przez Remigiusz Okraska | środa 25 maja 2022 | opinie
Po latach histerii, pouczeń i analiz poświęconych populizmowi nie widać, aby ten znajdował się choć trochę w odwrocie. Wręcz przeciwnie – poza punktowymi triumfami liberałów, zwykle okupionymi coraz większym wysiłkiem, brak oznak odwrotu tej fali.
Wydawałoby się, że powinno być inaczej. Na zwalczanie populizmu wydano miliony, jeśli nie miliardy. Zmobilizowano potężne siły polityczne i medialne. „Antypopuliści” mają za sobą wielki, gigantyczny biznes. Nieustannie trwa kampania potępień pod adresem populistów oraz pouczeń wobec ich wyborców. I niewiele z tego wynika. Nic w tym dziwnego. Żaden skutek nie ustępuje bez eliminacji przyczyn.
Przyczyną jest natomiast oligarchiczno-wyzyskowy model gospodarczy, przy którym środowiska liberałów i „demokratów” trwają niewzruszenie, a coraz częściej w stronę sojuszu z nimi dryfuje także lewica.
Niedawno odbyły się wybory parlamentarne na Węgrzech i prezydenckie we Francji. Jedne i drugie stanowiły starcie obozu liberalnego z postaciami wręcz emblematycznymi dla lęków tego obozu. Na Węgrzech partia Viktora Orbána wygrała czwarty raz z rzędu, co oznacza prawdopodobieństwo nieprzerwanych rządów przez 16 lat, czyli całą długą epokę. Fidesz wygrał nie tylko z wielką przewagą nad oponentami – o prawie 20 punktów procentowych. Wygrał także w sytuacji, gdy przeciwko sobie miała koalicyjny blok obejmujący ugrupowania od Sasa do Lasa, czyli od środowisk liberalno-postępowo-lewicujących po Jobbik, do niedawna skrajnie prawicowy, a obecnie cudownie nawrócony na „zwykły” konserwatyzm. Wygrał w sytuacji, w której sondaże jeszcze kwartał przed starciem przy urnach wskazywały na możliwość zwycięstwa opozycji. Wygrał przede wszystkim w czasach, gdy rządowi mało co sprzyja – od sytuacji międzynarodowej, przez pandemię, po znaczący wzrost cen i kosztów życia. A jest to rząd kraju niewielkiego i niezamożnego, zatem posiadający niezbyt wielkie możliwości i pole manewru.
Z kolei we Francji przedstawiciel obozu liberalnego wprawdzie pokonał Marine Le Pen, jednak ta ostatnia osiągnęła najwyższe poparcie w dziejach wyborczych zmagań nie tylko swoich, ale i własnego obozu politycznego. W porównaniu z poprzednimi wyborami Macron stracił 8 punktów procentowych poparcia (i otrzymał 2 miliony głosów mniej niż wtedy), a jego rywalka tyle samo zyskała. Wszystko to w kraju, w którym całokształt życia publicznego – od mediów, przez twórców kultury, po politykę – robi od lat co może, aby zniechęcić wyborców do środowiska politycznego Le Pen. Tu zresztą dotykamy ciekawego i szerszego zjawiska, które pokazuje, jak niewiele wspólnego z faktami mają wywody polityczno-medialnego mainstreamu, portretujące wyborców populistów (szczególnie polityków tego nurtu wywodzących się z prawicy) jako ksenofobiczno-zacofanych „ciemniaków”. Otóż według jednego z badań sondażowych ponad 40% osób, które głosowały na szefową Zjednoczenia Narodowego, zrobiło tak tylko po to, aby zablokować zwycięstwo Macrona. Prawie połowę elektoratu tej kandydatki stanowili zatem ludzie gotowi głosować na nią jedynie dlatego, że aż tak bardzo nie chcą władzy Macrona.
W USA Joe Biden ma wiosną 2022 najniższe poparcie i poziom aprobaty dla swoich rządów odkąd wygrał wybory, a poparcie to jest obecnie tak niskie, jak uzyskiwane przez Trumpa pod samego koniec rządów poprzedniego prezydenta. W realiach znacznie nam bliższych, czyli w Czechach, ugrupowanie populisty Andreja Babiša, które przegrało zeszłoroczne wybory, wciąż utrzymuje wysokie poparcie w sondażach, mając je na poziomie prawie 30% i tylko nieznacznie ustępując partii rządzącej. W Słowacji, gdzie populiści z partii Smer utracili władzę w okolicznościach naznaczonych skandalem (zabójstwo dziennikarza) i wydawało się, że jest to kres tej formacji, sondaże wskazują, że rozłamowe ugrupowanie z tego Smeru już od ponad roku przewodzi w wyścigu, a sam osłabiony Smer tyle samo czasu zajmuje pozycję wicelidera.
Można oczywiście znaleźć pojedyncze przykłady zwycięstw ugrupowań liberalno-establishmentowych, ale nie ma ich wiele, są okupione coraz większymi wysiłkami i cechują się malejącą przewagą, albo stanowią nieliczne wyjątki od reguły. Nic nie wskazuje na to, żeby zjawisko określane mianem populizmu było w całościowym odwrocie. Choć wydawałoby się, że powinno. Trudno znaleźć w ostatnich dekadach nurt polityczny, który spotkałby się z podobną falą krytyki. Czy to wielkie media, czy polityczny establishment, czy fundacje powiązane z miliarderami, czy elity kulturalno-intelektualne – wszystkie te środowiska nie zostawiają suchej nitki na populistach. Ci ostatni są krytykowani za wszystko: postulaty polityczne i język ich wyrażania, politykę gospodarczą czy pomysły z tej dziedziny, praktykę sprawowania władzy i bycia w opozycji, życie prywatne itd. Wiadomo, że są głupi, źli, odrażający, a nawet wyrywają staruszkom torebki i portmonetki oraz nie myją zębów. Obojętnie, czy wywodzą się z prawicy, jak Le Pen, czy z lewicy, jak populiści słowaccy, czy przekraczają te podziały, jak Babiš – są traktowani jak najgorsze zło. I portretowani tak, jak dawniej, w czasach swoich największych wpływów jeśli nie politycznych, to społecznych, byli przez kapitalistyczne elity traktowani socjaliści.
Bo też ich rola jest podobna. Oczywiście takie porównanie oburzy deklaratywnych współczesnych lewicowców oraz akademickich specjalistów ds. doktryn politycznych. Nie jest to jednak porównanie dotyczące identycznych postulatów i programów, lecz właśnie roli politycznej. Tę rolę stanowi ostra kontra wobec liberalnego establishmentu i wszechwładzy klas posiadających.
Ale także to, jakie środowiska stanowią elektorat populistów. Świetnie widać to na przykładzie Le Pen i jej formacji. W ostatnich wyborach wygrała ona ze sporą przewagą wśród robotników przemysłowych (wedle różnych badań, poparło ją od 60 do niemal 70% osób głosujących w tej grupie) i z mniejszą, ale wyraźną wśród pracowników najemnych spoza przemysłu, z wyjątkiem najlepiej opłacanych w najbogatszych ośrodkach. Macron wygrał wśród biznesmenów i menedżerów (~70% poparcia wśród nich) i dobrze opłacanych wielkomiejskich profesjonalistów. Wśród wyborców zadowolonych ze swojego życia aż 69% głosowało na Macrona, a aż 79% niezadowolonych – na Le Pen. Ponadprzeciętnie dobre wyniki szefowa Zjednoczenia Narodowego uzyskała w regionach z wyższym bezrobociem oraz w uboższych. W grupach dochodowych Le Pen wygrała w najniższej oraz prawie zrównała się z rywalem w drugiej od końca, natomiast największy triumf urzędujący prezydent odniósł wśród osób o najwyższych dochodach. Le Pen wygrała na wsi i w niewielkich miastach, co tylko ktoś bardzo niemądry może złożyć na karb „prowincjonalnej ciemnoty”, nie zaś nierówności regionalnych sprzężonych z wykluczeniem społecznym (nie tylko wprost dochodowym, ale także w dostępie do infrastruktury, możliwości kariery i awansu, usług publicznych itp.).
To nie przypadek ani francuska specyfika. To szeroki, ponadkrajowy trend. Populiści niezależnie od kraju mają elektorat uboższy, plebejsko-robotniczy, wykluczony, prowincjonalny, pozbawiony perspektyw, z zawodami mniej prestiżowymi, z tych części kraju, które w przypadku naszego państwa określa się mianem Polski B. Oczywiście część z nich, głównie Trump, przyciągało też wyborców zamożnych, ale akurat ex-prezydent USA jest przykładem nie tyle populizmu (choć przeciwnicy wkładają go do tego worka), ile raczej populistycznej formy bez populistycznej treści. Nie zmienia to faktu, że w ostatnich latach populiści wyrośli na reprezentację słabszych grup i regionów. Czy będą to amerykańscy rednecks, czy Francuzi z regionów zdewastowanych zniszczeniem przemysłu, czy polskie „Podkarpacie” i „ciemnogród”, czy czescy „bywalcy hospody” (przeciwstawiani w tamtejszym dyskursie bywalcom kawiarń), czy słowaccy východňári, czy węgierscy mieszkańcy prowincji, głównie ubogiej północno-wschodniej – wszyscy oni stanowią wyborcze zaplecza populistów.
Reprezentanci tego nurtu przejęli w różnych krajach rolę, którą historycznie pełniła lewica: głosu uboższych, zmarginalizowanych, sponiewieranych, ale także zrozpaczonych i wkurzonych. Oraz, co nie mniej ważne, traktowanych z pogardą i będących obiektem nieustannych krytyk i pouczeń.
Odpowiedź lewicy brzmi zazwyczaj, że to nie jest „prawdziwa” reprezentacja ludu i nie jest to „prawdziwa” polityka prospołeczna. Oprócz tego, że lewica rozlicza populistów z nie dość ponoć lewicowych, a de facto nie dość liberalno-indywidualistycznych postaw w sprawie imigracji czy mniejszości seksualnych, jej przedstawiciele mówią, że także w kwestiach socjalnych populiści wiodą „lud” na manowce i oszukują go.
Takie stanowisko ma kilka słabości. Po pierwsze, pomija kontekst sytuacyjny. Rzeczywistość nie jest podręcznikiem politologii poświęconym porównaniu programów i tradycji politycznych. Rzeczywistość ma za punkt odniesienia to, co działo się niedawno i co przeciwnicy populistów robią i głoszą obecnie. Czyli kilka dekad polityki neoliberalnej: cięcie wydatków socjalnych, dryf ku państwu-minimum, zwijanie instytucji i usług publicznych, duży wzrost nierówności społecznych, ostentacyjne lekceważenie uboższych grup i regionów itd. Zarzut, że populiści np. nie wybudowali milionów tanich mieszkań, trafia w pustkę, bo żyjemy w czasach, w których od kilku dekad w niemal żadnym kraju nie buduje się masowo tanich mieszkań. A polityka neoliberalna polegała na prywatyzacji lokali publicznych, w najlepszym razie na uczynieniu z nich gett socjalnych. To na takim tle należy oceniać populistów.
Ich oferta socjalna jest zazwyczaj ograniczona, a jej postać bywa daleka od lewicowej ortodoksji. Jednak w krajach takich jak Polska czy Węgry to właśnie populiści wprowadzili pierwsze od lat decyzje i transfery korzystne dla niezamożnych. Że przy okazji mieli dla nich ofertę „godnościową”, to druga sprawa. (Neo)liberałowie mieli dla nich cięcia socjalne i wyzysk – oraz pouczenia i pogardę. Nie jest też żadnym przypadkiem, że w Słowacji odsunięcie populistów od władzy równało się likwidacji darmowych posiłków w szkołach, w Czechach – znacznemu zmniejszeniu ulg na przejazdy komunikacją zbiorową, a Macron już zapowiada podniesienie wieku emerytalnego. Nawet tam, gdzie populiści są bardzo umiarkowanie socjalni, jak Orbán, wciąż oferują oni więcej niż liberalni przeciwnicy, gdy tamci rządzili (kto jeszcze pamięta, że rząd Orbána np. zniósł czesne za studia, wprowadzone przez nominalnych socjalistów, a de facto neoliberałów), a nawet niż zapowiadają z okazji powrotu do władzy. Wystarczy spojrzeć na Polskę – liberalna opozycja nie obiecuje (z wyjątkiem części lewicy, która ma jednak niemal zerową moc sprawczą i niewielką wiarygodność w klasie ludowej), że da słabszym grupom społecznym więcej i lepiej niż PiS. Ona krytykuje PiS za „rozdawnictwo”, które zamierza ukrócić. To „rozdawnictwo” to szczątkowy i ograniczony socjal, pierwszy zauważalny w całych dziejach III RP.
Po drugie, krytyka ze strony lewicy pomija fakt, że umiarkowanie socjalny program populistów, szczególnie tych wywodzących się z prawicy, jest i tak większy niż kiedyś. Wiele tych środowisk ewoluowało w stronę polityki bardziej „ludowej” niż oni sami czy ich ideowi pobratymcy oferowali dawniej. Partia Le Pen jest tu świetnym przykładem. Powstała ona jako populizm prawicowy, czyli drobnomieszczański, biorąc na sztandary interesy i troskę o drobnych posiadaczy (niewielkie firmy, rzemiosło, drobny handel, indywidualni rolnicy itp.), a gdy na czele tego środowiska stał ojciec obecnej szefowej, to za niemal cały program, a szczególnie jego mocno akcentowaną część wystarczała przez lata obrona drobnej burżuazji połączona z retoryką antyimigrancką (to „obcy”, nie zaś kapitaliści i ofensywa neoliberalizmu mieli wedle niej „zabierać” „naszym ludziom” miejsca pracy, zasiłki, usługi opiekuńcze itd.). Z czasem Le Pen senior ewoluował pod tym względem, dostrzegając, że w kraju dość zamożnym to nie niższe warstwy klasy średniej są najbardziej wyrzucane za burtę, lecz ofiary neoliberalizmu i globalizacji ze środowisk robotniczych. Front Narodowy już od 15-20 lat jest partią mającą największe poparcie wśród robotników przemysłowych – w tej roli zastąpił francuskich… komunistów. Dziś to samo środowisko znacznie mocniej odwołuje się do pracowników najemnych i ich trosk o pracę, dochody, zabezpieczenie emerytalne itp., wskazując przy tym jako głównych winnych nie imigrantów, lecz liberalną elitę władzy i pieniądza.
Podobnie jest w Polsce z PiS-em. Choć wątki socjalno-solidarnościowe występowały w ugrupowaniach braci Kaczyńskich od zawsze, to kiedyś były o wiele bardziej stonowane czy nierealizowane niż obecnie, a za większość przekazu odpowiadały antykomunizm, antykorupcjonizm, patriotyzm itp. Dzisiaj to ugrupowanie ma na koncie szereg decyzji korzystnych dla słabszych grup: 500+, dodatkowe emerytury, niższy wiek emerytalny, program wyprawka szkolna, znaczący wzrost pensji minimalnych, ustanowienie godnych stawek minimalnych na umowach śmieciowych, podwyższenie zasiłków dla bezrobotnych, a także, choć w stopniu mniejszym, mniej liberalną politykę usługowo-instytucjonalną (wyższe nakłady na przedszkola, znaczne zwiększenie wskaźnika użłobkowienia, przywracanie połączeń kolejowych, o wiele większy budżet NFZ itp.).
Tak, to wszystko jest ledwie wstępem do „prawdziwego” programu socjalnego z czasów, gdy w krajach – zresztą znacznie zamożniejszych – Zachodu silne były ugrupowania socjalistyczne i socjaldemokratyczne, mocno zakorzenione w myśli lewicowej, świecie pracy i związkach zawodowych. I co z tego? Taki punkt odniesienia jest ważny tylko dla doktrynerów, historyków czy politologów. Dla osób z klasy ludowej w Polsce w XXI wieku punktem odniesienia są niedawne rządy innych formacji. A na ich tle PiS prowadzi politykę korzystniejszą dla słabszych – dotyczy to nie tylko liberałów, lecz także lewicy, która dzisiaj ustraja się w socjalny frazes, a u władzy koledzy Czarzastego oferowali wyzysk i łajdactwo.
