O lepszą szkołę, pomyślność kraju i zdrowsze społeczeństwo Tadeusz Łopuszański jako pedagog i wychowawca

Od lat szukamy w Polsce po omacku właściwego systemu edukacji. Przeprowadzamy nic nie wnoszące reformy strukturalne, mając chyba nadzieję, iż od samego mieszania herbata może stać się słodsza. Ciągle miotamy się, wycofując po kilkunastu latach z dokonanych przemian, widząc ich fiasko i coraz większą niewydolność całego sytemu. Wprowadzamy zmiany, których cel nie jest tak naprawdę nikomu znany. Niewolniczo kopiujemy rozwiązania z krajów Zachodu w dziedzinie studiów wyższych, robiąc to w momencie, gdy we Francji czy Niemczech coraz częstsze są opinie, iż system ten jest pełen wad i należałoby go porzucić. Właśnie w takich realiach warto przypomnieć postać Tadeusza Łopuszańskiego i koncepcje, które nie tylko wypracował, ale i wcielił w życie w kierowanej przez siebie placówce w Rydzynie. Łopuszańskiemu udało się stworzyć koherentny system edukacyjno-wychowawczy, który sprawdził się w praktyce, dał spodziewane i pożądane efekty.

***

Tadeusz Łopuszański urodził się 15 stycznia 1874 r. we Lwowie1. W 1891 r. ukończył w Krakowie gimnazjum św. Anny, a następnie kontynuował naukę na Uniwersytecie Jagiellońskim, podejmując studia z zakresu fizyki i matematyki na ówczesnym Wydziale Filozoficznym. Po ukończeniu studiów w 1896 r. podjął pracę w gimnazjum św. Anny, a następnie w I Krakowskiej Szkole Realnej. W 1899 r. objął natomiast stanowisko profesora gimnazjum w Rzeszowie, tworzył tam pierwsze laboratoria fizyczne i chemiczne, a także podejmował starania mające na celu aktywizację młodzieży, zagospodarowanie jej wolnego czasu, organizując dla uczniów chociażby wędrówki wakacyjne.

Włączył się wówczas również bardzo mocno w działania zmierzające do przekształcenia systemu oświaty, wielokrotnie wyjeżdżał za granicę m.in. do Szwajcarii, Francji, Anglii, podpatrując tamtejsze rozwiązania w dziedzinie szkolnictwa. Od 1905 r. przewodniczył Komisji Reformy Szkół Średnich, składającej się z krakowskich pedagogów, która utworzona została przy Towarzystwie Nauczycieli Szkół Średnich i Wyższych. Wynikiem działalności Komisji był referat „Nasza szkoła średnia, krytyka jej podstaw i konieczność reformy”. W tamtym czasie działał też aktywnie w Towarzystwie Tatrzańskim, w którym w latach 1906–1907 pełnił funkcje przewodniczącego sekcji turystycznej.

Po 1909 r. pełnił obowiązki inspektora szkolnictwa ludowego w Krakowie i okręgu krakowskim, a jednocześnie z ramienia Towarzystwa Szkoły Ludowej organizował polskie szkoły na Śląsku Cieszyńskim. W latach 1912–1914 kierował prywatną szkołą średnią w Prokocimiu koło Krakowa, będącą jednym z oddziałów tzw. Ogniska, założonego w 1907 r. przez ks. Jana Gralewskiego. Była to eksperymentalna męska szkoła średnia wraz z internatem, oparta na wzorach angielskich, w której usiłowano wdrażać nowatorskie zasady nauczania i metody wychowawcze. W latach I wojny światowej Łopuszański był inspektorem szkolnym w Lublinie i powiecie lubelskim, w 1917 r. został jednak przeniesiony do Warszawy, gdzie objął stanowisko naczelnego inspektora szkolnictwa elementarnego w Departamencie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego (WRiOP) Tymczasowej Rady Stanu. W lutym kolejnego roku mianowano go natomiast szefem sekcji szkolnictwa średniego Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Popierany przez Macieja Rataja został w grudniu 1919 r. Ministrem WRiOP w gabinecie Leopolda Skulskiego, stanowisko to pełnił również w pierwszym gabinecie Władysława Grabskiego. Następnie od 7 sierpnia 1920 r. do 28 lutego 1927 r. sprawował obowiązki wiceministra w MWRiOP, niejednokrotnie jednak kierował faktycznie działaniami resortu, zwłaszcza gdy na jego czele stali Maciej Rataj i Antoni Ponikowski.

W 1919 r. opublikował anonimowo wydaną przez ministerstwo, jako jego oficjalny program, broszurę „Program naukowy szkoły średniej”, w której najpełniej przedstawił swoje poglądy dotyczące reformy organizacji szkolnictwa w Polsce. Centralnym punktem tej pracy było pojęcie „podstawy wychowawczej”, stanowiącej grupę pokrewnych przedmiotów, szczególnie mocno pod względem liczby godzin reprezentowanych w programie nauczania i tworzących główny warsztat pracy kształcącej w szkole danego typu. Szkoła średnia nie może być szkołą zawodową, jednostronną, zasadniczy postulat realizmu musi być w niej spełniony, musi ona zaznajamiać młodzież z najważniejszymi zjawiskami życia, z głównymi działami ludzkiej myśli i pracy. Aby jednak szkoła mimo tego uniknęła rozdrobnienia czasu, rozstrzelenia myśli i pracy ucznia oraz zabójczej powierzchowności, lecz przeciwnie – umożliwiła mu skupienie pracy, myśli i zainteresowań, głębsze wnikanie w zagadnienia naukowe, samodzielne łamanie się z trudnościami, należy pewną grupę pokrewnych sobie przedmiotów obrać za „podstawę wychowawczą” szkoły i wyposażywszy ją odpowiednio w czas i metody, uczynić głównym i skutecznym warsztatem umysłowego rozwoju młodzieży. […] przedmioty „podstawy wychowawczej” wyposażone zostaną nieco obficiej od innych w czas i to bynajmniej nie dla rozszerzenia zakresu udzielanej wiedzy, lecz dla udoskonalenia metody. Dzięki temu […] nauka tych przedmiotów będzie się odbywała w swobodnym, dostatecznie powolnym tempie, będzie w możliwie najmniejszej mierze polegała na wykładzie nauczyciela lub uczeniu się z książki, tj. na podawaniu wiadomości gotowych, a w możliwie najwyższym stopniu na samodzielnej pracy ucznia, na zdobywaniu przezeń wiedzy drogą własnej samodzielnej obserwacji, własnego myślenia, własnego wysiłku, do czego potrzeba właśnie więcej czasu2.

Dlatego Łopuszański postulował powołanie do życia czterech podstawowych typów ogólnokształcących szkół średnich, mających różne „podstawy wychowawcze”. Przede wszystkim byłyby to szkoły matematyczno-przyrodnicze oraz szkoły humanistyczne, do tego dochodziłyby szkoły humanistyczne z łaciną, stanowiące typ przejściowy, ulepszony model współczesnych szkół „filologicznych”, oraz najmniej liczne szkoły klasyczne (z łaciną i greką)3. W latach tych Łopuszański tworzył też Komisję Pedagogiczną MWRiOP, stawiającą sobie za cel rozwój nauk o wychowaniu, organizował polski oddział YMCA (Young Men’s Christian Association) czy wreszcie był również przewodniczącym Komisji Oceny Książek do Czytania dla Młodzieży Szkolnej.

Po zamachu majowym został mianowany przewodniczącym Komisji Egzaminów Państwowych w Warszawie dla nauczycieli szkół średnich. W 1928 r. objął natomiast stanowisko dyrektora eksperymentalnego Gimnazjum i Liceum im. Sułkowskich w Rydzynie w powiecie leszczyńskim, którym kierował do 1939 r. Tam mógł zacząć wdrażać w życie swoje idee wychowawcze i projekty reform, z którymi występował od wielu lat. Po wybuchu wojny przeniósł się do Pruszkowa koło Warszawy, a następnie do Krakowa, gdzie brał czyny udział w naradach nad organizacją tajnego nauczania. Później, w latach 1942–1944, mieszkał w Żurawicy i Suliszowie w powiecie sandomierskim, po czym znów na kilka lat powrócił do Krakowa. Ostatnie lata życia spędził w Gliwicach. Po wojnie bezskutecznie podejmował działania na rzecz odbudowy zniszczonej w czasie wojny szkoły w Rydzynie. Zmarł 19 kwietnia 1955 r. w Chorzowie, pochowany został na cmentarzu w Gliwicach, trzy lata później staraniem wychowanków z Gimnazjum i Liceum im. Sułkowskich jego szczątki zostały ekshumowane i przewiezione do Rydzyny, gdzie spoczęły na miejscowym cmentarzu.

***

Bez wątpienia swoiste opus vitae Łopuszańskiego, dzieło, z którym dziś jest najmocniej kojarzony, pomimo iż pełnił eksponowane funkcje w Polsce międzywojennej, stanowi popularna Rydzyna, czyli Gimnazjum i Liceum im. Sułkowskich w Rydzynie. Ten zakład wychowawczy, którym kierował Łopuszański, funkcjonował w latach 1928–1939, kres jego działalności położył wybuch II wojny światowej. Szkoła powstała jako placówka doświadczalna, wdrażająca w życie nowe na gruncie polskim metody naukowo-wychowawcze.

Zasadniczym celem, jaki stawiał sobie Łopuszański, było utworzenie ośrodka, w którym program nauki i wychowania odpowiadałby najistotniejszym potrzebom nowo odrodzonego państwa polskiego. Inteligencja polska bowiem nie spełniała, jego zdaniem, warunków koniecznych, aby podołać tym zadaniom, wykazywała mnóstwo słabości. Potrzebą chwili więc stawało się wychowanie nowego typu ludzi, świadomych obowiązków, które przed nimi stoją na odcinku życia państwowego, i zdolnych stawić czoło niełatwym wyzwaniom. Można powiedzieć, że – podobnie jak przedstawiciele krakowskiej szkoły historycznej, reprezentujący pesymistyczną wizję dziejów Polski – Łopuszański przyczyn nieudolności państwa polskiego, katastrof dziejowych, poszukiwał w samych Polakach, wadach narodowych, słabościach ustrojowych. Uważał on, że przyzwyczailiśmy się szukać przyczyn wszystkich klęsk i niepowodzeń w perfidnej i grabieżczej polityce sąsiadów, długoletniej niewoli, zniszczeniach wojennych itp., mało kto jednak zdaje sobie sprawę z tego, w jak wielkim stopniu przyczyna naszej przypadłości tkwi w nas samych, a przede wszystkim w brakach naszej warstwy inteligentnej, w zasadniczych wadach jej psychiki, w jej gnuśności, nieżyciowości i obojętności na najważniejsze przejawy życia, w jej słabym talencie organizacyjnym, w jej niezdolności do pokierowania podstawowymi dziedzinami bytu narodowego: gospodarczą i społeczną4.

Tymczasem zdaniem Łopuszańskiego to przede wszystkim właśnie na inteligencji ciąży odpowiedzialność za rozwój wszystkich warstw, za losy i kondycję całego narodu. Sprostanie płynącym stąd wielkim i trudnym zadaniom wymaga od inteligencji całkowitego im się oddania. Niestety warstwa ta często zbyt mało ma do tego skłonności. […] poczucie obcości, ponęty bogatego życia duchowego, a niejednokrotnie i chęć użycia sprawiają, że inteligencja łatwo zapomina o swej odpowiedzialności, a nawet wręcz ją odrzuca i zamyka się w bliższym jej świecie inteligenckich spraw, zainteresowań i przyjemności ku szkodzie narodu, zaprzepaszczeniu swego w nim stanowiska, obniżeniu swej własnej wewnętrznej wartości. Zapobiec temu fatalnemu złu może szkoła średnia, wyrabiając w swej młodzieży siły duchowe, potrzebne do sprostania przez nią jej odpowiedzialności względem narodu, oraz zwracając w tym kierunku wszystkie jej zainteresowania, pragnienia i dążenia. […] Jeżeli jednak niechęć warstwy inteligenckiej do pełnego oddania się służbie narodu, jej pęd do pedagogicznego zamykania się w ramach jej własnego świata, jej inteligencki snobizm, są szkodliwe nawet dla narodów żyjących w pomyślnych warunkach i stojących na wysokim poziomie kulturalnego rozwoju, to w Polsce były one zawsze katastrofą narodową i państwową5.

W związku z tego rodzaju pesymistycznymi konstatacjami Łopuszański stawiał przed kierowanym przez siebie Zakładem jako naczelny cel takie kształtowanie psychiki swych uczniów, aby ich uczucia, pragnienia i dążenia skupiały się z całym natężeniem na wielkim zadaniu fizycznego i duchowego odrodzenia Narodu i gruntownej przebudowy jego życia. Żeby tego dokonać, musiano oczywiście wcześniej przeanalizować główne wady i słabości polskiej inteligencji oraz ustalić, jaki zespół wartości należałoby rozwinąć w psychice, aby inteligencja była w stanie podołać stawianym przed nią zadaniom. Zakład obmyślił i opracował w szczegółach taki całokształt prac, zajęć i form życia młodzieży, który by rozwijał u niej ów potrzebny zespół sił i wartości duchowych. W ciągu jedenastu lat wypróbował go w praktyce i wynikami tej próby stwierdził, że stanowi on istotnie trafny system wychowywania polskiej warstwy inteligenckiej6.

Idea wychowawcza Łopuszańskiego opierała się na trzech głównych zasadach. Były to: bezwzględne przestrzeganie prawdy przez wychowanków, rozwijanie w nich indywidualnych zainteresowań oraz zamiłowania do pracy twórczej7. Walkę z kłamstwem uznał Łopuszański za jedno z naczelnych zadań z kilku powodów, przede wszystkim ze względu na rozpowszechnienie tej wady w społeczeństwie polskim, a tym samym jej negatywne oddziaływanie na wszystkie dziedziny życia. Kłamstwo wraz z różnymi jego odmianami (nieszczerość, obłuda, poza, rozdźwięk między słowem a czynem, niesolidność, nieuczciwość itp.) nie tylko rujnują u nas prywatne stosunki między ludźmi, ale zatruwają nasze instytucje i nasze życie publiczne, są kulą u nogi naszych zamierzeń i poczynań, są śmiertelną chorobą, bez walki z którą wniwecz iść muszą wszelkie reformy i usiłowania odrodzeńcze. Drugim powodem jest łatwość, z jaką kłamstwo kojarzy się z innymi wadami, staje się ich tarczą ochronną, wskutek czego walka z nimi wymaga walki z kłamstwem. Ostatni powód jest natury szkolnej. Kłamstwo, nieszczerość, nieuczciwość uczniów wznoszą między nimi a nauczycielami mur, o który rozbijają się najlepsze usiłowania nauczycieli oddziaływania na młodzież, kierowania jej krokami, przychodzenia jej z pomocą w trudnych a ważnych chwilach jej rozwoju8.

Wśród postulatów wychowawczych propagowanych w Rydzynie jedno z najważniejszych miejsc zajmowało również rozbudzenie w młodzieży zamiłowania do pracy twórczej, wykorzenienie typowo polskich wad, jakimi, zdaniem Łopuszańskiego, są lenistwo, niechęć do wysiłku, gnuśność, minimalizm, postawa wegetatywna. Nacisk kładziony na realizację tego ideału wynikał z przekonania, że lenistwo leży u podstaw innych zasadniczych polskich przypadłości, takich jak egoizm, brak poczucia odpowiedzialności, brak uspołecznienia, niechęć do silnej władzy i organizacji itp., a także z pesymistycznych konstatacji dotyczących rozwoju cywilizacyjnego Polski. Przezwyciężenie zacofania na wszystkich płaszczyznach względem krajów zachodnich, jak podkreślał, jest możliwe jedynie dzięki wytężonej i ofiarnej pracy inteligencji9.

W związku z tym w Zakładzie dzień każdego ucznia był ściśle podzielony, regulowany, wypełniony stałym rytmem zajęć przedmiotowych i cyklicznych popołudniowych. Z tego powodu ważne miejsce w programie szkoły przyznano tak często lekceważonym przedmiotom, jak prace ręczne i wychowanie fizyczne. Łopuszański uznał bowiem, iż niezwykle trudnym zadaniem jest …przeprowadzenie przyszłej młodzieży inteligentnej ze świata zabawy w świat pracy, jeśli chce się tego dokonać wyłącznie […] przy pomocy zwykłych tradycyjnych lekcji szkolnych. Otóż praca ręczna, uprawiana wydatnie i poważnie, jest znakomitą pomocą w dopełnieniu tego zadania. Dzięki dziedzictwu po długim łańcuchu pokoleń tkwi w ogóle młodzieży żywe zainteresowanie nią, dające się łatwo rozwinąć w zapał, a nawet pasję. Pod wpływem tego bezczynność traci urok i zabawa przestaje być jedynym i najgłębszym zainteresowaniem chłopca, który z własnego popędu poświęca ją dla pracy ręcznej. W ten sposób dokonywa się łatwo rzecz bardzo trudna: zerwanie z wyłącznym zainteresowaniem zabawą, i chłopiec staje na progu świata pracy. Nie jest to jeszcze praca umysłowa, mająca być jego dziedziną; zamiłowanie do niej trzeba dopiero rozbudzić. Ale dobrze postawiona praca ręczna wyrabia w chłopcu cały szereg dyspozycji psychicznych, ułatwiających mu bardzo wciągnięcie się w porządną pracę umysłową i polubienie jej10.

W przypadku wychowania fizycznego duży nacisk kładziony na nie wynikał z przekonania, iż stanowi ono nie tylko warunek zdrowia oraz właściwego rozwoju fizycznego i psychicznego, ale także ważny czynnik wychowania moralnego. Sześć razy w tygodniu przez 1,5 godziny niezależnie od zajęć szkolnych prowadzone były tzw. ćwiczenia popołudniowe (gry zespołowe, lekkoatletyka, w zimie łyżwiarstwo). Ważnym elementem wychowania fizycznego były także obozy i wycieczki turystyczne – w sumie w okresie funkcjonowania szkoły odbyło się 81 wycieczek pieszych i kajakowych (dwutygodniowych) oraz 13 obozów (czterotygodniowych), przeznaczonych także dla młodzieży z okolicznych wsi.

Kształcenie uczniów opierało się na nauczaniu poszczególnych przedmiotów oraz pracy indywidualnej wychowanków. Tutaj przestrzegano przede wszystkim trzech głównych zasad: zasady stymulowania i rozbudzania w uczniach ich indywidualnych zainteresowań, zasady rzetelności pracy i wiedzy uczniów, polegającej na stuprocentowej realizacji zadań w nauce i przyjętych obowiązkach, a także zasady nieustannego motywowania podopiecznych do pracy, stawiania przed sobą śmiałych i niełatwych zadań oraz ich pełnej realizacji. W wieku 13–14 lat, czyli w czwartej klasie gimnazjalnej, uczniowie wybierali jeden z profilów nauczania: matematyczno-przyrodniczy lub humanistyczny. Program poszczególnych przedmiotów był modyfikowany wedle założeń pedagogicznych Łopuszańskiego, który kładł nacisk na przeżywanie przyswajanych treści nauczania, ich związek z otaczającą rzeczywistością i możliwości zastosowania w praktyce.

I tak na przykład jeżeli chodzi o język polski, wyrażało się to przede wszystkim w traktowaniu literatury jako narzędzi wychowania etycznego, społecznego i obywatelskiego młodzieży. Zagadnienia krytyczno i historyczno-literackie oraz estetyczne odsuwa się na plan dalszy. […] Na bogatym materiale literackim pokazujemy uczniom słabości i niedostatki duszy polskiej, choroby i braki polskiego życia, a równocześnie podkreślamy silnie zdrowe odruchy i twórcze poczynania polskie. Staramy się krzewić kult bohaterstwa, nie tylko w walce zbrojnej, ale w walce ze złem, a przede wszystkim w pracy twórczej, budującej. Kojarząc – w miarę możności – treść poznawanych utworów literackich – także dawniejszych – z tą wiedzą o dzisiejszym życiu, zwłaszcza polskim, jaką uczniowie czerpią z nauki innych przedmiotów, z publicystyki, ze swych rozmów, spostrzeżeń i przeżyć, staramy się, by lektura tych utworów rzucała światło na współczesną rzeczywistość i jej zagadnienia, by pogłębiała spojrzenie młodzieży na nie i ku nim kierowała jej uczucie i wolę11.

Na lekcjach języka niemieckiego zmierzano przede wszystkim do upowszechnienia wśród uczniów swobodnego czytania i rozumienia książek i pism niemieckich, uznając, iż mówienie i pisanie w tym języku osiągnięte zostanie jako produkt uboczny przy dążeniu do celu właściwego. O tym, że założony cel udawało się osiągnąć, świadczy fakt, iż w czasie swojej nauki uczniowie czytali obowiązkowo od 15 do 20 książek niemieckich o objętości od 200 do 300 stron. Z kolei w przypadku nauczania historii można powiedzieć, że wychodzono od sformułowanej przez Józefa Szujskiego opinii, jakoby „fałszywa historia była mistrzynią fałszywej polityki”. W związku z tym silnie podkreślano polskie błędy dziejowe, „niedostatki i choroby duszy polskiej”. W nauczaniu geografii zwracano uwagę na umiejętność dokonywania pomiarów topograficznych przez uczniów, w przyrodoznawstwie na kontakt z naturalnym środowiskiem, stąd lekcje odbywały się również na łonie natury, w chemii i fizyce z kolei podkreślano znaczenie doświadczeń, pokazów, ćwiczeń, pracy w laboratorium.

Stymulowanie indywidualnych zdolności i zamiłowań było jednym z najważniejszych celów wychowawczych rydzyńskiego Zakładu. Służyły temu rozmaite koła naukowe, w których wychowankowie mogli rozwijać swoje zainteresowania, ale przede wszystkim tzw. prace indywidualne, obowiązujące uczniów starszych klas. Polegały one na tym, że każdy wybierał z pomocą nauczyciela interesujący go temat badań, a następnie pracował nad nim samodzielnie przez minimum dwa lata w wymiarze czterech godzin tygodniowo. Prace takie podejmowane były jednak dobrowolnie przez większość uczniów placówki, począwszy od najmłodszych klas, a głównym zamysłem było, aby tego rodzaju zajęcie nie polegało na analizowaniu przez ucznia od czasu do czasu luźnych, niepowiązanych ze sobą tematów, lecz na systematycznym studiowaniu danej dziedziny wiedzy, opracowywaniu szeregu zagadnień wiążących się w jedną spójną całość.

Temu wszystkiemu towarzyszył również postulat rzetelności i gruntowności pracy i wiedzy uczniów. Oznaczało to, że omawiany na lekcjach materiał miał być opanowany „stuprocentowo”. Zwracano szczególną uwagę na to, aby wiedza była wolna od luk i niejasności, gruntowna i pewna, tak żeby uczeń miał umiejętność jej swobodnego stosowania. Oczywiście pełna stuprocentowość nie jest osiągalna, stąd należy traktować ten postulat jako ideę regulatywną. Wreszcie zaś związana z powyższymi wytycznymi była też zasada śmiałych poczynań i dokonań, stanowiąca oręż walki z minimalizmem – młodzież zachęcano do wyznaczania sobie zadań trudnych, wymagających znacznego wysiłku oraz do konsekwentnej ich realizacji.

