przez redakcja | środa 8 czerwca 2022 | aktualności
Spór zbiorowy trwał w żywieckim Hutchinsonie od końca stycznia tego roku. 26 maja pracownicy rozpoczęli strajk, który po tygodniu zakończył się porozumieniem. Średnio pracownicy otrzymają po 500 zł podwyżki.
O sprawie informuje Tygodnik Solidarność. Do strajku przystąpiła praktycznie cała kilkusetosobowa załoga. Na początku ze strony pracodawcy były próby zniechęcania, a nawet zastraszania pracowników – relacjonują związkowcy.
– Reakcja na ogłoszony strajk była niesamowita. Praktycznie cała załoga stanęła i widać było chęć walki – powiedział po zakończonym strajku Krzysztof Gaj, lider „Solidarności” w Hutchinsonie. – Nikogo do niczego nie trzeba było namawiać.
Krzysztof Gaj podkreśla, że ludzie z Żywca to zgrana, odważna ekipa, ale dopiero strajk pokazał, że są zdeterminowani i chcą walczyć o swoje.
Zdaniem strajkujących przełomowym momentem było zablokowanie zakładu i zapowiedź pikiet solidarnościowych z innych zakładów przed siedzibą Hutchinsona.
– Szybko doszło do porozumienia, gdy na bramach pojawiły się łańcuchy – powiedział przewodniczący.
Żywiecki Hutchinson to zakład należący do międzynarodowego koncernu produkującego systemy antywibracyjne, zarządzania transferem płynów i rozwiązań w zakresie uszczelnień w przemyśle motoryzacyjnym i lotniczym. W Żywcu produkowane są elementy gumowe m.in. do systemów chłodzenia.
przez Remigiusz Okraska | środa 8 czerwca 2022 | opinie
W 15. rocznicę śmierci Richarda Rorty’ego przypominamy recenzję jego świetnej książki o lewicy.
***
Gdy współczesny lewicowiec usłyszy cokolwiek o dumie narodowej, zazwyczaj reaguje niczym pies Pawłowa i krzyczy „Precz z faszyzmem!”. Słowo „patriotyzm” przyjmuje spokojniej, bo jedynie dostaje wysypki. Wzmianki o tradycji i historii traktuje w najlepszym razie jako temat zastępczy, podsuwany przez prawicę, by odwrócić uwagę elektoratu od kwestii „naprawdę istotnych”. I w znacznej mierze dlatego lewica znajduje się na równi pochyłej. Tak rzecz widzi Richard Rorty w książce „Spełnianie obietnicy naszego kraju” z roku 1999, niedawno wydanej w Polsce.
Esej Rorty’ego, sam w sobie znakomity i wart uwagi, nabiera dodatkowego wydźwięku za sprawą osoby autora – filozofa liberalnego, optującego za daleko posuniętym pluralizmem, krytycznego wobec „twardych” tożsamości. Tym bardziej wymowne jest zatem, że właśnie on dokonuje krytyki takiej lewicy, która odcina się od wszelkich skojarzeń z przeszłością swojego kraju, z tradycjami, z poczuciem wspólnoty narodowej. W ten sposób nie osiąga ona absolutnie nic – oddaje wiele atutów prawicy, a sama traci zakorzenienie w masach, stając się plemieniem bytującym na wyizolowanych wysepkach. Coraz bardziej namiętnym manifestom skierowanym przeciwko „temu krajowi”, towarzyszy brak jakiegokolwiek oddźwięku społecznego, a lewica z działającej i zmieniającej przeobraża się w krytykującą – zajadle, lecz bezpłodnie.
„Emocjonalne zaangażowanie w sprawy kraju – uczucie palącego wstydu czy zapierającej dech w piersiach dumy z pewnych fragmentów historii bądź z obecnej polityki narodu – to warunek konieczny twórczej i produktywnej dyskusji politycznej. Nie doszłoby do takiej dyskusji, gdyby uczucie wstydu przeważyło nad uczuciem dumy. /…/ Potrzeba zaangażowania występuje u tych, którzy mają nadzieję, że nakłonią naród do podjęcia wysiłku przypomnienia swojemu krajowi, z czego może być dumny, oraz tego, czego powinien się wstydzić. Muszą oni opowiadać inspirujące historie o tych fragmentach czy też postaciach z przeszłości swego narodu, którym państwo winno pozostać wierne” – tak zaczyna się książka. Jej autor zarzuca amerykańskiej lewicy, że całkowicie wykrzywiła perspektywę oglądu przeszłości Stanów Zjednoczonych. Tamtejsi lewicowi intelektualiści postrzegają własny kraj jako swoiste piekło na ziemi, stanowiące nieprzerwane pasmo zbrodni, występków, opresji, wykluczenia i wyzysku.
Oczywiście nie należy udawać, iż w USA nie miało miejsca wiele haniebnych zjawisk ani rezygnować z krytyki ich współczesnych odpowiedników. Kluczową kwestią są jednak proporcje – lewica dzisiejsza wyzbyta jest wiary w możliwość poprawy sytuacji (wspomniane piekło na ziemi zaludnione jest wszak niemal samymi diabłami), pomijając, o czym będzie jeszcze mowa, jakąś wyimaginowaną rewolucję, która przyniesie katharsis. Fundamentem dawnej lewicy była zaś wiara, że można uczynić swój kraj znacznie lepszym, przy czym zależy to od nas samych – zorganizowanego społeczeństwa. Tamta lewica składała się głównie z działaczy – ludzi aktywnych, choćby była to aktywność w sprawach małych i niezbyt widowiskowych. Rdzeń lewicy współczesnej składa się zaś z obserwatorów, którzy z dystansem, a nierzadko wręcz obrzydzeniem, komentują rzeczywistość, bez nadziei na pozytywne przeobrażenia.
Rorty przekonuje, że opoką szeroko pojętych środowisk postępowych była kiedyś tożsamość zbiorowa, ufundowana właśnie na wierze w możliwość reform. Perspektywie indywidualistycznej, towarzyszącej kapitalizmowi i powszechnemu etosowi od zarania USA, lewica przeciwstawiła przekonanie, że można wspólnymi siłami poprawić swój los. Co ciekawe, jak przekonuje Rorty, choć ówczesny progresywizm nierzadko wyrastał z inspiracji chrześcijańskich, to przybrał postać swoistej „obywatelskiej religii”, naznaczonej przekonaniem, iż postawy, procesy i instytucje są „otwarte” na pozytywne zmiany, stanowiąc pewnego rodzaju narzędzia, którymi można się posłużyć znacznie lepiej, niż dotychczas. Z tej układanki znikło pojęcie grzechu, a więc nieusuwalnego błędu, który skazuje dany system polityczny, ekonomiczny i kulturowy na to, by zawsze „służył złu”.
Tego rodzaju „areligijność” zaowocowała także położeniem nacisku na konkretne działania – zdobycze, choćby niewielkie i rozłożone w czasie, polepszały położenie zbiorowości, i to już w perspektywie doczesnej. Tymczasem lewica późniejsza, choć zazwyczaj otwarcie antyreligijna, zdaje się tkwić w przekonaniu, iż Ameryka, kapitalizm, „system” itp., skażone są niemożliwym do wykorzenienia zepsuciem. Nie ma tu miejsca na ewolucję i reformy, co najwyżej na apokaliptyczną rewolucję. Ona zaś jest tak odległym, niemal zaświatowym widmem, że nie staje się obietnicą, dla której warto by pracować już teraz. Pozostaje zgorzkniałe komentowanie rzeczywistości.
Idąc śladem romantyzmu Walta Whitmana i pragmatyzmu Johna Deweya, optymistycznie interpretujących Hegla, Rorty afirmuje wynikającą z tego nadzieję na państwo, które można stale czynić lepszym miejscem do życia; przyszłość jest w tej wizji otwarta, więc jeśli nie wszystko, to wiele jest możliwe. Przeciwstawia się w ten sposób marksowskiej interpretacji Hegla, znacznie bardziej „zamkniętej”, rzekomo wyrażającej wiedzę o tym, „jak będzie” na pewno. Amerykańska myśl postępowa była „realistycznym marzeniem”, które nie kazało na nic czekać, lecz inspirowało do poszukiwań twórczych i działań odważnych, a zarazem silnie zakorzenionych w teraźniejszości. Zamiast wielkich teorii, dominowała wiara w wiele eksperymentów, które metodą prób i błędów pomogą stworzyć lepszy świat. Jest paradoksem, zauważa autor „Spełniania obietnicy…”, że lewica marksowska, która z namaszczeniem powtarzała XI tezę o Feuerbachu, iż dość już było interpretowania świata, a teraz należy go zmienić, tak wiele energii poświęca teoretyzowaniu i pustosłowiu, podczas gdy amerykańska lewica „obywatelska” zajmowała się właśnie wielopłaszczyznową konkretną zmianą społeczną.
Taki sposób myślenia pozwalał jej żądać dużo i wierzyć w jeszcze więcej, a jednocześnie cieszyć się z nawet drobnych osiągnięć i nimi stymulować nadzieję na dalsze zmiany. A także wzmacniać dumę z tego, jacy jesteśmy i jacy być możemy. Natomiast dzisiejsza lewica uważa, że „Ameryce nie da się przebaczyć /…/ oraz że nie da się jej zrealizować /…/. W rezultacie odwracają się plecami do własnego państwa /…/ oraz /…/ [dokonują] wykpienia samej idei tego, że to demokratyczne instytucje mogłyby raz jeszcze zostać zmuszone do służenia sprawie sprawiedliwości społecznej. /…/ Poczucie beznadziejności stało się wśród lewicy modne – pryncypialne, przeteoretyzowane, filozoficzne poczucie beznadziejności. Obecnie /…/ nadzieję, która uwznioślała serca amerykańskiej lewicy przed okresem lat sześćdziesiątych, traktuje się jako symptom naiwnego »humanizmu«”.
Co to była ta dawna lewica? To związkowcy i uczestnicy strajków walczący o poprawę warunków pracy. To urzędnicy państwowi, starający się maksymalnie wykorzystać sensowne przepisy, a blokować stosowanie tych szkodliwych. To politycy różnych szczebli, wytrwale dobijający się o choćby niewielkie przeobrażenia na lepsze. To dziennikarze i intelektualiści, którzy zamiast tego, co „ekscytujące” czy „oryginalne” – brali na warsztat ważne kwestie społeczne i ekonomiczne. Spora część z nich nie tylko nie określała się jako lewicowcy, ale przede wszystkim nie są tak traktowani przez dzisiejsze lewicowe wyrocznie, decydujące o tym, kto jest godny tego miana. Nierzadko byli to prominentni politycy Partii Demokratycznej (z prezydentem F. D. Rooseveltem na czele), innym razem pozornie aideologiczni technokraci, kiedy indziej naukowcy nie odwołujący się do etykietek politycznych; bywali też wśród nich populistyczni patrioci czy osoby określające się jako liberałowie. Wszyscy oni wytrwale pracowali na rzecz takiej Ameryki, której obywatele mogliby rozwijać swój potencjał i realizować marzenia bez względu na wyznanie, rasę, dochody, przynależność klasową itp.
Łączyła ich wspomniana wiara w to, że Amerykę można zmienić na lepsze oraz w skuteczność stopniowych reform. Tak, to była właśnie lewica reformistyczna, jednak Rorty używa tego przymiotnika z aprobatą, jako synonimu zarazem rozsądku, jak i efektywności, czyli dokładnie odwrotnie niż rozmaici krzykliwi doktrynerzy, dla których stanowi on obelgę, symbol zdrady i rejterady. „Powinniśmy odrzucić marksistowskie sugestie, że za lewicowców można uznać tylko tych, którzy są przekonani, że kapitalizm trzeba obalić oraz że wszyscy inni to jacyś mięczakowaci liberałowie, samooszukujący się burżuazyjni reformatorzy” – pisze Rorty. Marksizm jest wedle niego przejawem manichejskiego myślenia w kategoriach „grzechu” i „czystości”, które nie uznaje ani zdobyczy połowicznych i kompromisów, ani odstępstw od „linii politycznej”, a w dodatku podejrzliwie traktuje środowiska, które osiągały swoje zamiary metodą małych kroków, albo w ich działaniach mieszały się postawy godne pochwały z tymi moralnie wątpliwymi.
Tymczasem, pisze Rorty, „jeśli będziemy szukać ludzi, którzy nigdy nie popełnili żadnych błędów, którzy zawsze byli po słusznej stronie, którzy nigdy nie przepraszali za tyranów czy niesprawiedliwe wojny, to znajdziemy niewielu takich bohaterów”. I podaje przykłady: Franklina Delano Roosevelta – prezydenta, który „stworzył podstawy państwa opiekuńczego oraz zachęcał robotników do przyłączenia się do związków zawodowych i w tym samym czasie uparcie odwracał się od Afroamerykanów”, a także Lyndona B. Johnsona, który „pozwolił na rzeź setek tysięcy wietnamskich dzieci, ale równocześnie zrobił więcej dla ubogich dzieci w Stanach Zjednoczonych niż jakikolwiek inny poprzedni prezydent”.
Amerykańska lewica reformistyczna osiągała liczne sukcesy do roku 1964. Data ta jest wedle Rorty’ego momentem przełomowym, który zapoczątkował upadek lewicy w USA. Wówczas to nastąpiła, za sprawą decyzji wspomnianego prezydenta Johnsona, intensyfikacja amerykańskiego zaangażowania militarnego w Wietnamie. Wojna i jej przebieg wywołały, jak wiemy, silny opór znacznej części obywateli, a także „wyłonienie się pokolenia Amerykanów, którzy podejrzewali, że z naszym krajem nie da się nic zrobić – że wojna ta nie tylko nigdy nie będzie mogła zostać wybaczona, ale że dodatkowo uzmysłowiła nam, iż jesteśmy narodem poczętym w grzechu nie do odkupienia”.
To zaś oznaczało na lewicy początek końca wiary w możność stałego ulepszania swojego kraju, a także porzucenie wszelkiej dumy narodowej. W konsekwencji natomiast – rozpad lewicy na „kulturową”, skoncentrowaną na kwestiach obyczajowych, która zdobyła silną pozycję w mediach i na uniwersytetach, oraz stale słabnącą lewicę społeczno-ekonomiczną, która nie tylko musiała stawiać czoła prawicy, ale także zmagać się z obojętnością, niegdyś stanowiącej dla niej wsparcie, lewicy akademicko-medialnej. Ten rozbrat, dokonany w najgorszym momencie – w przeddzień ofensywy neoliberalizmu – zaowocował niemal zupełnym upadkiem lewicy w USA.
Sprawiło to, że młode pokolenie lewicy nie tylko zaczęło wprost nienawidzić własnego kraju i wszystkiego, co kojarzyło się z tradycjami amerykańskimi – nawet jeśli były to tradycje emancypacyjne – ale i rozpoczęło flirt czy to z reżimami „realnego socjalizmu”, czy przynajmniej z myślą komunistyczną. Te fragmenty książki Rorty’ego mogą prawomyślnych czytelników-lewaków przyprawić o zawał serca. Nie tylko bowiem wyraża on nadzieję, że postać Lenina będzie kiedyś lewicy równie obca jak np. Mussolini, lecz także – odwołując się do własnej biografii (m.in. rodzice, którzy sympatyzowali z komunizmem, by po procesach moskiewskich przejść na pozycje lewicy stanowczo krytycznej wobec ZSRR) – składa swoistą deklarację antykomunizmu. Konsekwentnego i pozbawionego różnych „ale” – owszem, potępia wojnę w Wietnamie i uważa, że rządy USA popełniały błędy czy zbrodnie, jednak stanowczo odcina się od demonizowania swojego kraju.
Uważa, że Amerykanie stali po stronie dobra, przeciwko sowieckiej despotii i jej satelitom. Rorty bez hamletyzowania typowego dla wielu tzw. dobrych ludzi z „sercem po lewej stronie” pisze wprost, że „nie widzi większej różnicy między walką z Hitlerem a walką ze Stalinem”, nie uważa też za rzecz naganną, iż różne lewicowe inicjatywy antysowieckie współpracowały z CIA. Dla amerykańskiej lewicy demokratycznej antykomunizm, czyli krytyka zamordystycznych reżimów, był bowiem postawą równie oczywistą, jak walka z niesprawiedliwymi stosunkami władzy i podziałami społecznymi we własnym kraju. „W tym kręgu – pisze Rorty – amerykański patriotyzm, ekonomia redystrybucji, antykomunizm i Deweyowski pragmatyzm naturalnie i bezproblemowo ze sobą współgrały”.
Nie chodzi bynajmniej o to, że Rorty zajmuje pozycję zimnowojennego „jastrzębia”. Przeciwnie – nie odmawiając Ameryce racji moralnych w konflikcie z Blokiem Wschodnim, uznaje, że towarzysząca temu atmosfera oraz błędy popełnione w trakcie zmagań, z Wietnamem na czele, pozwalają zrozumieć reakcję młodego pokolenia lewicy. Uważa wręcz, że „nowa lewica” odegrała istotną rolę w „humanizacji” tego konfliktu, że zapobiegła stałemu podkręcaniu niebezpiecznych nastrojów militarystycznych i totalistycznych w USA. Problem stanowi natomiast to, że słuszna reakcja moralna przekształciła się w aberrację polityczną.
Krytyka poszczególnych działań władz USA przybrała bowiem postać nieomal obsesyjnej niechęci do wszystkiego, co łączy się ze Stanami Zjednoczonymi, ich przeszłością i kulturą. W dziedzinie „emocjonalnej” oznaczało to odrzucenie wszelkiej dumy narodowej i wyrastającej z niej wiary w możność zmiany własnego kraju na lepszy. W dziedzinie idei i strategii zaowocowało natomiast odwróceniem się od kwestii społeczno-ekonomicznych i kontestowaniem posunięć instytucjonalnych (wszak instytucje amerykańskie są nieuleczalnie skażone grzechem).
Dawna lewica była lewicą ekonomiczną, nowa – kulturową. Dawna walczyła, jak znakomicie hasłowo streszcza to Rorty, z egoizmem, nowa – z sadyzmem kulturowym (takimi formami opresji i poniżenia, które nie pozostają w prostej zależności z wyzyskiem ekonomicznym). Dawna chciała ulepszyć cały kraj i objąć skutkami reform ogół obywateli, nowa zajęła się wybranymi grupami, uznanymi za szczególnie pokrzywdzone (mniejszości seksualne i etniczne, kobiety). Dawna wierzyła, że ogólne zmiany systemowe stopniowo poprawią zarówno los grup dotkniętych wykluczeniem ekonomicznym, jak i kulturowym (czyli zniwelują zarazem egoizm, jak i sadyzm), nowa natomiast uważa, że cały system i jego instytucje są na wskroś złe, zatem aby zachować „czystość” można jedynie działać na rzecz wybranych grup na płaszczyźnie wzorców kulturowych i postaw.
Autor „Spełniania obietnicy…” bynajmniej nie twierdzi, że wszystkie cele czy działania „nowej lewicy” są niewłaściwe. Tak jak podkreśla jej zasługi w walce z „przegięciami” władz USA z okresu zimnej wojny, tak też uważa, że w sferze kulturowej dokonała ona wielu pozytywnych zmian. Ogólnie biorąc, Ameryka czasów „politycznej poprawności” jest krajem, w którym żyje się lepiej, krajem, w którym w sferze kultury i obyczajów znacznie sprawniej chroniona jest ludzka godność. Jest krajem, w którym czarnoskórzy są ludźmi, nie zaś „czarnuchami”; w którym ktoś nie jest z założenia gorszy tylko dlatego, że urodził się gejem; krajem, gdzie kobieta jest normalnym pracownikiem, nie zaś obiektem chamskich dowcipów i natrętnych propozycji ze strony pracodawcy czy przełożonego.
Rorty nie zarzuca „nowej lewicy”, że zajęła się kwestiami kulturowymi – wręcz przeciwnie, podkreśla, iż wykonała ona dobrą robotę, uwrażliwiając Amerykanów na taki rodzaj wykluczenia. Ma jej natomiast za złe, że skupia się niemal wyłącznie na tych kwestiach, że zajmowanie się „różnorodnością” i „mniejszościami” stało się swoistym kolekcjonerskim hobby, że zachowuje – w najlepszym razie – dystans wobec problemów socjalnych i ekonomicznych „zwykłych ludzi”, że odrzuca identyfikację z Ameryką i Amerykanami jako takimi, co potęguje wzajemną izolację różnych „elektoratów” lewicy i niemożność zbiorowego działania. I wreszcie, że kultywuje wizję USA jako kraju „szatańskiego”, wskutek czego odrzuca wszelkie konkretne zdobycze, na rzecz mrzonek o zniszczeniu czy upadku „systemu”.
To wszystko owocuje zmniejszaniem sadyzmu kulturowego, przy jednoczesnym znacznym nasileniu – w porównaniu do sytuacji sprzed wojny w Wietnamie – egoizmu ekonomicznego. W sytuacji, gdy wskutek neoliberalizmu i globalizacji wciąż rosną zastępy marginalizowanych Amerykanów, oznacza to, że poparcie wyborcze czy potencjalna populistyczna rewolta zostaną przejęte przez prawicę i jej „szeryfów”. W takiej sytuacji nie tylko nie będzie mowy o reformach socjalnych, lecz pod znakiem zapytania stanie trwałość zdobyczy kulturowych. Wówczas to „postęp, który się dokonał w ciągu ostatnich czterdziestu lat w polepszaniu sytuacji czarnych i śniadych Amerykanów oraz homoseksualistów, zostanie unieważniony. Zadowolona z siebie pogarda dla kobiet ponownie stanie się modna. /…/ Cały ten sadyzm, co do którego lewica akademicka próbowała przekonać swoich studentów, że jest nieakceptowany, powróci. /…/ Jednakże taki powrót sadyzmu nie odwróci skutków egoizmu, albowiem gdy tylko mocny człowiek przejmie władzę, szybko dojdzie do porozumienia z międzynarodówką bogaczy – tak jak Hitler doszedł do porozumienia z niemieckimi przemysłowcami. /…/ Ludzie będą się dziwić, dlaczego było tak mało oporu wobec jego pojawienia się. Będą pytać, gdzie była amerykańska lewica? Dlaczego to tylko prawicowcy tacy jak Buchanan mówili robotnikom o konsekwencjach globalizacji?”.