Bo, po trzecie, krytykę populistów z lewej cechuje zasadnicza słabość. Polega ona na tym, że lewica niemal zrejterowała z pola walk klasowych, wspierania środowisk pracowniczych oraz reprezentowania słabszych grup i regionów. Lewica w krajach Zachodu zabrnęła w ślepe zaułki neoliberalnej „trzeciej drogi”, a w państwach naszego regionu w postkomunistyczne przekręty połączone ze ślepym zapatrzeniem w zachodnią politykę neoliberalną. To wszystko zazwyczaj jest połączone z sojuszami lewicy z liberalno-wyzyskowym establishmentem. A także z ofensywą kulturową, której treść, a jeszcze częściej forma są odrzucane przez środowiska ludowe, nierzadko bardziej konserwatywne, a przynajmniej nie uważające mniejszościowych postaw za kluczowy problem sfery publicznej. Oraz z retoryką „modernizacyjną”, która bezrefleksyjnie odwołuje się do kosmopolityzmu, „europejskości”, „nowoczesności” i wielkomiejsko-klasośrednich wzorców życia i sukcesu. Podczas gdy dla słabszych grup społecznych ważne jest zakorzenienie, często wymuszone brakiem mobilności lub taką jej formą, która nierzadko wzmacnia u nich poczucie bycia słabszymi. Gdy zamożna elita podróżuje po świecie i „poznaje inne kultury”, ludzie ubożsi wędrują za pracą i chlebem, harując tam na zamożniejszych tubylców, zajmując pozycję pariasów, a w dodatku odczuwając zerwanie więzi z bliskimi ludźmi i miejscami wskutek migracji wymuszonych sytuacją bytową. Nietrudno zauważyć, że wśród migrantów z klasy ludowej wzrasta poziom nie kosmopolityzmu, lecz patriotyzmu, utożsamienia z polskością, tęsknoty za krajem itp.
Lewica niczym istotnym nie odróżnia się w całej tej sferze od liberalnego establishmentu. Zazwyczaj zresztą z przyczyn naturalnych. Rekrutuje się ona obecnie głównie ze środowisk stosunkowo zamożnych, wielkomiejskich, eksperckich, z zawodów „kreatywnych” i prestiżowych – akademicy, IT, kadry sektora kultury (i bynajmniej nie są to małomiasteczkowe bibliotekarki) – oraz z adeptów rozmaitych nowoczesnych postaw i mód kulturowych. Nie posiada prawie żadnych punktów wspólnych z „ciemnogrodem” – czy to na gruncie sytuacji ekonomicznej, czy, w jeszcze większym stopniu, postaw kulturowych, aspiracji, perspektyw, stylu życia itp.
W zasadzie najbardziej trafny argument co mądrzejszej lewicy przeciwko populistom zwraca uwagę, że ci ostatni mają do niższych warstw społecznych stosunek opiekuńczo-paternalistyczno-dyscyplinujący zamiast optować za ich emancypacją. Dają mniejszy lub większy socjal, ale zawsze jest to gest „dobrego pana”, który ów gest uzależnia od tego, czy „lud” będzie taki, jak definiuje go populistyczna wizja ludu/narodu/suwerena. Stąd socjal populistów bywa nakierowany na „zdrową” czy „produktywną” część „ludu”, a wyklucza rozmaite grupy „najsłabszych pośród słabych”, nie bierze pod uwagę społecznych oczekiwań względem priorytetów, lecz sam je ustala, albo mimo socjalnej retoryki staje w kontrze np. do części rewindykacyjnych działań związków zawodowych. Problem w tym, że jeszcze mniej emancypacja „ludu” interesuje liberalny i frazesowo demokratyczny establishment, który nie oferuje nawet „pańskiego gestu” na rzecz słabszych.
A i lewica, coraz bardziej ekspercko-technokratyczna i klasośrednia, ma problem z uznaniem samostanowienia niższych warstw. Czy to na gruncie socjalu, gdzie akcentuje się „usługi publiczne” zamiast czy jako priorytet wobec transferów gotówkowych (z ledwo skrywaną narracją, że zapewne te pieniądze ludzie wydadzą „niewłaściwie” lub po prostu wedle swoich, a nie cudzych priorytetów). Czy, jeszcze bardziej, na gruncie kulturowym, gdzie lewica coraz częściej jawi się jako surowa, wymagająca nauczycielka mówiąca dzieciarni, co ma myśleć i jak powinna żyć. Stąd nieufność wobec „ludu” i rozczarowanie, że nie jest on wystarczająco chętny na otwierane granic na imigrację czy na wciąż nowe trendy mniejszościowo-seksualne. Dzisiejsza lewica zupełnie bez związku z postawami czy oczekiwaniami uboższych warstw raczej obawia się ich emancypacji, a nawet porzuca dawną rolę formacyjno-wychowawczą, zastępując to grymasami i pohukiwaniami. Przypomina w tym sytuację ze znanego utworu komunistycznego poety Bertolta Brechta, który konserwatywnym moralistom z klas posiadających rzucał w twarz: „jeść dajcie najpierw wszystkim bez żebrania, / a potem róbcie ewidencję ciąż”. Ta sama lewica dzisiaj chce najpierw rozliczać ludzi z tego, czy posiadają „odpowiednie” postawy i poglądy w przeróżnych kwestiach, poczynając od mniejszości seksualnych, przez imigrantów, a na ekologii czy spożyciu mięsa lub alkoholu kończąc, a dopiero wtedy nakarmić ich, choć jej niemała część niezbyt w ogóle interesuje się tym nakarmieniem.
Z tych względów opinia, że populiści nie są „naprawdę socjalni” czy „naprawdę lewicowi” (tak jakby oni kiedykolwiek to drugie deklarowali) trafia w próżnię. Lewica sama zazwyczaj nie jest dzisiaj „naprawdę socjalna”, a w dodatku jej oferta pozasocjalna mija się z postawami i odczuciami klasy ludowej. Dotyczy to także elektoratów. Wystarczy spojrzeć na badania cech wyborców poszczególnych ugrupowań, by po stronie PiS czy Andrzeja Dudy widzieć duże odsetki robotników, pracowników najemnych, bezrobotnych, drobnych rolników, osób z uboższych środowisk itp., a za poparcie lewicy odpowiadają w tym samym czasie klasa średnia, „arystokracja pracownicza” (dobrze opłacane profesje z dużych zamożnych miast), średnia warstwa urzędnicza, emerytowani wojskowi i esbecy oraz wielkomiejscy freakowie. Powtarzane co pewien czas badania CBOS dotyczące postaw elektoratów w różnych sprawach pokazują, że wyborcy lewicy są w kwestiach socjalno-gospodarczych mocno na prawo od wyborców PiS, a bywa, że są bardziej liberalno-egoistyczni i w większej skali optują za darwinizmem społecznym i ograniczeniem polityki socjalnej niż nawet elektorat PO.
No właśnie, elektorat. Cała lewicowa opowieść opiera się na tym, że populiści „oszukują” czy „zwodzą” klasę ludową. Oczywiście w istotę demokracji wpisane są takie zjawiska, jak obietnice bez pokrycia, niezrealizowane postulaty, nadużyte zaufanie wyborców itp. W czasach obecnych dochodzi do tego jeszcze bezprecedensowy w dziejach arsenał medialnych sztuczek, manipulacji itp. Trudno jednak uznać, że wyborcy są tak głupi, aby dać się zwodzić przez lata. Że osoby z klasy ludowej głosują na kogoś mimo braku jakichkolwiek decyzji korzystnych dla siebie.
W dodatku założenie to bazuje na wizji, wedle której elektorat w żaden sposób nie oddziałuje na polityków. Stanowisko takie zakłada zupełną bierność i brak sprawczości „ludu”. Tymczasem masy zmobilizowane politycznie mogą nie tylko czekać na łaskawy pański gest paternalistycznych populistów, ale także wymusić na nich zmiany i ustępstwa. Populiści oczywiście mogą – gdy zajrzymy za kotarę i dowiemy się, co naprawdę myślą – mieć w nosie klasę ludową, socjal, wspieranie słabszych itp. A mimo to musieć podejmować decyzje korzystne dla tych grup i warstw społecznych, aby pozyskać i utrzymać ich poparcie. Zresztą wywodom o tym, że populiści oszukują lud towarzyszy mantra o tym, iż oni ów lud przekupują, że ta czy tamta decyzja jest podyktowana politycznym wyrachowaniem. Zapewne nierzadko jest. I co z tego? Czy ktoś jest mniej najedzony, gdy najadł się z powodu „przekupywania” go przez polityka niż gdyby najadł się po nakarmieniu w imię wzniosłej idei? Cała demokratyczna polityka jest de facto „kupowaniem głosów”, czyli podejmowaniem decyzji korzystnych dla wyborców w zamian za ich poparcie.
Zresztą zarzut, że populiści „tak naprawdę” nie chcą robić nic dla klasy ludowej i mają w nosie jej bolączki, jest obusieczny. To samo można powiedzieć np. o lewicy rekrutującej się z klasy średniej czy wręcz wyższej. Choć ta lewica, jak wspomniałem, już coraz rzadziej nawet udaje, że interesuje ją elektorat ludowy – wpisuje jego interesy gdzieś tam w obszernym programie, między ścieżkami rowerowymi, mniejszościami seksualnymi, federalizacją Europy i ulżeniem ratalnym cierpieniom wyższej warstwy klasy średniej o zdolności kredytowej na mieszkania warte milion czy dom warty trzy. „Wyklęty lud ziemi” już dawno przestał być choćby tylko sloganowym głównym punktem odniesienia dla lewicy, a co dopiero gdy mowa o jej praktycznych poczynaniach i priorytetach.
Z kolei argument, że liderami populistów bywają ludzie zamożni, a więc siłą rzeczy niezbyt zainteresowani wspieraniem niezamożnych, rzeczywiście wskazuje na istotny problem. Po pierwsze jednak to samo można powiedzieć o wielu liderach współczesnej lewicy, a jeszcze bardziej o fortunach liberalnych antypopulistów. Po drugie natomiast powstaje pytanie, czy dzisiaj „wielką politykę” można w ogóle uprawiać bez wielkich pieniędzy i bez innych aktywów, np. dostępu do masowych mediów. To swoją drogą ciekawe, że pod adresem populistów są kierowane zarzuty o korupcję czy „zawłaszczanie” majątku publicznego i mediów, a zarazem mało kto mówi o tym, że antypopulistyczne liberalne środowiska mają do dyspozycji ogromne pieniądze, więc niczego nie muszą „zawłaszczać”, a jeszcze stać je na kupowanie sobie przychylności mediów czy think tanków za cenę akcji lub reklam czy za dotacje. A mimo to co jakiś czas natrafiamy na nazwiska ludzi z tego kręgu w dokumentach typu Panama Papers, tyle że wtedy mało kto się oburza na skorumpowanie i lewe interesy liberalnej elity.
Rozdźwięk między ludem a liberalno-lewicową elitą będzie postępował nie tylko z wspomnianych przyczyn. Kolejnym czynnikiem jest okopanie się świata przywileju na swoich pozycjach. Jakkolwiek po wielkim kryzysie gospodarczym sprzed ponad dekady, a w Polsce po dojściu PiS do władzy nastąpiła pewna zmiana „oficjalnego” języka na bardziej socjalny i wrażliwy, to niewiele zmienia to w praktyce. Nawet bezprecedensowa pandemia wywołała tylko niewielką korektę polityki gospodarczej i socjalnej na bardziej korzystną dla szerokich rzesz. Jeśli coś się w tej kwestii poprawia, to raczej z powodu zjawisk niezależnych od decydentów, jak demografia (niższe bezrobocie i lepsza pozycja negocjacyjna świata pracy) czy wskutek wyższej konieczności typu zaburzenia spowodowane pandemią, gdy w interesie biznesu i wyzyskowej elity trzeba ocalić elementarną stabilność społeczną. Jakiekolwiek większe programy redystrybucyjne, socjalne czy interwencjonistyczne są krytykowane przez liberalny elektorat.
W odpowiedzi na kryzys finansowy, epidemię koronawirusa czy wyzwania ekologiczne czasami pojawiają się wizje wielkich reform, ale nie wynika z tego nic lub są realizowane szczątkowo. W tym samym czasie wciąż trwa ofensywa wielkiego kapitału, ograniczane jest wsparcie dla słabszych, a wyzysk i kapitalizowanie kolejnych ludzkich aktywności wchodzą na poziomy do niedawna nieznane i niewyobrażalne, przy bierności lub ślamazarnych i niewielkich korektach ze strony rządzących. Nawet tak kluczowe wyzwanie, jak kryzys klimatyczny, próbuje się załatwiać starą i zużytą logiką wolnorynkową i antyspołeczną, oferując prywatyzację problemu (przesiądźcie się do elektrycznych samochodów i przejdźcie na OZE, ale za własne pieniądze), przerzucenie kosztów na obywateli/konsumentów. Wszystko to podlane elitarnym moralizowaniem pod adresem „ciemniaków”, którzy jakoby dla frajdy i lekkomyślnie, a nie z konieczności życiowej jeżdżą „starymi dieslami” czy „trują piecami na węgiel”.
Jest jeszcze jeden ważny czynnik. Na naszych oczach rozpada się miraż globalizacji. Ostatnie lata pokazały, że „otwarte granice”, „wolny handel”, „swobodny przepływ towarów”, „integracja gospodarcza” itp. zjawiska nie tylko wywołują nagłe problemy, jak pandemia. Są one także, mimo powierzchownego wzbogacenia się, a raczej iluzji tegoż (mamy nowe gadżety, ale ludzi coraz mniej stać np. na dach nad głową), obarczone wysokimi kosztami, jak upadek przemysłu w krajach zachodnich, utrata stabilnych miejsc pracy i zapaść całych społeczności związanych z fabrykami, presja konkurencyjna na pozostałe segmenty gospodarek (zmuszone konkurować z tańszymi produktami z daleka), rosnące nierówności dochodowe na poziomie jednostek, klas społecznych i regionów, pauperyzacja i niepewność klasy średniej, zastopowanie pokoleniowego awansu społecznego, komercjalizacja kolejnych sfer życia, inwazja drapieżnego kapitału inwestycyjnego hulającego po całym świecie, pogorszenie realiów zatrudnienia i pozycji negocjacyjnej części osób z klasy pracującej wskutek napływu pracowników migrujących itp. Globalizacja, wbrew neoliberalnej obietnicy o przypływie podnoszącym wszystkie łodzie, pozostawia coraz więcej osób za burtą. Coraz bardziej jesteśmy nimi, choć mamy nowe modele smartfonów.
Właśnie dla takich ludzi mają ofertę populiści. Choć wywodzą się oni z przeróżnych nurtów i tradycji, od lewa do prawa, łączy ich m.in. krytyczne spojrzenie na globalizację i „internacjonalizację”. To w tych kręgach znajdziemy krytykę takiego modelu świata i gospodarki, w której ludy, narody i społeczności mają niewiele do gadania wobec rosnącej władzy coraz większych i silniejszych wielkich podmiotów i organizacji politycznych, gospodarczych i finansowych. Nie każdy ich pomysł czy sposób argumentacji są sensowne, ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że odpowiadają na taką potrzebę słabszych, jaką jest ochrona w obrębie czegoś znanego, zrozumiałego i możliwego do kontrolowania. Czymś takim jest państwo narodowe i samostanowienie w ramach wspólnoty obywatelsko-kulturowej. Gdy dodamy do tego obecne czy nadchodzące wielkoskalowe wyzwania wojenno-militarne, kryzys klimatyczny, kryzys uchodźczy – nietrudno przewidzieć, że jeszcze wzrośnie lęk słabszych i niepewnych swojej sytuacji wobec „otwartości”.
