Demografia leży

Demografia leży

Liczba ludności Polski zmniejsza się od 2012 roku. Przyrost naturalny pozostaje ujemny już od dekady.

Jak informuje Portal Samorządowy, w końcu pierwszego kwartału br. ludność Polski liczyła nieco ponad 37,5 mln osób. Na każde 10 tys. mieszkańców Polski ubyło 11 osób. Wskaźnik urodzeń spada z roku na rok – w I kwartale roku urodziło się zaledwie 64,5 tys. dzieci. Nawet napływ migrantów nie jest w stanie zrównoważyć mniejszej liczby urodzeń i spadku liczebności populacji.

Z raportu GUS „Sytuacja osób starszych w Polsce” wynika, że na koniec 2022 roku liczba osób w wieku 60 lat i więcej wyniosła 9,8 mln. Udział osób starszych w populacji mieszkańców Polski osiągnął poziom prawie 26 proc. W kolejnych latach ten odsetek będzie rósł – w 2040 roku co trzeci Polak będzie miał 60 lat lub więcej, a w 2060 – już 40% z nas.

Z danych GUS wynika, że w latach 2017–2019 liczba Polaków przebywających czasowo (12 miesięcy i dłużej) za granicą kształtowała się na poziomie 1,6 mln. W latach 2020–2022 spadła do poziomu około 1,5 mln. GUS w „Prognozie ludności na lata 2030–2060” wskazuje, że od 2016 roku obserwowane jest w Polsce dodatnie saldo migracji na pobyt stały, które jest przede wszystkim konsekwencją dużego spadku rejestrowanej liczby wyjazdów Polaków zagranicę. Od kilku lat odnotowywany jest również wyraźny wzrost liczby imigrantów. Jest on głównie związany ze zwiększaniem się liczby imigrantów z krajów położonych na wschód od Polski (głównie Białorusi, Ukrainy, Armenii, Rosji, Kazachstanu czy Indii). Niewielka jest skala migracji powrotnych z krajów Europy Zachodniej.

Z danych ZUS wynika, że liczba obcokrajowców podlegających ubezpieczeniom emerytalnemu i rentowemu wzrosła z 184,2 tys. w grudniu 2015 roku do 1 127,7 tys. w grudniu 2023 roku.

Wszystkie scenariusze GUS przewidują systematyczny spadek liczby ludności Polski. W scenariuszu wysokim do 2060 roku ma ona spaść do 34,8 mln, zaś w niskim – do 26,7 mln. To oznaczałoby ubytek w stosunku do 2022 roku o 8–29 proc. Do 2060 roku przewidywany jest spadek liczby dzieci i młodzieży o ok. 11 proc. (scenariusz wysoki) oraz aż o połowę (scenariusz niski) względem danych z 2022 roku. W dodatku kurczyć się będą zasoby ludności w wieku produkcyjnym. Według wyliczeń ZUS na 1 tys. osób w wieku produkcyjnym w 2023 roku przypadło ok. 390 osób w wieku poprodukcyjnym, natomiast w 2061 roku będzie to 806 osób, a w 2080 roku – 839 osób.

Stop wyrzucaniu z pracy

Stop wyrzucaniu z pracy

OPZZ stanowczo potępia działania zarządu spółki PKP CARGO S.A., które mogą zagrażać prawom pracowniczym.

„Apelujemy o szacunek dla praw pracowniczych oraz oczekujemy działań zachowujących równowagę między interesami firmy i pracowników, podjętych w ramach dialogu społecznego. Prezydium OPZZ w pełni solidaryzuje się i wspiera działania organizacji związkowych zrzeszonych w OPZZ w strukturach spółki PKP CARGO S.A. Obrona praw pracowniczych i dbanie o słuszne interesy zatrudnionych są dla nas zawsze priorytetem” – napisało Prezydium OPZZ w swoim stanowisku dotyczącym wydarzeń w PKP CARGO S.A.

W piśmie skierowanym do premiera Donalda Tuska, OPZZ potępia działania zarządu spółki i nazywa je prowokacyjnymi. Apeluje o szacunek do praw pracowniczych i podkreśla, iż oczekuje działań dążących ku zachowaniu równowagi pomiędzy interesami firmy a interesem pracowników.

Niepokojące związek wydarzenia, jakie mają miejsce w PKP CARGO, to m.in. wysyłanie pracowników na okresy nieświadczenia pracy (z pozbawieniem niemal połowy wynagrodzenia), wypowiedzenie umów społecznych, silna ingerencja firmy w stosunki pracy czy zamiar przeprowadzenia zwolnień grupowych.

Odlewni grozi upadłość

Odlewni grozi upadłość

Kieleckiej odlewni „Chemar” grozi upadek.

Jak pisze „Tygodnik Solidarność”, 4 lipca br. do Chemar S.A wpłynęła informacja o złożeniu przez jednego z wierzycieli wniosku o ogłoszenie upadłości spółki. „Zarząd Spółki analizuje możliwe scenariusze. Priorytetem Zarządu jest, była i będzie ciągłość funkcjonowania Spółki, ochrona interesów pracowników oraz wszystkich innych podmiotów związanych z działalnością CHEMAR S.A.” – czytamy w komunikacie.

Zdaniem związkowców z „Solidarności” groźba upadłości „oznacza […], że wielokrotne sygnały formułowane przez Region Świętokrzyski NSZZ «Solidarność» o konieczności podjęcia kroków sanujących «Chemar» zostały zlekceważone”. Twierdzą oni, że firma, której znak towarowy znany jest na całym świecie, przez wiele ostatnich lat była nieudolnie zarządzana, a jej upadłość oznaczać będzie bolesną likwidację miejsc pracy oraz gospodarcze osłabienie regionu.

Związkowcy wzywają do podjęcia działań naprawczych w tej sprawie Agencję Rozwoju Przemysłu, głównego właściciela zakładu. Solidaryzują się także z pracownikami spółki, oferując im pomoc. Odlewnia zatrudnia ok. 140 osób.

Podwyżki dla wybranych

Podwyżki dla wybranych

Ministra rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk ogłosiła, że od 1 lipca pracownicy pomocy społecznej otrzymają dodatki, które pozwolą im godnie żyć. Niestety dotyczy to tylko części pracowników sektora.

Jak informuje „Tygodnik Solidarność”, chodzi o dodatek w wysokości 1000 złotych brutto dla pracowników pomocy społecznej, pieczy zastępczej, instytucji opieki nad najmłodszymi dziećmi do lat 3, osobom pełniącym funkcje rodzin zastępczych zawodowych oraz prowadzących rodzinne domy dziecka.

Nowa regulacja została już podpisana przez prezydenta Andrzeja Dudę, ale związkowcy z Krajowej Sekcji Pracowników Pomocy Społecznej NSZZ „Solidarność” wskazują na jego mankamenty. – „Jeśli nowa ustawa wejdzie w życie, to w tej samej firmie nastąpi podział na tych, którzy dostaną dodatek do pensji, i tych, którzy go nie zobaczą. Wykluczeni z tego świadczenia – dodajmy czasowego, bo na lata 2024–2027 – mają być pracownicy realizujący zadania z wielu innych ustaw, m.in. o dodatkach mieszkaniowych, świadczeniach rodzinnych, pomocy osobom uprawnionym do alimentów, pracowników obsługujących PFRON, Powiatowe Zespoły ds. Orzekania o Niepełnosprawności, Kluby Integracji Społecznej czy działających na podstawie Ustawy o przeciwdziałaniu przemocy domowej” – zwrócili uwagę związkowcy w swoim stanowisku.

Wprowadzona regulacja sprawi, że 35 000 pracowników sektora nie otrzyma dodatków.

 

Znowu wypowiedzenia

Znowu wypowiedzenia

Zakład Viskase w Sulnowie zwolni do września wszystkich pracowników.

Jak informuje portal extraswiecie.pl, są to największe od lat zwolnienia grupowe w gminie Świecie. Wypowiedzenia otrzymali wszyscy pracownicy zakładu Viskase w Sulnowie. Firma, która w powszechnej świadomości wciąż funkcjonuje jako Darmex, zajmuje się produkcją osłonek do wędlin. Przejęcie zakładu i zmiana nazwy nastąpiły w 2016 roku.

W ciągu najbliższych dwóch miesięcy pracę straci 51 osób. Wśród zwalnianych nie brakuje osób, które z zakładem były związane niemal od momentu jego powstania. Na razie nie wiadomo, co stanie się z majątkiem nieruchomym firmy. Prawdopodobnie zostanie sprzedany. Maszyny zostaną przeniesione do siedziby spółki w Legnicy.