***

Warto także wspomnieć o pracach społecznych realizowanych przez uczniów rydzyńskiego gimnazjum i liceum. Rozwinięte zostały one od samego początku funkcjonowania Zakładu po to, aby 1. spełnić swój obowiązek obywatelski 2. zaspokoić choć w części potrzeby Rydzyny i okolic 3. stworzyć na miejscu warsztat pracy społecznej, który by ułatwił wychowanie społeczne młodzieży Zakładu12. Wyrazem tego było powołanie do życia w 1932 r. Komitetu dla Bezrobotnych, który zbierał fundusze na pomoc bezrobotnym, wydawał bezpłatne posiłki, organizował różnego rodzaju prace, zwłaszcza porządkowe, aby unikać w miarę możliwości rozdawnictwa pieniędzy, wreszcie zaś zapoczątkował w 1939 r. akcję oddawania bezrobotnym działek ziemi pod uprawę warzyw. Obok niego funkcjonowały też złożony z nauczycieli i ich rodzin Komitet Oświatowy oraz uczniowskie Kółko Społeczne. Kierowały one tzw. Domem Oświatowym „Malaga” w Rydzynie, zaopatrzonym w bibliotekę, czytelnię oraz świetlicę, przeznaczone dla okolicznych mieszkańców. Organizowano tam odczyty, przedstawienia, koncerty, prelekcje, kursy wieczorne języka polskiego, fizyki, geografii czy przyrodoznawstwa, a także bezpłatnie udzielano pomieszczeń różnego rodzaju lokalnym stowarzyszeniom i instytucjom na zebrania czy uroczystości. Również w Dąbczu, wsi oddalonej kilka kilometrów od Rydzyny, powołano do życia Dom Oświatowy im. ks. Piotra Wawrzyniaka, który spełniał podobną rolę jak „Malaga”. W 1938 r. we wsi Moraczewo przystąpiono natomiast do budowy Domu Ludowego, którą ukończono w tym samym roku dzięki dużemu zaangażowaniu nauczycieli, uczniów, rodziców i lokalnej społeczności13.

Młodzież z Zakładu kierowała w tych wsiach drużynami zuchowymi i harcerskimi, utworzono też Koła Włościanek, organizujące różnego rodzaju kursy i szkolenia. Roztoczono opiekę nad dziećmi miejscowych rolników, wprowadzono zasadę bezpłatnego przyjmowania do zakładu najlepszych uczniów kończących rydzyńską szkołę powszechną, podjęto również kształcenie niezamożnych chłopców w kierunku praktycznym. Utrzymywani byli oni wówczas w Zakładzie na równi z jego zwyczajnymi uczniami, a głównym ich zadaniem była praca w warsztatach Zakładu, mająca dać opanowanie ręcznej i maszynowej obróbki metalu, drewna i szkła. Poza tymi zajęciami uczęszczali oni na lekcje matematyki, fizyki i chemii oraz mogli pracować bez ograniczeń w pracowni chemicznej lub fizycznej pod okiem nauczycieli. Utrzymywano też kilkoro dzieci z pobliskich wsi w szkole rolniczej w Lesznie, wreszcie organizowano obozy i wycieczki dla miejscowej młodzieży, m.in. na polskie wybrzeże, na Górny Śląsk, do Krakowa, Częstochowy czy Zakopanego14.

***

Trzeba powiedzieć, iż praca podjęta przez Łopuszańskiego oraz grono pedagogiczne, jakie udało mu się zebrać w Rydzynie, przyniosła konkretne, wymierne rezultaty. Analiza losów 168 absolwentów z okresu 11 lat istnienia Zakładu wykazała, że wszyscy podjęli studia wyższe, większość absolwentów wybierała kierunki gospodarcze lub pracę naukową, czyli kierunki preferowane w Rydzynie. W terminie studia ukończyło 63% absolwentów, przy średniej krajowej wynoszącej w latach trzydziestych 20%. Absolwenci Zakładu opatentowali 150 wynalazków, ogłosili ponad 1000 publikacji w 10 językach. W czasie wojny 80% „rydzyniaków” brało udział w walkach, a 29% zginęło na frontach świata, w więzieniach i obozach koncentracyjnych15. Absolwenci potwierdzili więc w swoim życiu słuszność koncepcji pedagogicznych Łopuszańskiego, które na trwałe ukształtowały w wychowankach umiejętność samodzielnego doskonalenia się, poważne zainteresowanie przynajmniej w jednej dziedzinie wiedzy, pasje pracy zawodowej oraz społecznej, dającej wymierzalne efekty, zainteresowanie problematyką społeczno-gospodarczą kraju, głębokie poczucie patriotyzmu, wysoką etykę osobistą, uczciwość myśli i postępowania, prawość i odwagę cywilną16.

***

Po zakończeniu wojny byli uczniowie Zakładu czynili od 1946 r. starania o reaktywowanie Fundacji im. Sułkowskich i Szkoły w Rydzynie, spotkały się one jednak kilkakrotnie z odmową, a majątek Fundacji został przejęty przez władze państwowe. Dopiero w 1990 grupa 16 osób byłych „rydzyniaków”, wsparta kilkoma innymi zainteresowanymi tą sprawą, założyła w Warszawie Fundację im. Tadeusza Łopuszańskiego, która za cel postawiła sobie wprowadzenie i utrwalenie w polskim szkolnictwie koncepcji pedagogicznych wypracowanych i realizowanych przez Łopuszańskiego w latach 1928–1939. Organizacja podjęła również działania mające na celu reaktywowanie szkoły w Rydzynie, nie uzyskując w tej sprawie jednak żadnego wsparcia ze strony kolejnych rządów III Rzeczpospolitej, które ciągle zachowują dobra Fundacji im. Sułkowskich przywłaszczone przez władze PRL dekretem z 1952 r.17

Przypisy:

  1. Życiorys Tadeusza Łopuszańskiego za S. Konarski, Łopuszański Tadeusz Jan Paweł, Polski Słownik Biograficzny, t. XVIII, Wrocław – Warszawa – Kraków –  Gdańsk 1973, ss. 419–421.
  2. Program naukowy szkoły średniej. Projekt wypracowany przez Sekcję szkolnictwa średniego, Warszawa 1919, ss.18–20.
  3. Ibid., s. 46.
  4. Rydzyna. Gimnazjum im. Sułkowskich (1928–1936), oprac. T. Łopuszański, Rydzyna 1937, s. 9.
  5. Szkoła Doświadczalna. Trzechlecie 1936–1939 Gimnazjum i Liceum im. Sułkowskich w Rydzynie, oprac. T. Łopuszański, Nakładem Towarzystwa Miłośników Rydzyny, Wydawnictwo „Polonia” 1985, ss. 116–118.
  6. Ibid., s. 119.
  7. Tadeusz Łopuszański i dzieło jego życia, Warszawa-Rydzyna 1995, s. 14.
  8. Rydzyna. Gimnazjum…, s. 154.
  9. Ibid., s. 137.
  10. Ibid., s. 141.
  11. Ibid., ss. 87–88.
  12. Ibid., s. 119.
  13. Szkoła Doświadczalna. Trzechlecie…, s. 77.
  14. Ibid., ss. 80–85.
  15. J. Gliński, T. Skarzyński, J. Tomaszewicz, Realizacja założeń pedagogicznych Szkoły Rydzyńskiej. Próba oceny, w: Znaczenie doświadczeń dydaktycznych i wychowawczych Liceum im. Sułkowskich w Rydzynie dla współczesnych prac nad doskonaleniem polskiej szkoły, Rydzyna 1988.
  16. Tadeusz Łopuszański i dzieło…, s. 34.
  17. http://biega.com/rydzyna/fundacja/index.html (dostęp 27.09.2013).
Chciwość przeciwko społeczeństwu i przyrodzie

Chciwość przeciwko społeczeństwu i przyrodzie

Oto najzwięźlejsza przepowiednia zasad neoliberalnej ekonomiki, która opanowała wiele umysłów wśród polskiej elity: Pierwiosnki i krajobrazy mają pewną wielką wadę: są darmowe. Miłość do przyrody nie napędza fabryk. Zdecydowano usunąć miłość do przyrody przynajmniej wśród kast niższych… Warunkujemy masy na niechęć do przyrody – równocześnie jednak wykształcamy w nich upodobanie do sportów na łonie natury. Dbamy […] o to, by sporty te wymagały użycia skomplikowanych (drogich) przyrządów – Aldous Huxley.

Skuteczność działania w takich dziedzinach jak zarządzanie środowiskiem i ochrona przyrody wynika w znacznym stopniu z panującego systemu gospodarczo-politycznego. Starsi z nas wiedzą, że dawniej bywało nieraz łatwiej, gdyż wystarczyło przekonać paru despotycznych decydentów, aby utworzyć park narodowy. Dziś, w dobie globalizacji, pojedynczy decydenci nie mają takiej władzy, a i większość obywateli zmieniła sposób widzenia świata, przyjmując ultraliberalną regulację rynkową za obowiązującą we wszystkich dziedzinach życia. W Polsce nastąpiło to po 1990 r., gdy na barkach egalitarnego ruchu „Solidarność” i lewicowej mono­partii władzę przejęli zwolennicy skrajnej elitarności. Choć w międzyczasie zostało udowodnione z pomocą ścisłych wyliczeń, że tam, gdzie panuje większa równość (mniejsze rozwarstwienie finansowe), tam prawie wszystkim żyje się lepiej, zdrowiej, dłużej, bezpieczniej i wydajniej. I co ważne dla przyrody: tam, gdzie społeczeństwo jest mniej rozwarstwione, tam występuje lepsze poszanowanie wspólnego dziedzictwa. Mogąc wzorować transformację na modelu brutalnej gospodarki neoliberalnej albo na tzw. społecznej gospodarce rynkowej i zbliżonym do niej socjaldemokratycznym modelu skandynawskim – polska elita wybrała to pierwsze rozwiązanie. Mimo sprzeciwów oraz wbrew interesowi większości obywateli, zapanował model pojmujący życie społeczne jako niemal zwierzęcą walkę o byt. Stało się tak, choć ostra rywalizacja nie jest nawet najbardziej efektywna ekonomicznie, czego dowiodły badania amerykańskiej noblistki Elinor Ostrom nad wydajnością pracy w trzech typach własności środków produkcji. Najlepsze wyniki uzyskano w ramach spółdzielczości, jeśli tylko była ona tworzona naprawdę oddolnie. Nie w sektorze państwowym, ani w prywatnym!

Kiedy dziś słuchamy polityków, funkcjonariuszy administracji, mediów, ale także wielu obywateli, uderza dominujący nieomal religijny kult wartości materialnych. Rozwiązania zyskowne są najważniejsze, jak w wizji A. Huxleya, nie uwzględnia się skutków społecznych i ekologicznych, zawartych we wskaźnikach HDI, ISEW, GPI, Giniego i innych. Już nawet w nowelizacjach prawa o ochronie przyrody oraz w przypadku tworzenia obszarów chronionych pojawił się rygorystyczny wymóg, by zmiana nie pociągnęła za sobą skutków budżetowych! To zaś oznacza wycofywanie się Państwa z odpowiedzialności także za stan przyrody i środowiska. Nie widać już trendu ku rozwadze, choć takie podejście jako zasadę rozwoju zrównoważonego tak niedawno wpisano do Konstytucji RP oraz Strategii Lizbońskiej UE.

Zamiast wdrażać tę zasadę około 1998 roku zaczęto u nas wprowadzać „kontrrewolucję ekologiczną”, wzorowaną ślepo na amerykańskiej fali antyintelektualizmu, nazwanej „zdradą nauki i rozumu”. Bezskutecznie spodziewane konsekwencje przyrodnicze staraliśmy się przybliżyć polskiej opinii publicznej w dwóch apelach: w „Manifeście ochrony przyrody” (Tomiałojć 2001) i w „Memoriale w sprawie ekorozwoju Polski (prof. S. Kozłowski 2001). Zaraz potem zaczęto publicznie podważać sens i zakres ochrony przyrody oraz likwidować przyrodnicze gremia doradcze. Ukazały się agresywne wypowiedzi prasowe i stronnicze antyekologiczne książki, a ochrona środowiska i przyrody znów znalazła się na marginesie uwagi rządzących1. Powołane w epoce ekologizmu ministerstwo ochrony środowiska zmieniło się w niechętne swym sprzymierzeńcom – profesjonalnym przyrodnikom i proekologicznym organizacjom społecznym – ministerstwo środowiska. Mimo światowego kryzysu finansowego i zdecydowanego podważenia ultraliberalnej ortodoksji w innych krajach w Polsce interes garstki bogatych pozostał ważniejszy od ogólnospołecznego.

Tylko nieliczni decydenci są świadomi tego, że także społeczeństwo ludzkie jest produktem procesów biologiczno-ewolucyjnych, których przecież coraz lepsze rozumienie naukowe nie pozostaje w miejscu, i czasem odrzuca ono powszechnie dotąd przyjmowane interpretacje. Otóż jest wręcz paradoksem, że w czasie, gdy neoliberalizm sprowadził życie ekonomiczno-społeczne do brutalnej walki o byt, produkując miliony ludzi-odpadów, naukowcy ewolucjoniści coraz dobitniej wykazywali, że sama rywalizacja między osobnikami nie była w przyrodzie najważniejszym motorem progresywnych zmian ewolucyjnych. Ewolucyjna wiedza poszerzyła dzisiejsze horyzonty postrzegania świata żywego, w tym rozumienia ludzkich zachowań oraz systemów społecznych. Okazało się, że w toku ewolucji znaczenie miała nie tylko „męska” rywalizacja (walka o byt i jej dzisiejszy przejaw – „wyścig szczurów”), ale także często występujące zjawiska współpracy. Symbiotyczne współdziałanie jest kluczem do zrozumienia życia na naszej zatłoczonej planecie… – napisała prof. Lynn Margulis. Zdaniem ewolucjonisty E. Mayra dopiero niedawno w pełni zrozumiano, że jednostka jest obiektem doboru w potrójnym znaczeniu: jako osobnik, jako członek rodziny oraz jako członek grupy społecznej. Jeśli obiektem doboru jest osobnik, dobór premiuje wyłącznie tendencje egoistyczne… W dwóch pozostałych przypadkach dobór premiuje także troskę o innych członków rodziny (grupy), czyli altruizm. Oceniając konsekwencje modeli gospodarczo-społecznych, powinniśmy zatem brać pod uwagę to potrójne działanie doboru. Niestety gdy nauki biologiczne odkrywały znaczenie stonowania/ograniczania rywalizacji na rzecz współpracy, w tym czasie na polu polityczno-gospodarczym nastąpił nawrót do kapitalizmu naśladującego walkę o byt, dla większości szkodliwą.

Prawidłowe rozumienie mechanizmów ewolucji ujawniło też wady modelu krańcowo indywidualistycznego w gospodarce jako rozbijającego spoistość społeczeństw. Tak absurdalnie eksponowane w anglosaskim kapitalizmie egocentryzm i wyłączne skupienie uwagi na sukcesach „zwycięzców” stały się dziś najpoważniejszym problemem ludzkości. Oznacza to ignorowanie losu jej większości, choć stabilne społeczeństwo może istnieć tylko na fundamencie współodpowiedzialności, troski o przegrywających. Trudno wyobrazić sobie trwałą cywilizację zbudowaną na zasadach konkursów mistera lub miss, odrzucającą z obojętnością los milionów ludzi słabszych. Ale media serwują nam slogan, że każdy musi „stać się w czymś najlepszy”, ignorując nierealizowalność tego postulatu zarówno z powodów biologicznych (dziedzicznych predyspozycji), jak i statystycznych (jest nas zbyt wiele, by wszyscy byli najlepszymi). Co znamienne, główną „zabawą” w mediach stały się okrutne programy eliminujące typu „ty odpadasz”, niezawierające już nawet śladu współczucia dla wykluczanych z rywalizacji. Dla ludzi mojego pokolenia one wcale nie są zabawne, gdyż zbytnio przypominają selekcję w obozach koncentracyjnych lub programy hodowlane Aryjczyków.

Dzisiejsza rywalizacja sprzyja akceptowaniu nienasyconości, z jej rażącymi skutkami w postaci rozkwitu wrogości i zaniku współczucia. Aż 46% Amerykanów sprzeciwia się objęciu ubezpieczeniem zdrowotnym uboższych współobywateli – to taka jest ta sławiona przez wieki „chrześcijańska miłość bliźniego”? Dezintegrację niektórych zachodnich społeczeństw widać też w zaniku szacunku dla ludzi biedniejszych, imigrantów, osób starszych, pracujących na roli itp.

O popełnieniu straszliwych błędów gospodarczych, politycznych i moralnych w skali wręcz światowej zaświadcza drugi z rzędu kryzys finansowy, który, jak zauważa Grzegorz Kołodko, nie mógł się zrodzić w krajach ze społeczną gospodarką rynkową. Jego korzenie tkwią głęboko w neoliberalnym modelu anglo-amerykańskiego kapitalizmu. Im więcej ubogich, zwłaszcza wtórnie ubogich, tym silniejszy nacisk na niezgodne z prawem i obyczajem użytkowanie dóbr wspólnych. Dzieje się tak, ponieważ pomiędzy elementarnymi życiowymi potrzebami ludzi zepchniętych w ubóstwo a koncesjami na rzecz ochrony środowiska istnieje prawdziwa sprzeczność, dla której osłabienia trzeba by sprawiedliwych społecznie rekompensat. Utrwala to szkodliwe przekonanie, że wszystko winno być eksploatowane, nawet każdy fragmencik dzikiej przyrody.

Mimo że w wypowiedziach pojedynczych osób (np. już u Platona, wspominającego o degradacji gór Attyki) znaleziono wzmianki sprzed dwóch tysiącleci o lokalnych zniszczeniach przyrody, to w starych kodeksach nie było jasnych nakazów przeciwdziałania destrukcji środowiska. Nawet ludzie nieprzeciętni, jak ekonomista F. Hayek czy niektórzy papieże, do niedawna uparcie zaprzeczali zagrożeniu wynikającemu z rosnącej populacji ludzkiej. I chociaż sprzeczność pomiędzy pędem do bogacenia się a koniecznością zawarcia rozważnego kompromisu z potrzebami ogromnych mas ludzi biedniejszych, z prawami następnych pokoleń oraz z potrzebami środowiska/przyrody narastała od dawna, to wyraziście została ona ujęta dopiero w XIX- i XX-wiecznej idei ochrony przyrody i etyki ekologicznej.

Przez tysiąclecia ludzkość żyła w okresach stabilności, tak w zakresie wielkości populacji, jak i nasilenia aktywności gospodarczej, zaburzanych tylko wojnami i klęskami żywiołowymi. Jedynie okresowo i lokalnie zdarzały się wielkie przyspieszenia – w Chinach, Indiach, Egipcie czy Grecji, dając podstawę dla stworzenia dziś tak czczonego, a niebezpiecznego terminu „wzrost gospodarczy”, nieodpowiedzialnie propagowanego w warunkach rosnącej populacji ludzkiej i hiperkonsumpcji. Wprawdzie za tendencją tą kryje się naturalna skłonność organizmów żywych do reprodukcji i ekspansji, niemniej dawniej była ona hamowana czynnikami zewnętrznymi (drapieżniki, choroby lub wojny). To najbardziej „imperialistyczne” społeczności ludzkie sformułowały założenie o rzekomej niewyczerpywalności zasobów Ziemi. Co prawda pojawienie się egalitarnej idei socjalistycznej i zbiorowej siły związków zawodowych, przeciwstawiających się wyzyskowi wzorowanemu na walce o byt, a potem kryzys lat 30., doprowadziły do otrzeźwienia, do złagodzonego kapitalizmu racjonalnego i demokratycznego, to jednak tylko na krótko. Już od lat 80. propaganda thatcheryzmu-reaganizmu znowu wmówiła ludziom, jakoby pęd ku „wzrostowi” był odwieczny oraz jakoby miało tak pozostać na zawsze. Na tym tle idea sprawiedliwości społecznej oraz szerzej – zasada rozwoju zrównoważonego – jawią się jako epizody utopijnego myślenia.

Chciwość zabija dziś wszystko – etykę zawodową, przyzwoitość, współczucie, solidarność, odpowiedzialność, a nawet odwagę posiadania samodzielnego („niesłusznego”) osądu. Zatraciliśmy gdzieś całą mądrość. Obchodzi nas tylko rachunek zysków – zauważyła Jane Goodall. Jest to tryumf chamskiej chciwości nad kulturalnym umiarkowaniem, nad uczciwością oraz nad dobrem wspólnym. Da się tym nawet wytłumaczyć oddanie w obce ręce przeważającej części polskiego przemysłu, bankowości, wielu nieruchomości oraz sieciowego handlu, i to nieraz za 10–15% rzeczywistej ich wartości. Obecnie trwają zabiegi o podporządkowanie ziem uprawnych pośrednio zagranicznemu agrobiznesowi, oczywiście kosztem rodzimych drobnych producentów żywności.

Kto tę chciwość napędza? Niestety, niemal wszyscy! W realizowaniu tej chciwości masowo zdają się brać udział nawet ludzie wierzący w nagrodę w życiu pozagrobowym – w tym chrześcijańscy i katoliccy politycy, administratorzy, kapłani. Mimo deklaracji ideowych część z nich chce zbudować sobie raj tu na Ziemi kosztem innych ludzi, wyeksploatowania przyrody i maksymalnego zdegradowania środowiska. To wskutek chciwości dla wielu nie ma już żadnej świętości w przyrodzie, a tylko pogardzane „trawki, żabki i ptaszki”, które trzeba obowiązkowo wyśmiać. Świecki teolog w opiniotwórczej „Gazecie Wyborczej” ostro wypowiadał się przeciw ochronie „pogańskich świętych gajów”, tym terminem określając rezerwaty przyrody i parki narodowe, zajmujące nikły fragment naszego kraju – zaledwie 1,5% jego całkowitej powierzchni. Krańcowo merkantylnie zorientowanie życia społecznego nabiera już cech zbiorowej choroby psychicznej, jak uważa Lloyd. Pod wpływem kosztownych, a ogłupiających reklam większość zatraca rozsądek, czyli rozwagę cechującą ludzi doświadczonych losem, zdolność dostrzegania krzywdy innych i dobrowolnej rezygnacji z części swych korzyści. Już nie dziwimy się światu, w którym codziennie umierają z głodu dziesiątki tysięcy ludzi, Polsce, w której zimą zamarzają bezdomni, a dzieci są niedożywione, gdy równocześnie pozbawieni sumienia, przyzwoitości i resztek honoru prezesi banków i firm otrzymują kilkumilionowe odprawy, hierarchowie kościelni bez umiaru stroją sobie pałace lub świątynie-piramidy, radni wznoszą stadiony-kolosea, a 8% najbogatszych ludzi kontroluje aż 60% globalnych zasobów. Choć zasoby Ziemi są jeszcze wystarczające dla spełnienia podstawowych potrzeb wszystkich jej mieszkańców, to nie wystarczają, by nasycić naszą chciwość, jak słusznie zauważył Gandhi.

Nadmierna eksploatacja zasobów przyrody i środowiska wynikała głównie z niewiedzy o skutkach. Później przyczynami były ignorancja, chciwość i oszustwo, w takiej właśnie kolejności. Jednak dziś ani władze państwowe lub szefowie koncernów, ani większość ludzi nie może się już usprawiedliwiać samą niewiedzą. Mimo iż z jednej strony, z wysokiego szczebla i z uroczystych trybun, padają zapewnienia o znaczeniu przyrody i „zdrowego środowiska”, to w rzeczywistości często bywa nawet odwrotnie. Chociaż niewątpliwie dokonał się postęp w niektórych dziedzinach (np. w zakresie fizykochemicznego oczyszczania środowiska), to w innych jest on niedostateczny, tylko pozorny, albo nawet trwa zręcznie kamuflowany regres. Właściwie nadal dominują dwie egoistyczne reguły: „mój zysk jest najważniejszy” oraz ustępstwa na rzecz środowiska mają zachodzić „nie moim kosztem i nie na moim podwórku”. Do tego dochodzi wszechobecne kłamstwo i fałszowanie faktów. Nawet ministrom i premierom zdarza się wypowiadać jawną nieprawdę o rzekomo nadmiernej ochronie przyrody w Polsce, choć ściślej (jako parki narodowe i rezerwaty przyrody) chronimy ledwie fragmencik kraju, na pozostałych 98,5% obszaru prowadząc różnoraką gospodarkę, nawet w obrębie unijnych obszarów chronionych sieci Natura 2000. Pod ściślejszą ochroną obszarową mamy dwa-trzy razy mniej niż przodujące cywilizacyjnie narody UE, choć fragmentów dobrze zachowanej przyrody posiadamy znacznie więcej niż one.

