8 listopada 2013 | inspiracje, z Polski rodem
Zygmunt Zaremba był postacią wyłamującą się z wszelkich schematów – enfant terrible naszego środowiska, jak sam o sobie pisał. Jego niekończące się boje na przemian z komunistyczną lewicą i z burżuazyjną czy oportunistyczną prawicą mogły sprawiać wrażenie chaotycznych. W rzeczywistości był to pryncypialny indywidualista, który konsekwentnie zachowywał niezmienne stanowisko w zmieniającej się sytuacji. Zaremba był lewicowym socjalistą, wiernym rewolucyjnej tradycji marksizmu i zasadom ludowładztwa.
***
Urodził się 28 kwietnia 1895 r. w Piotrkowie. Pochodził – co dość typowe dla tej generacji działaczy ruchu robotniczego, od Waryńskiego do Piłsudskiego – z rodziny ziemiańskiej o patriotycznych tradycjach. Pierwszy kontakt z piotrkowskimi socjalistami nawiązał jeszcze w szkole. Jako dziesięciolatek wziął udział w strajku szkolnym w 1905 r., rok później wstąpił do Związku Młodzieży Postępowo-Niepodległościowej, pozostającego pod wpływami Polskiej Partii Socjalistycznej. Młodociany radykał nie ukrywał swego wolnomyślicielskiego stanowiska, co poskutkowało oceną niedostateczną z religii i w rezultacie usunięciem go ze szkoły. Jak jednak wspominał sam Zaremba: Bardziej odpowiadało mi przyjęcie od Chrystusa szlachetnych i pięknych elementów jego nauki, co w życiu współczesnym reprezentował dla mnie socjalizm. Nie doszedłem więc do zasadniczego negowania religii, ale związane z nią obrządki stały się dla mnie obce.
W 1912 r. został członkiem Zarządu Warszawskiego ZMPN, a niebawem wstąpił do PPS – Frakcji Rewolucyjnej. W szeregach tej partii nie zagrzał jednak miejsca – szybko wszedł w konflikt z Piłsudskim, co skierowało go w stronę PPS – Opozycji. Była to grupa niepodległościowych socjalistów pod wodzą Feliksa Perla, krytykująca Frakcję za odchodzenie od socjalistycznych pryncypiów. Za tę działalność został aresztowany w 1914 r., ale wkrótce zwolniono go z braku dowodów – oskarżający prowokator zginął w zamachu. Pierwsza wojna światowa rzuciła Zarembę w głąb Rosji, do Charkowa, gdzie w 1915 r. sformalizował swój trzyletni już związek z Natalią Lipszycową. Pozostał aktywnym działaczem PPS – Opozycji, a po rewolucji lutowej współtworzył charkowskie Zjednoczenie Socjalistów Polskich. Miała to być jednolita organizacja skupiająca wszystkie polskie grupy socjalistyczne, uznająca rewolucję proletariacką za gwarancję niepodległości Polski.
Można powiedzieć, że już wtedy ukształtował się zasadniczy zrąb poglądów Zaremby. Uważał za najważniejsze zadanie socjalistów polskich – niepodległy byt narodowy, gdyż bez niepodległości nie jest możliwe wyzwolenie społeczne. Jak pisał: Gdy naród jest w niewoli politycznej na karku klasy robotniczej, oprócz własnego pasożyta burżuazji, […] rząd zaborczy siedzi. […] [dlatego] pierwszym zadaniem robotnika polskiego, pierwszym krokiem do socjalizmu musi być niepodległość. Podkreślał przy tym, że celem musi być pełna niepodległość Polski, a nie federalizm w ramach Austro-Węgier czy Rosji. Zarazem daleki był od zamykania sprawy socjalizmu w ramach narodowych – głosił konieczność triumfu socjalizmu w całej Europie. Z tym wiązał się – rzadki w szeregach PPS – postulat współpracy z rosyjskim ruchem rewolucyjnym. Zaremba poparł rewolucję październikową, widząc w niej początek nowej epoki. Choć krytykował rozwiązanie parlamentu przez bolszewików, to uważał, że obalenie […] władzy Rad Delegatów Robotniczych, Żołnierskich i Chłopskich – będzie obaleniem klasy robotniczej; dlatego opozycję mieńszewików określił jako zbrodnię wobec ruchu robotniczego.
Stanowisko takie sprawiło, że został pełnomocnikiem bolszewickiego Komisariatu do Spraw Polskich w Charkowie. Rewolucyjna polaryzacja doprowadziła jednak do rozpadu ZSP. Wobec fiaska tego „jednolitofrontowego” projektu Zaremba wstąpił do PPS i jesienią 1917 r. został wybrany w skład Centralnego Komitetu Wykonawczego w Rosji.
***
W 1918 r. wrócił do Polski i zamieszkał w Warszawie. Z marszu rzucił się w wir działalności politycznej, rychło wysuwając się na czoło partii. Uczestniczył w przejęciu przez PPS drukarni „gadzinowej” (tj. wydawanej przez niemieckie władze okupacyjne) „Gazety Polskiej”, na bazie której powstała partyjna poligrafia. W listopadzie 1918 r. wybrano go do CKW partii. W 1922 r. jako kandydat PPS został najmłodszym posłem w Sejmie, gdzie pozostawał do 1935 r. Należał do czołowych publicystów socjalistycznych, działał w ruchu spółdzielczym i związkowym. Przy tym wszystkim znajdował czas na czynny udział w dzielnicowej organizacji PPS w swym miejscu zamieszkania. Niepospolicie zdolny, inteligencja żywa, energiczny, dzielne pióro, mówca efektowny – tak oceniali go towarzysze.
W ruchu socjalistycznym reprezentował lewe skrzydło. Początkowo charakteryzowały go skłonności probolszewickie – pozostawał zwolennikiem współpracy z komunistami i obrony Sowietów, jako gwaranta postępu, polemizując w tej kwestii z A. Szczypiorskim. Nie odszedł jednak z PPS wraz z grupami Czeszejko-Sochackiego i Żarskiego, które przyłączyły się do partii komunistycznej. Charakterystyczne było jego stanowisko w czasie wojny 1920 r. Z jednej strony krytykował ekspansję na wschodzie, uważając, że Piłsudski realizuje interesy ziemiaństwa, i sprzeciwiał się udziałowi PPS w koalicyjnym „rządzie obrony narodowej”. Z drugiej współorganizował oddziały robotnicze do walki z najazdem bolszewickim i chciał niepodległej Ukrainy, bo bezpośrednie graniczenie z Rosją to wielkie niebezpieczeństwo dla naszej niepodległości. Sprzeczność? Niekoniecznie – Zaremba domagał się w tym czasie zwołania ogólnopolskiego zjazdu rad, który ustanowiłby niepodległą Polskę socjalistyczną.
Niewątpliwie barierą odcinającą go od komunizmu była kwestia niepodległości. Broniąc państwa narodowego, pisał: I nie chodzi tu bynajmniej, przez kogo to państwo jest rządzone […] – chodzi tu o samą treść państwa, […] o jego terytorium i naród. Państwo, które ma się stać terenem zwycięskiej rewolucji socjalnej […] musi być państwem jednolitym.
Ale krystalizując swe poglądy w sprawach ustrojowych, Zaremba dostrzegał też inne różnice – twierdził, za programem partii, że ustrój socjalistyczny nie może być urzeczywistniony wbrew większości społeczeństwa, musi tedy opierać się na zasadach demokratycznych, dodając, że akceptowalna jest tylko dyktatura większości społeczeństwa. Uważając, że w Polsce brak jest warunków dla rewolucji proletariackiej, sformułował postulat rządu robotniczo-chłopskiego: Istnienie […] silnego włościaństwa stwarza konieczność podziału władzy między proletariatem a włościaństwem. Formą tego „ludowładztwa” miały być Rady Delegatów Robotniczych i Chłopskich, uzupełnione o przedstawicieli inteligencji. Rady obdarzone inicjatywą ustawodawczą, uprawnieniami kontrolnymi i prawem weta miały stanowić uzupełnienie Sejmu. Takie stanowisko odróżniało Zarembę zarówno od komunistów z ich hasłem „Cała władza w ręce Rad!”, jak i od reformistycznej większości PPS, ograniczającej się do parlamentaryzmu.
U zarania niepodległości ukształtował też Zaremba zasadnicze założenia swej wizji ustroju społeczno-gospodarczego. Głosząc konieczność dopełnienia demokracji politycznej przez demokrację w zarządzie życiem przemysłowym, rzucił hasło: upaństwowić i uspołecznić zarazem zakłady pracy. W praktyce polegać miało to na zarządzaniu przemysłem przez komitety fabryczne – w ten sposób Zaremba nie tylko chciał ugruntować socjalizm, ale też zmienić psychikę robotnika-najemnika na psychikę robotnika-twórcy.
