Prospołeczne, a nie śmieciowe – ku nowoczesnemu modelowi zamówień publicznych

Państwo i jego instytucje mogą oddziaływać na społeczeństwo nie tylko poprzez bezpośrednie dostarczanie dóbr i usług czy tworzenie odpowiednich regulacji. Również to, w jaki sposób realizowane są zamówienia publiczne może rzutować na rzeczywistość. W Polsce sfera zamówień publicznych odpowiada za prawie 10% PKB, co na tle unijnych standardów nie jest wskaźnikiem zbyt wysokim (średnia UE to prawie dwa razy tyle), ale jednak na tyle pokaźnym, że taka jej wielkość może oddziaływać na poszczególne segmenty rynku, z których część jest bardzo silnie zależna właśnie od popytu ze strony instytucji publicznych. Na przykład w branży ochroniarskiej zamówienia publiczne to 40 proc. rynku, w usługach sprzątania jest to zaś aż 60 proc.1. Niestety, zazwyczaj głównym kryterium przy zamówieniach publicznych jest niska cena – dowiadujemy się z raportu NIK opublikowanego latem 2015 r.2.

Wyzysk za publiczne

Co prawda wspomnianą kontrolę NIK przeprowadzono w latach 2012–2014, a więc zanim weszła w życie nowelizacja prawa o zamówieniach publicznych, ograniczająca możliwość konkurowania wyłącznie niską ceną (oraz zawierająca kilka innych prospołecznych zapisów), ale także świeższe dane wskazują, że to kryterium ceny odgrywa wciąż zasadniczą rolę przy wyborze ofert, podmioty zaangażowane w proces zamówień publicznych stosują natomiast różne triki, by obejść istniejące prawo. Dzieje się tak na przykład w branży ochroniarskiej. Pezes zarządu Polskiej Izby Ochrony Sławomir Wagner wskazuje: Zamawiający dzielą zamówienia na części o wartości niższej niż podlegająca prawu zamówień publicznych i robią zamówienia z wolnej ręki na zasadzie zapytania ofertowego. I tu cena jest niestety ciągle jedynym kryterium3. Owa rywalizacja cenowa odbywa się często kosztem praw pracowniczych i warunków zatrudnienia osób wykonujących czynności objęte zamówieniem.

Dotyczy to szczególnie prostych usług, takich jak sprzątanie, catering czy ochrona mienia, których wydajność wykonania bywa zbliżona w różnych firmach starających się o zamówienie. Konkurują więc niską ceną, a tę osiąga się, zaniżając płace lub proponując bezpośrednim wykonawcom usług przejście na tzw. zatrudnienie niestandardowe (umowy cywilnoprawne lub samozatrudnienie). Nie podlega ono ani rygorom wynagrodzenia minimalnego, ani nie generuje tzw. pozapłacowych kosztów pracy dla zatrudniającej firmy. W ten sposób outsourcing usług przez instytucje publiczne zaczyna przypominać tzw. wyścig do dna, polegający na sukcesywnym obniżaniu standardów pracowniczych.

Dodajmy, że mówimy o branżach, w których pracę wykonują często osoby o niskiej zatrudnialności i wysokiej zastępowalności przez innych pracowników w podobnie trudnej sytuacji. Są więc podatne na śmieciowe warunki zatrudnienia, które w odniesieniu do usług wykonywanych w określonym miejscu, czasie i pod nadzorem są zwyczajnym łamaniem prawa. Istnieją więc istotne powody, żeby państwo prowadziło politykę przeciwdziałającą takim praktykom. Akceptacja dla zatrudnienia pozakodeksowego w tego typu przypadkach krzywdzi te podmioty, które starają się postępować zgodnie z prawem pracy i społecznym interesem, zatrudniając na etat. Okazuje się, że rynek usług sprzątania uległ tak daleko posuniętemu „uśmieciowieniu”, że firmy, które oferują nie umowę o dzieło, lecz umowę-zlecenie i odprowadzają od niej składki, mogą uchodzić za awangardę społecznych standardów w tej branży… Ale na dłuższą metę stają się one niekonkurencyjne, więc albo są zmuszane do redukcji zatrudnienia, albo firma zwija interes, albo obniżają standardy zatrudnienia.

Krótko mówiąc: problemem nie są pojedyncze nadużycia, lecz powstałe reguły, spod jarzma których trudno wyłamać się pojedynczym podmiotom. Aby walczyć z takimi sytuacjami potrzebne są odpowiednie bodźce ze strony poszczególnych instytucji publicznych (zarówno zamawiających, jak i kontrolnych), a także polityka publiczna na poziomie krajowym i lokalnym, próbująca kreować nieco inne reguły gry. Tu także możliwości kształtowania rynku są niepełne, bowiem outsourcing np. usług sprzątania kwitnie na dużą skalę również w sektorze prywatnych przedsiębiorstw. Szacuje się, że na takich zasadach zatrudnia ponad połowa z nich, chcąc ograniczyć koszty utrzymywania własnego personelu. Ten mechanizm „racjonalizacji kosztów” nie sprzyja dobrym warunkom zatrudnienia tych, którzy starają się o kontrakt. Zamawiająca firma prywatna nie tylko nie jest „krępowana” regulacjami prawa zamówień publicznych, ale jako podmiot napędzany zyskiem ma też zasadniczo mniejsze motywacje do przejmowania się warunkami zatrudnienia. Takie są realia, choć w zasadzie moglibyśmy oczekiwać od firm prywatnych dbałości o jakość zatrudnienia także przy korzystaniu z outsourcingu, a owa dbałość mogłaby stanowić element budowania marki biznesu odpowiedzialnego społecznie. Gdy zaś mówimy o instytucjach publicznych – także wiarygodności w oczach obywateli. Ponadto samo przedsiębiorstwo (a także zamawiająca instytucja publiczna) może czerpać pewne korzyści z dbania, by podwykonawcy świadczący usługi na jej rzecz nie łamali prawa pracy i zapewniali pracownikom bezpieczne warunki.

Pan traci, pani traci, społeczeństwo traci

Śmieciowe zasady zatrudnienia personelu prowadzą do ogromnej rotacji pracowników i znikomej społecznej kontroli nad nimi. Gdy na przykład firma wygra przetarg na sprzątanie budynków w innej instytucji lub przedsiębiorstwie, a bezpośrednio wykonujący te usługi wciąż się zmieniają, nie sprzyja to wydajności. Co i rusz załoga w zmienionym składzie musi wdrażać się do pracy, rozdzielać między sobą obowiązki, rozpoznawać teren itd. Bardzo luźny związek pracujących z pracodawcą i świadomość życia w chronicznej niepewności, bez praw, niekoniecznie sprzyjają motywacji. Do tego dochodzą jeszcze koszty ukryte i odroczone w czasie, które widoczne są z poziomu mezo (np. danej społeczności) czy makro – koszty towarzyszące śmieciowemu zatrudnieniu, takie jak m.in. zmniejszone wpływy do ZUS czy NFZ, albo mniej oczywiste, acz nie mniej poważne koszty zdrowotne czy demograficzne (związane z odraczaniem decyzji matrymonialnych i prokreacyjnych), brak stabilności i ochrony socjalnej.

Gdy mówimy o zamówieniach publicznych, w których biorą udział instytucje państwowe danego typu, dochodzą jeszcze zagrożenia właściwe instytucji określonego rodzaju. Weźmy choćby przypadek sądów. W ostatnim czasie trwa spór pomiędzy Ministerstwem Sprawiedliwości, które oczekuje redukcji etatów w sądownictwie, a Związkiem Zawodowym Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości. Resort wyraził zaniepokojenie i oczekiwał zwolnień oraz zlecania usług firmom zewnętrznym. Jak twierdzi Iwona Nałęcz-Idzikowska, przewodnicząca Związku Zawodowego Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości, Zlecenie takich usług przez sądy na zasadzie outsourcingu to pomyłka. W sądzie przecież przechowywane są dokumenty z danymi wrażliwymi, a wśród nich akta spraw czy też archiwa. Firmy sprzątające robią to po godzinach pracy, kiedy w budynkach nie ma już właściwie nikogo. A taki np. portier ma klucze do wszystkich pomieszczeń. Tymczasem osoby zatrudniane przez zewnętrzne firmy – w przeciwieństwie do pracowników etatowych – nie muszą posiadać zaświadczenia o niekaralności4. Gdy dochodzi do outsourcingu, a w jego ramach do pozaetatowego zatrudnienia osób wykonujących zlecane czynności, niewielka jest publiczna kontrola nad przestrzenią, której są zobowiązane pilnować lub sprzątać państwowe instytucje. W tym przypadku chodzi więc nie tylko o bezpieczeństwo zatrudnienia, ale także o bezpieczeństwo danych obywateli.

Innym przykładem na to, jak outsourcing prostych usług może odbić się na sytuacji użytkowników danej instytucji, jest zastępowanie tradycyjnych szkolnych stołówek zewnętrznym cateringiem. Zjawisku temu, występującemu w ostatnich latach na dużą skalę w wielu polskich miastach, towarzyszyły utrata pracy przez szkolne kucharki oraz brak kontroli nad warunkami zatrudnienia i pracy tych, którzy przygotowują i dostarczają posiłki w ramach cateringu. W wielu przypadkach prawa pracownicze bywają zagrożone, jako że do skorzystania z cateringu skłania placówki głównie chęć redukcji kosztów, która to motywacja może także zachęcić do wyboru najtańszego oferenta, a więc zazwyczaj oszczędzającego albo na jakości i wartości odżywczej dostarczanych produktów, albo na zatrudnianiu i wynagradzaniu pracowników. Ponadto owa redukcja kosztów często odbywa się kosztem uczniów, co dotkliwie odczuwają zwłaszcza ci ubożsi. Gdy w szkole prowadzona jest stołówka, rodzice ucznia płacą tylko za tzw. wsad do kotła, zaś szkoła opłaca koszty przygotowania posiłku i wynagrodzenia kucharek. Gdy placówka przechodzi na catering, rodzice opłacają cały koszt posiłku. Stąd np. w Warszawie, gdzie sprywatyzowano w ostatnich latach wiele szkolnych stołówek, rodzice z własnej kieszeni muszą wyłożyć więcej. Wielu na to nie stać, dla wielu zaś jest to dotkliwy dodatkowy wydatek.

Jeśli zaś mowa o racjonalizacji wydatków (które często bywają właśnie niezbyt racjonalne), można jeszcze dodać koszty transakcyjne, związane z zawieraniem umów i wynagradzaniem pośredników. Te przykłady pokazują, że outsourcing stosowany przez instytucje publiczne, którego popularność rozkwitła na fali entuzjazmu wobec rynkowych rozwiązań także w sektorze państwowym, wcale nie jest najbardziej racjonalnym rozwiązaniem, a ponadto może nieść zagrożenia społeczne.

Sam outsourcing nadal pozostanie praktyką obecną wśród instytucji publicznych różnych szczebli i rodzajów, ale należy przemyśleć – z uwzględnieniem aspektów społecznych – jego skalę, a także walczyć o to, by minimalizować towarzyszące mu zagrożenia.

Jak robić to lepiej?

W polskim ustawodawstwie określono sposoby przeciwdziałania łamaniu praw pracowniczych przy zamówieniach publicznych. Co więcej, można tę sferę wykorzystać do osiągania innych celów społecznych, takich jak aktywizacja osób o gorszej pozycji na rynku pracy, integracja zawodowa osób z niepełnosprawnością czy promocja gospodarki społecznej. W Unii Europejskiej od dłuższego czasu zwraca się uwagę na to, że zamówienia publiczne mogą służyć, obok bezpośredniej funkcji zlecania określonych dóbr i usług, realizowaniu także innych celów społecznych czy ekonomicznych. Takie myślenie znalazło wyraz w reformie wspólnotowego prawa zamówień publicznych, a konkretnie w dyrektywie z 2014 r. Polskę czeka jeszcze dostosowanie się do tych przepisów, które będzie wymagało kolejnej nowelizacji prawa. Biorąc pod uwagę potencjał tej sfery w oddziaływaniu na sprawy społeczne, a także znając ograniczenia dotychczasowego prawa i jego stosowania, warto przyglądać się przygotowaniom do przyjęcia nowych regulacji i walczyć o ich optymalny kształt. Trzeba jednak już teraz nadmienić, że obecnie istniejące prawo daje podstawy realizacji niektórych celów społecznych i ekologicznych oraz ochronę praw pracowników, natomiast z narzędzi tych korzysta się w mocno niewystarczającym stopniu. Można więc powiedzieć, że zasadniczy problem nie jest natury prawnej, lecz społecznej i poniekąd politycznej.

Polskie prawo dostarcza narzędzi, które cywilizowałyby ów rynek, przynajmniej w zakresie zamówień publicznych. Istniejące instrumenty mają jednak w ogromnej mierze charakter fakultatywny, co oznacza, że instytucje dokonujące zamówień mają możliwość, lecz nie obowiązek korzystania z nich. Dlatego tak ważne są społeczne i instytucjonalne zachęty do ich używania, uświadamiające płynące z tego korzyści i dostarczające wskazówek oraz dobrych przykładów. Gdy obserwujemy kierunek zmian prawnych, widać, że ustawodawstwo zdradza coraz większą świadomość problemu, a także myślenie o zamówieniach publicznych w kategoriach prospołecznego potencjału, a nie tylko perspektywy redukcji kosztów.

W 2009 r. wprowadzono do polskiego prawa zamówień publicznych klauzule społeczne: tzw. zastrzeżoną, propracowniczą i zatrudnieniową. Pierwsza z nich oznacza ograniczenie postępowania do podmiotów, które zatrudniają co najmniej w 50% osoby z niepełnosprawnością. Druga zawiera trzy elementy, o których mówi art. 29 ust. 4. Zgodnie z nim zamawiający może określić w opisie przedmiotu zamówienia wymagania związane z jego realizacją, a dotyczące:

1. zatrudnienia osób:

a) bezrobotnych lub młodocianych w celu przygotowania zawodowego, o których mowa w przepisach o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy;

b) niepełnosprawnych, o których mowa w przepisach o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnieniu osób niepełnosprawnych;

c) innych niż określone powyżej, a o których mowa w przepisach o zatrudnieniu socjalnym lub we właściwych przepisach państw członkowskich Unii Europejskiej lub Europejskiego Obszaru Gospodarczego;

2. utworzenia funduszu szkoleniowego, w rozumieniu przepisów o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, w którym wpłaty pracodawców stanowić będą co najmniej czterokrotność najniższej wpłaty określonej w tych przepisach5;

3. zwiększenia wpłat pracodawców na rzecz funduszu szkoleniowego, w rozumieniu przepisów o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, do wysokości określonej w punkcie 2.

Owe klauzule możemy rozpatrywać nie tylko w kategoriach bardziej odpowiedzialnych zamówień publicznych, ale także jako narzędzia aktywnej polityki społecznej oraz inkluzywnego rynku pracy i rozwoju gospodarki społecznej. Zasady wyznaczone przez wspomniane klauzule zwiększają szanse podmiotów gospodarki społecznej (np. spółdzielni socjalnych) przy staraniu się o zamówienie publiczne, wiele z nich zatrudnia bowiem u siebie osoby ze wspomnianych grup.

Po 6 latach funkcjonowania tych przepisów doczekaliśmy się opracowań i analiz na temat stosowania klauzul oraz diagnoz na temat barier w ich upowszechnianiu. Niektóre instytucje stosują już dobre praktyki, a nawet wykorzystują je szeroko w polityce lokalnej. Jednak ogólny obraz jest dość ponury. Wspomniane klauzule społeczne są stosowane w śladowej liczbie postępowań.

Pod tym względem bardzo wiele – przynajmniej w kwestiach prawnych – przyniosły późniejsze zmiany z 2014 r. Miała wówczas miejsce kolejna nowelizacja prawa zamówień publicznych, wprowadzająca przepisy, które bezpośrednio lub pośrednio ograniczają możliwości naruszania standardów pracowniczych. Chodzi o trzy nowe instrumenty:

a) wprowadzenie klauzuli pracowniczej (dotyczącej zatrudnienia na umowy o pracę);

b) ograniczenia konkurowania wyłącznie ceną;

c) możliwość wykluczenia z postępowania wykonawców oferujących rażąco niską cenę.

Ochronić pracę

Wraz z nowelizacją z 2014 r. wprowadzono tzw. klauzulę pracowniczą, dodając do art. 29 punkt 4, mówiący, że zamawiający ma prawo określić w opisie przedmiotu zamówienia wymagania związane z realizacją zamówienia dotyczące zatrudnienia na postawie umowy o pracę przez wykonawcę lub podwykonawcę osób wykonujących czynności w trakcie realizacji zamówienia na roboty budowlane lub usługi, jeżeli jest to uzasadnione przedmiotem lub charakterem tych czynności.

Na ile ta możliwość jest wykorzystywana? Jak wynika z raportu Fundacji CSR na temat stosowania klauzul społecznych (obok klauzuli zatrudnieniowej uwzględniono także dwie pozostałe związane z zatrudnieniem niepełnosprawnych i innych grup defaworyzowanych), w badanych instytucjach publicznych stosowanie klauzuli zatrudnienia na umowę o pracę jest marginalne. Ilustruje to poniższa tabela.

Rodzaj klauzuli

Udział we wszystkich skontrolowanych postępowaniach

Brak klauzuli

90,76

Zatrudnienie na podstawie umowy o pracę – art. 29 ust. 4 p. 4 PZP

1,06%

Wymóg zatrudnienia określonej grupy społecznej – art. 29 ust. 4 p. 1 PZP

0,61%

Zamówienia zastrzeżone – art. 22, p. 2 PZP

0,15%

Inne zamówienia społecznie odpowiedzialne

7,26%

Źródło: Stosowanie zrównoważonych zamówień publicznych w Polsce. Raport z I etapu monitoringu. Raport Fundacji CentrumCSR.pl, 2015, s. 18.

Wymóg zatrudnienia na podstawie umowy o pracę zastosowano w zaledwie 7 postępowaniach. Instytucje, które to uczyniły, to Ministerstwo Środowiska, Kancelaria Prezydenta RP, Urząd Pracy Miasta Stołecznego Warszawy, Urząd Dzielnicy Śródmieście, Lasy Miejskie – Warszawa, Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego oraz Politechnika Śląska.

Ciekawy jest też rozkład częstotliwości stosowania klauzul w badanych instytucjach ze względu na rodzaje zamawianych usług. Najczęściej stosowała je branża ochroniarska.

Rodzaj usług

Udział tych, w których zastosowano klauzule społeczne

Usługi ochroniarskie

22,33%

Transport

5,7%

Utrzymanie czystości

3,3%

Roboty budowlane

0,2%

Opieka nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi

0%

Pielęgnacja zieleni

0%

Usługi cateringowe

0%

Inne

0%

Źródło: Stosowanie zrównoważonych zamówień publicznych w Polsce. Raport z I etapu monitoringu. Raport Fundacji CentrumCSR.pl, 2015, s. 19.

Dużą rolę mają tu do odegrania związki zawodowe. Gdy wyszło na jaw na przykład to, że w przetargu na utrzymanie zieleni na terenie Kancelarii Sejmu jedynym kryterium była najniższa cena, NSZZ „Solidarność” wystosowała pismo krytykujące brak wymogów zatrudniania na umowę o pracę przez wykonawcę. Sprawę tę poznała również opinia publiczna. Podobne interwencje możliwe są także na poziomie lokalnym. Rada OPZZ w Piotrkowie Trybunalskim wystosowała pismo do Prezydenta Miasta, w którym zachęca, by miasto i jednostki mu podległe uwzględniały w specyfikacji warunków zamówienia dodatkowe punkty dla wykonawców zatrudniających na umowę o pracę.

Wydaje się, że związki zawodowe, zarówno na poziomie centralnym, jak i lokalnym czy branżowym, powinny zabiegać o przestrzeganie standardów pracowniczych przy zamówieniach poprzez monitoring, nagłaśnianie dobrych praktyk, zalecenia kierowane do instytucji zgłaszających przetargi, a także szkoląc swoich członków i w miarę możliwości inne osoby na temat efektywnego stosowania pracowniczych klauzul i korzyści z ich wykorzystania. Mamy coraz większą wiedzę na ten temat – między innymi za sprawą działań i podręczników sporządzanych przez Urząd Zamówień Publicznych czy organizacje takie, jak Instytut Spraw Publicznych bądź cytowana Fundacja CSR. Związki mogą odegrać rolę w popularyzowaniu tej wiedzy, zwłaszcza że mają w tym swój statutowy interes – lepszą ochronę ludzi pracy.

Mowa jednak o szerzej rozumianym interesie publicznym, wobec czego obowiązku trzymania ręki na pulsie nie można scedować wyłącznie na związki zawodowe. Ważne jest, by interesariusze i przedstawiciele danej instytucji mieli tego świadomość i byli gotowi stanąć w obronie osób, w które bezpośrednio uderza aspołeczny model outsourcingu. Pozytywny precedens tego typu obserwowaliśmy kilka lat temu, gdy pracownicy akademiccy Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu zaprotestowali przeciwko łamaniu praw kobiet zatrudnionych przez zewnętrzną firmę do sprzątania uczelni. Firma nie tylko nie oferowała umowy o pracę, ale i miesiącami zalegała z zapłatą groszowych stawek. Ta bulwersująca sprawa była przede wszystkim przedmiotem protestu samych sprzątaczek i wspierającego je związku Inicjatywa Pracownicza, ale zapewne publiczne wsparcie akademików dodatkowo przyczyniło się do nagłośnienia problemu. Nie był to jednak pojedynczy incydent. Jak wynika ze wspomnianego raportu Fundacji CSR, autorzy negatywnie ocenili Uniwersytet Warszawski (gdzie w badanym okresie na 10 zamówień na sprzątanie ani razu nie skorzystano z którejkolwiek z klauzul społecznych), a także… Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, mimo że to tam miał miejsce głośny przypadek wyzysku.