Zarysowuje się wspólny front inwestorów, polityków, administratorów i twórców prawa w celu blokowania opinii ludzi nauki lub troskliwych inicjatyw obywatelskich. Związane z władzą i administracją kręgi tworzą atmosferę pobłażania dla łamania prawa o ochronie przyrody i środowiska wobec jakoby nikłej szkodliwości społecznej takich czynów. Wykrętne omijanie lub psucie prawa mają się całkiem bezkarnie, a nawet bywają bronione przez niejednego urzędnika, choć jego elementarnym obowiązkiem winno być akurat dbanie o tego prawa przestrzeganie. W atmosferze kultu zysku niejedna ręka drugą rękę myje. I to nie tylko u nas. Przykłady braku skłonności naszych władz do kompromisów na rzecz ochrony przyrody i środowiska opisywano już wielokrotnie – bezskutecznie.

Z upływem czasu narasta we mnie przeświadczenie, że wymagane prawem unijnym i krajowym oraz niewątpliwie potrzebne konsultacje społeczne programów rozwojowych i konkretnych inwestycji także przeradzają się nieraz w farsę. Często jest to tylko przykry obowiązek administracji, narzucony prawodawstwem unijnym, z którego kto może stara się wykręcić pozorowaniem: dając ledwie 21 dni (nieraz w czasie, gdy potencjalni opiniodawcy są zajęci egzaminowaniem, badaniami terenowymi lub są na urlopach), konsultując z byle kim (najlepiej z przez siebie wyznaczonym znajomym „ekspertem”), a pomijając naprawdę poważnych, lecz nielicznych opiniodawców zespołowych, takich jak instytuty naukowe lub stowarzyszenia niezależnych uczonych. Kiedy rozmawiamy konkretnie o pozostawieniu w jakimś rezerwacie procesów przyrodniczych swojemu biegowi, to od administratorów zaraz słyszymy lamenty, ile to kubików drewna lub ziemi się „zmarnowało”. Według tak merkantylnego myślenia przyroda od milionów lat nic tylko się marnowała, skoro np. w karbonie drzew nie przerabiała na deski. To z podobnej krótkowzroczności wynikła niemożność wyrwania się z chciwości, jaką zademonstrował pewien białoruski wysoki urzędnik. Przekonywany, że w tamtejszym parku narodowym wilki nie powinny być tępione, gdyż są naturalnym składnikiem pralasu, tej „przyrodniczej Ziemi Świętej”, odpowiedział ze zniecierpliwieniem: No, jakże to, czemuż to wilki mają zjadać nasze jelenie, a nie my? Wynikałoby z tego, że cała przyroda ma służyć nienasyconym brzuchom tylko naszego gatunku, a nie także milionom innych istot żywych. Taki szowinizm gatunkowy jest jednak od dzieciństwa wszczepiany w młode umysły przez nieudolnych wychowawców, często nieczytających niczego, a którzy zasłyszeli tylko o jednym fragmencie Biblii, tym o czynieniu sobie Ziemi poddaną. Niestety, nie znają (a może celowo go pomijają?) drugiego: i Bóg wziął człowieka, i umieścił go w ogrodzie Eden, aby go uprawiał i doglądał, mówiącego o trosce o środowisko (Eden) w duchu bliskim dzisiejszemu ekologizmowi.

Zagrożenia dla realizacji prawnych zapisów o ochronie przyrody i środowiska, a nawet złagodzenie tych przepisów i wprowadzanie „furtek” dla obchodzenia ograniczeń, wskazują na pilną potrzebę odbudowy edukacji proekologicznej, obejmującej dorosłą część społeczeństwa, w której brałby udział system szkolnictwa, świat nauki, kościoły, organizacje pozarządowe i media. Konieczna staje się edukacja etyczna i społeczna w duchu ekologizmu i umiarkowania, czyli dalekowzrocznej odpowiedzialności za Ziemię. Filozofowie i rządzący nie mogą tak po prostu przyjmować orientacji obywateli na teraźniejszość, ale muszą spróbować wychować ich zarówno w osobistych, jak i zbiorowych sprawach ku myśleniu perspektywicznemu – trafnie zauważył Dietrich Birnbacher. Niestety takiej politycznej woli u nas nie ma, a uczonych za zajmowanie się praktyczną ochroną przyrody i edukacją (np. za pisanie polskich podręczników) wprost karze się niską punktacją dorobku naukowego!

Aby innych przekonywać i wychowywać, trzeba najpierw samemu być przekonanym o słuszności postaw prospołecznych. Kto jednak ma tego dokonać, jeśli dziś w kręgach wychowujących społeczeństwo i rządzących nim dominuje postawa nieprzychylna zarówno solidarności z biednymi, jak i ekologizmowi? Przyjrzyjmy się przykładowo stanowisku różnych kapłanów wobec potrzeby ochrony środowiska. Słusznie od tysiącleci piętnując chciwość i wychwalając umiarkowanie, chrześcijanie długo nie wiązali tego ze stanem przyrody i środowiska. Jednak już od lat 70. i 80., włączając się do dyskursu ekologicznego, Światowa Rada Kościołów oraz papieże poczęli mocno akcentować obowiązek ochrony środowiska, choć wiązali go z korzyściami tylko dla ludzi. Ten ważny, aczkolwiek nieśmiały nurt nie znalazł jednak trwałego miejsca w edukacji etycznej kościołów. Przykładem może być los wypowiedzi Jana Pawła II oraz patriarchy prawosławnego Aleksieja II, obu z zatroskaniem mówiących o obowiązku ochrony środowiska i przyrody. Choć obowiązek ten w latach 90. zapisano w rzymskokatolickich wydawnictwach („Katechezy ekologiczne”, „Poradnik ekologiczny”, „Chrześcijańskie podstawy ekologii” itp.), to już po kilku latach tak ostentacyjni w innych kwestiach wielbiciele papieża Polaka akurat o tym najważniejszym dla Ziemi, ludzi i przyrody przesłaniu nie pamiętają. W ten sposób doszło do znamiennego paradoksu. Obecnie to zieloni i alterglobaliści nawołują, jak niegdyś pierwsi chrześcijanie, do skromniejszego życia, mniej uderzającego w biedniejszych, mniej niszczącego środowisko i inne gatunki, podczas gdy wielu wyznawców różnych religii walczy o jak najwięcej dóbr doczesnych. W radykalnym protestantyzmie sformułowano nawet tezę, że to bogactwo jest świadectwem boskiego błogosławieństwa. W konsekwencji wracamy do feudalnego dziedziczenia przywilejów przez wybrańców, a biedy przez większość obywateli! Także polska elita postsolidarnościowa nie chce już pamiętać o solidarności z biedniejszymi oraz z bezbronną przyrodą! Każdy sobie rzepkę skrobie, przy zaniku oddolnego organizowania się dla wspólnych działań. Dla takich „rynkowych zawodników” ochrona przyrody jest oczywiście czymś wysoce irytującym.

Konsumpcyjnie zaprogramowany umysł nie myśli o dalekosiężnych skutkach, kiedy to dwa – trzy razy więcej setek tysięcy ludzi zechce wejść/wjechać na Kasprowy Wierch czy do innego parku narodowego. Ani o tym, co tam zastanie naturalnego, jeśli przedtem ktoś ustosunkowany zbuduje w nim przyciągającą tłumy inwestycję w rodzaju kolejnej trasy narciarskiej, wyciągu czy wielkiego hotelu. Dla takich niebezpiecznych zamiarów przeciwnicy ochrony przyrody już wstawili odpowiednie furtki do znowelizowanej w r. 2004 Ustawy o ochronie przyrody.

Jak zatem w tych warunkach zapewnić przez następne dziesięciolecia, jeszcze bardziej przeludnione, nie tylko wyżywienie dla dodatkowych miliardów ludzi, ale i ochronić przed ich niszczącym naciskiem ostatnie nosorożce i stada słoni w Afryce albo na całym świecie przed zadeptaniem ocalić parki narodowe, dokąd już teraz przybywa corocznie po kilka milionów zwiedzających – każdy z nich ze swym „demokratycznym” prawem do realizowania najgłupszych nawet zachcianek, i nikt nie próbuje im tego wyperswadowywać, bo straci poparcie w wyborach. Perswadująca myśl nie dociera już nawet do ludzi odpowiedzialnych, by choć oni kierowali się na wypoczynek gdzie indziej. Czyż to takie wielkie wyrzeczenie dla rozumnego człowieka? Co więcej, byłby w tym element społecznej solidarności: rezygnując z miejsc snobistycznych, wspieralibyśmy uboższe społeczności lokalne. Ale umysłowości opanowane manią zakupizmu nie chcą słuchać o umiarkowaniu.

Istnieje tylko jedna okoliczność, kiedy wszechmocne pragnienie zysku ustępuje z placu boju. Wymusza to jeszcze silniejsza chęć zabawy, co jest złem wcale nie mniejszym. Dla chwilowych emocji, dziecinnych, barbarzyńskich lub otumaniających, traci się prywatnie i publicznie miliony. Pilne łagodzenie niesprawiedliwości społecznych oraz zabezpieczanie ponadczasowych wartości przyrodniczych jest niczym w zderzeniu z chęcią zabawy. To dla chwil emocji bezlitośnie eksploatuje się przyrodę i oszczędza na wynagrodzeniach dla najuboższych, by zebrane środki potem wydać na narkotyzujące pustką umysłową momenty zbiorowych „zawrotów głowy”. U zwierząt bawią się tylko osobniki młode, i to dla doskonalenia umiejętności przydatnych potem w życiu dorosłym. My rozciągnęliśmy skłonność do rozrywek na większość życia, na czym bez wątpienia skorzystała twórcza działalność poznawcza, odkrywcza, artystyczna. Ciekawość i skłonność do rozrywek uczyniły nas ludźmi. Ale „szalona zabawa w stadzie” chyba niczego pozytywnego nie tworzy, a zużywa zasoby zabrane akurat najbardziej ich potrzebującym. Przegęszczona ludzkość wytworzy cywilizację bez inteligencji – ostrzegał jeden z francuskich myślicieli XX wieku, a co, zdaje się, już zaczyna spełniać.

Jak jednak rozmawiać o potrzebie wyrzeczeń i kompromisów z decydentami i ideologami żyjącymi w oazach dobrobytu, ponad społeczeństwem i praktycznie ponad prawem? Dla partnerstwa trzeba, aby strony miały zbliżoną siłę polityczną i choć trochę wzajemnego szacunku. Takiej równowagi nie ma ani w świecie, ani w Polsce. Gdy jedni mają 90% wpływów w mediach, pośród klasy politycznej i w odbiorze wyznawców, to obywatele z przyrodniczym i niezależnym filozoficznym wykształceniem pozostają na marginesie społeczeństwa. Nie wiemy nawet w przybliżeniu, ile w Polsce zatrudnia się na ważnych stanowiskach w administracji osób z wykształceniem biologiczno-ekologicznym, zdolnych do sprzeciwu i merytorycznej dyskusji o zyskach i stratach różnych „dochodowych” projektów pomijających aspekt ekologiczny. Rządzący i dominujący liczebnie „technicy” dyktują warunki wspólnie z partnerami biznesowymi, a usłużne media prowadzą dywersję przeciw kontynuowanej jeszcze tu i ówdzie edukacji prośrodowiskowej. Od kilkunastu lat niemal nie dopuszcza się do publicznych wypowiedzi w mediach na tematy gospodarczo-społeczne żadnych profesjonalnych ekologów (doktorów, profesorów, przedstawicieli instytutów lub naukowych komitetów), zarazem wyśmiewając orientację ekologiczną, rzekomo blokującą rozwój kraju. Media co kilka miesięcy prowokują wybuchy nienawiści do ekologów, rozpowszechniając brednie o rzekomym wstrzymywaniu realizacji wielkich inwestycji z błahego powodu. Nie konsultuje się z ekologami-uczonymi, bo tu nie chodzi o prawdę, lecz o wywoływanie niechęci do ludzi starających się stawiać tamę dającej się uniknąć degradacji środowiska. Z opóźnieniem naśladujemy w tym byłego „toksycznego prezydenta” USA. Marcin Gadziński w lutym 2007 donosił w korespondencji z Waszyngtonu: Naukowcom nagminnie odmawiano zgody na występy w mediach. Interwencje najczęściej podejmowali urzędnicy z Białego Domu. […] Ponad 150 naukowców stwierdziło, że osobiście zetknęli się z próbami politycznych ingerencji w swoje prace nad zmianami klimatu Ziemi.

O ile w kwestii egoizmu nie musimy się wzmacniać i douczać, o tyle myślenia altruistycznego o słabszych, w tym o przyrodzie, jak też umiejętności dyskusji i dochodzenia do rozwiązań kompromisowych, należałoby nieustannie uczyć naszych obywateli. Jednak polski system edukacji jest tak skonstruowany, aby jak najbardziej ograniczyć zdolność krytycznego myślenia ludzi… A to sprawia, że wszystkie neoliberalne dogmaty o społeczeństwie i gospodarce są przyjmowane jako element oczywistej wiedzy o świecie, jak stwierdza Jacek Kochanowski. Dlatego trzeba najpierw zapewnić niezależność mediów publicznych od monopolistycznej opcji politycznej, dając głos także poglądom centrowym, lewicowym, prośrodowiskowym oraz niezależnej nauce. Może wtedy dotrze do decydentów gdzie indziej już znana prawda, iż rozwiązania zgodne z ekologią zwykle na dłuższą metę okazują się opłacalne także ekonomicznie, lepiej służąc następnym pokoleniom. Wiedzą o tym twórcy takich projektów, jak koncepcja przebudowy Sztokholmu w „miasto ekologiczne” (ecomunicipality) czy niemieckiego Freiburga w miasto samowystarczalne energetycznie lub budowa eksperymentalnego miasta najbardziej „ekologicznego” – Greensburg w USA. To wielkie idee przyszłości, niestety, większości Polakom brak jest odważnego wizjonerstwa!

Czytając wypowiedzi nieszablonowych umysłów odzyskuje się nadzieję, że są jeszcze jednostki widzące jasno, iż ultraliberalna droga jest ślepym zaułkiem niebezpiecznym i dla ludzkości, i dla biosfery. Wywołane jest to wysunięciem na pierwszy plan dobra zwycięskich jednostek oraz nienasyconych grup interesu, przy ignorowaniu kosztów społecznych oraz olbrzymich i dalekosiężnych zaburzeń w stanie środowiska. Oby udało się zapanować nad chciwością, w czym obecny kryzys ekonomiczny mógłby znakomicie dopomóc, gdyby stał się otrzeźwieniem wymuszającym odwrót od chciwości, rozrzutności i megalomanii, orientując myślicieli, polityków i administratorów na zainteresowanie się przyszłością bardziej bezpieczną zarówno dla ludzi, jak i dla przyrody. W wielu krajach powstały już ośrodki badań i propagowania zrównoważonego rozwoju gospodarczego, działające pod wspólnym hasłem „Dosyć znaczy dosyć”. Wśród nich jest nasz bardzo aktywny obywatelski Instytut na rzecz Ekorozwoju. Od oszczędnej gospodarki „ekologicznej” nie ma już ucieczki w żadnym kraju! Udawanie, że jest inaczej, w dalszej perspektywie byłoby samobójstwem nie tylko ekologicznym, ale i ekonomicznym.

Spis cytowanego piśmiennictwa do uzyskania u autora.

Przypis

Błędne lub cyniczne jest wtłaczanie światopoglądu ekologiczno-ochroniarskiego w ramy orientacji lewicowej i czynienie z niego przeciwnika prawicy. Ekologizm zawiera elementy z obu tych orientacji politycznych. Opowiadanie się za ekologizmem oraz sprawiedliwością wewnątrz- i międzypokoleniową jest postawą centrową, bliską rozumnie pojmowanemu konserwatyzmowi. Nadrzędność dobra wspólnego, tu ochrony środowiska, winna być postulatem wszystkich rozumnych opcji politycznych.

Lewica wobec Śląska

Podstawową zasadą skutecznego działania jest zrozumienie mechanizmów, na które chce się poprzez to działanie wpływać. Bez trafnej teorii na temat zjawisk, z którymi pragniemy się zmierzyć, nie możemy podjąć skutecznych czynności w tym kierunku. To samo dotyczy problemu kreowania na Górnym Śląsku tzw. narodu śląskiego oraz próby promowania idei przekształcenia terytorialno-administracyjnego Polski przez jednego z ideologów tego mikronacjonalizmu, Jerzego Gorzelika i Ruch Autonomii Śląska.

Koncepcja ta zakłada regionalizację naszego kraju poprzez zmianę konstytucji i utworzenie autonomicznych województw/regionów, w tym – szczególnie – autonomicznego regionu śląskiego. Podejmowanej przez te kręgi walce politycznej przeciw unitarnemu państwu polskiemu w ramach Unii Europejskiej trzeba się zatem przeciwstawiać, czerpiąc z metodologii i teorii naukowej, która zjawiska społeczne i wykorzystujące je w działaniu środowiska polityczne przebadała wiele lat wcześniej, zanim urosły na Śląsku do rangi poważnego problemu.

W narracji narzuconej obecnie na Śląsku próbuje się udowodnić, że region ten jest kolonią wewnętrzną Polski, a Ślązacy – ludnością kolonialnie wykorzystywaną. Zwolennicy takiej koncepcji bezrefleksyjnie pomijają fakt, że kolonizacja Śląska nastąpiła dużo wcześniej, za Fryderyka II – króla Prus, i bez żenady powtarzają tezy propagandy sukcesu uprawianej przez biurokrację i burżuazję tych, którzy pierwsi uczynili z pięknej, bogatej ziemi kolonię i eksploatowali śląski lud przez prawie dwieście lat.

O tym kolonialnym imperializmie trzeba przypominać w Unii Europejskiej, ogarniętej kryzysem nie tylko ekonomicznym, ale i tożsamościowym. Unii zdominowanej przez zjednoczone Niemcy, powiązane gospodarczo z Rosją. Unii, która zamiast być socjalną Europą ojczyzn, pod presją brukselskich eurokratów stała się neoliberalną Unią dla bogatych. Ci sami biurokraci wspierają dążenia mikronacjonalistów do przekształcenia europejskiej struktury w unię regionów, przeciwstawiając ją Europie socjalnych ojczyzn. Widać to na przykładzie Katalonii w Hiszpanii czy separatyzmu Ligi Północnej we Włoszech.

W ten kontekst wpisuje się narracja mediów głównego nurtu dążąca do zohydzenia patriotyzmu, czyli miłości ojczyzny, a jednocześnie do umacniania nacjonalizmów regionalnych. Dzieje się to w interesie ponadnarodowych korporacji i giełdowych wielkich właścicieli kapitałów, dla których państwa obywatelskie, oparte na patriotyzmie, stały się ostatnią przeszkodą na drodze do narzucenia neokolonialnego wyzysku większości społeczeństw na świecie. W ich interesie leży istnienie unii mikronacjonalistycznych regionów, bo im mniejsze i słabsze gospodarczo państwo, tym łatwiej narzucić mu dyktat wielkich ponadnarodowych firm. Przykłady Grecji czy Cypru wydają się tutaj oczywiste. W interesie koncernów leży zwalczanie konceptu unii socjalnych ojczyzn, bo taka unia ograniczyłaby im możliwości wyzysku klas najsłabszych ekonomicznie i zmusiła biznes do dzielenia się z pracownikami znaczącą częścią zysków, obecnie bezproduktywnie marnotrawionych w spekulacyjnej i konsumpcyjnej degrengoladzie klas wyzyskujących i kolaborującego z nimi menedżmentu tak prywatnego, jak i państwowego.

Dla społeczeństwa polskiego, zepchniętego do roli taniej siły roboczej w Unii, taka narracja, zwłaszcza na Śląsku, jest szczególnie alarmująca, bo – jak trafnie pisał Zbigniew Zielonka w swoich rozważaniach o historii i kulturze zatytułowanych „Śląsk: ogniwo tradycji” – od podboju Śląska rozpoczyna się zabór ziem polskich. Była to pierwsza etnicznie polska ziemia, którą opanowały Prusy. Należała co prawda dotychczas do Cesarstwa (niemieckiego), ale było to cesarstwo wielonarodowościowe, a ponadto znalazła się ona w rękach cesarstwa jako prowincja Korony Czeskiej. Tylko tę podstawę prawną posiadali Habsburgowie, dzierżąc Śląsk. Jego zabór przez Prusy stał się wstępem do rozbiorów Polski

Sytuacja na Śląsku jest w dziejach nowożytnej Europy szczególnym przypadkiem niedorozwoju zależnego. W świetle obowiązującej terminologii terytoria tzw. zależne to w gruncie rzeczy dawniejsze kolonie. Kształtowanie się nowoczesnych społeczeństw narodowych oraz społeczności pogranicza na terenie wschodniej Europy z wielką wnikliwością prześledził śp. prof. Józef Chlebowczyk w zapomnianym dzisiaj dziele pt. „O prawie do bytu małych i młodych narodów. Kwestia narodowa i procesy narodotwórcze we wschodniej Europie środkowej w dobie kapitalizmu, od schyłku XVIII do początków XX w.” (Warszawa – Kraków 1983). Istotnym kontekstem, w którym warto spróbować odczytać analizę i syntezę prof. Chlebowczyka, jest artykuł prezesa Pew Research Center, Alana Murraya, opublikowany w „The Wall Street Journal”, zatytułowany „Świat rewolucji klasy średniej”, przedrukowany 22 lipca 2013 r. w dodatku ekonomicznym do „Rzeczypospolitej”. Jego główna teza mówi, że Dzisiejszy świat jest świadkiem trzeciej wielkiej rewolucji klasy średniej. Pierwszą, w XIX wieku, przyniosła rewolucja przemysłowa. Druga miała miejsce po II wojnie światowej; obie dokonywały się przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych i Europie. Wygląda na to, że trzecia będzie największa i najszerzej zakrojona. Przez ostatnią dekadę dokonywała się w Chinach, ale szybko rozszerza się na resztę Azji, Amerykę Łacińską, a nawet Afrykę. Taka teza dość czytelnie wyraża oczekiwania ponadnarodowych środowisk wielkiej finansjery wobec tzw. arabskiej wiosny, tzw. buntów oburzonych oraz masowych protestów, które miały miejsce latem tego roku w Egipcie, Turcji i Brazylii.

Znaczące jest jednak to, że do krajów, w których owa „trzecia fala rewolucji klasy średniej” trwa, autor zalicza m.in. Chiny, Brazylię, Wenezuelę itd. Można więc przyjąć założenie, że również procesy tzw. spóźnionych mikronacjonalizmów – jak w Katalonii, Szkocji czy północnych Włoszech – mogą być uznane za pochodną tych procesów. Ich lokalnym odpryskiem na gruncie polskim są próby wykorzystania różnic kulturalnych i gwarowych do kreowania „spóźnionych narodów” i autonomizacji regionów zamieszkiwanych przez takie grupy społeczne (oprócz RAŚ-u są to Unia Wielkopolan czy stowarzyszenia kaszubskie).