Poglądy te sytuowały Zarembę w kręgu oddziaływania tzw. austromarksizmu – kierunku w ruchu robotniczym pośredniego między komunizmem i socjaldemokracją, ukonstytuowanego w latach 1921–1923 w Międzynarodową Wspólnotę Pracy Partii Socjalistycznych (tzw. międzynarodówka wiedeńska albo Międzynarodówka II i 1/2). Z tych pozycji Zaremba występował (np. na XIX kongresie PPS w 1924 r.) przeciw udziałowi w rządach koalicyjnych i jednostronnemu parlamentaryzmowi, opowiadając się za współpracą z piłsudczykami (frakcja piłsudczykowska stanowiła wówczas w PPS radykalne, lewe skrzydło partii). Wywołało to konflikt Zaremby z jego dotychczasowym mentorem Perlem, który oświadczył, że opozycjoniści są malkontentami, którzy ułatwiają działalność komunistom. Konflikt zakończył się porażką Zaremby, popartego przez zaledwie 43 delegatów. Mimo to na XX kongresie partii w 1926 r. Zaremba został wybrany do Rady Naczelnej i CKW.
***
Uznanie dla radykalizmu piłsudczyków łączył Zaremba z nieprzejednaną wrogością wobec endecji, którą postrzegał jako ucieleśnienie zarówno społecznej reakcji, jak i narodowej ugody. Nic dziwnego, że w maju 1926 r. Zaremba poparł wraz z całą lewicą, komunistów nie wyłączając, przewrót Piłsudskiego (ba, jeszcze w 1962 r. bronił go, przypominając o zagrożeniu przez faszyzm endecko-witosowy). Szybciej jednak niż inni socjaliści przeszedł do krytyki nieodpowiedzialnych przed nikim klik militarno-biurokratycznych. Już w lipcu stwierdzał zdecydowany wpływ na rząd [Kazimierza Bartla] sfer kapitalistycznych i obszarniczych, a w grudniu 1926 r. na forum Rady Naczelnej PPS domagał się zaostrzenia kursu opozycyjnego. Rządy sanacji ocenił jako skrajną interwencję na rzecz utrzymania starego porządku, mówił o faszyzacji Polski.
Antysanacyjny kurs wymuszał przegrupowanie w ruchu socjalistycznym. Zaremba z jednej strony zaangażował się w walkę przeciw socjalistom-piłsudczykom, którzy w 1928 r. wyodrębnili się w PPS – dawną Frakcję Rewolucyjną, a z drugiej w rozmowy z „austromarksistowską” Niezależną Socjalistyczną Partią Pracy Bolesława Drobnera, która w tymże 1928 r. przyłączyła się do PPS. W tym okresie pozycja Zaremby w PPS umocniła się: nie tylko znów został wybrany do CKW na XXI kongresie, ale przejął też kierowanie polityką wydawniczą partii, zyskując sobie przydomek czerwonego Hearsta (od nazwiska amerykańskiego magnata prasowego). Akces drobnerowców zmienił układ sił w PPS. Zaremba, do tej pory plasujący się na pozycji lewoskrzydłowej, teraz znalazł się w centrum, moderując sprzeczne tendencje partyjnej prawicy (Zygmunt Żuławski, Adam Ciołkosz) i nowej lewicy (Drobner, Stanisław Dubois). Wbrew partyjnej prawicy uważał przejęcie władzy przez proletariat za cel bezpośredni PPS, ale zarazem – inaczej niż lewica – nie uważał tego za cel jedyny, podnosił rolę postulatów częściowych. Odrzucał zarówno komunistyczną formułę dyktatury proletariatu, jak i reformizm, który dla form demokratycznych gotowy byłby poświęcić treść społeczną nadchodzącego przewrotu.
Takie stanowisko znajdowało swe odzwierciedlenie w koncepcji sojuszów – tu również Zaremba reprezentował poglądy odmienne zarówno od prawego, jak i lewego skrzydła. Nie chciał ograniczania się do metod parlamentarnych, warunkującego sojusz z partiami centrowymi. Na XXII kongresie w 1931 r. wystąpił przeciw kompromisowi z najrozmaitszymi żywiołami na platformie politycznej demokracji, krytykując z radykalnych pozycji Centrolew. Chciał sojuszu z chłopami – ale nie z partiami chłopskimi. Bliżsi byli mu lewicowi piłsudczycy z Klubów Demokratycznych.
Sceptyczny pozostawał też wobec zbliżenia z komunistami (choć osobiście przyjaźnił się np. z Jerzym Borejszą). O ile początkowo skłonny był popierać tzw. pakt o nieagresji PPS i KPP, to po procesach moskiewskich 1936–1937, masakrujących starą gwardię bolszewicką, zmienił zdanie i uznał PPS za jedyną siłę polskiej klasy robotniczej. Konsekwentnie jednak domagał się legalizacji KPP – pisał: Demokracja polska musi czerpać swą siłę […] nie z zakazów i ograniczeń wolności, lecz z poczucia swej głębokiej słuszności […] skazywać, znosić, delegalizować wolno tylko na podstawie dokonanych czynów, a nie wyznawanych przekonań. W tym okresie Zaremba zrewidował swój stosunek do ZSRR – uznał, że próba budownictwa socjalistycznego w zacofanym kraju w warunkach izolacji doprowadziła do degeneracji systemu. W 1934 r. biurokratyczna nowa klasa rządząca pod wodzą Stalina przejęła ostatecznie władzę, ustanawiając państwo dyktatury nowej biurokracji. Odmawiał ustrojowi radzieckiemu miana socjalizmu, określając go jako amalgamat upaństwowionej gospodarki i despotyzmu barbarzyńskiego nowej rządzącej kasty. Tym niemniej państwowy kapitalizm ZSRR traktował jako ustrój przejściowy do socjalizmu.
Systemowi sowieckiemu przeciwstawiał własną wizję socjalizmu, doprecyzowując wcześniejsze założenia. Uważając biurokratyczną skostniałość za główne zagrożenie dla socjalizmu, podtrzymywał nacisk na robotnicze współzarządzanie w przemyśle; pisał, że wewnętrzne życie przedsiębiorstwa państwowego musi się opierać o zasady słusznej płacy i demokratycznego zarządu z udziałem przedstawicieli związków zawodowych i organizacji konsumenckich. W polemice z komunistami podkreślał, że – w odróżnieniu od ZSRR – w procesie budowania socjalizmu w Polsce należy dążyć do szybkiego podniesienia stopy życiowej mas pracujących. To prowadziło do pewnych przewartościowań. W handlu podstawą nowego aparatu wymiany miała być spółdzielczość, ale dostrzeżemy tu nowy wątek – Zaremba zaznaczał: nie będziemy […] niszczyli nawet […] wyzyskującego ludność aparatu prywatnego pośrednictwa […], póki nie zbudujemy spółdzielczej organizacji o dostatecznej sile i sprawności. Kolejnym novum było uznanie trwałej roli drobnej własności w rzemiośle. To samo dotyczyło rolnictwa: tu nie przewidywano nacjonalizacji ziemi, lecz reformę rolną i rozwój dobrowolnej spółdzielczości wiejskiej, współistniejącej z gospodarstwami rodzinnymi.
Różnił się również od sowieckiego model ustroju politycznego. Zaremba wypracował odmienną od komunistycznej formułę dyktatury proletariatu. Pisał, że komunistycznemu hasłu dyktatury proletariatu przeciwstawił […] program PPS hasło rządów socjalistycznych, […] zdolnych do odparcia ataków reakcji, ale podległych kontroli mas i od tych mas zależnych. Podkreślał konieczność kontroli mas ludowych nad rządem robotniczo-chłopskim, jako że – jak wyznał – obawiam się zarówno biurokracji sanacyjnej, jak i swojej własnej. Służyć miały temu szerokie gwarancje praw obywatelskich, rozwój samorządności, przekazanie funkcji policyjnych samorządom, utworzenie armii typu milicyjnego. Zapowiadał: Skończy się biurokratyczne pasożytnictwo w instytucjach państwowych.
Ostrość konfliktów narodowościowych w latach 30. wymusiła na Zarembie podjęcie problemu mniejszości narodowych, a zwłaszcza żydowskiej. Działacz PPS ostro wystąpił przeciw antysemityzmowi, nie demonizował go jednak jako wcielenia metafizycznego zła, lecz poddawał marksistowskiej analizie. Pisał, że antysemityzm eksploatuje budzące się i nieświadome odruchy uczuciowe wywołane przez stosunki społeczne. Personifikuje źródło krzywdy w najbardziej powierzchownej, lecz bliskiej wyobraźni formie: Żyda konkurenta dla drobnomieszczanina, Żyda fabrykanta lub bankiera dla robotnika. Charakterystyczna była jego polemika z Janem Maurycym Borskim – ten publicysta PPS (notabene żydowskiego pochodzenia) w broszurze „Sprawa żydowska a socjalizm” przyjął punkt widzenia syjonistów: Żydzi stanowią osobny naród, który nie czuje związku z Polską, więc najlepszym rozwiązaniem będzie emigracja do Palestyny. Zaremba stanął na stanowisku wypracowanym przez sojuszniczy Bund, domagając się autonomii narodowo-kulturalnej dla Żydów w Polsce. Uzasadniał: Miarę dla Żydów i Arabów mam jednakową. Występuję przeciwko zmuszaniu Żydów do emigracji z Polski i nie mogę pogodzić się z tym, że Arabów wolno wypędzać z ich siedzib.
