Muzyczny dziki wschód

Muzyczny dziki wschód

Nie Nebraska, a północ Polski. Nie do domu, lecz w trasę; do domu to może nasz kierowca TIRa (no bo nie trucker, szanujmy siebie, kontekst i język ojczysty) wrócić, gdy zadowolony z pewnej, nomen omen, drogi kariery zarobi na chleb dla swojej rodziny. Nie będę dywagowała, czy polskie country jest dobrą muzyką, czy nie, gdyż to kwestia gustu. Ten gatunek jest ciekawy pod względem socjologicznym nie dlatego, że, podobnie jak wiele innych trendów, został żywcem skopiowany z Zachodu, lecz przez sam fakt podatnego gruntu, na którym się rozwinął.

„Hej hej hej to nie USA, tutaj się życia nauczysz” – śpiewał zespół disco polo Boys w 1993. Co ciekawe, sama w sobie piosenka stanowiła cover utworu Olega Gazmanowa, który – zanim został naczelnym propagandystą putinowskiej Rosji – nagrał również radziecką odpowiedź na przebój Bruce’a Springsteena: „Urodzony w ZSRR”.

Lata dziewięćdziesiąte i wczesne dwutysięczne były okresem największego zachłyśnięcia się mitycznym, hollywoodziarskim zachodem w całym już-wolnym-świecie-bloku-wschodniego. Litwini umieszczali więcej amerykańskich flag w kadrze niż jest stanów w Stanach Zjednoczonych. Rosjanie stworzyli połączenie ulicznego rapu z muzyką rozrywkową, które nazywamy kryminalnym disco. A my poszliśmy między innymi w country. I chociaż obecnie stanowi ono niszę, jest przez entuzjastów gatunku doceniane nie mniej niż jego odpowiedniki zza oceanu.

Prawdziwe country to muzyka amerykańskiej prowincji, truckerów i ludu. Mówię „prawdziwe”, gdyż słynny Cotton Eye Joe, kpiący z kultury postrednecków (dla jasności: w genialny wręcz sposób), obok country nie stał. Tematyka tych utworów jest bliska przeciętnemu mieszkańcowi środkowych stanów. To oczywiście miłość, tęsknota za domem, piękno natury otaczającej rodzinną posiadłość (często pośrodku niczego, jak to bywa na amerykańskiej prowincji), czasami aspekty typowo drogowe, gdyż country z natury oscyluje wokół tematu podróży. Nie usłyszysz w tej muzyce o nowojorskich hotelach i klubach, lecz nauczysz się pięciu nowych nazw miejscowości leżących w Kansas czy Arizonie. Warto też zaznaczyć, że odbiorcą country nie jest ani mieszkaniec metropolii, ani najbiedniejsza z biedot, ani tym bardziej nastolatek z Europy. To muzyka tworzona przez konkretną grupę z konkretnymi doświadczeniami (np. potomków kowbojów, zajmujących się obecnie tirowym kowbojowaniem) dla konkretnej grupy z konkretnymi doświadczeniami.

Gdyby nie wytworzenie podobnych warunków w Polsce, nie moglibyśmy doświadczyć fenomenu polskiego country. My także mamy truckerów na miarę naszych możliwości. I naszą prowincję. Paradoksalnie, pomimo różnych uwarunkowań historyczno-społeczno-politycznych my też wykształciliśmy coś na wzór countrymenów. Cofnijmy się do przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Wyrażenie „wolna amerykanka” aż ciśnie się na usta, gdy zobaczymy naszą gospodarkę. I tylko w takich warunkach polscy twórcy i słuchacze country mogli zyskać pole do rozkwitu.

Zaczęło się wcześniej, gdyż początki country w Polsce datuje się na lata osiemdziesiąte i festiwal w Mrągowie. Twórcy countrypodobnej muzyki próbowali naśladować amerykańskie trendy. Padło to na podatny grunt. Przedstawiona w utworach rodzina z domku na prowincji stała się rodziną z M-4, a pastor się nawrócił i został księdzem. Bo w country chodzi też o przywiązanie do kościoła, w Polsce – oczywiście katolickiego.