Jak pisze Murray, niektórzy eksperci przewidują, że w przeciągu dwóch dekad większość światowej populacji będzie można zdefiniować jako klasę średnią, jeśli chodzi o posiadane środki i ambicje – dotyczy to między innymi edukacji, telefonów komórkowych, samochodów i, co najważniejsze, zdolności koncentrowania się na czymś innym niż podstawowe potrzeby bytowe. W zakończeniu artykułu prezes Pew Research Center wyprowadza wniosek, że nowa globalna klasa średnia przekształci społeczeństwa, gospodarki i instytucje polityczne w sposób trudny do przewidzenia. W przeciwieństwie do powstawania klasy średniej w XIX wieku i po II wojnie światowej ta fala nie musi być zakorzeniona w zachodnich wartościach. W kontekście śląskim i innych regionów Polski warto się zastanowić, czy owe „przekształcenia”, promowane przez miejscową „nową klasę średnią”, nie są reakcyjną próbą cofnięcia zegara przemian do wieku XIX…

Dla zrozumienia współczesnych procesów neokolonialnego podporządkowania społeczeństw tej części Europy ponadnarodowym korporacjom ma to kluczowe znaczenie. Dla rozproszkowanej polskiej lewicy pracowniczej i środowisk patriotycznych – szczególnie, gdyż to właśnie brak sprawnej metodologii przy ocenie obecnie zachodzących procesów walki społeczno- i narodowowyzwoleńczej uniemożliwia wypracowanie spójnego programu, a co za tym idzie – rozwinięcie społecznie sprawnej organizacji zdolnej artykułować interesy większości społeczeństwa polskiego w warunkach neokolonialnej globalizacji.

Dlatego pozwalam sobie przypomnieć główne wątki tej – dla wielu nieznanej, dla innych zapomnianej – fundamentalnej pracy J. Chlebowczyka. Jedynie w przypadku niektórych zagadnień pokuszę się o własne komentarze, aby podkreślić adekwatność tej publikacji względem analizy skutków niedorozwoju zależnego społeczeństwa polskiego w warunkach owej trzeciej fali rewolucji burżuazyjnych, przez ideologów neoliberalizmu określanych jako rewolucje nowej klasy średniej.

Punktem wyjścia tej analizy jest wyróżnienie przez J. Chlebowczyka wśród społeczności narodowych i grup językowo-etnicznych na obszarze wschodniej Europy środkowej „w przededniu rewolucji burżuazyjno-demokratycznych” następujących społeczeństw i społeczności:

1) narody państwowe,

2) narody w pełni już ukształtowane jako narody polityczne o pełnej strukturze socjalnej, pozbawione jednakże własnych zinstytucjonalizowanych form bytu państwowo-narodowego,

3) grupy językowo-etniczne oraz narodowości, w większości plebejskie (o niepełnej strukturze socjalnej), dostające się dopiero w orbitę działania i oddziaływania zarówno poziomych [klasowych – przyp. R.A.], jak i pionowych (narodowych) procesów emancypacyjnych i integracyjnych. W grę wchodzą tu również zbiorowości w rodzaju polskiej etnicznie ludności Śląska, które na skutek wielowiekowej przynależności do obcych organizmów państwowych utraciły łączność ze swym pniem macierzystym, stanowiącym społeczność grupy drugiej bądź pierwszej (np. powstałe w wyniku osadnictwa enklawy niemieckie w krajach Korony Św. Stefana),

4) różne społeczności żyjące z reguły w diasporze, odznaczające się często wyraźną odrębnością kulturowo-cywilizacyjną, rasową. Szczególne miejsce w tym względzie zajmuje ludność żydowska występująca w zmasowanej postaci w zachodnich guberniach Rosji [dawne ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego oraz wschodnich kresów I Rzeczypospolitej – przyp. R.A.].

Warto w tym miejscu zauważyć, że autor definiował tzw. narody państwowe w europejskich warunkach jako te społeczności narodowe, które na progu rozwoju kapitalistycznych stosunków produkcji miały całkowicie ukształtowaną strukturę socjalną. Dzięki temu narody te nieprzerwanie utrzymywały w ciągu minionych stuleci swą świadomość narodową, kultywowały swą tradycję historyczną, co prawda w granicach zakreślonych przez aktualny układ sił klasowych. W warunkach monarchii habsburskiej XIX w. w grę wchodziły tu takie społeczności narodowe jak Niemcy austriaccy, Madziarzy, Włosi, Polacy, Chorwaci [podobne problemy występowały nie tylko tam, lecz również w monarchiach Hohnzollernów i Romanowów – przyp. R.A.].

Inne społeczności narodowe oraz grupy językowo-etniczne określane jako narody (trafniej będzie „społeczności”) […] posiadały charakter wyraźnie plebejski. Były to zbiorowości, które pod względem socjalnym składały się prawie wyłącznie z warstw niższych, głównie chłopstwa, a w nielicznych środowiskach miejskich – drobnomieszczaństwa. Z uwagi na wspólną pierwotnie więź językowo-etniczną rodzime klasy posiadające, wraz ze związaną z nimi warstwą oświeconą, uległy w ciągu minionych stuleci asymilacji; nastąpiło to czy to w związku z utratą własnej państwowości (np. Czesi), czy też w ogóle z jej brakiem (np. Słowacy, Słoweńcy). Od siebie dodam, że do tej samej grupy „społeczności” można zaliczyć Rusinów ukraińskich czy białoruskich na tzw. Kresach Wschodnich I i II Rzeczypospolitej, którzy znaleźli się w jej granicach w wyniku rozpadu księstw zachodnioruskich po podboju mongolskim oraz po antymongolskiej ekspansji Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Chlebowczyk zwraca uwagę, że w Europie istniały też społeczności, w których podczas formowania się w nowoczesny naród w ogóle nie wyodrębniły się rodzime klasy posiadające. Do takich narodów zaliczył przykładowo Łotyszy czy Estończyków.

W przypadku europejskich tzw. narodów państwowych – można je podzielić na państwa posiadające kolonie: a) zamorskie i pozaeuropejskie (np. Belgia, Francja, Hiszpania, Holandia, Portugalia czy Wielka Brytania), b) wewnątrzeuropejskie (np. Austria, Prusy, Rosja, Turcja, a wcześniej – również Polska, czego wyrazem były wojny kozackie). W takim znaczeniu narody i społeczności narodowe, które w Europie środkowo-wschodniej znalazły się pod panowaniem tzw. narodów państwowych – faktycznie były społeczeństwami pod panowaniem kolonialnym. Spotęgowany tym faktem wyzysk ekonomiczny powodował – zwłaszcza w XIX w., kiedy w ogóle pod wpływem kapitalizmu zaczęły się tworzyć nowoczesne społeczeństwa narodowe – wspomniane zniekształcenia struktury socjalnej, a w rezultacie zahamowania czy niekiedy wręcz regresy rozwoju świadomości narodowej.

Z takim potężnym zniekształceniem rozwoju świadomości narodowej ludności etnicznie polskiej na Śląsku mieliśmy właśnie do czynienia po pruskim podboju większości jego terytorium i oderwaniu go w połowie XVIII w. od krajów Korony Św. Wacława – monarchii habsburskiej. Zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę wcześniejszą likwidację miejscowych klas panujących i oświeconych w wyniku wojny 30-letniej (przypadek rodu Kochcickich) lub ich habsbursko-niemiecką asymilację (np. losy rodu Paczyńskich), a następnie – upadek Rzeczypospolitej szlacheckiej, która wcześniej była dla resztek tych klas narodowym punktem odniesienia, czyli motywacją do trwania na Śląsku jako polska społeczność narodowa.

Takie doprecyzowanie pozwala zastosować rozróżnienie między narodami korzystającymi z wyzysku kolonii przez swoje klasy posiadające i panujące oraz część klas pracujących a narodami wyzyskiwanymi w swej większościowej masie. Do drugich niewątpliwie należy w dzisiejszych czasach społeczeństwo polskie, którego rozwój został kolonialnie zniekształcony w warunkach rozbiorów oraz niemieckiej okupacji faszystowskiej i stalinowskiego oderwania tzw. Kresów Wschodnich, a następnie w wyniku 45 lat rozwoju zależnego, podporządkowanego interesom ZSRR. Pogłębiające się obecnie pod wpływem kapitalistycznej globalizacji neokolonialnej oraz neoliberalnej tzw. integracji europejskiej zniekształcenia struktury gospodarczej i społecznej spychają pracowniczą większość społeczeństwa polskiego, w tym i mieszkańców Śląska, do trwałej roli taniej siły roboczej w Europie.

W „Podsumowaniu – wnioskach końcowych” Chlebowczyk syntetycznie wykazał różnice między rozwojem owych „narodów państwowych” Europy zachodniej a sytuacją społeczeństw w Europie środkowej i środkowo-wschodniej. Opóźniony w wyniku tzw. refeudalizacji rozwój społeczeństw na wschód od Łaby i wielonarodowościowy charakter ukształtowanych tu państw powodowały, że w przeciwieństwie do stosunków zachodnioeuropejskich, rewolucyjna burżuazja, jak i zachodzące tu procesy stopniowego rozkładu miejscowych struktur feudalnych stworzyły dopiero możliwości i otworzyły drogę dla narodowych procesów integracyjnych. W warunkach owego środkowo-wschodnio-europejskiego modelu głównym wyjściowym czynnikiem procesu narodowotwórczego stało się nie państwo, lecz język – podkreślał.

W początkach tych procesów wydawało się, że typowe dla procesów rozwojowych na pograniczach językowo-narodowościowych zjawiska asymilacji obiektywnie doprowadzą do zanikania zamieszkujących ten rejon Europy słabiej rozwiniętych lub mniej licznych społeczności językowo-etnicznych. Jednak w praktyce okazało się, że ich faktyczny rozwój podążył w wielu przypadkach w całkiem innym kierunku. Rozwijający się kapitalizm sprzyjał awansowi rodzimych języków tych społeczności, określanych jako grupy mniejszościowe. W rezultacie awans rodzimych języków owych mniejszości określił zasadnicze przejawy pierwszej fazy procesu narodotwórczego, czyli emancypacji, integracji oraz unifikacji poszczególnych żyjących we wschodniej Europie Środkowej grup językowo-etnicznych. Procesy te ukształtowały nowy typ zbiorowości – narodowość.

Podstawą formowania się narodowości w tej części Europy okazał się rozwój mowy od prostego narzecza do współczesnego języka literackiego. Starania, jakie w tym kierunku podejmowano, uzasadnianie celowości jego istnienia oraz obrona jego odrębności stanowiły główne przejawy pierwszej fazy spontanicznego procesu narodotwórczego lub aktywności ruchu narodowego, rozumianego jako świadomie podejmowany i realizowany wysiłek poszczególnych jednostek, a następnie większych grupowych zbiorowości przekształcających się w narodowość. Jak podkreślał Chlebowczyk, podstawowe interesy powstających narodowości, które w sposób kompleksowy można by sformułować jako prawo grupy etnicznej do samookreślenia językowego, znajdują z biegiem czasu najwszechstronniejsze odbicie w postulacie pełnego równouprawnienia języka grupy mniejszościowej w życiu publicznym całego kraju.

Jednak najważniejszą konstatacją autora „O prawie do bytu małych i młodych narodów…” było stwierdzenie, że procesy narodotwórcze mają spontanicznie działający wewnętrzny mechanizm rozwojowy. Jego przejawem ma być – według niego – nasilające się jako czynnik integrujący całą społeczność wraz z sukcesami ruchu narodowego w tzw. fazie językowo-kulturalnej kształtowania się narodowości poczucie wspólnych losów w przeszłości. Oznacza to, że zaczyna się – oprócz wspólnego języka – krystalizować świadomość historyczna zbiorowości narodowej.

W taki sposób – w drugiej fazie procesów wyodrębniania się narodu – nad rozwijającą się świadomością bycia częścią pewnej wspólnoty językowej i etnicznej, którą spajają jednakowe losy i doświadczenia z przeszłości, nadbudowuje się nowa więź, mająca już charakter ideologiczny. Jest nią więź narodowa. Ta właśnie więź powoduje skok jakościowy, w którym pewne zmiany ilościowe tworzą nową jakość. Na tym etapie procesów narodotwórczych dochodzi do tzw. nieciągłości fazowej: narodowość przekształca się w wewnętrznie spójną, wyraźnie na zewnątrz wyodrębniającą się grupę narodową. Jeśli dotyczy to zbiorowości znacząco licznych – jest to nowy naród. Jeśli zbiorowość jest mniej liczna w otoczeniu innych wielkich zbiorowości narodowych – części tego nowego narodu krystalizują się jako mniejszości narodowe. Chlebowczyk podkreśla, że „imperatywem kategorycznym” narodowości przekształcającej się w naród jest postulat prawa do samookreślenia narodowego.

Jednak w odróżnieniu od sytuacji na zachodzie Europy przekształcanie narodowości w naród wymagało w warunkach Europy środkowo-wschodniej szczególnej aktywności: świadomej akceptacji oraz celowego wysiłku wszystkich klas i warstw społeczności publicznie się aktywizujących, w miarę demokratyzacji życia danej zbiorowości.

O ile druga faza ruchu narodowego koncentrowała się na aktywności ideologicznej, kształtowaniu świadomości wspólnej dla zbiorowości, o tyle na kolejnym etapie punkt ciężkości przenosił się na płaszczyznę terytorialną: wyodrębniania się pewnych terenów zamieszkałych przez możliwie najbardziej jednolite zbiorowości narodowe. W tych okolicznościach – pisze J. Chlebowczyk – pojawia się i ze wzrastającą siłą rozwija dążenie formującej się czy już ukształtowanej grupy narodowej do zinstytucjonalizowania jej form bytu w sensie ukonstytuowania się w samorządny, z tendencją do pełnej suwerenności, organizm publicznoprawny o określonym zasięgu przestrzennym. Mamy tu do czynienia […] ze szczytowym i ostatecznym celem całego procesu narodotwórczego. Jego podstawowe racje sprowadzić można do pojęcia prawa narodu do samookreślenia (samostanowienia).

Na tym etapie potęgują się sprzeczności socjalno- i narodowowyzwoleńcze, zwłaszcza tam, gdzie jedna społeczność narodowa walcząc o swoje całkowite równouprawnienie, jednocześnie odmawia prawa i możliwości urzeczywistnienia takiego samego postulatu innym, szczególnie mniejszym, słabszym, mniej pod względem rozwoju zaawansowanym zbiorowościom językowo-narodowościowym. W głównej mierze dotyczy to pokrewnych mniejszości językowo-etnicznych.

Ostateczne konsekwencje drugiej fazy ruchu narodowo-wyzwoleńczego podważały i – trzeba podkreślić – podważają historycznie ukształtowane i politycznie uwarunkowane wewnętrzne, a następnie również międzynarodowe układy nie tylko granic państwowych, ale i wewnątrz nich – stosunków, przywilejów, uprawnień grup narodowych. Jak podkreśla Chlebowczyk: Tu tkwi klucz do zrozumienia genezy zjawiska nacjonalizmu politycznego narodów panujących, podobnie jak pojawiające się dezyderaty obozów grup mniejszościowych polityki reasymilacyjnej, rewindykacyjnej prowadzą logicznie do nacjonalistycznego ekspansjonizmu także i ze strony tych obozów narodowych, które w okresie swego formowania się występowały z pozycji czysto obronnych.

Stawia to narody i państwa dotychczas panujące przed trudną alternatywą rozwojową: albo utrzymać wbrew wszelkim zmianom dotychczasowe stosunki narodowe, czyli hegemoniczną pozycję narodu panującego, albo dostosować ustrój państwa do zmienionego układu sił narodowościowych, czyli dopuścić do rozwiązań autonomicznych, przekształcić państwo z unitarnego w federacyjne lub w konfederację, aby umożliwić życie narodowe większości obywateli państwa z uwzględnieniem ich odrębności językowo-kulturalnych oraz przynależności narodowych w ramach wewnętrznych struktur parapaństwowych. Problemem, który utrudnia wybór drugiej strony tej możliwości, są doświadczenia rozpadu federacji różnych narodów w XX w.: Czechosłowacji, ZSRR czy Jugosławii w tej części Europy.

Obserwując działania śląskich autonomistów, widać, że mamy do czynienia z próbą wykreowania takiego właśnie procesu w komplementarnych działaniach RAŚ-u, stojącej za nim mniejszości niemieckiej na Śląsku oraz Związku Ludności Narodowości Śląskiej. Rozbudzone – nie tylko na Śląsku, ale i w całym społeczeństwie polskim – oczekiwania na poprawę warunków życia po upadku postalinowskiego biurokratyzmu (upraszczająco zwanego przez środowiska prawicowe komuną lub komunizmem) i podjęte przez część społeczeństwa aspiracje do ewolucji w ową mityczną „nową klasę średnią” w zderzeniu z neokolonialnym przekształcaniem przez ponadnarodowych i rodzimych kapitalistów większości społeczeństwa polskiego w tanią siłę roboczą Europy zrodziły frustracje znaczących grup społecznych nie tylko na Śląsku, ale i w całej Polsce. Zagospodarowywanie tych frustracji przez RAŚ poprzez projekt odseparowania się od społeczeństwa polskiego i przyspieszone tworzenie nowej społeczności narodowej na Śląsku jest jednak w tych obiektywnych warunkach nie tyle naturalnym procesem narodotwórczym, ile subiektywnie inspirowaną manipulacją społeczną na wielką skalę, która godzi w interesy większości społeczeństwa polskiego, grożąc jego dalszym osłabieniem w globalnym ponadnarodowym podziale pracy i wyzysku.

Poprzez przejście od fazy świadomościowo-kulturalnej przez etap autonomii terytorialnej do fazy samostanowienia terytorialnego konsekwencją realizacji projektu RAŚ-u może być bowiem nie tyle uwolnienie się tzw. narodu śląskiego od rzekomego wyzysku polskiego, ale jego zwielokrotniony wyzysk poprzez polityczną i gospodarczą zależność od naturalnego sojusznika mniejszości niemieckiej na Śląsku – państwa niemieckiego i korporacji ponadnarodowych wywodzących się z Niemiec.

Ponieważ tworzone przez neokolonialny menedżment aktualne władze państwa polskiego nie wykazują – poza niekonsekwentnymi próbami ośrodka prezydenckiego – zdolności do sprawnego przeciwdziałania tym procesom, koniecznym staje się zorganizowanie ponadpartyjnego, społecznego ruchu, mogącego pomóc się uaktywnić i zorganizować w najbliższych wyborach samorządowych na Śląsku pracowniczej większości, którą stanowią w województwach śląskim i opolskim polscy Ślązacy i śląscy Polacy. We wspólnym interesie klasy pracowniczej na Śląsku i w całej Polsce jest zorganizowany opór przeciw wspomnianej manipulacji, prowadzonej pod hasłami autonomii dla Śląska, a ostatnio również – autonomizacji całej Polski.

Niestety – inicjatywa w kwestii samoorganizacji środowisk polskich na Śląsku pozostaje w kręgu ugrupowań prawicowych. Lewicowe środowiska patriotyczne nie znajdują sił i metodologiczno-programowych podstaw do większego zaangażowania się w obronę polskości Śląska. Liczę, że ten tekst ożywi wśród lewicy pracowniczej refleksję teoretyczną i pobudzi te środowiska do działań praktycznych nie tyko w obronie polskości Śląska, ale i przedstawienia atrakcyjnego dla pracowniczej większości Ślązaków projektu autonomii kulturalnej, a nie terytorialnej.

Czas na przeanalizowanie badań prof. Chlebowczyka i wyciągnięcie z nich praktycznych wniosków politycznych, tak jak to najwyraźniej – przeciw polskości Śląska – zrobił ideolog śląskiej „nowej klasy średniej”, J. Gorzelik. Czas na podjęcie wspólnych działań w imię obrony polskości Śląska i pracowniczej większości mieszkańców Śląska przed wzmożonym wyzyskiem.

Socjaldemokratyczna polityka społeczna

Zarówno socjaldemokracja, jak i polityka społeczna budzą liczne skojarzenia, często oparte na intuicjach. Nierzadko są one trafne, jak wówczas gdy myślimy o przeciwdziałaniu ubóstwu, wsparciu słabszych, zmniejszaniu nierówności. Jednak czasami realna treść tych pojęć wybiega poza powszechne wyobrażenia. Czy polityka społeczna to tylko pomoc ubogim? Czy rozbudowany system socjalny rozleniwia i dusi przedsiębiorczość? Czy programy skierowane tylko do najbardziej potrzebujących to najlepszy sposób, aby umożliwić im godne i pełnoprawne funkcjonowanie w społeczeństwie? Na te pytania intuicja może nie odpowiedzieć, dlatego warto udać się w w podróż śladami różnych systemów polityki społecznej, wśród których szczególnie interesujący, jeśli chodzi o skuteczne łączenie sprawiedliwości i efektywności, wydaje się ten zwany socjaldemokratycznym.

Nie „czy”, ale „jaka”

Polityka społeczna prowadzona przez państwo przy udziale innych podmiotów to obszar zagadnień, który stał się standardem w krajach zamożnych, a także w części krajów rozwijających się.

Różnice dotyczą raczej skali aktywności, sposobów interwencji, celów i osiąganych rezultatów, a nie tego, czy w ogóle taką politykę prowadzić. Tymczasem w Polsce wciąż stajemy przed koniecznością obrony polityki społecznej jako takiej przed środowiskami, które najchętniej ograniczyłyby ją do absolutnego minimum, a jej obecne zadania powierzyły organizacjom charytatywnym, uzupełniającym dobrobyt wypracowywany w wyniku gry sił rynkowych. Podejmując debatę w imię obrony państwa socjalnego, z jednej strony robimy to, co konieczne, z drugiej jednak reprodukujemy kształt debaty, który stawia nas w pozycji defensywnej. Warto w związku z tym przejść od pytania „czy” do próby odpowiedzi na pytanie „jaka” polityka społeczna. To przesunięcie pozwala nam zrobić krok do przodu w rozpoznaniu i projektowaniu rzeczywistości oraz może posłużyć w sporze o rację bytu państwa socjalnego. Pokazuje bowiem, że polityka społeczna to nie postkomunistyczna skamielina, lecz złożony wachlarz narzędzi, którym na różne sposoby możemy kształtować rzeczywistość i osiągać wspólnotowe cele, nie tylko te o charakterze stricte socjalnym.

Sztuka wyboru

W różnych krajach istnieją sprawdzone wzorce mierzenia się z wybranymi wyzwaniami społecznymi. Próby ich usystematyzowania sięgają lat 60., a szczególny rozwój tej dziedziny rozważań, tj. porównawczej polityki społecznej, wypada na koniec lat 80. Kamieniem milowym była książka „Three worlds of welfare capitalism” Gøsty Esping-Andersena (w Polsce przetłumaczona niezbyt szczęśliwie jako „Trzy światy kapitalistycznego państwa dobrobytu”). Wyróżnił on trzy główne warianty: socjaldemokratyczny, liberalny i konserwatywny. Typologia ta podlegała następnie modyfikacjom ze strony samego autora ze względu na kryteria podziału oraz nieadekwatność względem poszczególnych krajów i regionów, zwłaszcza tych spoza zachodniego kapitalizmu, będącego dla autora głównym punktem odniesienia. O politycznej przydatności tej klasyfikacji stanowi jej powiązanie z wybranymi doktrynami politycznymi, które do dziś mogą orientować działalność partii politycznych, także w tak nietypowym kraju jak Polska.

Sztuka wyboru według danego modelu polityki społecznej będzie zależała w dużej mierze od tego, jaka ideologia jest nam bliska – jaki system przekonań względem ładu społecznego uznajemy odnośnie do ładu społecznego. Jednak zbieżność modelu z naszymi wartościami nie musi być wyłącznym kryterium wyboru i oceny. Możemy, a nawet powinniśmy uwzględniać również kwestie związane ze skutecznością osiągnięcia pewnych zamierzeń, a także możliwości przyjęcia danych rozwiązań w zastanych warunkach. W opinii niżej podpisanego podejście socjaldemokratyczne jest zarówno najbliższe wartościom, które przyświecają środowisku „Nowego Obywatela” i części jego czytelników, jak i najskuteczniej może pozwolić osiągnąć cele – jak choćby efektywność ekonomiczną, stabilność demograficzną czy innowacyjność – które wykraczają poza dążenia organicznych socjaldemokratów, a mogą być atrakcyjne także dla osób o nieco innej orientacji ideowej.