W ostatnim czasie sprawę porusza prężnie działające środowisko walczące o zmianę świata nauki i uchronienie go przed degradacją, działające pod szyldem Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej. Cieszy fakt, że w orbicie zainteresowań członków inicjatywy i ten temat znalazł ważne miejsce. Uczelnie nie powinny swą myślą całkowicie odrywać się od materialnej bazy i więzi z tymi, którzy nie pracują naukowo, a wykonują inne ważne funkcje. W dobie atrofii solidarności między różnymi grupami zawodowymi i tymi o odmiennym statusie ekonomiczno-społecznym takie przykłady myślenia solidarystycznego są na wagę złota.

Obok oddolnej, społecznej kontroli ważne są też działania i dobre przykłady płynące z góry. Nie zawsze instytucje centralne o tym pamiętają. We wspomnianym badaniu okazało się, że Kancelaria Sejmu nie zastosowała klauzul w ani jednym postępowaniu w zakresie ochrony mienia. Jednak mimo wszystko w porównaniu z innymi instytucjami objętymi badaniem to właśnie w urzędach centralnych istnieje większe zrozumienie dla tych zagadnień. Prym wiedzie zwłaszcza Ministerstwo Pracy i do pewnego stopnia także Kancelaria Prezydenta.

Podczas prezydentury poprzedniej kadencji Kancelaria Prezydenta RP w postępowaniu nr 20/2014 urządziła przetarg na świadczenie usług ochrony fizycznej osób i mienia oraz monitorowanie sygnałów alarmu, włamania i napadu z lokalnego systemu alarmowego w obiektach przez nią zarządzanych. W kryteriach oceny ofert uwzględniono liczbę osób zatrudnionych na umowę o pracę przewidzianą do świadczenia usług ochrony na rzecz zamawiającego. Innym razem w Kancelarii Prezydenta RP zastosowano klauzulę zastrzeżoną do podmiotów zatrudniających przynajmniej w 50% osoby niepełnosprawne. Miejmy nadzieję, że będziemy mieli do czynienia z kontynuacją tej polityki.

Jednak liderem jeśli chodzi o stosowanie klauzuli pracowniczej przy zamówieniach publicznych wśród administracji rządowej pozostaje – co poniekąd zrozumiałe – resort pracy i polityki społecznej. Ostatnie lata i miesiące przyniosły godną odnotowania aktywność na tym polu. Już jakiś czas temu ministerstwo informowało, że stosuje u siebie wymóg zatrudnienia na umowę o pracę zarówno przy zamówieniach usług ochrony, jak i sprzątania. W czerwcu 2015 r. resort zorganizował konferencję, podczas której Minister Pracy i Polityki Społecznej, Szefowa Służby Cywilnej i szef KPRM wskazywali na rolę owej klauzuli w walce ze śmieciowym zatrudnieniem oraz apelowali do podległych jednostek i samorządów o korzystanie z takich narzędzi.

Docelowo jednak należy walczyć o to, by wymóg przestrzegania standardów pracowniczych w zamówieniach publicznych nie był przedmiotem dumy dla pojedynczych instytucji, które go stosują, lecz zasadą działania nie tylko Ministerstwa, ale i wielu innych organów administracji rządowej oraz instytucji niższych szczebli.

Niska cena to za mało

Drugim novum jest wprowadzenie w 2014 r. ograniczenia możliwości konkurowania wyłącznie ceną przez starających się o uzyskanie zlecenia. Zgodnie ze znowelizowanym art. 91 ustawy kryterium ceny może być zastosowane jako jedyne kryterium oceny ofert, jeżeli przedmiot zamówienia jest powszechnie dostępny oraz ma ustalone standardy jakościowe.

Główny problem z wdrażaniem i stosowaniem owych przepisów związany jest z tym, że brakuje precyzyjnego wskazania, jakie aspekty społeczne mogą być brane pod uwagę jako pozacenowe kryteria oceny ofert. W swej ekspertyzie D. Sześciło, M. Szwed i M. Szwast w obliczu braku precyzyjnych wskazań prawnych sugerują uwzględnienie następujących kryteriów6:

  • zatrudnienie przez wykonawcę do realizacji przedmiotowego zamówienia osób niepełnosprawnych czy bezrobotnych, o ile taki wymóg nie został sformułowany w warunkach realizacji zamówienia poprzez zastosowanie jednej z klauzul społecznych z art. 22 ust. 2 lub art. 29 ust. 4 Prawa Zamówień Publicznych;
  • wskazanie w oparciu o dowody, w jaki sposób zaproponowana przez danego wykonawcę metoda realizacji zamówienia może się przyczynić do rozwiązania określonych problemów społecznych w danym obszarze;
  • angażowanie przez wykonawcę do realizacji zamówienia partnerów społecznych, np. organizacji pozarządowych czy związków zawodowych, choćby poprzez formułę regularnych konsultacji przy realizacji zamówienia;
  • promowanie przez wykonawcę w ramach realizacji zamówienia wysokich standardów ochrony praw pracowniczych, np. poprzez zapewnienie, że osoby realizujące bezpośrednio zamówienie będą zatrudnione na podstawie umowy o pracę oraz będą otrzymywały wynagrodzenie adekwatne do zakresu ich zadań i obowiązków.

Wspomniana nowelizacja wprowadziła także jeszcze jeden instrument – możliwość wykluczenia z postępowania podmiotów, które zaproponują rażąco niską cenę. Art. 90 ust.1 Prawa Zamówień Publicznych mówi: Jeżeli cena oferty wydaje się rażąco niska w stosunku do przedmiotu zamówienia i budzi wątpliwości zamawiającego co do możliwości wykonania przedmiotu zamówienia zgodnie z wymaganiami określonymi przez zamawiającego lub wynikającego z odrębnych przepisów, w szczególności jest niższa o 30% od wartości zamówienia lub średniej arytmetycznej cen wszystkich ofert, zamawiający zwraca się o udzielenie wyjaśnień, w tym złożenie dowodów, dotyczących elementów oferty mających wpływ na wysokość ceny, w szczególności w zakresie:

1. oszczędności metody wykonania zamówienia, wybranych rozwiązań technicznych, wyjątkowo sprzyjających warunków wykonywania zamówienia dostępnych dla wykonawcy, oryginalności projektu wykonawcy, kosztów pracy, których wartość przyjęta do ustalenia ceny nie może być niższa od minimalnego wynagrodzenia za pracę ustalonego na podstawie art. 2 ust. 3–5 ustawy z dnia 10 października 2002 r. o minimalnym wynagrodzeniu za pracę.

2. pomocy publicznej udzielonej na podstawie odrębnych przepisów.

Ten zapis, choć co do kierunku słuszny, ma jednak dwa ograniczenia.

Po pierwsze, wspomniany przepis mówi o tym, że cena składanej oferty musi być niższa o co najmniej 30%. Prawo nie daje podstaw, by podobne sankcje zastosować wobec wykonawców proponujących cenę o 20, 25 czy nawet 29% niższą od wartości zamówienia lub średniej arytmetycznej cen wszystkich ofert.

Po drugie, wspomniany przepis nie odnosi się do tego, jaka jest prawna podstawa zatrudnienia osób wykonujących czynności objęte zamówieniem, a jedynie do samej wysokości ich wynagrodzenia. Mówiąc w skrócie, ważne jest, że pracownik otrzymuje wynagrodzenie w wysokości płacy minimalnej, a nie to, czy zatrudnia się go na umowę o pracę. Z punktu widzenia praw pracowniczych instrument ten nie stanowi wystarczającej ochrony. Gdy pracuje się w oparciu o umowę cywilnoprawną w ramach danego uposażenia (nominalnie mogącego spełniać standardy płacy minimalnej), wkład czasowy może przekraczać kodeksowe 40 godzin, ale trudno to zweryfikować i dochodzić swoich praw. Niejednokrotnie może się okazać, że wynagrodzenie w danym przypadku będzie w przeliczeniu na godzinę pracy niższe, niż wynikałoby to z etatu. Pojawia się więc pole do nadużyć. Umowy cywilnoprawne są mniej korzystne od umowy o pracę nie tylko z uwagi na wysokość wynagrodzenia, ale przede wszystkim ze względu na brak (w przypadku umów o dzieło) i ograniczony zakres (w przypadku umów zlecenia) uprawnień socjalnych i pracowniczych należnych pracującym na etacie.

Wydaje się, że w tych okolicznościach uprawniona jest opinia cytowanych ekspertów prawnych: Przepis w uchwalonym nowelą sierpniową kształcie nie spełnia oczekiwań, które wobec niego formułowali projektodawcy. Kierunek wprowadzonych zmian jest oczywiście trafny, ale szanse na to, że mechanizm wykluczenia wykonawców przełoży się na istotną poprawę sytuacji pracowników są niewielkie. Za sceptycznym stanowiskiem w tej kwestii przemawia zwłaszcza nieprecyzyjna i minimalistyczna konstrukcja prawna7.

Inne narzędzia kontroli

Inną przesłankę wykluczenia z postępowania zawiera art. 24.1. W punktach 3–8 wskazuje on na możliwość wykluczenia z postępowania tych wykonawców, którzy zalegają z uiszczeniem podatków, opłat lub składek na ubezpieczenie zdrowotne oraz wykonawców, których skazano za przestępstwo przeciwko prawom osób wykonujących pracę zarobkową. Aby móc to zweryfikować, niezbędne jest określenie w specyfikacji lub zaproszeniu do składania ofert istotnych warunków zamówienia oraz możliwości zażądania stosownych oświadczeń i dokumentów. Skorzystanie z tego instrumentu wydaje się leżeć w interesie odpowiedzialnej instytucji, która zgłasza zamówienie, gdyż służy wstępnej weryfikacji wiarygodności wykonawcy, przynajmniej w realizacji standardów pracowniczych.

Skutecznej dbałości zamawiającego o przestrzeganie praw pracowniczych przez wykonawcę zleconej usługi może służyć także prowadzenie ich monitoringu już na etapie realizacji zamówienia. Aby jednak sprawować ową kontrolę, konieczne jest wskazanie tego w specyfikacji istotnych warunków zamówienia (SIWZ to dokument niezbędny do przeprowadzenia postępowania o udzielaniu zamówienia). Lektura art. 36 prawa o zamówieniach publicznych wskazuje na duży zakres swobody w zakresie określania środków kontroli, głównie w kwestii dokumentacji pracowniczej i warunków pracy w miejscu jej wykonywania. Przykłady do powielania znajdujemy w podręczniku wydanym przez Instytut Spraw Publicznych na temat klauzul społecznych. Są one następujące:

  • uprawnienie zamawiającego do kontroli dokumentacji pracowników zatrudnianych przy realizacji zamówienia przez wykonawcę, w tym do kontroli treści umów o pracę, listy płac, ewidencji czasu pracy (wraz z nadgodzinami), ewidencji urlopu;
  • uprawnienie zamawiającego do kontroli dokumentacji dotyczącej odprowadzania przez wykonawcę podatków, opłat, składek na ubezpieczenia społeczne lub zdrowotne i innych należności publicznoprawnych przez wykonawcę;
  • uprawnienie zamawiającego do kontroli warunków pracy w miejscu wykonywania zamówienia, w tym do możliwości przeprowadzania wywiadów dotyczących przestrzegania praw pracowniczych z osobami zatrudnionymi przy realizacji zamówienia8.

Zamawiający ma też możliwość nakładania sankcji na wykonawcę w sytuacji, gdy wymogi związane z zatrudnieniem nie zostały spełnione (o ile zostały określone uprzednio w dokumencie SIWZ). Sankcje te występują pod postacią kar umownych, obniżenia wynagrodzenia wykonawcy czy odstąpienia od umowy. Ponadto możliwe jest także skłonienie inspektora Państwowej Inspekcji Pracy do czynności kontrolnych. Jest to przydatny instrument, zgodnie bowiem z ustawą o PIP jej uprawnienia kontrolne są szersze niż w przypadku zamawiającego. Również sankcje mogą być wyższe. Przypomnijmy, że według kodeksu pracy podmiot korzystający z pracy osób zatrudnionych w ramach organizacyjnych typowych dla stosunku pracy (określone miejsce, czas, pod nadzorem) zobowiązany jest do zatrudnienia na umowę o pracę wraz z konsekwencjami socjalnymi i pracowniczymi, zaś uchylanie się od tego obowiązku może skutkować sankcjami, np. karą grzywny od 1000 do 30000 złotych (art. 22 i 282 Kodeksu Pracy). Jeszcze dalej idzie Kodeks Karny, w którego art. 218 czytamy, że kto, wykonując czynności w sprawach w zakresu prawa pracy i ubezpieczeń społecznych, złośliwie lub uporczywie narusza prawa pracownika wynikające ze stosunku pracy lub ubezpieczenia społecznego podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

W sytuacji stwierdzenia nieprawidłowości inspektor pracy może nałożyć karę grzywny w postaci mandatu karnego lub wystąpić do sądu. Nie dotyczy to wyłącznie pracowników kodeksowych. Także wówczas, gdy osoby wykonują czynności objęte zamówieniem w oparciu o umowę cywilnoprawną w miejsce umowy o pracę, możliwe jest złożenie pozwu do sądu pracy. Niestety, praktyka ostatnich lat pokazuje, że mimo dużej liczby złożonych przez PIP wniosków do sądu pracy, wiele wyroków pozostaje niekorzystnych dla pracowników. Stanowi to asumpt do rozważenia zmian na tym polu (nie tylko w sferze zamówień publicznych), np. w kierunku postulowanego przez PIP przeniesienia ciężaru dowodowego w kwestii uzasadnienia braku umowy o pracę z zatrudnianego na zatrudniającego. Mimo to istnieje prawny instrument, do którego można się odwołać, zwłaszcza w sytuacji podejrzeń, że wykonawca łamie standardy pracownicze. Duże uprawnienia kontrolne PIP mogą pomóc dowiedzieć się, na ile uczciwie przebiega realizacja zamówienia.

Ku przyszłości

Jak widać, w procesie zamówień publicznych niejednokrotnie dochodzi do łamania praw pracowniczych, a zjawisko to w większej skali przyczynia się do „uśmieciowienia” rynku pracy lub wybranych jego segmentów. Uderza to w konkretnych ludzi i całe grupy zawodowe, ale też kłóci się z ujętymi w konstytucji oczekiwaniami wobec państwa, które powinno otoczyć odpowiednią ochroną sferę pracy i dbać o standardy zatrudnienia. Klauzule i inne działania ograniczające łamanie prawa pracy nadal nie są zbyt często wykorzystywane, mimo że ewolucja polskiego ustawodawstwa w tym zakresie idzie w kierunku coraz bardziej prospołecznym i propracowniczym. Zapewne w wyniku konieczności dostosowania się polskiego prawa do nowych dyrektyw unijnych czeka nas niebawem kolejna nowelizacja. Warto zabiegać, by prospołeczny i – od 2014 r. – propracowniczy trend legislacyjny w przetargach publicznych utrzymał się, a nawet wzmocnił. Wiele wskazuje, że obecne w prawie polskim instrumenty, które zestawia poniższa tabela, nie są wystarczająco mocne i skuteczne.

Narzędzie

Podstawa prawna

Klauzule społeczne

Klauzula zastrzeżona

Art. 22 ust. 2 PZP

Klauzula zatrudnieniowa

Art. 29 ust. 4 PZP

Na etapie udzielania

Uwzględnienie kryteriów społecznych przy wyborze oferty

Art. 91 PZP

Wykluczenie wykonawcy oferującego rażąco niską cenę

Art. 90 ust. 1 PZP

Wykluczenie wykonawcy, który dopuścił się naruszenia praw pracowniczych

Art. 24.1 PZP

Możliwości kontrolne po udzieleniu zamówienia

Możliwość określenia w istotnych warunkach specyfikacji zamówienia prawa do kontroli przez zamawiającego standardów zatrudnienia

Art. 36 PZP

Skierowanie kontroli PIP

Ustawa o Państwowej

Inspekcji Pracy

Źródło: Opracowanie własne.

Główny problem zdaje się leżeć jednak nie tyle w prawie (a przynajmniej nie w samym prawie zamówień publicznych), ile w jego stosowaniu oraz w instytucjonalnym i mentalnym podłożu. Brakuje wciąż świadomości, umiejętności i nawyków dbania o standardy pracownicze i socjalne ze strony zamawiających, a logika szukania krótkookresowych oszczędności sprzyja premiowaniu podmiotów, które nieraz bywają na bakier z prawem pracy. Dlatego ważne jest działanie różnymi metodami i na różnych poziomach, by te standardy lepiej chronić. Potrzebna jest presja zarówno opinii publicznej, także lokalnej, organizacji społecznych oraz związków zawodowych, jak i instytucji publicznych, kreujących politykę państwa i samorządu. Chodzi o dostarczanie bodźców w postaci zachęt i sankcji, ale także wiedzy i praktycznych wskazówek, jak uczynić zamówienia publiczne bardziej odpowiedzialnymi społecznie.

W dalszej perspektywie celem powinno być nie tylko ograniczenie łamania praw pracowników zaangażowanych do realizacji zamówienia oraz przeciwdziałanie obniżaniu standardów pracowniczych w pewnych branżach (na co narażone są zwłaszcza sektory zależne od zamówień publicznych, jak ochroniarstwo czy usługi sprzątające). Powinniśmy widzieć go – zgodnie z trendami obecnymi w agendzie europejskiej – bardziej ambitnie. Zamówienia publiczne mają być jednym z narzędzi realizowania ważnych celów społecznych: aktywizacji zawodowej osób zagrożonych marginalizacją, integracji i włączenia osób z niepełnosprawnością czy wzmacniania podmiotów gospodarki społecznej.

Przypisy:

  1. T. Joniewicz, Wszyscy tracimy na braku zrównoważonych zamówień publicznych, czyli dlaczego organizacje pozarządowe powinny się nimi interesować, http://www.centrumcsr.pl/wszyscy-tracimy-na-braku-zrownowazonych-zamowien-publicznych-czyli-dlaczego-organizacje-pozarzadowe-powinny-sie-nimi-interesowac
  2. https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-realizacji-zamowien-publicznych.htm
  3. http://www.wnp.pl/artykuly/,250774.html
  4. M. Kryszkiewicz, Resort: pracowników w sądach jest za dużo, „Dziennik Gazeta Prawna”, 10–12 lipca 2015 r.
  5. Wraz z nowelizacją ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy z 2014 roku, mocą której zlikwidowano instytucję funduszu szkoleniowego, ów zapis stał się bezprzedmiotowy.
  6. D. Sześciło, M. Szwast, M. Szwed, Jakie są alternatywy dla kontraktowania na podstawie kryterium najniższej ceny? (w druku), ss. 5–6.
  7. Tamże, s. 10.
  8. Por. T. Schimanek, B. Surdykowska, Podręcznik stosowania klauzul społecznych w zamówieniach publicznych, Instytut Spraw Publicznych, maj 2014, ss. 47–48 oraz 68–69.

Śmieciowe życie na śmieciowej umowie. Społeczne konsekwencje umów cywilnoprawnych

Rola umów cywilnoprawnych (zwanych śmieciowymi) w kształtowaniu stosunków pracy budzi w ostatnich latach rosnące zainteresowanie opinii publicznej. Warto uważniej przyjrzeć się niekorzystnym skutkom takich form zatrudnienia.

W poszukiwaniu istoty problemu

Mówiąc o umowach cywilnoprawnych, ograniczę się do omówienia dwóch typów umów określanych potocznie jako śmieciowe – umowy o dzieło i umowy-zlecenia1. Nie będę tym samym poruszał tematu społecznych konsekwencji czasowych umów o pracę, które niekiedy w debacie publicznej są stawiane w jednym szeregu z umowami cywilnoprawnymi, jako tzw. nietypowe/niestandardowe formy zatrudnienia. W związku z tym nie będę też stosował pojęcia umów śmieciowych jako zamiennego dla umów cywilnoprawnych – także dlatego, że uważam te pojęcia za nie w pełni tożsame. Umowy cywilnoprawne stają się śmieciowymi, gdy są stosowane niezgodnie ze swoim przeznaczeniem, w miejsce lepiej chroniących zatrudnionego umów o pracę.

Warto zacząć od odpowiedzi na pytanie: co sprawia, że umowy cywilnoprawne są przedmiotem zainteresowania zarówno badaczy, jak i komentatorów społecznych? Oto szereg możliwych wyjaśnień:

a) istnienie umów cywilnoprawnych – kontrowersje budzi sama obecność tego typu umów w kontekście wcześniej obowiązujących regulacji stosunków pracy;

b) skala ich występowania – w tej perspektywie krytykowana jest nie tyle sama możliwość występowania umów cywilnoprawnych czy fakt ich stosowania, ile zbyt duża skala zjawiska;

c) nadużycia w ich stosowaniu – w myśl tej optyki kontrowersje odnoszą się do tego, czy i na ile omawiane tu umowy stosowane są zgodnie z przeznaczeniem, a na ile ich stosowanie wykracza poza ustalony zakres przypadków;

d) konstrukcja prawna – w tej perspektywie kontrowersje odnoszą się nie tyle do istnienia umów cywilnoprawnych czy częstości ich występowania, ile do tego, jak prawo je definiuje oraz na ile istniejący kształt prawny umożliwia zabezpieczenie osoby zatrudnionej w oparciu o tego typu umowę.

Wprawdzie w debacie publicznej stanowisko całkowicie przeciwne stosowaniu umów cywilnoprawnych w stosunkach pracy jest zupełnie marginalne, jednak słyszalne są głosy krytyczne wobec skali zjawiska, praktyk ich nadużywania, a także obecnej konstrukcji prawnej tego typu umów. Moim zdaniem źródłem zagrożeń jest nie sama możliwość wykorzystywania umów cywilnoprawnych (ta posiada w przypadku niektórych prac istotne walory), ale raczej fakt, że umowy te są stosowane zbyt często, co wiąże się z nadużyciami (wtedy to przede wszystkim umowa cywilnoprawna funkcjonuje jako „umowa śmieciowa”), oraz to, że osoby wykonujące pracę w oparciu o tego typu umowy – często pozbawione możliwości wyboru innej formy zatrudnienia – nie są odpowiednio zabezpieczone społecznie. Przy czym deficyty zabezpieczenia społecznego mogą wynikać – jak pokażę dalej – zarówno z konstrukcji samej umowy, jak i z innych mechanizmów lub zaniechań polityki społecznej.