Zagalopowałabym się, porównując Polskę przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych do USA, może poza kwestią marginalizacji prowincji i kultu samochodów. W obliczu transformacji część młodych zdecydowała się jednak wsiąść za kółko ciężarówki i przemierzać cały kraj. Nie była to na ówczesnym tle wcale zła droga kariery. Dziś daje znaczną stabilność zatrudnienia i stosunkowo dobre płace. Ale także wieczną tęsknotę za domem, „całe życie w trasie”, odległość od rodziny (czasami skutkująca – mówiąc językiem instagramowych psycholożek – modelem typu dosłownie nieobecny ojciec), a także pewne niebezpieczeństwo, a na pewno niewygodę i przemęczenie. Dlatego polskie country musiało być w miarę skoczne, żeby przy nim nie usnąć w trasie albo wręcz przeciwnie – nostalgiczne, ale nie depresyjne. I musiało operować wzorcami, które znamy. Czyli nie mityczną Zachodnią Wirginią, o której wie się tyle, że leży na słynnym Zachodzie, lecz naszymi polskimi miejscowościami.

Przodował w tym Lonstar, śpiewając np. „Tirem do Sejn”. Utwór jest wręcz podręcznikowym przykładem polskiego country. Nawiązanie do miasta powiatowego na głębokiej prowincji (na Suwalszczyźnie jest niska gęstość zaludnienia, a same Sejny są najmniejszym miastem powiatowym w Polsce), szybkie tempo, gitara, motyw podróży i trudów doli tirowca – w tym przypadku miłości do rozwiązłej kobiety.

Nie tylko Sejny doczekały się takiej nobilitacji. Weźmy choćby Cezarego Makiewicza i jego przebój „Wszystkie drogi prowadzą do Mrągowa”. Dwudziestotysięczne miasto także miało swoją chwilę wielkiej sławy w środowisku zapaleńców. W przypadku Mrągowa nawet nie tylko chwilę – festiwal country odbywający się w nim jest naszym odpowiednikiem Nashville. A każdy, kto miał wspomnienia i smykałkę do pisania, mógł w piosenkach wyrazić odczucia wobec własnej małomiasteczkowej ostoi spokoju. Polskie country stało się nośnikiem emocji, o których zazwyczaj się nie pisało – bo nie były wystarczająco uniwersalne, bo nie wypada, bo nie wpisywały się w jakąś konkretną modę.

To, co opisywali w swoich tekstach twórcy polskiego country nie stanowiło jedynie przejawu emocji towarzyszących danym miejscom. Znaczna część utworów zawierała morał albo praktyczne przestrogi wyrażające uniwersalne prawdy. Były też porady stricte drogowe. Tam się zatrzymaj, nie ufaj kobietom poznanym w trasie, rodzinę szanuj, wracaj do domu, gdy tylko możesz…

Przekładało się to na popularność gatunku. Miłośnicy country w latach osiemdziesiątych byli liczeni w tysiącach. W 2024 w Mrągowie odbyła się już czterdziesta trzecia edycja festiwalu country. Goście byli różni – od stałych bywalców pamiętających początki polskiego country, po młodych kontynuatorów trendu. Nadeszło także wsparcie zza oceanu, czyli polscy twórcy tego gatunku muzyki wychowani w Stanach Zjednoczonych. Bo i oni czują odrębność narodową. Z kolei nasi twórcy podróżują ze swoimi utworami po całej Europie. I czasami zahaczają nawet o ojczyznę country.

Polskiego country raczej nie usłyszymy w radiu. Zresztą, w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, nie mamy swojego kanału z country. Być może trend trochę przygasł. I może i dobrze, że już nie żyjemy (nie żyjemy?) w realiach opisanych w tych piosenkach. Że mamy (mamy?) możliwości pracy i łączenia jej z względnie normalnym życiem rodzinnym, a praca tirowca jest (jest?) mniej uciążliwa.

Hanna Szymerska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Vladimir Fayl from Pixabay

Więc tnijmy, tnijmy, tnijmy

Więc tnijmy, tnijmy, tnijmy

Patrząc na całokształt likwidacji ruchu kolejowego w Polsce od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku odnosi się wrażenie, że momentami jest to robione losowo. Na kogo padnie likwidacja zakładu, na kogo padnie prywatny interes włodarza, na kogo padnie brak konieczności zdobycia poparcia partii liberalnych wśród mieszkańców – na tego stacji już nie pojawi się pociąg.

