przez redakcja | poniedziałek 17 października 2022 | aktualności
Przedstawiciele związków zawodowych z ochroniarskiej Grupy KOK podpisali porozumienie płacowe z zarządem firmy. Miesięczne wynagrodzenia pracowników ochrony kopalń wzrosną średnio o ok. 400 zł.
Jak informuje pulshr.pl, zapowiadany na 17 października dwugodzinny strajk ostrzegawczy został odwołany. Zgodnie z zapisami porozumienia najniżej uposażeni pracownicy otrzymają podwyżki stawek osobistego zaszeregowania o 20 zł brutto na dniówkę. Z kolei pracownicy kwalifikowani będą mieli podwyższone stawki o 16 zł brutto na dniówkę. Ponadto ustaliliśmy premię inflacyjną za listopad i grudzień po 500 zł brutto dla wszystkich pracowników – mówi Ireneusz Lier, szef „Solidarności” w grupie KOK.
Jak zaznacza Ireneusz Lier, zawarte z pracodawcą porozumienie jest kompromisem. – Część ludzi pewnie liczyła na więcej, więc trudno mówić o jakimś ogromnym zadowoleniu, ale jest to naprawdę znaczący krok do przodu. Wreszcie był konstruktywny dialog. Jest podwyżka, są premie inflacyjne, a na początku 2023 roku wznowimy rozmowy płacowe.
W spółce KOK od wielu miesięcy trwał spór zbiorowy dotyczący podwyżek płac. Związki zawodowe domagały się wzrostu wynagrodzeń o 20 proc.
Grupa KOK zatrudnia ok. 700 pracowników. Spółka świadczy usługi ochroniarskie głównie dla kopalń Polskiej Grupy Górniczej.
przez Remigiusz Okraska | niedziela 16 października 2022 | edytorial, Jesień 2022, Kwartalnik
Dzisiaj ekologia jest modna. I pilna. Mamy bowiem katastrofę klimatyczną. Już coraz trudniej udawać, że nic się nie dzieje, że to błahostka, że „nie panikujmy”. Rośnie średnia globalna temperatura, co chwilę są „upały stulecia”, towarzyszą temu susze, kataklizmy i deszcze nie nawadniające, lecz ulewne, podtapiające i dewastujące dorobek lat i pokoleń. Już nie da się chować głowy w piasek.
Obrodziło zatem ekologami. W redakcjach, które jeszcze dekadę temu kpiły z ochrony przyrody, że to zajmowanie się „żabkami i kwiatkami”. W partiach, które uważały, że beton, asfalt, wycinanie lasów i regulowanie rzek to dobry sposób na wzrost PKB. W mediach, które zarabiały miliony na reklamach samochodów i deweloperskiej zabudowy ostatnich terenów zielonych. W biznesie, który bez umiaru spalał węgiel i ropę, stymulował zużycie energii, wytwarzał tysiące ton jednorazowej tandety. Wszyscy oni są teraz „ekologicznie wrażliwi”. Trochę późno.
Niby lepiej późno, niż wcale. Ale warto spojrzeć, jaka to ekologia. Taka w interesie bogatych. I kosztem biednych. Okazuje się, że dewastacja przyrody to nie wina wielkich koncernów, że to nie miliarderzy latają bez umiaru prywatnymi samolotami, że to nie klasy wyższa i średnia konsumują ponad stan. Winni mają być biedni czy zwykli ludzie. To pod ich adresem moralizuje się, że palą węglem (może dlatego, że dotacje na solary są dla dość zamożnych), jeżdżą dieslami (mają inną możliwość w kraju zdewastowanego transportu zbiorowego?) i w ogóle „niszczą planetę”.
A przede wszystkim nie chcą na pstryknięcie palcem porzucić zarobkowania w kopalniach, hutach i resztkach innego przemysłu. Bo są „ciemniakami”? Po prostu boją się o podstawy swojego przetrwania. Boją się w kraju i w świecie, w których każda „reforma” i każda „transformacja” polegały w ostatnich dekadach na pogarszaniu sytuacji zwykłych ludzi. A w pakiecie był jeszcze bonus w postaci opluwania ich wywodami o homo sovieticus, roszczeniowcach itd.
To nie oni są przeciwko ekologii. To wielki biznes był przez dekady i wieki antyekologiczny – i zarobił na tym miliardy. To nie górnicy wydobywają węgiel na złość całemu świat – to węgiel zapewniał przez dekady komfort i konsumpcję klasom średniej i wyższej. To nie ludzie wytwarzają śmieci – to firmy dla własnego zysku produkują tandetę i opakowują produkty bez umiaru. I tak dalej.
Musimy dokonać transformacji energetycznej. Odejść od spalania paliw kopalnych i emisji gazów cieplarnianych. Ale nie kosztem setek tysięcy słabych i niewinnych ludzi, nie za cenę ich biedy i marginalizacji, nie strofując tych, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. Czas zakończyć brudne biznesy i brudne zyski. I marnotrawny styl życia elit. A zwykłym ludziom pomóc przejść suchą stopą przez transformację energetyczną. Niech płacą współwinni – nie zaś niewinni.
O tym jest obecny numer „Nowego Obywatela”. Tematyka ekologiczna jest na naszych łamach obecna od początku edycji pisma. Zanim to było modne. To także swego rodzaju powrót do korzeni. Gdy w roku 2000 zakładaliśmy pismo „Obywatel”, poprzednika „Nowego Obywatela”, czyniła to grupka ludzi związanych z ruchem ekologicznym, ale przeciwna dominującym w nim sympatiom do liberałów proponujących ekologię antyspołeczną.
Dziś zastanawiamy się nad tym, jak dokonać transformacji energetycznej w sposób niekrzywdzący słabych i niezamożnych. To nie tylko wyzwanie natury etycznej. To także rozsądek: nie da się zrobić tak wielkiej operacji w systemie demokratycznym bez brania pod uwagę możliwości i potrzeb milionów ludzi. Ekologia oparta na wyzysku, lekceważeniu słabych i moralizowaniu bogatych – będzie nieskuteczna. I podła.
Zróbmy to lepiej i mądrze. Dla planety i dla nas samych. Jak? Wskazujemy kilka kierunków, pytamy fachowców, punktujemy słabości i zagrożenia dotychczasowych wizji. Zapraszam do lektury!
PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – zajrzyjcie proszę tutaj: https://obywatel3.macmas.pl/pomoc/
przez redakcja | piątek 14 października 2022 | aktualności
Teraz zajmie się nią Sejm. Tona węgla kupowanego przez gminy ma kosztować nie więcej niż 1,5 tys., zaś maksymalna cena, jaką poniesie za nią gospodarstwo domowe, gdy kupi surowiec od samorządu, to 2 tys. zł.
Jak informuje portal biznes.interia.pl, rząd planuje wprowadzenie maksymalnych cen węgla. w piątek dwa projekty ustaw. Pierwszy z nich dotyczy dystrybucji węgla przez samorządy, drugi zaś zakłada zamrożenie cen prądu dla mikro, małych i średnich firm oraz samorządów i podmiotów wrażliwych. Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy, który określa cenę sprzedaży węgla dla samorządów na maksymalnym poziomie 1500 zł. Oznacza to, że węgiel dla odbiorcy końcowego będzie znacznie tańszy – przekazał w mediach społecznościowych Jacek Sasin, wicepremier i minister aktywów państwowych.
Tzw. ustawa węglowa zakłada, że gminy będą mogły nabywać węgiel po maksymalnej cenie równej 1,5 tys. zł. Z kolei chętni na zakup surowca od samorządów będą mogli liczyć na to, że ich wydatek nie przekroczy kwoty 2 tys. zł za tonę. Zakup węgla ma być jednak reglamentowany. Żeby jednak zapewnić wszystkim bez wyjątku węgiel, to chcemy, żeby na początku ta dystrybucja odbywała się w wielkości nie wyższej niż dwie tony (…) węgla na gospodarstwo domowe, które jeszcze tego węgla nie kupiło – wyjaśnił premier, dodając, że kolejną partię surowca będzie można dokupić w grudniu lub styczniu.
Państwo ma dopłacić ok. 3 mld zł do węgla przeznaczonego do dystrybucji przez samorządy.
Drugi z przyjętych projektów zakłada zamrożenie cen energii elektrycznej.Mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa, a także jednostki samorządowe oraz podmioty wrażliwe mają mieć w przyszłym roku zagwarantowaną cenę prądu na maksymalnym poziomie 785 zł za MWh. Zdaniem premiera z tego rozwiązania skorzysta 99 proc. wszystkich firm, także tych, które uzgodniły już wcześniej wyższe stawki prądu z jego dostawcami.
przez redakcja | czwartek 13 października 2022 | aktualności
W poniedziałek o godzinie siódmej w Państwowej Straży Pożarnej rozpoczęła się akcja protestacyjna zorganizowana przez Związek Zawodowy Strażaków FLORIAN.
Akcja rozpoczęła się o godzinie siódmej od oflagowania jednostek Państwowej Straży Pożarnej, w których działa FLORIAN. Zaplanowano również przeprowadzenie kampanii informacyjnej.
Związkowcy domagają się między innymi waloryzacji uposażeń i wynagrodzeń na poziomie 20% od dnia 1 stycznia 2023 roku, zaliczenie dodatkowego 1% powyżej 15 lat stażu służby do podstawy naliczania świadczenia emerytalnego, wprowadzenie wysokości dodatku funkcyjnego w wysokości minimum 25% oraz zabezpieczenie dodatkowych środków finansowych na ten cel i kompleksowe rozwiązanie pomocy mieszkaniowej w służbach.
Dalszą koordynację akcji będą prowadzić komitety protestacyjne na poszczególnych szczeblach – informuje Związek.
przez redakcja | środa 12 października 2022 | aktualności
Od 1 grudnia br. maksymalna cena prądu dla podmiotów wrażliwych oraz mikro-, małych i średnich firm będzie ustalona na poziomie 785 zł/MWh, a dla odbiorców w gospodarstwach domowych na poziomie 699 zł/MWh.
Jak informuje Salon24, projektowane rozwiązania w zakresie ochrony ww. grupy odbiorców zakładają, że niezależnie od wzrostu cen energii elektrycznej na rynku hurtowym w 2023 r. w rozliczeniach z odbiorcami przewidziana jest stała cena za obrót energią elektryczną tzw. cena maksymalna na określonym poziomie. Rozwiązania te zawarto w projekcie ustawy o środkach nadzwyczajnych mających na celu ograniczenie wysokości cen energii elektrycznej oraz wsparciu niektórych odbiorców w 2023 roku.