Powrót bez powrotu

Powrót bez powrotu

Zachwyt w lewicowej bańce Didierem Eribonem to dla mnie od dawna dość niezrozumiała fascynacja. Realia francuskie i polskie są znacząco różne – pod względami politycznymi, społecznymi, klasowymi. Rzeczy, warunki, zjawiska, które we Francji sytuowały białego człowieka „wśród ludu”, nie równały się właściwie nigdy naszym uwarunkowaniom. Uległo to zmianie wraz z nasiloną imigracją do Francji – ale i tak twierdzenie, że „lud francuski” i „lud polski” są do siebie przystawalne, a ich sytuacja bezpośrednio nawzajem przekładalna, wydaje się sporym nadużyciem. I ze strony Eribona, i polskich czytelników wywodzących się z inteligencji, którzy chcieliby wzruszać się cudzym Reims, ale do własnego Reims, czyli Przasnysza, Pułtuska albo Moniek, nie jeżdżą wcale, ponieważ woleliby o nim nie pamiętać.

To taki powrót bez powrotu.

„Życie, starość i śmierć kobiety z ludu”, druga przełożona na polski książka Eribona, jeży włos na głowie. Autor radośnie eksploatuje przeszłość, historię, teraźniejszość swojej najbliższej rodziny, a szczególnie kobiety, która, bezlitośnie opisywana, nie może się bronić – własnej matki. Już sam fakt uczynienia z bliskiej osoby bohaterki, która jednocześnie nie jest bohaterką, musi budzić przynajmniej pewien moralny sprzeciw, który narasta wraz z przewracaniem kart książki. Owszem, bywały już podobne projekty i pomysły, bo pisarze-mężczyźni lubują się w opisach swoich rodzin, w tym matek. Owszem, porównywana z Eribonem (nie wiem dlaczego, pewnie dlatego, że oboje są Francuzami) Annie Ernaux także pisze o swojej rodzinie – ale jednak głównie o sobie. To jej życie, jej ciało, jej myśli są głównymi podmiotami narracji. Tymczasem Eribon bez żenady opisuje matkę – bezlitośnie, ale nie dogłębnie. Opisuje ją jak ciało szykujące się na śmierć, jak skorupę, która miała może jakieś życie, ale oczywiście najbardziej istotne jest, co syn o tym życiu sądzi. Taki szczery, prosty opis mógłby stanowić podstawę dla świetnej prozy – ale tak się nie dzieje.

Bo „Życie…” to żadna powieść. Nawet do dobrej prozy wyznaniowej mu daleko. Książka Eribona to coś w rodzaju narzekań mężczyzny w średnim wieku, przeplatanych wspomnieniami oraz – i to rozbija formę oraz czyni książkę nie-powieścią – długimi rozważaniami o kondycji francuskiej służby zdrowia i w ogóle państwa francuskiego, o opiece społecznej, o starości. W zamierzeniu ma to mieć postać (chyba) eseju z wieloma cytowaniami z innych dzieł, także filozoficznych i medycznych. W praktyce autor uparcie wraca do jednej książki Simone de Beauvoir („Starość”) oraz cytuje, kogo się da, by wyjaśnić czytelnikowi meandry społeczne starości i przebywania w zorganizowanych ośrodkach opiekuńczych. Czyni to chłodno, bez empatii, w sposób akademicki, i, niestety, nudnawy. Te wstawki, których jest multum, kawałkują, wręcz rozdzierają narrację syna umierającej (a potem martwej) kobiety. Która to narracja zresztą też nie odznacza się szczególną wrażliwością i wdziękiem.

„Cóż za doskonały przykład rozminięcia się teorii z praktyką i postulatów z działaniami!” – napisała o tej książce Natalia Królikowska, recenzentka prowadząca stronę Propsiki. Podczas lektury towarzyszyło mi podobne uczucie i identyczne konstatacje. Eribon chce zwrócić uwagę na starzenie się społeczeństwa, kwestię starości w ogóle i opieki nad ludźmi starymi w szczególności (kto powinien, kto jest odpowiedzialny, jak się z tego wywiązują instytucje), ale udaje mu się głównie przedstawić samego siebie jako niezbyt sympatycznego bufona, który matkę, kruchą, nagą, umierającą, stawia całemu światu przed oczami jako egzemplifikację zjawiska społecznego. Czyni to przy tym bez empatii, choć jednocześnie nie pozwala zapomnieć czytelnikowi o rzekomo zalewających go wyrzutach sumienia (znacie te wybuchy rozpaczy we włoskim stylu: „Ach, czemu pojechałem do niej tylko dwa razy!”, „Całe życie byłem synem i już nie jestem!”) i obficie tłumaczy się ze swojego braku działania. Na jaw przy okazji wychodzą inne rodzinne nieporozumienia, jak np. fakt, że autor widuje jednego z braci raz na trzydzieści lat, gdyż „bardzo się od siebie różnią”, i żaden z nich nie widzi w tym niczego złego. Niestety, sam sposób prowadzenia narracji bardzo wyraźnie pokazuje, że Eribon nie lubi swojej rodziny, czuje się z nią niekomfortowo, „wyrodził się”. Gesty, które niechętnie wykonuje, są puste i automatyczne, nie niosą treści.

Czy jest obowiązek kochania matki? Czy koniecznie należy uczestniczyć w jej pogrzebie? Te pytania stawia autor i stawiają czytelnicy. Jak widziałam w kilku internetowych dyskusjach o książce, polscy zwolennicy „bycia sobą” pospieszyli już Eribonowi z odsieczą, twierdząc, że oczywiście matce, z którą „drogi się rozeszły”, aż tak pomagać czy odwiedzać jej nie trzeba (magiczne „zerwij kontakt z toksycznymi osobami”), na pogrzeb też niekoniecznie trzeba, bo to pusty rytuał, a żałobę nosi się w sercu. Eribon – i zachodnia lewica – w ogóle nie dostrzegają, że samotność starych ludzi i automatyzacja opieki wynikają właśnie z tego, iż w zindywidualizowanym świecie każdy społeczny czy rodzinny obowiązek ceduje się chętnie za pieniądze na innych. Skoro „nic nie trzeba”, to nie pomożemy. I nam też nikt nie pomoże, będą nam tyłki podcierali imigranci, jeśli naszemu państwu w ogóle starczy na opiekę.

Te rozważania są dość nieprzyjemne, jednak należy je przeprowadzić, chociaż mam wrażenie, że autor usprawiedliwia się pod publikę, a jego napady wyrzutów sumienia są dość płytkie. Chciałabym jednak, abyśmy nie przyjmowali tej perspektywy jako jedynej. Matka Eribona nie była „toksyczną osobą”. Lubiła telewizję, czytała romanse (o tym, jak bezlitośnie Eribon ocenia jej gust i smak, porozmawiamy za chwilę), wypytywała synów o różne sprawy, pracowała, starała się spełniać nałożone na nią role społeczne i rodzinne. To wszystko. Jej bycie „kobietą z ludu” przydaje się Eribonowi, gdy szuka tematu na książkę (teraz ja jestem bezlitosna, trudno) i gdy sam chce pokazać, że sam nie jest z klasy wyższej czy nawet średniej, lecz „z ludu” – jednym słowem, legitymizuje się pochodzeniem matki i rodziny, gdyż we Francji to modne. Z drugiej strony, naprawdę widać w jego opowieści, i to nie tylko tam, gdzie sam chce to uwypuklić, jak daleko odszedł od klasy, z której pochodzi.

Jedna z historii, w których jest to widoczne, a którą autor przytacza w dobrej wierze, oczekując od czytelnika zrozumienia, to wątek romansów w formie książkowej, które czytywała jego matka. Chodzi o książki znane w Polsce jako „harlekiny”: ona kocha jego, a on ją nie wiadomo, na przeszkodzie miłości stoi stara ciotka lub tajemniczy nieznajomy itp. Kolorowe okładki z obściskującą się parą, srebrne lub złote liternictwo tytułu. Wciągające historie, dające odprężenie po pracy. Po śmierci matki Eribon postanawia kupić sobie jeden z takich romansów i przeczytać go, aby poczuć się z nią więź i poznać coś, czymś się interesowała. Dochodzi do wniosku, że… nie wie, gdzie taką książkę się kupuje. Gdy okazuje się, że w dyskoncie spożywczym, z ulgą rezygnuje z zakupu, bo… nie chodzi do takich miejsc. Cały ten wątek jest groteskowy – czy dyskont słabszej marki/sieci to jak kupowanie po zmroku narkotyków w zakazanej imigranckiej dzielnicy? Dlaczego nie może tam po prostu iść po tę jedną rzecz? A jeśli naprawdę nie chce, to czy podobnej książki nie można zamówić w internecie? Krok wykonany ku „poznaniu matki” jest tak naprawdę trzema krokami w tył, w dodatku ośmieszającymi autora, bo czytelnik zaczyna się głowić o cóż mu, do jasnej cholery, chodzi.