Modele polityki społecznej różnią się na poziomie fundamentalnych wartości – odnośnie do tego, w jakim stopniu powinna być realizowana solidarność, komu i na jakich zasadach, jak dalece państwo powinno ingerować w stosunki społeczne, jaki poziom nierówności akceptujemy itp.

Model liberalny

  • Państwo ingeruje w niewielkim stopniu, dopiero gdy w danym przypadku zawiodą inne źródła dobrobytu (np. rodzina i rynek),
  • programy są selektywne, w założeniu adresowane do najbardziej potrzebujących (stosuje się różne kryteria selekcji, najczęściej jest to kryterium dochodowe),
  • duża rola pomocy społecznej, a niewielki udział świadczeń o charakterze zaopatrzeniowym,
  • wsparcie socjalne może prowadzić do stygmatyzacji jego adresatów, co w założeniu ma motywować do korzystania z niego tylko w skrajnych przypadkach i do jak najszybszego powrotu na rynek pracy,
  • dążenie, by interwencja socjalna w niewielkim stopniu zaburzała mechanizmy rynkowe,
  • brak intencji świadomego usuwania nierówności społeczno-ekonomicznych ze strony państwa, a co najwyżej wola nieznacznego ich złagodzenia,
  • otwarcie na mechanizmy rynkowe w zabezpieczeniu społecznym (duża rola podmiotów prywatnych i społecznych).

Model konserwatywny

  • Istotna rola rodziny w zaspokajaniu potrzeb jednostki i zapewnianiu jej bezpieczeństwa socjalnego,
  • rozbudowany system państwowych ubezpieczeń społecznych, które chronią na wypadek zaistnienia ryzyk socjalnych,
  • instytucje socjalne nakierowane na żywiciela rodziny, który ma zapewnić rodzinie byt,
  • instytucje publiczne utrwalają tradycyjny podział ról w rodzinie,
  • interwencja socjalna ma nieznacznie korygować i usprawniać mechanizmy rynkowe,
  • duża rola lokalnych sieci wsparcia (rodzina, wspólnota sąsiedzka, grupy samopomocowe i religijne).

Model socjaldemokratyczny

Model socjaldemokratyczny różni się zasadniczo od konserwatywnego i liberalnego już na poziomie podstawowych założeń. W znacznie większym stopniu dopuszcza świadome i intencjonalne kształtowanie stosunków społecznych przy pomocy polityki publicznej, która ma uzupełniać czy korygować ich charakter, jaki wynika wprost z układu sił na rynku, w relacjach rodzinnych i władzy. Oto najważniejsze cechy tego modelu:

  • państwo odważnie ingeruje w stosunki rynkowe w celu zmniejszania nierówności i realizacji innych społecznych celów, czemu służą wysokie i silnie progresywne podatki,
  • wysoki udział wydatków socjalnych w PKB i w budżecie (traktowanie polityki społecznej jako sfery wartej tego, by w nią inwestować),
  • państwo odgrywa doniosłą rolę w zaspokajaniu potrzeb swoich obywateli i zapewnianiu im godziwych i bezpiecznych warunków życia,
  • przeważają programy uniwersalne (zaopatrzeniowe), adresowane do wszystkich obywateli lub do szerokich grup, niezależne od testu dochodów, a oparte na diagnozie potrzeb lub innych kryteriach (np. wiek),
  • duża rola powszechnych usług publicznych adresowanych do wszystkich obywateli/mieszkańców (kategoria obywatelstwa socjalnego),
  • dążenie, aby pozycja na rynku pracy czy sytuacja rodzinna nie determinowały możliwości uczestniczenia w życiu społecznym i realizacji potrzeb (tzw. dekomodyfikacja),
  • promowanie partnerskiego modelu rodziny i tworzenie możliwości łączenia ról rodzinnych i zawodowych,
  • aktywna i wielowymiarowa polityka wsparcia, zwłaszcza grup zagrożonych wykluczeniem społecznym i zawodowym (niepełnosprawni, kobiety, imigranci itp.),
  • istotne znaczenie dialogu społecznego w tworzeniu i realizowaniu polityki społeczno-gospodarczej, czemu towarzyszą wysoki poziom uzwiązkowienia i kooperacyjny charakter stosunków pracy.

Model ten, podobnie jak dwa pozostałe, praktycznie nie występuje nigdzie w czystej postaci, aczkolwiek najbliższa mu w okresie powojennym okazała się droga rozwoju w państwach skandynawskich, zwłaszcza w Szwecji. Partia Socjaldemokratyczna, niemal nieprzerwanie rządząca w tym kraju, wypracowała sposób funkcjonowania instytucji na tyle stabilny i cieszący się społecznym poparciem, że nawet gdy do władzy doszły ugrupowania konkurencyjne, podstawy systemu zostały zachowane. Jednocześnie od lat 90. system szwedzki podlega dynamicznej ewolucji. Niekiedy oddala go ona od założeń socjaldemokracji, np. wprowadza mechanizmy rynkowe do sektora usług publicznych (zwłaszcza edukacyjnych) lub segment kapitałowy do systemu emerytalnego. W innych sferach „socjaldemokratyczność” wzrasta, np. jeśli chodzi o powszechność dostępu do opieki przedszkolnej.

Siła uniwersalizmu, słabość selekcji

Jednymi z najbardziej charakterystycznych wyróżników socjaldemokratycznej polityki społecznej są: zasada uniwersalności oraz bliska jej zasada obywatelstwa socjalnego. Jednocześnie są to cechy niezbyt dobrze kojarzone na polskim gruncie, nie przypisuje się im odpowiedniej rangi lub wręcz wartościuje negatywnie jako socjalistyczne relikty. Jeszcze do niedawna nawet w środowiskach lewicowych nierzadkie było przekonanie, że wsparcie powinno być adresowane do najbardziej potrzebujących, czyli najuboższych, a więc spełniających kryterium dochodowe. O ile rozumie się, że socjaldemokracja powinna walczyć z nadmierną rozpiętością dochodów, a szerzej – możliwości życiowych, o tyle formuła świadczeń uniwersalnych, adresowanych do dużych grup społecznych, czasem wręcz do całego społeczeństwa, budzi pewną nieufność. Dlaczego dzieci Kulczyka miałyby dostawać tyle samo co dzieci z byłych PGR-ów lub wielkomiejskich enklaw biedy? Z pozoru wydaje się, że w niechęci do świadczeń uniwersalnych tkwi sens. Środków mamy przecież mało, a trzeba trafić do najbardziej potrzebujących, zaś korzystanie ze świadczeń przez osoby z klasy średniej czy wyższej to przecież marnotrawstwo ograniczonych zasobów. Czy na pewno?

Zasada obywatelstwa socjalnego mówi o tym, że uprawnienia socjalne są uzależnione od samego statusu obywatela (a w zasadzie należałoby to rozszerzyć także na rezydentów), a nie od grubości portfela czy innych dodatkowych kryteriów, najczęściej powiązanych z przeszłym lub aktualnym statusem na rynku pracy czy sytuacją rodzinną. Świadczenia uniwersalne to przede wszystkim te o charakterze zaopatrzeniowym – finansowane z budżetu i kierowane do obywateli w zależności od potrzeb lub bardzo ogólnych kryteriów związanych z fazą życia – dzieciństwem czy podeszłym wiekiem.

Przyjrzyjmy się kilku argumentom dotyczącym słabości selektywnej polityki społecznej:

  • ryzyko pominięcia części osób potrzebujących,
  • ryzyko stygmatyzacji odbiorców wsparcia,
  • koszty weryfikacji,
  • rozbijanie wspólnoty i kapitału społecznego,
  • ograniczona presja projakościowa.

Z ideowego punktu widzenia najważniejszy jest pierwszy argument. Uderza on w tak ważny dla socjaldemokracji cel, jakim jest zaspokojenie potrzeb, zwłaszcza osób najsłabszych, ale także pokazuje, że główna intencja stojąca za logiką selektywną nie sprawdza się w jej praktycznym zastosowaniu. Jeśli uzależnimy wsparcie od sztywnego kryterium dochodowego, doprowadzimy do sytuacji, w której osoby nieznacznie je przekraczające zostaną pozbawione pomocy, choć ich sytuacja może nie pozwalać na realizację pewnych potrzeb. Drastyczny przykład tego widzimy w Polsce, odkąd w wyniku zmiany ustawy o świadczeniach rodzinnych dla opiekunów niepełnosprawnych dorosłych starających się o świadczenie z tytułu rezygnacji z pracy wprowadzono kryterium dochodowe (i kilka innych). W efekcie około 80 tys. opiekunów straciło prawo do specjalnego zasiłku opiekuńczego, a przy okazji także ubezpieczenia zdrowotne i emerytalno-rentowe. Ludzie ci bardzo często żyją w nędzy – choć nieznacznie przekraczają dochodowy próg uprawniający do świadczeń rodzinnych, który na dodatek nie jest wysoki, to skala wydatków, jakie wiążą się z pielęgnacją, rehabilitacją i leczeniem osoby głęboko niepełnosprawnej, sprawia, że niemal nic nie zostaje na codzienne potrzeby.

Drugi argument związany ze stygmatyzacją również nasuwa nam obserwacja polskiej rzeczywistości społecznej. Mówi on o tym, że gdy program jest adresowany tylko do wykluczonych, jego odbiorcy mogą doświadczyć ryzyka napiętnowania jako gorsi, niezaradni, bezproduktywni itp. To ryzyko jest duże szczególnie w tych społeczeństwach, w których dyskurs publiczny i klimat społeczny są niekorzystne dla osób słabszych, a jednocześnie status społeczno-ekonomiczny decyduje o pozycji symbolicznej. Do takich społeczeństw można zaliczyć potransformacyjną Polskę, zatem nad Wisłą ryzyko stygmatyzacji jest duże i trzeba mu przeciwdziałać. Niestety nie zawsze się to udaje, i to tam, gdzie wszelka stygmatyzacja jest szczególnie boleśnie odczuwana, czyli w rzeczywistości szkolnej, przy okazji programów dożywiania, które także są zależne od kryteriów dochodowych. Programom tym często towarzyszy napiętnowanie korzystających z nich dzieci (zwłaszcza jeśli na oczach reszty otrzymują skromniejszy posiłek niż pozostałe) lub obawa przed tym piętnem, prowadząca do niekorzystania ze wsparcia. Takie praktyki były opisane przez Najwyższą Izbę Kontroli. Wracamy więc do argumentu pierwszego – okazuje się, że ryzyko niedotarcia do potrzebujących dotyczy także tych, którzy spełniają formalne kryteria.

Oczywiście pewne instrumenty polityki społecznej mogą częściowo łagodzić oba te rodzaje ryzyka. Można ustalać próg dochodowy na wysokim poziomie albo otwierać furtkę podmiotom przyznającym lub wypłacającym świadczenia do odstąpienia od kryterium dochodowego, pozostawiając jednak ów próg jako ogólną zasadę. Można też szukać technik dotarcia z pomocą, tak aby proces ten był możliwie dyskretny i nienaznaczający adresatów. Jednocześnie stopień uciążliwości tego typu sytuacji pozostaje większy niż w przypadku podejścia uniwersalnego, a wszystkie sposoby technicznego łagodzenia tegoż nie dają gwarancji skuteczności oraz są stosunkowo kosztowne.

Dochodzimy tu do kolejnego argumentu, tym razem natury ekonomicznej. Zwolennicy świadczeń selektywnych argumentują, że świadczenia powszechne to duży wydatek, a także marnotrawstwo środków. W tym rachunku często nie bierze się pod uwagę kosztów, jakie można oszczędzić dzięki osłabieniu mechanizmów weryfikacji „komu” i „na jakich zasadach” przysługuje świadczenie. Im bardziej restrykcyjne będą kryteria dostępu do poszczególnych typów pomocy, tym większe zasoby finansowe, kadrowe i czasowe będzie pochłaniała ich weryfikacja. Tymczasem można przekierować te siły na pracę socjalną i środowiskową z jednostkami, grupami czy społecznościami doświadczającymi trudności, co dawałoby szanse na ich przezwyciężenie oraz na społeczne i ekonomiczne korzyści w dłuższej perspektywie.

Badania porównawcze pokazują, że wysoce selektywny, oparty na weryfikacji system nie sprzyja zaufaniu społecznemu (a także względem państwa) i działa destrukcyjnie na kapitał społeczny, będący według współczesnej wiedzy niezwykle ważnym czynnikiem rozwoju. Świadczenia uniwersalne, zwłaszcza te realizowane w formie usług publicznych, sprzyjają natomiast integracji społecznej różnych grup. To włączenie dostępu do wsparcia innych grup rodzi też większą presję na jakość. Gdy jedynymi adresatami danych programów są grupy słabe, niemające siły przebicia, wówczas nie wywiera się presji na to, by ich jakość była na odpowiednim poziomie.

W kierunku włączenia najsłabszych

Do idei uniwersalności należy podchodzić elastycznie, a uznanie jej za wiodącą nie wyklucza stosowania instrumentów selektywnych, uzależniających dostęp do pomocy, jej zakres czy ewentualny poziom współpłatności od sytuacji materialnej. Ważna jest pozycja w całej strukturze programów adresowanych do wyszczególnionych grup w trudnej sytuacji względem tych powszechnych, skierowanych do ogółu lub całych grup wiekowych. O ile w modelu liberalnym specjalne plany wsparcia dla ubogich i wykluczonych będą stanowiły podstawę czy wręcz istotę opiekuńczości państwa, o tyle w modelu socjaldemokratycznym będą one koniecznym uzupełnieniem publicznego systemu dobrobytu, opierającego się na powszechnych świadczeniach.

Głównymi filarami tego systemu będą: z jednej strony możliwie ogólnie dostępny system zabezpieczenia społecznego, obejmujący jak najszerszy katalog ryzyk socjalnych, tak by osoba, która która straci dochód w związku z niemożnością dalszego wykonywania pracy, nie została bez środków, z drugiej zaś strony jest to system uniwersalnych usług publicznych związanych ze zdrowiem, opieką, edukacją i szkoleniami w różnych fazach życia jednostki. Warto pamiętać, że cel stanowi pomoc w zaspokojeniu potrzeb nie tylko na najbardziej elementarnym poziomie, lecz także w sferach, które umożliwiają w miarę godziwą egzystencję i udział w życiu społecznym.

Z wizją socjaldemokratyczną (uniwersalną) nie kłóci się istnienie instrumentów adresowanych do wyselekcjonowanych grup, np. imigrantów, niepełnosprawnych czy rodzin przeżywających materialne i wychowawcze trudności. Jednak trzeba w tym przypadku przedstawić trzy zastrzeżenia:

Programy te nie powinny się rozwijać zamiast programów powszechnych, lecz obok nich, jako uzupełnienie. Jednostki w szczególnie trudnej sytuacji powinny móc korzystać ze świadczeń adresowanych do wszystkich (takich jak usługi opiekuńcze, edukacyjne, zdrowotne), a oprócz tego otrzymywać dodatkowe wsparcie związane ze specyfiką ich trudniejszej sytuacji.

Programy kierowane do wyodrębnionych grup (np. ze względu na niepełnosprawność) nie powinny być obudowane zbyt wieloma dodatkowymi kryteriami o charakterze dochodowo-ekonomicznym. Jeśli mówimy o świadczeniach dla niepełnosprawnych i/lub ich opiekunów, nie powinny być one przyznawane tym niepełnosprawnym, którzy żyją w biedzie, lecz wszystkim niepełnosprawnym i opiekunom, gdyż przesłanką wsparcia winny być potrzeby (np. rehabilitacyjne czy pielęgnacyjne) i związane z nimi koszty oraz ograniczone możliwości osiągania dochodu, a nie stopień ubóstwa. Poziom dochodu i pozycja rynkowa mogą być co najwyżej brane pod uwagę przy określaniu zakresu i poziomu wsparcia (tj. rodziny w trudniejszej sytuacji mogłyby je otrzymywać na wyższym poziomie) lub stopnia współpłatności za dany typ usług, gdy nie są one w pełni refundowane, ale zasadniczo dostęp do nich powinien być związany z zaistnieniem potrzeby.

W podejściu socjaldemokratycznym nawet te programy, które są adresowane do wyodrębnionych grup ze względu na pewne defaworyzujące cechy, powinny być kierowane w taki sposób, aby jak najbardziej integrować je z systemem społecznym. Chodzi o tworzenie wspólnoty i możliwości uczestnictwa w niej na równych prawach. Stąd też gdy państwo stworzy projekt pomocy dla danej grupy wykluczonej lub zagrożonej wykluczeniem, powinien on nie tyle zaspokajać potrzeby jej przedstawicieli poza głównym nurtem życia społecznego, co być ukierunkowany na włączenie ich do tego życia.

Różnice podatków, nie uprawnień

W myśl doktryny socjaldemokratycznej na programach powszechnych najsłabsi zyskują bardziej niż w krajach, gdzie programy wsparcia ogniskuje się tylko wokół wykluczonych. Dzieje się tak, gdyż uniwersalność integruje ich z resztą społeczeństwa i umożliwia korzystanie z szerszych praw obywatelskich. Korzyści pośrednie dotyczą też tych, którzy ponoszą największe obciążenia w związku z rozwojem publicznej polityki społecznej, czyli warstw dobrze uposażonych – otrzymują oni w zamian życie w bezpieczniejszym i bardziej stabilnym społeczeństwie.

W modelu socjaldemokratycznym dochodzi do różnicowania, ale w mniejszym stopniu na poziomie uprawnień, a bardziej na poziomie obciążeń związanych z finansowaniem i realizowaniem rozbudowanej polityki publicznej, w tym społecznej. Z usług tych korzystają, a przynajmniej w świetle dostępnych uprawnień mogą korzystać, wszyscy – i ubodzy, i zamożni, ale ci drudzy w znacznie większym stopniu dokładają się do publicznej kasy w formie podatków i składek. Równy dostęp do uniwersalnych świadczeń wysokiej jakości ma też stanowić argument przekonujący klasy średnią i wyższą do odprowadzenia wysokich podatków od własnych dochodów.

Wysoce progresywny system podatkowy jest niejako ekonomicznym fundamentem socjaldemokratycznej polityki społecznej, pozwalającym na realizację dwóch celów kluczowych z punktu widzenia tej optyki. Po pierwsze spłaszcza się dzięki temu strukturę społeczną. W wyniku zastosowania sprawnego i progresywnego systemu fiskalnego, w którym to bogatsi wpłacają proporcjonalnie więcej do publicznej kasy, ich realny dochód, którym rozporządzają, mniej wówczas odstaje od tego, jakim dysponują warstwy uboższe. Te z kolei nie dość, że oddają ze swoich indywidualnych budżetów mniej, to w dodatku są one zasilane w wyniku transferów socjalnych. Liczy się tu nie tylko pomoc w postaci pasywnych instrumentów wsparcia, jak zasiłki, ale także możliwość korzystania z publicznych programów ułatwiających powrót na rynek pracy, dzięki czemu stopa zatrudnienia jest wysoka (co pokazują przykłady krajów skandynawskich), a udział osób, które żyją wyłącznie z zasiłków, stosunkowo niewielki. Po drugie te progresywne i wysokie (dla najbogatszych) podatki są warunkiem sine qua non realizowania socjaldemokratycznego modelu polityki społecznej, który ze względu na swoje ambitne cele potrzebuje wysokiego poziomu zasilania.

„Socjal” jako inwestycja

Co ważne jednak, fundusze na ten cel nie są postrzegane jako zwykły koszt, ale jako inwestycja, z której korzyść per saldo odnoszą wszyscy obywatele, nie tylko w momencie korzystania z poszczególnych świadczeń.

Za uznaniem hojnej polityki społecznej przemawia identyfikacja wielu korzyści płynących z jej prowadzenia oraz kosztów jej zaniechania. Prof. Tadeusz Kowalik mawiał: Na głośne ostatnio w publicystyce politycznej pytanie, czy Polskę stać na państwo opiekuńcze, odpowiadam – Polski nie stać na rezygnację z państwa opiekuńczego. W swych publikacjach przekonywał, iż polityka społeczna to nie tylko narzędzie redystrybucji, ale także sposób wzmocnienia i pobudzenia gospodarki, np. poprzez przywrócenie ludzi na rynek pracy czy zwiększenie ich kompetencji. Nie powinno się zatem myśleć o polityce społecznej w oderwaniu od ekonomii politycznej, lecz traktować rzecz całościowo.

Ekonomiczne korzyści z budowania systemu dobrobytu możemy podzielić na trzy zasadnicze grupy. Są to:

  1. stymulowanie i stabilizowanie (także w dłuższej perspektywie) popytu wewnętrznego, napędzającego gospodarkę,
  2. uniknięcie lub ograniczenie wielu kosztów naprawczych i alternatywnych, obciążających gospodarkę,
  3. sprzyjanie innowacyjności i umacnianie kapitału ludzkiego i społecznego, będących również czynnikami wzrostu gospodarczego.

Zwiększając dochody ludności, zwiększa się popyt wewnętrzny. Ludzie niezbyt zamożni wydają pieniądze, by zaspokoić swoje potrzeby, nakręcając w ten sposób koniunkturę. To wzmocnienie popytu może dokonywać się na różne sposoby, nie tylko poprzez bezpośrednie transfery w formie zasiłków z tytułu takiego czy innego ryzyka socjalnego (np. bezrobocia, choroby, ubóstwa itp.). Pamiętajmy, że socjaldemokratyczne państwo dobrobytu to coś więcej niż tylko osłonowe państwo opiekuńcze dla najbardziej poszkodowanych. Wykorzystuje ono także czynne instrumenty w ramach np. aktywnej polityki rynku pracy i zwiększania zatrudnienia, zwłaszcza w obrębie sektora usług publicznych. Osoby, które dzięki tego typu działaniom uzyskują większy dochód z pracy, również stają się aktywnymi podmiotami na rynku konsumenckim, wpływając na podaż. Dodatkowo w socjaldemokratycznym modelu zaleca się kształtowanie, zarówno poprzez twarde regulacje, jak i miękkie oddziaływanie, działań poza sektorem publicznym, aby poziom płac i ochrona zatrudnienia pozwalały ludziom utrzymać się z własnej aktywności. Państwo dobrobytu ma też potencjalne zasługi w stabilizowaniu cyklu życia jednostki. Dzięki powszechnemu systemowi zabezpieczenia społecznego z silnym rysem solidarności między- i wewnątrzgeneracyjnej udaje się racjonalnie rozłożyć środki pomiędzy fazami życia obywateli, w których są zdolni do uzyskiwania dochodu z własnej pracy, i te, w których ze względu np. na podeszły wiek są zdani na życie w pełni lub w dużej mierze finansowane ze świadczeń. W efekcie w sytuacji zaistnienia rozmaitych ryzyk socjalnych (od wypadku po starość) ludzie nie są wyrzucani poza rynek dóbr i usług.