Odbiorcy wrażliwi to podmioty użyteczności publicznej, do której należą placówki służby zdrowia, szkoły i uczelnie wyższe, placówki zajmujące się szeroko rozumianą opieką nad różnymi grupami społecznymi, czyli jednostki pomocy społecznej, wspierania rodziny i systemu pieczy zastępczej, integracji społecznej, żłobki i kluby dziecięce, noclegownie, placówki opieki nad osobami niepełnosprawnymi.
Ponadto, w zakresie ingerencji na rynku hurtowym energii elektrycznej, w projektowanej ustawie proponuje się wprowadzenie mechanizmu polegającego na ograniczeniu przychodów niektórych wytwórców energii elektrycznej i przedsiębiorstw obrotu.
przez dr Mateusz Piotrowski | środa 12 października 2022 | opinie
Polscy komentatorzy pytają czasami ze zdziwieniem: dlaczego kraje tzw. Globalnego Południa wahają się między Rosją (i wspierającymi ją wciąż Chinami) – a Ukrainą (i Zachodem)?
Najczęściej podawanym wyjaśnieniem jest podatność na rosyjską propagandę. To, jak Rosja i Ukraina próbują opowiedzieć tę wojnę, jest oczywiście istotne dla jej wyniku. Dlatego ukraińskie koleżanki i ukraińscy koledzy, których spotykam na swoich aktywistycznych drogach, przedstawiający walkę Ukrainy jako walkę antyimperialną – mają rację. Podobnie jak Polka, która – zaproszona do Parlamentu Europejskiego na przemówienie Ursuli von der Leyen i wywołana przez Cesarzową Europy w tymże przemówieniu – wystąpiła w koszulce z napisem „decolonise Russia”.
Walka informacyjna jest ważna. Ale nie wystarcza. Jeśli kraje Globalnego Południa mają poważnie potraktować przekaz o konieczności solidarności z Zachodem i Ukrainą, to – po inwazji na Irak i Afganistan, w wyniku których zginęło licząc ostrożnie jakieś 500 000 ludzi i po innych nieprzyjemnych doświadczeniach z Zachodem, chociażby postawie UE wobec patentów na szczepionki – muszą zobaczyć leżący na stole konkretny deal. Także ekonomiczny.
Co mogłoby być elementem takiego dealu? Na początek anulowanie lub restrukturyzacja długu Ukrainy. Za którym poszłaby restrukturyzacja systemowego długu państw Południa wobec ich dawnych kolonialnych wierzycieli. Kościół katolicki wzywa do takiej decyzji co najmniej od czasów Jana Pawła II i 2000 Roku Jubileuszowego.
Innym sposobem na zbliżanie światowego Południa do geopolitycznego Zachodu jest realny transfer zielonych technologii, bo to, co zakłada Europejski Zielony Ład w tej sprawie, stanowi kroplę w morzu. Na marginesie: kto – jak wielu polskich konserwatywnych komentatorów – twierdzi, że Globalnego Południa nie obchodzi kryzys klimatyczny i że walka ze zmianą klimatu to wymysł bogatych dzieciaków z Zachodu, niech obejrzy relacje z niedawnej katastrofalnej powodzi w Pakistanie i posłucha komentarzy ludzi tam mieszkających.
Zaproponowanie przez Zachód realnej oferty światowemu Południu to nie tylko kwestia elementarnej sprawiedliwości. To także pragmatyka w geopolitycznej konfrontacji z blokiem chińsko-rosyjskim. Która to konfrontacja – nie oszukujmy się – nie skończy się wraz z ukraińską kontrofensywą ani nawet wraz z rosyjską klęską. Najprawdopodobniej czeka nas długa zimna wojna.
Konieczność wyłożenia przez Zachód realnej oferty dla Globalnego Południa w konfrontacji z ZSRR widział już „pragmatyk z zasadami”, adwokat niepodległości Ukrainy, najbliższy polityczny przyjaciel Giedroycia – Juliusz Mieroszewski. Jego teksty z lat 60. powinniśmy sobie odkurzyć, jeśli na geopolityczne zmagania, których jesteśmy częścią, chcemy nauczyć się patrzeć z mniej zaściankowej perspektywy. Dziś jest to jeszcze prawdziwsze, niż gdy pisał to Mieroszewski bo zupełnie inna jest rola Chin i inny ekonomiczny i militarny potencjał Indii, RPA, Brazylii i innych krajów tzw. Południa. Byłoby dobrze, gdyby Południe znalazło się na radarze polskich ekspertów doradzających rządom w sprawach polityki zagranicznej. I żeby polscy politycy, eksperci, instytucje, liderzy opinii, a także polska dyplomacja ekonomiczna mieli dla światowego Południa realną ofertę.
Mówiąc krótko, w polskim i ukraińskim interesie jest, aby kraje Globalnego Południa dostały od Zachodu propozycję realnego dealu.
Bo inaczej zapiszą się po prostu na deal rosyjsko-chiński.
dr Mateusz Piotrowski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Christel from Pixabay.
przez redakcja | wtorek 11 października 2022 | aktualności
W rządzie toczą się prace nad projektem ustawy mającej na celu dofinansowanie do zatrudnienia tych osób bezrobotnych, które osiągnęły wiek emerytalny.
Jak informuje „Fakt”, rząd chce zachęcać do pracy osoby, które są w wieku emerytalnym i szykuje wcale niemałe wsparcie finansowe. Jednak nie dla seniorów, ale dla firm, które starszych pracowników zatrudnią. Warunek? Przyszły emeryt musi być bezrobotny i nie pobierać jeszcze świadczenia z ZUS. Projekt zakłada dofinansowanie do zatrudnienia osób bezrobotnych, które osiągnęły wiek emerytalny, a jeszcze nie przeszły na świadczenie z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Firma, która zdecyduje się taką osobę zatrudnić będzie mogła liczyć na dofinansowanie w wysokości do 50 proc. najniższej pensji.
Takie dofinansowanie przysługiwałoby przez 24 miesiące. I uwaga! Projekt przygotowywanej ustawy zakłada, że po upływie okresu wypłaty dofinansowania firma musiałaby zatrudnić seniora jeszcze przez kolejnych 12 miesięcy.
przez redakcja | poniedziałek 10 października 2022 | aktualności
We wszystkich komendach powiatowych straży pożarnej rozpoczęto inwentaryzację stanu schronów i miejsc schronienia, poinformował w poniedziałek wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Maciej Wąsik. W całym kraju jest 62 tysiące takich obiektów.
Jak informuje Portal Samorządowy, jest to działanie związane z podstawami ochrony ludności i obrony cywilnej. Strażacy sprawdzają, w jakim stanie są schrony, czy są wyposażone, czy są zdatne do użytku. Jeśli nie, to będziemy podejmować działania, żeby je przystosować – mówił Wąsik.
Zaznaczył, że inwentaryzacja schronów to działanie, które zostało wcześniej zaplanowane. Są to działania w pewien sposób rutynowe. Tu jest taka koincydencja zdarzeń z ostrzałem cywilnego Kijowa, ale tak naprawdę ta akcja była już jakiś czas temu zaplanowana – stwierdził Wąsik.
Dodał, że akcja sprawdzania schronów potrwa dwa miesiące. Będziemy przez dwa miesiące to solidnie wizytować, także inne obiekty, które można przystosować do tego czasu i będą stosowne komunikaty po zakończeniu tej inwentaryzacji – zapewnił Wąsik. Wiceszef MSWiA dodał, że jeśli chodzi o system ochrony cywilnej to będzie on budowany „w sposób bardziej dynamiczny” i bardzo duży nacisk zostanie położony na pierwszą pomoc.
Przygotowujemy się na najczarniejsze scenariusze. Do tego jesteśmy zobowiązani. Jesteśmy do nich przygotowani, choć istnieje małe prawdopodobieństwo, że one nastąpią – podkreślił wiceminister.
przez Łukasz Misiuna | niedziela 9 października 2022 | opinie
Od kwietnia 2019 roku trwa bezprawna procedura prowadzona przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska, której celem jest usunięcie z granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego bezcennego przyrodniczo i kulturowo fragmentu o powierzchni 1,35 ha na szczycie Łyśca. W piątek 30 września 2022 roku Najwyższa Izba Kontroli ogłosiła raport, w którym stwierdza, że rządowe prace legislacyjne nad tym projektem są „nieuprawnione” i wzywa premiera polskiego rządu do przywrócenia stanu zgodnego z prawem. Wniosek o przeprowadzenie kontroli złożyło kieleckie Stowarzyszenie Społeczno-Przyrodnicze MOST. Autorem wniosku byłem ja. Wniosek został złożony za pośrednictwem kancelarii prawnej adwokata Andrzeja Gąsiorowskiego.
Nieutracone wartości Łyśca
O sprawie wielokrotnie pisałem na różnych jej etapach. Przypomnę, że kolejni ministrowie resortu środowiska począwszy od Henryka Kowalczyka przez Michała Wosia i Michała Kurtykę po Annę Moskwę twierdzili, jakoby najpierw 5 ha, a później już tylko 1,35 ha na Łyścu utraciło swoje wartości przyrodnicze i kulturowe. Bowiem tylko w takich okolicznościach możliwe jest zgodne z polskim prawem zmniejszenie obszaru parku narodowego.
Kluczowy w tej kwestii jest spójnik „i”. Zgodnie z ustawą, która nadal obowiązuje, tylko nierozłączne wystąpienie obu okoliczności (utraty wartości kulturowych i przyrodniczych) pozwala na usunięcie z granic parku narodowego danego terenu.