Tymczasem liberalna elita jest globalistyczna oraz entuzjastycznie nastawiona do wszelkich projektów wzmacniających takie procesy. Takie stanowisko zajmuje również ogromna część lewicy „niepopulistycznej”. Teoretycznym zastrzeżeniom pod adresem wielkich korporacji czy pustosłowiu wezwań do budowy „Europy socjalnej” towarzyszy naiwna afirmacja zwiększania władzy politycznej i regulacyjnej podmiotów ponadnarodowych przy ograniczaniu decyzyjności i suwerenności państw narodowych. Ewidentnie nie wyciągnięto żadnych wniosków choćby z losów dewastacji Grecji czy ze zbrodniczego w skutkach blamażu niemiecko-unijnej polityki energetycznej na uwięzi Gazpromu. Bez trudu można znaleźć sensowne rozwiązania ponadkrajowe czy zalety współpracy europejskiej, podobnie jak łatwo wyśmiać niektóre wizje izolacyjno-nacjonalistyczne w XXI wieku. Ale gdy słabsi obywatele reagują pozytywnie na wizje większego „ulokalnienia”, gdy mamy renesans patriotyzmu i tożsamości narodowej (przez głupców zwany neofaszyzmem), a populiści to dyskontują, lewica brnie w turbodoładowanie „integracji” krajów nierzadko słabszych i niewielkich z gigantami biznesu czy potężnymi państwami. Sojusz Polski, Grecji czy Słowacji z np. Niemcami to sojusz dupy z batem, a nie partnerstwo.
To zresztą część szerszego zjawiska mielizn doktrynerstwa współczesnej lewicy. Przeoczyła ona fakt, że gdy niegdyś wizje współpracy międzynarodowej, ale też np. postępu technologicznego czy rozwoju nauki służyły obiektywnemu polepszeniu warunków bytowania szerokich rzesz oraz wyrywały je z upodlenia socjalnobytowego i pułapek etnocentryzmów, tak dzisiaj wiele z tego, co teoretycznie jest postępowe, służy zwiększaniu wyzysku słabych oraz akumulacji kapitału przez najsilniejszych. Dziś nierzadko „postęp” dokonuje się przeciwko masom, a nie na ich rzecz. Co więcej, lewicy umknęło to, że o ile niegdyś elity władzy i pieniądza były zazwyczaj konserwatywne i chciały umocnienia ancien regime’ów, o tyle dzisiaj liberalno-indywidualistyczna wizja postępu stanowi oficjalną ideologię tychże elit. Dziś wielkie koncerny mają sztaby ds. równości płci i innej niedyskryminacji oraz sponsorują parady równości. Nie przeszkadza im to brutalnie eksploatować ludzi i przyrodę w imię gigantycznych zysków. W dodatku tempo współczesnych wszelakich zmian jest takie, że milionom osób usuwa spod nóg grunt jakiejkolwiek stabilizacji, każe nieustannie nadążać i gonić, i tak w kółko, i tak przez całe życie. To właśnie dlatego, a nie wskutek „ciemnoty”, wiele osób reaguje swoistym nieideologicznym konserwatyzmem – gdy elity chcą zmian, cieszą się nimi i beztrosko surfują na ich falach, lud domaga się mniej zmian, a więcej stabilizacji. Świata spokojniejszego, mniej chaotycznego, bardziej oswojonego.
To wszystko sprawia, że populizm wyrósł na czołowego, a coraz częściej jedynego reprezentanta „ludu”: słabszych, sponiewieranych, marginalizowanych, wykluczanych. Czy oferta populizmu zawsze jest sensowna? Nie. Czy oferuje faktyczne rozwiązania każdego z problemów dręczących warstwy plebejskie? Nie. Tyle że podobnie było z dawnym ruchem socjalistycznym czy ludowcami. Do wielu sensownych postaw czy praktycznych rozwiązań, a tym bardziej do realnych zdobyczy dla klasy ludowej dochodzono latami. Faktem pozostaje, że populiści zyskują zaufanie wśród „ludu”. Że poszerzają ofertę socjalną. Że jest ona większa i bardziej korzystna dla słabszych niż oferta liberalnego establishmentu, a nierzadko nawet niż to, co realnie oferuje lewica u władzy, a nie w obiecankach. Jeśli lewicy gdzieniegdzie udaje się odzyskiwać wiarygodność wśród niższych warstw społecznych, to zwykle wtedy, gdy potrafi choć trochę uderzyć w tony populistyczne i antyelitarne oraz zrobić to wiarygodnie – ale wtedy dostaje się jej od elity równie mocno, co populistom, vide wrabianie Corbyna w antysemityzm. Tam, gdzie lewica jest partnerem (zazwyczaj słabszym) liberalnych elit, zazwyczaj jest przez klasę ludową odrzucana. W zamożniejszych krajach udaje się jej czasami pozyskać elektorat zastępczy czy doraźnie zlepić warstwy niższe z elektoratem wielkomiejsko-klasośrednim, ale zwykle jedynie czasowo osłabia to populistów, a w realiach naszej części Europy jest o takie zlepianie jeszcze trudniej.
Stare etykietki zresztą coraz bardziej tracą na znaczeniu i niewiele mówią w obliczu ekspansji populizmu. Trudno odmawiać lewicowości np. słowackiemu Smerowi i uważać, że jest on mniej lewicowy niż neoliberałowie z SLD i Wiosny sklejeni w Nową Lewicę, a robić tak tylko dlatego, że słowaccy populiści dobrze wyczuwają nastroje w klasie ludowej i ostrożnie podchodzą do pomysłów typu masowa migracja, bez pytania o koszty tego dla pracowników i ich siły przetargowej. Tutaj kulą w płot okazuje się nawet całościowy zarzut konserwatyzmu kulturowego, bowiem słowacki paradoks polega na tym, że populiści niczego nie zmieniali w kwestii dostępu do aborcji, a próby majstrowania przy ograniczeniu tego prawa – póki co nieskuteczne – pojawiły się z inicjatywy części środowisk wchodzących w skład rządzącej koalicji „antypopulistycznej”. Oczywiście spora część populistów wywodzi się z prawicy. Nierzadko zresztą tracą oni na kurczowym trzymaniu się niektórych prawicowych pomysłów. Świetnym przykładem jest tu PiS, który na żadnym z licznych wznieconych konfliktów nie stracił tak dużo i tak trwale, ile na zaostrzaniu prawa antyaborcyjnego w imię doktrynerskiej wierności pryncypiom katolicyzmu. Ale, po pierwsze, prawicowość, jeśli obejdzie się bez doktrynalnych przegięć, nie będzie przeszkadzać klasie ludowej w obliczu nowoczesno-liberalnej ideologii wyzyskowych elit i portretowania ich przeciwników jako „ciemnogrodu”. A, po drugie, prawdopodobna jest dalsza ewolucja wielu (post)prawicowych populistów w kierunku bardziej socjalnym, a mniej wprost prawicowym, bo tylko taka postawa polityków pozwala na zdobycie szerszego poparcia (klasa ludowa może nie być zbyt liberalno-nowoczesna, ale nie jest przecież kółkiem różańcowym) i na ustawienie podziału na osi lud kontra elity.
Bo też taki podział jest sednem polityki i osią antagonizmu klasowego. Tego, który populiści „zabrali” lewicy. Nie oznacza on całkowitego porzucenia innych podziałów, jak liberalizm vs konserwatyzm czy globalizacja vs „lokalizm”. Dziś jednak widać wyraźnie, iż wyklęty lud ziemi został opuszczony przez liberalną lewicę, a coraz lepiej jego bolączki, oczekiwania i nadzieje wyraża populizm. To on lepiej niż lewica sklejona z liberalnym establishmentem wyraża słowa starej socjalistycznej pieśni wymierzonej w elity władzy, pieniądza i wyzysku:
Choć stare łotry, nocy dzieci
Nawiązać chcą starganą nić
Co złe, to w gruzy się rozleci
Co dobre – wiecznie będzie żyć.
To właśnie populiści, mimo swych rozmaitych wad, słabości i omyłek programowo-ideowych mogą dziś zasadnie powiedzieć, że ich „sztandar płynie ponad trony”. Niech płynie. Jak głosiła inna socjalistyczna pieśń: „w krwi zatopmy nadgniłe trony / spurpurowione we krwi ludowej”. Zatopmy czym prędzej. Oby, jak rzekł świętej pamięci Andrzej Lepper, „Wersal się skończył” wobec wyzyskowej liberalnej oligarchii skrytej za dętymi gadkami o demokracji.
Demokracja to lud, nie elity.
Remigiusz Okraska
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Gerd Altmann, Pixabay.
przez redakcja | środa 25 maja 2022 | aktualności
Z czternastej emerytury skorzysta większość z ponad 9,6 mln uprawnionych do tego świadczenia. Dodatkowe roczne świadczenie w wysokości najniższej emerytury, która w tym roku wynosi 1334,88 zł, będzie wypłacane na podobnych zasadach jak trzynasta emerytura.
Jak informuje portal pulshr.pl, zgodnie z projektem świadczenie w wysokości najniższej emerytury otrzymaliby emeryci i renciści, których wysokość świadczeń nie przekracza 2,9 tys. zł. W przypadku osób, których wysokość emerytury lub renty przekracza 2,9 tys. zł, dodatkowe świadczenie byłoby wypłacone w kwocie najniższej emerytury, ale pomniejszonej o różnicę między wysokością emerytury lub renty a kwotą 2,9 tys. zł, czyli tak zwany mechanizm złotówka za złotówkę. Jeżeli kwota czternastej emerytury będzie niższa niż 50 zł, świadczenie nie będzie przyznawane.
Szacuje się, że z tego uprawnienia skorzysta większość z ponad 9,6 mln emerytów i rencistów, którzy są uprawnieni do tego świadczenia. Osoby, które nie skorzystają z tego dodatkowego świadczenia, to są osoby, których emerytura przekracza 4188,44 zł.
przez redakcja | wtorek 24 maja 2022 | aktualności
26 maja rozpocznie się strajk w żywieckiej fabryce producenta wyrobów gumowych Hutchinson. Powodem jest brak porozumienia w sporze o podwyżki płac w spółce.
Jak informuje Solidarność, spór w spółce trwa od miesięcy. Związkowcy wystąpili o podwyżki płac dla całej załogi w wysokości 3,70 zł do stawki godzinowej. Rozmowy z pracodawcą nie przyniosły efektu, niewiele dały także rokowania prowadzone w trybie sporu zbiorowego oraz kwietniowe mediacje z udziałem mediatora.
– Nasz zakład od dawna jest oflagowany. Końcem lutego zorganizowaliśmy manifestację, by pokazać pracodawcy, jakie są oczekiwania i nastroje wśród ludzi. Wszystko na nic. Pod koniec kwietnia podjęliśmy decyzję o przeprowadzeniu referendum strajkowego. W związku z tym wystąpiliśmy do pracodawcy o listę pracowników. Nasz wniosek, zgodny z zapisami ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych, został zignorowany przez dyrekcję spółki. Nie pozostało nam nic innego, jak tylko zwrócić się do Prokuratury z pismem o możliwości popełnienia przestępstwa – tłumaczy cytowany przez Solidarność Krzysztof Gaj, przewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” w Hutchinson Żywiec 2.
W pierwszej połowie maja w spółce przeprowadzono referendum. Wzięło w nim udział 771 pracowników, z których aż 88 procent opowiedziało się za przeprowadzeniem strajku.
Spółka Hutchinson Poland Zakład nr 2 w Żywcu zatrudnia około 1300 osób.
przez redakcja | poniedziałek 23 maja 2022 | aktualności
Od tygodnia pracownicy Kauflandu we Wrocławiu protestują w rozbitym przed siedzibą firmy miasteczku namiotowym.
Związkowcy z Jedności Pracowniczej od początku roku są w sporze zbiorowym z pracodawcą. Domagają się od Kauflandu podwyżek i równości płacowej kobiet.
Pod siedzibą firmy pojawiły się transparenty z hasłami „Dość wyzysku”, „Mamy prawa, nie tylko obowiązki”.
– Domagamy się podwyżek, zaprzestania dyskryminacji płacowej kobiet oraz wdrożenia procedur antymobbingowych w firmie. Te, które obecnie obowiązują, bardziej pracownikom szkodzą niż pomagają – powiedział Wojciech Jendrusiak, przewodniczący Wolnego Związku Zawodowego Jedność Pracownicza.
Protest przed siedzibą firmy miał trwać do 23 maja, ale może zostać przedłużony.
– Niewykluczone, że jeszcze dłużej. Wszystko będzie zależało od przebiegu rozmów z pracodawcą. Jesteśmy zdeterminowani, żeby walczyć o godne płace i przestrzeganie praw pracowników – wyjaśnia Jendrusiak.
Brak dialogu pomiędzy siecią Kaufland a przedstawicielami związku sprowokował protestujących do planowania następnych kroków. W przypadku braku porozumienia miałoby dojść do strajku ostrzegawczego.
(Zdjęcie pochodzi z Facebooka związku zawodowego Jedność Pracownicza).
przez Kamil Sawczak | niedziela 22 maja 2022 | opinie
Globalna pandemia COVID-19 z tygodnia na tydzień zmieniła to, jak funkcjonujemy w przestrzeni publicznej. Inwazja Rosji na Ukrainę podważyła ugruntowane dekadami pokoju poczucie bezpieczeństwa militarnego w Europie. To nie przypadkowe zdarzenia, ale symptomy słabości zglobalizowanej gospodarki. Czy wyciągniemy z tego wnioski?
Łabędź – czarny czy biały?
Dwa lata temu w tekście „Koronawirus i ekonomiczne iluzje” nazwałem pandemię COVID-19 Czarnym Łabędziem. Czy była to uprawniona opinia? Tym razem oddam głos popularyzatorowi tej koncepcji. Nassim Taleb wskazywał na trzy cechy, którymi charakteryzuje się takie zdarzenie:
1) Jest nietypowe i żadne dane z przeszłości nie wskazują wyraźnie na możliwość jego zaistnienia;
2) Ma istotny wpływ na rzeczywistość;
3) Pomimo jego nietypowości, ex post stara się uczynić je wytłumaczalnym i przewidywalnym.
Czy faktycznie scenariusz pandemii był czymś mało prawdopodobnym? Na zlecenie National Academy of Medicine w 2016 roku ukazało się globalne studium „The neglected dimension of Global Security: A Freamwork to Counter Infectious Disease Crisis”, analizujące ten scenariusz. W konkluzji autorzy nie pozostawiają złudzeń: „Następna potencjalna pandemia może być znacznie bardziej zaraźliwa i znacznie bardziej śmiertelna. Tak więc, chociaż wspomnienia eboli są świeże – i nie powinniśmy zapominać, że jej epidemia jeszcze się nie skończyła – to wykorzystajmy okazję, by wzmocnić naszą obronę. Musimy stworzyć globalne rozwiązania dla ryzyka zdrowotnego, które będą w stanie chronić ludzkie życie na całym świecie przed zagrożeniem chorobami zakaźnymi. Zbyt długo zaniedbywaliśmy ten aspekt globalnego bezpieczeństwa”.
Epidemie wirusowe wybuchały również lokalnie: SARS (2002-2003), wirus „ptasiej grypy” H5NI (2003-2007), wirus „świńskiej grypy” H1N1 (2009), MERS (2012+), ebola (2013-2016). Były one bodźcem do licznych badań wzywających do poprawy światowego systemu zarządzania ryzykiem epidemiologicznym. Z kolei na platformie YouTube wystąpienie Billa Gatesa „The next outbreak? We’re not ready”, w którym na bazie doświadczeń walki z ebolą przestrzega przed globalną pandemią, zostało wyświetlone 36 milionów razy. Nieuprawnionym zdaje się być stwierdzenie o nieprzewidywalności COVID-19.
Jeszcze trudniej jest określić mianem czarnego łabędzia trwającą rosyjską inwazję. Po raz pierwszy Federacja Rosyjska interweniowała militarnie na Ukrainie w 2014 roku, kiedy zaanektowała Krym. Następnie destabilizowała jej wschodnią część poprzez wojskowe wsparcie dla separatystycznych republik. Już 14 lat temu śp. Prezydent Lech Kaczyński ostrzegał przed rosyjskim zagrożeniem słowami: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie a później może czas na mój kraj, na Polskę”. Ograniczając się tylko do okresu sprzed inwazji też nie pozostajemy bez argumentów. Obok obserwatorów rosyjskich mediów, którzy wskazywali na nieobecność w nich pro-wojennej retoryki towarzyszącej zwykle dotychczasowym konfliktom, analitycy ruchów wojsk wskazywali na znaczną koncentrację żołnierzy i sprzętu u granicy z Ukrainą jako dowód planowanej agresji. O tym, że wojna wybuchnie informował również amerykański wywiad. Z tej perspektywy przedstawianie rosyjskiej inwazji, jako czegoś nieprawdopodobnego jest błędne.