U schyłku lat 30. na intensyfikacji uległo zagrożenie ze strony hitlerowskich Niemiec – zagrożenie podwójne, bo zarówno dla bytu narodowego Polski, jak i dla socjalistycznego programu politycznego. W tych warunkach Zaremba złagodził swe opozycyjne stanowisko, licząc na ustępstwa ze strony sanacji; w 1939 r. opowiedział się za utworzeniem rządu obrony narodowej. Podkreślał jednak: dajemy […] przede wszystkim wyraz […] nieugiętej walki z każdą próbą targnięcia się na naszą niepodległość. Ale wraz z tym twierdzimy […], że nasze postulaty wewnętrznej przebudowy państwa to jedyna droga do jego rozwoju i zdobycia jak największej potęgi. Braterskie współżycie wszystkich narodowości […] zniesienie wyzysku kapitalistycznego.
***
Gdy Rzesza zaatakowała Polskę, Zaremba znów stanął w pierwszym szeregu aktywistów. Już 1 września 1939 r. współtworzył Robotniczy Komitet Pomocy Społecznej (potem Komitet Obywatelski Obrony Warszawy), a 5 września – przezwyciężając opór defetystycznie nastawionych wojskowych – przeforsował utworzenie Ochotniczej Robotniczej Brygady Obrony Warszawy. Po kapitulacji to od niego wyszła propozycja reorganizacji ruchu socjalistycznego: działalność PPS została zawieszona, a na jej miejsce w październiku powstał Ruch Mas Pracujących Miast i Wsi „Wolność – Równość – Niepodległość”. WRN budowany był na fundamencie partyjnego centrum, bez udziału radykalnych lewicowców i zwolenników Żuławskiego.
W socjalistycznym podziemiu Zaremba działał pod pseudonimem „Marcin”, posługując się również nazwiskami Czajkowski i Smreczyński. Zajmował się konspiracyjnymi wydawnictwami, reprezentował też WRN w namiastce podziemnego parlamentu – Głównej Radzie Politycznej. Najważniejszą rolę odegrał wszakże jako ideolog ruchu, pisząc wspólnie z ludowcem Stanisławem Miłkowskim i demokratą T. Wojeńskim „Program Polski Ludowej”, a w 1944 r. publikując rozprawę „Demokracja społeczna. Próba wizji okresu przejściowego”.
Zaremba wychodzi tu od analizy współczesnych stosunków społecznych. Stwierdza, że kapitalizm znajduje się w fazie schyłkowej, przekształcając się w menedżerski superkapitalizm – kartel karteli kapitalistycznych. Towarzyszyć miał temu kryzys demokracji burżuazyjnej, którego przejawem stał się faszyzm jako antydemokratyczna odpowiedź klas posiadających na zagrożenie ze strony mas ludowych. Faszyzm wszakże, pełniąc początkowo funkcję gwardii pretoriańskiej kapitalizmu, później uniezależnił się, co doprowadziło do kulminacji sprzeczności.
Zdaniem Zaremby kapitalizm wyczerpał już wszystkie możliwości, dlatego jedyną alternatywą dla świata pozostaje socjalizm. Podtrzymywał swój projekt gospodarki uspołecznionej, w której nacjonalizacji lub komunalizacji podlegałyby wszystkie zakłady zatrudniające ponad 50 pracowników; wciąż akcentował rolę samorządu pracowniczego (zwieńczonego Państwową Radą Planu Gospodarczego), pisząc, że bez ich [pracowników – J.T.] udziału w kierownictwie przedsiębiorstwa – nie do pomyślenia jest stworzenie społeczeństwa wolnych ludzi pracy. Zarazem – zapewne to ustępstwo na rzecz ludowców – wyraźniej zaznaczał, że podstawą ustroju rolnego będzie samodzielny warsztat rolniczy obrabiany rękami osiadłej na nim rodziny.
Pewnej modyfikacji (choć głównie w zakresie frazeologii) uległa wizja ustroju politycznego. Demokracja społeczna definiowana była już nie jako rząd robotniczo-chłopski, ale jako rządy większości, którym mniejszość musi się podporządkować, korzystając jednocześnie z praw kontroli i krytyki. Podkreślał, że wolność jednostki zapewniona będzie przez stałą kontrolę społeczną nad aparatem państwa, ta zaś – przez rozwój samorządności i system wielopartyjny.
Wyraźnemu zaostrzeniu uległ w tym okresie antykomunizm Zaremby. Oto komunizm bez maski! – pisał o pakcie Ribbentrop-Mołotow. Wykazał on nie przeciwieństwo, lecz pobratymstwo z faszyzmem – pokrewieństwo totalistycznego podkładu ideowego. W ZSRR uległa zaprzeczeniu kwestia najważniejsza, a mianowicie sam człowiek. Jego życie, jego zdrowie, jego wolność. W 1941 r. wraz z Pużakiem i Arciszewskim skierował list do socjalistów w Londynie, krytykujący układ Sikorski-Majski i postulujący stanowcze […] zwalczanie […] prądów sowietofilskich. Trzy lata później opowiedział się za wybuchem powstania w Warszawie (co wywołało sprzeciw Pużaka), a w czasie walk redagował „Robotnika”. Dla Zaremby antyfaszystowskie powstanie zbrojne było przejawem wierności imponderabiliom – zasadom Niepodległości i demokratycznego Socjalizmu. W odezwie z 3 października 1944 r. zapowiadał, że powstańcy, którzy dziś walczą o Polskę całą i niepodległą, jutro urzeczywistnią wielki program przebudowy społecznej i wolności obywatelskiej. W tym duchu napisał „Powstanie sierpniowe” – ujętą z lewicowego punktu widzenia relację z powstania warszawskiego, porównującą je do Komuny Paryskiej.
Po kapitulacji powstania Rada Jedności Narodowej (dawna Główna Rada Polityczna) wydelegowała Zarembę do Londynu, nie zdołał jednak tam wyjechać. Zamiast tego pod komunistycznym reżimem rozpoczął odbudowę konspiracyjnych struktur PPS-WRN, wydając w Krakowie biuletyn „AS”. Początkowo bierze pod uwagę, by zachowując krytyczne stanowisko, szukać sposobów włączenia się w nowy układ stosunków, dlatego utrzymuje kontakty z Józefem Cyrankiewiczem z prokomunistycznej „lubelskiej” PPS. 1 lipca 1945 r. na forum RJN oświadczył, nawiązując do powołania Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, że okres państwa podziemnego kończy się z chwilą utworzenia w kraju rządu, który zyskuje uznanie sprzymierzonych. Gdy jednak konspiracyjna PPS-WRN zdecydowała o samorozwiązaniu i wstępowaniu w szeregi PPS „lubelskiej” – Zaremba wraz z Pużakiem pozostał w opozycji.
***
Jesienią 1946 r. wyjechał do Francji, rozpoczynając ostatni, emigracyjny etap swego życia. Od 1947 r. wydaje socjalistyczny periodyk „Światło” i publikuje w nim, opracowuje program zjazdu PPS w Pont-a-Lesse. Na zjeździe polskich socjalistów w Ardenach w maju 1948 r. został wybrany przewodniczącym Rady Partyjnej, podczas gdy Ciołkosz stanął na czele Centralnego Komitetu Zagranicznego. Jako reprezentant PPS wiosną 1947 r. współtworzył Międzynarodowe Biuro Socjalistyczne, w 1949 r. przekształcone w Unię Socjalistyczną Krajów Europy Środkowo-Wschodniej, a od 1951 r. afiliowane przy Międzynarodówce Socjalistycznej. Od 1950 r. uczestniczył w pracach Committee of International Socialist Conference, w 1951 r. wziął udział w kongresie Międzynarodówki Socjalistycznej we Frankfurcie.
Aktywnie uczestniczy w życiu polskiego wychodźstwa. W 1947 r. poparł przejście PPS do opozycji wobec rządu Bora-Komorowskiego – z inicjatywy socjalistów powstał blok lewicy – Porozumienie Polskich Stronnictw Demokratycznych – z udziałem ludowców, Polskiego Stronnictwa Demokratycznego, Stronnictwa Pracy i postpiłsudczykowskiej grupy Niepodległość i Demokracja. Kilka lat później zmienił zdanie i zaangażował się w tworzenie Tymczasowej Rady Jedności Narodowej, opartej na kompromisie ze Stronnictwem Narodowym, choć nietrudno zauważyć, że wspólnym mianownikiem tego porozumienia był opór wobec mafii sanacyjnej.