Autor „Spełniania obietnicy…” kreśli ciekawą analogię z „Rokiem 1984”. Jego zdaniem, utrzymanie obecnych tendencji ekonomicznych doprowadzi do koncentracji majątku w rękach nielicznej kasty „międzynarodowych, kosmopolitycznych bogaczy” – odpowiednika orwellowskiej Partii Wewnętrznej. Na jej usługach będzie Partia Zewnętrzna, składająca się z dobrze sytuowanych „kosmopolitycznych profesjonalistów”. Cała reszta to „robole”, czyli orwellowscy „prole”, zepchnięci na sam dół, bez szans na wydostanie się z tej matni, sprawnie rozgrywani przeciwko sobie i kontrolowani. Ponieważ, pisze Rorty o wspomnianych superbogaczach, „ich prerogatywą są decyzje ekonomiczne, będą oni zachęcać polityków, z lewicy i prawicy, aby zajmowali się sprawami kultury. Celem będzie odwrócenie uwagi roboli, sprawienie, aby 75 procent Amerykanów i dolne 95 procent światowej populacji zajmowało się wrogością etniczną i religijną oraz dyskusją na temat norm seksualnych. Jeśli będzie się trzymało roboli z dala od ich własnej rozpaczy za pomocą kreowanych przez media pseudowydarzeń, włączając w to krótkie i krwawe wojny, superbogacze nie będą mieli się czego bać”.
Zdaniem Rorty’ego, wyjściem z tej sytuacji jest odrodzenie amerykańskiej lewicy. Dokonać tego można podejmując dwa kroki. Po pierwsze, lewica powinna ogłosić moratorium na teorię. Rorty uważa, że lewicowi intelektualiści niepotrzebnie zajmują się coraz bardziej abstrakcyjnymi i hermetycznymi analizami, natomiast umyka im bieżąca rzeczywistość, a przede wszystkim nie potrafią się z nią zmierzyć za pomocą zestawu praktycznych propozycji działań. Radzi on „lewicy kulturowej” z kąśliwą ironią, „aby zapomniała o Baudrillarda teorii Ameryki jako Disneylandu, jako kraju simulacrów, i zaczęła proponować zmiany w prawach rzeczywistego kraju zamieszkanego przez rzeczywistych ludzi znoszących niekonieczne cierpienia, z których spora część może zostać usunięta przez działanie rządu. Nic nie przyczyni się bardziej do zmartwychwstania amerykańskiej lewicy niż zgoda co do konkretnej platformy politycznej, jakiegoś Planu dla Ludu /…/, listy namacalnych reform. Istnienie takiej listy – bez końca powielanej i dyskutowanej, równie znanej profesorom jak robotnikom, pozostającej w pamięci zarówno profesjonalistów, jak i tych, którzy myją im toalety – mogłoby rewitalizować politykę lewicową”.
Rorty nie łudzi czytelników, że zna recepty na wszystkie współczesne problemy – przykładowo, wskazuje na tak trudną kwestię, jak otwartość amerykańskiego rynku pracy dla imigrantów, co zarazem daje nadzieję ludności z biednych krajów, jak i skutecznie podkopuje pozycję „tubylczych” pracowników najemnych. Uważa natomiast, że – co znów zapewne zszokuje czytelników-lewaków – głównym aktorem i zarazem punktem odniesienia polityki prospołecznej powinno być państwo narodowe, nie zaś mrzonki o „globalnej sprawiedliwości”, gdyż „rząd naszego państwa narodowego będzie w przewidywalnej przyszłości jedynym podmiotem zdolnym do zmiany zakresu egoizmu i sadyzmu, które dotykają Amerykanów”.
Uważa także, iż lewica powinna skupić się na wykorzystaniu istniejących instrumentów działania, jak np. instytucje państwowe, mniejszą wagę przykładać natomiast do rozwiązań istniejących głównie w teorii lub na niewielką skalę, typu „demokracja partycypacyjna” czy „samorządność pracownicza”. Nie dlatego, że jest ich wrogiem, lecz z tego względu, iż czas ucieka, a Amerykanom trzeba namacalnych konkretów, nie zaś intelektualnych fajerwerków i „świetnych pomysłów” – w przeciwnym razie na dobre i na wiele lat wpadną w objęcia populistycznej prawicy. Zamiast obietnic „obalenia kapitalizmu” czy „zniszczenia systemu”, zarazem buńczucznych, jak i znamionujących bezsilność, „lewica powinna powrócić do idei stopniowych reform w warunkach gospodarki rynkowej”.
Drugi krok, chyba ważniejszy, bo dotykający fundamentów, polega na tym, że „lewica powinna próbować zmobilizować to, co pozostało z naszej dumy bycia Amerykanami. Powinna poprosić ludzi o to, aby zastanowili się, jak można by osiągnąć kraj na miarę Lincolna i Whitmana”. Bowiem „tylko w ten sposób będzie ona mogła zacząć zawierać sojusze z ludźmi spoza akademii, a szczególnie ze związkami zawodowymi. Amerykanie znajdujący się poza murami świata akademickiego chcą wciąż być patriotami, chcą czuć się cząstką narodu, który może panować nad swym losem i który może uczynić siebie lepszym”.
Czytając książkę Rorty’ego miałem poczucie satysfakcji. Choć dotyczy ona USA, to podobieństwa z Polską są niemal bliźniacze. Również u nas lewica akademicka jest lewicą kulturową, która kwestiami społeczno-ekonomicznymi interesuje się od wielkiego dzwonu, a i wtedy poprzestaje zazwyczaj na ogólnikach o „sprawiedliwości społecznej”, „równych szansach” czy „naśladowaniu krajów skandynawskich”. Zamiast tego drobiazgowo analizuje problemy macierzyńskie lesbijek, „ekonomię feministyczną” i namiętnie dyskutuje o dokonanej przez Žižka interpretacji filmów Hitchcocka. W kwestii stosunku do patriotyzmu jest wręcz żywcem wyjęta z powyższych cytatów ze „Spełniania obietnicy…” – nie ufa ludowym „uniesieniom”, boi się ich jako zaczynu wybuchu ciemnych sił, a narracji, która mogłaby porwać serca, przeciwstawia chłodny, technokratyczny bełkot o zbawieniu przez brukselskich biurokratów. Sięganie ku dorobkowi przeszłości traktuje jako domenę prawicy, oddając jej bez walki tego rodzaju atuty, co jest tym bardziej absurdalne, że lewica w Polsce może się pochwalić znacznie bardziej prestiżowymi antenatami, niż np. konserwatywni liberałowie. Podobnie jest w kwestii nadziei i dumy – jeśli ktoś odwołuje się dziś np. do heroicznego mitu powstania warszawskiego (którego istotną część oddziałów bojowych stanowili działacze podziemnej lewicy), jak czynili to przez wiele lat emigracyjni polscy socjaliści, to jest to PiS i okolice. Zaś lewica zarówno postkomunistyczna („Przegląd”), jak i „nowa” („Krytyka Polityczna”) powtarza najbardziej wyświechtane slogany ze szkoły Dmowskiego o „wykrwawianiu się w szaleńczym zrywie, z góry skazanym na niepowodzenie”.
A później całe to towarzystwo jest szczerze zdziwione, że w Polsce de facto nie ma lewicy. I że dla biednych i wykluczonych bardziej wiarygodni okazywali się przez lata Wrzodak, Rydzyk i Kaczyński niż chłopcy w t-shirtach z Che Guevarą i dziewczęta po gender studies, zaczytani w Lacanie, zachwycający się „wyważonym realizmem” prof. Łagowskiego i niezbyt cierpliwie tłumaczący „prostaczkom”, że od patriotyzmu do mordowania Żydów jest tylko malutki krok, więc lepiej tego dżina nie wypuszczać z butelki.
Richard Rorty zmarł w czerwcu roku 2007, nie miał zatem możliwości ujrzenia późniejszej o kilkanaście miesięcy zwycięskiej kampanii prezydenckiej Baracka Obamy. Kampanii, która odwołała się do nadziei i dumy, do najlepszych amerykańskich tradycji postępowych, ale także do ekonomicznych konkretów i stopniowych reform (już częściowo zrealizowanych, jak w przypadku dostępu do służby zdrowia), czyniąc to w sposób prosty i zrozumiały, umiejętnie mobilizując sympatyków wezwaniami do przebudowy kraju wedle własnych marzeń. Można jednak powiedzieć, że doczekał przynajmniej częściowego spełnienia scenariusza ze swojej książki. Obyśmy i my, w Polsce, mieli choć tyle szczęścia.
Remigiusz Okraska
Richard Rorty, Spełnianie obietnicy naszego kraju. Myśl lewicowa w dwudziestowiecznej Ameryce, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2010, przekład Andrzej Karalus i Andrzej Szahaj.
Powyższa recenzja pierwotnie ukazała się w piśmie „Obywatel” nr 51, jesienią 2010 roku.
przez redakcja | środa 8 czerwca 2022 | aktualności
Jak informuje pulshr.pl, do odczuwania stresu każdego dnia przyznaje się aż 67 proc. pracowników. Firma ADP przeprowadziła wśród blisko 33 tys. pracowników z 17 krajów na całym świecie cykliczne badanie „People at Work 2022: A Global Workforce View”. Sprawdziła w nim, jak często i z jakiego powodu ankietowani doświadczają stresu w pracy. Dwa główne powody to zwiększona odpowiedzialność będąca skutkiem pandemii oraz długość dnia pracy.
Pandemia, obawa o zdrowie swoje i najbliższych czy niepewna sytuacja na rynku pracy to codzienność, z którą przez dwa lata mierzyli się pracownicy na całym świecie. Z ubiegłorocznej edycji raportu wynika, że w 2020 r. stresu w pracy – przynajmniej raz w tygodniu – w skali globalnej doświadczało aż 62 proc. pracowników. Według najnowszych danych obecnie wskaźnik ten zwiększył się o 5 pkt. proc. i wynosi 67 proc.
Przygnębienie, smutek, rozdrażnienie czy trudności z koncentracją to pierwsze objawy chronicznego stresu u pracowników, na które pracodawcy powinni zwracać szczególną uwagę. To często są pierwsze sygnały związane ze złym samopoczuciem zatrudnionych, spowodowanym nagromadzeniem się stresu w pracy i nie należy ich lekceważyć.
Z danych ADP wynika, że blisko co trzeci Polak (26,85) twierdzi, iż to właśnie nadmierna odpowiedzialność zawodowa sprawia, że żyje w stresie, zaś 23,81 proc. polskich pracowników przyznaje, że wpływ na odczuwany stres ma także długość jego dnia w pracy. Należy jednak pamiętać, że długotrwały stres powoduje spadek produktywności zatrudnianych osób, a w konsekwencji pojawia się chroniczne zmęczenie, które może doprowadzić do wypalenia zawodowego czy depresji.
przez redakcja | poniedziałek 6 czerwca 2022 | aktualności
6 czerwca rozpoczął się już od dawna zapowiadany strajk pracowników spółki Altrad Mostostal, który produkuje rusztowania i szalunki. W Siedlcach pracownicy nie przystąpili do pracy.
Jak informuje portal warszawawpigulce.pl, w poniedziałek o godzinie 6:00 rano w Siedlcach pracownicy firmy produkującej rusztowania i szalunki odmówili wykonywania swojej pracy. To efekt strajku, który Mostostal zapowiadał od wielu tygodni.
Związkowcy z „Solidarności” w Altrad Mostostal strajkują, ponieważ oczekują podwyżki w wysokości 750 złotych miesięcznie. Większość z pracowników zarabia najniższa krajową, inni zaledwie 4 tysiące brutto. A podwyżek jak nie było, tak nie ma.
Pracownicy pojawili się przed siedzibą firmy. Od rana w rękach trzymają transparenty i megafony, przez które wygłaszają hasła. Oczekują podjęcia rozmów na temat wysokości wynagrodzenia.
przez redakcja | niedziela 5 czerwca 2022 | aktualności
Aż 88 proc. pracowników, którzy pracowali zdalnie uważa, że w dalszym ciągu chcieliby wykonywać taką pracę – przynajmniej na część etatu w wybrane dni tygodnia pracować w domu. Niestety istnieją także negatywne skutki pracy zdalnej.
Jak informuje portal biznes.interia.pl, mamy elastyczny czas pracy, możliwości łączenia zadań zawodowych z czynnościami w domu, nie tracimy tyle czasu na dojazdy, ale z drugiej strony stanowiska pracy zdalnej często nie są ergonomiczne. Nie mamy swojego biurka, ponad 1/3 pracowników mówi, że musi dzielić stanowisko pracy czy miejsce pracy z innymi domownikami. Wynikają z tego trudności jeśli chodzi o organizację pracy, stanowiska pracy, możliwość dostosowania wysokości monitora, krzesła – tak, żeby pracowało nam się wygodnie. W związku z tym wielu pracowników, którzy pracują zdalnie, doświadcza dolegliwości fizycznych.
Główna grupa dolegliwości to dolegliwości kręgosłupa w odcinku szyjnym oraz w odcinku lędźwiowo-krzyżowym. Większość pracowników zdalnych pracuje przy laptopie. Laptop ustawiany jest najczęściej bezpośrednio na biurku, czyli zbyt nisko, więc pracownicy pochylają głowy. Najczęściej blat biurka nie jest regulowany, czyli nie jest na odpowiedniej wysokości względem pracownika.
przez redakcja | sobota 4 czerwca 2022 | aktualności
Ukazał się nowy numer naszego pisma! To już 89 numer w jego dziejach. Tym razem głównym tematem numeru jest „Chamofobia” – jak elity i media są przeciwko zwykłym ludziom.
Więcej szczegółów, czyli spis treści i możliwość zakupu, znajdziecie tutaj:
Nowy Obywatel nr 89
Wersja papierowa do kupienia w Empikach w całym kraju, a u nas wersje papierowa i cyfrowa prosto do waszych skrzynek na listy lub skrzynek e-mailowych. 150 stron ciekawej lektury za jedyne 18 zł (wersja papierowa) lub 9 zł (wersja cyfrowa). A jeszcze taniej w prenumeracie!
Zapraszamy do lektury!
przez redakcja | piątek 3 czerwca 2022 | aktualności
Pociągami PKP Intercity podróżowało w maju tego roku o 28 proc. pasażerów więcej niż w maju ostatniego roku przed pandemią (2019 r). Na rekordowy wynik duży wpływ miało wprowadzenie m.in. oferty Promo do pociągów kategorii ekonomicznych. Od tego momentu w każdym tygodniu pociągami PKP Intercity podróżuje ponad milion osób.
Jak informuje Portal Samorządowy, pierwsze tygodnie funkcjonowania oferty Promo w pociągach IC i TLK pokazują, że kolej przyciąga coraz więcej podróżnych. W ramach oferty bilety na liczącą kilkaset kilometrów trasę można kupuć nawet za kilkanaście złotych.
37 proc. Polaków ma już zaplanowany urlop i letni wyjazd. Niemal tyle samo (36,5 proc.) nie ma jeszcze konkretnych planów, ale chce gdzieś pojechać.Wynika badania wskazały, że spośród tych Polaków, którzy planują podróżować, 85 proc. zamierza odwiedzić najpopularniejsze polskie destynacje turystyczne – morze, Mazury, góry lub duże miasta. Numerem jeden wśród wakacyjnych kierunków podróży będzie morze, dokąd wybiera się 35,5 proc. badanych. Miejmy nadzieję, że wielu z nich wybierze kolej.
Wynik z 2019 r. został także poprawiony za okres styczeń – maj. Od początku tego roku z usług PKP Intercity skorzystało już ponad 20,1 mln pasażerów. To o 8 proc. lepszy wynik niż w analogicznym okresie ostatniego roku przed pandemią.
przez redakcja | czwartek 2 czerwca 2022 | aktualności
Zakładowa Organizacja Koordynacyjna Związku Zawodowego Górników w Polsce Polskiej Grupy Górniczej wystosowała pismo do prezesa spółki. Związkowcy wskazują w nim na problem braku pracowników, z którym borykają się kopalnie.
O sprawie pisze portal wnp.pl. W związku z notorycznym i pogłębiającym się brakiem pracowników w kopalniach spółki, zwracamy się do pana prezesa o zainicjowanie i rozpoczęcie działań poprawiających tę sytuację. Dokładnie rok temu pismem z dnia 1 czerwca sygnalizowaliśmy jak wygląda sytuacja zatrudnieniowa w oddziałach wydobywczych oraz robót przygotowawczych i zaproponowaliśmy doraźne rozwiązanie w postaci alokacji pracowników. Niestety problem ten nie został wówczas rozwiązany i obecnie dotyczy już każdego działu i każdej komórki organizacyjnej – podkreślono w piśmie, pod którym podpisał się Sebastian Czogała, przewodniczący ZOK Związku Zawodowego Górników w Polsce w Polskiej Grupie Górniczej.
Zdaniem związkowców problem braku pracowników, przy jednoczesnej rosnącej presji na zwiększenie wydobycia, może przekładać się na zwiększenie ryzyka wypadkowego.
Obłożenia stanowisk pracy, terminowość przeprowadzania kontroli bieżących i okresowych urządzeń są jasno określone w przepisach górniczych i bezwzględnie powinny być realizowane. Niedopuszczalnym i nieakceptowalnym dla nas jest jakakolwiek droga na skróty, np. zmniejszenie liczby pracowników w ścianie i fedrowanie na jedną wnękę. Wszystko to w połączeniu z rosnącą presją wydobycia nie służy utrzymaniu i poprawie bezpieczeństwa załóg, a w naszej opinii zwiększa ryzyko wypadkowe – zaznaczono w piśmie.
„Żądamy więc pilnego spotkania zarządu ze stroną społeczną w celu rozwiązania powyższych problemów” – apelują związkowcy.
przez redakcja | środa 1 czerwca 2022 | aktualności
Czy solidarność mamy we krwi? Dlaczego Polacy tak chętnie pomagają uchodźcom
z Ukrainy? Czy programista wyjeżdżający za granicę w poszukiwaniu lepszego wynagrodzenia jest patriotą? 9 czerwca o godzinie 17:00 Centrum Myśli Jana Pawła II wraz z Muzeum Mt 5,14 – Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego w Warszawie zapraszają na debatę „JEDNI DRUGICH…”. To kolejne spotkanie w ramach projektu „DWA KOLORY – MIĘDZY BUNTEM A POSŁUSZEŃSTWEM”, podczas którego organizatorzy zachęcają do refleksji nad współczesnymi obliczami patriotyzmu. Zapraszamy do rejestracji na wydarzenie, dyskusji i zwiedzenia muzeum!
Tym razem dyskutanci pochylą się szczególnie nad aspektem społecznym i ekonomicznym patriotyzmu, a punktem wyjścia do rozmowy będzie rocznica homilii Jana Pawła II na gdańskim osiedlu Zaspa.
Zaproszenie do dyskusji przyjęli Agnieszka Romaszewska-Guzy (dyrektor Biełsat TV), prof. Ryszard Bugaj (Instytut Nauk Ekonomicznych PAN), prof. Paweł Kowal (poseł na Sejm RP, Instytut Studiów Politycznych PAN), prof. Paweł Skibiński (Wydział Historii UW). Debatę poprowadzi: dr hab. Michał Łuczewski, Wydział Socjologii UW.
Debata odbędzie się w Mt 5,14 – Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego, ul. Prymasa Augusta Hlonda 1. Przed debatą uczestnicy mogą skorzystać ze specjalnego oprowadzenia po ekspozycji – zgłoszenia przyjmowane są za pomocą formularza.
Formularz rejestracyjny znajduje się na stronie: https://www.centrumjp2.pl/debata-jedni-drugich-dwa-kolory/
Link do transmisji wydarzenia: https://www.youtube.com/watch?v=VkQZbP86guw
przez redakcja | środa 1 czerwca 2022 | aktualności
W najbliższym czasie szykuje się lawina zmian w Kodeksie pracy. Do 2 sierpnia 2022 r. powinny wejść w życie zapisy unijnej dyrektywy work–life balance. Jej celem jest wyrównywanie szans kobiet na rynku pracy poprzez promowanie partnerskiego modelu rodziny. Czekają nas także zmiany dotyczące pracy zdalnej i kontroli trzeźwości w pracy.
Jak informuje pulshr.pl, zróżnicowanie wskaźnika zatrudnienia ze względu na płeć wzrasta wraz z liczbą dzieci w rodzinie. Współczynnik zatrudnienia bezdzietnych kobiet wynosi 66 proc. w porównaniu do 74 proc. dla mężczyzn. W rodzinach z co najmniej trójką dzieci współczynnik zatrudnienia kobiet spada do 57 proc. dla kobiet w porównaniu z 85 proc. dla mężczyzn.Projekt nowelizacji kodeksu pracy przewiduje m.in. płatne zwolnienie od pracy w wymiarze 2 dni lub 16 godzin w roku kalendarzowym z powodu działania siły wyższej w pilnych sprawach rodzinnych spowodowanych chorobą lub wypadkiem, jeżeli konieczna jest natychmiastowa obecność pracownika.
Za okres zwolnienia pracownik otrzyma 50 proc. wynagrodzenia obliczanego jak wynagrodzenie za czas urlopu wypoczynkowego. Wniosek o udzielenie zwolnienia pracownik będzie mógł zgłosić najpóźniej w dniu korzystania ze zwolnienia.
– Jest to pewna analogia do urlopu na żądanie, jednak co istotne, zwolnienie takie ma nie zmniejszać puli dni urlopowych.
Kolejną nowością w Kodeksie pracy ma być nieodpłatny urlop opiekuńczy w wymiarze do 5 dni w roku kalendarzowym przysługujący w celu zapewnienia osobistej opieki lub wsparcia osobie będącej członkiem rodziny lub zamieszkującej w tym samym gospodarstwie domowym, która wymaga znacznej opieki lub znacznego wsparcia z poważnych względów medycznych.