Mniej zabawny, a bardziej przerażający jest wątek wyborów politycznych matki, pokazywany oczami syna. Eribon nie przegapi żadnej okazji na 288 stronach książki, aby podkreślić expressis verbis, że jego matka jest/była „rasistką”. Cytuje wielokrotnie jej uwagi co do koloru skóry osób występujących w programach telewizyjnych, krytycznie odnotowuje jej zdziwienie i zawód, że „Francja nie jest już taka, jak była”. Poprawia ją, poucza, prosi, by tak nie mówiła. Gdy opisuje, jak w domu opieki jest świadkiem rozmowy z odwiedzającym ją starym znajomym na temat głosowania na Marine Len Pen, padają znamienne słowa: „Zdałem sobie sprawę, że znajduję się w pokoju z dwójką faszystów”. Liberalny, salonowy, de facto mieszczański „antyfaszyzm” każe mu potępiać publicznie własną matkę przez dwa czy trzy podrozdziały. Eribon wręcz lubuje się tym wątku. Nie szczędzi matce wyrazów niesmaku i oburzenia. Ona już nie odpowie.

Autor jest w książce karykaturalnie niedojrzały, a zdaje się tego nie widzieć. Nie jest to przy tym powieść fabularyzowana, lecz coś w rodzaju autobiograficznego eseju, zatem trudno zwalić to wrażenie na konstrukcję świata przedstawionego i powiedzieć, że taki jest po prostu bohater. Nie, to sam Eribon w takim tonie opisuje siebie i rodzinę – domagając się jednocześnie współczucia, że „to” (śmierć matki i rozterki) go spotkało. Brak tu namysłu nad swoimi działaniami i, przede wszystkim, podejściem. Bardzo ludzkie, cielesne doświadczenie zadarcia woalu pomiędzy życiem a śmiercią wydaje się niewiele w nim zmieniać, jeśli w ogóle cokolwiek. A przecież śmierć rodzica jest i przeżyciem granicznym, i formacyjnym (żeby nie być gołosłowną: jestem półsierotą i towarzyszyłam ojcu w agonii i śmierci, zatem nie teoretyzuję; dzielę z Eribonem to samo doświadczenie). Banalne, ale potem już prawie nic nie jest takie samo. Przestajemy być dziećmi. Mam wrażenie, że Eribon czuje się trochę urażony, że musiał przestać nim być. Ma także ogromne poczucie nieadekwatności z powodu konieczności uczestniczenia w całej sytuacji. A przecież nie ma w ogóle mowy o długiej opiece, codziennych odwiedzinach czy zamieszkaniu z umierającą matką! Autor odwiedza ją literalnie dwa razy, bo matka umiera szybciej niż się spodziewano. Nie ma go również przy jej boku, gdy ta śmierć następuje. Trochę mało, jak na książkę „o starości i śmierci”.

Krytyk Marcin Bełza nazywa tę książkę „odrażającym esejem służącym obronie/podbiciu pozycji” i pisze: „Pogrzebów nie lubi, więc gdzieżby miał pojechać na pogrzeb matki; jedyny jaki pamięta i jedyny jaki go wzruszył to – a jakże [co za przykra niezamierzona ironia!] – pogrzeb Bourdieu”. Tak, tak. Temat smutny, ale ja się tutaj jednak śmieję.

Powiedziawszy to wszystko, co powyżej, absolutnie nie twierdzę, że książki Eribona nie warto czytać, że jest nudna czy że byłby to czas stracony. Nie. Przeczytałam ją w półtora dnia, co prawda zgrzytając zębami i stawiając ironiczne, pełne gniewu wykrzykniki na marginesach oraz pstrząc karty książki ołówkowymi dopiskami typu „he he” (nie z rozbawienia dowcipem autora, niestety). Przeczytałam, bo chciałam zobaczyć, czy tak osobista, realna historia do czegoś dąży.

No i nie dąży specjalnie do niczego, chyba że za cel dążenia uznamy intuicję autorstwa Bełzy. A najgorsze jest chyba to, że Eribon uważał za stosowne „udzielić głosu” niemej kobiecie i zapewne ma wrażenie, że ją tym wyemancypował. Nie, nie – wyemancypował swoje projekcje, a teraz co najwyżej przyjmuje kondolencje i gratulacje.

Magdalena Okraska

Eribon Didier, Życie, starość i śmierć kobiety z ludu, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2024.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Huta upada z powodu cen gazu

Huta upada z powodu cen gazu

Ostatnia duża huta szkła, jaka została na Lubelszczyźnie, walczy o przetrwanie.

Jak pisze portal dlahandlu.pl, Edwanex to ostatnia huta szkła, jaka została na Lubelszczyźnie. Na skraj bankructwa doprowadziły ją wzrosty cen gazu w ostatnich latach. Czy spółkę czeka upadłość? To byłby cios dla pracowników i regionu. Zakład zatrudnia 125 osób.

Edwanex od ponad 40 lat zajmuje się wyrobem szkła. Tworzy szkło stołowe, dekoracyjne, a także butelki do alkoholi premium (m.in. dla marek Belvedere, Paprocky czy Aman Tequila). Huta wykorzystuje trzy metody produkcyjne: prasę automatyczną, automat dmuchający i produkcję ręczną Jej wyroby są znane nie tylko w Polsce, ale także za granicą: na terenie Europy oraz w USA, Meksyku czy Japonii. Firma jest zdobywcą wielu nagród branżowych.

Obecnie firma boryka się z problemami wynikającymi z ogromnych wzrostów cen energii. W zestawieniu trzyletnim rachunki za gaz wzrosły prawie dziesięciokrotnie. Huta Edwanex jest ostatnim zakładem pracy w tej branży na Lubelszczyźnie. Pięć innych hut szkła przestało istnieć – w Parczewie, Dubecznie, Dąbrowie, Krzywdzie, Chełmie.

Zakład w 2023 roku otrzymał wsparcie w wysokości 4 101 739,40 zł z Ministerstwa Rozwoju i Technologii, reprezentowanego przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Niestety nie zrekompensowało to wzrostu całości kosztów energii.

Hutnicy drżą o pracę

Hutnicy drżą o pracę

W Hucie Pokój w Rudzie Śląskiej rośnie niepokój załogi obawiającej się zwolnień.

Związkowcy narzekają na niejasny plan ewentualnej restrukturyzacji zakładu, będącego obecnie w grupie kapitałowej Węglokoksu.

Jak informuje serwis biznes.interia.pl, związkowcy z Huty Pokój w połowie czerwca napisali list do minister przemysłu Marzeny Czarneckiej, w którym zwrócili się z prośbą o pomoc i natychmiastową interwencję. Choć bezpośrednią przyczyną były krytykowane przez związkowców zmiany kadrowe w zarządzie jednej z hutniczych spółek, przedstawiciele załogi zażądali też przedstawienia dla hutniczych podmiotów „planu naprawczego i planu rozwoju” zamiast „planu likwidacji i zwolnień”.

Związkowcy postraszyli też strajkiem. „Jeśli do 10 lipca nie otrzymamy konkretnych propozycji rozwiązań (…), będziemy zmuszeni wejść w spór zbiorowy i rozpocząć akcję protestacyjną do strajku włącznie” – napisali w liście.

Kilka tysięcy etatów mniej

Kilka tysięcy etatów mniej

Zarząd PKP Cargo podjął decyzję o przeprowadzeniu zwolnień grupowych.

Jak informuje portal prawo.pl, zwolnienia grupowe w PKP Cargo miałyby objąć do 30 proc. zatrudnionych w Spółce (do 4142 pracowników) w różnych grupach zawodowych i nastąpić do 30 września 2024 r.

Zwolnienia grupowe mają być przeprowadzone na podstawie ustawy z dnia 13 marca 2003 r. o szczególnych zasadach rozwiązywania z pracownikami stosunków pracy z przyczyn niedotyczących pracowników. Konsekwencją podjęcia ww. uchwały jest rozpoczęcie konsultacji zamiaru przeprowadzenia zwolnień grupowych z zakładowymi organizacjami związkowymi działającymi w Zakładach i Centrali Spółki.

Pracownikom w związku z rozwiązaniem z nimi stosunku pracy w ramach grupowego zwolnienia przysługuje odprawa pieniężna uzależniona od okresu zatrudnienia.