Komunistyczne rządy wyostrzyły sprzeciw Zaremby wobec sowieckiego modelu socjalizmu. Uważał, że przeprowadzane w kraju reformy idą zbyt daleko; krytykował hipertrofię sektora państwowego i biurokracji, sposób przeprowadzania nacjonalizacji (likwidacja małych firm) i reformy rolnej, forsowną industrializację i kolektywizację rolnictwa, wreszcie – last but not least – uzależnienie od ZSRR. Postulował oparcie produkcji rolnej na […] samodzielnych gospodarstwach chłopskich zrzeszonych na zasadach dobrowolnej i demokratycznej spółdzielczości kredytowej. […] Zachowując w ręku państwa główne dźwignie życia gospodarczego i oddając środki produkcji pod bezpośredni zarząd i kontrolę producentów i konsumentów, gospodarka socjalistyczna winna zostawić swobodę drobnym producentom i rzemieślnikom […], aby mogli […] wypełnić luki w gospodarce państwowej. Z tego powodu domagał się prowadzenia nieustępliwej walki z imperializmem sowieckim i jego agenturami w imię odzyskania niepodległości, krytykując zachodnią socjaldemokrację za przemilczanie zbrodni sowieckich.
Poglądy Zaremby i tak odbiegały jednak od głównego nurtu polskiej emigracji. Twardo oznajmiał, że nie ma powrotu do czasów przedwrześniowych, występował przeciw walce zbrojnej. Już w 1946 r. gotów był zaakceptować granicę wschodnią, bronił też w imię elementarnych interesów narodowych granicy na Odrze i Nysie. Jesienią 1948 r. – po usunięciu Gomułki – dostrzegł wielonurtowość PPR.
W tym nurcie poszukiwania – jak to ujął Melchior Wańkowicz – trzeciego miejsca mieściła się idea Stanów Zjednoczonych Europy, jako socjaldemokratycznej siły przełamującej dwubiegunowy podział świata na bloki komunistyczny i kapitalistyczny. Warto jednak zwrócić uwagę, że federalizm Zaremby miał charakter nie tyle kosmopolityczny, co internacjonalistyczny – podmiotem pozostawały narody, a nie abstrakcyjna społeczność międzynarodowa. Pisał on: Socjalizm Międzynarodowy winien wysunąć ideę całkowitej wolności narodów i ras, pełnego […] ich samookreślenia oraz pełnej ich równości.
***
W miarę upływu lat narastał krytycyzm Zaremby wobec zdominowanego przez nostalgiczną prawicę środowiska emigracyjnego. Jak pisał, emigranci na pozór wybrali wolność, [a] w rzeczywistości wybierali dla siebie możliwość życia w dogodniejszych warunkach. Jego ideowy pryncypializm, wierność swej proletariackiej ideologii nakazywały PPS zajmowanie pozycji odrębnej i samodzielnej oraz stworzenie własnych organów […] o wyraźnie socjalistycznym charakterze. Dlatego coraz krytyczniej oceniał szopkę legalistyczną, domagał się wyraźnego rozgraniczenia elementów wstecznych od lewicowych i zerwania z konformistyczną frazeologią pseudopatriotyczną. Istotną rolę odgrywała postawa Zaremby – jak go określiła Wanda Czapska-Jordan: optymisty z natury – której istotą było nie obrażanie się na historię, lecz tkwienie w prądzie przyszłościowym. Zawsze starał się patrzeć w przyszłość i w niej odnajdywać symptomy zmian na lepsze. Podkreślał: Od roku 1945 nie liczę na wojnę [jako metodę obalenia komunizmu – J.T.], lecz na siły żywotne narodu i naszej klasy robotniczej.
Wydarzenia 1956 r. w kraju – najpierw Poznański Czerwiec, potem Październik – były dla Zaremby dowodem na słuszność tego stanowiska. Pisał, że klasa robotnicza nie tylko żyje, ale potrafi również wznieść się na wyżyny rewolucyjnej manifestacji, natomiast tzw. antykomunistyczne siły, reprezentujące pełną negację zaszłych przemian […] były nieobecne w tym powszechnym poruszeniu serc i umysłów. Uważał, że klasa robotnicza na razie poparła Gomułkę, ale nie przestanie napierać w kierunku gruntownych przeobrażeń całego systemu. Dokonujące się na przełomie 1956 i 1957 r. przemiany uznał za realne (nie kosmetyczne) i pozytywne, ale niewystarczające, dlatego należy popierać […] utrwalenie się tych wyników przewrotu październikowego, które dały większe usamodzielnienie się Polski wobec ZSRR […]. Należy nie ustawać w walce o dalszy rozwój października, a w pierwszym rzędzie o odbudowanie niezależnego ruchu robotniczego. IV zjazd emigracyjnej PPS w 1957 r. dokonał pozytywnej oceny Października, a Zaremba usiłował uzyskać zgodę na rozpowszechnianie „Światła” w kraju.
Październik ‘56 okazał się niewykorzystaną szansą – po latach Zaremba oceniał, że batalia październikowa została przegrana, gdyż Gomułka uległ logice totalitarnej natury partii. Wydarzenia te wyznaczyły jednak nową strategię PPS pod kierunkiem Zaremby. W styczniu 1959 r. Rada Centralna partii w Lens zażądała wyjścia socjalistów z TRJN, w następnym roku doszło do zerwania współpracy z prezydentem Zaleskim. Zwrot ten doprowadził do secesji grupy socjalistów (Adam Pragier, małżeństwo Ciołkoszów) stojących na platformie jedności narodowej na emigracji. Dla Zaremby jedność narodowa była zawsze, jak pisał, oszustwem ideologicznym.
***
Nowa strategia stała się dla Zaremby okazją do pogłębienia i rozwinięcia analizy komunizmu. Uważał ewolucję ruchu i systemu komunistycznego za obiektywną i historycznie zdeterminowaną. Pisał, że nie ma możliwości zawrócenia z tej drogi [demokratyzacji – J.T.], że świat komunistyczny podlega głębokiemu i nieodwracalnemu […] procesowi przemian w kierunku dobrobytu i wolności. Zauważył, że przełom ideologiczny, jaki miał miejsce po śmierci Stalina, był skutkiem przemiany pokoleniowej, która do kierownictwa wprowadziła pragmatyków stawiających na pokojowe współistnienie z Zachodem. Punktem wyjścia była jego teoria nowej klasy rządzącej w państwach komunistycznych (oligarchiczna klasa […] biurokratów partyjnych i państwowych […] czerpiąca liczne przywileje z faktu posiadania nieograniczonej władzy i dysponująca wszystkimi środkami produkcji), którą, jak podkreślał, sformułował wcześniej niż powstała podobnie zwana teoria Milovana Dżilasa. Nowa klasa stopniowo odchodziła od frazeologii klasowo-proletariackiej na rzecz narodowej (co Zaremba krytykował z pozycji lewicowych), a rządzące partie komunistyczne stawały się partiami ogólnonarodowymi. W rezultacie monopartia przeistaczała się z zakonu w mikrospołeczeństwo – odzwierciedlenie realnego społeczeństwa – a sprzeczności klasowe przenoszone były do jej wnętrza.
Szczególnie wyraźnie widać było to, jego zdaniem, w państwach satelickich, gdzie występowało rozdwojenie partii na oddanych Rosji przywódców […] oraz na zwykłe pionki partyjne, żyjące troskami i nadziejami społeczeństwa. Co więcej, Zaremba dostrzegał w tych partiach działaczy, którzy chcą bronić własnej klasy robotniczej i najlepiej pojętych interesów własnego narodu. W ten sposób formowała się opozycja wewnętrzna w partiach komunistycznych, nacechowana dążeniem do uzyskania niezależności wobec Związku Radzieckiego.
Zaremba utożsamiał tę opozycję z tzw. rewizjonistami – nurtem ideowym młodej inteligencji komunistycznej, krytykującym marksistowsko-leninowski dogmatyzm. W jego oczach nie była to garstka intelektualistów, ale żywiołowy oddolny ruch, wyraz klasowych interesów […] proletariatu. Traktował rewizjonistów jako część opozycji demokratycznej działającą wewnątrz partii komunistycznej, a nawet jako opozycję socjalistyczną w obozie komunistycznym – zalą?ek żek nowego odrodzenia socjalizmu w naszych krajach. Krytykował co prawda rewizjonizm za niekonsekwencję (przede wszystkim za uznawanie systemu monopartyjnego), ale w oczach pryncypialnych antykomunistów takie stanowisko Zaremby i tak było nieledwie zdradą.