Projekt Kodeksu zakłada także wydłużenie wymiaru urlopu rodzicielskiego. Nowy dłuższy urlop rodzicielski będzie przysługiwał w wymiarze do 41 tygodni, a w przypadku porodu mnogiego do 43 tygodni, przy czym każdemu z rodziców będzie przysługiwało wyłączne prawo do 9 tygodni urlopu rodzicielskiego. Prawa tego nie będzie można przenieść na drugiego z rodziców dziecka.
Zmianie ulegnie także zasiłek macierzyński za okres urlopu rodzicielskiego. Projekt przewiduje, że zasadniczo za okres urlopu rodzicielskiego zasiłek macierzyński będzie wynosił 70 proc. podstawy wymiaru zasiłku.
Projekt zakłada także prawo rodziców dziecka do lat 8 do wnioskowania o bardziej elastyczną organizację pracy i ochronę przed niekorzystnym traktowaniem z powodu korzystania przez pracownika z uprawnień przysługujących na podstawie przepisów Kodeksu pracy.
Zgodnie z zaproponowanym projektem zasady pracy zdalnej mają być określone w porozumieniu zawartym ze związkami zawodowymi, a jeżeli nie dojdzie do zawarcia porozumienia albo u danego pracodawcy nie działają zakładowe organizacje związkowe, w wewnętrznym regulaminie zakładu pracy, odpowiednio z uwzględnieniem ustaleń ze związkami albo po konsultacji z przedstawicielami pracowników.
Według propozycji pracodawca co do zasady nie będzie mógł odmówić pracy zdalnej m.in. rodzicom, którzy wychowują dziecko do 4. roku życia, rodzicom i opiekunom, którzy opiekują się osobą z niepełnosprawnością w rodzinie i kobietom w ciąży.
przez Stefan Paweł Załęski | środa 1 czerwca 2022 | opinie
Ocieplanie się klimatu i katastrofa klimatyczna wywołane są przez stałą i długotrwałą emisję gazów cieplarnianych, głównie dwutlenku węgla. Dość powszechnie uwaga mediów i publiczności skupia się na środkach transportu jako głównych winnych tego stanu rzeczy. To błąd. Myli się przy tym ze sobą dwa zjawiska: zanieczyszczenie powietrza i emisję gazów cieplarnianych.
Za zanieczyszczenie powietrza szkodliwymi związkami odpowiedzialny jest rzeczywiście głównie transport, obok przemysłu. Transport, zwłaszcza samochodowy jest jednak bardzo widoczny, zwłaszcza dla wielkomiejskiej klasy średniej. Powiązanie transportu z emisją gazów cieplarnianych jest efektem aspiracji konsumpcyjnych tej klasy. Jest to błąd percepcji połączony z brakiem wiedzy na temat zanieczyszczeń i gazów cieplarnianych.
Spaliny samochodowe i samolotowe zawierają całą masę szkodliwych substancji i posiadają bardzo negatywny wpływ na zdrowie. Transport jednak jest odpowiedzialny za znacznie mniejszą emisję gazów cieplarnianych, niż się powszechnie sądzi. W ciągu ostatnich 60 lat wygląda to dość stabilnie i sytuuje się w okolicach 20% globalnej emisji CO2 (przy jej jednoczesnym 2,5-krotnym wzroście). W efekcie pandemicznego lockdownu w 2020 r. znacznie spadło zanieczyszczenie powietrza, w niektórych miastach wręcz spektakularnie, ale globalna emisja gazów cieplarnianych tylko o 8%.
Wodorowe i elektryczne auta zmniejszą zanieczyszczenie powietrza w centrach miast, ale same z siebie niewiele zmniejszą emisję gazów cieplarnianych. To stanie się możliwe wyłącznie dzięki zmianie sposobu produkcji energii elektrycznej, potrzebnej także do wytwarzania wodoru.
Porównanie emisji zanieczyszczeń (jak i gazów cieplarnianych) przez właściciela prywatnego odrzutowca latającego kilka razy w miesiącu w różne rejony świata z właścicielem starego zdezelowanego diesla dojeżdżającego codziennie do pracy w centrum miasta – wypada zdecydowanie na korzyść tego drugiego. Zrzucanie odpowiedzialności za katastrofę klimatyczną na stare samochody stanowi propagandowe umniejszanie skutków zachowań i konsumpcji wielkomiejskiej klasy średniej, której udział w ociepleniu klimatu ma zupełnie inny charakter.
Znacznie większy wkład w emisję gazów cieplarnianych ma wytwarzanie energii. Jest ona, pomijając przemysł, wykorzystywana przede wszystkim na potrzeby ogrzewania oraz klimatyzowania (ochładzania) pomieszczeń, w których przebywają ludzie, pracując bądź odpoczywając: biur, sklepów, restauracji, fabryk, magazynów, hal sportowych, basenów, szkół i uczelni, bibliotek, muzeów, galerii, studiów filmowych i telewizyjnych, sal koncertowych, klubów, świątyń, hoteli, mieszkań, domów, willi, rezydencji, dworów, pałaców. Lista jest długa. Jednak jej cechą charakterystyczną jest wysoka konsumpcja osób zamożnych.
Jest ona mało widoczna, bo większość obywateli nie ma dostępu do przestrzeni, w których przebywają bogaci. Jest zatem mało uświadamiana. Luksusowe biura, sklepy, rezydencje nie znajdują się pod publicznym oglądem. A to tam, w metrażach i kubaturach, należy doszukiwać się nadmiernej emisji gazów cieplarnianych. Nieruchomości są też głównym zasobem inwestycyjnym klasy średniej, a aktywizm jej przedstawicieli kończy się zazwyczaj na ich strefie komfortu. Ogrzewanie i klimatyzacja należących do nich kubatur stanowi zatem społeczne tabu.
Nietrudno zauważyć, że gwałtowny przyrost emisji gazów cieplarnianych nastąpił po II wojnie światowej, gdy rozpowszechniły się klimatyzatory pozwalając m.in. na masowe zasiedlenie Słonecznego Pasa (Sun Belt) południowych stanów Ameryki Północnej i przyrost populacji w krajach globalnego południa. Od 1960 r. notujemy prawie czterokrotny wzrost odsetka emisji CO2 przy wytwarzaniu energii elektrycznej oraz cieplnej i jednocześnie spadek udziału emisji emitowanych przez przemysł o 1/3 (przy dwu i pół krotnym wzroście globalnej emisji). Ubodzy jednak nie używają klimatyzatorów, lecz co najwyżej wiatraczków.
Luksusowe super-jachty należałoby w tej perspektywie zaliczyć raczej do kategorii (pływających) rezydencji niż środków transportu, bowiem większość energii zużywanej przez nie dotyczy klimatyzacji i ogrzewania, a nie przemieszczania się. Podobnie jest w przypadku statków wycieczkowych, które należałoby klasyfikować jako pływające hotele. Ich błędna kategoryzacja zawyża statystyki emisyjne środków transportu. W przeciwieństwie do nich, statki kontenerowe, gdzie nie zużywa się energii na klimatyzację, są najbardziej ekologicznym środkiem transportu.
Dobrym przykładem wkładu ogrzewania tylko w statystyki emisji CO2 jest Polska, gdzie często podnosi się argument, że obecna emisja CO2 jest mniejsza niż za czasów PRL, przypisując to redukcji przemysłu. Znacznie bardziej istotna była zamiana wszechobecnych kotłowni i pieców węglowych na gazowe. W dalszym ciągu jest to jednak rozwiązanie oparte o spalanie paliw kopalnych. W tym kontekście rozwiązania typu miejska sieć ciepłownicza, tzw. centralne ogrzewanie, także są już przeżytkiem, gdyż ich działanie oparte jest w całości na spalaniu paliw kopalnych. Podłączanie kolejnych budynków do sieci grzewczych jest zatem dyskusyjne – w niedalekiej przyszłości wszyscy będziemy musieli ogrzewać się za pomocą „zielonej” energii, głównie przy zastosowaniu tzw. pomp ciepła. Czeka nas swoista nowa fala elektryfikacji. Zamiast nowych podłączeń do sieci ciepłowniczej zasilanej paliwami kopalnianymi należałoby przede wszystkim prowadzić projekty ocieplania budynków, zwłaszcza starych, jak np. prowadzi to uznawana za jedną z bardziej radykalnych organizacji Insulate Britain.
Duża część winy leży po stronie architektów, którzy dzięki klimatyzacji przestali projektować budynki dostosowane do klimatu. Przeszklone wieżowce i hale zużywające tyle prądu, co całe miejscowości, stały się normą. Czas zmienić rozwiązania architektoniczne. Pompy ciepła, wymienniki ciepła, rekuperatory, ocienienia, a przede wszystkim szczelna izolacja – są dostępnymi obecnie rozwiązaniami technicznymi.
W przypadku produkcji energii kluczowe są inwestycje w jej ekologiczną produkcję – wiatrową, słoneczną, wodną czy geotermalną. Stanowi to główną propozycję tzw. zmian technologicznych od strony podaży, produkcji. Sporo w tej kwestii można oczekiwać od rozwoju technologii rozpadu oraz syntezy jądrowej. Z pomocą mogą przyjść podatki majątkowe od posiadanych bądź zużywanych zasobów. Podstawowym mechanizmem, który należałoby rozbudować, są opłaty emisyjne. Są one w istocie podatkiem majątkowym od ilości wyprodukowanego i wyemitowanego dwutlenku węgla, a z drugiej strony patrząc – podatkiem od zasobów zużytego tlenu. Należy podkreślić potrzebę objęcia tymi opłatami biomasy, zwłaszcza pochodzącej z drewna, co jest główną przyczyną obecnej globalnej fali masowego wycinania drzew i lasów, które idą po prostu „do pieca”. Podobnymi opłatami emisyjnymi powinna być też objęta przemysłowa hodowla zwierząt, emitująca dużo metanu.
Z działań po stronie konsumpcji, jako sposób jej obniżenia, należy podkreślić termiczną izolację (tzw. ocieplanie) budynków. Powinna ona być priorytetem także w krajach gorącego klimatu, gdzie występuje zjawisko sprzężenia zwrotnego: im wyższe temperatury otoczenia, tym więcej energii zużywać będą klimatyzatory. I więcej CO2 produkować. W ramach izolowania budynków pamiętać należy o zastosowaniu w nich odpowiednich okien i szyb. Obecnie na to powinny być głównie kierowane publiczne subsydia dla odbiorców indywidualnych. Z drugiej strony, za pomocą progresywnych podatków majątkowych, zwłaszcza od budynków komercyjnych, należałoby ograniczyć konsumpcję energii przez osoby nadmiernie bogate – co pozwala uznać podatki majątkowe w istocie za podatki konsumpcyjne.
Po stronie rozwiązań w walce z katastrofą klimatyczną mamy zatem trzy główne: bezemisyjna produkcja znacznie większej ilości energii elektrycznej, ocieplanie budynków oraz opodatkowanie nadmiernej konsumpcji zasobów przez osoby zbyt bogate.
Stefan Paweł Załęski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. S. Hermann & F. Richter from Pixabay
przez redakcja | wtorek 31 maja 2022 | aktualności
W niedzielę na rynku w Zbąszyniu miała miejsce pikieta pracowników IKEA Industry Oddział West w Zbąszynku.
Jak informuje OPZZ na swojej stronie internetowej, akcja protestacyjna została zorganizowana przez organizacje zakładowe Związku Zawodowego „Budowlani” oraz NSZZ Solidarność. Pracownicy domagali się od kierownictwa IKEA Industry przystąpienia do rokowań ze związkami zawodowymi w ramach toczącego się od lutego sporu zbiorowego.
Kierownictwo Ikea Industry uważa, że sporu nie ma, choć potwierdziła go Państwowa Inspekcja Pracy. W proteście uczestniczyło kilkaset osób, w tym także delegacje z IKEA Industry w Lubawie i Stepnicy.
Związkowy domagają się:
– podwyżki płac (godzinowych stawek zaszeregowania o 4,76 zł na godz., miesięcznych stawek zaszeregowania o 800 zł);
– dodatku do wynagrodzenia za wysługę lat, wypłacanego co miesiąc za każde przepracowane 5 lat w IKEA Industry Oddział West w Zbąszynku w wysokości 10% minimalnego wynagrodzenia;
– wolnych niedziel, tak aby tydzień pracy rozpoczynał się od godz. 6:00 w poniedziałek.
(Zdjęcie pochodzi ze strony opzz.org.pl).
przez Remigiusz Okraska | niedziela 29 maja 2022 | Kwartalnik, Wiosna-Lato 2022
Spis treści numeru 89:
Media bez klasy – Kacper Leśniewicz
Jedyną klasą, o której mówiło się w polskich mediach otwarcie (nazywając klasą właśnie), była nowa „klasa średnia”. Mówiono i wciąż mówi się o niej dobrze albo wcale. Negatywnym punktem odniesienia dla przedstawianej w zideologizowany sposób klasy średniej jest zwulgaryzowana klasa niższa, która znalazła się na przeciwstawnym biegunie w kontekście społecznej „przydatności”. Jeśli pojawia się ona w mediach, to przeważnie jako negatywny punkt odniesienia.
Medialne oblicza biedy – z dr hab. Małgorzatą Lisowską-Magdziarz rozmawia Magdalena Okraska
Prawo do szacunku i zainteresowania otrzymują przede wszystkim osoby, które osiągnęły tak zwany sukces, czyli mają odpowiednio wysoki poziom konsumpcji, a jednocześnie konsumują umiejętnie i widowiskowo. Brak dostępu do konsumpcji oraz wiedzy, jak i do czego jej używać, oznacza marginalizację. W mediach biedni automatycznie trafiają na ten margines.
Chamofobia na ekranie. Mieszkańcy wsi jako ofiary swojego stylu życia – dr Michał Rydlewski
To dyskurs zbudowany przez klasę dominującą, która dzięki hegemonii kulturowej utrzymuje władzę, zarządzając po części umysłami i wyobrażeniami samych ofiar, a kiedy te domagają się zwrócenia uwagi na ich problemy, zostają upokorzone. Dotyczy to sporej części ludzi, dla których transformacja ustrojowa nie okazała się bezproblemowym dobrem, w tym mieszkańców wsi, którzy czekają na sprawiedliwy opis swoich praktyk społecznych konfrontowanych z kapitalizmem.
Kogo zabolało disco polo – z Moniką Borys rozmawia Szymon Majewski
Inteligencja pod postacią komentatorów, publicystów, akademików, badaczy, zaczęła obawiać się „nadwidzialności” klas ludowych. W publicystyce z tamtego okresu często pojawia się figura inteligenta, który mówi, że kultura masowa, Polsat, disco polo znajdują się za blisko wytworów „naszej”, ponoć lepszej kultury. Disco polo to kultura pozbawiona kompleksów, czyli czegoś, czego inteligencja wręcz oczekiwała od ludu.
Od underclass do Homo sovieticusa: Czynnik ludzki hamulcem modernizacji – dr Wojciech Woźniak
Cierpienie i deprywacja znacznej części społeczeństwa polskiego były w tej wizji spowodowane rzekomo nie czynnikami strukturalnymi, lecz specyficznym stanem ich umysłów i dusz. Tego rodzaju diagnoza, formułowana przez wybitnych uczonych w pracach naukowych i tysiące razy powielana w mediach, przenika postawy społeczne i nasyca je pewnymi frazesami, użytecznymi i łatwymi w obsłudze, nie tylko uzasadniającymi pewien stan rzeczy, ale także dającymi pewność siebie i satysfakcję z powodu przynależności do „lepszej” części społeczeństwa.
Kibicowski „proletariat” w starciu z systemem – dr hab. Radosław Kossakowski
W opiniach wyrażanych na temat kibiców pojawiały się takie określenia, jak „bandyci”, „łobuzeria”, „dzicz”, „stadionowi bandyci”, „agresywne wyrostki w dresach”, „hordy stadionowe”, „faszyści”, a nawet „terroryści”. W kontekście stygmatyzowania grupy pojawiają się określenia takie, jak „obywatele drugiej kategorii” lub „wyjęci spod prawa”.
Jak programy typu talent show uczą nas akceptacji (wy)zysku – Julia Ledwoch, dr Michał Rydlewski, Zuzanna Sroka
Trzeba się godzić na upokorzenie, bo życie to wojna wszystkich ze wszystkimi, a jedni, mający władzę, mają prawo do poniżania innych – do ich symbolicznej degradacji, która jest przecież realnie odczuwana i przeżywana.
Jak nam wkładano neoliberalizm do głów – dr Tomasz Markiewka
Największym problemem Polski jest wymazywanie z debaty publicznej całych klas. Można się spierać, ile ich jest i jak je nazywać: ludową, niższą, niższą średnią, średnią. Nie zmienia to faktu, że łapie się do nich mnóstwo ludzi – pracujących w handlu, edukacji czy pielęgniarstwie i ratownictwie medycznym – a ich perspektywa jest w debacie publicznej nieobecna.
Okupas: bez dachu nad głową w krzywym zwierciadle mediów – Jan Świątek
Wykorzystuje się półprawdy czy część historii, przekłamuje fakty lub nimi manipuluje, a potem w mediach mówi o ogromnym problemie z okupas. Oczywiście istnieją strony fact-checkingowe, które wyjaśniają drugie dno tych zazwyczaj skomplikowanych historii, ale sprawdzają je tylko ci, którzy chcą dotrzeć do prawdy lub nie wierzą w prostą bajeczkę o dzikich hordach zajmujących mieszkania.
Media, lewica i brak dialogu – z Rafałem Wosiem rozmawia Remigiusz Okraska
Ci sami, którzy najchętniej operują hasłem wolnych mediów, stosują najwięcej sposobów na uciszanie i najwięcej kar za inne myślenie. Przekroczyłem pewne linie, których nie wolno przekraczać. Inteligencja jest skora do ostrego dyscyplinowania swoich ludzi, bo trwa walka o rząd dusz i to właśnie ta walka jest przez nich uważana za dużo większe wyzwanie niż interesy ekonomiczne. Ci, których ja na swojej drodze spotykałem i którzy byli najbardziej skorzy do rozprawiania się z wolnomyślicielami, to byli właśnie przedstawiciele elit opiniotwórczych.
Godność wrzucona do niszczarki – z Kamilem Różalskim rozmawia Magdalena Okraska
Hasło „koniec grzecznej telewizji” nabrało nowego znaczenia. Łamanie prawa pracy, mobbing, wykluczenie zawodowe i inne patologie, których ja, moje koleżanki i koledzy jesteśmy ofiarami – stało się chlebem powszednim w TVN.
Dziennikarska szara rzeczywistość – z Bartoszem Józefiakiem rozmawia Szymon Majewski
To wszystko podkopuje pozycję dziennikarstwa. Dodałbym do tego jeszcze jedną chorobę mediów, którą widziałem w dwóch polskich firmach – Polska Press z kapitałem zagranicznym, ale zarządzanej przez polski management, i w „Wyborczej”. To jest polski model prowadzenia biznesu – zróbmy wszystko jak najtaniej, bo koniec końców to się nam opłaci.
Z Polski rodem: Królestwo Boże na ziemi. Idee społeczno-polityczne mariawityzmu – dr Andrzej Dwojnych, dr hab. Rafał Łętocha
Począwszy od solidaryzmu, mariawiccy teoretycy płynnie przechodzili do zgłaszania kolejnych postulatów. A zatem rozwój gospodarczy oparty na zasadach etyki chrześcijańskiej w miejsce drapieżnego kapitalizmu. Sprzeciw wobec bezmyślnego konsumpcjonizmu. Dbałość o ludzi niezaradnych i biednych. Szacunek dla przyrody. „Demokratyzacja życia kościelnego, czyli przyznanie praw ludowi do udziału w tym życiu”. Zwiększenie roli kobiety w życiu społecznym.
Umysł karmiący. O poezji Kacpra Bartczaka – Paweł Kaczmarski
Rzadko mamy tu do czynienia z emocjami bardzo intensywnymi – tak jak w zestawie prezentowanym w tym numerze „Nowego Obywatela”, gdzie dominują podskórne niepokoje i wrażenie ogólnego przytłoczenia czy zagrożenia, poczucie ciągłego kontaktu z nieznanym i obcym, wrażenie heterogeniczności i nieoczywistości codziennego świata.
Wiersze – Kacper Bartczak
grafik blaszaka
hamburger pad thai
małe astronomie
pożarte o g
olejowej grawitacji
przez Jan Wiktor Świątek | niedziela 29 maja 2022 | Kwartalnik, Wiosna-Lato 2022
O zjawisku okupas słyszał prawie każdy obywatel Hiszpanii lub osoba przebywająca tam dłużej. Coraz częściej mówi się o tym procederze również poza granicami kraju. W polskim internecie także możemy się natknąć na kilka wzmianek. Niestety, nie znalazłem ani jednego materiału tłumaczącego rzetelnie, jak wygląda sytuacja. W Hiszpanii jest nieco lepiej, choć media głównego nurtu często nie zostawiają suchej nitki na osobach zasiedlających puste lokale lub na tych, które stały się ofiarami manipulacji. Chciałbym odczarować ten mit.
1. Okupas – szok, wstyd i bezprawie
„Okupas – wstyd Hiszpanii?”, pyta Justyna en Barcelona na swoim blogu. Czytamy tam o historii, ideologii i praktykach ruchu Okupas. Autorka straszy między innymi tym, że „na przywłaszczeniu cudzych posesji najczęściej cierpią zwykli ludzie, których w danym momencie nie stać na remont i późniejszy wynajem, lub którzy odziedziczyli lokal i mieszkając daleko nie są w stanie się nim zająć”1.
Jeszcze bardziej wstrząsające treści są zamieszczane na innych blogach, na przykład Matka Polka w Hiszpanii. W artykule „Okupas – ciemna strona Hiszpanii” przytacza ona historię, której prawdopodobnie sama nie doświadczyła, a zna tylko z mediów: „Załóżmy, że mieszkamy w Hiszpanii i wyjeżdżamy na jakiś czas np. na wakacje. Kiedy nadchodzi czas powrotu, jadąc do domu, marzymy tylko o prysznicu i własnym łóżku. Spotyka nas jednak niemiła (to chyba mało powiedziane!) niespodzianka. Gdy wkładamy klucz do zamka okazuje się, że został on wymieniony. Nie możemy wejść do własnego mieszkania! […] Wygląda na to, że nasze mieszkanie zostało przejęte przez okupas. Jeśli nie uda nam się pozbyć »nieproszonych gości« na własną rękę lub z pomocą sąsiadów, pozostaje nam złożyć sprawę do sądu i czekać na jej rozpatrzenie nawet kilka miesięcy”2. Dowiadujemy się również, że włamujący ma większe prawa niż właściciel, że jeśli po 48 godzinach nic nie zrobimy, sprawa musi przejść przez sąd i będzie ciągnąć się miesiącami, a nawet że musimy opłacać rachunki, a dzicy lokatorzy będą żyć na nasz koszt. Poznajemy przyczyny tego zjawiska (a raczej opinie blogerki): poza biedą i desperacją, barbarzyńcy decydują się na taki krok z bezczelności i cwaniactwa.