Tym razem maszyna losująca kolejne fale destrukcji polskiej kolei trafiła na Maków Podhalański w powiecie suskim. Małopolskie miasteczko i tak miało szczęście. Na razie tną tylko połączenia dalekobieżne, które w Makowie zatrzymywały się, zanim ruszyły pokonać trasę łączącą Zakopane z północą kraju i stolicą. Niezadowoleni są mieszkańcy i radni gminy. W miejscu, w którym według politologów powinna stać lewica, stoi poseł Prawa i Sprawiedliwości, Filip Kaczyński z interpelacją w tej sprawie, a także grający rolę popularnej w politycznym slangu „dziewczyny z sąsiedztwa” (czy też chłopaka, nie bądźmy tacy ortodoksyjni) działacze i działaczka Młodzieży Wszechpolskiej. Protest przeciwko niezatrzymywaniu się pociągów dalekobieżnych w Makowie organizowała ostatnio suska struktura Młodzieży Wszechpolskiej. To nie bajka, to rzeczywistość uśmiechniętej Polski, w której mniejsze miejscowości są marginalizowane przy wymownym milczeniu obrońców środowiska i lewicy.

Nie tak dawno temu, pięćdziesiąt kilometrów od Krakowa, w znanym z bajkowego wręcz mikroklimatu Makowie Podhalańskim wyremontowano dworzec. Remont kosztował samorząd ponad milion złotych. Budynek jest estetyczny, świeżo odmalowany, cieszy oko. Obok dworca powstał ogromny parking. Parking zdolny pomieścić samochody nie tylko makowian, lecz również mieszkańców okolicznych gmin. Kosztował gminę półtora miliona złotych. A potem PKP Intercity S.A. podjęło o decyzję o wstrzymaniu od 15 grudnia 2024 w tym miejscu postojów pociągów dalekobieżnych.

Nie zatrzymają się już takie połączenia:

IC-IC 3560 rel. Zakopane – Gdynia Gł.; „Witkacy” (6:53 z Zakopanego).
IC-IC 5361 rel. Gdynia Gł. – Zakopane; „Witkacy” (21:33 w Zakopanem).
IC-TLK 38108 rel. Zakopane – Kołobrzeg; „Lubomirski” (8:30 z Zakopanego).
IC-IC 3852 rel. Zakopane – Szczecin Gł.; „Sukiennice” (8:40 z Zakopanego).
IC-IC 38106 rel. Zakopane – Szczecin Gł.; „Osterwa” (11:04 z Zakopanego).
IC-TLK 35104 rel. Zakopane – Gdynia Gł.; „Małopolska” (13:22 z Zakopanego).
IC-IC 37150 rel. Zakopane – Poznań Gł.; „Halny” (14:32 z Zakopanego).
IC-IC 31100 rel. Zakopane – Warszawa Wschodnia; „Malinowski” (17:36 z Zakopanego).
IC-IC 38192 rel. Zakopane – Szczecin Gł.; „Podhalanin” (18:23 z Zakopanego).
IC-IC 38196 rel. Zakopane – Świnoujście; „Podhalanin” (18:38 z Zakopanego).
IC-TLK 35170 rel. Zakopane – Gdynia Gł.; „Karpaty” (21:47 z Zakopanego).
IC-TLK 53171 rel. Gdynia Gł. – Zakopane; „Karpaty” (6:39 w Zakopanem).
IC-IC 83193 rel. Szczecin Gł. – Zakopane; „Podhalanin” (9:47 w Zakopanem).
IC-IC 13101 rel. Warszawa Wschodnia – Zakopane; „Malinowski” (11:31 w Zakopanem).
IC-IC 73151 rel. Poznań Gł. – Zakopane; „Halny” (14:18 w Zakopanem).
IC-TLK 53105 rel. Gdynia Gł. – Zakopane; „Małopolska” (14:50 w Zakopanem).
IC-IC 83107 rel. Szczecin Gł. – Zakopane; „Osterwa” (17:20 w Zakopanem).
IC-TLK 83109 rel. Szczecin Gł./Kołobrzeg – Zakopane; „Lubomirski” (19:18 w Zakopanem).
IC-IC 8353 rel. Szczecin Gł. – Zakopane; „Sukiennice” (z przesiadką w Krakowie o 16:33; o 19:18 w Zakopanem pociągiem „Lubomirski”).

Przejazd tą trasą z Zakopanego do Makowa Podhalańskiego trwał między godziną a półtorej godziny.