Tym bardziej, że Zaremba szedł jeszcze dalej, proklamując gotowość otwarcia na ruch komunistyczny jako taki. Pisał o konieczności rozbicia tumanu myślowego „antykomunizmu”, malującego diabła niezmiennie grożącego Ludzkości swymi widłami. Twierdził, że wśród komunistów przybywa coraz więcej ludzi rozumiejących, że socjalizm bez wolności człowieka jest potworną karykaturą. Z drugiej strony nie ukrywał swego krytycyzmu wobec ewolucji zachodniej socjaldemokracji, której zarzucał zatuszowanie klasowego oblicza, żałosne wrażenie demonstracji ideologicznej pustki, „upaństwowienie” socjalizmu w ramach istniejących stosunków. Nietrudno dosłyszeć tu echa modnej wtedy teorii konwergencji, zakładającej nie tylko koegzystencję, ale też wzajemne zbliżenie przeciwstawnych systemów. Na konferencji wschodnioeuropejskich socjalistów w Amsterdamie w październiku 1963 r. Zaremba wygłosił referat „O aktywną politykę socjalizmu wobec ruchu komunistycznego”, który – jak wspominał – wywołał święte oburzenie i dał okazje do wygłaszania płomiennych mów antykomunistycznych (powtarzanych od dziesięciu lat bez zmiany). Głosił w nim tezę o utrwaleniu rewizjonizmu jako stałego zjawiska wewnętrznego w ruchu komunistycznym, co miało umożliwić likwidację rozłamu w ruchu robotniczym. Zaremba oznajmiał jednak zarazem, że niemożliwa jest solidarność między więźniem i dozorcą. Odbudowa jedności ruchu robotniczego miała się odbywać na zasadach równości różnych kierunków (komunistycznego, socjaldemokratycznego, syndykalistycznego i chrześcijańsko-społecznego), niezależności od rządów i demokratycznej organizacji wewnętrznej partii robotniczych.
Jako warunki minimum kompromisu z komunistami Zaremba wysuwał żądania swobody stowarzyszeń (w tym stowarzyszenia wychowawczo-politycznego o charakterze socjalistycznym), wewnętrznej demokracji w ruchu związkowym i spółdzielczym, wreszcie wolnych wyborów do terenowych rad narodowych. W drugim etapie reform miała zostać odbudowana partia socjalistyczna, przeprowadzone wolne wybory parlamentarne i ustanowiona gospodarka trójsektorowa. Był to program wprowadzenia socjalistycznych zasad wolności na podłożu gospodarki upaństwowionej i scentralizowanej. Jak pisał, w warunkach dyktatury komunistycznej najważniejsza jest odbudowa demokracji. Twierdził zarazem, że demokracja to nie tyle określona struktura państwowa, co postawa obywateli, sygnalizując w ten sposób możliwość wykorzystania formalnie demokratycznych instytucji ustrojowych PRL na drodze żywiołowości i drobinkowego oddziaływania. Chcemy na tej drodze skupić wszystkie żywotne siły naszego społeczeństwa, bez względu na dawne i obecne podziały – dodawał, precyzując, że będzie to zgrupowanie sił demokratycznych […] od komunistycznych rewizjonistów do chrześcijańsko-społecznych. W praktyce próbował to realizować, nawiązując poprzez Barbarę Toruńczyk kontakty z grupą Kuronia, Modzelewskiego i Michnika. Strategię tę określił mianem neopozytywizmu socjalistycznego, przez analogię do neopozytywizmu katolickiego reprezentowanego przez grupę „Znak”.
Pewnej modyfikacji uległ też program Zaremby w zakresie polityki zagranicznej. Oczywiście wierny pozostał imponderabiliom – nieodmiennie twierdził, że sprawa Niepodległości jest ściśle związana ze sprawą Socjalizmu, gdyż proletariat nie ścierpi na dłuższą metę ani dyktatury, ani niewoli narodowej. Stwierdzając, że Polska to zamaskowana kolonia ZSRR, żądał pełnej swobody państwa polskiego w jego polityce zagranicznej i wewnętrznej. Jednak w swej publicystyce Zaremba nie wraca już do koncepcji paneuropejskich, zadowalając się neutralizacją Europy Środkowej od Renu po Bug: zjednoczonych Niemiec, Polski, Czechosłowacji i Węgier (bliski był tu przywódcy SPD Kurtowi Schumacherowi).
***
Idee Zaremby z lat 60. nie spotkały się ze zrozumieniem na emigracji. Po krytyce jego amsterdamskiego referatu zgłosił rezygnację ze stanowiska przewodniczącego Wydziału Zagranicznego CKZ. W 1964 r. założył nowy periodyk „Droga”, który miał skupiać wszystkich demokratów polskich stojących nogami na ziemi i myślących kategoriami jutra, a nie lat minionych (biorąc Październik ‘56 za punkt odniesienia), jednak wobec oporu towarzyszy inicjatywa ta nie odniosła sukcesu. Koncentrował się coraz bardziej na pracy teoretycznej, wydawał kolejne książki: „Narodziny klasy rządzącej w ZSRR” (1963), „Cel i droga” (1963), „Przemiany w ruchu komunistycznym” (1965), „Słowo o Wacławie Machajskim” (1967). Sterany życiem chciał wrócić do kraju, nie zdążył jednak tego uczynić. Zmarł 5 października 1967 r. w Sceaux.
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | piątek 8 listopada 2013 | inspiracje, z Polski rodem
dr Jarosław Tomasiewicz

CC-BY eisenbahner, flickr.com/photos/eisenbahner/4568743112/
Komunistyczna Partia Polski przedstawiana jest dziś z reguły jako agentura obcego mocarstwa, wyzuta z wszelkiego patriotyzmu, wprost ziejąca nienawiścią do Polski i polskości. Nie przecząc, że takie tendencje występowały w ruchu komunistycznym, zwrócić trzeba uwagę, że to obraz nazbyt uproszczony. I tu występowały jaśniejsze półcienie, bez znajomości których nie zrozumiemy, dlaczego na orbicie kompartii znalazł się niejeden żołnierz Legionów (by przywołać choćby postać Władysława Broniewskiego). Nawet antykomunistyczny publicysta, agent sanacyjnej „defensywy” Józef Mitzenmacher (Jan Alfred Reguła) w swej „Historii KPP” zwracał uwagę, że wielki procent jego [polskiego komunizmu – J.T.] wyznawców nie zatracało poczucia polskiej państwowości i że istniała możliwość spolszczenia partii komunistycznej. Najdalej w tym kierunku miał iść Julian Brun, znany też pod swym partyjnym pseudonimem Bronowicz.
***
Życiorys Bruna to klasyczna biografia „zawodowego rewolucjonisty”, karnego żołnierza międzynarodowej Rewolucji. Urodził się 21 kwietnia 1886 roku w Warszawie. Jak wielu komunistów miał burżuazyjne pochodzenie – jego ojciec Teodor był właścicielem fabryki tytoniowej, choć od 1905 r. pracował w tej fabryce jako majster. W rodzinie żywe były też sentymenty patriotyczne, gdyż dziadek Bruna, Julian Kaufman, należał do organizatorów powstania styczniowego w Krośniewicach, a po jego upadku był wraz z żoną więziony przez Rosjan. Być może ta właśnie buntownicza tradycja skłaniała Juliana ku antycarskiej opozycji – już jako szesnastolatek wziął udział w demonstracji pierwszomajowej, za co został w 1902 roku usunięty z progimnazjum. Potem uczył się w szkole handlowej w Zgierzu, ale również jej nie skończył.
W 1903 roku wstąpił do Związku Młodzieży Socjalistycznej, łączącego młodych sympatyków zarówno PPS, jak i SDKPiL, i współpracował przy redagowaniu pisma ZMS „Ruch”. Z powodu tej działalności został w lutym 1904 r. aresztowany, jednak już w maju zwolniono go z uwagi na brak dowodów. Kolejne aresztowanie nastąpiło podczas zbrojnej demonstracji socjalistów na Placu Grzybowskim w Warszawie 13 listopada 1904 r. Bruna więziono wtedy na Pawiaku i w warszawskiej Cytadeli, zanim został zwolniony za kaucją.
Rewolucja 1905 roku przyśpieszyła krystalizowanie się postaw politycznych. Brun spośród różnych partii socjalistycznych – PPS, III Proletariatu, SDKPiL – wybrał tę ostatnią, kierowaną przez Różę Luksemburg. Działał jako esdecki agitator na terenie Warszawy, Lublina i Zagłębia Dąbrowskiego. Latem 1905 r. wraz ze Stanisławem Bobińskim udał się do Austro-Węgier. W czasie powrotu w październiku został zatrzymany za nielegalne przekroczenie granicy i osadzony w więzieniu w Będzinie, potem przewieziono go do stolicy, jednak po miesiącu uwolniono. W listopadzie 1905 r. opublikował w „Przeglądzie Społecznym” swój pierwszy publicystyczny artykuł „O platformie pojednawczej”. Tekst dotyczył rozłamu w PPS i propagował zbliżenie z lewicowymi socjalistami, co w sekciarskiej SDKPiL stanowiło rzadką postawę. W tym czasie Brun wszedł w skład praskiego Zarządu Dzielnicowego SDKPiL, jednak już niebawem – w czasie demonstracji w Alejach Ujazdowskich – znów został aresztowany.