W podobnym tonie pisze również Justyna na swoim blogu wyspiara.pl. Artykuł jest zatytułowany alarmująco: „Okupas – czego się boją Hiszpanie?”. Autorka opisuje nam kolejną szokującą historię: „Wyobraźmy sobie taką sytuację. Wracając w niedzielny wieczór z rodziną z weekendowego wyjazdu nad morze, gdzie mamy drugą posiadłość, zastajemy obcych ludzi na kanapie w salonie, popijających wesoło piwko. To jest włamanie. I wtedy zdecydowanie jedynym i właściwym krokiem jest telefon na numer 112. Jeszcze tego samego dnia problemu powinno nie być. Kłopoty pojawiają się, gdy po włożeniu kluczy do zamku okazuje się, że nasze już nie pasują, a drzwi nikt nie otwiera. Wtedy mamy do czynienia z przejęciem mieszkania […]. Problem polega na tym, że nie możesz tak po prostu kogoś wyrzucić na bruk. Aby na własną rękę wyeksmitować okupas, zobowiązany jesteś do zapewnienia mu innego lokum. Te kuriozalne prawo i jego luki zmieniły życie w piekło wielu obywateli Hiszpanii”3.
Nie tylko na blogach Polek, które mieszkają w Hiszpanii, czytamy o hordach, mafiach i bandach czyhających, aby przejmować mieszkania i wymieniać zamki szanowanych mieszkańców, gdy tylko wyjdą po zakupy, na kawę, wyjadą na weekend lub wakacje. Z portalu forsal.pl dowiadujemy się, że liczba dzikich lokatorów wzrosła aż o 300%4. Z artykułu możemy dowiedzieć się również, że zgodnie z tym, co mówi burmistrzyni Cadrete w regionie Saragossy, Maria Angeles Campillos z prawicowego ugrupowania Partido Popular, codziennie notuje się ponad 40 skarg na nielegalne zamieszkanie, czyli od 10 do 15 tys. przypadków rocznie. Oczywiście znów mowa o prawie stanowiącym, że trzeba coś z tym zrobić w ciągu 48 godzin, bo w przeciwnym razie poczciwy obywatel będzie ciągany po sądach przez lata. Według takich doniesień właściciel musi wszystko opłacać, więc dzicy lokatorzy żyją za darmo, mają mieszkanie i w zasadzie o nic się nie muszą martwić.
W odmętach polskojęzycznego internetu można również natrafić na artykuł Radia Szczecin, który już w tytule oznajmia: „Szokujące zjawisko w Hiszpanii”5. Relację przedstawia publicystka Renata Acosta, specjalistka ds. negocjacji biznesowych, która na stronie wszystkoconajwazniejsze.pl publikuje artykuł o tytule „Nowy wspaniały świat – w budowie. Już bez własności prywatnej” ze zdjęciem czarnoskórego człowieka z dredami złapanego przez policję6. Stwierdza ona, że była naocznym świadkiem tego, jak czarnoskórzy ludzie wymieniali zamek do mieszkania jej sąsiadki, gdyż zobaczyli puste mieszkanie i po prostu się do niego włamali. Dowiadujemy się z artykułu, że przyczyna tego zjawiska sięga kryzysu w Hiszpanii w 2008 r., kiedy to miały miejsce masowe eksmisje. W odpowiedzi na to powstał ruch, który sprzeciwiał się wyrzucaniu ludzi z domów. „Kilka karier politycznych na tym się zbudowało” – stwierdza błyskotliwie Acosta, prawdopodobnie nawiązując między innymi do dzisiejszej burmistrzyni Barcelony, Ady Colau, która była jedną z głównych bojowniczek przeciwko eksmisjom. Oczywiście i tutaj dowiadujemy się, że „wystarczy być nieobecnym przez dwa dni, by zastać swoje mieszkanie zajęte przez obcych. Prawo nie chroni właścicieli lokali, a procesy sądowe ciągną się latami”.
W jeszcze bardziej alarmującym tonie pisze „Najwyższy Czas”, nie pozostawiając suchej nitki na obecnie rządzących, którzy ponoć są odpowiedzialni za taki rozwój wydarzeń: „Rządy lewicy w Hiszpanii i nowe regulacje związane z pandemią koronawirusa doprowadziły do masowego podważania prawa własności. W kraju tym trzykrotnie wzrosło zjawisko bezprawnego zajmowania pustych lokali. Później tacy »skłotersi« są już nie do ruszenia” – czytamy we wstępie7. Po lekturze artykułu Hiszpania jawi się jako kraj bezprawia, gdzie właściciele lokali, a nawet „zwykli” mieszkańcy nie mogą spać spokojnie, gdyż każde wyjście do sklepu czy oddalenie się na więcej niż 48 godzin grozi utratą mienia na długi czas. Oczywiście, żeby uwiarygodnić to zjawisko, autorzy artykułu zamieszczają filmik, na którym, według dziennika, „dzika lokatorka odprawia »z kwitkiem« właściciela mieszkania, które zajęła”. Do tego filmiku wrócę w dalszej części artykułu.
Rzecz jasna, w zdecydowanej większości treści ukazujące się w polskich mediach opierają się na mediach hiszpańskich. Jednak, w odróżnieniu od polskojęzycznego internetu, podejście Hiszpanów do tego zjawiska jest bardziej zrównoważone i możemy w nim znaleźć różne punkty widzenia. Oczywiście wiele tych, które są przeciwne okupas, jest inspiracją dla tekstów tworzonych w Polsce. Szczególnie na rękę jest to pismom w stylu „Najwyższego Czasu”, które mają sposobność do publikowania artykułów ośmieszających lub oczerniających osoby w potrzebie oraz ich prawa, dodając zwykle przy tym antyimigrancką retorykę. Wpisy na blogach z kolei, jak sądzę, wynikają z pobieżnego zapoznania się z tematem na podstawie właśnie takich artykułów, bez wgłębiania się w złożoność problemu.
Poza mediami, newsy o okupas są udostępniane, a czasem nawet fabrykowane przez firmy zajmujące się wyrzucaniem okupas z zajętych przez nich mieszkań (tzw. antiokupas lub desokupas). Część z tych firm założyli byli ochroniarze, zatrudniając m.in. byłych komandosów/bokserów ze środowisk neonazistowskich. Używają metod na granicy prawa, na co mogą wskazywać pozwy wobec tego typu firm, w których zaskarża się je o zastraszanie, nielegalne eksmisje czy pogwałcenie praw podstawowych. Innymi metodami jest m.in. blokowanie wejścia do mieszkania przez pracowników tego typu firm9.
2. Co mówi prawo?
Termin „okupas” pochodzi od lewicowego ruchu protestu przeciwko sytuacji, w której mnóstwo ludzi i rodzin jest pozbawionych dachu nad głową, a jednocześnie istnieją liczne niezamieszkane i nieużywane lokale. To zjawisko nasiliło się w roku 2008. Pomysłem okupas jest zajmowanie pustych lokali bankowych lub należących do funduszy inwestycyjnych, gdzie nikt nie mieszka i których nikt nie używa. W terminologii prawniczej takie zjawisko nazywa się „uzurpacją” (usurpación)10.
Pierwsze i podstawowe nieporozumienie wynika więc z niezrozumienia lub, co gorsza, ze świadomego manipulowania definicjami prawnymi. Wypunktujmy różne sytuacje:
- jeśli intruz wkracza do mieszkania zamieszkanego, jest to uznawane za zajęcie cudzego mienia (hiszp. allanamiento de morada11). Taki czyn jest przestępstwem, a osoba dokonująca włamania może być od razu usunięta z lokalu przez organy ścigania bez nakazu sądowego. „Zamieszkana” nieruchomość to taka, w której są ślady naszego użytkowania. Nie ma przy tym znaczenia, czy użytkujemy dany lokal codziennie, czy jest to nasza wakacyjna rezydencja nad morzem – jeśli tylko zostawiliśmy tam nasze rzeczy osobiste czy użytku codziennego, płacimy rachunki za utrzymanie, a sąsiedzi mogą potwierdzić, że bywamy codziennie lub sporadycznie, wówczas w świetle prawa takie miejsce jest zamieszkane.
- inną sytuacją jest tzw. uzurpacja – przywłaszczenie sobie cudzego lokalu dla własnych celów mieszkalnych12. Żeby można mówić o okupas, musi zajść szereg przesłanek, m.in. lokal musi być niezamieszkany.
To rozróżnienie jest bardzo ważne, bo o ile to drugie zdarza się częściej, o tyle zajmowane są przeważnie nieruchomości pozostawione przez banki lub firmy – bardzo rzadko obiektem faktycznego zainteresowania okupas są puste mieszkania osób prywatnych. Natomiast włamania, jeśli już są, występują w celu kradzieży mienia, a nie zajęcia zamieszkanego mieszkania. Dlaczego? Ponieważ osoby, które chciałyby zająć zamieszkany lokal, w świetle prawa zostają z niego od razu usunięte (policja ma tutaj możliwość zastosowania środków przymusu bezpośredniego), a ponadto grożą im dotkliwe kary (od 6 miesięcy do 4 lat więzienia plus grzywna). Mało kto więc jest tak nierozważny, by z desperacji porywać się na ten krok. Tym bardziej, że pustych lokali, które są własnością banku lub firmy, nadal stoi bardzo dużo.
Innym mitem jest konieczność przeciwdziałania w ciągu 48 godzin, bo w przeciwnym razie takich osób nie da się ruszyć przez długie lata. Nie ma w hiszpańskim prawie wzmianki o działaniu w ciągu 48 godzin w sytuacji, kiedy mówimy o uzurpacji13, natomiast takie mity są korzystne dla firm sprzedających alarmy.
Dla potwierdzenia powyższych stwierdzeń dodam, że w zasadzie wszystkie nieruchomości, do których wtargnięcie uznano za uzurpację, są własnością firm. Organizacja VMS Abogados na swojej stronie podkreśla: „trzeba zaznaczyć, że prawdopodobieństwo, że ktoś zajmie twoją zamieszkaną nieruchomość, jest praktycznie zerowe”14. Większość okupas to osoby w trudnej sytuacji socjoekonomicznej, a ponadto są bezkonfliktowe15. Warto też dodać, że zajmowanie pustych lokali należących do firm jest zjawiskiem mało komfortowym nie tylko dla właściciela nieruchomości, ale także dla osób, które tego dokonują, bowiem żyją w ciągłej niepewności, z ograniczonym dostępem do mediów, w sytuacji ubóstwa16.
3. Zasłona dymna
Wielokrotnie w mediach hiszpańskich, za którymi ślepo powtarzają polskie media czy blogi podróżniczek, czytelnicy są bombardowani wiadomościami o zatrważającej liczbie zajmowanych lokali. W jednym z kanałów telewizyjnych dziennikarz alarmuje, że „praktycznie każdego dnia opowiadamy historie o właścicielach, których mieszkania są »okupowane«17”. Ponadto wiele się słyszy o tym, że zjawisko przybiera na sile. Jak jest w rzeczywistości?
Według Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w 2013 r. było 1669 zgłoszeń o „usurpaciones”, czyli skłotowaniu, 6028 w 2018 r., a w 2019 r. było ich 14621. W pierwszym semestrze 2020 r. naliczono ich 7450 w stosunku do 7093 z tego samego okresu z poprzedniego roku18. Jak widzimy, szczególnie duży przyrost był między rokiem 2013 a 2018, dość znaczny między 2018 a 2019 r., ale już między ostatnimi dwoma badanymi latami stosunkowo niewielki. Dodajmy przy tym, że są to statystyki dla całej, prawie 50-milionowej Hiszpanii.
Innym źródłem danych na temat okupas jest raport Instytutu Cerdà, badającego to zjawisko. Otóż zajmowanych mieszkań określonych jako okupas było w 2017 r. w Hiszpanii 87 500, w stosunku do 3,4 mln pustych mieszkań w całym kraju. Ta liczba wzrosła w 2018 r. do 100 00019.
Alejandra Jacinto, adwokatka z Platformy Poszkodowanych przez Kredyty Hipoteczne (Plataforma de Afectados por la Hipoteca – PAH), stwierdza, że całe larum podniesione przy okazji zjawiska zajmowania pustych lokali jest zasłoną dymną przykrywającą prawdziwy problem, jakim jest brak dostępu do mieszkań socjalnych20. Inna członkini PAH, Lucía Delgado z Barcelony, uważa, że w dzielnicach, gdzie jest najwięcej przypadków skłotowania, doszło też do największych wzrostów cen, co prowadzi do konkluzji, że ludzie skłotują nie dlatego, że chcą, lecz ponieważ muszą gdzieś mieszkać21. Dodaje przy tym, że wraz ze skutkami pandemii sytuacja tylko się pogorszy, ponieważ zamiast widzieć skłotowanie jako konsekwencję braku polityki mieszkaniowej i zmierzyć się z tym problemem, władze wolą karać tych, co zawsze – ludzi, którzy nie mają gdzie mieszkać i za co żyć. Dodaje ona, że przy zbliżającym się kryzysie ekonomicznym, kolejna fala ludzi nie będzie w stanie zapłacić czynszu lub kredytu. W ten kontekst wpisuje się najnowsza medialna i polityczna kampania przeciwko osobom, które skłotują. Ta kampania tylko wznieca jeszcze bardziej walkę pomiędzy przedostatnimi a ostatnimi: bardzo biednymi i najbiedniejszymi.
4. Fakty i mity
W polskich mediach, jak wspomniałem, krążą opowieści rodem niemalże z postapokaliptycznego filmu o grasujących hordach wdzierających się do mieszkań, gdy tylko prawowity obywatel wyjdzie na zakupy lub odwiedzi babcię w szpitalu. O ile w Polsce słyszy się tylko echa i strzępki informacji, w Hiszpanii takich wieści jest prawdziwy zalew. Można dojść do wniosku, że w zasadzie nie da się ruszyć z mieszkania, bo ktoś czyha za rogiem z łomem i włamie się, gdy pójdziesz po papierosy lub na spacer z psem, a potem od razu wymieni zamki w drzwiach.
Prawdopodobnie przyjrzenie się wszystkim przypadkom z takich mitów i dojście do prawdy byłoby tak samo, albo może i bardziej pracochłonne, jak odmitologizowanie innych tego typu fake newsów w internecie. Przytoczę więc tylko dwie takie historie, opierając się oczywiście na hiszpańskich źródłach. Oddają one ogólny trend tego, jak zjawisko okupas jest przedstawiane w mediach, kto na tym zyskuje, kto jest manipulowany, a kogo tak naprawdę niszczą i komu rujnują życie.
„Dzika lokatorka odprawia z kwitkiem właściciela mieszkania, które zajęła”. Wspomniana historia jest przytaczana przez „Najwyższy Czas”. Gdy oglądamy film, niezależnie, czy znamy hiszpański, czy nie, możemy dojść do prostego wniosku: kobieta wprowadziła się do czyjegoś mieszkania, jacyś ludzie – prawdopodobnie prawowici właściciele – próbują grzecznie ją z niego wyprosić, a ona straszy prawnikiem. Można byłoby sądzić, że sytuacja to szczyt bezczelności i chamstwa, a nade wszystko bezprawia. Nie tylko rzadko który polski czytelnik (a tym bardziej czytelnik „Najwyższego Czasu”) sięgnie do źródeł tej historii, ale rzadko kiedy robi to także Hiszpan. A szkoda, bo jest bardziej skomplikowana niż to, co widzimy na filmie.
Jeśli trochę poszukamy w internecie, dotrzemy do wywiadu kanału telewizyjnego „El cuatro” z kobietą, Desiré, która jest bohaterką filmiku22. Przyjrzyjmy się historii opowiedzianej przez samą Desiré. Rodzina z trójką dzieci, w której rodzice zajmowali się wcześniej handlem obwoźnym i w ten sposób zarabiali na utrzymanie, straciła środki do życia w trakcie pandemii i lockdownu. Ponieważ nie mieli gdzie mieszkać, zajęli pustostan niezamieszkany od 2013 roku. Pomoc społeczna wiedziała o tej sytuacji, a jednak nie pomogła w żaden sposób, choćby oferując legalne mieszkanie socjalne. Desiré pomogła owej rodzinie poprzez kontakt z prawnikiem, aby wyjaśnić sytuację prawną. Prawnik powiedział im, że mogą zostać w mieszkaniu do czasu, kiedy pojawi się prawowity właściciel – jeśli to nastąpi, muszą opuścić nieruchomość. Jednak do tego czasu mogą tam pozostać, bo co innego mogą zrobić w trakcie kwarantanny?
Pojawiają się faktycznie jacyś ludzie, którzy chcą wyrzucić rodzinę, ale okazuje się, że nie są oni właścicielami mieszkania, lecz członkami rady mieszkańców. Desiré odsyła ich do prawnika, który jest zaangażowany w pomoc skłotującej rodzinie. Po feralnej rozmowie z przedstawicielami rady mieszkańców film trafia do internetu i zaczyna się prawdziwy festiwal hejtu wobec Desiré i jej bliskich. Natomiast okupująca rodzina nie zostaje w lokalu długo i wynosi się, bo nie mogła znieść nagonki ze strony sąsiadów: musieli się jako rodzina rozdzielić, aby zamieszkać u różnych osób, które zgodziły się przyjąć ich pod swój dach. Desiré dodaje przy tym, że nie jest i nigdy nie była skłotersem, że ma umowę najmu tam, gdzie mieszka, a teraz ona, jej rodzina i przyjaciele doświadczają fali hejtu w internecie.
Jak widać, w sieci krążą kłamstwa i manipulacje w całej tej historii. Przypatrzmy się, co zostało wypaczone i zestawmy to z wersją Desiré:
- osoby rozmawiające z kobietą nie są właścicielami mieszkania, lecz przedstawicielami rady mieszkańców,
- kobieta, Desiré, nie jest „dziką lokatorką”, lecz osobą która pomogła rodzinie z trójką dzieci nawiązać kontakt z prawnikiem,
- ta rodzina zajęła w trakcie pandemii pustostan nieużywany od 2013 r. Mieszkali tam jednak tylko przez krótki czas, ponieważ nie mogli wytrzymać nękania ze strony sąsiadów. Musieli się rozdzielić i zamieszkać w różnych miejscach. Zamieszkali osobno u różnych osób, które zgodziły się ich przyjąć pod swój dach,
- Desiré nie jest „okupas”, czyli skłotersem, więcej: sama podkreśla, że nie popiera skłotowania i że trzeba bronić własności prywatnej! Natomiast teraz sama ona i jej rodzina oraz przyjaciele doświadczają ogromnego nękania w sieciach społecznościowych, jest zaszczuta, a to doprowadza ją na skraj załamania nerwowego.
Ukazuje nam się zupełnie inny obraz Hiszpanii. Obraz kraju, gdzie rodzina, której wiedzie się gorzej, nie może liczyć na pomoc ze strony państwa, a gdy znajdą niezamieszkany dach nad głową, natychmiast stają się wrogami sąsiadów, dla których ważniejsze jest to, że nie mają legalnego tytułu do zamieszkania niż to, że nie mają gdzie mieszkać. Mamy też wirtualny świat hejterów i ludzi pozbawionych całkowicie empatii i zrozumienia nie tylko dla rodziny skłotującej, ale też dla kogoś, kto chciał pomóc osobom w podbramkowej sytuacji. Jest to sytuacja trudna dla wielu grup: sąsiedzi są wściekli, rodzina w sytuacji ubóstwa bez dachu nad głową i rozbita, kobieta, która chciała pomóc, znajduje się na skraju załamania nerwowego, jest także wściekła i nienawistna publika internetowa. Skoro tak, to kto na tym zyskuje?
Warto też dodać, że oczywiście skłotowanie, czyli zajmowanie czyjejś nieruchomości, nawet nieużytkowanej, jest niezgodne z prawem (choć, jak wskazałem, nie karane aż tak surowo, jak wtargnięcie do nieruchomości zamieszkałej). Jednak mówimy o sytuacji, w której na taki krok decydują się przeważnie ludzie praktycznie bez środków do życia. Państwo, które w tym momencie powinno przyjść z pomocą, zawodzi. Zatem de facto niezgodność działania zgodnie z prawem, już nie mówiąc o moralności czy etyce, zaczyna się w momencie niewywiązywania się przez państwo z obowiązków świadczenia usług publicznych na rzecz obywateli. Obywatele tacy stają pod ścianą, a decydują się na desperacki krok zajmowania pustostanów, żeby uniknąć życia na ulicy, które jest jeszcze trudniejsze, kiedy ma się dzieci (zresztą wtedy istnieje ryzyko, że dzieci zostaną odseparowane od rodziców). I jakby tyle przeciwności losu nie wystarczało, dostaje im się jeszcze dodatkowo od społeczeństwa – a to od sąsiadów, a to od hejterów w internecie. Jeśli więc mówimy o jakimkolwiek barbarzyństwie – to najpierw o tym, w jaki sposób państwo traktuje obywateli, a potem o tym, jak społeczeństwo traktuje tych, którym wiedzie się gorzej.
Nie znalazłem żadnego artykułu po polsku na temat historii, którą opiszę poniżej, choć pewnie gdyby istniał, to nosiłby tytuł w stylu „Imigrantka zajmuje mieszkanie starszej pani”. Już po nim czytelnik powinien wiedzieć, czego się spodziewać: imigrantka z Maroka (więc nie dość, że biedna, to jeszcze obca, z odmiennego kręgu kulturowego i innego wyznania), opiekunka starszej pani, wykopuje z mieszkania swoją podopieczną, prawowitą właścicielkę, biedną seniorkę (oczywiście Hiszpankę, czyli „naszą”). Hiszpańskojęzyczny internet huczy od tej historii – zresztą nie tylko internet, miały miejsca prawdziwe manifestacje przed kamienicą zamieszkaną przez niesławną Marokankę, gdzie nie obyło się oczywiście bez ksenofobicznych haseł. Przejdźmy do szczegółów historii rozbuchanej przez media, a potem do faktów23.