Przypomnijmy, że pod koniec maja 2024 r. zarząd PKP Cargo zdecydował o uruchomieniu programu skierowania ok. 30 proc. pracowników na tzw. nieświadczenie pracy na 12 miesięcy w związku z rzekomo trudną sytuacją spółki. Jak podała PAP, zarząd zaproponował ponadto stronie społecznej rozwiązanie zakładowego zbiorowego układu pracy i porozumienia ws. wzajemnych zobowiązań stron tego układu. Z kolei w czerwcu zarząd przewoźnika podjął uchwałę o jednostronnym rozwiązaniu, z upływem 24-miesięcznego okresu wypowiedzenia, Zakładowego Układu Zbiorowego Pracy.

Na bruk w Piotrkowie

Na bruk w Piotrkowie

179 osób straci pracę w firmie SFC Solutions w Piotrkowie Trybunalskim. Fabryka zostanie zlikwidowana.

Jak informuje serwis money.pl, zwolnienia zostaną przeprowadzone w okresie od 24 czerwca do 30 września. Do Powiatowego Urzędu Pracy w Piotrkowie Trybunalskim wpłynęło zawiadomienie o zamiarze przeprowadzenia zwolnień grupowych przez firmę SFC Solutions Piotrków z siedzibą w Częstochowie. PUP dodał, że „przyczyną zwolnień grupowych jest podjęta przez zarząd SFC PIO decyzja o zakończeniu prowadzenia działalności w zakładzie produkcyjnym w Piotrkowie Trybunalskim”.

W efekcie zwolnionych zostanie 179 pracowników, z czego najwięcej z działu produkcji (132 osoby). Część pracowników może otrzymać propozycję pracy w Częstochowie, gdzie mieści się siedziba firmy.

Bezrobocie w lokalnej skali

Bezrobocie w lokalnej skali

W niewielkich Pabianicach i okolicy straci pracę ponad 200 osób.

Jak informuje bankier.pl, nie ma dnia bez informacji o zwolnieniach w polskich zakładach. W Pabianicach z pracą pożegna się 218 osób, ale nie wszystkie pracują w jednym zakładzie.

Do końca sierpnia 138 pracowników zostanie zwolnionych z Polskiej Dystrybucji Alkoholi sp. z o.o. To jeden z największych dystrybutorów alkoholi, piwa i wina w centralnej oraz południowej Polsce. Firma zatrudnia 217 osób, a po cięciach pozostanie 79 pracowników – pisze lokalny serwis zyciepabianic.pl. Powodem zwolnień jest „optymalizacja kosztów oraz reorganizacja spółki”. Cięcia obejmą przede wszystkim kierowców, magazynierów, operatorów wózków widłowych, brygadzistów, konwojentów oraz dział księgowości.

Zwolnienia obejmą również pracowników firmy Trixie Tekstylia z miejscowości Ksawerów w powiecie pabianickim. Obecnie zatrudnionych jest tam 91 osób, a po redukcji etatów ma pozostać jedynie 11 osób. Pracę stracą 52 krawcowe i szwaczki, 20 monterów wyrobów gotowych, 6 pracowników administracji i dwóch krojczych. W tym przypadku firma postanowiła „zmienić profil działalności”. Większość udziałów reprezentuje kapitał z Niemiec.

 

 

Poczta wyrzuci tysiące ludzi

Poczta wyrzuci tysiące ludzi

Wraca temat gigantycznych zwolnień grupowych w Poczcie Polskiej.

Jak informuje portal gazeta.pl, prezes Poczty Polskiej Sebastian Mikosz miał zapowiedzieć dwie tury zwolnień grupowych. Związkowcy obawiają się, że pracę straci ok. 10 tys. pracowników.

Z wewnętrznego komunikatu po spotkaniu prezesa Poczty Polskiej Sebastiana Mikosza ze związkowcami z NSZZ „Solidarność” Poczty Polskiej (odbyło się ono 11 czerwca) wynika, że po pierwszych pięciu miesiącach 2024 r. spółka odnotowała stratę w wysokości 282 mln zł. Poczta Polska informowała jednak 13 czerwca w oficjalnym komunikacie, że otrzyma łącznie ok. 750 mln zł rekompensaty za nierentowne świadczenia świadczone przez Pocztę w latach 2021-2022. „Kwota rekompensaty nie stanowi jednak trwałego remedium na problemy finansowe spółki. Rekompensata pokrywa jedynie już poniesione koszty, nie przekładając się na trwałą poprawę sytuacji firmy” – napisano w komunikacie.

Według serwisu wnp.pl, prezes Poczty Polskiej Sebastian Mikosz miał poinformować związkowców, że chce przeprowadzić zwolnienia grupowe w dwóch turach. Pierwsze miałyby rozpocząć się 1 sierpnia 2024 r., a druga tura miałaby ruszyć w przyszłym roku. Ponadto poczta miała również zrezygnować z programu dobrowolnych odejść. Prezes nie wyjaśnił, jakie stanowiska zostaną objęte zwolnieniami. Według portalu, Mikosz miał także powiedzieć podczas spotkania ze związkowcami, że nie podniesie płac o 1000 zł na etat, choć wcześniej deklarował, że zwolnienie części pracowników pozwoli na wprowadzenie oczekiwanych podwyżek płac. Mikosz miał również zapowiedzieć, że chce jak najszybciej wypowiedzieć Zakładowy Układ Zbiorowy Pracy.

Z kolei przewodniczący Rady Krajowego Sekretariatu Łączności NSZZ „Solidarność” Wiesław Królikowski powiedział portalowi wnp.pl, że prezes miał informować podwładnych, iż podczas pierwszej fazy zwolnienia grupowe nie przekroczą rocznej liczby naturalnych odejść, których w Poczcie Polskiej jest 4,5-5 tysięcy. Etaty te nie byłyby uzupełniane o nowe osoby zatrudnione. Ale jak oceniają związkowcy, prezes musiałby zwolnić ok. 10 tys. osób, aby zwolnienia miały ekonomiczny sens w kontekście jego zapowiedzi.

Niespodziewane zwolnienia w Ikei

Niespodziewane zwolnienia w Ikei

Oddział Ikea Industry w Wielbarku zapowiedział zwolnienia. Stanowiska na pewno straci kilkadziesiąt osób, ale to prawdopodobnie nie koniec redukcji zatrudnienia.

Według informacji portalu gazeta.pl, Ikea Industry w Wielbarku w województwie warmińsko-mazurskim zamierza zwolnić 40 pracowników. Powodem decyzji są spadki zamówień w ich oddziale. Pracownicy boją się jednak, że zwolnienia nie skończą się na tych kilkudziesięciu osobach.

O zwolnieniach pracownicy zakładu w Wielbarku zostali poinformowani na początku czerwca. Choć firma informowała swoich pracowników o planie zwolnień, część z nich zakłada, że redukcja etatów nie skończy się na 40 osobach. Pracujący w oddziale w Wielbarku wysyłali listy do redakcji „Tygodnika Szczytno” pisząc, że z pracy zwolnionych może zostać aż 200 osób. „Jestem przerażona tym, co się mówi na temat tych zwolnień wśród pracowników. (…) Jeśli potwierdzą się te plotki o zwolnieniu 40, a potem 200 osób, to naprawdę wiele osób zostanie bez środków do życia. Ikea do tej pory była solidnym pracodawcą, dlatego wiele osób wzięło kredyty i ma inne zobowiązania. Naprawdę drżymy o przyszłość” – napisano w jednym z listów.

Czasami warto posłuchać człowieka

Czasami warto posłuchać człowieka

„Ćma” to polski film z 1980 roku, w reżyserii Tomasza Zygadły. Główny bohater, Jan, grany przez Romana Wilhelmiego, prowadzi nocną audycję „Radiotelefon”, przeznaczoną dla osób cierpiących na bezsenność oraz tych wszystkich, którzy czują się samotni i zagubieni, poszukują sensu życia, szczególnie w nocy odczuwając egzystencjalne lęki i niepokoje. Zamknięty w dusznym studiu radiowym, paląc papierosy, wsłuchuje się w zwierzenia dzwoniących do niego ludzi. Nierzadko bardzo intymne i dramatyczne. Traktują go oni jak kogoś bliskiego, przyjaciela, człowieka, któremu można powiedzieć to, czego nie chce się lub nie wypada mówić innym, nawet bliskim.

Telefon kolejnego słuchacza sygnalizowany jest zapalającą się lampką. To ważny symbol w filmie. „Majaczą gdzieś w oddali światła – ludzie słowa” – słyszymy w filmie słowa, fragment wiersza jego kolegi-poety, które Jan wyśpiewuje w kulminacyjnej scenie, gdy ociera się o szaleństwo.