Druga grupa argumentów wiąże się z unikaniem kosztów, jakie rodzą zaniechania socjalne. Jednym z największych osiągnięć państwa dobrobytu jest ograniczanie ubóstwa i wykluczenia (socjaldemokratyczne kraje skandynawskie wiodą w tym prym). Okazuje się, że to cywilizacyjne osiągnięcie ma swoje przełożenie ekonomiczne. Ubóstwo i wykluczenie skutkują bowiem rozmaitymi problemami społecznymi, takimi jak podatność na kryminalizację czy poważny uszczerbek na zdrowiu. Koszty tych zjawisk w tej czy innej formie i tak będzie musiało ponieść państwo i współobywatele. Prowadzona na socjaldemokratyczną modłę walka z takimi trudnościami powinna mieć – zachowując integracyjny azymut – wymiar prewencyjny, interwencyjny i reintegracyjny. Pomoc w tego typu sytuacjach nie powinna ograniczać się do doraźnego ratownictwa, a następnie pozostawienia odbiorcy samemu sobie (za taką formą pomocy zapewne opowiedziałaby się część zwolenników modelu liberalnego), lecz służyć trwałemu integrowaniu ze społeczeństwem i systemem gospodarczym. Socjaldemokratyczna perspektywa przywiązuje dużą wagę do zapobiegania ubóstwu i wykluczeniu, a jednymi ze środków do tego są tyle razy już przywoływane zaopatrzeniowe wsparcie finansowe i powszechne usługi publiczne.

Mówiąc o kosztach, należy pamiętać, że obok tych naprawczych niezwalczane ubóstwo i wykluczenie rodzą nie mniej poważne koszty utraconych możliwości, zwane też kosztami alternatywnymi. Osoby doświadczające wspomnianych trudności nie są w stanie zdobyć ani następnie zdyskontować swojego ogólnoludzkiego potencjału, w tym zawodowego. Długotrwałe wykluczenie i bieda mogą wręcz doprowadzić do zaprzepaszczenia zdobytych kompetencji i niewykorzystania możliwości, zmniejszając z czasem tzw. zatrudnialność. Osoby pozostające poza rynkiem pracy, które mogłyby pracować (nie liczę tu osób niezdolnych do pracy ani tych, które rezygnują z niej ze względu na inne ważne społecznie role – jak choćby długoterminowa opieka nad bliskimi), to także straty dla budżetu w związku z niższymi wpływami podatkowymi i składkowymi. Na marginesie należy podkreślić, że socjaldemokratyczne państwo dobrobytu nie musi dezaktywizować i zniechęcać ludzi do podejmowania pracy. Wręcz przeciwnie, doświadczenia skandynawskie pokazują, że w krajach tych poziom zatrudnienia jest wysoki. Wydatki przeznaczane na przeciwdziałanie bezrobociu, poprzez m.in. aktywną politykę rynku pracy, są procentowo najwyższe właśnie w krajach nordyckich. Model socjaldemokratyczny zawiera także elementy wspierające wzrost poziomu zatrudnienia. Chodzi przede wszystkim o politykę rodzinną i opiekuńczą. Państwo wspierając ludzi w wychowywaniu potomstwa (np. gwarantując dostęp do żłobków i przedszkoli), a także tworząc zachęty do równomiernego rozkładu powinności opiekuńczych między oboje rodziców, sprzyja aktywizacji kobiet na rynku pracy i tym samym wyższemu poziomowi zatrudnienia.

Trzecia grupa ekonomicznych korzyści związanych z rozwojem państw dobrobytu w socjaldemokratycznej formule wiąże się z budowaniem przewag konkurencyjnych w gospodarce postindustrialnej. Zaliczają się do nich innowacyjność oraz kapitały ludzki i społeczny. Dlaczego innowacyjność? W Polsce przywykliśmy do wysłuchiwania wywodów, jakoby państwo socjalne było kulą u nogi dla konkurencyjnej i nowoczesnej gospodarki. Badania porównawcze tego nie potwierdzają – wśród liderów innowacyjności i gospodarki opartej na wiedzy przodują właśnie kraje dysponujące stabilnymi instytucjami społecznego dobrobytu. Czym to wyjaśnić?

Oprócz wysokich nakładów na ten cel – są i inne powody. Po pierwsze szczelna siatka bezpieczeństwa socjalnego może wpływać pozytywnie na skłonność do podejmowania przedsięwzięć niestandardowych i obarczonych ryzykiem niepowodzenia, z których część może się okazać zaczynem innowacji. Gdy osoba mająca tego typu zamysły wie, że ewentualne fiasko nie pociągnie jej na dno drabiny społecznej, wówczas może wykazać większą skłonność do pójścia za swoją wizją. Ponadto ludzie nieżyjący w warunkach ciągłej niepewności o bezpieczeństwo swojego bytu mogą skupić się na tym, co rozwojowe, a nie tylko służące doraźnemu przetrwaniu. Dodatkowo socjaldemokratyczne państwo dobrobytu poprzez zorientowanie na indywidualne potrzeby i możliwości pozwala na akumulowanie najbardziej trwałego czynnika rozwoju i innowacyjności – czyli potencjału ludzi do rozwijania umiejętności kooperacji, inaczej mówiąc kapitału społecznego. Te dwa elementy w danej perspektywie należy traktować łącznie, jako wzajemnie się warunkujące. W odróżnieniu od modelu liberalnego, w którym potencjał może się rozwijać u pewnej części obywateli (zwykle tych dobrze uposażonych lub wybitnych), o tyle w modelu socjaldemokratycznym takie możliwości próbuje się tworzyć wszystkim członkom społeczeństwa.

Powyższa argumentacja może w sporej mierze odnosić się do legitymizowania państwa socjalnego generalnie, jednak odnosi się ona zwłaszcza do modelu socjaldemokratycznego. Wynika to nie tylko z tego, że w tym przypadku polityka społeczna jest najintensywniejsza, ale także dlatego, że kształt instytucji i idee za nimi stojące pozwalają najskuteczniej ukierunkować działania publiczne na osiąganie celów takich jak spójność społeczna, niski poziom ubóstwa i wykluczenia oraz wysoki poziom bezpieczeństwa socjalnego.

Jak to działa?

Zasady podejścia socjaldemokratycznego można odnosić do systemu polityki społecznej w całości (lub kierunku jego przemian), ale można również zastanawiać się, na ile widoczne są one w politykach szczegółowych, np. zdrowia, edukacji, mieszkalnictwa itd. Warto jednak przed taką analizą zastrzec, że z socjaldemokratycznej perspektywy polityka społeczna stanowi organiczną jedność, system naczyń połączonych, między którymi przepływają impulsy kreujące dany porządek.

Na przykładzie polityki rodzinnej spróbujmy pokazać, na czym konkretnie opiera się doktryna socjaldemokratyczna w praktyce. Jest to o tyle wdzięczna dziedzina, że bardzo dobrze ilustruje, iż przyjęcie socjaldemokratycznych rozwiązań pozwala na osiągnięcie celów wyróżniających nie tylko socjaldemokrację, a może nawet bardziej innych, np. konserwatywnych czy chadeckich ideologii, jak choćby korzystny współczynnik dzietności.

Socjaldemokratycznej polityce rodzinnej przyświecają następujące cele:

Dążenie do zrekompensowania części kosztów związanych z wychowaniem dziecka. Służą temu świadczenia pieniężne adresowane do rodzin z dziećmi, a także różne świadczenia kompensacyjne związane z czasowym lub trwałym wycofaniem się z rynku pracy ze względu na opiekę (np. podczas urlopów wychowawczych, rodzicielskich i związanych z opieką nad osobą zależną, o dość wysokiej stopie zastąpienia).

Wsparcie rodzin w trudnej sytuacji społeczno-ekonomicznej i życiowej jako element uzupełniający politykę adresowaną do wszystkich rodzin. Służyć temu powinny dodatkowe świadczenia pieniężne, rzeczowe i usługowe, przyznawane elastycznie w zależności od indywidualnych potrzeb rodziny. Preferuje się odchodzenie od sztywnego kryterium dochodowego na rzecz wielowymiarowej i stale aktualizowanej diagnozy potrzeb połączonej z pracą z rodziną, która to wsparcie otrzymuje. Zakres i przebieg tej pracy powinien być współkształtowany przez samych adresatów pomocy.

Zapewnienie wszystkim dzieciom realizacji praw społecznych, niezależnie od statusu społecznego rodzin, z których pochodzą. Chodzi o prawo do zabezpieczenia społecznego oraz opieki i nauczania już na poziomie przedszkolnym. Służyć temu mogą powszechnie dostępne usługi opiekuńcze i edukacyjne.

Ułatwienie godzenia życia rodzinnego z zawodowym (work-family balance) i promowanie równości płci w sferach zawodowej i rodzinnej. Zapewnia się to poprzez usługi opiekuńcze nad małym dzieckiem; elastyczne, dostosowane do potrzeb pracownika kształtowanie czasu i miejsca pracy; politykę urlopów oraz zasiłków rodzicielskich i wychowawczych.

Umożliwienie świadomej prokreacji w warunkach bezpieczeństwa socjalnego. Najlepszym sposobem na zdrową strukturę demograficzną nie są bezpośrednie zachęty do rodzenia dzieci, ale zapewnienie potencjalnym rodzicom gwarancji, że ich potomstwo będzie wychowywane w dobrych warunkach. Celem socjaldemokracji jest zapobieganie prokreacji przypadkowej lub wręcz wymuszonej (niechciane ciąże) poprzez rzetelną edukację seksualną i dostęp do antykoncepcji.

Powszechnie dostępne usługi opiekuńcze nad dzieckiem (i innymi osobami zależnymi) umożliwiają godzenie obowiązków domowych z zawodowymi i tym samym wyrównują relacje płci, a także potencjalnie zwiększają dochód w rodzinie (gdy oboje rodzice pracują, przynajmniej w niepełnym wymiarze). Wszystko to w konsekwencji wpływa na większe szanse godnego życia rodzin, a dodatkowo wyrównuje szanse rozwojowe dzieci z różnych środowisk, zakładając, że instytucje pomocowe pełnią funkcje nie tylko opiekuńcze, ale również socjalizacyjno-edukacyjne. Usługi te mogą być świadczone przez podmioty różnych sektorów, lecz dominująca rola powinna należeć do sektora publicznego.

Państwo powinno też działać na rzecz wyprowadzania z tzw. szarej strefy usług związanych z opieką nad osobami zależnymi. Narzędziem może być np. opłacanie składek na zabezpieczenie społeczne za legalne zatrudnienie opiekunki. W kontekście opieki nad osobami niepełnosprawnym dopuszczalne są także różne formy subsydiowania popytu na usługi opiekuńcze, również te świadczone przez podmioty pozapubliczne. Przykładem takiego rozwiązania może być bon opiekuńczy, czyli przyznawany przez państwo czek będący promesą płatności za określony typ usług opiekuńczych u świadczeniodawców, którzy spełniają odpowiednie, egzekwowane przez państwo standardy.

Świadczenia materialne dla rodzin wychowujących dzieci, zwłaszcza rodzin o niższych dochodach lub o zwiększonych wydatkach, np. ze względu na niepełnosprawność dziecka. Możliwe są świadczenia uniwersalne w postaci transferu pieniężnego dla rodzin wychowujących dzieci (jako wyraz współudziału państwa w ponoszeniu tego kosztów) lub dobrze zaprojektowane ulgi podatkowe (dla uboższych powinny być dostępne podatek negatywny lub kwota wolna od podatku). Oprócz instrumentów uniwersalnych powinny być stosowane świadczenia uzupełniające w zależności od specyficznych potrzeb. Warunki ich przyznania, wielkość oraz forma nie powinny być uzależnione wyłącznie od przestrzeganego restrykcyjnie kryterium dochodowego, lecz od wielowymiarowej diagnozy potrzeb.

Metody socjaldemokratycznej polityki adresowanej do rodzin w trudnej sytuacji życiowej nie opierają się wyłącznie na transferach pieniężnych, ale obejmują także wsparcie usługowe o charakterze reintegracyjnym, które pozwala uzupełnić deficyty i pokonać dysfunkcje. Instrumentem temu służącym może być praca z rodziną w wykonaniu pracownika socjalnego lub asystenta rodziny. W tym celu konieczne jest odpowiednie wykwalifikowanie i uposażenie kadr socjalnych. Wsparcie psychologiczne i poradnictwo powinny być powszechnie dostępne nie tylko dla rodzin najuboższych lub dysfunkcjonalnych, ale wszystkich, które chcą z nich skorzystać.

Urlopy rodzicielskie, a nie tylko macierzyńskie. Prawo do urlopów z tytułu urodzenia i wychowania dziecka powinno być tak skonstruowane, by zachęcało do korzystania z nich przez oboje rodziców. Przydatne są szczególne bodźce motywujące ojców, np. w postaci kwot określających ilość czasu do wykorzystania przez mężczyznę lub dodatkowe dni w nagrodę za uczynienie wybór tej możliwości. Ważnym wyzwaniem dla socjaldemokratycznej polityki rodzinnej jest zapewnienie urlopu i zasiłku kobietom, które nie są zatrudnione na umowę o pracę, a więc nie są zabezpieczone z tytułu macierzyństwa.

Doświadczenia krajów zachodnich pokazują, że tam, gdzie respektuje się wymienione zasady, współczynniki dzietności są relatywnie wysokie przy jednocześnie wysokim poziomie aktywizacji zawodowej kobiet. W krajach tych występują również niski współczynnik ubóstwa rodzin z dziećmi i niewielkie różnice w warunkach ich życia, zarówno jeśli chodzi o sytuację materialną, jak i możliwość korzystania z praw społecznych. Przykładem jest Szwecja, gdzie funkcjonują urlopy rodzicielskie, powszechne świadczenia pieniężne dla wszystkich rodzin z tytułu wychowania dziecka oraz uniwersalne usługi zdrowotne, opiekuńcze i edukacyjne, którymi objęte są wszystkie dzieci. Należy jednak pamiętać, że te osiągnięcia to nie tylko skutek wdrożenia instrumentów stricte rodzinnych, ale także odpowiedniej sytuacji mieszkaniowej i stosunków pracy.

Co z Polską?

Pozostajemy wciąż przed pytaniem, jak na tle opisanych systemów wygląda nasza rodzima rzeczywistość. Z racji tego, że socjaldemokratyczne podejście zakłada bardzo szerokie spojrzenie na politykę społeczną – nie tylko w obszarze polityki socjalnej i pomocy społecznej, ale także w obrębie takich dziedzin jak zdrowie czy mieszkalnictwo – niepodobna w tym miejscu dokonać spójnej, całościowej diagnozy. Można jednak pokusić się o dostrzeżenie ogólnych tendencji i właściwości w polskiej specyfice. Niemniej i to nie jest łatwe, gdyż polski model jeszcze nie okrzepł, a także podlegał istotnym zwrotom w związku z zewnętrznymi uwarunkowaniami takimi jak najpierw transformacja ustrojowa, a następnie europeizacja.

Można jednak powiedzieć, że wciąż daleko nam do socjaldemokratycznego wzorca. Udział wydatków socjalnych w PKB jest niski (ponad 10 punktów procentowych poniżej unijnej średniej), system podatkowy dość płaski, dialog społeczny niezbyt respektowany, polityka rodzinna mocno selektywna, brakuje zabezpieczenia społecznego licznych grup niekorzystających z tytułu ubezpieczenia społecznego w związku z pracą, duży i rosnący wkład podmiotów i mechanizmów rynkowych w dostarczaniu usług edukacyjnych, opiekuńczych i zdrowotnych, niewielki udział świadczeń o charakterze zaopatrzeniowym, niska stopa zastąpienia, jeśli chodzi o świadczenia z tytułu poszczególnych ryzyk socjalnych itd. Niewątpliwie jeśli chodzi o efekty, daleko nam do osiągnięcia celów bliskich socjaldemokracji – mamy wysoki poziom ubóstwa i nierówności oraz niski zatrudnienia i aktywizacji kobiet. Jednocześnie oczekiwania społeczne w wielu obszarach zdają się iść w sukurs doktrynie socjaldemokratycznej. Dla przykładu w badaniach CBOS ⅔ obywateli uważa, że polityka rodzinna powinna być świadczona wobec całego społeczeństwa, a nie tylko rodzin najuboższych czy tych w trudnej sytuacji (jeszcze parę lat temu struktura odpowiedzi była odwrotna). Wydaje się, że brak socjaldemokratycznych czy prosocjalnych rozwiązań w polityce społecznej dał się społeczeństwu we znaki. Obywatele zaczynają powoli rozumieć lub odczuwać na własnej skórze, że polski podąża jałowym torem.

Nowa alternatywa: związki ze spółdzielniami

W Stanach Zjednoczonych narasta nowa fala zainteresowania spółdzielczością, a ważnym źródłem takich inspiracji – co mogłoby wydawać się mało prawdopodobne – jest Międzynarodowy Związek Stowarzyszeń Pracowników Przemysłu Stalowego (United Steelworkers International Union, USW). Organizacja ta stanowi największy północnoamerykański związek zawodowy pracowników przemysłowych, zrzeszający 1,2 mln aktywnych i emerytowanych członków.

W 2009 r. USW nawiązał współpracę z grupą Mondragon z Hiszpanii i z Ośrodkiem Akcjonariatu Pracowniczego Stanu Ohio (Ohio Employee Ownership Center, OEOC) Uniwersytetu Stanowego w Kent. Chodziło o zapoczątkowanie dyskusji o wprowadzeniu w USA modelu własności pracowniczej, znanego z grupy Mondragon. W skład grupy Mondragon, założonej w 1956 r., wchodzi obecnie około 260 przedsiębiorstw z ponad 40 krajów (w tym wiele spółdzielni) o rocznych obrotach na poziomie 24 mld dolarów. OEOC wniósł do inicjatywy 25 lat doświadczenia instytucjonalnego w rozwoju przedsiębiorstw pracowniczych. Współpraca z USW została zapowiedziana w mediach krajowych w 2009 r., a w 2012 r. trzy organizacje opublikowały poradnik pt. „Stabilne miejsca pracy, stabilne społeczności: model spółdzielni związkowych” (Sustainable Jobs, Sustainable Communities: The Union Co-op Model).

Głównym celem każdej spółdzielni pracowniczej, formy organizacyjnej sięgającej korzeniami XVIII stulecia, jest zorganizowanie działalności w oparciu o zasady demokracji. Członkowie spółdzielni wspólnie pracują, prowadzą firmę i decydują – na zasadzie „jeden członek = jeden głos” – oraz mają udział w zyskach. Grupa przez dziesięciolecia doskonaliła ten model w Europie, a wprowadzenie reguły negocjowania zbiorowego układu pracy pomiędzy spółdzielnią i komitetem działającego w niej związku zawodowego stało się nowym modelem mogącym wzmocnić demokrację i przynieść dodatkowe zasoby niezbędne dla utworzenia i podtrzymania spółdzielni.

Partnerska współpraca związków zawodowych ze spółdzielniami pracowniczymi odnotowywała w historii ruchu pracowniczego w USA wzloty i upadki. W latach 60. XIX wieku lider Narodowej Unii Pracy (National Labor Union), William Sylvis, śmiało zadeklarował: Nadszedł czas, by odstąpić od systemu strajków i uczynić współpracę fundamentem naszej organizacji i głównym celem wszystkich naszych działań.Rycerze Pracy (Knights of Labor) uznali tworzenie spółdzielni pracowniczych za swój priorytet w latach 70. tamtego stulecia, a lider związku, Terence Powderly, napisał: Wierzę niewzruszenie, że współpraca zastąpi pewnego dnia system najmu.

Dzisiejsi orędownicy spółdzielni związkowych promują to rozwiązanie jako lekarstwo na kilka problemów rynku pracy w USA na szczeblu mikro, czyli pojedynczej firmy: brak demokracji, nierówność płac i niepewność zatrudnienia. Niektórzy liczą również na to, że rozwiązania ze szczebla mikro mogłyby pewnego dnia przekształcić ekonomię polityczną USA na poziomie makro. Przyczyniłoby się to wówczas do rozwiązania problemów takich jak rosnąca dysproporcja zamożności pomiędzy 1% najbogatszych i pozostałymi 99% populacji oraz wpływ tej nierównowagi na demokrację; zastój wynagrodzeń amerykańskich pracobiorców; niestabilność społeczna i zbyt niski wzrost liczby miejsc pracy w stosunku do likwidacji innych z powodu cięć wydatków na zatrudnienie i „eksportu” miejsc pracy.

Cele te są warte bliższej analizy, lecz najpierw odpowiedzmy na pytanie, czym jest inicjatywa spółdzielni związkowych.

Inicjatywa spółdzielni związkowych

Nowa inicjatywa nie jest scentralizowanym programem, do którego można po prostu dołączyć. Jest to porozumienie pomiędzy USW, grupą Mondragon i OEOC, służące rozwojowi i popularyzacji modelu wzmacniającego tradycyjną spółdzielnię pracowniczą poprzez wprowadzenie do niej nowego elementu: partnerskiej współpracy ze związkami zawodowymi. Inicjatywa polega też w równym stopniu na działaniach pracobiorców, właścicieli firm, związków, organizacji non-profit i miejscowych społeczności zainteresowanych dyskusją o nowym modelu – między sobą, a także z USW, grupą Mondragon i OEOC – i tworzeniem nowych spółdzielni. Reakcja na nasz pierwszy komunikat prasowy w 2009 r. była zadziwiająca. Przychodziło do nas mnóstwo ludzi, by dowiedzieć się więcej – mówi Rob Witherell z USW.

Poradnik „Model spółdzielni związkowej” (dostępny na stronie www.usw.org/our_union/coops) przedstawia schemat grupy Mondragon i sposób, w jaki spółdzielnia związkowa może się dzięki niemu doskonalić. Wykłada wizję i zasady fundamentalne dla modelu, a ponadto opisuje mechanizmy zarządzania, własności, finansowania, wynagrodzeń i negocjowania umów zbiorowych. Zawiera nawet kilka krótkich analiz przypadków. Jest ona jedynie poradnikiem, a nie „instrukcją obsługi”, a wiele elementów pracownicy-właściciele będą musieli określić samodzielnie, jak wyjaśnia Chris Cooper z OEOC.

Inicjatywa na rzecz Spółdzielni Związkowych w Cincinnati (Cincinnati Union Cooperative Initiative, CUCI) i jej lokalni partnerzy wprowadzają już nowy model w życie. „Nasz Plon” (Our Harvest), powstała w 2012 r. lokalna spółdzielnia produkująca, dystrybuująca i sprzedająca detalicznie żywność, której pracownicy należą do Związku Zawodowego Pracowników Przemysłu Spożywczego i Handlu (United Food and Commercial Workers Union), przygotowuje się do ekspansji. CUCI wspiera teraz proces tworzenia przez Radę Branży Budowlanej Miasta Cincinnati (Greater Cincinnati Building and Construction Trade Council) nowej spółdzielni związkowej mającej modernizować energetycznie starzejące się budynki handlowo-usługowe. Istnieje również plan włączenia spółdzielni Danobat (członka grupy Mondragon) do realizowanego przez USW w mieście Cincinnati projektu utworzenia spółdzielczego zakładu produkcji kolejowej. – Obecnie realizowane są projekty w Cleveland, Cincinnati, Pittsburghu, Nowym Jorku, Seattle i Denver, a przez cały czas dochodzą nowe – mówi Michael Peck z firmy Mondragon USA.

Niektóre spółdzielnie pracownicze powstały niezależnie od modelu spółdzielni związkowej, lecz przyczyniły się do opracowania nowego wzorca. Oto kilka ostatnich przykładów:

Spółdzielnie „Evergreen” w Cleveland (stan Ohio) nie są spółdzielniami związkowymi, lecz dowodzą praktyczności modelu Mondragon w USA. Prowadzą aktualnie trzy przedsiębiorstwa pracownicze: Evergreen Energy Solutions (utworzone w 2008 r. – instalacja paneli słonecznych i usługi termoizolacyjne), Evergreen Cooperative Laundry (2009 r. – pralnia przemysłowa obsługująca klientów instytucjonalnych) i Green City Growers Cooperative (2013 r. – miejska farma organiczna).