Młoda dziewczyna, Luna, przyjechała z Maroka do Madrytu w 2017 r. na studia. Uniwersytet wynajmuje dla niej pokój od starszej pani, płacąc za to miesięcznie 400 euro. Wynajmującą jest 89-letnia Carmen Franquelo, która nie jest właścicielką mieszkania, lecz wynajmuje je na specjalnych zasadach, obowiązujących dla osób, które wynajmują od bardzo dawna, bowiem zamieszkuje tam od 1946 r. Za wynajem płaci 121,5 euro, co jak na Hiszpanię, a zwłaszcza Madryt, jest kwotą śmiesznie niską. Jednak w tego typu umowie wynajmu jest wyraźnie zakazany podnajem osobom trzecim. Przy czym starsza pani i jej rodzina podnajmowali już wcześniej to mieszkanie innym osobom. Właścicielką mieszkania jest kobieta mieszkająca w Bilbao, która zainteresowanie mieszkaniem ograniczyła do pobierania czynszu. Przez lata nie wiedziała, co się właściwie dzieje w jej lokalu w Madrycie. W 2019 r. starsza pani przeprowadziła się, żeby zamieszkać ze swoim bratem. Od tego czasu nie mieszka już w mieszkaniu z Luną. To ważne dla dalszej części historii.
W 2021 r. właścicielka odkryła, że na skrzynce pocztowej jest nazwisko młodej Marokanki. Napisała do starszej pani, że umowa o wynajem automatycznie staje się nieważna, chyba że wynajmująca udowodni, iż w lokalu nikt poza nią nie mieszka. W odpowiedzi starsza pani zaprzeczyła, że mieszkanie zamieszkuje ktoś inny, twierdząc, że jedynie nocują jej wnuczki w trakcie weekendowych imprez. Młoda Marokanka nic nie wiedziała o rodzącym się konflikcie, aż do momentu, kiedy członkowie rodziny starszej pani postanowili ją stamtąd wykurzyć. Pierwsze, co poszło w ruch, to sprawdzenie legalności pobytu. Pudło, bo Marokanka miała zalegalizowany pobyt w Hiszpanii. Kolejnym krokiem była interwencja policji. Tym razem też się nie udało, ponieważ imigrantka miała ważny tytuł prawny do lokalu, a z kolei wyrzucenie jej, jak tego chcieli członkowie rodziny starszej pani, byłoby wbrew prawu. Z tej interwencji rodzina wyszła ze stratą, bowiem stróże prawa odebrali im klucze do mieszkania.
Skoro żadne z powyższych środków nie podziałało, rodzina postanowiła skontaktować się z firmą o nazwie Desokupa. Desokupas to firmy i osoby, których celem jest pozbywanie się skłotersów – odpowiednik naszych „czyścicieli kamienic”. Po pewnym czasie przed drzwiami mieszkania pojawił się szef firmy, przedstawiający się jako prawnik od nieruchomości, w towarzystwie kamer, prawnika, członków rodziny starszej pani i pracowników swojej firmy – osób o wyglądzie budzącym strach. Szef zażądał otwarcia drzwi, a gdy Marokanka nie otworzyła, zagroził wnioskiem do sądu o natychmiastową eksmisję. Dziewczyna nie otworzyła i zadzwoniła po policję. Gdy policjanci przyjechali, wytłumaczyli sprawę szefowi i pracownikom firmy. Oni jednak nie odpuścili. Zaczął się festiwal szczucia, strachu i nienawiści. Firma rozkręciła medialną nagonkę na młodą dziewczynę, przedstawiając sprawę w zupełnie innym świetle niż w rzeczywistości. Twierdzono, że młoda Marokanka zamieszkała ze starszą panią jako jej opiekunka, a kiedy ta wyszła z mieszkania do swego brata, zajęła je i nie chce go opuścić ani wpuścić swojej podopiecznej. Dziewczyna jest prześladowana przez agresora w wiadomościach prywatnych, jej zdjęcia z instagrama zostały opublikowane w internecie, została nazwana prostytutką, a wiele osób przesyłało jej groźby pobicia i śmierci oraz rasistowskie obelgi.
Szef firmy zorganizował wideokonferencję z członkami rodziny starszej pani. Ta konferencja jeszcze bardziej wpłynęła na negatywny wizerunek młodej dziewczyny, a rodzinę stawiała w pozytywnym świetle, chociaż to tak naprawdę właśnie pani Carmen złamała prawo, podnajmując nielegalnie pokój i pobierając za to dodatkowy przychód, przy tym było jasne, że Luna nigdy nie była opiekunką starszej pani, a jedynie wynajmowała od niej pokój. Festiwal nienawiści trwał nadal, łącznie z hasłami „opiekunka-skłoterka”, albo „wynoś się natychmiast, jeśli masz honor”. Zorganizowano też manifestację przed domem, gdzie mieszka Luna. Rodzina Carmen krzyczała przez megafon: „suka” (hiszp: hija de puta), „obrzydliwa Marokanka”.
Przedstawiciele Komendy Głównej Policji w Madrycie informują, że właścicielka mieszkania z Bilbao zaskarżyła wynajmującą starszą panią o niespełnienie warunków umowy najmu. Wskazują, że zarówno Luna złożyła zawiadomienie przeciwko rodzinie Carmen o popełnienie przestępstwa, jak i na odwrót: rodzina Carmen twierdzi, że wszystko to spisek właścicielki mieszkania, aby wykurzyć starszą panią, która płaci niewiele za wynajem. Jednocześnie zaprzeczają, żeby Carmen podpisywała jakąkolwiek umowę z Marokanką, a jeśli takowa istnieje, zaskarżą jeszcze o fałszowanie dokumentów. Firma „desokupas” to potwierdza i dodaje przy tym, że według sąsiadów, Luna uprawia prostytucję. Prawnik Luny, która jest ofiarą szczucia i napastowania, podejmie kroki prawne wobec firmy.
Podsumowując – pewna starsza pani i jej rodzina chcieli się dorobić na nielegalnym podnajmie, przy bardzo korzystnym czynszu, jaki płaciła starsza pani. Gdy to się wydało, a starsza pani straciła tytuł do lokalu, zaczęto obwiniać młodą kobietę, która jest obecnie ofiarą medialnej nagonki.
5. Wielu traci, niewielu zyskuje
Podobnych historii jest na pęczki. Wykorzystuje się półprawdy czy część historii, przekłamuje fakty lub nimi manipuluje, a potem w mediach mówi o ogromnym problemie z okupas. Oczywiście istnieją strony fact-checkingowe, które wyjaśniają drugie dno tych zazwyczaj skomplikowanych historii, ale sprawdzają je tylko ci, którzy chcą dotrzeć do prawdy lub nie wierzą w prostą bajeczkę o dzikich hordach zajmujących mieszkania.
Można zapytać, skoro rzeczywistość nie jest taka prosta, a w mediach tego typu newsy pojawiają się jak grzyby po deszczu, dlaczego tak się dzieje? Okazuje się, że jest wiele osób, którzy robią na tym dobry interes. Zastanówmy się, kto korzysta na tej sytuacji.
Po pierwsze, na poziomie polityczno-ekonomicznym, w Hiszpanii brakuje mieszkań socjalnych i to jest główna przyczyna rosnącej liczby osób zajmujących pustostany. Jednak budowa mieszkań socjalnych nie opłaca się bardzo wielu grupom, począwszy od osób, które wynajmują prywatne mieszkania na wolnym rynku (ponieważ przy wzroście większej liczby dostępnych mieszkań w ogóle, cena czynszu na rynku prywatnym spadłaby), po deweloperów, którzy budują mieszkania w celu sprzedania z dużym zyskiem. Ponadto dla samorządów są to kolejne koszty i zadania do wykonania: administracja, utrzymanie itp.
Po drugie, już na poziomie stricte politycznym – ponieważ problem okupas często kojarzy się z problemem migracji, taka retoryka opłaca się ruchom i partiom prawicowym, które na ksenofobii i rasizmie budują kapitał polityczny. Mieliśmy tego przykład w opisanej historii, gdzie szef firmy Desokupas zestawił „Carmen z Hiszpanii” – starszą, zacną panią, która według tego dyskursu nie ma gdzie mieszkać – z imigrancką opiekunką-skłoterką.
Po trzecie, na sytuacjach tego rodzaju zarabia wiele firm, od ochrony mienia i instalacji alarmowych poprzez właśnie desokupas, czyli „czyściciele kamienic”. Szef firmy, która zajęła się sprawą „imigrantki z Maroka”, w 2019 r. zarobił 1,7 mln euro! Pojawia się w telewizji, a ponadto ma prawie pół miliona lajków na Facebooku i prawie 100 tys. subskrybentów na Youtube.
Co ciekawe, według dziennika „El Pais” szef firmy Desokupas doskonale wiedział, że konflikt pomiędzy rodziną Carmen a Luną powstał i przebiega zupełnie inaczej niż to przedstawia. Mimo to brnął w kłamstwa i manipulacje, co niszczy życie młodej Marokanki. W wywiadzie stwierdza: „ja przedstawiam fakty i ludzie są wystarczająco inteligentni, żeby je przyjąć lub odrzucić”. Zapytany o to, dlaczego atakuje kogoś, kto legalnie mieszka, odpowiada: „Koniec z tym, wywiad skończony. Już wiem, dokąd zmierzasz”.
Ta firma, jak i wiele innych, bazuje na strachu, napędzanym przez nie same, media oraz partie i ruchy polityczne o skrajnie prawicowym profilu.
Nie można przy tym pominąć tego, że niezłe zyski uzyskują również mafie, które faktycznie włamują się do mieszkań, po to, aby „wynająć” je za kilkaset lub więcej euro: płacisz sumę i wchodzisz bez żadnej umowy, gwarancji czy jakiejkolwiek pewności, że na przykład za jakiś czas nie przyjdzie nakaz natychmiastowej eksmisji. Tylko że z usług mafii decydują się korzystać ludzie w desperackiej potrzebie znalezienia dachu nad głową, płacą kwoty horrendalne jak na ich dochody, bez żadnych praw czy gwarancji, jak długo mogą pozostać w takim lokum.
***
Rozwiązanie w takiej sytuacji wydaje się w teorii bardzo proste: więcej mieszkań socjalnych. Jak się jednak okazuje, to rozwiązanie nie jest na rękę ani właścicielom, w tym wielkim funduszom inwestycyjnym, ani deweloperom.
Jan Wiktor Świątek
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Obraz autorstwa pvproductionsa na Freepik.
Przypisy:
- http://blog.justynab.com/2016/06/okupas-wstyd-hiszpanii.html
- https://matkapolkawhiszpanii.blog/2021/02/24/okupas-ciemna-strona-hiszpanii/
- https://wyspiara.pl/okupas-czego-boja-sie-hiszpanie/
- https://forsal.pl/swiat/aktualnosci/artykuly/7809870,w-hiszpanii-narasta-strach-przed-dzikimi-lokatorami-ich-liczba-wzrosla-o-ponad-300-proc.html
- https://radioszczecin.pl/1,408152,szokujace-zjawisko-w-hiszpanii-relacja-w-radiu-s
- https://wszystkoconajwazniejsze.pl/autorzy/renata-acosta/
- https://nczas.com/2020/08/30/do-czego-prowadza-rzady-lewicy-w-hiszpanii-prawo-broni-dzikich-lokatorow-przed-wlascicielami/
- https://www.elespanol.com/reportajes/20201221/guerra-empresas-antiokupas-dispararse-negocio-desokupa-factura/544946012_0.html
- https://www.telemadrid.es/programas/buenos-dias-madrid/presionados-empresa-desokupa-salgan-Mostoles-2-2292090773–20201202095830.html
- https://www.elsaltodiario.com/especulacion-urbanistica/vivienda-desahucio-pah-mentiras-bulos-fantasma-okupacion-agitese-antes-usar
- https://www.conceptosjuridicos.com/allanamiento-de-morada/
- https://www.conceptosjuridicos.com/delito-de-usurpacion/
- https://www.lasprovincias.es/comunitat/tarda-desalojar-okupa-20200923222618-nt.html
- https://vmsabogados.com/que-hacer-si-ocupan-tu-casa-habitual-o-secundaria/
- https://elpais.com/espana/2020-09-05/una-dudosa-alarma-sobre-los-okupas.html
- https://elpais.com/espana/2020-09-05/una-dudosa-alarma-sobre-los-okupas.html
- https://red-juridica.com/datos-okupacion-mitos-realidades/
- https://elpais.com/espana/2020-09-05/una-dudosa-alarma-sobre-los-okupas.html oraz https://elpais.com/economia/2020-09-04/la-artificial-y-golosa-burbuja-okupa.html
- Ibidem.
- https://www.elsaltodiario.com/especulacion-urbanistica/vivienda-desahucio-pah-mentiras-bulos-fantasma-okupacion-agitese-antes-usar
- Ibidem.
- https://www.cuatro.com/cuatroaldia/okupa-viral-abogado-niega-directo-okapacion-destrozada-asesoraba-familia_18_2993295278.html
- https://elpais.com/espana/madrid/2021-09-03/asi-se-fabrica-una-mentira-el-bulo-de-la-cuidadora-okupa-inventado-para-acosar-a-una-inquilina-inmigrante.html?ssm=TW_CC&fbclid=IwAR0tSZ9mbgqREpd8ppy74CXZrKdIvCeeyMAN26Q_yz8nKKKuUHHOom3RRdA oraz https://maldita.es/malditobulo/20210903/caso-supuesta-cuidadora-acusada-okupar-piso-anciana-carmen-madrid/
przez Magdalena Okraska | niedziela 29 maja 2022 | Kwartalnik, Wiosna-Lato 2022, Wywiad - kwartalnik
Dr hab. Małgorzata Lisowska-Magdziarz, prof. UJ, pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim. Prowadzi badania nad semiotyką mediów oraz kulturowymi praktykami ludzi w społeczeństwie konsumpcyjnym. Autorka książek „Znaki na uwięzi. Od semiologii do semiotyki mediów” (2020), „Nienawiść w mediach. Diagnoza i badanie” (2020), „Fandom dla początkujących. Tożsamość i twórczość” (2018), „Fandom dla początkujących. Społeczność i wiedza” (2017), „Feniksy, łabędzie, motyle. Media i kultura transformacji” (2012), „Pasażer z tylnego siedzenia. Media, reklama i wychowanie w społeczeństwie konsumpcyjnym” (2010); „Media powszednie. Środki komunikowania masowego i szerokie paradygmaty medialne w życiu codziennym Polaków u progu XXI wieku” (2008); „Analiza tekstu w dyskursie medialnym” (2006); „Analiza zawartości mediów” (2004); „Bunt na sprzedaż. Przemysł muzyczny – reklama – semiotyka” (2000), oraz kilkudziesięciu artykułów i rozdziałów w pracach zbiorowych, poświęconych semiotyce mediów i innym formom analizy przekazów w komunikowaniu masowym, użytkowaniu mediów, a także metodologii oraz edukacji medialnej. W wolnym czasie czyta pamiętniki polskich pisarzy, jeździ na nartach i ogląda seriale.
Chciałabym porozmawiać o reprezentacjach ubóstwa w mediach. Niemal wszystko związane z ubóstwem jest w dyskursie określane mianem patologii. Mamy w polskich mediach długą tradycję skupiania się na negatywnych atrybutach ubóstwa, czyli przedstawiania go poprzez grzyb na ścianach, rozgrzebane łóżka, zużyte meble, bałagan. Takie wizerunki były, mam wrażenie, charakterystyczne dla okresu około roku 2000 i są charakterystyczne dla teraźniejszości, a zwłaszcza okresu po roku 2015. W jaki sposób ludzie ubodzy – czy ubóstwo jako cecha – są przedstawiani w mediach głównego nurtu i w mediach tabloidowych? To według Pani badań dwie różne sprawy.
Małgorzata Lisowska-Magdziarz: Jako semiotyczka i medioznawczyni zajmuję się nie tyle zagadnieniami statusu społecznego, ile kulturą konsumpcyjną i jej związkami z mediami. Dlatego zwraca moją uwagę to, w jaki sposób w mediach reprezentowane są zagadnienia, powiedzmy, ubóstwa, różnych form społecznej deprywacji, marginalizacji itd. w kontekście tego, że polskie społeczeństwo, a media na pewno, zaakceptowały i zinternalizowały wartości konsumpcyjne. Przyjęły za fakt nie tylko to, że konsumpcja jest dobra, ale i to, że jest powszechnie dostępna, stanowi element stylów życia ludzi. W związku z tym również prawo do szacunku i zainteresowania otrzymują przede wszystkim osoby, które osiągnęły tak zwany sukces, czyli mają odpowiednio wysoki poziom konsumpcji, a jednocześnie konsumują umiejętnie i widowiskowo. Brak dostępu do konsumpcji oraz wiedzy, jak i do czego jej używać, oznacza marginalizację. W mediach biedni automatycznie trafiają na ten margines.
Oczywiście jest tak, że mamy pewne stałe, pewne skonwencjonalizowane taktyki, strategie, wzorce reprezentacyjne dotyczące ubóstwa – i one są nawet starsze niż media komercyjne. Gdybyśmy porównali, co o ubóstwie pisało dziennikarstwo przedwojenne, to tutaj też nie ma dużej różnicy. Jest patologizacja, połączenie ubóstwa z jakimś bardziej lub mniej otwarcie wyrażanym przekonaniem, że bieda to wynik patologii i że niemal automatycznie do tej patologii prowadzi, że te dwa zjawiska są skorelowane. Istnieje też swoista estetyzacja – ubóstwo jest reprezentowane przez pewien zestaw stałych wizualnych przedstawień, które koncentrują się na tym, że ludzie biedni są brzydcy i żyją w brzydkich miejscach, że ubóstwo wiąże się z brudem i dewastacją itd. W mediach opiniotwórczych możemy mieć też trochę odwrotną sytuację, mianowicie swego rodzaju odpersonalizowanie ubóstwa i przedstawianie go z kolei jako zagadnienia systemowego, co ma swój sens, ale wtedy czyni je dość abstrakcyjnym. Nie ma ono ludzkiej twarzy. Rozumiem to, bo przed dziennikarzem, który musi o tym pisać, stoi trudne zadanie. Z jednej strony prezentacji tego zjawiska prawdopodobnie w jego społecznym kontekście, a więc nie jako czegoś, co jest wyłącznie jednostkowym problemem, lecz skutkiem układu ekonomicznego, politycznego itp. Z drugiej strony – nietracenie wymiaru ludzkiego, a jednocześnie niedawanie pożywki voyeryzmowi. Media tabloidowe natomiast wykorzystują w dużej mierze model voyerystyczny. Ustawiają się one, co jest paradoksem, w roli reprezentantów osób wykluczonych społecznie, ich głosu: dziennikarze tabloidów mają być tymi, którzy w relacji pomiędzy władzą a społeczeństwem biorą stronę wykluczonych. Ale jednocześnie ich relacje są hiperboliczne, sensacyjne i bardzo skupione na zewnętrznych, „atrakcyjnych” atrybutach skandalicznego obrazu biedy. Mamy jakąś panią Józefę, lat pięćdziesiąt dwa, która mówi, że nie ma za co żyć – i dostajemy przy okazji nie tylko mocno emocjonalny tekst, ale i ilustracje podkreślające dramatyzm sytuacji i skupiające się na(nie)estetycznych aspektach obrazu bohaterki. Biedę w gazetach i programach telewizyjnych typu tabloidowego pokazuje się nam z pełnym inwentarzem estetycznego podglądactwa.
Czy to polska specyfika?
Obiektywizacja, personalizacja czy voyeryzm, estetyzacja czy patologizacja ubóstwa – są dość uniwersalne. Znajdziemy je w mediach nie tylko polskich. Natomiast niepokojącym elementem we współczesnych polskich reprezentacjach ubóstwa jest połączenie ubóstwa z upokorzeniem. Pisze o tym ciekawie dr Rydlewski, zwracał na to uwagę profesor Burszta, że w mediach o mocno konsumpcyjnym nastawieniu mamy pokazanie ubogiego jako kogoś, kto z jednej strony jest godzien… nie wiem, czy aż pogardy, ale z pewnością politowania, ze względu na swoją nieporadność w poruszaniu się w świecie kodów konsumpcyjnych, marek, produktów, swoją naiwność w tym świecie. Z drugiej strony mamy cały nurt humiliation shows, w którym ludzie ubodzy czy z jakichś innych względów społecznie zmarginalizowani, są zapraszani do programów telewizyjnych o tematyce lifestyle’owej lub jawnie konsumpcyjnej i zostają ich bohaterami. Godzą się na to, bo to być może życiowa szansa, ale zwykle nie zdają sobie sprawy, jakie są konsekwencje wejścia w interakcję z taką machiną medialną, że przykroi ona ich występ do własnych potrzeb. W efekcie, ze swoją nieporadnością i habitusem niedostosowanym do życia w świecie konsumpcji, zostają upokorzeni jawnie, na ekranie. Stają się obiektem podglądactwa, a show polega na napawaniu się ich upokorzeniem. Mówię tu o programach typu „Chłopaki do wzięcia” i o tzw. makeover shows, do których instytucja medialna bierze kogoś, kto jest biedny, brzydki i wykluczony, i pokazuje mu, jak dzięki użyciu produktów i usług może stać się piękny, bogaty i popularny – ale to zawsze wiąże się z upokorzeniem jako warunkiem udziału w show i jako jego narracyjnym komponentem. To smutny paradoks, że w społeczeństwie, które właściwie dopiero przyswaja kody i praktyki konsumpcjonizmu, upokorzenie kogoś, kto nie jest w stanie włączyć się w ten festiwal konsumpcji, jest częścią rozrywki. Oczywiście zatem przykre jest, że w mediach ubóstwo się patologizuje, przedstawia je za pomocą zestawu wyświechtanych obrazów – obłażący tynk, niepościelone łóżko, albo (to też częsty wątek) pokazuje się, że biedni nie dbają o swoje dzieci. Natomiast ten wątek upokorzenia i pokazania, że bieda wiąże się z niedostosowaniem do szczęśliwego świata konsumentów, jest chyba stosunkowo nowy.