Dlaczego do tego dochodzi?

Jan to tytułowa ćma (choć nie tylko on nią jest). Jak wiadomo, owad ten leci do światła i czasami, nie widząc granicy pomiędzy sobą a światłem, spala się, ginie. Podobnie nasz bohater: nie widzi granicy pomiędzy sobą a innymi, tak głęboko współodczuwa ich dylematy i lęki, że spala się nie tylko zawodowo (wypala, jak dzisiaj byśmy powiedzieli), ale także jako człowiek. Jego życie prywatne nie należy do udanych (trudno o takie, gdy przesypia się całe dnie), choć trudno wywnioskować, czy jest takie ze względu na pracę, czy to praca jest ucieczką od takiego życia. Faktem jest jednak, że Jan poświęca w pracy siebie, wręcz składa na ołtarzu medium radia oraz dziennikarstwa, w którym liczy się drugi człowiek, będący zawsze celem, nigdy środkiem, by przywołać maksymę Kanta wybrzmiewającą w wierszu kolegi-poety.

Nie jest moim zdaniem prawdą to, co możemy przeczytać w opisie tego filmu: że Jan popada w obłęd, gdyż ma nieudane życie rodzinne. Jest tak z innego względu. Mianowicie prowadzenie nocnej audycji daje mu wgląd w sferę życia ludzi, która pozostaje w mroku nocy, gdyż za dnia zastępuje ją „uśmiechnięta gęba poranka”. Symbolika jasności i ciemności jest bardzo mocno obecna w filmie: dzień, jasność, to pozory, w których musimy się uśmiechać, być miłym. W nocy, w ciemności, gdy świat zamiera, zaczynamy być sam na sam z sobą, do głosu dochodzą nasze niepokoje, z którymi nie mamy się z kim podzielić, jeśli nie ma wokół nas bliskich osób.

Ale jest Jan i jego „Radiotelefon”. On, dosłownie i metaforycznie, ratuje ludzi. Zatapia się w ciemności, zagląda pod spód, zyskując dużą porcję wiedzy o własnym społeczeństwie i jego uśmiechniętym spektaklu (skojarzenie ze „Społeczeństwem spektaklu” Guy Deborda jest jak najbardziej zasadne). Uśmiech jest tutaj metaforą, która maskuje wcale niewesołą rzeczywistość wnętrza, czymś widzialnym, maską przysłaniającą lęk i ból samotności i wyalienowania. Słowem, Jan zaczyna mieć za dużo wiedzy, przekracza próg krytyczny refleksji, po którym nic już nie jest takie samo. Wręcz ma efekt paraliżujący, jak w przypadku przywołanego przez niego Atosa, jednego z muszkieterów, który zaczął za dużo myśleć – i w efekcie zginął. Oto koszty zaglądania pod spód.

W jednej ze scen Jan przygląda się za dnia ludziom, którzy wydają się toczyć normalne życie. Wie jednak, że to oni dzwonią w nocy, że to, co widzi, jest iluzją, gdyż ludzie udają – w przeciwnym razie kto by do niego dzwonił? Kamera pokazuje dwójkę osób rozmawiających za pomocą języka migowego. Migają, za pomocą znaków, osoby niesłyszące, czyli pozbawione zmysłu słuchu: to znaki mają zastąpić bardziej intymny zmysł, jakim jest słuch. Radio jest medium na tym zmyśle ufundowanym. Z tego względu, jak pisał Walter J. Ong, jest medium wtórnej oralności. Scena ta pokazuje, iż za dnia jesteśmy w jakiś sposób upośledzeni, nasza komunikacja jest upośledzona, a dzięki medium radia oraz człowieka zdolnego do słuchania, możemy pobyć z kimś naprawdę blisko, wsłuchać się w jego słowa, czego nie daje nawet medium telewizji, gdyż dołącza obraz, likwidując intymność i jednokierunkowe skupienie się na słowie.

W takim ujęciu audycja Jana jest dla dzwoniących wentylem bezpieczeństwa nie tylko przed samotnością, ale i popadnięciem w szaleństwo. On jednak nie ma swojego światła, które mogłoby go wysłuchać, gdyż to on jest światłem dla innych. W tym sensie jest postacią tragiczną i jednocześnie bohaterem romantycznym, wszak ćma u romantyków to symbol zbłąkanej duszy, a Jan błądzi od jasności do ciemności. Jest kimś, kto nie może, i nie chce, być innym niż jest, bo wie, że nikt go w tej roli nie zastąpi; roli, co warto podkreślić, radiowca i jednocześnie człowieka. On jednak sam nie potrafi być dla siebie wentylem, a ciśnienie rozsadza ścianki jego osoby, która przeżywa wszystkie ludzkie dramaty.

W pewnym momencie Jan, rozpoznając u siebie niepokojące objawy utraty kontaktu z rzeczywistością, co znakomicie obrazują oniryczne sceny filmu, postanawia udać się do psychiatry. Grany przez Piotra Fronczewskiego lekarz mówi, że i on słucha jego audycji i kilka razy miał ochotę zadzwonić. Stwierdza, iż Jan robi to samo, co on, ale zapewne z lepszym skutkiem. Radzi Janowi, aby sprofesjonalizował swoją audycję, zachował, jak dzisiaj byśmy powiedzieli, równowagę pomiędzy życiem a pracą. Żeby był raczej aktorem odgrywającym rolę, niż autentycznie zaangażowanym człowiekiem. Żeby jego audycja stała się spektaklem, lecz tylko pozornie przeżywanym. Jeśli nie znajdzie tej granicy, grozi mu rozdwojenie jaźni i w konsekwencji obłęd. Forma musi ulec konwencjonalizacji. Na to Jan nie może przystać, gdyż oznaczałoby to jego całkowitą przemianę: ze słuchającego zwierzeń w udającego słuchającego. Aby wybrnąć z niemożności metamorfozy, zaprasza psychiatrę do audycji, która kończy się całkowitą klęską, gdyż słuchacze nie chcą diagnoz, medykalizowania ich problemów, lecz chcą być wysłuchani jako ludzie. Lekarz tak naprawdę ich nie słucha, albo słucha o tyle, aby to, co mówią, sklasyfikować jako objaw danej jednostki chorobowej wyrażanej w absolutnie niezrozumiałym języku. A nie tego oczekują ludzie, którzy potrzebują bliskiego człowieka, a nie lekarza: chcą innej komunikacji, opartej na zrozumieniu, a nie na tłumaczeniu, iż „przerywanie metabolizmu informacyjnego prowadzi do zjawiska projekcji”.

W kulminacyjnej scenie filmu Jan wyśpiewuje, na góralską melodię, wiersz kolegi-poety. Audycja zostaje przerwana. Wersy: „Za ciasno nam pod gwiazdami, tłumią i więzią ramy / prawo moralne w sercu, niebo gwiaździste nad nami / i w każdym miejscu na ziemi, ktoś swoje dziwi otworzy, zawsze ktoś wokół twarzy / W milczeniu i w cierpieniu rodzi się świat od nowa” – zostają zagłuszone muzyką. Kolejnej audycji nie jest już w stanie dokończyć: wypowiada słowa modlitwy „Chryste Panie, zmiłuj się nad nami”. Wie, że jako jednostka nie jest w stanie uczynić ludzi mniej samotnymi (to może odbyć się tylko drogą zmian społecznych, na co wskazuje psychiatra), a nie ma już na to siły. Zrobił już wszystko, co mógł, poświęcając przy tym siebie: był wentylem-medium, przez który wydobywało się to wszystko, co utajone, i co budowało wspólnotę cierpiących słuchaczy.

Po kuracji w sanatorium czy szpitalu psychiatrycznym (widzimy jak bohater odpoczywa na słońcu i przyjmuje leki) wraca pociągiem, w którym dosiada się do niego obcy mężczyzna opowiadający mu o UFO. Uśmiechnięty, wyleczony już Jan, mówi, że nie chce o tym słuchać. „Czasami warto posłuchać człowieka” – odpowiada urażony odmową komunikacji mężczyzna. Wyleczenie jest tożsame z utratą zmysłu słuchu.

Ostatnia scena filmu jest rodem z Felliniego: wszyscy, tj. Jan, jego dwie żony, kochanka, syn z dziewczyną i przyjaciel, siedzą w jasnym świetle i uśmiechają się do siebie. Oto metafora nowego świata: uśmiech, spektakl, jasność. Nic, co naruszałoby komfort i przyjemność, iluzja szczęścia. Stłumienie lęku i niepokoju, zepchnięcie w mrok niewygodnej prawdy, że jesteśmy samotni, wyalienowani, skazani na sen: uśpienie samych siebie.