Zwolniono go po dwóch miesiącach za kaucją, pozbawiony jednak możliwości kontynuowania nauki w kraju wyjechał do Paryża. Studiował tam socjologię na Sorbonie, zdał też egzamin wstępny do Instytutu Języków Obcych. Jesienią 1907 r. przyjechał do Warszawy na swoją rozprawę sądową – został wówczas skazany na sześć miesięcy więzienia z zaliczeniem na jego poczet wcześniejszego aresztu; po odbyciu kary wrócił w marcu 1908 roku do Paryża. Ożenił się wtedy z angielską malarką May Houghton i w 1909 r. wyjechał do Londynu, by uczyć się tam fotograwerstwa. Po powrocie do Francji pracował jako grawer. W czasie pobytu w Paryżu nie zaniedbywał działalności politycznej w szeregach tamtejszej sekcji SDKPiL. Jesienią 1912 r. przyjechał do Krakowa, gdzie ożenił się ponownie, tym razem ze Stefanią Unszlicht. Już jednak wiosną następnego roku choroba żony zmusiła go do wyjazdu do Bułgarii. Pracował tu jako korespondent handlowy (w Ruszczuku) i urzędnik bankowy (w Sliven), utrzymując zarazem polityczne kontakty z tzw. tesniakami – radykalną frakcją „ścisłych socjalistów” w Bułgarskiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej. W czasie I wojny światowej został internowany przez władze jako obywatel rosyjski.
W 1919 roku wrócił do kraju, wstępując z miejsca do Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Jako komunista, został latem 1920 r., w czasie ofensywy bolszewickiej, aresztowany przez władze wojskowe na letnisku pod Warszawą i postawiony przed sądem doraźnym. Przetrzymywano go w Mińsku Mazowieckim, potem na Pawiaku, jednak po przekazaniu sprawy sądowi zwykłemu został w 1921 r. zwolniony. Po uwolnieniu wrócił do pracy partyjnej. Był członkiem Centralnego Wydziału Rolnego i Centralnej Redakcji KPRP, współredagował organy partii „Czerwony Sztandar” i przeznaczoną dla wsi „Gromadę”, współpracował też z legalnymi pismami komunistycznymi, takimi jak „Walka Robotnicza”, „Nowa Kultura” czy „Trybuna Robotnicza”. W lutym 1922 r. Komitet Centralny KPRP delegował go do Moskwy na posiedzenie I Rozszerzonej Egzekutywy Międzynarodówki Komunistycznej, gdzie został powołany w skład Komisji Związkowej MK. U schyłku tego roku uczestniczył w IV kongresie Kominternu w Piotrogrodzie i Moskwie.
Poglądy Bruna w tym okresie wciąż bliskie były luksemburgizmowi, cechowało je charakterystyczne dla dawnych esdeków sekciarstwo. Kontestując możliwość i celowość porozumienia z PPS, faktycznie negował taktykę jednolitego frontu robotniczego w Polsce. Na III konferencji KC KPRP (w Gdańsku w kwietniu 1922 r.) skrytykował też zapożyczone od bolszewików hasło „ziemia dla chłopów bez wykupu”. Luksemburgistowska ultralewica w polskiej kompartii uważała, że lepiej rozwinięta gospodarczo Polska nie musi przejmować rozwiązań z zacofanej rolniczej Rosji i może przejść wprost do socjalizacji ziemi (swą wyższość podkreślano nawet akcentowaniem „robotniczego” charakteru w nazwie partii). Na II zjeździe KPRP (wrzesień-październik 1923 w Bołszewie) Brun jako członek podkomisji rolnej i narodowościowej podtrzymywał to stanowisko – w sprawie rolnej proponował hasło „ziemia dla bezrolnych i małorolnych” zamiast „ziemia dla chłopów”.
Na tymże zjeździe Brun wybrany został do Komitetu Centralnego partii. W lipcu 1924 r. I konferencja Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom (zajmującej się wsparciem dla więzionych komunistów) wybrała go do Komitetu Wykonawczego MOPR. W tym samym czasie osiągnął szczyt partyjnej kariery: na V kongresie Kominternu został wybrany przez Komisję Polską MK na członka tzw. Piątki – prowizorycznego kierownictwa KPRP. Awans ten był owocem walk frakcyjnych. Dominująca dotąd tzw. większość (Maria Koszutska-Kostrzewa, Adolf Warski-Warszawski, Henryk Horwitz-Walewski) opowiadała się za jednolitym frontem w formie rządu robotniczo-chłopskiego, co oznaczało kompromis z PPS i radykalnymi ludowcami, poparcie dla postulatu reformy rolnej i podjęcie hasła niepodległości Polski, a w dodatku wystąpiła w obronie Trockiego w jego konflikcie ze Stalinem. Spotkało się to z reakcją Stalina, pod naciskiem którego powołane zostało nowe kierownictwo, zdominowane przez dawnych luksemburgistów.
Nie dane było jednak Brunowi stanąć na czele kompartii. 8 sierpnia 1924 r. został aresztowany w Warszawie wraz z całą Centralną Redakcją i skazany na 8 lat więzienia. Karę odbywał w więzieniach na Pawiaku i na Mokotowie, wykorzystując czas do napisania „Stefana Żeromskiego tragedii pomyłek”. Jego esej w 1925 roku publikowany był w odcinkach na łamach „Skamandra”, najpopularniejszego wówczas polskiego pisma literackiego, a w następnym roku został wydany w formie broszurowej. Tezy zawarte w „Tragedii…” wywołały konsternację towarzyszy partyjnych – Brun został skrytykowany za „nacjonalbolszewizm”, odsunięty od pracy w Komunistycznej Partii Polski i oddany do dyspozycji Kominternu.
W lutym 1926 roku w drodze wymiany więźniów wyjechał do ZSRR, nie przebywał tam jednak długo. Już w następnym roku został skierowany do Paryża jako korespondent radzieckiej agencji prasowej TASS, ale jego publicystyka sprawiła, że po kilku miesiącach wydalono go z Francji. Jesienią 1927 r. został korespondentem TASS w Wiedniu, ale i ta posada okazała się nietrwała. W maju 1928 r. Brun uczestniczył w III plenum KC KPP w Berlinie i wraz z innymi uczestnikami został aresztowany przez władze niemieckie. Samowolny udział w nielegalnym posiedzeniu KPP wywołał niezadowolenie Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików), która ukarała Bruna naganą.
Po powrocie do Moskwy pracował przez pewien czas jako zastępca kierownika Wydziału Zagranicznego centrali TASS, przede wszystkim jednak udzielał się politycznie. Brał udział w I zjeździe Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi (autonomicznej struktury KPP) pod Orszą latem 1928 roku i nieco później w VI kongresie Kominternu w Moskwie. Na III plenum Komitetu Centralnego KPZB w październiku 1929 r. został dokooptowany do składu KC, w tym samym roku wrócił do pracy w Centralnej Redakcji KPP z siedzibą w Berlinie. Jako przedstawiciel Centralnej Redakcji uczestniczył w V zjeździe KPP, gdzie został wybrany zastępcą członka KC. W czasie posiedzenia rozszerzonego Biura Politycznego KPP w Berlinie w sierpniu 1931 r. Brun znowu został aresztowany przez niemiecką policję; gdy zwolniono go z nakazem bezzwłocznego opuszczenia Niemiec, wrócił niebawem do Berlina, by pracować w Redakcji Zagranicznej KPP. VI zjazd KPP (październik 1932 roku) potwierdził wybór Bruna na zastępcę członka KC, od końca tego roku pełnił też funkcję przedstawiciela KPP przy kierownictwie KPZB. W końcu 1933 r. został wysłany do Kopenhagi, gdzie w Centralnej Redakcji zastępował jej kierownika Jerzego Rynga (Herynga). To „życie na walizkach” nie sprzyjało rodzinnej stabilizacji – w tym okresie Julian Brun rozszedł się ze Stefanią i poślubił Eugenię Heyman.
Zarazem jednak Brun dojrzewał ideologicznie. Już w czerwcu 1931 r. podczas V plenum KC KPZB przyczynił się do zwrotu białoruskich komunistów w stronę szerokiego sojuszu narodowo-wyzwoleńczego. Przemyślenia z „Tragedii pomyłek” okazały się przydatne, a zastosowane do sytuacji narodu uciskanego nie wzbudzały takich kontrowersji jak poprzednio. W 1933 roku dojście Hitlera do władzy obnażyło absurd stalinowskiej teorii „socjalfaszyzmu”, uznającej partie socjaldemokratyczne za głównego wroga, jako „lewe skrzydło faszyzmu”. Brun należał do pierwszych krytyków tej teorii.
Na VII kongresie Kominternu (lipiec-sierpień 1935) zapadła decyzja o przyjęciu strategii „antyfaszystowskiego frontu ludowego” – wspólnie z socjaldemokratami, liberałami i postępowymi kołami chrześcijańskimi. Brun jako członek Prowizorycznego Biura Politycznego KPP przebywał wówczas w Kopenhadze, jednak reorientację ruchu komunistycznego przyjął z entuzjazmem. Latem 1936 r. został wysłany do Brukseli, gdzie zorganizował ośrodek wydawniczy polskiej kompartii. Na lata 1936–1938 przypada jego największa aktywność publicystyczna. Redagował „Przegląd” i „Biblioteczkę Popularną”, pisał w jednolitofrontowym „Dzienniku Popularnym”, „Nowym Przeglądzie”, „Informacjach Prasowych” (Paryż) oraz w kominternowskich pismach „Bolszewik”, „Kommunisticzeskij Intiernacyonał” i „Internationale Presse Korrespondenz”.