Maków Podhalański liczy ponad pięć tysięcy mieszkańców. Położone obok Zawoja i Jordanów także. Mając na uwadze, że to nie są jedyne miejscowości w rejonie, zapytajmy: ilu osobom cięcia połączeń kolejowych utrudnią życie?

Ilu? Wielu.

Mówimy o cięciach połączeń dalekobieżnych, tj. pociągach docierających na Pomorze, Pomorze Zachodnie, do Wielkopolski i Warszawy. Możemy pomyśleć, że nie ma co kłaść się Rejtanem dla grupki sezonowych wczasowiczów (chociaż polski pasażer przesiadek nie lubi i się nimi zniechęca) i liczonych na palcach ludzi „mających coś do załatwienia w stolicy” (chociaż w Polsce wiele rzeczy trzeba załatwiać w wielkich miastach). Ale możemy też odwrócić tę perspektywę. Już przed drugą wojną światową Maków był uważany za potencjalnie turystyczne miejsce. Gdy doliczymy do niego Zawoję i babiogórskie okolice, Orawę itp., to otrzymamy wręcz świetny plan na aktywne wakacje. Ale żeby turystyka była możliwa, to infrastruktura też być musi. Musi i kropka, bo nikt nie będzie do nieodkrytej perełki jechał z walizkami i dziećmi za pomocą kilku przesiadek.

A skoro już o przesiadkach mowa: nikt na dworcu Kraków Główny nie poczeka na pasażera z Makowa, który pojechał do królewskiego miasta za pomocą usług prywatnego przewoźnika samochodowego. Nie zgłosi się tego tak, jak pasażerowie opóźnionego pociągu zgłaszają konduktorowi chęć przesiadki. Nie bez znaczenia jest kwestia ceny, bo w przypadku studentów panuje u prywatnych przewoźników wolnoamerykanka i ulga 2 złote z dwudziestu paru dla studenta zamiast PKP-owskiego 51%. A poza tym drogi krajowe, pomimo obowiązku odśnieżania, są drogami, na których zdarzają się korki.

Na wzmiankę zasługuje możliwa równia pochyła. Cięcia jednych połączeń, zgodnie ze starą liberalną praktyką sztucznego wygaszania popytu, zwiastują kolejne cięcia. Teraz tniemy połączenia dalekobieżne, jutro możemy ciąć połączenia Kolei Małopolskich, a potem może przyjdzie pora na połączenia chociażby do i z siedziby powiatu, Suchej Beskidzkiej, bo i o tym ptaszki ćwierkają.

Kto jest przeciwko? Mieszkańcy. Wyszli na peron, wzięli kartony z podpisem „wsiąść do pociągu dalekobieżnego” i wyrazili swoje niezadowolenie. Oburza ich fakt, że pociągi przez Maków przejeżdżają, mijają się w nim, ale pasażerów nie zabierają. Niezadowoleni są też radni, którzy czują, że ich praca na rzecz remontu dworca poszła na marne. Którzy czują, że Maków Podhalański jest marginalizowany, a ich własne zaangażowanie – niedocenione.

Jak wspomniałam, interpelację w tej sprawie złożył poseł PiS, a swój protest organizowała Młodzież Wszechpolska. Widzą oni w cięciach połączeń utrudnienia dla zwykłych ludzi, nie tylko podróżujących gdzieś daleko, bo połączenia dalekobieżne to także dogodny dojazd do Krakowa. Wytykają PO hipokryzję, bo wprowadzanie Strefy Czystego Transportu w stolicy województwa połączone z histerią wokół samochodów, a zarazem cięciem połączeń kolejowych – prowadzą donikąd. Czy ekologia polega na zabieraniu ludziom transportu zbiorowego? Wszechpolacy postawili karton z napisem „Koalicja antyrozwojowa” pod biurem poselskim Doroty Niedzieli w Suchej Beskidzkiej. A potem rozdawali mieszkańcom powiatu suskiego krzyżówki o wykluczeniu komunikacyjnym.

I pełna zgoda. Koalicja Obywatelska jest koalicją antyrozwojową. Bo jak rozwój to tylko holistyczny. Rozwój, który nie będzie się ograniczał do pięciu największych miast. W przeciwnym wypadku dążymy do kanibalizacji polskich miast. Która notabene i tak już ma miejsce.