Globalna kruchość
Podobnie jak nieuprawnione jest patrzenie na pandemię i wojnę jak na zjawiska niemożliwe do przewidzenia, tak również nie powinniśmy być zaskoczeni reakcją globalnej gospodarki. Wspomniany wcześniej Nassim Taleb wskazuje na globalną współzależność i upowszechnienie się międzynarodowych sieci (fizycznych i wirtualnych) jako czynniki generujące ryzyka o charakterze systemowym. Świat globalnych łańcuchów dostaw jest kruchy. Wszelka zmienność i niepewność tworzą ryzyka grożące ich dalszemu funkcjonowaniu. Przyjrzyjmy się poszczególnym obszarom tego porządku:
a) Produkcja i dystrybucja towarów
COVID-19 wyeksponował kruchość istniejących łańcuchów dostaw. Nowy reżim sanitarny oraz restrykcje w transporcie międzynarodowym opóźniły dostawy produktów i komponentów do sklepów i fabryk zlokalizowanych w innych obszarach geograficznych. Z kolei osłabienie dynamiki chińskiej gospodarki wpłynęło na liczne rynki towarowe. Produkcja w Chinach spadła do rekordowo niskiego poziomu, zaś fracht i wysyłka dramatycznie osłabły, ponieważ lockdowny zamknęły fabryki i porty kontenerowe. O ile COVID-19 wyeksponował kruchość łańcuchów dostaw, to rosyjska inwazja pokazała, że są one zniszczalne. Nawet jeśli globalny handel z czasem ustabilizuje się, to jednak dostawy towarów i usług z Rosji pozostaną wstrzymane lub ograniczone.
Wbrew rekomendacjom wynikających z teorii przewag komparatywnych autorstwa Davida Ricardo, zdolność do wytwarzania pewnych towarów ma fundamentalne znaczenie dla trwania społeczeństwa. W dobie pandemii niedobory dotknęły nie tylko sprzętu ochrony osobistej, ale również krytycznych urządzeń takich jak respiratory, materiały testowe, a nawet komponenty potrzebne do podawania szczepionek. Ceny wzrosły drastycznie – dla masek chirurgicznych sześciokrotnie, dla masek N95 potroiły się, a dla kitlów podwoiły. WHO wezwała przemysł i rządy do zwiększenia produkcji o 40% w celu zaspokojenia rosnącego globalnego popytu.
b) Żywność
Rosja i Ukraina odpowiadają za 1/3 światowego zasobu pszenicy na eksport. Sama Ukraina produkuje żywność w skali wystarczającej do wykarmienia 400 milionów ludzi na świecie. Mieści się w tym 50% światowej podaży oleju słonecznikowego, 10% światowej podaży ziaren i 13% światowej podaży kukurydzy. W czasie trwania wojny ukraińsko-rosyjskiej ceny pszenicy wzrosły do poziomu rekordów z czasów globalnego kryzysu żywnościowego w 2008 i Arabskiej Wiosny 2010-2011. Pojawia się więc duże prawdopodobieństwo globalnych deficytów żywności i zamieszek na tym tle. Sprzyja temu aktywność spekulantów na rynkach towarowych zawyżających ceny żywności. Spekulacja na rynku towarowym dokonuje się, bo traderzy, aby określić ceny rynkowe, uwzględniają informacje z kontraktów terminowych. Jeśli wartość kontraktów terminowych nie odzwierciedla przewidywanych zmian popytu i podaży, ale bazuje na błędnych prognozach lub celowo je pomija, to ceny rynkowe odrywają się od realnej gospodarki i mogą podążyć w kierunku baniek spekulacyjnych.
c) Energia
Polityka energetyczna pozostaje od kilku lat głównym tematem debaty publicznej w związku ze zmianami klimatycznymi. Wyczerpalność paliw kopalnianych łączyła się z wątkiem niezależności energetycznej, co w kontekście wschodnioeuropejskim było wiązane z rolą Rosji w wykorzystywaniu swoich zasobów naturalnych jako instrumentu presji politycznej. Inwazja rosyjska jest sygnałem dla zachodniego świata do porzucenia outsourcingu podaży energii z krajów bogatych w zasoby naturalne na rzecz odnawialnych źródeł energii i energii atomowej. Inwestycje w tym obszarze staną się elementem bezpieczeństwa politycznego.
d) Bezpieczeństwo militarne
Jeszcze rok temu kwestia bezpieczeństwa kraju pozostawała na marginesie zainteresowania opinii publicznej. W mainstreamie politycznym inwestycje w potencjał zbrojeniowy kraju kwitowane były jako zbędne (liberałowie) czy nawet szkodliwe (lewica). Od końca Zimnej Wojny wydatki obronne, zarówno jako procent wydatków publicznych, jak i procent całego PKB, malały. Globalnie te wydatki spadły o połowę, z 3,6% PKB w okresie 1970-90 do 1,9% po Globalnym Kryzysie Finansowym (2010–19). Okres tej dywidendy pokoju, szczególnie w Europie, dobiega końca. Inwazja rosyjska wskazała, że choć zobowiązania sojusznicze są ważne, to samodzielność militarna kraju i zdolność mobilizacji społeczeństwa są dla oporu wojennego fundamentalne. Oparcie w sojuszach wojskowych jest ważne, ale niewystarczające.
Globalizacja – wzlot i upadek
Podatność zglobalizowanych gospodarek na kryzysowe wydarzenia zmobilizowała rządy poszczególnych państw do działań na rzecz zmniejszenia skali ryzyka. W praktyce wiąże się to z ograniczeniem zależności względem reszty świata i silniejszym oparciem o krajowe zasoby. Według ekonomisty Adama Tooze deglobalizacja już trwa, a COVID-19 i rosyjska inwazja tylko ją przyspieszyły.
Sama globalizacja znacząco przebudowała kształt międzynarodowych stosunków gospodarczych. W 1970 roku eksport odpowiadał za 10% globalnego PKB, współcześnie ma to być 25%. Jednak generowana przez globalizację logika zwycięzców i przegranych systematycznie osłabiała własne fundamenty. Od protestów przeciw WTO w Seattle w 1999, przez globalny kryzys finansowy, po Brexit i Donalda Trumpa jako prezydenta USA. Dotychczasowe podstawy globalizacji zaczęły słabnąć. Globalnemu arbitrowi stabilizującemu i regulującemu handel międzynarodowy wyrósł chiński przeciwnik. Rywalizacja geopolityczna zastąpiła konkurencję produktową. Sprawa Huawei oraz chińsko-australijska rywalizacja handlowa są tego dowodami. Rewolucja telekomunikacyjna, która umożliwiła podział procesu produkcji i komunikacji, natrafiła na bariery dalszego outsourcingu produkcji i konteneryzacji handlu. COVID-19 sparaliżował istniejące łańcuchy dostaw.
Te czynniki mogą stać się bodźcem do zmiany dotychczasowego modelu rozwoju. Lukę po globalnych łańcuchach dostaw wypełni zwiększony popyt na produkcję w kraju, z towarzyszącym temu wzrostem miejsc pracy. Potrzeba bezpieczeństwa energetycznego będzie stymulować odwrót od paliw kopalnianych w kierunku odnawialnych lub lokalnych źródeł energii. W naszej części świata reakcją na zbrojną agresję Rosji będzie wzrost wydatków na wojsko.
Oczywiście nie można wykluczyć, że problemy globalizacji są chwilowe i po okresie zawirowań powrócimy do tego, co było. Niemniej jednak wszędzie tam, gdzie globalizacja się zwija, tam swoją rolę do odegrania ma państwo narodowe. To główny aktor stabilizujący obszary kluczowe dla funkcjonowania społeczeństwa – towarów, żywności, energii i bezpieczeństwa militarnego. Wbrew liberalno-lewicowej narracji o tym, że państwo narodowe jest tworem zbyt dużym, by odpowiadać na potrzeby obywateli i zbyt małym, aby rozwiązać systemowe problemy, to właśnie tam, gdzie instytucje państwa działają sprawnie, tam społeczeństwa radzą sobie lepiej. Dlatego trzeba zdecydować, czy będziemy biernie reagować, czy działać aktywnie.
Kamil Sawczak
Inne teksty autora można przeczytać tu: https://sawczak.substack.com/
przez redakcja | niedziela 22 maja 2022 | aktualności
Na polskim rynku pracy od wielu miesięcy zaobserwować można bezprecedensowo rosnące ożywienie rekrutacyjne. 33 proc. Polaków deklaruje, że zmieniło pracę w ciągu ostatnich 2 lat. 36 proc. respondentów aktywnie poszukuje nowego miejsca zatrudnienia.
Jak pisze portal pulshr.pl, w I kwartale 2022 roku w serwisie Pracuj.pl zamieszczono ponad 310 tysięcy ofert pracy. Duży popyt na pracowników utrzymywał się także w kwietniu, gdy w serwisie ukazało się ponad 95 tysięcy ogłoszeń. Stanowi to wzrost o 31 proc. w stosunku do kwietnia 2021 roku.Z raportu „Nowe oblicza pracy” przygotowanego przez Pracuj.pl wynika, że mimo różnych negatywnych czynników wpływających na poczucie stabilizacji, Polacy w ostatnich kilkudziesięciu miesiącach byli gotowi zatrudniać i szukać nowego miejsca zatrudnienia.
22 proc. Polaków mających pracę deklaruje, że zmieniło miejsce zatrudnienia w ciągu ostatnich 12 miesięcy. W okresie dwóch lat pandemii (marzec 2020-marzec 2022) pracodawcę zmienił co trzeci respondent. Na drugim końcu skali plasują się osoby od dłuższego czasu przywiązane do jednego pracodawcy. Więcej niż co czwarty badany Polak jest zatrudniony w obecnym miejscu już ponad dekadę, ponad połowa (57 proc.) – przynajmniej trzy lata.
Jak zauważają eksperci, aktywność kandydatów na rynku pracy maleje wraz z wiekiem, rośnie natomiast znaczenie stabilizacji i pracy w dobrze poznanym środowisku. Wśród badanych Polaków w wieku 45-65 lat aż 43 proc. pracuje dla obecnego pracodawcy ponad 10 lat.
Najnowsze badanie Pracuj.pl dowodzi, że Polacy zachowują wysoką mobilność zawodową. Zjawiska takie jak m.in. rosnąca presja płacowa, zapotrzebowanie na pracowników w wielu branżach czy chęć znalezienia adekwatnej kultury pracy napędzają gotowość pracowników do zmiany.
Aktywne poszukiwanie nowego pracodawcy deklaruje 36 proc. Polaków badanych przez Pracuj.pl. To wynik o kilka procent wyższy niż odnotowany w IV kwartale 2021 roku.
przez redakcja | piątek 20 maja 2022 | aktualności
Związkowcy chcą, aby w 2023 roku płaca minimalna wzrosła łącznie o 740 zł, w dwóch etapach. Pracodawcy są oczywiście innego zdania.
Jak informuje pulshr.pl, związkowcy uważają, że minimalne wynagrodzenie powinno wzrosnąć od 1 stycznia 2023 r. do 3500 zł brutto, a od 1 lipca 2023 – do 3750 zł.
Związkowcy (przedstawiciele NSZZ „Solidarność”, Forum Związków Zawodowych i Ogólnopolskiego Porozumienie Związków Zawodowych) przedstawili swoją propozycję podwyżki płacy minimalnej w 2023 roku w piśmie do Ministerstwa Finansów. Ich zdaniem minimalne wynagrodzenie powinno wzrosnąć od 1 stycznia 2023 o 16,28 proc. (490 zł), a od 1 lipca 2023 o kolejne minimum 7,15 proc. (250 zł). To wynik zapisu, jaki znajdziemy w ustawie o płacy minimalnej. Zgodnie art. 3 tego dokumentu przy prognozowanej inflacji przekraczającej 5 proc. wzrost płacy minimalnej ma odbyć się dwa razy w roku. Wszystko wskazuje, że w ustawie budżetowej rząd poda wyższą niż 5 proc. prognozę wskaźnika inflacji.
W latach 2015-2022 minimalne wynagrodzenie wzrosło o 1260 zł (72 proc.), z 1750 zł w 2015 r. do 3010 zł w 2022 r. W tym samym czasie przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wzrosło o 54,5 proc.
przez redakcja | czwartek 19 maja 2022 | aktualności
Stowarzyszenie Warmińsko-Mazurskich Gmin Pogranicza planuje przetestować na przynajmniej pięciotysięcznej grupie Polaków działanie tzw. dochodu bezwarunkowego.
Jak informuje Business Insider, wybrane osoby miałyby otrzymywać po 1300 zł miesięcznie przez dwa lata. Bezwarunkowy dochód podstawowy, inaczej dochód gwarantowany, to świadczenie wypłacane każdemu obywatelowi w równej wysokości. Nie ma konieczności spełniania żadnych warunków, aby otrzymać tego rodzaju wsparcie. Pieniądze przyznawane są bowiem jedynie z tytułu bycia obywatelem kraju, który podejmuje się prowadzenia opisywanego programu socjalnego.
Od lat różne rządy i grupy badaczy eksperymentują z tym rozwiązaniem. Głównym założeniem tego rozwiązania jest pokrycie podstawowych potrzeb każdego człowieka. Państwo nie narzuca jednak, na co dokładnie pieniądze powinny zostać przeznaczone. Każdy samodzielnie może wybrać cel — zależnie od potrzeb własnych czy rodziny.
Projekt jest na razie we wstępnej fazie.
przez Radosław Stupak | środa 18 maja 2022 | opinie
W ramach wielu „kampanii uświadamiających” lub „antystygmatyzacyjnych” usłyszeć możemy, że choroby psychiczne i depresja są „demokratyczne”. Mogą dotknąć każdego, niezależnie od statusu społecznego czy materialnego. To, oczywiście, prawda. Nie oznacza ona jednak, że brak związków pomiędzy biedą a cierpieniem medykalizowanym przede wszystkim pod etykietą „depresji”. Zaburzenia te częściej dotykają osoby zmagające się z problemami mieszkaniowymi, finansowymi, niepewnymi formami zatrudnienia i złymi warunkami pracy. O ubóstwie można mówić nawet jako o jednej z ważniejszych przyczyn depresji w ogóle, choć wspomniane kampanie, sponsorowane często przez koncerny farmaceutyczne zainteresowane głównie zwiększeniem sprzedaży leków, rzadko o tym wspominają. Chodzi im o to, aby depresja pozostała indywidualną przypadłością leczoną farmakologicznie, a nie problemem związanym z warunkami ekonomicznymi i społecznymi. Bo w tym drugim przypadku można byłoby przeciwdziałać systemowo poprzez poprawę warunków życia i pracy, np. dzięki wyższemu opodatkowaniu owych koncernów i uniemożliwieniu wyprowadzania pieniędzy do rajów podatkowych.
Istnieje cały szereg badań wręcz wskazujących na przyczynowy charakter czynników ekonomicznych. Nie oznacza to, oczywiście, że każde cierpienie psychiczne, które zaetykietować możemy diagnozą psychiatryczną, wynika bezpośrednio z przyczyn ekonomicznych. Nawet osoby zamożne mogą odczuwać skutki alienującej neoliberalnej kultury indywidualizmu, narcyzmu, perfekcjonizmu i rywalizacji, która pośrednio odbija się też m.in. na jakości relacji interpersonalnych czy braku zaufania społecznego. Badania pokazują korelację pomiędzy nierównościami dochodowymi a problemami psychicznymi w poszczególnych krajach. Jednak nie każde cierpienie można sprowadzić do tego rodzaju okoliczności.
Notabene, nowsze badania, jak to opublikowane w 2019 w „Translational Psychiatry”, sugerują, że to nie depresja jako taka, jak wcześniej sądzono, jest związana z obniżonym poziomem empatii emocjonalnej (rozumianej jako współodczuwanie, wrażliwość na cudzy ból), ale że empatię obniżają leki antydepresyjne. Podobny efekt zaobserwowano u szczurów, którym podano leki przeciwlękowe – benzodiazepiny. Prowadziło to do zmniejszenia zachowań altruistycznych. Jest to tym bardziej niepokojące, jeśli przyjmiemy, że empatia jest nie tylko motorem pomagania innym, ale także mechanizmem hamującym zachowania agresywne.