Pozostaje jeszcze kwestia wykazania utraty wartości. Tu ministerstwo nie popisało się. Nie wykonano żadnej oceny wartości przyrodniczych ani ich utraty w odniesieniu do stanu wcześniejszego. Tylko porównując stan „sprzed” i „po” można wskazać ewentualną różnicę. Nie wykonano tego. Nawet gdyby jednak dokonano takiej oceny, należałoby – w przypadku stwierdzenia utraty wartości – wskazać, co lub kto odpowiada za tę utratę. Mimo że ministerstwo twierdziło przez trzy lata, iż teren utracił wartości przyrodnicze, nigdy nie przedstawiono stosownej dokumentacji. Mimo że zadawałem oficjalne pytania o to, kto w takim razie jest odpowiedzialny za tę rzekomą utratę, albo nie uzyskiwałem odpowiedzi, albo – w przypadku ministra Henryka Kowalczyka – dowiedziałem się, że odpowiedzialny jest… zaborca austriacki. Absurd tego twierdzenia odbiera mi możliwość polemiki z nim.
Co do wartości kulturowych, to nikt nie twierdził, że utraciły swoje wartości. Na działkach przeznaczonych do usunięcia z granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego znajduje się bowiem zabytkowy, pobenedyktyński klasztor. Zresztą znaczna część wierzchowiny Łyśca objęta jest ochroną konserwatora zabytków, klasztor jest Pomnikiem Historii ustanowionym przez Prezydenta RP, a cały teren jako rezerwat przyrody chroniony jest od 1924 roku i nawet niemieckie, ciężkie bombardowanie w 1939 roku nie uczyniło tam takich szkód, które uniemożliwiłyby powołanie tu parku narodowego w 1950 roku, trzeciego w Polsce. Obecnie teren ten jest też chroniony w ramach obszaru Natura 2000 Łysogóry.
Chcąc pomóc ministrom, zorganizowałem na Łyścu badania naukowe. Jednoznacznie wykazały one, że teren ten zachowuje wysokie, unikalne wartości przyrodnicze. Na badania otrzymałem stosowne zgody. W zespole badawczym znaleźli się uznani krajowi eksperci. Ministerstwo i dyrekcja ŚPN nie przejęły się dokumentem.
Zarzewie konfliktu
Na czele powodów konfliktu w opisywanej sprawie oraz kryzysu prawa ochrony przyrody stoją zakonnicy zajmujący obecnie klasztor. To Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej. Kiedy kilka lat temu ówczesna dyrekcja ŚPN rozpoczęła prace nad Projektem Planu Ochrony ŚPN, to właśnie zakonnicy sprzeciwili się proponowanym zapisom mówiącym o limitowaniu dewastującego Łysiec masowego ruchu pielgrzymkowo-turystycznego. Zresztą w opinii organizacji pozarządowych na Łyścu należało wprowadzić wiele innych restrykcji, których celem miało być zachowanie przyrody Parku w dobrym stanie. Stało to i stoi w sprzeczności z biznesowymi zamierzeniami Oblatów, o czym świadczą przypadki organizowania na Łyścu, w samym sercu ŚPN, takich imprez, jak zlot kilku tysięcy motocyklistów ze swoimi maszynami.
Wykorzystując „dobrą zmianę”, zakonnicy rozpoczęli lobbing na rzecz wyłączenia szczególnie interesującego ich fragmentu na Łyścu, co doprowadziło do wstrzymania prac nad kluczowym dla Parku dokumentem, jakim jest Plan Ochrony.
Wskutek moich intensywnych działań (pisma, artykuły prasowe, organizacja manifestacji, petycje, powiadomienie instytucji państwowych, udział w bezprawnych konsultacjach społecznych, list do papieża itp.) minister Michał Woś wymyślił, że skoro nie da się sprawy załatwić samym wycięciem z granic ŚPN 1,35 ha i w ten sposób zmniejszeniem jego powierzchni, to… zwiększy powierzchnię Parku o 62,5 ha w innym miejscu. To w oczywisty sposób manipulacja obowiązującym prawem, bo nie da się amputować ręki i doszyć garbu, a potem twierdzić, że ma się większe i zdrowsze ciało.
Głos NIKu
Wobec głuchoty na głos społeczny oraz głos środowiska naukowców oraz wobec arogancji kolejnych ministrów środowiska, a później klimatu i środowiska, zdecydowałem, że sprawę należy zgłosić do Najwyższej Izby Kontroli. Pismo słane za pośrednictwem kancelarii prawnej datowane jest na 1.01.2021 roku. Odpowiedź na nie została opublikowana dopiero 30.09.2022. Swoją drogą NIK w raporcie dezinformuje, pisząc, że sprawą zajął się z własnej inicjatywy. Jestem w posiadaniu złożonego przeze mnie i mecenasa Gąsiorowskiego pisma alarmującego tę instytucję o całej patologii.
Niezależnie od tego, NIK nie zostawia suchej nitki na bezprawnej procedurze dopychanej kolanem przez ponad trzy lata. NIK tak komentuje te ekwilibrystyki Michała Wosia, sekretarz stanu Małgorzaty Golińskiej i następców:
„Ustawa o ochronie przyrody (dalej: uoop) w art. 10 ust. 1a stanowi, że likwidacja lub zmniejszenie obszaru parku narodowego może nastąpić wyłącznie, gdy dany obszar bezpowrotnie utracił wartości przyrodnicze i kulturowe. W trakcie prac nad projektem przedmiotowego rozporządzenia minister właściwy do spraw środowiska nie wykazał zaistnienia tej przesłanki wobec planowanego do wyłączenia z obszaru ŚPN terenu położonego na wzgórzu Święty Krzyż o pow. ok. 1,35 ha, co Najwyższa Izba Kontroli oceniła negatywnie”, oraz: „Resort podczas prac legislacyjnych argumentował, że ŚPN nie ulegnie zmniejszeniu, albowiem do jego obszaru planowanie jest włączenie innych działek o łącznej powierzchni 62,5 ha. Zdaniem NIK, takie podejście może doprowadzić do wystąpienia niebezpiecznego precedensu, bowiem pod pretekstem powiększenia granic parku narodowego będzie możliwie wyłączanie z jego granic obszarów cennych przyrodniczo i kulturowo”.
NIK wskazał też, że nie podważono wartości kulturowych Łyśca, co uniemożliwia wyłączenie tego fragmentu z granic ŚPN. Tym samym powtórzono wszystkie najważniejsze argumenty, które podawałem od samego początku tej sprawy, gdy nikt nie traktował jej poważnie i nie starał się zbić na niej własnego kapitału.
Na koniec swojego raportu NIK wzywa premiera Morawieckiego: „Jako że wyniki kontroli wskazują na brak przesłanek do wyłączenia trzech działek z obszaru ŚPN, Najwyższa Izba Kontroli wnosi o podjęcie działań mających na celu nowelizację rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 10 grudnia 2021 r. w sprawie Świętokrzyskiego Parku Narodowego, polegającą na ponownym włączeniu w granice ŚPN działek ewidencyjnych stanowiących własność Skarbu Państwa, leżących na terenie gminy Nowa Słupia, o nr 2039/1, 2039/2, 2039/3 o łącznej powierzchni 1,3447 ha, tworzących enklawę na wzgórzu Święty Krzyż” oraz ministra klimatu i środowiska: „wydanie rozporządzenia ustanawiającego plan ochrony dla ŚPN, na podstawie art. 19 ust. 5 uoop”.
Co teraz?
Niedawno zakończyły się kolejne konsultacje społeczne Projektu Planu Ochrony Świętokrzyskiego Parku Narodowego. W nich nie wziąłem udziału. Uważam, że nie wolno konsultować dokumentu, który ma sankcjonować bezprawie. Bo w nowym Projekcie PO ŚPN nie przewidziano miejsca dla 1,35 ha na Łyścu.
Dysponując krytycznymi opiniami Państwowej Rady Ochrony Przyrody, Polskiej Akademii Nauk, Rady Naukowej Świętokrzyskiego Parku Narodowego, a teraz Najwyższej Izby Kontroli w sprawie ministerialnych pomysłów bezprawnego zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego, można oczekiwać, że ten lub któryś kolejny rząd przywróci na Łyścu prawo. To nadal własność Skarbu Państwa, a nie jednej z grup religijnych.
NIK jest organem konstytucyjnym i niewykonanie jego zaleceń będzie przypadkiem złamania ustawy zasadniczej.
Tymczasem Oblaci wystąpili do Starosty Kieleckiego z wnioskiem o nieogłaszanie przetargu na sprzedaż 1,35 ha na Łyścu i domagają się prawa zakupu tego terenu z 99-procentową bonifikatą.
Łukasz Misiuna
Autor na naszych łamach prezentuje sprawę od kilku lat, w tym zamieścił tutaj pierwszy w Polsce artykuł opisujący ten problem:
Oblaci w lesie. Rząd zmniejszy Świętokrzyski Park Narodowy na rzecz Kościoła?
Park utraconych wartości (o kulisach planów zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego)
Kamieni kupa. O utracie wartości kulturowych na Łyścu
Świętokrzyski Park Narodowy zostanie powiększony?
Ostatnia bitwa o zachowanie w całości Świętokrzyskiego Parku Narodowego?
Królestwo Barbarzyńcy. O planach zniszczeń kolejnych zabytków w Świętokrzyskim Parku Narodowym
Świętokrzyski Lunapark Narodowy
Przemoc instytucjonalna w Świętokrzyskim Parku Narodowym. Z Parku znika fragment Łyśca
Śmierć w borze jodłowym
przez redakcja | niedziela 9 października 2022 | aktualności
W 2030 roku PKP Intercity będzie uruchamiać około dwa razy więcej pociągów niż obecnie i przewiezie ponad 88 mln pasażerów. Takie są plany.
Jak pisze portal wnp.pl, jeszcze w tym roku PKP Intercity udostępni nową aplikację mobilną. W planach jest wprowadzenie nowego, bardziej elastycznego i intuicyjnego systemu sprzedaży biletów.
Przez pierwsze dziewięć miesięcy bieżącego roku pociągami PKP Intercity podróżowało 43,5 mln pasażerów – przypomniał w przesłanym PAP komentarzu dotyczącym perspektyw dla kolei w Polsce członek zarządu PKP Intercity, Tomasz Gontarz. To o 18 proc. lepszy wynik niż w analogicznym okresie rekordowego do tej pory 2019 roku, kiedy to po sierpniu mogliśmy pochwalić się 36,8 mln podróżnych – wskazał. W ocenie Gontarza, Polacy są gotowi rzadziej korzystać z samochodów i przesiąść się do transportu zbiorowego.