Atuty

Choć, moim zdaniem, w obecnym funkcjonowaniu umów cywilnoprawnych na polskim rynku pracy zagrożenia przeważają nad korzyściami, zacznijmy od tego, jakie atuty stoją za tego typu umowami. Można tu wskazać dwa powiązane ze sobą czynniki.

Po pierwsze – możliwość zawarcia cywilnoprawnej umowy pozwala na wykonanie odpłatnie pracy, na którą nie byłoby popytu w ramach umowy o pracę. Przykładowo, artysta plastyk, który chce sprzedać namalowany przez siebie obraz, nie miałby szansy zbyć go w ramach umowy o pracę. Mówiąc bardziej ogólnie, umowy cywilnoprawne są dopasowane do sprzedaży dóbr i usług, których wykonanie nie mieściłoby się w klasycznym stosunku pracy. Eliminacja takich umów z systemu prawnego ograniczyłaby szanse produkowania legalnie pewnych dóbr i wykonywania usług, przyczyniając się do pomniejszenia ogólnego dobrobytu oraz pozbawiając środków do życia część przedstawicieli niektórych profesji2.

Po drugie – zawarcie umowy cywilnoprawnej umożliwia wykonanie legalnie pracy, na którą nie byłoby w danym miejscu i czasie popytu, lecz nie tyle ze względu na charakter wykonywania tej pracy, ile na zdolność/skłonność do jej wynagrodzenia. Przykładowo, w społecznościach dotkniętych recesją część pracodawców może nie być skłonna zatrudniać w oparciu o umowę o pracę, gdyż rodzi ona większe bezpośrednie koszty i wymusza większą trwałość stosunku pracy. Dzięki prawnej „furtce” możliwe jest zamawianie wykonania określonych dóbr i usług, dzięki czemu nakręca się lokalną koniunkturę.

Przyjęcie powyższej argumentacji nie powinno jednak być stosowane zbyt szeroko i bez zastrzeżeń, gdyż mogłoby ono doprowadzić do wniosku o konieczności zastąpienia umów o pracę umowami cywilnoprawnymi jako uniwersalnym remedium służącym rozwojowi gospodarki i społeczeństwa. Tymczasem umowy te, zwłaszcza gdy są stosowane na dużą skalę i nie zawsze zgodnie ze swym normatywnym przeznaczeniem, niosą także szereg poważnych zagrożeń, zarówno krótkookresowo, jak i w dłuższej perspektywie czasowej. Dlatego, jak będę się starał wykazać, należy bronić tradycyjnych form zatrudnienia (co nie znaczy, że również ich nie należy modyfikować w ramach kodeksu pracy) i dążyć do tego, by umowy cywilnoprawne nie były stosowane poza sytuacjami, w których ich zawarcie jest funkcjonalną konsekwencją charakteru wykonywanej czynności.

Zagrożenia

Mówiąc o zagrożeniach, można zaproponować następujący ich podział.

  • Ze względu na zakres podmiotowy (dla poszczególnych grup społecznych):
    – zagrożenia dla osoby wykonującej pracę i jej bliskich;
    – zagrożenia dla ogółu społeczeństwa, w tym zwłaszcza dla jego członków znajdujących się w obliczu socjalnego ryzyka (np. starości, wypadku czy braku zdrowia).
  • Ze względu na zakres przedmiotowy (wymiar indywidualnego i społecznego dobrostanu):
    – zagrożenia związane z kondycją socjalno-bytową,
    – zagrożenia związane z życiem rodzinnym i opieką,
    – zagrożenia związane z kondycją zdrowotną.
  • Ze względu na horyzont czasowy:- zagrożenia krótkookresowe (obecne w trakcie wykonywania umowy lub wkrótce po ustaniu stosunku prawnego),
    – zagrożenia długookresowe (zagrożenia, których wystąpienie i skutki mogą być dostrzegalne dopiero w dalszej perspektywie, po wielu latach, np. po osiągnięciu wieku emerytalnego).

Pierwsza grupa zagrożeń wiąże się z niemożnością zaspokojenia określonych potrzeb materialnych czy socjalnych – w trakcie wykonywania pracy, po ustaniu stosunku prawnego lub w dalszej perspektywie czasowej. Wśród czynników, które powodują te zagrożenia, możemy wymienić:

  1. Brak objęcia umów cywilnoprawnych wynagrodzeniem minimalnym.

    Płaca minimalna nie obejmuje umów cywilnoprawnych, w związku z czym istnieje możliwość wynagradzania pewnych prac na poziomie poniżej tak czy inaczej zdefiniowanego poziomu ubóstwa.

  2. Niemożność zaangażowania w związkach zawodowych, które działają m.in. na rzecz zwiększenia bezpieczeństwa pracy osoby zatrudnionej.

    Zgodnie z polskim prawem jedynie pracownicy zatrudnieni na umowę o pracę mogą zrzeszać się w związkach zawodowych, choć zgodnie ze stanowiskiem Międzynarodowej Organizacji Pracy prawo to powinno być rozszerzone na osoby niemające statusu pracowniczego3. Pozbawienie pracujących w oparciu o umowę o dzieło czy zlecenie prawa do zrzeszania się w związkach prowadzi do tego, że w obliczu nagannych zachowań pracodawców (np. w zakresie regulowania wynagrodzenia) mają oni ograniczone szanse, że działająca w danym zakładzie pracy organizacja związkowa skutecznie stanie w ich obronie, nie mogą też powołać nowej struktury związkowej.

  3. Nieobjęcie wsparciem w ramach środków pochodzących z funduszu socjalnego w przedsiębiorstwie.

    Środki gromadzone w funduszu socjalnym są z mocy prawa przeznaczane na wsparcie socjalne pracowników i ich rodzin. Istniejące regulacje wyłączają z tego mechanizmu osoby niezatrudnione w oparciu o umowę o pracę. Tym samym tracą one możliwość korzystania z takich świadczeń, jak choćby dopłaty do wczasów czy paczki na święta dla dzieci.

  4. Łatwość rozwiązania umowy, w oparciu o którą wykonywana jest praca, co pozbawia dochodów osoby ją wykonujące.

    Wykonywanie pracy w oparciu o umowę cywilnoprawną jest nietrwałe. Jako że jest ona zawierana na czas określony, zazwyczaj niezbyt długi, po ukończeniu zlecenia lub dzieła wykonawca pozostaje bez dochodów, jeśli nie otrzyma kolejnego zlecenia lub dzieła do wykonania.

  5. Brak składek na ubezpieczenie emerytalno-rentowe (w przypadku umów o dzieło), co skutkuje zwielokrotnionym ryzykiem ubóstwa z tytułu zaistnienia któregoś ryzyka socjalnego.

    Istotną cechą umów cywilnoprawnych jest to, że nie wiążą się one z opłacaniem składek na tych zasadach, co umowy o pracę. Między umową-zlecenie a umową o dzieło zachodzą pod tym względem pewne różnice – od umowy-zlecenia odprowadza się składki emerytalną, rentową i zdrowotną, a od umowy o dzieło nie. W przypadku umowy-zlecenia, jeśli osoba wykonuje kilka zleceń jednocześnie, składkę odprowadza się od jednej z nich. Rodzi to pokusę dla zleceniodawcy, by wybrać jako podstawę oskładkowania zlecenie o najniższej wartości, a to przekłada się na wysokość świadczeń emerytalno-rentowych w przyszłości. Brak oskładkowania oznacza zaś, że osoby przez lata pracujące na tego typu zasadach zostaną – w momencie przejścia w wiek emerytalny czy w obliczu dotknięcia nieszczęściem, przed którym ubezpieczają nas świadczenia rentowe – bez zgromadzonych w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych odpowiednich środków, gwarantujących godziwy poziom zaspokojenia potrzeb bytowych.

Zagrożenia zdrowotne

Obok zagrożeń uderzających bezpośrednio w materialne podstawy życia istnieje szereg innych, niekiedy mniej wymiernych niebezpieczeństw, które odnoszą się do kondycji zdrowotnej i jej zabezpieczenia, a także do możliwości realizacji potrzeb oraz pełnienia ról związanych z życiem rodzinnym i sprawowaniem opieki nad osobami bliskimi. Jeśli chodzi o związane z pracą na umowach cywilnoprawnych zagrożenia dla dobrostanu zdrowotnego, można wymienić np.:

  1. Brak odprowadzania składki na ubezpieczenie zdrowotne (w przypadku umowy o dzieło).

    O ile umowa-zlecenie została w końcu objęta ubezpieczeniem w NFZ, o tyle umowa o dzieło pozostaje nadal poza systemem zabezpieczenia zdrowotnego. Zapowiedzi zmiany tego stanu rzeczy jak dotychczas nie doczekały się realizacji.

  2. Brak prawa do płatnego urlopu wypoczynkowego.

    Ważnym czynnikiem różnicującym pozycję pracownika kodeksowego względem wykonującego umowę cywilnoprawną, jest fakt, że temu ostatniemu nie przysługuje urlop wypoczynkowy (dotyczy to zarówno umowy-zlecenia, jak i umowy o dzieło). Brak możliwości wypoczynku, zwłaszcza gdy praca jest wykonywana w trudnych warunkach, może mieć trwały, negatywny wpływ na kondycję zdrowotną.

  3. Brak obowiązku objęcia profilaktycznymi badaniami w ramach medycyny pracy.
  4. Stres związany z tymczasowością zatrudnienia.
  5. Zwiększone ryzyko przeciążenia w związku z brakiem limitu godzinowego czasu pracy.

Zagrożenia dla zdrowia, towarzyszące pracy na umowach cywilnoprawnych, odnoszą się więc zarówno do ograniczeń w zakresie korzystania z opieki zdrowotnej (w związku z brakiem ubezpieczenia i zagwarantowanej, obligatoryjnej medycyny pracy), jak i do długofalowych czynników ryzyka (zwiększony stres w związku z niestabilnością zatrudnienia, przeciążenie i brak odpoczynku).

Zagrożenia rodzinno-opiekuńcze

Trzecia grupa zagrożeń dla osób pracujących na umowach cywilnoprawnych wiąże się z pełnieniem przez nie funkcji rodzinnych, a zwłaszcza z wykonywaniem czynności opiekuńczych. Można wskazać następujące zagrożenia:

  1. W zakresie dostępu do urlopu i zasiłku macierzyńskiego.

    Uprawnienia związane z macierzyństwem, a dokładniej mówiąc możliwość pobierania zasiłku macierzyńskiego, są realne w przypadku umów-zleceń, o ile zleceniobiorca podlega ubezpieczeniu chorobowemu (co w przypadku tego rodzaju umów jest możliwe, lecz nieobligatoryjne). Jeszcze gorzej wygląda sytuacja pracujących w oparciu o umowy o dzieło, które z zasady nie podlegają ubezpieczeniu chorobowemu. Wykonujący je nie mają prawa do urlopu macierzyńskiego.

  2. W zakresie korzystania z zasiłku opiekuńczego (związanego z czasowym zwolnieniem się z pracy z powodu opieki nad chorym członkiem rodziny)4.

    Podobnie jak urlop macierzyński, zasiłek opiekuńczy ma charakter świadczenia z tytułu ubezpieczenia chorobowego, więc (dobrowolnie, a w praktyce często w zależności od woli pracodawcy, będącego silniejszą stroną) mogą być nim objęci zleceniobiorcy, natomiast nie przysługuje on pracującym w oparciu o umowę o dzieło.

  3. W zakresie zdolności kredytowej (która pośrednio wpływa na decyzje prokreacyjne).

    Pracujący w oparciu o umowę-zlecenie lub o dzieło cierpią zazwyczaj na ograniczenia zdolności kredytowej, co wielu z nich wyklucza z możliwości zaciągnięcia kredytu hipotecznego i utrudnia znalezienie własnego lokum. Tymczasem w świetle badań CBOS to właśnie trudności mieszkaniowe są jednym z powodów, dla których młodzi ludzie nie decydują się na posiadanie dzieci lub odraczają takie decyzje.

Zagrożenie dla systemu społecznego, w tym dla osób dotkniętych ryzykiem socjalnym

Obok zagrożeń dla osoby pracującej w oparciu o umowy cywilnoprawne i jej rodziny, skala ich stosowania, wraz z towarzyszącymi nadużyciami, niesie też zagrożenia dla stabilności całego ładu społecznego – zwłaszcza systemu zabezpieczenia społecznego. Szczególnie dotkliwie odbija się to na sytuacji obywateli zagrożonych wykluczeniem socjalnym. Zagrożenia tego typu możemy podzielić na trzy grupy:

  • zmniejszone wpływy systemu zabezpieczenia społecznego w wyniku skromniejszych przychodów ze składek emerytalno-rentowych i zdrowotnych,
  • wzrost kosztów publicznej służby zdrowia związany z pogorszeniem się sytuacji zdrowotnej społeczeństwa na skutek pogłębienia stresu, przeciążenia czy wyłączenia części obywateli z systemu profilaktyki zdrowotnej (mówiąc o kosztach zdrowotnych, trzeba pamiętać zarówno o tych naprawczych, związanych z kosztami leczenia, jak i alternatywnych, związanych z ograniczeniem społeczno-ekonomicznego potencjału ludzi, którzy popadli w zły stan zdrowia),
  • zachwiana piramida demograficzna, związana z ograniczeniem lub opóźnieniem decyzji prokreacyjnych wbrew deklarowanym przez obywateli potrzebom i preferencjom. W dłuższej perspektywie czynnik ten pogłębi wspomniane w punkcie pierwszym tendencje ograniczania wpływów do systemu zabezpieczenia społecznego i zdrowotnego. I choć teoretycznie możliwe jest zniwelowanie tego efektu np. poprzez wydłużanie okresu zatrudnienia względem okresu pobierania świadczeń emerytalnych, to w praktyce może okazać się to trudne, choćby ze względu na zjawisko wskazane w punkcie drugim – niekorzystną sytuację zdrowotną społeczeństwa, wpływającą na malejący potencjał zarobkowy, zwłaszcza w starszych kategoriach wiekowych.

Współwystąpienie zagrożeń z trzech omówionych grup może doprowadzić do zachwiania całego systemu zabezpieczenia społecznego (zwłaszcza w wymiarze zdrowotnym i emerytalno-rentowym), a pośrednio – ładu społecznego jako takiego.

Warto zauważyć, że skala negatywnych skutków zawierania umów cywilnoprawnych jest zależna od tego, jak ukształtowane jest ich otoczenie instytucjonalne – zwłaszcza jeśli chodzi o dostęp do podstawowej opieki zdrowotnej czy świadczeń związanych z opieką nad dzieckiem. Jeśli więc chcemy ograniczać zagrożenia wynikające z zawierania tego typu umów, można zarówno próbować zmienić ich konstrukcję (obejmując je składką zdrowotną), jak i kształtować otoczenie instytucjonalne tak, by forma zatrudnienia nie decydowała o możliwości korzystania z publicznych świadczeń.

Podobnie jest w przypadku zagrożeń demograficznych. Jeśli w systemie polityki rodzinnej działają uniwersalne zasiłki z tytułu wychowywania dziecka oraz powszechnie dostępne są usługi opiekuńcze dla wszystkich małych dzieci, wówczas to, czy rodzic pracuje w oparciu o umowę o pracę, czy o umowę cywilnoprawną, będzie miało drugorzędne znaczenie dla decyzji prokreacyjnych i dla dobrostanu dziecka.

Ocena skutków umów cywilnoprawnych, jeśli chcielibyśmy ją osadzić w szerszym kontekście polskiej polityki społecznej, nie może zatem abstrahować od konstrukcji systemu świadczeń socjalnych (rodzinnych, zdrowotnych, mieszkaniowych), realnego do nich dostępu oraz dynamiki zmian, które niekiedy zmierzają w kierunku poszerzenia realnego dostępu, jak to ma miejsce w odniesieniu do opieki na dzieckiem do lat 3. Analiza tych czynników wykracza poza ramy niniejszego opracowania. Orientacyjnie można jednak wskazać, że jeśli chodzi o politykę na rzecz rodziny, ograniczony pozostaje dostęp do wsparcia nieuwarunkowanego statusem rodziców na rynku pracy. Podejmowane są wszakże publiczne działania na rzecz zmiany tego stanu rzeczy, czego efektem jest wzrost dostępu do opieki żłobkowej i przedszkolnej w ostatnich latach5 czy zapowiadane rozszerzanie grona uprawnionych do urlopów rodzicielskich o osoby niebędące pracownikami. Nie widać jednak po stronie rządowej dążenia do upowszechnienia dostępu do podstawowej opieki medycznej poprzez oparcie go na statusie obywatelskim (bycie obywatelem Polski, nie zaś płacenie składek na NFZ, jako warunek bezpłatnej opieki zdrowotnej). W związku z tym osoby pracujące w oparciu o umowę o dzieło pozostawione są bez zabezpieczenia zdrowotnego, o ile nie są ubezpieczone z innego tytułu lub nie skorzystają z dobrowolnego ubezpieczenia, którego comiesięczne opłacanie w obecnie obowiązującej kwocie bywa jednak dla wielu niemożliwe.

Jak przeciwdziałać zagrożeniom?

Istnieją różne podejścia do tego, jak wyeliminować lub złagodzić zagrożenia związane ze stosowaniem umów cywilnoprawnych. Można jednak wyróżnić dwie podstawowe strategie:

  1. dążenie do zmniejszenia skali procederu zatrudniania na umowy cywilnoprawne – zwłaszcza tam, gdzie są one stosowane niezgodnie z zamierzonym przez prawodawcę przeznaczeniem,
  2. dążenie do ograniczenia negatywnych społecznych konsekwencji umów cywilnoprawnych, które już są zawierane.

Zmniejszanie skali można próbować osiągnąć na dwóch poziomach:

  • poprzez ścisłą kontrolę baczącą, by nie były one nadużywane, oraz nakładanie i egzekwowanie sankcji za tego typu praktyki (już dziś istnieje w naszym prawie procedura wystąpienia do sądu o udowodnienie stosunku pracy i zamianę stosunku cywilnoprawnego na umowę o pracę, gdy jest ku temu formalne i merytoryczne uzasadnienie);
  • poprzez wzmocnienie siły przetargowej strony pracowniczej, np. zmniejszanie bezrobocia. Dzięki temu pracodawcy będzie trudniej narzucić mniej korzystne warunki wynagrodzenia za pracę (w tym poprzez zastępowanie umów o pracę umowami cywilnoprawnymi)6.

Ograniczenie negatywnych społecznych skutków umów cywilnoprawnych można próbować osiągnąć dwoma rodzajami działań:

  • poprzez zmianę konstrukcji prawnej umów cywilnoprawnych, tak aby były one silniej osadzone w systemie zabezpieczeń społecznych (głównym mechanizmem może być ich oskładkowanie, ale do zwiększenia bezpieczeństwa i dobrostanu pracującego w oparciu o taką umowę może przyczynić się także umożliwienie im działalności związkowej, objęcie medycyną pracy, wsparciem z funduszu socjalnego etc., co wszak nie musiałoby być uzależnione od tego, czy za pracujących na tego typu umowach opłaca się składki czy nie);
  • poprzez rozwój świadczeń, które zabezpieczałyby jednostkę niezależnie od jej statusu na rynku pracy (tzw. dekomodyfikacja) – w tym od rodzaju umowy, na której jest zatrudniana.

Ograniczenie zjawiska

Ograniczanie negatywnych skutków

Działania bezpośrednio związane ze stosowaniem umów cywilnoprawnych.

Wzmocnienie publicznej i społecznej kontroli nad warunkami zatrudnienia, karanie bezprawnego zastępowania umów o pracę umowami cywilnoprawnymi i/lub zaostrzenie sankcji.

Przyznanie zatrudnionym na umowach cywilnoprawnych przywilejów i części uprawnień kodeksowych (np. poprzez ich oskładkowanie czy objęcie prawem przynależności do związków zawodowych itd.).

Działania pośrednio wpływające na zawieranie umów cywilnoprawnych i ich konsekwencje.

Przekształcanie stosunków pracy w kierunku wzmocnienia strony pracowniczej, co częściowo może ukrócić proceder nadużywania umów mniej korzystnych dla pracującego.

Budowanie systemu zabezpieczenia społecznego i usług publicznych w taki sposób, by dostęp do nich był powszechny, niezależny od statusu ekonomicznego.

Jak pokazuje powyższa tabela, aby polityka przeciwdziałająca nadużywaniu umów cywilnoprawnych i jego następstwom była całościowa i skuteczna, warto wykroczyć poza instrumenty bezpośrednio odnoszące się do prawa pracy (jego stanowienia, egzekucji i kontroli). Należy uwzględnić także inne elementy systemu opieki społecznej, takie jak inkluzywność rynku pracy i systemu zabezpieczenia socjalnego czy powszechność usług publicznych.

Wnioski

Mimo że umowy cywilnoprawne mogą w jednostkowych przypadkach dawać korzyści pracownikowi, są zwykle źródłem poważnych zagrożeń dla niego i jego rodziny, grup dotkniętych ryzykiem socjalnym, a także dla ładu społecznego jako całości. Zagrożenia te wiążą się nie tyle z istnieniem umów cywilnoprawnych, ile ze skalą ich używania (w wielu przypadkach nadużywania), konstrukcją prawną (ograniczony zakres zabezpieczenia społecznego pracownika), a także z szerszym instytucjonalnym kontekstem polskiego państwa, w którym niewielki jest udział uniwersalnych świadczeń społecznych.

Zakres i skala zagrożeń nie są jednakowe w przypadku poszczególnych rodzajów umów cywilnoprawnych. W znacznie większym stopniu dotykają one osób pracujących długotrwale w oparciu o umowę o dzieło, która nie jest w ogóle oskładkowana, niż na umowę-zlecenie, która podlega ubezpieczeniu zdrowotnemu, a dobrowolnie także chorobowemu, co daje tak zatrudnionym uprawnienia także do świadczeń związanych z macierzyństwem.