W przeglądzie badań opublikowanym w 2019 r. w „Science” przeczytać możemy dosłownie: „Wiemy już, że utrata dochodów powoduje choroby psychiczne”. Choć taki wniosek może się wydawać wręcz zbyt mocny, ze względu na charakter i metodologię badań, które można na ten temat etycznie przeprowadzić, to autorzy referując szereg różnych wyników wskazują, że związek między ubóstwem a problemami psychicznymi jest dwukierunkowy. Ubóstwo sprzyja powstawaniu zaburzeń psychicznych, które następnie pogłębiają problemy finansowe, w efekcie tworząc pętlę sprzężenia zwrotnego, z której trudno się wydostać. Wiele innych badań pokazuje np. że wysokie zadłużenie (powodujące np. problemy ze spłacaniem kredytów) poprzedza diagnozę depresji, albo że brak pieniędzy poprzedza nadużywanie alkoholu.
Jednak nie tylko sytuacja materialna w konkretnym momencie może odbijać się na zdrowiu. Nawet przyjmując perspektywę neurorozwojową można wskazywać na wpływ ubóstwa doświadczanego w dzieciństwie (lub też innych trudnych doświadczeń, jak np. przemoc, wykorzystywanie seksualne czy utrata bliskiej osoby, np. opiekuna) na problemy psychiczne pojawiające się znacznie później.
Badanie opublikowane w 2020 r. w prestiżowym piśmie „Psychological Medicine” wskazuje na związki między doświadczaną w dzieciństwie deprywacją ekonomiczną a objawami lęku i depresji we wczesnej dorosłości. Badania te wpisują się w szereg badań epidemiologicznych pokazujących związek ubóstwa w dzieciństwie z tego rodzaju objawami. Autorki próbowały także ustalić potencjalne mechanizmy mózgowe i biomarkery tego zjawiska, ale w tym przypadku wyniki były mniej jednoznaczne.
Co ciekawe, związek pomiędzy ubóstwem a objawami depresji i lęku ujawnia się przede wszystkim, gdy pod uwagę bierze się subiektywne oceny matek dotyczące doświadczanego ubóstwa, a odzwierciedlające kwestie związane z brakiem możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb materialnych. Badanie przeprowadzono w Czechach i jak piszą autorki pokazuje ono efekt ciężkiego okresu przejściowego „po upadku Muru Berlińskiego”, czyli okresu ekspansji neoliberalizmu w krajach byłego bloku wschodniego.
Wydaje się, że w Czechach „terapia szokowa” miała nieco łagodniejsze oblicze niż w Polsce i można tylko przypuszczać, jak efekty tych jeszcze silniejszych „elektrowstrząsów” odbijają się na dzisiejszych 20-, 30- i 40-latkach u nas. Być może należałoby się skupić na zapobieganiu biedzie zamiast „leczenia” ofiar ekonomicznej terapii szokowej tzw. antydepresantami o wątpliwej skuteczności, albo całkiem dosłownymi elektrowstrząsami, których skuteczność i rzekoma nieszkodliwość są także co najmniej kontrowersyjne.
Wystarczy zresztą zdrowy rozsądek oraz odrobina empatii i wyobraźni, aby zrozumieć że tego rodzaju problemy bytowe mogą prowadzić do obniżenia nastroju kwalifikującego się do diagnozy depresji. Wydaje się jednak, że nachalna psychiatryczna propaganda, propagująca zdyskredytowaną już hipotezę „chemicznej nierównowagi” mózgu jako przyczyny depresji, na tyle silnie oddziałuje na rozumienie tego rodzaju zjawisk, że te oczywiste spostrzeżenia stają się trudno dostępne. Co więcej, zafiksowani na niekończącym się „dobieraniu leków” i „naprawianiu mózgu” ludzie mogą zapominać, że na funkcjonowanie owego mózgu w ogromnym stopniu wpływają otoczenie i warunki życia. I to właśnie ich zmiana może prowadzić do poprawy subiektywnego stanu psychicznego.
Poprawa tych warunków to jednak zadanie przede wszystkim dla wspólnoty politycznej, nie dla cierpiących jednostek. Choć leki mogą u niektórych osób tymczasowo łagodzić ból, to jest tu tak jak z innymi substancjami psychoaktywnymi. Ich używanie łączy się z ryzykiem powstania fizycznej zależności oraz szeregiem innych, nierzadko poważnych, skutków ubocznych, a podstawowe strukturalne przyczyny problemów pozostają niezmienione. Badania na temat długotrwałych efektów stosowania antydepresantów pokazują raczej brak skuteczności lub wręcz ich szkodliwość.
W czasopiśmie „Social Science and Medicine – Mental Health” ukazał się artykuł Benjamina Anga, Marka Horowitza i Joanny Moncrieff. Pokazuje on, jak, pomimo braku dowodów, psychiatria promowała ideę „nierównowagi chemicznej” – obniżonego poziomu serotoniny – jako przyczyny depresji. Teoria ta jest dziś właściwie już tak skompromitowana, że od pewnego czasu prominentni psychiatrzy zaczęli twierdzić, iż psychiatria nigdy jej nie popierała, a promocję takiego rozumienia depresji przypisują koncernom farmaceutycznym lub wręcz „antypsychiatrom”, którzy mieliby zarzucać biologicznym psychiatrom, że mówili coś niedorzecznego, czego nigdy nie twierdzili, aby łatwiej było psychiatrię atakować. Niektórzy, jak Ronald Pies, który w „Psychiatric Times” napisał nawet, że nie zna żadnego wykształconego psychiatry, który twierdziłby, że depresja spowodowana jest nierównowagą neuroprzekaźników, uciekają się wręcz do określenia „chemicznej nierównowagi” mianem miejskiej legendy. Analiza przeglądów literatury i podręczników psychofarmakologii i psychiatrii z lat 1990-2012 pokazuje jednak, że zdecydowana większość z nich jednoznacznie promowała ten szkodliwy mit i było to (lub nawet wciąż jest) wręcz oficjalne stanowisko psychiatrii. Hasła o „przywracaniu równowagi chemicznej” lekami wciąż przecież bardzo często możemy usłyszeć od wielu psychiatrów, a nawet psychologów, choć nie ma właściwie dowodów na potwierdzenie tej tezy, za to jest to dobre hasło reklamowe i skuteczny argument, aby nakłonić pacjenta do kupna leku.
Koszty ekonomicznej terapii szokowej przykrywane mogą być więc farmakoterapeutycznymi interwencjami i biomedyczną psychiatryczną narracją. Jednak w kombatanckich opowieściach pokolenia „walczącego o demokrację” oraz odmalowywanego w kiczowato różowych barwach zwycięstwa dobra nad złem, z jakiegoś powodu brakuje refleksji nad kosztami tej walki ponoszonymi przez dzieci owego bohaterskiego pokolenia. Na dzieciach trauma transformacji odcisnęła się być może jeszcze głębiej. W końcu w przeciwieństwie do dorosłych ludzi nie miały jeszcze wykształconych mechanizmów radzenia sobie z panującą ówcześnie biedą, zniszczeniem, chaosem i najprymitywniejszą kapitalistyczną propagandą konsumpcji. To, co przeżywali dorośli, odciskało się też na dzieciach, nie tylko tych pozbawionych podstawowych dóbr, poczucia bezpieczeństwa i ciepła, których nie potrafili zapewnić im przerażeni i zdezorientowani rodzice, ale też nierzadko mierzących się z traumą samobójstwa któregoś z opiekunów, najczęściej ojców, którzy czując, że nie potrafią wypełnić stereotypowej męskiej roli żywiciela rodziny tracili grunt pod nogami z zaciśniętą pętlą na szyi.
Statystyki obrazują gwałtowny wzrost liczby samobójstw w trakcie i po transformacji. Na wsiach współczynnik samobójstw w latach dziewięćdziesiątych był o połowę wyższy, a ponad dwukrotnie wyższy w 2009 r., niż w latach siedemdziesiątych. Obrazuje to zapewne proces destrukcji PGR-ów i kondycję ekonomiczną indywidualnych gospodarstw. Wzrost, obserwowany także w miastach, udało się zahamować dopiero niedawno. Jak przyznał sam Marek Balicki, za ten efekt odpowiada prawdopodobnie w dużej mierze program 500+ i inne transfery socjalne. Taki wniosek wydaje się uprawniony w świetle opublikowanych w „Journal of Epidemiology & Community Health” badań z USA. Pokazują one, że wzrost pensji minimalnej prowadzi do spadku liczby samobójstw, szczególnie wśród osób z niższym wykształceniem. Tego rodzaju dane jasno pokazują, że jeśli poważnie myślimy o poprawie zdrowia psychicznego, to w pierwszej kolejności musimy myśleć o poprawie warunków życia wszystkich obywateli.
Dla części elit, które gładko przeskoczyły z jednego systemu do drugiego, a nawet w „odnowionej demokratycznej” umościły się znacznie wygodniej i dostatniej niż „za komuny”, jak i dla ich dzieci, które współcześnie zastępują już powoli swoich rodziców w roli nadzorców systemu, doświadczenie biedy transformacji i jego odczuwalnych wciąż konsekwencji wydaje się być zupełnie niedostępne, obce i niemożliwe do zrozumienia, co może też tłumaczyć część z aktualnie obserwowanych napięć społecznych. Równocześnie, jak pokazują badania, ścieżki awansu społecznego w Polsce należą do wyjątkowo wąskich – włączenie więc perspektywy uwzględniającej także interes poszkodowanych do głównonurtowego dyskursu, które umożliwiałoby rozładowanie konfliktu i wypracowanie korzystnych dla ogółu rozwiązań, jeśli chodzi o samą psychiatrię, jak i całe społeczeństwo – wydaje się prawie niemożliwe w tak zabetonowanym systemie.
Może to też tłumaczyć, dlaczego lewica rekrutująca się w Polsce przede wszystkim ze środowisk, które korzystały na transformacji, nomenklatury PZPR, wyższej klasy średniej, kadry kierowniczej, akademickich elit i ich dzieci (zbiory te zresztą w dużej mierze się pokrywają) ma problemy z wyjściem poza własną uprzywilejowaną perspektywę i bańkę towarzyską oraz ze zrozumieniem i dotarciem z przekazem do potrzebujących. Ostatecznie bliżej jej w konkretnych działaniach i decyzjach do neoliberalnych elit, czemu w najlepszym wypadku towarzyszy głoszenie przy okazji okrągłych „socjalistycznych” frazesów. Elity nie mają zresztą powodu, aby być prawdziwie krytycznymi wobec systemu, który ich do roli elity wyniósł i na tej pozycji utrzymuje. Ani interesu w tym, żeby do takiej krytyki dopuszczać. W interesie elit jest konserwacja stanu obecnego.
Ten wpływ doświadczanego w dzieciństwie ubóstwa spowodowanego przez transformację na cierpienie psychiczne w dorosłości, tłumaczyć może też, dlaczego jedni mogą oceniać transformację ekonomiczną i ustrojową Polski jako niekwestionowany sukces, co najwyżej dodając politycznie poprawne hasło o „dużym (ale jednak cudzym) koszcie” i „poszkodowanych”, choć jednak „było to konieczne” i „nie było alternatywy”. Innym natomiast trudno jest przejść do porządku dziennego nad dokonanymi wtedy spustoszeniami. Skutki ówczesnych decyzji są dla jednych wciąż boleśnie odczuwalne, a dla drugich były co najwyżej estetycznie przykrym doznaniem wprowadzającym łagodny dyskomfort w świecie materialnego dostatku.
Ujmowanie cierpienia psychicznego jako problemów jednostek i ich zdekontekstualizowanych „chorych mózgów” zasłania kulturowe, społeczne i ekonomiczne przyczyny tegoż cierpienia. W polskim kontekście diagnoza depresji może też podważać doświadczenia pokrzywdzonych przez transformację jako po prostu irracjonalną chorobę mózgu, wpisując się tym samym w dominującą neoliberalną narrację o jednostkowej odpowiedzialności za niepowodzenia (i rzekomo jednostkowych zasługach beneficjentów transformacji). Polska debata publiczna, porządek polityczny i ekonomiczny wciąż wydają się być zdeterminowane przez decyzje, które zapadły przy okrągłym stole, co tłumaczyć może też histeryczne reakcje na wszelkie narracje, które nie wpisują się w ten założycielski mit sukcesu transformacji jako początku III RP.
Radosław Stupak
przez redakcja | wtorek 17 maja 2022 | aktualności
Jak wynika z „Barometru Polskiego Rynku Pracy” Personnel Service, 48 proc. z nas nie chciałoby pracować dłużej niż przewidują przepisy emerytalne, nawet gdyby praca była dostosowana do sił.
O sprawie pisze serwis pulshr.pl, który przytacza najnowsze badania na temat podejścia Polaków do pracy po osiągnięciu wieku emerytalnego. W “Barometrze Polskiego Rynku Pracy” Personnel Service połowa osób (48 proc.) opowiedziała się za tym, że nie chce przedłużać swojej aktywności zawodowej ponad wiek emerytalny. Przeciwko dłuższej pracy są ludzie młodzi (57 proc. wskazań w grupie 18-24 lata) oraz w średnim wieku (56 proc. w grupie 25-34). Ci, którym bliżej do emerytury, są bardziej skłonni do większej aktywności zawodowej pod koniec życia (32 proc. wskazań w grupie 55 lat i więcej). Chęć pracy powyżej wieku emerytalnego wyraziło 26 proc. badanych.
Podstawowym argumentem za wydłużeniem obecności na rynku pracy jest dla Polaków znacznie wyższa emerytura. 47 proc. z nas zgodzi się na dłuższą pracę pod warunkiem zwiększenia świadczenia w przyszłości. Jest to ważne szczególnie dla pracowników, którzy zbliżają się do wieku emerytalnego (54 proc. odpowiedzi w grupie 55 lat i więcej).
Na drugim miejscu uplasowało się dostosowanie charakteru zajęcia do kondycji fizycznej potencjalnego emeryta (36 proc.). Dopuszczając myśl o wydłużeniu swojej aktywności zawodowej przewidujemy, że rodzaj pracy powinien być adekwatny do naszych możliwości. Szczególną uwagę zwracają na to osoby z wykształceniem zasadniczym (46 proc. vs 29 proc. wykształcenie średnie), których charakter pracy (np. w przemyśle czy budownictwie) wymaga zwiększonej aktywności fizycznej.
przez redakcja | wtorek 17 maja 2022 | aktualności
Zapowiedziany program pomocy kredytowej, zakładający m.in. wakacje kredytowe, staje się realnym projektem, który trafia do Sejmu. 1 lipca nowe przepisy mają wejść w życie.
Program ma trzy filary: wakacje kredytowe, większy budżet Funduszu Wsparcia Kredytobiorców (FWK) i nowy wskaźnik oprocentowania kredytów w miejsce dotychczasowego WIBOR.
W tym roku będzie można zrezygnować z czterech rat kredytu, czyli przenieść je w czasie w ramach wakacji kredytowych, i w przyszłym roku również z czterech.
Jak informuje serwis wnp.pl, drugi filar pomocy kredytowej przewidzianej w projekcie dotyczy osób, które np. straciły pracę czy z jakiegoś powodu mają niższe wynagrodzenie.
przez redakcja | poniedziałek 16 maja 2022 | aktualności
Głównym celem nowego programu będzie utrwalanie warunków sprzyjających konkurencyjności gospodarki oraz wyższej jakości życia w Polsce Wschodniej. Budżet programu wyniesie 11 miliardów 400 milionów złotych. Z programu korzystać będzie pięć województw: lubelskie, podkarpackie, podlaskie, świętokrzyskie i warmińsko-mazurskie oraz mazowieckie bez Warszawy i dziewięciu otaczających ją powiatów. Pieniądze trafią do programu z funduszy unijnych.
Jak informuje Portal Samorządowy, program będzie funkcjonował pod nazwą Fundusze Europejskie dla Polski Wschodniej. Z Programu Polska Wschodnia dofinansowywane są projekty nastawione na biznes: aktywizacja startupów, wdrażanie innowacji w MŚP, zdobywanie zagranicznych rynków, rozwój firm z wykorzystaniem wzornictwa przemysłowego oraz projekty infrastrukturalne – drogi, ekologiczny transport miejski, koleje.Program został przekazany do Komisji Europejskiej. Obecnie trwają negocjacje ostatecznego kształtu programu.