Kluczową rolę odgrywają między innymi rekordowe inwestycje w ramach największego w historii spółki programu PKP Intercity – Kolej Dużych Inwestycji. Celem programu jest modernizacja i zakup nowego taboru, unowocześnianie zapleczy technicznych oraz „dalsze zwiększanie komfortu podróży”. Coraz lepsza oferta transportowa podtrzyma trend powrotu do pociągów i spowoduje, że w najbliższych latach kolej stanie się najpopularniejszym środkiem transportu – prognozuje Gontarz.
W najbliższych latach PKP Intercity będzie pracować nad opracowaniem powtarzalnego rozkładu jazdy, który zapewni stabilną i przewidywalną ofertę. Chcemy stworzyć spójną sieć transportową dla całego kraju, dostosowaną do potrzeb podróżnych oraz rytmu dobowej aktywności społeczeństwa – doprecyzował Gontarz.
Gontarz poruszył kwestię przekonania kierowców do ograniczenia korzystania z aut. Jego zdaniem „aby zmienić nastawienie kierowców do transportu zbiorowego, musi on być dostępny, szybki i konkurencyjnie cenowy do podróży samochodem”.
przez redakcja | niedziela 9 października 2022 | aktualności
Tylko około 20 proc. pociągów wyjechało w sobotę na tory w Wielkiej Brytanii z powodu nowego strajku pracowników kolei, którzy domagają się podwyżek płac i lepszych warunków pracy.
Jak informuje pulshr.pl, kolejarze z UK strajkują już po raz jedenasty w ciągu trzech miesięcy. Połowa połączeń kolejowych przez całą sobotę nie była obsługiwana wcale, zaś na pozostałych pociągi kursowały znacznie rzadziej, zaczynając później i kończąc już o godz. 18:30 miejscowego czasu. W strajku bierze udział ok. 40 tys. członków RMT, związku zawodowego pracowników kolei, transportu morskiego i drogowego.
Podobnie w przypadku poprzednich strajków, pasażerowie byli zachęcani, by unikać podróży, chyba że jest to absolutnie konieczne i ostrzegani, że zakłócenia mogą trwać także w niedzielę.
przez redakcja | środa 21 września 2022 | aktualności
Wprowadzona przez ministra Czarnka godzina dostępności to miał być czas, w którym nauczyciel służy pomocą rodzicom i uczniom w szczególnych, indywidualnych przypadkach. Niektórzy dyrektorzy próbują wykorzystać dodatkową godzinę pracy nauczyciela do innych celów.
Jak informuje Portal Samorządowy, w praktyce godzina dostępności bywa wykorzystywana do normalnej pracy dydaktyczno-wychowawczej, a więc stanowi de facto niepłatne wydłużenie pensum. Pomysł, żeby każdy rodzic czy uczeń mógł w indywidualnej rozmowie zwrócić się do nauczyciela, nie wszędzie jest urzeczywistniany. Trzeba było tego przepisu nie wprowadzać, bo teraz niewiele da się zrobić – mówią związkowcy. ZNP szykuje rozwiązanie, które ma wyhamować zapędy dyrektorów.
Z dniem rozpoczęcia roku szkolnego weszła w życie nowelizacja ustawy Karta nauczyciela, która wprowadziła nowy system awansu zawodowego nauczycieli oraz podniosła wynagrodzenia nauczycielom początkującym, wzbudzając tym samym ogólnospołeczną dyskusję nad zarobkami nauczycieli. Niejako w cieniu tej zmiany do pracy szkół wprowadzona została tzw. godzina dostępności, podczas której nauczyciel ma udzielać wsparcia rodzicom i uczniom w rozwiązywaniu problemów szkolnych.
Przepis dodanego do art. 42 Karty nauczyciela ustępu 2f szczegółowo określa wymiar i zakres nowych obowiązków, jakie spadły na nauczycieli: „W ramach zajęć i czynności, o których mowa w ust. 2 pkt 2, nauczyciel jest obowiązany do dostępności w szkole w wymiarze 1 godziny tygodniowo, a w przypadku nauczyciela zatrudnionego w wymiarze niższym niż 1/2 obowiązkowego wymiaru zajęć – w wymiarze 1 godziny w ciągu 2 tygodni, w trakcie której, odpowiednio do potrzeb, prowadzi konsultacje dla uczniów, wychowanków lub ich rodziców”.
Informując o wejściu w życie tego przepisu, MEiN wskazało, że dyrektor szkoły, organizując jej pracę, powinien zadbać o najkorzystniejsze dla uczniów, rodziców oraz nauczycieli wykorzystanie czasu konsultacji. Podkreślono też, że przepisy nie nakładają żadnego obowiązku rejestrowania tych konsultacji ani sprawozdawania przez nauczycieli.
Już na etapie planowania regulacji przeciwnicy tej zmiany wskazywali, że przepis może być wykorzystywany do „niecnych” celów, a więc zmuszania nauczycieli do prowadzenia zajęć, które w normalnych warunkach byłyby dodatkowo płatne, czyli takich jak zajęcia wyrównawcze czy indywidualne lekcje z uczniem. Argumentowano, że dyżury mogłyby odbywać się np. co drugi tydzień, w świetlicy, gdzie nauczyciele mogliby się zająć dziećmi. Samorządy, jako organy prowadzące miałyby dodatkową, darmową godzinę pracy nauczyciela do wykorzystania. Dla nauczycieli oznacza to konkretną stratę, a cała idea godziny dostępności staje na głowie. W ciągu zaledwie kilku pierwszych dni września obawy, że dyrektorzy będą wykorzystywać tę godzinę do normalnej pracy dydaktyczno-wychowawczej z uczniami, już się potwierdzają.
Wystarczy poczytać na forach nauczycielskich, co się z tą „godziną czarnkową” dzieje. Kreatywność dyrektorów jest tutaj nieograniczona. Niektórzy np. kumulują te godziny i wprowadzają 1 godzinę dla rodziców, a 3 pozostałe stają się zajęciami z uczniami. A przecież to jest godzina na konsultacje również dla uczniów, a nie na normalne zajęcia – mówi Magdalena Kaszulanis, rzeczniczka prasowa Związku Nauczycielstwa Polskiego.
przez Karol Trammer | wtorek 20 września 2022 | opinie
Między Polską a Czechami brakuje lokalnych połączeń kolejowych. Planowana budowa kolei dużych prędkości nie rozwiąże tego problemu.
Spółka Centralny Port Komunikacyjny oraz czeski zarządca sieci kolejowej Správa Železnic zapowiadają, że w 2029 r. pociągi pomkną nowym ciągiem z Katowic przez Jastrzębie-Zdrój, Bohumín, Ostrawę do węzła Přerov, gdzie rozdzielają się linie w kierunku Pragi, Brna i Wiednia.
CPK obiecuje też, że już w 2027 r. gotowa będzie szprycha z Warszawy przez Łódź do Wrocławia i dalej przez Wałbrzych do czeskiej granicy. Czesi owszem zamierzają podłączyć się do tej linii, lecz zapowiadają, że budowę linii dużych prędkości z Pragi przez Hradec Králové i Trutnov do granicy zaczną po 2040 r.
Plany budowy szybkiej kolei mającej połączyć Polskę i Czechy budzą coraz większe emocje po obu stronach granicy. Jednocześnie zapomina się o roli, jaką w codziennej komunikacji między dwoma krajami powinny odgrywać lokalne linie.
Powoli do granicy
W Sudetach Środkowych, nieopodal punktu, w którym miałaby zetknąć się tory dużych prędkości z Warszawy przez Wrocław oraz z Pragi przez Hradec Králové, przechodzą przez granicę linie Sędzisław – Kamienna Góra – Trutnov oraz Boguszów-Gorce – Mieroszów – Meziměstí.
To właśnie przez Mieroszów do 2002 r. kursował pociąg Wrocław – Praga. Obecnie miasta te nie mają bezpośredniego połączenia kolejowego. Linia przez Mieroszów jest wykorzystywana tylko w sezonie wiosenno-letnim przez pociągi Kolei Dolnośląskich, które w soboty i niedziele łączą Wrocław ze stacją Adršpach przy Skalnym Mieście.
Komisja Europejska w 2018 r. wydała raport o liniach kolejowych przekraczających wewnętrzne granice unii. W tym dokumencie linia przez Mieroszów została wymieniona wśród 19 transgranicznych ciągów z całej Europy, które cechują się największym potencjałem i potrzebą poprawy połączeń pasażerskich. Nie przełożyło się to jednak na konkretne decyzje. Na 12-kilometrowym odcinku między Boguszowem-Gorcami a granicą pociągi wleką się 30 km/h (dopiero po wjechaniu do Czech mogą przyspieszyć do 70 km/h).
Wykorzystanie linii Sędzisław – Kamienna Góra – Lubawka – Královec – Trutnov jest większe. Od 2018 r. odbywa się tu codzienny ruch, ale oferta transgraniczna pozostawia wiele do życzenia. I to mimo kooperacji Kolei Dolnośląskich z czeskim przewoźnikiem GW Train Regio, który zapewnia tabor i personel do obsługi całej trasy. Czeski szynobus rano rusza z Trutnova do Sędzisławia, następnie przez cały dzień kursuje wahadłowo na trasie Sędzisław – Královec, po czym wieczorem wraca do Trutnova. Więcej połączeń w pełnej relacji Sędzisław – Trutnov kursuje tylko w sezonie od majówki do końca września. Sędzisław jest stacją węzłową na linii Wrocław – Wałbrzych – Jelenia Góra, a Trutnov to 29-tysięczne miasto i ważny węzeł (co godzinę odjeżdżają stąd pociągi do Hradec Králové i co dwie godziny do Pragi). Tylko pociągi w pełnej relacji Sędzisław – Trutnov spajają ze sobą polską i czeską sieć połączeń. Pociągi w relacji Sędzisław – Královec nie spełniają tej funkcji, albowiem Královec to tylko pierwsza czeska stacja za granicą, zlokalizowana we wsi liczącej niespełna 200 mieszkańców, z której nie ma innych pociągów w głąb Czech. Poza sezonem szynobus, zamiast jechać do Trutnova i z powrotem, stoi w tym czasie na stacji Královec. – „Przyczyna leży głównie po stronie czeskiej. Tamtejszy organizator nie widzi potrzeby kursowania tych pociągów poza sezonem” – mówi Krzysztof Kociołek, który prowadzi serwis Kolej na Śląsku Kamiennogórskim i od lat walczy o rozwój kolei w tym rejonie. – „Mieszkańcy powiatu kamiennogórskiego pracują w czeskich zakładach, nie tylko w Trutnovie, ale też w innych miejscowościach. Ze względu na to, że jest to głównie praca zmianowa, oferta musiałaby zapewniać dojazd na 6:00, 14:00, 18:00, 22:00 i powrót po tych godzinach”.