Wydaje mi się, choć nie mogę poprzeć tego stwierdzenia niczym poza długą obserwacją mediów, że media przed czasami „szczęśliwej konsumpcji” były bardziej solidarne z biednymi. Biedni byli tacy jak my. A teraz mamy się dowiedzieć, że biedni to są ci, którzy mogą nam dać poczucie wyższości. Ci, którzy to poczucie wyższości zyskują, podłączyli się pod społeczeństwo konsumpcyjne wcześniej lub, co się często pomija, mieli lepsze warunki startu, lepszy zestaw okoliczności losowych. Ośmieszające, upokarzające reprezentacje ludzi materialnie ubogich są moim zdaniem niebezpieczne nie tylko dlatego, że usuwają z pola widzenia systemowe zagadnienia związane z ubóstwem, ale również z tego powodu, iż do pewnego stopnia likwidują one empatię. Jeżeli „Chłopaki do wzięcia” służą do tego, aby się z nich śmiać, to zmienia to naszą perspektywę, nie patrzymy na nich jak na kogoś, kogo los mógłby zostać polepszony, lecz jako na kogoś, kto jest od nas po prostu gorszy. Jeżeli ktoś jest ośmieszony, wówczas zostaje mało miejsca na zrozumienie lub współczucie.
W ciekawy sposób łączy się z tym zagadnienie programów aspiracyjnych, takich jak np. „Kto poślubi mojego syna”, gdzie mamy pewien obraz świata ludzi bogatych i szczęśliwych, który zostaje skonstruowany przez instytucje medialne i przeznaczony dla odbiorców uboższych, nie mających takiego szczęścia w życiu – jako pewien wzorzec. Jest to wzorzec jednocześnie całkowicie nierealistyczny – bogaci tak nie żyją, nie mieszkają ani nie mówią, to jest fantazja rodem z serialu „Dallas” czy z latynoskich telenowel – jak i całkowicie nieosiągalny. Tkwi w tym bardzo duża pogarda mediów wobec ludzi, którzy mają być odbiorcami tego typu materiałów.
Kto zarządza dyskursem przedstawiającym ubóstwo w mediach głównego nurtu? Kto zarządza tym, jak biedni zostaną przedstawieni? Czy mają swoją reprezentację, media stojące po ich stronie? Pisała Pani o tabloidach typu „Super Express”, a takie media mówią: „Nam, zwykłym Polakom, podrożały chleb i prąd, podczas gdy Maryla Rodowicz je pączki po 30 zł za sztukę” – ale czy faktycznie osoby ubogie, wykluczone, czują, że „Super Express” je reprezentuje? Czy to jest po prostu format, który ma być w kontraście do np. „Gazety Wyborczej”?
Nie wiem, jak czują, nie mam dostępu do żadnych takich badań. Przypuszczam, że może tak być, iż dla części ludzi forma i sposób widzenia świata prezentowane przez prasę tabloidową są lepiej zrozumiałe, przystępniejsze, w pewnej mierze również bardziej atrakcyjne niż quality media. To jest zrozumiałe. Nie bez powodu drukowana prasa tabloidowa ma się nie najgorzej, bo ona trafia do tych, którzy niekoniecznie siedzą w internecie, gdzie przenoszą się media opinii. Ci czytelnicy niekoniecznie mają nawet dostęp do świata komunikacji interaktywnej – nie tylko wprost techniczny, ale także mentalny, ekonomiczny itd.
Jestem jednak przekonana, że wszelkie próby reprezentowania tzw. zwykłego człowieka przez prasę tabloidową nie są prowadzone w interesie tego zwykłego człowieka, lecz w imię sprzedawalności. Problem z reprezentacją biednych w mediach głównego nurtu wiąże się z tym, że, aby mieć w nich swoją reprezentację, trzeba posiadać pieniądze i dostęp do narzędzi szerokiego rozpowszechniania informacji i opinii. Z kolei świat kultury interaktywnej usuwa do pewnego stopnia konieczność posiadania wielkich środków: ze swoją narracją, przy pomocy niewielkich funduszy, teoretycznie mogę przy pomocy internetu dotrzeć do sporej publiczności. Tu jednak pojawia się problem wiedzy i kompetencji. Nawet jeśli bariera wejścia do sfery publicznej jest niższa, to trzeba jeszcze umieć to zrobić. Zarządzanie swoim wizerunkiem, tematyką w mediach interaktywnych, to pochodna habitusu, wytrenowania, umiejętności praktycznych. Biedni między innymi dlatego są biedni, że znajdują się w tzw. luce cyfrowej, czyli w tym obszarze komunikacji społecznej, w którym albo nie korzysta się z mediów cyfrowych, albo się korzysta, ale w sposób uproszczony, nie mając w nich własnej podmiotowości, własnej twórczości, reprezentacji własnych interesów. Pomysły, żeby dawać laptopy dzieciom z rodzin ekonomicznie źle sobie radzących, co miało poprawić ich wyniki w szkole, doprowadziły, jak się okazuje, do tego, że jakość wyników szkolnych tych dzieci się pogorszyła. Te laptopy musiałyby być jeszcze w środowisku domowym kompetentnie używane. Nie tylko do gier i zabawy, ale także do poszukiwania wiedzy. Dlaczego biedni nie mają swojej porządnej, poważnej reprezentacji w internecie? Bo nie ma tu know how.
Z drugiej strony jednak zapytajmy, czy człowiek, który z różnych względów podlega mechanizmom społecznego wykluczenia, musi chcieć osobiście reprezentować w mediach interesy własne lub własnej grupy? Może chce, może nie chce. Może nie chcieć – nie ma obowiązku. Natomiast zasadniczo istotna jest tutaj kwestia odpowiedzialności dziennikarzy i wydawców, ludzi, którzy kreują dyskurs społeczny i którzy powinni umieć się powstrzymać przed tworzeniem treści wzmacniających paskudne stereotypy i świadomie podchodzić do zagadnienia społecznego obrazu różnych grup i zjawisk. Uważam więc, że produkowanie shows opartych na upokorzeniu jest wyrazem cynizmu i absolutnego porzucenia odpowiedzialności społecznej. Rozumiem, że to jest robione przez media komercyjne, ale nawet w mediach komercyjnych można oczekiwać, że ktoś będzie używał sumienia. I znowu, to nie jest tak, że tylko my mamy te humiliation shows. Ale w pewnych momencie mieliśmy szansę, aby u nas się to nie pojawiło, żeby tego do nas nie wpuścić. Zastanawiam się, czy dziennikarz, redaktor, wydawca nie mogą czasami powiedzieć „nie”. Powiedzą państwo, że nie może z powodów rynkowych, bo w komercyjnych mediach musi robić to, co mu każą. Nie musi.
Docieramy do roku 2015, który bardzo zmienił tę dynamikę. Dzięki polityce społecznej PiS mnóstwo tematów weszło do głównego nurtu albo zostało w nim nie tyle przypomniane, co omówione z innej perspektywy – wszelkie tematy socjalne, warunki pracy, mieszkalnictwo. A jednocześnie pojawiła się ofensywa medialna i internetowa anty-500+, został odgrzany termin „roszczeniowość”. Zaczęto wymyślać pewnym grupom społecznym od Karyn, Sebków, Brajanków itp., zwłaszcza w internecie. Ale pojawiła się też nowa kategoria – „zatroskany” dziennikarz czy też „zatroskany” celebryta, przeciwny „rozdawnictwu”, np. głośny felieton Agaty Młynarskiej w „Newsweeku” o wyjazdach Polaków nad morze – nazywanie tego „najazdem Hunów”. Nastała złość pewnej grupy społecznej na to, że ten dystans się jakby skraca, chociaż on się nie skraca naprawdę, tylko po prostu inna grupa społeczna zaczęła mieć trochę wyższy dochód rozporządzalny, wobec czego nie zmieniła habitusu, ale zaczęła pojawiać się w nowych miejscach, które do tej pory były dla niej niedostępne, albo korzystać z rozrywek, na które wcześniej nie było jej stać. Jednocześnie pojawił się jeszcze jeden wątek: sprzeciw wobec takich krytycznych postaw i termin „klasizm”. Zaczęto nazywać klasizmem wszystkie przejawy niechęci estetycznej, czy właściwie jakiejkolwiek, w stosunku do osób z klas ludowych.
Owszem, PiS wprowadził do publicznej dyskusji różne zagadnienia związane ze społecznym wykluczeniem. Zrobił to populistycznie, z troski o wyniki wyborów, co oczywiście widać po efektach i objawach braku rzeczywistego zainteresowania systemowymi obszarami niedostatku (na przykład sytuacją życiową rodzin dzieci chronicznie chorych). Jeśli chodzi o 500+, to przyznaję, że z powyższych względów na początku nie byłam przekonana do tego programu. Teraz natomiast dostrzegam pewne zalety. Uważam, że postrzeganie przez klasę średnią świadczenia 500+ w kategoriach właśnie patologizacji – że to 500+ zostanie wydane na wódkę, a takie obawy były często wyrażane publicznie – to niewątpliwie wyraz klasizmu, a także, niestety, dowód na to, że narracja o biedzie jako patologii się przyjęła i została zinternalizowana. Ktoś jest biedny, dostanie 500 zł, wyda je na wódkę? „Narobi sobie dzieci”, żeby dostać więcej tych pięćsetek? Takie wypowiedzi zdarzały się i powracają do dziś nawet w mediach opiniotwórczych, i jest to dość okropne, bo pokazuje, że ci, którzy z racji wyższego habitusu, nie najgorszego wykształcenia, pewnych doświadczeń społecznych, powinni… nie, nie możemy powiedzieć „uważać, co myślą”, ale powinni myśleć krytycznie i całościowo. Tymczasem odwołują się w swojej ocenie 500+ do wiedzy anegdotycznej. W stylu „mój wielodzietny niepracujący sąsiad alkoholik jest dowodem na to, że wszyscy wydadzą 500+ na wódkę”. A nie na buty dla dziecka czy pierwszy wyjazd na wakacje.
To pokazuje, że cała ta narracja ubóstwa jako problemu estetycznego i habitusowego oraz patologizacji biedy, ponieważ już tak długo trwa, dobrze się przyjęła. Ludzie rzeczywiście, trochę odruchowo, zaczęli tak myśleć. Uważam, że wprowadzenie do obiegu terminu „klasizm” – którego nie używają ubodzy, lecz klasa średnia w stosunku do siebie wzajemnie – jest o tyle pozytywnym zjawiskiem, że chociaż ten termin jest używany nadmiernie, za często, nie zawsze adekwatnie, to jego istnienie zwraca w ogóle uwagę na to, że istnieje coś takiego, jak klasowe uprzedzenia w stosunku między innymi właśnie do ubogich. A to jest u nas ważne, bo jednocześnie przecież nasza edukacja – szkolna, literacka, kulturalna – to historia o Judymie i Siłaczce, o inteligentach, którzy bezinteresownie poświęcając się, idą ratować i edukować biednych, podnosić ich z dramatycznego upadku materialnego lub moralnego. Więc powiedzenie czasem „to klasizm” komuś, kto wyraża pogardę, zwłaszcza związaną z walorami estetycznymi niedostatku oraz jego domniemaną patologizacją, jest zdrowe, jest trzeźwiące, bo wytrąca z samozadowolenia.
Uważam, że ten wspomniany nieszczęsny felieton o najeździe Hunów zaraz po tym jak pewna liczba uboższych Polaków pierwszy raz pojawiła się w kurortach – być może, bo przecież nie wiemy tego na pewno, dzięki 500+ – jest niewątpliwie wyrazem klasizmu, nawet jeśli (co widziałam na własne oczy) rzeczeni Polacy rzeczywiście nie zachowywali się specjalnie dobrze. Ale przesunięcie społeczne, awans społeczny grup i jednostek nigdy nie odbywa się bezszmerowo, bez generowanych przy tej okazji problemów, także w komunikacji między klasami i we wzajemnym spojrzeniu na siebie. Hałasowanie na plaży doprawdy nie jest największym z nich. Habitus się nabywa, więc to, że ludzie dostali 500+, nie oznacza, że on się od razu poprawił. Czy należało tej poprawy oczekiwać od razu? Nie. Czy to, że jakieś dzieci pojechały pierwszy raz w życiu na wakacje nad morze było złe czy dobre? Było dobre.
Czy po wprowadzeniu 500+ w kwietniu 2016 r. media liberalne i głównego nurtu bardziej zaczęły na ten język uważać? Z jednej strony mam wrażenie, że zaczęły „dowalać patologii”, a z drugiej – pojawiło się też wiele głosów, że nie, nie można w ten sposób, że jednak ludzie, którzy otrzymują jakieś świadczenie, mają prawo zachowywać się tak czy inaczej. Jest pewien nacisk, żeby zmienić ich traktowanie przynajmniej na poziomie języka. Pewnych rzeczy już nie wypada, tak jak kiedyś przestało wypadać z rasizmem czy dyskryminacją kobiet.
W tym sensie felieton pani Młynarskiej, o którym tu mówimy, miał pozytywny efekt. Było to tak brutalnie sformułowane, że część z nas palnęła się w czoło. Natomiast jest też tak, że czasem ludzie mówią takie rzeczy w prywatnych rozmowach, dając wyraz np. frustracji zachowaniem sąsiada, który ma mało przyjemne przyzwyczajenia, ale odpowiedzialne media nie powinny używać takiego języka, ponieważ podnosi on poziom społecznej agresji oraz ponieważ jest klasistowski. Może jest tak, że pomału się tego uczymy. Zmiany w języku – żeby był mniej brutalny, mniej wykluczający – są oczywiście jak najbardziej pożądane, trochę ciągną za sobą zmianę społeczną; nie wystarczą, ale tutaj nie ma prostej relacji przyczynowo-skutkowej, że coś jest pierwsze, a coś jest drugie.
Natomiast jeśli chodzi o cały wątek pogardy klasowej i upokorzenia, które występują w różnych programach medialnych, to tam właściwie nie znajdziemy brutalnego języka. Tam jest bardzo miło i przyjemnie, prowadzący program rzucają się na szyję bohaterom, płaczą razem z nimi, wszyscy mówią sobie po imieniu i zwierzają się wzajemnie z kłopotów, ale to przecież wcale nie zmienia tego, co jest pod spodem. Jest wiele hipokryzji. Jest ten słodki, miły język, instytucja medialna zaprzyjaźnia się z bohaterem programu – ale to wcale nie oznacza, że nie ma w tym pogardy klasowej i każdej innej. Tkwi ona w samych założeniach takich programów i w dynamice władzy pomiędzy instytucją, reprezentującym ją dziennikarzem, bohaterem programu i jego odbiorcami.
Oczywiście więc język powinien się zmienić, a medialne reprezentacje powinny być bardziej wrażliwe, ale najpierw jest to jednak kwestia zmian systemowych i odpowiedzialności mediów. Jeśli już o tym piszą czy mówią o zagadnieniu ekonomicznego wykluczenia i powiązanych z nim wykluczeń edukacyjnych, komunikacyjnych, konsumpcyjnych, to powinny je widzieć jako pewne zjawisko systemowe, na które należy patrzeć jako na całość. Przyznam, że czuję dużą ambiwalencję w przypadku różnych akcji pomocowych, tych programów, w których widzimy bardzo biedną rodzinę i apel, żeby zrzucić się na jej wsparcie. To zrozumiałe, zrozpaczeni ludzie czasem nie mają innego wyjścia. Ale mamy całe gatunki medialne, całą grupę mediów, które na tym rozkwitają. Takie opowieści i narracje to fałszywie zaangażowany reportaż społeczny, który tylko pozornie dąży do zmiany społecznej, nawet jeśli niekiedy przyczynia się do wyeliminowania czyjegoś indywidualnego nieszczęścia. Gdzie jest pytanie o głębsze źródła sytuacji, w której jedynym ratunkiem dla ludzi pragnących leczyć swoje dziecko, jest pokazanie się w telewizji z błaganiem o pomoc lub zorganizowanie zbiórki w internecie? No, ale dla mediów pokazywanie takich historii jest oczywiście łatwiejsze i daje oglądalność, natomiast pisanie o tym w kategoriach systemowych jest o wiele trudniejsze i mniej atrakcyjne.
Pomagam od kilku lat Festiwalowi Wrażliwemu w Gdańsku. Nagradzamy dziennikarzy za teksty, filmy, słuchowiska o tematyce społecznej. Mieliśmy wiele dyskusji na temat tego, kogo my właściwie nagradzamy. Co tak naprawdę oznacza dziś „wrażliwość społeczna”? Wpisaliśmy do regulaminu, że chcemy doceniać takie materiały, które nie tylko pokazują, że jest jakiś problem, ale także tłumaczą, dlaczego ten problem istnieje i próbują wskazywać rozwiązania, a nawet w praktyce do nich doprowadzać. Tego jest w mediach za mało.
To są problemy, które mają swoje strukturalne przyczyny i oczekują na systemowe rozwiązania, a są przedstawiane jako ciekawostka. W tych programach typu reality show i talent show, o których mówimy, jest też wiara w Kopciuszka, w „od pucybuta do milionera”. Jest to niestety suflowanie ludziom wiary, że jeśli wystarczająco dużo ze sobą zrobią, to coś się zmieni w ich życiu na lepsze. Zazwyczaj tak nie jest lub zmienia się na krótko.
Tu są dwa problemy. Jeden to taki, że „zrobienie czegoś ze sobą” ma być powiązane z interwencją instytucji medialnej. To ona daje narzędzia, know how, wzorce osobowe. To jest oczywiście złudne. A druga kwestia to pokazywanie, że to odpowiedni rodzaj konsumpcji uczyni cię szczęśliwszym, że gdy poprawisz interfejs, to oprogramowanie pod spodem też się zmieni. Zacznij od tego, że się dobrze ubierzesz, umalujesz, że będziesz „mieć wiarę w siebie”. To nieustannie powracający, uwłaczający motyw – że aby osiągnąć sukces, trzeba tylko po prostu mieć motywację, ciężko pracować. Pewien profesor niedawno powiedział przedstawicielom klasy średniej, że gdy będą pracowali po 16 godzin na dobę, to osiągną sukces. To oczywiście nonsens. Po pierwsze, człowiek musi też żyć, a nie tylko pracować. Po drugie – system, w którym trzeba pracować 16 godzin na dobę, jest patologiczny. A po trzecie i najważniejsze, stawiając w centrum motywację oraz widzialność medialną, pomija się w ogóle zagadnienie startu, warunków wyjściowych, równości szans. Cała narracja pt. „trzeba tylko chcieć” została tak bardzo znormalizowana, że mamy cały rynek poradników „jak osiągnąć sukces w dowolnej dziedzinie”, które mówią, że motywacja jest niemal wszystkim. Wzorce osobowe w mediach konsumpcyjnych, gdzie pokazywani są ludzie sukcesu, którzy mówią „bardzo chciałem i ciężko pracowałem” – może to pojedynczym osobom się udaje – absolutnie pomijają ograniczenia systemowe i są uwłaczające w stosunku do tych, którzy bardzo się starali, ale z powodu okoliczności systemowych lub tragedii osobistych im się nie udało. Nie można komuś powiedzieć „jesteś biedny dlatego, że jesteś leniwy”. Są pewnie i tacy ludzie, którzy są biedni, bo są leniwi, ale to nie jest okoliczność systemowa. Nikt nie chce być biedny dla własnej przyjemności i nie jest tak, że ludzie są biedni tylko dlatego, że nie chce im się wstać z łóżka.
Co do przedstawiania biedy, ubóstwa w internecie – w memach, na grupkach internetowych itp. – to internet ułatwia uwypuklanie i wyszydzanie pewnych cech charakterystycznych i zachowań. Jednocześnie jest jednak tak, że w internecie już nie śmieją się z nas media i dziennikarze – choć oczywiście też mogą, np. tworząc fanpage, z których kilka ma niesamowitą popularność – lecz śmiejemy się z siebie nawzajem. I znowu, po roku 2015 czy 2016, pojawiły się pewne tematy i kierunki myślenia na temat ludzi pobierających świadczenia socjalne. Za każdej władzy obecne były memy czy żarty o Karynach i Sebastianach, wyśmiewające nie tylko biedę, ale także habitus, sposób ubierania się, zwyczaje żywieniowe – zawsze byli po prostu tacy ludzie, z których przedstawień się śmiano. Czy Pani to badała, jak to wygląda i jak się zmienia?
Obserwuję to z zainteresowaniem, ale śledzę te zmiany także dlatego, że prowadzenie zajęć z semiotyki ze studentami coraz młodszymi rocznikowo wymusza obserwację tego typu działań w internecie. Pomyślałabym nie tylko o Karynie, Sebastianie, Marianie, ale też np. o Nosaczu, który jest bohaterem memów i jednocześnie reprezentantem ludzi o niskim habitusie, plebejskich przyzwyczajeniach itp. Zresztą nie tylko memy, ale także różne krótkie filmiki na YouTube, gdzie pokazywane są wyczyny ludzi niespecjalnie wykształconych, a bardzo pragnących swoich pięciu minut popularności. Nie wiem, o czym to świadczy, choć pomyślałabym, zważywszy na popularność tego typu działań i to, że kolejne tak zwane templatki oparte na tym temacie się pojawiają, iż być może w jakiejś mierze to zostało zinternalizowane – ten klasizm. Wyśmiewana jest nie tyle bieda w sensie rzeczywistej katastrofy ekonomicznej, co brak wykształcenia, plebejskie zwyczaje, niski habitus. Być może winne temu jest wcześniejsze voyerystyczne podejście, jeszcze z czasów przedinternetowych. Zastanawiam się tylko czasem, kim są ludzie, którzy robią takie memy oraz ludzie, których te memy śmieszą. Nie potrafię powiedzieć, czy to jest wyraz opinii kogoś, kto opowiada nam autoironicznie o własnym otoczeniu, czy wyraz pogardy klasowej ze strony kogoś, kto patrzy z góry na biedniejszego od siebie i mniej estetycznego Polaka.