O czym jest ten film?

„Ćma” to film o medium, a dokładniej mówiąc o medium radia, które oparte jest na zmyśle słuchu. Zgodnie z determinizmem technologicznym w ujęciu Marshalla McLuhana treść medium jest nieistotna, gdyż liczy się sama jego materialna forma, która determinuje charakter komunikatu (medium is a massage). W takim ujęciu radio to medium intymne, oparte na bliskości słowa. „Ćma” jednak zadaje kłam temu determinizmowi, albowiem wcale nie jest nieważne to, co się mówi i czy ktoś potrafi słuchać. W filmie mamy dwie sceny, w których słuchamy audycji radiowej oprócz tej prowadzonej przez Jana. Na początku filmu spikerka podaje nam temperaturę i inne liczby, których, jak sama przyznaje, nie rozumie i nie wie, po co je mówi. To zwykła gadanina. Nic ważnego. Nic bliskiego. Radio gra także u psychiatry, a audycja dotyczy krów i ich odchodów, co jasno wskazuje, że audycje radiowe stają się gówniane. Mamy zatem do czynienia z ukazaniem, czym może być radio, jeśli jest człowiek, który potrafi wykorzystać jego potencjał, a czym staje się, gdy tego człowieka brakuje. Medium nie jest z istoty jakieś, ale swój potencjał rozwija w określonym splocie relacji społecznych oraz praktyk kulturowych. W tym sensie umiejętność słuchania jest konieczna, analogicznie jak posiadanie czegoś ważnego do powiedzenia.

„Ćma” to film o komunikacji. O tym, jak degradują się nasze zmysły, szczególnie słuch. Przestaliśmy siebie słuchać, wręcz odmawiamy słuchania, a jeśli już słuchamy, to nie słyszymy tego, co mówi do nas drugi człowiek. Słuchając, już odpowiednio klasyfikujemy słowa, a klasyfikacja jest przedustawna wobec sensu nadawanego im przez mówiącego.

Przykładem może być ukazana w filmie medykalizacja, w postaci psychiatryzacji życia (i języka), będącego m.in. efektem wymknięcia się dyskursu psychologicznego i psychoterapeutycznego z gabinetów. Nie chodzi rzecz jasna o to, aby nie stawiać diagnoz, ale o to, żeby, po pierwsze, umieć słuchać drugiego człowieka, a nie stawiać mu od razu diagnozy, szczególnie jeśli nie jest się psychiatrą. Po drugie, słyszeć człowieka, a nie tylko doszukiwać się w tym, co ktoś mówi, problemów, objawów, dysfunkcji, zaburzeń.

Medykalizacja w postaci psychiatryzacji oraz psychologizacji skutkuje, czy może skutkować, nieustannym diagnozowaniem siebie, mogącym prowadzić do nadmiernego spsychoterapeutyzowania skutkującym koniecznością poddania się terapii. Być może w pewnych wypadkach pomogłaby rozmowa z kimś bliskim, o ile w ogóle kogoś bliskiego obok siebie mamy (bliskiego nie w sensie fizycznym, ale duchowym). Można by zasadnie pytać, na ile epidemia depresji wynika z samotności (to, że coraz bardziej stajemy się samotni, jest faktem) i z tego, że straciliśmy medialne wentyle bezpieczeństwa oraz słuch nakierowany nie na swoje wnętrze (a tego nauczyła nas psychoanaliza i psychologia, jak twierdzi np. Richard Sennett), lecz na drugiego człowieka. Film pokazuje, że tylko prawdziwe i głębokie bycie z innymi ludźmi sprawia, że cierpienia i lęki stają się możliwe do oswojenia. Jak wielu problemów psychicznych dałoby się uniknąć, gdybyśmy umieli słuchać innych ludzi, a nie od razu ich diagnozować?

„Ćma” to także film o granicy. O granicy pomiędzy Ja a Innym. Bez niej – giniemy w Innym, spalamy się w jego świetle. Gdy wyznaczymy ją równo ze swoją skórą – tracimy zmysły, nie tylko metaforycznie, bo być może także dosłownie. To także film o tym, jak tworząc te granice tworzymy nasz społeczny świat i jaka w nim rola przypada choćby dziennikarzowi, czy szerzej, mediom. W niektórych mitologiach ćma w jest tricksterem mediującym pomiędzy światami. Czyż nie takie zadanie może przyświecać dziennikarzowi?

„Wyleczenie” Jana sprawiło, że pewna ludzka sfera rzeczywistości pozostała w mroku: cierpimy, ale już w samotności, gdyż nie ma nikogo, kto chciałby nas wysłuchać: tak po ludzku, albowiem nasze problemy nie zawsze są tożsame z zaburzeniem. Tym, którzy będą chcieli nas słuchać, trzeba będzie zapłacić lub zapłacić sobą w medialnym spektaklu, dla którego jesteśmy tylko narzędziem do zarabiania.

Ćma to także symbol śmierci. Być może umarło coś więcej niż tylko audycja „Radiotelefon”?

Czasami warto posłuchać człowieka.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Jin Kim z Pixabay

Ukarana eksploatacja franczyzobiorców

Ukarana eksploatacja franczyzobiorców

Francuskie Ministerstwo Gospodarki uważa, że umowy franczyzowe Carrefoura są niekorzystne dla franczyzobiorców i zaleca sądom nałożenie na sieć kary w wysokości 200 mln euro.

Jak pisze portal dlahandlu.pl, praktyki te polegają na „duszeniu franczyzobiorców poprzez nadużywanie pozycji siły”. Ministerstwo gospodarki tymi ostrymi słowami potępia model franczyzowy francuskiej sieci supermarketów. Wnioski z dochodzenia wskazują na „liczne zapisy ograniczające swobodę i autonomię handlową franczyzobiorców, które są nieproporcjonalne do zwykłych zasad prowadzenia franczyzy”.

Powodem reakcji resortu jest pozew niezadowolonych franczyzobiorców złożony przed sądem w Rennes, podnoszący zarzuty dotyczące znacznej nierównowagi w relacjach z wielką siecią handlową. Ministerstwo zaleciło sądowi nałożenie grzywny w wysokości 200 mln euro i nakaz natychmiastowego zaprzestania nielegalnych praktyk oraz karę w wysokości 50 000 euro za każdy dzień zwłoki.

Fabryka do likwidacji

Fabryka do likwidacji

Toshiba zamyka fabrykę w Polsce.

Jak podaje portal moje-gniezno.pl, pracownicy firmy Toshiba w Gnieźnie otrzymali informację, że zakład planuje zakończyć swoją działalność do jesieni 2024 roku. Produkcja ma zostać wstrzymana. Personel, liczący ponad 100 osób, zostanie zwolniony grupowo.

Fabryka Toshiby w Gnieźnie powstała zaledwie cztery lata temu. Produkowane są w niej głównie elementy do pomp ciepła, ale także klimatyzatory, wentylatory itp. Inwestycja była bardzo ważna dla miasta i jego sytuacji ekonomicznej.

Gigantyczne zwolnienia

Gigantyczne zwolnienia

Chcą zwolnić 960 pracowników zakładu w Pikutkowie. To jedne z największych pośród licznych ostatnio zwolnień grupowych.

Jak informuje „Tygodnik Solidarność”, Prezydium Zarządu Regionu Toruńsko-Włocławskiego NSZZ ,,Solidarność” przyjęło stanowisko w tej sprawie. Wyraża w nim swoje zaniepokojenie dramatyczną sytuacją pracowników zakładu Lear Corporation II. Określa też plany zwolnienia pracowników „szokiem oraz ciosem trudnym do pokonania przez lokalny rynek pracy”.

Lear Corporation II planuje zwolnić 960 z 1100 pracowników zatrudnionych w zakładzie w Pikutkowie. „W dniu 20 czerwca nasi przedstawiciele zaproponowali program dobrowolnych odejść zatrudnionych z odpowiednią gratyfikacją finansową ze strony pracodawcy. Jesteśmy również w kontakcie z Powiatowym Urzędem Pracy we Włocławku. W przypadku niedojścia do porozumienia z pracodawcą, Prezydium Zarządu Regionu NSZZ «Solidarność» podejmie wszelkie niezbędne kroki prawne adekwatne do sytuacji, jaka nastąpi” – przekazują związkowcy.