Pociąg do turystyki
Według statystyk czeskiego Ministerstwa Pracy i Spraw Społecznych, w Czechach pracuje 48,2 tys. obywateli Polski. I liczba ta rośnie – jeszcze w 2015 r. wynosiła 21,8 tys. Wciąż jednak to turystykę uznaje się za cel uruchamiania połączeń transgranicznych.
Nawet na liniach z całorocznym ruchem i najbogatszą ofertą przewozową kursowanie pociągów zaczyna się dopiero po 8:00. Przed tą godziną nie da się przejechać ani z Międzylesia do Lichkova, ani ze Szklarskiej Poręby do Harrachova.
Odcinek ze Szklarskiej Poręby do granicy został w 2008 r. przejęty od PKP przez samorząd województwa dolnośląskiego. Wiosną 2009 r. rozpoczęto rewitalizację 16-kilometrowego ciągu do stacji Harrachov. Warta 5,1 mln euro wspólna polsko-czeska inwestycja uzyskała 85% dofinansowania w ramach unijnego programu współpracy transgranicznej Interreg. Połączenia ruszyły latem 2010 r. Pociągi do Czech odjeżdżają ze Szklarskiej Poręby od 8:30 do 20:30 co dwie godziny, a w zimowym i letnim sezonie turystycznym nawet co godzinę. Ich stacją docelową jest liczący 103 tys. mieszkańców Liberec, będący największym miastem na terenie rozciągającego się na pograniczu Polski, Czech i Niemiec Euroregionu Nysa.
Trójstyk problemów
Na styku trzech państw linie kolejowe i granice tworzą mozaikę. Na przykład pociągi przewoźnika Trilex łączące czeski Liberec z Zittau i Dreznem w Niemczech na krótkim odcinku przejeżdżają przez terytorium Polski. Choć ten tranzytowy tor nie łączy się z resztą polskiej sieci, to jego zarządcą jest spółka PKP Polskie Linie Kolejowe.
Na terenie Czech i Niemiec pociągi relacji Liberec – Zittau – Drezno osiągają prędkość 100 km/h, ale w granicach Polski muszą mocno zwolnić. „Fragment linii na terenie Polski, mający 2,7 km długości, jest w tak złym stanie, że pociągi mogą nim jechać maksymalnie 40 km/h. Ta sytuacja, 15 lat po rozszerzeniu Unii Europejskiej, rozczarowuje mieszkańców” – czytamy w liście otwartym, który samorządowcy z Czech, Niemiec i Polski podpisali w 2019 r. w Porajowie. Tranzytowa linia biegnie przez środek tej 1,5-tysięcznej miejscowości. Politycy z trójstyku chcieli zwrócić uwagę nie tylko na zły stan tranzytowego odcinka, ale także przypomnieć o potrzebie zbudowania w Porajowie przystanku. Starania o to trwają od kilkunastu lat. – „Codziennie do pracy w Libercu dojeżdża około 100 mieszkańców Porajowa. Zabiegam o to, żeby powstał u nas przystanek kolejowy, ale zewsząd słyszę, że się nie da” – mówił w 2007 r. „Gazecie Wrocławskiej” ówczesny sołtys Porajowa Tomasz Froński. Do dziś nic się tu nie zmieniło: przystanek Porajów nie powstał, a na polskim odcinku pociągi muszą zwalniać do 40 km/h.
Ogromny potencjał
Kolejną koncepcją na trójstyku, której najsłabsze ogniwo stanowi Polska, jest stworzenie bezpośrednich połączeń Liberca ze Zgorzelcem i Görlitz.
Kursujące raz na godzinę pociągi z Liberca kończą bieg w położonej tuż przed granicą i zamieszkałej przez około 300 osób wsi Černousy. Tor wcale się tu jednak nie kończy – wjeżdżają nim do Polski pociągi towarowe. Prowadzi przez Zawidów do linii Bogatynia – Zgorzelec, na której ruch pasażerski został zlikwidowany w 2000 r. Plan jej rewitalizacji trafił na listę podstawową programu Kolej Plus. Remont 5-kilometrowej odnogi przez Zawidów do stacji Černousy mógłby stanowić uzupełnienie tego przedsięwzięcia. W kwietniu 2019 r. odbył się nawet specjalny przejazd szynobusu Trilex na trasie Liberec – Frýdlant – Černousy – Zawidów – Sulików – Zgorzelec – Görlitz. Do stacji Černousy pociąg jechał 80 km/h, lecz po wjechaniu do Polski zwolnił do 30 km/h. – „Musimy przekonać rządy, że nasze granice nie są stacjami końcowymi. Pieniądze na infrastrukturę kolejową są konieczne i przyniosą korzyści” – mówił Jiří Hruboň ze spółki KORID, która organizuje przewozy w regionie libereckim. – „Istnieje ogromny potencjał dla transportu pasażerskiego”.
Zszywanie sieci
Wciąż jest problem z wykorzystaniem tego potencjału. Obecnie pod Górami Izerskimi trwają prace mające na celu przywrócenie do życia linii Gryfów Śląski – Mirsk – Świeradów-Zdrój, przejętej od PKP przez samorząd Dolnego Śląska. Od tej linii w Mirsku odchodziła odnoga do Pobiednej, którą po wojnie wykorzystywano tylko w ruchu towarowym (do 1987 r.). W 1992 r. odnogę rozebrano. Po czeskiej stronie jej przedłużeniem jest czynna linia Jindřichovice pod Smrkem – Frýdlant. Przed wojną stanowiły one jeden ciąg. Od Mirska do stacji Jindřichovice pod Smrkem jest 10 km. Jednak dolnośląskie plany rewitalizacji linii kolejowych nie obejmują tego odcinka.
To niejedyny przypadek luki między sieciami Polski i Czech, istniejącej aż od II wojny światowej. Na przykład stacja w Kudowie-Zdroju kiedyś nie była końcowa. Linia biegła kiedyś dalej do miasta Náchod, leżącego tuż za granicą. Tuż po II wojnie światowej tor został zdemontowany. Po wojnie przerwane na granicy zostały też linie Głubczyce – Krnov czy Baborów – Opava.
Podobnie zresztą stało się na granicy Czechosłowacji z Niemiecką Republiką Demokratyczną. Gdy jednak w latach 90. w Polsce na ślepych liniach urywających się przed granicą likwidowano połączenia i demontowano tory, to na pograniczu czesko-niemieckim zabrano się za rewitalizację styków. Na zamkniętych tuż po wojnie odcinkach Potůčky – Johanngeorgenstadt i Vejprty – Cranzahl ruch reaktywowano już w latach 1991-1993. Na czesko-niemieckiej granicy odtworzonych zostało łącznie siedem lokalnych odcinków.
W 2014 r. odbudowano nieczynny od 1945 r. odcinek Dolní Poustevna – Sebnitz o długości zaledwie 1,2 km. Niewielkie zszycie dwóch sieci umożliwiło uruchomienie połączeń na trasie Rumburk – Šluknov – Dolní Poustevna – Sebnitz – Bad Schandau – Děčín. Kursujące co dwie godziny pociągi łączą Cypel Szluknowski, najbardziej na północ wysuniętą część Czech, z 47-tysięcznym miastem i ważnym węzłem Děčín, jednocześnie zapewniając połączenia między miejscowościami leżącymi po dwóch stronach granicy w rejonie Czesko-Saskiej Szwajcarii. Prawie połowa trasy przebiega bowiem przez Niemcy. Obsługa pociągów jest wspólna: szynobusy są zapewniane przez DB Regio, a personel przez České Dráhy. Przy tranzytowym przejeździe przez Niemcy honorowana jest czeska taryfa.
Pociągi są, peronów brak
Tranzytem przez Polskę kursują czeskie pociągi łączące Krnov i Jeseník. Zmieniają one kierunek jazdy na stacji Głuchołazy – mogłaby ona więc stanowić węzeł między czeską a polską siecią połączeń. Problem w tym, że polskie pociągi docierają do Głuchołaz jedynie w soboty i niedziele (tylko dwa razy dziennie), a przy tym nie są skomunikowane z czeskimi pociągami. W efekcie kolejowe powiązanie województwa opolskiego z graniczącymi z nim czeskimi regionami ołomunieckim i morawsko-śląskim jest tylko teoretyczne.
Stacja Głuchołazy położona jest na peryferiach miasta. I choć czeskie pociągi przejeżdżają także przez jego centrum, to tu się nie zatrzymują. Przystanek Głuchołazy Miasto obsługiwany jest tylko przez weekendowe polskie pociągi, ponieważ przy torze, którym jeżdżą czeskie składy, nie ma peronu. W „Rządowym programie budowy lub modernizacji przystanków kolejowych na lata 2021-2025” znalazła się koncepcja wybudowania tego peronu, lecz stoi ona pod znakiem zapytania. – „Lokalizacja znalazła się na liście rezerwowej w związku z brakiem deklaracji organizatora publicznego transportu zbiorowego” – informuje Szymon Huptyś z Ministerstwa Infrastruktury.
Problem w tym, że organizatorem kursujących przez Polskę pociągów w relacji Jeseník – Krnov jest nie samorząd województwa opolskiego, lecz regiony ołomuniecki i morawsko-śląski. Tymczasem rządowy program nie przewiduje tego, aby deklaracje o korzystaniu z przystanków składali organizatorzy transportu z zagranicy.
Władze powiatu prudnickiego chciałyby, aby tranzytowe pociągi – które przez Polskę pokonują 17 km – zatrzymywały się też na granicy Moszczanki i Pokrzywnej w dolinie Złotego Potoku. – „Planujemy wybudowanie tam jako powiat przystanku kolejowego” – zapowiadał w lutym 2022 r. na antenie Radia Park starosta Radosław Roszkowski, chyba nie mając wówczas świadomości, z jak dużymi komplikacjami może wiązać się samorządowa inwestycja na linii kolejowej zarządzanej przez PKP PLK, po której kursują pociągi zagranicznego przewoźnika. Wygląda na to, że starosta prudnicki szybko stracił złudzenia, bo dziś już nie chce się wypowiadać o planach budowy przystanku.