Ciosem była dla niego decyzja Stalina o rozwiązaniu KPP w 1938 roku. Ciężko chory na serce skoncentrował się od tej pory na pracy naukowej – zajmował się głównie kwestią narodową, a także Wielką Rewolucją Francuską, w której dostrzegał źródło idei narodowej. Owocem tych badań była m.in. książka „La naissance de l’armée nationale (1789–1794)”, którą opublikował w 1939 roku pod pseudonimem Jules Leverrier; napisał też zarys historii Polski do 1903 roku.
Internowany w maju 1940 r. przez władze belgijskie został przewieziony do obozu St. Cyprien we Francji. Po ucieczce z obozu we wrześniu tego roku przebywał w Martizay, potem w Grenoble, gdzie kontynuował pracę badawczą (napisał m.in. „Rewolucyjne pochodzenie idei narodowej”). W czerwcu 1941 r. wraz z ewakuowanymi pracownikami ambasady radzieckiej w Vichy wyjechał do ZSRR. Początkowo pracował w polskiej redakcji wydawnictw międzynarodowych w Moskwie, potem w polskiej redakcji radia w Saratowie. Pozostawał aktywny publicystycznie, wydał broszurę „Ziemie polskie pod jarzmem niemieckim”. Była to ostatnia z niemal 200 pozycji publicystycznych i naukowych w jego dorobku. Zmarł w Saratowie 28 kwietnia 1942 r.
***
Brun-Bronowicz zdobył rozgłos dzięki broszurze „Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek”. Pod pozorem szkicu krytycznoliterackiego Brun przemyca tu program polityczny wyraźnie odbiegający od marksistowsko-leninowskiej ortodoksji, bliski natomiast rosyjskiej „smienowiechowszczyźnie” – ideologii części „białych” emigrantów, postulujących kompromis z bolszewizmem na gruncie interesu narodowego.
Reinterpretując Marksa, Brun dowodził, że internacjonalizm proletariacki nie wyklucza bynajmniej poczucia narodowego: w przeciwieństwie do kosmopolitycznej burżuazji klasa robotnicza […] jest głęboko, immanentnie narodowa […], co więcej – to proletariat staje się hegemonem, awangardą i rzecznikiem narodu. Rosja miała być tego przykładem – Brun twierdził, że rewolucja rosyjska pomimo swych haseł kosmopolitycznych jest […] przede wszystkim rewolucją narodową przeciwko nowożytnemu feudalizmowi finansowemu. Nie jest to rewolucja społeczna, przewidziana przez Marksa […], lecz bunt krajów eksploatowanych przeciwko służebności ekonomicznej na rzecz krajów starego kapitalizmu. Brun-Bronowicz był tu prekursorski wobec współczesnej „teorii zależności”, rozpatrującej stosunki międzynarodowe w kategoriach konfliktu „rdzenia” i „peryferii”. Wyjaśniał: Rosja porewolucyjna nie godzi się z rolą eksploatowanej kolonii. Potędze akumulowanych w ciągu wieków kapitałów Zachodu przeciwstawia ona maksimum koncentracji własnych zasobów w rękach państwa. Proklamuje zasadę, że państwo, którego ważne ośrodki gospodarcze są w posiadaniu obcego kapitału, nie może być uważane za państwo istotnie niepodległe. Swój niebywały system ekonomiczny zwraca, jako potężną fortyfikację obronną, przeciwko temu, co określa się tam mianem kapitalistycznego imperializmu. System bolszewicki okazuje się być tylko metodą realizacji interesu narodowego – rozciągnięciem suwerenności państwa na sferę gospodarczą.
Brun piszący swoją książkę w okresie rozkwitu Nowej Polityki Ekonomicznej prezentował ustrój społeczno-gospodarczy ZSRR jako faktycznie kapitalizm państwowy – podkreślał, że poza upaństwowieniem przemysłu cały mechanizm społeczeństwa kapitalistycznego doznał zmian stosunkowo nieznacznych i funkcjonuje na ogół w ten sam sposób, co w reszcie świata, a sowieckie przedsiębiorstwa państwowe […] zorganizowane są […] na podobieństwo nowożytnych trustów i koncernów kapitalistycznych. Zaletą tego systemu miało być unarodowienie troski o los fabryk – wzmocnienie łączącej naród więzi psychicznej.
Jeszcze bardziej oryginalna była wizja radzieckiego ustroju politycznego. Brun przekonywał, skądinąd słusznie, że bolszewicka monopartia nie jest typowym stronnictwem politycznym, ale zakonem świeckim o surowej regule i żelaznej dyscyplinie, co więcej, że wyraża dążność do wysegregowania z mas ludowych najlepszych […] jednostek jako elity rządzącej. Dodawał w szokującej sprzeczności z oficjalną doktryną: Można to nazwać arystokracją, […] lecz z kwalifikacji osobistych. Ta elita nie mogła podlegać wyborczej weryfikacji, gdyż parlamentaryzm podatny jest na korupcyjne wpływy wielkiego kapitału: przy tym wielkim eksperymencie dziejowym o powołaniu do władzy nie może decydować arytmetyka wyborcza, lecz probierz ideowy i moralny. […] fanatyzm idei, wsparty na surowej, barbarzyńskiej sile. Nie oznaczało to jednak oderwania od mas, ale odmienne kanały komunikowania się z nimi, w wersji Bruna uderzająco podobne do koncepcji korporacjonizmu. Pisał: W przeciwieństwie do demokracji zachodniej, która […] walczyła ze zrzeszeniem obywateli, dążąc do rozproszkowania społeczeństwa na izolowanych, „suwerennych” wyborców, hasłem sowietyzmu jest objęcie wszystkich obywateli przez organizacje zawodowe, […] itd. Totalitaryzm okazuje się alternatywnym wariantem demokracji.
Prymat interesu narodowego, rządu zorganizowanej elity opartej na korporacjach społecznych – czyż nie przypomina to co bardziej radykalnych projektów piłsudczykowskich? „Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek” była w istocie ofertą programową skierowaną do radykalnej inteligencji, przede wszystkim kół legionowych. Warunkiem miało być zerwanie z ideologią „przedmurza Zachodu” w imię samodzielnej realizacji interesu narodowego. Brun pisał wprost, że na czele rewolucji narodowej może stanąć nie tylko proletariat, ale też burżuazja, jednak ideowa martwota i polityczna słabość polskiej burżuazji otwierały pole działania dla inteligencji. Choć „socjalizujący romantyzm” Piłsudskiego uważał za sztuczną syntezę ideologii szlacheckiej i proletariackiej, to jednak w piłsudczykach Brun widział elitę młodzieży inteligenckiej, robotniczej i chłopskiej. Wspólną była pogarda dla „połaniecczyzny” – beztroskliwego sybarytyzmu chwili bieżącej (z tym że według Bruna cechować miało to jedynie burżuazję, nie naród jako taki) – przenoszona na obóz narodowy. Zaskakiwać musi jednak w tym kontekście pobłażliwe stanowisko Bruna wobec burżuazyjnego antysemityzmu endecji – pisał, że dążenie do wzmocnienia pozycji drobnego handlu chrześcijańskiego było ruchem w pewnym okresie nieuniknionym i zdrowym.
Zmuszony do samokrytyki Brun zdystansował się od poglądów głoszonych w „Tragedii pomyłek”, redukując je do propagandowego manewru (Sądziłem, że w ten sposób dopomogę bodaj jednostkom z tego środowiska […] przełamać głęboko tkwiące opory umysłowe). W swych publikacjach z lat 30. Brun wrócił na pozycje ortodoksyjnego marksizmu-leninizmu czy nawet stalinizmu. Najdobitniej widać to w jego atakach na konkurentów Stalina, gdy demaskuje ohydne oblicze kontrrewolucyjnej bandy trockistowskiej, operującej ręka w rękę z Gestapo.
Charakterystyczne jednak, że Brun szczególnie dobitnie krytykował trockistów za ich ultralewicowe awanturnictwo, wyrażające się w kwestii stosunku pomiędzy proletariatem a chłopstwem. Głęboko rewidując swe dawne poglądy, występował w obronie drobnej własności chłopskiej. Z aprobatą cytował hiszpańskiego komunistę V. Uribe, mówiącego: Chłopi z natury swej nie są reakcyjni. […] chłopu przysługiwać musi tak samo jak robotnikowi bezwzględna swoboda rozporządzania owocami swej pracy. Jednolitofrontowe stanowisko Bruna widać było też w jego stosunku do wierzących – mimo całego swego bojowego antyklerykalizmu, postulującego odstawienie księży, rabinów, popów od polityki, głosił, że miejsce ludzi pracy – wierzących katolików jest w obozie antyfaszystowskim. Dodajmy wreszcie, że Brun nadal dowartościowywał rolę narodu i patriotyzmu.