Pułapka polskiego systemu zabezpieczenia społecznego zdaje się polegać na tym, że jego konstrukcja opiera się z jednej strony na silnym uzależnieniu sytuacji jednostek od ich pozycji na rynku pracy (komodyfikacja). Dzieje się to w sytuacji, w której stosunki pracy stają się coraz bardziej niestabilne. Efektem jest niestety pozbawienie rosnącej części polskich pracowników możliwości korzystania z wielu elementów dorobku cywilizacyjnego nas wszystkich, jakie znalazły wyraz m.in. w Kodeksie Pracy.

Niniejszy tekst jest rozwinięciem tez, jakie autor wygłosił podczas konferencji naukowej „Nietypowe formy zatrudnienia – fakty i mity”, Warszawa 6 marca 2013 r.

Przypisy:

  1. Jeśli chodzi o inne formy umów cywilnoprawnych jak samozatrudnienie i ich skutki, warto odesłać do analizy Marii Skóry pt. Will self-employment Save Polnd from Crisis, w „European Social Journal” http://www.social-europe.eu/2013/05/will-self-employment-save-poland-from-crisis/ (dostęp z 29.11.2013).
  2. Niekiedy stosuje się argument, że elastyczne formy zatrudnienia stanowią szansę na wejście na rynek pracy dla grup defaworyzowanych (osoby uczące się, młodzi pracownicy wchodzący na rynek pracy, matki z dziećmi niemogące w danych warunkach pracować w pełnym wymiarze etatowo, niepełnosprawni i osoby starsze).
  3. Por. http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-kariera/artykuly/609199,pracujacy_na_umowach_cywilnoprawnych_moga_tworzyc_zwiazki_zawodowe.html (dostęp z 28.11.2013 r.).
  4. Szczegółowe zasady pobierania owego zasiłku można poznać na oficjalnym portalu Zakładu Ubezpieczeń Społecznych http://www.zus.pl/default.asp?p=4&id=433
  5. O zmianach w tym zakresie opieki nad małym dzieckiem można dowiedzieć się na specjalnie utworzonym w tym celu rządowym portalu http://www.zlobki.mpips.gov.pl/; szerzej o rozwiązaniach prorodzinnych na portalu http://www.rodzina.gov.pl/
  6. Jak wskazuje badacz bezrobocia, prof. Mieczysław Kabaj, to właśnie wysokie zagrożenie bezrobociem, zwłaszcza wśród młodzieży, jest jednym z powodów, dla których osoby takie często godzą się na mniej korzystne dla siebie stosunki zatrudnienia, por. np. http://gazetapraca.pl/gazetapraca/1,74817,10722121,Mlodzi_biora_dzis__co_daja.html

Rok niełatwy – do oceny

Rok Rodziny, ogłoszony w 2013 r. przez polski rząd, przyniósł sporo praktycznych zmian, poczynając od urlopów rodzicielskich, a kończąc na przygotowaniu programu „Mieszkanie dla młodych”. Pojawiło się wiele zapowiedzi i projektów, ale także zaniechań i błędów. Jaki zatem obraz wyłania się z rządowych poczynań? Co władza – przedstawiając ów czas jako pasmo sukcesów na niwie rodzinnej – pominęła? Co warto rozważyć i naprawić w przyszłości?

Przy ocenie polityki rodzinnej nie da się zignorować normatywnego układu odniesienia, czyli spojrzenia na nią pod kątem wartości i celów. Niżej podpisanemu bliskie jest w tej sprawie podejście socjaldemokratyczne, przy czym jego poszczególne założenia wydają się nieobce także zwolennikom innych perspektyw. Co się na nie składa? Przede wszystkim przeświadczenie, że polityką na rzecz rodziny powinny kierować takie wartości jak równość, solidarność i wolność.

Za hasłem równości idą postulaty wyrównywania materialnych warunków życia polskich rodzin, zapewnienia im równego dostępu do podstawowych dóbr i usług (zdrowotnych, opiekuńczych, edukacyjnych itd.), stworzenia równych możliwości uczestnictwa w życiu społecznym dla wszystkich, bez względu na status rodzinny, promocja równości obojga rodziców w sferze zawodowej i rodzinnej (ograniczenie wpływu ról rodzinnych na szanse odnalezienia się na rynku pracy).

Jeśli chodzi o solidarność, ważne jest wsparcie dla rodzin wychowujących dzieci, w tym wzmożone wsparcie dla rodzin o szczególnych potrzebach wynikających z niepełnosprawności, ubóstwa lub innych trudnych sytuacji życiowych.

Z kolei wolność możemy tu rozpatrywać w kontekście umożliwiania ludziom decydowania, w jakim stopniu chcą się oddać opiece, a w jakim pracy, w jakiej formie i zakresie chcą korzystać z instytucji opiekuńczych i wspierających. Ten układ odniesienia miejmy na uwadze, analizując konkrety polityki na rzecz rodziny.

Działania rządu w Roku Rodziny trudno zamknąć w kalendarzowych ramach. Niektóre decyzje, brzemienne w skutki, zostały podjęte jeszcze w 2012 r., by skonkretyzować się w roku następnym, jak choćby nowe zasady przyznawania niektórych świadczeń opiekuńczych czy uprawnienia do becikowego. Inne zaś, choć przyjęte w 2013 r., zaczęły obowiązywać w roku 2014, jak program „Mieszkanie dla Młodych”. Kalendarzowo w Rok Rodziny najdokładniej wpisują się wprowadzenie urlopów rodzicielskich oraz zmiany organizacyjne i finansowe w zakresie udostępniania opieki przedszkolnej i żłobkowej. To od nich warto więc zacząć wędrówkę po polityce rodzinnej.

Polityka rodzinna obejmuje bardzo rozległy obszar. Obok działań dedykowanych wszystkim rodzinom, jak urlopy i zasiłki rodzicielskie, opieka nad małym dzieckiem i regulacje w zakresie stosunków pracy, składają się na nią także poczynania adresowane do osób w trudnej sytuacji rodzinnej, jak przeciwdziałanie przemocy w rodzinie i organizacja pieczy zastępczej. Nie sposób omówić je wszystke, wobec czego skupię się na kilku wymiarach, szczególnie tych, które stanowiły główny przedmiot politycznej agendy, oraz tych, w których rząd w mojej opinii poniósł fiasko, a wymagających wdrożenia pilnych i kompleksowych zmian w najbliższym okresie.

O działaniach rządu na rzecz rodziny można dowiedzieć się z portalu rodzina.gov.pl oraz pomniejszych, poświęconych konkretnym obszarom: rodzicielski.gov.pl i zlobki.mpips.gov.pl. Już same nazwy portali wskazują na to, co było w minionym okresie emblematem polityki rządu, chętnie przezeń przywoływanym. Istnienie tego typu platform informacyjno-komunikacyjnych jest rzeczą dobrą, ułatwia zorientowanie się w zmieniającym się systemie i sprawniejszą jego obsługę. Zarazem jednak wiedza stamtąd płynąca jest siłą rzeczy niekompletna, nie pokazuje działań rządu w sposób krytyczny, a także pomija mniej chlubne aspekty polskiej polityki rodzinnej.

Więcej publicznej opieki

Jednym z najważniejszych instrumentów nowoczesnej polityki rodzinnej jest upowszechnianie dostępu do opieki przedszkolnej i żłobkowej. Za pomocą tego typu działań można jednocześnie osiągnąć zróżnicowane cele: ułatwienie godzenia obowiązków opiekuńczych z zawodowymi, stymulowanie rozwoju dziecka poprzez integrację w grupie rówieśniczej, wczesne identyfikowanie i ograniczanie deficytów rozwojowych dzieci oraz wyrównywanie szans dzieci o różnym statusie społecznym. Należy pamiętać, że zinstytucjonalizowana opieka nad małym dzieckiem nie zastępuje opieki ze strony rodziców, ale ją uzupełnia, tak by rodzice mogli realizować się również w innych rolach, a dziecko mogło stopniowo przyzwyczajać się do przebywania w otoczeniu innym niż domowe. Ułatwiając godzenie życia rodzinnego z zawodowym, pośrednio osiąga się i inne cele, np. zmniejszenie ryzyka ubóstwa rodzin z dziećmi, gdy rodzic nie musi wycofywać się na długi czas z rynku pracy. Ponadto dostęp do usług opiekuńczych skłania do częstszych decyzji prokreacyjnych, gdyż zmniejsza obawę, że wychowywanie dziecka będzie oznaczało poważne trudności w sferze zawodowej. Wszystko to prowadzi do wniosku, że tworzenie dostępu do opieki nad małym dzieckiem powinno stanowić ważne wyzwanie publiczne. Czy jest tak w istocie?

Dekady po transformacji były niestety okresem zapaści publicznej opieki przedszkolnej, a w jeszcze większym stopniu żłobkowej, w efekcie czego znaleźliśmy się na ostatnich miejscach wśród krajów UE w kategorii udziału dzieci w systemie opieki we wczesnej fazie życia. Ostatnie lata, poczynając od pierwszej kadencji rządów PO-PSL, przyniosły tu zmiany na lepsze.

Wiązało się to po części z korzystnymi zmianami legislacyjnymi, pozwalającymi na otwieranie nie tylko przedszkoli, ale także – łatwiejszych do założenia i prowadzenia – klubów i punktów przedszkolnych, uruchamianych np. przy oddziałach szkolnych. Kroki te miały duże znaczenie dla obszarów peryferyjnych, zwłaszcza wiejskich, gdzie możliwości zakładania i prowadzenia placówek opieki przedszkolnej są szczególnie ograniczone. Pewną rolę odegrały w tym procesie także środki unijne. Należy jednak pamiętać, że we wspomnianym okresie wzrost poziomu uprzedszkolnienia był w ogromnej mierze spowodowany rozwojem instytucji prywatnych oraz (częściowo także w ramach edukacji przedszkolnej prowadzonej przez samorządy) odbywał się przy dużym udziale kosztów ponoszonych bezpośrednio z kieszeni rodziców. Dla wielu z nich stanowi to bardzo duże obciążenie, a niekiedy warunek zaporowy, ograniczający możliwości korzystania z przedszkolnej oferty. Ostatni rok rozpoczął zmianę sytuacji w słusznym kierunku.

Od września 2013 r. ustawowo obniżono opłaty dla rodziców za pobyt dziecka w przedszkolu. Czas pobytu bezpłatnego ustala gmina, ale nie może on wynosić mniej niż 5 godzin dziennie, zaś każda kolejna godzina nie może kosztować więcej niż złotówkę. Ponadto od tego roku wszystkie dzieci pięcioletnie i sześcioletnie mają zagwarantowane miejsce w przedszkolach. Od września 2014 r. zasada ta ma objąć każde dziecko czteroletnie, a w 2015 r. również dzieci trzyletnie. Obowiązek zapewnienia takiej opieki ma spocząć na gminach.

Jeśli chodzi o finansowanie, to na ten cel została przygotowana specjalna dotacja, z której – pod warunkiem zagwarantowania rodzicom odpowiednio niskiej opłaty – mogą skorzystać także placówki niepubliczne. Wspomniane działania należy ocenić zasadniczo pozytywnie. Prowadzą one do dwóch powiązanych ze sobą zjawisk – zwiększenia dostępu i zmniejszenia indywidualnych kosztów ponoszonych przez rodziców.

Równie istotne – i idące w podobnym kierunku – są działania na rzecz opieki nad dzieckiem do lat 3. Przed kilkoma laty przyjęto tzw. ustawę żłobkową, która miała utorować drogę dla rozwoju różnych form opieki nad dzieckiem w pierwszych latach życia. Po pierwsze – zliberalizowano przepisy dotyczące wymogów w związku z zakładaniem i prowadzeniem żłobków, które dotychczas były dość wyśrubowane, wzorowane na standardach, jakie muszą spełniać placówki opieki medycznej. Po drugie – powołano nowe, alternatywne dla tradycyjnych żłobków formy opieki: klubik dziecięcy i opiekun dzienny, a także stworzono prawne i finansowe bodźce do legalnego zatrudnienia niani, które z reguły (również obecnie) wykonują swoją pracę w szarej strefie. Realizację ustawy miał wspierać uruchomiony i kontynuowany w kolejnych latach ministerialny program „Maluch”, w ramach którego przekazywano z budżetu dotacje na zakładanie żłobków. Warto przy tym wspomnieć o zmniejszeniu udziału wkładu własnego samorządu przy staraniu się o wsparcie z programu „Maluch” z dotychczasowych 50 proc. do 20 proc. Działania te można uznać za korzystne, gdyż oznaczają zwiększenie odpowiedzialności państwa za zapewnianie rodzinom z małymi dziećmi dostępu do usług opiekuńczych.

Urlop rodzicielski czy dłuższy macierzyński?

Innym sztandarowym projektem rządu w ubiegłym roku było rozszerzenie uprawnień urlopowych związanych z rodzicielstwem. Służyło temu wprowadzenie tzw. urlopu rodzicielskiego, czyli dodatkowych miesięcy płatnego urlopu ponad przysługujące w ramach urlopu macierzyńskiego, a możliwych do wykorzystania przez oboje rodziców.

W czerwcu 2013 r. weszła w życie zmiana Kodeksu Pracy i niektórych innych ustaw. W jej wyniku rodzice dysponują dziś łącznie 52 tygodniami urlopu, na co składają się:

  • 20-tygodniowy urlop macierzyński (z czego 14 tygodni po porodzie zarezerwowanych jest tylko dla matki),
  • 6-tygodniowy urlop macierzyński dodatkowy,
  • 26-tygodniowy urlop rodzicielski.

Z dwóch ostatnich rozwiązań mogą na równych prawach korzystać matka i ojciec dziecka. Oprócz tego istnieje jeszcze 2-tygodniowy urlop ojcowski.

Rodzicielskie uprawnienia urlopowe przysługują niestety tylko pracownikom zatrudnionym w oparciu o umowę o pracę. Jest to warte podkreślenia, gdyż w warunkach polskich duża część osób wykonuje pracę zawodową na podstawie znacznie gorzej chronionych form pozakodeksowych.

Wspomniane zmiany przedstawiano jako wyraz troski państwa o rodziny z dziećmi. Jednak duża część środowisk jeszcze przed wejściem zmian w życie wskazywała na zagrożenia. Eksperci z Instytutu Spraw Publicznych argumentowali, że bez silniejszych zachęt do korzystania z urlopów ze strony ojców prawo to może okazać się szkodliwe dla ochrony kobiet na rynku pracy. Przede wszystkim dlatego, że dłuższy urlop, także w części teoretycznie nieprzysługującej matkom (ale w praktyce najczęściej przez nie wykorzystywanej), może oznaczać ryzyko ich dłuższej absencji w zakładzie pracy. To zaś może okazać się sygnałem dla potencjalnego pracodawcy, by patrzeć jeszcze mniej przychylnym okiem na zatrudnianie kobiet w wieku prokreacyjnym. Pojawia się ryzyko, że krok ten przełoży się w skali mikro na jeszcze większe trudności młodych kobiet w odnalezieniu się na rynku pracy. Ten sam argument podaje dr D. Szelewa z Fundacji ICRA. Wskazuje przy tym, że także cel promowania dzietności niespecjalnie osiąga się tą drogą. Jako przykłady podaje Czechy i Węgry – kraje o bardzo długich urlopach, które borykają się, podobnie jak Polska, z niskimi współczynnikami dzietności.

Nastawieni krytycznie do ostatecznej konstrukcji prawa do urlopu rodzicielskiego sugerują wprowadzenie, wzorem np. krajów skandynawskich, tzw. daddy quota,czyli części urlopu przeznaczonej wyłącznie dla ojca dziecka. W razie jego niewykorzystania ta część urlopu przepadałaby, co silniej motywowałoby mężczyzn do kontaktu z dzieckiem, zaś dla pracodawcy ryzyko przy zatrudnieniu mężczyzn i kobiet byłoby bardziej zrównoważone. Niestety na ten krok się nie zdecydowano.

Becikowe

Z początkiem 2013 r. weszły w życie zmiany w becikowym, czyli prawie do jednorazowej zapomogi z tytułu urodzenia dziecka. Zachowano jej dotychczasową wysokość na poziomie 1000 zł, ale wprowadzono kryterium dochodowe uprawniające do korzystania z pomocy. Co ciekawe, nie pokrywa się ono z kryteriami dochodowymi uprawniającymi do świadczeń rodzinnych lub pomocy społecznej (czyli odnoszącymi się do rodzin niezamożnych i ubogich), lecz jest ustanowione na poziomie 1922 zł netto… na osobę w rodzinie, poniżej którego becikowe nie przysługuje. Z grubsza biorąc, nie ma więc odsiać ubogich od nieubogich, jak w innych świadczeniach opartych na kryterium dochodowym, lecz niebogatych od bogatych. Trudno o jednoznaczną ocenę tego kroku.

Warto przypomnieć, że pierwotnie planowano wprowadzenie progu dochodowego przy przyznawaniu becikowego, ale zaoszczędzone środki miały być przeznaczone na zwiększenie świadczenia dla uboższych. Tak się jednak nie stało. Działanie takie nie było zatem sposobem na przekierowanie pieniędzy od bogatszych do uboższych, lecz na szukanie oszczędności budżetowych.

Pozostawienie wysokości becikowego na stałym poziomie od czasu wprowadzenia tego świadczenia oznacza realny spadek jego wysokości, gdyż w międzyczasie koszty życia wzrosły. Jednocześnie wprowadzenie kryterium dochodowego rodzi szereg utrudnień proceduralnych. Wymaga czasu – zarówno ze strony starających się o świadczenie, jak i służb weryfikujących uprawnienie. Zasoby kadrowe i czasowe można by spożytkować znacznie rozsądniej.

Oprócz becikowego istnieje jeszcze wsparcie z tytułu urodzenia dziecka, skierowane do rodzin niezamożnych jako dodatek do zasiłku rodzinnego. To świadczenie również wynosi 1000 zł i, podobnie jak becikowe oraz pozostałe dodatki do zasiłku rodzinnego, nie było od lat waloryzowane. Można zatem powiedzieć, że realna wartość wsparcia z tytułu urodzenia dziecka w ostatnich latach – w tym w 2013 r. – spadła.

Problemem jest jednak nie tyle wysokość pomocy materialnej z tytułu samego urodzenia dziecka, ile zakres pomocy materialnej związanej z jego wychowywaniem. Podwyższone w związku z narodzinami koszty życia rodziny to nie jednorazowe obciążenie, lecz stały czynnik ekonomiczny, który towarzyszy przez kolejne lata wychowywania dziecka. Dlatego warte rozważenia wydawałoby się nie zwiększenie becikowego, ale modyfikacja go w taki sposób, żeby było mniejsze, lecz wypłacane w sposób ciągły, np. kwartalnie, w wysokości 500 zł przez cały okres dzieciństwa lub przez pierwsze lata życia dziecka.

Ubogie wsparcie ubogich rodzin

Ważnym i wciąż nierozwiązanym problemem pozostaje ubóstwo rodzin z dziećmi, od lat występujące w Polsce na dużą skalę, często przybierające skrajną postać.

Można zapytać, czy w obliczu tego zagadnienia i niespadającej stopy ubóstwa przedsięwzięto odpowiednie kroki. Odpowiedź jest o tyle trudna, że warunki materialne rodzin, a zatem także zagrożenie ubóstwem, zależą od większej liczby czynników niż tylko od dostępności i poziomu świadczeń adresowanych do rodzin, które już znalazły się w ubóstwie. Zaliczają się do nich nie tylko struktura płac, stopy zatrudnienia i bezrobocia, ale także czynniki pośrednie, jak dostęp do usług opiekuńczych nad dzieckiem, warunkujące realne możliwości pozostawania obojga rodziców – choćby w pewnym wymiarze – na rynku pracy, co przekłada się na dochody rodziny. Możliwości godzenia pracy z opieką, przywoływane już przy okazji omawiania zmian w dostępie do opieki żłobkowej i przedszkolnej, w części związane są z prowadzoną polityką publiczną w wymiarach regulacyjnym i finansowym, ale zależą także od aktywności podmiotów pozapaństwowych, np. postaw pracodawców lub podmiotów decydujących się świadczyć na rynku usługi opiekuńcze.

W zakresie wpływu państwa kierunek poczynań rządu można ocenić pozytywnie. Gdy idzie o sytuację rodzin na rynku pracy, wpływ państwa jest również pośredni i całościowy bilans jego roli wymagałby szerszego omówienia. Dlatego mówiąc o przeciwdziałaniu ubóstwu rodzin, odniosę się jedynie do wsparcia socjalnego dla rodzin niezamożnych. Nie stanowi ono podstawy, ale konieczne uzupełnienie polityki państwa na rzecz rodziny w sytuacji, gdy dochód z pracy nie pozwala na zaspokojenie potrzeb.

W Polsce wsparcie odbywa się w takich przypadkach głównie poprzez system świadczeń rodzinnych, a konkretnie poprzez zasiłek rodzinny i dodatki do niego. Są to świadczenia przeznaczone dla rodzin niezamożnych. Polityka rządu na tym polu od lat nie przedstawia się imponująco, a ostatni rok nie przyniósł zmian, co może sugerować, że rząd nie dostrzega wagi problemu braku środków do życia w niejednej polskiej rodzinie.

Zarówno wysokość zasiłku, dodatków do niego, jak i kryterium dochodowe do nich uprawniające są wciąż na niskim poziomie. W związku z tym krąg odbiorców wsparcia jest zawężony (część niezamożnych rodzin przekracza kryterium i znajduje się poza systemem pomocy), zaś beneficjenci systemu otrzymują niewiele, co nie pozwala im wydźwignąć się z ubóstwa i wykluczenia. Wprawdzie pod koniec 2012 r. nieznacznie podwyższono kryteria dochodowe (do 529 i 623 zł netto na osobę w rodzinie) oraz kwotę zasiłku (w zależności od wieku dziecka 77–115 zł), ale nie są to zmiany satysfakcjonujące.