Brak połączeń
Strategia rozwoju Euroregionu Silesia wskazuje, że słabą stroną pogranicza województw opolskiego, śląskiego i regionu morawsko-śląskiego jest brak połączeń transportem autobusowym i kolejowym. – „W Czechach jest mniejsze bezrobocie, dlatego pracownicy są poszukiwani w Polsce” – mówi Daria Kardaczyńska z Euroregionu Silesia.
Gdy w 2017 r. spółka PKP PLK zbierała propozycje inwestycji na lata 2021-2027, śląski euroregion zgłosił odbudowę odcinka Racibórz – Krzanowice. To część dawnego 33-kilometrowego ciągu łączącego Racibórz z Opawą. O ile na polskim odcinku ruch pasażerski został zlikwidowany w 1993 r. i obecnie linia jest nieprzejezdna, o tyle od położonej niespełna kilometr za granicą stacji Chuchelná pociągi w kierunku Opawy kursują co godzinę między 4:30 a 23:30. Koncepcja rewitalizacji polskiej części ciągu Racibórz – Opawa nie została uwzględniona w planach inwestycyjnych PKP PLK.
Problemem okazuje się jednak nie tylko przywracanie transgranicznych linii do życia, ale nawet funkcjonowanie połączeń na tych istniejących.
Pociągi Kolei Śląskich z kierunku Katowic, Rybnika i Raciborza kończą bieg w liczącym 1,6 tys. mieszkańców miasteczku Chałupki i nie przejeżdżają przez granicę, mimo że tuż za nią leży węzeł Bohumín oraz Ostrawa, która liczy 280 tys. mieszkańców i jest trzecim co do wielkości miastem Republiki Czeskiej.
Jesienią 2015 r. Koleje Śląskie i České Dráhy zawarły umowę o ruchu transgranicznym, zgodnie z którą polskie pociągi zaczęły dojeżdżać do stacji Bohumín, a czeskie do stacji Cieszyn. Po nastaniu epidemii połączenia zawieszono. České Dráhy już przywróciły pociągi na trasie Frýdek-Místek – Český Těšín – Cieszyn, a Koleje Śląskie nadal nie wjeżdżają do Czech. – „Z racji niewystarczającej liczby wniosków podróżnych, naszych analiz popytowych i przede wszystkim na podstawie prognoz dotyczących intensywności przebiegu szóstej fali koronawirusa, jesteśmy zmuszeni przedłużyć zawieszenie” – mówi Patrycja Tomaszczyk z Kolei Śląskich. – „Jeśli tylko ponowne kursowanie do Bohumina będzie uzasadnione, połączenie zostanie przywrócone”.
W 2017 r. Euroregion Silesia zwracał uwagę na to, że godziny kursowania pociągów Kolei Śląskich nie są dopasowane do potrzeb osób pracujących w Czechach, a także postulował wydłużenie tras pociągów do Ostrawy, gdzie pracuje kilka tysięcy osób z Polski. Osoby codziennie dojeżdżające za granicę narzekały na brak transgranicznych biletów okresowych. Zamiast jednak rozwiązać te problemy, uznano, że łatwiej będzie wykorzystać pretekst koronawirusa i nie wznawiać połączeń.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” nr 5/120 wrzesień-październik 2022; http://www.zbs.net.pl. Zdjęcie w nagłówku tekstu fot. Karol Trammer.
przez redakcja | wtorek 20 września 2022 | aktualności
Rząd chce stworzyć mechanizmy chroniące klientów przed wysokimi cenami nie tylko prądu, lecz także gazu.
Jak pisze portal wnp.pl, rząd ogłosił już strategię osłony przed podwyżkami cen energii, ale jednocześnie pracuje nad podobnymi rozwiązaniami w sprawie gazu. Jak wynika z naszych informacji, brane są tu pod uwagę dwa scenariusze. Jeden to ograniczony wzrost taryf. Drugi zakłada zamrożenie taryfy do pewnego poziomu zużycia.
Jednak koszty tych rozwiązań, oszacowane w przypadku energii elektrycznej na 30 mld zł, w przypadku gazu są znacznie większe.
Jak podaje DGP, rząd szykuje też mechanizmy, które mają doprowadzić do obniżki cen energii – zarówno na rynku, jak i dla odbiorców indywidualnych. W tym tygodniu w wykazie prac rządu może się pojawić projekt ustawy, który będzie miał na celu wdrożenie zeszłotygodniowych zapowiedzi premiera Morawieckiego o stałej cenie za energię elektryczną do limitu 2000 kWh rocznie (z wyjątkami, gdzie wyniesie on 2600 kWh, np. w przypadku gospodarstw domowych z osobami niepełnosprawnymi).
przez redakcja | poniedziałek 19 września 2022 | aktualności
Parlament Europejski przyjmuje nowe przepisy dotyczące odpowiednich płac minimalnych dla wszystkich pracowników w UE.
Płace minimalne we wszystkich krajach UE powinny zapewniać godne warunki życia i pracy, a państwa członkowskie powinny promować zbiorowe negocjacje płacowe.
Przy 505 głosach za, 92 przeciw i 44 wstrzymujących się, Parlament Unii przyjął nowe przepisy dotyczące odpowiednich płac minimalnych w UE.
Prawo UE, uzgodnione z Radą w czerwcu, ma na celu poprawę warunków pracy i życia wszystkich pracowników w UE, a także promowanie postępu gospodarczego i społecznego. W tym celu ustanawia minimalne wymagania dotyczące adekwatności minimum ustawowego płac zgodnie z prawem krajowym i/lub układami zbiorowymi oraz zwiększa skuteczny dostęp pracowników do ochrony płacy minimalnej.
Nowa dyrektywa będzie miała zastosowanie do wszystkich pracowników UE, którzy mają umowę o pracę lub stosunek pracy. Kraje UE, w których płaca minimalna jest już chroniona wyłącznie układami zbiorowymi, nie będą zobowiązane do wprowadzenia tych zasad.
Ocena adekwatności płac minimalnych
Ustalenie płacy minimalnej pozostaje w gestii krajowej, ale państwa członkowskie będą musiały zagwarantować, że ich krajowe płace minimalne pozwolą pracownikom na godne życie, biorąc pod uwagę koszty utrzymania i szerszy poziom płac. W celu oceny adekwatności swoich obecnych ustawowych płac minimalnych państwa członkowskie mogą ustanowić koszyk towarów i usług w cenach rzeczywistych lub ustalić go na 60% mediany wynagrodzenia brutto i 50% średniego wynagrodzenia brutto.
Promowanie układów zbiorowych
Negocjacje zbiorowe na poziomie sektorowym i międzybranżowym są istotnym czynnikiem osiągnięcia odpowiednich płac minimalnych i dlatego muszą być promowane i wzmacniane, zgodnie z nowymi zasadami zatwierdzonymi dziś przez posłów do PE. W krajach, w których mniej niż 80% pracowników jest objętych układami zbiorowymi, państwa członkowskie – przy zaangażowaniu partnerów społecznych – będą musiały opracować plan działania w celu zwiększenia zakresu.
Monitoring i prawo do zadośćuczynienia
Uzgodniony tekst nakłada na kraje UE obowiązek ustanowienia systemu egzekwowania, obejmującego rzetelne monitorowanie, kontrole i inspekcje w terenie, w celu zapewnienia zgodności i przeciwdziałania nadużyciom w zakresie podwykonawstwa, fikcyjnym samozatrudnieniu, nierejestrowanym nadgodzinom lub zwiększonej intensywności pracy.
przez Taras Bilous | niedziela 18 września 2022 | opinie
Jako socjalista i internacjonalista brzydzę się wojną. Ale podstawowa przesłanka samostanowienia uzasadnia opór zwykłych Ukraińców wobec brutalnej inwazji Władimira Putina na nasz kraj.
Piszę z Ukrainy, gdzie służę w Wojskach Obrony Terytorialnej. Rok temu nie mogłem się spodziewać, że będę w takiej sytuacji. Podobnie jak miliony Ukraińców, poczułem, że moje życie zostało wywrócone do góry nogami przez chaos wojny.
Przez ostatnie cztery miesiące miałem okazję spotykać ludzi, których w innych okolicznościach raczej bym nie poznał. Niektórzy z nich przed 24 lutego nigdy nie myśleli o chwyceniu za broń, ale inwazja rosyjska zmusiła ich do rzucenia wszystkiego i udania się do walki, by chronić swoje rodziny.
Często krytykujemy działania rządu ukraińskiego i sposób organizacji obrony. Ale nasi odbiorcy nie kwestionują konieczności oporu i dobrze rozumieją, dlaczego i o co walczymy.
Jednocześnie w ciągu tych miesięcy starałem się śledzić dyskusje międzynarodowej lewicy o wojnie rosyjsko-ukraińskiej i uczestniczyć w nich. Jednak najważniejszą rzeczą, jaką odczuwam po tych dyskusjach, jest zmęczenie i rozczarowanie. Zbyt dużo czasu na obalanie w oczywisty sposób fałszywej rosyjskiej propagandy, zbyt wiele wysiłku na wyjaśnianie, dlaczego Moskwa nie miała „uzasadnionych obaw o bezpieczeństwo”, by usprawiedliwiać wojnę, zbyt wiele czasu na udowadnianie podstawowych przesłanek samostanowienia, z którymi każdy lewicowiec powinien się już zgodzić.
Być może najbardziej uderzające w wielu z tych debat na temat wojny rosyjsko-ukraińskiej jest ignorowanie opinii Ukraińców. Ukraińcy są nadal często przedstawiani w lewicowych dyskusjach jako bierne ofiary, którym należy współczuć, lub jako naziści, których należy potępić. Ale skrajna prawica stanowi wyraźną mniejszość ukraińskiego ruchu oporu, podczas gdy absolutna większość Ukraińców popiera ruch oporu i nie chce być tylko biernymi ofiarami.