Nie wiem, czy to było zamierzone w postaci Nosacza, ale jest trochę tak, że on wzrusza, np. mnie. Są takie memy z Nosaczem, na których jest on np. ojcem, który nie potrafi swoim dzieciom powiedzieć, że je kocha, bo jest sztywny i inaczej wychowany. Nosacz to nie jest tylko puszka z piwem, jak Seba czy Karyna, ale Nosacz służy też pokazaniu Polaka w wieku 50+, bez wykształcenia, obarczonego rodziną itp., lecz czasami mającego przebłyski wrażliwości. Wydaje mi się, że akurat Nosacza robi jakiś bardzo dobry obserwator. W internecie jest zresztą tak, że straciliśmy kontrolę nad tym, ile osób „robi” memy z jakąś postacią. Może Nosacza tworzą różne osoby i dlatego część Nosaczy jest fajna.
Ale czy nie jest tak, że jednym ze stereotypów dotyczących biedy jest jej powiązanie ze społecznym konserwatyzmem? Zamożna klasa średnia miałaby być otwarta, liberalna, wielokulturowa, światowa itd., a biedni – zamknięci, nietolerancyjni, konserwatywni, niepasujący do nowoczesnego świata. I efektem tych stereotypów są memy w rodzaju „mój stary, który bije brawo, gdy samolot wyląduje”. Wyśmiewamy się tu trochę z Nosacza jako kogoś, kto nie tylko nie ma habitusu, ale też nie otarł się o „nowoczesny świat” albo nie rozumie, że „wielokulturowość to ważna rzecz”. Jest może w takim myśleniu frustracja klasy średniej i młodszego pokolenia, ponieważ zamknięty, mało nowoczesny, konserwatywny pogląd na świat potrafi się przedostać do urn wyborczych. Skądinąd zresztą rzeczywiście, w sposób empirycznie sprawdzalny, postawy bardziej konserwatywne i zamknięte łączą się z niższym wykształceniem i niskim statusem społecznym. Fakt, że rzeczywiście bieda łączy się z takimi postawami, jest przedmiotem niepokoju i frustracji klasy średniej i może być podstawą pod wrogie, czasem też klasistowskie podejście do tych, którzy nie zdążyli lub nie mieli możliwości wyrobić kapitału kulturowego na uczelniach i podczas podróży po świecie.
W tekście sprzed 10 lat – być może to już się zdezaktualizowało – wspomina Pani o odrębności tabloidów kobiecych. Tabloidy kobiece, czyli wysokonakładowe gazety kolorowe skierowane do kobiet, mówią, że bieda istnieje, ale jako sposób uporania się z nią prezentują osobistą zaradność. Nie załamanie rąk, lecz podjęcie drogi ku polepszeniu własnej codzienności w okolicznościach, z których nie możemy się wyrwać. Co takie czasopisma doradzają kobiecie, która ledwie wiąże koniec z końcem?
My, medioznawcy, dzielimy czasopisma lifestylowe, w tym kobiece, na półki. Jeśli patrzymy na najtańsze czasopisma dla kobiet – chodzi o pisma drukowane na papierze, które nie mają adekwatnego odpowiednika internetowego, gdyż w znacznej mierze są przeznaczone dla kobiet będących w luce cyfrowej – mamy kilka wątków. Jednym jest osobista zaradność. Ja to, przyznam się, lubię. Jest tam bardzo wiele porad jak tanio ugotować obiad, gdzie się niedrogo ubrać, jak sobie poradzić w drobnych dolegliwościach. To kultura wzajemnego pomagania sobie, dzielenia się radami. Takie czasopisma dostarczają też trochę pozytywnej walidacji – mówią „przyślij nam swój przepis kulinarny razem ze zdjęciem, swój sposób na coś tam”, i to jest fajne. Wypasione, grube, lakierowane pisma kobiece zaśmiałyby się z tego przepisu, bo to jest czasem tzw. mięsny jeż, ale tanie czasopisma pokazują coś, co jest bliższe zwykłym ludziom i ich możliwościom (nie tylko finansowym), proponują rozwiązania, które są wykonalne. Drugi wątek to eskapizm. Bardzo wiele tych pism oferuje pewną wersję kultury celebryckiej, narrację o celebrytach, dość prostą ucieczkę w ich świat. To podsuwanie pewnych wzorców lifestylowych, które są nieosiągalne. Ale kim jesteśmy, by uważać, że to należy źle oceniać?
To są treści w stylu „co słychać u rodziny królewskiej w Anglii”, czyli wieści ze świata, którego nigdy nie będziemy częścią.
Każdy potrzebuje jakiegoś eskapizmu. Dla niektórych są to właśnie wieści o tym, jak żyje Małgorzata Kożuchowska czy Tomasz Kot, jak się żenią, rozwodzą, jakie mają ładne domy. Jest tam model tabloidowy – zdjęcia paparazzich, plotkarstwo, z drugiej strony jednak potrzeba ucieczki od rzeczywistości, gdzie panują trudne warunki, jest dość zrozumiała. Jaka miałaby być alternatywa? Te pisma dlatego są tanie i w dużym nakładzie, żeby człowiek bardzo zmęczony po całym dniu, usiadł wieczorem z podwiniętymi nogami i mógł nad nimi odetchnąć.
W gazetkach typu „Przyślij Przepis” rodzina otrzymuje 1000 zł za zdjęcie na okładce wraz z ugotowaną przez siebie potrawą. Nie chodzi tylko o te pieniądze, ale też o sam fakt, że przepis się ukazał.
Tak, to taka prosta forma partycypacji. Jest przyjazna zbiorowość ludzi, którzy kupują tę gazetkę i wymieniają się przepisami. Oczywiście te przepisy nie odzwierciedlają stylu kulinarnego zamożnych miejskich hipsterów, którzy cenią na przykład weganizm i miewają różne wyrafinowane pomysły kulinarne i dekoracyjne. Ale dlatego właśnie w takiej gazetce jesteśmy wśród swoich.
Przepisy bezmięsne się tam pojawiły, ale nie wegańskie, tylko wegetariańskie, i są na nie takie specjalne zielone wkładki, ostrzegają nas „uwaga, teraz będzie zdrowo”. Natomiast oczywiście dostępność tych produktów w sklepach i ich ceny to jest zupełnie co innego niż w pismach typu „Kukbuk”.
Cała stylizacja też jest bardziej normalna i bliska. Jeśli przepisom towarzyszą zdjęcia i opisy rodzin, które zaproponowały daną potrawę, to daje nam to wgląd w życie normalnego, niezamożnego Polaka – jak się ubiera, z czego gotuje, co je. Nie ma tam wysilonej minimalistycznej estetyzacji, jak w „Kukbuku”, gdzie mamy kwadratowy talerz i na nim dwie poziomki.
Użyła Pani kiedyś sformułowania „media, w których bieda nie istnieje”. Chodzi o czasopisma z gadżetami dla mężczyzn czy te wypasione, grube, jak „Twój Styl” itp.?
To cała sfera mediów lifestylowych dla klasy średniej i jakoby, rzekomo, dla klasy wyższej. To nie tylko czasopisma ilustrowane i pewne całe stacje telewizyjne, ale w dzisiejszym świecie także np. Instagram, gdzie bieda nie istnieje – gdzie udział w ogólnym, konsumpcyjnym festiwalu jest całkowicie znormalizowany i nie podlega dyskusji. Jeżeli tam się pojawia bieda, np. w TVN-ie, to jest sytuowana w kategoriach wstydliwego problemu albo stanowi przedmiot pogardliwego podglądania. Natomiast znormalizowany jest w tych mediach taki stan, że wszyscy jesteśmy względnie zamożni. „Normalny” człowiek ma samochód, „normalny” człowiek ma nowoczesny komputer, „normalny” człowiek ma niezłe mieszkanie. Jeśli nie mieszka jako tako, to jest pijany albo ciężko chory – coś z nim jest nie tak. Dziesięć czy piętnaście lat temu istniał już u nas ten telewizyjny świat glamour, ale niepokojące jest to, co się potem stało z platformami społecznościowymi. Zbudowany został bardzo silny nacisk konsumpcyjny, znormalizowany został pewien zasób konsumpcyjnych wzorców cywilizacyjnych, lifestylowych – widać to na przykład na Instagramie. Według badań Instagram służy części użytkowników do zamieszczania materiałów, ale dla bardzo wielu innych jest źródłem voyerystycznej przyjemności. Mają konto, prawie nic tam nie wrzucają, ale patrzą na to, co mają inni ludzie. Tam jest absolutnie świat bez biedy, za to pełen wysilonej stylizacji i wysilonego dorównywania. Jest taka książka Alaina de Bottona „Lęk o status”, gdzie autor analizuje różnego rodzaju sytuacje społeczne, związane także z mediami i komunikowaniem, które są nakierowane na wzbudzenie w nas lęku, czy my na pewno mamy to, co powinniśmy mieć albo czy korzystamy z dobrodziejstw konsumpcji w takim stopniu, w jakim powinniśmy korzystać. Czy inni przypadkiem nie mają więcej, czy nie obniżamy się na drabinie społecznej? To jest okropne – może faktycznie budzić lęk i prowadzić ludzi do nierozsądnych decyzji ekonomicznych, np. zadłużania się po uszy. Media społecznościowe wygenerowały własny świat bez biedy. W mediach broadcastingowych dziennikarz może przyjąć postawę reprezentanta wykluczonych. Natomiast w internecie, gdzie ludzie reprezentują sami siebie, nie pokazuje się własnych problemów finansowych i bytowych, może z wyjątkiem krótkotrwałych zrzutek na palące potrzeby. To może normalne – kto chciałby się chwalić własnym niedostatkiem? W tej przestrzeni bez biedy, w której sam za siebie odpowiadasz i sam siebie prezentujesz, nawet jeżeli jest ci trudno, to nie stajesz się reprezentantem wykluczonych, bo jesteś głównie reprezentantem samego siebie.
Tomasz Grzegorz Grosse: W Unii Europejskiej i wśród państw członkowskich mamy do czynienia z trzema poziomami, które mają kluczowe znaczenie, jeśli chodzi o politykę zagraniczną, gospodarkę i strategię przemysłową. Te trzy poziomy to geopolityka, czyli poziom władzy w stosunkach międzynarodowych, interesy ekonomiczne oraz wartości. Podstawowy problem polega na tym, że nie zawsze te poziomy tworzą jednolitą lub przynajmniej spójną strategię, która prowadziłaby w jednym kierunku i tworzyła efekt synergii pomiędzy nimi. Czasami są one sobie wręcz przeciwstawne. Nie tworzą tym samym czegoś, co możemy nazwać strategią geoekonomiczną, która polega na podporządkowaniu interesów ekonomicznych szerszej strategii geopolitycznej, a którą możemy obserwować np. w przypadku Chin czy Stanów Zjednoczonych. Innym problemem jest sprzeczność między doraźnymi a długofalowymi celami ekonomicznymi. Czyli nie tylko trzy wspomniane poziomy ze sobą nie współgrają, ale dodatkowo sfera ekonomiczna sama w sobie nie jest wewnętrznie spójna.
Na czym polega ta niespójność?
Jest ona widoczna zwłaszcza w sferze, którą Francuzi nazywają suwerennością europejską, mając najczęściej na myśli suwerenność technologiczną. Chodzi o to, aby Unia (czy też kraje unijne) generowała najnowocześniejsze i najbardziej przełomowe technologie, a nie tylko była ich odbiorcami – czy to ze Stanów Zjednoczonych, czy z Chin. Świadomość tego typu przejawiają stratedzy polityczni czy sami politycy, ale zazwyczaj spotykają się z przeszkodami chociażby na poziomie urzędników, konsumentów czy korporacji. To właśnie korporacje, czy to francuskie, czy niemieckie lub inne, są tak bardzo uzależnione od kapitału i technologii amerykańskich czy chińskich, że nie potrafią myśleć w kategoriach autonomii strategicznej. Robią to niejako wbrew interesom wspólnot politycznych, w których działają, ale też wbrew długofalowym interesom własnym. Brakuje im do tego funduszy, wyobraźni, ale i mają świadomość, że klienci nie chcą nieco gorszego czy też droższego produktu, nawet jeśli miałby on być europejski. A tego w średnim horyzoncie czasowym wymagałoby postawienie na suwerenność technologiczną w poszczególnych dziedzinach. Wreszcie pozostaje kwestia funduszy, tj. tego, kto ma to wszystko sfinansować. W związku z powyższym, możemy w kwestii przemysłu mówić w Unii o pewnym zwrocie na poziomie dyskursywnym, ale na poziomie efektów materialnych taki zwrot się nie dokonuje.
Komisja Europejska opublikowała Nową Strategię Przemysłową dla Europy, wskazując m.in. na problemy uzależnienia od komponentów wrażliwych dla produkcji przemysłowej i nakreślając osiągnięcie celu strategicznej autonomii. Niemcy jakiś czas temu opublikowały strategię przemysłową na rok 2030, w której podkreślają m.in. cel wzmocnienia potencjału technologicznego oraz autonomii technologicznej. Z kolei niedawno prezydent Francji, Emmanuel Macron, ogłosił plan inwestycyjny, w którym kilkanaście miliardów euro zostanie do 2030 r. zainwestowanych m.in. w półprzewodniki, robotykę, sztuczną inteligencję czy technologie wodorowe. Mamy wreszcie przykład Polskiej Polityki Przemysłowej, dokumentu opublikowanego przez Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii w czerwcu 2021. Jak w takim razie należy traktować te strategiczne dokumenty dotyczące polityki przemysłowej czy też innowacyjnej, które zostały w ostatnim czasie opublikowane przez konkretne rządy i instytucje?
Dobrym przykładem realizacji strategicznych przedsięwzięć w dziedzinie przemysłu czy raczej technologii jest projekt GAIA-X. Zrzesza on najważniejsze europejskie korporacje informatyczne pod egidą UE. To inicjatywa, która miała wytworzyć europejską alternatywę w zakresie gromadzenia i przetwarzania danych wobec już ugruntowanej pozycji firm amerykańskich, ale też wobec potencjału chińskiego. Dodatkowo to przedsięwzięcie było wzmocnione działaniem TSUE, który w pewnym momencie w praktyce uniemożliwił przekazywanie danych osobowych do Stanów Zjednoczonych. Co się jednak z tym projektem stało? Okazało się, że firmy europejskie nie są zainteresowane robieniem czegoś przeciwko Amerykanom, a tym właśnie byłoby budowanie technologicznej alternatywy w zakresie chmury obliczeniowej. Później do projektu dołączyły firmy amerykańskie i okazało się, że na poziomie grup roboczych to właśnie Amerykanie mają najwięcej do powiedzenia, jeśli chodzi o szczegóły technologiczne. Cała ta inicjatywa na samym końcu nie prowadzi zatem do europejskiej autonomii technologicznej, lecz w miękki sposób utrwala zależność europejską od technologii amerykańskiej. To pokazuje pewną niemożność, jeśli chodzi o prowadzenie tego typu działań innowacyjnych. Pokazuje również, że, choć Europa mówi o strategicznych wyzwaniach i potrzebnych do tego działaniach, nie jest w stanie skrócić czy odrobić dystansu do konkurentów pozaeuropejskich – ze względu albo na niewystarczające środki, albo na dotychczasowe tendencje i przyzwyczajenia, które tę zależność w gruncie rzeczy utwierdzają.
GAIA-X to jednak projekt europejski. Jak to się ma do wspomnianych wyżej strategii i inicjatyw na poziomie państw członkowskich?
W tym kontekście ciekawym przypadkiem jest Francja. Jeżeli spojrzymy na to, jak Francja prowadzi politykę europejską, to zobaczymy, że państwo to stara się wykorzystać każdą nadarzającą się okazję, żeby korporacje francuskie otrzymały coś z budżetu europejskiego – czy to na działania innowacyjne, technologiczne, czy różne inne. Po tym, jak powstał budżet unijny przeznaczony na politykę obronną, okazało się, że lwia część tych wydatków ma iść na technologie wojskowe i duża część z nich została wywalczona przez polityków francuskich dla korporacji francuskich. Ten sam proces możemy prześledzić w polityce spójności, polityce innowacyjnej czy jeśli chodzi o środki finansowe przeznaczane np. w ramach programów ramowych Horyzont (dotyczących rozwoju badań i innowacji w UE). Rząd francuski stara się zrobić wszystko, żeby przekierować politykę UE na rzecz technologicznej suwerenności, a jednocześnie wyrwać dla własnego przemysłu jak najwięcej funduszy na cele innowacyjnej gospodarki. Jednocześnie dostrzega ograniczone pole realizacji tych celów na poziomie europejskim. W związku z tym, niezależnie od polityki europejskiej, rząd francuski odrabia lekcje we własnym zakresie. Prezydent Macron powołał narodowy fundusz pandemiczny, w ramach którego kilkadziesiąt miliardów euro ma zostać zmobilizowanych na zmianę jakościową, jeśli chodzi o rozwój technologiczny w najbardziej kluczowych obszarach. To jest lekcja, którą powinniśmy odrobić także w Polsce. Niezależnie od funduszy europejskich powinniśmy mobilizować własne środki, które będą prowadziły do wzrostu inwestycji przez polskie przedsiębiorstwa, instytuty badawcze czy uczelnie wyższe. To powinny być polskie konsorcja, ewentualnie robione we współpracy z partnerami z Europy Środkowo-Wschodniej, bo celem strategicznym powinno być budowanie potencjału rozwoju endogenicznego, opartego na własnych zasobach w naszym regionie. Niestety wciąż nie widzę u nas takich działań na poważną skalę.
Chciałbym wrócić jeszcze do wspominanej już autonomii strategicznej. Czy jest to docelowy kierunek, w którym będzie szła UE? Jak w tym projekcie odnajdują się z jednej strony kraje centrum, takie jak Francja i Niemcy, a z drugiej strony te półperyferyjne, takie jak Polska?
Rzecznikiem autonomii strategicznej Europy jest przede wszystkim Francja. Do pewnego stopnia, ale tylko w niektórych jej przejawach, koncepcję tę wspierają Niemcy, oczekując oczywiście przede wszystkim korzyści dla własnych korporacji. My raczej słabo włączamy się w ten projekt. Po pierwsze dlatego, że jesteśmy w konflikcie z instytucjami unijnymi i mamy głębokie poczucie braku zaufania związane z tym, że działania polityk unijnych niekoniecznie mogą przynieść korzyści nam, za to wzmocnić korporacje francuskie czy niemieckie. Polska w niewielkim stopniu jest w stanie zabezpieczyć swoje interesy i to zależy od wielu czynników. Po drugie, obawiamy się, że projekt autonomii strategicznej tak naprawdę odbije się na relacjach Unii czy samej Polski ze Stanami Zjednoczonymi. Mówiąc krótko: że jako Polska będziemy wspierać rozwój korporacji francuskich czy niemieckich, w zamian obniżając polskie bezpieczeństwo. Z naszej perspektywy taki deal wydaje się bezsensowny.
Na czym dokładnie polegały te złe doświadczenia, jeśli chodzi o Polskę i UE? Wspomniał Pan, że istnieją duże różnice w korzystaniu z funduszy europejskich.
W tej chwili jesteśmy właściwie w takiej sytuacji, że pojawiają się głosy mówiące o zawieszeniu wszystkich środków dla Polski, łącznie z funduszami spójności. Z punktu widzenia interesów kraju jako takiego, odcięcie nas w ogóle od funduszy jest rzeczą, która poważnie obciąża relacje Polski z UE. Bo to de facto oznacza, że nie byłoby najmniejszej próby zbilansowania korzyści, jakie odnoszą zachodnioeuropejskie korporacje mogące funkcjonować na polskim rynku. W związku z tym trudno mówić tu o zaufaniu czy partnerstwie. Inną kwestią jest to, na co powinny być przeznaczane środki, które płyną do nas np. w ramach polityki spójności i odpowiedź na pytanie, dlaczego w znacznie większym stopniu fundusze europejskie na Zachodzie idą na działania innowacyjne, prace badawcze, a w Polsce w dalszym ciągu lwia część tych środków jest przeznaczana na rozwój podstawowej infrastruktury, dróg, chodników, kolei. Innym problemem jest podział środków w ramach samej polityki innowacyjnej – jest on bardzo asymetryczny. Korzyści, jakie odnoszą podmioty z krajów Europy Zachodniej, są nieporównywalnie większe do tych, jakie mają podmioty polskie. Podobna historia dotyczy funduszy w zakresie polityki obronnej, przeznaczonych na rozwój technologii militarnych dla korporacji wojskowych. Należałoby to zmienić. Powinien to być bardzo ważny cel polityczny, żebyśmy z funduszy europejskich mogli kreować krajową technologię.
W swoich publikacjach często pisze Pan o modelu egzogenicznym kapitalizmu jako modelu polskim. Czym ten model się charakteryzuje i jak wytworzył się on w Polsce?