Po pierwsze – wspomniana podwyżka jest jedynie rekompensatą nagromadzonych zaległości. Ustawa o świadczeniach rodzinnych mówi o cyklicznej weryfikacji wysokości zasiłku, której przez lata, powołując się na trudności budżetowe, nie przeprowadzano. Podwyżka powinna mieć miejsce znacznie wcześniej, a w 2012 r. nastąpić kolejna, co się nie stało. Po drugie – wysokość zasiłku sprzed podwyżki była niska w relacji do potrzeb. Wobec tego przydałoby się jego zwiększenie o znacznie wyższą kwotę. Po trzecie – to samo można powiedzieć o samym progu dochodowym. Nadal pozostaje on na tak niskim poziomie, że krąg rodzin uprawnionych do zasiłku niedostatecznie pokrywa się z rzeczywistym zapotrzebowaniem na materialne wsparcie.

Po czwarte – nadal nie podniesiono dodatków do zasiłku rodzinnego. Ustawa wyróżnia siedem jego rodzajów: z tytułu urodzenia dziecka, posłania dziecka do szkoły, rehabilitacji i kształcenia dziecka niepełnosprawnego, nauki poza miejscem zamieszkania, przebywania na urlopie wychowawczym, wychowywania dziecka w rodzinie wielodzietnej oraz samotnego wychowywania dziecka. Poza dodatkiem z tytułu urodzenia dziecka (1000 zł) wysokość wszystkich pozostałych dodatków nie przekracza 100 zł, co oznacza, że są one na poziomie bardzo niskim, nieadekwatnym do kosztów, jakie mają pokrywać. Ich dalsze niepodnoszenie sprawia, że realne wsparcie, jakie mają w założeniach stanowić, jest coraz skromniejsze.

Również w przypadku świadczeń pieniężnych z pomocy społecznej mamy do czynienia z problemem niskich progów i świadczeń, co zawęża krąg uprawnionych oraz oznacza jedynie symboliczną zapomogę. Wysokość progu dochodowego ma tu nie mniejsze znaczenie niż w przypadku świadczeń rodzinnych, gdyż zależy od niej wysokość zasiłku (obliczana jako różnica kryterium dochodowego i dochodu rodziny) oraz możliwość korzystania z innych programów wsparcia, np. „Wyprawka szkolna”, stypendium szkolnego i programów dożywiania.

Niedostateczne wsparcie rodziny w kryzysie

Nierozwiązanym problemem pozostaje to, że ubóstwo rodzin wciąż często stanowi przesłankę do odbierania dzieci rodzicom. Z formalnego punktu widzenia nie sama bieda, ale zagrożone dobro dziecka może być powodem decyzji o odebraniu go rodzicom. Jednak w praktyce granica ta się zaciera. Przede wszystkim skrajna bieda sama w sobie ogranicza warunki rozwoju dziecka, a często, choćby z uwagi na warunki lokalowe, także jego bezpieczeństwo. Ponadto życie w biedzie i wykluczeniu może sprzyjać rozwojowi dysfunkcji w życiu rodzinnym, które ostatecznie doprowadzą do rozdzielenia rodziców i dzieci, zazwyczaj z ogromną emocjonalną dla nich stratą. To zagrożenie jest kolejnym argumentem na rzecz znacznie bardziej intensywnego i kompleksowego podejścia do zapewnienia rodzinom z dziećmi godziwych warunków życia. Często jednak rozwiązania nie stanowią tylko transfery pieniężne czy zapewnienie odpowiedniego lokum, gdyż wykluczenie bywa wielowymiarowe. Dlatego konieczne jest również podjęcie działań reintegracyjnych i pozwalających przezwyciężać życiowe problemy materialne i pozamaterialne. Od niemal trzech lat obowiązuje ustawa o wsparciu rodziny i pieczy zastępczej, która zawiera instrumenty wsparcia rodziny w kryzysie, głównie poprzez instytucję tzw. asystentów rodzinnych. Warto zapytać, jak zmienia się skala ich wykorzystania, i czy były to zmiany na lepsze.

W Sejmie mówiła o tym wiceminister pracy i polityki społecznej Elżbieta Seredyn: W 2012 r. zatrudniono 2,1 tys. asystentów rodziny, którzy są zupełnie nowym narzędziem wsparcia rodziny wychowującej dzieci. Z pracy asystentów rodziny skorzystało w 2012 r. ok. 19 tys. rodzin. W przypadku ponad połowy rodzin, z którymi zakończono w roku sprawozdawczym pracę, została ona uwieńczona sukcesem, co oznacza pozostawienie dzieci we własnym środowisku rodzinnym. […] Natomiast, co warto podkreślić, w I połowie 2013 roku zatrudnionych było już 2486 asystentów rodziny, a więc tylko w ciągu 6 miesięcy ich liczba zwiększyła się o 19%. […] Zatrudnianie asystentów rodziny w znacznej mierze jest dofinansowane ze środków budżetowych. W 2012 roku przekazano na ten cel kwotę 17,5 mln zł. Stanowi to 45 proc. ogółu wydatków na ten cel w 2012 r. Dzięki temu dofinansowano zatrudnienie blisko 1200 asystentów, tj. ok. 57% ogółu asystentów zatrudnionych w 2012 r. Z usług asystentów skorzystało w 2012 r. 18947 rodzin.

Kierunek działań wydaje się korzystny, co sugerują coraz większa liczba asystentów i rodzin korzystających z ich wsparcia, oraz duży udział państwa w finansowaniu tej instytucji. Wspomniane liczby pokazują jednak, że wciąż daleko do powszechności wykorzystania tego instrumentu. Poszczególne przypadki, gdy z przyczyn społecznych lub, co gorsza, socjalnych dziecko zostaje rozłączone z rodziną, przekonują, że w tej materii wciąż jest wiele do zrobienia.

Istnieją jednak okoliczności, w których stanowcza interwencja, mogąca skończyć się nawet odebraniem (czasowym lub trwałym) dziecka, wydaje się uprawniona. Chodzi mianowicie o sytuacje, gdy zachodzi przemoc w rodzinie, rozumiana zarówno jako bezpośrednie znęcanie się, jak i rażące zaniedbanie dziecka. Miniony rok nie przyniósł istotnych zmian, lecz unaocznił – za sprawą kontroli NIK – słabości polityki państwa. W komunikacie Najwyższej Izby Kontroli czytamy: W ocenie NIK zmienione w 2010 i 2011 roku przepisy nie polepszyły dotąd sytuacji ofiar przemocy w rodzinie. Okazuje się, że odpowiednie instytucje wciąż mają problemy ze sprawnym udzieleniem pomocy. Przewlekłe i zbiurokratyzowane procedury działają demotywująco zarówno na ofiary, jak i na tych, którzy chcą im pomóc. I dalej: Nowa procedura „Niebieskie Karty” jest nadmiernie zbiurokratyzowana i czasochłonna. Zdaniem NIK może to zniechęcać osoby pokrzywdzone do zgłaszania przypadków przemocy. Zgodnie ze zmienionymi przepisami poszkodowane osoby wzywane są na spotkanie zespołu interdyscyplinarnego lub grupy roboczej, gdzie przed szerokim audytorium muszą opowiedzieć o tym, co je spotkało. Wezwania kierowane przez zespoły interdyscyplinarne są często ignorowane przez sprawców, zespoły nie mają bowiem żadnych narzędzi, aby wyegzekwować od nich przybycie. W konsekwencji zmniejsza się odsetek ujawnianych przypadków przemocy w rodzinie. Tymczasem skala zjawiska nie maleje, bowiem liczba interwencji domowych pozostaje praktycznie niezmieniona.

Raport wskazuje również na nieskuteczność obecnej formuły działania zespołów interdyscyplinarnych ds. przeciwdziałania przemocy. Wyniki kontroli NIK wskazują, że utworzenie zespołów interdyscyplinarnych i grup roboczych opóźnia pomoc dla rodzin dotkniętych przemocą. Wcześniej działania podejmowała sama Policja, i to w terminie nieprzekraczającym siedmiu dni od zgłoszenia problemu. Obecnie organem decydującym o terminie wizytacji nie jest już Policja, ale zespół interdyscyplinarny. Przepisy jednak nie precyzują terminów spotkań zespołów. W dodatku ich uczestnicy – najczęściej osoby aktywne zawodowo – nie otrzymują żadnej rekompensaty za poświęcony czas. Taki stan rzeczy sprawia, że mimo niemałego zaangażowania wielu ludzi, zespoły interdyscyplinarne nie działają efektywnie.

Jak z tego wynika, zarzuty nie dotyczą wyłącznie nieprawidłowości w stosowaniu prawa, ale odnoszą się do mechanizmów przewidzianych ustawą. Ich usprawnienie wydaje się pilnym zadaniem dla rządu.

Niewystarczająca pomoc dla rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi

Słabą stroną dotychczasowej polityki rodzinnej są działania na rzecz rodzin z niepełnosprawnymi dziećmi. To grupa, która jest w sposób szczególny zagrożona ubóstwem i wykluczeniem społecznym, co wynika z kilku równocześnie występujących przesłanek. Po pierwsze – niepełnosprawność dziecka lub jego przewlekła choroba rodzą dodatkowe koszty związane z leczeniem, rehabilitacją, specjalnym kształceniem, transportem itd. Tym samym w rodzinie dziecka niepełnosprawnego o danym poziomie dochodów duża ich część przeznaczana jest właśnie na finansowanie specjalnych potrzeb, wobec czego pula środków na te codzienne – jak wyżywienie, zabawki czy opłaty mieszkaniowe – ulega uszczupleniu. Po drugie – niepełnosprawność dziecka w wielu przypadkach oznacza dla jego opiekuna ograniczenia udziału w rynku pracy, wobec czego kurczy się dochód uzyskany z zatrudnienia. Tam, gdzie nie ma dodatkowego żywiciela (np. w postaci drugiego rodzica), redukuje się on do zera, co uzależnia poziom dochodu rodziny od niewielkich świadczeń społecznych. Po trzecie, pojawienie się niepełnosprawności dziecka– w szczególności głębokiej, trwającej od urodzenia – powoduje obciążenia psychiczne pozostałych członków rodziny, co nie tylko ogranicza wydajność ich pracy (o ile nadal ją podejmują) i zmniejsza dochód, ale też zwiększa prawdopodobieństwo rozpadu rodziny. Wiele rodzin z niepełnosprawnymi dziećmi to rodziny monoparentalne, gdzie dzieci wychowuje najczęściej samotna matka. Istnieje zatem szereg powiązanych czynników, które silnie zwiększają ryzyko ubóstwa i wykluczenia w tego typu rodzinach. Można je jednak łagodzić poprzez kompleksową politykę w tym zakresie. Czy jest ona prowadzona?

Ustawa o świadczeniach rodzinnych przewiduje zasiłek pielęgnacyjny dla podopiecznego i świadczenie pielęgnacyjne dla rodzica, który rezygnuje z pracy, aby zająć się opieką. Kwota zasiłku pielęgnacyjnego, niewaloryzowana od 10 lat, to zaledwie 153 zł. Ze wzrostem kosztów życia jej realna wartość spada. Niestety do tej pory nie zaproponowano, a tym bardziej nie zrealizowano projektów, które naprawiałyby to rażące zaniedbanie.

Również kwota świadczenia pielęgnacyjnego do niedawna przedstawiała się skromnie. Od kwietnia 2013 r. wynosi ona – wraz z 200 zł podwyżki w ramach rządowego programu – 820 zł. Wiele wskazuje jednak na to, że do wspomnianej podwyżki nie doszłoby (albo stałoby się to później) bez marcowego, kolejnego już, protestu rodzin osób niepełnosprawnych. Działania rządu w tym obszarze następowały z reguły pod wpływem presji społecznej. W styczniu 2014 r. zorganizowano protest pod znamiennym hasłem: „Jestem niepełnosprawny – jestem głodny”. Ponieważ nie przyniósł on wymiernych skutków, protestujący zdecydowali się pod koniec marca na bardziej radykalne kroki – głośny protest okupacyjny kilkorga rodziców w Sejmie, trwający ponad dwa tygodnie. Jego wynikiem było przyjęcie nowelizacji ustawy o świadczeniach rodzinnych, zgodnie z którą od maja tego roku świadczenie pielęgnacyjne wzrosło do 800 zł (przy zachowaniu 200 zł z rządowego programu), a do początku 2016 r. ma zrównać się z wysokością płacy minimalnej. Wprowadzono też mechanizm jego stałej waloryzacji.

Zwiększenie wysokości świadczenia nie było jednak jedynym postulatem tego środowiska, oczekującego debaty wokół kwestii składających się na całościowy system wsparcia. Chodzi tu o sprawy refundacji leków, wysokości zasiłków pielęgnacyjnych i rent socjalnych, zasad wykorzystywania subwencji oraz finansowania pomocy naukowych i sprzętu rehabilitacyjnego. Jakkolwiek wiele przywołanych tu problemów wiąże się z poziomem finansowania, to jednak całościowa polityka na rzecz rodziny z dzieckiem niepełnosprawnym wymaga podjęcia działań nie tylko zwiększających ilość pieniędzy, ale również reformujących jakość działania instytucji i prawa w obszarze rynku pracy, opieki zdrowotnej i edukacji. Wtedy polityka publiczna nie tylko chroniłaby przed ubóstwem, ale także służyła społecznemu i – w miarę możliwości – zawodowemu włączeniu osób niepełnosprawnych i ich opiekunów oraz normalizacji ich funkcjonowania w środowisku. Samo podniesienie świadczenia pielęgnacyjnego tego nie gwarantuje, a gdy przysługuje ono tylko opiekunom całkowicie rezygnującym z pracy, jego większa wysokość może sprzyjać życiowym strategiom zawodowej dezaktywizacji i bardzo intensywnemu oddaniu się długoterminowej opiece ze strony rodzica, co nie zawsze służy jej jakości.

W okresie trwania protestu uruchomiona została społeczna kampania społeczna „Jestem mamą. Nie rehabilitantką. Jestem tatą. Nie terapeutą”, wskazująca na potrzebę przemodelowania systemu wsparcia tak, by rodzic opiekujący się niepełnosprawnym dzieckiem nie musiał robić tego kosztem wszystkich innych ról społecznych. Niestety, w analizowanym okresie taka perspektywa nie znalazła wyrazu w prowadzonej polityce państwa. Polityka rządu okazała się bardzo niemrawa, o czym świadczy brak zdecydowanych działań w roku 2013, a w kolejnym – działania wycinkowe, wymuszane presją i w istocie będące jedynie gaszeniem pożarów, a nie tworzeniem podstaw pod stabilne warunki życia rodzin z niepełnosprawnymi.

Wykluczenie opiekunów osób dorosłych i starszych

Nie lepiej wygląda sytuacja rodzin osób, które niepełnosprawność dotknęła już w okresie dorosłości. Większość tej grupy stanowią opiekunowie osób starszych, ale zaliczają się do niej również sprawujący opiekę nad osobami, których upośledzenie nastąpiło w wyniku wypadku czy choroby w wieku produkcyjnym. Status społeczno-ekonomiczny tej grupy pogorszył się w minionym roku drastycznie, co stanowi chyba największe obciążenie dokonań rządu. Jeszcze u schyłku 2012 r. w życie weszła zmiana ustawy o świadczeniach rodzinnych pozbawiająca niepracujących zawodowo opiekunów dorosłych osób niepełnosprawnych prawa do dotychczas otrzymywanego świadczenia pielęgnacyjnego (utrzymano je tylko dla opiekunów osób niepełnosprawnych od dziecka).

Jako substytut wprowadzono tzw. specjalny zasiłek pielęgnacyjny, stanowiący wsparcie zdecydowanie mniej korzystne. Nie tylko jeśli chodzi o kwotę – 520 zł. Przede wszystkim dlatego, że ów zasiłek obwarowano licznymi, trudnymi do spełnienia kryteriami, które w praktyce wykluczyły wielu faktycznych opiekunów z możliwości korzystania z niego, a zarazem pozbawiły ich dotychczasowego zabezpieczenia emerytalno-rentowego i zdrowotnego. Trudnym do spełnienia kryterium okazał się dochód na poziomie 623 zł na osobę, którego wprowadzenie oznaczało, że przekroczenie owego progu dochodowego choćby o kilka złotych nie daje podstaw do otrzymania wsparcia. Innym uciążliwym kryterium okazała się konieczność wykazania rezygnacji z pracy ze względu na sprawowanie opieki, co uderzyło w osoby wcześniej niepracujące (np. bezrobotne lub nieaktywne zawodowo ze względu na opiekę nad inną osobą zależną). W efekcie zastosowania tych progów około 150 tys. osób zostało nie tylko bez świadczenia pielęgnacyjnego, ale i bez niższego specjalnego zasiłku pielęgnacyjnego. Dopóki otrzymywali świadczenia, organ wypłacający odprowadzał za nich składki na ubezpieczenia emerytalno-rentowe i zdrowotne. Gdy tytuł do świadczenia wygasł, składki przestały być odprowadzane. W rezultacie ogromna liczba ludzi została nie tylko bez środków do życia, ale także bez elementarnych praw społecznych. Trzeba pamiętać, że mowa tu o grupie, statystycznie rzecz biorąc, w wieku wczesnej starości lub u jej progu, z problemami zdrowotnymi. Ponadto sama opieka – zwłaszcza bez pomocy zewnętrznej – często prowadzi do izolacji, przeciążenia i wypalenia, w konsekwencji do wzrostu ryzyka utraty zdrowia, a nawet samodzielności.

Wykluczeni opiekunowie, jak sami o sobie mówią, rozpoczęli długą i wyczerpującą walkę w obronie swoich praw. Punktem zwrotnym był wyczekiwany wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 5 grudnia 2013 r., który stanowił, że państwo, odbierając wspomnianej grupie prawo do świadczeń pielęgnacyjnych, złamało konstytucję, a mówiąc ściślej – naruszyło zasady zaufania do państwa i zachowania praw nabytych. W wyroku tym zobowiązano ustawodawcę, żeby bez zbędnej zwłoki dostosował prawo do treści wyroku. Mimo nakazu bezzwłocznego działania prace nad zmianami zaczęły się przeciągać. Ustawę, mającą naprawić szkody, Sejm przyjął dopiero na początku kwietnia 2014 r. Jej kształt budzi zastrzeżenia środowiska opiekunów, kwestionujących jej zgodność z wyrokiem, oraz faktyczność powrotu do odebranych uprzednio praw. Ustawa nie przywróciła bowiem wcześniej otrzymywanego świadczenia pielęgnacyjnego, a jedynie zasiłek dla opiekuna w wysokości 520 zł. Tymczasem wysokość świadczenia pielęgnacyjnego znacznie wzrosła, zwłaszcza jeśli dodamy do tego 200 zł z rządowego programu. Pobierającym zasiłek dla opiekuna te podwyżki nie przysługują. W opinii zainteresowanych jest to kontynuacja, zapoczątkowanego we wcześniejszych latach, dzielenia środowiska, prowadzącego do nierównego traktowania osób opiekujących się niesamodzielnymi bliskimi. W świetle wspomnianych zmian ustawowych część opiekunów rezygnujących z pracy i niespełniających kryterium dochodowego nie kwalifikuje się nadal do żadnej z form wsparcia, w tym powiązanych z nimi ubezpieczeń zdrowotnego i emerytalno-rentowego. Ustawodawca jest głuchy na argument, że grupa ludzi pozostaje nie z własnej winy wielowymiarowo wykluczona.

Warto wspomnieć, że cały rok 2013, zwłaszcza jego druga połowa, a także pierwsza połowa roku 2014, to czas walki o przetrwanie tej grupy oraz wyczerpujących, intensywnych starań reprezentacji opiekunów, aby odzyskać odebrane środki. Rozpaczliwym wyrazem ich zmagań był wielotygodniowy protest przed siedzibą Sejmu. Z pozycji obserwatora, i po części uczestnika, mogę przyświadczyć towarzyszącym protestowi rozczarowaniom oraz poczuciu permanentnej niepewności i niestabilności. Doprowadzenie do wykluczenia grupy tak słabej i tak dotkniętej przez los niesamodzielnością bliskich jest jedną z większych porażek rządu i jedną z największych kompromitacji polityki społecznej na rzecz rodziny w ciągu ostatnich lat.

Podsumowanie

Obraz polityki rodzinnej w minionym roku i zarazem ogólnie w latach rządów koalicji PO-PSL nie jest jednoznaczny. Z pewnością jest o wiele mniej korzystny, niż to wynika z treści dostępnych na oficjalnych platformach promujących dokonania władzy.

Poproszony kilka lat temu przez redakcję „Zielonych Wiadomości” o głos podsumowujący dokonania PO w dziedzinie polityki rodzinnej, doszedłem do następującego wniosku: o ile polityka ta znacznie lepiej chroni rodziny w wymiarze rozmaitych usług wspierających, o tyle słabością jest materialny wymiar życia polskich rodzin. Tamta uwaga wydaje mi się aktualna. Faktycznie poprawił się dostęp do usług opiekuńczych i zwiększyło się wsparcie w środowisku życia, ale wciąż bardzo dużo rodzin żyje w niedostatku, a niewiele podjęto działań, by temu skutecznie zapobiec. Najsłabszym ogniwem polskiej polityki rodzinnej pozostało właśnie wsparcie najsłabszych – rodzin w kryzysie wychowawczym, materialnym bądź wywołanym chorobą lub niepełnosprawnością. Mając w pamięci tę uwagę i cały uprzedni wywód, spróbujmy raz jeszcze wskazać osiągnięcia i słabości polityki rządu w omawianym okresie.

Dość mocną stroną jest zwiększenie zaangażowania państwa we wsparcie usługowo-opiekuńcze dla rodzin z małymi dziećmi. Podjęto w tej dziedzinie działania na rzecz zwiększenia dostępności oraz zmniejszenia ciężaru finansowego opieki nad dziećmi najmłodszymi (w wieku do 3 lat) i w wieku przedszkolnym. Szczególnie uwidacznia to zapis gwarantujący 5 godzin bezpłatnej opieki przedszkolnej i bardzo niewielką odpłatność za godziny dodatkowe. Jest to krok przełomowy na drodze wprowadzanie cywilizowanych standardów w Polsce, zgodnie z którymi dostęp do opieki i edukacji na poziomie przedszkolnym jest społecznym prawem obywatelskim. Kolejne lata mają przesunąć prawo do korzystania z opieki przedszkolnej na jeszcze młodsze dzieci, co jest perspektywą pomyślną. Warto zauważyć, że wraz z przypisaniem nowych uprawnień najmłodszym obywatelom i ich rodzicom przekazano na ten cel środki z budżetu. Jest to również dobry znak. Dotychczas – także w poczynaniach obecnie rządzących – częstą praktyką było zapisywanie co do zasady słusznych praw, ale brakowało transferu pieniędzy na ich realizację. Zwłaszcza aktorzy polityki rodzinnej i społecznej niejednokrotnie mogli się o tym przekonać. Zresztą ta słabość – reformowanie bez pieniędzy – jest nadal widoczna na innych odcinkach polityki wobec rodziny. Dobrym przykładem jest funkcjonowanie na mocy ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie interdyscyplinarnych zespołów, które wskutek braku gratyfikacji bywają mało skuteczne.