Największymi beneficjentami programu będą samorządy. Otrzymają fundusze na działania związane z adaptacją miast do zmian klimatu, rozwój systemów transportu miejskiego, drogi wojewódzkie oraz tworzenie atrakcyjnych ponadregionalnych produktów turystycznych.
przez Kimberly Nicholas | niedziela 15 maja 2022 | opinie
Pytanie: co mają wspólnego następujące statystyki?
Drugie co do wielkości (i rosnące) źródło zanieczyszczenia powietrza i zmian klimatu w Europie.
Czołowy zabójca dzieci zarówno w USA, jak i w Europie.
Główna przyczyna stresogennego zanieczyszczenia hałasem i skracającego życie zanieczyszczenia powietrza w europejskich miastach. Główny czynnik zwiększający przepaść między bogatymi i biednymi mieszkańcami miast.
Odpowiedź: to pojazdy na naszych ulicach, przede wszystkim nie-taki-znowu skromny samochód osobowy.
Pomimo (powolnej) migracji ku samochodom z napędem elektrycznym, trendy konsumenckie sprawiają, że jazda autem staje się jeszcze bardziej marnotrawna i pozbawia nas równości. Niedawna analiza wykazała, że emisje zaoszczędzone przez samochody elektryczne zostały z nawiązką zniwelowane przez wzrost liczby pojazdów SUV. Na całym świecie same SUV-y emitują więcej dwutlenku węgla niż Kanada czy Niemcy i powodują większy wzrost zanieczyszczenia klimatu niż przemysł ciężki.
Chociaż samochody są czasami niezbędne dla mobilności i integracji społecznej – zwłaszcza osób niepełnosprawnych – miasta skupiające się na samochodach stawiają w niekorzystnej sytuacji swoich już zmarginalizowanych mieszkańców. W Wielkiej Brytanii kobiety, osoby młode i starsze, pochodzące ze społeczności mniejszościowych oraz osoby niepełnosprawne skupiają się w gospodarstwach domowych o najniższych dochodach, a 40% z nich nie posiada samochodu. Z kolei prawie 90% gospodarstw domowych o najwyższych dochodach posiada co najmniej jeden samochód.
Zatem nawyki związane z prowadzeniem pojazdów przez mniejszość nakładają na społeczeństwo wysokie koszty, co jest szczególnie widoczne w miastach. Na przykład Kopenhaga obliczyła, że podczas gdy każdy przejechany na rowerze kilometr przynosi społeczeństwu korzyści w wysokości 0,64 euro (53 pensy), to jednocześnie każdy przejechany kilometr powoduje stratę netto w wysokości -0,71 euro (-59 pensów), gdyż wpływa na indywidualne samopoczucie (fizyczne i psychiczne, zdrowie, wypadki, ruch drogowy) oraz środowisko (klimat, zanieczyszczenie powietrza i hałas). Zatem każdy przebyty kilometr, w którym samochód jest zastępowany rowerem, generuje 1,35 euro (1,12 funta) korzyści społecznych – z czego tylko kilka centów zostałoby zaoszczędzonych, gdyby przejść z samochodu napędzanego paliwami kopalnymi na samochód zasilany energią elektryczną.
Zmniejszenie używania samochodów w miastach
Pół wieku temu duńską stolicę zdominowały samochody. Jednak po oddolnych kampaniach na rzecz zmiany polityki, w tym zastąpienia parkingów bezpiecznymi, wydzielonymi ścieżkami rowerowymi, Kopenhaga zwiększyła udział rowerów we wszystkich podróżach z 10% w 1970 roku do 35% obecnie. W 2016 r. po raz pierwszy w ciągu roku po mieście jeździło więcej rowerów niż samochodów.
Ale chociaż na całym świecie podejmowano wiele innych inicjatyw ograniczających wykorzystywanie samochodów, urzędnicy miejscy, planiści i obywatele nadal nie mają jasnego, opartego na dowodach sposobu ograniczenia korzystania z samochodów w miastach. Nasze najnowsze badanie, przeprowadzone wraz z Paulą Kuss w Centrum Studiów Zrównoważonego Rozwoju Uniwersytetu w Lund i opublikowane w Case Studies on Transport Policy, mają na celu rozwiązanie tego problemu poprzez ilościowe określenie skuteczności różnych inicjatyw mających na celu zmniejszenie wykorzystania samochodów.
Nasze badanie ocenia 12 najskuteczniejszych środków, które europejskie miasta wprowadziły w ostatnich dziesięcioleciach, w oparciu o rzeczywiste dane dotyczące innowacji, począwszy od „marchewki” tworzenia systemów rowerowych i bezpiecznego przemieszczania się pieszo, po „kij” usuwania bezpłatnych parkingów. Ranking odzwierciedla sukcesy miast nie tylko w zakresie wymiernego ograniczenia korzystania z samochodów, ale także w osiąganiu lepszej jakości życia i zrównoważonej mobilności ich mieszkańców.
W sumie przeanalizowaliśmy prawie 800 raportów i studiów przypadków z całej Europy, opublikowanych od 2010 r., szukając tych, które określały ilościowo, gdzie i w jaki sposób miasta skutecznie ograniczyły korzystanie z samochodów. Według naszego przeglądu, najskuteczniejszymi środkami są wprowadzenie opłaty za wjazd do centrum miasta, która obniża poziom samochodów o 12% do 33%, oraz tworzenie ulic wolnych od samochodów i wydzielonych pasów rowerowych, które, jak stwierdzono, zmniejszają wykorzystanie samochodów w centrach miast nawet o 20%.
Nierówności w użytkowaniu samochodów
Samochody są z natury nieefektywne i nierównościowe, jeśli chodzi o użytkowanie terenu i zasobów. Przeciętnie 96% czasu spędzają zaparkowane, zajmując cenną przestrzeń miejską, którą można by wykorzystać do bardziej korzystnych celów, takich jak budownictwo mieszkaniowe i tworzenie parków publicznych. W Berlinie użytkownicy samochodów zajmują średnio 3,5 razy więcej przestrzeni publicznej niż osoby bez samochodów, głównie z powodu parkowania na ulicy.
A najwięcej jeżdżą ludzie bogatsi: w Europie górny 1% pod względem dochodów prowadzi auto prawie cztery razy częściej niż osoby osiągające medianę dochodów, co odpowiada za około 21% ich osobistego wpływu na klimat. W przypadku tych największych emitentów zanieczyszczenie klimatu z powodu jazdy samochodem jest drugim po lotach (które generują średnio dwa razy więcej emisji).
Priorytetowe traktowanie samochodów jako środka transportu sprzyja również rozrastaniu się miast. Na przedmieściach zazwyczaj znajdują się większe domy, które generują wyższy poziom konsumpcji i zużycia energii. Gospodarstwa domowe na przedmieściach Ameryki Północnej konsekwentnie wykazują wyższy ślad węglowy niż te miejskie: jedno z badań w Toronto wykazało, że ślad węglowy na przedmieściach był dwa razy wyższy. Poziom ruchu drogowego rośnie, aby wypełnić rozmiary budowanych dróg – jednak przy planowaniu ruchu rutynowo ignoruje się fakt, że ten „wywołany popyt” wyolbrzymia korzyści i nie bierze pod uwagę kosztów budowy większej liczby dróg.
Pojazdy elektryczne są niezbędne, ale nie są panaceum na wszystko. Ponieważ samochody często jeżdżą po drogach przez długi czas, przejście ku pojazdom elektrycznym jest bardzo powolne. Niektóre badania przewidują stosunkowo niewielkie redukcje emisji w nadchodzącej dekadzie w wyniku upowszechnienia się pojazdów elektrycznych. A nawet jeśli z rury wydechowej samochodu elektrycznego nie wydostanie się nic szkodliwego, zużycie hamulców i opon nadal powoduje powstawanie toksycznego pyłu i zanieczyszczenia mikroplastikiem. Niezależnie od tego, jak samochód jest napędzany, pojawia się pytanie, czy może być efektywne takie wykorzystanie zasobów i przestrzeni, które wydatkuje nawet do 95% energii na transportowanie masy samego pojazdu, a nie pasażerów i towarów?
COVID-19: stracona szansa?
Nasze badanie ocenia innowacje i eksperymenty w zakresie mobilności w miastach, wprowadzone przed ogłoszeniem pandemii. W odpowiedzi na COVID-19 zwyczaje podróżne (przynajmniej na początku) zmieniły się radykalnie. Jednak po znacznym zmniejszeniu liczby pojazdów na wiosnę 2020 r. wykorzystanie dróg i związane z tym poziomy zanieczyszczenia klimatu prawie wróciły do poziomu sprzed pandemii. W Szwecji korzystanie z transportu publicznego spadło o około 42% w pierwszym roku pandemii, jednak poziom podróżowania samochodem zmniejszył się tylko o 7% w tym samym okresie, co doprowadziło do ogólnego wzrostu odsetka korzystania z samochodów.
Chociaż trudno zmienić zakorzenione nawyki, takie jak dojazd samochodem, czas wyzwań, takich jak pandemia, może stanowić dobry moment na poprawę zachowań związanych z przemieszczaniem się – po części dlatego, że ludzie zmuszeni do wdrożenia nowego nawyku mogą odkryć, że ma on nieoczekiwane zalety. Aby takie zachowanie się utrzymało, potrzebne są jednak także zmiany w infrastrukturze miast. Niestety, chociaż europejskie miasta, które wdrożyły niestandardowe pasy ruchu rowerowego kosztem jezdni dla samochodów i w efekcie zwiększyły wskaźniki ruchu rowerowego o oszałamiające 11-48%, teraz powracają do wizji miast skupionych na samochodach, z dodatkowymi pasami dla samochodów i miejscami parkingowymi ponownie wypierającymi pasy dla rowerów i przestrzeń dla pieszych.
Ogólnie biorąc, możliwości dostosowania środków zmiany pandemicznej do celów klimatycznych zostały w dużej mierze zmarnowane. Skala, w jakiej pracownicy powracają do pracy w biurach, to kolejna kluczowa kwestia decydująca o przyszłym użytkowaniu samochodów w miastach. Przemyślane zasady dotyczące podróży, które ograniczają niepotrzebne przemieszczanie się, a także możliwości pełnego uczestnictwa w spotkaniach i konferencjach w sposób zdalny, mogą obniżyć emisje nawet o 94%. Ci, którzy pracują zdalnie trzy lub więcej dni w tygodniu, podróżują mniej niż ich odpowiednicy. Jednak długie dojazdy samochodem mogą szybko zniweczyć takie oszczędności, więc mieszkanie blisko pracy jest nadal najlepszym wyborem.
Nie ma natychmiastowych rozwiązań
Badania mówią jasno: aby poprawić wyniki zdrowotne, osiągnąć cele klimatyczne i stworzyć miasta bardziej przyjazne do życia, ograniczenie korzystania z samochodów powinno stać się priorytetem – i to szybko. Jednak wielu decydentów w Stanach Zjednoczonych i Europie nadal mocno dotuje jazdę autem poprzez kombinację zachęt takich, jak dotacje do produkcji paliw kopalnych, ulgi podatkowe na dojazdy samochodem oraz zachęty dla samochodów służbowych, które promują jeżdżenie autem ponad inne środki transportu. Zasadniczo takie decyzje dotują zanieczyszczających, jednocześnie przerzucając koszty społeczne na nas wszystkich.
Włodarze miast mają do dyspozycji szerszy zakres instrumentów politycznych, niż niektórzy mogą sądzić – od ekonomicznych, takich jak opłaty i dotacje, po behawioralne, jak dostarczanie informacji zwrotnych porównujących decyzje dotyczące typów podróży poszczególnych osób z ich odpowiednikami – mieszkańcami innych miast. Nasze badanie wykazało, że ponad 75% innowacji miejskich, które z powodzeniem ograniczyły wykorzystanie samochodów, zostało wprowadzonych przez lokalne władze – szczególnie tych, które okazały się najbardziej skuteczne, jak opłaty za wjazd do centrum miasta, parkingi i kontrola ruchu oraz strefy ograniczonego ruchu.
Jednak ważnym wnioskiem z naszego badania jest to, że wąskie polityki nie wydają się być zbyt skutecznymi – nie ma rozwiązań natychmiastowych. Miasta odnoszące największe sukcesy zazwyczaj łączą kilka różnych instrumentów politycznych, w tym zarówno „marchewki”, które zachęcają do bardziej zrównoważonych wyborów w zakresie podróży, jak i „kije”, czyli pobieranie opłat za prowadzenie pojazdu i parkowanie, lub ich ograniczanie w ogóle.
Oto 12 najlepszych sposobów na ograniczenie korzystania z samochodów w mieście:
1. Opłaty zagęszczeniowe
Najskuteczniejszym środkiem jest to, że kierowcy płacą za wjazd do centrum miasta, a generowane przez te wpłaty dochody przeznaczane są na alternatywne środki zrównoważonego transportu. Londyn, pionier tej strategii, zredukował ruch w centrum miasta aż o 33% od czasu wprowadzenia opłaty przez pierwszego burmistrza miasta, Kena Livingstone’a w lutym 2003 roku. Z czasem została ona podniesiona z początkowych 5 funtów dziennie do 15 funtów od czerwca 2020 r. Co ważne, 80% zebranych dochodów przeznacza się na inwestycje w transport publiczny.
Inne europejskie miasta poszły w te ślady, przyjmując podobne schematy działania po referendach w Mediolanie, Sztokholmie i Göteborgu – szwedzkie miasta różnią się cenami za parkowanie w zależności od dnia i godziny. Jednak pomimo tego, że opłaty za zatory komunikacyjne wyraźnie prowadzą do znacznego i trwałego zmniejszenia wykorzystania samochodów i natężenia ruchu, nie są one w stanie same w sobie całkowicie wyeliminować problemu zagęszczenia, który trwa z powodu zachęt do jazdy autem i infrastruktury sprzyjającej korzystaniu z samochodów.
2. Kontrola parkowania i ruchu
W wielu europejskich miastach przepisy dotyczące usuwania miejsc parkingowych i zmiany tras ruchu – w wielu przypadkach zastępujące przestrzeń wcześniej przeznaczoną dla samochodów ulicami pieszymi, ścieżkami rowerowymi i innymi miejscami wolnymi od samochodów – okazały się bardzo skuteczne. W Oslo stwierdzono na przykład, że zastąpienie miejsc parkingowych ulicami wolnymi od ruchu samochodowego i ścieżkami rowerowymi zmniejszyło wykorzystanie samochodów w centrum stolicy Norwegii nawet o 19%.
3. Strefy ograniczonego ruchu
Rzym, tradycyjnie jedno z najbardziej zakorkowanych miast Europy, przesunął równowagę w kierunku większego korzystania z transportu publicznego, ograniczając wjazd samochodem do centrum o określonych porach tylko dla mieszkańców oraz tych, którzy płacą roczną opłatę. Polityka ta zmniejszyła ruch samochodowy w stolicy Włoch o 20% w godzinach objętych ograniczeniami, a o 10% nawet w tych godzinach, kiedy wszystkie samochody mogą odwiedzić centrum. Grzywny za naruszenie są wykorzystywane do finansowania systemu transportu publicznego w Rzymie.
4. Usługi transportowe dla osób dojeżdżających do pracy
Najskuteczniejszym środkiem wskazanym w naszym przeglądzie jest kampania mająca na celu zapewnienie usług transportowych dla osób dojeżdżających do pracy w holenderskim mieście Utrecht. Władze lokalne i firmy prywatne współpracowały, aby zapewnić pracownikom bezpłatne bilety na transport publiczny, w połączeniu z prywatnym autobusem wahadłowym, który łączy przystanki tranzytowe z miejscami pracy. Stwierdzono, że program ten, promowany za pomocą planu marketingowego i komunikacyjnego, przyczynił się do zmniejszenia o 37% udziału osób dojeżdżających samochodem do centrum miasta.