Lear Corporation to dostawca komponentów dla wszystkich największych producentów samochodowych na świecie. Zajmuje się produkcją siedzeń oraz systemów elektrycznych dla branży motoryzacyjnej. Zakłady Lear Corporation zlokalizowane są w 39 krajach na 6 kontynentach. W Polsce Lear Corporation jest obecny od 22 lat. Ma 8 zakładów produkcyjnych, w których zatrudnia około 11 tys. pracowników. Oddział Lear w Pikutkowie rozpoczął działalność w marcu 2022 roku na terenie Brzeskiej Strefy Gospodarczej.

Zakład ma być przeniesiony do Tunezji. Pracownicy już w marcu alarmowali, że maszyny są pakowane i wywożone do tego kraju.

Nie chcę, żeby mój kraj został sprzedany

Nie chcę, żeby mój kraj został sprzedany

Sam Kurt Vonnegut w liście do przyjaciela napisał: „Jest to po prostu najlepszy i najbardziej szczery pisarz, jakiego kiedykolwiek czytałem”.

Urodził się 26 czerwca 1952 roku w Wirginii Zachodniej. Bardzo możliwe, że w ogóle o nim nie słyszeliście, chociaż niektórzy wymieniali jego nazwisko obok takich twórców jak Ernest Hemingway, William Faulkner, James Joyce czy Flannery O’Connor. Nie była mu dana wieloletnia kariera. W wieku 26 lat popełnił samobójstwo. Zostawił po sobie tylko 12 opowiadań. Breece D’J Pancake to odkrycie literackie, outsider, myśliciel, a przede wszystkim mieszkaniec Appalachów.

Pochodzenie to odgrywa kluczową rolę w jego twórczości. Jest to jeden z biedniejszych regionów Stanów Zjednoczonych. Pasmo górskie ciągnie się od jeziora Ontario w Pensylwanii aż po północne rejony Alabamy. Po drodze przecina jeszcze takie stany jak Wirginia, Wirginia Zachodnia, Ohio, Kentucky, Tennessee, Północna oraz Południowa Karolina, a także fragment Georgii. Obfitujące w złoża węgla, niegdyś przyciągało tysiące ludzi do prężnie działających kopalni. Od końca XIX w. do schyłku kolejnego stulecia przy wydobyciu tego surowca w takich stanach jak Kentucky czy Wirginia Zachodnia znalazła zatrudnienie ogromna rzesza ludzi. Powstały liczne osady górnicze, takie jak Baxter (Kentucky), Matoaka (Wirginia Zachodnia) czy Itmann (Wirginia Zachodnia), dla których kres epoki węgla oznaczał upadek ekonomiczny. Dzisiejsza Appalachia jest wyłącznie cieniem samej siebie z okresu I połowy XX w. Wyludniający się region, którego większą część pokrywają lasy. Pomimo tak trudnej historii, lokalna ludność potrafiła wykształcić przez kilka pokoleń własną kulturę, która pomagała im znosić trudy codzienności.

Mieszkańcy Appalachów, kojarzeni z biedą i prowincjonalnością, stali się obiektem drwin opartych na stereotypach powielanych przez popkulturowe produkcje. Jedną z nich był survivalowy thriller „Uwolnienie”. Wyprodukowany w 1972 roku, opowiadał historię czterech mężczyzn na kajakowym wypadzie, który przemienia się w walkę o przetrwanie, kiedy „dzicy tubylcy” postanawiają zapolować na turystów. Produkcja w reżyserii Boormana odbiła się szerokim echem i spopularyzowała negatywną łatkę tzw. hillbilly, czyli mieszkańców wiejskich obszarów Appalachów. Termin ten stał się popularny z początkiem XX w. Chociaż dzisiaj już stosowany w sposób mniej pejoratywny, to w 1900 r. w gazecie „New York Journal” można było przeczytać taką definicję: „Hill-Billie to wolny i niczym nieskrępowany biały mieszkaniec Alabamy, który mieszka w górach, nie ma o czym rozmawiać, ubiera się, jak może, mówi, jak chce, pije whisky, kiedy mu się podoba, i strzela z rewolweru, gdy poniesie go fantazja”.

Tak krzywdzące obrazy niestety trafiały się coraz częściej, a zarobki niskie w porównaniu do obszarów miejskich, marne standardy bytowania i idący za tym brak wykształcenia utrudniały obronę przed skrzywionym obrazem rzeczywistości Appalachów. Takie wizje miały wkrótce zderzyć się z wyzwaniem rzuconym przez rodzimego twórcę.

Breece D’J Pancake jako nieliczny z jego rodzinnych stron otrzymał szansę uzyskania wyższego wykształcenia. Studiował na Marshall University w Huntington, gdzie w 1974 roku uzyskał tytuł licencjata z nauczania języka angielskiego. Pobierał też kursy z twórczego pisania na Uniwersytecie Wirginii. Pomimo tego, nigdy nie zapomniał o swoim pochodzeniu, o czym mogą świadczyć poniższe słowa zawarte w liście do matki z 1972 roku: „…Chcę poznać mój kraj. Chcę dotknąć, posmakować, powąchać, usłyszeć i zobaczyć tę krainę. Jeśli na polach śmierdzi nawozem, chcę to wiedzieć. Jeśli woda na którejkolwiek górze jest słodka, chcę wiedzieć, jak słodka. Chcę słyszeć wiatr w trawie i widzieć, jak popycha drzewa. Ale najpierw chcę poczuć to wszystko. Chcę wiedzieć z pierwszej ręki. Nie chcę, żeby Greyhound Company lub jakakolwiek inna firma pompowała mi do płuc nieświeże, zregenerowane powietrze czy puszczała do uszu nagrany dźwięk. Jeśli mam być Amerykaninem (a jestem), nie chcę, żeby mój kraj został sprzedany” (tłum. własne: źródło).

Motywacje pisarza są jasne. Są wyrazem sprzeciwu wobec postępującej industrializacji, na co zwracał uwagę m.in. Jon Michaud w artykule z „New Yorkera”. Pancake uważał ją (słusznie zresztą) za źródło ogromnego bezrobocia w górniczych regionach. Wielkie koncerny nie przejmowały się lokalnymi społecznościami, a wyłącznie oszczędnością, którą dawała tania siła robocza i bliskość surowców. Degradacja środowiska stanowiła dla nich wyłącznie efekt uboczny. Dla zwykłych ludzi nieregulowana ekspansja przemysłowa oznaczała brak własnej przestrzeni i utratę zdrowia.

„Trylobity” napisał w 1977 roku. Debiut zebrał masę pochlebnych opinii, m.in. po opublikowaniu części tekstów w bostońskim piśmie „The Atlantic Monthly”. Phoebe-Lou Adams, redaktorka gazety, mówiła, że przez wiele miesięcy otrzymywali listy od czytelników, w których ci wyrażali swój podziw wobec prozy Pancake’a i prosili o więcej. Z czasopismem związana jest również historia charakterystycznego imienia D’J, jakim autor później się posługiwał. Był to bowiem wyłącznie błąd korektorski dotyczący jego imion: Breece Dexter i John.

Zbiór „Trylobity” jest pierwszym opublikowanym i bodajże najbardziej rozpoznawalnym dziełem pisarza. Już w nim możemy zauważyć, z jaką płynnością Pancake posługiwał się słowem. Zdania budował w sposób prosty, bez wyszukanych wyrazów i skomplikowanych konfiguracji. Wszystko ogranicza się właściwie do niezwykle realistycznej charakterystyki świata. Nie da się jednak traktować tego jak opisu dla samego opisu. Każde nakreślone zdanie spełnia w tekście swoją rolę.

Przez otaczające bohaterów przestrzenie przemawia najwięcej. Czytając te opowiadania, dopiero po pewnym czasie zorientowałem się, że gdyby nie ten zapach letniego deszczu, gdyby nie krajobraz doliny przeoranej autostradą, gdyby nie oposica uciekająca przed człowiekiem – niemożliwe stałoby się zrozumienie bohaterów. A wszystko dlatego, że człowiek w tych historiach stanowi nieodłączny element górskiej scenerii. To próba mierzenia się człowieka z przyrodą. Wątek ten mocno wybrzmiewa w opowiadaniu „Łowcy lisów”, gdy pijani mężczyźni próbują upolować tytułowe zwierzę. Podobno sam Pancake nie przepadał za polowaniami, jednak w treści książki kilkukrotnie widzimy kogoś, kto zadaje śmierć dzikim zwierzętom. Powody tych zachowań są różne, czasami z braku jedzenia, innym razem dla rozrywki, a jeszcze innym z przyzwyczajenia. Autor nie formułował ocen, pozostawiał to czytelnikowi. Dzięki temu opowiadania nie sprawiają wrażenia moralizatorskich przypowiastek. Prowokują do różnych interpretacji, przez co pozostają z nami na dłużej.