Znacznie mniejszym entuzjazmem napawa druga ze sztandarowych reform, czyli wprowadzenie urlopów rodzicielskich. Choć zasadniczo polityka wsparcia rodzicielstwa, a nie tylko macierzyństwa, jest słuszna, to jednak w obecnej postaci może okazać się przeciwskuteczna. Istnieje przecież ryzyko, że wprowadzone urlopy rodzicielskie będą w praktyce zbyt często zamieniały się w wydłużone urlopy macierzyńskie, a to z kolei może uderzyć w sytuację kobiet na rynku pracy. I to nie tych, które świadomie wybierają dłuższy pobyt z dzieckiem (do czego mają prawo), lecz tych, które wbrew własnej woli mogą za sprawą obaw pracodawców nie otrzymać szansy zatrudnienia. Wprowadzenie urlopów rodzicielskich można by uznać za krok we właściwym kierunku, gdyby istotnie wzmocniono bodźce motywujące ojców do korzystania z uprawnień urlopowych (np. pod postacią daddy quota).

Słabą stroną polityki rodzinnej pozostaje wsparcie rodzin niezamożnych i w trudnej sytuacji życiowej. Tu władza nie może poszczycić się osiągnięciami. Zasiłki rodzinne i z pomocy społecznej oraz progi uprawniające do nich pozostały na niskim poziomie. Wielu potrzebujących w ogóle nie korzysta z materialnego wsparcia, a osoby, którym się to uda, otrzymują kwoty bardzo niskie, niepozwalające na godne życie choćby na skromnym poziomie. Kształtowanie kryteriów uprawniających do wsparcia wymaga daleko idącej rewizji. Radykalnemu podniesieniu powinny ulec także zamrożone progi uprawniające do zasiłku rodzinnego. Część z nich być może powinna funkcjonować jako niezależne od kryterium dochodowego dla zasiłku rodzinnego osobne świadczenia, adresowane do rodzin w szczególnych sytuacjach. Należy też nadal rozwijać sieć wsparcia usługowego dla rodzin w kryzysie, czemu mogą przysłużyć się asystenci rodzinni.

Inną słabością, która pogłębiła się w minionym roku, jest wsparcie dla rodzin opiekujących się niepełnosprawnymi. Mimo długiej walki zainteresowanych i obietnic rządzących czas ten nie został należycie wykorzystany ani na istotne podniesienie świadczeń dla rezygnujących z pracy rodzin niepełnosprawnych dzieci, ani na stworzenie kompleksowego programu wsparcia rodzin dzieci z niepełnosprawnością, który obejmowałby na przykład opiekę wytchnieniową lub wyższe zabezpieczenie emerytalno-rentowe na wypadek śmierci. Nie stworzono też prawnych ani ekonomicznych mechanizmów pozwalających godzić pracę zawodową z opieką. Według obecnej wiedzy takie potrzebne zmiany nie nastąpią także w nadchodzących miesiącach. Polityka publiczna nie zabezpieczyła również bytu rodzinom z osobami starszymi pod opieką. Ba, grupa ta uległa na skutek nieroztropnych działań prawnych jeszcze głębszemu wykluczeniu. Zostali bez środków, ubezpieczenia zdrowotnego i emerytalnego. Właśnie trwa proces naprawiania szkód, ale wiele wskazuje na to, że w najbliższym czasie nie wszyscy pokrzywdzeni zostaną objęci wsparciem.

Widać zatem, że jeśli chodzi o modernizację polskiej polityki rodzinnej – zwłaszcza w wybranych jej obszarach – jeszcze wiele przed nami.

Państwo i filantropia

Państwo i filantropia

Wraz ze styczniem kończy się maraton dobroczynności, z którym mamy do czynienia w tym okresie co roku. Najpierw na fali emocji okołoświątecznych, a później WOŚP, która również stała się częścią polskiej tradycji i – mimo licznych głosów krytyki z prawa i lewa – póki co nią pozostanie. Przy okazji uruchamiają się dwie równoległe i zarazem powiązane dyskusje. Pierwsza na temat poziomu solidarności w polskim społeczeństwie i naszej skłonności do dzielenia się z innymi. Druga – rozkwitająca przy okazji WOŚP, sprofilowanej na kwestie medyczne – dotyczy pytań o wydolność państwa opiekuńczego, efektywność i skuteczność usług publicznych, zwłaszcza służby zdrowia.

Choć jedna i druga dyskusja, jak to u nas bywa, przeradzają się momentami w przewidywalny rytuał, sama tematyka jest warta szerokiej publicznej debaty także po ustaniu charytatywnego karnawału.

Nie takie państwo straszne, jak je malują

W grudniu ub. roku największą furorę zrobił prowadzony od lat program Szlachetna Paczka. Polega on na tym, że darczyńcy za pośrednictwem prowadzącej akcję organizacji Wiosna przeznaczają paczki dla konkretnych, wybranych przez siebie rodzin, które wcześniej opisują własną sytuację i potrzeby. W mainstreamie prezentowano tę inicjatywę jako sukces, a jej formułę niejednokrotnie przeciwstawiano tradycyjnym formom pomocy realizowanym przez państwo. Wśród zalet Szlachetnej Paczki często wymienia się dobrowolny, oddolny charakter, jako antytezę odgórnych biurokratycznych działań państwa, a także możliwość trafnego dotarcia do konkretnych osób potrzebujących – jako przeciwieństwo ponoć nieefektywnej pomocy publicznej, która rzekomo nie trafia do tych, do których powinna.

Ukazywanie publicznego wsparcia jako negatywnego punktu odniesienia jest nie tylko nie do końca trafione, ale i w praktyce szkodliwe. W ten sposób bowiem delegitymizuje się instytucje, które – nawet działając nie bez zarzutów – pomagają potrzebującym na znacznie większą skalę niż akcje charytatywne. Ponadto adresaci publicznej pomocy są tu na mocy przepisów traktowani mniej lub bardziej jako podmioty praw, mający upoważnienie do pewnych roszczeń i zdolność odwoławczą. Natomiast w przypadku prywatnej i społecznej filantropii są całkowicie zdani na łaskę darczyńców.

Z tych oto względów zamiast krytykować państwo jako z natury mniej efektywne, warto się zastanowić, co zrobić, aby jego potencjał był lepiej wykorzystany, a wady zostały wyeliminowane; aby uczynić je sprawniejszym w identyfikowaniu oraz adresowaniu potrzeb społecznych i zdrowotnych. A także aby uczynić je bardziej przejrzystym i rozsądnie gospodarującym posiadanymi środkami. Poza tym postawmy pytanie, czy tezy o nieefektywności i nieskuteczności państwa nie są wyolbrzymiane.

Weźmy przykład. W ramach programu Szlachetna Paczka w 2013 r.  pomoc dotarła do 13 230 rodzin. To spora liczba, której znaczenia nie należy bagatelizować, ale pamiętajmy jednocześnie, że według metodologii Eurostatu w Polsce w 2011 r. zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem było aż 10 mln osób. W ramach świadczeń społecznych w 2012 r. 2,5 mln rodzin otrzymywało zasiłek rodzinny – wsparcie materialne dla rodzin o niskim dochodzie. Widzimy więc, że skala wsparcia, jakie dokonuje się dzięki państwu, jest nieporównywalnie większa. Na marginesie warto jednak przypomnieć, że miarą skuteczności polityki społecznej jest nie tyle liczba rodzin wspieranych, co jak najmniejsza liczba rodzin doświadczających ubóstwa i wykluczenia, nie tylko zresztą materialnego. Pod tym względem nadal wypadamy słabo, a poprawy sytuacji nie zagwarantuje sama polityka wsparcia socjalnego – potrzebna jest  poprawa sytuacji rynku pracy (wzrost zatrudnienia i wzrost dochodów z pracy) i takiego zabezpieczenia społecznego, które pozwoliłoby jak największej liczbie osób się utrzymać.

Wracając do kwestii skuteczności publicznych świadczeń w zestawieniu z charytatywnymi zbiórkami, zauważmy, że także największa tego typu akcja – WOŚP – pozyskuje środki kilka tysięcy razy mniejsze niż te, którymi dysponuje NFZ. Co więcej, koszty administracyjne stanowią jedynie 1,05% planowanych kosztów Funduszu ogółem, co jest znacznie niższym udziałem procentowym, niż to ma miejsce w przypadku wielu akcji charytatywnych. Dla porównania: obsługa administracyjna WOŚP kosztowała w tym roku 8-9% wszystkich wydatków, co również nie jest wielkość horrendalną, niemniej publiczny system zdrowotny wydaje się być pod tym względem mimo wszystko znacznie bardziej efektywny.

Na tym można byłoby zakończyć wywód. I wielu to czyni. Chciałbym jednak – bynajmniej nie z przekory, ale w imię prospołecznej wizji – wskazać na słabości przechylenia w drugą stronę. Ma ono miejsce, gdy zaczynamy postrzegać i przedstawiać WOŚP oraz podobne akcje wyłącznie przez pryzmat ich negatywów, a w tle malujemy wizję państwa socjalnego, w tym publicznej służby zdrowia, bez żadnej skazy ani słowa krytyki. Symbolem tej postawy, dość w ostatnim czasie popularnej wśród części lewicowych internautów, mogą być hasła typu „Hate WOŚP, love NFZ”. Myślę, że ten rodzaj myślenia i jego obecność w debacie publicznej rodzi szereg pułapek, wręcz zagrożeń.

Nie palmy komitetów, zakładajmy własne

Po pierwsze, gdy ktoś bezpardonowo uderza w WOŚP, zaczyna być postrzegany jako killjoy, psujący – choćby chwilową, powierzchowną – atmosferę wspólnoty i solidarności, a sam wzbudza raczej awersję i dystans. Wprawdzie krytyczna postawa siłą rzeczy wymusza narażanie się oraz wybudzanie ludzi z błogiej nieświadomości czy samozadowolenia i tego nie unikniemy, chcąc coś zmienić. Ale czy akurat ten moment – jeden z niewielu w roku, gdy powstają kolektywne i zasadniczo pozytywne emocje – jest najlepszym, by płynąć pod prąd? Zwłaszcza gdy nasza szara codzienność obfituje w tak wiele drobnych i większych symptomów zniszczenia przeżyć i więzi zbiorowych oraz atrofii indywidualnej solidarności, że może lepiej to na nie skierować krytyczny impet?

Pokazywanie WOŚP w najgorszym świetle wyzwala  poczucie dysonansu wśród osób, które w jakiejś mierze uczestniczą w tej inicjatywie. Wzbudza wątpliwość, czy na pewno jesteśmy tacy fajni, wrzucając pieniądze do puszki i przyklejając sobie serduszko. Czy nie bierzemy udziału w jakimś zbiorowym otumanieniu, na którym ktoś zbija kapitał oraz medialną popularność. Opisana sytuacja nie wydaje się korzystna. Przede wszystkim takie poczucie dysonansu może wywołać reakcje obronne i niechęć wobec tych, którzy przypominają, że „w istocie nasze działania wcale nie są potrzebne”. Niekoniecznie służy to przyciąganiu osób na stronę frontu na rzecz budowania publicznego systemu dobrobytu, zwłaszcza jeśli nie towarzyszy temu konstruktywna i przebijająca się w debacie propozycja tego, co związani z działalnością w WOŚP mogą zrobić w zamian na rzecz dobra wspólnego. Ktoś powie o solidarnym płaceniu podatków i składek, tyle że akurat wiele osób zaangażowanych w WOŚP to niekoniecznie krezusi czy ludzie w ogóle syci. Wiele z nich jest niezamożnych i w polskich realiach fiskalnych – charakteryzujących się dość płaskim systemem podatkowym z relatywnie wysokimi obciążeniami osób niemajętnych, dużym udziałem podatków pośrednich, a małym bezpośrednich – już i tak płaci sporo w postaci PIT-u i VAT-u w relacji do swoich zasobów. Na składki natomiast z reguły nie ma wpływu, bo albo jest na bezrobociu, albo pracuje na śmieciówce czy na skromnym etacie, od którego składki odprowadza kto inny. Część osób po prostu nie widzi alternatywy, by dać ujście potrzebie solidarności i bycia częścią pewnej wspólnoty.

W sytuacji tak silnej dezintegracji społecznej jaka ma miejsce w Polsce, rozmaite mechanizmy więziotwórcze, zarówno świeckie, jak i religijne, nie powinny – o ile nie stoją w jawnej sprzeczności z wartościami życia zbiorowego – być z zasady wykorzeniane, a co najwyżej modyfikowane, aby były bardziej skuteczne i włączające. Podobnie z zaangażowaniem społecznym. Gdy mamy tak niski poziom kapitału społecznego, zwłaszcza tego o charakterze pomostowym, łączącego ludzi o różnych cechach społeczno-ekonomicznych, może warto zastanowić się, czy rzucać kłody pod nogi inicjatywom, które wychodzą temu naprzeciw. Remigiusz Okraska napisał kiedyś felieton, w którym sugerował, że delegitymizowanie przez odmienne strony podziałów politycznych wszelkich form zaangażowania swoich adwersarzy (np. poprzez doszukiwanie się i eksponowanie ich słabszych cech czy zarzucenie nieuczciwości) jest zabójcze, zwłaszcza w sytuacji pustynnienia życia społecznego i obywatelskiego. Myślę, że tamta obserwacja nie traci na aktualności. A jeśli dana inicjatywa pomocowa nam nie odpowiada, czy to z przyczyn ideologicznych, czy ze względu na formę i profil działania, to zamiast z nią walczyć, lepiej pokazać pozytywną alternatywę, angażując się w inne, bliższe nam projekty lub organizując własne. I choć w przestrzeni społecznej zapewne są i takie, którym należy powiedzieć no pasaran (jeśli nawołują do przemocy i wykluczenia), to jednak wątpię, czy powinno się to odnosić – przy rozmaitych obiekcjach wobec nich i ich liderów – akurat do takich inicjatyw jak WOŚP, Szlachetna Paczka czy Caritas.

Nie idealizujmy – krytykujmy i  naprawiajmy

W dodatku przeciwstawianie WOŚP państwowej służbie zdrowia lub jej administracyjnym organom jak NFZ, ukazywanym wyłącznie w pozytywnym świetle, nie wydaje mi się strategią skuteczną. Taka retoryka nie przekona licznych obywateli. I to nie tylko ideologicznie przeciwnych wszystkiemu co państwowe, ale także tych, którzy na własnej lub bliskich skórze doświadczają nieprawidłowości i nierzadko niesprawiedliwości publicznego systemu zdrowotnego. Weźmy NFZ. Nie trzeba być szczególnie wnikliwym analitykiem polityki zdrowotnej, by usłyszeć choćby o premiach dla wyższych urzędników przy jednoczesnej zaniżonej wycenie poszczególnych świadczeń, np. w obszarze pediatrii czy  geriatrii (by przywołać te obszary, którymi zajmuje się WOŚP). I choć wspomniane premie są w skali systemowej nieznaczącymi kwotami w zestawieniu z tym, czego brakuje w publicznej kasie na zaspokojenie potrzeb zdrowotnych, jednak nie budzą one zaufania do tej instytucji.

Zresztą problemy dotyczą nie tylko NFZ, jego kadry i wyceny świadczeń, ale także polityki zdrowotnej na różnych szczeblach i etapach wdrażania. Poczynając od pozyskiwania środków, których jest stanowczo za mało m.in. z uwagi na stopę bezrobocia i wzrost ilości nieoskładkowanych umów o dzieło, a więc czynniki, które wykraczają poza kompetencje zarówno NFZ, jak i Ministerstwa Zdrowia, a wiążą się z całościowym funkcjonowaniem polskiego państwa. W obliczu tych zjawisk hasła typu „hate WOŚP, love NFZ” brzmią nie tylko nieprzekonująco, ale wręcz groteskowo, nawet jeśli – patrząc systemowo – mechanizm pozyskiwania i zagospodarowywania środków na leczenie poprzez składki i podatki pozostaje mimo swych słabości bardziej efektywny niż charytatywne zbiórki pokroju WOŚP. Nie chodzi tu jednak tylko o skuteczność perswazji, ale także o rozwijanie w sobie umiejętności krytycznego analizowania i reformowania instytucji publicznych. W atmosferze ich wybielania w imię pokazywania wyższości sektora publicznego nad prywatnym czy nawet społecznym otoczeniem zatraca się misja modernizacji i rozwoju usług publicznych, która to (a nie tylko sama ich obrona) powinna stanowić nasz azymut.

Wielosektorowość i sprawiedliwość

Po trzecie – środowiska postępowe zdają się popadać w pułapkę źle rozumianego etatyzmu, który nie oznacza tu wiary w konieczność interwencji państwa, lecz w konieczność przejmowania przez nie jak najwięcej funkcji przy odpuszczaniu czy nawet negowaniu tego, co jest pozapaństwowe. Trudno to nawet nazwać anachronizmem, bo już dawno – choćby w dokumentach programowych Polskiej Partii Socjalistycznej – była mowa o wielosektorowym systemie społeczno-gospodarczym, gdzie znalazłoby się miejsce w odpowiednich, niekoniecznie równych proporcjach, na to, co państwowe, społeczne oraz prywatne.

Tym bardziej należy pamiętać o tym dziś, gdy istnieje rozległa literatura na temat wielosektorowej gospodarki dobrobytu i polityki społecznej. Akcentuje ona włączenie w proces zaspokojenia potrzeb i budowania spójności także podmiotów niepaństwowych, od sektora prywatnego przez społeczno-obywatelski po nieformalny. Trudno zanegować tę dyskusję i nie warto się od niej dystansować. Pozwolę sobie zacytować facebookową wypowiedź Cezarego Miżejewskiego, który od lat działa na pograniczu sektorów publicznego i społecznego: Debata o social mix jest chyba kluczową dla całej polityki społecznej. A zarazem dla całej lewicy, która utknęła w meandrach nie bynajmniej w debacie o publicznych usługach, ale o wyższości państwowego nad społecznym, przegrywając w eliminacjach z prywatnym i to nie tylko wykonawstwem, ale również prywatyzowaniem funkcji państwa. Jeśli nie otworzymy się na działanie publiczno-społeczne, i nie stworzymy spójnej wizji, to będziemy za kilka lat wspominać, że coś było publiczne, ale walczyliśmy o to na fejsie. PS. Oczywiście to nie pochwała mainstreamowego Owsiaka, ale wszystkich społecznych inicjatyw.

Lepiej zatem włączyć się w ową dyskusję o wielosektorowości i dążyć, aby w jej ramach wypracować taki wariant międzysektorowego ładu, który optymalnie realizuje nasze wartości, jak solidarność czy sprawiedliwe zaspokajanie rozległych i złożonych potrzeb. O ile poniekąd zrozumiała jest rezerwa wobec włączania w to świata biznesu, zwłaszcza gdy działa on tak jak w Polsce, o tyle w przypadku różnych inicjatyw społecznych jest to bezzasadne. Choć w ramach sektora pozarządowego są inicjatywy bliższe i dalsze prospołecznym ideałom (WOŚP i filantropijne akcje są od nich raczej dalej niż np. działalność podmiotów gospodarki społecznej), niewłaściwe jest negowanie tego wkładu w zaspokajanie potrzeb społecznych.

Sprzęt zakupiony przez Owsiaka pomaga relatywnie niewielkiej liczbie przypadków w porównaniu z liczbą wymagających pomocy i nie otrzymujących jej w adekwatnym czasie i zakresie. Ponadto na niewiele by się on zdał, gdyby nie publiczna infrastruktura medyczna oraz wykwalifikowani i zatrudnieni ze środków publicznych lekarze i pielęgniarki, którzy przy pomocy tej aparatury wykonują ciężką i użyteczną pracę. Należy o tym pamiętać i przypominać innym. Jednak z uwagi na ułatwienie pracy choćby tej garstce pracowników służby zdrowia i zapewnienie większych szans na godne leczenie niewielkiej części pacjentów warto o pewną ostrożność, gdy mamy ochotę dezawuować tym podobne zbiórki. Punktem wyjścia dla prospołecznych, postępowych środowisk  powinno pozostać szerokie i sprawiedliwe zaspokojenie podstawowych potrzeb ludzi, w tym zwłaszcza najsłabszych. A dotknięci chorobą pacjenci publicznej służby zdrowia (uzupełnianej przez WOŚP) do tej grupy należą.

Z powyższego płynie dla mnie kilka wniosków i rekomendacji. Potrzebne jest po pierwsze przekierowanie energii krytycznej z walki z WOŚP i innymi, najczęściej kościelnymi organizacjami charytatywnymi, na konstruktywną (!) krytykę systemu polityki społeczno-gospodarczej, w tym funkcjonowanie usług publicznych i ich słabości, jak niedofinansowanie, nieprzejrzystość, coraz silniejsza orientacja rynkowa w zarządzaniu nimi itp. Po drugie, przyjęcie jako nieusuwalnej, a do pewnego stopnia pozytywnej, obecności różnych form zbiorowej i indywidualnej solidarności oraz doświadczeń życia zbiorowego, które odbywają się poza instytucjami państwa. Ewentualny dystans wobec poszczególnych z nich należy manifestować raczej poprzez równoległe inicjatywy, które byłyby pozytywną alternatywą i sposobem przyciągania do naszych idei i sposobów działania. Po trzecie – uznanie potrzeby istnienia wielosektorowego systemu dobrobytu i dążenie, by w jego ramach pierwiastek publiczny był silnie obecny, zarówno jeśli chodzi o zakres oddziaływania, jak i jakość współdziałania z tym, co niepubliczne.