Negocjacje
Nawet wśród wielu ludzi o dobrych intencjach słychać w ostatnich miesiącach coraz głośniejsze, ale ostatecznie niejasne wezwania do negocjacji i dyplomatycznego rozwiązania konfliktu. Ale co to dokładnie oznacza? Negocjacje między Ukrainą a Rosją trwały kilka miesięcy po inwazji, ale wojny nie przerwały. Wcześniej negocjacje w sprawie Donbasu trwały ponad siedem lat z udziałem Francji i Niemiec, ale pomimo podpisanych porozumień i zawieszenia broni, konflikt nigdy nie został rozwiązany. Z drugiej strony, w wojnie między dwoma państwami nawet warunki kapitulacji są zwykle ustalane przy stole negocjacyjnym.
Wezwanie do dyplomacji samo w sobie nic nie znaczy, jeśli nie zajmiemy się stanowiskami negocjacyjnymi, konkretnymi ustępstwami i chęcią stron do przestrzegania podpisanego porozumienia. Wszystko to bezpośrednio zależy od przebiegu działań wojennych, który z kolei zależy od zasięgu międzynarodowej pomocy wojskowej. A to może przyspieszyć zawarcie sprawiedliwego pokoju.
Sytuacja na okupowanych terytoriach południowej Ukrainy wskazuje, że wojska rosyjskie starają się tam o stałą pozycję, ponieważ zapewnia to Rosji lądowy korytarz na Krym. Kreml wykorzystuje zrabowane na tych terenach zboże do wspierania swoich klientelistycznych reżimów w różnych częściach świata i jednocześnie grozi głodem całemu światu, blokując ukraińskie porty. Umowa o odblokowaniu eksportu ukraińskiego zboża podpisana 22 lipca w Stambule została złamana przez Rosję dzień po jej podpisaniu, gdy zaatakowała ona rakietami Morski Port Handlowy w Odessie.
Tymczasem wysocy rangą politycy rosyjscy, jak były prezydent i obecny wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Dmitrij Miedwiediew czy szef Roskosmosu Dmitrij Rogozin, nadal twierdzą, że Ukraina musi zostać zniszczona. Nie ma podstaw, by sądzić, że Rosja zaprzestanie ekspansji terytorialnej, nawet jeśli kiedyś korzystne dla Kremla będzie podpisanie tymczasowego rozejmu.
Z drugiej strony 80 proc. Ukraińców uważa ustępstwa terytorialne za niedopuszczalne. Dla Ukraińców rezygnacja z okupowanych terytoriów oznacza zdradę współobywateli i krewnych oraz znoszenie codziennych uprowadzeń i tortur dokonywanych przez okupantów. W tych warunkach parlament nie ratyfikuje złożenia broni, nawet jeśli Zachód wymusi na ukraińskim rządzie zgodę na straty terytorialne. To tylko zdyskredytowałoby prezydenta Wołodymyra Zełenskiego i doprowadziłoby do reelekcji bardziej nacjonalistycznych władz, podczas gdy skrajna prawica zostałaby nagrodzona korzystnymi warunkami dla rekrutacji nowych członków.
Rząd Zełenskiego jest oczywiście neoliberalny. Ukraińscy lewicowcy i związkowcy szeroko organizowali się przeciwko jego polityce społecznej i gospodarczej. Jednak pod względem wojny i nacjonalizmu Zełenski jest najbardziej umiarkowanym politykiem, który mógł dojść do władzy na Ukrainie po aneksji Krymu w 2014 roku i rozpoczęciu wojny w Donbasie.
Istnieje też pewne nieporozumienie dotyczące jego poczynań. Na przykład wielu publicystów obwinia Zełenskiego za nacjonalistyczną politykę językową, skoncentrowaną wokół ograniczania zasięgu języka rosyjskiego w sferze publicznej i m.in. ograniczenia szkolnictwa średniego w językach mniejszości narodowych. W rzeczywistości te językowe ustawy zostały uchwalone w poprzedniej kadencji parlamentu, a poszczególne zapisy tych ustaw weszły w życie po objęciu urzędu przez Zełenskiego. Jego rząd wielokrotnie próbował je złagodzić, ale za każdym razem wycofywał się po nacjonalistycznych protestach.
Widać to po rozpoczęciu inwazji w jego częstych apelach do Rosjan, zaproszeniu na Kreml do negocjacji, a także w jego oświadczeniach, że armia ukraińska nie będzie próbowała odbić terytoriów znajdujących się pod rosyjską kontrolą przed 24 lutego, ale będzie starała się o ich powrót na drodze dyplomatycznej w przyszłości. Gdyby Zełenskiego zastąpił ktoś bardziej nacjonalistyczny, sytuacja znacznie by się pogorszyła.
Nie muszę chyba wyjaśniać konsekwencji takiego wyniku. W naszej polityce wewnętrznej byłoby jeszcze więcej autorytaryzmu, przeważałyby nastroje odwetowe, a wojna by się nie skończyła. Każdy nowy rząd znacznie mniej powstrzymywałby się przed ostrzałem rosyjskiego terytorium. Z ożywioną skrajną prawicą nasz kraj zostałby wciągnięty coraz głębiej w wir nacjonalizmu i reakcji.
Jako ktoś, kto widział okropności tej wojny, rozumiem pragnienie, aby jak najszybciej się skończyła. Nikt nie jest bardziej chętny do zakończenia wojny niż my, którzy mieszkamy na Ukrainie, ale dla Ukraińców ważne jest też, jak dokładnie ta wojna się skończy. Na początku wojny również miałem nadzieję, że rosyjski ruch antywojenny zmusi Kreml do zakończenia inwazji. Ale niestety tak się nie stało. Dziś rosyjski ruch antywojenny może wpływać na sytuację jedynie poprzez sabotaż na małą skalę: na kolei, w fabrykach amunicji itp. Coś większego będzie możliwe dopiero po militarnej klęsce Rosji.
Oczywiście w pewnych okolicznościach może być właściwe wyrażenie zgody na zawieszenie broni. Ale takie zawieszenie broni byłoby tylko tymczasowe. Każdy rosyjski sukces wzmocniłby reżim Władimira Putina i jego reakcyjne tendencje. Nie oznaczałoby to pokoju, ale dziesięciolecia niestabilności, partyzanckiego oporu na okupowanych terytoriach i powtarzających się starć na linii demarkacyjnej. Byłaby to katastrofa nie tylko dla Ukrainy, ale także dla Rosji, gdzie reakcyjny dryf polityczny nasiliłby się, a gospodarka ucierpiałaby z powodu sankcji, z poważnymi konsekwencjami dla zwykłych obywateli.
Porażka militarna rosyjskiej inwazji leży zatem również w interesie Rosjan. Tylko masowy wewnętrzny ruch na rzecz zmian może w przyszłości otworzyć możliwość przywrócenia stabilnych stosunków między Ukrainą a Rosją. Ale jeśli zwycięży reżim Putina, ta rewolucja będzie niemożliwa przez długi czas. Jego porażka jest konieczna dla możliwości zaistnienia postępowych zmian na Ukrainie, w Rosji i w całym obszarze postsowieckim.
Co powinni zrobić socjaliści
Skupiłem się w dużej mierze na wewnętrznym wymiarze obecnego konfliktu – zarówno dla Ukraińców, jak i Rosjan. Dla wielu lewicowców za granicą dyskusje skupiają się na szerszych implikacjach geopolitycznych. Ale moim zdaniem, oceniając konflikt, socjaliści powinni przede wszystkim zwracać uwagę na osoby bezpośrednio w niego zaangażowane. Po drugie, wielu lewicowców nie docenia zagrożeń, jakie stwarza możliwy sukces Rosji.
Decyzji o przeciwstawieniu się rosyjskiej okupacji nie podjęli ani Joe Biden, ani Zełenski, lecz naród ukraiński, który masowo powstawał w pierwszych dniach inwazji i ustawiał się w kolejce po broń. Gdyby Zełenski wtedy skapitulował, zostałby tylko zdyskredytowany w oczach większości społeczeństwa, ale opór trwałby dalej w innej formie, kierowany przez twardogłowe siły nacjonalistyczne.
Poza tym, jak zauważył Wołodymyr Artiuch w „Jakobinie”, Zachód nie chciał tej wojny. Stany Zjednoczone nie chciały problemów w Europie, bo chciały skupić się na konfrontacji z Chinami. Jeszcze mniej chciały tej wojny Niemcy i Francja. Chociaż Waszyngton zrobił wiele, by podważyć prawo międzynarodowe (na przykład my, jak socjaliści na całym świecie, nigdy nie zapomnimy zbrodniczej inwazji na Irak), wspierając ukraiński opór wobec inwazji, postępuje słusznie.
Ujmując to w kategoriach historycznych, wojna na Ukrainie nie jest wojną zastępczą, tak jak wojna wietnamska była wojną zastępczą między Stanami Zjednoczonymi z jednej strony a Związkiem Radzieckim i Chinami z drugiej. A jednocześnie była to także wojna narodowo-wyzwoleńcza narodu wietnamskiego przeciwko Stanom Zjednoczonym oraz wojna domowa między zwolennikami Wietnamu Północnego i Południowego. Prawie każda wojna jest wielowarstwowa; jej natura może się zmieniać w trakcie trwania. Ale co to mówi nam w praktyce?
Podczas zimnej wojny internacjonaliści nie musieli wychwalać ZSRR, aby wspierać walkę Wietnamczyków przeciwko Stanom Zjednoczonym. I jest mało prawdopodobne, by jakikolwiek socjalista doradzał lewicowym dysydentom w Związku Radzieckim sprzeciwianie się wspieraniu Wietkongu. Czy należy się opierać sowieckiemu wsparciu militarnemu dla Wietnamu, ponieważ ZSRR zbrodniczo stłumił Praską Wiosnę 1968 roku? Dlaczego więc, jeśli chodzi o wsparcie Zachodu dla Ukrainy, mordercze okupacje Afganistanu i Iraku mają stanowić kontrargument?
Zamiast postrzegać świat jako złożony wyłącznie z obozów geopolitycznych, socjalistyczni internacjonaliści muszą oceniać każdy konflikt w oparciu o interesy ludzi pracy i ich walkę o wolność i równość. Rewolucjonista Lew Trocki napisał kiedyś, że hipotetycznie, jeśli realizując swoje interesy, faszystowskie Włochy poparły antykolonialne powstanie w Algierii przeciwko demokratycznej Francji, internacjonaliści powinni byli poprzeć włoskie uzbrojenie buntowników. Brzmi całkiem dobrze, a to nie powstrzymało go od bycia antyfaszystą.