Spółdzielnia Cooperative Home Care Associates z Nowego Jorku powstała jako spółdzielnia pracownicza w 1986 r., przekształciła się stopniowo w spółdzielnię związkową. W 2003 r. zwróciła się do Międzynarodowego Związku Pracowników Usług (Service Employees International Union) o utworzenie miejscowego związku zawodowego pracowników-właścicieli, a w 2007 r. utworzyła radę pracowniczą – wprawdzie nie tożsamą z komitetem związkowym z modelu spółdzielni związkowej, lecz mogącą być uznaną za jego prekursora.

Więcej i lepiej

Według Amerykańskiej Federacji Spółdzielni Pracowniczych (US Federation of Worker Cooperatives, USFWC) spółdzielniami pracowniczymi jest niespełna 300 spośród 5,7 miliona firm działających w USA. Ujmując rzecz optymistycznie: istnieje wielkie pole do rozwoju.

Zwolennicy modelu spółdzielni związkowej twierdzą, że może on pomóc pracownikom-właścicielom wypełnić pewną lukę. Ich zdaniem skojarzenie nowo tworzonej spółdzielni ze związkiem zawodowym zapewnia szereg korzyści. Uzwiązkowieni pracownicy mają zazwyczaj dostęp do tańszych grupowych ubezpieczeń zdrowotnych i programów emerytalnych, co nowym spółdzielniom umożliwia oferowanie świadczeń przyciągających pracowników o wysokich kwalifikacjach. Związek zawodowy jest też sojusznikiem miejscowej społeczności, mogącym pozyskać jej względy dla nowej spółdzielni, gdy potrzebuje ona finansowania lub innego wsparcia.

Choć może wydawać się to dziwne, pośrednie dowody wskazują, że utrzymanie spółdzielni pracowniczej nie jest trudniejsze niż firmy prywatnej. Przedsiębiorstwo demokratyczne może mieć nawet większe szanse przetrwania. – Spółdzielnia pracownicza musi oferować to samo, co każda firma – dobry produkt, rentowny rynek, odpowiednią politykę cenową. Zazwyczaj jednak robi to wszystko lepiej, ponieważ uczyniła ludzi właścicielami pracy, którą wykonują – mówi Michael Peck z Mondragon USA.

Istnieją przykłady spółdzielni pracowniczych, które funkcjonują już od dziesiątków lat. Należą do nich Rainbow Grocery (San Francisco, utworzona w połowie lat 70. ubiegłego wieku), Alvarado Street Bakery (Petaluma, Kalifornia, założona w połowie lat 80.), Equal Exchange (Boston, powstała na początku lat 80.) i Isthmus Manufacturing (Madison, Wisconsin, utworzona w 1980 r.). Trudno jednak o statystyczne wskaźniki przetrwania spółdzielni amerykańskich, pracowniczych czy innych. Amerykański Departament Handlu nie odróżnia kooperatyw od innych firm, więc jego obszerna statystyka nie rzuca światła na to zagadnienie. – Wiemy od jakiegoś czasu o tej luce w danych – mówi Anne Reynolds, zastępca dyrektora Centrum Badań Spółdzielczości (Center on Cooperatives) Uniwersytetu Wisconsin-Madison. Centrum przygotowuje pięcioletnie badanie perspektywiczne czasu funkcjonowania spółdzielni amerykańskich, także pracowniczych, w różnych sektorach gospodarki. Natomiast USFWC zaczęła w 2013 r. śledzić czas istnienia i liczbę pracowników-właścicieli każdej ze znanych amerykańskich spółdzielni pracowniczych. Na razie wystarczyć muszą dowody pośrednie, pochodzące z badań spółdzielni kanadyjskich oraz z badań amerykańskich spółek pracowniczych (w większości objętych programami akcjonariatu pracowniczego).

W przypadku Kanady okazuje się, że spółdzielnie mogą być narażone na mniejsze ryzyko niepowodzenia niż nowo tworzone firmy tradycyjne. Rodzaje spółdzielni – pracownicza, konsumencka lub producencka – nie są w danych wyróżnione, lecz istniejące informacje mogą być punktem wyjścia do ogólnego poznania szans na utrzymanie się spółdzielni na rynku. Badanie „Wskaźniki przetrwania spółdzielni w Kolumbii Brytyjskiej” (Coop Survival Rates in British Columbia), opublikowane w 2011 r. przez Kanadyjski Ośrodek Rewitalizacji Społecznej (Canadian Centre for Community Renewal), informuje, że pierwsze 5 lat przetrwało 66% spółdzielni w porównaniu z 38% tradycyjnych firm w Kolumbii Brytyjskiej i 43% wszystkich takich firm w całej Kanadzie. Podobnie z badania przeprowadzonego w 2008 r. przez Ministerstwo Rozwoju Gospodarczego, Innowacyjności i Eksportu prowincji Quebec wynika, że na tym obszarze przez 10 lat utrzymało się na rynku 44% spółdzielni, podczas gdy firm tradycyjnych jedynie 20%.

Dla porównania – wskaźnik przetrwania 5 lat przez wszystkie przedsiębiorstwa amerykańskie z sektora prywatnego powstałe w 2007 r. wynosił 46%, a w przypadku przedsiębiorstw zarejestrowanych w 2002 r. – 34% (według danych Amerykańskiego Biura Statystyki Zatrudnienia). Oznacza to, że gdyby amerykańskie spółdzielnie osiągnęły niższy nawet o 20 punktów procentowych pięcioletni wskaźnik przetrwania i niższy o 10 punktów procentowych dziesięcioletni wskaźnik przetrwania niż spółdzielnie kanadyjskie, to i wtedy uzyskałyby wyniki typowe dla wszystkich firm amerykańskich.

W międzyczasie Steven Freeman z Uniwersytetu Pensylwanii dokonał przeglądu 30 lat badań i stwierdził, że przedsiębiorstwa pracownicze są nie tylko bardziej zyskowne i wydajne, lecz również dłużej utrzymują się na rynku. Artykuł dotyczy przedsiębiorstw amerykańskich prowadzących programy akcjonariatu pracowniczego, a nie spółdzielni pracowniczych, lecz istotnym wnioskiem ze wspomnianych badań jest korelacja pomiędzy własnością pracowników a dłuższym okresem funkcjonowania firmy. Tekst Freemana przywołuje m.in. analizy z 2007 r. informujące o 70-procentowym wskaźniku przetrwania przez 11 lat spółek pracowniczych w porównaniu z zaledwie 55% w przypadku podobnych firm o tradycyjnej strukturze własności.

Bez względu na to, czy spółdzielnia pracownicza ma większą szansę przetrwania niż firma tradycyjna, czy taką samą, dodatkowe zasoby i wsparcie wprowadzane przez model związkowy do nowo tworzonych spółdzielni powinny wzmocnić potencjał długoterminowego przetrwania, przyczyniając się do stopniowego wzrostu liczby spółdzielni pracowniczych w USA.

Cele na szczeblu mikro

Zwolennicy twierdzą, że model spółdzielni związkowej umożliwia tworzenie spółdzielni znacznie bardziej demokratycznych. Choć spółdzielnia pracownicza jest zarządzana demokratycznie z samej definicji (jeden pracownik = jeden głos), to jednak niektórzy argumentują, że demokracja to coś więcej niż sama możliwość głosowania na dorocznym zgromadzeniu. Zdaniem Chrisa Coopera z OEOC władza sprawowana przez pracowników-właścicieli pełniących role kierownicze może zyskać przewagę nad tą, która dostępna jest ogółowi pracowników-właścicieli, szczególnie w większych spółdzielniach. – Demokratyczne uczestnictwo może słabnąć w miarę rozrostu spółdzielni – mówi Cooper.

Problem ten podkreśla również Gar Alperovitz, wykładowca ekonomii politycznej Uniwersytetu Maryland: Całe moje doświadczenie wskazuje na to, że bez wdrożenia szczególnych mechanizmów spółka pracownicza może się rozpaść lub stać się nieodróżnialna od zwykłego przedsiębiorstwa kapitalistycznego.

Grupa Mondragon znalazła rozwiązanie tego problemu. Podobnie jak założyciele USA – autorzy systemu opartego nie tylko na głosowaniu, lecz również na trójpodziale władzy – zespół Mondragon odkrył, że utworzenie społecznej rady pracowników-właścicieli jako forum wypowiedzi ogółu pracowników może przywrócić równowagę pomiędzy pracownikami szeregowymi a osobami pełniącymi role kierownicze.

Model spółdzielni związkowej wychodzi od nowatorskiej koncepcji grupy Mondragon, a następnie dodatkowo zabezpiecza równowagę pomiędzy pracownikami a kierownictwem. Czyni to po pierwsze przez umożliwienie wszystkim szeregowym pracownikom przystąpienie do związku, a po drugie przekształcając czysto doradczą radę społeczną z modelu grupy Mondragon w komitet związkowy. Komitet ten jest uprawniony do negocjowania i egzekwowania zbiorowych umów zatrudnienia. Jak ujął to Alperovitz, zadaniem komitetu związkowego jest dopilnowanie, by spółdzielnia dochowała wierności swej idei.

Wprowadzenie do spółdzielni procesu negocjowania zbiorowego układu pracy jest tym ważniejsze, że nie wszyscy pracownicy spółdzielni muszą być jej członkami-właścicielami. – Nowo zatrudnione osoby oczekują zazwyczaj od 6 miesięcy do 2 lat na przyjęcie w poczet członków – mówi Melissa Hoover, dyrektor zarządu USFWC. W tym czasie pracownik uczy się m.in. teorii finansów i zarządzania. Ponadto pewna część pracowników całkowicie rezygnuje ze statusu członka. – Niektórzy są zadowoleni z wynagrodzenia, natomiast nie chcą brać na siebie ryzyka czy uczestniczyć w zebraniach lub szkoleniach – dodaje Hoover. Bez względu na przyczyny rezygnacji ze statusu właścicielskiego i małą liczbę takich przypadków – istnienie pracowników niebędących właścicielami jest faktem, natomiast negocjowanie zbiorowego układu pracy w modelu spółdzielni związkowej zapewnia głos wszystkim – nawet nie-właścicielom.

Podobnie jak ogół zwolenników spółdzielni pracowniczych, również orędownicy spółdzielni związkowych mają nadzieję, że wprowadzenie rozszerzonej demokracji w miejscu pracy doprowadzi do sprawiedliwszego wynagradzania i wyższego bezpieczeństwa zatrudnienia. W tradycyjnym przedsiębiorstwie kierownictwo sprawuje autorytarną władzę nad pracownikami i odpowiada tylko przed udziałowcami lub akcjonariuszami – inwestorami mogącymi przebywać w dowolnym kraju, zainteresowanymi jednym: jak najwyższym zwrotem z inwestycji. Inwestorzy mogą wymuszać maksymalizację zysków kosztem cięć wynagrodzeń i zatrudnienia, nie odczuwając przy tym ciężaru konsekwencji tych działań.

Choć istnieją tradycyjne przedsiębiorstwa, w których pracownicy mają udziały, to jednak obowiązuje w nich nie demokratyczna zasada „jedna osoba = jeden głos”, lecz kapitalistyczna reguła głosowania udziałami. Wysoko opłacani dyrektorzy i zamożni inwestorzy zewnętrzni dysponujący większością udziałów są w takiej sytuacji zawsze górą. Prowadzi to do konsolidacji bogactwa i władzy w rękach niewielu. Nie dziwi więc, że – według raportu Instytutu Polityki Gospodarczej (Economic Policy Institute) z Waszyngtonu pt. „Wynagrodzenia członków zarządów i 1% najzamożniejszych” (CEO Pay and the Top 1 Percent) – członkowie zarządów tradycyjnych przedsiębiorstw amerykańskich zarabiali w 2011 r. aż 231 razy więcej od szeregowego pracownika.

W spółdzielni pracowniczej każdy pracownik dysponuje jednym głosem, wybierając członków zarządu i podejmując decyzje na walnym zgromadzeniu. Głosujący są zazwyczaj społecznie i emocjonalnie zainteresowani solidnością, powodzeniem i stabilnością swej firmy oraz ponoszą konsekwencje podejmowanych wspólnie decyzji. Natomiast w spółdzielni związkowej głos mają nawet pracownicy nie będący właścicielami – za pośrednictwem przedstawicielstwa związkowego. Idealnym miejscem pracy jest to, w którym pracownicy korzystają z dobrodziejstw demokracji. Mogą głosować za zmniejszeniem nierówności wynagrodzeń w firmie, a w trudnych czasach za praktycznymi alternatywami dla zwolnień (np. za okresowym skróceniem czasu pracy), zapewniając sobie w ten sposób bezpieczeństwo zatrudnienia.

I choć role przełożonego i podwładnego nadal występują w spółdzielniach pracowniczych, szczególnie większych, to już sam fakt udziału we własności przeciwdziała rozwojowi silnej kultury nakazowej i pozostawia więcej miejsca na… Tak! Na współpracę.

Makrokorzyści

Niektórzy zwolennicy spółdzielni pracowniczych, a szczególnie związkowych, liczą, że rozwiązania ze szczebla mikro mogłyby pewnego dnia przekształcić ekonomię polityczną USA na poziomie makro. Uznając, że równowaga uprawnień decyzyjnych i bogactwa w gospodarce jest krytyczna dla utrzymania równowagi we władzy politycznej, niektórzy zwą tę nową jakość na szczeblu makro „demokracją gospodarczą”. Thad Williamson, wykładowca nauk politycznych Uniwersytetu Richmond, zdefiniował ten termin, stwierdzając, że wymogiem uzyskania znaczącego zakresu samorządności niezależnie od warunków i instytucji kształtujących życie jest nie tylko zapewnienie demokratycznej kontroli nad instytucjami politycznymi, lecz również rozszerzenie norm demokratycznej samorządności na życie gospodarcze.

Po ustaleniu, że spółdzielnie przywracają demokrację na poziomie mikro, dzięki swojej strukturze zarządzania opartej na zasadzie „jeden pracownik = jeden głos”, zapytajmy, w jaki sposób miałyby przywrócić demokrację na poziomie makro. Jednym z mechanizmów jest po prostu przyzwyczajenie. Antropolog Mary Douglas zaobserwowała, że ludzie często myślą i działają na zasadzie analogii. Mogą oczywiście wynajdować nowe koncepcje i praktyki, lecz dla dobra efektywności i koordynacji zazwyczaj opierają działania na świecie zastanym, a nowe pomysły kształtują analogicznie do „starych”. Jeśli więcej Amerykanów zacznie codziennie praktykować demokrację w spółdzielniach pracowniczych zamiast balansować na granicy demokracji i dyktatury w tradycyjnych, autorytarnych przedsiębiorstwach, to prawdopodobnie część z nich wytworzy przyzwyczajenia i umiejętności potrzebne do efektywnego udziału w demokracji społecznej i narodowej. Nie uczymy się czytać i pisać, jeździć lub pływać, dowiadując się, jak to się robi, lecz robiąc to – napisał John Stuart Mill, cytowany w ostatniej książce Alperovitza, który dodał, że zatem tylko uczestnicząc w powszechnym zarządzaniu o ograniczonej skali, możemy nauczyć się zarządzania w skali większej. Tim Huet, współzałożyciel Spółdzielni Arizmendi, stwierdził w 2004 r.: Nie można stwierdzić, że społeczeństwo jest naprawdę demokratyczne, jeśli jego dorośli członkowie przebywają przez większość czasu w niedemokratycznych miejscach pracy.

Innym mechanizmem wzmocnienia demokracji za pomocą spółdzielni jest zmiana rozkładu władzy i wpływów w społeczeństwie, skutkująca bardziej zrównoważonymi finansowaniem wyborów i prowadzeniem polityki. Aktualnie 1% społeczeństwa posiada o wiele więcej bogactwa i wpływu na polityków niż pozostałe 99%. Do wzrostu nierównowagi zamożności i władzy doprowadziły m.in. dwie strategie maksymalizacji zysków prowadzone przez tradycyjne przedsiębiorstwa. Firmy zmniejszają zatrudnienie, z jednej strony zastępując ludzi maszynami lub zmuszając mniejszą liczbę pracowników do cięższej i bardziej wydajnej pracy, a z drugiej zlecając realizację zadań wykonawcom z krajów o niższych wynagrodzeniach. Im niższe pensje, tym mniejszy dochód ludzi pracy, a większy zysk dyrektorów i udziałowców.

Gospodarka amerykańska oparta na tych strategiach nie zdołała stworzyć wystarczającej liczby miejsc pracy. Według raportu EPI „Stan pracującej Ameryki” (The State of Working America) stosunek osób poszukujących zatrudnienia do liczby miejsc pracy wzrósł od 1 : 1 w 2000 r. do 3 : 1 obecnie, po przejściowym skoku na poziom 7 : 1 w okresie apogeum kryzysu gospodarczego. Oprócz „odchudzania” przedsiębiorstw amerykański rynek drenuje z miejsc pracy wysoki kurs dolara. Praca i wyroby są w USA stosunkowo kosztowne, co podcina eksport i zachęca do importu. Wymiana handlowa z samymi tylko Chinami kosztowała Amerykę utratę ponad 2,7 miliona miejsc pracy w latach 2001–2011. – Drogi dolar jest w większości wynikiem decyzji politycznych – mówi Dean Baker, ekonomista i dyrektor Centrum Badań Gospodarczych i Politycznych (Center for Economic and Policy Research, CEPR) z Waszyngtonu – a sytuacja ta jest korzystna dla potężnych korporacji finansowych, produkcyjnych i handlowych.

Rynek, na którym liczba poszukujących pracy przewyższa liczbę wakatów z powodu redukcji zatrudnienia i eksportu miejsc pracy, jest rynkiem „nabywcy”, gdzie pracodawcy mogą wywierać presję na obniżki wynagrodzeń pracowników najemnych. Nie dziwi więc, że wynagrodzenia realne większości szeregowych pracowników nie zmieniły się tak naprawdę od lat 70. XX wieku mimo wzrostu wynagrodzeń na wyższych stanowiskach. Według raportu „Stan pracującej Ameryki” 1% gospodarstw domowych w USA przejmował w latach 1979–2007 większą część wzrostu dochodu niż uboższe 90% łącznie.

Zgodnie z danymi „Bieżącego przeglądu gospodarczego” (Survey of Current Business) z kwietnia 2011 r. zyski korporacji amerykańskich niemal podwoiły się w latach 1990–2000 (z 434 do 819 mld USD), a następnie podwoiły ponownie do roku 2010 (osiągając 1,6 biliona USD). Nierównowaga bogactwa i władzy zawiniona przez korporacje, które należą do udziałowców, wytrąca demokrację amerykańską z równowagi, ponieważ jedna grupa – udziałowcy dużych przedsiębiorstw – wywiera dominujący wpływ na sprawy publiczne. Według oceny Ośrodka na rzecz Reaktywnej Polityki (Center for Responsive Politics) korporacje w 2010 r. wydały na wsparcie polityków ponad miliard dolarów – 19 razy więcej niż związki zawodowe. Promowanie takiej formy własności jak spółdzielnia związkowa – zachęcającej do utrzymywania miejsc pracy i sprawiedliwego podziału zysku zamiast do cięć zatrudnienia oraz koncentrowania zysków na wyższych stanowiskach i w rękach inwestorów – przyczyniłoby się do zrównoważenia poziomu zamożności, a wraz z tym wpływów politycznych.

Można się spodziewać że pracownicy-właściciele – każdy z jednym głosem w spółdzielni, a szczególnie ci objęci umowami zbiorowymi w spółdzielniach związkowych – doczekają się uczciwszych płac i większego bezpieczeństwa zatrudnienia niż pracownicy zwykłych przedsiębiorstw. Pracownicy będący właścicielami nie są po prostu motywowani do redukcji wynagrodzeń czy zatrudnienia, co ma miejsce w przypadku udziałowców przedsiębiorstw. A już na pewno nie są skłonni do zamykania zakładów i przenoszenia miejsc pracy do Azji lub Ameryki Łacińskiej z powodu tańszej siły roboczej i większego zysku. Spółdzielnie są silniej zakorzenione w miejscowej społeczności – mówi Chris Cooper. – Nie zamierzają eksportować własnych miejsc pracy. Rob Witherell dodaje: Postrzegamy spółdzielnie związkowe jako sposób na ustabilizowanie płac i świadczeń poprzez wyłączenie ich z konkurowania z niżej opłacanymi pracownikami z Chin. W przypadku wzrostu udziału spółdzielni związkowych wśród pracodawców w USA skutki ich oddziaływania zostałyby zwielokrotnione w całej gospodarce. Efektem ubocznym wzrostu wynagrodzeń w spółdzielniach mogłoby być nawet zwiększanie płac przez pozostałych pracodawców, konkurujących o pracowników.

Realnym problemem jest kwestia proporcji. Przyjmując, że wynagrodzenia w spółdzielniach pracowniczych są sprawiedliwsze, jaki odsetek pracowników najemnych w USA musiałby zostać zatrudniony w tych spółdzielniach, by miało to wymierny wpływ na nierówności płacowe w USA? Według Deana Bakera z CEPR gdyby w autentycznych spółdzielniach udało się zatrudnić 4–5% pracowników najemnych, wywarłoby to realny wpływ. Szczególnie wtedy, gdy działałyby one w sposób politycznie świadomy. Raport „Badanie wpływu spółdzielni na gospodarkę” (Research on the Economic Impact of Cooperatives), opublikowany przez Centrum Badań Spółdzielczości Uniwersytetu Wisconsin w 2009 r., wskazuje, że spółdzielnie amerykańskie utrzymują liczbę miejsc pracy odpowiadającą około 856 tysiącom pełnych etatów. Według „Bieżącej Statystyki Zatrudnienia” to 0,65% wszystkich pracowników w USA poza rolnictwem. Zatem zatrudnienie w spółdzielniach powinno wzrosnąć nawet siedmiokrotnie, by zaczęło wywierać wymierny wpływ na nierówności płacowe.

Jaki udział w miejscach pracy w USA musiałyby mieć spółdzielnie pracownicze, żeby zahamować eksport miejsc pracy na tyle, że wymiernie przyczyniłoby się to do wzrostu liczby miejsc pracy netto? Baker sugeruje, że jeśli pracownicy spółdzielni nie będą działać w sferze polityki, to ich udział w całości zatrudnienia w USA musiałby być wyższy niż 4–5%, aby wymiernie wpłynąć na eksport miejsc pracy z USA. – Musi to być naprawdę duży udział, by mógł wpłynąć na outsourcing, ponieważ eksport miejsc pracy jest skutkiem zachęt ekonomicznych, wynikających m.in. z polityki drogiego dolara – wyjaśnia Baker. – Nawet jeśli zgromadzimy wszystkich naszych pracowników przemysłu stalowego w spółdzielniach, lecz będzie dostępna za pół ceny stal z krajów rozwijających się, nikt nie będzie kupował stali od spółdzielni amerykańskich.

Kwestia kultury

Ostatecznym czynnikiem decydującym o sile i losie spółdzielni pracowniczych na szczeblu zarówno mikro, jak i makro mogłaby być kultura.

Ludzie rozwijają kulturę wspólnych praktyk i przekonań w wyniku dążenia do zaspokojenia potrzeb społecznych, ekonomicznych i światopoglądowych. Wspólna kultura przyciąga, ponieważ współpraca jest łatwiejsza, jeśli różne osoby myślą i działają podobnie. Ta synchronizacja najczęściej nie zachodzi świadomie. To skutek ciągłego „poszturchiwania i popychania” przez otoczenie, skłaniającego do wybrania ścieżki najmniejszego oporu. Oczywiście, nasze praktyki nie zawsze są zgodne z naszymi przekonaniami, lecz jeśli już są zgodne, to doraźne związki i relacje przekształcają się w trwałe i efektywne instytucje.