Socjaldemokratyczna polityka społeczna

Zarówno socjaldemokracja, jak i polityka społeczna budzą liczne skojarzenia, często oparte na intuicjach. Nierzadko są one trafne, jak wówczas gdy myślimy o przeciwdziałaniu ubóstwu, wsparciu słabszych, zmniejszaniu nierówności. Jednak czasami realna treść tych pojęć wybiega poza powszechne wyobrażenia. Czy polityka społeczna to tylko pomoc ubogim? Czy rozbudowany system socjalny rozleniwia i dusi przedsiębiorczość? Czy programy skierowane tylko do najbardziej potrzebujących to najlepszy sposób, aby umożliwić im godne i pełnoprawne funkcjonowanie w społeczeństwie? Na te pytania intuicja może nie odpowiedzieć, dlatego warto udać się w w podróż śladami różnych systemów polityki społecznej, wśród których szczególnie interesujący, jeśli chodzi o skuteczne łączenie sprawiedliwości i efektywności, wydaje się ten zwany socjaldemokratycznym.

Nie „czy”, ale „jaka”

Polityka społeczna prowadzona przez państwo przy udziale innych podmiotów to obszar zagadnień, który stał się standardem w krajach zamożnych, a także w części krajów rozwijających się.

Różnice dotyczą raczej skali aktywności, sposobów interwencji, celów i osiąganych rezultatów, a nie tego, czy w ogóle taką politykę prowadzić. Tymczasem w Polsce wciąż stajemy przed koniecznością obrony polityki społecznej jako takiej przed środowiskami, które najchętniej ograniczyłyby ją do absolutnego minimum, a jej obecne zadania powierzyły organizacjom charytatywnym, uzupełniającym dobrobyt wypracowywany w wyniku gry sił rynkowych. Podejmując debatę w imię obrony państwa socjalnego, z jednej strony robimy to, co konieczne, z drugiej jednak reprodukujemy kształt debaty, który stawia nas w pozycji defensywnej. Warto w związku z tym przejść od pytania „czy” do próby odpowiedzi na pytanie „jaka” polityka społeczna. To przesunięcie pozwala nam zrobić krok do przodu w rozpoznaniu i projektowaniu rzeczywistości oraz może posłużyć w sporze o rację bytu państwa socjalnego. Pokazuje bowiem, że polityka społeczna to nie postkomunistyczna skamielina, lecz złożony wachlarz narzędzi, którym na różne sposoby możemy kształtować rzeczywistość i osiągać wspólnotowe cele, nie tylko te o charakterze stricte socjalnym.

Sztuka wyboru

W różnych krajach istnieją sprawdzone wzorce mierzenia się z wybranymi wyzwaniami społecznymi. Próby ich usystematyzowania sięgają lat 60., a szczególny rozwój tej dziedziny rozważań, tj. porównawczej polityki społecznej, wypada na koniec lat 80. Kamieniem milowym była książka „Three worlds of welfare capitalism” Gøsty Esping-Andersena (w Polsce przetłumaczona niezbyt szczęśliwie jako „Trzy światy kapitalistycznego państwa dobrobytu”). Wyróżnił on trzy główne warianty: socjaldemokratyczny, liberalny i konserwatywny. Typologia ta podlegała następnie modyfikacjom ze strony samego autora ze względu na kryteria podziału oraz nieadekwatność względem poszczególnych krajów i regionów, zwłaszcza tych spoza zachodniego kapitalizmu, będącego dla autora głównym punktem odniesienia. O politycznej przydatności tej klasyfikacji stanowi jej powiązanie z wybranymi doktrynami politycznymi, które do dziś mogą orientować działalność partii politycznych, także w tak nietypowym kraju jak Polska.

Sztuka wyboru według danego modelu polityki społecznej będzie zależała w dużej mierze od tego, jaka ideologia jest nam bliska – jaki system przekonań względem ładu społecznego uznajemy odnośnie do ładu społecznego. Jednak zbieżność modelu z naszymi wartościami nie musi być wyłącznym kryterium wyboru i oceny. Możemy, a nawet powinniśmy uwzględniać również kwestie związane ze skutecznością osiągnięcia pewnych zamierzeń, a także możliwości przyjęcia danych rozwiązań w zastanych warunkach. W opinii niżej podpisanego podejście socjaldemokratyczne jest zarówno najbliższe wartościom, które przyświecają środowisku „Nowego Obywatela” i części jego czytelników, jak i najskuteczniej może pozwolić osiągnąć cele – jak choćby efektywność ekonomiczną, stabilność demograficzną czy innowacyjność – które wykraczają poza dążenia organicznych socjaldemokratów, a mogą być atrakcyjne także dla osób o nieco innej orientacji ideowej.

Modele polityki społecznej różnią się na poziomie fundamentalnych wartości – odnośnie do tego, w jakim stopniu powinna być realizowana solidarność, komu i na jakich zasadach, jak dalece państwo powinno ingerować w stosunki społeczne, jaki poziom nierówności akceptujemy itp.

Model liberalny

  • Państwo ingeruje w niewielkim stopniu, dopiero gdy w danym przypadku zawiodą inne źródła dobrobytu (np. rodzina i rynek),
  • programy są selektywne, w założeniu adresowane do najbardziej potrzebujących (stosuje się różne kryteria selekcji, najczęściej jest to kryterium dochodowe),
  • duża rola pomocy społecznej, a niewielki udział świadczeń o charakterze zaopatrzeniowym,
  • wsparcie socjalne może prowadzić do stygmatyzacji jego adresatów, co w założeniu ma motywować do korzystania z niego tylko w skrajnych przypadkach i do jak najszybszego powrotu na rynek pracy,
  • dążenie, by interwencja socjalna w niewielkim stopniu zaburzała mechanizmy rynkowe,
  • brak intencji świadomego usuwania nierówności społeczno-ekonomicznych ze strony państwa, a co najwyżej wola nieznacznego ich złagodzenia,
  • otwarcie na mechanizmy rynkowe w zabezpieczeniu społecznym (duża rola podmiotów prywatnych i społecznych).

Model konserwatywny

  • Istotna rola rodziny w zaspokajaniu potrzeb jednostki i zapewnianiu jej bezpieczeństwa socjalnego,
  • rozbudowany system państwowych ubezpieczeń społecznych, które chronią na wypadek zaistnienia ryzyk socjalnych,
  • instytucje socjalne nakierowane na żywiciela rodziny, który ma zapewnić rodzinie byt,
  • instytucje publiczne utrwalają tradycyjny podział ról w rodzinie,
  • interwencja socjalna ma nieznacznie korygować i usprawniać mechanizmy rynkowe,
  • duża rola lokalnych sieci wsparcia (rodzina, wspólnota sąsiedzka, grupy samopomocowe i religijne).

Model socjaldemokratyczny

Model socjaldemokratyczny różni się zasadniczo od konserwatywnego i liberalnego już na poziomie podstawowych założeń. W znacznie większym stopniu dopuszcza świadome i intencjonalne kształtowanie stosunków społecznych przy pomocy polityki publicznej, która ma uzupełniać czy korygować ich charakter, jaki wynika wprost z układu sił na rynku, w relacjach rodzinnych i władzy. Oto najważniejsze cechy tego modelu:

  • państwo odważnie ingeruje w stosunki rynkowe w celu zmniejszania nierówności i realizacji innych społecznych celów, czemu służą wysokie i silnie progresywne podatki,
  • wysoki udział wydatków socjalnych w PKB i w budżecie (traktowanie polityki społecznej jako sfery wartej tego, by w nią inwestować),
  • państwo odgrywa doniosłą rolę w zaspokajaniu potrzeb swoich obywateli i zapewnianiu im godziwych i bezpiecznych warunków życia,
  • przeważają programy uniwersalne (zaopatrzeniowe), adresowane do wszystkich obywateli lub do szerokich grup, niezależne od testu dochodów, a oparte na diagnozie potrzeb lub innych kryteriach (np. wiek),
  • duża rola powszechnych usług publicznych adresowanych do wszystkich obywateli/mieszkańców (kategoria obywatelstwa socjalnego),
  • dążenie, aby pozycja na rynku pracy czy sytuacja rodzinna nie determinowały możliwości uczestniczenia w życiu społecznym i realizacji potrzeb (tzw. dekomodyfikacja),
  • promowanie partnerskiego modelu rodziny i tworzenie możliwości łączenia ról rodzinnych i zawodowych,
  • aktywna i wielowymiarowa polityka wsparcia, zwłaszcza grup zagrożonych wykluczeniem społecznym i zawodowym (niepełnosprawni, kobiety, imigranci itp.),
  • istotne znaczenie dialogu społecznego w tworzeniu i realizowaniu polityki społeczno-gospodarczej, czemu towarzyszą wysoki poziom uzwiązkowienia i kooperacyjny charakter stosunków pracy.

Model ten, podobnie jak dwa pozostałe, praktycznie nie występuje nigdzie w czystej postaci, aczkolwiek najbliższa mu w okresie powojennym okazała się droga rozwoju w państwach skandynawskich, zwłaszcza w Szwecji. Partia Socjaldemokratyczna, niemal nieprzerwanie rządząca w tym kraju, wypracowała sposób funkcjonowania instytucji na tyle stabilny i cieszący się społecznym poparciem, że nawet gdy do władzy doszły ugrupowania konkurencyjne, podstawy systemu zostały zachowane. Jednocześnie od lat 90. system szwedzki podlega dynamicznej ewolucji. Niekiedy oddala go ona od założeń socjaldemokracji, np. wprowadza mechanizmy rynkowe do sektora usług publicznych (zwłaszcza edukacyjnych) lub segment kapitałowy do systemu emerytalnego. W innych sferach „socjaldemokratyczność” wzrasta, np. jeśli chodzi o powszechność dostępu do opieki przedszkolnej.

Siła uniwersalizmu, słabość selekcji

Jednymi z najbardziej charakterystycznych wyróżników socjaldemokratycznej polityki społecznej są: zasada uniwersalności oraz bliska jej zasada obywatelstwa socjalnego. Jednocześnie są to cechy niezbyt dobrze kojarzone na polskim gruncie, nie przypisuje się im odpowiedniej rangi lub wręcz wartościuje negatywnie jako socjalistyczne relikty. Jeszcze do niedawna nawet w środowiskach lewicowych nierzadkie było przekonanie, że wsparcie powinno być adresowane do najbardziej potrzebujących, czyli najuboższych, a więc spełniających kryterium dochodowe. O ile rozumie się, że socjaldemokracja powinna walczyć z nadmierną rozpiętością dochodów, a szerzej – możliwości życiowych, o tyle formuła świadczeń uniwersalnych, adresowanych do dużych grup społecznych, czasem wręcz do całego społeczeństwa, budzi pewną nieufność. Dlaczego dzieci Kulczyka miałyby dostawać tyle samo co dzieci z byłych PGR-ów lub wielkomiejskich enklaw biedy? Z pozoru wydaje się, że w niechęci do świadczeń uniwersalnych tkwi sens. Środków mamy przecież mało, a trzeba trafić do najbardziej potrzebujących, zaś korzystanie ze świadczeń przez osoby z klasy średniej czy wyższej to przecież marnotrawstwo ograniczonych zasobów. Czy na pewno?

Zasada obywatelstwa socjalnego mówi o tym, że uprawnienia socjalne są uzależnione od samego statusu obywatela (a w zasadzie należałoby to rozszerzyć także na rezydentów), a nie od grubości portfela czy innych dodatkowych kryteriów, najczęściej powiązanych z przeszłym lub aktualnym statusem na rynku pracy czy sytuacją rodzinną. Świadczenia uniwersalne to przede wszystkim te o charakterze zaopatrzeniowym – finansowane z budżetu i kierowane do obywateli w zależności od potrzeb lub bardzo ogólnych kryteriów związanych z fazą życia – dzieciństwem czy podeszłym wiekiem.

Przyjrzyjmy się kilku argumentom dotyczącym słabości selektywnej polityki społecznej:

  • ryzyko pominięcia części osób potrzebujących,
  • ryzyko stygmatyzacji odbiorców wsparcia,
  • koszty weryfikacji,
  • rozbijanie wspólnoty i kapitału społecznego,
  • ograniczona presja projakościowa.

Z ideowego punktu widzenia najważniejszy jest pierwszy argument. Uderza on w tak ważny dla socjaldemokracji cel, jakim jest zaspokojenie potrzeb, zwłaszcza osób najsłabszych, ale także pokazuje, że główna intencja stojąca za logiką selektywną nie sprawdza się w jej praktycznym zastosowaniu. Jeśli uzależnimy wsparcie od sztywnego kryterium dochodowego, doprowadzimy do sytuacji, w której osoby nieznacznie je przekraczające zostaną pozbawione pomocy, choć ich sytuacja może nie pozwalać na realizację pewnych potrzeb. Drastyczny przykład tego widzimy w Polsce, odkąd w wyniku zmiany ustawy o świadczeniach rodzinnych dla opiekunów niepełnosprawnych dorosłych starających się o świadczenie z tytułu rezygnacji z pracy wprowadzono kryterium dochodowe (i kilka innych). W efekcie około 80 tys. opiekunów straciło prawo do specjalnego zasiłku opiekuńczego, a przy okazji także ubezpieczenia zdrowotne i emerytalno-rentowe. Ludzie ci bardzo często żyją w nędzy – choć nieznacznie przekraczają dochodowy próg uprawniający do świadczeń rodzinnych, który na dodatek nie jest wysoki, to skala wydatków, jakie wiążą się z pielęgnacją, rehabilitacją i leczeniem osoby głęboko niepełnosprawnej, sprawia, że niemal nic nie zostaje na codzienne potrzeby.

Drugi argument związany ze stygmatyzacją również nasuwa nam obserwacja polskiej rzeczywistości społecznej. Mówi on o tym, że gdy program jest adresowany tylko do wykluczonych, jego odbiorcy mogą doświadczyć ryzyka napiętnowania jako gorsi, niezaradni, bezproduktywni itp. To ryzyko jest duże szczególnie w tych społeczeństwach, w których dyskurs publiczny i klimat społeczny są niekorzystne dla osób słabszych, a jednocześnie status społeczno-ekonomiczny decyduje o pozycji symbolicznej. Do takich społeczeństw można zaliczyć potransformacyjną Polskę, zatem nad Wisłą ryzyko stygmatyzacji jest duże i trzeba mu przeciwdziałać. Niestety nie zawsze się to udaje, i to tam, gdzie wszelka stygmatyzacja jest szczególnie boleśnie odczuwana, czyli w rzeczywistości szkolnej, przy okazji programów dożywiania, które także są zależne od kryteriów dochodowych. Programom tym często towarzyszy napiętnowanie korzystających z nich dzieci (zwłaszcza jeśli na oczach reszty otrzymują skromniejszy posiłek niż pozostałe) lub obawa przed tym piętnem, prowadząca do niekorzystania ze wsparcia. Takie praktyki były opisane przez Najwyższą Izbę Kontroli. Wracamy więc do argumentu pierwszego – okazuje się, że ryzyko niedotarcia do potrzebujących dotyczy także tych, którzy spełniają formalne kryteria.

Oczywiście pewne instrumenty polityki społecznej mogą częściowo łagodzić oba te rodzaje ryzyka. Można ustalać próg dochodowy na wysokim poziomie albo otwierać furtkę podmiotom przyznającym lub wypłacającym świadczenia do odstąpienia od kryterium dochodowego, pozostawiając jednak ów próg jako ogólną zasadę. Można też szukać technik dotarcia z pomocą, tak aby proces ten był możliwie dyskretny i nienaznaczający adresatów. Jednocześnie stopień uciążliwości tego typu sytuacji pozostaje większy niż w przypadku podejścia uniwersalnego, a wszystkie sposoby technicznego łagodzenia tegoż nie dają gwarancji skuteczności oraz są stosunkowo kosztowne.

Dochodzimy tu do kolejnego argumentu, tym razem natury ekonomicznej. Zwolennicy świadczeń selektywnych argumentują, że świadczenia powszechne to duży wydatek, a także marnotrawstwo środków. W tym rachunku często nie bierze się pod uwagę kosztów, jakie można oszczędzić dzięki osłabieniu mechanizmów weryfikacji „komu” i „na jakich zasadach” przysługuje świadczenie. Im bardziej restrykcyjne będą kryteria dostępu do poszczególnych typów pomocy, tym większe zasoby finansowe, kadrowe i czasowe będzie pochłaniała ich weryfikacja. Tymczasem można przekierować te siły na pracę socjalną i środowiskową z jednostkami, grupami czy społecznościami doświadczającymi trudności, co dawałoby szanse na ich przezwyciężenie oraz na społeczne i ekonomiczne korzyści w dłuższej perspektywie.

Badania porównawcze pokazują, że wysoce selektywny, oparty na weryfikacji system nie sprzyja zaufaniu społecznemu (a także względem państwa) i działa destrukcyjnie na kapitał społeczny, będący według współczesnej wiedzy niezwykle ważnym czynnikiem rozwoju. Świadczenia uniwersalne, zwłaszcza te realizowane w formie usług publicznych, sprzyjają natomiast integracji społecznej różnych grup. To włączenie dostępu do wsparcia innych grup rodzi też większą presję na jakość. Gdy jedynymi adresatami danych programów są grupy słabe, niemające siły przebicia, wówczas nie wywiera się presji na to, by ich jakość była na odpowiednim poziomie.

W kierunku włączenia najsłabszych

Do idei uniwersalności należy podchodzić elastycznie, a uznanie jej za wiodącą nie wyklucza stosowania instrumentów selektywnych, uzależniających dostęp do pomocy, jej zakres czy ewentualny poziom współpłatności od sytuacji materialnej. Ważna jest pozycja w całej strukturze programów adresowanych do wyszczególnionych grup w trudnej sytuacji względem tych powszechnych, skierowanych do ogółu lub całych grup wiekowych. O ile w modelu liberalnym specjalne plany wsparcia dla ubogich i wykluczonych będą stanowiły podstawę czy wręcz istotę opiekuńczości państwa, o tyle w modelu socjaldemokratycznym będą one koniecznym uzupełnieniem publicznego systemu dobrobytu, opierającego się na powszechnych świadczeniach.

Głównymi filarami tego systemu będą: z jednej strony możliwie ogólnie dostępny system zabezpieczenia społecznego, obejmujący jak najszerszy katalog ryzyk socjalnych, tak by osoba, która która straci dochód w związku z niemożnością dalszego wykonywania pracy, nie została bez środków, z drugiej zaś strony jest to system uniwersalnych usług publicznych związanych ze zdrowiem, opieką, edukacją i szkoleniami w różnych fazach życia jednostki. Warto pamiętać, że cel stanowi pomoc w zaspokojeniu potrzeb nie tylko na najbardziej elementarnym poziomie, lecz także w sferach, które umożliwiają w miarę godziwą egzystencję i udział w życiu społecznym.

Z wizją socjaldemokratyczną (uniwersalną) nie kłóci się istnienie instrumentów adresowanych do wyselekcjonowanych grup, np. imigrantów, niepełnosprawnych czy rodzin przeżywających materialne i wychowawcze trudności. Jednak trzeba w tym przypadku przedstawić trzy zastrzeżenia:

Programy te nie powinny się rozwijać zamiast programów powszechnych, lecz obok nich, jako uzupełnienie. Jednostki w szczególnie trudnej sytuacji powinny móc korzystać ze świadczeń adresowanych do wszystkich (takich jak usługi opiekuńcze, edukacyjne, zdrowotne), a oprócz tego otrzymywać dodatkowe wsparcie związane ze specyfiką ich trudniejszej sytuacji.

Programy kierowane do wyodrębnionych grup (np. ze względu na niepełnosprawność) nie powinny być obudowane zbyt wieloma dodatkowymi kryteriami o charakterze dochodowo-ekonomicznym. Jeśli mówimy o świadczeniach dla niepełnosprawnych i/lub ich opiekunów, nie powinny być one przyznawane tym niepełnosprawnym, którzy żyją w biedzie, lecz wszystkim niepełnosprawnym i opiekunom, gdyż przesłanką wsparcia winny być potrzeby (np. rehabilitacyjne czy pielęgnacyjne) i związane z nimi koszty oraz ograniczone możliwości osiągania dochodu, a nie stopień ubóstwa. Poziom dochodu i pozycja rynkowa mogą być co najwyżej brane pod uwagę przy określaniu zakresu i poziomu wsparcia (tj. rodziny w trudniejszej sytuacji mogłyby je otrzymywać na wyższym poziomie) lub stopnia współpłatności za dany typ usług, gdy nie są one w pełni refundowane, ale zasadniczo dostęp do nich powinien być związany z zaistnieniem potrzeby.

W podejściu socjaldemokratycznym nawet te programy, które są adresowane do wyodrębnionych grup ze względu na pewne defaworyzujące cechy, powinny być kierowane w taki sposób, aby jak najbardziej integrować je z systemem społecznym. Chodzi o tworzenie wspólnoty i możliwości uczestnictwa w niej na równych prawach. Stąd też gdy państwo stworzy projekt pomocy dla danej grupy wykluczonej lub zagrożonej wykluczeniem, powinien on nie tyle zaspokajać potrzeby jej przedstawicieli poza głównym nurtem życia społecznego, co być ukierunkowany na włączenie ich do tego życia.

Różnice podatków, nie uprawnień

W myśl doktryny socjaldemokratycznej na programach powszechnych najsłabsi zyskują bardziej niż w krajach, gdzie programy wsparcia ogniskuje się tylko wokół wykluczonych. Dzieje się tak, gdyż uniwersalność integruje ich z resztą społeczeństwa i umożliwia korzystanie z szerszych praw obywatelskich. Korzyści pośrednie dotyczą też tych, którzy ponoszą największe obciążenia w związku z rozwojem publicznej polityki społecznej, czyli warstw dobrze uposażonych – otrzymują oni w zamian życie w bezpieczniejszym i bardziej stabilnym społeczeństwie.