Oczywiście, jako komunista, Brun deklarował bezwzględną wrogość wobec wszelkiego nacjonalizmu. Nacjonalizm wszakże nie był u Bruna epitetem, ale precyzyjnie zdefiniowanym zjawiskiem. Wśród jego cech wymieniał: 1) uznanie narodu za wartość najwyższą, 2) traktowanie narodu jako zjawiska ponadhistorycznego i w swej istocie niezmiennego, 3) negowanie podziałów klasowych w łonie narodu i wynikający stąd imperatyw narodowej solidarności, 4) postrzeganie dziejów przez pryzmat antagonizmu między narodami, co prowadziło do egoizmu narodowego i (lub) mesjanizmu. W walce z nacjonalizmem Brun starał się zdemistyfikować pojęcie narodu, wykazując jego historyczność i stosunkowo niedawną – bo sięgającą rewolucji francuskiej – genezę.
Tu jednak warto poczynić trzy spostrzeżenia. Po pierwsze, dostrzegając początki narodu, nie prognozował jego końca, przeciwnie – pisał, że poczucie narodowe […] jako trwały dorobek minionej epoki wrosło niejako organicznie w psychikę współczesnego człowieka. Po drugie, historyczne podejście do pojęcia narodu prowadziło Bruna do akcentowania jego rewolucyjnej genezy i postępowej roli. Głosił, że naród, miłość ojczyzny, patriotyzm – są to na równi z ideą demokracji, zwierzchnictwa ludu, przedstawicielstwa ludowego wytwory ideologiczne rewolucji burżuazyjno-demokratycznej, pociski wybuchowe myśli rewolucyjnej, zrodzone w ogniu walki klasowej. Po trzecie wreszcie, Brun daleki był od teorii redukujących naród do zjawiska prostego, opartego na jednym czynniku. W jego ujęciu wspólnota narodowa stanowiła „całość stosunków społecznych”, obejmując wspólnotę języka i terytorium, jednolitość życia ekonomicznego, wspólnotę dziedzictwa kulturowego oraz afirmację tej wspólnoty w zbiorowej świadomości. Aby prawidłowo rozwijać się, naród winien dysponować własną organizacją państwową, dlatego Brun uważał państwo narodowe za „wielką zdobycz” mas ludowych (na równi z demokracją).
Ten teoretyczny fundament stanowił podstawę do konstruowania programu politycznego. Jego aksjomatem było twierdzenie, że zasadniczy stosunek partii proletariatu do dążeń wyzwoleńczych narodów ujarzmionych polega na uznaniu bez zastrzeżeń ich prawa do stanowienia […] o swojej przynależności państwowej. Co więcej, miał to być trwały składnik programu komunistycznego, gdyż postulat prawa narodów ujarzmionych do samookreślenia […] należy do takich żądań demokratycznych, które […] nie stracą swojego rewolucyjnego znaczenia, lecz zachowują je w całej pełni także w rewolucji socjalistycznej. Na tej podstawie Brun podkreślał tożsamość sprawy narodowej i interesu proletariatu (Sprawa mas ludowych […] zawsze i wszędzie jest prawdziwą, niesfałszowaną sprawą narodową), krytykując odrzucenie haseł niepodległościowych przez polską lewicę rewolucyjną. Leitmotivem jego publicystyki był postulat wiązania sprawy niepodległości Polski z rewolucyjną walką wyzwoleńczą mas ludowych całego świata i wszystkich mas ludowych. Skwapliwie akcentując, że Polska odzyskała niepodległość dzięki rewolucji rosyjskiej, twierdził, że jest to wartość niekwestionowana – walka toczy się jedynie o to, czy Polska będzie państwem imperialistycznym, […] czy też republiką socjalistyczną. To socjalizm miał urzeczywistnić prawdziwie wielką Polskę, w której […] bujnie zakwitną talenty […] i wytrysną energie, tkwiące w ludzie polskim. To socjalizm miał obronić niepodległość Polski przed neokolonialnym uzależnieniem od Zachodu i agresją hitlerowskich Niemiec.
Tego typu hasła łatwo zakwestionować, jako demagogię na użytek patriotycznych mas – demagogię, za którą krył się brutalny postulat wcielenia Polski do ZSRR. W przypadku Bruna mogło to jednak wyglądać nieco odmiennie. Choć wychwalał Związek Radziecki, jako państwo gwarantujące swobodę rozwoju wszystkim narodowościom, to zarazem – powołując się na Stalina! – podkreślał, że przyszłe radzieckie Niemcy, radziecka Polska, radzieckie Węgry, radziecka Finlandia, narody, które istniały jako samodzielne państwa, które mają własną państwowość, swoją własną armię, swoje własne finanse, mogą ułożyć swój stosunek państwowy do Związku Radzieckiego inaczej niż tworzące ZSRR narody byłego imperium rosyjskiego, gdyż federację radzieckiego typu – mogłyby one uważać za pomniejszenie swojej samodzielności państwowej, za zamach na swoją samodzielność. W publicystyce Bruna znaleźć też można zawoalowaną krytykę eksportu rewolucji.
Pomimo to Brun nie przestawał być komunistą. Odrzucał jakiekolwiek kompromisy z PPS, krytykując niepodległościowych socjalistów za reformizm i kolaborację z klasami posiadającymi. Oznajmiał: Leninowska krytyka Róży Luksemburg […] nie zbliża nas […] ani na jotę do stanowiska zajmowanego przez PPS i piłsudczyznę. Czasem wypowiadał się jeszcze dobitniej, nie pozostawiając złudzeń, po której stronie opowiedzą się komuniści: Kiedy wojna dwóch państw […] staje się wojną klasową – rozstrzyga front klasowy.
Komunistyczny patriotyzm Bruna miał pewne cechy szczególne, wyraźnie odróżniające go od szczerze lewicowego patriotyzmu polskich socjalistów. Pierwszą była zaczerpnięta wprost od Lenina teoria o współistnieniu w każdym narodzie dwóch klasowych kultur – wyzyskiwaczy i mas ludowych. Ponieważ klasy te dzielił nieprzezwyciężalny antagonizm, nie mogła w związku z tym istnieć też wspólna kultura narodowa. Pisał więc: Ciągłości duchowe są w narodzie różne. Masy ludowe poczuwają się do ciągłości duchowej z tymi z poprzednich pokoleń, którzy łączyli sprawę Polski ze sprawą wyzwolenia uciskanych i ciemiężonych […]. Klasy posiadające pielęgnują inną ciągłość duchową: ze szlachetczyzną, wstecznictwem klerykalnym, jezuityzmem deprawującym umysły i serca, z wielkopańskim pomiataniem człowiekiem pracy. Brun – pozostający tu (jak zauważył Marian Stępień) pod wyraźnym wpływem Stanisława Brzozowskiego – „prawdziwy naród” utożsamiał z ludem pracującym, warstwy eksploatatorskie uważając za zdegenerowaną, pasożytniczą, anachroniczną narośl na tymże narodzie.
Drugim wyróżnikiem Brunowskiego patriotyzmu był pryncypialny internacjonalizm, rygorystycznie odmawiający własnemu narodowi jakichkolwiek szczególnych praw, choćby wynikających z sentymentu. Choć polemizując z luksemburgistami mawiał, że nasz stosunek do Polski musi się chyba czymś różnić od stosunku, powiedzmy, do Katalonii, to jednak nie przekładało się to na konkretny program polityczny – Polska w wizji Bruna była tylko jednym z elementów wszechświatowej rewolucji. Brun udowadniał to, popierając bezwarunkowo prawo mniejszości ukraińskiej i białoruskiej do samostanowienia (rozumianego w praktyce jako przyłączenie do radzieckich republik Ukrainy i Białorusi). Polemizując z socjalistą A. Rembowskim, Brun pisał: Czym, jak nie wybiegiem nacjonalistycznym jest biadanie nad losem mniejszości polskiej krajów, gdzie narodowo uciskaną i gnębioną jest większość ukraińska i białoruska? Szczególnie ostro i emocjonalnie potępiał antysemityzm określany przezeń jako zgnilizna i łajdactwo obu odłamów: endecji i sanacji – polskich klas posiadających. Jego zdaniem pod osłoną antysemityzmu reakcja kieruje swoje pociski przeciw dążeniom i ideałom mas ludowych. Zauważał przy tym, że nawet emigracja wszystkich Żydów […] nie przyniosłaby żadnej zmiany na lepsze dla mas ludowych.
***
Komunistyczny patriotyzm Bruna-Bronowicza istotnie odbiegał od wszystkich innych wariantów patriotyzmu – nie tylko endeckiego, konserwatywnego czy piłsudczykowskiego, ale nawet PPS-owskiego. Tym niemniej nie można mu odmówić narodowego sentymentu ani tym bardziej wysiłku intelektualnego starającego się zasymilować kwestię narodową w obrębie ideologii komunistycznej.
_______________
Powyższy tekst jest rozszerzoną wersją rozdziału „Odchylenie narodowe w Komunistycznej Partii Polski” z książki „Rewolucja narodowa. Nacjonalistyczne koncepcje rewolucji społecznej w Drugiej Rzeczypospolitej” (Warszawa 2012).