Hanna Szymerska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Primitívny volič idzie na wybory

Primitívny volič idzie na wybory

Ten tekst nie ma na celu dywagacji o tym, czy Robert Fico jest dobrym premierem, złodziejem, mafiosem, zagrożeniem dla wolności słowa i dla Unii Europejskiej lub wyzwolicielem Słowacji ze szpon globalistów. Nie zamierzam się tutaj rozwodzić nad tym, czy – jak to mówią mniej lub bardziej otwarcie liberalni komentatorzy z bratysławskich kawiarni i warszawskiego Placu Zbawiciela – postrzelony „sam jest sobie winny”. Jednak wychodząc od kwestii obwiniania – jakby na to nie patrzeć – ofiary o próbę jej zabójstwa można zaobserwować coś ciekawszego niż kolejne narzekanie na wybory słowackiego elektoratu. Jest to chęć układania ludziom schematów myślowych i preferencji wyborczych, utrzymując przy tym ton pogardy i głęboko nie-wolnościowego zachwytu nad szeroko pojętym liberalizmem przy jednoczesnym braku zrozumienia tych ludzi.

Bo Słowakowi nie wolno myśleć inaczej niż Čaputovo-liberalnie. A przynajmniej nie Słowakowi ze stolicy. Jeśli koalicję rządzącą Słowacją popiera jakiś Milan z Orawy, to pół biedy. Nazwie się go prymitywem, homofobem, postkomunistą, faszystą, a potem po raz kolejny zaniedba jego rodzinną wieś. Gorzej, jeśli na Fico zagłosował Peter z Bratysławy. Wtedy należy go zestawić z Milanem. I przy okazji pokazać, że skojarzenie go ze słowacką prowincją ma być dla skojarzonego powodem do wstydu. Właśnie ten jad sączony w stronę primitívnego voliča, zestawiony z kampaniami Smeru jest tematem tekstu.

Cofnijmy się do zeszłorocznej jesieni, czyli wyborów do słowackiego parlamentu. Exit poll wskazywał na zwycięstwo liberałów z partii Progresywna Słowacja. A potem liczono głosy. Najpierw wygrywał populistyczny Smer. Wyborcy Progresywnej Słowacji zapewne racjonalizowali sobie ten fakt zliczaniem najpierw głosów z mniejszych komisji. Ale Smer wciąż prowadził. Nawet przeliczenie głosów z Bratysławy nie zawróciło Roberta Ficy z drogi do władzy. „Co się stało?” – pyta Europa, pierwszy raz od lat zainteresowana Słowacją. „Jak to możliwe?” – zastanawiają się słowaccy badacze, którzy jakimś cudem nie przenieśli się jeszcze do Pragi lub Wiednia. Pada w końcu hipoteza, że wyborcy wychodzący z lokali nie przyznawali się do swoich preferencji wyborczych. I stąd chybiony wynik exit pollu. Takiej tezie towarzyszyło przywołanie nazwiska byłego premiera Mečiara (wśród liberałów uchodził za przykład autokracji), którego elektorat lata temu unikał odpowiedzi na pytania sondażowni. Na sam koniec wyświetlona została mapa Słowacji, na której najniższe poparcie dla ugrupowania Roberta Ficy jest w Bratysławie. Rozkład głosów przypomina trochę Węgry – stolica versus prowincja.

Gdybym znalazła się w gronie kawiarnianych liberałów posiadających monopol na słowackie salonowe komentatorstwo, zapewne złagodziłabym formę komunikacji, a najchętniej unikałabym rozmów politycznych jak ognia. Podobnie czuje się zapewne Słowak głosujący na którąś z partii koalicji rządzącej – socjaldemokratycznym (z domieszkami narodowymi) Smerem, lewicowym Hlasem lub nacjonalistycznym SNS-em. Żadna z tych partii nie wykształciła elit, które miałyby wpływ na „młodych wykształconych z wielkiego ośrodka”. Można tu wspomnieć nazwisko towarzysza (jak sam się każe tytułować) Ľuboša Blahy, kontrowersyjnego, wręcz na polskie warunki szalonego działacza Smeru, antyglobalisty i fana Che Guevary. Co prawda legitymuje się on doktoratem, ale nie zbudował dużej fanbazy informacyjno-trendsetterskiej. A nawet gdyby to zrobił, to nec Ľuboš contra plures. Zresztą czy na pewno Milan z Orawy interesowałby się Commandante? Według Blahy być może tak. Polityk ten nawet rozdawał mieszkańcom północno-wschodnich rubieży Słowacji książki o Guevarze podczas wiecu wyborczego. Ale to nie one zagwarantowały mu posadę europosła.