Kapitalizm egzogeniczny to taki model rozwoju, który jest silnie warunkowany czynnikami zewnętrznymi, np. decyzjami o inwestycjach zagranicznych korporacji, decyzjami politycznymi europejskich państw centralnych czy decyzjami dotyczącymi udostępniania jakiejś technologii, którą posiadają korporacje bardziej zaawansowane gospodarczo. Pojęcie kapitalizmu egzogenicznego funkcjonuje w literaturze co najmniej od lat 70. ubiegłego wieku, czyli od 50 lat. Wtedy to model rozwoju zależnego był opisywany na przykładzie krajów Ameryki Łacińskiej. Natomiast w przypadku Europy Środkowo-Wschodniej ten sposób opisu rozwoju gospodarczego praktykowali przede wszystkim naukowcy z zachodnich uczelni, analizując m.in. transformację gospodarczą po 1989 roku. Jeżeli więc mówimy o modelu egzogenicznym, to on w literaturze był najczęściej opisywany jako pochodna procesów transformacji gospodarczej, czyli przejścia od modelu realnego socjalizmu do gospodarki kapitalistycznej. Najciekawsze w takim ujęciu jest to, że ten model rozwoju gospodarczego, opartego o zewnętrzny kapitał i silne gospodarcze zależności, w ramach których pełnimy rolę gospodarki peryferyjnej, nie jest niczym nowym. Podobnego typu relacje występują w tej części Europy co najmniej od XV wieku. Zmieniały się w tym czasie konfiguracje geopolityczne i szczegółowe cechy zależności, ale na bazowym poziomie był to rozwój zależny charakterystyczny dla modelu egzogenicznego. Inną interesującą rzeczą jest, na co wskazują rozliczne badania, że po naszym wejściu do UE ta zależność się wzmocniła. Paradoksalnie, fundusze europejskie, członkostwo w rynku wewnętrznym, pewnego rodzaju modernizacja dokonywana przez kapitał i korporacje zachodnioeuropejskie, wszystkie te procesy jeszcze bardziej wzmocniły trajektorię rozwoju egzogenicznego. Ten model rozwoju jest związany m.in. z konkurencyjnością gospodarki opierającej się na niskich kosztach produkcji. Jednak rosnące płace i koszty energii ograniczają możliwości wzrostu w ramach tego modelu. Dlatego też ważne jest stopniowe przejście do innego typu rozwoju, który będzie oparty o kapitały lokalne (przede wszystkim finansowe i technologiczne), a więc o endogeniczne czynniki wzrostu. Oczywiście nie jest to droga prosta i łatwa, ale nie jest też niemożliwa do zrealizowania.
Co w takim razie robić?
Póki co jesteśmy w pewnym konflikcie, do którego moim zdaniem musiało dojść, szczególnie jeśli chodzi o Europę Zachodnią. My zawsze prędzej czy później, mówię tu o polskiej kulturze politycznej, reagujemy w ten sposób na zbyt silną zależność. Ale równie charakterystyczne dla naszej kultury politycznej jest klasyfikowanie zależności głównie na płaszczyźnie politycznej, a zarazem niedostrzeganie zależności ekonomicznej, niezmiernie istotnej z punktu widzenia strukturalnego. W związku z tym buntujemy się, jak przez wieki, przeciwko zależności politycznej, a nie próbujemy przepracować w żaden sposób modelu rozwoju gospodarczego. Bunt polityczny może być pewnym środkiem dojścia do celu, ale nie może być celem samym w sobie. W związku z tym pojawia się pytanie, czemu ma służyć ten bunt i co ma być później. I ja tego właśnie nie wiem, bo nie dostrzegam odpowiedzi u elit politycznych, nawet tych, które przyjmują konflikt jako mechanizm wybicia się na autonomię pod względem politycznym. Słyszymy często od polityków o potrzebie suwerenności. Ale ona jest rozumiana przede wszystkim w kategoriach geopolitycznych, a brakuje właśnie perspektywy ekonomicznej – takiej, która jest zawarta w myśleniu elit francuskich, gdy mówią one o suwerenności. Mówiąc o suwerenności, Francuzi mają na myśli przede wszystkim autonomię technologiczną. My natomiast nie doceniamy perspektywy ekonomicznej poza tym, że boli nas, gdy ktoś chce nam zabrać fundusze unijne.
Powiedział Pan, że po wejściu do UE zależność gospodarcza Polski czy Europy Środkowo-Wschodniej jeszcze się powiększyła. Jak to się ma do rosnącego PKB i rosnącego standardu życia mieszkańców Polski?
To jest skutkiem procesu konwergencji, który zachodzi między nami a Europą Zachodnią. Rzeczywiście zbliżamy się do średniej UE, jeśli chodzi o PKB na mieszkańca kraju. Ale wynika to także z ogromnych nakładów pracy, które Polacy wkładają w ten sukces ekonomiczny. Efekt konwergencji jest też budowany w dużym stopniu poprzez korzystanie z zachodnich technologii. W związku z tym pracujemy nie tylko na bogactwo naszego społeczeństwa, ale również właścicieli kapitału i technologii z Europy Zachodniej. Tym samym w jakimś stopniu budujemy bogactwo tamtych społeczeństw. Chodzi o to, żeby to zmienić, żeby zmienić te proporcje, żebyśmy tworzyli własne technologie i je wykorzystywali.
Ale dlaczego mamy to zmieniać, skoro, jak Pan wspomniał, zachodzi proces konwergencji, a wskaźniki takie, jak poziom PKB czy poziom bezrobocia idą w dobrym kierunku?
Przyczyn jest bardzo wiele. Po pierwsze, model, dzięki któremu proces konwergencji zachodził, wyczerpuje się. Skoro wzrastają u nas koszty produkcji i koszty płac, to stajemy się mniej atrakcyjnym wykonawcą różnego rodzaju dóbr dla inwestorów zewnętrznych, bo naszą przewagą konkurencyjną były i są właśnie niskie koszty pracy. Musimy zmienić swój model konkurencyjności gospodarczej, czyli przejść na wyższy wkład własny, wynikający z innowacji technologicznych i z własności tej technologii. Kolejna rzecz – nie możemy rozwijać się wyłącznie według wskazówek zewnętrznych, według decyzji kapitału zagranicznego, ponieważ w sytuacji rosnącej niepewności politycznej w Europie musimy mieć własne zasoby, na których możemy się opierać. Nie możemy sobie pozwolić, że ktoś nam po prostu powie z dnia na dzień, że odbiera nam pieniądze europejskie, bo jesteśmy niepraworządni. My nie jesteśmy krajem wielkości San Marino, abyśmy mogli stanąć wobec takiej sytuacji, że ktoś nam odbierze możliwości rozwoju. Musimy traktować siebie w sposób bardziej poważny i docenić skalę naszej obecności w Europie. Musimy sami zadbać o swój rozwój, tak samo jak powinniśmy sami zadbać o swoje bezpieczeństwo. Nie możemy opierać bezpieczeństwa tylko lub w dużej mierze na zakupie uzbrojenia zewnętrznego. Musimy budować pewną bazę własnych zdolności obronnych. I na tej samej zasadzie powinniśmy tworzyć bazę przemysłową i technologiczną, potencjał naukowy, który będzie w stanie, na przynajmniej podstawowym poziomie, w sytuacji jakiegoś załamania lub kryzysu odpowiedzieć na potrzeby państwa. Jeżeli np. wybucha pandemia, to nie możemy być zaskoczeni, że w Polsce nie wytwarza się maseczek albo innych produktów, które nie wymagają przecież wielkiej technologii i mogą powstawać u nas. W związku z tym chodzi o wytworzenie endogenicznej infrastruktury gwarantującej nam minimum zabezpieczenia ekonomicznego, a także w innych sferach: zdrowotnej, wojskowej, społecznej, zagrożenia klimatycznego, powodziowego itd. Nie odrabiamy pewnych lekcji, które już dawno powinniśmy mieć przerobione. W zasadzie w każdej dziedzinie rozwoju naszego kraju możemy się oprzeć na przynajmniej niektórych krajowych technologiach i krajowych firmach, żeby w krótkim wymiarze, kilku, kilkunastu lat zrobić bardzo poważny krok do przodu. A my tego nie robimy. Uważam, iż nie robimy tego m.in. dlatego, że jesteśmy przyzwyczajeni do rozwoju zależnego i że ten rozwój przynosi nam korzyści. A gdy nagle przestanie nam przynosić korzyści, to będziemy się drapać po głowie i zastanawiać, co w takim razie zrobić. Nie powinniśmy być postawieni w takiej sytuacji. Należy zawczasu budować alternatywny model gospodarczy, który wykluczy przynajmniej niektóre ryzyka, również polityczne, mogące nas dotknąć.
W książce „Cztery wymiary integracji” wskazuje Pan, że historycznie uzależnienie od zachodniego centrum od pięciuset lat wiązało się z pewną formą niedorozwoju czy też niemożnością gospodarczego rozwoju, i że na tej relacji korzystał przede wszystkim Zachód, a niekoniecznie korzystał na tym autonomiczny rozwój Polski. Dlaczego nie udawało się wybicie na większą niezależność?
To wynika z kilku czynników. Po pierwsze, przyzwyczailiśmy się do tego, że sfera gospodarcza jest pozostawiona obcokrajowcom. Jeszcze w ramach I Rzeczypospolitej szlachta w zasadzie nie zajmowała się działalnością ekonomiczną, bo uważała, że jest to poniżej godności szlacheckiej. W związku z tym delegowano tego typu działania na obcokrajowców, którzy wykorzystywali ten fakt i się na tym bogacili. Niedocenianie sfery gospodarczej przez elity polityczne odpowiedzialne za kraj oraz brak tendencji do myślenia geoekonomicznego, które zasoby ekonomiczne traktowałaby jako istotne z punktu widzenia geopolitycznego, były historycznymi błędami, jak się wydaje, popełnianymi przez kolejne pokolenia elit.
Skoro jest tak dobrze, skoro się bogacimy, skoro dzięki integracji europejskiej doganiamy Europę Zachodnią, to po co to zmieniać, po co w ogóle się nad tym zastanawiać? Przyrównałem kiedyś członkostwo w UE do złotego kaftana bezpieczeństwa, w którym czujemy się komfortowo i bezpiecznie, ale on usypia naszą czujność i zniechęca do myślenia alternatywnego, do myślenia o bardziej ambitnych celach, bez których nie mamy szans na dogonienie państw Europy Zachodniej, nie wspominając o ich przeganianiu. Możemy osiągnąć pewien stopień poziomu bogactwa, ale ten, kto nie dysponuje własnością w zakresie kluczowych technologii, będzie zawsze skazany wyłącznie na to, żeby współpracować jako podwykonawca z zewnętrzną korporacją, która w gruncie rzeczy decyduje o wszystkim.
Dziwi mnie, że postawienie do dyskusji publicznej kwestii zależności ekonomicznej wobec Europy Zachodniej jest przedstawiane niemalże jako zamach stanu. Wedle krytyków takiej debaty sam problem nie powinien być poruszany w debacie publicznej, bo to ponoć oznacza, że chcemy już wyjść z UE, że chcemy przewrócić świat do góry nogami, a przecież jesteśmy w najwspanialszym momencie historii od kilkuset lat. Jeżeli nie jesteśmy w stanie nawet podjąć tej dyskusji, to co dopiero zastanawiać się, jakiego rodzaju transformację przeprowadzić. Jak poprawić nasze konkurencyjne miejsce na mapie Europy? Boimy się nawet zacząć dyskusję na ten temat, a co dopiero przeprowadzić taki plan – chociaż inne narody europejskie, nie mówiąc już o narodach pozaeuropejskich, bardzo często widzą swoją szansę właśnie w budowaniu potencjału technologicznego i naukowego. Wystarczy spojrzeć, jaki skok rozwojowy zrobiła najpierw Japonia, niewiele później Korea Południowa czy Tajwan, i wreszcie: co zrobili Chińczycy. To prostu nieprawdopodobne. Sądzę, że oni myśleli nie tylko o tym, jak dogonić Zachód, ale jak go przegonić, jak mieć najbardziej konkurencyjne przemysły w skali globalnej. My nie jesteśmy w stanie o tym myśleć, bo uznajemy, że bycie podwykonawcą korporacji niemieckiej to jest absolutnie najlepsza rzecz, jaka w naszych tysiącletnich dziejach się przydarzyła. Jeżeli nie zmienimy tego sposobu myślenia, to ten cud gospodarczy, z którego się cieszymy, może bardzo łatwo wyparować. Świat jest dynamiczny.
Dziękuję za rozmowę.
Marzec 2022 r.
Magdalena Okraska (ur. 1981) – etnografka, publicystka. Obecnie kształci się w zawodzie pracownika socjalnego. Autorka książek „Ziemia jałowa. Opowieść o Zagłębiu” (2018) oraz „Nie ma i nie będzie” (2022) poświęconych społecznym skutkom neoliberalnej „transformacji” i zniszczeniu przemysłu w Polsce. Stała współpracownica „Nowego Obywatela” i osoba odpowiedzialna za funkcjonowanie techniczno-organizacyjnego aspektu wydawania pisma.
przez Remigiusz Okraska | niedziela 29 maja 2022 | edytorial, Kwartalnik, Wiosna-Lato 2022
W III RP mieliśmy do czynienia z procesem kształtowania nowego języka i myślenia. Mówiono, że pewne słowa są dotkliwe dla innych. Że naruszają wrażliwość grup i jednostek. Że „na Zachodzie” tak nie myśli i nie mówi już prawie nikt, bo nie wypada. Że przeprośmy za takie nawyki i pozbądźmy się ich, a dołączymy do grona nowoczesnych.
Byli i tacy, którzy opowiadali się przeciwko. Alarmowali, że tresura, terror, polityczna poprawność itd. Niespecjalnie zgadzam się z nimi. Przez długie lata wiele grup traktowano pogardliwie i nazywano nieelegancko, choć niczego złego nie zrobiły. Nikomu nie zaszkodzi, gdy przestanie powielać bzdurne stereotypy, użyje żeńskiej końcówki wyrazu czy zamiast „pedał” lub „Cygan” powie „gej” lub „Rom”. Może śmieszyć czy irytować nadgorliwość w tym zakresie. Może oburzać to, że rozmaite cwaniaki z ekipy zawodowych „antyfaszystów” kręcą lody na pouczaniu, pohukiwaniu i rozliczaniu. Ale lepiej żyć w społeczeństwie wzajemnej wrażliwości, niż zwykłą bucowatość i arogancję nazywać „polityczną niepoprawnością”.
Problem tkwi gdzie indziej. Uczulaniu na jedne formy dyskryminacji i obelżywych wywodów towarzyszyła obojętność na inne formy. A wręcz ich rozkwit. Niemal wszystkie stereotypy były niemile widziane. Oprócz tych wobec ludzi pozbawionych aktywów finansowych, sukcesów rynkowych, nienadążających za modami itp. Mieliśmy kampanie przeciw homofobii. Nie mieliśmy przeciw „chamofobii”: pogardzie wobec zwykłych ludzi.
Homo sovieticus, roszczeniowcy, warchoły, rozdawnictwo, nieroby, nieudacznicy, patologia, pięćsetplusy, ciemnogród itd. To był niemal oficjalny język wyzyskowo-neoliberalnej elity. Trzeba było uważać na coraz więcej słów – tylko biednych, skrzywdzonych ekonomicznie i wykluczonych socjalnie można było lżyć bezkarnie, a wręcz przy aplauzie opiniotwórczych kręgów. Nie było tak bzdurnego i podłego stereotypu, którego na temat ludu nie powielałyby liberalne media i ich gwiazdy. Elita zawsze wiedziała lepiej, jak i co ma robić rzekomo zapóźniony lud. Co myśleć, jak głosować, a nawet co jeść i jak się ubierać.
Wystarczyło nie mieć dość pieniędzy, nie konsumować odpowiednio „nowocześnie”, mieć „nierozwojowy” zawód, a nawet niewłaściwe hobby typu kibicowanie, albo mieszkać i bywać poza modnymi centrami kariery i sukcesu, a tym bardziej posiadać wątpliwości wobec tego, czy wyzyskowo-neoliberalny model gospodarki jest faktycznie najlepszy – a trafiało się na listę opluwanych i pouczanych.
Tej właśnie kwestii poświęciliśmy niniejszy numer „Nowego Obywatela”. Piszemy o jedynej dziś dozwolonej, a w wielu miejscach dobrze widzianej fobii. O trendzie, a nawet całym przemyśle wyszydzania i upokarzania słabszych. O nienawistnym, niesprawiedliwym i nierzetelnym portretowaniu klasy ludowej. O tym, jak taka narracja nie tylko dodatkowo krzywdziła już i tak ekonomicznie skrzywdzonych, ale i pozwalała zepchnąć ich krzywdy na margines zainteresowania. Problem nie dotyczy tylko Polski – opisujemy przykład tego samego mechanizmu w Hiszpanii.
A ponieważ rozsadnikiem takich postaw były w znacznej mierze media, to osobny blok tekstów w tym numerze poświęciliśmy sytuacji w nich. Widzianej od środka – przez osoby zwalniane za niewygodne poglądy, pozbawiane praw pracowniczych, kiepsko traktowane jako szeregowi dziennikarze. Zapraszam do lektury!
PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.
przez redakcja | niedziela 29 maja 2022 | aktualności
Będą ułatwienia w powstaniu i prowadzeniu ośrodków opieki psychologicznej dla dzieci. Tworzenie mniejszych niż do tej pory zespołów środowiskowej opieki psychologicznej i psychoterapeutycznej dla dzieci i młodzieży, wyższe wyceny kluczowych świadczeń i korzystniejszy sposób rozliczania – to ułatwienia, które wprowadził NFZ dla placówek tego typu.
Jak pisze Portal Samorządowy, w 2022 roku NFZ na opiekę psychiatryczną i leczenie uzależnień przeznaczy o 880 mln zł więcej niż w 2021 roku. Dotychczas na tym poziomie referencyjnym mogły funkcjonować wyłącznie czteroetatowe placówki.
Od marca br. mogą powstać także dwuetatowe zespoły, które umożliwią terapię i wsparcie dla dzieci nawet z najmniejszych gmin.
NFZ zmniejszył też wymaganą liczbę świadczeń miesięcznych, koniecznych do zrealizowania przez dotychczasowe placówki. Zgodnie z wnioskiem placówek, dla czteroetatowego zespołu składającego się z psychologa, psychoterapeuty i terapeuty środowiskowego, wymagana liczba miesięcznych świadczeń została zmniejszona z 412 do 375.
Wprowadzono też korzystniejszy sposób rozliczania świadczeń. Placówki (I poziomu referencyjnego) zostały objęte nowym, hybrydowym sposobem rozliczania świadczeń. Opiera się on na ryczałcie miesięcznym (m.in. na koszty infrastruktury, koszty personelu realizującego usługi bez obecności pacjenta, tj. udział w konsyliach, przeprowadzenie działań koordynacyjnych, czy udział w superwizjach) oraz opłacie za świadczenia (wizyty, porady, sesje) – rozliczanych godzinowo.
przez redakcja | niedziela 29 maja 2022 | aktualności
W Europie właściwie nie ma takiego systemu kaucyjnego, który nie obejmowałby puszek aluminiowych. Obecnie w Polsce, według danych pochodzących od przetwórców aluminium, odzyskujemy ok. 80 proc. puszek aluminiowych w optymalnych warunkach, czyli z odpadów zebranych selektywnie. Kaucji nie mamy.
Jak informuje Portal Samorządowy, trwa dyskusja nad tym, jak powinien wyglądać system kaucyjny w Polsce. Według projektu ustawy, który jest po etapie konsultacji, systemem zostaną objęte tylko butelki plastikowe i szklane. Takie ograniczenie powoduje wiele wątpliwości.W konsultacjach padło wiele pytań o to, dlaczego system nie obejmuje puszek, kartonów na napoje czy szklanych butelek, tzw. małpek, które tysiącami zalegają na trawnikach, w parkach czy lasach.
Kolejny raz apel w sprawie uszczelnienia systemu kaucyjnego wystosowało Stowarzyszenie Zero Waste Polska. System kaucyjny, który ma objąć wyłącznie plastikowe butelki jednorazowe, po raz kolejny pokazuje, że rządzący za nic mają sobie nie tylko środowisko i społeczeństwo, ale i doświadczenia, skuteczne wzorce i wnioski płynące z działających w Europie systemów kaucyjnych. Niewłączenie do systemu większej ilości frakcji, w tym przede wszystkim puszki aluminiowej, jest nielogiczne i niezgodne z rekomendacjami naukowców, którzy mówią, że musimy walczyć o każdy kilogram recyklingu aluminium – podkreśla Zero Waste Polska.
przez redakcja | piątek 27 maja 2022 | aktualności
185 stacji, które przejmiemy na Słowacji i na Węgrzech, zmieni nazwę na Orlen. Dotyczyć to będzie także 79 stacji niezależnego operatora na Węgrzech, który korzysta obecnie z rosyjskiej marki Lukoil.
Jak informuje serwis wnp.pl na podstawie informacji z koncernu, Orlen podał, że przejmie 144 stacje paliw na Węgrzech oraz 41 stacji na Słowacji, co zwiększy udziału stacji zagranicznych w sieci Orlenu do poziomu ponad 45 proc. w 2030 r. Obecnie stanowią one 37 proc. całej sieci polskiego koncernu.
Rozszerzamy naszą sieć sprzedaży detalicznej i równolegle rozważamy dalszą ekspansję, tak aby zgodnie ze strategią, do 2030 r. w regionie pod polską marką Orlen działało co najmniej 3,5 tys. stacji – dodał prezes Orlenu.
przez redakcja | czwartek 26 maja 2022 | aktualności
Polska zobowiązała się wobec Brukseli, że w pełni oskładkuje umowy cywilnoprawne. Będzie jednak problem z dziełami.
Jak informuje Dziennik Gazeta Prawna, znamy już treść wszystkich tzw. kamieni milowych z Krajowego Planu Odbudowy. To cele, od realizacji których zależy finansowanie poszczególnych projektów przez Unię Europejską. Do końca przyszłego roku rząd chce wnioskować o prawie 16 mld euro. Jednym ze zobowiązań wpisanych do KPO jest szersze oskładkowanie pracy wykonywanej na podstawie umów cywilnoprawnych. Polska zobowiązała się, że takie rozwiązanie będzie obowiązywać do początku przyszłego roku.
Jak dziennik usłyszał nieoficjalnie z resortu pracy, rząd będzie chciał przeprowadzić nowelizację, ale z rocznym poślizgiem, tj. od 2024 r. i bez objęcia składkami umów o dzieło.
Pomysł ozusowania umów cywilnoprawnych, który stał się jednym z kamieni milowych KPO, jest dyskutowany w rządzie od kilku lat. Choć z planu wynika, że powinno stać się to już od początku przyszłego roku i wobec wszystkich umów, to na razie – jak wynika z nieoficjalnych informacji DGP – szykowana jest wersja, która objęłaby pełnym oskładkowaniem tylko umowy zlecenia. Dziś w przypadku umów zlecenia płaci się składkę od pierwszej umowy, a jeśli jest ich więcej, to zsumowana składka od reszty nie powinna być niższa niż przy minimalnym wynagrodzeniu za pracę. Składka nie musi być płacona, jeżeli zleceniobiorca ma etat w innej firmie.