5. Opłaty za parkowanie pod miejscem pracy
Innym skutecznym sposobem zmniejszenia liczby dojeżdżających do pracy samochodem jest wprowadzenie opłat za parkowanie w miejscu zatrudnienia. Na przykład duże centrum medyczne w holenderskim mieście portowym Rotterdam osiągnęło redukcję dojazdów samochodowych pracowników o 20-25% dzięki programowi, który nakładał na pracowników opłaty za parkowanie przed biurami, jednocześnie oferując im możliwość „wypłacenia należności” za parking i korzystania za tę kwotę z transportu publicznego. Stwierdzono, że program ten jest około trzy razy skuteczniejszy niż bardziej rozbudowany program w brytyjskim mieście Nottingham, w którym wszyscy pracodawcy z głównych miast dysponujący więcej niż dziesięcioma miejscami parkingowymi pobierali opłatę za parkowanie w miejscu pracy. Zebrane dochody zostały przeznaczone na wsparcie sieci transportu publicznego w regionie Midlands, w tym rozbudowę linii tramwajowej.
6. Planowanie podróży w miejscu pracy
W miastach w całej Europie szeroko stosowane są programy obejmujące ogólnofirmowe strategie podróży i porady zachęcające pracowników do zakończenia dojazdów do pracy samochodem. Duże badanie opublikowane w 2010 r., w którym oceniano 20 miast w Wielkiej Brytanii, wykazało, że po połączeniu pełnego zakresu środków – w tym firmowych autobusów wahadłowych, zniżek na transport publiczny i ulepszonej infrastruktury rowerowej, a także zmniejszeniu liczby miejsc parkingowych, średnio 18% osób dojeżdżających do pracy przesiadło się z samochodu na inny środek transportu. W innym programie w mieście Norwich osiągnięto niemal identyczne wskaźniki, przyjmując kompleksowy plan, ale bez zniżek na transport publiczny. Wydaje się, że te działania typu „marchewka i kij” były bardziej skuteczne niż podejście „tylko marchewka” w aglomeracji Brighton & Hove, polegające na zapewnianiu planów i infrastruktury, takiej jak przechowywanie rowerów w miejscu pracy, w ramach którego 3% pracowników odeszło od korzystania z samochodów.
7. Planowanie podróży uniwersyteckich
Podobnie programy dojazdów na uczelnie wyższe często łączą „marchewkę” promocji transportu publicznego i aktywnego podróżowania z „kijem” zarządzania parkingami na terenie kampusu. Najbardziej udany przykład wskazany w naszym badaniu został osiągnięty przez Uniwersytet w Bristolu, który ograniczył korzystanie z samochodów wśród swoich pracowników o 27%, zapewniając im jednocześnie lepszą infrastrukturę rowerową i zniżki na transport publiczny. Bardziej ambitny program w hiszpańskim mieście San Sebastián był skierowany zarówno do pracowników, jak i do studentów Universidad del País Vasco. Mimo że osiągnięto skromniejszy wskaźnik redukcji, wynoszący 7,2%, bezwzględny spadek wykorzystania samochodów był nadal znaczny w całej populacji dojeżdżających do pracy na uczelniach.
8. Usługi transportowe dla uczelni
Sycylijskie miasto Katania zastosowało wobec studentów podejście oparte wyłącznie na „marchewce”. Oferując im bezpłatny bilet na transport publiczny i zapewniając połączenia wahadłowe do kampusu, miasto osiągnęło 24% spadek udziału studentów dojeżdżających samochodem.
9. Współdzielenie samochodów
Co może zaskakiwać, zgodnie z naszą analizą opinie na temat skuteczności wspólnego korzystania z samochodów okazują się być podzielone. Programy, których członkowie mogą z łatwością wypożyczyć pobliski pojazd na kilka godzin, przyniosły obiecujące wyniki w Bremie w Niemczech i Genui we Włoszech, gdzie każdy współdzielony samochód zastępuje średnio od 12 do 15 pojazdów prywatnych. Takie podejście obejmowało zwiększenie liczby wspólnych samochodów i stacji oraz zintegrowanie ich z obszarami mieszkalnymi, infrastrukturą transportu publicznego i rowerowego.
Oba programy zapewniły również pracownikom wspólne korzystanie z samochodów oraz przeprowadziły kampanie uświadamiające. Jednak inne badania wskazują na ryzyko, że wspólne korzystanie z samochodu może w rzeczywistości skłonić mieszkańców, którzy wcześniej nie korzystali z samochodu, do zwiększenia korzystania z tej formy transportu. Dlatego zalecamy dalsze badania nad projektowaniem programów współdzielenia samochodów, które naprawdę zmniejszą ogólne wykorzystanie aut.
10. Planowanie podróży do szkoły
Dwa angielskie ośrodki miejskie, Brighton & Hove i Norwich, wykorzystały (i oceniły) wskaźnik planowania podróży szkolnych oparty wyłącznie na „marchewce”: udzielając porad dotyczących podróży, planowania, a nawet organizując wydarzenia dla uczniów i rodziców, aby zachęcić ich do spacerów, jazdy na rowerze lub wspólnych przejazdów do szkoły, wraz z zapewnieniem lepszej infrastruktury rowerowej w swoich miastach. W Norwich dzięki temu podejściu udało się zmniejszyć udział samochodów o 10,9%, podczas gdy analiza w Brighton wykazała, że wpływ był o połowę mniejszy.
11. Spersonalizowane plany podróży
Wiele miast eksperymentowało z osobistą analizą podróży i planami dla indywidualnych mieszkańców, w tym Marsylia we Francji, Monachium w Niemczech, Maastricht w Holandii i San Sebastián w Hiszpanii. Okazuje się, że programy te – zapewniając mieszkańcom porady dotyczące dojazdu, jeżdżenia na rowerze lub korzystania z transportu publicznego (czasami ze zniżką) – osiągnęły skromnie brzmiące redukcje o 6-12%. Ponieważ jednak obejmują one wszystkich mieszkańców miasta, w przeciwieństwie do mniejszych populacji, np. osób dojeżdżających tylko do szkoły lub do pracy, podejścia te mogą nadal odgrywać cenną rolę w ogólnym ograniczaniu korzystania z samochodów. (San Sebastián wprowadził równolegle planowanie podróży zarówno na poziomie uniwersyteckim, jak i spersonalizowanym, co prawdopodobnie ograniczy korzystanie z samochodów bardziej niż jednostkowo).
12. Aplikacje na rzecz zrównoważonej mobilności
Technologia telefonii komórkowej odgrywa coraz większą rolę w strategiach ograniczania korzystania z samochodów. Na przykład włoskie miasto Bolonia opracowało aplikację dla osób i zespołów pracowników wybranych firm, aby śledzić ich mobilność. Uczestnicy rywalizowali o punkty za spacery, jazdę na rowerze i korzystanie z transportu publicznego, a lokalne firmy oferowały użytkownikom aplikacji nagrody za osiąganie celów punktowych.
Zainteresowanie taką rywalizacją jest duże – i na pierwszy rzut oka dane z aplikacji w Bolonii wyglądają zaskakująco dobrze. Aż 73% użytkowników stwierdziło, że korzysta ze swojego samochodu „mniej”. Jednak w przeciwieństwie do innych badań, które mierzą liczbę lub odległość podróży samochodem, nie jest możliwe obliczenie zmniejszenia przebytej odległości ani emisji na podstawie tych danych, więc ogólna skuteczność aplikacji jest niejasna. Na przykład pominięcie jednej krótkiej podróży samochodem i zrezygnowanie przez rok z długich dojazdów do pracy liczą się jako jazda „mniej”.
Chociaż dane o mobilności z aplikacji mogą oferować cenne narzędzia do lepszego planowania i usług transportowych, potrzebny jest dobry projekt, aby zapewnić to, że „inteligentne” rozwiązania rzeczywiście zmniejszą emisje i promują zrównoważony transport, ponieważ obecne dowody są mieszane. Na przykład badanie z 2021 r. wykazało, że po wejściu na rynek miejski usługi zamawiania przejazdu, takiej jak Uber lub Lyft, zwiększa się liczba posiadanych pojazdów – szczególnie w miastach już zależnych od samochodów – a korzystanie z transportu publicznego spada na obszarach o wysokich dochodach.
Miasta muszą się wymyślić na nowo
Zmniejszenie zależności od samochodu to nie tylko „fajny pomysł”. Ma ono zasadnicze znaczenie dla przetrwania ludzi i przyrody na całym świecie. Uniknięcie nieodwracalnych szkód i spełnienie zobowiązań wynikających z porozumienia paryskiego wymaga od krajów uprzemysłowionych, takich jak Wielka Brytania i Szwecja, zmniejszenia emisji o 10-12% rocznie – o około 1% każdego miesiąca.
Jednak aż do wybuchu pandemii emisje z transportu w Europie stale rosły. Rzeczywiście, przewiduje się, że obecna polityka doprowadzi w 2040 r. do takie poziomu emisji z transportu, który będzie niemal taki sam w porównaniu z emisjami sprzed 50 lat, czyli z roku 1990.
Aby spełnić cele w zakresie zdrowia i klimatu, władze miast muszą dokonać niezbędnych zmian w kierunku zrównoważonej mobilności, po pierwsze, unikając potrzeby mobilności (jak paryski program „15-minutowego miasta”, który stawia na dostępność wszystkich ważnych usług w odległości 15 minut pieszego marszu); po drugie, przeniesienie pozostałych potrzeb w zakresie mobilności z samochodów na aktywny i publiczny transport tam, gdzie to możliwe; i wreszcie, ulepszanie samochodów, aby były bezemisyjne.
Ta transformacja musi być szybka i sprawiedliwa: włodarze miast i organizacje pozarządowe muszą zaangażować obywateli w budowanie legitymacji politycznej i rozmachu dla tych zmian. Bez powszechnego poparcia społecznego na rzecz ograniczenia liczby samochodów zobowiązanie UE do stworzenia 100 miast neutralnych dla klimatu w Europie do 2030 r. wygląda na odległą perspektywę.
Radykalna redukcja liczby samochodów sprawi, że miasta staną się lepszymi miejscami do życia – i można tego dokonać. Badanie z 2020 r. wykazało, że możemy zapewnić przyzwoity poziom życia dla przewidywanych 10 miliardów ludzi na naszej planecie, zużywając o 60% mniej energii niż obecnie. Ale aby to zrobić, bogate kraje muszą zbudować trzy razy więcej infrastruktury transportu publicznego niż obecnie, a każda osoba powinna ograniczyć swoje roczne podróże od 5000 kilometrów (w gęstych miastach) do 15 000 kilometrów (na bardziej rozległych obszarach).
Pozytywny wpływ ograniczenia liczby samochodów w miastach w postaci bardziej przyjaznych przestrzeni odczują wszyscy, którzy w nich mieszkają i pracują. Jak ujął to dziennikarz odwiedzający niedawno wolne od samochodów belgijskie miasto Gandawa: „Powietrze smakuje lepiej… Ludzie zamieniają swoje ulice w salony i dodatkowe ogrody”.
Miasta muszą na nowo się wymyślić poprzez zmianę tego, co możliwe, aby dopasować je do tego, co konieczne. Muszą zrobić więcej, aby uwolnić się od samochodów.
Kimberly Nicholas
tłum. Magdalena Okraska
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej https://theconversation.com/ w dniu 12 kwietnia 2022 roku.
przez redakcja | niedziela 15 maja 2022 | aktualności
Planowany na 16 maja strajk pracowników Polregio w Łodzi nie odbędzie się. Podpisano porozumienie między stroną związkową a zarządem spółki Polregio, dotyczące wdrożenia podwyżek dla pracowników.
Jak pisze łodzka Wyborcza, wszyscy pracownicy, czyli przede wszystkim maszyniści i pracownicy drużyn konduktorskich, wynagradzani według zakładowego układu zbiorowego pracy, otrzymają wywalczoną podwyżkę. Będzie to 400 zł wliczone do wynagrodzenia zasadniczego – z wyrównaniem od 1 stycznia 2022 r. – oraz 300 zł od 1 stycznia 2023 r.
Przez ostatni miesiąc w całości lub w części odwołanych zostało ponad 250 kursów w regionie łódzkim. Dotyczyły przede wszystkim tras regionalnych do Wielunia, Radomska, Piotrkowa Trybunalskiego, Tomaszowa Mazowieckiego i Opoczna. Nie były realizowane także połączenia poza granice województwa łodzkiego – do Częstochowy, Skarżyska-Kamiennej, Tarnowskich Gór, Ostrowa Wielkopolskiego czy Poznania. Sytuacja dotknęła również popularnych połączeń do Warszawy.
W sytuacji, gdy organizator publicznego transportu zbiorowego (Urząd Marszałkowski Województwa Łódzkiego) nie zawrze aneksu do umowy do 10 czerwca tego roku, pracownicy Polregio będą mogli przeprowadzić strajk w województwie łódzkim.
przez redakcja | piątek 13 maja 2022 | aktualności
Od 26 kwietnia w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej w Łodzi trwa strajk pracowników socjalnych. To skutek braku porozumienia z pracodawcą w trwającym od ponad dwóch lat sporze zbiorowym. Są oni również zdania, że MOPS nie przygotował ich do obsługi uchodźców z Ukrainy.
Jak informuje Portal Samorządowy, przede wszystkim spór dotyczy wysokości wynagrodzeń. Ponad 65 proc. terenowych pracowników socjalnych łódzkiego otrzymuje najniższe wynagrodzenie.
W czwartek 12 maja protestujący pojawili się na sesji Rady Miasta Łodzi, domagając się przesunięć w budżecie miasta w kwocie 2,8 mln zł na podwyżkę wynagrodzeń.
Strajk w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej w Łodzi rozpoczął się 26 kwietnia 2022 r. Pracownicy domagają się podniesienia wynagrodzeń do poziomu 105-135 proc. średniej krajowej w zależności od wykształcenia. O pomoc w negocjacjach z miastem w tej sprawie związki zawodowe zwróciły się do minister rodziny i polityki społecznej Marleny Maląg oraz rzecznika praw obywatelskich Marcina Wiącka.
W łódzkim MOPS pracuje ok. 270 terenowych pracowników socjalnych, z których ponad 65 proc. uzyskuje najniższe wynagrodzenie. Pozostali pracują za wynagrodzenie tylko nieco wyższe od płacy minimalnej. Wszyscy są nadmiernie obciążeni pracą. Brakuje ponad 100 pracowników, a kilkunastu młodych pracowników złożyło już wymówienia – poinformowało Biuro RPO. W Łodzi nastąpił paraliż pomocy społecznej. Spowodowało to m.in. brak realizacji zadań obligatoryjnych, subwencjonowanych przez wojewodę. Mieszkańcy nie mają dostępu do świadczeń. Nie jest realizowana praca socjalna.
Pracownicy twierdzą, że pracodawca nie przygotował ich do obsługi uchodźców i nie zorganizował odpowiednio pracy. Miał też nie dostarczyć wymaganych druków, nie rozwiązać problemu bariery językowej oraz nie przygotować platformy cyfrowej.
przez redakcja | czwartek 12 maja 2022 | aktualności
Związki zawodowe w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym w Łodzi weszły w spór zbiorowy z zarządem spółki, oczywiście na tle płacowym.
Jak informuje Dziennik Łódzki, to już trzeci spór w MPK w ciągu trzech ostatnich lat. Pod przekazaną prezesowi Zbigniewowi Papierskiemu (PO) informacją o wejściu w spór podpisało się aż sześć z ośmiu organizacji związkowych działających w spółce. Związki zawodowe chcą wyższych wynagrodzeń o 2 zł za godzinę pracy dla stanowisk robotniczych i 340 zł miesięcznie dla stanowisk nierobotniczych. Wiadomo, że zarząd spółki o oczekiwaniach związkowców poinformował właściciela spółki, czyli prezydentkę Łodzi Hannę Zdanowską.
Niespełnienie postulatów związków zawodowych może skutkować adekwatną do sytuacji reakcją strony społecznej – piszą związkowcy. Oczywiście może to oznaczać możliwość ogłoszenia strajku. Strajk ostrzegawczy odbył się w marcu 2020 r. w warunkach sporu z lat 2019/20. Choć tabor MPK jednego tylko dnia nad ranem wyjechał na trasy o godzinę później, to autobusy i tramwaje znaczące opóźnienia notowały jeszcze do południa.