Na poziomie mikro zasada ta mówi nam, że bardzo ważne może być włożenie pewnego świadomego wysiłku w zrozumienie spółdzielni pracowniczych i przyswojenie sobie głęboko zakorzenionych wierzeń skłaniających ludzi do tworzenia spółdzielni. Jeśli kultura wewnętrzna jest silna, wtedy jej uczestnicy mają wolę, by powiedzieć „nie” – na przykład konwencjonalnym naciskom na zawyżanie płac dyrektorów jako technik rekrutacji lub zachętom do pozyskiwania kapitału od spekulantów z naruszeniem wartości spółdzielczych.

– Poświęcenie czasu na wspólne zdobywanie wiedzy podczas zakładania nowej spółdzielni pracowniczej jest nieocenioną inwestycją – mówi Kristen Barker. Ona i pozostali założyciele CUCI działali na zasadach tematycznego „klubu książki” przez około 2 lata, czytając o spółdzielniach pracowniczych, oglądając filmy dokumentalne i dyskutując. Choć Barker i jej wspólnicy zamierzali stworzyć organizację doradczą, niemniej ich metoda powinna być przykładem dla każdego zakładającego spółdzielnię. – Należy upewnić się, że postępujemy słusznie – szczególnie wówczas, gdy projekt obejmuje nowe normy i tworzy nowy rodzaj instytucji społecznej – odnotowuje Gar Alperovitz.

Członkowie spółdzielni pracowniczej mogą zbudować silną kulturę wewnętrzną, lecz pozostaną członkami innych grup społeczno-gospodarczych o potencjalnie odmiennych tendencjach kulturowych – na przykład o kulturze przedsiębiorstwa tradycyjnego. W epoce dominacji korporacji akcyjnych nie tylko w gospodarce, lecz również w kulturze spółdzielnia pracownicza może odczuwać w relacjach z dostawcami, dystrybutorami czy inwestorami to „poszturchiwanie i popychanie” w kierunku antydemokratycznych postaw ze strony kultur większych i silniejszych. Opinie, że demokracja jest za mało wydajna; że dyscyplina jest najlepszym motywatorem dla tych z nizin, a pieniądz dla tych z góry; że szeregowym pracownikom nie można zaufać, a dyrektorom należy; że drogi dolar jest dla nas dobry i nie będzie kosztował utraty miejsc pracy – te opinie mogłyby zacząć przenikać do spółdzielni pracowniczych, rozwadniać ich odrębną polityczną świadomość i zdolność do jednoczenia się we wsparciu polityk demokratycznych w wymiarze gospodarczym.

Z powyższych rozważań wynika, że bardzo ważne dla orędowników spółdzielczości może być rozpoczęcie identyfikowania i rozwijania dużych społeczności polityczno-gospodarczych, których kultury zdecydowanie wspierają idee demokratyczne spółdzielni. Aby działać efektywnie, społeczności te muszą być dobrze zorganizowane politycznie, dzielić wspólne poczucie tożsamości i celów oraz utrzymywać znaczącą gospodarczą siłę. Związki zawodowe są jedną z takich społeczności, które – jak zauważa Witherell – już dzielą wiele ideałów wspólnych ze spółdzielniami: poczucie sprawiedliwości i solidarności.

Tłum. Mateusz Batelt

Tekst pierwotnie ukazał się w lipcu 2013 r. na stronie internetowej autora pod adresem: http://www.democraticpromise.org/commentary/union-coops2013–07.html. Tytuł przedruku pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”. W tekście poczyniono skróty oraz zmieniono niektóre śródtytuły.

Socjalizm w amerykańskim stylu

Chciałbym powiedzieć o kolejnym oczywistym kroku na drodze do demokratyzacji otaczającego nas świata, czyli o tym, co należy robić, kiedy chcemy faktycznych zmian. Mam nadzieję, że zdajecie sobie sprawę, że socjalizm – prawdziwy socjalizm, a nie taki, który konserwatyści zarzucają Barackowi Obamie – jest w Stanach Zjednoczonych czymś równie powszechnym jak trawa. No może nie aż tak, jednak bardzo często możemy się z nim zetknąć.

Nie mówię tu o programach robót publicznych, które wielu osobom przychodzą na myśl, gdy mowa o socjalizmie w kontekście amerykańskim. Programy te oczywiście często pomagają ludziom w trudnej sytuacji i są przydatne z różnych innych powodów, lecz nie naruszają one fundamentu systemu i władzy politycznej, którą ten system daje podmiotom korporacyjnym. Chodzi mi natomiast o (efektywne) przedsiębiorstwa publiczne – niektóre utworzone dawno temu i wciąż funkcjonujące bardzo sprawnie, a także nowe, prężnie się rozwijające.

Nierzadko zapomina się – a wiele osób nawet o tym nie wie – że w całych Stanach Zjednoczonych działa ponad dwa tysiące publicznych zakładów energetycznych. Znaczna część z nich znajduje się w stanach południowych, uznawanych za konserwatywne. Zakłady komunalne i spółdzielnie zapewniają 25 proc. energii elektrycznej w całym kraju. Większość tych „socjalistycznych” przedsiębiorstw dostarcza konsumentom prąd po cenach niższych niż konkurencja, nie mówiąc już o tańszych i łatwiej dostępnych szerokopasmowych łączach internetowych (w skali kraju klienci firm prywatnych płacą średnio o 14 proc. więcej). Skąd taka różnica? Zakłady użyteczności publicznej i spółdzielnie nie oferują wygórowanych pensji kierowniczych, te w sektorze prywatnym są powszechne. Wykonują tę samą pracę za znacznie mniej pieniędzy. Menedżerowie największych publicznych przedsiębiorstw energetycznych w 2011 r. zarobili średnio około 260 tys. USD. Średnie wynagrodzenie dla prezesów dużych spółek akcyjnych wyniosło 6 mln USD – to prawie dwadzieścia pięć razy więcej. Ponadto przedsiębiorstwa użyteczności publicznej i spółdzielnie nie muszą wypłacać dywidend akcjonariuszom. Przekazują za to część dochodów do kasy miasta lub hrabstwa, zasilając w ten sposób lokalne budżety i zmniejszając obciążenie podatników. Ostatnie badania wykazały, że średnio 5,2 proc. dochodów tych firm trafia do lokalnej kasy. Dla porównania opodatkowanie prywatnych firm użyteczności publicznej (ang. private-investor-owned utilities) wynosi średnio 3,9 proc.

W przypadku mniejszych samorządów wpływy z zakładów użyteczności publicznej są często zasadniczym składnikiem budżetów miejskich. W Ashland w stanie Oregon aż 30 proc. części budżetu przeznaczanej na usługi publiczne, takie jak policja, straż pożarna i utrzymanie ulic, pochodzi z dochodów tego typu zakładów, natomiast jedynie 16 proc. z podatków od nieruchomości. Podobnie sytuacja wygląda w Norwich w stanie Connecticut, gdzie ponad 10 proc. przychodów działającego od stu lat przedsiębiorstwa użyteczności publicznej trafia do kasy miejskiej – co stanowi ponad 5 proc. całego rocznego budżetu miasta.

Wiele tego typu zakładów odgrywa także istotną rolę w tworzeniu „zielonej gospodarki”. W Kalifornii Sacramento Municipal Utility District (SMUD) – jedno z dziesięciu największych przedsiębiorstw użyteczności publicznej w USA – pozyskuje ze źródeł odnawialnych aż 24 proc. sprzedawanej energii. W 2020 r. SMUD planuje zwiększenie tego udziału do 37 proc. Przedsiębiorstwo dąży również do redukcji emisji dwutlenku węgla, żeby w 2050 r. wynosiła ona 10 proc. tego, co w 1990 r.

Zakład Austin Energy w Teksasie jest kolejnym liderem w branży „zielonej energii”. Około 15 do 17 proc. oferowanej przez ten zakład energii pochodzi z odnawialnych źródeł – przede wszystkim z wiatru, a w dalszej kolejności z metanu wydzielającego się na wysypiskach odpadów. Przedsiębiorstwo planuje pozyskiwać w 2020 r. 30 do 35 procent energii ze źródeł odnawialnych. Zakład podpisał również umowę na zakup energii od dużej elektrowni spalającej drewno we Wschodnim Teksasie i zamierza do 2020 r. zmniejszyć poziom emisji CO2 o 20 proc. względem stanu z 2005 r.

Kolejne znaczące zjawisko z tego obszaru: miasta coraz częściej biorą udział w zagospodarowaniu terenów publicznych. Na przykład wtedy, gdy rozbudowa transportu zbiorowego prowadzi do znacznego wzrostu wartości gruntów i generuje inne korzyści, na czym w przeciwnym razie skorzystaliby prywatni deweloperzy.

Boston był jednym z pierwszych miast, które postawiły na taką strategię. W 1970 r. jego władze zawiązały spółkę typu joint-venture z przedsiębiorstwem Rouse Company w celu zagospodarowania XVIII-wiecznego Faneuil Hall Marketplace, kompleksu handlowego w śródmieściu o powierzchni ponad 2,4 ha, z 49 sklepami, 18 restauracjami i pubami, 25 punktami gastronomicznymi i 44 innymi stoiskami. Miasto pozostało właścicielem nieruchomości i wynegocjowało umowę najmu, zgodnie z którą przysługiwała mu część zysków kompleksu zamiast podatku od nieruchomości. W połowie lat 80. do kasy Bostonu wpływało z tego tytułu około 2,5 mln USD rocznie, a w 2008 r. kwota ta wzrosła do kilku mln. Jak wynika z przeprowadzonych analiz, strategia ta przyniosła dochody o 40 procent większe, niż gdyby zdecydowano się na podatek od nieruchomości.

Ciekawym przykładem takiego „socjalizmu” są sytuacje, gdy miasto zagospodarowuje i dzierżawi tereny wokół wejść do publicznych systemów transportu zbiorowego – metra, kolei. Wartość gruntów w tych miejscach znacząco wzrasta. Dawniej miasta oddawały te atrakcyjne lokalizacje deweloperom, a potem nakładały tak wysokie podatki, jak tylko było to możliwe. Teraz wiele miast pozostaje właścicielami takich terenów, przez co bezpośrednio korzysta z ich podwyższonej (wskutek inwestycji publicznych) wartości.

W Miami na Florydzie zakład transportu publicznego Miami-Dade Transit uczestniczy w wielu dużych projektach na zasadzie joint-venture. Przykładowo w skład stacji Dadeland South Station wchodzą budynki biurowe, luksusowy hotel i jednopoziomowe centrum handlowe. Stacja Dadeland North Station obejmuje prawie 35 tys. m2. powierzchni handlowej, duży budynek mieszkalny oraz apartamentowiec. Łącznie oba kompleksy przynoszą hrabstwu Miami-Dade roczne dochody w wysokości 1,3 mln USD.

Szybka kolej miejska w San Francisco (San Francisco Bay Area Rapid Transit) uczestniczy obecnie w osiemnastu projektach związanych z transportem (i wielu innych na różnym etapie rozwoju). W stolicy Waszyngtoński Metropolitalny Zarząd Transportu utworzył ponad pięćdziesiąt spółek przynoszących zyski. Zarząd Transportu w Santa Clara Valley w Kalifornii postawił na wielofunkcyjność swoich niespełna dwustumetrowych przystanków. Z kolei projekt budowlany Almaden Lake Village nie tylko przynosi dochody miastu, ale też daje korzyści mieszkańcom – 20 proc. z 250 mieszkań jest oferowanych poniżej cen rynkowych dla rodzin o niskich zarobkach.

Wspomniałem na początku, że wiele przedsiębiorstw użyteczności publicznej oferuje obecnie usługi szerokopasmowego dostępu do Internetu. Jest to kolejna branża, w którą podmioty publiczne coraz częściej inwestują, zarówno za pośrednictwem przedsiębiorstw użyteczności publicznej, jak i za pomocą innych miejskich instytucji. Ponad 130 miast stworzyło ogólnomiejskie publiczne sieci internetowe, kolejne setki ośrodków mają sieci obejmujące część obszaru (łączące szkoły, firmy i budynki rządowe), a wiele innych planuje ich budowę.

Znaczna liczba miast uznała dostęp do Internetu za priorytet i inwestuje w telekomunikację, w tym telewizję kablową, w szybki dostęp do Internetu, lokalne i zamiejscowe usługi telefoniczne, dzierżawę światłowodów i bezprzewodową transmisję danych. W 2007 r. ponad siedemset publicznych spółek energetycznych – ponad ⅓ wszystkich – oferowało jakiś rodzaj zaawansowanych usług telekomunikacyjnych.

OptiNet, jedna ze spółek Bristol Virginia Utilities (BVU), miejskiego przedsiębiorstwa z Bristolu w stanie Wirginia, była pierwszym w kraju zakładem użyteczności publicznej oferującym szerokopasmową transmisję danych i głosu za pośrednictwem sieci światłowodowej. Na początku 2012 r. OptiNet osiągnęło 70-procentowy poziom penetracji rynku w granicach Bristolu. Obsługuje także 53 proc. wszystkich domów i firm w hrabstwach w okolicy, w których prowadzi działalności BVU. W latach 2010 i 2012 OptiNet zwiększyło prędkość połączeń internetowych bez podnoszenia cen i obecnie oferuje łącza szybsze niż wielu dużych operatorów kablowych.

W Chattanooga w Tennessee istnieje najszybsza miejska sieć światłowodowa w kraju (do 1 Gbps), której ceny bywają od ośmiu do dziesięciu razy niższe niż w okolicznych miejscowościach, gdzie usługi dostarczają Comcast i AT&T. Z tego powodu wiele firm przeniosło swoje siedziby i miejsca pracy do Chattanooga. Miejska sieć internetowa miała również duży wpływ na decyzję koncernu Amazon, żeby rozbudować swoje centrum dystrybucyjne w Chattanooga.

Jeszcze kilka przykładów codziennego „socjalizmu”

Wiele miast buduje hotele, jest ich właścicielami i zarabia na tym. Komunalne hotele można znaleźć w takich miejscach jak Austin, Houston, Chicago, Omaha, Overland Park (w Kansas), Sacramento, Marietta (w Georgii), Oceanside (w Kalifornii), Myrtle Beach (w Karolinie Południowej), Denver, Phoenix, Vancouver, Washington (niedaleko Portland w stanie Oregon).

Podobne rozwiązania można spotkać również w miastach uznawanych powszechnie za liberalno-konserwatywne. W maju 2008 r. rada miasta Dallas, na czele z burmistrzem Tomem Leppertem, poparła (11 radnych było za, 2 przeciw) budowę i prowadzenie miejskiego centrum konferencyjno-hotelowego. Nowelizacja prawa miejskiego, która pokrzyżowałaby te plany, została odrzucona w referendum i w listopadzie 2011 r. odbyło się uroczyste otwarcie centrum. Obiekt kosztował 500 milionów USD, ma powierzchnię 110 tys. metrów kwadratowych, liczy 23 piętra oraz 1001 pokoi.

Podobnie szpitale są niekiedy własnością miasta. Jak wynika z badań przeprowadzonych w 2010 r., około jedna piąta szpitali w Stanach Zjednoczonych stanowi własność publiczną. Ciekawy przykład stanowi centrum medyczne Denver Health. Jeszcze w 1992 r. było ono niewypłacalne (39 milionów dolarów długu), obecnie jest zaś konkurencyjnym przedsiębiorstwem, łączącym w sposób innowacyjny demokratyczną własność i bezpośrednią odpowiedzialność miasta. Jako instytucja quasi-państwowa, Denver Health posiada względną autonomię w podejmowaniu decyzji, ale podlega tak zwanemu Open Meeting Law, czyli ustawie o jawności posiedzeń kolegialnych organów władzy publicznej (pozwalającej na udział społeczeństwa w takich posiedzeniach), z kolei zarząd placówki jest powoływany przez burmistrza miasta.

Denver Health prowadzi bardzo wydajny system ośmiu przychodni podstawowej opieki zdrowotnej oraz trzynastu klinik szkolnych. Przedsiębiorstwo jest liderem w swojej branży i już od ponad dwóch dekad przynosi zyski, zatrudniając prawie 5600 osób z Denver i okolic. Obejmuje opieką medyczną ponad ⅓ mieszkańców miasta, w tym 37 proc. wszystkich dzieci w Denver. Około 65 proc. pacjentów należy do mniejszości etnicznych, a ponad 40 proc. jest nieubezpieczonych.

Kolejnym ciekawym przedsięwzięciem są ekologiczne instalacje przetwarzające metan w paliwo do produkcji energii elektrycznej, przynoszące w ten sposób zyski miastu. Metoda ta stosowana jest na przykład w Riverview w stanie Michigan, a także w różnych formach w siedmiuset innych miejscach.

Riverview nawiązało współpracę z Detroit Edison (lokalnym przedsiębiorstwem użyteczności publicznej) i prywatną spółką Landfill Energy Systems w celu budowy instalacji przetwarzania gazu z rozkładu śmieci w energię na miejskim wysypisku o powierzchni ponad 720 tys. m2. Zakład przetwarza 120 tys. m3 gazu wysypiskowego dziennie, zaopatrując ponad 5 tys. gospodarstw domowych w energię elektryczną – i generując dochody w wysokości 150 tys. USD, przeznaczane na sfinansowanie niezbędnych usług publicznych.

Podobną działalność prowadzi zakład Point Loma Treatment Plant w Kalifornii, pozyskujący energię ze ścieków z obszaru o powierzchni 1170 km2 w pobliżu San Diego. Metan powstający podczas procesu oczyszczania wody pozwala wytwarzać energię elektryczną, która służy potem do zasilania pomp procesowych, oświetlenia i komputerów. Od 2000 r. San Diego oszczędzało w ten sposób rocznie około 3 mln USD na energii elektrycznej.

Nie mieliście o takich rzeczach pojęcia?

Większość ludzi nie wie nic na ten temat, a chylące się ku upadkowi media amerykańskie również o tym nie informują. Nasi „przeciwnicy” nie mają zaś żadnego interesu w tym, żebyście wiedzieli, jakie są alternatywy. W całym kraju mamy do czynienia z demokratyzacją własności na szeroką skalę albo nawet (jeśli wolicie to tak nazywać) z „socjalizmem” w amerykańskim stylu.

Jest to najlepszy powód, żeby na poważnie zacząć szukać podobnych przykładów. Istnieje dużo więcej precedensowych rozwiązań, z których można czerpać inspiracje. Wystarczy się rozejrzeć, rozpoznać je i dostosować do konkretnych okoliczności – za rozwiązaniami, które działają teraz i będą działać w przyszłości, a przede wszystkim z czasem przestaną być cząstkowymi eksperymentami i zaczną służyć całemu społeczeństwu.

Spojrzeliśmy jedynie na czubek góry lodowej. Wiele ciekawych inicjatyw ma miejsce na poziomie stanowym.

Kalifornijski CalPERS (stanowy fundusz emerytalny, który istnieje od 80 lat) posiada aktywa o wartości 237 mld USD. Nawet mimo negatywnych skutków kryzysu finansowego i recesji wartość rynkowa portfela inwestycyjnego funduszu wzrosła w ciągu ostatnich dziesięciu lat o 52 proc. CalPERS jest nie tylko jednym z największych inwestorów w Kali­fornii, ale przoduje w inwestycjach na cele publiczne zamiast przekazywać pieniądze emerytów na Wall Street oraz innym doradcom finansowym i firmom inwestycyjnym. Mówimy tu o pokaźnych kwotach. Od września 2012 r. stanowe inwestycje wyniosły łącznie 23,5 mld USD.

W Alabamie publiczny system emerytalny, Retirement Systems of Alabama (RSA), inwestuje w liczne sektory gospodarki, w wielu przypadkach pomagając w tworzeniu spółek pracowniczych. RSA inwestuje kapitał zarówno w przemysł lotniczy, jak i w rozwój turystyki, a także między innymi w Navistar International – przedsiębiorstwo, które pracowników zatrudnionych przy produkcji silników przeniosło do pracy w organizacjach społecznych zamiast ich zwalniać, gdy recesja spowodowała spadek produkcji.

Na Alasce fundusz Alaska Permanent Fund inwestuje zyski z ropy w imieniu obywateli stanu. Z przychodów wypłacane są roczne dywidendy, do których „prawo” ma każdy mieszkaniec stanu. W 2011 r., który był pod tym względem okresem niezbyt korzystnym, każdy obywatel Alaski otrzymał 1174 USD (prawie 6 tys. dla pary z trójką dzieci). W 2008 r. każdy mieszkaniec otrzymał 2069 dolarów (ponad 10 tys. dla pięcioosobowej rodziny).

Około 2⁄5 wszystkich stanów (38 proc.) aktywnie wspiera spółki pracownicze. Kilka bezpośrednio pomaga tak zwanemu akcjonariatowi pracowniczemu lub spółdzielniom pracy, czy to poprzez programy inwestycyjne (w Indianie), czy też edukację, pomoc techniczną oraz programy szkoleniowe. W dwóch stanach – Vermont i Ohio – ośrodki wspierania własności pracowniczej pozyskują fundusze publiczne, aby oferować spółkom pracowniczym i spółdzielniom pracy różne usługi.

Prawie połowa stanów – tj. 23 – w „kapitalistycznej” Ameryce inwestuje środki publiczne w obiecujące nowe firmy. Dla przykładu w Maryland fundusz Enterprise Investment Fund regularnie inwestuje w przedsiębiorstwa rozpoczynające działalność w zamian za udziały w nich i gwarancje, że będą funkcjonować na terenie stanu przez co najmniej pięć lat. Fundusz radzi sobie wyjątkowo dobrze. W latach 1994–2011 stan zarobił na tych inwestycjach 62,5 mln USD. Przykłady udanych przedsięwzięć to m.in. Plasmonix, spółka z sektora zaawansowanych technologii fluorescencyjnych i luminescencyjnych, oraz Advanced BioNutrition Corp., firma z siedzibą w Columbii pozyskująca kwasy tłuszczowe z alg, wykorzystywane w hodowli ryb oraz jako dodatek do karm dla zwierząt domowych.

Jeśli podejdzie się poważnie do kwestii demokratyzacji własności, zauważy się wiele przykładów rozwiązań, którymi można się inspirować – a następnie je upowszechniać. Większość z nich przynosi zyski miastom i stanom, które bardzo tego potrzebują. Jest to korzystne również dla podatników, co z kolei może dać interesujące efekty polityczne w przyszłości.

To jeszcze nie koniec. Podam kolejny przykład, tym razem z bastionu konserwatyzmu spod znaku Adama Smitha – z Teksasu.

Fundusz Texas Permanent School Fund został założony ponad 150 lat temu z kapitałem o wysokości 2 mln USD ze stanowego funduszu ogólnego. W 1876 r. około połowę wszystkich gruntów (i związane z nimi prawa do złóż surowców mineralnych) pozostających własnością publiczną przekazano funduszowi, a w 1953 r. oddano także przybrzeżne obszary, po tym jak zrzekł się ich rząd federalny. Fundusz stanowy posiada obecnie (2011 r.) ponad 2,5 tys. km2 gruntów oraz prawie 49 tys. km2 terenów ze złożami surowców mineralnych i obszarów przybrzeżnych. Rokrocznie zyski z tego publicznego funduszu są przeznaczane na pokrycie kosztów edukacji w każdym hrabstwie w Teksasie – łącznie 2 mld USD w ciągu ostatnich dwóch lat. Fundusz stanowi również zabezpieczenie obligacji lokalnych okręgów szkolnych, zapewniając w ten sposób niższe oprocentowanie ich długu.

Jeśli Teksas potrafi realizować takie przedsięwzięcia, to podejrzewam, że i twój region mógłby spróbować różnorakich rozwiązań (z niewielką pomocą przyjaciół).

tłum. Mateusz Batelt

Powyższy tekst to 11 rozdział nowej książki Gara Alperovitza „What Then Must We Do?” (z ang. „Rzeczy konieczne”), 2013. Przedruk za zgodą wydawcy.