W modelu socjaldemokratycznym dochodzi do różnicowania, ale w mniejszym stopniu na poziomie uprawnień, a bardziej na poziomie obciążeń związanych z finansowaniem i realizowaniem rozbudowanej polityki publicznej, w tym społecznej. Z usług tych korzystają, a przynajmniej w świetle dostępnych uprawnień mogą korzystać, wszyscy – i ubodzy, i zamożni, ale ci drudzy w znacznie większym stopniu dokładają się do publicznej kasy w formie podatków i składek. Równy dostęp do uniwersalnych świadczeń wysokiej jakości ma też stanowić argument przekonujący klasy średnią i wyższą do odprowadzenia wysokich podatków od własnych dochodów.

Wysoce progresywny system podatkowy jest niejako ekonomicznym fundamentem socjaldemokratycznej polityki społecznej, pozwalającym na realizację dwóch celów kluczowych z punktu widzenia tej optyki. Po pierwsze spłaszcza się dzięki temu strukturę społeczną. W wyniku zastosowania sprawnego i progresywnego systemu fiskalnego, w którym to bogatsi wpłacają proporcjonalnie więcej do publicznej kasy, ich realny dochód, którym rozporządzają, mniej wówczas odstaje od tego, jakim dysponują warstwy uboższe. Te z kolei nie dość, że oddają ze swoich indywidualnych budżetów mniej, to w dodatku są one zasilane w wyniku transferów socjalnych. Liczy się tu nie tylko pomoc w postaci pasywnych instrumentów wsparcia, jak zasiłki, ale także możliwość korzystania z publicznych programów ułatwiających powrót na rynek pracy, dzięki czemu stopa zatrudnienia jest wysoka (co pokazują przykłady krajów skandynawskich), a udział osób, które żyją wyłącznie z zasiłków, stosunkowo niewielki. Po drugie te progresywne i wysokie (dla najbogatszych) podatki są warunkiem sine qua non realizowania socjaldemokratycznego modelu polityki społecznej, który ze względu na swoje ambitne cele potrzebuje wysokiego poziomu zasilania.

„Socjal” jako inwestycja

Co ważne jednak, fundusze na ten cel nie są postrzegane jako zwykły koszt, ale jako inwestycja, z której korzyść per saldo odnoszą wszyscy obywatele, nie tylko w momencie korzystania z poszczególnych świadczeń.

Za uznaniem hojnej polityki społecznej przemawia identyfikacja wielu korzyści płynących z jej prowadzenia oraz kosztów jej zaniechania. Prof. Tadeusz Kowalik mawiał: Na głośne ostatnio w publicystyce politycznej pytanie, czy Polskę stać na państwo opiekuńcze, odpowiadam – Polski nie stać na rezygnację z państwa opiekuńczego. W swych publikacjach przekonywał, iż polityka społeczna to nie tylko narzędzie redystrybucji, ale także sposób wzmocnienia i pobudzenia gospodarki, np. poprzez przywrócenie ludzi na rynek pracy czy zwiększenie ich kompetencji. Nie powinno się zatem myśleć o polityce społecznej w oderwaniu od ekonomii politycznej, lecz traktować rzecz całościowo.

Ekonomiczne korzyści z budowania systemu dobrobytu możemy podzielić na trzy zasadnicze grupy. Są to:

  1. stymulowanie i stabilizowanie (także w dłuższej perspektywie) popytu wewnętrznego, napędzającego gospodarkę,
  2. uniknięcie lub ograniczenie wielu kosztów naprawczych i alternatywnych, obciążających gospodarkę,
  3. sprzyjanie innowacyjności i umacnianie kapitału ludzkiego i społecznego, będących również czynnikami wzrostu gospodarczego.

Zwiększając dochody ludności, zwiększa się popyt wewnętrzny. Ludzie niezbyt zamożni wydają pieniądze, by zaspokoić swoje potrzeby, nakręcając w ten sposób koniunkturę. To wzmocnienie popytu może dokonywać się na różne sposoby, nie tylko poprzez bezpośrednie transfery w formie zasiłków z tytułu takiego czy innego ryzyka socjalnego (np. bezrobocia, choroby, ubóstwa itp.). Pamiętajmy, że socjaldemokratyczne państwo dobrobytu to coś więcej niż tylko osłonowe państwo opiekuńcze dla najbardziej poszkodowanych. Wykorzystuje ono także czynne instrumenty w ramach np. aktywnej polityki rynku pracy i zwiększania zatrudnienia, zwłaszcza w obrębie sektora usług publicznych. Osoby, które dzięki tego typu działaniom uzyskują większy dochód z pracy, również stają się aktywnymi podmiotami na rynku konsumenckim, wpływając na podaż. Dodatkowo w socjaldemokratycznym modelu zaleca się kształtowanie, zarówno poprzez twarde regulacje, jak i miękkie oddziaływanie, działań poza sektorem publicznym, aby poziom płac i ochrona zatrudnienia pozwalały ludziom utrzymać się z własnej aktywności. Państwo dobrobytu ma też potencjalne zasługi w stabilizowaniu cyklu życia jednostki. Dzięki powszechnemu systemowi zabezpieczenia społecznego z silnym rysem solidarności między- i wewnątrzgeneracyjnej udaje się racjonalnie rozłożyć środki pomiędzy fazami życia obywateli, w których są zdolni do uzyskiwania dochodu z własnej pracy, i te, w których ze względu np. na podeszły wiek są zdani na życie w pełni lub w dużej mierze finansowane ze świadczeń. W efekcie w sytuacji zaistnienia rozmaitych ryzyk socjalnych (od wypadku po starość) ludzie nie są wyrzucani poza rynek dóbr i usług.

Druga grupa argumentów wiąże się z unikaniem kosztów, jakie rodzą zaniechania socjalne. Jednym z największych osiągnięć państwa dobrobytu jest ograniczanie ubóstwa i wykluczenia (socjaldemokratyczne kraje skandynawskie wiodą w tym prym). Okazuje się, że to cywilizacyjne osiągnięcie ma swoje przełożenie ekonomiczne. Ubóstwo i wykluczenie skutkują bowiem rozmaitymi problemami społecznymi, takimi jak podatność na kryminalizację czy poważny uszczerbek na zdrowiu. Koszty tych zjawisk w tej czy innej formie i tak będzie musiało ponieść państwo i współobywatele. Prowadzona na socjaldemokratyczną modłę walka z takimi trudnościami powinna mieć – zachowując integracyjny azymut – wymiar prewencyjny, interwencyjny i reintegracyjny. Pomoc w tego typu sytuacjach nie powinna ograniczać się do doraźnego ratownictwa, a następnie pozostawienia odbiorcy samemu sobie (za taką formą pomocy zapewne opowiedziałaby się część zwolenników modelu liberalnego), lecz służyć trwałemu integrowaniu ze społeczeństwem i systemem gospodarczym. Socjaldemokratyczna perspektywa przywiązuje dużą wagę do zapobiegania ubóstwu i wykluczeniu, a jednymi ze środków do tego są tyle razy już przywoływane zaopatrzeniowe wsparcie finansowe i powszechne usługi publiczne.

Mówiąc o kosztach, należy pamiętać, że obok tych naprawczych niezwalczane ubóstwo i wykluczenie rodzą nie mniej poważne koszty utraconych możliwości, zwane też kosztami alternatywnymi. Osoby doświadczające wspomnianych trudności nie są w stanie zdobyć ani następnie zdyskontować swojego ogólnoludzkiego potencjału, w tym zawodowego. Długotrwałe wykluczenie i bieda mogą wręcz doprowadzić do zaprzepaszczenia zdobytych kompetencji i niewykorzystania możliwości, zmniejszając z czasem tzw. zatrudnialność. Osoby pozostające poza rynkiem pracy, które mogłyby pracować (nie liczę tu osób niezdolnych do pracy ani tych, które rezygnują z niej ze względu na inne ważne społecznie role – jak choćby długoterminowa opieka nad bliskimi), to także straty dla budżetu w związku z niższymi wpływami podatkowymi i składkowymi. Na marginesie należy podkreślić, że socjaldemokratyczne państwo dobrobytu nie musi dezaktywizować i zniechęcać ludzi do podejmowania pracy. Wręcz przeciwnie, doświadczenia skandynawskie pokazują, że w krajach tych poziom zatrudnienia jest wysoki. Wydatki przeznaczane na przeciwdziałanie bezrobociu, poprzez m.in. aktywną politykę rynku pracy, są procentowo najwyższe właśnie w krajach nordyckich. Model socjaldemokratyczny zawiera także elementy wspierające wzrost poziomu zatrudnienia. Chodzi przede wszystkim o politykę rodzinną i opiekuńczą. Państwo wspierając ludzi w wychowywaniu potomstwa (np. gwarantując dostęp do żłobków i przedszkoli), a także tworząc zachęty do równomiernego rozkładu powinności opiekuńczych między oboje rodziców, sprzyja aktywizacji kobiet na rynku pracy i tym samym wyższemu poziomowi zatrudnienia.

Trzecia grupa ekonomicznych korzyści związanych z rozwojem państw dobrobytu w socjaldemokratycznej formule wiąże się z budowaniem przewag konkurencyjnych w gospodarce postindustrialnej. Zaliczają się do nich innowacyjność oraz kapitały ludzki i społeczny. Dlaczego innowacyjność? W Polsce przywykliśmy do wysłuchiwania wywodów, jakoby państwo socjalne było kulą u nogi dla konkurencyjnej i nowoczesnej gospodarki. Badania porównawcze tego nie potwierdzają – wśród liderów innowacyjności i gospodarki opartej na wiedzy przodują właśnie kraje dysponujące stabilnymi instytucjami społecznego dobrobytu. Czym to wyjaśnić?

Oprócz wysokich nakładów na ten cel – są i inne powody. Po pierwsze szczelna siatka bezpieczeństwa socjalnego może wpływać pozytywnie na skłonność do podejmowania przedsięwzięć niestandardowych i obarczonych ryzykiem niepowodzenia, z których część może się okazać zaczynem innowacji. Gdy osoba mająca tego typu zamysły wie, że ewentualne fiasko nie pociągnie jej na dno drabiny społecznej, wówczas może wykazać większą skłonność do pójścia za swoją wizją. Ponadto ludzie nieżyjący w warunkach ciągłej niepewności o bezpieczeństwo swojego bytu mogą skupić się na tym, co rozwojowe, a nie tylko służące doraźnemu przetrwaniu. Dodatkowo socjaldemokratyczne państwo dobrobytu poprzez zorientowanie na indywidualne potrzeby i możliwości pozwala na akumulowanie najbardziej trwałego czynnika rozwoju i innowacyjności – czyli potencjału ludzi do rozwijania umiejętności kooperacji, inaczej mówiąc kapitału społecznego. Te dwa elementy w danej perspektywie należy traktować łącznie, jako wzajemnie się warunkujące. W odróżnieniu od modelu liberalnego, w którym potencjał może się rozwijać u pewnej części obywateli (zwykle tych dobrze uposażonych lub wybitnych), o tyle w modelu socjaldemokratycznym takie możliwości próbuje się tworzyć wszystkim członkom społeczeństwa.

Powyższa argumentacja może w sporej mierze odnosić się do legitymizowania państwa socjalnego generalnie, jednak odnosi się ona zwłaszcza do modelu socjaldemokratycznego. Wynika to nie tylko z tego, że w tym przypadku polityka społeczna jest najintensywniejsza, ale także dlatego, że kształt instytucji i idee za nimi stojące pozwalają najskuteczniej ukierunkować działania publiczne na osiąganie celów takich jak spójność społeczna, niski poziom ubóstwa i wykluczenia oraz wysoki poziom bezpieczeństwa socjalnego.

Jak to działa?

Zasady podejścia socjaldemokratycznego można odnosić do systemu polityki społecznej w całości (lub kierunku jego przemian), ale można również zastanawiać się, na ile widoczne są one w politykach szczegółowych, np. zdrowia, edukacji, mieszkalnictwa itd. Warto jednak przed taką analizą zastrzec, że z socjaldemokratycznej perspektywy polityka społeczna stanowi organiczną jedność, system naczyń połączonych, między którymi przepływają impulsy kreujące dany porządek.

Na przykładzie polityki rodzinnej spróbujmy pokazać, na czym konkretnie opiera się doktryna socjaldemokratyczna w praktyce. Jest to o tyle wdzięczna dziedzina, że bardzo dobrze ilustruje, iż przyjęcie socjaldemokratycznych rozwiązań pozwala na osiągnięcie celów wyróżniających nie tylko socjaldemokrację, a może nawet bardziej innych, np. konserwatywnych czy chadeckich ideologii, jak choćby korzystny współczynnik dzietności.

Socjaldemokratycznej polityce rodzinnej przyświecają następujące cele:

Dążenie do zrekompensowania części kosztów związanych z wychowaniem dziecka. Służą temu świadczenia pieniężne adresowane do rodzin z dziećmi, a także różne świadczenia kompensacyjne związane z czasowym lub trwałym wycofaniem się z rynku pracy ze względu na opiekę (np. podczas urlopów wychowawczych, rodzicielskich i związanych z opieką nad osobą zależną, o dość wysokiej stopie zastąpienia).

Wsparcie rodzin w trudnej sytuacji społeczno-ekonomicznej i życiowej jako element uzupełniający politykę adresowaną do wszystkich rodzin. Służyć temu powinny dodatkowe świadczenia pieniężne, rzeczowe i usługowe, przyznawane elastycznie w zależności od indywidualnych potrzeb rodziny. Preferuje się odchodzenie od sztywnego kryterium dochodowego na rzecz wielowymiarowej i stale aktualizowanej diagnozy potrzeb połączonej z pracą z rodziną, która to wsparcie otrzymuje. Zakres i przebieg tej pracy powinien być współkształtowany przez samych adresatów pomocy.

Zapewnienie wszystkim dzieciom realizacji praw społecznych, niezależnie od statusu społecznego rodzin, z których pochodzą. Chodzi o prawo do zabezpieczenia społecznego oraz opieki i nauczania już na poziomie przedszkolnym. Służyć temu mogą powszechnie dostępne usługi opiekuńcze i edukacyjne.

Ułatwienie godzenia życia rodzinnego z zawodowym (work-family balance) i promowanie równości płci w sferach zawodowej i rodzinnej. Zapewnia się to poprzez usługi opiekuńcze nad małym dzieckiem; elastyczne, dostosowane do potrzeb pracownika kształtowanie czasu i miejsca pracy; politykę urlopów oraz zasiłków rodzicielskich i wychowawczych.

Umożliwienie świadomej prokreacji w warunkach bezpieczeństwa socjalnego. Najlepszym sposobem na zdrową strukturę demograficzną nie są bezpośrednie zachęty do rodzenia dzieci, ale zapewnienie potencjalnym rodzicom gwarancji, że ich potomstwo będzie wychowywane w dobrych warunkach. Celem socjaldemokracji jest zapobieganie prokreacji przypadkowej lub wręcz wymuszonej (niechciane ciąże) poprzez rzetelną edukację seksualną i dostęp do antykoncepcji.

Powszechnie dostępne usługi opiekuńcze nad dzieckiem (i innymi osobami zależnymi) umożliwiają godzenie obowiązków domowych z zawodowymi i tym samym wyrównują relacje płci, a także potencjalnie zwiększają dochód w rodzinie (gdy oboje rodzice pracują, przynajmniej w niepełnym wymiarze). Wszystko to w konsekwencji wpływa na większe szanse godnego życia rodzin, a dodatkowo wyrównuje szanse rozwojowe dzieci z różnych środowisk, zakładając, że instytucje pomocowe pełnią funkcje nie tylko opiekuńcze, ale również socjalizacyjno-edukacyjne. Usługi te mogą być świadczone przez podmioty różnych sektorów, lecz dominująca rola powinna należeć do sektora publicznego.

Państwo powinno też działać na rzecz wyprowadzania z tzw. szarej strefy usług związanych z opieką nad osobami zależnymi. Narzędziem może być np. opłacanie składek na zabezpieczenie społeczne za legalne zatrudnienie opiekunki. W kontekście opieki nad osobami niepełnosprawnym dopuszczalne są także różne formy subsydiowania popytu na usługi opiekuńcze, również te świadczone przez podmioty pozapubliczne. Przykładem takiego rozwiązania może być bon opiekuńczy, czyli przyznawany przez państwo czek będący promesą płatności za określony typ usług opiekuńczych u świadczeniodawców, którzy spełniają odpowiednie, egzekwowane przez państwo standardy.

Świadczenia materialne dla rodzin wychowujących dzieci, zwłaszcza rodzin o niższych dochodach lub o zwiększonych wydatkach, np. ze względu na niepełnosprawność dziecka. Możliwe są świadczenia uniwersalne w postaci transferu pieniężnego dla rodzin wychowujących dzieci (jako wyraz współudziału państwa w ponoszeniu tego kosztów) lub dobrze zaprojektowane ulgi podatkowe (dla uboższych powinny być dostępne podatek negatywny lub kwota wolna od podatku). Oprócz instrumentów uniwersalnych powinny być stosowane świadczenia uzupełniające w zależności od specyficznych potrzeb. Warunki ich przyznania, wielkość oraz forma nie powinny być uzależnione wyłącznie od przestrzeganego restrykcyjnie kryterium dochodowego, lecz od wielowymiarowej diagnozy potrzeb.

Metody socjaldemokratycznej polityki adresowanej do rodzin w trudnej sytuacji życiowej nie opierają się wyłącznie na transferach pieniężnych, ale obejmują także wsparcie usługowe o charakterze reintegracyjnym, które pozwala uzupełnić deficyty i pokonać dysfunkcje. Instrumentem temu służącym może być praca z rodziną w wykonaniu pracownika socjalnego lub asystenta rodziny. W tym celu konieczne jest odpowiednie wykwalifikowanie i uposażenie kadr socjalnych. Wsparcie psychologiczne i poradnictwo powinny być powszechnie dostępne nie tylko dla rodzin najuboższych lub dysfunkcjonalnych, ale wszystkich, które chcą z nich skorzystać.

Urlopy rodzicielskie, a nie tylko macierzyńskie. Prawo do urlopów z tytułu urodzenia i wychowania dziecka powinno być tak skonstruowane, by zachęcało do korzystania z nich przez oboje rodziców. Przydatne są szczególne bodźce motywujące ojców, np. w postaci kwot określających ilość czasu do wykorzystania przez mężczyznę lub dodatkowe dni w nagrodę za uczynienie wybór tej możliwości. Ważnym wyzwaniem dla socjaldemokratycznej polityki rodzinnej jest zapewnienie urlopu i zasiłku kobietom, które nie są zatrudnione na umowę o pracę, a więc nie są zabezpieczone z tytułu macierzyństwa.

Doświadczenia krajów zachodnich pokazują, że tam, gdzie respektuje się wymienione zasady, współczynniki dzietności są relatywnie wysokie przy jednocześnie wysokim poziomie aktywizacji zawodowej kobiet. W krajach tych występują również niski współczynnik ubóstwa rodzin z dziećmi i niewielkie różnice w warunkach ich życia, zarówno jeśli chodzi o sytuację materialną, jak i możliwość korzystania z praw społecznych. Przykładem jest Szwecja, gdzie funkcjonują urlopy rodzicielskie, powszechne świadczenia pieniężne dla wszystkich rodzin z tytułu wychowania dziecka oraz uniwersalne usługi zdrowotne, opiekuńcze i edukacyjne, którymi objęte są wszystkie dzieci. Należy jednak pamiętać, że te osiągnięcia to nie tylko skutek wdrożenia instrumentów stricte rodzinnych, ale także odpowiedniej sytuacji mieszkaniowej i stosunków pracy.

Co z Polską?

Pozostajemy wciąż przed pytaniem, jak na tle opisanych systemów wygląda nasza rodzima rzeczywistość. Z racji tego, że socjaldemokratyczne podejście zakłada bardzo szerokie spojrzenie na politykę społeczną – nie tylko w obszarze polityki socjalnej i pomocy społecznej, ale także w obrębie takich dziedzin jak zdrowie czy mieszkalnictwo – niepodobna w tym miejscu dokonać spójnej, całościowej diagnozy. Można jednak pokusić się o dostrzeżenie ogólnych tendencji i właściwości w polskiej specyfice. Niemniej i to nie jest łatwe, gdyż polski model jeszcze nie okrzepł, a także podlegał istotnym zwrotom w związku z zewnętrznymi uwarunkowaniami takimi jak najpierw transformacja ustrojowa, a następnie europeizacja.

Można jednak powiedzieć, że wciąż daleko nam do socjaldemokratycznego wzorca. Udział wydatków socjalnych w PKB jest niski (ponad 10 punktów procentowych poniżej unijnej średniej), system podatkowy dość płaski, dialog społeczny niezbyt respektowany, polityka rodzinna mocno selektywna, brakuje zabezpieczenia społecznego licznych grup niekorzystających z tytułu ubezpieczenia społecznego w związku z pracą, duży i rosnący wkład podmiotów i mechanizmów rynkowych w dostarczaniu usług edukacyjnych, opiekuńczych i zdrowotnych, niewielki udział świadczeń o charakterze zaopatrzeniowym, niska stopa zastąpienia, jeśli chodzi o świadczenia z tytułu poszczególnych ryzyk socjalnych itd. Niewątpliwie jeśli chodzi o efekty, daleko nam do osiągnięcia celów bliskich socjaldemokracji – mamy wysoki poziom ubóstwa i nierówności oraz niski zatrudnienia i aktywizacji kobiet. Jednocześnie oczekiwania społeczne w wielu obszarach zdają się iść w sukurs doktrynie socjaldemokratycznej. Dla przykładu w badaniach CBOS ⅔ obywateli uważa, że polityka rodzinna powinna być świadczona wobec całego społeczeństwa, a nie tylko rodzin najuboższych czy tych w trudnej sytuacji (jeszcze parę lat temu struktura odpowiedzi była odwrotna). Wydaje się, że brak socjaldemokratycznych czy prosocjalnych rozwiązań w polityce społecznej dał się społeczeństwu we znaki. Obywatele zaczynają powoli rozumieć lub odczuwać na własnej skórze, że polski podąża jałowym torem.