Załoga MPK liczy obecnie 3,1 tys. zł. Koszt podwyżek od czerwca wyniósłby około 11 mln zł.
przez redakcja | środa 11 maja 2022 | aktualności
W piątek 13 maja pracownicy Kolei Śląskich po raz pierwszy w historii mają protestować.
Zbiorą się przed gmachem Urzędu Marszałkowskiego woj. śląskiego, by wyrazić swój sprzeciw wobec nierównego traktowania pracowników i braku podwyżek.
Jak informuje portal pulshr.pl, kolejarze nagrali zachęcający do strajku filmik i zamieścili go na youtube. To protest o wyższe zarobki, o godne zarobki dla pracowników, którzy naprawdę ciężko pracują. Którzy pracują w soboty, niedziele i święta, którzy wstają do roboty o 2-3 w nocy. Będzie to protest o równe prawo do awansu zawodowego, żeby nie awansowali tylko ci, którzy mają układy partyjne, związkowe czy rodzinne. Będzie to protest o likwidację sztucznych stanowisk – wylicza na nagraniu kolejarz.
Spółka zaznacza, że w Kolejach Śląskich nie jest prowadzony spór zbiorowy.
przez Maciej Zaboronek | środa 11 maja 2022 | opinie
Usłyszałem kiedyś, od kogoś pesymistycznie nastawionego do kierunku rozwoju Szwecji, że aby zobaczyć, jak w przyszłości będzie wyglądała sytuacja w tym kraju, trzeba patrzeć na takie państwa jak Polska. Bo szwedzka gospodarka się powoli liberalizuje, a polska zrobiła to już dawno temu. I może to czytelników zaskoczy, ale sytuacja mieszkaniowa w kraju trzech koron wygląda pod pewnymi względami jak w Polsce lat 90. Mniej więcej połowa ludzi mieszka w domach, mieszkań komunalnych jest ok. 20%, a reszta żyje głównie w blokach spółdzielczych. Mieszkań nie buduje się już tyle co kiedyś, a tych komunalnych ubywa. Prawo zliberalizowano i stworzono ułatwienia dla rozwoju własności prywatnej. A państwo nie inwestuje już w budownictwo społeczne tyle, co kiedyś. Na pozór – nie wygląda to dobrze. Na szczęście dla Szwedów to, co u nas trwa już od lat, tu dopiero się zaczyna i wcale niekoniecznie będzie postępować.
A jak jest konkretnie? Na przykład moi koledzy z pracy w firmie przeprowadzkowej w Szwecji, zarabiający nieco poniżej mediany wynagrodzeń, są w stanie wynajmować dwu- lub trzypokojowe mieszkania w 60-tysięcznym mieście, co pochłania mniej więcej 1/3 ich pensji. Coś, co nieraz mnie zaskakiwało, to fakt, że znajomi single mieszkają sami, niekoniecznie w kawalerkach, co wydawałoby się naturalne z polskiej perspektywy, lecz w dwóch, a nawet w trzech pokojach. Cóż, zwyczajnie ich stać. Ponadto, o ile przeciętne mieszkanie w kraju nad Wisłą ma ok. 61 metrów kwadratowych, to w Szwecji aż 86 – dobre dwa pokoje różnicy.
Średnia cena wynajmu 70-metrowego mieszkania w śródmieściu Sztokholmu, w lokalu wybudowanym po 2011 roku, to 13 800 tysięcy koron. Osoba zajmująca się np. sprzątaniem i pobierająca minimalną przewidzianą dla tej branży pensję, zarobi miesięcznie niewiele więcej, ok. 18 tys. koron. Ale mówimy o nowych mieszkaniach w stolicy, w miejscu, w którym czynsze są najwyższe w całym kraju i o zawodzie, który ma jedne z najniższych wynagrodzeń. Tymczasem według danych związku lokatorów (Hyregastforeningen) średni dla całej Szwecji czynsz za 70-metrowe mieszkanie wynosi obecnie ok. 7 tysięcy koron, przy przeciętnym wynagrodzeniu 36 tys. koron brutto (ok. 28 tys. na rękę). Da się więc godnie mieszkać taniej.
To, co w kraju trzech koron łatwo rzuca się w oczy, to fakt, że budynki i podwórka są tu bardzo czyste i estetyczne. Dla mnie jako Dolnoślązaka standardem w centrach miast są masy kamienic, w których mimo usilnych akcji rewitalizacyjnych zazwyczaj sypie się tynk, łuszczy farba, podchodzi wilgoć, a klatki wyglądają i pachną niekoniecznie ładnie. To chyba największa różnica widoczna gołym okiem względem Szwecji, gdzie czegoś podobnego po prostu nie ma. Stare budynki w centrach miast są dobrze utrzymane. Duże blokowiska z wielkiej płyty w tzw. gettach wyglądają zupełnie tak, jak zadbane polskie osiedla. Estetyczne, z czystymi wnętrzami i dobrą infrastrukturą na podwórkach.
Wynika to nie tylko z ogólnej wyższej zamożności społeczeństwa, a na pewno nie z lepszych warunków klimatycznych. Nawet niekoniecznie z innej kultury. Spore znaczenie ma fakt, że wysokość czynszów w danym budynku jest powiązana z tym, w jakim on jest stanie, tzw. wartością użytkową, a związek lokatorów bierze udział w negocjowaniu wysokości opłat. Jeśli właściciel/spółdzielnia/gmina nic nie robi, to czynsz nie powinien być podwyższany. To ciekawy mechanizm, który skłania instytucje czy osoby posiadające budynki do większych starań o poczucie komfortu mieszkańców. Wpływ lokatorów na wysokość czynszu powoduje, że ceny nie są zostawione tylko rynkowi. Drugi czynnik brany jest pod uwagę przy ustalaniu wysokości opłat to odniesienie do innych budynków o podobnych warunkach. Do 2011 r. panowała zasada, że ceny w obiektach prywatnych i spółdzielczych są zależne od zasadniczo niskich cen w budynkach komunalnych. Regułę tę jednak rozluźniono za rządów liberałów z partii Moderaterna (M). Oddzielenie powiązania czynszów komunalnych i innych spowodowało wzrost tych drugich. Wciąż jednak ceny są pośrednio kontrolowane przez lokatorów, a państwo ma wpływ na ich wysokość poprzez gminy, które utrzymują zasoby komunalne. Ewentualne spory co do wysokości czynszu rozstrzygają specjalne sądy poświęcone właśnie temu problemowi (Hyresnamnden). Przy nieadekwatnych opłatach sąd może zarządzić zwrot pieniędzy, które najemca niesłusznie zapłacił.
Ogólnie w Szwecji około połowa obywateli żyje w domach jednorodzinnych. Te w zdecydowanej większości są własnością prywatną mieszkańców. Druga połowa zamieszkuje mieszkania w obiektach wielorodzinnych. Wśród nich mamy mieszkania komunalne i spółdzielcze (w tym spółdzielcze własnościowe) oraz na wynajem ze spółek prywatnych. Są też mieszkania zupełnie własnościowe. Te ostatnie buduje się dopiero od 2009 roku, ale w niewielkich ilościach i ich suma na rynku jest marginalna. Lokale komunalne, kluczowe dla kształtowania polityki państwa w tym zakresie, stanowią prawie 20% całego zasobu mieszkaniowego w kraju.
Trzeba zaznaczyć, że prawo do lokalu komunalnego w Szwecji ma każdy. Nie jest ono zależne od wysokości dochodów tak jak przyjęto w wielu innych państwach, także w Polsce. Dla ludzi w trudniejszej sytuacji przewidziano za to dopłaty do czynszów. Przysługują one np. emerytom, młodym singlom i osobom z dziećmi.
Ale skąd wziął się tak poważny udział mieszkań państwowych w kraju kapitalistycznym? Zaczęło się w okresie międzywojennym, kiedy wskutek wzrostów czynszów powstawały pierwsze w Szwecji związki lokatorów domagające się regulacji czynszów i interwencji państwa. Związki odnosiły pewne lokalne sukcesy, np. w Goeteborgu i Sztokholmie, ale poważne zmiany nastąpiły dopiero w czasie długich, czterdziestoletnich rządów socjaldemokratów (1936-76). Zaczęły przebijać się m.in. wyśmiewane dzisiaj przez polski mainstream idee o tym, że mieszkanie jest prawem, nie tylko towarem. W latach 40. rządzący postanowili nie tylko zaangażować państwo do budowy mieszkań, ale nawet poprawić jakość zabudowy kraju przez częściowe wyburzenia źle utrzymanych kwartałów w miastach. Kulminacją wpływu państwa na mieszkalnictwo było powołanie, z poparciem opozycji, tzw. Miljonprogrammet.
Był to plan budowy miliona mieszkań w latach 1965-75. Rozpoczęty zaraz po zatwierdzeniu, okazał się sukcesem. Przy czym większość powstałych wtedy lokali była własnością spółek gminnych zatem były to mieszkania komunalne. Miljonprogrammet był bardzo ambitny, ale nie jedyny. W sumie w latach 1950-80 w Szwecji wybudowano, w przeliczeniu na liczbę ludności, najwięcej mieszkań w całej Europie.
Pewne zmiany w polityce mieszkaniowej państwa zaczęły następować w latach 90., począwszy od czteroletnich rządów liberałów. Socjaldemokraci (S) także ulegli duchowi czasów utrzymując tendencje pro-prywatyzacyjne oraz liberalizujące budownictwo i zasady wynajmu wprowadzane przez kolejne rządy centroprawicy jeszcze na początku XXI wieku.
Jednym z ciekawszych wydarzeń politycznych ostatnich lat była zeszłoroczna próba częściowego urynkowienia czynszów w Szwecji. Reforma miała dotyczyć tylko nowo wybudowanych obiektów, w których czynsze mogłyby nie podlegać negocjacjom ze związkiem lokatorów. Był to postulat zaproponowany przez S wskutek kryzysu rządowego i próby dogadania się z liberałami. Ostatecznie po sprzeciwie partii Lewicy premier Socjaldemokratów podał się do dymisji. Cała sytuacja była jednak o tyle oryginalna, że według badań związku lokatorów zdecydowana większość Szwedów nie popiera urynkowienia czynszów. Nawet przeważająca część elektoratu liberałów jest takiego zdania. A 70% respondentów uważa też, że państwo nie tylko powinno wpływać na budowę większej ilości mieszkań, ale powinny to być przede wszystkim lokale na wynajem. Co znamienne, tuż po kryzysie rządowym prezentująca właśnie takie stanowisko partia Lewicy zanotowała zauważalny wzrost poparcia w sondażach, z 9 do 12%, kosztem spadku notowań Socjaldemokratów. Ma to znaczenie o tyle, że w obliczu jesiennych wyborów do parlamentu nie jest wykluczone, że te dwa ugrupowania będą tworzyć przyszłą koalicję rządową. A to, sądząc po nastrojach wyborców, mogłoby oznaczać zwiększanie roli wynajmu komunalnego.
Oczywiście sytuacja mieszkaniowa w Szwecji nie jest wolna od problemów. Jednym z kluczowych jest długi czas oczekiwania na lokale komunalne. W dużych miastach przekracza nawet 10 lat, w mniejszych czekać trzeba od kilku miesięcy do kilku lat. Taki stan rzeczy jest wynikiem bardzo dużego wzrostu liczby ludności Szwecji w związku z imigracją zarobkową i polityką prouchodźczą. W czasie dekady Miljonprogrammet ludność kraju zwiększyła się tylko o 130 tys. Przez ostatnie 15 lat, kiedy mieszkań wybudowano znacznie mniej, ludzi przybyło aż 1,3 mln (z 9 mln w 2005 do 10,3 mln obecnie)! Nie może więc dziwić realny niedobór, a także obecne wśród Szwedów poczucie pogorszenia sytuacji. Warto tu jednak dokonać porównania do Polski. W Szwecji obecnie na 1000 osób przypada ok. 470 mieszkań. W Polsce ok. 390 i to mniejszych. A dane te nie uwzględniają jeszcze uchodźców z Ukrainy. Trudno uciec od stwierdzenia, że lepszy szwedzki kryzys niż polski boom budowlany.
Mimo to związek lokatorów północnego królestwa spogląda z zazdrością w stronę Finlandii, przytaczając dane, że tam na budownictwo mieszkaniowe przeznacza się z budżetu 1,5% PKB, a w Szwecji „tylko” 1%. W Polsce według danych NIK na rok 2019 było to, uwaga, 0,08%. Sześć razy mniej niż średnia unijna, kilkanaście razy mniej niż w Skandynawii…
Przeglądając programy polskich partii politycznych można zauważyć, że budowa przystępnych cenowo mieszkań na wynajem zaczyna się przebijać jako jedno z możliwych rozwiązań. Program „Mieszkanie plus” jest nawet pierwszą realną próbą realizacji tych dążeń, choć trudno nazwać go sukcesem. Nie jest też nawet przeciwwagą dla postępującej od dekad wyprzedaży polskich zasobów komunalnych. Niewątpliwie problem zaczyna się ostatnio robić dostrzegalny, szczególnie w związku z trudnościami kredytowymi umiejącej nagłośnić swoje sprawy klasy średniej. Szukając inspiracji do działań pomagających wszystkim, warto więc czasem spojrzeć na północ. Bo tu nie jest może idealnie, ale na wynajem stać praktycznie każdego. Nikt też nie jest skazany na brzemię kredytu. A to już coś.
Maciej Zaboronek
przez redakcja | wtorek 10 maja 2022 | aktualności
Niemcy pracują średnio niespełna 35 godzin tygodniowo. Wielu chciałoby pracować mniej, a połowa czuje się zagrożona wypaleniem.
Jak wynika z badań Federalnego Urzędu Statystycznego pracownicy w Niemczech pracują średnio 34,8 godzin tygodniowo. W porównaniu z UE Niemcy są jednym z krajów o najmniejszej liczbie godzin pracy w tygodniu, zajmując trzecie miejsce od końca. Według badania Fundacji Bertelsmanna pracownicy chcieliby pracować średnio jeszcze mniej.
Istnieje wiele czynników, które decydują o tym, jak bardzo jesteśmy zadowoleni z pracy. Badania pokazują, że ogromne znaczenie ma kwestia decydowania o własnym czasie pracy. Ważny jest również aspekt możliwości wyboru miejsca, w którym pracujemy.
Na poczucie szczęścia duży wpływ ma uznanie, np. pochwała przełożonego. Jednym z decydujących czynników, jeśli chodzi o równowagę między życiem zawodowym a prywatnym oraz satysfakcję z pracy, są jednak dochody.
przez redakcja | wtorek 10 maja 2022 | aktualności
31 maja Agencja Badań Medycznych ogłosi konkurs na opracowanie nowych leków generycznych i biopodobnych. Do naukowców trafi 150 mln zł. Wsparcie rynku leków przez ABM ma przyczynić się do uniezależnienia Polski od zagranicznych producentów i dostawców.
Jak informuje portal wnp.pl, zgodnie z danymi ABM nawet 40 proc. leków sprzedawanych w Unii Europejskiej pochodzi z Azji, a 80 proc. substancji aktywnych produkują Chiny i Indie. W Polsce tylko około 30 proc. leków sprzedawanych w aptekach pochodzi z produkcji lokalnej.
Wsparcie rynku leków generycznych i biopodobnych przez Agencję Badań Medycznych ma przyczynić się do zapewnienia bezpieczeństwa lekowego, uniezależnienia Polski od zagranicznych producentów i dostawców oraz wzrostu PKB – napisano w komunikacie ABM.
Ponadto, jak wskazuje ABM, pandemia SARS-CoV-2 ujawniła wiele problemów związanych z systemem opieki zdrowotnej. W warunkach kryzysowych łańcuchy dostaw od producentów zagranicznych mogą się przerwać i doprowadzić do braku leków, stwarzając dodatkowe zagrożenie dla życia i zdrowia pacjentów. Bezpieczeństwo lekowe może zagwarantować produkcja podstawowych leków w kraju. Pomysłodawcy konkursu podkreślają, że kluczowe jest stworzenie w Polsce odpowiednich warunków dla przemysłu farmaceutycznego, aby zachęcić do zainwestowania w produkcję gotowych leków, zwłaszcza generycznych i biopodobnych.