To dzięki tej umiejętnej grze literackiej czytelnik może utożsamiać się z bohaterami. Bo chociaż fabuła opowiadań dotyczy innych miejsc w innych czasach, to czytając je niedawno w moim pokoju, wiedziałem, jak czuł się osamotniony Beaou. Mowa o wspomnianym opowiadaniu o polowaniu na lisy, w którym patrzymy na świat z perspektywy kilkunastoletniego chłopaka zamieszkującego jeden z wiejskich obszarów Appalachów. Jego życie obraca się wokół pracy w warsztacie samochodowym i miłości do kelnerki Lucy z lokalnego baru. Zdawałoby się, że to niewiele, natomiast, jak się szybko okazuje, dla młodego człowieka zdecydowanie za dużo. Beaou stara się z jednej strony podążać własną ścieżką, nie tłamsić swoich „dziwactw” (jak np. chodzenie rano piechotą do pracy), a z drugiej dopasować do tradycyjnie męskiej społeczności.

Jakkolwiek autor osadził opowieść w obcej nam scenerii i czasach, to przeżycia bohatera są uniwersalne. Jego samotność, gdy wybiera się na polowanie ze swoim szefem, nie jest opisana wprost. Czujemy ją w momencie, w którym czytamy o kilkunastoletnim chłopaku w otoczeniu pijanych, wulgarnych i agresywnych mężczyzn. W ich zachowaniu trudno znaleźć przewidywalność. Z jednej strony ktoś chwali nastolatka, że się z nimi wybrał, z drugiej natomiast wyśmiewa za zakochanie się w „puszczalskiej” Lucy. Zresztą szybko się okazuje, że „polowanie” było wyłącznie pretekstem do wspólnego pijaństwa, w czym Beaou niechętnie uczestniczy. Jego wrażliwa natura przejawia się w scenie, w której ratuje życie dzikiego lisa, na którego trop wpadły psy myśliwskie jako jedyne trzeźwe na polowaniu. Tym samym poświęca swoją pozycję w lokalnej społeczności na rzecz wewnętrznej szczerości. Czy postąpił źle, sprzeciwiając się własnej naturze? Autor, chociaż nie wprost, zostawia nas z tym pytaniem.

Prozaiczność sytuacji, a jednocześnie ich głęboka emocjonalna wymowa jest tym, co zachwyca w opowiadaniach. Tak jak choćby nostalgia czy poczucie straty, które przepełniało Collina, głównego bohatera „Trylobitów”. Młody mężczyzna, który został na prowincji z dużymi połaciami ziemi, nie może pogodzić się z uczuciem przemijania. Z jednej strony nie potrafi uprawiać roli, jak jego nieżyjący już ojciec, a z drugiej nie chce wyjeżdżać z rodzinnych stron. Emocje zaczynają dokuczać mu tym mocniej, kiedy w okolicy pojawia się jego dawna miłość, która już jakiś czas temu ułożyła sobie życie w mieście. Akcja toczy się na przestrzeni zaledwie kilku dni, ale nam jest dane poznać odczucia Collina wobec całego dotychczasowego życia. Chociaż jest to opowiadanie o objętości nieco ponad dwadzieścia stron, to mieści w sobie naprawdę dużą ilość materiału do interpretacji. Od zakresu emocjonalnego i psychologicznego, po krytykę bezduszności działania rynku. Sam tytuł wiele sugeruje, albowiem pasją głównego bohatera jest zbieranie skamielin, a największe trofeum stanowią właśnie trylobity, czyli dawno wymarłe stworzenia. Ich czas na ziemi się skończył. Jedyne, co o nich przypomina, to węgielny ślad w lasach Appalachów.

Najkrótszy ze zbioru, choć wyjątkowo dosadny utwór Breece’a, „Pokój na zawsze” opowiada o robotniku pracującym na rzecznych holownikach, który w sylwestra wylądował w jednym z przybrzeżnych miasteczek. Poszukując rozrywki, trafia na młodą dziewczynę pracującą jako prostytutka. Jak się okazuje, był to pierwszy raz, gdy kobieta chciała sprzedać ciało za pieniądze. I chociaż mężczyzna postanowił zaoferować jej pomoc czy raczej to, co rozumiał przez pomoc, ta odmawia. Nie poznajemy ani jej imienia, ani powodów znalezienia się w takiej sytuacji. Poznajemy jednak ogromne rozgoryczenie i bezradność, bo, jak stwierdza sam bohater, „nikt nie dostaje tutaj żadnych szans”. Chociaż jest prostym robotnikiem nienawidzącym pracy na holowniku, to ma świadomość szczęścia i swojej wygodnej pozycji względem kobiety, mimo iż dobrze zdaje sobie sprawę z faktu, że sam balansuje niebezpiecznie blisko wylądowania na ulicy. Z tego też powodu, razem z bohaterem, współczujemy młodej kobiecie pozbawionej imienia i alternatyw.

Pancake w twórczości poruszał problemy zwykłych ludzi. Ich żal, nostalgię, tęsknotę, uniwersalne uczucia, które właściwie nie zmieniają się w zależności od naszego położenia na świecie. Uczucia przebijające z tych 12 opowiadań są głosem nie tylko samego pisarza, ale otoczenia, w jakim się wychował. Był tym artystą, którego nie interesowały wielki świat, gospodarka i szybkie zmiany. On chciał przedstawiać życie takim, jakie jest naprawdę. Możliwe, że próbował nadać brzmienie również swojemu, które niestety o wiele za wcześnie się skończyło.

Tomasz Murczenko

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Bryan Hanson z Pixabay.

W Krakowie zwolnienia grupowe

W Krakowie zwolnienia grupowe

Kolejne trzy krakowskie firmy ogłosiły zwolnienia grupowe. Pracę ma stracić prawie 300 osób.

Jak informuje „Dziennik Polski”, kolejne trzy firmy zgłosiły do Grodzkiego Urzędu Pracy w Krakowie zamiar przeprowadzenia zwolnień grupowych. Tym razem mają one objąć w sumie 271 osób. Oznacza to, że liczba pracowników, którzy stracili zatrudnienie w Krakowie w ramach tegorocznych masowych zwolnień, wynosi już niemal 1700 osób.

Z danych przekazanych przez GUP w Krakowie wynika, że obecne zwolnienia grupowe dotyczą przedsiębiorstwa zajmującego się „pozostałą działalnością wspomagającą prowadzenie działalności gospodarczej, gdzie indziej niesklasyfikowanej”. Dotyczą one rozwiązania umów ze 126 pracownikami. Z kolei firma prowadząca działalność związaną z oprogramowaniem zwolni 37 osób. Ponadto zamiar zwolnienia 108 osób zgłosiła firma zajmująca się sprzedażą detaliczną prowadzoną w niewyspecjalizowanych sklepach z przewagą żywności, napojów i wyrobów tytoniowych.

W pierwszym kwartale tego roku zatrudnienie w krakowskich firmach straciło ponad 1000 pracowników. W drugim kwartale 2024 roku fala zwolnień nieco osłabła, ale wyniesie około 700 kolejnych osób.

Kolejne zwolnienia

Kolejne zwolnienia

Kolejna firma w Bielsku-Białej, która jest bezpośrednio powiązana z Fiatem, będzie zwalniać pracowników.

Jak informuje portal slaskie.eska.pl, kolejna firma związana z tyskim Fiatem zapowiada redukcję etatów. Informacja o tym wpłynęła już do Powiatowego Urzędu Pracy. Chodzi o spółkę Sirio Polska, która jest powiązana kapitałowo z Grupą FCA (dziś Stellantis). Zwolni ona 50 osób.

Sirio Polska świadczyła na rzecz tyskiego fiata kompleksowe usługi dotyczące bezpieczeństwa przemysłowego, w tym ochrony osób, mienia i ochrony przeciwpożarowej. Wszystkie zadania realizowała załoga pracująca na terenie zakładu 24 godziny na dobę. W ich zakres wchodziło reagowanie na zdarzenia pożarowe i medyczne. Spółka zarządzała również parkiem samochodowym i świadczyła usługi dotyczące transportu personelu w Bielsku-Białej, jak i w FCA Poland w Tychach.

Sirio Polska jest kolejną firmą z branży motoryzacyjnej, która prowadzi zwolnienia grupowe. Magneti Marelli kilka miesięcy temu ogłosiła, że zwolni około 140 pracowników. W zakładzie Powertrain produkującym silniki spalinowe m.in. dla Fiata i Chryslera, zwolniono kilkaset osób. Do likwidacji przeznaczony jest zakład Signify Poland, skąd odejdzie ok. 130 osób, a ze spółki BCUBE ma odejść 55 osób.