Walka Wietnamu przyniosła korzyści nie tylko Wietnamowi; porażka Stanów Zjednoczonych miała znaczący (choć tymczasowy) efekt odstraszający dla amerykańskiego imperializmu. To samo dotyczy Ukrainy. Co zrobi Rosja, jeśli Ukraina zostanie pokonana? Co uniemożliwiłoby Putinowi podbicie Mołdawii lub innych państw postsowieckich?
Hegemonia Stanów Zjednoczonych miała straszne konsekwencje dla ludzkości i na szczęście teraz podupada. Jednak koniec amerykańskiej supremacji może oznaczać albo przejście do bardziej demokratycznego i sprawiedliwego porządku międzynarodowego, albo wojnę wszystkich przeciwko wszystkim. Może też oznaczać powrót do polityki imperialistycznych stref wpływów i militarnego przerysowania granic, jak w poprzednich stuleciach.
Świat stanie się jeszcze bardziej niesprawiedliwy i niebezpieczny, jeśli niezachodni imperialistyczni drapieżcy wykorzystają amerykański upadek do normalizacji swojej agresywnej polityki. Ukraina i Syria są przykładami tego, jak będzie wyglądał „świat wielobiegunowy”, jeśli apetyty niezachodnich imperializmów nie zostaną zmniejszone.
Im dłużej trwa straszny konflikt na Ukrainie, tym bardziej powszechne niezadowolenie w krajach zachodnich może wzrosnąć wskutek trudności gospodarczych wojny i sankcji. Kapitał, który nie lubi utraty zysków i chce wrócić do „business as usual”, może próbować tę sytuację wykorzystać. Mogą z niego korzystać także prawicowi populiści, którym nie przeszkadza dzielenie się „sferami wpływów” z Putinem.
Gdyby jednak socjaliści wykorzystali to niezadowolenie do domagania się mniejszej pomocy dla Ukrainy i mniejszej presji na Rosję, byłoby to odrzuceniem solidarności z ciemiężonymi.
Taras Bilous
Tłum. Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu magazynu „Jacobin” w lipcu 2022 r.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Jean-Louis SERVAIS from Pixabay.
przez redakcja | niedziela 18 września 2022 | aktualności
Polska do 12 stycznia 2023 roku musi dokonać implementacji unijnej dyrektywy o jakości wody do spożycia. Ma zostać wprowadzona pełna kontrola jakości wody, od punktu poboru do kranu. Dostęp do wody trzeba zapewnić środowiskom wykluczonym.
Jak pisze Portal Samorządowy, zakres wprowadzanych zmian jest bardzo szeroki. To m.in. kontrola jakości wody także w wewnętrznych instalacjach w budynkach, monitoring nowych substancji w wodzie czy zapewnienie dostępu do bezpiecznej wody wszystkim mieszkańcom (czyli np. osobom w kryzysie bezdomności czy grupom wędrownym).
W toku konsultacji pojawiają się zdecydowane głosy sprzeciwu ze strony gmin.
Zakres wprowadzanych zmian obejmuje:
- konieczność wdrożenia pomiaru wycieków wody;
- ograniczanie strat wody;
- ocenę i zarządzanie ryzykiem w całym łańcuchu dostaw (także w wewnętrznych instalacjach wodociągowych w budynkach);
- zapewnienie bezpieczeństwa materiałów i chemikaliów kontaktujących się z wodą;
- monitoring nowych substancji w wodzie (np. farmaceutyki i bisfenol A stosowany do produkcji tworzyw sztucznych, ale i niebezpieczne związki fluorowane PFAS.);
- obowiązek szerokiego informowania społeczeństwa o jakości wody.
Jak mówił podczas ubiegłotygodniowego Kongresu Wodociągowców Polskich w Warszawie dr inż. Tadeusz Repecki, przewodniczący rady Izby Gospodarczej Wodociągi Polskie, całkowite wdrożenie dyrektywy w Polsce może kosztować nawet 44 mld złotych. Część pieniędzy na inwestycje wodociągowe jest zapisana w programach unijnych w najbliższej perspektywie. Z programu Fundusze Europejskie na Infrastrukturę, Klimat, Środowisko (inaczej FEnIKS) na lata 2021-2027, czyli następcy Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko, będzie można finansować m.in. likwidację wycieków, odnowienie infrastruktury. Jednak potrzeby są wielokrotnie większe niż te zapowiadane kwoty. Samorządy boją się kosztów.
Projekt zakłada np. wprowadzenie zmian w ustawie o pomocy społecznej (art. 4) polegających na poszerzeniu zadań własnych gminy o charakterze obowiązkowym o identyfikację osób wrażliwych i zmarginalizowanych grup osób bez dostępu lub o ograniczonym dostępie do wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi i ustalanie przyczyny braku lub ograniczenia tego dostępu.
przez redakcja | sobota 17 września 2022 | aktualności
20 września zapraszamy na debatę z cyklu rozmów, które objęliśmy patronatem medialnym.
Różne wizje Polski – gdzie szukać płaszczyzn porozumienia, jak prowadzić dialog, aby zrozumieć, że patriotyzm jest wartością inkluzywną, a nie wykluczającą? 20 września w Warszawie o godz. 18:00 Centrum Myśli Jana Pawła II wraz z Domem Spotkań z Historią zaprasza na debatę „BĘDZIEM POLAKAMI – MIĘDZY WYSZYŃSKIM A GOMBROWICZEM”. To kolejne spotkanie w ramach projektu DWA KOLORY, podczas którego organizatorzy zachęcają do refleksji nad współczesnymi obliczami patriotyzmu. Ruszyła rejestracja na wydarzenie. Wstęp wolny – po wcześniejszym zgłoszeniu.
Wraz z początkiem roku szkolnego Centrum Myśli Jana Pawła II ponownie zaprasza do dyskusji, nad patriotyzmem jako punkt wyjścia stawiając tym razem dwie wielkie postacie z ich specyficznym postrzeganiem ojczyzny: Prymasa Tysiąclecia i Witolda Gombrowicza. Czy te dwie skrajne postawy wobec ukochanego kraju w głębokim kryzysie można w ogóle ze sobą zestawiać? Zaproszenie do udziału w debacie przyjęli: dr hab. Rafał Matyja (Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie), dr hab. Dariusz Gawin (Muzeum Powstania Warszawskiego), dr Dominika Kozłowska (Miesięcznik ZNAK), dr Helena Anna Jędrzejczak (Kultura Liberalna)
Dyskusję poprowadzi Jan Wróbel – nauczyciel, dziennikarz, publicysta.
„To już nasza czwarta debata w ramach projektu DWA KOLORY – MIEDZY BUNTEM A POSŁUSZEŃSTWEM, w którym przyglądamy się różnym postawom patriotycznym na przestrzeni wieków i współcześnie” – mówi Łukasz Ofiara, koordynator projektu w Centrum Myśli Jana Pawła II. – „Właśnie te współczesne postawy interesują nas najbardziej, dlatego z pomocą nauczycieli naszą dyskusję przenosimy także do szkół, żeby rozmawiać o z młodzieżą o tym, jak dziś rozumie miłość ojczyzny. W przygotowaniu są scenariusze lekcji, które pomogą w niesztampowy sposób przeżywać m.in. rocznice świąt narodowych. Powstaje także wystawa, na której pokażemy bohaterów codzienności – współczesnych patriotów, którzy pamiętają o swoim kraju podczas wykonywania codziennej pracy. Wystawa będzie dostępna w formule ready to print, a więc każdy będzie mógł ją pobrać, wydrukować i w prosty sposób przygotować ekspozycję, np. w swojej szkole” – zapowiada.
Zaproszenie na debatę skierowane jest do nauczycieli, ludzi nauki, aktywistów społecznych, studentów, starszej młodzieży i wszystkich zainteresowanych współczesnym rozumieniem patriotyzmu w jego różnych odmianach.
Integralnym elementem projektu są badaniach fokusowe dla nauczycieli, które pozwolą zbadać postawy patriotyczne wśród uczniów oraz stworzyć angażujące materiały dydaktyczne.
Rejestracja na wydarzenie odbywa się za pomocą formularza na stronie: www.centrumjp2.pl.
Adres debaty: Warszawa, Dom Spotkań z Historią, ul. Karowa 20.
Muzeum Powstania Warszawskiego jest współorganizatorem wydarzenia.
Partner debaty: Warszawskie Centrum Innowacji Edukacyjno-Społecznych i Szkoleń, Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego
przez redakcja | czwartek 15 września 2022 | aktualności
Administracja rządowa i samorządowa jest zobowiązana do zmniejszenia zużycia prądu o 10 proc. od 1 października br., powiedział premier Mateusz Morawiecki podczas konferencji prasowej.
Pisze o tym Portal Samorządowy. Administracja rządowa, ale także administracja samorządowa jest zobowiązana do zmniejszenia zużycia prądu o 10 proc. od 1 października, ponieważ każda niezużyta megawatogodzina jest oszczędnością polskiej gospodarki – powiedział premier. Zaczynamy także od siebie, jak najszybciej. Energooszczędne oświetlenie zewnętrzne, uliczne to nasz kolejny duży krok.
Podczas konferencji prasowej w KPRM premier przedstawił szczegóły „Tarczy solidarnościowej”, która ma chronić Polaków przed gwałtownymi wzrostami cen energii. Jak przekazał, do 2000 kWh rocznego zużycia prądu w gospodarstwie domowym, ceny prądu mają być zamrożone na tegorocznym poziomie.
przez redakcja | środa 14 września 2022 | aktualności
Płaca minimalna wzrośnie bardziej niż planowano.
Jak informuje portal pit.pl, w myśl przyjętego rozporządzenia od stycznia 2023 roku minimalne wynagrodzenie wzrośnie do kwoty 3490 zł brutto. Kolejna podwyżka będzie już w lipcu i osiągnie wysokość 3600 zł brutto. To więcej niż wcześniej zapowiadano.Przypomnijmy, że pierwotnie rząd zapowiadał podwyżkę rzędu 3383 zł od 1 stycznia i 3450 zł od 1 lipca.
Wyższe stawki godzinowe w 2023 r. pojawią się także przy wynagrodzeniu minimalnym. W przyszłym roku wzrosną również stawki godzinowe. Od stycznia stawka godzinowa wyniesie 22,80 zł, natomiast od 1 lipca 23,50 zł brutto.