Tym, co umożliwiło towarzyszowi Ľubošpwi wejście do europarlamentu, jest język, jakim się posługiwał. Podczas spotkania w Preszowie przypomniał wyborcom Smeru o inwektywach, jakie słyszą na co dzień od elit. Było to kilka godzin po tym, jak aktorka Vášáryová nazwała elektorat partii Ficy „szumowinami”. Wtórował jej inny aktor, Kňažko, który tłumaczył czyn zamachowca na Ficę sfrustrowaniem sytuacją polityczną w kraju. Obecny europoseł Blaha sprawnie wytyka liberałom język pogardy skierowany w stronę wyborców Smeru. Na swoim instagramowym profilu zamieścił opis: „Masz dość Igora Matovica [były premier, lider liberalnej partii OL’aNO]? Dobrze trafiłeś”. Poseł Krúpa, wówczas działacz OL’aNO, niegdyś nazwała elektorat Smeru „świniami” i „śmierdzącymi fekaliami”. Połączywszy te słowa z zamachem na Roberta Ficę, którego dokonał pro-opozycyjny poeta, znajdujemy się w sytuacji, w której nawet otwarcie prorosyjski freak w koszulce z Guevarą wydaje się Milanowi z Orawy mniej antypatyczny od Progresywnej Słowacji niewychylającej nosa poza Bratysławę. Dla jasności warto nadmienić, że uczucia antykomunistyczne u naszych południowych sąsiadów są słabsze niż u nas; koszulka z Guevarą to w tamtejszych realiach dziwactwo, może ktoś się skrzywi, ale generalnie nie jest to nieakceptowalne społecznie; Słowacy nie mają problemu z tym, że niektórzy politycy Smeru składają kwiaty na grobach czechosłowackich komunistów.

Nie samym Blahą żyje Smer, lecz każdym posłem, który wstawi się za – cytując post z profilu partii – wyklętymi wyborcami. Politycy tego ugrupowania stale punktują zaniedbania prowincji. Trzeba wspomnieć, że na Słowacji jest ogromny problem z nierównomiernym rozwojem, a Bratysława kanibalizuje ośrodki miejskie położone na wschodzie i północy kraju. Trasa spotkań wyborczych kandydatów Smeru obejmowała w znaczącej większości miasta liczące 20-50 tysięcy mieszkańców. A politycy Smeru mówili nie o trudnych politologicznych terminach czy o tym, że „wstyd na całą Europę wysyłać ludzi nieznających języków do PE”, lecz o budowie węzła kolejowego w Žilinie. Czyli o czymś, z czego skorzysta w życiu codziennym primitívny volič.

Gdy premier Fico został postrzelony, głosy atakujące ofiarę (sic!) dobiegały z kraju i zagranicy. Tu należy zaznaczyć, że koalicja rządząca również nie była święta. Obwinianie opozycji o sytuację jeszcze przed oficjalnym ujawnieniem motywacji zamachowca, padające z ust ministra kultury, odbiega od standardów debaty publicznej. Jednak przykro się czyta, gdy polska pisarka Weronika Gogola mówiła dla Onetu: „W tej chwili wszystkie możliwe scenariusze są niepokojące – komentuje Gogola. – Chyba już nawet najwięksi fantaści nie zakładają optymistycznego zakończenia… Fico został postrzelony w klatkę piersiową. Nie wiadomo nawet, czy przeżyje zamach. Niezależnie od tego, jak się to skończy, zamach na premiera Słowacji stanie się orężem politycznym przeciwko opozycji. – Wczoraj rano miał miejsce protest w sprawie likwidacji systemowego wsparcia dla kultury, dziś miał się odbyć protest przeciwko nowej władzy – ale został odwołany. Już pojawiły się oskarżenia pod adresem opozycji i dziennikarzy krytycznych względem rządu. Nienawiść w stosunku do mediów i dziennikarzy ostatnio osiągnęła apogeum. To będzie kolejny zwrot przeciwko nim. Trwa przejmowanie radia i telewizji – to wszystko są klasyczne kroki w stronę totalitaryzmu”.

Jeśli rzeczywiście Fico chciałby budować państwo totalitarne odcięte od wolnych mediów oraz nastawiać społeczeństwo przeciwko dziennikarzom, to stosując zasadę wzajemności w obwinianiu ofiary – cieszyłby się zapewne sporym poparciem społecznym. Gogola w swojej histerii i wybiórczej empatii nie była sama. Na polskim podwórku podobnie wybrzmiały także głosy Ziemowita Szczerka i reszty liberalnego salonu. Nie podejrzewam co prawda słowackiego czytelnika o śledzenie polskich mediów internetowych, ale jestem pewna, że gdyby Smer częściej chciał mówić o „ulicy” będącej odpowiednikiem warszawskiej Chmielnej oraz o „zagranicy”, to dowodów na swoją pozycję oblężonej twierdzy miałby pod dostatkiem.

Ta sytuacja nie zaczęła się wczoraj. Nie zaczęła się też w chwili zamachu. O słowackich prymitywach zagraniczni komentatorzy mówią od lat. Gogola parę lat temu wypominała wyborcom Ficy homofobię, a przyjaciel Michnika, Martin Šimečka, wypomina obojętność będącą pierwszym stopniem do piekła mniejszości. W całej swojej tendencyjnej książce „Ufo nad Bratysławą” Gogola wskazuje jednak pewną interesującą rzecz. Jest to sposób działania Roberta Ficy, który podczas kampanii poszedł spawać. Tak, poszedł na nocną zmianę i spawał. Wyrobił ponad sto procent normy, nie będąc zawodowym spawaczem. Zajął się czymś, czym zajmuje się ten słynny primitívny volič. O ile niesione na sztandarach i banerach wyborczych przodownictwo pracy przywodzi na myśl komunę, o tyle…

O tyle jest to bliższe zwykłym ludziom i ich doświadczeniom niż to, co proponuje Progresywna Słowacja i bratysławskie kawiarnie. Čaputovej trzeba oddać, że lata temu walczyła o środowisko w swojej małej ojczyźnie. Co do reszty… Na przykład straszą Ficą –rosyjskim agentem. Profile social mediów Progresywnej Słowacji były wypełnione informacjami o prorosyjskości partii rządzącej. Być może w Polsce odniosłoby to sukces, chociaż i u nas ciągłe doszukiwanie się ruskich onuc w politycznych przeciwnikach, nie posiadając przy tym dowodów na działalność agenturalną, staje się coraz mniej znaczącym oskarżeniem. Natomiast Słowacy nie są aż tak proukraińscy, jak Polacy czy Litwini. W dodatku Słowacja, podobnie jak Węgry, jest uzależniona energetycznie od Rosji. A i Fico nie mówi: „tak, jestem prorosyjski i o co chodzi?”. Zresztą – on nawet taki nie jest. Faktem jest, że zgodnie z obietnicami wyborczymi nie wysyła Ukrainie bezpłatnej pomocy wojskowej. Na dobrą sprawę gdyby wysyłał, to zapewne opozycja by mu to wytknęła jako niedotrzymanie obietnicy. Partia rządząca mówi natomiast, że „jest po stronie pokoju” (cokolwiek to znaczy). Premier idzie w retorykę o niewysyłaniu młodych rodaków na śmierć za Ukrainę. Ale Fico nie zaprzestał wysyłania pomocy humanitarnej.

Słowaccy liberałowie w konkursie na najbardziej antypatyczną dla wyborców partii rządzących opozycję mogliby rywalizować chyba tylko z Krystyną Jandą porównującą cenę nocy z warszawską prostytutką do 500+. Albo z Gergelyem Karácsonym, burmistrzem Budapesztu, mówiącym o zduszeniu populistycznej zarazy za pomocą ginu z tonikiem. A Fico rządzi. W eurowyborach Progresywna Słowacja wygrała, ale po pierwsze nie dopisała frekwencja, po drugie – jako jedyna szła ona ze sztandarami mocnej postawy prounijnej. Do europarlamentu pojedzie sześciu liberałów, pięciu przedstawicieli partii Ficy, dwóch narodowców z Republiki, jedna chadeczka i jeden reprezentant populistyczno-lewicowego Hlasu. To nie była porażka wspólnotowej lewicy. Powiem nawet więcej, koalicja rządząca nie trzyma się źle. Zresztą trudno, aby było inaczej, gdy volič ma wybór pomiędzy mianem primitívneho a w zasadzie… trudno powiedzieć czym.

Hanna Szymerska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Leonhard Niederwimmer z Pixabay